niedziela, października 29, 2023

5237. Z oazy (CXCVI)  //  Panna cotta (CIX)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Z nogi na nogę przestępowałam od ostatniego wtorku września, gdy się ukazała, do pierwszego października, by na mocy obo­wią­zu­ją­ce­go, niepisanego prawa nabyć w ramach październikowego deputatu na wło­skie literki. Potem było już tylko czekanie, by dotarła do ula.

Uwielbiam wiewióra. Uwielbiam kreskę Ilustratora i pomysły Autora w jednym ludz­kim ciele pomieszkujących. Wyczytałam każde zdanie kilkadziesiąt razy. Wy­do­ty­kałam każdą stronę kilkadziesiat razy. Zatrzymałam się po wielokroć przy każdej postaci, zachwycając się każdą kreską, cieniem i kolorem. Uwielbiam rytm tej opo­wie­ści, „śródrefreny”, wszystkie interakcje między bohaterami, ich uczucia i emocje, gesty, intencje i pragnienia, niewerbalne drobiazgi wetknięte nienachalnie między kreski. Tego, że opowieść skończy się roberkiem, bym nie wymyśliła.

Stamattina, mentre passeggiavo,
ho trovato un miglior amico.
[Tego ranka, gdy spacerowałem,
znalazłem jednego z najlepszych przyjaciół.]

*

Di solito raccolgo soltanto pigne,
ma questa volta è un miglior amico.
Almeno credo. Comunque gli somiglia molto.
[Zwykle zbieram tylko szyszki,
ale tym razem trafił mi się najlepszy przyjaciel.
Przynajmniej tak myślę. W każdym razie jest do niego bardzo podobny.]

*

Era un sacco di tempo che ne cercavo uno.
Al contrario delle pigne,
i migliori amici non cadono dagli alberi.
[Mnóstwo czasu go szukałem.
W przeciwieństwie do szyszek sosnowych,
najlepsi przyjaciele nie spadają z drzew.]

*

Ci ho messo un po’ per riuscire a parlargli.
[Zajęło mi trochę czasu, by móc się do niego odezwać.]

Si chiama Poc.
Ha proprio una faccia da miglior amico.
Credo addirittura che diventerà il MIO miglior amico.
[Ma na imię Poc. / Ma naprawdę twarz najlepszego przyjaciela.
Sądzę nawet, że stanie się MOIM najlepszym przyjacielem.]

*

Perché si può anche essere pieni di amici.
Ma un MIGLIOR amico è una cosa completamente diversa.
[Ponieważ może być mnóstwo przyjaciół.
Ale NAJLEPSZY przyjaciel to jest zupełnie inna sprawa.]

*

Di miglior amico ce n’è uno solo,
ed è con lui che si passano i migliori momenti.
E con lui perfino i brutti momenti sono dei bei brutti momenti.
[Jest tylko jeden najlepszy przyjaciel,
i to z nim mijają najlepsze chwile.
I z nim nawet złe czasy są przepięknymi brzydkimi chwilami.]

*

Gli ho fatto vedere il mio albero preferito,
i miei posti segreti nel bosco, quelli che non si fanno vedere a nessuno,
tranne che al proprio miglior amico,
e anche le radure con l’erba alta,
e le pozzanghere in cui si riflette il sole.
[Pokazałem mu moje ulubione drzewo,
moje sekretne miejsca w lesie, które nie pokazuje się nikomu,
poza naprawdę najlepszym przyjacielem,
a także polany z wysoką trawą
i kałuże, w których odbija się słońce.]

*

D’autunno ci piace tantissimo guardare insieme le foglie che cadono.
[Jesienią ogromnie lubimy razem patrzeć na spadające liście.]

*

E quando è inverno,
passiamo ore a contemplare i primi fiocchi di neve
che scendono dolcemente a terra.
[A kiedy jest zima,
godzinami kontemplujemy pierwsze płatki śniegu,
które delikatnie opadają na ziemię.]

*

E poi è arrivata primavera, e anche Momo.
[A potem przybyła wiosna, a także Momo.]

*

Con Momo è stato lo stesso,
ci ho messo un po’ di tempo per riuscire a parlargli.
[Z Momo było tak samo,
potrzebowałem trochę czasu, by móc się do niego odezwać.]

*

Subito dopo ci ha fatto vedere
un sacco di altri posti segreti del bosco che non conoscevamo,
altre radure con l’erba alta e altre piccole pozzanghere
in cui si riflette il sole, e anche le nuvole.
[Zaraz potem pokazał nam
mnóstwo sekretnych leśnych miejsc, których nie znaliśmy,
inne polany z wysokimi trawami i małe kałuże
w których odbija się słońce, a także chmury.]

Siamo anche andati a buttare dei sassi nell‘acqua per farli rimbalzare.
[Poszliśmy nawet nad wodę puszczać kaczki kamykami.]

*

E abbiamo guardato scorrere il fiume.
[I patrzyliśmy, jak płynie rzeka.]

*

E stamani, con i primi raggi di sole,
è arrivato Günter...
[Dziś rano, z pierwszymi promieniami słońca
przybył Günter…]

*

Ci ho messo un po’ di tempo per riuscire a parlargli.
[Potrzebowałem trochę czasu, by móc się do niego odezwać.]

*

Olivier Tallec, Il mio miglior migliore amico,
przeł. z j. francuskiego Tommaso Gurrieri,
Edizioni Clichy, Firenze 2023.

piątek, października 27, 2023

5236. ☆☆☆☆☆    ☆☆☆

Cenię algebrę abstrakcyjną. Bardzo cenię, ale życie przerosło moją jej znajomość. Wyobrażony prezydent, megaloman lingwistyczny wziął się za algebrę polityczną.

Ludzie są niesamowi! Mają niebywały refleks i ogromne poczucie humoru. Nie po­zo­stawili suchej nitki na mężczyźnie bez kręgosłupa, który ma suwerena za idiotę. Zasłyszane jest pierwsze z poniższych. Zawidziane drugie.

Nie wymyśliłabym. Doceniam. Pięk­ne i błyskotliwe! Chapeau bas!

Zadanie:
Jakie działanie należy wykonać, by nierówność:

248 < 194

była prawdziwa?

Odp.: dudawanie

*

Morawiecki (194):   1 + 9 + 4  = 14
Tusk (248):   2 + 4 + 8  = 14

Autorzy obu tych piękności 
nie do ustalenia z imienia i nazwiska.

5235. Kochając podyplomka (II)

Pracę pisemną z filozofii miał napisać. Wysprzątał ul, zrobił porządek w pracowych papierach, ceeremach, mejlach i, gdy już nic nie stało na drodze, usiadł i napisał, i… z zaledwie tygodniowym opóźnieniem oddał pracę.

Gdy otrzymał ocenę, przysłał mi do przeczytania referat oceniony na pięć, robiąc zastrzeżenie, bym nie oczekiwała przecinków, tylko po prostu przeczytała.

Pan Jednorożec pisze ze swadą, humorem i w punkt. Nie stawia przecinków, nie prze­szkadzają mu zawieszki w tekście, ma w nosie odstępy przy śródtytułach i inter­li­nię. Ja bym mu piątki nie postawiła, ale wziąć sobie to, co mnie uśmiechnęło, po­trafiłam. Poprawiłam przecinki i mam. I wciąż mnie uśmiechają poniższe wyimki.

Relatywista ma świadomość, że dla każdej strony nego­cja­cji to, co leży na stole, może być czymś zupełnie innym.

*

Podsumowanie, które niczego nie kończy
     […]  Filozofia nauki — szczerze polecam.

Sprzedający marzenia,
Jednorożec

5234. 300/365

nigdy nie by­łam dla siebie dobrą matką, przede wszystkim by­łam zbyt krytyczna.

     — to nie jest stan świadomości, to inny po­ziom świa­do­mo­ści, jesteś babcią — powiedział, a ja, delektując się do­świad­cze­niem ostatniego tygodnia, uśmiechnęłam się i wzruszyłam, bo.

jestem dla siebie dokładnie taką babcią, jakiej pragnęłam i ja­kiej potrzebowałam od zawsze.

300/365

wtorek, października 24, 2023

5233. Złota Siekiera 2023 — Nominacja (#2)

W ogóle nie byłoby sprawy, wpisu i nominacji. Umawiając się na czynności prawne, dopytałam i, o 1+6 schodach, bo to wy­so­ki parter, wiedziałam. Mamy obcykane, jak sobie radzić z przy­sto­sowaniem* lokali użytkowych. Zero urazy, naprawdę. Ale!

W ogóle nie byłoby sprawy, gdyby nawigacja nie pomyliła bu­dyn­ków. By zadzwonić do notariusza, z którym byliśmy umó­wie­ni, trzeba mieć numer do kancelarii. Grzebnęłam w tele­fo­nie, odszukałam właściwą stronę internetową i nim zloka­li­zo­wa­łam numer, mym oczom ukazała się treść opisu, a w nim po­gru­bio­ną czcionką…

Przystosowani parterem notariusze nie zdobędą w tym roku Złotej Siekiery — jeśli nic się nie wydarzy, założę się, że wygra empatia — ale odnotować należy, że prawnicza precyzja zna­cze­nia słów w zde­rze­niu z rzeczy­wi­sto­ścią może cha­rak­te­ry­zować się bez­sil­no­ścią.

________
  *  gdyby mój wózek był o jeden centymetr szerszy, nasze do­świadczenie radzenia sobie z przeszkodami na nic by się nie zdało; nie pokonalibyśmy drzwi dzielących dwie prze­strze­nie: tę z jed­nym schodkiem i tę z sześcioma schodami.

*

Szacun pozostaje. Nie mam pojęcia, jak można mieć tę książkę w głowie…

Kancelaria […] usytuowana jest na parterze i jest przy­sto­so­wa­na do potrzeb osób niepełnosprawnych oraz rodzin z dziećmi. [dostęp: 24.10.2023]

(wyróżnienie oryginalne)


Złota Siekiera 2023

sobota, października 21, 2023

5232. 294/365

każde słowo niesie energię, żadne nigdy nie znika. wybierz jed­no*, wypowiedz i poczuj jak wibruje w tobie, wejdź w kon­takt z jego ener­gią. idź w dzień, zauważając ten rodzaj energii w lu­dziach, gestach, zdarzeniach, chmurach, wietrze, wspo­mnie­niach i ru­chu psiego lub ko­ciego ogona.

294/365

__________
  *  dzisiaj nad ranem wybrałam: miłość.

piątek, października 20, 2023

5231. 292–293/365

dzięki Akuszerowi odkryłam najważniejsze dla mnie na ten moment: nie kop kokona!

w kryzysie rozwoju psychicznego naj­uko­chań­sze­go człowieka i tak jest — i jemu, i tobie — ciemno, samotnie i źle.
     czekam na motyla.

292–293/365

[…]  opadanie kwiatów śliwy nie oznacza końca drzewa.

Thích Nhất Hạnh, Śmierci nie ma, lęku nie ma,
przeł. Sebastian Musielak, REBIS, Poznań 2023.

wtorek, października 17, 2023

5230. O mocy wewnętrznej…


fot. Saxifraga, fragment.

Rozzłoszczony, w wymiarze absolutnym,
zamykam
oczy i spoglądam głęboko.
Gdy
trzysta lat przeminie,
gdzie
będziesz ty, a gdzie ja?

Thích Nhất Hạnh
(1926–2022)

5229. Kochając podyplomka…

Jednorożec:
(w niedzielę z podyplomówki takie piękne cacko przywiózł;
pokazał, gdy wracali z lokalu wyborczego
)


Efekt końcowy pracy grupowej dziewięciu osób.

Jabłoń:
(zachwyca się precyzją i dbałością o detale,
używając fachowych słów ze swojego świata
)
Piękny ten komiks!

Jednorożec:
(udaje oburzenie)
To nie komiks! To storyboard!

*

Jednorożec:
(wracając, już pod domem cyk)


fot. Jednorożec, fragment.

Jabłoń:
(musi tu mieć tą żywą piękność)

poniedziałek, października 16, 2023

5228. —


fot. Hawwa, fragment.

[…]  smutek po stracie nigdy
nie należy tylko do jednej osoby […].

Jakub Małecki, Święto ognia,
Wydawnictwo SQN, Kraków 2023.

[…]  tutti abbiamo una stella che ci protegge,
anche quando il cielo è nuvoloso e non la vediamo.
 //  Susanna Tamaro
 […wszyscy mamy gwiazdę, która nas chroni,
      nawet wtedy gdy niebo jest pochmurne i jej nie widzimy.]

Nie płakałbyś, gdybyś wiedział, że wpatrując się głęboko w deszcz, ciągle będziesz w nim widział chmurę.

Thích Nhất Hạnh, Śmierci nie ma, lęku nie ma,
przeł. Sebastian Musielak, REBIS, Poznań 2023.

*

Sylkus, Evening Nostalgia.
White Raven’s Liked List

5227. Z oazy (CXCV)

Nie­dzielne odliczanie literek, pięć. Czynione z jedno­dnio­wym poślizgiem, ponieważ wybierane frag­men­ty nie chcia­ły się ułożyć. Grymasiły, kręciły nosem i jęczały, że tak to źle, niedobrze i do bani. Musiałam poczekać, by za­ak­cep­to­wa­ły mój wybór.

Dwa tygodnie temu, usłyszawszy o filmie nakręconym na podstawie tej książki, po­myślałam, że chętnie bym go obej­rza­ła. Ale, ale! Jeśli film jest na podstawie książ­ki, to lubię najpierw przeczytać literki.

Przeczytałam. Zachwyciłam się sposobem malowania po­staci i… Podobnie jak w przy­pad­ku filmu i książki Johnny nie mam już potrzeby oglądania filmu. Tego, co dla mnie najważniejsze w tej książce, nie da się sfilmować, bo to jest między słowami i wierszami.

Każdy z poniższych fragmentów może zupełnie spokojnie stanowić osobną historię. Żaden nie jest spoilerem opo­wie­ści, więc wciąż można mieć radość z pójścia do kina lub przeczytania książki osobiście. Mnie już ani jedno ani dru­gie nie dotyczy. Szko­da, ale, ale! Jest za to wciąż przede mną sporo powieści Autora.

Chlap-chlap-chlap, skaczę po kałużach, a ludzie mijają mnie, panie i pa­no­wie, i myślą sobie: o proszę, co to za miła dziewczyna skacze po ka­łu­żach, a ja uśmiecham się do nich, i oni do mnie też, mimo że przecież tak w ogóle to mam dwadzieścia lat i siedzę w domu, na wózku, a ich widzę przez szybę, ale to nie szkodzi, bo skakać po kałużach można wszędzie, nawet w domu, na wózku, i jak się ma dwadzieścia lat, to przecież każdy wie.

*

[…]  urodziłam się z porożem mózgowym. Specjalnie mówię źle, tata to wy­myślił – „porażenie” to jest bardzo brzydkie słowo, okropne, takie słowo na zawsze, a poroże to przecież coś pięknego.

*

Obie się siłujemy ze swoim ciałem i próbujemy je zmusić do czegoś, czego ono wcale nie chce, ale nie wiem, może to po prostu o to chodzi w życiu.

*

Zamykałem oczy albo patrzyłem w okno, za którym widać tylko kolejne okna. Od dziecka lubiłem się zastanawiać, co dzieje się po drugiej stronie, w mieszkaniach, które mijałem, chodząc ulicami.

*

[…]  jest pan Spodszóstki i jego pies, który próbuje bawić się z kałużą w ten sposób, że się w niej położył i leży.

*

Iść z panią Józefiną to jest zupełnie coś innego niż z tatą albo Łucją, bo pani Józefina idzie tak, jakby wszystko, co mija po drodze, należało do niej. Nig­dy nie widziałam nikogo, kto byłby tak zadowolony, że jest sobą i że w ogóle jest.

*

Szykowałam się parę tygodni, żeby jej to powiedzieć, i zastanawiałam się, jak bardzo się ucieszy i mnie pochwali, i jak będzie zachwycona, ale ona nagle się przestała ruszać i przełknęła ślinę, a jak się człowiek przestaje ruszać i przełyka ślinę, to wiadomo, co jest.
     Źle.

*

[…]  chciałam coś zniszczyć, zbić, rzucić jakimś kubkiem albo talerzem, albo cukierniczką, ale nawet tego nie mogłam i to było najgorsze. […]  mówi w sumie samymi wydmuszkami: jak to po co, Królewno… jak to po co… przecież ty… przecież ja… ja tobie wszystko… gwiazdkę z nie­ba… i tak dalej, bez niczego w środku.

*

Tuż za krawędzią łóżka rozpościerała się przestrzeń nie do wypełnienia. Zsu­nęłam w nią nogi i próbowałam przetrwać, ale czas opierał mi się, szar­żu­jąc w kierunku przeciwnym niż zwykle. Między siód­mą a siódmą dzie­sięć minęło kilka lat.

*

To musi być dopiero coś. Myślisz sobie: pójdę w lewo i idziesz w lewo, albo myślisz: pójdę tam i idziesz tam, albo myślisz: pobiegnę trochę i biegniesz.

*

No, takie wyjście do sklepu to musi być coś – idziesz sobie dokładnie tam, gdzie chcesz, możesz nawet w ostatniej chwili zmienić zdanie i wejść do ja­kie­goś innego sklepu, niż chciałaś na początku, i możesz być w tym sklepie tak długo, jak ci się podoba, i ani razu nie uderzasz wnic głową ani łokciem, a potem możesz usiąść sobie na przykład w parku na ławce i odwrócić twarz do słońca, i sobie być.

*

[…]  mniej ma dla mnie słów, kończą mu się szybko i nie stara się znaleźć nowych, a zamiast nich znajduje wzdychanie.

*

Nastka lubiła siebie i lubiła innych, a każda nowość i zmiana budziły w niej entuzjazm, za co wszyscy gremialnie ją podziwiali, ja też, ale po jakimś cza­sie się zorientowałam, że podziw wcale nie wyklucza złości. Byłam zła, że przez tyle lat można udawać, że się nie widzi świata takim, jaki jest.

*

[…]  widoki na to były nieszczególne. Kiedy ktoś zakochiwał się we mnie, ja z reguły miałam go gdzieś, bo zakochana byłam akurat w kimś innym, kto niestety miał mnie gdzieś, bo kochał inną, która… i tak dalej. Wystarczyłoby te uczucia zmienić o jedno w lewo albo w prawo i nagle wszyscy byliby za­ko­cha­ni we właściwych osobach, z wzajemnością, ale najwyraźniej ko­muś, kto to wszystko wymyślał, wcale na tym nie zależało. Nie rozumiałam, jak można być takim idiotą, żeby zrobić świat, w którym E=mc2 działa zawsze i bez zarzutu, ale w czymś tak prostym i oczywistym jak miłość połowa rze­czy musi się wiecznie nie zgadzać.

*

Powiedziałam mu, że różnica pomiędzy tancerką bardzo dobrą a wybitną ma grubość kartki papieru. Że w tej wąskiej przestrzeni mieszczą się tysiące godzin, wolne wieczory, weekendy, wszystkie pasje, wszyscy znajomi i cała reszta życia, którego nie wolno ci mieć. Że z zewnątrz tego nie widać – dla człowieka siedzącego na widowni tancerka bardzo dobra i wybitna wyglądają tak samo.

*

Za każdym razem, kiedy wspólnie zdmuchujemy świeczki, mówię jej, by pomyślała życzenie, i za każdym razem zastanawiam się później, co to było.

*

     – Powiesz mi?
     – Ale co takiego?
     – Jakie wymyśliłaś życzenie.
     […]
     – Zażyczyłam sobie, żeby kiedyś pobiec przez miasto.
     Powtarza po mnie, jakby podkradała mi z talerza, żeby się przekonać, co też mi tak smakuje:
     – Pobiec. Przez miasto.
     – No. To by było świetne.

*

No więc jednego dnia, jak siedzimy u mnie, to przysuwam się do biurka i włą­czam komputer, i zaczynam dżojstikiem pisać na ekranie, tak żeby widziała: „Mam do pani prośbę”.
     Zajmuje mi to jakieś siedem minut. […]  staje za mną, i czyta.
     – Jaką prośbę, młoda?
     […]  czeka, aż jej odpowiem, no więc piszę dalej:
     „Bym chciała, żeby pani…”
     Dokładam kolejne słowa i nie jest to za bardzo łatwe, bo z takimi sło­wa­mi to trzeba naprawdę uważać, a ona patrzy mi przez ramię i już się nie ru­sza, a kiedy wreszcie, chyba po dziesięciu minutach, docieram do końca zda­nia, zmęczona i ze spoconymi pachami, to ona się trochę prostuje.
     – Kochanie, jesteś pewna? No wiesz, oczywiście, że mogę, ale czy to… Jesteś pewna?

*

Nic się właściwie nie zmieniło, ale na takie rzeczy trzeba uważać najbardziej.

*

Wierciłem się między słowami, mówiłem o wielu światach, coś o pamięci, o życiu człowieka w innym człowieku, same potworne banały, ale może potworne banały były tym, czego właśnie wtedy oboje potrzebowaliśmy.

*

Patrzyłem na widniejące na kartce słowa, które były tam, ile razy na nie spoglądałem. W końcu zacząłem zapychać ciszę miękkimi, łagodnymi za­pew­nie­nia­mi: damy radę, to jeszcze nic takiego, są sposoby, mój znajomy kiedyś, w ogóle się nie martw, wszystko będzie…
     […] 
     – Milordzie, nie musisz.
     […]  w końcu spytałem szeptem:
     – To co możemy zrobić?

*

[…]  oddycham głęboko i chce mi się płakać.
     […]  Kiedyś można było mnie opisać wieloma słowami: byłem wesoły, ambitny, wstydliwy i wysportowany, trochę nieprzewidywalny, raczej niski, zwykle ogolony, często zadowolony i raczej niezbyt bogaty, a teraz jestem po prostu bardziej albo mniej zmęczony.
     […]  Kiedy jestem tutaj, bardzo chcę być z powrotem, czujny i blisko, a kiedy już jestem tam, myślę tylko o tym, by choć na chwilę znaleźć się znowu tutaj.

*

Wiele wysiłku wkładam w to, żeby jej odruchowo nie pocieszać, żeby nie mówić, że ją rozumiem, bo jej nie rozumiem, i być może po raz pierwszy od dawna naprawdę tylko jej słucham.

*

[…]  wsuwa ręce w kieszenie i cały zdyszany idzie powoli w stronę tego, co w jego życiu ma się dopiero stać.

*

[…]  i tylko tak słucha:
     stukanie obcasów
     szum na ulicy
     pikający automat.
     Słucha i słucha, i wstaje powoli, tak, żeby nie przerywać tym dźwiękom, i robi jeden krok, a potem drugi, i idzie przed siebie.

*

A teraz […]  wszystko dzieje się dalej.

Jakub Małecki, Święto ognia,
Wydawnictwo SQN, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)


okładka z wcześniejszego wydania,
bo ta z 2023 roku zabija wyobraźnię.

Ćwiczymy intensywnie przez co najmniej półtorej go­dziny dziennie, bo jakbyśmy nie ćwiczyli albo ćwiczyli mniej, to stałoby się to, co się ogólnie przez lekarzy na­zy­wa Zdecydowanieodradzałbympaństwu.

*

[…]  kiedy jej mówił, że ją rozumie i że to bardzo trudna sytuacja, odpo­wia­da­ła, że przecież wie, że trudna, i nie trzeba jej dodatkowo dobijać. Tata nie rozumiał, że w ta­kiej chwili nie ma żadnej dobrej rady i trzeba sto­so­wać tylko dwie metody, to znaczy metodę Uhmm albo metodę Nochodźkochanie, a ona nie ro­zu­mia­ła, jak on może tego nie rozumieć.

*

[…]  na drugi dzień było największe wyzwanie, czyli ma­te­ma­tyka, bo chodzi o to, że niektórzy ludzie z po­ro­żem mają coś takiego, że sobie nie umieją wyobrazić na przy­kład, jak wygląda sześcian albo stożek. Lekarze mó­wi­li, że ja raczej umiem, bo mi się dostało tylko w ruchy, nie w myślenie, co jest dużym szczęściem, ale w sumie nikt nie wiedział na pewno, tylko tak bardziej na Raczej i na Chyba.

*

Nie chodzę, nie jestem samodzielna ani nie mówię wy­raź­nie, za to potrafię inne rzeczy, na przykład po­tra­fię świetnie patrzeć, a patrzenie nie jest takie proste, jak by się mogło wydawać, ale to wiedzą tylko ci, którzy patrzą bardzo długo i bardzo uważnie, a na to trzeba mieć czas.
     Najpierw trzeba zapomnieć o sobie, ale tak dokładnie: kim się jest i jak się ma na imię, i tak dalej, więc już to jest dosyć trudne, a potem trzeba to wytrzymać długo, to zapomnienie, i ważne też, żeby się nie rzucać na to, co się widzi. Trzeba podchodzić powoli, skradać się, czasami od­czekać długo i być ostrożnym, bo wtedy dopiero widać.

(tamże)

niedziela, października 15, 2023

5226. Z oazy (CXCIV)

Nie­dzielne odliczanie literek, cztery. Dodatek do październikowego przydziału wło­skich literek. Książka, a w zasadzie książeczka, która robi wrażenie notatnika, w któ­rym zatrzymano chwile, przebłyski świadomości, drobiny mądrości. Czasem jestem kotem, czasem żółwiem…

Są w tej książce ilustracje, których fragmenty zachwycają. Są też takie, że pomimo braku odpowiedniego wykształcenia, mam pewność, że coś jest z nimi nie tak. To jednak nie przeszkadzało mi, by cieszyć się całością opowieści.

“I wonder what lies beyond the horizon?” Said the cat.

“The unknown.” Replied the tortoise.

*

“I would like to see the unknown.” Said the cat.

“I would like to stay at home.” Said the tortoise.

*

*

“I heard the most wonderful things
happen during adventures”
Said the cat.
“If only we were brave enough to
take the first step.”

*

*

*

*

*

“That happens sometimes...”
replied the cat.

“...but if we wait long enough
for it to lift, a bright new
world will be revealed.”

*

*

“That tree is far too fall for me,”
said the tortoise,
“can I climb on your back?”

“Of course,” replied the cat, “sometimes
apples are out of reach, until we ask for help.”

*

*

“[…]  you sound very uncertain.”
Said the tortoise.

“I am,” replied the cat, “but with
on uncertain future.. comes
infinite possibilities.”

*

*

“I don’t like asking for help,” said the tortoise, “I’m not usually brave enough.”

“But sometimes, asking for help is the bravest thing you can do.” Replied the cat.

*

“Do you think following the horizon will make us happy?” Asked the tortoise.
     “I do.” Replied the cat.
     “Why?” Asked the tortoise.
     “Because those who follow their own horizons, are usually the ones who find happiness.” Said the cat.

*

*

“And to think you said you weren’t brave.” Said the cat.

I’m braver than I thought.” Replied the tortoise.

*

“Oh dear, look at that crocked tree,” said the cat, “it is a shame to see things broken.”

“Even the mightiest trees can be broken by the wind”, replied the tortoise, “but being broken doesn’t mean it’s the end.”

*

“Do you think it was a good idea to seek the horizon?” Asked the cat. “Perhaps I should have stayed at home, too.”

“I think it was an excellent idea!” Replied the tortoise. “In order for anything good t happen... an idea must become an action.”

*

“But you never know what
you can achieve until you
try.” Said the cat.

*

*

*

*

“There... that wasn’t difficult, was it?” Said the cat.
     “Things rarely are as bad as they seem.” Replied the tortoise.

Christopher Stokes, Beyond the Horizon. With the cat & the tortoise,
Independently published, Walsall 2021.
(wyróżnienie własne)

5225. Z oazy (CXCIII)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. To również książka, której nie szukałam. Nie, nie tytuł przyciągnął moją uwagę, lecz prostota i światło ilustracji na okładce. Za­ry­zy­ko­wa­łam. I łyknęłam, a nie prze­czytałam.

Pomysł, by jeszcze raz, na nowo zatrzymać się przy definicjach słów: myślmy­śle­nie; przyjrzeć się, w jaki sposób doświadczamy w życiu zjawisk kryjących się pod tymi słowami, jest po prostu fantastyczny.

Nie szukajcie w tej książce informacji – szukajcie zrozumienia.

*

Gdyby ludzie nauczyli się tylko jednego
nie bać się swoich doświadczeń
już samo to zmieniłoby świat.
Sydney Banks

*

Nasze umysły wykonują niesamowitą pracę, żeby utrzymać nas przy życiu, ale nie zapewniają nam szczęścia. Ich celem jest wyłącznie nasze bez­pie­czeń­stwo i przetrwanie, a nie spełnienie bądź radość.
     […]  Umysł robi po prostu to, do czego został stworzony. Dopóki nie zro­zu­miemy, że jego jedynym obowiązkiem jest utrzymanie nas przy życiu, bę­dzie nas to złościć i frustrować. Cały ten konflikt bierze się z nie­winnego nie­porozumienia. Za­da­niem naszego umysłu jest pomóc nam przetrwać. Za­da­niem naszej świadomości jest pomóc nam osiągnąć spełnienie. Wasze dusze stanowią powód, dla którego w ogóle wyruszyliście w tę podróż – aby od­na­leźć dla siebie spokój, miłość i radość.

*

Myśl nie wymaga z naszej strony żadnego
wysiłku – po pro­stu się pojawia.

*

Trzeciego dnia mnich wsiadł do łodzi, powiosłował na środek jeziora i znów oddał się medytacji. Kilka minut później usłyszał plusk wody i poczuł, że łódź się kołysze. Zaczął złościć się na myśl, że nawet na środku jeziora ktoś lub coś zakłóca jego spokój.
     Kiedy otworzył oczy, dostrzegł, że dokładnie w jego kierunku płynie inna łódź. Zawołał: „Skieruj swoją łajbę w inną stroną, bo uderzysz w moją!”. Druga łódź płynęła jednak prosto i była już tylko kilka metrów od niego. Znów krzyknął, ale to nic nie dało i w końcu uderzyła ona w łódkę mnicha. Teraz był już naprawdę wściekły. Wrzasnął: „Kim jesteś i dlaczego sta­ra­no­wa­łeś moją łódź na samym środku tego wielkiego jeziora?”. Nie było odpowiedzi. To jeszcze bardziej rozgniewało młodego mnicha.
     Wstał, aby sprawdzić, kto kieruje drugą łodzią i ku swojemu zdumieniu odkrył, że na jej pokładzie nikogo nie ma.
     Łódka prawdopodobnie zerwała się z uwięzi i niesiona wiatrem wpadła na łódź mnicha. Młodzik poczuł, że jego gniew znika bez śladu. To tylko pu­sta łódka! Nie ma się na kogo złościć!
     W tym momencie przypomniał sobie pytanie swojego mentora: „Czy wiesz, co tak naprawdę cię złości?”. I wtedy zaczął się zastanawiać: „Nie chodzi o ludzi, sytuacje czy okoliczności. Tym, co powoduje mój gniew, nie jest pusta łódź, lecz moja reakcja na nią. Wszyscy ludzie i wszyst­kie sy­tu­a­cje, które wywołują mój smutek i złość, są niczym ta pusta łódź. Gdyby nie moja reakcja, te rzeczy nie byłyby w stanie mnie rozgniewać”.

*

Jeśli zadam wam pytanie, na pewno przyjdzie wam do głowy jakaś myśl.
     Myśli nie są z natury złe. Pamiętajcie, że stanowią energetyczny, men­tal­ny surowiec, z którego tworzymy nasz świat.
     W momencie, w którym zaczynamy myśleć o naszych myślach, wsia­da­my na emocjonalną huśtawkę. Kiedy roztrząsamy nasze myśli, zaczynamy je oceniać i krytykować, doświadczając wszelkiego rodzaju wewnętrznych zawirowań.

*

Myślę, myślę i myślę, wymyśliłem już chyba
milion razy, jak być nieszczęśliwym, ale ani
razu nie wymyśliłem sobie szczęścia.
Jonathan Safran Foer

*

Bez naszego codziennego myślenia o poszczególnych zda­rze­niach lub rzeczach zaczniemy ich doświadczać w zupełnie inny sposób.

*

Myśli tworzą. Myślenie niszczy.

*

Bardziej precyzyjnym byłoby stwierdzenie, że tylko wtedy, kiedy myślimy, możemy poczuć negatywne emocje.

*

Myśli wypływają z innego źródła niż myślenie i to od źródła będzie zależeć, czy stanowią przyczynę cierpienia, czy nie.

*

Rzeczywistość sama w sobie to fakt, że dane zdarzenie na­stą­pi­ło, niezależnie od przypisanego mu znaczenia, myśli czy interpretacji.

*

Tym, czego chcemy od życia, są uczucia, nie przedmioty, ale wpadamy w pu­łap­kę przekonania, że właś­nie te fizyczne obiekty dadzą nam upra­gnio­ne emocje. Prawdziwym celem jest jednak uczucie.

*

Buddyści twierdzą, że za każdym razem, gdy doświadczamy negatywnego zdarzenia, w naszym kierunku lecą dwie strzały. Fizyczny ból po ugodzeniu pierwszą strzałą jest dotkliwy. Ale dużo bardziej bolesne jest uderzenie drugiej, emocjonalnej strzały (cierpienie).

*

W każdej chwili tylko jedna myśl, jedno spostrzeżenie, jedna idea dzielą nas od doświadczenia kompletnej zmiany naszego życia.

*

Kiedy doświadczacie silnej frustracji, stresu, niepokoju czy jakiejkolwiek innej negatywnej emocji, pamiętajcie, że dzieje się tak, ponieważ myślicie, a natężenie tych odczuć jest bezpośrednio zależne od tego, jak dużo myślicie.

*

Miłość nie zna granic. Aby uzyskać odpowiedzi na wszystkie pytania, potrzebujecie tylko otwartego umysłu i gorącego serca.

Joseph Nguyen Nie wierz we wszystko, co myślisz,
przeł. Arkadiusz Czerwiński,
Wydawnictwo PURANA, Lutynia 2023.
(wyróżnienie własne)

Niezmiernie trudno jest opisać to uczucie głębokiej ins­piracji, ponieważ ono nie jest z tego świata. Tak na­praw­dę nie pochodzi od nas, ale przepływa przez nas, biorąc swój początek w czymś znacznie od nas po­tęż­niejszym.

*

Kiedy zadajemy pytania, zawsze pojawiają się odpowiedzi.

*

Negatywne emocje stanowią wyraz niezrozumienia. Jeżeli znaleźliśmy się w ich uścisku, znaczy to, że uwie­rzy­li­śmy w to, co myślimy.

*

Nie myśl. To komplikuje sprawy.
Po prostu czuj, a jeśli czujesz,
że to droga do domu, podążaj nią.
R.M. Drake

*

Nasza intuicja prawie nigdy nie będzie wydawała się logiczna czy racjonalna, ale dokładnie o to nam chodzi, ponieważ nie chcemy, aby była przewidywalna. Cudów nie da się przewidzieć, ponieważ zawierają w sobie nie­skończone możliwości Wszechświata ze swej natury spon­taniczne.

*

Droga naprzód ukazuje się nam dopiero wtedy, gdy zaczynamy nią podążać.

*

Coś, czego wcześniej nie doświadczyliś­­my, możemy stwo­rzyć jedynie w królestwie nieskończonych moż­li­wo­ści, ale w tym celu musimy udać się tam, gdzie nas jesz­cze nie było – czyli w nieznane.

*

Prawda jest zawsze prosta. Mimo to nie za­wsze musi być łatwa.

(tamże)

5224. Z oazy (CXCII)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Początek był, jak zwykle, niewinny — moją uwa­gę przykuła tęczowa okładka. Reszta wydarzyła się w mgnieniu oka.

To druga z dwóch książek, po którą nigdy bym nie sięgnęła. Tu złamałam zasadę niesięgania po książki wydane w języku polskim z nie­polskim tytułem. Nabyłam tę powieść w podskokach, ponieważ nie codziennie bohaterzy czytanych przeze mnie książek mają ponad siedemdziesiąt lat i dużą zmia­nę przed sobą.

Dawno tak dobrze nie było mi z powieścią. Dobrzessimo! A klucz, według którego wy­bra­łam fragmenty? Wyłącznie gęstessimo! Plus te akapity, po których prze­czy­ta­niu w środku nocy było słychać mój śmiech na końcu bloku — muszę je tu mieć pod ręką.

     – Barry, je­ste­śmy już w śred­nim wieku – oznaj­mił Mor­ris, który le­żał w mo­ich ra­mio­nach i pa­lił marl­boro li­ghta.
     – We wcze­snym śred­nim wieku – od­par­łem.
     – Pró­buję coś za­su­ge­ro­wać – cią­gnął Mor­ris, na­gle za­sty­gły w nie­na­tu­ral­nym bez­ru­chu. – Może by­śmy tak prze­żyli kry­zys wieku śred­niego wspól­nie i za­miesz­kali ra­zem?
     […]
     – Dzieci masz do­ro­słe. Nic cię nie trzyma. Czy nie?
     – I za­miesz­kać z tobą?
     – Słuch masz świetny, Barry.
     – Że te­raz?
     – Nie że w ciągu naj­bliż­szych pię­ciu mi­nut, ale może pię­ciu mie­sięcy.
     Le­że­li­śmy da­lej.
     Wzią­łem głę­boki wdech, po­tem prze­pchną­łem dym przez noz­drza.
     Wyj­rza­łem przez otwarte okno. Je­sienne drzewa otrzą­sały się z li­ści.
     – Mor­ris – za­czą­łem po­woli. – Nie wiem, czy był­bym w sta­nie rzu­cić się z tobą w ot­chłań to­wa­rzy­skiego wy­klu­cze­nia.

*

Z każ­dej strony hisz­pań­ska in­kwi­zy­cja. Dla­czego ko­biety za­wsze mu­szą grze­bać in­nym w uczu­ciach?
     – Ma­xine, zaj­mij się sprzą­ta­niem i zo­staw ojca w spo­koju.

*

     – Mó­wię śmier­tel­nie po­waż­nie, tato. Po­wiedz, co się dzieje.
     Pre­sja staje się już nie do znie­sie­nia, więc mó­wię. […]
     Ma­xine mil­czy jak ni­gdy. Kiedy wresz­cie prze­ma­wia, sta­ran­nie do­biera słowa.
     – Tatku, na­prawdę są­dzisz, że nie mia­łam po­ję­cia o to­bie i wujku Mor­ri­sie? – Bie­rze moją dłoń w obie ręce. Jej cie­niut­kie palce są mięk­kie i je­dwa­bi­ście gład­kie, lek­kie i cie­płe. – Mój ra­dar nic nie prze­pu­ści, a ty je­steś tak prze­gięty, że tylko ślepy by się nie zo­rien­to­wał. Pa­trzy­łeś kie­dyś w lu­stro?
     Rany bo­skie, ta dziew­czyna to na­prawdę czarny koń.
     – Pierw­szych po­dej­rzeń na­bra­łam jesz­cze w li­ceum. A jak na stu­diach za­czę­łam cho­dzić do ba­rów dla ge­jów, to nie mia­łam już żad­nych wąt­pli­wo­ści, że je­ste­ście z wuj­kiem parą, no ale ni­gdy nie czu­łam, że mo­gła­bym z tobą po­ru­szyć ten te­mat. No bo je­steś moim tatą.
     – A co z Donną?
     – Tatku, patrz mi na usta: nie mó­wimy Don­nie, okej?
     – Ma­xine, ja cię mia­łem zszo­ko­wać, ale to tyś mnie zszo­ko­wała wię­cej.
     – Oba­wiam się, że już dawno się od­kle­iłeś od rze­czy­wi­sto­ści.

*

     – Barry – od­zywa się wresz­cie, nie­po­trzeb­nie zwra­ca­jąc się do mnie po imie­niu. […]  – Dam ci jedną radę. Na­stęp­nym ra­zem, jak po­czu­jesz, że już nad sobą nie pa­nu­jesz, to po­myśl, co by zro­bił Da­laj­lama, i spró­buj tak samo, zgoda, kie­row­niku?

*

Wtedy do mnie do­ciera. Po raz pierw­szy w ży­ciu nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, że każdy, ale to każdy w za­sięgu wzroku wie, że Mor­ris i ja je­ste­śmy „pa­nami wąt­pli­wej mo­ral­no­ści”. Tu­taj nie ma miej­sca na uda­wanki. Lu­dzie ko­chani, nie wiem, gdzie oczy po­dziać, bo nie­któ­rzy prze­chod­nie na­wią­zują ze mną tak prze­cią­gły kon­takt wzro­kowy, że po­winni zło­żyć po­da­nie o przy­dzie­le­nie miej­sca par­kin­go­wego dla miesz­kań­ców. Ani przez chwilę nikt tu nie my­śli, że je­ste­śmy dwoma wy­ele­gan­co­nymi mę­żami, oj­cami i dziad­kami, któ­rzy prze­cho­dzą przez West End w dro­dze do domu z we­sela, po­grzebu czy na­bo­żeń­stwa w ko­ściele zie­lo­no­świąt­kow­ców. […]
     Jak­bym miał wię­cej od­wagi, to po­trzy­mał­bym Mor­risa za rękę, na choćby jedną se­kundę. Całe ży­cie pa­trzy­łem, jak pary idą pod rękę, ca­łują się na ulicy, w au­to­bu­sie, w pu­bie. Pa­trzy­łem, jak so­bie spa­ce­rują jedno przy dru­gim, jak so­bie mierz­wią włosy, sia­dają na ko­la­nach, tań­czą bli­sko, ro­man­tycz­nie, jaz­zowo i fun­kowo, raz le­piej, raz go­rzej, bar­dziej i mniej przy­zwo­icie.
     I ni­gdy, ani je­den raz nie po­czu­łem, że mógł­bym cho­ciaż do­tknąć dłoni męż­czy­zny, któ­rego ko­cham.
     Pa­trzymy po so­bie z Mor­ri­sem z ukosa, coś w nas drga.
     On ła­pie mnie za rękę i ści­ska przez kilka se­kund.
     To nasz pierw­szy fi­zyczny wy­raz mi­ło­ści w miej­scu pu­blicz­nym od sześć­dzie­się­ciu lat.

*

Może i wie, co to są im­pon­de­ra­bi­lia, ale do­piero z wie­kiem zro­zu­mie, jaki mają wpływ na ży­cie.

*

     – Lolu, weź mi, pro­szę, czy­stą, zdrową, bez­cu­krową coca-colę bez che­mi­ka­liów i… a, cze­kaj, za­nim za­po­mnę, co to zna­czy el­gie­bete?

*

O, tak, prosz­pań­stwa. Tak, Mor­ri­sie. Tak, Lolu i reszto mło­dych aten­cju­szy, czuję, że wy­cho­dzę z szafy, i nie ma w tym nic tak zwa­nego.

*

     – A co ja niby je­stem, ksiądz ka­to­licki, że mi się bę­dziesz spo­wia­dać? Jak te­raz za­czniesz, to będę mu­siał od­wdzię­czyć się tym sa­mym, a wcale nie je­stem taki pe­wien, czy zdo­łał­byś to prze­łknąć. Chcesz wie­dzieć, za czym nas ta roz­mowa za­bie­rze, mój drogi? Za ni­czym, ot co. Słu­chaj mnie, Barry, uważ­nie. Znam cię od czter­dzie­stego siód­mego, jak z nas były dwa szcza­wi­ki w pia­skow­nicy. Sześć­dzie­siąt cztery lata cię znam, sły­szysz ty? Na­resz­cie mamy ja­kąś wspólną przy­szłość, więc może nie roz­grze­bujmy już daw­nych grze­chów, co? Usiądź so­bie wy­god­nie, po­słu­chaj je­dy­nej w swoim ro­dzaju pani Shir­ley Bas­sey i ciesz się, chło­pie, chwilą, ciesz się chwilą.

Shirley Bassey, You Ain’t Heard Nothing Yet.

*

Jak nam się za­chce, to mo­żemy je­chać aż do Man­che­steru, Yorku, co tam, do Glas­gow na­wet. Czemu nie? Nikt nas już nie za­trzyma. Ni­kogo nie trzeba pro­sić o po­zwo­le­nie. Je­dyną osobą, przed którą się mu­szę tłu­ma­czyć, jest Mor­ris, i ja to chęt­nie. Jak się zrobi późno, to za­wsze mo­żemy się za­trzy­mać na noc w ja­kimś przy­jem­nym ho­telu, za­mó­wić ko­la­cję do po­koju, po­oglą­dać płatną te­le­wi­zję…

*

Naj­bar­dziej się za­słu­guje na po­gardę,
gdy po­gar­dza się cu­dzym cier­pie­niem.
James Baldwin
(1924–1987)

*

[…]  ce­lem do­brego tłu­ma­cze­nia nie jest urze­czy­wist­nić nie­moż­liwy po­stu­lat lu­strza­nego prze­pi­sa­nia ję­zyka na ję­zyk, lecz spra­wić, by­śmy pod­czas lek­tury po­czuli to samo, co czy­tel­nik bądź czy­tel­niczka ory­gi­nału. […].  Prze­kład nie funk­cjo­nuje jed­nak w próżni. Za każdą de­cy­zją trans­la­tor­ską kryje się lo­gika i po­rzą­dek in­ten­cji […].
  //  Od tłumaczki

*

Córka od­czy­tuje li­stę na głos z taką po­wagą, jakby re­cy­to­wała man­trę.
       – Mój mąż bę­dzie z Ka­ra­ibów albo ka­ra­ib­skiego po­cho­dze­nia.
     – Mój mąż bę­dzie od­no­szą­cym suk­cesy i wy­pła­cal­nym pro­fe­sjo­na­li­stą w swo­jej dzie­dzi­nie.
     – Mój mąż bę­dzie miał od trzy­dzie­stu pię­ciu do czter­dzie­stu dzie­wię­ciu lat.
     – Mój mąż nie bę­dzie miał dzieci z po­przed­nich związ­ków.
     – Mój mąż bę­dzie bar­dzo in­te­li­gentny i wy­kształ­cony przy­naj­mniej do po­ziomu li­cen­cjata.
     – Mój mąż bę­dzie wyż­szy ode mnie, naj­le­piej od me­tra osiem­dzie­siąt w górę, umię­śnio­nej bu­dowy i bez brzu­cha.
     – Mój mąż bę­dzie przy­stojny, ale nie na tyle, żeby inne ko­biety się za nim uga­niały.
     – Mój mąż nie bę­dzie miał owło­sio­nej piersi, ple­ców, rąk, nosa ani uszu, nie bę­dzie też miał wra­sta­ją­cych wło­sów, które mu­sia­ła­bym mu wy­cią­gać pę­setą.
     – Mój mąż bę­dzie miał… (wiesz co, tato, ten pod­punkt mo­żemy po­mi­nąć).
     – Mój mąż bę­dzie uwiel­biał dla mnie go­to­wać, nie tak jak Fran­kie, który w ży­ciu na­wet jajka nie ugo­to­wał.
     – Mój mąż ni­gdy mnie nie okła­mie, nie zdra­dzi i nie bę­dzie się śli­nił do in­nych ko­biet.
     – Mój mąż bę­dzie ko­chany i ser­deczny, ale przy tym bar­dzo mę­ski.
     – Mój mąż bę­dzie do­sko­na­łym słu­cha­czem.
     – Mój mąż bę­dzie mnie ak­cep­to­wał ab­so­lut­nie taką, jaka je­stem, bez żad­nej kry­tyki.
     – Mój mąż nie bę­dzie chra­pał.
     – Mój mąż bę­dzie chciał trzy­mać mnie za rękę pu­blicz­nie.
     – Mój mąż bę­dzie się mną za­chwy­cał, na­wet kiedy stanę się stara i po­marsz­czona.
     – Mój mąż bę­dzie ko­chał Da­niela [syn Donny].
     – A Da­niel bę­dzie go uwiel­biał.
       – No i tyle – stwier­dza, po­nu­rym ge­stem od­kła­da­jąc dro­go­cenny do­ku­ment na stół.
     – Donno – za­czy­nam de­li­kat­nie, z ca­łych sił sta­ra­jąc się mó­wić tak, by w moim gło­sie nie po­brzmie­wała choćby naj­słab­sza nuta kry­tyki. – Nie my­śla­łaś może, że je­steś odro­binę zbyt wy­bredna?
     Oj, Bar­ring­ton, to nie był do­bry po­mysł.
     – Zbyt wy­bredna?! – ry­czy córka.

*

Oto cały kło­pot z oj­co­stwem. Ma czło­wiek ten swój ar­se­nał ka­na­po­wej psy­cho­gadki i do­świad­cze­ni­zmu, któ­rym pra­gnąłby się po­dzie­lić z dziećmi, ale niechże tylko spró­buje, to się ob­rażą.

Ber­nar­dine Eva­ri­sto, Mr. Loverman, przeł.Aga Zano,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)

Nie czy­taj te­raz, ale daj mi znać, jak się na to za­pa­tru­jesz, asa­pis­simo.

(tamże)