poniedziałek, sierpnia 21, 2023

5163. Panna cotta (C)

Można filozoficznie przymądralić, życiowo przymarudzić, wywalić na stół be­be­chy swojego niełatwego losu, ude­rza­jąc we właściwą nutę słowami ludowej mądrości: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Wszyscy wokół po­twier­dzą, ki­wną głową w peł­nym zrozumieniu, bo tu nad Wisłą taki mamy klimat i żadna katastrofa kli­ma­tycz­na polskiego men­ta­lu nie ociepli.

Można wciąż w tej samej molowej tonacji w drugim ro­dzi­mym języku równie pięk­nie jęczeć, użalając się iście świa­to­wo: the grass is always greener on the other side of the fence.

Wolę w dur, wolę nowe ścieżki neuronowe wydeptywać lub udeptywać te, które uru­cha­miają we mnie radość, sens i spełnienie. Przyszło do mnie dziś rano cudo. Kupiłam je na pniu wraz z filozofią, którą ze sobą niesie, i energią*, którą zaraża:

L’erba è più verde dove la annaffi.
[Trawa jest bardziej zielona tam, gdzie ją podlewasz.]

____________
  *  by „w gratisie” zachwycać się zaimkiem dopełnienia bliższego, a potem łomolić Vasco i wydzierać się: va be­ne, va bene così!

niedziela, sierpnia 20, 2023

5162. Z oazy (CLXXVI)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. Na tę książkę też czekałam i w dniu publikacji, miałam już na czytniku całkiem przyzwoicie napoczętą.

Powiedzieć osobista książka, to nie powiedzieć nic. Rezonuje mocno, jeśli straciło się niedawno kogoś, kto należał do naszych najukochańszych Ludzi, odsłaniając uczucia, które się ma, a do których mało kto się przyznaje. Rezonuje moc­no, jeśli chociaż raz rozważało się podróż w jedną stronę do Szwajcarii (nie po to, by tam zamieszkać). Porezenowała ze mną mocno, a potem jeszcze raz mocno.

Pozostawiła z pytaniami. Chyba dobrze, że nie znam jeszcze odpowiedzi.

„Napisz o tym” – poprosił mój mąż.

*

Za wszystkim stoi Brian Ameche, który kochał swoje życie oraz mnie [Amy Bloom], szczęśliwą żonę, i w obliczu trudnych decyzji, a także okrutnych przeszkód, które poprzedziły jego śmierć, był, jak zawsze, nieustraszony.

*

W Stanach Zjednoczonych na chorobę Alzheimera cierpi około sześciu mi­lio­nów osób. […]  Niemal dwie trzecie z tych sześciu milionów osób sta­no­wią kobiety. I niemal dwie trzecie opiekunów pacjentów z alz­hei­me­rem to rów­nież kobiety. Większość pacjentów i większość opiekunów.

*

„Zmniejszenie prawdopodobieństwa wystąpienia choroby” to często spo­ty­ka­ny zwrot we wszechświecie alzheimera, a używa się go w od­nie­sie­niu do wystarczającej ilości snu, jedzenia jagód, rozwiązywania krzyżówek i wielu innych rzeczy zalecanych wszystkim, ale nikt, ani jedna internetowa strona medyczna, nie potwierdza, że te dobre rzeczy faktycznie mogą uchronić ko­go­kol­wiek – kogokolwiek – przed zachorowaniem na alzheimera.

*

Chciałbym móc zostać dłużej…

*

Fale żalu zawsze traktowałam jako pewne przypływy i odpływy uczuć, a jednak przypominają raczej prawdziwą, wysoką, szarozieloną kipiel Oceanu Atlantyckiego. Potężne, słone, pochłaniające i podstępne bałwany porywają człowieka i rzucają w inne miejsce, choć nie jest na to gotowy.

*

Diagnostyczna wizyta neurologiczna dopiero przed nami, ale przeczuwam, że zmierza ku nam coś nieuchronnego, niczym dudniący pociąg, który pło­szy przestraszone ptaki.

*

Skoro problemy się zmieniają, podejście również powinno się zmieniać, sęk jednak w tym, że za tymi zmianami na ogół się nie nadąża. Jak wychwycić istotną różnicę pomiędzy „nie mogę”, „nie chcę” a „nie pamiętam, że mnie proszono”?

*

Mózg, […]  ta pomarszczona szafa z jaźniami upchnię­tymi w czaszce niczym zbyt wielka liczba ubrań w torbie gim­na­stycznej.
Diane Ackerman

*

Neurony łączą się, komunikują i regenerują, i to właśnie niszczy alzheimer: połączenie wewnętrzne i zewnętrzne, najpierw w korze śródwęchowej i hi­po­kampie (części mózgu odpowiedzialnej za pamięć), a później w korze mózgo­wej (odpowiadającej za język, przetwarzanie informacji i za­cho­wa­nia społeczne). Te neurony, żołnierze mózgu, maszerują przez długie lata, od czasu narodzin, po peryferiach tego organu, pobudzając go do działania, odsuwając wszelkie stojące na przeszkodzie głazy, aż w końcu, z powodu alzheimera, zostają zablokowane przez powalone drzewa na końcu jednej drogi czy też zwisające kable na końcu drugiej. Przez lata ci żołnierze – ta wyszkolona i sprawdzona armia, która tak wiele zrobiła, na tylu różnych płaszczyznach, wspinała się i nurkowała, pływała, zdobywała szczyty, zmie­rzała do różnych miejsc umysłu – zaczyna zawodzić na długo przed tym, zanim ktoś z zewnątrz zauważy problemy. W końcu (u niektórych po pięciu latach, u innych po trzech, u jeszcze innych po dziesięciu) przeszkód nie da się pokonać. Wiadomości nie docierają. Żołnierze nie są w stanie prze­drzeć się na nowe terytorium. Jedynym możliwym wyjściem jest wy­co­fa­nie się i tylko głupiec próbowałby pośród ostrzału ciężkiej artylerii wy­wa­bić kogoś z kryjówki. Dla mnie alzheimer jest jak rok 1914, a dobry dzień z Brianem jak słynny bożonarodzeniowy rozejm, dość krótki i dość piękny (wychodzący z okopów niemieccy żołnierze składający Anglikom życzenia: „Wesołych świąt, Anglicy”; częstowanie tytoniem, wręczanie sobie pre­zen­tów, dzielenie się racjami żywnościowymi i wymiana jeńców), który nigdy się nie powtórzył.

*

[…]  nie mogę nawet patrzeć na wers: „Pozwól za­zdro­snym bo­gom za­brać, co chcą” mojej ulubionej Hirshfield, bo przecież właśnie mi się uka­za­li ci zazdrośni bogowie, prawda?

*

Prawo do śmierci w Ameryce ma mniej więcej takie samo znaczenie jak prawo do jedzenia czy prawo do przyzwoitego mieszkania; masz do tych dóbr prawo, ale to nie znaczy, że je otrzymasz.

*

Siedząc w fotelach na pokładzie samolotu Swissair, dość niepewnie wzno­si­my toast słowami „za ciebie” zamiast jak zwykle Cent’anni  (typowo wło­skim: sto lat). Nie mamy przed sobą „stu lat”; nie doczekamy trzynastej rocznicy ślubu.

*

Teraz rozumiem. I kiedy już rozumiem, chciałabym, żeby chodziło o lenistwo mężczyzny w średnim wieku albo apatię emerytalną lub oczekiwanie, że będzie mu się mówić, co ma robić.

*

[…]  czuję ulgę i smutek jednocześnie. Dlaczego nie zachowuje się dalej w swój zwykły, chaotyczny sposób, nie zważając na mnie? Dlaczego uznaje, że ja wiem lepiej? Owszem, wiem lepiej, ale jest tak od czternastu lat i nigdy nie robiło to na nim wrażenia.
     […]  To mój Brian: dzielnie przechodzi rezonans, porusza palcami, mo­men­ta­mi w rytm odgłosów, dając mi znać, że wszystko w porządku.
     Takiego kogoś stracę.

*

     – Nie mogę tego zrobić, kochanie. To byłoby zabójstwo. Nie mogę podać ci substancji, która cię zabije. […]  Mogłabym pójść do więzienia. Do wię­zienia.
     Brian zastanawia się nad tym przez chwilę i wygląda, jakby odpłynął my­śla­mi gdzieś daleko, ale zaraz wraca rozentuzjazmowany.
     – Świetnie byś sobie poradziła w więzieniu. Jesteś taka zaradna, uro­dzo­na z ciebie liderka. Znakomicie dałabyś sobie radę.

*

[…]  radzi nam, że powinniśmy robić plany na dobre chwile i oddawać się przyjemnościom. […]  Chcemy radości, naprawdę. Naprawdę jej pragniemy. Ale żadne z nas nie sądzi, że perspektywa ośmiu lat ciągłej degeneracji aż do całkowitego zatracenia siebie może być radosna.
     Po powrocie do domu Brian stwierdza: „To się raczej nie uda. Ona nie jest w naszej drużynie”. Zgadzam się z nim.

*

Wnioskuję, że „częstoznaczyzawsze”, podobnie jak „rzadko” we wszystkich moich rozmowach znaczy obecnie: „kurwa, nigdy”.

*

[…]  kocham teraz każdego, z kim rozmawiam, kto nie jest okrutny, przerażony lub całkowicie bezużyteczny w tym, przez co przechodzę.

*

Odkryłam, że choć jestem osobą odporną i zdeterminowaną (może nie aż tak bardzo jak mój mąż, a jednak), uważam, że odmowa ze strony drugiego człowieka lub wszechświata jest trudna do zniesienia. Niszczy mój dzień i nie tylko.

*

[…]  do posiłku w restauracji podchodził tak, jak podchodzi się do pieniędzy i zdrowia: nigdy nim nie gardził.

*

Wiem, że szczęście jest ulotne, lecz teraz zaczynam rozumieć, że oprócz ulot­ności jest też mur – prawdziwa niemożność zakosztowania tego szczę­ścia choćby tylko jeszcze jeden raz, choćby za tydzień, nawet nie za rok. Drzwi wokół nas nieustannie się zamykają.

*

Czym jest miłość? Wdzięcznością. Co skrywamy w piersiach? Śmiech. Co jeszcze? Współczucie.

Bill Evans, Peace Piece.

*

Już przed rezonansem byłam przekonana, że Brian ma alzheimera; po­my­śla­łam: „Żadna niespodzianka”. A jednak to była niespodzianka, jak każ­da zła rzecz, nawet gdy widzisz płomienie w oddali, nawet gdy ta straszna rzecz jest tuż-tuż, dyszy ci do ucha, wbija się w cienkie kości, nadal jest nie­spodzianką.

*

[…]  wraca za trzy minuty. „Zapomniałem, jak się idzie” – mówi. Zachowuję spokój dzięki jego odwadze, z jaką o tym mówi, pyta mnie o wskazówki i po­now­nie wychodzi. Ten człowiek? On musi opuścić ten ziemski padół? Każdego ranka, gdy Brian wychodzi z naszej sypialni, szlocham z wście­kło­ści. Robię w myślach przegląd wszystkich ludzi – nie tych złych, ale wszyst­kich, jakich znam – którzy powinni umrzeć zamiast niego.

*

Dobre dni wciąż mają słodycz. Jeśli nie mogę szybko zasnąć, pytam Briana, czy mogę przytulić się do niego na łyżeczkę; on leży na prawym boku, obejmuję go i czasem, jak dawniej (trzy lata temu), wsuwam dłoń pod jego koszulkę, dotykam niesamowicie gładkiej skóry i chłonę zapach, który się nie zmienił: drewna i cynamonu. Wspieram głowę na jego ramieniu i oglądamy zagmatwany szkocki kryminał. Przesypiam kluczowe dziesięć minut, a kiedy się budzę, Brian wyjaśnia mi, dlaczego fotel na biegunach, kabriolet czy kurnik jest zalany krwią. Jemy w łóżku ciastka […]  i zrzu­ca­my okruchy ciastek na podłogę, bo nikt nie widzi. Ja tak energicznie strzepuję poduszkę, że strącam wszystko z szafki nocnej, a Brian się śmieje i mówi, że stanowię zagrożenie dla siebie i dla innych. Pragnę tylko takich chwil. Takiego życia chcę. Brian wzdycha, ja wzdycham.

*

Perspektywa oczywiście się przydaje: to z jej powodu bardzo niewiele osób chciałoby znów mieć osiemnaście lat. Ale drugą stroną medalu jest po­sia­da­nie perspektywy tak wielkiej, że trudno przejmować się czym­kol­wiek, co dzieje się obok.

*

Wprawiam się w byciu wdową, przygotowuję się do robienia wszystkiego w pojedynkę: samodzielnego zdejmowania sznurów lampek, słuchania Brit­ta­ny Howard i jedzenia przekąsek. Z prawdziwym wdowieństwem ma to mniej więcej tyle wspólnego, co fantazje naszej wnuczki Ivy z rze­czy­wi­sto­ścią – czasem zaciska pięść, wymachuje nią nad głową i oznajmia za­czep­nie: „Kiedy tak robię, jestem zaczarowana i nie możecie mnie złapać”. A my, wzorowi dziadkowie, udajemy, że nie możemy jej złapać. […]
     Sama podobnie teraz czekam w salonie, udając wdowę, choć wiem, że zostanę na tym przyłapana i że nie jestem wdową, tylko płaczącą i ziry­towaną żoną.

Brittany Howard, Stay High.

*

Zajmowałam się kiedyś pisaniem tekstów reklamowych. Mój szef po­wie­dział: „Jeśli musisz informować, że coś jest luksusowe, to takie nie jest. – I dodał: – To tak jak z facetem, który musi oznajmiać, że jest zabawny”.

*

Usłyszeliśmy to, co chcieliśmy usłyszeć, i w pierwszej chwili Brian mocno mnie ściska, bo osiągnęliśmy to, do czego dążyliśmy, wspólnymi siłami, a on kocha pracę zespołową. Po chwili atmosfera zmienia się, gęstnieje; ja jestem na świecie bez niego; on widzi wyraźnie świat kręcący się dalej bez niego, mnie samą w kuchni, jego przy mnie nie ma. Upewniamy się, czy się rozłączyliśmy, i płaczemy w objęciach, a później bez słowa idziemy na górę się zdrzemnąć, o jedenastej przed południem […].

*

Czuję nie tylko, że nie potrafię niczego utrzymać ani zatrzymać, ale również że niewiele mnie wszystko obchodzi i że nie mam ocho­ty po­dej­mo­wać wysiłku, by cokolwiek naprawić.

*

Dawniej powiedziałabym, że jestem załamana. Teraz lepiej rozumiem, czym jest „załamanie”, i nieco mi wstyd, że używałam tego słowa tak lekko i głupio, rozprawiając o własnym, bogatym życiu emocjonalnym.

*

Trzeba się jakoś trzymać, ale w pewnym momencie należy zdecydować, co dalej.

*

Jeśli uważasz, że długie życie ma wielką wartość dlatego, że mamy tylko ten czas tutaj, na Ziemi, albo dlatego, że cenisz Boży dar, albo sądzisz, że mo­że się znaleźć możliwość leczenia choroby, która cię dotknęła, jeszcze za twojego życia, o ile będziesz żył wystarczająco długo, to nasze poglądy będą się różnić – mówię. – Jeśli należysz do ludzi, którzy śmierć postrzegają jako wroga, a samo trwanie życia jako zwycięstwo, choćby było sa­mot­ne, bo­le­sne czy ograniczone, którzy czują, że życie jest tylko jednym wątłym drze­wem w wielkim lesie, jedną wątpliwą cnotą w wielkiej bitwie, to twój punkt widzenia będzie się różnił od mojego i Briana. Mój mąż kieruje się trzema zasadami:
     Nie zrażaj się odmową.
     Lepiej prosić o wybaczenie niż o pozwolenie
.
     Oraz – nie wiem, czy to dobrze, czy źle – jeśli zanosi się na bójkę, zadaj pierwszy cios.

*

Brian odpowiada sensownie i to jedna z tych chwil, kiedy jego poprawne odpowiedzi skłaniają mnie do zastanowienia: czy przypadkiem nie robimy tego zbyt wcześnie? Może powinniśmy przyjechać za pół roku? Po wyjściu lekarza płaczę, za to Brian wygląda na niewzruszonego i widzę, jak bardzo się oddalił. Jego maleńka łódź odpłynęła już od brzegu.

*

Jestem po prostu zła, […], że 
on odszedł, a oni zostali. Jeśli 
jestem zła, to właściwie tylko o to.

*

Nie możesz odpuścić, dopóki wszystko się nie skończy.

*

Nikogo mi nie brakuje, nie chciałabym obok siebie nikogo więcej, tylko Briana.

Amy Bloom, W imię miłości. Opowieść
o wielkim uczuciu w najtrudniejszych chwilach
,
przeł. Ewa Ratajczyk, Wydawnictwo Filia, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)

     — Tak bardzo cię kocham – kontynuuje. – To wszyst­ko, co mogę powiedzieć. Kocham cię bardzo, bardzo i bę­dę cię kochał każdego dnia, dopóki żyję. Twoja kolej – do­da­je cicho.
     — Kobiety w średnim wieku powinny szukać bez­piecz­nej przystani, portu na czas życiowych burz – za­czy­nam. – Powinnyśmy szukać spokoju i wygody. Ty jesteś por­tem w burzy. I jesteś sztormem. I morzem. Jesteś ska­ła­mi, plażą i falami. Jesteś wschodem i zachodem słońca i całym światłem pomiędzy nimi.
     Czuję, że chciałabym wyrazić o wiele więcej, ale nie mogę. Trzymamy się za ręce, wtuleni w siebie, podtrzymując się nawzajem.
     — Do końca moich dniszepczę.
     — Do końca moich dniodpowiada Brian.
[15 września 2007, Durham, Connecticut]

*

i unoszę się w zachwycie,
i upadam od podziwu.

[…] 
nigdy bym nie uwierzyła,
gdybym się nie urodziła!

Nie znajduję – mówię życiu –
z czym mogłabym cię porównać.
[…] 

Chwalę hojność, pomysłowość,
zamaszystość i dokładność,
i co jeszcze – i co dalej –
Czarodziejstwo, czarnoksięstwo.
Wisława Szymborska, Allegro ma non troppo.

(tamże)

5161. Z oazy (CLXXV)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Nie umiem uzasadnić, dlaczego czekałam na pu­blikację tej książki. Nie wiem, dlaczego zamiast uciekać od książek o życiu z cho­ro­ba­mi neurodegeneracyjnymi — mało mi osobistego, codziennego do­świad­cze­nia czy co? — wybieram je niczym rodzynki z wydawniczego ciasta.

To tak bardzo kolejna i nie ostatnia książka o chorobie Alzheimera, że poza mózgo­wym znacznikiem utworzyłam dziś alzheimerowy, by w razie potrzeby klik, klik i mieć szybko pod ręką.

Nie, nie będzie jak w sklepie, że ktokolwiek z żywych może sobie lub swoim naj­bliż­szym, gdy przyjdzie na to czas (zawsze zbyt wczesny), wybrać chorobę; przymierzyć się do okoliczności, które ona tworzy; wybrzydzać, że za ciężka czy zbyt wymagająca. Niestety, nic z tego. To będzie raczej przypominało wizytę w kasyno… statystycznie co trzeci polski mózg zachoruje — tak jak wtedy, wciąż robi to na mnie piorunujące wrażenie.

Dla mnie, osoby chorej neurologicznie, to bardzo ważna książka. Pozwala mi zro­zu­mieć zdrowych ludzi, którzy raczą mnie dobrymi radami (gdybyś więcej, bardziej, inaczej, lepiej ćwiczyła…) lub którzy niespecjalnie kryją, że mają mnie za leniwą osobę, której się nie chce rączką czy nóżką ruszyć. Już! Na szczęście!

Zamiast żywego odruchu bezwarunkowego, by strzelić w zęby mądralę z krainy Jeszcze-wszystko-mogę, już wiem, że tam, w środku tego człowieka, jego zdrowy mózg ma tę fabryczną wadę, że nie ogarnia. Ot, ewolucyjna niedoróbka i tyle, nic osobistego.

To książka, która odpowiada na wszystkie poniższe dlaczego — są to podtytuły kolejnych rozdziałów:

Dlaczego: nie pamiętamy, że chorzy na alzheimera zapominają    tak nam trudno zmienić reakcje    tak długo nie dostrzegamy otępienia    są­dzi­my, że osoba, którą kiedyś znaliśmy, ciągle istnieje    mamy wra­że­nie, że pacjenci nadal są zdolni do samoświadomości    dyskutujemy z rze­czy­wi­sto­ścią pacjenta    słowa i zachowania pacjentów odbieramy osobiście    uparcie polegamy na rozumie    zachowaniom pacjentów przy­pi­su­je­my intencje    tak trudno zrezygnować z obwiniania    nie da­je­my za wygraną.

*  *  *

Doświadczenie lektury Demencji może być inne, niż się spodziewamy. […]  jest nie tylko odkrywcze i często po­ru­sza­ją­ce, ale podnosi też na duchu, po­nie­waż poznajemy ludzi, którzy śmiało stają oko w oko z tym, co dla wie­lu z nas wydaje się nie do przejścia. […]  pełna spostrzeżeń i klinicznych klej­no­tów, wiele nauczy nas o mózgu, emocjach i ludzkim „ja”.
  //  Norman Doidge w Przedmowie

*

Oliver Sacks nie lubił określenia „deficyt”, które uznawał za „ulubione słów­ko w neurologii”. Nie lubił go, ponieważ często redukuje ono pacjenta do układu czynnościowego, który działa albo nie. […]  A tym, co jest tak przej­mu­ją­ce i jednocześnie wytrącające z równowagi w zaburzeniach otę­pien­nych – które rzekomo mają się sprowadzać do deficytów: utraty pamięci, utraty uwagi, utraty zahamowań, utraty osądu – jest fakt, że za­nim po­ja­wia się strata, często występuje obfitość: obfitość krzyku, kłótni, de­fen­syw­no­ści, konfabulacji i oskarżania. Co istotniejsze dla naszego te­ma­tu, czę­sto jest aż nadto „ja”. Tam, gdzie występuje strata, mogą pojawiać się za­cho­wa­nia kom­pen­su­ją­ce, chwile, kiedy mózg nie poddaje się chorobie, ale uzbra­ja w te zdolności, które są nadal nietknięte, i dyryguje wszystkim, czym może, żeby zrekompensować sobie to, co mu umyka.

*

[…]  ludzie i inne ssaki mają wrodzony system przy­wią­za­nia, który motywuje ich do szukania bliskości.

*

Zaburzenia otępienne tworzą środowisko, w którym nasze instynkty społeczne przestają być przydatne, a wręcz stają się obciążeniem. […]  Nieświadome nastawienia i założenia, na których zawsze polegaliśmy, prowadzą nas teraz na manowce.

*

Na całym świecie żyje ponad pięćdziesiąt pięć milionów osób z zaburzeniem dementywnym, a do 2050 roku ta liczba ma się prawie potroić.

*

Gdy myślimy o alzheimerze, wyobrażamy sobie chorobę, która wymazuje „ja” pacjenta. Tymczasem w większości wypadków człowiek rozpada się na różne „ja”, z których część rozpoznajemy, innych zaś nie. […]  Dość często choroba nie tyle eliminuje „ja”, ile uwypukla pewne jego elementy.

*

Pewnego wieczoru, gdy Sam pomógł ojcu położyć się do łóżka, pan Kessler podniósł wzrok i zapytał łagodnym tonem:
     – Kim jesteś?
     Sam, zaskoczony, odparł:
     – Twoim synem.
     – Moim synem? – zdziwił się pan Kessler. – Od jak dawna?
     – Od jakichś sześćdziesięciu dwóch lat – powiedział Sam, czując zarówno przerażenie, jak i rozbawienie.
     Pan Kessler otworzył szeroko oczy.
     – Jesteś moim synem od sześćdziesięciu dwóch lat i mówisz mi o tym dopiero teraz?
     – Cóż, czasami mi to umyka z pamięci – uśmiechnął się Sam.
     Widząc, że jego syn się śmieje, pan Kessler również się roześmiał.

*

To prawie aksjomat, że w przypadku burzliwych relacji opiekunowie wolą trwać w swojej złości, niż zaakceptować ból utraty bliskiej osoby w chwili, gdy pewne kwestie pozostają ciągle nierozwiązane. Choroba, która spra­wia, że zachowanie pacjentów jest niejednoznaczne, tylko wzmacnia nie­chęć do uwolnienia się od tego gniewu.

*

[…]  zaskakująco mało uwagi poświęca się osobliwemu sposobowi, w jaki otępienie często podtrzymuje lub zaostrza jakąś od dawną obec­ną dynamikę.

*

Tak jak alzheimer potrafi zaostrzyć konflikt, tak może również wydobyć na powierzchnię ciepłe uczucia i czułość […].

*

[…]  pacjenci z demencją mogą nie pamiętać czyjegoś imienia czy zna­jo­mo­ści z kimś, ale emocje związane z daną osobą (miłość, niechęć, zau­fa­nie, nie­uf­ność) często pozostają. I to, co zostaje, może być błogo­sła­wień­stwem albo przekleństwem.

*

[…]  gdy pamięć jednego człowieka ulega uszkodzeniu, jego bliscy też po­pa­da­ją w dezorientację. Nie tylko oczekujemy, że pamięć innych będzie dzia­ła­ła tak jak nasza, lecz konieczne jest nam przekonanie, że współ­dzie­li­my tę pamięć. Bez tego założenia nie moglibyśmy tworzyć więzi miłości czy zau­fa­nia lub – przeciwnie – odczuwać antypatii czy strachu, tymczasem, w sen­sie ewolucyjnym, są nam one niezbędne do przetrwania. Po­nie­waż ocze­ki­wa­nie przez nas obecności pamięci wynika z biologii, nadal odwo­łu­je­my się do niego, nawet gdy wiemy, że zniknęła.
     […]  „Większość opiekunów nie jest w stanie przestać wykrzykiwać py­ta­nia: „Nie pamiętasz?!” – zdumiewającego praktycznie dla wszystkich, w tym dla opiekuna, który lepiej niż pozostali wie, że pacjent nie pamięta.

*

W naszej współczesnej kulturze, która z taką łatwością stawia diagnozy […]. Czyż i to nie jest jednak próbą przedstawienia tajemnicy w sposób łatwiejszy do przełknięcia, sprowadzenia jej do znajomo brzmiących terminów?

*

Według mnie najlepsze podejście do zaburzeń otępiennych i być może do całego życia nie polega na próbach zmiany czyjegoś sposobu myślenia lub kwestionowaniu jego rzeczywistości, ale na dążeniu do zrozumienia tego umysłu, postrzegania go w kontekście, liczenia się z występowaniem w nim sprzeczności i po prostu dania temu umysłowi odczuć, że warto go poznać.

*

[…]  dowody, choćby najbardziej ewidentne czy logiczne, zwyk­le nie zmieniają odczuć – a w każdym razie nie na długo – i na pewno nie wcześniej, niż te dojrzeją do zmiany.

*

Oczekujemy, że w kwestii tego, co uważamy, „zdrowy” umysł wykazuje się rozsądkiem. Ale przekonania są z natury powiązane z uczuciami, to zaś, co sami czujemy, jest często zdane na łaskę odczuć innych.

*

Przez wiele miesięcy wytrzymywała te urojenia, aż pewnego dnia pękła.
     – Nikt na ciebie nie czyha! – wykrzyczała. – Nikt niczego od ciebie nie chce. Masz demencję! Demencję!
     […] 
     – Co ty mi wmawiasz? – odkrzyknął. – Gdzie ty masz rozum?
     Gdy Cathy mi o tym opowiedziała, potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
     – On ma całkowitą rację. Nie wiem, gdzie jest mój rozum. Nie mam mu za złe, że się złości. Gdyby ktoś mi powiedział, że mam demencję, też byłabym wściekła. Dlaczego więc tak ro­bię? Kto się tak zachowuje?
     Trudno jej było zaakceptować w sobie tę skłonność do wy­buchów.
     – Zawsze myślałam, że jestem wrażliwa – powiedziała. – A teraz kopię leżącego.

*

[…]  sfrustrowani opiekunowie często rozwiewają złudzenia pacjentów o ich niezależności nie tylko powodowani swoim gniewem, ale również dlatego, że jakaś cząstka w nich uważa, iż pacjent nadal sprawuje władzę.

*

     – Ludzie zawsze pytają o pacjenta. „Co z Mitchem? Jak sobie radzi?”. Powiem ci coś: […]  to opiekun odchodzi od zmysłów.

*

Przyśrodkowa kora przedczołowa (MPFC), czyli ta jego część, która akty­wu­je się, gdy rozważamy, kim jesteśmy, uruchamia się również wów­czas, gdy zastanawiamy się, jak postrzegają nas inni. Z punktu widzenia neu­ro­lo­gii nie ma w mózgu żadnego szczególnego miejsca, które byłoby her­me­tycz­nie odgrodzone od wpływu innych ludzi.

*

     – Dlaczego wytrąca mnie z równowagi kilka niewinnych słów? – zapytała.
     Podejrzewałam, że te słowa wcale nie były niewinne.

*

Odrzucenie boli w sensie dosłownym. Choć ból fizyczny i emocjonalny są odczuwane różnie, pochodzą z tego samego neurobiologicznego źródła. Ta sama grzbietowa przednia część kory zakrętu obręczy (dACC), która re­je­stru­je uczucia wykluczenia, re­je­stru­je również ból fizyczny.

*

[…]  wszyscy mamy skłonność do korzystania z emocjonalnych dróg na skró­ty w podejmowaniu decyzji. „Co myślę?” zwykle zmienia się w „Jak się z tym czuję?”.

*

[…]   przemawiamy do swoich telefonów, samochodów, komputerów (lub czę­ściej na nie krzyczymy), choć nie z powodów, które pewnie zakładamy. Dopóki sprzęty działają w sposób przewidywalny, mózg traktuje je jak obiekty nieożywione, ale gdy tylko przestaną funkcjonować właściwie albo spełniać nasze oczekiwania, uruchamiają się obszary w mózgu odpo­wie­dzial­ne za „czytanie umysłu” i nagle jesteśmy przekonani, że mamy do czy­nie­nia z bytami, które najwyraźniej wykazują skłonności i zamiary.

*

Ponieważ pamięć ciąży ku uprzednio zgromadzonej wiedzy, wszyscy „redagujemy” teraźniejszość tak, żeby upodabniała się do przeszłości.

*

Świadomość może jako ostatnia dowiadywać się, dlaczego działamy w okre­ślo­ny sposób, ale jako pierwsza przypisuje sobie za to zasługę. Co wię­cej, jest „kosztowna”, ponieważ, jak wcześniej wspomniałam, procesy świadome zużywają więcej energii niż nieświadome.

*

Dzisiaj jednak wiemy, że mózg nie jest tylko biernym pasażerem. Jest aktywnym uczestnikiem percepcji, a widzialny przez nas świat stanowi wynik kompromisu pomiędzy danymi sensorycznymi a ocze­ki­wa­nia­mi umysłu opartymi na poprzednich doświadczeniach. Ponieważ na­tu­ral­nie tworzymy wewnętrzny model rzeczywistości, to, co już wiemy, wpły­wa na to, co mamy dopiero poznać, chociaż nie zawsze poprawnie.

*

[…]  w ciągu lat nauczyłam się, że to, co z zewnątrz może wydawać się nie­roz­sąd­ne i sabotujące nas, w rzeczywistości bywa dla opiekuna racjo­nal­nym kompromisem.

*

Ponieważ „bycie w ciele” skazuje nas na egocentryczność, nasze rozumienie innych zaczyna się od nas samych. Ból, jaki automatycznie odczuwamy w od­po­wiedzi na to, co postrzegamy jako cudze cierpienie, może nas przy­wieść do błędnego przekonania, że je rozumiemy. Prawda jest jednak taka, że tego nie wiadomo.

*

Nawet kiedy dorośli rozumieją, jak działa mózg, intuicja podpowiada im, że jakiś aspekt umysłu – nazwijmy go esencją czy duchem – nie daje się sprowadzić do mechanizmu neurologicznego.

*

W przypadku opiekunów wiara w „prawdziwe ja” bywa mieczem obo­siecz­nym. Z jednej strony mobilizuje nas do ciągłych sporów z chorymi, w na­dziei na przebicie się do ich „prawdziwego ja”. Z drugiej strony, jeśli za­cznie­my wątpić w istnienie „zasadniczego ja”, to za kogo mamy uważać osobę, którą się opiekujemy? Kim jest ten człowiek, dla któ­re­go cier­pi­my i się poświęcamy?

*

Tożsamość bliskiej osoby nie wyparowuje,
gdy następuje zmiana.

*

Dopóki mówimy, że istnieje granica między tym, gdzie zaczyna się choroba, a kończy osoba, to czy nie sugerujemy wciąż, że demencja dotyka jednego, a nie drugiego, i że jakaś szczególna cząstka w nas pozostaje na nią jakimś cudem odporna?

*

Niezwykle trudno jest ratować ludzi przed nimi samymi bez narzucania im własnej rzeczywistości.

*

[…]  emocje mają udział w tym, co myślimy. Bez preferencji i uczuć nasz umysł musiałby przesiewać mnóstwo opcji, z których żadna nie wy­da­wa­ła­by się lepsza od pozostałych.

*

[…]  uważałam, że jej złość tamtego dnia była adaptacyjnym ostrzeżeniem, że dochodzi do kresu wytrzymałości.

*

Wraz z upły­wem dnia opiekunowie mogą coraz bardziej upodabniać się do ludzi, którymi się zajmują, chociaż większość z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. Po prostu tracą panowanie nad sobą, a potem cierpią z powodu wy­rzu­tów sumienia i mówią sobie, że muszą wziąć się w garść, bardziej się starać, być milsi. Te wszystkie uczucia są zrozumiałe, ale wynikają z jed­ne­go z najpotężniejszych złudzeń: przekonania, że zawsze mamy wybór co do tego, jak zareagujemy. […]  Siła woli nie jest czymś, co się ma albo nie. Przypomina bardziej akordeon, który rozciąga się i kurczy zależnie od okoliczności.

*

Gdy czujemy, że czyjeś zachowanie jest nie do przyjęcia, osąd pojawia się jako pierwszy.

*

[…]  każda rozmowa niesie w pewnym sensie nadzieję. Rozma­wia­jąc, two­rzy­my i potwierdzamy możliwość istnienia jednoznaczności, sensu i łącz­no­ści międzyludzkiej, nawet jeśli wydaje się, że pozostała tylko obcość i mar­ność. […]  dopóki rozmawiamy, możemy mieć nadzieję, nawet jeśli jest to nadzieja pełna rezygnacji, niemal uciążliwa.

*

Aby zaś móc rozsądnie domniemywać na temat rozmówców, musimy za­kła­dać, że ich mózg jest bardzo podobny do naszego. Nawet jeśli mózg dru­giej osoby zmaga się z problemami poznawczymi, nieświadomie do­ko­nu­je­my przewidywań opartych na założeniu, że nasze mózgi są analogiczne.

*

Jak w końcu dowiaduje się każdy opiekun, słowa powoli tracą znaczenie – nie tylko dlatego, że wkrótce ulatują z pamięci, ale ponieważ gramatyka, któ­ra je porządkuje, nie jest zbieżna z realiami demencji. Gramatyka, jak zauważył Nietzsche, jednocześnie prowadzi nas i ogranicza. […]  Ze wzglę­du na to, jak działają słowa i składnia, zawsze zakładamy istnienie spraw­czo­ści, kogoś lub czegoś, co decyduje się działać. […] 
     Według filozofa Patricka Haggarda język niechcący potwierdza in­tu­i­cyj­ne poczucie rozdzielności umysł–ciało, ponieważ „zawsze zakłada mentalne »ja« różne od mózgu i ciała”. To wyczuwane przez nas „ja” de­cy­du­je się coś powiedzieć lub zrobić. Zatem gdy ktoś mówi „ja”, natychmiast słyszymy in­ten­cję. Gdy pacjenci krzyczą: „Nie zrobię tego!” czy „Nie chcę tamtego!”, słyszymy w tym obecność umysłu, świadomość, która wie, czego chce. Na­wet gdy pacjenci narzekają, że ich mózg „nie działa”, jedynie potęguje to wrażenie, że wciąż właśnie działa.
     […]  A gdy słowa są wypowiadane w wyrafinowany sposób, jeszcze bar­dziej jesteśmy przekonani, że mówca „ciągle tam jest”.

*

     – Przed chwilą się kąpałam – twierdziła.
     – Minął już tydzień i powoli można się obawiać infekcji.
     – Kąpałam się wczoraj!
     – Nieprawda. Nie masz teraz dobrej pamięci.
     – Kto tak mówi?
     – Lekarz.
     – Zaraz zadzwonię do tego sukinsyna!

*

Wszyscy wiedzą, że życie z demencją jest trudne, ale większość ludzi nie zda­je sobie sprawy, że może ono doprowadzać do ujawniania się w czło­wie­ku nowych, niepożądanych aspektów jego osoby.

*

[…]  ludzie z zaburzeniami otępiennymi potrafią znaleźć twój najbardziej czuły punkt i drażnić go, aż będziesz całkiem rozstrojony.

*

Oczywiście czymś naturalnym jest definiowanie „zdrowego” umysłu w opo­zy­cji do umysłu dotkniętego chorobą, w rzeczywistości jednak opieka jest tak frustrująca dlatego, że rozgraniczenie między mózgiem funk­cjo­nu­ją­cym prawidłowo a uszkodzonym nie zawsze jest wyraźne: oba mogą być źró­dłem takiego samego wyparcia i zniekształceń.
     […]  Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, jakich strategii kom­pen­sa­cyj­nych używamy, żeby zrównoważyć utratę pamięci. Gdy coś za­po­mi­na­my, umysł nie poddaje się tak po prostu – zaczyna działać, tworząc nar­ra­cje, które mają zatrzeć ślady. Może to prowadzić do ko­lej­nych po­my­łek, ale daje nam również coś ważniejszego: sensowny układ odniesienia, dzię­ki któremu orientujemy się w świecie.

*

W chorobie czy stresie mózg staje się szczególnie oszczędny i wpadamy w stare wzorce zachowania. Im częściej zaś do nich wracamy, tym głębsze robią się nasze nerwowe koleiny i tym trudniej podążyć innym szlakiem.
     […]  A w bliskich, zawikłanych relacjach nasze szlaki nerwowe zbiegają się ze szlakami pacjentów; z ich powtarzalnych zachowań rodzą się nasze.

*

[…]  im bardziej szokująca następuje przemiana, tym chętniej wraca się do głęboko zakorzenionych wzorców zachowania.

*

Nie jest fair, aby długoletnia wzajemna relacja nagle sta­wa­ła się jed­no­stron­na. To niesprawiedliwe tracić wspólną rzeczywistość, pod­sta­wę dawnej bliskości, z której demencja nas teraz okrada. To nie­spra­wie­dli­we zostać w pojedynkę. Źle się z tym czujemy i nie wydobywa to z nas ni­cze­go dobrego.

*

Przypadkowość jest jak swędzący bąbel poznawczy, który trzeba podrapać.

*

Narzucanie porządku na przypadkowe wydarzenia jest tak silnym in­stynk­tem, że psychologowie odkryli, iż ludzie są bar­dziej skłon­ni do­pa­try­wać się nieistniejących prawidłowości, gdy doświadczają utraty kontroli. Choroba Alzheimera odbiera kontrolę nie tylko pacjentom, ale również opiekunom. […]  Umysł naturalnie nagina to, co nieprzewidywalne, do tego, co znajome.

*

[…]  ta sama stronniczość i skłonności poznawcze, które skazują nas na omylność, jednocześnie czynią nasz umysł istnym cudem.

*

[…]  Czechow po prostu rozumiał, że chociaż potrafimy przetrwać naj­bo­leś­niej­szy zawód miłosny czy głębokie rozczarowanie, nie jesteśmy w stanie żyć z myślą, że te doświadczenia są pozbawione sensu. […]
     Choć zaburzenia otępienne wprowadzają chaos, zniszczenie i stratę, umysł nie jest wobec nich bezbronny. Dalej snuje sensowną narrację, nawet na podstawie wydarzeń, które grożą umniejszeniem istotnych aspektów oso­by naszych bliskich i nas samych.

*

Pod gniewnymi żądaniami, by dostrzegła wysiłki syna, nie tylko skrywał jego czuły punkt, ale był w nich również pro­myk nadziei, że pewnego dnia uda mu się dotrzeć do „praw­dzi­wej” mamy. Była to nadzieja gorzka i niknąca, ale jednak nadzieja. Kto daje nam prawo dyktować, kiedy James po­wi­nien ją porzucić?

*

Ponieważ pamięć nie istnieje po to, by służyć „obiektywnej” rzeczywistości, tylko aby tworzyć sensowne narracje, nic dziwnego, że nie możemy liczyć na to, by wspomnienia innych osób zgadzały się z naszymi własnymi. W zdro­wych relacjach ważne dla ludzi narracje są wspólne, co ułatwia znoszenie nieuniknionych sporadycznych rozdźwięków. Ale w relacjach, które od początku nie są zdrowe, wybiórczość i kapryśność pamięci może być wykorzystana jako oręż do lekceważenia i odrzucania rzeczywistości drugiej osoby oraz jej poczucia siebie.
     […]  Utrata pamięci nie tylko powoduje mętlik, lecz zakłóca też moż­li­wość wzrostu, naprawy, odpowiedzialności, zamknięcia różnych procesów.

Dasha Kiper, Demencja. Podróż do nieznanych światów,
przeł. Monika Mendroch-Karbowska,
Copernicus Center Press, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Wydawało się, że każdego dnia zaczynamy od zera.

*

Ostatecznie historie, które opowiadamy sami sobie, są bardziej fascynujące, żywe i trwałe niż samo do­świad­czenie.
     […]  Właśnie dlatego, że nie możemy zachować wszystkich szczegółów swojego doświadczenia, umysł jest zmotywowany, by podsumowywać je pod kątem wartości, wniosków do wyciągnięcia i sensu.

*

W naszym następnym życiu przyjdę i cię znajdę. Zawsze będę cię szukać i będziemy razem.

*

Zabawne, że kiedy stale kogoś pocieszasz i powtarzasz pewne zdania, te słowa zaczynają jakby żyć w tobie. Sam w nie wierzysz.

*

[…]  zrozumienie pojawia się etapami, które dla każdego są wyjątkowe, i ani ja, ani nikt inny nie może ich skrócić.

*

[…]  zasadnicze znaczenie miała nie tyle prawda, ile poczucie bycia chcianą.

(tamże)

5160. Panna cotta (XCIX)


[dostęp: 20.08.2023], źrodło.

„ 

kiedy brakuje ci powietrza / nie myśl o lasach
myśl jak lasy
drżyj, ale bez przerażenia
dotrzymuj kroku / przyjmuj wszystko / zaczekaj

(5153+6). Z oazy (CLXXIV)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Po połknięciu najświeższej książki Autora, przy­po­mnia­ło mi się, że w zaległościach czytelniczych mam tę, którą teraz należy nazwać przedostatnią. Dostałam ją jako nowość od Bliźniaczej Liczby. Zajrzałam do środka i szybko (to pamiętam!) odłożyłam, choć nie pamiętam dlaczego. Może już wtedy wiedziałam, że trudno będzie treść tej książki unieść. Zagubiłam ją w cyfrowych schowkach i przegródkach, ale o tym dowiedziałam się, gdy postanowiłam do niej wrócić. Zrobiłam więc klik, klik i szybciutko wrzuciłam na wierzch czytelniczego stosika.

Dla każdego białego człowieka, dla każdej Europejki to książka o niewyobrażalnie niewyobrażalnym. Możemy o tym przeczytać z głębokim zrozumieniem, możemy poczuć złość, prze­ra­że­nie, smutek, zgorszenie, możemy się zadumać nad losem bohaterów. To wszystko będzie niczym wobec tego, przez co przeszli i przechodzą bohaterzy tej książki. A je­śli wciąż czepiamy się swojego życia, że nie takie jak być powinno, to po tej lekturze z pewnością usłyszymy jak pyta retorycznie: jakieś reklamacje?

Co o Pianiu kogutów… powiedziałaby Lidia Ostałowska? Jej śmierć, w stycz­niu 2018 roku, zastała mnie akurat nad rozdziałem o kobietach wy­rzu­co­nych z miasta. Lidka zawsze pisała o najsłabszych, więc wierzę, że i ta książka znalazłaby u niej uznanie. Ale czy każda fraza? Nie sądzę. Chociaż sprawę badałem na bieżąco. Kiedy czułem, że moje opisy robią się zbyt ba­ro­kowe, patrzyłem na zdjęcie Lidki i natychmiast czułem, co by na takie pisanie powiedziała. Dzięki jej spojrzeniu wiele słów z tej książki wyleciało z hukiem.

*

Ciemność jest naturalnym środowiskiem reportera. Świat jasno oświetlony nie jest dla reportera tematem.
     […]
     Wrócić tu? Napisać książkę? Wszystko w tym gwarnym, jasnym i nie­wy­so­kim wówczas mieście wydawało mi się dalekie, niedostępne, nie do po­ję­cia. Ludzie przede wszystkim. […]
     Pomyślałem z pokorą: to nie oni są zamknięci, to ja (jeszcze?) nie znaj­du­ję w sobie przestrzeni, by się zmierzyć z ich nie tak dawnym bólem. Lub z Azją. Odpuściłem? Zrezygnowałem? Na pewno miałem wątpliwości, czy zdołam tam poznać i zrozumieć interesujące mnie sprawy tak dobrze, by napisać książkę.

*

[…]  jak po masowym zabijaniu kaci i ocalali mogą żyć razem, blisko siebie? W jednym kraju, w jednym mieście, w jednej wsi, w firmie albo szkole. A czasem i w jednym ciele.

*  *  *

Zabrały duchy? Wszystko ma tutaj ducha,
las, strumień, urwisko.

*

[W Kambodży]  Co czwartemu człowiekowi grozi bieda, ale według świa­to­wych norm biedny nie jest.
     Biedny jest co siódmy: jego dzienny budżet to mniej niż dwa dolary.
     Blisko połowa biednych nie rejestruje narodzin dzieci.
     Bogaci to margines. Na wydanie dwudziestu pięciu dolarów każdego dnia pozwolić sobie może półtora procent populacji.

*

Bieda jest kotwicą, która biednym
nie pozwala oderwać się od dna.

*

Khmoach chhar – mówi młoda krawcowa.
     To znaczy: duch nieugotowany.
     Nieugotowany? Uncooked – mówi tłumacz. Surowy? Może raczej nie­pr­zy­go­to­wa­ny? Niegotowy do drogi. Zagubiony. Głodny. Poirytowany dłu­gim czekaniem. W całej Kambodży od duchów niegotowych do wędrów­ki aż się roi. Ludzie je widzą na skrzyżowaniach, na poboczach dróg, w miej­scach wy­pad­ków. I na polach śmierci z czasów Pol Pota. Pól śmierci tu pełno. Miesz­ka­ją na nich dusze, rzesze dusz, gromady, tłumy, których re­in­kar­na­cja nie może się dopełnić. Duchy przeszłości. Żywi nieustannie czują ich to­wa­rzystwo, żywi się ich boją.

*

Może duchy znalazły w nim sobie mieszkanie, widać dobrze im tam, wy­god­nie, bo nie wychodzą z niego ani na chwileczkę.

*

Pytania, które w czasie drogi chodzą nam po głowie: dlaczego chorzy mil­czą? Stracili głos? Język? To skutek choroby? Czy wieloletniej niewoli? Któ­re objawy wynikają z pierwszego, które z drugiego? Czy każdy chory bez kontaktu tak głęboko zatopił się w świecie swoich chorobowych doznań, czy to tylko jego sposób na przetrwanie? Czy wycofanie, totalne, absolutne, mo­że mieć źródło nie w chorobie, lecz w traumie uwięzienia? Czy kie­dy­kol­wiek było inaczej: ktoś został uwięziony z powodu złego charakteru lub agre­sji po alkoholu i dopiero po zamknięciu popadł w szaleństwo?

*

[…]  oczy spokojne, zapatrzone w coś,
czego ręce nie mogą dosięgnąć.

*

Świat choroby jest dla zdrowych zamknięty. Tutaj zamknięty cał­kiem do­słow­nie. Nawet dla tych, którzy z powodu swoich profesji starają się cho­ro­bę zrozumieć. Nic z tego. Nie ma wstępu. Nie ma z uwięzionym kontaktu.

*

Ona krzyczy i w dzień, i w nocy. Cały czas wymienia imiona.
     Czyje? Wszystkie, jakie zna. Woła żywych i umarłych, jakby chciała być w tłumie.

*

[…]  przywrócić chorego do życia w rodzinie. Powrót do domu leczy. […]  Kto był kim? Kto zadawał ból? Kto cierpiał? Czy uwolniony mąż do­sta­nie w życiu żony choć odrobinę przestrzeni? Czy ktokolwiek ma prawo tego od niej oczekiwać?

*

[…]  nie znajduje słów niezgody na to, co widzi.

*

Jego chorobę nazywamy schizofrenią. Mówi czasem do siebie? Czasem bez sensu? Kogoś koło siebie widzi? To żadne złe duchy przybłąkane z dżungli. Żadna klątwa ani czarna magia. To wytwór chorej głowy. Trze­ba pró­bo­wać ją leczyć. Mamy lekarstwa. Rean w chorobie był dla was nie­bez­piecz­ny, ale po tabletkach się zmieni. Widzicie, już z nim lepiej. Rozmawia, śmieje się. To nie człowiek jest groźny, tylko jego choroba. Zresztą rzadko, bo częściej ludzie ze schizofrenią nie zagrażają nikomu, nie trzeba się ich bać. Rean wraca do świata zdrowych. Mamy taką nadzieję. Choć pewności nigdy, bo każdy choruje i zdrowieje po swojemu. Będzie z nim dobrze. Tylko że oprócz naszych lekarstw przydałoby mu się trochę ludzkiego szacunku, trochę waszego towarzystwa. Wpadnijcie czasem do niego, żeby tam za do­mem nie spędzał życia samotnie. Nie drwijcie. Jesteście wspólnotą. I on do niej należy. Taki, jaki jest. A to miły chłopak, wiecie o tym lepiej ode mnie.

*

Smutna chodzi. Smutek nie jest dobry. Dajcie jej trochę ra­dości. Budujemy świątynie dla Buddy, ale nie pamiętamy, że według jego nauk i pomoc smutnemu jest ważna.

*

Dziecko, tak tu chyba wszyscy uważamy, które słyszy od matki lub ojca, że jest kochane, będzie rozpuszczone: mama mnie kocha, więc nie muszę nic robić. Jeśli w dzieciństwie nikt ci nie powiedział, że cię kocha, jak później masz o tym powiedzieć swojej żonie, mężowi, dzieciom?
     Przytulanie?
     U nas nie Zachód, u nas dotyku nie ma. Słuszna obserwacja. […]  Przy­tu­la­nie, jakikolwiek dotyk, który nie jest biciem, pogłaskanie, mu­śnię­cie, wzię­cie za rękę wygląda w Kambodży na gest seksualny. W każdym razie krę­pu­ją­cy, prywatny. Dlatego między małżonkami, kiedy na lotnisku w Phnom Penh witają się po długiej rozłące, dotyku nie ma wcale. Pocałunku, uścisku, czułości. Pocałunki na lotniskach zdarzają się w amerykańskich filmach. O tym, że przytulanie jest ważne, piszą pewnie europejskie magazyny. Nikt tu ich nie czyta.
     Czytanie?
     Czterdzieści lat temu za czytanie groziła śmierć. Po co czytasz? – krzywią się dzisiaj rodzice, którzy wtedy byli dziećmi.

*

Czule? Czasem mamy wrażenie, że takich pytań nikt tu nie rozumie, czułość to sprawa tutaj trudna.

*

Prosi, by czterech lat ludobójstwa (1975–1979) nie nazywać dyktaturą czy reżimem Czerwonych Khmerów. Wszyscy są tutaj Khmerami. Łatwo o nie­po­ro­zu­mie­nie. Mówmy o czasie Pol Pota.

*

Nikt o nic nie zapytał. Wszyscy – zasznurowane usta. Strach, który w czło­wie­ku miał już zostać do końca. Nawet jeśli ktoś ocalał, boi się nadal. Prze­ra­ża go każdy dzień. Każdy obcy. A często i swój. W strachu czekamy na ko­niec, jak tamtego dnia czekaliśmy tępo na jutro.

*

Ludobójstwo w Kambodży nie było ludobójstwem sąsiedzkim. Kaci nie przy­szli z domu obok, zza miedzy. Przyjechali z innej prowincji. Nieznajomi, obcy. Kiedy zabijanie się skończyło, wszyscy wrócili do siebie. Dzisiaj Khme­rzy nie wiedzą, kim był wtedy ich sąsiad, mordercą czy ofiarą. Co ro­bił w czasie Pol Pota? Mówi, jeśli w ogóle coś mówi, że cierpiał, głodował, umierał. Wszyscy tutaj umierali. Kto nas torturował? Kto życie odbierał? Nie wiadomo. A jeśli już coś wiadomo, coś wyjdzie na jaw, to zawsze jest ta sama gadka: ja tylko wykonywałem rozkazy, ja tylko zawiązywałem lu­dziom oczy, ja tylko ich fotografowałem na chwilę przed końcem. Ofiara! Katów w Kambodży nie ma, choć są wszędzie dookoła. Kaci żyją między ocalałymi. Albo w ocalałych. W jednym ciele i kat, i ofiara. Widują się co­dzien­nie. Na ulicy, na bazarze, w pracy, w lustrze.

*

Wykonaliśmy dobrą robotę, powiedziałam, przeżyliśmy. […]  Policzyłam ludzi, których znałam przed Pol Potem. Na każde dziesięcioro przeżyło dwo­je. […]  Wszystko się po Pol Pocie zmieniło. Zwłaszcza ludzie. Kiedyś sobie pomagali. Dziś, jak zobaczą złodzieja w ogrodzie sąsiadów, odwra­ca­ją oczy, bo to nie ich sprawa.

*

Kolejne pokolenia dziedziczą tamtą traumę. Kolejne doświadczają prze­mo­cy, braku czułości, bezpiecznego dotyku, zaufania. Jesteśmy spo­łe­czeń­stwem ludzi samotnych, porzuconych. Sami siebie porzuciliśmy. Nie tak dawno temu wszyscy brali udział w nie­wy­o­bra­żal­nej, nieodwracalnej prze­mo­cy. Była dozwolona, była OK. Nikt nikogo wtedy nie pytał: jak się masz, jak się czujesz? I nikt o swoich emocjach nikomu nie opowiadał. Bo każdy był wrogiem. A nie było tu nikogo z zagranicy. Khmerzy mordowali Khme­rów. Choć nie tylko Khme­rów, bo mamy tu mniejszości. I one cier­pia­ły. Do dzisiaj ludzie pytają: dlaczego? Jak to było możliwe? Brat na brata donosił, torturował, zabijał. Za tymi ważnymi pytaniami nie idzie żadna refleksja. Ci, którzy wtedy byli dziećmi, nadal żyją w prze­ko­na­niu, że spo­so­bem kontaktu z drugim człowiekiem jest agresja. Krzyk. Tamte dzieci nie otrzymały spokoju, który się dzieciom należy. Bezpieczeństwa. Ich potrzeby psychiczne i fizyczne nie zostały zaspokojone. Dzisiaj tamte dzieci są dorosłe. Są jak maszyny transmitujące przemoc.

*

Ludzie często i od razu sami tu wymierzają sprawiedliwość, bo nie wierzą policji, sądom. Porachunki, zemsta. Po Pol Pocie jesteśmy w tym dobrzy, choć ponad połowa z nas urodziła się już po nim.

*

Smutek nie jest bezpieczny. Smutek człowiekowi nie służy. Potrafi odebrać rozum, władzę w nogach, oddech. Smutek to umieranie.

*

Mówią, że Pol Pot zabił prawie milion, może dwa miliony. Czy w tej ra­chu­bie jest i mój kilkugodzinny syn? Tysiące kilkugodzinnych synów, córek kil­ku­mi­nutowych? Ktoś te dzieci policzył?

*

Czy już wiecie, jak sobie radzę z przeszłością? Jak człowiek po śmierci potrafi żyć i nie oszaleć?

*

Dzieci w Kambodży całe życie dźwigają dług wobec rodziców. Za otrzy­ma­ne życie. Powtarza im się to w kółko, żeby nie zapomniały: dzięki mnie ży­jesz, dzięki mnie jesteś na świecie. Spłacenie takiego długu jest nie­mo­żli­we, ale trzeba się starać.

*

I że ci, którzy przeżyli, mogą uważać się za szczęśliwców. Ale czy na pewno mogą? Wszyscy straciliśmy naszych ukochanych.

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

A jej matka płacze, kiedy widzi, że z samochodu wysiada doktor Sody. Łzy w Kambodży? Już wiemy, rzadki to wi­dok. Bo to uczucia: jestem słaba, wystraszona, bez­bron­na. Po co ludziom takie rzeczy ogłaszać? Im mniej obcy wie, tym lepiej. Przed obcym emocje chowaj. Przed dok­tor Sody? Po co? Doktor Sody jest swoja, zawsze przy­wo­zi ulgę i bezpieczeństwo. To wzrusza matkę. Za zdro­wie córki matka jest lekarce wdzięczna. I ojciec też.

*

A niech sobie gadają – Chroep macha ręką, jakby od­ga­nia­ła muchę. – Rozumiem, że byłam wariatką, ale sta­ram się tak już o sobie nie myśleć. Ja sobie gra­tu­lu­ję, bo wróciłam z dalekiego świata. I państwu dziękuję.
     Dziś na tym podwórku łez się nikt nie wstydzi.
     Większej radości nigdy nie przeżyłam – mówi matka i szlocha. – Nie potrafię jej do niczego porównać. Ani wyrazić wdzięczności. Tyle lat nikt mnie nie wspierał, tyle lat byłam sama. Nie życzę nikomu takiego opuszczenia.
     Na pożegnanie doktor Sody napomina: leki trzeba brać regularnie. Inaczej choroba wróci.

*


Doktor Ang Sody,
fot. Michał Fiałkowski, fragment.

*

Wsuwa klapki. Uśmiecha się. I podaje nam rękę. Obcym. Przyjezdnym z daleka. Mocno ściska nasze dłonie. Jego inicjatywa, jego potrzeba. Pierwszy ludzki dotyk po pięt­na­stu latach? Bo babci i mamie dłoni nie podaje. Mama i babcia go nie dotykają, nie tulą. Tylko po chwili starsza pani pomaga wnukowi zdjąć koszulę, bierze ją do pra­nia. Ściąga mu jakiś paproch z policzka. Tyle czułości.
     Sokni jest wolny!

*

Okun  – powtarza. – Okun! Thank you!

(tamże)

sobota, sierpnia 19, 2023

5158. 231/365

dwoje bardzo dorosłych ludzi w nic, w gruncie rzeczy, nie­zna­czą­cym konflikcie. stanęła obok samej siebie i nie mogła od­zo­ba­czyć tego, co działo się* przed jej oczami.

kłócili się ze sobą sześciolatek z pięciolatką, używając strategii, które świeżutko wykształcili w relacjach ze swoimi matkami; tych samych strategii, z których będą nieświadomie korzystać w niezliczonej liczbie konfliktów z najważniejszymi dla nich, już nie spokrewnionymi, osobami przez następne kilkadziesiąt lat.

231/365

__________
  *  widzisz relacyjny, niewspółmierny do sytuacji, dym? szu­kaj poranionych kilkulatków, nawet jeśli mają si­we wło­sy, zmarszcz­ki i plamy wątrobowe na dłoniach. tylko nie po­ka­zuj ich paluchem. raczej przyjrzyj się dokładnie, czego potrzebują.

piątek, sierpnia 18, 2023

5157. 230/365

co się kryje pod milczeniem? co skrywa
to, co wydaje się być rezygnacją?

gdzie mogłaby zaprowadzić nas rozmowa?

230/365

*

Johann Nepomuk Hummel, Koncert na trąbkę Es-dur, Rondo,
Luzerner Sinfonieorchester, Michael Sanderling (dyrygent),
Lucienne Renaudin Vary (trąbka).
White Raven’s Liked List

5156. ¿

Jabłoń:
(wczoraj w fotelu rehabilitacyjne godziny nabijała,
przy okazji zrzuciła z siebie nieznośne wrażenia,
ocaliła od zapomnienia skrzydła i upalne chwile;
wieczorem stuka w klawiaturę i nie ma
zielonego pojęcia, że jest obserwowana,
że zachowuje się inaczej niż wtedy,
gdy pisze, czyta czy uczy się
)

Sadownik:
(z drugiego końca pokoju)
Czego szukasz?

Jabłoń:
(zaskoczona bezgranicznie)
Skąd wiesz, że czegoś szukam?

Sadownik:
(uśmiecha się zapraszająco)
Znam cię… Więc czego szukasz?

Jabłoń:
(przyłapana, nudna czy taka łatwa do odczytania (?)
po chwili ociągania się, ciut zawstydzona
)
A, takiej jednej książki…

czwartek, sierpnia 17, 2023

5155. 229/365

36℃ w ciągu dnia zamiast trzech zdań. i trzy zdjęcia, a między nimi czas. a na nich cisza i uwięzione w pikselach chwile ze spek­tak­lu cieni, oglądanego z łóżka reha­bi­li­tacyjnego w naj­go­ręt­szy (?) dzień roku.

229/365



*

Roberta Flack & Donny Hathaway, The Closer I Get to You,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #77.
White Raven’s Liked List

5154. Zielnik skrzydeł (III)

na suficie wypatrzona piękność. wysłannik? posłaniec? strażnik! wczoraj w skrzydlatym towarzystwie chwilę przed północą koń­czy­li­śmy ostatnią porcję ćwiczeń.


[asystencja: Sadownik]

*

Roberta Flack, The First Time Ever I Saw Your Face.
White Raven’s Liked List

5153. Baksbatczycy i basta!

UWAGA!
wpis zawiera lokowanie reakcji
na jakość życia publicznego*
w kraju nad Wisłą.

__________
  *  kroniki PRL przy tym, co dzieje się teraz w prze­strzeni medialnej, to jed­nak — jak na mój gust — mały Miki w F-35.

Osaczony, walczący od wieków naród wstał z kolan. Defi­la­dy, pajace, marionetki, bru­natne sny o potędze, tęs­kno­ty samozwańczego wodza narodu i wszystkich jego pra­wych rączek, ra­cja stanu i prze­moc uczuć religijnych. Cham­stwo, głupota, uro­jo­na du­ma, zawłaszczona prawda i upa­sio­ne władzą uprze­dze­nia przebrane za chrze­ści­jań­stwo. Tak, to tu, w sercu Europy! Między Niemcami a wojną.

Lokalny produkt rzemieślniczy; przestarzała, dobrze trzy­ma­ją­ca się innowacja; naj­polski, przepolski, prze­pysz­ny; po­zba­wiony wątpliwości etycznych katolicyzm in­kru­sto­wa­ny hojnie pol­skością, czyli eksportowa wersja de luxe nienawiści. Proszę bardzo!

Polska to Izrael Europy. Mało? Mało! Bo Polska jest Chrystusem objawionym, co ma zamiar zbawić Europę Zachodnią, zmie­rzającą w zastraszającym tempie na ma­now­ce i dno moralne. Lepiej! Ale…

My po prostu jesteśmy Kambodżą Europy. Polacy? Nie, Baks­bat­czy­cy! Amen.

[…]  wystarczy na chwilę zatrzymać się w codzien­nym pędzie, przyjrzeć uważ­niej, by zobaczyć, że tam­to ciągle tu jest, nie odeszło. Dlatego wciąż tutaj cierpimy. Długo nie rozmawialiśmy między sobą o tamtym. Nikt nam nie powiedział, że trzeba. Bali­śmy się rozmawiać. I dzisiaj ludzie boją się ludzi, zawsze są czujni, napięci, obolali. Wszyscy są ofia­ra­mi. Albo katami. Nie wiadomo, kto jest kim. […]  Każdy, kto pamięta Czerwonych Khmerów, jest dziś bogatą biblioteką. Razem to tysiące bibliotek. I wszyst­kie za chwilę runą. Starsi odchodzą. Nie­za­pi­sa­ne historie zostaną stracone. Samych sie­bie tracimy. Młodzi myślą, że tamto ich nie dotyczy. Są w błę­dzie. Gubi nas wszystkich bierność, apatia, baksbat.
     Baksbat  – zespół złamanej odwagi.

*

  • To ból, którego się nie da uleczyć, więc jest przenoszony na kolejne pokolenia.

*

  • Baksbat  to strach, który nie odszedł po traumie.
  • […] 
  • Inne tłumaczenie baksbat: bojący się na wieki.
  • Albo: przetrącony kręgosłup.
  • Człowiek z baksbat  czuje, że nigdy nie odzyska dawnego spokoju.
  • Czuje, że nigdy już nie będzie się śmiał.
  • Nie ma inicjatywy. Nie podejmuje decyzji.
  • Łatwo się poddaje. Po pierwszej porażce nie podejmuje wyzwania ponownie.
  • Woli umrzeć, niż spróbować raz jeszcze.
  • […] 
  • Nie polega na sobie.
  • Nie mówi innym o swoich porażkach.
  • […]  Tamto nie chce odejść, jest i w snach, i na jawie. To nie wspo­mnie­nie, to czas teraźniejszy. Trauma trwa, ale chory nie chce o niej rozmawiać. Czuje się opuszczony, wycofuje się z kontaktów z ludź­mi, czarno widzi przyszłość, źle śpi, często wy­bu­cha gnie­wem, ma problemy z koncentracją, jest nadmiernie czujny. Jednak specjaliści dostrzegają różnice pomiędzy zachodnim zespołem stresu pourazowego a khmerskim zespołem złamanej odwagi. Objawy Bak­s­bat, których w PTSD nie ma lub nie są tak nasilone, to właśnie łatwość poddawania się. Także nieufność, posłuszeństwo, uległość.

*

  • Człowiek z baksbat  nie chce rzucać się w oczy.
  • Nie pomaga innym, bo się innych boi.

*

  • Człowiek z baksbat  daje się łatwo zdominować.
  • Straci życie, byle się nie postawić.
  • Według tradycyjnych uzdrowicieli baksbat  może oznaczać utratę duszy. Dusze wyskakują z ciała albo uciekają na końce włosów ro­sną­cych na ciele. Bo w Kambodży ludzie wierzą, że mamy dzie­więt­na­ście małych dusz i jedną duszę wielką. Kiedy małe dusze giną bez wieści, człowiek traci świadomość. Psychiatrzy mogliby jego stan po­równać do stanu dysocjacji, depersonalizacji, derealizacji. Ale we­dług uzdro­wi­cie­li jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy ginie dusza wielka. Wtedy człowiek szaleje. Latami umiera.

*

  • Jeśli latami ludzie nie mają odwagi poprzeć tego, co sprawiedliwe, i stanąć przeciwko temu, co niesprawiedliwe, rosną kolejne po­ko­le­nia ślepych na ludzką krzywdę, głuchych na cierpienie innych. Masy ludzi nieczułych.
  • Społeczeństwo, w którym poza rodziną nie ma więzi.
  • Społeczeństwo, ale nie wspólnota.
  • Baksbat  – zabójca każdej wspólnoty.

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

Jak już się stanie coś złego, to jednak nie córka jest winna, nie syn. Tylko obcy. Każdy w Kambodży ma swojego obcego pod ręką. […]  Ludzie muszą mieć wroga. Bez wroga nie umiemy oddychać. Niczemu nie jesteśmy winni, za nic odpowiedzialni. Tylko ona, tylko on, wróg. Nie Khmerzy chcieli Khme­rów zabijać, do mordowania zmusili nas Chińczycy. Ameryka wcze­śniej nas bombardowała. Jeszcze wcześniej Francuzi ciemiężyli Khmerów przez dziesięciolecia. Nikt nam dobrze nie życzył. W końcu ocalili nas Wiet­nam­czy­cy, z Phnom Penh przegonili Pol Pota, ale przecież nie po to, by nam pomóc, tylko by nad Kambodżą przejąć kontrolę. By nad nami panować. Wła­dza chętnie nami steruje i dzisiaj. Kto jest odpowiedzialny za naszą bie­dę i za nasze choroby? Wietnamczycy! Wszyscy tu nienawidzimy Wietnamczyków. […] 
     Sztuka rozmowy?
     Każda rozmowa to napięcie. Ludzie nie słuchają ludzi. Nie słyszą, co się wokół nich dzieje. A używają słów ostrych jak noże.

*

My tu świetnie umiemy poniżać. Za to nie wiemy, jak się wzajemnie wspierać, kochać.

*

My, Khmerzy, uważamy się za buddystów, odprawia­my ry­tu­a­ły, ce­re­mo­nie. Ale nie rozumiemy ich sensu. Nauk Buddy nie znamy. Sły­sze­liś­my, owszem, że nie wolno zabijać, krzywdzić niczego, co żyje. Sły­sze­liś­my, że nie wolno kraść. Żyć w rozwiązłości. Kłamać. Używać środków, któ­re mą­cą umysł. Tak, ludzie wierzą, że jeśli komuś uczynisz coś dobrego, dobro do ciebie wróci, to się może nawet opłaci. A jak uczynisz drugiemu coś złego, opłaci się na pewno. Karmę ludzie mają tu w nosie. Nasz bud­dyzm to udawanie, folklor, plastik i dewocja. Buddyzm nas przed ni­czym nie ochronił. Skrzywdziliśmy siebie nawzajem, bo jesteśmy ludźmi.

*

Uczniowie [w 1969 roku]  musieli w domu pisać wypracowania, po­rów­ny­wać bohaterów lektur, mieć własne zdanie, refleksję. Teraz po­dob­no nie mu­szą. Teraz własne zdanie nie jest w cenie.

(tamże)

środa, sierpnia 16, 2023

5152. 228/365

jeden utwór. andantino. zapętlony cały dzień.

228/365

Christoph Willibald Gluck, Dance of the Blessed Spirit,
Evgeny Kissin (fortepian), Giovanni Sgambati (aranżacja),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #53.

poniedziałek, sierpnia 14, 2023

5151. 226/365

jak bezcenną rzeczą jest móc chodzić, czło­wiek dowiaduje się, gdy nie może tego ro­bić. jak nadzwyczajnym darem jest móc oso­bi­ście przewracać się z boku na bok pod­czas snu, rozumie, gdy po­trze­bu­je pomocy przy każdej zmianie pozycji ciała.

postanowiłam — bezwględnie, od zaraz i już za­wsze, póki je­stem — do­ce­niać fe­no­men tego wszyst­kie­go, co mogę robić, nim zo­sta­nie mi to ode­brane przez czas.

226/365

niedziela, sierpnia 13, 2023

5150. Czekariat (LI)


fot. Saxifraga.

*

dziś. dwieście czterdziesty dzień.

Leonard Bernstein, For Susanna Kyle,
Warren Lee (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #49.

5149. 225/365

czarna godzina: frustracja, bez­sil­ność i strach wy­buch­ły nam sło­wami, których już po chwili oboje żałowaliśmy. trzy godzi­ny snu zamiast śmierci, którą wy­bra­ła­bym, gdybym tylko mogła.

a złota godzina nic sobie z tego wszystkiego nie robiła i karmiła nas nadzieją.

225/365

5148. Z oazy (CLXXIII)

Od­liczanie literek, najzwyklejsze, nieprzeterminowane, dwa. Tomik wierszy całkiem stary, ale dla mnie pachnący nowością.

Najpiękniej i najstaranniej wydana książka, jaką kiedykolwiek miałam w rękach. Gramatura papieru, że aż dotykać każdą stronę się chce nie raz, mało! Nie­spo­ty­ka­nie gruba okładka. Liściaste nadruki, do których muskania garną się natychmiast opuszki palców. Nigdy czegoś tak przemyślanego nie miałam w dłoniach. I czarna nić szytych kartek w komitywie z czarną wyklejką. Muszę je tu mieć.

aż wreszcie zamieszkałam pod skórą,
w kłykciach przyśrodkowych, w wiązadłach,
wzdłuż rzeki nerwów żeber,
w wydmuchach płuc, pod lewym piszczelem, ściskając się
w splotach słonecznych, promienieję,
(mimo że jasno, to wciąż tylko na zewnątrz),
latami rozkrzewiam się w żyłach,
chrząstkami kolan ugniatając ziemię,
[…]
tak więc od jakiegoś czasu gdzieś tam mieszkam,
muszę tam być.

*

Mówią, że tworzą kwiaty, w gronach, baldachach (wszędzie te kwiaty),
i zielone liście albo nawet złote, mówią,
że karmią pszczoły i kolorowe motyle,
i rodzą słodkie owoce tylko ze słońca, wody i powietrza.
Stwarzać się wciąż będą,
rozrastać się, zawsze pięknie, rozprzestrzeniać,
całkiem bez krwi i dziurawienia innym brzuchów,
bez rozszczepiania atomów,
bez wypalania, rozstrzeliwania,
i więzienia.
A tylko naprawdę niektóre z nich,
naprawdę, do diabła! Zmieniają ten plan na całą tę łagodność przesadną
i nikt ich nie rysuje,
nikt wierszy nie pisze,
pa-ra-zy-to-fi-ty
wpijają się w nieswoje korzenie,
wyrastają z martwych liści,
ich ciała nie znają zieleni ani czerwieni, bo niepotrzebne jest im słońce.
Wszystkie mają kolor
ludzkiej skóry.

pani bożo,
włókno,
żółta smugo pyłku, świetlikami rojąca w galaktykach,
tłusty buddo, kocie mój, święta suko,
nóżko pająka, bez imienia,
niewidzialna, depczesz ziemię jak ja,
podmuchu na wyżynie rozpalonego słońca,
ty ziarno,
spromykowane,
skondensowane w oleju słoneczników,
gęstwino cieczy —

za dużo was.

więc chociaż
bądźcie pozdrowione, molekuły,
namnażające się
w zbite rozmaite cielska,
w krowy, Zeusy,
cudne Minerwy,
dzikie łodyżki,
i w tornada,
totalne,
uwolnione,
jebiące to wszystko
na amen.

Wachlarzyki much na rozdygotanych osikach,
ślina Bukowskiego, szczypawki
pod ciemnią kamienia,
komórki płatków wiśni z japońskich akwareli,
milczenie pni sosen słoną zimą.

Nie widzę różnicy.

*

Strzałka czasu zaciąga galaktyki w supły
i wwierca je w mrok, w pomniejszenie
do samego środka.
Hekatomby ciał niebieskich pętlą się gdzieś odlegle.
Grawitacyjny pył zasysa rdzeń. Bez końca.

*

każdy bieg
to zawsze
momentami
rzeczywisty lot.
[…]
i wszystko się tu dzieje
naprawdę,
wszystko tylko
kwestią czasu.

w chmury parują
moje oddechy, senne i wynudzone,
patrzę,
właśnie nade mną płyną te obłoki po błękicie,
[…]
supły wspomnień, jarzą się,
suną z wolna nade mną,
a ja nie wiem,
czy dalej stać, czy iść tam,
dokąd na początku tego wszystkiego chciałam.

*

Idę teraz w przyszłej swojej przeszłości,
[…]
Idę w tej przeszłości i rozglądam się,
zamknięta i zabytkowa już idę i z każdym oddechem
jeszcze bardziej kończę się i zaczynam wspomnieniem.

całość mnie
była zawsze, nigdy, nigdzie, wszędzie,
miliardy czasu — brak mnie

*

starte kolano,
zszyty paluszek,
borowanie zęba,
noga w gipsie na wakacje,
zapalenie oskrzeli i bańki,
wymioty z przejedzenia czekoladą,
potem też zaraz
i kac, i bóle serca,
to wszystko tylko wersje testowe,
w pakiecie od samego początku,
upgrade’owane do wersji full
w odpowiednim czasie,
z rozszerzoną opcją na
gnicie odleżyn,
dializy,
udar mózgu i paraliż,
rozkład pamięci,
niepasującą szczękę w zaschniętych dziąsłach,
zaciemniony obraz
i zaszumiony słuch.

Najpierw stały żurawie
niewzruszone,
siwe w siwym błocie rozlewiska. Nawet nie spojrzały.
Pomyślałam od razu, okropnie daleko, o konstrukcji świata,
że nikt w nim może nie musiał się nas bać,
więc szczerze dziękowałam żurawiom za tę obojętność.

*

Zobaczyłam dziś potężne orki,
uderzające płetwą w taflę błękitu.
Na filmie.
W czyimś tablecie.
W czyimś samochodzie
przede mną.
Staliśmy szaro. Tylko one skakały.
Zapatrzyłam się. Powinnam płakać.

*

napisałam kilka maili,
[…]
poleciały wszystkie na zachód kuli, co znaczy tylko,
że do przeszłości napisałam,
tej, która właściwie już mi się całkiem wydarzyła,
oddechami w tętnie i szuraniem stóp

*

wszystko tego kota
przylega
do mojego człowieka,
kark do biodra, głowa do uda, łopatka w miednicy, żebra do nerki,
łapy do żeber, ogon do łopatki

*

pamiętam, jak siostra na religii mówiła,
że czerwona lampka przy ołtarzu wskazuje,
że Bóg tam jest,
ale przecież ona też oznacza światło stop
na przejściu albo alarm,
włączony rentgen,
bliską straż pożarną
i hamowanie samochodu przede mną.
i właśnie w tym jest problem,
że trzeba to umieć rozróżnić.

*

w jednym ziarnku piasku
jest więcej atomów
niż gwiazd na niebie.

kosmos w piachu?
właśnie z siebie strącam.

[…]
nie zamierzam gonić liczb po przecinku, tych dążących do
nieskończoności albo do nicości.

Urszula Zajączkowska, Piach,
Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2021.

park maszyn zwiedzamy
słuchamy i notujemy
że
tym się ścina
tym koruje
tym karczuje
tym orze wierci roztrzęsuje
rozrywa szarpie strzępi
wybebesza i ćwiartuje.

to wszystko, możecie już iść,
poszliśmy, chyba pozwiedzać,
ale był tylko kościół
potwornie z drewna.

Nie ma różnicy,
czy dopala się tysiącletnia sosna,
czy katedra,
piórko,
mięso.
Zawsze jest ten czas,
punkt,
kiedy gaśnie
ostatni ze wszystkich już atom.
Jest,
nie ma.

(tamże)