niedziela, października 15, 2023

5223. Z oazy (CXCI)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Niebywałe miszczostwo w wolnym tłumaczeniu tytułu i podtytułu książki. Rozumiem marketing, zapotrzebowanie rynku i zwykłą chciwośc, ale bez przesady.

To pierwsza z dwóch książek, po którą nigdy bym nie sięgnęła. Złamałam zasadę niesięgania po książki, których tytuł w wolnym tłumaczeniu sprowadza się do: Jak być szczęśliwym od wczoraj. Nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie to, że mój umysł twierdził, że nazwisko Autorki wygląda mu na włoskie. No, jak włoskie, to mogę zaryzykować…

Pokusiłam się na tę lekturę. Włoskie w tej książce są wyłącznie skojarzenia mojego umysłu. Sama książka, pomimo beznadziejnego — podstawiającego sprawnie nogę — polskiego tytułu, warta jest zatrzymania i zamyślenia. Pomaga zrobić remanent własnych, nawet jeśli najsłuszniejszych, przekonań.

Jeszcze nie reaguję wzruszeniem ramion, gdy słyszę grzmiące media, że w szkołach brakuje psychologów. Dostaję lekkiego szału. Tak, prawdą jest, że [d]obrostan na­sto­latków pogarsza się z roku na rok, ale psycholog w każdej szkole, poza tym, że jest tak samo mądrym pomysłem jak religia w szkole, nie pomoże nam ani trochę, ponieważ w ten sposób zajmujemy się wyłącznie skutkami, a nie przyczyną. Ta, ni­jak nie może się przebić: istnieje korelacja między czasem spędzonym przed ekra­nem a objawami zaburzeń lękowych i depresji.

W naszej kulturze nadmiaru wszyscy robimy rzeczy, o których wiemy, że nie są dla nas dobre, wiemy, że nas nie uszczęśliwią. Nie robimy jednak ni­cze­go, by to zmienić, bo wszyscy inni robią to samo!
     To normalne.
     Ale kto powiedział, że „normalny” znaczy „zdrowy”? Badania pokazują, że „normalny” na pewno nie znaczy „szczęśliwy”.

*

Zadowolenie to głębokie docenienie tego, że więcej nam nie trzeba, że mamy wystarczająco. To zrozumienie, że w sam raz przynosi satysfakcję, speł­nie­nie i jest spokojne, a przy tym ma wielką moc. Życie z takim podejściem uwal­nia od wszystkiego, co czyni z nas niewolników. „Wystarczająco” po­zwa­la zawsze dostrzec piękno w życiu dokładnie takim, jakie jest nam dane.

*

Gdy pojawia się szczęście, powinniśmy pozwolić mu głę­bo­ko w nas wnik­nąć, poczuć siłę jego podnoszącej na duchu obecności. Mo­że­my zachować w sobie te momenty, by wrócić do nich, gdy przyjdzie nam zmagać się z wy­zwaniami życia codziennego: w chwilach największej po­trze­by wzmocnią nas i przywrócą radość.
     Zadowolenie jest cichsze niż szczęście, w pewnym sensie bar­dziej subtelne, a jednak potężniejsze, niż może się wydawać. Za­pusz­cza korzenie szeroko i głęboko, przez co jest stateczne – ruchome piaski nieprzewidzianych okoliczności i przytłaczających uczuć nie są w stanie go poruszyć.

*

Człowieczeństwo nie jest czymś, na co trzeba sobie zapracować. Dorośli są zgodni co do tego, że dzieci zasługują na miłość i są skarbem z samej swej na­tu­ry, po prostu dlatego, że są dziećmi. Musimy zdać sobie sprawę, że do­rośli są wartościowi w ten sam niezbywalny sposób.

*

Pamiętajcie: to, o czym myślimy, rośnie w siłę.

*

Czasem sami przeszkadzamy sobie w odnalezieniu tego, czego naprawdę pragniemy.

*

[…]  ludzie nie potrafią żyć w teraźniejszości z powodu dwóch rzeczy. Jedną z nich są telefony komórkowe, drugą – lęk. W rzeczywistości obie są ze sobą bardziej powiązane, niż mogłoby się wydawać.
     […]  A pomyślcie o tym, co czeka na was po drugiej stronie aparatu: dosłownie cały świat.

*

Żeby móc inaczej działać, musimy nauczyć nasz mózg inaczej myśleć.

*

[…]  najcenniejszym, co posiadacie, jest czas.

*

Wiedzieliście, że jednoczesne śpiewanie i odczuwanie lęku jest nie­mal nie­możliwe? Z powodu licznych procesów fizjologicznych, któ­rych wymaga od nas śpiewanie, nasz mózg nie jest w stanie robić obydwu tych rzeczy naraz.

*

[…]  nasz mózg pod względem chemicznym wygląda zupełnie inaczej, kiedy pragniemy czegoś, niż kiedy przeżywamy i doceniamy to, co mamy.

*

The Monkey Business Illusion.

Gdy koncentrujemy się na jednej rzeczy, łatwo nam przeoczyć inne, całkiem spore!

*

Kiedy z rozmysłem dajemy sobie przestrzeń dla znaczących dla nas ludzi i doświadczeń, tworzymy kanały, którymi zadowolenie może wpłynąć do naszego życia.

*

Umiejętność widzenia trudnej sytuacji z perspektywy innej osoby jest zna­kiem rozpoznawczym ludzi odpornych psychicznie.

*

Jaką jedną rzecz moglibyście zrobić
dla siebie w tym tygodniu?

*

[…]  prawdziwa rezyliencja pozwala poradzić sobie z przeciwnościami, jednocześnie przyswajając to, co się stało – dzięki czemu wychodzimy z kłopotów mądrzejsi, silniejsi i śmielsi.

*

[…]  przebaczenie nie oznacza wcale przyzwolenia […]. Nie zwalnia też tego, kto nas uraził, z poniesienia konsekwencji. Nie musi nawet oznaczać dal­sze­go utrzymywania relacji z taką osobą. W przebaczeniu chodzi raczej o wy­zby­cie się gniewu, poczucia krzywdy i urazy – osoby odczuwające te ne­ga­tyw­ne emocje często stają się ich zakładnikami.

*

W pewnym sensie zadowolenie to deklaracja,
że wystarczająco rzeczywiście wystarczy.

*

[…]  każdy dzień jest szansą na nowy początek. Może wam się wydawać, że ciągle zaczynacie od nowa, ale to nieprawda. […] 
     Wiedzcie, że kiedy będziecie podążać przed siebie krok za krokiem, od­dech za od­de­chem, przesiąkając napotkanymi po drodze widokami, z pe­wno­ścią odnajdziecie zadowolenie. Może nawet odnajdziecie najlepszą wer­sję siebie, przerastającą wszystko, o co mo­gli­byście prosić lub o czym mo­gli­byście marzyć.

*

Nic bowiem bardziej nie odziera z zadowolenia niż poczucie, że przegapiliśmy jedyne życie, które jest nam dane.

*

Uwielbiam słowa Alice Morse: „Nie każdy dzień jest dobry… ale jest coś do­brego w każdym dniu”. […]  Prawdopodobnie niektóre z rzeczy, które bierzemy za pewnik, dla kogoś innego byłyby dosłownie spełnieniem marzeń.

*

Jeśli przyjmiemy nasze obecne życie i docenimy dary, które już nam przy­nio­sło, możemy potencjalnie wieść pełną, przesyconą znaczeniem egzystencję. Najprościej rzecz ujmując: życie pełne zadowolenia.

*

[…]  w odpowiednim świetle wszystko wygląda inaczej.

Niro Feliciano, Szczęście. Jak żyć bez presji
i dbać o swój dobrostan
, przeł. Zuzanna Lamża,
Wydawnictwo Filia, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)

*

Chciałabym, żeby „zadowalanie ludzi” stało się oficjalną diagnozą wy­mie­nianą w Kryteriach diagnostycznych zaburzeń psychicznych, bo na­le­ża­łoby je traktować jak chorobę.

*

To, że coś jest dobre, nie znaczy, że się stanie. To, że możecie, nie zna­czy jeszcze, że powinniście. Nie musimy robić wszystkiego, musimy na­tomiast mieć rozeznanie, do czego jesteśmy powołani, żebyśmy byli w sta­nie traktować takie rzeczy priorytetowo. Czasem trzeba zrezy­gno­wać z czegoś dobrego, by zrobić miejsce dla czegoś wspaniałego. „Wspaniały” wcale nie musi przy tym oznaczać nic wielkiego czy krzy­kli­we­go: chodzi o rzeczy, które – jeśli świadomie damy im prze­strzeń – przyniosą nam poczucie sensu i celu.

*

Być uważnym oznacza – zasadniczo – widzieć wy­raź­nie. Kiedy patrzymy na coś z uwagą, zawieszamy osąd i dostrzegamy, co się naprawdę dzieje.

*

Bardzo wierzę w to, że to my uczymy innych, jak mają nas trak­to­wać. Wyznaczając granice, dajemy ludziom do zrozumienia, że muszą je szanować, aby żyć z nami w zdrowej relacji.

*

Ale zastanówcie się: a jeśli waszym prawdziwym celem jest po prostu być?

*

Jesteśmy warci znacznie więcej, niż sądzimy.

*

Wdzięczność to więcej niż uczucie: to wybór, ja­kie­go dokonujemy.

*

Dzisiaj traktuję przeciwności jako wskazówkę, że robimy coś istotnego, coś, co ma wielką wartość – od kiedy to zrozumiałam, łatwiej mi spoj­rzeć na przeszkody z innej perspektywy i ruszyć dalej.

(tamże)

sobota, października 14, 2023

5222. 287/365

nie upie­raj się, by ten czy tamten człowiek zrobił dla ciebie lub z tobą to czy tamto.

może nie chodzi o tego czy tamtego, to czy tamto. może po pro­stu gdzieś indziej szy­ku­je się dla ciebie coś lepszego.

287/365

5221. Czekariat (LVII)  //  Owoców moc

Ile wiary w życie ma każdy orzech czy kasztan? Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Jest od kogo się uczyć. Kiedyś, by to zrobić, wystarczyło włożyć rękę do kieszeni jesiennej kurtki.


fot. Hawwa, fragmenty.

Praktyka miłości nie daje bezpieczeństwa. Ry­zy­ku­je­my, że doświadczymy straty, krzywdy, bólu. Wy­sta­wia­my się na działanie sił znajdujących się poza na­szą kontrolą.

bell hooks, Wszystko o miłości. Nowe wizje,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023.


fot. Kaan, fragment.

czwartek, października 12, 2023

5220. Poszła się uczyć…

Szpagaciki w mgnieniu oka zamieniają się w na­bur­mu­szo­ne na­stolatki, by — nie wie­dzieć kiedy — stać się chwilę potem cie­ka­wy­mi do­ro­sły­mi ludźmi. Nim jednak ruszą w tę oso­bli­wą po­dróż, za­trzy­mu­ję tu wytwory arty­stycz­ne ich Dusz.

Tu jest jak w porządnej galerii! Ta rzeźba ma tytuł. Brzmi on: Idę się uczyć. Koń by się uśmiał, a biała sowa szeroko otworzyła oczy.


Gatita.

środa, października 11, 2023

5219. 284/365

przyszła z dalekiego równoległego świata. rytmem, loopem i barwą nonszalancko rozsiadła się w moim.

zadziwiona łomolę tą melodią od rana.

284/365

DJ Food, The Crow.

Żebyśmy znaleźli się tu, gdzie jesteśmy dziś, trzeba było pre­cy­zyj­nie za­aran­żo­wać miliony drobnych zdarzeń i oko­licz­no­ści. Zaplanować to by­ło­by nie­moż­li­wością, próżnym trudem – a jednak tu dotarliśmy. Oto cud życia.

Joseph Nguyen Nie wierz we wszystko, co myślisz,
przeł. Arkadiusz Czerwiński, PURANA, Lutynia 2023.
(wyróżnienie własne)

wtorek, października 10, 2023

5218. Z oazy (CXC)  //  Panna cotta (CVIII)

Nie­dzielne odliczanie literek, poślizgnięte na świńskim uchu kulturalno-to­wa­rzy­skie­go spotkania i obsunięte o dodatkowe osiem dni, czyli odmierzane dziś, dwa dni przed tym, gdy do ula trafi październikowy przydział.

To realizacja wrześniowego deputatu na włoskie literki. Zaczęła do mnie iść w dniu, w którym się ukazała, w przedostatnią środę września. Chwilkę zajęła jej droga, ale doszła jeszcze całkiem cieplutka. Od pierwszej chwili do teraz nie­zmien­nie wyciska ze mnie łzy w tym samym miejscu opowieści. Nic się nie zmieniało podczas czytania za drugim, trzecim, czwartym, piątym, ko­lejnym i ko­lejnym razie.

To książka o tym, że rzeczy, ludzie, strategie, techniki, obcyki i sposoby, które po­ma­ga­ły nam iść przez życie, gdy byliśmy mali, średni lub calkiem duzi, nie muszą być adekwatnymi narzędziami do radzenia sobie z życiem teraz. Mogą być po­twor­nie ciężką kulą u nogi, mogą skutecznie ukrywać proste i fantastyczne rozwiązania, które podsuwa nam pod nos nieskończenie życzliwy świat.

Nella Grande Foresta di Bambù viveva un gruppo di panda tra loro molto uniti. Gli adulti prendevano parte alle attività dei cuccioli, scherzando e correndo con loro. L’armonia e la voglia di stare insieme regnava sovrana.
     Un giorno Bao, il panda più anziano di tutti, stava gio­can­do a nascondino insieme ai cuccioli, quando cadde in una buca e si ruppe una zampa.
[W Wielkim Lesie żyła, bardzo ze sobą zżyta, grupa pand. Dorosłe misie brały udział w życiu młodych pand, bawiąc się i biegając razem z nimi. Harmonia i chęć, by być razem, królowały.
     Pewnego dnia Bao, najstarszy z wszystkich pand, bawiąc się z ma­lu­cha­mi w chowanego, wpadł do dziury i złamał łapę.]

*

[…]  la zampa di Bao non guariva. Luna, una cucciola di panda molto curiosa, notò la sua assenza e andò a cercarlo.
     — Bao, ma quando tornerai a correre con noi?
     — Mi dispiace, Luna, non so risponderti. Forse solo l’erba di calendula sarebbe in grado di curarmi, ma cresce lontano da qui, sulla cima, di quel monte al di là del fiume...
[…łapa Bao się nie goiła. Luna, młodziutka, bardzo ciekawska panda, zauważyła jego nieobecność i poszła go poszukać:
     — Bao, kiedy wrócisz, by z nami ganiać?
     — Przykro mi, Luno, nie umiem ci odpowiedzieć. Jedynie nagietek mo­że byłby w stanie mnie uleczyć, ale rośnie daleko stąd, na szczycie tamtej góry, tam za rzeką…]

*

Quella sera Luna continuava a pensare alle parole di Bao. Non riuscendo a dormire, andò a rifugiarsi sul suo albero preferito, come faceva tutte le volte che qualcosa la preoccupava.
     Nel silenzio della notte le piaceva osservare la luna, così luminosa e bella: la sentiva vicina come un’amica ed è a lei che faceva le sue confidenze.
[Tego wieczoru Luna myślała o tym, co powiedział jej Bao. Nie mogąc zasnąć, poszła schować się na swoim ulubionym drzewie, jak robiła wszystkie te razy, gdy czymś się martwiła.
     W nocnej ciszy lubiła obserwować księżyc, tak świetlisty i piękny: miała go za przyjaciela i zwierzyła mu się.]

*

La mattina seguente, Luna aveva le idee chiare. Andò da suo fratello Lucky, che era bravissimo a costruire qualsiasi cosa intrecciando canne di bambù, e gli chiese una zattera.
     Voleva mettersi in viaggio per raggiungere la cima del monte e raccogliere l’erba che avrebbe potuto guarire Bao.
[Następnego ranka, Luna miała wyklarowany pomysł. Poszła do swojego brata Lucky’ego, który był bardzo dobry w budowaniu wszystkiego, co można było wykonać z bambusa, i poprosiła go o tratwę.]

Lucky si mise al lavoro e in pochi giorni la zattera fu pronta.
     Luna non aveva mai visto niente di più bello […].
     — Grazie di cuore — disse Luna abbracciando forte Lucky.
[Lucky zabrał się do pracy i po kilku dniach tratwa była gotowa.
     Luna nigdy nie widziała niczego piękniejszego […].
     — Dziękuję z całego serca — powiedziała Luna obejmując mocno brata.]

*

Attraversare il fiume, però, fu molto più difficile del previsto. Luna non era preparata alla forte corrente e rischiò più volte di annegare.
     […].
     Che spavento aveva provato!
     Ora che il peggio era passato, si sentiva così stanca che decise di dor­mire un po’.
[Przeprawa przez rzekę była jednak znacznie trudniejsza, niż można było przewidzieć. Luna nie była przygotowana na silny prąd i wielokrotną okazję, by utonąć.
     […]
     Jakiego strachu się najadła!
     Teraz, gdy najgorsze minęło, czuła się tak zmęczona, że postanowiła się troszkę zdrzemnąć.]

Quando riaprì gli occhi, Luna si trovò davanti a uno spettacolo in­cante­vole: quella parte di foresta inesplorata era ricca di alberi altissimi, pian­te do ogni tipo e fiori profumatissimi.
[Gdy obudziła się, jej oczom ukazał się czarujący widok: ta niezbadana część lasu była pełna bardzo wysokich drzew, roślin każdego gatunku i bardzo aromatycznych kwiatów.]

*

[…]  continuò il suo viaggio verso il bosco.
     Ma più Luna andava avanti, più gli alberi si facevano fitti e il sentiero diventava stretto e in salita. A ogni passo la zat­te­ra sbatteva contro i rami, si incastrava e faceva tornare la piccola panda al punto di partenza.
     All’ennesimo capitombolo, Luna scoppiò a piangere.
     Un tasso, che aveva assistito alla scena, le si avvicino cu­rio­so: — Ciao, mi chiamo Tao. Perché piangi?
[…swoją misję kontynuowała przez las.
     Ale im dalej szła, gęstniało od drzew, ścieżka stawała się wąska i pięła się w górę. Podczas każdego kroku Luny tratwa uderzała w gałęzie, mała panda utykała i wracała do punktu wyjścia.
     Przy entym upadku Luna wybuchła płaczem.
     Borsuk, który był świadkiem tej sceny, zbliżył się do niej za­cie­ka­wiony:
     — Cześć, mam na imię Tao. Dlaczego płaczesz?]

*

Singhiozzando, Luna alzò lo sguardo: — Devo arrivare in cima alla montagna...
     — Sarà impossibile finché ti porti dietro quella zattera ingombrante — osservò Tao.
     Allora Luna gli spiegò il motivo del suo viaggio e quanto fosse stata importante per lei quella zattera. Tao la guardò negli occhi.
     — Ciò che ti ha portato fin qua, non ti porterà fin là — le disse con dolcezza.
     — In che senso? — chiese Luna.
     — A volte, per andare avanti, devi essere pronta a lasciare indietro qualcosa — rispose Tao.
[Szlochając, Luna podniosła wzrok.
     — Muszę dostać się na wierzchołek tej góry…
     — To raczej niemożliwe, dopóki będziesz nosić tę nieporęczną tratwę — zauważył Tao.
     Luna wyjaśniła mu powód swojej podróży i jak ważna dla niej była ta tratwa. Tao spojrzał jej w oczy i powiedział delikatnie:
     — To, co przyniosło cię tak daleko, nie doprowadzi cię tam.
     — W jakim sensie? — zapytała Luna.
     — Czasem, by iść dalej, musisz być gotowa, by zostawić coś za sobą — odpowiedział Tao.]

*

[…]  la zattera che ieri ti ha salvato
ora ti ostacola — spiegò Tao.
[…tratwa, która wczoraj cię ocaliła,
teraz cię blokuje — wyjaśnił Tao.]

*

     — Talvolta per crescere, per cambiare, per andare avan­ti lungo la nostra strada, bisogna lasciare andare ciò a cui teniamo — concluse Tao.
[     — Niejednokrotnie, aby się rozwijać, zmieniać, iść swoją drogą, potrzebujemy pozostawić coś, co mamy — zakończył Tao.]

*

Finalmente arrivarono sulla vetta della montagna e lì tro­va­ro­no la preziosa erba di calendura.
     — Evviva! Non vedo l’ora di portarla a Bao!
[W końcu dotarli na wierzchołek góry i znaleźli tam cenny nagietek.
     — Hurra! Nie mogę się doczekać, aż zaniosę go Bao!]

*

Mentre Tao e Luna cercavano la soluzione migliore, uno stormo di grandi uccelli atterrò vicino a loro. Erano i più grandi amici di Tao.
     — Che fortuna avervi incontrato! — esclamò il tasso — La mia amica Luna deve tornare al suo villaggio, al di là del fiume... potete aiutarci?
     — Più che volentieri, noi stavamo giusto andando da quelle parti — rispose uno di loro.
     — Montate in groppa!
[Podczas gdy Tao i Luna szukali najlepszego rozwiązania, stado wielkich ptaków wylądowało w ich pobliżu. Były one najlepszymi przyjaciółmi Tao.
     — Co za szczęście, że was spotykam! — wykrzyknął Tao. — Moja przyjaciółka musi wrócić do swojej wioski po drugiej stronie rzeki… możecie nam pomóc?
     — Bardzo chętnie, właśnie ruszamy w tamtą stronę — odpowiedział jeden z ptaków.
     — Wskakujcie na grzbiet!]

*

A quel punto Luna disse all’amico: — Andiamo!
     Il tasso le sorrise sereno. — La mia casa è qui, tra queste montagne. Io ti ho accompagnato fin qua, i miei amici uccelli ti guideranno fin là — disse indicando il villaggio di Luna.
     Luna aveva ormai capito la lezione che Tao le aveva in­se­gna­to: per andare avanti, talvolta devi lasciare qualcosa indietro.
     È così i due amici si abbracciarono con un po’ di tristezza nel cuore, ma anche così grati alla vita per averli fatti in­con­trare.
[W tym momencie Luna powiedziała do Tao:
     — Ruszamy!
     Borsuk uśmiechnął się spokojnie.
     — Mój dom jest tutaj, między tymi górami. Towarzyszyłem ci do teraz, moi przyjaciele poprowadzą cię tam — powiedział, wskazując wioskę Luny.
     Luna zrozumiała już lekcję, której nauczył ją Tao: by iść dalej, nie­jed­no­krot­nie musisz zostawić coś z tyłu.
     I tak, dwoje przyjaciół objęło się z odrobiną smutku w swoich sercach, ale także byli bardzo wdzięczni życiu, że się spotkali.]

Luca Mazzucchelli, Così diventerai grande, ilustr. Giulia Telli,
Giunti Editore, Firenze/Milano 2023.
(wyróżnienie własne)

­

niedziela, października 08, 2023

piątek, października 06, 2023

5216. 279/365

dwa bez­graniczne osamotnienia. dużo krzy­ku z obu stron. eska­lu­jąc nie­wy­o­bra­żal­ną złość nie tylko na los, wołamy o kon­takt i uwspól­nie­nie nie­ła­twe­go doświadczenia nie­mocy.

279/365

środa, października 04, 2023

5215. [*]

Nikt już nigdy nie będzie się na mnie cieszyć tak, jak robiła to Ona. Nie było mnie widać, nie było mnie słychać, ale jeśli tylko wyczuła moją obec­ność na drugim końcu ulicy, ciągnęła swojego czło­wie­ka, po­rzu­ca­jąc kul­tu­rę dobrze uło­żo­ne­go psa, ciągnęła, by przyciągnąć na ty­le bli­sko, by li­znąć, powiedzieć tym samym mi dzień dobry. Choć była przed­sta­wi­ciel­ką gończych polskich, Dunieczkę roznosiła radość arcy­la­bra­dorska.

Dunia
(2011–2023)


fot. Człowiek Duni.

wtorek, października 03, 2023

5214. 276/365

nie lubi, gdy mówię, że nareszcie znów wi­dzę światełko w tu­ne­lu, bo nie ma pew­no­ści, czy nie jest ono przy­pad­kiem po­cią­giem (#światło żółte).

choć najlepiej byłoby nie zapominać i czuć, że ma się świa­tełko w so­bie, to zbyt często nie wiemy nawet, że je ma­my. po­trzebny wtedy jest ktoś, kto widział i wciąż widzi je w nas; po­trzebny, by nam przypomnieć, że to świa­teł­ko* jest i ni­gdy nie zgasło (#światło białe ciągłe)

276/365

__________
  *  ze świeżutką świadomością tego świa­teł­ka prze­mie­rzam swo­je życie szósty dzień; hmmm, będzie trzeba w nie uwierzyć lub do niego przywyknąć, w żadnym wy­pad­ku za­po­mnieć.

*

Cocoon & Lola Marsh, I Got You.

niedziela, października 01, 2023

5213. Klubik „Świnka” (I)

Seans inauguracyjny za nami. Minister Kultury może być dumny z naszej lokalnej, przyjacielskiej inicjatywy.

Dotarło do mnie, że pogodzona jestem — nie mam pojęcia od jak długo — z tym, że ludzie mają zdanie na temat książek, których nie czytali, których nawet nie prze­kart­ko­wa­li. To, że seans w kinie może przerastać intelektualne możliwości, mnie zwy­czaj­nie przeraża. Uwzględniając ten fakt, Zielona granica to rzucanie pereł przed wieprze, które nie widziały filmu, ale zdanie mają zdecydowane.

A film? Jeśli kogokolwiek oskarża, to Unię Europejską. Piękny. Dotyka. Porusza. Z ma­są perełek i perełeczek.

🐷

Chciałbym zostać w Europie.

*

I znowu jesteśmy tu, jakby czas nas niczego nie nauczył.

Zielona granica, reż. Agnieszka Holland, 2023.


*


Autor grafiki bez odwagi ujawnienia się, fragment, źródło.

sobota, września 30, 2023

5212. Panna cotta (CVII)


Le persone entrano nella tua esistenza
per una ragione, una stagione o una vita.
[Konkretne osoby pojawiają się w twoim życiu
z jakiegoś powodu, na pewnym etapie lub na całe życie.]
Luca Mazzucchelli

Così come dei libri?
Secondo me, sì!
Il Melo
[Tak jak książki? / Według mnie, tak!]


Un libro nuovissimo. Lo aspettavo e finalmente è arrivato già!  
[Świeżynka wydawnicza. Czekałam na nią i w końcu już przybyła do ula!] 

czwartek, września 28, 2023

5211. 271/365

najpierw gniew, ślepa furia, po jakimś cza­sie mieszają się ze smutkiem, by osta­tecz­nie się w niego całkowicie przemienić.
     — wytrzymaj, ufaj, obserwuj, cze­kaj — kibicowałam tej czę­ści mnie, któ­ra nigdy nie uwierzy, że trudne emocje trwają wiecz­nie. — czekaj, to wszystko wy­pa­li się, zga­śnie, skoń­czy się w błogiej ciszy poczuciem bez­gra­nicz­ne­go spo­ko­ju, któ­ry po­ja­wi się na­gle i znikąd; przyjdzie to, co od­mie­ni wszystko.

271/365

środa, września 27, 2023

5210. Czekariat (LVI)


fot. Hawwa, fragment.

Miłość jest jedyną siłą, która pozwala nam
trzymać się razem ponad śmiercią.
bell hooks
(1952–2021)

*

George Gershwin, The Man I Love,
Frank Braley (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #38.

5209. —

Jabłoń:
(w ciut mocno szwajcarskim nastroju)
Jak ja się cieszę, że nie jestem stonogą.
Zrobić po trzy serie na każdą nogę,
to byłaby masakra!

Pati:
(jak na zawołanie wyczuła zwierzęcy potencjał,
który tak pięknie można byłoby wykorzystać
podczas neurologicznej rehabilitacji
)
Ale ja mogłabym być kałamarnicą.
(dodaje po chwili)
Wiesz, dlaczego kałamarnicą,
a nie ośmiornicą?

Jabłoń:
(oczywiście, że nie wiedziała)

🍆

wtorek, września 26, 2023

5208. 268–269/365

każdego dnia jestem da­lej od tej, której ma­rze­nia tak dobrze zna­łam. długo szłam, by z odpowiedniej odległości zobaczyć wy­raź­nie, że pozostaną niespełnione, a gdy ona do­strze­ga to, co ja już wiem, łamiącym się gło­sem pyta:
     — co teraz będzie?
odpowiadam spokojnie:
     — zobaczymy.

268–269/365

Wszyscy zetkniemy się kiedyś z bólem, nieoczekiwaną chorobą, stratą. Cier­pie­nie przyjdzie niezależnie od tego, czy je wybierzemy, czy nie, nikt z nas od niego nie ucieknie. Jego obecność w na­szym ży­ciu nie jest prze­ja­wem dys­funkcji.

*

Hojne serce jest zawsze otwarte, zawsze gotowe na przyjęcie tego, co się wydarzy.

*

Tymczasem prawdziwa miłość rozkwita na trudnościach. Jej podstawą jest założenie, że chcemy się rozwijać i wzrastać, że chcemy stać się w pełni sobą. Nie ma takiej zmiany, która nie niosłaby z sobą poczucia wyzwania i straty.

*

W najgłębszym sensie smutek to pożar serca, intensywny ogień, który daje nam pocieszenie i ulgę.

*

Wbrew temu, co nam być może wpojono, zbędne i niechciane cierpienie rani, lecz nie musi zostawiać blizn na całe życie. Naznacza nas, to prawda. Ale to od nas zależy, czym ten ślad po cierpieniu się stanie.

*

Umysł i serce nigdy nie tracą swojej uzdrawiającej siły, bo potrafimy odnawiać naszego ducha bez końca, odzyskiwać duszę.

*

Gdy akceptujemy śmierć z miłością, przyjmujemy realność tego, co nie­ocze­kiwane i nad czym nie mamy kontroli. Miłość daje nam siłę, by odpuścić. Nie musimy wciąż niepokoić się i martwić o to, czy zrealizujemy swoje pla­ny i osiągniemy swoje cele. Śmierć jest zawsze obecna, by przypominać nam, że nasze plany są ulotne. Ucząc się kochać, uczymy się akceptować zmia­nę. Bez zmiany nie moglibyśmy się rozwijać.

*

Przestrzeń braku to także przestrzeń możliwości.

bell hooks, Wszystko o miłości. Nowe wizje,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023.

5207. Z oazy (CLXXXIX)

Dwunie­dzielne odliczanie literek, pięć. Poślizgnięte na niedzielnym wahaniu i upior­nym bólu, który skasował poniedziałek.

Ile czasu zajmuje mi przeczytanie książki? Są takie, których po wzięciu do rąk, nie puszczam, dopóki nie skończę. Są takie, które połykam. Są takie, których kolejne roz­działy podlegają ścisłej reglamentacji, by starczyło mi na dłużej. Są takie, które trudno mi polubić, męczę się ciut lub je porzucam. W tym zamieszaniu jest i kultura włoska, która próbuje mnie uwieść nie tylko sztuką kulinarną czy bogactwem ge­stów. Tę książ­kę czytałam bardzo metodycznie, dokładnie 30 dni. Dziś skończyłam.

Komisarza Montalbano poznałam kilka lat temu, próbując oglądać ekranizację kry­minałów z nim w roli głównej. Wielu czytających cykl z komisarzem okrutnie na­rze­ka na fizjonomię, grającego go aktora. Nie czytałam, nie narzekam, mi pasuje bar­dzo ten swoisty przystojniak. Jednak żadnego filmu nie dałam rady obejrzeć, pod­sypiając, gdy mówiony język włoski nie wystarczał, by utrzymać otwarte oczy.

Przeleżała ta książka na stosiku czytelniczym lata, bo z gatunkiem, który re­pre­zen­tu­je, mam nierokującą najlepiej relację. Ale włoski Autor! Ale Biały Kruk lubił dobre kry­mi­na­ły! Z tym argumentami nie dyskutowałam. Zaczęłam od posłowia. Podję­łam ręka­wi­cę: 30 dni z Camilleri’m. Ubawiłam się tymi opowiadaniami, czasem nawet nietknię­ty­mi farbką kryminalnego koloru. W końcu zaskoczyłam i zasmakowałam w atmosferze pracy komisarza, fantastycznie oddanej w ekranizacjach powieści, których jest boha­te­rem. Powiedzieć bardzo włoska, to nic nie powiedzieć. Więc milczę i czytam dalej. I wra­cam do oglądania.

Zmieściło się w tym zbiorze trzydzieści opowiadań. Trzeba miesiąca, żeby codziennie przeczytać jedno: tak należy ro­zu­mieć tytuł.
     Wszystkie powstały w okresie od początku grudnia 1996 do końca stycznia 1998 roku.
  // w posłowiu od Autora

dzień 30.:
Obosieczna poszlaka (Movente a doppio taglio)

Jednak teraz, gdy leżał na posadzce w kuchni, zamordowany trzydziestoma ciosami noża w twarz, pierś, brzuch i pachwinę […].
     – No to co? – spytał Montalbano lekarza sądowego, doktora Pasquano.
     – Jakie znowu „co”? – obruszył się Pasquano. – Chce pan wiedzieć, dla­cze­go nie żyje? Niestrawność. Przejadł się figami.

*

     – Czuje się pani na siłach udzielić paru wyjaśnień? – zaczął komisarz.
     – Jeśli Bóg dopomoże, a Matka Boża będzie mi towarzyszyć…
     Komisarz miał szczerą nadzieję, że Bóg i Matka Boska w takich oko­licz­no­ściach znajdą trochę czasu, by pomóc wdowie. Nie chciał prze­by­wać w tym po­miesz­cze­niu ani minuty dłużej, niż to będzie konieczne.
     […]
     – Od czego mam zacząć?
     – Od czego pani sobie życzy.
     – Więc dwadzieścia lat temu, kiedy już mieszkałam w tym domu z moim biednym mężem Raffaele…
     Komisarz nie mógł odżałować, że tak lekkomyślnie pozostawił swobodę historycznej i chronologicznej inwencji wdowy. Ale nie mógł tego odwołać. Trzeba było wcześniej pójść po rozum do głowy.

dzień 29.:
Napastnik (Lo scippatore)

„Chuj wie, co robić?” – pomyślał Montalbano, poprawiając na sobie kurtkę. […]  Można było tylko iść dalej.

*

     – Był szybszy?
     – Nie, komisarzu, sprawniejszy.

dzień 28.:
Powitanie Nowego Roku (Capodanno)

Noc syl­westrowa w hotelowym salonie, w tłumie nieznajomych, z uda­wa­niem we­so­łe­go nastroju podczas kolacji i balu, na pewno wpędziłaby go w chorobę.

*

Znasz się na kobietach, Mimì. Powiedz mi coś o pani Rosinie. Co to za typ?
     – Na chodzie – odpowiedział Mimì Augello. – Mimo żałoby odsłania dekolt, o który warto walczyć pierś w pierś.

dzień 27.:
Rajski zakątek (Un angolo di paradiso)

Na skale znalazł małą półkę, na której mógł się położyć. Jakiś czas leżał, wygrzewając się jak jaszczurka, a szum pulsującego w dole morza odpędzał przykre myśli, które czasem się pojawiały.

dzień 26.:
Zabita mysz (Il topo assassinato)

Instynkt urodzonego policjanta sprawiał, że wyławiał po omacku, znikąd, na wyczucie, różne anomalie i drobne, niepasujące do siebie szczegóły, do­strze­gał najmniejsze zakłócenia zwykłego, spodziewanego porządku. Zrobił kilka kroków do skałki na końcu mola i usiadł. Otworzył torebkę z orzeszka­mi i pestkami, ale ręka utknęła mu w środku. Nie mógł udawać, że nic się nie stało. W zasięgu jego wzroku coś zakłócało ład, wyłamywało się z nor­my. „Trudno – wymamrotał do siebie. – Trzeba się rozejrzeć”.

*

     – Czego pan ode mnie chce? Nie mam żadnego pańskiego trupa już od dwóch tygodni, o co panu chodzi? – dopytywał się doktor Pasquano, lekarz sądowy, wprowadzając komisarza do swego gabinetu. Jeśli umiało się go po­dejść, Pasquano stawał się człowiekiem dobrym, miłym, ale charakter miał nieznośny.

dzień 25.:
Pięćdziesiąt par podkutych butów
(Cinquanta paia di scarpe chiodate)

     – […]  Dałbyś szklankę wody?
     – Wody? W wodzie ludzie się topią! Siadajcie, przyniosę wina, na zmęczenie lepsze wino – powiedział Peppi, wchodząc do domu.

dzień 24.:
Dwóch filozofów i pojęcie czasu
(I due filosofie il tempo)

Szósty kupił chyba setkę kart telefonicznych, wszedł do kabiny, wkładał je po kolei do aparatu i czuł się jak u siebie w domu.

*

Swoim brakiem wątpliwości – swoim wahaniem o amplitudzie minuty, nie więcej, nie mniej – profesor Guglielmo La Rosa skomplikował mu do­cho­dze­nie, które wydawało się nadzwyczaj proste.

dzień 23.:
Jak” (Lo Yack)

W 1968 roku przyszły komisarz miał osiemnaście lat. Z zapałem oddawał się temu wszystkiemu, czym w tamtym roku zajmowali się młodzieńcy w je­go wieku: manifestował, okupował, proklamował, nie przepuszczał dziew­czy­nom, palił marihuanę i bił się z przeciwnikami. To znaczy z policją.

*

Komisarz przytomnie przyjął postawę obronną, zaczął się wykręcać, twier­dząc, że nie jest pewien, czy znajdzie wolny dzień. A to dlatego, że w do­mu Valentego źle się jadało. To, co wyrabiała jego żona, karmiąc gości, nie­wie­le się różniło od zabójstwa z premedytacją.
     – Jestem sam – dodał Valente. – Żona pojechała na parę dni do ro­dzi­ców. Wybierzemy się na obiad do jakiejś gospody w okolicy, na pewno znasz tu niejedną…
     – Jutro z rana, a najdalej w południe, jestem u ciebie – zakończył roz­mo­wę ucieszony komisarz.

dzień 22.:
Delikatna sprawa (Una faccenda delicata)

     – A co to było?
     – Pomagał mi włożyć płaszczyk, a ja go kopnęłam w nogę.
     – Jeśli tak było, jak mówisz, to ty jesteś niedobra, a nie on.
     – Nie. On.

dzień 21.:
Człowiek, który chodził na pogrzeby
(L’uomo che andava appresso ai funerali)

Kiedy Montalbano chciał się skupić nad jakąś sprawą albo po prostu za­czer­pnąć świeżego powietrza, kupował sobie torebkę prażonych orzeszków i pestek dyni i szedł na długi spacer aż do latarni morskiej, na wschodnie mo­lo. Usta i mózg całą drogę miały co robić.

dzień 20.:
Ręka artysty (Tocco d’artista)

Kiedy już mi trudno usiedzieć w domu, to która by była godzina w nocy, od­wią­zu­ję psa i idę się przejść. Wtedy, proszę pana, mój pies, który nazywa się Pirì, rusza z domu naburmuszony.
     – I co robi? – spytał, wciąż zza kadru, Nicolò.
     – Chciałbym zobaczyć pana, panie dziennikarzu, gdyby ktoś zerwał pana w nocy i dalejże, przechadzaj się pan dwie godziny! Nie byłby pan wściekły? Pies też jest wściekły.

*

     – Wyśmieje cię, bo mamy tylko gładkie słowa, zamki na lodzie, puste gadanie. Kto nie sieje, nie zbierze. Tu są potrzebne dowody, które można przed­sta­wić w sądzie, a my takich skarbów nie mamy. Nie zaprzeczysz.
     – Więc co robimy?
     – Będę myślał. Mam na to całą noc.

*

     – Salvo, co wymyśliłeś? Co robimy?
     – Posłuchaj, Nicolò, nie mamy wyjścia, możemy iść tylko w jednym kierunku, choć to jak spacer po linie.
     – Albo jak grzęzawisko. Wpakowaliśmy się.
     – To prawda, ugrzęźliśmy. Ale bagno sięga nam na razie do piersi. Zanim się całkiem pogrążymy, mamy przynajmniej jeszcze jeden ruch. Jeden jedyny.

dzień 19.:
Policjanci i złodzieje (Guardie e ladri)

     – Bawimy się w policjantów i złodziei?
     Pytanie wyrwało mu się znowu, było w nim, nie umiał się go wyrzec. I tak dobrze, że pozwolił dorosłym dopić kawę.

dzień 18.:
Jasnowidząca (La veggente)

Hyaena ridens – nazywał go Montalbano, bo aptekarz przypominał mu sta­ry kawał o dwóch przyjaciołach, którzy wybrali się do ogrodu zoo­lo­gicz­ne­go. Jeden czyta tabliczkę na klatce z hieną: „Hyaena ridens, czyli «śmiejąca się». Żyje na pustyni, wychodzi na łowy wyłącznie w nocy, żywi się padliną, rozmnaża raz do roku”. Zdumiony pyta drugiego: „To co ją tak śmieszy?”

*

Przypływ melancholii, smętna fala, wysoka jak na Pacyfiku, dopadła tego wieczoru wicekomisarza.

dzień 17.:
Stary złodziej (Il vecchio ladro)

     – Podrzucić cię do Vigaty? – spytał Montalbano.
     – Jeśli pan tak dobry – odpowiedział Orazio Genco, opierając się wygodnie. Był w zgodzie ze sobą i z całym światem.

dzień 16.:
Opowiedział o tym Aulus Gellius
(Quello che contò Aulo Gellio)

Ogrzewanie w samochodzie komisarza Montalbano zastrajkowało bez ostrzeżenia, podstępnie wykorzystując fakt, że właśnie wiała tramontana, ciągnąca pewnie aż od Skandynawii.

dzień 15.:
Pakt (Il patto)

     – Sprawca – nie przerywał potoku słów Mimì Augello – chciał sady­stycz­nie przerazić profesora, zanim go zabił. Przyjrzyj się: strzelał do lampy, do biblioteki, do tego obrazu… to chyba reprodukcja Pocałunku Velazqueza…
     – Hayeza – poprawił go pedantycznie Montalbano.


Francesco Hayez (1791–1882), Pocałunek.

dzień 14.:
Being here… (Being here...)

Mówił po włosku językiem książkowym, nieskażonym żadnym dialektem. Miał tylko szczególny, wyraźnie wyczuwalny akcent.

dzień 13.:
Ostrzeżenie (L’avvertimento)

     – Mimì, wiesz coś więcej o spalonym samochodzie?
     – O którym samochodzie?
     – O tym, co sam chodzi, jak wlejesz do niego benzyny.
     – Chwileczkę, Salvo, nie wściekaj się. O czyim samochodzie mówisz?
     Montalbano się zreflektował.
     – Wybacz, Mimì… Ile samochodów spalono u nas w ciągu ostatnich dwóch tygodni?
     – Siedem.
     – Rozumiem. Pytałem o toyotę Carla Memmiego.

dzień 12.:
Ikar (Icaro)

     – Pański syn jest pełnoletni.
     – Co to ma do rzeczy?
     – Coś ma, bo nie możemy go szukać, jakby był wyrostkiem, który uciekł z domu i nie wraca.

*

Zbliżył się Hugo, który także usłyszał pytanie komisarza.
     – Italiano skochany? Nikomu go dziś nie widział.

dzień 11.:
Cuda w Trieście (Miracoli di Trieste)

Był wczesny ranek, przejrzysty i jasny, i komisarz, który w ciągu jednego dnia podlegał irytującym zmianom nastroju, miał nadzieję, że uda mu się zachować do wieczora ten stan ducha, który czynił go wyrozumiałym wo­bec wszelkich zbiegów okoliczności i nieprzewidzianych zdarzeń.

dzień 10.:
Pułapka na koty (Trappola per gatti)

Kiedyś córeczka mojej znajomej, dziewczynka może czteroletnia, na­ry­so­wa­ła na kartce wydartej z zeszytu ptaka. Przynajmniej ona była pewna, że to ptak, chociaż nie można by dać za to głowy. W każdym razie poprosiła mat­kę, żeby podpisała rysunek: „To jest ptak”. Potem wzięła kartkę i usta­wi­ła ją na trawie w ich ogrodzie. „Po coś to zrobiła?”, spytała z ciekawością mat­ka. „To pułapka na koty”, odpowiedziała mała.

dzień 9.:
Towarzysz podróży (Il compagno di viaggio)

Wszedł do przedziału. Nie było tam jeszcze drugiego pasażera ani jego ba­ga­żu. Zdążył się rozlokować i zaczął czytać kryminał, który wziął ze sobą. W wyborze książki kierował się jej objętością, gdyż miała mu starczyć na całą podróż. Po chwili pociąg ruszył.

dzień 8.:
Diabelski fetor (L’ odore del diavolo)

     – Pani Clementino, a pani wierzy w diabła?
     – Ja? Gdzież tam! Gdybym wierzyła, po co opowiadałabym panu tę hi­storię? Gdybym wierzyła, wolałabym raczej opowiedzieć ją biskupowi. Nie sądzi pan?

dzień 7.:
Dzienniczek z 1943 roku (Un diario del ’43)

Ciepły wiatr z Libii [libeccio]  wiał tak mocno, że morze zalało plażę i po­de­szło pod samą werandę domu ko­mi­sarza Montalbano. Dlatego nastrój komisarza, który tylko wtedy nie miał pretensji do siebie i całego bożego świata, kiedy mógł się wygrzewać na słońcu, był czarny jak noc. Fazio znał swego szefa na wylot, toteż ledwie go zobaczył wchodzącego do ko­mi­sa­ria­tu, na­tych­miast zniknął mu z oczu. A Catarella, chociaż był tu już ponad rok, za­po­mniał, na jakie ryzyko się naraża, i nieopatrznie wpakował się do gabinetu.

dzień 6.:
Olbrzymka zawsze uprzejmie uśmiechnięta
(Una gigantessa dal sorriso gentile)

     – I spodziewa się pan, że mogę w czymś pomóc?
     – Oczywiście. Ale wcześniej zadam ojcu jedno pytanie: czy ksiądz, kiedy kłamie, popełnia grzech?
     – Jeśli kłamstwo służy dobru, to nie sądzę.

dzień 5.:
Miłość (Amore)

     – Ona nigdy nie była zazdrosna. On może tak, ale na swój sposób.
     – Co pan ma na myśli?
     – To, że nie był zazdrosny o nic aktualnego, tylko o przeszłość Micheli.
     – Paskudna sprawa.
     – Oj, tak! Najgorszy rodzaj zazdrości, na taką nie ma lekarstwa!

dzień 4.:
Łeb w łeb (Par condicio)

Ale ich synowie już powoli tracą cierpliwość: sześćdziesięcioletni don Lillino Cuffaro, syn don Sisina, i pięćdziesięcioletni don Masino Sinagra, syn don Balduccia, chcieliby wreszcie stanąć na czele rodzin i trochę się uno­wo­cze­śnić, ale jeszcze się trzęsą przed ojcami.

*

     – Wie pan, że trzech należy do tej samej rodziny, a tylko jeden do przeciwnej?
     – Nie, nie wiem. I mogę pana zapewnić, że mam to absolutnie i głęboko gdzieś. Poglądy polityczne, wierzenia religijne, przynależność do sto­wa­rzy­szeń nie są jeszcze, niestety, obiektem badań podczas sekcji zwłok.
     – Dlaczego mówi pan: nie są jeszcze?
     – Dlatego, że w moim przekonaniu już za parę lat wynajdzie się sto­so­wne aparaty, które na podstawie dobrze przeprowadzonej autopsji po­zwo­lą ustalić, co denat myślał o polityce. Ale może przejdziemy do rzeczy: o co panu chodzi?

dzień 3.:
Skrót (La sigla)

Gdzieś o drugiej w nocy, kiedy już spał na dobre, coś go zbudziło, coś, co na­gle pojawiło się w jego głowie. Już kiedyś mu się zdarzyło, że zbudził się w ta­ki sam sposób, i od tamtego czasu nabrał pewności, że kiedy śpi, jakaś cząstka jego mózgu czuwa i próbuje zmagać się z nierozwiązanym pro­ble­mem. A potem bez wahania przywołuje go do rzeczywistości.

dzień 2.:
Sztuka wróżenia (L’arte della divinazione)

     – Opowiedział pan o tym żonie? – spytał komisarz, który kiedy chciał, umiał być naprawdę skończonym bydlakiem.

*

     – Wie pan, do czego on jest zdolny? – ciągnął dyrektor. – Widziałem na własne oczy, jak nakłaniał uczennicę do palenia.
     – Trawki?
     Gaspare Tamburello zdziwił się, a nawet obruszył.
     – Jakiej tam trawki! Dlaczego mieliby palić trawę?! Podsunął jej praw­dzi­we­go papierosa.

*

Montalbano zaczął żałować, że człowiek, który strzelał – jeśli ktoś taki rze­czy­wiście chodzi po ziemi – nie miał większej wprawy.

*

     – […]  zaczął się we mnie wpatrywać i wpatrywać, aż zrobiło się cicho jak w grobie. Tak, tak, panie komisarzu, wytworzył się tak napięty nastrój, że, szczerze mówiąc…
     – Niech pan, na Boga, pieprzy nastrój!

dzień 1.:
List anonimowy (La lettera anonima)

Gruba książka telefoniczna Palermo i prowincji, przypadkiem leżąca na biurku komisarza, zerwała się do lotu, przefrunęła przez cały pokój i trafiła w przeciwległą ścianę, zrzucając ozdobny kalendarz, którym uprzej­mie obdarowała komisariat cukiernia „Pantano & Torregrossa”.

*

     – Gdzieś ty zdobył tyle plotek?
     – U fryzjera – odpowiedział inspektor, przeciągając dłonią po świeżo ostrzyżonym karku.

*

Wezwał Fazia.
     – Posłuchaj, Fazio. Idę na obiad. Do komisariatu wrócę koło czwartej. Masz mi do tego czasu dowiedzieć się wszystkiego o rodzinie Verruso. Od pradziadka poczynając aż po siódme przyszłe pokolenie.
     – Gdzież ja się tego dowiem?
     – U drugiego fryzjera.

Andrea Camilleri, Miesiąc z komisarzem Mntalbano,
przeł. Stanisław Kasprzysiak,
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2016.

5206. Z oazy (CLXXXVIII)

Dwunie­dzielne odliczanie literek, cztery. Poślizgnięte na arcytrudnym zadaniu wyboru cytatów i zapalonym w poniedziałek oku, które zmusiło moje życie do odłożenia wszystkiego na bok.

Trudno mi zaakceptować fakt, że Gloria Jean Watkin nie napisze już żadnej książki, ale nie napisze po tej stronie tęczy. Będzie mi brakowało Jej przytomnej uważności. Jeśli mielibyście przeczytać jedną książkę w tym roku, pozwolić jej dotknąć naj­bar­dziej miękkich części duszy, niech to będzie TA książka. Nie pożałujecie. Dorzucam ją do najważniejszych dla mnie książek w roku 2023.

w pieśni nad pieśniami jest taki fragment: „znalazłam tego, któ­re­go kocha moja dusza. uchwyciłam go i nie puszczę”. z myślą o tym, by chwytać i trzymać, przeżywać na nowo ten moment za­chwy­tu i zrozumienia, gdy możemy zobaczyć siebie nawzajem ta­ki­mi, jacy naprawdę jesteśmy […].
  //  dedykacja

*

Kiedy byłam mała, zrozumiałam jasno, że nie warto żyć, jeśli się nie zna miłości. Niestety nie mogę powiedzieć, że uświadomiłam to sobie dzięki miłości, którą mnie darzono. To jej brak uzmysłowił mi, jak wiele ona znaczy.

*

Kiedy kochamy, możemy pozwolić,
by przemówiły nasze serca.

*

Nie możemy cofnąć się w czasie. Teraz to wiem. Mo­że­my iść naprzód. Mo­że­my znaleźć miłość, której pragną nasze serca, ale tylko wtedy, gdy prze­sta­nie­my opłakiwać tę utraconą, kiedy byliśmy mali i nie potrafiliśmy nazwać swoich pragnień.

*

Milczenie chroni przed niepewnością.

*

Przywilej władzy stanowi sedno patriarchalnego myślenia. Wychowani w tym myśleniu chłopcy, dziewczynki, mężczyźni i kobiety prawie zawsze wierzą, że miłość nie jest ważna, a jeśli nawet, to nigdy tak jak siła, do­mi­na­cja, kontrola, bycie górą, stawianie na swoim.

*

Zewsząd słyszymy, że miłość jest ważna, lecz wciąż widzimy jej nie­po­wo­dze­nia. W polityce, w kościołach, w naszych rodzinach i związkach miłość najwyraźniej rzadko stanowi podstawę decyzji, wpływa na to, jak ro­zu­mie­my wspólnotę, czy trzyma nas razem.

*

Mimo przytłaczających dowodów na to, że jest odwrotnie, wciąż sądzimy, że to rodzina stanowi pierwszą szkołę miłości. Od tych, którzy nie nauczyli się kochać w rodzinie, oczekuje się, że doświadczą miłości w związkach. Ta jednak często nas omija. Życie schodzi nam na naprawianiu szkód wy­rzą­dzo­nych przez okrucieństwo, zaniedbanie i wszystkie inne przejawy braku miłości, jakich doświadczaliśmy w domach rodzinnych i w związkach, w któ­rych po prostu nie wiedzieliśmy, co robić.

*

Wyobraźcie sobie, o ile łatwiej byłoby się nauczyć kochać, gdybyśmy zaczęli od wspólnej definicji. Miłość najczęściej uznaje się za uczucie, a jednak wszyscy co wnikliwsi teoretycy zgadzają się, że kochalibyśmy lepiej, gdy­byś­my myśleli o niej jako o działaniu.

*

[Morgan Scott Peck]  określa miłość jako „wolę rozszerzenia własnego »ja« w celu pielęgnowania własnego lub cudzego rozwoju duchowego”. I dodaje: „Miłość poznajemy po jej owocach. Miłość jest aktem woli – czyli zarówno intencją, jak i działaniem. Wola implikuje również wybór. Nie musimy kochać. Postanawiamy, że będziemy kochali.

*

Ale czułość to tylko jeden ze składników miłości. Żeby naprawdę kochać, musimy nauczyć się łączyć różne składniki – czułość, troskę, zro­zu­mie­nie, szacunek, przywiązanie i zaufanie, a także szcze­rość i otwartość. To, że za młodu przyswajamy sobie nietrafne definicje mi­ło­ści, sprawia, że trudno nam kochać, gdy dorośniemy. Idziemy właściwą ścieżką, ale w złym kierunku. Większość ludzi uczy się myśleć o miłości tylko jako o uczuciu.

*

Kiedy zdefiniujemy miłość jako wolę pielęgnowania własnego i cudzego ro­zwo­ju duchowego, nie będziemy mogli uznać, że kochamy, jeśli krzyw­dzi­my. Miłość i krzywda nie mogą współistnieć.

*

Gdy zaczynamy myśleć o miłości zawsze raczej jako o działaniu niż o uczu­ciu i używamy słowa „miłość” w ten sposób, automatycznie bierzemy na sie­bie odpowiedzialność.

*

Gdy w dzieciństwie bito nas za karę i mówiono: „To dla twojego dobra” albo: „Robię to, bo cię kocham”, moje rodzeństwo i ja byliśmy zdezo­rien­to­wa­ni. Czy bolesna kara jest gestem miłości? Udawaliśmy, jak to dzieci, że przyjmujemy tę logikę, ale w głębi serca wiedzieliśmy, że to nie tak. Wie­dzie­liś­my, że to kłamstwo. Tak samo jak to, co dorośli mówili później: „Mnie to boli bardziej niż ciebie”. Nic nie wywołuje w umysłach i sercach dzieci większej dezorientacji co do miłości niż brutalna lub okrutna kara wy­mie­rza­na przez ludzi, których nauczono je kochać i szanować. Takie dzieci wcze­śnie uczą się pytać, czym jest miłość, i pragnąć jej, nawet jeśli wątpią w jej istnienie.
     Z drugiej strony masa dzieci nigdy nie doświadcza kar i wzrasta w prze­ko­na­niu, że miłość jest dobrym uczuciem i polega wyłącznie na za­spo­ka­ja­niu potrzeb i pragnień. Nie jest dla nich czymś, co miałyby dawać, ale czymś, co dostają. Rozpieszczanie dzieci w ten sposób, czy to materialnie, czy przez pozwalanie na wszystko, jest rodzajem zaniedbania. Takie dzieci, choć nie doznają żadnej krzywdy ani nie są pozbawione opieki, zwykle ma­ją o miłości tak samo mgliste pojęcie jak te zaniedbywane i do­świad­cza­ją­ce emocjonalnego odrzucenia.

*

Choć wielu ludzi dorasta w domach, w których są darzeni pewną troską, miłość jest tam nietrwała lub nie ma jej wcale. Dorośli wszystkich klas, ras i płci oskarżają rodzinę.

*

Nie rodzimy się z wiedzą, jak kochać – czy to siebie, czy innych. Rodzimy się jednak zdolni reagować na troskę. W miarę jak rośniemy, możemy dawać i otrzymywać uwagę, czułość i radość. To, czy nauczymy się kochać siebie i innych, będzie zależało od tego, czy trafimy na kochające otoczenie.

*

Niezależnie od tego, jak uparcie odwracamy od niej umysły i serca czy jak uparcie odmawiamy wiary w jej magię – prawdziwa miłość istnieje. Wszyscy jej pragną, nawet ci, którzy twierdzą, że porzucili nadzieję. Ale nie wszyscy są przygotowani. Prawdziwa miłość pojawia się dopiero wtedy, gdy nasze serca są na to gotowe. […]  Zranione serca odwracają się od niej, ponieważ nie chcą wykonywać pracy zdrowienia koniecznej, by ją pod­trzy­my­wać i wspierać. […]  Żeby poznać i utrzymać prawdziwą miłość, musimy być gotowi zrezygnować z pragnienia władzy.

*

Wziąć za siebie odpowiedzialność to codziennie prze­kształ­cać swoje życie tak, by poradzić sobie z tym, czego nie da się łatwo zmienić.

*

By poznać miłość, musimy być szczerzy wobec siebie i innych. […]  Kiedy znamy myśli, przekonania i uczucia drugiej osoby, trudniej nam pro­jek­to­wać na nią nasze wyobrażenia o niej. […]  Żeby kochać, musimy otwarcie siebie nawzajem słuchać i przede wszystkim – docenić prawdomówność. Kłamstwo może sprawić, że poczujemy się lepiej, ale nie pomoże nam po­znać miłości.

*

Właściwie każda dorosła osoba, która w dzieciństwie doświadczyła nie­po­trzebnego cierpienia, może opowiedzieć o kimś, kto swoją dobrocią, czu­ło­ścią i troską przywrócił jej nadzieję.

*

W miarę jak wzmaga się żądza posiadania, rośnie poczucie duchowej pust­ki, którą próbujemy zapełnić poprzez konsumpcję. Może i brakuje nam mi­łości, ale zawsze możemy pójść na zakupy.
     Nasz głód bierze się z przejmującej świadomości emocjonalnego nie­do­bo­ru. To wypływająca z głębi duszy odpowiedź na brak miłości. Chodzenie do kościoła czy świątyni tego głodu nie zaspokaja, ponieważ zinsty­tu­cjo­na­li­zo­wa­ne religie dostosowały się do wymogów rzeczywistości świeckiej, inter­pre­tu­jąc duchowość w taki sposób, by wspierać kulturę skupioną na ma­te­rial­nej produkcji. […]  Zamiast wzywać do miłości i budowania wspólnoty, w gruncie rzeczy działa na rzecz alienacji i oddalenia.
     Ignoruje się współzależność jako zasadę życia, aby wynieść na ołtarze osobność i indywidualny zysk. […]  Fundamentaliści – czy to chrześcijanie, czy muzułmanie, czy inni – kształtują i interpretują myśl religijną tak, by podporządkowała się konserwatywnemu status quo i go legitymizowała. Fundamentalistyczni myśliciele posługują się religią, by wspierać impe­ria­lizm, militaryzm, seksizm, rasizm i homofobię, i zaprzeczają jednoczącej nowinie miłości, która stanowi serce każdej wielkiej tradycji duchowej.

*

[…]  zinstytucjonalizowana religia psuje i łamie własne zasady dotyczące funkcjonowania ludzi w świecie i ich odnoszenia się do siebie nawzajem. Wyobraźcie sobie, jak inne byłoby nasze życie, gdyby wszyscy, którzy uwa­ża­ją się za chrześcijan czy ludzi religijnych, dawali pozostałym przykład, praktykując miłość.

*

Po części to właśnie indywidualizm doprowadził do powstania niezdrowej kultury narcyzmu, tak wszechobecnej w naszym społeczeństwie.

*

Ze zdumieniem słucham, jak osoby, które swój majątek odziedziczyły, prze­strze­gają przed dzieleniem się zasobami, argumentując, że potrzebujący po­winni sami na nie zapracować, bo inaczej nie nauczą się cenić wartości pie­nią­dza. O odziedziczonym bogactwie lub innych istotnych dobrach ma­te­rial­nych rzadko mówi się w mediach, bo ludzie, którzy takie zasoby po­sia­da­ją, nie chcą przyznać, że korzystnie jest mieć pieniądze niebędące na­gro­dą za ciężką pracę. […]  Jednym z ironicznych aspektów kultury chci­wo­ści jest to, że właśnie ludzie czerpiący największe korzyści z do­cho­dów, na któ­re nie pracowali, najgorliwiej obstają przy tym, że przed­sta­wi­cie­le niż­szych klas mogą docenić tylko to, co uzyskają dzięki własnej ciężkiej pra­cy. Rzecz jasna bogaci po prostu tworzą w ten sposób system prze­ko­nań, który chro­ni ich interesy klasowe i umniejsza ich odpo­wie­dzial­ność wobec nie­u­przy­wi­lejowanych.

*

Obawa przed radykalnymi zmianami sprawia, że wielu ludzi zdradza własne umysły i serca.

*

Uzależnieni pragną ulgi – nie myślą o miłości.
     […]  nałogi i relacje się wykluczają. Uzależnienie uniemożliwia miłość. […]  Uzależnieni są chciwi, bo ich pogoń nigdy się nie kończy; ich pra­gnie­nie nie ustaje i nigdy nie da się go w pełni zaspokoić.

*

Wszystkie nauki duchowe są bezużyteczne, jeśli nie potrafimy kochać. Na­wet najwznioślejsze stany i najbardziej wyjątkowe osiągnięcia duchowe nie mają żadnego znaczenia, jeżeli nie potrafimy być szczęśliwi w co­dzien­nych sytuacjach – jeżeli nie jesteśmy w stanie dotykać sercem innych osób i ży­cia, które zostało nam dane. Liczy się tylko to, jak żyjemy.
  Jack Kornfield

*

Nauczenie się, jak stawiać czoła swoim lękom, jest jednym ze sposobów opowiedzenia się po stronie miłości. Strach może nie zniknie, ale przestanie być przeszkodą.

*

To, że znamy miłość, albo nadzieja, że ją poznamy, jest kotwicą, która chroni nas przed utonięciem w smutku.

bell hooks, Wszystko o miłości. Nowe wizje,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

W idealnym świecie wszyscy od małego uczylibyśmy się kochać samych siebie. Dorastalibyśmy pewni własnej wartości, rozsiewając miłość wszędzie wokół i po­zwa­la­jąc naszemu światłu jaśnieć. Ale nawet jeśli się tego nie nauczyliśmy, wciąż jest nadzieja. Płomyk miłości wciąż się w nas tli, nieważne jak wątły. Jest zawsze obecny i cze­ka na podmuch, który go rozpali, na przebudzenie serca i przypomnienie chwili, gdy byliśmy siłą życiową czekającą w ciemności na narodziny, pragnącą ujrzeć światło.

*

Działanie, podobnie jak sakrament, to widzialna forma niewidzialnego ducha, zewnętrzna manifestacja we­wnętrz­nej siły. Ale gdy działamy, nie tylko wyrażamy to, co znajduje się w naszym wnętrzu, i pomagamy kształ­tować świat, lecz także otrzymujemy to, co jest na ze­wnątrz, i przekształcamy samych siebie.
  Parker Palmer

*

Dążenie do natychmiastowej gratyfikacji jest jedną ze składowych chciwości.
     […]  W prawdziwej miłości potrzeby rzadko są za­spo­ka­ja­ne od razu. Żeby ją poznać, musimy się za­an­ga­żo­wać i poświęcić czas.

*

[…]  rozmowa wcale nie zagraża przyjemności. Zmienia tylko jej naturę.

*

Całym sercem wierzę, że prawdziwa miłość istnieje. Przyjmuję też możliwość, że jej pojawienie się to ta­jem­ni­ca, że dochodzi do niego bez naszego wysiłku i na­szej wo­li. Ale jeśli tak jest, to miłość przydarzy nam się nie­za­leżnie od tego, czy będziemy jej szukać, czy nie. Szu­ka­nie nie sprawi, że ją stracimy. Przeciwnie, ci z nas, którzy są zranieni, rozczarowani i pozbawieni złudzeń, muszą otworzyć swoje serca, jeśli chcą, by wkroczyła w nie miłość. Ten akt otwarcia jest sposobem szukania.

*

Więź dusz to rezonans między dwiema osobami, które reagują nawzajem na ukryte za fasadą podstawowe piękno swojej natury i łączą się na głębszym poziomie. […]  Ten rodzaj obopólnego zrozumienia stanowi ka­ta­li­za­tor potężnej alchemii. To święte przymierze, które ma pomóc obu stronom odkryć i zrealizować ich najgłębszy potencjał. Więź serc pozwala nam docenić tych, których kochamy, takimi, jacy są, a więź dusz otwie­ra kolejny wymiar – widzimy ich i kochamy za to, jacy mogliby być, i za to, kim sami możemy się stać pod ich wpływem.
  //  John Welwood

*

Prawdziwe obdarowywanie jest aktem niezwykle ra­dos­nym. Doświadczamy szczęścia, gdy myślimy o tym, by coś komuś dać, gdy to robimy i gdy to wspominamy. Szczodrość to święto. Kiedy kogoś obdarujemy, czujemy się z nim związani […].
  //  Sharon Salzberg

*

Gdy kochamy w pełni i głęboko, wystawiamy się na niebezpieczeństwo. Ulegamy całko­wi­tej przemianie.

*

Choć tak często jej wokół nas brakuje, nic nie może sprawić, że przestaniemy jej pragnąć, nic nie osłabi naszej tęsknoty. Nasze serca zdają się niezależnie od wszystkiego wiedzieć, że miłość ocala.

*

To, że kochamy, nie znaczy, że nie spotka nas zawód. Ale miłość pomoże nam zmierzyć się z nim i nie stracić serca.

*

Anioły są naszymi świadkami. Opiekuńczymi duchami, które obserwują nas, chronią i prowadzą przez życie. Czasem przyjmują ludzką postać. Innym razem są czysto duchowe – niewidzialne, niewyobrażalne, ale zawsze obecne.

(tamże)

5205. Czekariat (LV)


Prawdziwa miłość to szczególny rodzaj wglą­du, dzięki któ­re­mu widzimy pełnię możli­wo­ści drugiej osoby, a jed­no­cześ­nie cał­ko­wi­cie akceptujemy poziom, na jakim owa pełnia się w da­nej chwili wyraża, nie łudząc się, że po­ten­cjał jest obecną rze­czy­wi­sto­ścią. Prawdzi­wa miłość przyjmuje drugą osobę taką, jaka ona jest, bez zastrzeżeń, ale ze szczerym i nie­wzru­szo­nym za­an­ga­żo­wa­niem, by pomóc jej w samo­ro­zwo­ju – któ­re­go cele mo­że­my wi­dzieć lepiej niż ona.
   Eric Butterworth (1916–2003)

niedziela, września 24, 2023

5204. Z oazy (CLXXXVII)

Dwunie­dzielne odliczanie literek, trzy. Czysty przypadek, odrobina „smaka” na ab­surd, niedbałą fastrygą przytwierdzony do rzeczywistości i… wiadomo było, na któ­rych li­ter­kach zatrzymać oko, by zapomnieć się, porzucić choć na chwilę strachy i upior­ne zmę­cze­nie. Obśmiałam się przy tym drobiazgu książkowym. Bardzo. M!

Lubię przyglądać się światu takiemu, jaki jest. I wierzę, że to, co widzę, ma jakiś sens, że to, co przeżywam, jest jakąś historią do opowiedzenia. Wszyscy przecież stale przeżywamy różne historie, ale często ich nie dostrzegamy. Co bardzo lubię: odkrywać i utrwa­lać hi­sto­rie. Ale też bardzo lubię stopniowo ześlizgiwać się z praw­do­po­dobieństwa w nieprawdopodobieństwo. Uwielbiam to przejście od normalności do fantazji, na przykład gdy przedmioty nagle za­czy­na­ją mó­wić. Czyli z jednej strony doceniam spojrzenie zwrócone na rzeczywistość, z drugiej – sabotaż rzeczywistości” – powiedział autor tej książeczki w wywiadzie ze stycznia 2020.

*

Ektocki należy do martwych języków, a mnie wydaje się najbardziej inte­re­sujący, ponieważ składał się tylko z dwóch słów. Pierwsze brzmiało „M”, a dru­gie „saskruptloxptqwrstfgaksolompaaghrcks”. „M” jest rodzaju żeń­skie­go i znaczy: „A cóż to się znowu dzieje?”, „saskruptlo­xptqwrst­fga­kso­lom­paaghrcks” jest rodzaju męskiego i znaczy „nic”.

*

Stara stonoga usiadła przed norką z zamiarem policzenia własnych nóg. Przez całe życie chciała się do tego zabrać, ale zawsze coś jej stawało na prze­szkodzie. Teraz wreszcie miała trochę czasu i przystąpiła do rzeczy.
     […]  zaczęła liczyć od początku i doszła do czterdziestej trzeciej nogi kiedy osiemdziesiąta pierwsza zaczęła ją swędzić tak okropnie, że musiała się na­stęp­nym tuzinem podrapać, co tak ją skonfundowało, że straciła rachubę i musiała zaczynać jeszcze raz od początku. Ledwie doszła do pięćdziesiątej pierwszej, a tu małżonek przyniósł jej rachunek od szewca. Stonoga z furią rzuciła świstek na ziemię, podeptała go nogami i znów wyszła przed norkę, z niezłomnym postanowieniem, że tym razem już nie da sobie przeszkodzić.

*

Pewnego ranka, gdy zadzwonił budzik, pan Zogg po prostu nie wstał. A prze­cież sam nastawił budzik, na siódmą, jak zawsze, bo o ósmej musiał być w biurze. Było już kwadrans po siódmej, a pan Zogg spał dalej, było wpół do ósmej, a pan Zogg wciąż jeszcze spał, było za kwadrans ósma, a pan Zogg chrapał w najlepsze.
     – Koledzy – rzekły spodnie do innych części garderoby, wiszących na oparciu krzesła – już czas.
     Kalesony wśliznęły się w spodnie, podkoszulek i koszula wetknęły się za pasek, krawat okręcił się wokół kołnierzyka, marynarka nałożyła się na koszulę, skarpetki wcisnęły się w buty, a potem wszystkie razem zeszły schodami na dół, autobusem pojechały do biura, w którym pracował pan Zogg, i zajęły miejsce przy jego biurku. Ilekroć ktoś zaglądał, grzebały w sto­sie papierów, a kiedy koło południa w biurze pojawił się sam pan Zogg, mając za jedyne okrycie ręcznik owinięty wokół bioder, nikt nie chciał z nim gadać i natychmiast się go pozbyto.

*

Pewnego razu wiejskie ustronie zapragnęło udać się do miasta. Dużo się nasłuchało o samochodach, motocyklach i tramwajach, które jakoby ma­so­wo krążą między masą domów. Chciało to zobaczyć.

*

Na samej górze, na północy Grenlandii siedzi na lodowcu zimny trzmiel. Waży 20 000 kilogramów i bardzo chciałby fruwać. Ale ma o wiele za słabe skrzydła. Mimo to bez ustanku nimi trzepocze, w nadziei, że pewnego dnia jednak mu się uda. W ten sposób wprawia w ruch lodowate powietrze, które z rozpędu dociera aż do nas. Przez całą zimę zimny trzmiel ćwiczy fruwanie, a wiosną wyczerpany zasypia. Na szczęście, bo inaczej nie mie­li­byśmy wcale lata. Latem zimny trzmiel śpi i śni mu się, że umie fruwać. Pewien spryciarz, który nie lubi marznąć, posłał mu raz paczkę tabletek nasennych, z nadzieją, że trzmiel będzie potem spał także w zimie. Ale li­sto­no­szem był niedźwiedź polarny, taki ciekawski z natury, że otworzył paczkę i sam połknął wszystkie tabletki. Odtąd na północy Grenlandii w ogóle nie roznosi się poczty, bo niedźwiedź śpi po dziś dzień, a ponieważ nikt prócz niego nie zna adresu zimnego trzmiela, nikt nie umie powiedzieć, jak mu się teraz wiedzie, ale dopóki co roku nadchodzi zima, możemy zakładać, że jeszcze żyje.

Franz Hohler, Wielki karzeł i inne opowieści,
przeł. Małgorzata Łukasiewicz, PIW, Warszawa 2023.

Pan Nożyk na safari w najczarniejszej Afry­ce wpadł w ręce ludożerców. Ale […], a po­za tym […], toteż […], jeśli […], niestety […].

(tamże)

(5202+1). O miłości

Jabłoń:
(niepoprawnie odczytała
intencje Sadownika
)

Sadownik:
(rozbawiony, z czułością)
Ty głąbie!

Jabłoń:
Ale kalafiorowy, prawda?

Sadownik:
Nie! Kapuściany!

Jabłoń:
Wolałabym być kalafiorowym…
Byłabym wtedy
Twoim kwiatuszkiem!

*

Za­wsze uwa­żała, że mał­żeń­stwo to pestka, trzeba tylko wy­brać je­den te­mat kłótni, w któ­rym jest się na­prawdę do­brym, i już do końca ży­cia po­wta­rzać go przy­naj­mniej raz w ty­go­dniu.

*

Dom”.
     Po­winno ist­nieć wię­cej słów do na­zwa­nia gojedno okre­śla­jące miej­sce, a dru­gie lu­dzi, po­nie­waż po pew­nym cza­sie re­la­cja z ro­dzin­nym mia­stem przy­po­mina ra­czej mał­żeń­stwo. Trzy­mają nas ra­zem wspólne hi­sto­rie, drobne opo­wiastki, któ­rych nikt nie zna, śmieszne tylko dla nas żar­ciki i ten spe­cy­ficzny śmiech, ten, któ­rym śmie­jesz się tylko do mnie. Za­uro­cze­nie miej­scem i czło­wie­kiem to po­wią­zane ze sobą przy­gody. Po­cząt­kowo chi­cho­cząc, bie­gniemy za róg i od­kry­wamy na­wza­jem każdy cen­ty­metr swo­jej skóry, z bie­giem lat uczymy się każ­dego ko­ciego łba, każ­dego ko­smyka wło­sów i po­chra­py­wa­nia, w ten spo­sób czas za­mie­nia na­mięt­ność w od­daną mi­łość, aż w końcu oczy, przy któ­rych bu­dzimy się każ­dego dnia, i ho­ry­zont za oknem opi­su­jemy tym sa­mym sło­wem: „dom”.
     Tak więc po­winny w tej sy­tu­acji funk­cjo­no­wać dwa słowa, jedno na to, co po­trafi cię prze­nieść przez naj­ciem­niej­sze na­wet chwile, a dru­gie, które po­trafi cię przy­wią­zać.

*

Kiedy jest się mło­dym i świeżo za­ko­cha­nym, to przy­zna­nie się do tego, że się po­trze­buje po­mocy, wy­daje się naj­trud­niej­sze. Tym­cza­sem pół ży­cia po ślu­bie już się wie, że naj­trud­niej­sze jest przy­zna­nie się przed sobą, że się tej po­mocy nie po­trze­buje. Nie trzeba po­mocy, by czuć się nie­wy­star­cza­ją­cym, wy­bra­ko­wa­nym i bez­war­to­ścio­wym. Nikt tak do­brze jak ty sam nie po­trafi cię wpę­dzić wła­śnie w ta­kie uczu­cia.

*

Jedną z nie­moż­li­wych do prze­sko­cze­nia rze­czy w mał­żeń­stwie jest to, że na­wet je­śli wszystko ro­bisz do­brze, to za­wsze po­ja­wia się jesz­cze coś in­nego.

*

[…]  to, co jest ważne w mał­żeń­stwie, to wspólne cele i nie­ustanne spo­glą­da­nie w tym sa­mym kie­runku”. Czę­sto roz­my­śla o tym, że tu­taj ro­dzi się pro­blem, bo je­śli za­wsze pa­trzy się w tym sa­mym kie­runku, to ni­gdy nie pa­trzy się na sie­bie na­wza­jem.

*

„Każdy po­rządny czło­wiek, ja­kiego znam, ma dwie ro­dziny, tę, którą do­stał, i tę, którą wy­brał. Na tę pierw­szą nic nie po­ra­dzisz, ale za tą drugą bie­rzesz, do ja­snej cia­snej, od­po­wie­dzial­ność!”, wrzesz­czała na niego Ra­mona za każ­dym ra­zem, gdy ktoś z Grupy na­broił coś po me­czu […].

*

Po­chyla się więc w jego stronę i z dło­nią na jego po­liczku szep­cze:
     – Ro­bimy, co mo­żemy. Do­brze? A to, czego nie je­ste­śmy w sta­nie kon­tro­lo­wać, mu­simy olać. Skup się na tym, na co masz wpływ.
     Johnny kiwa głową, ką­ciki ust pod za­ro­stem na­dal się jesz­cze lekko za­ci­skają.
     – Okej, Da­laj­lamo.
     Han­nah ude­rza go w ra­mię, a on ca­łuje ją nieco dłu­żej, niż przy­stoi w miej­scu pracy.

*

„Mał­żeń­stwo”.
     Po­winno ist­nieć ja­kieś inne słowo na okre­śle­nie mał­żeń­stwa z wy­star­cza­jąco dłu­gim sta­żem. Gdy już dawno temu mi­nęło się ten punkt, w któ­rym jesz­cze się czuło, że to wy­bór. Już nie wy­bie­ram cię każ­dego po­ranka, to, co po­wie­dzie­li­śmy so­bie w dniu swo­jego ślubu, było bar­dzo miłe, nie mogę so­bie wy­obra­zić ży­cia bez cie­bie. Nie je­ste­śmy świe­żymi kwia­tami, tylko dwoma drze­wami ze zro­śnię­tymi ko­rze­niami, doj­rze­wasz we mnie.
     Za młodu czło­wiek my­śli, że mi­łość to za­ko­cha­nie, ale za­ko­cha­nie jest pro­ste, każdy dzie­ciak może się za­ko­chać. Ale mi­łość? To ro­bota dla do­ro­słego. Mi­łość wy­maga ca­łego czło­wieka, wszyst­kiego, co w to­bie naj­lep­sze, i wszyst­kiego, co w to­bie naj­gor­sze.

*

Mał­żeń­stwo? Po­winno na to z cza­sem ist­nieć inne słowo. Bo nie ma cze­goś ta­kiego jak „wieczne za­ko­cha­nie”, tylko mi­łość wy­star­cza na tak dłu­go, a ta ni­gdy nie jest pro­sta. Wy­maga ca­łego czło­wieka. Wszyst­kiego, co masz. Wszyst­kiego.

*

     – Mó­wisz, jakby to była jedna długa walka.
     – A czy mi­łość wła­śnie taka nie jest? Ko­chać ko­goś to jedno, ale kto, do chuja, ma siłę być KO­CHA­NYM przez dwa­dzie­ścia lat?

Fredrik Backman, Zwycięzcy, przeł. Anna Kicka,
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)