czwartek, kwietnia 17, 2025

5760. Czekariat (CXII)

[asystencja: Sadownik]

Czuję na so­bie czyjś wzrok. Pró­buję wy­ła­pać źró­dło tego spoj­rze­nia. Mam! Mała mu­tantka. Czte­ro­listna ko­ni­czyna! Ro­sła nie­da­leko mo­jej dło­ni, którą opie­ra­łam się o zie­mię. Zry­wam ją i cho­wam do port­fela. Po­zna­łam kie­dyś ko­bietę, mamę mo­jego przy­ja­ciela, która po­tra­fiła zna­leźć dzie­siątki czte­ro­list­nych ko­ni­czyn pod­czas jed­nego spa­ceru.
     – Ja ich nie szu­kam, lecz wy­ła­puję ich spoj­rze­nia. To pro­ste – mó­wiła. Była to je­dyna in­struk­cja, którą otrzy­ma­łam.
     Tego dnia, kiedy po­szły­śmy na spa­cer, sama zna­la­złam ich sześć albo sie­dem. Od tam­tej pory nie czu­łam ich spoj­rzeń. Do dzi­siaj.

Mira Suchowiejko, Też się o ciebie boję,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.
(wyróżnienie własne)

środa, kwietnia 16, 2025

5759. Łódeczka dla Białego Kruka


Autor(ka) nie do ustalenia.

Po smutku nadszedł czas refleksji, że skoro on był, to znaczy, że jest wdzięcznośćtęsknota za czymś dobrym.

Marta Lau, On nigdy taki nie był,
Wielka Litera, Warszawa 2025.

*

Astor Piazzolla, Oblivion, James Crabb (akordeon),
Benjamin Martin (fortepian), Richard Tognetti (skrzypce), Australian Chamber Orchestra.
White Raven’s Liked List

(5757+1). 106/365

odkryłam, jak niesamowicie blisko jest od ża­lu, smutku czy stra­ty do wdzięcz­no­ści za to, co się wydarzyło kil­ka, kil­ka­na­ście, kil­ka­dzie­siąt lat temu. wdzięczności za to, co można wy­dłu­bać pięk­ne­go, za­ska­ku­ją­co nieoczywistego, nie­by­wa­le wzru­sza­ją­ce­go z chwi­li obecnej.

trzeba się tylko zatrzymać, ustać i żal, i smutek, i stratę, wziąć oddech.

106/365

[suplement 18.04.2025]
Przyj­dzie mo­ment, że prze­stanę wi­dzieć w swoim oto­cze­niu li­sty z rze­czami do zro­bie­nia i zo­ba­czę świat, na który nie mam wpływu, który mnie cie­szy taki, jaki jest.

*

I sta­jesz się wraż­liwa na sza­rość, cze­piasz się co­dzien­ności, za­pi­su­jesz ją w ze­szy­tach, bo pa­mię­tasz, że może na­gle się skoń­czyć, za­mie­nić się w od­li­cza­nie.

Mira Suchowiejko, Też się o ciebie boję,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.

wtorek, kwietnia 15, 2025

5757. 105/365

gdy rozmawiali o żalu, smutku i stracie, powiedziała:
     — nie na­żyłam się…
     — jakiego swojego marzenia nie spełniłaś?

oboje zanurzeni w ciszy, ona bez słów wśród łez, on zde­cy­do­wa­ny na to, by nie dać się zbyć milczeniem; zagroził, że po­cze­ka ile trzeba na odpowiedź.

105/365

[suplement 16.04.2025]
Boję się […]  po­wol­nej śmierci.
     […] 
     Boję się roz­cza­ro­wa­nia, że to już.
     Boję się roz­sta­nia z mę­żem i córką.
     Boję się po­czu­cia, że mo­głam temu ja­koś za­po­biec.
     Boję się, że strach mnie osła­bia.
     A może wy­star­czy się nie bać?
     Czy umiem uwię­zić strach na pa­pie­rze? Tak jak­bym ma­lu­jąc por­tret tego, co straszne, umiała to po­skro­mić. […] 
     Po ko­lei:
     czyli
     opi­su­jąc to,
     czego się bo­imy,
     two­rzymy bez­pieczny dy­stans
     i prze­sta­jemy się bać albo bo­imy się mniej?
     Czy spor­tre­to­wa­nie po­twora czyni go mniej strasz­nym? Może cho­dzi o sam pro­ces – wy­maga to prze­cież dłu­gich go­dzin wpa­try­wa­nia się w to, czego się bo­imy. Czy re­ali­stycz­nego por­tretu można się bać da­lej? Mogę także swój strach opi­sać bez­rad­nie. Na­wet pra­wie na pewno opi­szę go za­le­d­wie w nie­licz­nych wy­mia­rach. Do nie­któ­rych jego frag­men­tów nie mam do­stępu, są na po­wiece i wi­dzę je naj­wy­żej w po­staci plam, gdy za­mknę oczy. Są także dźwięki, słabe, gdzieś na gra­nicy sły­szal­no­ści.

Mira Suchowiejko, Też się o ciebie boję,
Biuro Literackie, Kołobrzeg 2025.

5756. Z oazy (CCCXXVIII)

Co­tygodniowe odliczanie literek. Poślizgnięte na opadaniu fusów wrażeń i wyborze cytatów. Było to czytanie-odreagowywanie (na ten sam temat) bardzo złej książki.

W Polsce mózg co trzeciej osoby zachoruje. Nie jesteśmy na to przy­go­to­wa­ni. In­dy­wi­dualne historie rodzin wydeptują wciąż od nowa stare ścieżki, których ist­nie­nia jako społeczeństwo nie chcemy przyjąć do wiadomości. Życie z neuro­de­ge­ne­ra­cyj­ną chorobą nie jest łatwe (eufemizm!), ale nigdy nie zrozumiem, dlaczego pań­stwo pol­skie prześciga się w pomysłach, by uczynić je nieznośnym nie tylko dla chorych, ale również dla ich bliskich.

Patchwork danych, faktów, ludzkich historii, metafor, uczuć i mądrych wypowiedzi specjalistów. Wart, po prostu wart przeczytania. Łatwiej jest skupiać się na trud­no­ściach chorujących, ale mi ta książka uświadomiła, jak trudnym/wymagającym jest ży­cie opiekunów, osób kochających chorującą osobę. Mam komu dziękować.

Czy powinnam się wstydzić tej swojej złości na chorego, bez­bron­ne­go czło­wieka?
     Trudno nie mieć takich myśli, które przecież nie są niczym innym jak wy­ra­zem zmęczenia wieloletnią opieką, poczucia utraty własnego życia, ale i perspektywy śmierci najbliższej nam osoby. Tak jak i myśli, że byłoby le­piej, gdyby to wszystko się już skończyło. […] Poczucie winy nie­jed­no­krot­nie zatrzymuje nas już na poziomie samego odczuwania złości. Przez to próbujemy ją pomijać, zatrzymujemy ją w sobie. W konsekwencji nie tyle pozbywamy się wściekłości, ile raczej ją kumulujemy, a potem wybuchamy.

🖇

Ryzyko zachorowania na chorobę Alzheimera po 65. roku życia praktycznie podwaja się z każdymi kolejnymi pięcioma latami. Oznacza to, że 3% osób w wieku 65–69 lat, 6% osób w wieku 70–74 lat i prawie połowa osób w wie­ku 85 lat i starszych zachoruje na chorobę Alzheimera.

🖇

To, że będziemy biegać, zdrowo się odżywiać i w ogóle dbać o siebie, nie oznacza, że nie zachorujemy na alzheimera. Ale jeśli będziemy prowadzili zdrowy styl życia, to po pierwsze być może będziemy łagodniej tę chorobę przechodzić, a po drugie możemy opóźnić jej dalszy rozwój. Dać sobie więcej czasu.

🖇

Kiedy ktoś słyszy „nowotwór”, to może od razu szuka w głowie rozwiązań i myśli, jak kupić czas. Statystyki dają nadzieję, że można z rakiem wygrać. A z alzheimerem, demencją – wiadomo, że nie.

🖇

Tak, nie ma leku na tę chorobę, ale możemy zadziałać, zwłaszcza na po­czątku, by trochę dłużej było lepiej.

🖇

Nikt nas nie przygotowuje, co zrobić, jeśli się dowiemy, że jesteśmy poważnie chorzy.

🖇

I oczywiście, czym innym jest choroba nowotworowa, czym innym za­bu­rze­nia neuropoznawcze, a czym innym nadciśnienie tętnicze. Ale każda cho­ro­ba to dla pacjenta wyzwanie.

🖇

[…]  człowiek musi sobie radzić totalnie sam. W dodatku, kiedy kończysz sześćdziesiąt lat, dla systemu opieki zdrowotnej okazujesz się zbędnym kosztem, takim, którego najszybciej trzeba się pozbyć.

🖇

Najgorsze, że człowiek w tym współchorowaniu jest ze wszystkim sam, że na własną rękę szuka rozwiązań, wsparcia.

🖇

Proszę sobie wyobrazić, że przez piętnaście lat odczuwa pani non stop lęk, non stop traci pani możliwość rozpoznawania otoczenia i rozumienia sło­wa. Dlaczego chory cały czas mówi: „Idę do domu”? Nie chodzi o to, żeby iść do domu, tylko mówiąc „Idę do domu”, chcę znaleźć bezpieczne miejsce, po­nie­waż nie rozpoznaję tego, co jest dokoła. Czuję się zagrożony. Więc idę do domu. Ja nie wiem, gdzie jest ten dom, ale idę tam, bo tak mocno w głowie siedzi przekonanie, że dom to bezpieczne miejsce. A teraz się po prostu boję.

🖇

[…]  „opieka” to takie słowo, które w sumie jest dobre, oznacza, że ja tak się tobą zajmę, że będzie ci bardzo dobrze. I niby okej, ale może to być za­gro­że­niem dla sprawczości i samodzielności. Ja się tobą zaopiekuję na moich wa­runkach, ja będę o tobie decydować.

🖇

[…]  nie możemy dać niczego więcej,
czego sami w sobie nie mamy.

🖇

Do chwili obecnej w Polsce nie mamy takiego zawodu jak gerontolog. I tak przyczyniamy się do tego, że praca ze starszym człowiekiem kojarzy się tyl­ko z opieką medyczną, w dodatku zapewnianą przez osoby, od których wy­ma­ga się jedynie książeczki sanepidu.

🖇

Osoby sprawujące opiekę nad niesamodzielnymi chorymi wśród obaw wy­mie­nia­ją m.in.: poczucie osamotnienia; deficyt poczucia własnej wartości; zmęczenie na granicy wypalenia; deficyt życia osobistego; fru­stru­ją­ce po­czu­cie bycia marginalizowanym w sferze publicznej; obawy przed oceną ze strony innych; ograniczony dostęp do opieki lekarskiej i wsparcia re­ha­bi­li­ta­cyj­ne­go; poczucie finansowej zależności od rodziny/partnera/państwa; życie na kredyt i obawy o przyszłość – swoją, swojej rodziny i pod­opiecz­nego.

🖇

Żyjemy dziś w kulturze ogromnego zaprzeczenia i wyparcia starości, ułomności, choroby czy właśnie umierania.

🖇

Jak się jest młodym, to jest to takie miłe hasełko, w którym zamykamy pro­ste recepty i rady, żeby starsi ludzie zrobili to i to, a wtedy będzie łatwiej, milej, zdrowiej. Ale z wiekiem, z własnymi doświadczeniami staje się ono prawdziwe, bo często kryje się pod nim po prostu cierpienie fizyczne i psy­chi­czne. […]  I nie wiem, co sobie myślał Pan Bóg, gdy stwarzał człowieka, i jak to według Niego miało być, ale tak po ludzku to starość jest bar­dzo czę­sto potwornie trudna. […]  jak zmienić myślenie starszego człowieka na „ja” się liczę? Nie wiem tego, ale próbuję choćby przy spowiedzi. Czasami zadaję taką pokutę – „proszę zrobić coś dobrego dla siebie”.

🖇

Chory przeklina nie przeciwko komuś i to nie jest zła wola, tylko po prostu próbuje coś powiedzieć.

🖇

Każdy dzień opieki nad osobą chorą, zwłaszcza terminalnie, to prze­kra­cza­nie granic – intymności, wstydu, cierpliwości. I rozmów, których byśmy nie przeprowadzili z osobą zdrową.

🖇

To słowo „jestem” dla osoby zdrowej jest takie trochę romantyczne, może nawet banalne, ale dla osoby chorej – w momencie, kiedy grunt usuwa się spod nóg – to takie przekonanie, że jest ktoś, do kogo można się odezwać, i ten ktoś nie poczuje się zagrożony, daje duże poczucie bezpieczeństwa.

🖇

Idealnie, jakby została uruchomiona szeroka kampania uświadamiająca o zdrowiu mózgu, włączająca media, organizacje społeczne, sto­wa­rzy­sze­nia le­ka­rzy, firmy oraz rząd. Żeby efekt był taki, jak w przypadku no­wo­two­rów […].

🖇

Przez wszechobecną cyfryzację sami pozbawiamy siebie ćwiczeń mózgu, sty­mu­lo­wania go, ale też pozbawiamy kolejne pokolenia potrzeby kontaktu z innym człowiekiem, w takim realnym wymiarze – z jego talentami, emo­cja­mi, przeżyciami i zależnościami społecznymi. Z prawdziwym życiem po prostu.

🖇

Nikomu nie zależy na poprawie sytuacji starych, schorowanych ludzi, bo oni już nie głosują. Nie poprą ani partii, która ma chrześcijańskie wartości i programy typu za życiem, ani lewicy, która ponoć pochyla się nad słab­szy­mi. A ty, człowieku, sobie radź, wypełniaj formularze i udowadniaj urzędnikom […].

🖇

Kiedy jestem wyczerpana, to żeby być w stanie trwać w roli opiekuna, mu­szę mieć odciążenie czy choćby moment, kiedy odzyskuję siły. Nie tylko dla siebie. Również dla tej drugiej strony, bo kiedy my przekraczamy swo­je gra­ni­ce, nasza pomoc często przestaje być wspierająca. Przecież w opiece nad chorym doświadczamy osamotnienia ponad miarę. Zostajemy sami z tą rozpaczą, z tym ciężarem i z tą wściekłością. Więc też w tym wszyst­kim jest ważne, by dopuszczać do siebie ludzi, którzy mo­gli­by się na­mi zaopie­kować.

Marta Lau, On nigdy taki nie był,
Wielka Litera, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

Podoba mi się powiedzenie, że „głupi uczy się od mą­dre­go, a mądry od każdego”.

🖇

[…]  warto się zatrzymać, zobaczyć, co mamy w tym ple­ca­ku, co dostaliśmy, a czego nam brak, i jako dojrzali lu­dzie spróbujmy sobie ten plecak wypełnić tym dobrem, które sami pozyskaliśmy, i z tego czerpać.

🖇

[…]  czujesz potworną samotność, bezsilność i lęk. […]  Kiedyś jednak dojdziesz na brzeg tego morza. W końcu, bo kres tej drogi kiedyś nadejdzie.

(tamże)

sobota, kwietnia 12, 2025

5755. Zamieniając ziarnka piasku w perły (XVI)

bądź w kontakcie.
KD • Teacher
trzymaj pętlę oddźwięku.

★ ★

5754. Miej nosa!  // Panna cotta (CLIV)

L’ottimismo è il profumo della vita.
Tonino Guerra (1920–2012)
[Optymizm to zapach życia.]

*

Ze szklanką zawsze pełną. Nie że do połowy. Cała jest pełna, tylko wy­star­czy zobaczyć, co tam w niej jest, i wykorzystać na swoich zasadach.
Marta Lau, On nigdy taki nie był,
Wielka Litera, Warszawa 2025.

piątek, kwietnia 11, 2025

5753. Z oazy (CCCXXVII)

Dwu­tygodniowe odliczanie literek, sześć. Poślizgnięte na czekaniu na podzielny przez dziesięć wpis i malutkim huraganie życiowym.

Być może sam tytuł powinien zapalić w mojej głowie ostrzegawcze pulsujace świa­tło, ale wiara w ludzi uznała, że tak ujęty tytuł to tylko chwyt marketingowy. To nie jest niewinna książka. To przede wszystkim świadectwo mentzenady, czyli tym, jak systemowo państwo polskie podchodzi do wielu chorób. Większość tego, co wy­da­rzy­ło się w tej opowieści nie powinno się wydarzyć, ale niestety miało miejsce. Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał_ przeczytać coś o chorobie Alzheimera lub demencji, nigdy nie sięgaj po tę pozycję, jest w  niej za dużo małp z brzytwami w dłoniach.

Lektury tej można użyć do pewnego językowego ćwiczenia: wypisz negatywnie na­ce­cho­wa­ne określenia chorego na alzheimera. Uprzejmie proszę (tu nie wszystkie, ale z pewnością re­pre­zentatywne): zombie; szaleniec; [ktoś], kogo nie ma; [t]o, kim i czym je­ste­śmy, mie­ści się w na­szym mó­zgu. […] bez tej pul­su­jącej ga­la­re­ty cała resz­ta sta­je się nic nie­zna­czącą pa­dli­ną; [t]rud­no jest ko­chać ska­so­wa­ny mózg, ale ła­two i wy­god­nie nie­na­wi­dzić.

Czło­wie­ka z de­men­cją nikt nie lubi — trudno się dziwić, bo jest jedynym przy­tom­nym (wbrew diagnozie) w pomieszczeniu, który nie podkolorowuje rzeczywistości, nie dba o dobrostan odwiedzających go ludzi, po prostu jest z tym, co jest.

Advanced Alzheimer’s patients are extremely sensitive and extremely powerful, at least in one way. If they need a break or don’t like what is go­ing on, they can stay inside or go farther away.

Tom Richards, Stan Tomandl, An Alzheimer's Surprise Party.
Unveiling the Mystery, Inner Experience, and Gifts of Dementia
,
Interactive Media, Glenview (Illinois) 2009.

Galopem leczyłam się wyimkami z książki Richardsa i Tomandla, a potem przyszła przepiękna nowość autorstwa Marty Lau, ale o tym nie dziś, choć jeden fragmencik — à propos tego, o czym wyżej — po prostu muszę:

Słowa mają ogromne znaczenie. Od ich doboru zależy, jaką relację zbudujemy i jak pomogę […]  nazywać to, co dzieje się z pacjentem, podmiotowo i z godnością.
dr Katarzyna Kożuch-Sajdak [w:] Marta Lau, On nigdy taki nie był,
Wielka Litera, Warszawa 2025.

Gdy­by dane mi było wy­bie­rać, to­bym od­sze­dł na Za­chód, jak Elfy.

Tata

🖇 🖇

De­men­cja to nie ka­tar, nie ist­nie­je ża­den ty­po­wy prze­bieg cho­ro­by i ka­żdy przy­pa­dek jest tro­chę inny.
     […] 
     De­men­cja przy­cho­dzi nie­po­strze­że­nie, ma­ły­mi krocz­ka­mi, nie spie­sząc się […].

🖇

     – Wy­pi­sze­my cię do domu, za­si­ęgnie­my dal­szych opi­nii, za­wal­czy­my, wy­le­czy­my i nie pod­da­my się! – po­cie­szam go en­tu­zja­stycz­nie i prze­ko­nu­ję ze swo­bo­dą pa­to­lo­gicz­ne­go kłam­cy.

🖇

Na po­cząt­ku był tyl­ko mój bunt, któ­ry ni­czym tar­cza ra­cjo­nal­no­ści i spa­do­chron bez­pie­cze­ństwa, chro­nił mnie przed po­stępu­jącym sza­le­ństwem. Bunt wy­pro­du­ko­wa­ny przez zdro­wy mózg.

🖇

Co to zna­czy „prze­stać ist­nieć”? To tyl­ko po­zor­nie pro­ste py­ta­nie. Kie­dy wi­dzi­my czło­wie­ka po­grążo­ne­go we śnie, to bar­dzo do­brze wie­my, że on żyje. Gdy wi­dzi­my mar­twe­go, wie­my, że on nie śpi. Kie­dyś Sta­ni­sław Lem za­py­ta­ny o to, gdzie jego zda­niem znaj­dzie­my się po śmier­ci, od­po­wie­dział, że do­kład­nie tam, gdzie by­li­śmy przed na­ro­dze­niem. Trud­no nie przy­znać mu ra­cji, choć w głębi ser­ca pra­gnie­my, żeby się my­lił. […]. Na­wet w kost­ni­cy czu­je­my się nie­znisz­czal­ni, nie­po­ko­na­ni i wiecz­ni, śmie­rć przy­tra­fia się in­nym, tak jak rak mó­zgu, wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy czy dziec­ko z wo­do­gło­wiem. Na­tu­ra była więc dla nas ła­ska­wa, uśpi­ła na­szą czuj­no­ść i po­zwo­li­ła nam żyć. Tym­cza­so­wo, ale ze świa­do­mo­ścią na za­wsze da­nej wiecz­no­ści.

🖇

Tak samo jak trze­ba cza­sem prze­wie­trzyć miesz­ka­nie,
na­le­ży też nie­kie­dy prze­wie­trzyć lu­dzi.

🖇

Kon­sy­sten­cja ludz­kie­go mó­zgu na­su­wa na myśl twa­ro­żek z tofu. Waży nie­wie­le, bo śred­nio ok. 1,5 kg i skła­da się głów­nie z wody, bia­łka oraz tłusz­czu. Ta nie­po­zor­na z wy­glądu bre­ja sta­no­wi naj­do­sko­nal­szy w swej zło­żo­no­ści ewo­lu­cyj­ny cud na­tu­ry, w któ­rym sto mi­liar­dów neu­ro­nów prze­mie­nia bity in­for­ma­cji w dzia­ła­nia. To dzi­ęki nie­mu od­dy­cha­my i my­śli­my, de­cy­du­je­my i tęsk­ni­my, to dzi­ęki nie­mu je­ste­śmy je­dy­ni w swo­im ro­dza­ju i nie­po­wta­rzal­ni.

🖇

Faj­nie jest mieć wo­kół sie­bie ta­kie na­gro­ma­dze­nie słów i wszel­kiej mądro­ści, ale jesz­cze faj­niej, gdy na re­ga­le po­zo­sta­je ka­wa­łek miej­sca na np. zdję­cie w ram­ce lub na wa­zon z ulu­bio­ny­mi kwia­ta­mi.

🖇

[…]  prze­kli­na­łam w my­ślach cho­ro­bę, a moje osie­ro­co­ne ser­ce za­le­wa­ła fala go­ry­czy i osa­mot­nie­nia. Prze­cież nie po­dzie­lę się z oj­cem mó­zgiem, tak jak ner­ką czy ka­wa­łkiem wątro­by, żeby na­pra­wić i wy­le­czyć ze­psu­ty ka­wa­łek cia­ła. Cia­ła, któ­re wci­ąż cho­dzi i od­dy­cha, bu­dzi się i za­sy­pia, i któ­re­go pod­sta­wo­we ży­cio­we funk­cje w dal­szym ci­ągu oscy­lu­ją w gra­ni­cach nor­my. Poza umy­słem i jego zdol­no­ścią do trans­cen­den­cji.

🖇

[…]  zde­rze­nie z rze­czy­wi­stą i na­ma­cal­ną cho­ro­bą ni­jak się ma do teo­re­tycz­nych po­uczeń prze­ka­zy­wa­nych w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych przez per­so­nel me­dycz­ny czy opie­ku­nów mądra­li.

🖇

Czło­wie­ka z de­men­cją nikt nie lubi. Bo to nie jest taki zwy­kły cho­ry, któ­re­go mo­żna od­wie­dzić i po­cie­szyć, na­pić się z nim her­ba­ty, a przy oka­zji omó­wić po­stępy w le­cze­niu, naj­wa­żniej­sze wy­da­rze­nia ro­dzin­ne i opo­wie­dzieć mu, co się komu uro­dzi­ło i w ja­kiej licz­bie, a kto ogło­sił upa­dło­ść i któ­re­go wuj­ka syn nie zdał ma­tu­ry, ro­bi­ąc wstyd ro­dzi­nie na całe mia­sto.
     Cho­ry na de­men­cję pa­cjent nie opo­wie o swo­jej cho­ro­bie, prze­pi­sa­nych le­kach ani za­pla­no­wa­nej ku­ra­cji. Po­stępu­jąca izo­la­cja wci­ąga w głębię swe­go wiru naj­pierw bli­ższych i dal­szych zna­jo­mych, a po­tem po­chła­nia ko­lej­nych człon­ków ro­dzi­ny, w tym naj­bli­ższych. Co­raz rzad­sze i czy­sto kur­tu­azyj­ne te­le­fo­ny za­stępu­je gro­bo­wa ci­sza.

🖇

Prze­szło­ść prze­sta­ła łączyć się z tu i te­raz, sta­ła się osob­nym i za­mkni­ętym by­tem. Jak sta­ry al­bum ze zdjęcia­mi, któ­ry wy­pło­wiał i zbie­ra kurz. Prze­szło­ść jest istot­na, jed­nak jej po­tęga i siła tkwi w kon­ty­nu­acji, w po­wi­ąza­niu z te­ra­źniej­szo­ścią.

🖇

Po­czu­cie winy zro­dzi­ło się wte­dy, gdy moje co­dzien­ne ży­cie zdo­mi­no­wa­ły bez­sil­no­ść i tłu­mio­na agre­sja – a te dwa sta­ny tyl­ko cze­ka­ły, żeby się wpro­wa­dzić do na­sze­go domu. Ob­se­syj­ne za­cho­wa­nia ojca wy­zwo­li­ły we mnie be­stię.

🖇

Ostat­ni przy­ja­ciel, z któ­rym tata w ka­żdą nie­dzie­lę uma­wiał się na ry­tu­al­ną po­ran­ną kawę w cu­kier­ni Sowa, dłu­go sta­rał się za­cho­wać po­zo­ry nor­mal­no­ści.
     […]  Do cza­su, gdy oj­ciec pew­ne­go dnia bez sło­wa i po­że­gna­nia po pro­stu z tej ka­wiar­ni wy­sze­dł.
     Dzi­siaj już wiem, zna­jąc wszyst­kie symp­to­my po­stępu­jącej cho­ro­by, że oj­ciec nie tyl­ko nie wie­dział, po co tam przy­sze­dł, ale rów­nież za­po­mniał, z kim tam był – po pro­stu prze­stał po­strze­gać swo­je­go to­wa­rzy­sza jako zna­jo­me­go.
     Też bym wsta­ła i wy­szła.

🖇

[…]  set­ki in­nych ma­łych szpi­tal­nych rze­czy, któ­re roz­ci­ągni­ęty jak gum­ka od maj­tek czas prze­mie­nia­ją w po­czu­cie cze­ka­nia w nie­sko­ńczo­no­ść. Czas w szpi­ta­lu, pły­nąc ina­czej i na swo­ich za­sa­dach, omi­ja swym zębem tyl­ko tych, któ­rzy zja­wia­ją się w nim w sta­nie bło­go­sła­wio­nej nie­przy­tom­no­ści.

🖇

Syn­drom za­cho­dzące­go sło­ńca, czy­li nad­mier­na ru­chli­wo­ść i po­bu­dze­nie pod ko­niec dnia, po­zo­sta­ły nie­zmien­ne, zgod­ne z porą, i w ta­kim sa­mym stop­niu na­tężo­ne.
     Oj­ciec jak na­kręco­ny ma­gicz­nym klu­czy­kiem, bie­gał po miesz­ka­niu w po­szu­ki­wa­niu sa­me­go sie­bie. Lub, pa­trząc na to z mo­jej per­spek­ty­wy, w po­szu­ki­wa­niu prze­szło­ści.

🖇

Nikt z ni­kim nie roz­ma­wia. Cza­sem ktoś z ro­dzi­ny zada ty­po­we dla tej cho­ro­by py­ta­nie: czy pa­mi­ętasz? Oj­ciec nie wie­dząc, gdzie jest, z kim jest i dla­cze­go się tu zna­la­zł, z wi­docz­nym za­do­wo­le­niem wy­sta­wia twarz do sło­ńca.

🖇

Człon­ko­wie ro­dzin są w ró­żnym wie­ku i re­pre­zen­tu­ją ró­żny sto­pień po­kre­wie­ństwa. Do swych naj­bli­ższych mó­wią za­zwy­czaj pod­nie­sio­ny­mi gło­sa­mi, bo wy­da­je im się, że w ten spo­sób prze­bi­ją się do her­me­tycz­nie za­mkni­ęte­go w mó­zgu ob­sza­ru ro­zu­mie­nia.
     Mi­ja­ni na ko­ry­ta­rzu uni­ka­ją wzro­kiem in­nych od­wie­dza­jących, jak­by za­wsty­dze­ni, a jed­no­cze­śnie po­łącze­ni nie­wi­dzial­nym węzłem wspól­ne­go po­czu­cia winy. Bo ich mat­ki czy oj­co­wie są tu, a oni tam, w nor­mal­nym świe­cie, gdzie to­czy się zwy­czaj­ne ży­cie. Bo oni mogą pó­jść do kina, po­je­chać na wa­ka­cje i zro­bić w skle­pie za­ku­py. Mogą się cie­szyć wol­no­ścią i zdro­wiem, pa­trzeć w nie­bo i ob­ser­wo­wać nad gło­wą obło­ki, mogą wdy­chać za­pach nad­cho­dzącej wio­sny.
     […]  czter­dzie­ści oaz sa­mot­no­ści […].
     Ob­ser­wu­ję ich ukrad­kiem. Nikt mnie nie wi­dzi i nikt mnie nie sły­szy. Nikt nie wo­dzi za mną wzro­kiem.

🖇

[…]  sze­dł za co­raz krót­szą nit­ką z kłęb­ka Ariad­ny. Za­ta­czał co­raz mniej­sze kręgi, że­gna­jąc się po­wo­li z ży­ciem.

🖇

Ho­spi­cjum do­mo­we to też ży­cie.
     […] 
     Nie roz­ma­wia­my o po­li­ty­ce, by­łych woj­nach i ura­zach, obec­nie to­czącej się woj­nie i skrwa­wio­nych zie­miach. Sku­pia­my się na tym, co jest tu i te­raz, sku­pia­my się na od­cho­dzącym i ga­snącym z dnia na dzień ży­ciu.
     Po nie­da­jących się po­li­czyć bez­sen­nych no­cach wresz­cie za­sy­piam otu­lo­na po­czu­ciem spo­ko­ju.

Katarina Gos, Skasowany mózg. Osobisty portret rodzinny
z alzheimerem w tle
, Pascal, Bielsko-Biała 2025.
(wyróżnienie własne)

Jak dziec­ko po­zba­wio­ne wła­ści­wej opie­ki, przy­ła­pu­ję się na tym, że ka­żde miej­sce i sy­tu­acja, ja­kie na­po­ty­kam, ja­koś mi przy­po­mi­na­ją coś, co się wy­da­rzy­ło, gdy jesz­cze byli ze mną obo­je ro­dzi­ce.

🖇

Deszcz za oknem spa­dł sym­bo­licz­nie, pła­cząc za mnie, przy mnie i nade mną.

(tamże)

5752. Z oazy (CCCXXVI)

Dwu­tygodniowe odliczanie literek, pięć. Poślizgnięte na czekaniu na podzielny przez dziesięć wpis i malutkim huraganie życiowym.

Na pierwszy rzut oka jest to chaotyczny zapis wrażeń, ale w rzeczywistości nic bar­dziej myl­ne­go powiedzieć o tej książce się nie da. Ma strukturę żelazną, zachowując jednocześnie przepiękną naturę błysków, których błysk rozciąga się na więcej słów i zdań, niż oryginalne błyski Julli Hartwig.

     – Wszystko, co się da naprawić, nie jest popsute.
     – Wszystko, co jest popsute, nie da się naprawić.

🖇

Tłum.
     – Szkoda mi tych ludzi. Tylu ich niepotrzebnych – mówi Wiktor.
     Pauza.
     – A może ty też nie jesteś nikomu potrzebny? – pytam.
     – Oczywiście, że nie jestem potrzebny. Ale ja wiem o tym, a oni nie.
     – W takim razie to ciebie szkoda, a nie ich. Bo oni mają przynajmniej nadzieję…

🖇

     – Nie warto.
     – Czego nie warto? – pytam z grzeczności.
     – Smucić się.
     – A pana radość rozpiera, co?
     – Rozpiera.
     – Jak pan to robi?
     – To żadna filozofia. Jestem po prostu rybakiem.
     – No i co z tego?
     – Nie zna pan takiej dykteryjki o rybaku i szczęściu? To stara, dobra i pew­na recepta… Jeżeli chcesz być szczęśliwy trzy godziny, wypij ćwiartkę wódki. Jeżeli chcesz być szczęśliwy trzy dni, ożeń się. Jeżeli chcesz być szczę­śli­wy całe życie, zostań rybakiem.

🖇

     – Czy ciebie też stworzył Bóg? – zapytałem przez telefon.
     – Proszę?
     – Pytam, czy ciebie też stworzył Bóg?
     – Niestety, nie! Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo, a przecież Bóg nie jest kobietą.
     – A skąd wiesz?
     – Bo gdyby Bóg był kobietą, to człowiek miałby chociaż jedno oko z tyłu głowy.

🖇

     – Wiesz, co było moją największą troską w dzieciństwie? – pyta Wiktor.
     – No?
     – Martwiłem się, że mój ojciec nie chodzi do kościoła, a co gorsza, nie wie­rzy w Boga i że po śmierci nie spotkamy się w niebie. Byłem do ojca bardzo przywiązany i myśl ta przez kilka lat nie dawała mi spokoju. Ale z czasem wpadłem na fantastyczny, moim zdaniem, pomysł… Po­sta­no­wi­łem być tak złym człowiekiem, żeby pójść za ojcem do piekła…

🖇

     – Znasz zapach pustych kościołów?
     – Nie.
     – No to sam widzisz, Duet, sam widzisz… ile pięknych spraw jest jeszcze przed nami!

🖇

Z książki Du du du
     Od tygodnia obserwuję swój długopis.
     Gołym okiem widać, że nie ma w nim już nawet kropli tuszu.
     A jednak pisze!
     […]  długopis żyje! I wystarczy energicznie nim potrząsnąć albo ustawić w pozycji pionowej – kulką do dołu – na parę minut i znów będzie pisał!
     To się nazywa wola życia!
     Aż mu zazdroszczę!!!

🖇

Wiktor:
     – Śmierć jest koniecznością, obowiązkiem, za to życie, ho, ho, ho… Życie to nie lada zuchwałość!

🖇

     – Życia nie można przegrać. Każdy dzień, obojętnie jak prze­ży­ty, to zwycięstwo. Żyjesz, czyli raz jeszcze udało ci się zrobić kostuchę w ciula!

🖇

Hm, miłość otwiera we mnie bardzo niebezpieczne szuflady!

🖇

W nocy w kościele garnizonowym ktoś nabazgrał kredą list:
     Szanowny Panie Boże!
     Dlaczego łatwiej jest zabić człowieka, niż go urodzić i wychować?
     Dlaczego łatwiej jest zburzyć dom, niż go zbudować?
     Dlaczego łatwiej jest zniszczyć miłość, niż ją utrzymać
     przy życiu?

🖇

„W miłości jest tylko jeden rodzaj zwycięstwa: ucieczka” – już nie po raz pierwszy sięgnąłem po aforyzm Napoleona.
     […]   wolę przegrać z miłości niż wygrać z nienawiści.

🖇

Z książki Du du du
Chcieli mi wytłumaczyć wszystko
     Freudem i moim życiorysem.
     Problem w tym,
     że nie mieli pojęcia ani o Freudzie,
     ani o mojej przeszłości.
     A co do pana Freuda to szkoda, że zatrzymał się w połowie drogi: opo­wiedział, jak się robi w mózgu szambo, ale nie podpowiedział, jak się z nie­go wydostać.

🖇

Wiktor:
     – Szukam świata.
     – Jakiego znowu świata?
     – Nie wiem dokładnie. Ale innego, zupełnie innego niż ten, w którym żyjemy.
     – Szukaj.
     – Musi, musi być gdzieś taki świat, w którym jedna jaskółka czyni wiosnę.
     Pauza.
     – W którym szewc chodzi w butach.
     Pauza.
     – W którym, jak cię widzą, to dzień dobry.
     Pauza.
     – W którym człowiek człowiekowi człowiekiem…

🖇

Z książki Du du du
     – Dziecko? Nie stać mnie na to.
     – Jak to?
     – Po prostu. Nie stać mnie na tę najtańszą formę nieśmiertelności. Emo­cjo­nal­nie nie stać. Ćwierć dziecka to może bym jeszcze udźwignął? No, na upar­tego to i pół dzidziusia ogarnąłbym emocjonalnie. Ale nie całe. Całe nie!

🖇

Złapałem się na tym, że nie ma takiej godziny – co tam godziny, minuty ta­kiej nie ma, żebym o tobie nie pomyślał. A co myślę? W jednej minucie, że cię kocham, w drugiej, że nienawidzę. Kolejność przypadkowa. W jednej, że bez ciebie ani kroczka, w drugiej, że przy tobie stoję w miejscu albo na­wet, że się cofam. W jednej, że ogień, w drugiej, że woda… I tak bez prze­rwy. […]  Ot, klasyczna nienawimiłość.

🖇

Nie zareagowałaś.
     – Hej! – powtórzyłem.
     – Co mówisz? – wyrwałaś się z odrętwienia.
     – Gdzie byłaś?
     – Proszę?
     – Pytam, gdzie byłaś przed chwilą?
     – Bardzo, bardzo daleko.

🖇

Na cmentarzu.
     – Nie bój się życia – mówi zmarły ojciec. – I walcz o szczęście! Niczym nie ryzykujesz, bo czym tak naprawdę różni się szczęście od nieszczęścia? Tylko humorem! Szczęśliwy człowiek ma dobry humor, nieszczęśliwy – zły.
     […]  Ja wiem, że to straszne, ale całe to nasze – pożal się Boże – życie, cała nasza tajemnica bytu sprowadza się do lepszego i gorszego humoru… A od złego humoru nikt jeszcze nie umarł!

🖇

Pamiętaj też, że wielka miłość zaczyna się 
dopiero wtedy, gdy się kończy.

🖇

Czasem
     pogadałby człowiek sam ze sobą.
     Ale gdzie tam!
     Ja mu pytanie,
     a on mi
     dwa!

🖇

Wiktor:
     – Człowiek jest silny. Człowiek nie boi się sam siebie. Człowiek boi się tyl­ko tego, co nieobecne, czego nie widzi, nie słyszy i nie może dotknąć. Siłą człowieka jest jego słabość.

🖇

[…]  wszystko, co w życiu najpiękniejsze i najwartościowsze, rodzi się z niepokoju, z niezgody na życie, z niezgody na niezgodę.

🖇

W dorożce.
     Wiozę z dworca mężczyznę.
     – Wszędzie źle, ale w domu najgorzej – wzdycha.
     – Nawet kiedy się wraca z podróży? – nie dowierzam.
     – Eee, co to za podróż: dwa tysiące kilometrów. Wie pan, ze wszystkich podróży to ja najbardziej lubię te długie wycieczki w siebie. Lubię te po­dró­że, choć to nie wiadomo którędy. A i stacja docelowa nie wiadomo gdzie. Ale za to mają jeden ogromny plus; można wybierać się w nie w tramwaju, na ulicy, w pracy… Tyle nieznanych krajobrazów spotyka się po drodze, ty­le nie­odkrytych jeszcze miejsc.
     Pauza.
     – Lubię te podróże; wyruszam w nie bez biletu, a wracam z ty­lo­ma bagażami.

🖇

Kochaj to, co niczyje, a stanie się twoje,
kochaj to, co złamane, a stanie się proste.
Kochaj to, co szkaradne, a stanie się piękne,
kochaj to, co zmarznięte, a stanie się ciepłe.
[…] 
kochaj to, co cię rani, a przestanie boleć.
[…] 
Kochaj to, co nie kochasz, a zatrzymasz czas,
[…] 
kochaj to, czego nie ma, a zobaczysz… że jest!

Jarosław Borszewicz, Mroki,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2015.
(wyróżnienie własne)

Ze śmiercią bliskich mi ludzi
umierają pewne potrawy […].

🖇

W pewnej chwili łapię się na tym, że już od dłuższego czasu rozmawiam z nim.
     – Czy tam, gdzie teraz jesteś, ciepło jest, cicho jest, dobrze jest?
     Pauza.
     – Czy tam jest bardzo inaczej, niż tutaj bywało?
     Pauza.
     – Czy tam w ogóle jest?
     Pauza.
     – Stęskniłem się za tobą…

🖇

     – Moi rodzice nie żyją.
     – Jak to: nie żyją? Mówiłeś, że wczoraj rozmawiałeś z tatą!
     – Często rozmawiam z umarłymi, a ty nie?

🖇

jeszcze będziemy
szukać sensu życia
w kropelkach deszczu

🖇

Noc jest tą porą, kiedy myśli wszystkich ludzi spotykają się […].

(tamże)

5751. 101/365

są doświad­czenia, których nie zatrzymają żadne dane wcześ­niej obietnice. są takie, których nie uwięzisz w słowach, by było łatwiej zro­zu­mieć znaczenie i rozmach z jakim to, co się dzieje, zmiata pionki z plan­szy. jedyne, co można zrobić, to postarać się prze­trwać*.

101/365

________
  *  przetrwałam.

*

Davina Michelle, Beat Me,
[Official Song F1 Dutch Grand Prix].

ready, set, go
[…]
watch me pass it all

5750. —

Spotkanie trzech religii: buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu widać na słyn­nym obrazie przedstawiającym trzech mędrców smakujących ocet, na którym Siakjamuni (jak nazywano Buddę), Konfucjusz i Laozi stoją wokół dużego kotła octu symbolizującego życie. Konfucjusz stwierdza, że smak octu jest kwaśny, Budda czuje gorycz, ale taoista Laozi wy­czu­wa słodkość. Taoizm dąży do akceptacji rzeczy takimi, jakie są, ale też do odnajdywania piękna i zachwytu w obliczu tego, co przyziemne.

Andrew Juniper, Wabi sabi. Japońska sztuka dostrzegania piękna
w przemijaniu
, przeł. Wojciech Usarzewicz, Helion, Gliwice 2018.

poniedziałek, kwietnia 07, 2025

5749. Z oazy (CCCXXV)

Dwu­tygodniowe odliczanie literek, cztery. Hmmm, czemu sięgnęłam po tę książkę? Dziś już żadna z moich wewnętrznych figur nie pamięta. Jedno jest pewne, podobał mi się tytuł, tak bardzo pełen nadziei.

Ten ktoś we mnie, kto nie choruje, kto chce żyć pomimo i wbrew, mocno i z roz­ma­chem, na ile jest to możliwe, po ostatni dzień. Właśnie ten ktoś czytał mi tę książkę. Zaznaczał fragmenty, a potem wybierał te najważniejsze, bym miała je tu pod ręką.

[ciekawostka]
Domniemane prozdrowotne właściwości litu sprawiły, że do 1948 roku był on dodawany do napoju 7 Up (sió­dem­ka w nazwie wzięła się od masy ato­mo­wej litu).

🖇

[…]  zawsze musimy dotrzeć do jakiegoś zrozumienia, nawet jeśli nie do końca wiemy, co się naprawdę stało.

🖇

W Japonii docenia się fakt, że w coś włożono dużo trudu. Stąd pieczołowicie przycięte drzewka bonsai czy kilkugodzinne ceremonie picia herbaty. I cho­ciaż wynik też nie jest bez znaczenia, to jednak osiągnięcie go żmudną pracą samo w sobie zasługuje na szacunek.

🖇

Pragnienie śmierci zmienia się także na przestrzeni czasu i na ogół pomaga już samo trzymanie się życia, do­pó­ki pragnienie to całkiem nie wybrzmi.

🖇

Większość osób nie czerpie poczucia sensu z samego faktu życia, lecz znaj­du­je to poczucie w najróżniejszych aktywnościach. […]  Ludzie obserwują ptaki, zbierają karty z bejsbolistami, marynują cebulki i piszą blogi, należą do stowarzyszenia miłośników storczyków i robią mnóstwo innych rzeczy. Z dużą wprawą jesteśmy w stanie wykrzesać poczucie sensu niemal z ni­czego.

🖇

Rozważania nad sensem życia mogą wydawać się czymś zbytecznym. Życie po prostu jest i to my potrzebujemy narracji, sensu, żeby stało się dla nas zrozumiałe. […]  Sens życia dotyczy jego wartości, tego, że są dobre uczynki, dzięki którym życie staje się lepsze. Podobnie jak istnieją truskawki słodsze od innych i muzyka, która znaczy dla ciebie więcej niż inna, tak my możemy odbierać życie jako mające mniej lub więcej sensu.

🖇

Nic nie zrobiliście nie tak. Niczego nie przeoczyliście. Śmierć, którą opła­ku­je­cie, była złożona i nie dało się jej przewidzieć. Nasze mózgi płatają nam okrutne figle, kiedy wiemy, że ktoś zginął w wyniku samobójstwa: proste związki przyczynowe (zawsze błędne), fantazje o ratunku (rzadko możliwe) i wyobrażone, tworzone z perspektywy czasu, koncepcje, co można było zro­bić inaczej (nie do sprawdzenia). Zrobiliście wszystko, co mogliście, ma­jąc swoją wiedzę, dane możliwości i pozycję.
 // Tayler Black

🖇

[…]  sposób postrzegania samobójstwa jest kształtowany przez otoczenie, bo głos zmarłych umilkł.

🖇

Kwestie etyczne związane z pomocą w zakańczaniu życia i z samobójstwem są do siebie podobne. Kluczowe jest pytanie o prawo do decydowania o sa­mym sobie. Czy wolno zrobić tak, jak się chce, a jeśli nie, to dlaczego? […]  Co myśli dzisiaj o tym, co im [Peggy i Brooke Hopkins] się przydarzyło, i jak patrzy na zasady etyczne, na których studiowanie poświęciła tyle lat? Cóż, Peggy [Margaret Pabst Battin] uważa, że te logiczne argumenty za ze­zwo­le­niem na pomoc przy zakańczaniu życia i przeciwko niemu wciąż obo­wią­zu­ją, rzecz w tym, że nie sposób przewidzieć, jak będzie się je postrzegać, kiedy człowiek sam znajdzie się w takiej sytuacji. Ani Brooke, ani Peggy nie mogli przewidzieć zawczasu, jak to jest być w takiej sytuacji, w jakiej się znaleźli – ani tego, jak potwornie może to być trudne, ani tego, jak życie może mieć wtedy niesamowicie dużo sensu.
     […]  trudno podjąć decyzję, która jest naprawdę ostateczna, kiedy zawsze coś może się zmienić.

🖇

Najważniejsze okazało się opanowanie frazy złożonej z trzech słów „Potrze­bu­ję pomocy, teraz” – żeby prosić o pomoc nawet wtedy, kiedy człowiek czuje się kompletnie bezwartościowy, nie widzi przed sobą żadnej przyszłości, znika wszelka nadzieja.
     […]  proszenie o pomoc, gdy człowiek czuje się fatalnie, nie jest wcale proste.

🖇

Samobójstwo nie spada na człowieka jak grom z jasnego nieba, raczej jak grom z zachmurzonego nieba.
Bo Runeson

🖇

[…]  zapobieganie samobójstwom skupia się głównie na jednostce, co może powodować, że zapomina się o zagrożeniach, których źródłem jest społeczeństwo.

🖇

W gruncie rzeczy bardzo niewielu spośród tych, którzy popełniają samobójstwo, faktycznie chce umrzeć, w tamtej chwili jest im po prostu zbyt trudno żyć z odczuwanym bólem. Gdyby istniał jakiś przycisk „stop”, prawdopodobnie wielu zdecydowałoby się go użyć.

🖇

Długi cień, jaki samobójstwo rzuca na czyjąś egzystencję, kładzie się też na nasze wspomnienia. Pamiętamy ostatnie przedsięwzięcie tej osoby, ostatnią minutę jej życia. Dobre lata przestają się wtedy liczyć.

🖇

To, że przeważająca część osób, które przeżyją próbę odebrania sobie życia, nie popełnia później samobójstwa, tylko umacnia hipotezę, że nie chodzi tu o długotrwałe, dobrze przemyślane pragnienie śmierci, ale raczej o coś tymczasowego, co po drugiej stronie, jeśli tylko się przez to przejdzie, ma życie, wystarczająco dobre życie.

🖇

Dla mnie w życiu wartym życia – w moim życiu – chodzi także o za­ak­ce­pto­wa­nie tego, że nie mogę wszystkiego kontrolować. Czasem jest, jak jest. Na dobre i na złe. Mogę płynąć z nurtem życia i to jest w porządku.

Christian Rück, Życie warte życia. Esej o samobójstwie,
czymś typowo ludzkim
, przeł. Agata Teperek,
Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2025.
(wyróżnienie własne)

Każdy kształtuje własne wspomnienia, które jak gałęzie drzewa rozrastają się na wszystkie strony.

🖇

Pytam Bo [Runesona], co sprawia, że jego własne życie jest warte życia.
     Cóż, myślę, że każdy z nas ma jakieś osiemdziesiąt lat, żeby tak ukształtować swoje życie, by znalazło się w nim miejsce na relacje z innymi ludźmi, to one są dla mnie kluczowe, jeśli chodzi o nadawanie sensu”, mówi. „Bycie miłym dla innych zwraca się z nawiązką. Daje nam tak wielkie poczucie ciepła. Zwykle powtarzam, że dobrze jest motać się przez te osiemdziesiąt lat, które są nam dane, i doświadczyć wszystkiego, co istnieje”.

🖇

Poprzez akceptację – spojrzenie prawdzie prosto w oczy – można się zmienić.

🖇

Arystoteles, urodzony w 384 roku p.n.e., zajmował się wieloma dziedzinami: od matematyki, przez logikę i bio­lo­gię, po geologię. Twierdził, że we wszystkim kryje się pewna esencja. Podobnie jak świat w ogóle, tak sa­mo ludzie mają pewną esencję, sens albo cel, z któ­rym się rodzą. Ot, wystarczy nas podłączyć do życia.

🖇

[…]  moje doświadczenie wskazuje, że to, co wydaje się beznadziejne, może ulec poprawie.

(tamże)

5748. Z oazy (CCCXXIV)  // Panna cotta (CLIII)

Dwu­tygodniowe odliczanie literek, trzy. Marzec tego roku, bólowy rekord. Cie­szy­łam się jak dziecko, widząc jak dobiegają końca ostatnie dni tego miesiąca. Świę­tu­jąc przetrwanie, między innymi wyklikałam tę książkę, która ku mojemu za­sko­cze­niu dotarła do ula w niespełna trzydzieści sześć godzin.

Wyczytałam każdą literkę kilkadziesiąt razy, wydotykałam każdą kartkę, pasłam oko kreską. Powolutku, delektując się, przepisałam te fragmenty, które chcę tu mieć, nie gubiąc głównych wątków. Studiując stronę redakcyjną, wywnioskowałam, że przy­go­dy tych przyjaciół to nie jest jeszcze zamknięta sprawa. Jest nadzieja na kolejną część. Już czekam.

A książka? O miłości, miłości i miłości. Certamente che sì! No, oczywiście, że tak!

Orso non voleva tornare alla tana di Tasso. Né ripensare alla loro li­ti­ga­ta. E nemmeno al loro scambio di insulti. Voleva cancellare tutto. Se solo fosse esistita una gomma per cancellare dal mondo tutte le cose che non gli piacevano e lasciare solo quelle belle. I fiori viola e gialli che sboc­cia­va­no intorno al ciliegio. […]
     Pensò di andare a vedere al fiume. Forse i colori gli erano caduti quan­do si era sporto per guardare i pesci rossi.

[Niedźwiedź nie chciał wracać do nory Borsuka. Ani myśleć o ich kłótni. Ani też o ich wy­mia­nie obelg. Chciał wszystko usunąć. Gdyby tylko istniała gumka do wymazywania wszystkich tych rzeczy, których nie lubił, pozostawiając tylko te piękne. Fioletowe i żółte kwiaty, które kwitły wokół drzewka czereśni. […]
     Pomyślał, by pójść nad rzekę. Może kolory spadły z niego, gdy wychylił się, by po­patrzeć na złote rybki.]

🖇

Attorno a Orso tutto era colorato, mai lui no. Il cielo era azzurro, il sole rosso e il rospo verde. Senza più colori, Orsa e gli amici lo avrebbero tro­vato noioso e sgradevole.
[Wokół Niedźwiedzia wszystko było kolorowe, tylko nie on. Niebo było błękitne, słońce czerwone, a ropucha zielona. Bez kolorów, jego przyjaciele i Niedźwiedzica uznają go nud­nym i odpychającym.]

Orso vide una cosa rotonda galleggiare in mezzo al fiume e con bastone la tirò a riva. Era il copertone di una ruota. Che strano! Cosa ci faceva lì nell’acqua? Forse ci era finito durante la tempesta della notte prima.
[Niedźwiedź zobaczył coś okrągłego, dryfującego środkiem rzeki. Kijem przyciągnął to na brzeg. Ale dziwne! To opona. Co robiła w wodzie? Może zapodziała się aż tutaj podczas burzy zeszłej nocy.]

🖇

Si mise il copertone in testa e tornò a casa. Così, senza colori. Non gli pia­ce­va cercali da solo. E non voleva andare da Tasso […]. A chi altri poteva chiedere aiuto?
     Orsa era occupata, Scoiattolo era in viaggio e chissà quando sarebbe tornato.
     E Lupo? Che fine aveva fatto?

[Położył oponę na głowę i wrócił do domu. Tak, wciąż był bez kolorów. Nie podobało mu się szukanie ich samemu. I nie chciał iść do Borsuka. […] Kogo innego mógł poprosić o po­moc?
     Niedźwiedzica była zajęta, Wiewiór był w podróży i kto wie, kiedy wróci.
     A Wilk? Gdzie się podziewał?]

🖇

Il giorno dopo, di buon mattino, si mise lo zaino in spalla e si inerpicò sul­la collina.
     Arrivò sul cucuzzolo ansimando e con la lingua a penzoloni. Come gli era venuto in mente di farsi una tana in cima a una collina?
     «Lupo!», gridò. «Ci sei?»

[Dzień później, z samego rana Niedźwiedź zarzucił na ramię plecak i wspiął się na wzgórze.
     Z wywieszonym jęzorem, sapiąc, dotarł na szczyt wzgórza. Jak Wilk wpadł na pomysł, by zrobić sobie norę na wierzchołku wzgórza?
     — Wilku! — krzyknął. — Jesteś tu?]

🖇

«Oh, Orso, che piacere vederti!» esclamò Lupo.
     «Ma cosa ti è successo?»
     «Ecco... stavo dando la caccia a una zanzara, sono scivolato e... patapum!»
     Orso si grattò la testa. Non sapeva se ridere o piangere.
     «E non è venuto nessuno ad aiutarti?»
     «Gli altri lupi non vogliono saperne di me. Dicono che un vero lupo non va in giro con orsi, tassi o scoiattoli... E che insomma io non sono un vero lupo, visto che vi frequento
     «Roba da matti», replico Orso.
     «E se sapessero che...» fece Lupo, ma si fermò a metà frase.
     «Se sapessero cosa?»
     «Niente, niente... È un segreto...» disse Lupo con voce incerta, scuoten­do la testa.

[   — O, Niedźwiedziu, jak miło cię widzieć! — zawołał Wilk.
     — Ale co ci się stało?
     — Cóż… polowałem na komarzycę, poślizgnąłem się… i łup!
     Niedźwiedź podrapał się w głowę, nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać.
     — I nikt ci nie przyszedł z pomocą?
     — Inne wilki nie chcą mnie znać. Mówią, że prawdziwy wilk nie prowadza się z niedź­wie­dzia­mi, borsukami czy wiewiórkami… Krótko mówiąc, nie jestem prawdziwym wilkiem, skoro spotykam się z wami tak często.
     — Wariactwo! — odrzekł Niedźwiedź.
     — A gdyby wiedzieli, że… — oznajmił Wilk, ale zatrzymał się w połowie zdania.
     — Jeśli wiedzieliby co?
     — Nic, nic… To sekret… — powiedział Wilk niepewnym głosem, kręcąc głową.]

«Sì, dai, andiamo fuori a guardare le nuvole e a sgranocchiarci qual­co­sa», propose Orso.
[   — Dawaj, idziemy na zewnątrz pogapić się na chmury i coś przegryźć — zaproponował Niedźwiedź.]

🖇

Orso prese Lupo tra le braccia e s’incamminò zigzagando tra cian­fru­sa­glie e carabattole di ogni sorta. Certo che pesava un bel po’, il suo amico. […]  Forse Orsa aveva ragione, un po’ di palestra non gli avrebbe fatto male.
     I due amici si divisero le mele e la cioccolata.

[Niedźwiedź wziął Wilka w ramiona i idąc zygzakiem między rupieciami i śmieciami wszel­kie­go rodzaju. Pewnie, że jego przyjaciel ważył sporo. […] Może Niedźwiedzica miała rację, odrobina siłowni by mu nie zaszkodziła.
     Dwoje przyjaciół podzieliło się jabłkami i czekoladą.]

🖇

Tre nuvoloni scuri che annunciavano un vento di tramontana attra­ver­sa­ro­no il cielo.
     «Devo andare, si sta facendo tardi.»
     «Sono contento che tu sia venuto», disse Lupo.
     Orso prese lo zaino e iniziò a scendere. […]  Ripensò a Lupo, tutto solo, lassù, che non si poteva muovere. Se ci fosse stato un modo, se lo sarebbe infilato nello zaino e lo avrebbe portato giù con sé.

[Trzy ciemne chmurzyska, które zapowiadały zimny północny wiatr, przemierzały niebo.
     — Muszę iść, robi się późno.
     — Jestem wdzięczny, że do mnie przyszedłeś — powiedział Wilk.
     Niedźwiedź wziął plecak i zaczął schodzić ze wzgorza. […]  Znów myślał o Wilku, całkiem sam, tam na górze, nie może się ruszać. Gdyby był w stanie włożyć go do plecaka i spro­wa­dzić go ze sobą na dół.]

🖇

Il giorno seguente, di buon'ora, Orso si sedette a fare colazione con Orsa: «Potremmo invitare Lupo qui da noi finché non si rimette in sesto.»
     «E come fa a scendere da lassù?» gli chiese Orsa.
     «Sto cercando una soluzione.»

[Następnego dnia z samego rana Niedźwiedź usiadł do śniadania z Niedźwiedzicą:
     — Moglibyśmy zaprosić Wilka do nas, aby został z nami, dopóki nie stanie na nogi.
     — A jak go stamtąd ściągnąć? — zapytała Niedźwiedzica.
     — Właśnie szukam pomysłu.]

🖇

[…]  dalla finestra vide Tasso avvicinarsi alla porta con fare esitante. Il cuore gli balzò in gola. Tasso bussò. Orso non sapeva cosa fare. Una par­te di lui desiderava abbracciarlo e l'altra non voleva vederlo mai più.
     «Orso, apri, sono io, so che sei in casa.»
     Orso aprì la porta. Si guardarono in silenzio e poi Tasso esclamò: «Uuh, ma cosa ti è successo?»
     «Mi sono spariti i colori.»
     «Davvero pazzesco. Non avevo mai visto un cosa del genere», fece Tasso con ammirazione. «Vuoi che ti aiuti a cercarli?»

[[…] przez okno zobaczył Borsuka zbliżającego się niepewnie. Serce podeszło mi do gardła. Borsuk zapukał do drzwi. Niedźwiedź nie wiedział, co robić. Jedna jego część chciała Bor­su­ka uścisnąć, ale druga nie chciała go widzieć nigdy więcej.
     — Niedźwiedziu, otwórz, to ja, wiem, że jesteś w domu.
     Niedźwiedź otworzył drzwi. Przyglądali się sobie w milczeniu, a potem Borsuk wy­krzyk­nął:
     — Uuu, co ci się stało?>
     — Straciłem kolory.
     — To naprawdę szaleństwo. Nigdy nie widziałem czegoś takiego — powiedział z mi­ło­ścią. — Chcesz, żeby ci pomóc je odszukać?]

🖇

Orso […]  rispose: «Prima dobbiamo aiutare Lupo... Si è rotto una zampa ed è solo come un cane.»
     «E allora andiamo da lui», disse Tasso con determinazione.
     «E ha un segreto», aggiunse Orso.
     «Un segreto?» chiese Tasso. «E che segreto è?»
     «Non lo so, ma la faccenda mi preoccupa.»

[Niedźwiedź […] odpowiedział:
     — Najpierw musimy pomóc Wilkowi… Złamał sobie łapę i jest sam niczym bezpański pies.
     — W takim razie idziemy do niego — powiedział Borsuk z determinacją.
     — I ma sekret — dodał Niedźwiedź.
     — Sekret? — zapytał Borsuk. — A co to za sekret?
     — Nie wiem, ale ta sprawa mnie martwi.]

🖇

I due si misero a escogitare un modo per portare giù Lupo da lassù e con­ti­nuarono a scambiarsi idee fino all'arrivo del buio.
[We dwójkę rozpoczęli wymyślać sposób, by ściągnąć Wilka z góry na dół i nie ustawali wy­mie­niania się pomysłami, aż nadciągnął mrok.]

🖇

Orso si alzò scuotendo la testa e guardò fuori dalla finestra. Sotto la lan­ter­na del portico c’era il copertone che aveva ripescato dal fiume. Gli ba­le­nò un’idea.
     «Ho trovato, costruiamo una teleferica!» esclamò in preda all’en­tu­siasmo.
     Questa volta Tasso accolse la proposta con un sorriso. Prese un foglio e cominciò a disegnare lo schizzo […].
     «Questa sì che è una bella pensata», affermò. «Faremo la teleferica più incredibile che si sia mai vista!»

[Potrząsając głową, Niedźwiedź wstał i wyjrzał przez okno. Na oświetlonej werandzie znaj­do­wa­ła się wyłowiona z rzeki opona. Błysnął mu pewien pomysł.
     — Znalazłem, zbudujemy tyrolkę! — wykrzyknął w przypływie entuzjazmu.
     Tym razem Borsuk przyjął propozycję z uśmiechem. Wziął kartkę papieru i zaczął szki­co­wać schemat […].
     — O tak, to piękna idea — przyznał. — Zrobimy najbardziej niesamowitą tyrolkę, jaką kiedykolwiek widziano.]

🖇

La mattina successiva partirono prima dell'alba per montare la te­le­fe­ri­ca. […]  A Lupo sarebbe bastato sedersi sul copertone e lasciarsi scivolare a valle.
[Następnego ranka ruszyli przed świtem, by zamontować tyrolkę. […] Wystarczy, że Wilk usiądzie na oponie i zsunie się w dół do doliny.]

Tutto era pronto per l’indomani.
     Tasso e Orso erano emozionati e trepidanti.

[Wszystko było przygotowane na następny dzień.
     Borsuk i Niedźwiedź byli podekscytowani i niespokojni.]

🖇

Lupo non sembrava troppo convinto e continuava a tremare come una foglia.
     «Non mi dispiace mica rimanere quassù, eh, si sta davvero bene», non smetteva di ripetere.
     […]
     «Non preoccuparti, è tutto sotto controllo», lo rassicurò Tasso.
     «Esatto», aggiunse Orso. «Sotto il massimo controllo.»

[Wilk nie wydawał się zbyt przekonany i nie przestawał trząść się niczym liść.
     — Nie mam nic przeciwko temu, żeby zostać tu na górze, jest tu naprawdę dobrze — nie przestawał powtarzać.
     […]
     — Nie martw się, wszystko jest pod kontrolą — zapewnił go Borsuk.
     — Dokładnie — dodał Niedźwiedź. — Pod maksymalną kontrolą.]

E quasi in contemporanea lasciarono andare la corda.
     Il copertone iniziò a scivolare molto lentamente, cigolando, ma all'im­provviso prese la velocità. […]  Arrivato a salice, Lupo fu sbalzato via dal copertone e... splash, finì in acqua come un sasso.

[I prawie w tym samym czasie puścili linę.
     Opona zaczęła się zsuwać bardzo powoli, skrzypiąc, ale nagle nabrała prędkości. […] Dojechawszy na dół w okolicę wierzby, Wilk został zdmuchnięty z opony i… chlup, wpadł do wody niczym kamień.]

🖇

Orso e Tasso si precipitarono allarmati giù dalla collina, con il cuore in gola. Questo no faceva pare dei loro piani.
[Niedźwiedź i Borsuk rzucili się zaniepokojeni w dół wzgórza z sercem w gardle. To nie było częścią ich planu.]

Lupo non sapeva nuotare e si sbracciava ululando.
     Per fortuna passò un tronco e ci si aggrappò con tutte le sue forze.

[Wilk nie umiał pływać i wymachując ramionami wył.
     Na szczęście przepływała obok kłoda i przylgnął do niej z całych sił.]

🖇

In quel momento sentirono una melodia giungere dalla strada e alzarono la testa in simultanea.
     Qualcuno si avvicinava fischiettando... Sembrava... sì... era Scoiattolo, in sella a una bicicletta.
     […] 
     «Scoiattolo, che bello averti qui con noi», esclamò Tasso battendo le mani.
     Orso corse ad abbracciarlo e Lupo lo salutò con la zampa.
     «Sembra che siate stati travolti da uno tsunami», osservò Scoiattolo.
     «Sei arrivato giusto in tempo», fece Tasso.
     Misero Lupo nel cesto della bicicletta e si incamminarono verso la tana di Tasso.

[W tym momencie usłyszeli melodię dochodzącą z drogi i jednocześnie podnieśli głowy.
     Ktoś zbliżał się gwiżdżąc… Wydawało się… tak… to był Wiewiór na siodełku roweru.
     […]
     — Wiewiórze, jak dobrze mieć cię tutaj z nami! — wykrzyknął Borsuk klaszcząc w łapki.
     Niedźwiedź pobiegł uściskać Wiewióra, a Wilk pozdrowił go uniesioniem łapy.
     — Wygląda, jakby przetoczyło się po was tsunami — stwierdził Wiewiór.
     — Jesteś w samą porę — powiedział Borsuk.
     Wsadzili wilka do rowerowego koszyka i ruszyli w stronę nory Borsuka.]

🖇

Stava scendendo la sera e fuori cadeva una pioggerellina fine come il pelo di un gatto.
     All'interno, il profumo del tè alla fragola solleticava le narici. Biscotti al cioccolato, torta di limone e tè alla fragola. Cosa c’era di meglio?
     «Allora, Lupo, cosa ti è successo alla zampa?» chiese Scoiattolo.
     «È stata tutta colpa di una zanzara», intervenne Orso.

[Nadciągnął wieczór, na zewnątrz padał deszczyk delikatny jak sierść kotka.
     Wewnątrz zapach truskawkowej herbatki łechtał nozdrza. Czekoladowe ciasteczka, tarta cytrynowa i truskawkowa herbata. Co mogło być lepszego?
     — No dobra, Wilku, co ci się stało w łapę? — zapytał Wiewiór.
     — To wina jakiejś komarzycy — wtrącił Niedźwiedź.]

🖇

«Uhm... devo confessarvi che questa storia della zanzara è una bugia», fece Lupo con aria imbarazzata.
     Tre paia di occhi si girarono verso di lui in un silenzio palpitante.
     «Mi vergogno di raccontarvi la verità.»
     «Ha qualcosa a che fare con il tuo segreto?» chiese Orso.
     Lupo fece cenno di sì con la testa.
     «Volevo raccogliere un bellissimo fiore viola in un posto impervio... per regalarlo a qualcuno di molto speciale.»

[    — Hmmm, muszę wam wyznać, że ta historia z komarzycą to kłamstwo — powiedział z zżenowaniem Wilk.
     W pulsującej ciszy trzy pary oczu odwróciły się w jego kierunku.
     — Wstydzę się powiedzieć wam prawdę.
     — Czy to ma coś wspólnego z twoim sekretem? — zapytał Niedźwiedź.
     Wilk dał znak głową, że tak.
     — W trudno dostępnym miejscu chciałem zerwać piękny fioletowy kwiat… by podarować go komuś bardzo specjalnemu.]

🖇

«E chi sarebbe?» chiese Tasso.
     «Non lo conoscete», ribatté Lupo arrossendo.
     «Non è che ti sei innamorato?» intervenne Scoiattolo.
     «È un segreto... e se ve lo raccontassi scoppiereste a ridere.
     «A noi piacciono i segreti», disse Orso, leccando un biscotto al cioccolato.

[    — A kto to? — zapytał Borsuk.
     — Nie znacie go — odparł Wilk rumieniąc się.
     — To nie tak, że się zakochałeś? — zareagował Wiewiór.
     — To sekret… gdybym wam go zdradził, wybuchnęlibyście śmiechem.
     — Lubimy sekrety — powiedział Niedźwiedź, oblizując czekoladowe ciasteczko.]

🖇

Lupo trangugiò il suo tè tutto d'un fiato e poi dichiarò: «...È Blu... L'ho conosciuto al fiume... stava pescando vermi e le sue piume colore cobalto brillavano tra il cielo e l'acqua... Mi ha offerto un pezzettino di verme, mi ha sorriso... e poi è volato via.»
     Lupo sospirò e aggiunse: «...E adesso non riesco a smettere di pensare a lui... Scrivo il suo nome sulle pietre e mando baci e parole dolci al vento...»
     «Ma questa mi sembra una cosa bellissima!» esclamò Scoiattolo.
     «Non lo so... Perché l'ho perduto. Il mio piccolo segreto se n’è andato via», gemette Lupo.

[Wilk na jednym wdechu wytrąbił całą swoją herbatkę, a potem oznajmił:
     — …Ma na imię Szafirek… poznałem go nad rzeką… odławiał robaki i jego kobaltowe piór­ka błyszczały między niebem a wodą… zaproponował mi kawałeczek larwy, uśmiechnął się do mnie… a potem odleciał.
     Wilk westchnął i dodał:
     — I teraz nie jestem w stanie przestać o nim myśleć… Wypisuję jego imię na kamieniach, ślę całuski i słodkie słowa na wiatr…
     — Ale to mi wygląda na coś pięknego! — wykrzyknął Wiewiór.
     — Nie wiem… Ponieważ go straciłem. Mój mały sekret zniknął — jęknął Wilk.]

🖇

«Puoi scrivergli una lettera», propose Orso.
     «Sì, e invitarlo a prendere un tè alla fragola con noi», aggiunse Tasso.
     «Davvero non vi darebbe fastidio?» domandò Lupo.
     «Certo che no, e perché mai dovrebbe?» ribatté Tasso.
     «Non si è mai visto un lupo innamorato di un uccellino», fece Lupo.
     «C’è una prima volta per tutto», intervenne Orso.

[   — Możesz do niego napisać list — zaproponował Niedźwiedź.
     — Tak, i zaprosić na herbatkę truskawkową z nami — dodał Borsuk.
     — Naprawdę, nie mielibyście nic przeciwko? — zapytał Wilk.
     — Pewnie, że nie, a dlaczego miałby to być kłopot? — odparł Borsuk.
     — Nigdy nie widziano wilka zakochanego w ptaszynce — stwierdził Wilk.
     — Zawsze jest ten pierwszy raz — wtrącił Niedźwiedź.]

Scese un silenzio dolce come una ciliegia.
     «Il tè è delizioso e i biscotti da leccarsi i baffi», affermò Lupo compiaciuto.
     «Sì, è tutto squisito», gli fece eco Orso.

[Zapadła cisza słodka jak czereśnie.
     — Herbata jest przepyszna, a ciasteczka, palce lizać — stwierdził Wilk zadowolony.
     — Tak, wszystko jest wyśmienite — powtórzył Nidźwiedź.]

🖇

«E tu, Scoiattolo, che cosa hai trovato?» chiese Tasso. Scoiattolo si era fatto silenzioso.
     I tre si alzarono per guardarlo meglio e videro che si era ad­dor­men­ta­to con un sorriso sulle labbra e del cioccolato sulla punta del naso.
     Tasso gli mise sopra una coperta e sussurrò: «Per i racconti di Sco­iat­to­lo dovremo aspettare domani.»

[   — A ty, Wiewiórze, co znalazłeś? — zapytał Borsuk. Wiewiór milczał.
     We trójkę podnieśli się, by przyjrzeć mu się lepiej, i zobaczyli, że zasnął z uśmiechem na ustach i czekoladą na czubku nosa.
     Borsuk przykrył go kocem i szepnął:
     — Na opowieści Wiewióra będziemy musieli poczekać do jutra.]

🖇

Sulle palpebre dei loro occhi danzavano i ricordi della giornata, mentre fuori il crepuscolo allungava la sua ombra sul bosco.
     Senza che nessuno se ne fosse accorto, Orso aveva ritrovato i suoi co­lori.

[Podczas gdy na zewnątrz zmierzch rozciągał swój mrok nad lasem, pod ich powiekami tańczyły wspomnienia wydarzeń całego dnia.
     Nikt nie zauważył kiedy i jak, ale Niedźwiedź odzyskał swoje kolory.]

Eulàlia Canal, L’amore è un segreto blu, ilustr. Toni Galmés, z j. katalońskiego przeł. Luigi Cojazzi,
Terre di mezzo Editore, Milano 2024.
(wyróżnienie własne)