niedziela, sierpnia 13, 2023

5147. Z oazy (CLXXII)

Od­liczanie literek, najzwyklejsze, nieprzeterminowane, raz. Trzecia część, ale pierwsza, która nie chciała wciągnąć prawie do połowy historii. Na nic się zdała pierwsza scena z przytupem, badająca moje granice i zmuszająca do znalezienia znaczenia słowa, którego nie znałam, a fakt, że był to rzeczownik, niespecjalnie pomagał.

Łyknęłam haczyk dopiero, gdy swój na swego trafił, gdy po raz pierwszy w całym cyklu wiedziałam, na czym będzie polegał ostry zakręt. Tak, druga połowa to maj­ster­sztyk. Równie pyszny jak całe dwie pierwsze części-nieczęści.

W tej powieści nie ma przedmowy, jest zacna dedykacja, którą koniecznie muszę tu mieć.

Dedykuję tę książkę okłamywanym żonom polskich kryptogejów
– w szczególności tych oglądanych codziennie na ekranach
naszych telewizorów, na deskach scen naszych teatrów,
na murawach boisk, w fotelach naszego Sejmu
oraz w internetowych portalach i w celebryckich
rankingach.

Dedykuję ją także zakłamanym pedziom,
którzy umierają ze strachu przed ujawnieniem,
którzy oszukują swoje żony i dzieci, udając
macho i gorliwych konserwatystów.

*  *  *

Czy teraz ktokolwiek czyta cokolwiek? Może jakieś nawiedzone blogerki, nikt poza nimi.

*

Nazwanie problemu po imieniu będzie definitywnym spa­le­niem za sobą mostu. Nawet nie za sobą, przecież ja na tym moście wciąż stoję, nie dotarłem na drugi brzeg.

*

Przewracam się na plecy i patrzę w sufit. Do czego mnie to doprowadzi… Sta­ran­nie omijam tę myśl, spycham na dno, odwracam się od niej. Brak mi sił, żeby się z nią teraz zmierzyć.

*

Nad czym tu się zastanawiać? To się nie bierze z głowy! Tak się dzieje albo nie.

*

Bo ewolucja wyposażyła nas w wolną wolę i inteligencję. Ale nawet one w pew­nych sytuacjach okazują się słabsze od popędu seksualnego. I oczy­wi­ście, że dużo o tym myślałem! Jestem taki, jaki jestem. Nigdy nie po­tra­fi­łem uwierzyć, że jestem tylko genetycznym błędem. Szukam więc naukowego uzasadnienia swojego istnienia.

*

     – Twoim zdaniem homoseksualizm jest normalny?
     – Jest wariantem normalności.

*

     – Anka, co ja ci mam wytłumaczyć?!
     – Dlaczego?
     – Nie wiem!!! Kurwa, czy do ciebie to nie dociera?! Nie mam pojęcia! A dlaczego ty oddychasz?
     – Bo żyję.
     – I ja też chcę! Chcę żyć!

*

[…]  przyglądanie się owłosieniu, kształtom, mięśniom – sprawia mi to po prostu przyjemność. Działa na mnie erotycznie. Cholernie.

*

Ale nie protestuję. W ogóle nic nie mówię, bo słowa usankcjonowałyby jakoś tę sytuację, urzeczywistniły, nadałyby jej znaczenie.

*

Czasem prawdziwy kształt rzeczy możemy ujrzeć, obserwując je kątem oka.

*

     – […]  A teraz właśnie Polak został papieżem. To dla nas bardzo ważne. Dla Polski.
     – Czyli wcześniej nie było papieża? – upewniam się.
     – Był. Ale umarł. Wybrano nowego i jest nim właśnie Polak. To funkcja, jeśli tak można powiedzieć.
     – Zawód?
     Ciotka Iga rzuca rozpaczliwe spojrzenie mamie.
     – Tak – odzywa się wreszcie mama. – To taki zawód. Papież jest dy­rek­to­rem wszystkich kościołów na świecie.
     – Tata też jest dyrektorem – mówię po krótkiej chwili. – Te­le­wi­zji, a te­le­wi­zja jest ważniejsza od kościoła, bo jest wszędzie w powietrzu. Czyli tata jest ważniejszy od papieża?
     […] 
     Następnego dnia w przedszkolu mówię do pani przedszkolanki:
     – Mój tata jest ważniejszy od papieża.
     Za karę muszę siedzieć przez piętnaście minut na podłodze przy ka­lo­ry­ferze w kącie sali.

*

     – Ty nie jesteś słoik, tylko przyjezdna – uśmiecham się wyrozumiale. – Przeniosłaś się z Puław do Warszawy jeszcze w zeszłym stuleciu, to się nie liczy.

*

W mgnieniu oka zalewają mnie jednocześnie wściekłość, strach i wstyd. Wściekłość znika pierwsza, wstyd blednie. Zostaje strach.

*

Ale co ja wiem? Tylko tyle, ile zechce mi powiedzieć, czyli w zasadzie nic.

*

     – Kto to? – pytam Małgosię półgłosem.
     – Samiec – wzrusza ramionami. – Kola jest?
     – Tak. Co to za chłopak?
     – Normalny. Chyba. Nie wiem jeszcze na pewno.
     – Czego nie wiesz na pewno? – Paweł wyjmuje z lodówki piwo i siada na krześle.
     – Czy normalny. Dziś się poznaliśmy.

*

W książce jest, co prawda, sporo momentów, ale czy są wystarczająco oryginalne i na tyle pornograficzne, aby były już artystyczne?

*

     – O Jezu! – wykrzykuję. – Co ma piernik do wiatraka?!
     – A kto jest kto? – odpowiada pytaniem Kris, mrużąc oko.
     – Słucham?
     – Kto jest wiatrakiem? Ja czy pan?
     […] 
     – Jedno jest pewne… – mówię, skręcając w Odyńca. – Ja jestem pier­ni­kiem. Przynajmniej z twojej perspektywy.
     – Nie powiedziałbym. Chociaż lubię pierniki. Szczególnie słodkie. I twarde.

*

Lekceważący stosunek do mnie to kompromis z obu stron – on nie atakuje zbyt agresywnie, ona zbyt zażarcie nie broni.

*

[…]  przyciska łokcie do boków, prostuje plecy.
     Wbrew pozorom nie jest to pozycja bojowa, ale obronna. Praw­do­po­dob­nie podświadomość podpowiada mu, że gdy wyda się wyż­szy, uchro­ni go to przed atakiem. Podobno drapieżniki mniej chętnie polują na ofiary prze­wyż­sza­ją­ce je wzrostem – choć to chyba bzdura, bo inaczej dziś w Afryce żyłyby tylko żyrafy.

*

[…]  dziś przecież sami dyslektycy w tym kraju żyją, co drugi to dyslektyk. I jeszcze z dumą to oznajmia, a przecież kiedyś błąd ortograficzny to był wstyd i kompromitacja! Dyslektycy! Matoły, lenie pieprzone, a nie dys­lek­ty­cy, uczyć im się nie chciało! Kiedy ja do szkoły chodziłam, to w ogóle nikt takiego słowa nie znał – dyslektyk. Pisał człowiek dyktanda, tak długo prze­pi­sy­wał, po dwieście razy, aż się nauczył wreszcie, że rzeżucha, że grze­grzół­ka, że skuwka… O, Borze jedyny!

*

     – […]  Nie rozumiem cię!
     – A kiedy ty mnie rozumiałeś?
     – Nigdy!
     – No właśnie.

*

     – Nie mogę tak po prostu… Bo on przecież… On nie może mi tego…
     – Oj, nie! – przerywa mi Kaśka. – Nie dam rady, nigdy się nie na­da­wa­łam do takiego obracania gówna w paluszkach na wszystkie strony, a teraz to już w ogóle. Gówno z każdej strony wygląda tak samo.

*

Chwilami mam wrażenie, jakby grunt usuwał mi się spod stóp, a chwilami – jakbym sam unosił się nad nim lekki niczym strzępek papieru.

*

     – Rzygać mi się chce – oznajmiam. – Gdy sobie pomyślę, że miałeś w ustach męski członek, a ja cię potem całowałam, robi mi się niedobrze.
     – Po pierwsze, nie miałem – wzdycha, a po krótkim namyśle dodaje: – A po drugie, ty miewałaś w ustach kutasa znacznie częściej, a mnie jakoś to nie przeszkadzało, gdy cię całowałem.

*

Nie da się naprawić zła wyrządzonego jednemu człowiekowi, będąc dobrym dla innego. Co najwyżej można uciszyć wyrzuty sumienia.

*

Słowa same układają się w mojej głowie, czekają grzecznie w kolejce do ust. Od lat nie czułem nic podobnego.

*

Nic nie wiem, nie zastanawiałem się, co będzie dalej, czas i przestrzeń skurczyły się dla mnie do tej jednej maleńkiej chwili i do tej kanapy – do tego momentu zamkniętego granicą wytyczoną przez jego ramiona. Bez przedtem i bez potem.

*

Uśmiecham się mimowolnie, odblokowuję zamki.
     – Z próżności do wieczności – rzuca, zapinając pas bezpieczeństwa.
     – To znaczy?
     – To znaczy, że jak ostatni idiota założyłem tylko T-shirt i cienką bluzę, żeby ci się wydać bardziej maczoseksi – śmieje się. – A piździ jak cholera, przewiało mnie na wylot.
     – Zaraz się rozgrzejesz – mówię i podkręcam ogrzewanie.

*

     – […]  nigdy nie…
     […] 
     – Co nigdy? – pyta szeptem.
     – Nic nigdy – odszeptuję.

*

[…]  moje życie już jest inne. Na dobre. Straciłem bardzo dużo, sądziłem jed­nak, że więcej zyskuję. Bilans wychodził na plus. Teraz wynik jest nie­ja­sny. Oczywiście czuję żal. Myślę o tych wszystkich momentach, których nie do­świad­czę. O jego dotyku, o słowach. O spojrzeniach. O seksie także oczy­wi­ście, o pocałunkach. O zapachu, o smaku. O obecności – ta chyba jest naj­wa­żniej­sza. Taki znajomy niedosyt, znajomy brak. […]  Znowu tu je­stem. I znowu czuję to samo – jedyna różnica, że tym razem umiem okre­ślić swoje emocje i wiem już, skąd się biorą. Tyle że to nie upraszcza sytuacji. Wtedy, gdy było mi źle, włączał się instynkt samozachowawczy, który po­ma­gał mi się pozbierać. Teraz sprawa zależy przede wszystkim od mózgu, a ten jest znacznie bardziej ułomny. Lepki. Wiem już, dlaczego czuję to, co czuję. Wiem, że zacząłem się zakochiwać w tym chłopaku, co gorsza, mam absurdalną pewność, że pokochałbym go naprawdę, gdyby mi na to po­zwo­lił. Wtedy nie znałem przyczyny swojego przygnębienia, system ner­wo­wy oczyszczał się więc automatycznie, prędko i definitywnie. Teraz jestem świa­do­my sedna mojego niespełnionego pragnienia. Ta świadomość nie zniknie tak łatwo. Mój mózg nie odpuści, będzie drążył temat, obracał go i analizował na wszystkie strony, potęgował problem.
     […]  fakt, że zdaję sobie sprawę, kim i jaki jestem, powoduje, że – nawet nieszczęśliwy – czuję się bardziej prawdziwy. Nie wszystko ma swój cel, ale wszystko ma powód.

*

Wręcz przeciwnie! Jestem królem chaosu. Wszystko w moim życiu dzieje się przypadkiem. Ale niektóre z tych przy­pad­ków okazują się całkiem trafione. Aż by się chciało za­wo­łać: bingo!

Marcin Szczygielski, Bingo,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2015.
(wyrónienie własne)

     – Chcesz mnie jednak o coś zapytać – mówię.
     – Ja? Nie, dlaczego?
     – Widzę.

*

Nie przepraszaj. Będzie w porzo, zawsze jest.

*

     – Jedz – mówi Wojtek. – Jakoś to będzie.
     – Wolałbym, żebyś powiedział „będzie dobrze”.
     – Tak każdy mówi – stwierdza, odrywając kawałek bułki. Wrzuca go do ust i dodaje:
     – Pewnie będzie dobrze. Na ogół bywa. Prędzej czy później.

*

     – Chyba muszę iść.
     – Musisz? Czy chcesz?

(tamże)

5146. Z oazy (CLXXI)

Od­liczanie literek, zaczętych i skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, tylko troszkę czekających na swój czas tu.

Dwa tygodnie temu koleżanka zapytała mnie, dlaczego nie korzystam z abonamentu w serwisach książkowych. Sadownik, przechodzący obok, ryknął śmiechem, bo ma dość radykalne zdanie o tym, jakimi książkami karmię swoje jestestwo, i nim zdą­ży­łam się zająknąć z wyjaśnieniem, udzielił odpowiedzi: lepiej zapytaj ją, kiedy ostat­ni raz czytała powieść? Natychmiast odkrzyknęłam: wczoraj skończyłam! Sadownik uznał to za nieprzyzwoicie sprzyjający mi zbieg okoliczności i zadał kolejne pytanie: a ile prze­czy­ta­łaś powieści w ostatnim miesiącu? Policzyłam, miałam niebywałego farta, bo Barnes, bo Shalev, bo Cormac: cztery! A przecież siedziałam już w środku piątej, drugiej z fantastycznego cyklu.

I znów przedmowa, której fragmenty muszę tu mieć. I znów pierwsze sceny z przy­tu­pem szyją intrygę, sprawdzają nasze granice. I znów, nie mogłam się oderwać. Choć jest to cykl, to każda część jest osobną, niemającą z pozostałymi, poza imio­na­mi, zupełnie nic wspólnego. Nie trzeba czytać wszystkich, nie trzeba czytać po kolei. Trzeba zajrzeć, jeśli ma się ochotę na wiele zwrotów akcji i puentę, która ukoi każde serce.

[…]  w obu moich powieściach bohaterowie noszą maski, które zmieniają się wraz z rozwojem wydarzeń; powtarzają się też w nich pewne typy ludzkie.

*

Są też ich marzenia i emocje — te najprostsze, podstawowe — które dotyczą nas wszystkich, bez względu na pochodzenie, pozycję społeczną, wy­kształ­ce­nie i orientację seksualną.

*

Do Bierek  dołożyłem jeszcze jeden wątek — jasne, szczere i pozbawione hi­po­kryzji mówienie o seksie. Dlaczego? Bo to sfera życia nieustannie obecna w myślach, a rzadko w słowach; główne źródło nierówności i dys­kry­mi­na­cji, choć tak naprawdę jak mało co stawia nas wszystkich na równi.

Marcin Szczygielski

*  *  *

[…]  nie potrafi się obrażać zbyt konsekwentnie i jest to jedna z jej cech, za które tak bardzo ją lubię. Wywala kawę na ławę z miejsca, robi afe­rę, a po­tem jest spokój i można żyć dalej. […]  Łatwiej cierpieć, znając przyczynę — nawet totalnie absurdalną — niż znosić czyjeś fochy i wrogość, nie wiedząc, z czego się wzięły. W pierwszym przypadku jest jakaś nadzieja — odpokutuje się i z głowy. W drugim nie zna się dnia ani godziny, a tor­tu­ry mogą trwać równie dobrze dwie godziny, jak i dwa lata.

*

Co mogę zrobić? Zgrabnie upiłowuję ostatnie włókno gałęzi, na której siedzę:
     – Na pewno nie zaszkodzi spróbować.

*

Ale rady na to nie ma, w końcu nadzieja jest zawsze silniejsza od rozumu, nie?

*

Wszyscy dookoła bez przerwy człowieka pytają, kim chce być, co chce robić w życiu. Starzy i nauczyciele bez przerwy powtarzają: musisz to czy tamto, bo trzeba myśleć o przyszłości. To centralnie męczące, powaga. Przecież wia­do­mo, że przyszłość będzie, myślę o niej, bo jak nie myśleć. Ale ogólnie mnie muli, mam dosyć swoich problemów na bieżąco. Przyjdzie czas, to się oka­że, co będę robił, jak, gdzie, no i KIM BĘDĘ.

*

Już się jej nie boję. Jeszcze się z nią liczę, jeszcze nią nie pogardzam. Ale prze­sta­łam się bać. To wspaniałe uczucie, oszałamia mnie jak haust czy­ste­go tlenu.

*

     – Mój syn — chrypi ojciec — nie będzie pedrylem.
     – To jakby już po ptakach — mówię.

*

     – Dlaczego nam to robisz? — pyta powoli mama.
     No i się zaczyna. Flaki mi się wywracają z miejsca. Co ja im robię? Co niby takiego robię?! Dlaczego ona, kurwa, zawsze wszystko musi tak wy­krę­cić, kota ogonem odwrócić? Dlaczego to ONA mi to robi?!
     – Nic nie robię — mówię.
     – Dbaliśmy o ciebie zawsze, ojciec ze skóry wychodził i ja też, żebyś miał w co się ubrać, co zjeść. Niczego ci nie brakowało. I tak się nam od­wdzię­czasz?
     – Jak wam się odwdzięczam?

*

Ale to nie jest kwestia zgody lub jej braku, przecież to nie jest sprawa uzależniona od decyzji.

*

Nagle dociera do mnie, nagle widzę, jaka jest słaba. Wcale nie głupia, tylko słaba, przerażona i kurewsko zakłamana. Naprawdę myśli, że wystarczy zamieść śmieci pod dywan, przykryć je starannie, przydeptać, postawić na wierzchu wazonik ze sztucznym kwiatkiem i będzie dobrze. […]  Kurwa, aż mi się normalnie mózg lasuje, kiedy to wszystko do mnie dociera w pełni, bo… Sam nie wiem nawet, jak to określić? Jest okrutna? Też, w sumie to okrutne, że mi takie życie próbuje urządzić. […] 
     – No, czy mnie kochasz? Czy chcesz, żebym był szczęśliwy?
     – Co ci znowu… To nie ma nic do rzeczy! W życiu nie chodzi o to, żeby być szczęśliwym! W życiu chodzi o to, żeby… — zająkuje się na moment i ciąg­nie: — W życiu nie wolno myśleć tylko o sobie!
     – Ty myślisz teraz o sobie. A nie o mnie.
     – Nie gadaj bzdur!
     – Mama — odzywam się powoli, bo nagle czuję się strasznie zmęczony tym wszystkim i tą rozmową bez sensu. — Mama, ja chcę być szczęśliwy. Chcę ko­goś ko­chać i być ztym kimś. Tak się wydarzyło, że w mo­im przypadku to może być tylko inny chłopak, a nie dzie­wczy­na. Nie umiem udawać, że jest inaczej. Nie moja wina, że kocham tego, kogo ko­cham. Jeżeli nie po­trafisz tego przy­jąć do wiadomości, to trudno. Poradzę sobie.
     […] 
Odpuszcza mnie sobie. […]  Coś ściska mnie w gardle, z trudem przełykam ślinę. Daje za wygraną. Odsuwa mnie z pola widzenia. Mimo wszystko się tego nie spo­dziewałem.

*

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że można komuś nasrać w duszę. A tak się teraz czuję.

*

Ludziom okropnie trudno przychodzi niemówienie na jakiś temat, który w da­nej chwili ich interesuje, nawet jeśli ktoś drugi nie chce słuchać. Cza­sa­mi milczeć jest dużo trudniej, niż mówić, powaga.

*

Dopiero teraz dostrzegam, że wszystkie moje koty siedzą u nich na kolanach — Marysieńka u Krzyśka, Balzak u Piołuna, a Paweł miętosi Argona, który mruczy z zachwytu niczym silnik odrzutowca. No właśnie, tak to jest z ko­ta­mi. Powinnam sobie była sprawić jakieś groźne psy, bulteriery na przykład, i karmić je wyłącznie surowym, czerwonym mięsem — na pewno by mnie nie zdradziły, przynajmniej nie w takim błyskawicznym tempie.

*

     – Zawsze byłam sama. Lubię być sama.
     – Skoro zawsze byłaś sama, nie możesz wiedzieć, czy przypadkiem nie lu­bisz też być z kimś. Ja nie zawsze byłem sam. To były bardzo dobre okresy w moim życiu.
     – Ale nie przetrwały — stwierdzam.
     – Wtedy nie.

*

Uczę historii. Wiem lepiej niż ktokolwiek, że przypadki są podstawowym czynnikiem uzupełniającym zdarzenia niezbędne i konieczne.

*

Historia jest bardziej lub mniej umowna, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach składa się z subiektywnych relacji, a nie z obiektywnie za­re­je­stro­wa­nych faktów, szczególnie starożytna. Jest mniej lub bardziej zma­ni­pu­lo­wa­na i wbrew temu, co sądziła moja matka, ciągle żywa. Zmie­nia się w zależności od koniunktury, a w dodatku różnie jest przedstawiana w róż­nych miejscach na świecie.

*

     – To chociaż mnie pocałuj — prosi.
     Wzdycham głośno i daję mu szybkiego buziaka.
     – Ale nie tak, jakby kura ziarno dziobała. Naprawdę mnie pocałuj.

*

     – Poczekam — przerywa mi.
     – Ale ja naprawdę nie wiem, o której wrócę.
     – Nie szkodzi.
     Czyta dalej. Moją książkę. W moim fotelu. Z moim kotem na kolanach. I to w dodatku jedynym, którego kupiłam, którego sobie upatrzyłam, a nie z tym drugim, podrzutkiem, albo trzecim — przybłędą. Zalągł mi się — myślę. Szczyt wszystkiego, jak boga kocham.

*

     – To jest skrajnie niemoralne — mówię.
     – Ale co? — pyta niewinnym tonem i całuje mnie w szyję tuż nad obojczykiem.

*

     – Dobra, załatwmy to.
     – Ale co? — pytam z lekkim przestrachem.
     – Musimy to przerobić, bo będzie nam się babrało, babrało i babrało, aż zgnije i nas wytruje.
     – Ale co? — powtarzam.
     – Przestań.
     Zamykam usta i milczę. Ani ona głupia nie jest, ani ja, przecież wiadomo, o co chodzi, nie? Skoro ja o tym myślę, to i ona też. Tyle tylko, że nie wiem, jak o tej sprawie rozmawiać, boję się, że rozmowa wszystko pogorszy.

*

     – Chodzi mi o to, że jeżeli ktoś ci się podoba, a ty temu komuś nie, nie określa to ciebie w żaden sposób. Nie oznacza to, że jest zły, gorszy czy beznadziejny. Dlatego się nie przejmuj, bo ja się nie przejmuję.
     – Chcesz powiedzieć, że i tak wiesz, że jesteś w porzo, nawet jeżeli ja… ktoś ciebie nie chce?
     – Coś w tym rodzaju. Skoro ja nie mam ochoty na Chwaścikowskiego, chociaż widzę, że jest niezły, nie mam problemu z tym, że ktoś inny nie chce mnie. Szkoda mi trochę, ale to tak jak z ciuchami. Wchodzę do sklepu i wi­dzę genialne spodnie, po prostu marzenie, posiekać bym się dała, żeby je mieć. Ale okazuje się, że nie ma mojego rozmiaru i nic z tego, nie będę ich miała. Czy to znaczy, że to moja wina? Coś ze mną jest nie tak? Mam zły rozmiar na przykład?
     – No, nie. To znaczy, że sklep jest do dupy.
     – Powiedzmy, ale przede wszystkim znaczy to, że się nie składa i nie ma w tym niczyjej winy. Siła wyższa. Rozumiesz?

*

     – Oczywiście, że nie, ty młotku. Jesteś dla mnie na tyle ważny, żebym się umiała tym cieszyć. Tym, że jesteś szczęśliwy.

Marcin Szczygielski, Bierki, wyd. II poprawione,
Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

[…]  niby jesteśmy z różnych światów, ale oba coś łączy.

*

Stoimy tak przez kilka minut, nie rozmawiamy, bo o czym mamy rozmawiać? Raczej mało wspólnych te­matów czy też raczej wspólnych punktów widzenia tych tematów.

*

     – Ja tak tego nie zostawię! — warczy.
     – Ja też nie — mówię spokojnie. — Miło, że obie się zgadzamy w tej kwestii.

*

     – Nie.
     I co na to mogę odpowiedzieć? „Nie” oczywiście. „Nie” załatwia sprawę, gdybym miał złotówę za każde nie, któ­re od niej w życiu usłyszałem, dawno już kupiłbym so­bie na własność Pałac Kultury i ze cztery Ferrari.

*

Leżę w ciemności i wydaje mi się, że ona nigdy się nie skończy, powaga.

*

Zawsze byłem narwany i niecierpliwy — jak czegoś chcia­łem, od razu musiałem to mieć. Wydawało mi się, że jeśli coś, czego chcę, nie stanie się od razu, to nie stanie się już nigdy. Ale teraz czuję, że będzie jakieś potem i dalej. […] 
     Kołysze mnie leciutko w swoich ramionach, całuje zno­wu. Nie sądziłem, że całowanie jest aż tak przyjemne, wydawało mi się, że jest tylko niezbędnym wstępem do dalszych, konkretnych czynności. […]  Całowanie ma w so­bie więcej kochania niż bzykanie — tak myślę.

*

Uśmiecham się mimo woli pod nosem. Ciekawa jestem trochę, czy już wiedzą, czy zdają sobie sprawę, że się zakochują w sobie. Bo to widać. Jeden na dru­gie­go co chwilę zerka maślanym okiem, założę się, że ich ko­la­na się dotykają pod stołem. Czy im się uda? Może się udać, mają na to taką samą szansę jak wszyscy inni. Pew­nie będzie im trochę trudniej, ale właściwie komu nie jest trudno?

*

Ciała mężczyzn są znacznie bardziej delikatne niż ciała ko­biet, chociaż uważa się inaczej. Oni naj­ważniejsze rze­czy mają na wierzchu, a ich serca biją bliżej skóry, nie­o­sło­nięte wypukłością piersi.

*

     – Nie chcę, żebyś sobie szedł — mówię cicho.
     – Przecież nie idę.
     – Ale pójdziesz.
     – Nie pójdę. Gdzie mam iść?
     – Ode mnie sobie pójdziesz — mamroczę.
     – Ochujałeś?

(tamże)

5145. Z oazy (CLXX)

Odliczanie literek, skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, trzy. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

Nijak nie mogę sobie przypomnieć, jak ja trafiłam na tę książkę. Szkoda. Pamiętam tylko, że podeszłam do niej metodycznie, bo w pierwszej chwili byłam nastawiona bardzo sceptycznie. Obwąchałam podczytnik, zajrzałam do darmowego fragmentu, za­chwy­ci­łam się przedmową Tomasza Raczka i… zniknęły wszystkie wątpliwości. Było już tylko klik, klik, klik i miałam pierwszą część cyklu na czytniku.

Dawno, jeśli nie nigdy, żadna powieść nie testowała tak bardzo moich przekonań, nie oprowadzała mnie po moich mentalnych granicach. Świetnie się bawiłam, łapiąc oddech od mojego nienajłatwiejszego tu i teraz. Zwroty akcji, na które w pewnym momencie nauczyłam się czekać, bohaterzy, sytuacje, gesty; to, co między wier­sza­mi i myślami oraz puenta — to wszystko było tym, czego wyjątkowo potrzebowałam. Gdy tylko skończyłam tę część, na­tych­miast zrobiłam klik, klik i druga zaczynała się czytać.

Utrwa­lił się więc sche­mat: geje są inni, czy­li obcy, nie­zro­zu­mia­li, nie­prze­wi­dy­wal­ni, mogą za­gro­zić po­ukła­da­ne­mu w gło­wach świa­tu. Przez nich po­dział na do­bro i zło tra­ci bi­blij­ny kon­trast, a po­li­ty­cy mają nie­ustan­ny kło­pot. Jed­ni naj­chęt­niej po­zby­li­by się tego bólu gło­wy i ze­sła­li wszyst­kich ge­jów gdzieś da­le­ko – naj­le­piej na Ma­da­ga­skar, by­le­by tyl­ko nie mu­sieć ich oglą­dać i nie mieć z nimi do czy­nie­nia. Inni na od­wrót – ofe­ru­ją ge­jom wy­cią­gnię­tą rękę i swo­ją to­le­ran­cję. Owszem je­ste­ście inni – mó­wią – ale my je­ste­śmy to­le­ran­cyj­ni i po­zwa­la­my wam być ta­ki­mi, ja­ki­mi je­ste­ście, mimo że od­bie­ga­cie od nor­my.
     Za­pa­mię­taj­cie te dwa groź­ne dla pol­skie­go geja sło­wa: Ma­da­ga­skar i to­le­ran­cja. Od­rzu­ce­nie i fał­szy­wa życz­li­wość. Z jed­nej stro­ny prze­ko­na­nie, że tyl­ko je­den mo­del ży­cia jest pra­wi­dło­wy, pro­wa­dzą­ce do sta­wia­nia się w po­zy­cji sę­dzie­go, z dru­giej – pro­tek­cjo­nal­ne po­kle­py­wa­nie spro­wa­dza­ją­ce ge­jów do roli an­tro­po­lo­gicz­nej cie­ka­wost­ki. W obu wy­pad­kach trak­tu­je się ich jako dzi­wacz­ną gru­pę od­mień­ców na­ru­sza­ją­cych ogól­nie przy­ję­te stan­dar­dy, tyle że pierw­si na to się nie zga­dza­ją, a ci dru­dzy dają przy­zwo­le­nie.
     Ale jest jesz­cze trze­ci, znacz­nie uczciw­szy spo­sób od­no­sze­nia się do ge­jów: trak­to­wa­nie ich jako oczy­wi­sto­ści – bio­lo­gicz­nej, spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej, ma­ją­cej na­tu­ral­ne pra­wo do ist­nie­nia.

*

Zyg­munt Ka­łu­żyń­ski po­wie­dział kie­dyś: Uwa­żam, że przy­zna­nie się do fak­tu by­cia ho­mo­sek­su­ali­stą, nie tyl­ko wo­bec sa­me­go sie­bie, ale tak­że wo­bec oto­cze­nia, daje wol­ność. Wte­dy nie trze­ba uda­wać, bla­go­wać, wy­krę­cać się i kła­mać.
     Wol­ność to po­ję­cie dla geja naj­waż­niej­sze, bę­dą­ce kwin­te­sen­cją isto­ty jego losu. Wol­ność bywa jed­nak i pięk­na, i nie­bez­piecz­na; nie­sie ze sobą wie­le za­gro­żeń, któ­re – bywa – do­pro­wa­dza­ją do jej utra­ty. Nie­ste­ty, ro­zu­mie­ją to tyl­ko nie­licz­ni.

*

Żeby zro­zu­mieć ge­jów – i tych zwy­czaj­nych, co­dzien­nych, i tych, któ­rzy sta­ją się wiel­ki­mi pi­sa­rza­mi, re­ży­se­ra­mi, ak­to­ra­mi, po­eta­mi – trze­ba przy­jąć, że mają oni swój wła­sny świat: ani gor­szy, ani lep­szy od świa­ta więk­szo­ści, ale – rzekł­bym – rów­no­le­gły. Jego po­tocz­ność róż­ni się od do­świad­cze­nia tych, któ­rzy go nie zna­ją, ale prze­cież jest tak samo waż­na jak świat każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka. Nie­wy­ma­ga­ją­ca ni­czy­jej zgo­dy ani przy­zwo­le­nia na swo­je ist­nie­nie.

*

Po­wieść Mar­ci­na Szczy­giel­skie­go [powiedziałabym: cały cykl]  […]  [p]i­sa­na jest z po­zy­cji czło­wie­ka pew­ne­go swo­jej toż­sa­mo­ści i umie­ją­ce­go wal­czyć o sie­bie. Ton ła­god­nej obiet­ni­cy szczę­ścia, jaki się w niej po­ja­wia, jest dla mnie po­wo­dem do oso­bi­stej ra­do­ści. Wszak od pięt­na­stu pra­wie lat je­stem ży­cio­wym part­ne­rem Au­to­ra.

To­masz Ra­czek

*  *  *

Naj­bar­dziej lu­bię ta­kie, od któ­rych nie moż­na się ode­rwać. Kie­dy je czy­tam, za­po­mi­nam, gdzie je­stem, nie wi­dzę li­ter i wy­dru­ko­wa­nych słów – znaj­du­ję się w książ­ce. Nie mogę się do­cze­kać, co bę­dzie da­lej, a za­ra­zem szko­da mi, że książ­ka się skoń­czy.

*

Waż­ne, żeby wła­ści­wie wy­bie­rać wła­sne dro­gi i wie­dzieć, do­kąd pro­wa­dzą. Nie mo­żesz iść ścież­ką na­le­żą­cą do ko­goś in­ne­go. Zgu­bisz się. A raczej – zgu­bisz sie­bie.

*

Arek roz­pacz­li­wie sta­ra się kon­tro­lo­wać każ­dy aspekt swo­je­go ży­cia, wma­wia so­bie i wszyst­kim do­oko­ła, że jest nie­za­leż­ny, sa­mo­wy­star­czal­ny, do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­ny. Ale nie pa­mię­tam, że­bym wi­dział go kie­dyś na­praw­dę szczę­śli­we­go.

*

Małe po­kur­cze, łby i dupy wiel­kie, szy­je krót­kie. Nie ma ani jed­ne­go przy­stoj­ne­go pra­wi­cow­ca.
     – No, bo jak fa­cet jest przy­stoj­ny, to nie ma kom­plek­sów. Wśród fa­na­ty­ków ra­czej nie było nig­dy przy­stoj­nych fa­ce­tów. A tacy róż­ni wy­bra­ko­wa­ni mu­szą nad­ra­biać. Naj­ła­twiej po­tę­pie­niem in­nych. W imię re­li­gii.

*

     – Na tych, któ­rzy w ni­wecz ob­ra­ca­ją Dzie­ło Boże, przyj­dzie kara. Ci, któ­rzy za srebr­ni­ki sprze­da­ją wia­rę i na­uki Chry­stu­so­we; ci, któ­rzy ta­rza­ją się w roz­pu­ście, a cie­le­sne ucie­chy przed­kła­da­ją nad ży­cie w zgo­dzie z bo­ski­mi przy­ka­za­nia­mi, spad­nie miecz. Ci, któ­rzy od­wra­ca­ją się od ro­dzi­ny, Ko­ścio­ła i Chry­stu­sa, na wie­ki po­tę­pie­ni będą. Lecz nie my­śl­cie, że kara ta na­dej­dzie po kre­sie ży­wo­ta. Że do­pie­ro po ich śmier­ci w pie­kiel­nym ogniu sma­żyć się będą! Nie jest tak, bo Pan Bóg za­dbał o to, by grzesz­ni­cy po­ka­ra­ni już dziś zo­sta­li. Dla tych, któ­rzy się go wy­rze­kli – nę­dza i sa­mot­ność. Dla tych, któ­rzy fol­gu­ją swym nie­na­tu­ral­nym po­pę­dom – cho­ro­ba i śmierć bo­le­sna. Czyż nie wi­dzi­my tych zna­ków już dziś? Czyż ci, któ­rzy jesz­cze nie­daw­no Ko­ściół za nic mie­li i stoł­ki wy­so­kie zaj­mo­wa­li, nie są dziś nę­dza­rza­mi i nic nie zna­czą? – pyta ksiądz Ma­rek z am­bo­ny.
     Amen! – wy­krzy­ku­ję w du­chu […].
     – A czyż nie jest tak, że ci, któ­rzy pra­wa bo­skie w po­gar­dzie mają, ci, któ­rzy na­igra­wa­ją się ze świę­tej in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa, fol­gu­ją de­wia­cjom i zbo­cze­niom, a za pod­szep­tem sza­ta­na męż­czy­zna z męż­czy­zną spół­ku­je, a ko­bie­ta z ko­bie­tą – czyż i na nich kara nie spa­dła? Bo to sam Pan Bóg spra­wił, że cho­ro­ba śmier­tel­na do ich ze­psu­tych ciał we­szła i nisz­czy ich od środ­ka i śmierć na nich spro­wa­dza.
     Amen! – po­wta­rzam po ci­chu i my­ślę o tym pe­da­le z na­prze­ciw­ka.
     – Mó­dl­my się! – in­to­nu­je ksiądz Ma­rek.

*

     – […]  Czy pani nig­dy się nie uśmie­cha? Nig­dy pani nie jest w do­brym hu­mo­rze?
     – Za­raz mnie chy­ba szlag tra­fi! – wy­krzy­ku­je ko­bie­ta, po­trzą­sa­jąc ta­le­rzem. – Ja mam bar­dzo do­bry hu­mor, do kur­wy nę­dzy! Mam świet­ny hu­mor!!!

*

     – Co?
     – Wła­śnie to. Co ja mam ci po­wie­dzieć? Do­pa­dła cię rze­czy­wi­stość, i tyle. Ta­kie ży­cie.

*

Ale – my­ślę – ko­chać ko­goś to nie to samo, co go znać.

*

     – Prze­cież wia­do­mo, że z tym się czło­wiek po pro­stu ro­dzi. Mój oj­ciec na pew­no to wie, nie jest idio­tą. On.
     – To nie ma zna­cze­nia, ile on wie. Zna­cze­nie ma to, co czu­je. A czu­je się win­ny.

*

Móc to mo­że­my. Tyl­ko
mo­że­my nie chcieć,
a to zu­peł­nie co in­ne­go.

*

     – Kie­dy umrzesz, bę­dzie tak, jak­by nig­dy cię nie było – mó­wię spo­koj­nie. – Jak­byś nig­dy nie ist­niał. Nic po to­bie nie zo­sta­nie. Nic. Nie szko­da ci?
     Pa­trzy na mnie z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi, jak cie­lę na ma­lo­wa­ne wro­ta.
     – Pani… – wy­ją­ku­je po dłu­giej chwi­li – pani to jest… no, po pro­stu nie­wia­ry­god­na! Brak mi słów!
     – Cie­ka­wi mnie to po pro­stu.
     – A co niby zo­sta­nie po pani?
     – Moje dziec­ko. I wnu­ki. I ich wnu­ki.
     – My­śli pani, że będą o pani pa­mię­ta­ły?
     – Oczy­wi­ście!
     – Jest pani tego pew­na? […]  Na­wet nie jest pani na tyle głu­pia, aby się tym swo­im de­bi­li­zmem wy­róż­nić. Jest pani tak samo głu­pia jak mi­lio­ny. Ani głup­sza, ani mą­drzej­sza od in­nych. Jest pani tłu­mem, li­czy się pani tyl­ko w sta­ty­sty­ce. Ide­al­ny śro­dek. Pu­ste, okrą­głe zero.
     – Sam je­steś zero! – wy­wrza­sku­ję. Dło­nie zwi­ja­ją mi się w pię­ści. – To ty je­steś zero. Nic. Śmieć. Nie wie­rzysz w nic, nie wie­rzysz w Boga! Cze­ka cię po­tę­pie­nie. Je­steś kpi­ną z bo­skie­go pla­nu! Po­mył­ką! Nie pa­su­jesz do nor­mal­ne­go ży­cia, ro­zu­miesz to?

*  *

Peł­no ich wszę­dzie, wszę­dzie się wci­sną. Sze­rzą zło i ze­psu­cie. Zwra­ca­ją się prze­ciw Chry­stu­so­wi, prze­ciw Bogu Ojcu, za nic mają ich na­uki. Przez ta­kich jak on gi­nie wia­ra, roz­pa­da­ją się ro­dzi­ny; do­bre, ko­cha­ją­ce dzie­ci scho­dzą na złą dro­gę.

*

Boże, jak ja nie­na­wi­dzę ta­kich jak ona. Ta­kich za­ku­tych, tę­pych, za­pcha­nych ko­ściel­ny­mi do­gma­ta­mi łbów. Ta­kich zer, tej tłusz­czy, któ­ra wstrzy­mu­je bieg świa­ta. Tych wszyst­kich ko­ściel­nych ku­rew, ży­ją­cych swo­im nic nie­zna­czą­cym ży­ciem, wty­ka­ją­cych bez prze­rwy no­cha­le do nie swo­ich spraw. […]  Tych, któ­rym wy­da­je się, że mają pra­wo mó­wić ci, co masz ro­bić, jak żyć.

*  *

     – Jak mo­żesz…
     – Mogę. Weź się w garść, prze­stań skwier­czeć i narzekać.

*

     – Je­steś okrut­na – mó­wię z go­ry­czą po dłu­giej chwi­li.
     – Tak, to praw­da. Prze­pra­szam. Ale po­wiedz mi wła­ści­wie, co jest ta­kim wiel­kim dra­ma­tem dla cie­bie – te­raz, kon­kret­nie.
     – Jak to co?! No, to! To, że wiem, że umrę!
     – Jak my wszy­scy. Na­wet ja to wiem.
     – Ale ja wiem kie­dy!
     – Kie­dy?
     – No, kie­dyś!
     – Aha.

*

     – Czy­li co po­wi­nie­nem zro­bić two­im zda­niem?
     – Spró­bo­wać do­strzec w so­bie to, cze­go szukasz dookoła.

Marcin Szczygielski, Berek,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

     – Na­resz­cie! – wy­krzy­ku­ję.
     – Spóź­ni­łem się? – pyta w pro­gu. – Wy­da­wa­ło mi się, że mia­łem być na siód­mą?
     – Tak. No, ale nie wi­dzia­łem cię od nie­dzie­li!

*

– Kto to?
     – Kto kto?
     – Nie ga­daj ze mną… – prze­ły­kam kęs i cią­gnę da­lej: – jak z głu­pią. Do­brą ja­jecz­ni­cę ro­bisz, za­wsze lu­bi­łam taką nie­ścię­tą. No więc?
     – Fa­cet.
     – Prze­cież wi­dzia­łam, że nie ży­ra­fa. Przyj­dzie jesz­cze czy zno­wu taki na raz?
     – Przyj­dzie. Mam na­dzie­ję.
     – No i do­brze. Do­brze mu z oczu pa­trzy.

*

     – Za dużo my­ślisz – prze­ry­wa mi. – Za­dzwoń do mnie.
     – Kie­dy? Te­raz?
     – Te­raz.

(tamże)

sobota, sierpnia 12, 2023

5144. Dwa dobre pomysły

Na ten pomysł nie wpadłam! — pomyślałam po przeczytaniu przytoczonego poniżej fragmentu z trylogii, która już za mną, o której jutro z kronikarskiej potrzeby.

Miałam zupełnie inny pomysł, w moim przypadku na liceum. Wprawił on Białego Kruka w osłu­pienie wyłącznie na jeden wieczór. Jaka ja byłam dumna, że Go za­gię­łam! Byłam? Wciąż jestem! Do dzisiaj umiem sobie przypomnieć smak tego rzad­kie­go uczu­cia. Skosz­to­wałam je drugi i ostatni raz w życiu dopiero na obronie dok­to­ra­tu (tu już tylko w śla­do­wej ilości, ale kolor miało ten sam!). Wracając do edukacyj­nej pre­hi­sto­rii, nie­zbyt długo cieszyłam się zwycięstwem. Następnego ranka otrzy­ma­łam pro­po­zy­cję nie do odrzucenia. Ale od początku…

Druga córka Orzeszka i Białego Kruka rok w rok w czerwcu przynosiła świadectwo z czerwonym paskiem. Rok w rok we wrześniu postanawiałam, że i ja na za­koń­cze­nie rozpoczynającego się roku szkolnego położę na stole czerwony pasek. Rok w rok starczało mi silnej woli do końca września lub w najlepszym razie do połowy paź­dzier­ni­ka. Nie byłam w stanie ani jednego dnia dłużej być uczennicą rokującą na czerwony pasek.

Na początku drugiej klasy liceum, godząc się ze swoją antysystemową naturą, uzna­łam, i nie musiałam wcale siebie specjalnie przekonywać, że optymalizacja jest mą­drzej­szym sposobem radzenia sobie z opresyjnym systemem przymusowej edukacji niż nieudane próby opaskowania na czerwono swoich na tej drodze postępów. Miałam plan!

Pod koniec października, a może w połowie listopada, Biały Kruk — byłam po­wo­dem Jego zobowiązań wobec systemu edukacji — poszedł na wywiadówkę i przy­niósł karteczkę z treścią, jakiej się nie spo­dzie­wał, która nijak nie mieściła mu się w głowie. Od góry do dołu same dwó­je, wy­łą­czając matematykę, z której same piątki, co świadczyło w tamtych czasach o tym, że adept, tu adeptka, sztuk mało magicznych potencjał do przyzwoitych ocen — z wszystkich przedmiotów! — posiada.

Biały Kruk dał radę i utrzymał się w naj­lep­szej wersji rodzica nastolatka i zapytał u źródła, co się dzieje, że karteczka z ocenami daje bardzo skromne powody do ro­dzi­cielskiej dumy.

Pierworodne dziecię w swej nastoletniej powłoce, czyli ówczesne moje ja, pękało z do­ro­słej dumy, że znalazło sposób na system, i ochoczo wytłumaczyło, co, z czym i dla­czego, bo do zastosowanej konstrukcji nie dało się mieć zastrzeżeń.

Po co uczyć się dwa razy? — zapytałam Białego Kruka, a ten zbaraniał. Gdy goniłam za czerwonopaskowym marzeniem, ze zbyt wielu przedmiotów uczyłam się dwa ra­zy: we wrześniu na fali nadziei i w styczniu, by wyciągnąć się na tróję. No i po co? Subiektywnie, na wyczucie, biorąc pod uwagę skłonności i ciągoty do nie­kon­sek­wen­cji, oceniłam dobroć serca każdego z uczących mnie nauczycieli, pomijając matematyka, bo ten zdążył rok wcześniej znaleźć na mnie sposób. I to jest bardzo proste, Tato — oświadczyłam — nie uczę się w ogóle, dopóki nie dostanę… z biologii pięciu pałek, z geografii sześciu, z fizyki trzech, itd. Tą metodą uczę się tylko raz, by wyciągnąć się na semestralną tróję. Zapadła cisza, bo logikę trudno zastraszyć czy spacyfikować rodzicielską tyradą. Byłam w swej genialności całkowicie nie­po­ko­nana! Ale! Tylko do rana…

Następnego dnia przy śniadaniu to Biały Kruk miał minę zwycięzcy! Oświadczył, że jeśli przez miesiąc nie dostanę żadnej pały, otrzymam domowe stypendium nau­ko­we w wy­so­kości mojego comiesięcznego kieszonkowego. Nie dało się nie przyjąć tej propozycji. Jak sobie radziłam z tym ograniczeniem? Świetnie! Czasem z niektórych lekcji zni­ka­łam. Nieobecni nie dostawali ocen.

Biały Kruku, pomyślałam dziś, jak Ty przetrwałeś wszystkie moje pomysły? Mendelssohn, Biały Kruku? Mendelssohn!

Felix Mendelssohn-Bartholdy, Capriccio brillant op. 22, Andante,
Matthias Kirschnereit (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #48.

*

[…]  czasami ma też całkiem dobre pomysły. W gimnazjum na przykład po­wiedziała:
     – Będziemy się dobrze uczyć.
     Najpierw myślałem, że zwariowała, bo my nigdy nie uczyliśmy się zbyt dobrze. Właściwie to wcale się nie uczyliśmy, a większość czasu w szkole spę­dzaliśmy na kombinowaniu, jak się wykręcić od lekcji i jak wymyślić do­bry system podpowiadania i ściągania.
     – Oszalałaś? — zapytałem wtedy.
     Wytłumaczyła mi, że nie i że wcale nie chce, żebyśmy byli kujonami. Wy­my­śli­ła system. Na początku każdego semestru rzeczywiście musieliśmy tro­chę pozasuwać — Aśka rozpracowywała program zajęć i uczyliśmy się do przodu. Trwało to tak z miesiąc, czasem dwa, w zależności od nau­czy­cie­la. Zgłaszaliśmy się do odpowiedzi jak wściekli i wyprzedzaliśmy resztę kla­sy przynajmniej o jedne zajęcia. Po kilku tygodniach Aśka uznawała, że już wystarczy. I mieliśmy spokój. W naszej klasie jest ponad dwadzieścia osób. Wiadomo było, że jeśli mamy już po kilka dobrych ocen, nauczyciele prze­sta­ną się nami zajmować i skupią na innych. To naprawdę dobrze działało.

*

[…]  nie ma sytuacji bez wyjścia, trzeba tylko umieć je znaleźć, a potem zaplanować możliwy rozwój wydarzeń.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.

czwartek, sierpnia 10, 2023

5143. 222/365

nie­śpieszna,
     nawet jeśli tylko na chwilę.
szczera, życzliwa obecność.

jest formą najczystszej miłości.

222/365

(5137+5). Wtedy i dziś

Jakiś czas temu Sadownik niechcący stłukł Drzew­ku jej ulubiony kubek do kawy. W poniedziałek, również niechcący, wy­tłukł dru­gi, ostatni z przedstawicieli czeskiej porcelany w ulu, więc za­or­dy­no­wał uzu­peł­nie­nie floty stat­ków z uchem. Drzewko, by nie ganiać Sa­do­wni­ka do cze­­skie­go sklepu, zro­bi­ła klik, klik w ulu­bio­ny kształt — niech będzie z Bole­sław­ca — i zapomniała, kiedy zostanie dostarczony. Tak ro­dził się potencjał na dzisiejszą nie­spo­dziankę.

Po trzydziestu sześciu nocach dzielonego na drobne ka­wa­łecz­ki snu, bo maksymalnie co godzinę trzeba było pomóc Drzew­ku zmie­nić pozycję, przyszła pierwsza, którą Sado­wnik przespał w dwóch kawałkach: pierw­szym malutkim i drugim od pierw­szej w no­cy do samego rana, bo Drzewko w koń­cu od­zyska­ło mo­żli­wość sa­mo­dziel­nej zmia­ny jednej pozycji do spania na drugą… i z powrotem!

🍆

*

Jabłoń:
(dziś, po pierwszej rehabce pęka z dumy, że w końcu
mogła dać pospać Sadownikowi, a po chwili dostaje
niewiarygodnie piękny i zaskakujący zestaw kawowy
)
To w ramach podziękowań za przespaną noc?

Pan Ciasteczko:
(38. dzień w wymuszonym przez życie trybie home office)
Pomyśl, co przywiózłbym ci z delegacji?

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli zdrowym, rozmarzonym śmiechem)

środa, sierpnia 09, 2023

5141. Panna cotta (XCVIII)

Dla mnie piękne i uśmiechające od ucha do ucha. Nie tylko dla­te­go, że psia osoba czy włoskie literki. Nie tylko dlatego, że znam i uwiel­biam kilka osób, które rozmawiają z psami, kotami, ro­śli­na­mi do­nicz­ko­wymi czy ogrodowymi. Ale dlatego, że wy­jąt­ko­wo trafnie u­wię­ziono w słowach obserwację.

Nie ma co obrażać się na rzeczywistość. Lepiej zaprosić ją do tańca.


[dostęp: 9.08.2023], źródło.

[Nie jest wariatem ten, kto rozmawia ze zwierzętami, kwiatami czy roślinami… ale ten_ta, którzy rozmawiają z pewnymi ludź­mi, ocze­ku­jąc, że oni zrozumieją…]

5140. Czekariat (L)


Kaan.

[…]  jeszcze mamy trochę czasu dla siebie. Czas jest prze­cież wartością względną. Ten nasz, ten przed nami, to cała wieczność.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

5139. Czekariat (XLIX)


Kaan.

Biały księżyc na błękitnym niebie przesuwa się bardzo wolno. Za dnia wygląda inaczej, mało znacząco. Jest inny. Ale jednak jest.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

wtorek, sierpnia 08, 2023

5138. 220/365

z po­zy­cji łóżka rehabilitacyjnego lub cy­wil­ne­go fotela patrzę na Kudłatą, która układa się w ciągu dnia to tu, to tam — nig­dy w za­się­gu ludzkiego dotyku, zawsze blisko czło­wie­ka. są miej­sca na podłodze, które o cie­ple jej ciała mogą tylko pomarzyć. przy­glą­da­jąc się jej wyborom, my­ślę sobie: pies to zde­cy­do­wa­nie OSO­BA, ma swoje pre­fe­ren­cje* nie tylko co do miejsc, ale rów­nież co do ludzi.

220/365

____________
  *  pragnienia: skąd się w nas bio­rą? dla­cze­go takie? dlaczego teraz? czy to one czynią nas niepowtarzalnymi istotami?

poniedziałek, sierpnia 07, 2023

5137. Zasłyszane

Jabłoń:
(odrabia fotelowe godziny rehabilitacyjne,
zwiększone od dziś do łącznie 8 godzin dziennie
)

Pan Ciasteczko:
(odbiera pracownicze połączenie telefoniczne)
Jaki urlop? Praca i szpital domowy*!
Mam Miss Titanium na pokładzie!

___________
  *  nieodpłatna całodobowa praca opiekuńcza w męskiej odsłonie.

niedziela, sierpnia 06, 2023

5136. Z oazy (CLXIX)

Odliczanie literek, skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, dwa. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

Są dzieci ze spektrum. Są dzieci z deficytami uwagi. Są dzieci ze zdiagnozowanym ADHD. Jednak większość dzieci z upływem czasu staje się jeśli nie dorosła, to przy­naj­mniej pełnoletnia. Jak wtedy jest? Jak się żyje wśród neurotypowych?

Rzuciłam się na tę książkę. Otulała moją neurotypowość, plasterek na obite życie przy­kleiła i przypomniała, że życzliwość, ciekawość i akceptacja pomagają żyć i sta­wać się najlepszą wersją siebie nie tylko osobom neuroróżnorodnym.

Co z tej listy naprawdę nigdy nie przyda się w relacji z ważną dla nas osobą: zmiana narracji, komunikacja, dzielenie się radością, szczerość, brak osądzania, humor, umiejętność proszenia o pomoc, cierpliwość, zainteresowanie zamiast złości, świę­to­wa­nie sukcesów, za­da­wanie pytań i uważne słuchanie, przede wszystkim spo­kój, potrzeba cier­pli­wo­ści, marzenia zamiast pochopnych działań, praca ze­spo­ło­wa, urealnienie planów, odpowiedzialność, troskliwość? ;)))

Byłam w porządku. Nie byłam popsuta. Nie potrzebowałam osądzania i stro­fowania, tylko terapii i cholernie dużo współczucia. To była dla mnie naj­waż­niej­sza część procesu diagnozy: zrzucenie z pleców brzmienia wsty­du, które przygniatało mnie do ziemi przez wiele lat.

*

Diagnoza ADHD dała nam język do wyrażenia trudności, z którymi się zmagamy. Gdyby nie to, oboje cały czas czulibyśmy się niezrozumiani.
     Diagnoza była dla nas punktem zwrotnym.

*

Nie jesteście strasznymi, budzącymi odrazę istotami ludzkimi. Niczym nie zasłużyliście sobie na bycie nękanymi – ani przez samych siebie, ani przez innych. Nienawiść nie pomoże wam stać się tą wersją siebie, którą bę­dzie­cie potrafili polubić.

*

Widzicie, mój mózg to starszy sierżant sztabowy, a jej mózg to hipis, który lubi poszwendać się po okolicy.
     Ten hipis nie tylko wędruje po bezdrożach, żeby znaleźć sobie do roboty coś ciekawszego niż ładowanie zmywarki. Może także obrócić się na pięcie w trak­cie rozmowy. Nie wiem nawet, ile razy rozmawiałem o czymś z Rox, gdy nagle jej oczy zaczynały się szklić, odpływała gdzieś wzrokiem, a ja wie­działem już, że się wyłączyła.

*

Zajmę się czymkolwiek,
byleby nie robić tego, co powinnam.

*

Poniżej zapisałem w postaci równania, jak podchodzę do wykonywania zadań:

(mówię, że zrobię X) + (robię X) = wszystko jest w porządku
(mówię, że zrobię X) + (nie robię X) = nie wszystko jest w porządku

     […] 
     A potem poznałem Rox. Jej równanie wygląda tak:

(mówi, że zrobi X) + (zapomina zrobić X) + (wymyśla coś innego do zrobienia) = jest bardzo szczęśliwa do momentu, gdy znowu przypomina sobie o X i ogarnia ją paraliżujący lęk

*

[…]  jeśli chcecie komuś pomóc, musicie wykazać się życzliwością i współczuciem.

*

Jestem tak zaangażowana w to, co tu i teraz, że wszystko inne zaciera mi się w pamięci. Moja uwaga jest jak latarka: to jasny, skupiony promień. Uwi­da­cznia każdy szczegół rzeczy, na którą pada. Jednak w konkretnej chwi­li oświetla jedynie niewielki wycinek tego, co wokół mnie. Nie roz­świe­tli całego nieba. To, na czym nie skupiam uwagi, rozpływa się dla mnie w ciemności.

*

Osoby z ADHD mają pewną rzadką umiejętność: choć wielokrotnie ponoszą porażki, nigdy nie tracą nadziei. Wierzymy, że następnym razem się uda. Z taką wytrwałością szanse na to, że coś w końcu zaskoczy, są cho­ler­nie wysokie.
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     SUKCES
     Tak to właśnie wygląda. […]  Doceńmy tych, którzy nigdy się nie pod­da­ją, nawet jeśli wszyscy mówią im, że są nieudacznikami.

*

Gdy wiemy, że ktoś kocha nas pomimo wszystkich cech, które uznajemy za swoje wady, nasze rany zaczynają się zabliźniać. Dojście do tego etapu nie jest łatwe, pozostanie na nim również wymaga mnóstwa ciężkiej pracy. Dy­na­mika związku jest niesłychanie skomplikowana, wpływa na nią hi­sto­ria naszego życia, sposób funkcjonowania mózgu, styl przywiązania, wszystkie związki, w których byliśmy, oraz związek naszych rodziców lub opiekunów, który obserwowaliśmy jako dzieci.

*

Tylko kiedy pozwolimy innym naprawdę nas poznać, możemy powoli zacząć kochać te części nas samych, których najbardziej się wstydzimy.

*

Wspólna walka z objawami to dużo lepszy pomysł niż walka ze sobą na­wza­jem. Dzięki takiemu podejściu oboje będziecie się czuć bardziej szczę­śli­wi i zrozumiani.

*

Pozwólcie sobie błądzić myślami, ale nie zapominajcie, że to wy sprawujecie kontrolę nad waszym mózgiem. Nie pozwólcie mu wcisnąć guzika z na­pi­sem „autodestrukcja”.

*

Związki to droga dwukierunkowa. Jeśli dla jednej osoby codzienna ko­mu­ni­ka­cja jest łatwa, a dla drugiej nie, poruszacie się w przeciwnych kie­run­kach. Sztuka polega na tym, aby nie postrzegać żadnego z nich jako do­bre­go lub złego – ale by oba uznać za pełnoprawne i równorzędne.


@ADHD_Love_,
[dostęp: 6.08.2023], źródło.

Teraz albo nigdy – wasz umysł ma do dyspozycji tylko te dwa terminy.

*

Wczucie się w czyjeś zmagania to dobre ćwiczenie z empatii, dzięki któremu nie odbierzecie całej tej sytuacji jako personalnego ataku.

*

Bardzo mi zależy, żeby ludzie, których kocham, czuli się bezpieczni i wysłuchani.

*

[…]  gdy ktoś się z czymś zmaga, złość i frustracja partnera nie pomogą mu (lub jej) uporać się z sytuacją.

Roxanne Emery, Richard Pink, Brudne pranie,
przeł. Katarzyna Dudzik,
Insignis Media, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Wyjawienie swoich problemów pomaga zdjąć z nich ciężar wstydu.

*

Humor to wytrych, dzięki któremu obojgu wam będzie łatwiej zdobyć się na szczerość.

*

Coś magicznego dzieje się, gdy ktoś znajduje wreszcie wytłumaczenie dla przeżywanych trudności i język, żeby je opisać.

*

Dążycie do zmiany na lepsze,
a nie do doskonałości.

*

Troska o siebie przejawia się także w tym, jak o sobie mówimy. Dlatego, bardzo proszę, nie używajcie ra­nią­cych słów.

*

Nieoceniająca postawa i współczucie przynoszą więcej pozytywnych zmian niż zawstydzanie i osądzanie.

(tamże)

sobota, sierpnia 05, 2023

5135. Z oazy (CLXVIII)

Odliczanie literek, przeczytanych po powrocie do ula po operacji, raz. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

W audycji radiowej Autor powiedział:

Pozbawienie człowieka nadziei jest torturą.

I natychmiast Jego najnowsza książka, która trafiła na stosik czytelniczy w dniu swo­jej premiery, wbiegła na jego szczyt. Rzuciłam wszystko, co czytałam, by chwycić tę. To przede wszystkim hołd złożony Lidii Ostałowskiej, piękny, wart nie­śpiesz­ne­go czy­ta­nia, któ­ry jak każda książka Autora kończy się zbyt szybko, bez względu na to, jak wolno się czyta.

Zamyśliło mnie… Słowa Lidii Ostałowskiej z roku 2017 wciąż są boleśnie aktualne. Szkoda, że nie może już skomentować ostatnich twórczych działań policji, tak dziel­nie broniących kobiet przed nimi samymi.

Zamyśliło mnie… Jest taki jeden prominentny niedouk, populista karny, magister prawa, co skończył studia, zrobił aplikację prokuratorską, ale nie dostał etatu w pro­ku­ra­turze — czy zrozumiałby cokolwiek, z tego, o czym jest ta książka? Czy zacznie cokolwiek rozumieć dopiero wtedy, gdy trafi do więzienia?

Zamyśliło mnie… Jest w tej książce Maria Łopatkowa, której skurwysyństwo za­dzi­wiło mnie i przekreśliło wszystko to, co myślałam o niej, będąc młodą czy­tel­nicz­ką jej ksią­żek wieki temu.

W moim najgłębszym przekonaniu skazywanie młodocianych na dożywocie jest niemądre i niemoralne. Kara dożywotniego pozbawienia wolności, wy­mie­rza­na także osobom dojrzałym, w kształcie obowiązującym w Polsce jest torturą. Każda tortura jest łamaniem praw człowieka. […]  Dotychczas w tej sprawie często posługiwano się półprawdą, a tylko cała prawda może być początkiem uczciwej debaty. Wierzę, że moja książka otworzy publiczną dyskusję na temat dożywocia i doprowadzi do zmian w prawie.

*

Jej [Moniki Osińskiej]  historia nadaje się na opowieść o prawie i spra­wie­dli­wo­ści w polskiej wersji, o postkomunie, o odwecie, o po­pu­liz­mie, o zarządzaniu gniewem, o niedojrzałości naszej demokracji.

*

Kobieta zabija w kuchni swojego oprawcę – mówiła Lidia – takie zabójstwo mieści się w naszym kodzie kulturowym.
     To znaczy: mieści nam się w głowach. Kobiety, która się broni, nie ska­zu­ją na dożywocie. Mężczyzna zabija na tle rabunkowym, seksualnym i każ­dym innym: zawiedziona miłość, upokorzenie, porachunki, zemsta – takie historie znamy z książek i filmów. Monikę ludzie chcieliby widzieć w kuchni jako tę, która niebawem zostanie żoną, urodzi dzieci i będzie strzegła do­mo­we­go ogniska. Nie będzie! Bo wchodząc do mieszkania numer 32, wkro­czy­ła na terytorium zarezerwowane dla mężczyzn. […]  Gdyby Monika była chłopcem, mówiła Lidia, media by się nim nie za­in­te­re­so­wa­ły, przy­naj­mniej nie aż tak, nie wpadłyby w histerię, nie wywierałyby presji na sąd, gdyby na ławie oskarżonych nie siedziała dziewczyna, sąd pomieściłby tę zbrodnię w głowie, od tego jest sądem karnym, oceniłby sprawę trzeźwo i wydałby sprawiedliwy wyrok.

*

[…]  doświadczenia mogą być różne. Czasem sprzeczne, nawet w jednej opowieści, w jednej rodzinie.

*

Denerwowała się [Lidia Ostałowska]  – mówi Magdalena Kicińska – kiedy profesor Marcin Król użył w słynnym wywiadzie udzielonym „Gazecie” liczby mnogiej: „Byliśmy głupi”. Pytała: jacy my?
     […]  Dzisiaj autorytety mówią, że byliśmy głupi. Ja odpowiedziałam so­bie buńczucznie – nie byłam głupia. Nie zamknęłam oczu na roz­cza­ro­wa­nia, na degradację. Ton tych samokrytycznych wypowiedzi mnie irytuje, bo ich autorzy za chwilę znów czują się mądrzy, bo przecież zdali sobie sprawę, że byli głupi. Ale byli głupi i głupi pozostali. Głupota polegała na wierze, że pieniądze doprowadzą nas do szczęścia.

*

„Kobieta to dla rządzących tylko fantom, a nie świadoma jednostka. Cmok­nię­cie w rękę nie chroni nas przed skutkami bezdusznych ustaw i zakazów, a przepuszczanie w drzwiach nie zapewnia prawdziwej podmiotowości. Szansę na to daje jedynie demokratyczne państwo prawa. Oddalamy się od niego na razie. Ale kobiety coraz częściej pokazują, że nie chcą, by jedynie macierzyństwo dawało im poczucie wartości”.
     „Teraz fundamentaliści zbierają podpisy pod nowym projektem. Planują zakaz aborcji, gdy płód jest nieodwracalnie uszkodzony. Biskupi to po­pie­ra­ją, wielu polityków im ulega. Zasady religijne chcą jeszcze mocniej wpisać w prawo, choć konstytucja mówi o rozdziale Kościoła od państwa. Męż­czy­źni na stanowiskach tkwią głowami w XIX wieku. Snują fantazje o świecie, którym rządzą Bóg i patriarchat. W kobiecie widzą istotę prze­zna­czo­ną do rodzenia dzieci. Nadal nie rozumieją, że mamy sumienia. Że jesteśmy do­ro­słe. Że pracujemy na wzrost PKB. Że chcemy decydować o własnym zdro­wiu i życiu. Bo świat się zmienił, a demokracja jest i dla nas”.
Lidia Ostałowska, 2017.

*

Przemoc wobec mniejszości, opresja kobiet. Nie tylko religia za to zło od­po­wia­da, zdaniem Lidki, nie tylko biskupi utrudniają życie ko­bie­tom, poniżają je i dyskryminują. Ale też państwo, prawo, insty­tu­cje. To naturalne, że zwróciła uwagę na krzywdę kobiety nie­spra­wie­dli­wie ska­za­nej na zawsze. Wszyscy inni byli w tej sprawie ślepi, głusi, znie­czu­le­ni. Lidka patrzyła szeroko, widziała daleko, czuła głęboko. Wy­prze­dza­ła w tym swoją epokę.

*

W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, przechodzi mnie zimny dreszcz.

*

Kara dożywotniego pozbawienia wolności, funkcjonująca w polskim po­rząd­ku prawnym, to wciąż eksperyment. Nie wiemy, co ta kara w istocie oznacza i ile w rzeczywistości trwa, nikt bowiem z blisko czte­ry­stu od­by­wa­ją­cych ją więźniów nie osiągnął progu, który umożliwia opu­szcze­nie za­kła­du karnego w ramach warunkowego przedterminowego zwolnienia. Sądy, skazując na tę karę, mimo że funkcjonuje ona w Polsce od blisko dwudziestu lat, nie wiedzą, jaką w istocie karę wymierzają. Czy jest to kara, której głów­nym celem jest izolacja i wyeliminowanie nie­po­praw­ne­go i nie­po­pra­wial­ne­go sprawcy na zawsze ze społeczeństwa, czy tylko jest nauczką – choć niezwykle dolegliwą, to jednak dającą nadzieję na zakończenie życia po drugiej stronie więziennego muru? Nadzieję na śmierć w innym miejscu niż więzienie, bo szans na ułożenie sobie życia dawać ona z pewnością nie może (Barbara Błońska, Maria Ejchart-Dubois).

*

Za spacerem z psem tęsknisz. Za chodzeniem po plaży gołymi stopami, za wiatrem, słońcem, gwiazdami. Za zjedzeniem czegoś, na co ma się ochotę. Choć nie za jedzeniem się tęskni, raczej za atmosferą przy stole. Za ciastem mamy. Za kąpielą w wannie, za siedzeniem w fotelu. Za kilkoma parami butów. Za mieszkaniem w pokoju, w którym nikt inny nie mieszka. Za zga­sze­niem światła o dowolnej porze. Za pracą. Za bieganiem.

*

Lidka nie usprawiedliwiała tego, co zrobiłam. Powtarzała: powinnaś siedzieć, ale już wystarczy. Stała po mojej stronie.

*

Maria Ejchart-Dubois, prawniczka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która naukowo przygląda się kobietom skazanym na dożywocie, w wię­zie­niu odwiedza także Monikę. To kara niesprawiedliwa – mówi – niemoralna i nieskuteczna. Nikt nie powinien być na nią skazywany. Kara dożywocia jest następczynią kary śmierci. Przejęła jej funkcję. Sądy wysyłają czło­wie­ka na całe życie za kraty, kiedy chcą go wyeliminować. To kara nieludzka i ostateczna. Wyrok śmierci wielu skazanym wydaje się bardziej humanitarny. […]  jeśli dożywocie mamy rozumieć dosłownie, to jak wo­bec tego pracować z więźniami dożywotnimi? Nie ma resocjalizacji, kie­dy nie ma celu. Nie ma perspektywy. Jak kara ma spełnić swoje zadanie, kiedy nie bardzo wiadomo, jakie ono jest?

*

[…]  zemsta niczemu nie służy,
za to świadczy o nas.

*

Wiele małżeństw, związków partnerskich rozpada się z braku pożycia. Ko­bie­ty, w przeciwieństwie do skazanych mężczyzn, rzadko otrzymują na­gro­dę w postaci widzenia w oddzielnym pomieszczeniu. Albo w danym za­kła­dzie jest to niepraktykowane, albo zachodzi obawa zajścia w ciążę. Męż­czy­zna w zakładzie karnym ma możliwość zaspokajania tego typu potrzeb, je­mu wolno spłodzić dziecko na tak zwanym intymnym i nikogo to już nie in­te­resuje, że jego partnerka z braku funduszy poda go o alimenty. Męż­czy­źni mają siłownię, więcej zajęć kulturalno-oświatowych, szkół, pracy wol­no­ścio­wej. I więcej osób na liście widzeń.

*

W tym wszystkim tylko łzy są prawdziwe. Kobiety statystycznie są częściej zostawiane, stają się samotne w walce o przetrwanie i o powrót do domu, którego mogą już nie mieć.

*

Monika do nieżyjącej Lidii [Ostałowskiej]: Ty wiesz, bo przegadałyśmy nie­raz ten temat, jak ogromne znaczenie ma dla mnie data końca kary. Wiesz, że większa część mojego życia to czekanie. Czekanie na wszystko. Na te­le­fon, na widzenie, na paczkę, zajęcia, spotkania, np. z Tobą, na otrzymanie P2, dotrwanie do pierwszej wokandy. Takie życie od–do. Dziś pier­wszy raz mogę powiedzieć, że odliczam dni.
     Jak mam Ci opisać to, że ponownie jestem pierwsza? Jak mam ubrać w sło­wa mój żal, że Ciebie nie będzie z nami? Jak mam ponownie przeprosić za to, że Cię rozczarowałam?
     Pokazałaś mi inną twarz dziennikarza. Człowieka dziennikarza. Nie przy­puszczałam, że tyle lat nasza rozmowa będzie trwała. Prze­cież ona nadal płynie. Nie zostawiłaś mnie pomimo wszystko, stawiasz na mojej drodze kolejnych ludzi i przypominasz o sobie. Chce Ci się tam palić? Często o Tobie myślę, kiedy podpalam papierosa. Tak, popalam. Uwierzysz, że parę razy Ci zazdrościłam, że tam jesteś? Tam jest spokój, którego potrzebowałam.
     […]
     Głowę mam pełną myśli, wiesz, bo nie wiadomo, co będzie, gdy prze­kro­czę bramę. Powracam i do tego, ile musiałam przejść, by dzisiaj tu być. Po­win­naś to ze mną przeżywać, przy papierosie pogadać, gdzie mo­gły­by­śmy pójść. Jak dziwnie się to pisze, że będę mogła gdzieś pójść. Bez wy­zna­czo­ne­go miejsca, bez ograniczonego metrażu, nawet bez celu. Poza gra­fi­kiem, bez regulaminu. Tak po prostu przed siebie. […]
     Dopinguj mnie, zrobię wiele, byś była ze mnie dumna, ob­ser­wuj ­i uśmiechaj się nad moją pierdołowatością, gdy przyjdzie mi uczyć się nowych rzeczy. Chroń mnie i do zobaczenia. Niedługo Cię odwiedzę.

*

Blizny mają dziwną moc przypominania nam, że przeszłość wydarzyła się naprawdę.

Wojciech Tochman, Historia na śmierć i życie,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Płacz kobiet mnie boli.
Lidia Ostałowska

*

Czy reporterowi łatwo być sobą?
     Wydobywa przecież z ludzi najgłębsze zwierzenia i lę­ki, by je przedstawić publicznie. Podlega terminom, kli­kal­ności i cenzurze, zewnętrznej lub wewnętrznej, bo pewne rodzaje cenzury trzymają się mocno nawet w wol­nym kraju.
     A jak obronić w sobie prawdziwka, gdy ograniczenia się zaciskają? Gdy ideologia i polityka zamykają część mediów przed niezależnymi reporterami i dzielą ludzi?
 // Małgorzata Szejnert

*

Mędrczyni. Chyba najbardziej z nas wiedziała, o czym piszemy, o czym jest reportaż, jaki jest głęboki sens opowieści.
 // Włodzimierz Nowak o Lidii Ostałowskiej

*

Miała klasę, cywilną odwagę. Była moim prywatnym dowodem na to, że szlachetność człowiek nosi w sobie, że dobroć, moralność i zwykła przyzwoitość może być w nim i bez religii, nie z powodu strachu przed ogniem piekielnym, ale z powodu wartości, które wyznaje. Nie znam wielu kobiet, z którymi można się było napić piwa, i to mi się bardzo w niej podobało. Wyłaziła ze wszystkich stereotypów.
 // Katarzyna Surmiak-Domańska o Lidii Ostałowskiej

*

Lidia nie wkładała ludzi do szuflad, sama nie lubiła być szufladkowana.

*

Nie ma jej od kilku dni, próbuję przypomnieć sobie jej charakterystyczny śmiech z chrypą, wisiory (ulubiony z bryłką węgla, od Ślązaków), korale. I kolczyki, duże, kolorowe. Letnie sukienki. Jeszcze espresso, mocna ka­wa. Ciastka z cukierni na Bielanach. Przygarniane psy i koty. Dzikie zwierzęta, które podchodziły pod płot jej ogrodu. Donosiła w SMS-ach: „No otóż ten dzik spod okna, co mówiłam, wielki strasznie, okazał się kobietą ciężarną! Gruba jak wół była. Wykopywała trawy z po­la­ny i zanosiła w jedno miejsce, najbardziej ukryte. W inter­ne­cie piszą, że to zaciszna ostoja. Nie widziałam jej do dziś. Wynurzyła się, nadal gruba, ale pod pachami jakby mniej, pojadła sobie i wróciła do gniazda. Czekam, aż wyprowadzi pasiastych. Ojej!”.
 // Magdalena Kicińska

*

Wiesz, różne są ścieżki dobroci.

(tamże)

5134. Z oazy (CLXVII)

Odliczanie literek, zaczętych i przeczytanych w czasach największego mroku, nim Sadownik wywiózł mnie na operację. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu, ale i re­habilitacyjnej potrzeby. Od dziś mam siedzieć w fotelu minimum cztery go­dzi­ny. Nadrabianie blogowych zaległości jako narzędzie rehabilitacyjne? Koń by się uśmiał, gdyby nie był to fakt.

Czekałam na publikację tej książki prawie półtora miesiąca, nie przeczuwając, że w dniu premiery będę cieniem samej siebie. To nie książka, to przede wszystkim nie­chlub­ne świadectwo. Autor starał się rozmawiać z osobami reprezentującymi obie strony konfliktu polsko-polskiego. Ja, wybierając cytaty, ominęłam każdego wy­po­wia­da­ją­ce­go się w książce mundurowego. Wystarczy, że przeczytałam ich kiepskie uspra­wie­dli­wie­nia swojego zachowania.

Tak jak wiele innych murów zbudowanych na świecie nie przy­niósł ocze­ki­wa­ne­go efektu. Szlak białoruski nie zniknął. Stał się trudniejszy, ale wciąż bezpieczniejszy niż bałkański czy śródziemnomorski.

*

[Beata Siemaszko]  Bardzo bym chciała, żeby to się już skończyło. Żeby lu­dzie, którzy przechodzą przez las, byli zaopiekowani przez nasze służby, że­by była wdrożona procedura, co należy z nimi robić.
     [M.G.]  Mówisz o marzeniu, żeby pań­stwo stanęło na wysokości zadania, tak?
     [B.S.]  Często spotykam się z pytaniem, czego wam potrzeba ze strony pań­stwa. Co politycy mogą dla nas zrobić? – takie pytanie mi ostatnio za­da­no. W zasadzie to tylko jednej rzeczy potrzebujemy z ich strony – niech zaczną przestrzegać procedur, i tyle. Tego bym od nich chciała.

*

[M.G.]  Kościoły są pomocne w ratowaniu uchodźców?
     [Beata Siemaszko]  Zależy które.
     [M.G.]  A które są?
     [B.S.]  Poszłam do katolickiego proboszcza z konkretną prośbą. Wiem, że diecezja ma swoją pralnię, więc pomyślałam, że może uda się go na­mó­wić na pranie rzeczy, które odzyskujemy z lasu, by mogły powtórnie służyć ko­lej­nym potrzebującym.
     [M.G.]  Udało się?
     [B.S.]  Nie. Oni dbają o czystość religijną i narodową.
     [M.G.]  A Cerkiew coś robi dla uchodźców?
     [B.S.]  Nie odpędza wędrowca od swoich drzwi.

*

Tu na granicy nie ma prawa. Służby działają poza prawem, co już wie­lo­krot­nie potwierdziły wyroki sądów. A gdy bezprawie jest państwowe, robi się coraz bardziej szaro i mroczno. […]  To nieprawda, że wyciągnęliśmy wnioski, że nigdy więcej wojny, prze­śla­do­wań, pogromów. Guzik prawda, wszystko jest możliwe, wszystko może wrócić, możemy znowu robić to samo. A może nawet będziemy jeszcze gorsi.
Adam

*

[Maciej Żywno]  Widziałem helikoptery, rosomaki i setki mundurowych polujących na ludzi, którzy nie byliby w stanie rzucić patykiem. Ani razu nie spotkałem agresywnego uchodźcy.

*

[Joanna Pawluśkiewicz]  W Starym Masiewie było wielkie mrowisko, gigant stojący tam od lat. Zawsze tam było. I nagle przyjeżdża ciężarówka z ma­te­ria­ła­mi bu­dow­la­ny­mi i je rozwala. W ekosystemie każdy element jest waż­ny, ale żeby to jakoś po laicku wytłumaczyć, to tak, jakby ktoś, kurwa, roz­jechał Morskie Oko, rozumiesz? […]  I nie cenzuruj mnie, poproszę, ale uważam, że tym pierdolonym murem zniszczyliśmy jeden z naj­waż­niej­szych obiektów przyrodniczych na świecie. […]  Trzeba krzyczeć, że to jest kryzys humanitarno-przyrodniczy. Że przez ten mur umiera populacja rysia. Nie rozróżniam wartości życia sarny od wartości życia człowieka. Żubr jest dla mnie tak samo ważny jak człowiek. Wspólnie składamy się na ekosystem. […]  Niszczymy Puszczę Białowieską i inne tereny przy­rodnicze, niszczymy klimat, a potem się dziwimy, że idą ludzie. […] 
     [M.G.]  Czego się ostatnio nauczyłaś?
     [J.P.]  […]  Przestałam się bać służb. Na pewno nas podsłuchują, o boże, boże, mam u nich kartotekę! No i co z tego? Zatrzymują mnie. No i co z tego. Wszystkie moje bariery zaczęły się przesuwać. Mam głęboką pogardę dla systemu. Ale czuję sprawczość. I miłość do Puszczy. Doświadczyłam tu dużo przemocy, na przykład wtedy, kiedy w trakcie obrony Puszczy przed wy­cin­ką, w 2017 roku, byliśmy bici przez służby. Pewnie to nie jest koniec prze­mo­cy, która mnie tu czeka, ale wiem, że działam dla dobra ekosystemu, dla miejsca, które jest moim miejscem na ziemi.

*

[M.G.]  A czego się nauczyłaś przez ten czas?
     [Mama Africa]  Nauczyłam się, że służby mundurowe nie są po to, żeby nas chronić i wspierać. Naiwnie sobie myślałam, że jednak jak ktoś idzie do policji czy Straży Granicznej, to takie właśnie ma cele. A tymczasem oni stali się kierowcami wyjebkowozów, bo tak mówimy na te ich ciężarówki. Nauczyłam się gardzić ludźmi, którzy potrafią polować na grupę osób, która zimą przeszła przez rzekę.

*

[M.G.]  Kim są dla ciebie ci ludzie, którym pomogłaś?
     [Mama Africa]  Przyjaciółmi. Zawsze będę się zastanawiać, co u nich, jak sobie radzą. Jeśli będzie potrzeba, żeby im w jakikolwiek sposób pomóc, to na pewno się nie zawaham. […]  Z niektórymi już się widziałam w Niem­czech, we Włoszech. Wiem, co u nich słychać, wiem, że tam też nie jest sie­lan­ko­wo, ale są bezpieczni, nie zamarzają w lesie i nie są narażeni na kon­tak­ty ze zdegenerowanymi strażnikami z polskich i białoruskich służb gra­nicz­nych. […]  Wiesz, kto przechodzi przez tę granicę? Mieszkał u nas doktor fizyki, muzyk, informatyk, ekonomista, student. Wielu bardzo dobrze wy­kształ­co­nych ludzi, którzy trafiają do naszego lasu, ale są traktowani tak naprawdę gorzej niż zwierzęta.

*

[Kamil Syller]  Unia da kasę na nowe ośrodki. Bo na płot powiedziała, że nie da, bo to nie jest polityka migracyjna. Ludzie będą chcieli zostać w Polsce, jak się im da jakieś lepsze warunki.
     Przecież my potrzebujemy ludzi. Brakuje mi takiego, nawet cynicznego, ale po prostu pragmatyzmu państwowego. Jest dwieście pielęgniarek z Sy­rii do wzięcia, bierzemy, dajemy pensję, czemu nie.

*

Chcę, żebyście wiedzieli, że uchodźcy są wśród nas, i o ile Łukaszenka nie postanowi inaczej – to się nie zmieni. Chcę, żebyście wiedzieli, że kiedy pani rzecznik stwierdziła: „mieliśmy tylko trzy nielegalne przekroczenia gra­ni­cy!”, Grupa Granica odebrała pięćdziesiąt wezwań o pomoc. Chcę, żebyście wiedzieli, że ci ludzie cierpią. Chcę, żebyście wiedzieli, że to od dawna głów­nie chrześcijanie, mnóstwo kobiet w ciąży, dzieci, rodzin. Chcę, że­byś­cie wie­dzie­li, że ten odsetek psychopatów w mundurach, którzy nie odwracają głowy, wyrzuca na Białoruś te rodziny, kobiety, dzieci, ciężarne, pobitych, chorych, wycieńczonych mężczyzn, bardzo często jeszcze nastolatki. Chcę, żebyście wiedzieli, że na Białorusi tych ludzi się bije, kobiety i dziewczynki gwałci, a psychopaci w mundurach mają zwyczaj się temu przyglądać, sto­jąc po swojej stronie ogrodzenia. Chcę, żebyście wiedzieli, że ci ludzie mają polską flagę na ramieniu i polskie godło na czapce. Chcę, żebyście wiedzieli, że Grupa Granica udzieliła pomocy jedenastu tysiącom ludzi, że najczęściej wolontariuszki to młode, atrakcyjne kobiety i nigdy żadna z nas nie była przez uchodźcę zagrożona. Ani jedna aktywistka i ani jedna podlaska kro­wa w ciągu tego roku nie została zgwałcona. W każdym razie nie przez uchodźcę.
Paulina Bownik

*

[M.G.]  A o Polsce dowiedziałeś się czegoś nowego ostatnio?
     [Andrzej]  Strasznie nietolerancyjny kraj zacofanych ludzi. Przed Ukraińcami serca i ramiona otwarte, a Bliski Wschód to już dla nich sami terroryści. Nic nie czytają. Nie wiedzą, z jakich krajów są ci uchodźcy ani co się w tych krajach dzieje. A ja w lesie spotykam fajnych, wykształconych ludzi. Można odnieść wrażenie, że są bardziej cywilizowani niż my. […]  Uważam, że trzeba pomagać Ukraińcom, ale nie wolno przestać być czło­wie­kiem dla innych ludzi.

*

[M.G.]  Życzysz uchodźcom życia w Polsce?
     [Barbara Kuzub-Samosiuk]  Poza Polską żyje kilkanaście milionów Polaków i jakoś nam pozwolili pracować w tych Belgiach, Niemcach i Ame­ry­kach. A my co na to? Nienawidzimy Żydów, nienawidzimy cia­pa­tych, nienawidzimy islamu. Ciekawe, że ta Belgia czy Niemcy nie boją się, że polscy katole zaleją ich kraje, że im mentalnie wszystko poprzestawiają. Gdziekolwiek spojrzysz, każda rodzina ma kogoś za granicą. Jak nie wu­jek, to ciocia albo brat pracuje za granicą, ale do nas to już nikt nie może przyjechać. Przedziwni jesteśmy.
     [M.G.]  Nauczymy się być bardziej otwarci?
Chyba się raczej nie nauczymy. Chciałabym, żeby Polacy byli otwar­tym narodem, ale to długa droga.
     [M.G.]  Co jest teraz najtrudniejsze?
     [B.K.S.][…]  To, że tutaj mieszkamy, to nie jest tragedia. Dzięki nam ludzie w drodze spełnią swoje marzenia o lepszym, bezpieczniejszym życiu. Zupełnie tak jak kilkanaście milionów Polaków mieszkających poza Polską

*

[M.G.]  Czego się ostatnio dowiedziałaś o Polsce?
     [Joanna Sarnecka]  Nigdy nie miałam jakichś złudzeń, że to jest kraj szczę­śli­wości, ale przeraża mnie to zło systemowe. To jest dla mnie nie do zaakceptowania. […]
     [M.G.]  Zostało ci trochę wiary w państwo?
     [J.S.]  Chciałabym móc liczyć na państwo, którego wciąż jeszcze jestem częścią. Dopóki nie spalę paszportu, dopóki się nie wypiszę, do­pó­ki do­rzu­cam się do wspólnej kasy, to jestem częścią polskiej rodziny. Ale nie­ste­ty nie mam wpływu na to, co się tu dzieje.

*

[…] nauczyłam się tego, że nie zmienię świata, mogę tylko zrobić to, co jestem w stanie.
Eliza Kowalczyk

*

[M.G.]  A czego się nauczyłaś przez ten rok?
     [Eliza Kowalczyk]  Nie bać się służb, bo na początku to był wielki strach, że oni mogą dużo więcej niż my. Teraz traktuję ich w ten sposób, że tak na­prawdę oni służą dzięki temu, że ja płacę podatki. I im to mówię. „Po­win­niście nas chronić i nam pomagać, a nie że my odwalamy za was waszą robotę”. Bo moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest przyj­mo­wa­nie uchodźców, sprawdzanie, czy mogą się starać o azyl, spraw­dza­nie, w jakiej są sytuacji, i w cywilizowany sposób wysyłanie ich do miejsca za­miesz­ka­nia, jeśli nie ma przesłanek ku temu, żeby im pomóc.

*

[M.G.]  A myślałaś o tym, żeby się stąd wynieść?
     [Eliza Kowalczyk]  Był taki moment, że każdy się za­sta­na­wiał w ogóle, jak tu dalej żyć. Ale powiedziałam sobie, że Puszczę kocham i się czuję tu zakorzeniona. Nie oddam tego. Poza tym Puszcza ma to do siebie, że ona się odnawia po wszystkich swoich tra­ge­diach. Ona też wiele przeszła. Widziała pogromy i ukry­wa­ją­cych się Żydów, i wojenne za­wie­ru­chy. Przeżyła wycinkę, więc myślę, że jest otwarta na to, żeby tych ludzi przyjmować, chronić. Nie wyjadę stąd. […]  Ale pewnie wiesz, że to jest dopiero wstęp do następnej wielkiej migracji, do której powinniśmy się przy­go­to­wać. A jak w południowych krajach nie będzie co jeść i pić, to już nie będzie tylko prośba, to będzie siła. Więc powinniśmy się uczyć po­ma­gać i zrozumieć to, że trzeba się trochę posunąć i zrobić miej­sce innym.

Mikołaj Grynberg, Jezus umarł w Polsce,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

[Wojtek Radwański]  Mam mnóstwo pretensji do na­szych kręgów cywilizacyjnych, naszej kultury judeo-chrze­ści­jańskiej, która postawiła ten świat taki, jaki jest, a teraz mówi: siedź­cie u sie­bie i po­noś­cie konsekwencje naszych wyborów.

*

[Wojtek Radwański]  W tym cholernym katolickim kraju, religii opartej na miłosierdziu, im jesteś bardziej wie­rzą­cy, tym, kurwa, masz mniej tego miłosierdzia w sobie, to jest coś niewiarygodnego. Przed Bożym Na­ro­dze­niem ktoś zrobił badania, kto by przyjął tego nieznanego wę­drow­ca w domu, i, kurwa, przepraszam, nawet katolicy tego nie deklarują. What the fuck?! Kto ma większą pa­ra­no­ję, no błagam! Im jesteś bardziej katolicki, tym mniej jesteś otwarty na kogokolwiek! A gdzie jest przy­po­wieść o Samarytaninie? Gdzie jest sens? Ludzie, któ­rzy tu przychodzili na jesieni, mieli Jezus na imię, na li­tość boską, Jezus – i to nie jest metafora!
     [M.G.]  Spotkałeś tu Jezusa?
     [W.R.]  Nie, Jezus nie żyje, w sensie: jedna z osób, któ­re nie żyją, miała na imię Issa.
     [M.G.]  Issa?
     [W.R.]  To jest Jezus.
     [M.G.]  Jezus umarł w Polsce?
     [W.R.]  Tak. A u progu katolickiej Polski spotkaliśmy Sarę i jej męża z Palestyny. Była w piątym miesiącu cią­ży. Spotkaliśmy ich w listopadzie, to nie jest metafora Świętej Rodziny, to jest, kurwa, jeden do jednego, ale nie, kato­li­cka Polska mówi im fuck off!

(tamże)

piątek, sierpnia 04, 2023

5133. 216/365

piasek areny cyrkowej to nie jest właściwe środowisko do życia dla delfina. to niczyja wina, że urodziłam się w cyrku.

długo trwało, nim zrozumiałam, że nie muszę w nim żyć czy do niego wracać — najpilniejszą potrzebą było odnalezienie swo­je­go stada i akwenu, bez oglądania się za siebie.

216/365