wtorek, września 12, 2023

(5192+1). Dzieci jako forma kontroli człowieka

Bezdzietność w wymiarze społecznym od podszewki poznałam. Drugie i trzecie dno bezdzietności zwiedziłam. Byłoby mi łatwiej, gdybym, nim ruszyłam w tę drogę, mia­ła pod ręką tę książkę. Nie szarpałabym się tak długo z seksizmem przebranymi za: wątpliwą życzliwością, głupimi mądrościami, przemyślaną starannie bez­myśl­no­ścią, najczystszymi projekcjami, współczuciem, któremu się wydaje, że coś o mnie wie, i naj­zwy­klej­szym w świecie chamstwem. Dużo nauczył mnie ten czas. Nie żałuję ani chwili.

Chcesz dowiedzieć się czegoś prawdziwego o życiu? Nie pytaj uprzy­wi­le­jo­wa­nych. Nie pytaj białego o rasizm, nie wie, że dyskryminuje ze względu na kolor skóry. Nie pytaj mężczyzn o sytuację kobiet. Nie pytaj ludzi z wielkich miast, jak się żyje w ich kraju. Zapytaj tych, którzy są konkretnych przywilejów pozbawieni.

[romantyzując macierzyństwo]  używają tej samej terminologii, co seksiści propagujący wizję z natury afirmujących życie kobiet karmicielek i wzmac­nia­ją w ten sposób główne dogmaty ideologii męskiej supremacji. Po­twier­dza­ją przez to, że macierzyństwo jest prawdziwym powołaniem kobiety, że kobiety, które nie są matkami, których życie bardziej skupia się na karierze, pracy twórczej czy politycznej, tracą coś ważnego i są skazane na emocjo­nal­nie niespełnione życie. Choć nie atakują one otwarcie ani nie umniej­sza­ją roli kobiet, które nie rodzą dzieci, sugerują (podobnie jak czyni całe spo­łe­czeń­stwo), że macierzyństwo jest ważniejsze i bardziej satysfakcjonujące niż inne formy pracy kobiet.

*

Biologiczne doświadczenie ciąży i rodzenia, bez względu na to, czy jest bolesne, czy radosne, nie powinno być utoż­sa­mia­ne z twierdzeniem, że kobiece rodzicielstwo jest z konieczności lepsze od męskiego.

*

Słownikowe definicje określenia „ojciec” łączą je z akceptacją odpo­wie­dzial­no­ści, nie zawierają jednak słów takich, jak „czułość” czy „przywiązanie”, choć słowa te wyznaczają znaczenie pojęcia „matka”.

*

Mężczyźni nie będą w równym stopniu uczestniczyć w pracach domowych dopóty, dopóki nie zostaną nauczeni, najlepiej już w dzieciństwie, że ojco­stwo ma takie samo znaczenie, jak macierzyństwo.

*

Powinno istnieć pojęcie
prawdziwego ro­dzi­ciel­stwa,
które nie czyni rozróżnienia między
troską macierzyńską a ojcowską.

*

Mężczyźni są socjalizowani do tego, by unikać po­dej­mo­wa­nia odpo­wie­dzial­no­ści za wychowywanie dzieci, i uni­ka­nie to jest wspierane przez ko­bie­ty, które wierzą, że macierzyństwo jest przestrzenią władzy, którą mo­gły­by utracić, gdyby mężczyźni w równym stopniu, co i one, uczestniczyli w rodzicielstwie. Wiele spośród tych kobiet nie chce dzielić się rodzi­ciel­stwem po równo z męż­czy­znami.

*

[…]  problemy pojawiające się wtedy, gdy dziecko ma tylko jednego rodzica lub jest wychowywane wyłącznie przez ko­bie­ty: wychowywanie przez ko­bie­ty dostarcza dzieciom niewielu męskich modeli zachowań, utrwala prze­ko­na­nie o tym, że rodzicielstwo jest zadaniem wyłącznie dla kobiet oraz wzmac­nia męską dominację i lęk mężczyzn przed kobietami.

*

Dominacja zazwyczaj obecna w rodzinie – dorosłych nad dziećmi, męż­czyzn nad kobietami – to różne formy opresji grupowej, które łatwo prze­kła­da­ją się na „prawomocną” grupową opresję innych ludzi, wy­zna­cza­ną przez „rasę” (rasizm), narodowość (kolonializm), „religię” albo „inne czyn­niki”.
  //  John Hodge

bell hooks, Teoria feministyczna. Od marginesu
do centrum
, przeł. Ewa Majewska,
Krytyka Polityczna, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

*

The Black Eyed Peas, Where Is The Love?

what's wrong with the world, mama?
people living like they ain't got no mamas
[…] 
where is the love?
[…] 
if you never know [the] truth then
   you never know love
[…] 
we only got one world, one world
that's all we got one world, one world

5192. Z oazy (CLXXXIV)

Gdybym wyrobiła się z wyborem cytatów, ten wpis zaczynałby się tak: [t]ydzień od­tru­wania organizmu po kon­fe­der(r)a­tach za mną. Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. Nie wyrobiłam się z wyborem. W konsekwencji nie wyrobiłam z odcedzeniem najważniejszych dla mnie fragmentów z wyboru cytatów. Fusy wrażeń po­trze­bo­wa­ły cza­su, by osiąść, bym mogła wyrzucić te wyimki, które tylko na pierwszy rzut oka wy­da­wały się tu niezbędne. Wyrzucanie zajęło mi dwa dni.

Czytając konfederatów, trawiąc każdą napotkaną tam kreaturę i każdy opisany, nie­miesz­czą­cy się w mojej głowie, incydent, obiecywałam sobie, że gdy skończę ten re­por­taż, do końca września czytać będę wyłącznie powieści. Nie na długo starczyło mi zaparcia. Już w środę z ciekawości zajrzałam do darmowego fragmentu świeżutkiej książki Patrycji Wieczorkiewicz i Aleksandry Herzyk, a tam na dzień dobry bell hooks trafia w punkt:

Porzuceni emocjonalnie przez rodziców i społeczeństwo w ogól­no­ści, chłopcy często przeżywają złość, którą nikt się nie przej­mu­je, dopóki nie prowadzi do agresywnych za­cho­wań. Dopóki chłopcy, wypełnieni gniewem, spędzają całe dnie przed kom­pu­te­rem, nie mówią, nie budują relacji – ni­ko­go nie obchodzą.

I przypomniało mi się, że koniecznie chciałam zajrzeć do jednej z jej książek. I nie wróciłam do danej sobie powieściowej obietnicy, tylko klik, klik i wiadomo co. I na kil­ka dni znik­nę­łam, nurkując w tej książce, zaraz po tym, gdy Przegryw za­zna­czy­łam do upolowania.

To książka dla średniozaawansowanych z optyki społecznej, czyli dwanaście roz­dzia­łów o ślepej plamce przywilejów. Każda i każdy z nas doskonale wiemy i na bezdechu wymienimy, czego wzglę­dem innych ludzi nam brakuje (np. pieniędzy, wykształcenia, kontaktów, wia­ry, zimnej krwi, pozycji społecznej, rodziny), ale świa­do­mość tego, co mamy, za­wsze kuleje, choćby nie wiem, jak ją ćwiczyć i rozszerzać. Czy potrafisz bez zastanawiania się podać korzyści, jakie masz z powodu białej skó­ry? A jest ona nie lada przy­wi­le­jem.

Ta książka wyjaśniła mi, dlaczego nie kibicuję Kongresowi Kobiet; dlaczego dawno temu nie wypaliła Partia Kobiet; dlaczego tak wiele kobiet mówi: „nie jestem femi­ni­stką”, co niezmiennie wprawia mnie w osłupienie; dlaczego mężczyźni śmieją się sły­sząc słowo feminizm i co realnie przykrywa ten ich śmiech.

W gruncie rzeczy socjalizacja kobiet i mężczyzn wspiera potrzeby kultury, w której żyjemy. […]  Mężczyźni są z urodzenia nie bardziej agresywni niż kobiety bierne.
Patty Walton

*

To oczywiste, że społeczeństwo jest bardziej przychylne tym „femi­ni­stycz­nym” żądaniom, które nie są groźne, czy nawet wspierają utrwalanie status quo.

*

Kobiety są grupą najbardziej poszkodowaną przez seksistowską opresję. Podobnie jak w przypadku innych form opresji grupowej, również seksizm dokonuje się poprzez struktury instytucjonalne i społeczne, poprzez jed­no­stki, które dominują, wyzyskują czy opresjonują oraz przez same ofiary tych praktyk, socjalizowane, by zachowywać się w sposób, który wspiera istniejący stan rzeczy.

*

Mężczyźni nie są wyzyskiwani czy opresjonowani przez seksizm, ale istnieją sytuacje, w których cierpią oni wskutek jego istnienia.

*

Opresja seksistowska ma pierwszorzędne znaczenie nie dlatego, że leży u podstaw wszystkich innych form opresji, ale dlatego, że jest praktyką dominacji, której doświadcza większość ludzi, bez względu na to, czy są dyskryminowani, czy sami dyskryminują; wyzyskiwani czy sami wy­zy­skują. […] 
     W odróżnieniu od innych form opresji większość ludzi doświadcza se­ksi­zmu i/lub go praktykuje w kontekście rodziny. Jesteśmy zazwyczaj świad­ka­mi albo ofiarami rasizmu i dyskryminacji klasowej w sytuacjach, gdy wychodzimy poza dom, w szerszym kontekście społecznym.

*

[…]  wiele dylematów dzisiejszego ruchu feministycznego zawdzięcza on kobietom z klasy średniej, które kształtowały ten ruch w taki sposób, by sprzyjał on ich oportunistycznym interesom klasowym.

*

Wiele kobiet ma opory przed wspieraniem feminizmu, ponieważ nie są pew­ne znaczenia tego słowa. Inne, zwłaszcza te pochodzące z wy­zy­ski­wa­nych i opresjonowanych grup etnicznych, odrzucają to pojęcie, bo nie chcą być postrzegane jako zwolenniczki ruchu, który jest rasistowski; feminizm jest bowiem często utożsamiany z działaniami na rzecz praw białych kobiet.

*

Większość kobiet lepiej zna krytykę ruchu na rzecz wyzwolenia kobiet niż pozytywne znaczenia słowa „feminizm”.

*

Feminizm to walka na rzecz zniesienia seksistowskiej opresji. Jego celem nie jest poprawa sytuacji jakiejś wybranej grupy kobiet z określonej rasy czy klasy. Feminizm nie żąda dla kobiet większych przywilejów niż dla męż­czyzn. Feminizm może zmienić życie każdego i każdej z nas w sensowny sposób.

*

[Feminizm]  jest również dążeniem do przekształcenia społeczeństwa tak, by rozwój ludzi miał pierwszeństwo przed imperializmem, ekspansją eko­no­mi­czną i zaspokajaniem potrzeb materialnych.

*

W sensie politycznym wzniesione na dominacji białych, patriarchalne pań­stwo opiera się na rodzinie, która indoktrynuje swoich członków, wpa­ja­jąc im wartości wspierające hierarchiczną kontrolę i opartą na prze­mo­cy wła­dzę. W związku z tym państwo ma żywotny interes w pro­pa­go­wa­niu po­glą­du, że feminizm zniszczy życie rodzinne.

*

Kobiety, które są na co dzień wyzyskiwane i opresjonowane, nie mogą sobie pozwolić na to, by porzucić przekonanie, że jednak posiadają jakąś kontrolę nad swoim życiem, nawet jeśli jest to tylko kontrola częściowa. Nie mogą pozwolić sobie na postrzeganie samych siebie wyłącznie jako „ofiar”, po­nie­waż ich przetrwanie bezpośrednio zależy od ciągłego wy­ko­rzy­sty­wa­nia tej nawet niewielkiej władzy, jaką posiadają. Dla tych kobiet wiązanie się z in­ny­mi kobietami w oparciu o wspólną wiktymizację byłoby psy­cho­lo­gicznie demoralizujące. Wiążą się one z innymi kobietami na podstawie wspólnych form siły i posiadanych środków. To właśnie takie tworzenie więzi po­wi­nien wspierać ruch kobiecy. To ten typ więzi jest istotą siostrzeństwa.
     Tworząc więzi z pozycji „ofiar”, białe działaczki na rzecz wyzwolenia ko­biet nie musiały brać odpowiedzialności za konfrontowanie się z całą zło­żo­no­ścią własnego doświadczenia. Nie zadawały sobie trudu analizy wła­snych seksistowskich zachowań wobec ko­biet innych od siebie i nie badały wpływu przywilejów rasowych oraz klasowych na swoje relacje z ko­bie­ta­mi spoza wła­snej rasy i klasy. Identyfikując się jako „ofiary”, mo­gły zre­zy­gno­wać z odpowiedzialności za swoją rolę w podtrzymywaniu i prak­ty­ko­wa­niu seksizmu, rasizmu i dyskryminacji klasowej, czego do­ko­ny­wa­ły uzna­jąc, że tylko mężczyźni są wrogami.

*

Czarne kobiety potrafiły białym kobietom zazdrościć (ich wyglądu, ich ła­twego życia, atencji, z jaką podchodzą do nich „ich” mężczyźni); bać się ich (z powodu władzy ekonomicznej, jaką miały nad życiem wielu czarnych kobiet), a nawet je kochać (jako ich nianie czy służące), ale szacunek dla białych kobiet okazał się dla czarnych kobiet niemożliwy […]. Czarne ko­bie­ty nie odczuwają szczególnego podziwu dla białych kobiet jako kom­pe­tent­nych, pełnych osobowości, […]  zawsze widziały w nich roz­ka­pry­szo­ne dzie­ci, śliczne i zepsute, ale nigdy prawdziwych dorosłych zdolnych do roz­wią­zy­wania prawdziwych problemów tego świata.
  //  Toni Morrison

*

Białe kobiety z klasy średniej zainteresowane problematyką praw kobiet są z oczywistych powodów zadowolone z prostych definicji. Retorycznie wpi­su­jąc się w tę samą kategorię społeczną, co kobiety faktycznie opre­sjo­no­wa­ne, mogą spokojnie pomijać problemy rasy i klasy.
     Kobiety z niższych klas społecznych, szczególnie te, które nie są białe, nie będą definiowały wyzwolenia kobiet jako zrównania statusu kobiet i męż­czyzn, ponieważ na co dzień konfrontują się z tym, że nie wszystkie ko­biety mają taką samą pozycję społeczną. Mają one przy tym świadomość, że wie­lu mężczyzn z ich grup społecznych podlega wyzyskowi i opresji. Wie­dząc, że mężczyźni z ich grup społecznych są pozbawieni społecznej, politycznej i ekonomicznej władzy, nie uznałyby za wyzwolenie zrównania własnej po­zy­cji społecznej z tą, jaką zajmują oni. Choć zdają sobie sprawę z tego, że seksizm daje mężczyznom z ich grup społecznych przywileje, do których one same nie mają dostępu, postrzegają przesadną artykulację męskiego szo­wi­ni­zmu w wykonaniu mężczyzn z ich grupy raczej jako wynik poczucia bez­sil­no­ści i bezradności w ich relacjach z mężczyznami z grup po­sia­da­ją­cych władzę niż wyraz ich generalnie uprzywilejowanej pozycji społecznej.

*

Białe kobiety i czarni mężczyźni znają obie strony sytuacji – mogą funk­cjo­no­wać w roli opresora albo podlegać opresji. Czarni mężczyźni mogą być ofiarami rasizmu, ale seksizm daje im możliwość działania z po­zy­cji opre­so­ra w stosunku do kobiet. Białe kobiety z kolei mogą stać się ofiarami se­ksi­zmu, ale rasizm pozwala im na wyzyskiwanie i opresjonowanie czar­nych. Obie te grupy stworzyły ruchy społeczne, które umożliwiały im działanie na rzecz własnego interesu i wspieranie ciągłości opresji innych grup. Seksizm czarnych mężczyzn podważa walkę z rasizmem, podobnie jak ra­sizm bia­łych kobiet stanowi przeszkodę dla zwalczania seksizmu.

*

Uprzywilejowane feministki zasadniczo nie potrafiły mówić do różnych grup kobiet, rozmawiać z nimi oraz zabierać w ich imieniu głosu, ponieważ albo nie w pełni rozumiały wzajemne relacje zachodzące między opresją płciową, rasową i klasową, albo nie traktowały tych relacji poważnie. Femi­nistyczne analizy sytuacji kobiet skupiają się zazwyczaj wyłącznie na płci społeczno-kulturowej […]. Odzwierciedlają typową dla zachodniego pa­triarchalnego umysłu tendencję do fałszowania rzeczywistego życia ko­biet poprzez nacisk na to, że płeć społeczno-kulturowa jest jedynym wy­znacz­ni­kiem sytuacji kobiet.

*

Kiedy ruch na rzecz wyzwolenia inspiruje się głównie nie­na­wiścią do wroga, a nie wyobrażeniem nowych moż­li­wo­ści, zaczyna się on stawać przyczyną własnej klęski.

*

[…]  feminizm nie polega na tym, żeby osiągnąć sukces, zostać dyrektorką w korporacji lub wygrać wybory; nie polega on też na tym, by tak jak mąż robić karierę, jeździć na narty, spędzać dużo czasu z partnerem i dwójką uroczych dzieci – a wszystko dzięki temu, że masz gosposię, która czyni to wszystko możliwym, ale sama nie ma pieniędzy lub czasu na takie życie; feminizm nie polega też na tym, by otwierać Bank Kobiet albo spędzić weekend na drogim warsztacie, który zrobi z ciebie kobietę asertywną (ale nie agresywną); przede wszystkim zaś nie polega on na tym, że stajesz się agentką CIA, policjantką czy generałką piechoty morskiej.
  //  Carol Ehrlich

*

W systemie kapitalistycznym patriarchat ma taką konstrukcję, że seksizm ogranicza zachowania kobiet w pewnych sferach, choć zarazem daje im wolność w innych. Brak ekstremalnych ograniczeń sprawia, że wiele kobiet nie bierze pod uwagę tych obszarów, w których się je wyzyskuje czy dy­skry­mi­nu­je ze względu na płeć; mogą one nawet żywić przekonanie, że nie ma żadnej opresji względem kobiet.

*

Być na marginesie to zarazem być częścią całości, ale również pozostawać poza centrum.

*

Radykalny feminizm, i nie obejmuje to w żaden sposób wszystkich sta­no­wisk w ruchu wyzwolenia kobiet, postuluje, że dominacja jednej istoty ludz­kiej nad inną jest najbardziej podstawowym złem w społeczeństwie. Jego celem jest walka z dominacją w stosunkach między ludźmi.
  //  Celestine Ware

*

Rasizm uczy rozdętego poczucia ważności i wartości, zwłaszcza kiedy współwystępuje z uprzywilejowaną pozycją klasową.

*

Bunt jest stadium w rozwoju rewolucji, lecz nie jest on samą rewolucją. Jest ważnym etapem, gdyż odpowiada „powstaniu”, stanowi potwierdzenie przez uciskanych ich własnego człowieczeństwa. Bunt stanowi dla opre­sjo­no­wa­nych i wszystkich innych osób wyraźną informację o tym, że sytuacja jest już nie do zniesienia. […]  Bunt wstrząsa społeczeństwem, lecz nie do­star­cza tego, co niezbędne dla budowy nowego porządku społecznego.
  //  Grace Lee Boggs i James Boggs

*

Nie ma w naszym społeczeństwie sposobu zarobienia dużych pieniędzy – żadnego sposobu – który nie wiązałby się z wyzyskiem innych ludzi.
  //  Vivian Gornick

*

[…]  wszyscy jesteśmy ranieni przez sztywne role płciowe.

*

[…]  samo stwierdzenie „mężczyźni są wrogami” było w gruncie rzeczy po prostu odwróceniem męskiej supremacyjnej doktryny „kobiety są wrogami” – starej interpretacji rzeczywistości powtarzanej od czasów Adama i Ewy.
     Z perspektywy czasu widać wyraźnie, że nacisk na wizję „mężczyzny ja­ko wroga” odwracał uwagę od poprawy relacji między kobietami i męż­czy­zna­mi oraz od sposobów, które umożliwiłyby mężczyznom i ko­bie­tom wspól­ne oduczanie się seksizmu.

*

Stwierdzenia takie, jak „każdy mężczyzna to wróg” i „wszyscy mężczyźni nienawidzą kobiet” wrzucały wszystkich mężczyzn do jednego worka, su­ge­rując tym samym, że mają oni równy dostęp do męskich przywilejów.

*

Z perspektywy społecznej jednak wszystko wygląda zupełnie inaczej. Im je­steś bogatsza, tym mniejszą uwagę zwracasz na tych, od których zależysz. Pieniądz może ci kupić całkiem sporo dystansu. Jeśli masz go wy­star­cza­ją­co dużo, możesz nawet nie musieć nigdy nikogo widywać. To wielki luksus mieć pełną kontrolę nad tym, na co spoglądasz […].
  //  Cathy McCandless

*

Feministyczne działaczki często mówią o wykorzystywaniu kobiet przez mężczyzn w taki sposób, jakby było to egzekwowanie jakiegoś przywileju, a nie wyraz moralnego bankructwa, szaleństwa i dehumanizacji. […]  Ideologia seksistowska dokonuje u mężczyzn takiego prania mózgu, że wierzą oni, iż ich brutalne wykorzystywanie kobiet przynosi im korzyści, które w rzeczywistości nie istnieją. Jednak feministyczne działaczki po­twier­dza­ją tę logikę, podczas gdy powinnyśmy stale nazywać takie dzia­ła­nia po imieniu, wskazując, że są to wypaczone relacje władzy, ogólny brak kontroli nad własnym postępowaniem, emocjonalna bezsilność, skraj­na irracjonalność czy, w wielu wypadkach, zwyczajne szaleństwo. […]  Tak długo, jak mężczyźni będą przechodzili pranie mózgu, które po­zwa­la po­sta­wić znak równości między brutalną przemocą wobec kobiet i przy­wi­le­jem, nie będą oni potrafili zrozumieć szkód, jakie wyrządzają samym so­bie i in­nym, nie będą też mieli żadnej motywacji do zmiany.

*

[…]  ciężkie czasy mają doskonały wpływ
na otwieranie ludziom oczu.

*

[…]  czytanie i pisanie pomaga jednostkom rozwijać wyobraźnię i umie­jęt­ność myślenia. […]  dostęp do rozmaitych interpretacji rzeczywistości zwięk­sza umiejętność samodzielnego myślenia, działania wbrew normom kultury i tworzenia alternatyw dla społeczeństwa – każda z tych rzeczy ma dla działania politycznego fundamentalne znaczenie.
  //  Charlotte Bunch

*

Twierdzenie, że kobiety muszą uzyskać władzę, zanim będą mogły sku­tecz­nie stawić opór seksizmowi, jest zakorzenione w fałszywym prze­ko­na­niu, że kobiety nie posiadają władzy. Kobiety, nawet te spośród nas, które są naj­bar­dziej uciśnione, sprawują jakąś władzę. […]  Jedną z naj­bar­dziej zna­czą­cych form władzy, jaką posiadają uciśnieni, jest „od­mo­wa uznania ta­kiej definicji ich samych, która jest narzucana przez tych, któ­rzy posiadają władzę”.

*

Ucząc się wykonywania prac domowych, dzieci i dorośli podejmują od­po­wiedzialność za porządkowanie materialnej rzeczywistości wokół siebie. Uczą się cenić to, co ich otacza i o to dbać. Ponieważ tak wielu chłopców w ogóle nie uczy się prac domowych, gdy dorastają, są kompletnie po­zba­wie­ni sza­cun­ku dla otoczenia i często brakuje im umiejętności dbania o sie­bie i dom.

*

[…]  bycie mężczyzną jest równoznaczne z posiadaniem siły, agresją i wolą dominacji oraz stosowaniem przemocy; zaś bycie kobietą oznacza słabość, bierność oraz wolę karmienia i afirmacji życia innych. Takie dualistyczne myślenie tymczasem stanowi podstawę wszystkich form społecznej do­mi­na­cji w społeczeństwach Zachodu.

*

[…]  miłość jest aktem odwagi, a nie lęku […].
Paulo Freire
(1921–1997)

*

Wielu rodziców uczy swoje dzieci, że przemoc jest naj­prost­szym i naj­bar­dziej akceptowalnym sposobem zakończenia konfliktu i potwierdzenia wła­dzy. Mówiąc rzeczy takie, jak „Robię to tylko dlatego, że cię kocham”, kiedy używają przemocy fizycznej wobec swoich dzieci, rodzice nie tylko zrów­nu­ją przemoc z miłością, ale też proponują im taką wizję miłości, która utoż­sa­mia ją z bierną akceptacją, brakiem wyjaśnienia i dyskusji. W wielu do­mach małe dzieci i nastolatki dowiadują się, że ich chęć prze­dysku­to­wa­nia z rodzicami różnych kwestii jest przez nich odbierana jako podważanie ro­dzi­cielskiej władzy czy autorytetu, jako „niekochanie ich”. Rodzice uży­wa­ją siły, by odpowiedzieć na to, co uznają za zamach na swój autorytet. […]  Miłość i przemoc są w naszym społeczeństwie tak mocno ze sobą związane, że wiele osób, szczególnie kobiet, boi się, że wyeliminowanie przemocy do­pro­wadzi do utraty miłości.

*

Podobnie jak większość mężczyzn, większość kobiet jest od dzieciństwa uczo­na, że dominacja i kontrola to podstawowe formy ekspresji władzy. Choć kobiety jeszcze nie zabijają w wojnach i nie kształtują polityki rządów na równi z mężczyznami, to wierzą one, podobnie jak grupy mężczyzn u wła­dzy oraz w ogóle większość mężczyzn, w dominującą ideologię naszej kultury. Gdyby to kobiety miały władzę, społeczeństwo nie zostałoby zorganizowane inaczej niż teraz. Zorganizowałyby je inaczej tylko wtedy, gdyby miały inny system wartości.

*

[Nancy Hartsock]  te jej [władzy]  interpretacje, które są kreatywne i afirmujące życie, te, które zrównują władzę ze zdolnością do działania, z siłą i umiejętnościami, z działaniami, które dają poczucie spełnienia.

*

Okazywanie wrogości jako cel sam w sobie jest bezużyteczne, ale kiedy staje się katalizatorem popychającym nas do większej jasności i zrozumienia, spełnia ważną funkcję.

bell hooks, Teoria feministyczna. Od marginesu
do centrum
, przeł. Ewa Majewska,
Krytyka Polityczna, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

Wydarzenia takie, jak to, które na początku wydają się wyłącznie negatywne ze względu na napięcie czy wro­gość, mogą prowadzić do pozytywnego rozwoju. Jeśli kobiety będą zawsze szukały „bezpieczeństwa”, unikały konfrontacji, być może nigdy nie doświadczymy żadnej rewolucyjnej zmiany, żadnej transformacji, tak in­dy­wi­du­al­nie, jak i zbiorowo.

*

Seksizm, rasizm i dyskryminacja klasowa oddzielają kobiety od innych kobiet.

*

Kiedy kobiety walczą z prawdziwym oddaniem o to, byśmy zrozumiały dzielące nas różnice, byśmy zmieniły błędne, zaburzone perspektywy, kładą podwaliny pod doświadczenie politycznej solidarności. Solidarność to nie to samo, co wsparcie. Aby jej doświadczyć, musimy mieć wspólne interesy, przekonania, cele, które nas jednoczą w budowaniu siostrzeństwa. Wsparcie może być okazjonalne. Może zostać udzielone i równie łatwo odebrane. Solidarność natomiast wymaga nie­przer­wa­ne­go, ciągłego zaangażowania.

*

Nie jesteśmy opresjonowane w równym stopniu. Nie ma się co z tego cieszyć. Musimy mówić z własnego wnętrza, z perspektywy własnego doświadczenia, naszej opresji – branie na siebie opresji kogoś innego nie jest żadnym po­wo­dem do dumy. Nie powinnyśmy nigdy mówić w imie­niu osób, których doświadczeń nie przeżyłyśmy.
Isabel Yrigoyei

*

Gdy rozmawiam z białymi kobietami o więzach ra­so­wych, często negują ich istnienie; przypomina to męż­czyzn seksistów, którzy negują swój seksizm. Dopóki białe kobiety nie zrozumieją dominacji białych i jej nie podważą, nie ma miejsca na więzi między nimi i ko­bie­ta­mi z innych grup etnicznych.

*

Jedna z azjatyckich studentek pochodząca z Japonii tłumaczyła, że ma opory, by uczestniczyć w orga­ni­za­cjach feministycznych, bo działaczki fe­mi­ni­stycz­ne zwy­kle mówią bardzo szybko i bez przerwy, wszystko chwy­ta­ją w lot i błyskawicznie udzielają odpowiedzi. Jej na­to­miast od dzieciństwa wpajano, że zanim zabierze się głos, trzeba się przez chwilę zastanowić, rozważyć wpływ własnej wy­po­wie­dzi na innych – co jej zdaniem charakteryzuje większość Amerykanów azjatyckiego pochodzenia.

*

Podziały między kobietami wynikają z seksistowskich po­staw, rasizmu, przywilejów klasowych oraz mnóstwa innych uprzedzeń. Wspierające więzi między kobietami mogą pojawić się tylko wtedy, gdy stawimy czoła tym podziałom i podejmiemy kroki konieczne dla ich eliminacji.

(tamże)

poniedziałek, września 11, 2023

5191. 254/365

naprawdę nie mogę włożyć ulubionych spod­ni na święta? ile mi tych świąt zostało?

wymarzone spodnie, na tyłek wciągnięte kilka choinek i nie­ku­pio­nych wielka­noc­nych baranków później, wyciskały łzy do środka, bo obowiązywał świąteczny zakaz łez na zewnątrz.

254/365

#shortStories

niedziela, września 10, 2023

5190. Czekariat (LIV)


fot. Funfel Saxifragi, fragment.

Dialog nie może […]  istnieć bez obecności
głębokiej miłości do świata i ludzi.
Nazywanie świata, które samo jest aktem
tworzenia i odtwarzania, jest niemożliwe,
jeśli nie łączy się z miłością.

Paulo Freire
(1921–1997)

Miłość jest zarazem podstawą dialogu i samym dialogiem.

5189. Z oazy (CLXXXIII)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Czytałabym tę książkę w sierpniu, bo przynależy do sierpniowego koloru lektur, ale ukazała się dopiero we wrześniu. Ty samym wła­da­nie sierpnia w moim sercu rozciągnęło się o dodatkowe sześć dni.

Po co mi takie lektury? Pytał już nie raz Sadownik. Po to, by dzielić z kimś wszyst­kie kolory — ich cienie i półtony — które niesie ze sobą żałoba po bardzo ważnej w na­szych życiach Osobach. Współdzieląc wszystko to, co między wierszami i akapitami, łatwiej mi stanąć obok siebie i przyjrzeć się temu, co dzieje się we mnie, ła­twiej mi to rozumieć, łatwiej na nowo układać nieukładalne puzzle życia. Po to mi te lektury. Nie szukam ich, ale one mnie znajdują. Nie czytam ich, ja je połykam.

Wszystko, co teraz piszę, trochę traci sens w obliczu tego, co dzieje się w Ukra­i­nie. Rosyjscy żołnierze zabijają jej cywilnych obywateli dla samego zabijania. Jakby sprawiało im to przyjemność. Czy w każdym człowieku drzemie Lucyfer? Chyba jednak nie, bo część Rosjan, acz niewielka, albo wyjeżdża z Rosji, albo demonstruje sprzeciw wobec wojny. Mimo że grozi za to nawet piętnaście lat więzienia.

Andriy Khlyvnyuk, Ой у лузі червона калина.

*  *  *

Tomek dowiedział się o tragicznych losach większości człon­ków uchodźczej grupy. O ucieczce, o śmierci bliskich, o zburzonych do­mach, o głodzie, po­czu­ciu bez­na­dziei i tym, co najgorsze – ciągłym, bez­li­to­snym strachu. O tym wszystkim, o czym los pozwolił nam zapo­mnieć i martwić się bzdurami.

*

Życie tak wielu ludzi jest zupełnie inne, niż nasza pobieżna ocena może sugerować.

*

Każda śmierć jest nieodwracalna i może dlatego tak bardzo się jej boimy. Boimy się tej własnej i śmierci najbliższych, a z taką beztroską zabijamy obcych. Szczególnie obcych gatunkowo.

*

Teraz, z perspektywy straty i czasu, jaki mija, zapominam złe chwile, a wy­raźnie widzę wszystko, co mi dawał. Dopiero dziś wiem, jak to było ważne.
 
     Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej.

*

Gdy tylko podnosił się z łóżka i schodził na dół, zapalał papierosa i siadał przy stole. Potem całował Bubka i każdego zwierzaka, który wspinał mu się na kolana, i zapalał drugiego. Wstawiał wodę na herbatę i zapalał trzeciego.
     Prosiłam: – Pal co drugiego.
     Godził się bez oporów i każdy następny był drugi.

*

Trudno jest obcować z introwertykami. Trzeba dać im czas. […]  Sądzę, że to, co dzieje się w środku introwertyka, zadziwiłoby każdego pirotechniczną mocą.

*

Dalej nie wierzę, że to się stało. […]  Siedzę przy stole i patrzę na Twoje krzesło. Puste.

*

Dziś umarł malutki jeżyk. […]  Wiem, wszyscy umieramy, ale smutno mi. Ostatnio ciągle mi smutno.

*

Tak to jest z tą śmiercią, każdy się jej boi, ale nie każdy z tego samego powodu.

*

Dreptaliśmy w kółko, wypatrując podgrzybków, gdy nagle Tomek zaczął bez­głośnie przywoływać mnie skinieniem ręki. Podeszłam cichutko i cóż wi­dzę? Na ziemi leży duży, dorodny łoś. Zbliżyliśmy się o kilka kroków, a on tylko patrzył, jakby nie miał zamiaru wstawać. Tomek uznał, że na pewno potrącił go samochód i zwierzę ostatkiem sił dowlokło się do tego miejsca. Co robić? Nie można go było zostawić […]. Już w miarę spokojni, bo za kilka godzin miał przyjechać po łosia profesjonalny transport, zastanawialiśmy się, co będzie ze zwierzęciem po tym, jak zostanie mu udzielona pomoc. Nad­je­chał leśniczy i zaoferował doskonałe miejsce na rekonwalescencję.
     – Pewnie ma złamaną nogę – gdybaliśmy, popijając herbatę z termosu. Nagle łoś wstał, otrzepał się, po czym oddalił się spokojnym, rów­nym kro­kiem. Ucieszyliśmy się jak dzieci! Szybko odwołaliśmy „pogotowie ra­tun­ko­we”, a w domu śmialiśmy się z całej sytuacji do późnego wieczora, a nawet jeszcze następnego dnia rano. Nasz łoś stał się symbolem tego, że za­wsze może być lepiej, niż się wydaje na pierwszy, a nawet dru­gi rzut oka.

*

Zawsze przed snem proszę Cię „wróć choć we śnie”. A Ty nie wracasz.

*

*

Ważne, że było. A może jest dalej?
     Tak bym chciała, żebyś gdzieś był.

Dorota Sumińska, Moje życie z Tomkiem,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Teraz nie robię ani jajecznicy, ani pasty. Czasem gotuję na twardo, ale już mi tak nie smakują.
     Nie mam też kogo spytać: Co ci się śniło?

*

I to jest to straszne oblicze śmierci. Nie ona sama, ale ból, jaki wywołuje w sercach tych, co zostali po drugiej stronie.

(tamże)

5188. Z oazy (CLXXXII)

Tydzień odtruwania organizmu po kon­fe­der(r)a­tach za mną. Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Poezji prozą mi się zachciało. Trafiłam w dziesiątkę.

To książka z cyklu tych, które nazywam sierpniowymi, czyli tymi, które dotykają nie­od­wracalnego. Miłość, intymność trudnych sytuacji, bezsłów, czas i los grają tu pierwsze skrzypce. I dedykacja, w której mieści się nieskończona liczba światów, za którymi tak bardzo tęsknię.

Utracie.
I jeszcze – ptakom.
//  dedykacja

*

Otwiera oczy i jeszcze przez sekundę można w nich zobaczyć drugą stronę życia, sen.

*

Mówię: Wiesz, zawsze chciałam być suką tej wsi, mieć cały Maj na wła­sność. Nie znać granic. Kusiło mnie, żeby być daleko od tego, co ludzkie. Mieć psie ciało i zgodnie z nim postępować, ulegać głodowi, niczego sobie nie odmawiać. Łasić się tylko do wybranych, podgryzać i oszczekiwać wszystko inne. Być wybredną suką. Kochać jednego człowieka, wobec niego mieć obowiązki, jego słuchać. I jeszcze: znikać na wiele dni. Mieć do tego prawo, korzystać.
     Korzystać, powtarza Ann.
     Szczekania niosą się i budzą kolejne dźwięki.
     Wyje cała wieś.

*

Szpic nie pozwala się do siebie zbliżyć. Przyjmuje jedzenie, ale nic za to nie daje, nie towarzyszy, nie szczeka, nie przywiązuje się do nikogo. […] 
     Nie wiadomo, gdzie spędza noce, mówię do Ann, która wyniosła mu przed dom miskę z wodą i kości świni, których dziadek specjalnie z myślą o Szpicu nie wyssał.
     Wyobraź sobie, mówi ona, że on jest nocą, zatem jest wszędzie.
     Przytakuję, podoba mi się ta myśl.

*

Całuję go w pysk, którym on kłapie na sen.

*

Dunaj nie stawia czoła burzy, chce ją przeczekać. Chowa się w szafie w sie­ni. Zakopuje się w obrusy i narzuty.

*

Wołam psa. Dunaj, widziałam to przed pójściem po krowy, zakopał się w sto­do­le, w sianie. Rozpoznał jednak teraz odejście burzy i mój gwizd.

*

Dunaj tym razem skrył się pomiędzy krowami. Przyglądam się tym wielkim ciałom i temu trzęsącemu się psu. Ich siła go uspokaja, zasypia pomiędzy nimi. Mieszają się tu części ciał: psia głowa, miękkie wymiona, rogi, ciepłe pyski.

*  *  *

Czasem zapominam, ile mam sił w rękach. Czasem nie dostrzegam, że podnoszę na siebie rękę. Zapominam się w tym.

*

Należy ochrzcić chorobę, stworzyć dla choroby dobre warunki, przyjąć ją, mówię. Teraz jest członkiem rodziny. Należy jej się imię, które coś znaczy, które kojarzy się z życiem, nie ze śmiercią. Należy mówić do choroby i w tym mówieniu nie zapominać o chorej. Należy podejść chorobę, spró­bo­wać ją oswoić. Nadać jej imię. Tak, dobrze mówisz, jak psu. Tak jak psu. Oswoić chorobę?, dopytuje.
     Snuć chorobę jak opowieść. Opisywać ją, żeby było w niej życie, mówię. Karmić ją jak zwierzę, nie zapominając przy tym o chorej, ale pamiętając, że choroba i babka to nie jedno. Choroba to, wyobraź sobie, huba, która obrosła ten dom.
     A gdyby dać jej imię po zmarłej?, dopytuje.
     Choroba nie znosi śmierci, to jest jej koniec, przekonuję.
     Ufam temu, co mówię. Przyglądam się temu, co wypowiedziałam, dziwię się kategoryczności moich osądów, ale ciągnę to: Nazwiesz chorobę imie­niem zmar­łej, to podejdzie babce do gardła. Będzie się mścić. Choroba ma w sobie coś ze zdradzonej kobiety. Choroba nie wybaczy, nie cofnie się. Jeśli chorujące ciało drga, boi się, to rozgaszcza się w nim. Rośnie. Choroba nie znosi konkurencji, jeśli rośnie, to zajmuje to, co dookoła: rośliny, ściany do­mu, grube zimowe płaszcze.
     […]
     Najchętniej jej chorobie nadałabym imię wzięte z przekleństwa, mówi.
     Nie wzywaj imienia przekleństwa, mówię jej, takie imię wróci, zajmie ci brzuch lub pierś. Rozkwitnie.

*

Wzrok potrzebuje zieleni […].

*

Odkąd choroba zamieszkała w naszym domu, śnią mi się zwierzęta po­ra­żo­ne wścieklizną, mówi. Śnią mi się psy wygrzebujące dziury pod agre­stem i układające tam swoje ciała.
     Przytakuję.
     Chorujemy wszyscy, wszystkim nam choroba podchodzi do gardła, myślę.

*

Wychodzę na werandę i zapalam klubowego. Pomiędzy machami mówię: Choroba jako kurewstwo i jako błogosławieństwo.

*

Ann jest piękna w chwilach, kiedy bierze na usta nasze choroby i mówi o nich jak o czymś chwilowym, jak o czymś, co trzeba przeleżeć, na co istnieje lek.
     […] 
     Choroba to przebiegła pani, pracuje wolno, starannie, w ciągu dnia od­wra­ca uwagę od chirurgicznych cięć w ciele chorego. Z pewnością przy­śpie­sza ruchy w ciągu nocy. Zmiany są na tyle delikatne, że można je za­ob­ser­wo­wać tylko z perspektywy kilku dni niewidzenia, bo jeśli jest się przy cho­rym dzień w dzień, godzinę za godziną, to ma się w sobie ślepość, która mu­si się brać z zaufania do życia. Myślę o tym długo w śnieżną noc.

*

Karmicie chorobę, nie mnie, mówi babka.
     Karmimy życie, mówię.
     Kurwa, myślę.

*

Wchodzę do wanny, zanurzam ciało w wodzie.
     Klamka przechyla się ku podłodze. Drzwi otwiera Ann. Nie puka. Odkąd zachorowała babka, w tym domu się nie puka. Choroba pootwierała wszystkie drzwi.
     Wszędzie można wejść, nie ma tu miejsca na intymność, nie możemy sobie tutaj na nią pozwalać.
     Wszystko jest wystawione na widok.
     Wszystko przygląda się wszystkiemu.
     Wszystko patrzy na wszystko.
     Wszystko stało się wspólne.
     Pachnie lasem, mówi Ann.
     Tak, przytakuję.
     Podpalmy go, mówi i wyjmuje papierosa.
     Siada na podłodze, opiera plecy o wannę, jej głowę mam na wyciągnięcie dłoni. Odchyla ją do tyłu. Zamyka oczy. Jest piękna. Papierosa no­si­ła ze so­bą cały dzień w przedniej kieszeni koszuli. Podpala go, zaciąga się i po­da­je mi z celebracją, jakby podawała hostię.
     Palenie choroby, mówię, zaciągam się i zanurzam ciało w wodzie.
     Wystaje z niej już tylko dłoń z papierosem. Po chwili czuję, że odbiera mi go Ann.

*

Ona rzuciła wtedy na mnie przekleństwo.
     Chciałbyś, żeby je z ciebie zdjęła?, pytam.
     Nie, odpowiada, nie.

*

Mam dla ciebie historię o jednym ze zwierząt, takim, które zmar­twych­wsta­je w chłodzie i wilgoci, a ginie w wietrze i słońcu. To jedyne zwierzę, któ­re­mu nie nadałam tu imienia. Nie potrzebuje imienia. Przybiera różne kształ­ty, nic nie waży. Zawsze wychodzi z jednego miejsca. Lata temu pod­gląd­nę­łam, skąd się sączy. Jest taka jama w południowym brzegu potoku. Wy­cho­dzi stamtąd.
     Nazywasz mgłę zwierzęciem?, pyta Ann.
     Tak.

*

Dzwonią i wpraszają się. Zapraszam, mając nadzieję, że będzie tak jak wcześ­niej, że nikt się nie zjawi. Mylę się. Wielka jest bowiem siła przy­cią­ga­nia choroby i ciekawy dla oczu innych jest jej spektakl.
     […] 
     Goście mówią wiele, zajmują usta słowami.
     To ciekawe, ludzie, którzy przyjeżdżają pooglądać chorobę, nie potrafią mówić w języku, który przystawałby do choroby, myślę. Mówią o śmierci, intensywnie, z uporem. Płaczą. Babka przerabiała to już wiele razy, jest niewzruszona.
     Moja babka jest silna, myślę.
     Powiedzcie coś o życiu, prosi gości.

*

Choroba babki trwa już milion lat, mówię do Ann.
     Tak, milion lat, przytakuje, niech trwa.

*

Pij, mówi Ann, podtykając mi termos pod usta.
     Herbata z dzikiej róży parzy mój język.
     Wszyscy jesteśmy tu chorzy, zaczyna, wszyscy.
     […] 
     Patrzę w Ann. Jest piękna. Pachnie szałwią.
     Przyszłam tu po twoich śladach, po drodze widziałam inne, ale tylko twój był powłóczysty, bo nawet chodzisz tak, że widać, że chodzisz chora, do­tknię­ta czymś. Wszyscy jesteście w tym domu chorzy, wiesz?

*

Słowo pracuje w jej ustach, jest krągłe, ale są w nim miejsca napięć, które w odpowiednich punktach łagodnieją.

*

Róża, twoja wnuczka jest bez męża, wiesz, że wszystkie niezamężne mają stro­ić. Niech przyjdzie w pierwszą sobotę grudnia. Trzeba, żeby stro­ić ko­ściół, ubierać choinki, myć podłogi. Powiedziałam im na to, że moja wnucz­ka, że ty, jest w świecie. Sprowadź ją, powiedziała mi jedna z nich, inna, ta, która usługuje na plebanii. Powiedziałam im, że moja wnuczka jest za­męż­na ze światem, tak im powiedziałam, i dodałam, że już nie należy do nas. Cofnęły się i wyszły z sieni. Możliwe, że je uraziłam, ale nikt kobietom tego domu nie będzie rozkazywał.

*

Nocą budzą nas uderzenia konarów o szybę. Wiatr ochłodził ciało domu, pracuje w jego kościach.

*

Lubię podtrzymywać ogień, wzniecać ciepło, lubię w tej chorobie zajmować czymś ręce. Suche gałęzie poddają się moim dłoniom, w takich chwilach wiem, że będzie z tego gorąc dla mojej chorej.
     Tego ranka wkładam do piecyka wysuszone gałęzie choinki. Dziadek ma w zwyczaju zabijać drzewka. Robi to dla ich zapachu. Chce, żeby nosiły cię­żar posypanych brokatem bombek, żeby lśniły anielskimi włosami. Póź­niej, tuż po kolędzie, wpycha drzewko do komórki i czeka rok, aż wy­schnie. Po roku przeznacza je na podpałkę.

*

[…]  kolejny raz tego dnia wchodzę w sen.

*

Tylko wtedy, kiedy Ann jest blisko, orientuję się w czasie. Ann pilnuje czasu. Wie. […]  to, co za oknem, nie podpowiada, czy to poranek, czy wczesny wieczór.

*

     Zwęszyli utratę.
     Zwęszyli słabość.
     Zwęszyli potrzebę.
     Dziadek nie mówi mi o szczegółach, o interesach z tymi ludźmi. Tyle: To wszystko dla babki.

*

Łakoma jest żałoba, myślę.

*

Widzę, że jej wzrok podąża za światłem, które rzuca szybka niedziałającego zegarka, który mam na nadgarstku. Mam go po ojcu, a czas jest w nim za­trzy­ma­ny na chwili jego odejścia.

*

Opowiadamy, tym napędzamy życie.

*

Wiatr jest pieśnią ziemi i wchodzi w las. Wiatr pracuje w konarach drzew, jest ciepły, suchy. Tym, których napotyka na swojej drodze, podchodzi do oczu, napełnia im gardła. Nie można nim swobodnie oddychać, pochłania cały tlen, chociaż sam nim jest, myślę.
     Wiatr miele las.
     […] 
     Ann we wczesnojesiennym wietrze jest śliczna, bezbronna, blada.
     Wiatr jest pieśnią ziemi, mówię.
     Jest duchem lasu.
     Jest sumieniem lasu.
     Jest krwiobiegiem.
     Jest litanią.
     Pachnie.
     Śpiewa.
     Ściemnia się, mówi Ann.
     Wiatr to opada, to podnosi się z drzew.
     Czy wiatr nie zmienił biegu wydeptanych przez zwierzęta ścieżek?, pyta Ann.
     Ona nie ufa wiatrowi, słyszała o nim straszne historie.
     Jeśli wiatr upatrzy sobie ofiarę, to zaczyna wiać w niej, w środku, mówi.
     Ann nie chce wpuszczać wiatru w siebie.
     Boi się.
     Boję się, mówi.
     […] 
     Ale teraz jesteśmy w lesie. Wiatr podchodzi do nas.
     Jest silnym zwierzęciem, myślę.
     Jeśli wciągniesz w siebie wiatr, tak jak wciągasz powietrze, to będzie już w tobie wiał, mówi Ann, zatykając dłonią moje usta. Nie oddychaj nim. Idź ścieżką wydeptaną przez jałówki, wydaje polecenie, odejmuje dłoń i po­zwa­la mi oddychać.

*

Tak wiele jest w nim cichego, myślę. Jak usłyszeć, co w nim?

*

Najstraszniejsza jest wtedy, kiedy patrzy tak, że nie wiadomo, do kogo na­le­żą jej oczy.

*

Jej twarz drga, coś się w niej uśmiecha, ale nie usta. Spuszcza wzrok.

Małgorzata Lebda, Łakome,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Myślę, że każdy ma jakieś dzikie w sobie.
     Twoje dzikie jest jeleniowate?, pytam.
     Przytakuje.
     A twoje?
     Hmm, mruczę, moje mogłoby być z lisa.

*

Co mam z tym zrobić?, pytam.
     Karmić, mówi.

*

Nie krzyczę. Nie podnoszę głosu. W tej rodzinie każda czu­łość dzieje się w ciszy. Dźwięk zostaje u mnie w środ­ku i rozchodzi się po wnętrzu i tam drga, drga.

*

Myślę sobie, że piękne są byty, które wzmacniają inne byty.

*

Idzie czas, trzeba uzbroić się w drewno, w miód, mówi.

*

Rytuały, ceremonie zawsze będą we mnie, myślę.

(tamże)

piątek, września 08, 2023

(5185+1). 251/365

patrzę na ciebie*. patrzę i już wiem, że zawsze po­trze­bu­ję pamiętać, że jesteś tajemnicą. gdy widzę ją w tobie, ruszam w podróż, o której zawsze marzyłam.

251/365

_________
  *  dziś jesteś marzeniem, tęsknotą, wspomnieniem.

czwartek, września 07, 2023

5185. 250/365

patrzę na ciebie*. patrzę i widzę tajemnicę, i uśmiecham się. mogę się przysiąść?

250/365

_________
  *  bywasz snem, bólem, lękiem, myślą, marzeniem, tęsknotą, człowiekiem, psem, wspomnieniem.

środa, września 06, 2023

5184. 249/365

dziś, pierwszy raz nie do lekarza, nie na rentgen, usg czy tomo, nie na operację, nie na zdjęcie szwów, nie na rentgen kon­tro­l­ny. dziś do fryzjera a potem.

skończyłam czytać książkę, na któ­rej publikację czekałam po­nad dwa miesiące, którą ku­pi­łam w przedsprzedaży tydzień te­mu, a dziś o drugiej w nocy mia­łam na czytniku.

249/365

Ciągle myślę o tym, jak płytko patrzymy na świat. Jak mało zauważamy, a potem, gdy jest już za późno, tęsknimy za nie­zauważonym.

Dorota Sumińska, Moje życie z Tomkiem,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.

*

Krystyna Prońko, Małe tęsknoty,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #74.

wtorek, września 05, 2023

5183. 248/365

zdziwiona, że ze­brało się tak dużo rzeczy do zrobienia. jak zmówiły się, by stanąć dziś razem w ogonku po jej uwagę? zgadały się wiadomością tekstową czy jak?

248/365

poniedziałek, września 04, 2023

5182. Z oazy (CLXXXI)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Spóźnione, bo osta­tecz­na zgoda co do wyboru cytatów do tego wpisu, wykuta w we­wnętrz­nym dia­logu z samą sobą, jest dzi­siej­sza. Łatwo było wczoraj tu, jesz­cze łatwiej tam. Ten wybór był wyzwaniem. Ogromnym, bo nie wszystkie fragmenty, które chciałabym tu mieć, zmieściły się.

W dniu publikacji, sześć lat temu, tę książkę miałam na wirtualnym stosiku czy­tel­ni­czym, a Biały Kruk chwilę potem w swojej poczcie elektronicznej. Po dwóch dniach powiedział, że pięknie napisana, choć przejmująco smutna. W owym czasie nie mia­łam wyporności na żaden rodzaj smutku, książka utknęła na stosiku. Ale!

Goszcząc wśród ulubionych utworów Białego Kruka, milionowy raz pasąc uszy i du­szę an­dan­te, zderzyły mi się kulki w głowie, że dużo Szostakowicza ostatnio w moim życiu, i przypomniało mi się, że na stosiku nieprzeczytany Barnes, ten wśród dwóch innych książkowych, barnesowych, czekariuszy.

Minęło sześć lat od publikacji tej książki. Przed smutkiem uciekłam wtedy, nie dało się uciec teraz. Jest ogromny, bo to sto osiemdziesiąta pierwsza pozycja książkowa prze­czy­ta­na prze­ze mnie w czasie wojny tuż obok nas. Pięk­na i niemiłosiernie przejmująca lektu­ra. Dziwię się, że tak długo musiała na mnie czekać. Aż trudno uwierzyć — do ostat­niej strony — że Brytol tak doskonale był w sta­nie oddać atmosferę i gro­zę cza­sów, w któ­rych przyszło żyć kompozytorowi. Na po­hy­bel — zapożyczenie z języka ukra­iń­skiego — Rosji za tam­ten i ten czas po­win­niśmy bardzo głośno słuchać Szo­sta­ko­wicza.

Odtruwałam się tą książkach po miszczah. Powolutku rozsiadają się w main­stream­o­wych mediach, więc dotarło do mnie, że idą po nas z pro­po­zy­cją bonu zdro­wot­ne­go, bo u weterynarza nie ma kolejek, więc lepiej leczyć nas jak psy. Może po­win­nam na nich zagłosować, biorąc pod uwagę, że naj­częściej wykonywaną pro­ce­du­rą we­te­ry­na­ryj­ną jest eutanazja. W moim przypadku ów bon byłby niczym bilet do Szwaj­ca­rii — dzieło prestidigitatora czy innowacja?

W pewnym momencie wszyscy się tym stawali: sposobami na przetrwanie.

*

Ilf i Pietrow napisali: „Nie wystarczy kochać radzieckiej potęgi. Radziecka potęga musi kochać was”. Jego radziecka potęga nigdy nie pokocha. Miał nieodpowiednie pochodzenie: wywodził się z liberalnej inteligencji tego po­dejrzanego miasta, jakim jest Sankt Leninsburg. Czysta proletariacka krew była dla Sowietów tak ważna jak dla nazistów czysta krew aryjska. Co wię­cej, był na tyle próżny albo głupi, by zauważać i pamiętać, że to, co partia powiedziała wczoraj, często stoi w oczywistej sprzeczności z tym, co partia mówi dzisiaj. Chciał, żeby zostawiono go samego z muzyką i rodziną, i przy­ja­ciółmi: najprostsze pragnienie, a przy tym zupełnie nie­speł­nialne.

*

Starał się postępować najlepiej, jak potrafił, co jest wszak szczytem naszych możliwości.

*

Być Rosjaninem znaczyło być pesymistą; być człowiekiem radzieckim zna­czy­ło być optymistą. Dlatego pojęcie „Rosja radziecka” to sprzeczność sama w sobie. Władza nigdy tego nie rozumiała. Uważała, że jeśli zabije się dość ludzi, a reszcie zaaplikuje propagandę i terror, w społeczeństwie zapanuje optymizm. Ale jaka w tym logika? Podobnie jemu powtarzali, na różne spo­so­by i w różnych słowach, ustami biurokratów od muzyki i wstęp­nia­ka­mi w prasie, że chcą „Szostakowicza optymistycznego”. To też sprzeczność sa­ma w sobie.

*

Jakie znaczenie mają nazwy? Urodził się w Sankt Petersburgu, zaczął do­ra­stać w Piotrogrodzie, skończył dorastać w Leningradzie. Albo w Sankt Leninsburgu, jak lubił go czasem nazywać. Jakie znaczenie mają nazwy?

*

Czy miał jakąś wiarę w komunizm? Na pewno tak – jeśli po drugiej stronie był faszyzm. Ale nie wierzył w utopię, w możność udoskonalenia ludzkości, w inżynierię dusz ludzkich.

*

Ważne było nie tyle, czy dana opowieść odpowiada faktom, ile to, co z niej wynika. Choć było też tak, że im dłużej historia krążyła, tym prawdziwsza się stawała.

*

[…]  nie ćwiczył swojego ciała; tylko je zamieszkiwał. Pewien przy­jaciel kiedyś zademonstrował mu coś, co określił jako gimnastykę dla inte­li­gentów. Należało wziąć pudełko zapałek i wysypać jego zawartość na po­dło­gę, po czym, pochylając się, zebrać zapałki, po jednej.

*

Od kilku lat wznosił taki sam noworoczny toast. Przez trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku kraj musiał wysłuchiwać codziennych szaleńczych za­pew­nień władzy, że wszystko jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów, że oto powstał raj – albo powstanie wkrótce, gdy porąbie się jeszcze kilka drew i poleci jeszcze milion wiórów, i zastrzeli się jeszcze kilkaset tysięcy sabotażystów. Że nadejdą szczęśliwsze czasy – o ile już nie nadeszły. A tego trzysta sześćdziesiątego piątego dnia wznosił kieliszek i mówił z najwyższą powagą: „Wypijmy za to – żeby już nie było lepiej!”.

*

Pisał muzykę dla wszystkich i dla nikogo. Pisał muzykę dla tych, którzy po­tra­fią ją docenić, bez względu na ich pochodzenie. Pisał muzykę dla uszu, które słyszą.

*

Czemu, zastanawiał się, władza naraz zwróciła uwagę na muzykę i na niego? Władzę zawsze bardziej niż nuty interesowały słowa: pisarzy, nie kompozytorów, mianowano inżynierami dusz ludzkich. Pisarzy potępiano na pierwszej stronie „Prawdy”, kompozytorów – na trzeciej. Dwie strony różnicy. Ale nie była to błahostka: mogła przesądzić o życiu lub śmierci.

*

Polecono mu, by publicznie odwołał swoje poglądy. Kiedy szedł do mów­ni­cy, zastanawiając się, co takiego mógłby powiedzieć, wciśnięto mu do ręki przemówienie. Odczytał je bezbarwnym głosem. Obiecał w przy­szło­ści sto­so­wać się do partyjnych dyrektyw i pisać melodyjną muzykę dla ludu. W po­ło­wie oficjalnego potoku słów oderwał wzrok od tekstu, uniósł głowę, rozejrzał się po sali i powiedział bezradnie: „Zawsze wydawało mi się, że kiedy piszę szczerze, zgodnie z tym, co czuję, moja muzyka nie może być «przeciwko» ludowi, i że ostatecznie ja też… w jakimś niewielkim stopniu… ten lud reprezentuję”.

*

Cóż, jak powiadają, to nie takie proste – życie przeżyć.

*

Podziwiał tych, którzy stawili czoło władzy, mówiąc prawdę. Podziwiał ich dzielność i uczciwość moralną. Czasem im też zazdrościł; ale to było skom­pli­ko­wa­ne, bo po części zazdrościł im śmierci, tego, że skrócono im mękę życia. […] 
     Ale ci bohaterowie, ci męczennicy […]  nie umarli sami. Ich heroizm nisz­czył też wielu wokół. I dlatego nie było to proste, nawet kiedy było jasne.
     I oczywiście ta niezbita logika działała w obie strony. Ocalając siebie, ocalało się też tych wokół, tych, których się kocha. A skoro zrobiłbyś wszyst­ko, żeby ocalić tych, których kochasz, robiłeś wszystko, żeby ocalić siebie.

*

Potrafił pracować w każdych warunkach, bez względu na otaczający go chaos i niewygodę. To było jego zbawienie.

*

Jeśli muzyka jest tragiczna, ci o oślich uszach oskarżają ją o cynizm. Ale kiedy kompozytor czuje gorycz albo rozpacz, albo popada w pesymizm, to znaczy, że wciąż w coś wierzy.
     Co można przeciwstawić zgiełkowi czasu? Tylko muzykę, którą nosimy w sobie – muzykę naszego jestestwa – którą czasem ktoś przekształca w rze­czy­wi­stą muzykę. Która, na przestrzeni dziesięcioleci, jeśli jest na tyle silna i prawdziwa, i czysta, że zdoła zagłuszyć zgiełk czasu, przekształca się w szept historii.
     Tego się trzymał.

*

Kiedy wszystko inne zawodziło, kiedy zdawało się, że nie ma na tym świecie nic prócz nonsensu, trzymał się jednego: dobra muzyka zawsze bę­dzie do­bra, a wielka muzyka jest niepodważalna.

*

W tamtym okresie były dwa zdania – jedno pytające, drugie twierdzące – od których lał się pot, a silni mężczyźni srali w gacie. Pytanie brzmiało: „Czy Stalin wie?”. A stwierdzenie, jeszcze bardziej niepokojące: „Stalin wie”.

*

Strach: co wiedzą o nim ci, którzy go wywołują? Wiedzą, że działa, a nawet jak działa, ale nie wiedzą, jakie to uczucie.

*

W czasach studenckich – tamtych latach radości, nadziei i poczucia nie­znisz­czal­no­ści – przez trzy lata harował jako pianista kinowy. […]  Była to trudna, poniżająca praca; niektórzy właściciele okazywali się sknerami – woleli cię zwolnić, niż wypłacić wynagrodzenie. Niemniej powtarzał sobie, że Brahms przygrywał w hamburskim burdelu dla żeglarzy. Co wprawdzie może jednak było przyjemniejsze.

*

Zrezygnowany Korsakow wysłał pocztówkę, w której napisał: „Jeśli mamy iść, to chodźmy, jak powiedziała papuga do kota, który trzymał ją za ogon i wlókł po schodach w dół”.
     Tak – nieraz tak właśnie postrzegał swoje życie. I uderzył głową o sta­now­czo zbyt wiele stopni.

*

Oczywiście nikt nie umiera dokładnie we właściwej chwili: niektórzy umie­ra­ją za wcześnie, inni za późno. Niektórym udaje się mniej więcej utrafić w rok, ale potem wybierają zupełnie niewłaściwą datę. Biedny Prokofiew – umrzeć tego samego dnia co Stalin! Siergiej Siergiejewicz doznał udaru o ósmej wieczorem, a zmarł o dziewiątej. Stalin zmarł pięćdziesiąt minut później. Umrzeć, nie wiedząc, że wielki tyran wyzionął ducha! Cóż, to właś­nie cały Siergiej Siergiejewicz. Mimo że tak skrupulatnie pilnował cza­su, nigdy do końca nie nadążał za Rosją. Jego śmierć była więc przejawem absurdalnej synchronii.

*

Może jego zachowanie chwilami ocierało się o manię, ale było to konieczne. Jeżeli świat wymyka się spod kontroli, trzeba się upewnić, że mamy pod kontrolą te obszary, które kontrolować możemy. Choćby one były naj­mniejsze.

*

Nie bał się już, że zostanie zabity – to była prawda, i powinna cieszyć. Wiedział, że pozwolą mu żyć i że otrzyma najlepszą opiekę lekarską. Ale, w pew­nym sensie, to było gorsze. Bo żywych zawsze da się jeszcze upodlić. Czego nie można zrobić zmarłym.

*

Dawniej były rozkazy; teraz były sugestie. Tak więc jego rozmowy z władzą stały się, czego z początku nie dostrzegł, bardziej niebezpieczne dla duszy.

*

Zadał sobie pewne pytanie. Brzmiało tak:

     Lenin uważał, że muzyka przygnębia.
     Stalin myślał, że muzykę rozumie i docenia.
     Chruszczow muzyką gardzi.
     Co jest najgorsze dla kompozytora?

     Na niektóre pytania nie ma odpowiedzi. A kiedy umierasz – przy­naj­mniej py­tania cię opuszczają. Kulawego grób wyleczy, jak mawiał Chruszczow. Nie urodził się kulawy, ale możliwe, że okulał, moralnie, duchowo. Kulawy, który ma wiele pytań. A może śmierć leczy nie tylko pytającego, leczy także pytania. Z perspektywy czasu każda tragedia wygląda jak farsa.

*

Może odwaga jest jak piękno. Piękna kobieta starzeje się: i widzi tylko to, co odeszło; inni widzą tylko to, co pozostało. Niektórzy gratulowali mu wy­trwa­ło­ści, tego, że się nie podporządkował; twardego rdzenia skrytego pod histeryczną fasadą. On widział tylko to, co odeszło.

*

Byli też tacy, którzy rozumieli nieco więcej, którzy cię wspierali, ale jed­no­cześnie byli tobą rozczarowani. Którzy nie byli w stanie pojąć jednego prostego faktu: że w Związku Radzieckim nie da się mówić prawdy i żyć.

*

Wszyscy zawsze chcieli od niego więcej, niż był w stanie dać. A on zawsze chciał dawać tylko muzykę.
     Gdyby to było takie proste.

*

Co on sobie cenił? Muzykę, rodzinę, miłość. Miłość, rodzinę, muzykę. Hie­rar­chia ulegała zmianom. Czy ironia mogła ochronić jego muzykę? Na tyle, na ile muzyka stanowiła tajny język, który pozwala przemycić pewne treści, tak, by nie wychwyciły ich niepożądane uszy. Ale nie mogła istnieć jedynie jako szyfr: czasem pragnęło się powiedzieć coś wprost.

*

Nie chciał robić z siebie postaci tragicznej. Ale czasem, nad ranem, kiedy jego świadomość śmigała, myślał sobie: a więc do tego sprowadziła się historia.

*

Kto wie, co uzna przyszłość? Spodziewamy się po niej zbyt wiele – mamy nadzieję, że zrewiduje teraźniejszość.

*

Kiedy życie mówi ci: „I tak to”, kiwasz głową i nazywasz to przeznaczeniem.

Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

Niewiele wiedział o sztukach wizualnych i nie mógłby podjąć z tamtym poetą dyskusji o abstrakcjonizmie; ale wiedział, że Picasso to drań i tchórz. Jakżeż łatwo być komunistą, kiedy nie żyje się w komunistycznym kraju! Picasso spędził całe życie, malując swoje gówniane obra­zy i wiwatując na cześć radzieckiej władzy. Ale nie daj Boże, żeby jakiś biedny artysta cierpiący pod rzą­da­mi tejże spróbował malować jak Picasso. Picasso mógł swo­bod­nie głosić prawdę – czemu nie głosił jej w imie­niu tych, którzy nie mogą? Ale on siedział jak bogacz w Pa­ry­żu i na południu Francji, malując w kółko tego swo­je­go ohydnego gołąbka pokoju. Nienawidził widoku tego cholernego gołąbka. I nienawidził niewoli idei rów­nie mocno jak niewoli fizycznej.

*

Rosja, moja droga matka,
Niczego przemocą nie bierze;
Tylko to bierze, co jej sami damy,
Gdy nóż nam do gardła przyłoży.

*

Tak, dziękuję, znakomity pomysł: nowe utwory, za­ka­za­ne w Rosji, grane na Zachodzie. Czy oni potrafią sobie wyobrazić, na jakie ataki by się wystawił? Byłby to naj­lep­szy dowód, że chce przywrócić w Związku Ra­dzie­ckim kapitalizm. Ale mógłby pan po prostu tworzyć, tak? Tak, mógłby tworzyć muzykę, której nikt by nie grał ani grać nie mógł. Tyle tylko, że muzyka jest po to, by jej słuchano – w czasach, w których powstaje. Mu­zy­ka nie jest jak chińskie jajo: nie staje się lepsza od tego, że leży latami w ziemi.

*

kto potrafi powiedzieć, co byłoby lepsze? Tego dowiadujemy się po fakcie, kiedy jest już za późno.

(tamże)

niedziela, września 03, 2023

5181. Czekariat (LIII)  //  Panna cotta (CIV)


Kaan.

rozwaliło mi serduszko to słowo:
consapevolezza
[świadomość]

Nie, odparła świadomość, nic nie zaczyna się w ten sposób, w konkretnym czasie i kon­kretnym miejscu. Wszystko zaczęło się w wielu miejscach i w wielu czasach, po części nawet za­nim się urodziłeś, w obcych krajach, i w świadomościach in­nych. A potem, cokolwiek się wydarzy, wszystko będzie się toczyć dalej w ten sam sposób, w innych miejscach, i w świa­do­mo­ściach innych.

*

I nikt nie ucieknie przed swą świadomością.

*

Chwilami jego świadomość nie chciała uwierzyć w to, co się dzieje. To niemożliwe, bo to nie jest możliwe, jak powiedział major na widok żyrafy. Ale to jest możliwe, i jest.

*

Tyle że – upierała się świadomość – nic nie zaczyna się w ten sposób. To zaczęło się w różnych miejscach, w różnych świa­do­mościach.

Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.

5180. Nieczekariat


Kaan.

Wiele dobrego można powiedzieć o milczeniu, o tej przestrzeni, gdzie słowa się wyczerpują i zaczyna się muzyka; a także gdzie muzyka się wyczerpuje.

*

Muzyka jest nieśmiertelna, muzyka zawsze będzie trwać i za­wsze będzie potrzebna, muzyką można wyrazić wszystko, mu­zyka… i tak dalej.

Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.

*

Gabriel Fauré, Après un rêve, Barbra Streisand.
White Raven’s Liked List

(5175+4). Bez jaj, panowie! (IV)

Jabłoń:
(przedwczoraj przeczytała Sadownikowi poniższy fragment
i chwilę podyskutowali*, będąc podejrzanie zgodnymi
)

I choć – jak zauważa Brzyski – szczyty uniwersyteckie zaj­mu­ją mężczyźni, to co roku „studia wyższe kończy 70 procent więcej kobiet niż mężczyzn”, a to tendencja światowa. Dla­cze­go mężczyźni gorzej radzą sobie z nauką, dlaczego 20 procent więcej kobiet zdaje maturę? Być może przez dominację kobiet na stanowiskach nauczycieli – 89 procent w szkołach pod­sta­wo­wych, prawie 70 procent w średnich.

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.

Sadownik:
(zastrzelił Jabłoń pytaniem)
Ile na studiach na polibudzie
miałaś wykładowczyń?

Jabłoń:
(długo po piętrach budynku ETI i innych
gmachach politechniki wyobraźnią biegała,
by się zdziwić, wobec wątpliwego związku
przyczynowo-skutkowego powyższego cytatu:
jakim cudem obroniła dyplom i to bez bólu
?)
Dwie lektorki, a poza tym…
Wykładowczyni żadnej,
jedną prowadzącą laborkę z fizyki.

___________
  *  Jabłoń — w wersji bezlitosna — uważa, że biedni panowie, co chcą kobiety traktować jako zasób, do którego mają prawo mieć dostęp, a w poprzek staje im feminizm i emancypacja, w kategorii edukacja powinni po prostu na kilka lat usiąść na tyłku, wysiedzieć odpowiednią liczbę dupogodzin, potrzebnych, by nauczyć się tego, co jest wymagane, i obronić swoje dyplomy śpiewająco, nawet jeśli w komisji będą same kobiety. A one, może w szoku, że trafił się tak dobrze przygotowany student, będą mogły wnioskować o wyróżnienie, kto wie?

(5175+3). Bez jaj, panowie! (III)  //  Z oazy (CLXXX)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Ten sam Autor, ale tym razem to nie ja, lecz Sa­dow­nik pytał mnie co chwilę, gdy komentowałam lekturę, po co sobie to robię? Pierwotnie po to.

Pomimo błyskotliwej, nawet jeśli ciut eklektycznej formy umordowałam się przy tej książce z powodu bohaterów, z którymi nijak nie udało mi się choćby przez sekundę ani utożsamić, ani em­pa­tyzować. Ale, ale! Za to spokojnie mogę się dopieprzyć… dwa razy.

#1. Autor napisał — zgodnie z naturą humanisty z końca XX wieku, czyli tego, który szczy­ci się tym, że nie umie matematyki — a korektorkom nie przyszło do głowy, by sprawdzić, czy to, co Autor napisał, ma jakiś sens (konsekwencja wszechobecnego patriarchatu, mężczyźni zawsze wiedzą lepiej, serio?). To dość niezwykłe w repor­ta­żu, ale jest w książce jeden wzór, niespecjalnie skomplikowany (poziom II klasa li­ce­um), który jest sumą iloczynów, ale o tym ani Autor, ani korektorki nie wiedziały, bo pozostało: skomplikowana suma sum i iloczynów. W tym miejscu można spokojnie uznać Jabłoń za upier­dli­we, czepiające się drzewko, bo wymaga, by ludzie wymie­nie­ni na stronie reda­kcyj­nej — wszyscy ze skończonymi studiami, czyli zdaną ma­tu­rą — jeśli nie są pewni, to przynajmniej zasięgnęliby z łaski swojej języka u tych, którzy wiedzą. W koń­cu to nie byle jakie wydawnictwo czy self-publishing.

#2. Zatkało mnie z wrażenia, gdy kompetencje pań korektorek podważyła sku­tecz­nie jedna z osób, która na spotkaniu autorskim — oglądałam na jutiubie, bo ważyły się moje czytelnicze losy: czytać / nie czy­tać — uprzejmie poinformowała Autora, że w całej książce źle odmieniany jest przez przypadki główny bohater. Oniemiałam, bo przecież książka nie ukazała się w wydawnictwie Krzak. Nie wierzyłam, więc upew­ni­łam się, od­py­tu­jąc tydzień temu przy pysznym ciasteczku moją naj­uko­chań­szą polonistkę. Tak, potwierdziła, herbów się nie odmienia, a potem zdziwiła się tak samo mocno jak ja przy sumie sum, że korekta tego nie wiedziała, bo nie da się w tym przypadku wmówić nikomu, że to było przeoczenie. Ponieważ jest Janusz Mikke herbu Korwin, w całej książce zamiast błędnego Korwina-Mikkego powinno być Korwin-Mikkego. A może? Może to wcale nie jest błąd, tylko taka osobliwa forma „freudowskiego przejęzyczenia” — wszak z pewnością w przypadku głównego bohatera mamy do czynienia z błędnym rycerzem.

[…]  mam wrażenie, że już trzeciemu pokoleniu młodych chłopaków wydaje się, że przez zdroworozsądkowe, czyli w tym wypadku korwinistyczne, po­strze­ga­nie świata będą mogli wyrwać się z małych miasteczek i wspinać po szczeblach partyjnej kariery. A jeśli nie mają swojej busoli zawodowej, któ­ra po­zwala wracać do życia po rozczarowaniu, to popłyną tym statkiem pod banderą świętego Jerzego u boku szalonego kapitana, by liczyć na raj, a więc cud wyborczy, czyli trochę subwencji, bo to dla wielu jedyna mo­żli­wość realizacji zawodowej i awansu społecznego. Nie rozumieją, jak sądzę, że tego warszawskiego mieszczucha, gruntownie wykształconego i eru­dy­cyj­nie inteligentnego, który majątek odziedziczył po matce szlachciance albo dorabiając się na ksenofobiczno-mizoginistycznych felietonach, stać, by nie wchodzić w sejmowo-spółkowe mariaże, czyli stać go na wolność od własnych Misiewiczów.

*

Powiedział kiedyś, że gospodarkę naprawimy w dwa miesiące, a na zmianę społeczeństwa trzeba dwóch pokoleń. Słusznie. Jeśli nie będziemy dbali o idee konserwatywne, to w dwa pokolenia nam wyparują.

*

     – Wie pan, ile mnie wysiłku kosztuje, by w tej książce napisać dwa poważne zdania? A pan mi ciągle nie daje szansy.

*

Konfederacją, czyli trzema partiami, zarządza wspomniana Rada Liderów, w której siedzi 12 gniewnych mężczyzn. Czterech narodowców, w tym Bo­sak i Winnicki, pozostałych dwóch pomińmy, niczego tu nie wniosą, dalej mamy Brauna i jego zaufanego człowieka z Korony Polskiej, tego też po­zo­staw­my w anonimowej krypcie, a od Korwina czterech, czyli Korwin, mło­dy po­seł Berkowicz, trzeci mało znany i Sławomir Mentzen, czyli nadzieja korwinistów, a nawet nadworny ekonomista partii. Wyszło 10, wiem, ale teraz dochodzimy do dwóch kolejnych postaci [Jakub Kulesza, Marek Ku­ła­ko­wski], które są mało znane, ale niosą w sobie największy gniew i choć naj­młodsze, to są ojcami chrzestnymi całej Konfederacji.

*

[…]  na co Korwin powiedział, że się z tymi danymi nie zgadza, a na dowód, że ma rację, nie pokazał nic. […]  ludzie, którzy deklarują, że kierują się zdro­wym rozsądkiem, z reguły kierują się emocjami.

*

I mógłbym przy nim zrobić doktorat z aspergera, bo on lubi wzory, analizy, ale nie rozumie, jakie emocje wywołuje u innych. Czy pan widział, że on ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego?

*

Czy pan wie, jak pięknie wyglądałby w Polsce internet, gdyby ludzie nie potrafili czytać i pisać?

*

Skąd pieniądze na jego pomysły, skoro chce obniżać podatki? Rząd to zło­dzie­je, ludzie wiedzą lepiej, na co wydawać. Ale skąd pieniądze? Po­win­ny pójść do samorządów, a tylko procent do państwa. Ale skąd pieniądze? A na co te pieniądze, nie wytrzymuje Korwin, skoro wszystko prywatne. A jaki ma pomysł, by rządzić? Przyznaje, bez uśmiechu, że programu jego partii nie da się raczej wprowadzić, poza karą śmierci, więc potrzebny był­by jakiś Pinochet.

*

     – Każdemu, kto ma jakąś wiedzę, doradzałbym w takich rozmowach dużo dystansu, to jedyna broń, gdy ktoś kłamie.

*

Po konferencji Konfederacji, na której ogłaszają, że przeszkadzają im w Sej­mie ukraińskie flagi, że rząd nie powinien płacić za pomoc Ukraińcom, że skan­dalem jest darmowa pomoc medyczna, nie mówiąc już o dodatkach dla dzieci, dziennikarze wyłączają mikrofony i kamery i kolejną konferencję boj­kotują.

*

[…]  między teorią słów Korwina a praktyką życia występuje pewna, nie­do­strze­gal­na dla jego fanów, szczelina, która w miarę dojrzewania młodego człowieka urasta do przepaści, aż trudno wtedy zrozumieć, jak to się stało, że w pewnym momencie Korwin stoi na jednej jej krawędzi, reszta świata leci w dół, a na drugiej on sam.

*

     Sośnierz: – Czy pan prezes aby nie wziął zbyt dosłownie czegoś, co mi wygląda na spławienie?
     Korwin: – Nie, na serio mówili.
     Sośnierz przypomina w tym miejscu, że mówimy o człowieku, który uważa, że każdy posługuje się w życiu zdrowym rozsądkiem i dokonuje racjonalnych wyborów.
     – I co zrobili? – pytam.
     – Oczywiście go spławili [narodowcy i Braun].
     – I jak pan sobie z tym radził?
     Sośnierz opiera brodę na splecionych palcach, marszczy czoło i mruży oczy.
     – Mówiłem sobie tak… Okej, ja nie potrafię na szybko odróżnić lewo od prawo, a on jest 50 lat w polityce i nie rozumie ludzi. Ma szokującą pamięć do twarzy, ulic, dat, ale nie pamięta własnych błędów.

*

Nowa dziewczyna to polowanie, a
 żona w domu to świniobicie.

*

Próbuję sobie nawet wyobrazić, jak wyglądałby taki dialog Korwina z Ment­zenem, no i może tak:
     – Panie prezesie, dzieci pana czytają, a to zaraz nasi wyborcy, niech pan wyhamuje.
     – No właśnie dlatego piszę, przecież pan też był dzieckiem, gdy się mną zachwycił.

*

     – Ale że Mentzen? Przecież on z tej partii zrobi korporację, a tak pięknie sobie przez lata szybowała. Pana nazwisko było gwarantem co prawda kon­certowych porażek, ale też przecież i marki – mówię smutnym głosem, tak że kłuję go, mam nadzieję, w serce, bo czuję, że szlocha jednak do wewnątrz […].

*

I gdy Wipler mówi, że przyjechał kiedyś do Warszawy jako syn górnika, a wszyscy słuchają go w ciszy, to patrzę na Korwina, bo oto ojciec duchowy, Imperator tego wszystkiego, podnosi się i pokazowo kuśtyka stamtąd o la­sce. No to ja za nim.
     – Ale że aż tak demonstracyjnie?
     – Do toalety tylko idę.
     […]  Korwin patrzy na mnie ponuro, chyba do ostatniej chwili mi nie dowierzał, że Wipler stoi za Mentzenem. Jest toaleta, atakujemy pisuary i sobie sikamy, gdy podpytuję:
     – Co pan sobie wynegocjował za to odejście?
     – Prawo weta w sprawie programu i statutu i weto w sprawie koalicji, ale tylko na dwa lata.
     […] 
     – Wipler zabolał?
     – Byłem przeciwny, by go zapraszać, ale Mentzen powiedział, że ma swoje zalety.
     – Jakie?
     – Kiedyś je widziałem…
[połowa października 2022 roku, kongres partii KORWiN w Warszawie.]

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

[Jacek] Wilk, oprócz fajnego nazwiska oczywiście, ma jeszcze jedną cechę – gdyby przebrał się za nikogo, to wyglądałby jak ktoś.

*  *

     – Powiedział pan na pierwszym spotkaniu: „Nie mam nic do ukrycia”.
     – Ale nie o sprawach prywatnych! Innych też pan tak wypytuje o dzieci i rodzinę!?
     – Jak wpiszą sobie chrześcijańskie wartości w sztan­dar i wezmą parę ślubów, to zapytam.

*

     – Jeszcze mówił pan tak: „Jeśli ktoś na przykład chce się zaćpać na śmierć, to jest to dla społeczeństwa ko­rzyst­ne. Niech umrą!”. Czy więc córka nie po­win­na, zgod­nie z pana teoriami darwinistycznymi… Czy aby nie p­o­win­na co naj­mniej skoń­czyć na bruku?
     – No nie! Darwinizm zatrzymuje się przed rodziną!

*

[…]  dobry brydżysta […]  często nie wie, która ścieżka jest prosta, zanim na nią nie wejdzie […].

(tamże)