wtorek, czerwca 17, 2025

5808. Z oazy (CCCXLV)

Od­liczanie literek, cztery, poślizgnięte na wrażeniach z fotofestiwalu. Wciąż jestem wybredna przy wyborze lek­tu­r. Jeśli nie o miłości czy śmierci, jeśli nie po włosku, to niech chociaż będzie spo­ro sierści.

Czytałam tę książkę w „papierzu” ponad czternaście lat temu, Heniutka była wtedy psim dzieciakiem. Postanowiłam wrócić do tej opowieści, gdy odkryłam jej do­stęp­ność w ibuku. Zażywałam jak lekarstwo na tęsknotę.

To jest książka i o miłości, i o śmierci. Heniutki nie ma po tej stronie tęczy prawie dwa miesiące, ale Emila nie ma już pewnie lekką ręką dziesięć lat. Zostaliśmy my, ich ludzie, na zawsze przemienieni psią miłością.

Uśmiechnęłam się od ucha do ucha na wspomnienie uru­cho­mio­ne zdaniem: Dni odmierzane stukotem psich pazurów po podłodze dokładnie o 7.00, jak w zegarku. Tęsknię za tym dźwiękiem, tęsknię nie tylko za porankami.

Może będzie w tym trochę chaosu. Ale na początku zawsze był chaos. Jeśli człowiek staje przed sytuacją, w której dotąd nie uczestniczył i ona go pra­wie przerasta (no bez przesady, dopiero jak stanie na dwóch łapach), nie należy się dziwić, że czuje się chwilowo zagubiony.
     […]  tego, co związane jest z emocjami, nie zawsze da się opisać po kolei.

🖇

Znowu ta cholerna, babska logika. Co nie powiedziane, to w domyśle za­ak­cep­to­wane. Co nie zakazane, to dozwolone. Jeśli nie protestuję — ak­cep­tu­ję. I nikomu, a zwłaszcza jej, nie przychodzi do głowy, że jestem „nie­spo­tykanie spokojny człowiek” i że jeśli nie mówię „nie”, to naprawdę nie znaczy „tak”, a jedynie niechęć do kłótni i stawiania sytuacji na ostrzu noża.

🖇

     — I jak?
     — Co jak? — albo udawał, że nie wie, o co go pytam, albo byłem nie­pre­cy­zyj­ny w swojej dociekliwości, albo po wieloletnim pobycie na Zachodzie zatracił umiejętność odczytywania w pytaniu niuansów i podtekstów.

🖇

     — Zeżre was z kłakami — mówili znajomi. — Pójdziecie z torbami.
     Sławek triumfował:
     — Mówiłem: dobrych psów nikt nie oddaje.
     Radykaliści poddawali:
     — Może trzeba go uśpić…
     Liberałowie ostrożniej:
     — Albo zwrócić do fundacji…

🖇

     — Dupa z uszami, nie pies — stwierdził Sławek, brat PAni, który stał się dla mnie autorytetem w sprawach czworonogów, od kiedy wygłosił sła­we­tne zdanie, że dobrych zwierząt nikt się dobrowolnie nie pozbywa.

🖇

     — Czekaj, czekaj — powiedziało jedno M i wyszło z pokoju, wracając rozebrane do T-shirta. W przedpokoju zostawiła sweter, w którym przy­szła. Pies podszedł do niej i obwąchał dokładnie. Pozwolił się pogłaskać, przestał warczeć. I już do końca wizyty zachowywał się przyzwoicie.
     — Byłam dzisiaj w tym swetrze na Paluchu — wyjaśniła Małgośka.
     Czy zapach psiego nieszczęścia może być aż tak wyczuwalny? I co sta­no­wi jego składowe: strach, ból, głód, samotność? Czy ludzkie dramaty pach­ną tak samo?

🖇

Wyczuwał we mnie partnera do negocjacji. Partnerzy zaś, choć po prze­ciw­nych stronach stołu zdecydowanie siedzący — winni się szanować, wy­słu­chi­wać swoich racji.
     Na razie jeszcze o tym nie rozmawialiśmy. Czuliśmy to obaj, akcepto­wa­liśmy, ale na rozmowę było jeszcze za wcześnie.

🖇

Powoli się układał, dopasowywał do wszystkiego wokół: ludzi, zwierząt, po­mieszczeń. Powoli docierało do niego, że staje się uczestnikiem. Nie­od­łącz­nym, autentycznym, na prawach obowiązujących każdego. Nadal jed­nak był żywą egzemplifikacją hasła: pasja, ryzyko, przygoda. Nie cier­piał, nie znosił, nie tolerował, nienawidził, gdy zostawiało się go samego. Odjeż­dża­li­śmy spod domu przy akompaniamencie psich wrzasków, szczekania i wycia, trwającego z relacji pani Joli — sąsiadki, przynajmniej kwadrans. Nieważne było, jak długo trwała nasza nieobecność, nieważne były za­pew­nie­nia, że zaraz wracamy. Wiedział swoje. Czuł się porzucony, opuszczony i wkurzony, że nikt nie liczy się z jego zdaniem i potrzebami. Dużo później spytałem go, dlaczego tak wył.
     — A ty byś nie wył? — odpowiedział pytaniem.

🖇

     — I czego się znowu drzesz? — pytałem za każdym razem, gdy PAnia wsia­da­ła w samochód, jadąc do Warszawy w celach głównie zarobkowych.
     — No przecież odjeżdża.
     — No przecież musi iść do pracy.
     — A miała nie wyjeżdżać.
     — Jedzie tylko na chwilę, nie na zawsze.
     — Przecież wiesz, że nie mam poczucia czasu. Jak ktoś odjeżdża, to od­jeżdża.
     Trzeba było kolejnych dni, podczas których musiałem go stale uspokajać i zapewniać za każdym razem, że nikt go na zawsze nie zostawi. Wciąż nie dowierzał. Nie dziwota. Życie dało mu popalić.

🖇

Wciąż jeszcze za wcześnie na nadwrażliwość we współczesnej dżungli, gdzie nadal obowiązuje zasada: albo ja — albo mnie.

🖇

Czyli, jak przez całe życie — walka szła o czas i pieniądze. Jak w starym dow­ci­pie: kiedy dużo pracujesz — masz kasę, brak ci jednak czasu na jej wy­da­wa­nie. Gdy nie pracujesz, masz czas na wydawanie pieniędzy, ale ich sa­mych ci brak.
     Musieliśmy, jak tyle pokoleń przed nami, wypośrodkowywać nasze chce­nia i nasze możliwości, raz z tej strony idąc na ustępstwa, raz z drugiej.

🖇

     — Wiesz, co piłeś?
     — Jakąś whisky.
     — Nie. Piłeś whisky trzydziestoletnią. Trzy tysiące baksów za flaszkę.
     — Niemożliwe.
     — Możliwe.
     — Rany, nalej jeszcze, spróbuję.
     — Sorry, właśnie się skończyła. Czyż nie jest tak, że często zapominany cieszyć się chwilą, która jest? I zamiast smakować, delektować, upajać aro­ma­tem rozlewającego się po brzegach naczynia płynu i smakować trzy­dzie­sto­let­nie oczekiwanie na uzewnętrznienie się tego wszyst­kie­go, przegapiamy ten moment, wracając do przeszłości, która już minęła, lub wybiegając w przyszłość, na którą nie mamy wpływu?

🖇

Wracali w nastrojach: PAnia: k......!, Aza: znowu podpadłam, Emil: aleśmy im dowalili.
     Ciekawe, że takie przygody wydarzają się zawsze, kiedy mnie nie ma na spacerze. PAnia prowokuje los czy co?

🖇

     — Czego, pytam grzecznie?
     — Nie będę się kładł na takim niepościelonym — mówi.
     — A co? Ja ci tak skotłowałem to wyro?
     — Zobacz swoje, jak wstajesz. I za każdym razem ścielesz.
     — No, dobra — kapituluję.
     Stoi jak kat nad dobrą duszą, dopóki tego nie zrobię. Potem kładzie się, mrucząc. Teraz dobrze. Cholera, on naprawdę czekał na to, dopóki nie po­pra­wię mu posłania. Możecie mi to wytłumaczyć?

🖇

Ludzie nie potrafią otworzyć się na coś, czego nie rozumieją. Łatwiej od­są­dzić TO od czci i wiary, a niepokornych spalić na stosie. Ale czy problem spłonie wraz z nimi?
     W dzisiejszych czasach metafizyką jest wszystko, co wykracza poza ko­ry­to polityki, notowania giełdy i program telewizji. Nawet książka wy­dru­ko­wa­na na papierze i w tekturowych okładkach.
     Wciąż „paranormalne” dla większości przedstawicieli homo sapiens jest okazywanie serca zwierzętom. Dobrze, że istnieje ta wrażliwa mniejszość.
     Emil miał wrażliwość dziecka Indygo. Żeby go jednak zrozumieć, trzeba było mieć podobną. Nadawać na tych samych falach.
     […]  zdumiewa, jak łatwo pod pojęcie „paranormalne” jesteśmy w stanie pod­kła­dać wszystko to, czego nie po­tra­fi­my dokonać, nad czym nie po­tra­fi­my panować, co jest do osiągnięcia, ale nam się nie chce.

🖇

Może to jest tak jak z tymi szczurami z okrutnego doświadczenia.
     Wrzucono je do dwóch różnych beczek. Ściany beczek śliskie, żadnych szans na wyjście, wygrzebanie się na zewnątrz. Szczur w jednej z nich topi się. Temu z drugiej — podają patyk. Chwyta go, ratując życie. W następnym etapie eksperymentu znowu do beczek z wodą wrzuca się dwa szczury. Do jednej — zupełnie nowego, do kolejnej — tego, któremu podano ratunkowy patyk. Pierwszy szczur rezygnuje szybko, przestaje przebierać łapami, pod­da­je się. Idzie na dno. Drugi pamięta, że poprzednio podano mu patyk, wal­czy więc. Szczur w pierwszej beczce już dawno utonął, ten w drugiej — toczy bój o życie. Wie, że jest szansa. Że raz się już udało. Czeka na patyk.
     Wszyscy czekamy na taki patyk w życiu. Ale nie każdemu życie go podtyka. Wszak nadzieja zwiększa szanse. I póki w nas jest — wszystko możliwe.

Jędrzej Fijałkowski, Emil, czyli kiedy
szczęśliwe są psy — szczęśliwy jest cały świat
,
Wydawnictwo ZYSK i S-KA, Warszawa 2009.
(wyróżnienie własne)

Najbardziej bolesne zastrzyki brał bez zmrużenia oka, naj­gor­sze lekarstwa bez wypluwania. Kiedyś, wspo­mi­na­jąc nasze wspólne początki, zapytałem go o to. Niemal się obraził:
     — Nigdy nie słyszałeś o psiej intuicji?
     Pewnie, że słyszałem, ale żeby aż tak?

Co on takiego w sobie ma?
     Emil zachwyca wyrazem szczerego pyska, mądrym spoj­rzeniem, czymś nieuchwytnym, nie­wy­po­wie­dzia­nym, „niemierzalnym”. Ciepłem od niego idącym, nie tym cielesnym, grzejącym psem, ale tym energetycznym, wewnętrznym, o którym wielu mówi, że go nie ma, wie­lu zaś na sobie we wzajemnych stosunkach doświadcza.

🖇

W tym gronie można było zapomnieć twarz człowieka, ale odruch powiedzenia „dzień dobry” pojawiał się na­tych­miast, gdy dostrzegło się znajomego psa. Za nim, na smyczy musiał iść jego pan lub pani.

🖇

[…]  mam inną teorię, bardziej prostą, by nie rzec pro­sta­cką, twierdzącą, jak owa starsza pani, że ważne jest, żeby pies wiedział, że jest kochany. Wtedy można się z nim dogadać. Jak zresztą z każdym, kto ma do nas za­u­fa­nie i wie, że nawet jak jesteśmy nieprzyjemni, to jest to chwilowe, „po wierzchu” i za chwilę będzie znów OK.

🖇

W końcu pies to pies. Zauważyliście, że nie napisałem „tylko”?

(tamże)

5807. Z oazy (CCCXLIV)  //  Panna cotta (CLXI)

Odliczanie literek, trzy, poślizgnięte na wrażeniach z fotofestiwalu. Smacznego pre­zentoczytania ciąg dalszy. Nie wy­bra­ła­bym tej książki po okładce (ominęłaby mnie nie lada frajda). Na szczęście zostałam obdarowana tą relacyjną opowieścią. Dawno nie rechotałam się tak mocno i tak długo, nawet za czwar­tym czy piątym czytaniem, bo… Kaczka nie przy­szła tylko raz, nie przyszła tylko po cukier, ale i po masło, mąkę, sól, w ostateczności kilka gotowych już ciasteczek.

Gdyby ta historia była pierwszym sezonem serialu, wejście na drugi sezon jest fan­ta­styczne: kaczka pada, a niedźwiedź jest rozbudzony i gotowy do działania. Ciekawe, po co pójdzie do Kaczki czy Borsuka (dwa domy dalej)…

🖇

[101 sposobów na bycie rozbudzonym]

«Non sono mai stato così stanco.
 Dormirei per settimane. Anzi, mesi!»
   — Nigdy nie byłem tak zmęczony.
Spałbym tygodnie. Dokładniej, miesiące!

🖇

«Non sono mai stata così sveglia. Chissà cosa fa Orso.»
   — Nigdy nie byłam tak rozbudzona. Kto wie, co robi Niedźwiedź.

«Non vedo l’ora di dormire. 3, 2, 1… oh, sì…»
   — Nie mogę doczekać się snu. 3, 2, 1… o, tak…

🖇

   — Niedźwiedziu! To ja, Kaczka! Otwórz! No, dalej!

   — Co jest, Kaczko? / Spało mi się tak dobrze!
   — Nudzi mi się! Porobimy coś?

🖇

«Giochiamo a carte?» / «No.»
«Guardiamo un film?» / «No.»
«Suoniamo?» / «No.»
«Chiacchieriamo?» / «No.»
   — Pogramy w karty?
   — Nie.
   — Obejrzymy film?
   — Nie.
   — Zagramy na gitarze?
   — Nie.
   — Poplotkujemy?
   — Nie.
   — Pogramy w karty?
   — To już mówiłaś.

   — Poczytamy na głos?
   — Nie.

🖇

   — Dobra, dobranoc!

🖇

   — Pssst! Niedźwiedziu! Tu Kaczka! Twoja sąsiadka!

   — Co jest?!
   — Chcę zrobić ciasteczka. Masz cukier?
   — Nie.

🖇

«Che scocciatrice quell’anatra!
Devo trovarmi dei nuovi vicini…

   — Co za nieznośna kaczka!
Muszę znaleźć sobie nowych sąsiadów…

…ma adesso sono troppo  
stanco… devo dormire.»

…ale teraz jestem zbyt 
zmęczony… muszę pospać.

🖇

   — Ale jak…?!
   — Zapasowy klucz.
   — Ale to na wszelki wypadek!
   — To jest wypadek.
   — Co jest? Co jest, Kaczko? Jaki wypadek?

   — Uderzyłam się w dziób. Widzisz?

🖇

«Anatra! Devi smetterla di svegliarmi… via! ORA!»
«Ma…»
«HO DETTO BUONANOTTE!»

   — Kaczko! Musisz przestać mnie budzić… won! TERAZ!
   — Ale…
   — POWIEDZIAŁEM: DOBRANOC!

🖇

«Uff. Orso è proprio scorbutico!
Quel suo caratteraccio mi fa stancare.»

   — Uff. Niedźwiedź jest naprawdę zrzędliwy!
Ten jego charakterek mnie męczy.

🖇

«C’era una volta in un regno… in un regno…»
   — Dawno, dawno temu w królestwie… w królestwie…

Jory John, ilustr. Benji Davies, Buonanotte!,
przeł. z j. angielskiego Laura Bortoluzzi,
Editrice Il Castoro, Milano 2016.

*

5806. Z oazy (CCCXLIII)  //  Panna cotta (CLX)

Co­tygodniowe odliczanie literek, dwa, poślizgnięte na wrażeniach z fotofestiwalu. Smacznego prezentoczytania ciąg dalszy. Czekałam na tę książkę pra­wie dwa lata. To był ostatni gwizdek, by ją przeczytać. Spo­dziewałam się od­ro­bi­ny historii czer­wo­nej stajni. Nie ma jej w tej opowieść. Jest za to nie­by­wa­ła cie­ka­wostka do­ty­czą­ca ory­gi­nalnego octu balsamicznego z Modeny.

     — Ah, la macchina... Ma perché è rossa?
     — È rossa come il fuoco. Questa macchina ha il fuoco dentro.

           [  — Aaa, samochód… Ale dlaczego czerwony?
               — Jest czerwony jak ogień. Ten samochód ma w środku ogień.

🖇

     — Bene, molto bene. Allora, si­gno­ri­na Wolf, è pronta per questa esperienza?
     — Credo di sì...
     — È sicura?
     — Sì, ma perché mi fa questa domanda?
     — Perché questa non è una macchina come le altre. Si guida con i piedi, con le mani, con il cuore e la testa.
          [   — Dobrze, bardzo dobrze. Więc, panno Wolf, jest pani gotowa na to doświadczenie?
               — Myślę, że tak…
               — Jest pani pewna?
               — Tak, ale skąd tyle pytań?
               — Ponieważ to nie jest samochód jak inne. Prowadzi się go stopami, dłońmi, z sercem i głową.]

🖇

     — Il motore non è silenzioso, è rumoroso.
     — Quello non e rumore, il rumore di un motore Ferrari è come una musica.

          [   — Silnik nie jest cichy, jest głośny.
               — To nie hałas. Odgłos silnika Ferrari jest jak muzyka.]

🖇

     — È in ritardo.
     — A me sembra velocissimo. — dice Monika.
     — Non sto parlando del mio pilota, ma di Lei, signorina.
     — Mi dispiace, ma sono venuta con una Fiat 500, non con una Ferrari.
     — La Fiat 500 è una grande macchina, deve avere rispetto.
     — Sì, mi scusi.
     — È pronta per guidare “la rossa”?
          [   — Jest spóźnion_.
               — Mi wydaje się piekielnie szybki — powiedziała Monika.
               — Nie mówię o moim pilocie, ale o pani.
               — Przykro mi, ale przyjechałam Fiatem 500, nie Ferrari.
               — Fiat 500 to świetny samochód, zasługuje na szacunek.
               — Tak, przepraszam.
               — Gotowa jest pani poprowadzić „czerwonego rumaka”?]

Giovanni Ducci, La Rossa,
Alma Edizioni, Firenze 2015.
(wyróżnienie własne)

     — No, è aceto balsamico di Modena.
     — Ah è buonissimo sull’insalata.
     — L’aceto balsamico dà gusto a tanti cibi, non solo all’insalata. Lo sa quanto tempo ci vuole per fare una bottiglia come questa? Dodici anni.
     — Dodici anni? Per fare una bottiglia così piccola?
     — Sì. Dodici anni
.
[   — Nie, to oryginalny ocet balsamiczny z Modeny.
     — Ha, jest wspaniały do sałatek.
     — Ocet balsamiczny nadaje smak wielu potrawom, nie tylko sałatkom. Czy wie pani, ile czasu potrzeba, by otrzymać taki ocet? Dwanaście lat.
     — Dwanaście lat? By otrzymać tak małą buteleczkę?
     — Tak. Dwanaście lat
.]

(tamże)

5805. Z oazy (CCCXLII)  //  Panna cotta (CLIX)

Odliczanie literek, raz, poślizgnięte na wrażeniach z fotofestiwalu. Za mną ty­dzień smacznego prezentoczytania. Wklejki, otwie­ra­jąca i za­my­ka­jąca, w stylu: niech cię ucieszą wszystkie różnice, niech!

A pomiędzy wklejkami bohaterzy, znani, lubiani i… awanturujący się! Wróciwszy do domu, od­wie­siwszy płaszczyk, po odłożeniu rę­kawiczek i czapki, kto by się nie wściekł, gdyby jego miś poczęstował go na dzień dobry: mogłabyś

🖇

Tego popołudnia, gdy łasica / wróciła do domu, niedźwiedź był zajęty. / Odwiedził ich borsuk.

«Noi stiamo giocando!», disse l’orso,
«potresti preparci qualcosa da mangiare?».

        — My bawimy się! — rzekł niedźwiedź — mogłabyś przygotować nam coś do jedzenia?

🖇

Alla donnola quella proposta non piacque.
«Il tasso è amico mio!» esclamò.
«Non puoi giocare con lui!»
«Il tasso non è mica tuo.
Tu puoi giocarci domani.»

Łasicy nie podobała się ta propozycja.
     — Borsuk jest moim przyjacielem! — wykrzyknęła. — Nie możesz się z nim bawić!
     — Borsuk nie jest tylko twój. / Możesz pobawić się z nami jutro.

🖇

Il tasso ebbe un’idea.
Potevano giocare tutti e tre insieme...
La donnola fu subito d’accordo.
«Giochiamo alla famiglia!» gridò.

Borsuk miał pomysł. / Mogli pobawić się wszyscy razem w trójkę…
Łasica natychmiast się zgodziła.
     — Pobawmy się w rodzinę! — wykrzyknęła.

🖇

La donnola era fuori di sé.
«Non si gioca così! Te l’ho detto mille volte!
Lo fai apposta per farmi arrabbiare!»
«Perché vuoi sempre decidere tutto tu.»
«E tu non rispetti mai le regole!»
«Non ci sono regole per giocare alla famiglia!»

Łasica wyszła z siebie.
     — Tak się nie gra! Mówiłam ci to tysiąc razy! / Robisz to specjalnie, by mne wkurzyć!
     — Dlatego, że chcesz zawsze decydować o wszystkim.
     — A ty nigdy nie przestrzegasz reguł!
     — Nie ma reguł w zabawie w rodzinę!

🖇

«Vuoi giocare a memory solo perché vinci sempre tu. Io il me­mo­ry non lo sopporto.»
«Bisogna anche imparare a perdere!» disse la donnola.

        — Chcesz grać w memory tylko dlatego, że zawsze wygrywasz. Nie znoszę tej gry.
        — Trzeba nauczyć się przegrywać — powiedziała łasiczka.

🖇

«Idea! Giochiamo a nascondino!»
«Io però non voglio cercare.»
«Allora non puoi giocare!»
«Vuoi decidere sempre tutto tu!»

             — Mam pomysł! Pobawmy się w chowanego!
             — Ale ja nie chcę szukać.
             — Więc nie możesz się z nami bawić!
             — Zawsze to ty chcesz o wszystkim decydować!

   — Bawienie się z tobą
jest niemożliwe!

🖇

A quel punto il tasso li interruppe.
Adesso doveva proprio andare a casa.
«Ma come?» gridarano stupiti l’orso
e la donnola. […]  «Ma domani devi tornare. […]»
[…]
«Domani», rispose il tasso,
«ho già appuntamento con la volpe».

W tym momencie borsuk im przerwał. / Właśnie teraz musiał iść do domu.
     — Jak to? — krzyczęli zaskoczeni niedźwiedź / i łasica. […] — Ale jutro musisz wrócić. […]
     — Jutro — odpowiedział borsuk / — mam już umówione spotkanie z lisem.

🖇

Jörg Mühle, Decidi sempre tu!,
z j. niemieckiego Giulia Genovesi,
Terre di mezzo editore, Milano 2024.

*

poniedziałek, czerwca 16, 2025

5804. Subiektywnik (III)

Tak obdarowani przez festiwal nie byliśmy od lat. Ten projekt skradł nam serca w ułamku sekundy, dotykając naszych miłości do naszych ojców i tatów. Długo potem rozmawialiśmy.

Biały Kruk był z nami, gdy po raz pierwszy od Jego śmierci Sadownik zamówił sobie piwo, które kilka lat temu ciągnął przez pół Europy, by pić je ze swoim teściem w Ma­łej Danii. Całą niedzielę pławiliśmy się we wdzięczności.


 [z:] Carlos Idun-Tawiah, Bohater, ojciec, przyjaciel.

Po 18 latach wspólnego życia z moim ojcem mamy zaledwie kilka wspól­nych zdjęć, a teraz, gdy już go nie ma, moje wspomnienia o nim wydają się wyblakłe. Kiedyś fotografia nie była tak powszechnie dostępna jak dziś, więc nasze rodzinne albumy nie oddają w pełni intymnej codzien­no­ści rozgrywającej się poza ścianami studia fotograficznego. […]  Pragnę uczcić ojcostwo jako dar, którego doświadczamy w różnych for­mach, dzięki obecności w naszym życiu wujków czy pastorów, oraz jako szanse, by oddziaływać na czyjeś życie wykraczające poza nas sa­mych i poza teraźniejszość. […]  a w tym projekcie chciałbym sprawdzić, czy jesteśmy w stanie spojrzeć na ojcostwo nieco inaczej, nie ja­ko na ob­cią­ża­jącą rolę, ale pełną miłości, szacunku dla dziedzictwa i ho­no­ru po­dróż na całe życie.
  //  Carlos Idun-Tawiah

5803. Subiektywnik (II)

Jedna książka, jeden projekt, wiele słów i te dwa zdjęcia. W tym roku czuliśmy się festiwalowo obdarowani. Uznaliśmy złą festiwalową passę za przerwaną.

Te dwa zdjęcia wciąż robią mi dzień. Męska delikatność, wrażliwość w tym świecie tylko migoczą, połyskują, czasem wystają nieporadnie zza skrzętnie wzniesionymi konstrukcjami służącymi ukryciu serca. Aby wypatrzeć te aksamitności, trzeba tylko wiedzieć, gdzie i jak patrzeć.

[…]  nasze tożsamości nieustannie się zmieniają — nie są przy­wią­za­ne do granic, które odziedziczyliśmy. Może się zdarzyć, że i wy, tak jak ja, odnajdziecie tożsamość dzięki miłości.
Akshay Mahajan

W dzisiejszym zglobalizowanym świecie związek między przyczyną a skutkiem często bywa nieoczywisty. Tym bardziej powinniśmy zastanawiać sie nad tym, jak nasze działania uruchamiają błędne koło zdarzeń, które ostatecznie może obrócić się przeciwko nam. Ogień raz wzniecony prędzej czy później pochłonie także i nas samych.
 //  Massimiliano Corteselli

5802. Subiektywnik (I)

Wczoraj długo tę książkę w rękach trzymałam. Strona po stronie. Sadownik w tym czasie obejrzał wszystkie inne albumy w sali, nałogowi spokojnie się oddał, a gdy wró­cił, wciąż przewracałam kolejne stronice. I cyk, i cyk. W tych zdjęciach, para­dok­sal­nie, najważniejsze dla mnie jest w słowach.

Dotykanie w sobie queerowej części jest intymnym spotkaniem z osobistą wraż­li­wo­ścią, niezgodą na konformizm, z życiową energią, której nie sposób ujarzmić.

Błogo­sła­wie­ni, obdarowani i uprzywilejowani ci, co kontakt z tym kawałkiem siebie po­tra­fią złapać. Należy dodać, że muszą być odważni, jeśli są osobami hete­ro­sek­sual­ny­mi. Odwaga spotkania się z sam_ sobą jest wyjątkowo deficytowym zasobem, niedostępnym ultraprawicowym osobom, takie życie.

Leonard Matlovich
(1943–1988)

Where shall I begin?
For everything is connected with everything else...

— MANUEL boyFRANK, 1974

The court system will take care of the archaic laws, and
re-education will do the same for the public at large. Then
again, if all else fails, you can always break their windows.

— BEBE SCARPI, 1973

You know, there is always the storm that
strike you when at least less expected.

— GAÉTAN DUGAS, 1982

If you want Gay Power, then you‘re going to have to fight
for it. And you‘re going to have to fight until you win.

— SYLVIA RIVERA, 1970

Matthew Riemer, Leighton Brown, We Are Everywhere.
Protest, Power, and Pride in the History of Queer Liberation
,
Ten Speed Press, Berkeley (CA) 2019.

czwartek, czerwca 12, 2025

5801. Z oazy (CCCXLI)  //  Mortkowanie (VII)

Od­liczanie literek, trzy, poślizgnięte okrutnie. Szósty tom, dwieście siedemdziesiąt sześć innych książek i jest: siódmy tom. Pierwszy, który przeczytamy bez Białego Kruka. Ile już za mną tych „pierwszych razów bez”. Wciąż pojawiają się nowe, biorą mnie z zaskoczenia, obezwładniają i dobrą chwilę zajmuje mi pozbieranie się.

A siódmy tom? Nie dosyć, że najlepszy z wszystkich części, to jest również obietnica, że to jeszcze nie koniec.

To musiał być Mortka. Od niego się zaczęło, a to już moja dwu­dzie­sta książka. […]  Przez ten czas ja zmieniłem się jako autor, zmienił się też Mortka. Mam nadzieję, że obaj dojrzeliśmy. I że widać to w tych książkach.

Wojciech Chmielarz

A komisarz Mortka… powróci!

🖇🖇

     – […]  Teraz ty wytłumaczysz mi, co cię tak bawi?
     Mortka dopiero teraz się zorientował, że na jego twarzy pojawił się sze­roki uśmiech.
     – Powiedziałaś „kurwa”. Po polsku.
     Justine wzruszyła ramionami, jakby nie rozumiała, o co chodzi.
     – Spodobało mi się to słowo. Ma w sobie tę moc i wibrację, którą po­win­no mieć każde porządne przekleństwo – stwierdziła i ode­tchnę­ła głę­bo­ko. – Czego ty się właściwie spodziewałeś, Kuba?

🖇

     – Aspirantka – powiedział Mortka.
     – Słucham? – zdziwiła się Maria Szulej.
     – Aspirantka – powtórzył. – To słowo ma żeńską formę.
     Kobieta wciąż na niego patrzyła, najwyraźniej nie do końca rozumiejąc, o co mu chodzi.
     – Zresztą nieważne – mruknął i machnął ręką. Potem zwrócił się do Zaj­dy: – Przepraszam za to pytanie, ale kim ona jest?
     Zajda wyszczerzył zęby.
     – Ona jest tobą, Kuba. Tylko w spódnicy.
     – W spodniach. Spódnice noszę pewnie rzadziej od niego – po­wie­dzia­ła Szulej, wskazując na Mortkę.
     – No to skoro już się znacie, zapraszam do siebie. Przygotuję nam coś do picia i porozmawiamy.
     […]
     Zajda zostawił ich samych. Stali naprzeciwko siebie, a Mortka zdał sobie sprawę, że oboje robią teraz to samo – zastanawiają się, kim jest, do diabła, ta druga osoba.

🖇

     – Wiesz, ile zaryzykuję, jeśli się zgodzę?
     – Wiem. Ale też wiem, że nic cię to nie obchodzi. Bo jesteś taka jak on. […]  Nie liczy się to, co wypada, tylko to, co jest słuszne.

🖇

     – To w jakim był wieku? Wiemy, że młody, ale osiemnaście? Dwa­dzie­ścia?
     – Myślę, że miał koło trzydziestki – zaryzykował odpowiedź.
     – Trzydzieści to dla ciebie ktoś młody? – mruknęła. – Ja mam niewiele więcej.
     – A ja ponad czterdziestkę i tak, jesteście jeszcze młodzi. I ten trupek, i ty.
     – Świata nie widzieliśmy i nic nie wiemy o życiu.
     – Dokładnie.
     Uśmiechnęli się do siebie i Mortka po raz pierwszy poczuł, że zawiązuje się pomiędzy nimi coś na kształt sympatii.

🖇

Nie zachowuj się tak, jakbyś wszystko wiedziała! Bo gówno wiesz! Szcze­gól­nie o mnie! […]  To miejsce było przepełnione wspomnieniami, duchami z prze­szłości, które czekały na okazję, żeby się na niego rzucić i go roz­szar­pać. Nie dostrzegał ich, bo skrywały się w cieniu, a teraz, kiedy zwietrzyły swoją szansę, nie zamierzały jej zmarnować.

🖇

Zawsze to było dla niego najważniejsze – robienie tego, co trzeba, nie­za­leżnie od wszystkiego. Tylko dokąd to go zaprowadziło? […]
     W którym momencie to się zaczęło? Kiedy zaczął tracić kontrolę nad własnym życiem?

🖇

[…]  zagryzał wargi, jakby miętolił słowa w ustach, nie po­tra­fiąc się zde­cy­do­wać, które z nich uwolnić.

🖇

[…]  dotarł do rozwidlenia dróg. Zatrzymał się. Popatrzył w lewo i w pra­wo, szukając czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc podjąć decyzję, w którą stronę jechać.

🖇

     – Przepraszam cię za wczoraj – odezwał się, kiedy jechali już prostą dro­gą w stronę Rozdroża Izerskiego. – Nie wiem, co mnie ugryzło.
     – Myślę, że wiesz – odpowiedziała. – Podważyłam sposób, w jaki pa­trzysz na samego siebie, fundament twojej samooceny, a to zawsze jest bo­le­sne. Żeby nie musieć skonfrontować się z tym bólem, wybrałeś wy­par­cie. To też bardzo naturalna reakcja. Powinnam się jej spodziewać.
     Policjant otworzył usta, a potem zamknął je bardzo powoli. Po­czer­wie­niał, zmarszczył brwi, jakby zaraz miał wybuchnąć, ale zamiast tego po prostu prychnął rozbawiony.
     – Kurwa – rzucił. – Ja chciałem cię tylko przeprosić, a nie za­czy­nać kolejną awanturę!
     Tym razem to ona wydawała się zakłopotana.
     – Tak – żachnęła się. – Teraz to ja… Sorry.
     – Ale miałaś dużo racji w tym, co mówiłaś. I w tym, co o mnie myślisz.
     – A skąd wiesz, co o tobie myślę?

🖇

Z perspektywy czasu zastanawiał się, czy nie otarł się wtedy o depresję. Szczególnie że właściwie cały czas chodził zagniewany. Może stąd brała się ta jego obsesja postępowania słusznie, nieumiejętność odpuszczenia, którą potem na różne sposoby sobie racjonalizował.

🖇

     – […]  A może…
     – Może co?
     – Może tak właśnie trzeba. Wierzyć albo wmawiać sobie takie opty­mi­stycz­ne scenariusze.
     – Raczej naiwne.
     – Jak zwał, tak zwał. Chodzi mi o to, że jeśli zawsze będziesz zakładała naj­gorsze rozwiązanie, to…
     – Nigdy się nie rozczaruję.
     Roześmiał się. Szczerze.

🖇

     – Jest pani gotowa?
     Nie była. Chciała stąd odejść. Chciała krzyczeć.
     – Tak – powiedziała.

🖇

     – Twoje roślinki cieszą się na twój widok?
     – Będziesz się śmiał, ale tak. Podlewam je tak rzadko, że kiedy mnie wi­dzą z butelką, to, przysięgam, merdają listkami.
     – Mają z tobą ciężko.
     – No… Mam z tego powodu wyrzuty sumienia.

🖇

[…]  zachichotał. Gardłowo, chropowato, jakby w środku po­ru­sza­ły się zardzewiałe zębatki dawno zepsutego mechanizmu.

🖇

Jeszcze brakowało mu kilku elementów, żeby zrozumieć, co działo się w tej małej sudeckiej wsi przez ostatnie kilkadziesiąt lat, ale w końcu dostrzegał wzorzec. I ona też go widziała.

🖇

Żadnej odpowiedzi.
     Z doświadczenia wiedziała już, że w takiej sytuacji najważniejsze są cierpliwość i spokój.

Wojciech Chmielarz, Rytuał,
Marginesy, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

     – Kuba…
     – Pożegnanie jest wtedy, kiedy obie strony wiedzą, że się żegnają. A nie wtedy, kiedy jedna coś sobie wymyśla i nic nie mówi drugiej!

🖇

     – Przeceniasz moje możliwości […].
     – Ona jest taka jak ty, Sucha.
     – Co masz na myśli?
     – Zależy jej. Jeśli mnie chcesz, to znajdź sposób.

(tamże)

środa, czerwca 11, 2025

5800. Osierocone pogaduchy

Sadownik:
(trzy dni temu)
Tęsknisz za Heniutą?

Jabłoń:
Okrutnie…

💔


Matylda Damięcka, fragment,
[dostęp: 11.06.2025], źródło.

[suplement 12.06.2025]
dziś w nocy przyśniła mi się pierwszy raz od czasu, gdy umarła. dziękuję.

5799. Z oazy (CCCXL)

Od­liczanie literek, dwa, poślizgnięte na długim czasie, całej skrzynce skórek od ba­na­na. Niepasująca do żadnego klucza: nie o śmierci, nie o miłości. A może i troszkę o miłości, i odrobinkę o śmierciach wszelkiego rodzaju, kształtu i wielkości. Jakby by­ło mało, to jeszcze beletrystyka. Dlaczego? Hmmm. Kierowałam się chęcią ucie­czki z własnego świata. Udało się. Choć nie poleciłabym tej książki, to smaczki da­łam radę wydłubać.

Śni­łem w nocy ta­kie zda­nie. A wła­ści­wie nie zda­nie, tylko frazę: „żona mo­jego dzie­ciń­stwa”. Rano przy­po­mnia­łem so­bie wszyst­kie żony, które mia­łem w dzie­ciń­stwie, na­tu­ral­nie na czele z moją matką.
     Co naj­mniej tu­zin żon i ani jed­nego roz­wodu. Żad­nego bólu.

🖇

Uwiel­bia­łem roz­ma­wiać z nimi jak z do­ro­słymi. […]  Za­czy­namy cał­kiem neu­tral­nie:
     – Wiesz, kto znosi jajka?
     – Kura znosi jajka. Prze­cież nie może zno­sić krów ani ze­gar­ków.
     – A kto zniósł kurę?
     – No… drzewo. – I pro­szę, z jaką lek­ko­ścią wy­cho­dzi się z za­mknię­tego kręgu pa­ra­doksu, z jaką ła­two­ścią zmie­nia on po­stać.
     – A drzewo, kto je znosi?
     – Na­siono. – Tu wy­raź­nie wi­dać, że się już do­wie­dział.
     Nieco roz­cza­ro­wany po­sta­na­wiam go wy­ki­wać.
     – Na­siono? A jak ta­kie małe na­siono uro­dzi ta­kie duże drzewo?
     – Nooo… – za­sta­na­wia się po­nad mi­nutę. Moja re­plika go zmie­szała. Nor­malne, żeby więk­sze ro­dziło mniej­sze, a tu­taj… – Nooo… w ta­kim ra­zie ko­rze­nie!
     – A kto zniósł ko­rze­nie? – kon­ty­nu­uję.
     – Pio­runy – od­po­wiada bły­ska­wicz­nie – upa­dają na zie­mię i ro­bią się ko­rze­niami
.
     Pod­daję się. Nie wpadł­bym na to po­do­bień­stwo pio­ru­nów do ko­rzeni.

🖇

Kiedy roz­pad­nie się mał­żeń­stwo i zo­sta­nie już roz­dzie­lony ostatni wspólny ser­wis, po­zo­staje jesz­cze inny po­dział, po­dział przy­ja­ciół ro­dziny. Każde mał­żeń­stwo two­rzy wo­kół sie­bie ja­kieś śro­do­wi­sko, ja­kąś bio­ce­nozę, za­sie­dloną przez krew­nych, za­przy­jaź­nione ro­dziny, po­ja­wia­ją­cych się od czasu do czasu zna­jo­mych. […]  Na­gle wszy­scy się ulot­nili, nie wie­dzieli, jak re­a­go­wać. In­cy­den­talne próby spo­ty­ka­nia się tylko ze mną, a przy­pusz­czam, że i z Emą, były tra­giczne. Za­wsze bra­ko­wało tego dru­giego. Ktoś z nich po­wie­dział, że to tak, jak­by­śmy w trójkę za­miast w czwórkę umó­wili się na bry­dża, roz­dali karty i uda­wali, że ni­kogo nie bra­kuje. Tak było.

🖇

Apo­ka­lipsa nie jest straszna. Jakby ją opi­sać, przy­po­mina ra­czej ilu­mi­na­cję. Wojna świa­towa jest nie­groźna.
     Apo­ka­lipsa i wojna tylko od­cią­gają uwagę. Po to zo­stały po­słane. To, co w każ­dej chwili może się wy­da­rzyć, jest o wiele bar­dziej prze­ra­ża­jące i, o iro­nio, bar­dzo trudne do do­strze­że­nia.

🖇

Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Do za­czer­nie­nia w ten spo­sób po­zo­stało już tylko kilka kar­tek. Co kryje się za tymi trzema li­te­rami? Nic. Cała mar­ność ży­cia.
     Dziś mija rok od mo­jego roz­wodu z Emą.
     Wciąż jesz­cze nie ode­bra­łem od niej kilku snów i in­nych dro­bia­zgów.
     Sny są jak koty, od po­przed­niego domu od­wy­kają ostat­nie.

🖇

Dla­czego wszystko nie jest ta­kie pro­ste jak w ele­men­ta­rzu?

🖇

Chcia­łem, by stało się coś ta­kiego, co na­gle od­mie­ni­łoby wszystko. Wła­śnie te­raz. Przy­naj­mniej ja­kiś znak. Ni­gdy na­sze przy­wią­za­nie do dru­gie­go czło­wieka nie jest tak silne jak wtedy, gdy go tra­cimy.

🖇

Ist­niał ja­kiś nie­znisz­czalny me­cha­nizm, który działa nie­za­wod­nie w de­struk­cyj­nych spra­wach.

🖇

My­ślę o po­wie­ści zbu­do­wa­nej z sa­mych cza­sow­ni­ków. Żad­nych wy­ja­śnień, żad­nych opi­sów. Je­dy­nie cza­sow­nik jest uczciwy, chłodny i do­kładny. Po­czą­tek kosz­to­wał mnie trzy noce. Od­pa­la­łem pa­pie­ros od pa­pie­rosa i w re­zul­ta­cie ni­czego nie na­pi­sa­łem. Jaki po­wi­nien być pierw­szy cza­sow­nik? Każdy wy­da­wał się zbyt słaby, nie­ade­kwatny. Każdy był na­stęp­nym. […]  Je­stem prze­ko­nany, że wszystko za­częło się od cza­sow­nika. No bo jak ina­czej. Wsta­łem. Za­pa­li­łem. Pod­sze­dłem do okna. We­szła moja żona. Kła­dziesz się? Nie.

🖇

Zdzi­wiło mnie, że nie czuję żad­nej nie­na­wi­ści, żad­nej za­zdro­ści. Jak można za­re­ago­wać na nie­po­jęte? Co zro­bić?

Georgi Gospodinow, Powieść naturalna,
przeł. Marta Hożewska-Todorow,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Przy­szło mi na myśl, że je­den z tych sze­ściu Bo­żych dni z pew­no­ścią trwał, we­dług na­szego dzi­siej­szego po­ję­cia, około mi­liona lat. W ten spo­sób mogę po­go­dzić Boga z Dar­wi­nem. To, co ten drugi przy­pi­suje ty­siącom lat ewo­lu­cji, i to, co pierw­szy stwo­rzył w ciągu dni, jest tym sa­mym, wy­star­czy tylko ujed­no­li­cić jed­nostki miary.

🖇

Po­zo­staje mi na­dzieja, że któ­re­goś dnia spo­tkamy się w ja­kiejś in­nej po­wie­ści. No i to chyba wszystko.

🖇

To, co naj­lep­sze, za­wsze wy­da­rza się ostat­niego wie­czoru.

(tamże)