niedziela, sierpnia 20, 2023

5160. Panna cotta (XCIX)


[dostęp: 20.08.2023], źrodło.

„ 

kiedy brakuje ci powietrza / nie myśl o lasach
myśl jak lasy
drżyj, ale bez przerażenia
dotrzymuj kroku / przyjmuj wszystko / zaczekaj

(5153+6). Z oazy (CLXXIV)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Po połknięciu najświeższej książki Autora, przy­po­mnia­ło mi się, że w zaległościach czytelniczych mam tę, którą teraz należy nazwać przedostatnią. Dostałam ją jako nowość od Bliźniaczej Liczby. Zajrzałam do środka i szybko (to pamiętam!) odłożyłam, choć nie pamiętam dlaczego. Może już wtedy wiedziałam, że trudno będzie treść tej książki unieść. Zagubiłam ją w cyfrowych schowkach i przegródkach, ale o tym dowiedziałam się, gdy postanowiłam do niej wrócić. Zrobiłam więc klik, klik i szybciutko wrzuciłam na wierzch czytelniczego stosika.

Dla każdego białego człowieka, dla każdej Europejki to książka o niewyobrażalnie niewyobrażalnym. Możemy o tym przeczytać z głębokim zrozumieniem, możemy poczuć złość, prze­ra­że­nie, smutek, zgorszenie, możemy się zadumać nad losem bohaterów. To wszystko będzie niczym wobec tego, przez co przeszli i przechodzą bohaterzy tej książki. A je­śli wciąż czepiamy się swojego życia, że nie takie jak być powinno, to po tej lekturze z pewnością usłyszymy jak pyta retorycznie: jakieś reklamacje?

Co o Pianiu kogutów… powiedziałaby Lidia Ostałowska? Jej śmierć, w stycz­niu 2018 roku, zastała mnie akurat nad rozdziałem o kobietach wy­rzu­co­nych z miasta. Lidka zawsze pisała o najsłabszych, więc wierzę, że i ta książka znalazłaby u niej uznanie. Ale czy każda fraza? Nie sądzę. Chociaż sprawę badałem na bieżąco. Kiedy czułem, że moje opisy robią się zbyt ba­ro­kowe, patrzyłem na zdjęcie Lidki i natychmiast czułem, co by na takie pisanie powiedziała. Dzięki jej spojrzeniu wiele słów z tej książki wyleciało z hukiem.

*

Ciemność jest naturalnym środowiskiem reportera. Świat jasno oświetlony nie jest dla reportera tematem.
     […]
     Wrócić tu? Napisać książkę? Wszystko w tym gwarnym, jasnym i nie­wy­so­kim wówczas mieście wydawało mi się dalekie, niedostępne, nie do po­ję­cia. Ludzie przede wszystkim. […]
     Pomyślałem z pokorą: to nie oni są zamknięci, to ja (jeszcze?) nie znaj­du­ję w sobie przestrzeni, by się zmierzyć z ich nie tak dawnym bólem. Lub z Azją. Odpuściłem? Zrezygnowałem? Na pewno miałem wątpliwości, czy zdołam tam poznać i zrozumieć interesujące mnie sprawy tak dobrze, by napisać książkę.

*

[…]  jak po masowym zabijaniu kaci i ocalali mogą żyć razem, blisko siebie? W jednym kraju, w jednym mieście, w jednej wsi, w firmie albo szkole. A czasem i w jednym ciele.

*  *  *

Zabrały duchy? Wszystko ma tutaj ducha,
las, strumień, urwisko.

*

[W Kambodży]  Co czwartemu człowiekowi grozi bieda, ale według świa­to­wych norm biedny nie jest.
     Biedny jest co siódmy: jego dzienny budżet to mniej niż dwa dolary.
     Blisko połowa biednych nie rejestruje narodzin dzieci.
     Bogaci to margines. Na wydanie dwudziestu pięciu dolarów każdego dnia pozwolić sobie może półtora procent populacji.

*

Bieda jest kotwicą, która biednym
nie pozwala oderwać się od dna.

*

Khmoach chhar – mówi młoda krawcowa.
     To znaczy: duch nieugotowany.
     Nieugotowany? Uncooked – mówi tłumacz. Surowy? Może raczej nie­pr­zy­go­to­wa­ny? Niegotowy do drogi. Zagubiony. Głodny. Poirytowany dłu­gim czekaniem. W całej Kambodży od duchów niegotowych do wędrów­ki aż się roi. Ludzie je widzą na skrzyżowaniach, na poboczach dróg, w miej­scach wy­pad­ków. I na polach śmierci z czasów Pol Pota. Pól śmierci tu pełno. Miesz­ka­ją na nich dusze, rzesze dusz, gromady, tłumy, których re­in­kar­na­cja nie może się dopełnić. Duchy przeszłości. Żywi nieustannie czują ich to­wa­rzystwo, żywi się ich boją.

*

Może duchy znalazły w nim sobie mieszkanie, widać dobrze im tam, wy­god­nie, bo nie wychodzą z niego ani na chwileczkę.

*

Pytania, które w czasie drogi chodzą nam po głowie: dlaczego chorzy mil­czą? Stracili głos? Język? To skutek choroby? Czy wieloletniej niewoli? Któ­re objawy wynikają z pierwszego, które z drugiego? Czy każdy chory bez kontaktu tak głęboko zatopił się w świecie swoich chorobowych doznań, czy to tylko jego sposób na przetrwanie? Czy wycofanie, totalne, absolutne, mo­że mieć źródło nie w chorobie, lecz w traumie uwięzienia? Czy kie­dy­kol­wiek było inaczej: ktoś został uwięziony z powodu złego charakteru lub agre­sji po alkoholu i dopiero po zamknięciu popadł w szaleństwo?

*

[…]  oczy spokojne, zapatrzone w coś,
czego ręce nie mogą dosięgnąć.

*

Świat choroby jest dla zdrowych zamknięty. Tutaj zamknięty cał­kiem do­słow­nie. Nawet dla tych, którzy z powodu swoich profesji starają się cho­ro­bę zrozumieć. Nic z tego. Nie ma wstępu. Nie ma z uwięzionym kontaktu.

*

Ona krzyczy i w dzień, i w nocy. Cały czas wymienia imiona.
     Czyje? Wszystkie, jakie zna. Woła żywych i umarłych, jakby chciała być w tłumie.

*

[…]  przywrócić chorego do życia w rodzinie. Powrót do domu leczy. […]  Kto był kim? Kto zadawał ból? Kto cierpiał? Czy uwolniony mąż do­sta­nie w życiu żony choć odrobinę przestrzeni? Czy ktokolwiek ma prawo tego od niej oczekiwać?

*

[…]  nie znajduje słów niezgody na to, co widzi.

*

Jego chorobę nazywamy schizofrenią. Mówi czasem do siebie? Czasem bez sensu? Kogoś koło siebie widzi? To żadne złe duchy przybłąkane z dżungli. Żadna klątwa ani czarna magia. To wytwór chorej głowy. Trze­ba pró­bo­wać ją leczyć. Mamy lekarstwa. Rean w chorobie był dla was nie­bez­piecz­ny, ale po tabletkach się zmieni. Widzicie, już z nim lepiej. Rozmawia, śmieje się. To nie człowiek jest groźny, tylko jego choroba. Zresztą rzadko, bo częściej ludzie ze schizofrenią nie zagrażają nikomu, nie trzeba się ich bać. Rean wraca do świata zdrowych. Mamy taką nadzieję. Choć pewności nigdy, bo każdy choruje i zdrowieje po swojemu. Będzie z nim dobrze. Tylko że oprócz naszych lekarstw przydałoby mu się trochę ludzkiego szacunku, trochę waszego towarzystwa. Wpadnijcie czasem do niego, żeby tam za do­mem nie spędzał życia samotnie. Nie drwijcie. Jesteście wspólnotą. I on do niej należy. Taki, jaki jest. A to miły chłopak, wiecie o tym lepiej ode mnie.

*

Smutna chodzi. Smutek nie jest dobry. Dajcie jej trochę ra­dości. Budujemy świątynie dla Buddy, ale nie pamiętamy, że według jego nauk i pomoc smutnemu jest ważna.

*

Dziecko, tak tu chyba wszyscy uważamy, które słyszy od matki lub ojca, że jest kochane, będzie rozpuszczone: mama mnie kocha, więc nie muszę nic robić. Jeśli w dzieciństwie nikt ci nie powiedział, że cię kocha, jak później masz o tym powiedzieć swojej żonie, mężowi, dzieciom?
     Przytulanie?
     U nas nie Zachód, u nas dotyku nie ma. Słuszna obserwacja. […]  Przy­tu­la­nie, jakikolwiek dotyk, który nie jest biciem, pogłaskanie, mu­śnię­cie, wzię­cie za rękę wygląda w Kambodży na gest seksualny. W każdym razie krę­pu­ją­cy, prywatny. Dlatego między małżonkami, kiedy na lotnisku w Phnom Penh witają się po długiej rozłące, dotyku nie ma wcale. Pocałunku, uścisku, czułości. Pocałunki na lotniskach zdarzają się w amerykańskich filmach. O tym, że przytulanie jest ważne, piszą pewnie europejskie magazyny. Nikt tu ich nie czyta.
     Czytanie?
     Czterdzieści lat temu za czytanie groziła śmierć. Po co czytasz? – krzywią się dzisiaj rodzice, którzy wtedy byli dziećmi.

*

Czule? Czasem mamy wrażenie, że takich pytań nikt tu nie rozumie, czułość to sprawa tutaj trudna.

*

Prosi, by czterech lat ludobójstwa (1975–1979) nie nazywać dyktaturą czy reżimem Czerwonych Khmerów. Wszyscy są tutaj Khmerami. Łatwo o nie­po­ro­zu­mie­nie. Mówmy o czasie Pol Pota.

*

Nikt o nic nie zapytał. Wszyscy – zasznurowane usta. Strach, który w czło­wie­ku miał już zostać do końca. Nawet jeśli ktoś ocalał, boi się nadal. Prze­ra­ża go każdy dzień. Każdy obcy. A często i swój. W strachu czekamy na ko­niec, jak tamtego dnia czekaliśmy tępo na jutro.

*

Ludobójstwo w Kambodży nie było ludobójstwem sąsiedzkim. Kaci nie przy­szli z domu obok, zza miedzy. Przyjechali z innej prowincji. Nieznajomi, obcy. Kiedy zabijanie się skończyło, wszyscy wrócili do siebie. Dzisiaj Khme­rzy nie wiedzą, kim był wtedy ich sąsiad, mordercą czy ofiarą. Co ro­bił w czasie Pol Pota? Mówi, jeśli w ogóle coś mówi, że cierpiał, głodował, umierał. Wszyscy tutaj umierali. Kto nas torturował? Kto życie odbierał? Nie wiadomo. A jeśli już coś wiadomo, coś wyjdzie na jaw, to zawsze jest ta sama gadka: ja tylko wykonywałem rozkazy, ja tylko zawiązywałem lu­dziom oczy, ja tylko ich fotografowałem na chwilę przed końcem. Ofiara! Katów w Kambodży nie ma, choć są wszędzie dookoła. Kaci żyją między ocalałymi. Albo w ocalałych. W jednym ciele i kat, i ofiara. Widują się co­dzien­nie. Na ulicy, na bazarze, w pracy, w lustrze.

*

Wykonaliśmy dobrą robotę, powiedziałam, przeżyliśmy. […]  Policzyłam ludzi, których znałam przed Pol Potem. Na każde dziesięcioro przeżyło dwo­je. […]  Wszystko się po Pol Pocie zmieniło. Zwłaszcza ludzie. Kiedyś sobie pomagali. Dziś, jak zobaczą złodzieja w ogrodzie sąsiadów, odwra­ca­ją oczy, bo to nie ich sprawa.

*

Kolejne pokolenia dziedziczą tamtą traumę. Kolejne doświadczają prze­mo­cy, braku czułości, bezpiecznego dotyku, zaufania. Jesteśmy spo­łe­czeń­stwem ludzi samotnych, porzuconych. Sami siebie porzuciliśmy. Nie tak dawno temu wszyscy brali udział w nie­wy­o­bra­żal­nej, nieodwracalnej prze­mo­cy. Była dozwolona, była OK. Nikt nikogo wtedy nie pytał: jak się masz, jak się czujesz? I nikt o swoich emocjach nikomu nie opowiadał. Bo każdy był wrogiem. A nie było tu nikogo z zagranicy. Khmerzy mordowali Khme­rów. Choć nie tylko Khme­rów, bo mamy tu mniejszości. I one cier­pia­ły. Do dzisiaj ludzie pytają: dlaczego? Jak to było możliwe? Brat na brata donosił, torturował, zabijał. Za tymi ważnymi pytaniami nie idzie żadna refleksja. Ci, którzy wtedy byli dziećmi, nadal żyją w prze­ko­na­niu, że spo­so­bem kontaktu z drugim człowiekiem jest agresja. Krzyk. Tamte dzieci nie otrzymały spokoju, który się dzieciom należy. Bezpieczeństwa. Ich potrzeby psychiczne i fizyczne nie zostały zaspokojone. Dzisiaj tamte dzieci są dorosłe. Są jak maszyny transmitujące przemoc.

*

Ludzie często i od razu sami tu wymierzają sprawiedliwość, bo nie wierzą policji, sądom. Porachunki, zemsta. Po Pol Pocie jesteśmy w tym dobrzy, choć ponad połowa z nas urodziła się już po nim.

*

Smutek nie jest bezpieczny. Smutek człowiekowi nie służy. Potrafi odebrać rozum, władzę w nogach, oddech. Smutek to umieranie.

*

Mówią, że Pol Pot zabił prawie milion, może dwa miliony. Czy w tej ra­chu­bie jest i mój kilkugodzinny syn? Tysiące kilkugodzinnych synów, córek kil­ku­mi­nutowych? Ktoś te dzieci policzył?

*

Czy już wiecie, jak sobie radzę z przeszłością? Jak człowiek po śmierci potrafi żyć i nie oszaleć?

*

Dzieci w Kambodży całe życie dźwigają dług wobec rodziców. Za otrzy­ma­ne życie. Powtarza im się to w kółko, żeby nie zapomniały: dzięki mnie ży­jesz, dzięki mnie jesteś na świecie. Spłacenie takiego długu jest nie­mo­żli­we, ale trzeba się starać.

*

I że ci, którzy przeżyli, mogą uważać się za szczęśliwców. Ale czy na pewno mogą? Wszyscy straciliśmy naszych ukochanych.

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

A jej matka płacze, kiedy widzi, że z samochodu wysiada doktor Sody. Łzy w Kambodży? Już wiemy, rzadki to wi­dok. Bo to uczucia: jestem słaba, wystraszona, bez­bron­na. Po co ludziom takie rzeczy ogłaszać? Im mniej obcy wie, tym lepiej. Przed obcym emocje chowaj. Przed dok­tor Sody? Po co? Doktor Sody jest swoja, zawsze przy­wo­zi ulgę i bezpieczeństwo. To wzrusza matkę. Za zdro­wie córki matka jest lekarce wdzięczna. I ojciec też.

*

A niech sobie gadają – Chroep macha ręką, jakby od­ga­nia­ła muchę. – Rozumiem, że byłam wariatką, ale sta­ram się tak już o sobie nie myśleć. Ja sobie gra­tu­lu­ję, bo wróciłam z dalekiego świata. I państwu dziękuję.
     Dziś na tym podwórku łez się nikt nie wstydzi.
     Większej radości nigdy nie przeżyłam – mówi matka i szlocha. – Nie potrafię jej do niczego porównać. Ani wyrazić wdzięczności. Tyle lat nikt mnie nie wspierał, tyle lat byłam sama. Nie życzę nikomu takiego opuszczenia.
     Na pożegnanie doktor Sody napomina: leki trzeba brać regularnie. Inaczej choroba wróci.

*


Doktor Ang Sody,
fot. Michał Fiałkowski, fragment.

*

Wsuwa klapki. Uśmiecha się. I podaje nam rękę. Obcym. Przyjezdnym z daleka. Mocno ściska nasze dłonie. Jego inicjatywa, jego potrzeba. Pierwszy ludzki dotyk po pięt­na­stu latach? Bo babci i mamie dłoni nie podaje. Mama i babcia go nie dotykają, nie tulą. Tylko po chwili starsza pani pomaga wnukowi zdjąć koszulę, bierze ją do pra­nia. Ściąga mu jakiś paproch z policzka. Tyle czułości.
     Sokni jest wolny!

*

Okun  – powtarza. – Okun! Thank you!

(tamże)

sobota, sierpnia 19, 2023

5158. 231/365

dwoje bardzo dorosłych ludzi w nic, w gruncie rzeczy, nie­zna­czą­cym konflikcie. stanęła obok samej siebie i nie mogła od­zo­ba­czyć tego, co działo się* przed jej oczami.

kłócili się ze sobą sześciolatek z pięciolatką, używając strategii, które świeżutko wykształcili w relacjach ze swoimi matkami; tych samych strategii, z których będą nieświadomie korzystać w niezliczonej liczbie konfliktów z najważniejszymi dla nich, już nie spokrewnionymi, osobami przez następne kilkadziesiąt lat.

231/365

__________
  *  widzisz relacyjny, niewspółmierny do sytuacji, dym? szu­kaj poranionych kilkulatków, nawet jeśli mają si­we wło­sy, zmarszcz­ki i plamy wątrobowe na dłoniach. tylko nie po­ka­zuj ich paluchem. raczej przyjrzyj się dokładnie, czego potrzebują.

piątek, sierpnia 18, 2023

5157. 230/365

co się kryje pod milczeniem? co skrywa
to, co wydaje się być rezygnacją?

gdzie mogłaby zaprowadzić nas rozmowa?

230/365

*

Johann Nepomuk Hummel, Koncert na trąbkę Es-dur, Rondo,
Luzerner Sinfonieorchester, Michael Sanderling (dyrygent),
Lucienne Renaudin Vary (trąbka).
White Raven’s Liked List

5156. ¿

Jabłoń:
(wczoraj w fotelu rehabilitacyjne godziny nabijała,
przy okazji zrzuciła z siebie nieznośne wrażenia,
ocaliła od zapomnienia skrzydła i upalne chwile;
wieczorem stuka w klawiaturę i nie ma
zielonego pojęcia, że jest obserwowana,
że zachowuje się inaczej niż wtedy,
gdy pisze, czyta czy uczy się
)

Sadownik:
(z drugiego końca pokoju)
Czego szukasz?

Jabłoń:
(zaskoczona bezgranicznie)
Skąd wiesz, że czegoś szukam?

Sadownik:
(uśmiecha się zapraszająco)
Znam cię… Więc czego szukasz?

Jabłoń:
(przyłapana, nudna czy taka łatwa do odczytania (?)
po chwili ociągania się, ciut zawstydzona
)
A, takiej jednej książki…

czwartek, sierpnia 17, 2023

5155. 229/365

36℃ w ciągu dnia zamiast trzech zdań. i trzy zdjęcia, a między nimi czas. a na nich cisza i uwięzione w pikselach chwile ze spek­tak­lu cieni, oglądanego z łóżka reha­bi­li­tacyjnego w naj­go­ręt­szy (?) dzień roku.

229/365



*

Roberta Flack & Donny Hathaway, The Closer I Get to You,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #77.
White Raven’s Liked List

5154. Zielnik skrzydeł (III)

na suficie wypatrzona piękność. wysłannik? posłaniec? strażnik! wczoraj w skrzydlatym towarzystwie chwilę przed północą koń­czy­li­śmy ostatnią porcję ćwiczeń.


[asystencja: Sadownik]

*

Roberta Flack, The First Time Ever I Saw Your Face.
White Raven’s Liked List

5153. Baksbatczycy i basta!

UWAGA!
wpis zawiera lokowanie reakcji
na jakość życia publicznego*
w kraju nad Wisłą.

__________
  *  kroniki PRL przy tym, co dzieje się teraz w prze­strzeni medialnej, to jed­nak — jak na mój gust — mały Miki w F-35.

Osaczony, walczący od wieków naród wstał z kolan. Defi­la­dy, pajace, marionetki, bru­natne sny o potędze, tęs­kno­ty samozwańczego wodza narodu i wszystkich jego pra­wych rączek, ra­cja stanu i prze­moc uczuć religijnych. Cham­stwo, głupota, uro­jo­na du­ma, zawłaszczona prawda i upa­sio­ne władzą uprze­dze­nia przebrane za chrze­ści­jań­stwo. Tak, to tu, w sercu Europy! Między Niemcami a wojną.

Lokalny produkt rzemieślniczy; przestarzała, dobrze trzy­ma­ją­ca się innowacja; naj­polski, przepolski, prze­pysz­ny; po­zba­wiony wątpliwości etycznych katolicyzm in­kru­sto­wa­ny hojnie pol­skością, czyli eksportowa wersja de luxe nienawiści. Proszę bardzo!

Polska to Izrael Europy. Mało? Mało! Bo Polska jest Chrystusem objawionym, co ma zamiar zbawić Europę Zachodnią, zmie­rzającą w zastraszającym tempie na ma­now­ce i dno moralne. Lepiej! Ale…

My po prostu jesteśmy Kambodżą Europy. Polacy? Nie, Baks­bat­czy­cy! Amen.

[…]  wystarczy na chwilę zatrzymać się w codzien­nym pędzie, przyjrzeć uważ­niej, by zobaczyć, że tam­to ciągle tu jest, nie odeszło. Dlatego wciąż tutaj cierpimy. Długo nie rozmawialiśmy między sobą o tamtym. Nikt nam nie powiedział, że trzeba. Bali­śmy się rozmawiać. I dzisiaj ludzie boją się ludzi, zawsze są czujni, napięci, obolali. Wszyscy są ofia­ra­mi. Albo katami. Nie wiadomo, kto jest kim. […]  Każdy, kto pamięta Czerwonych Khmerów, jest dziś bogatą biblioteką. Razem to tysiące bibliotek. I wszyst­kie za chwilę runą. Starsi odchodzą. Nie­za­pi­sa­ne historie zostaną stracone. Samych sie­bie tracimy. Młodzi myślą, że tamto ich nie dotyczy. Są w błę­dzie. Gubi nas wszystkich bierność, apatia, baksbat.
     Baksbat  – zespół złamanej odwagi.

*

  • To ból, którego się nie da uleczyć, więc jest przenoszony na kolejne pokolenia.

*

  • Baksbat  to strach, który nie odszedł po traumie.
  • […] 
  • Inne tłumaczenie baksbat: bojący się na wieki.
  • Albo: przetrącony kręgosłup.
  • Człowiek z baksbat  czuje, że nigdy nie odzyska dawnego spokoju.
  • Czuje, że nigdy już nie będzie się śmiał.
  • Nie ma inicjatywy. Nie podejmuje decyzji.
  • Łatwo się poddaje. Po pierwszej porażce nie podejmuje wyzwania ponownie.
  • Woli umrzeć, niż spróbować raz jeszcze.
  • […] 
  • Nie polega na sobie.
  • Nie mówi innym o swoich porażkach.
  • […]  Tamto nie chce odejść, jest i w snach, i na jawie. To nie wspo­mnie­nie, to czas teraźniejszy. Trauma trwa, ale chory nie chce o niej rozmawiać. Czuje się opuszczony, wycofuje się z kontaktów z ludź­mi, czarno widzi przyszłość, źle śpi, często wy­bu­cha gnie­wem, ma problemy z koncentracją, jest nadmiernie czujny. Jednak specjaliści dostrzegają różnice pomiędzy zachodnim zespołem stresu pourazowego a khmerskim zespołem złamanej odwagi. Objawy Bak­s­bat, których w PTSD nie ma lub nie są tak nasilone, to właśnie łatwość poddawania się. Także nieufność, posłuszeństwo, uległość.

*

  • Człowiek z baksbat  nie chce rzucać się w oczy.
  • Nie pomaga innym, bo się innych boi.

*

  • Człowiek z baksbat  daje się łatwo zdominować.
  • Straci życie, byle się nie postawić.
  • Według tradycyjnych uzdrowicieli baksbat  może oznaczać utratę duszy. Dusze wyskakują z ciała albo uciekają na końce włosów ro­sną­cych na ciele. Bo w Kambodży ludzie wierzą, że mamy dzie­więt­na­ście małych dusz i jedną duszę wielką. Kiedy małe dusze giną bez wieści, człowiek traci świadomość. Psychiatrzy mogliby jego stan po­równać do stanu dysocjacji, depersonalizacji, derealizacji. Ale we­dług uzdro­wi­cie­li jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy ginie dusza wielka. Wtedy człowiek szaleje. Latami umiera.

*

  • Jeśli latami ludzie nie mają odwagi poprzeć tego, co sprawiedliwe, i stanąć przeciwko temu, co niesprawiedliwe, rosną kolejne po­ko­le­nia ślepych na ludzką krzywdę, głuchych na cierpienie innych. Masy ludzi nieczułych.
  • Społeczeństwo, w którym poza rodziną nie ma więzi.
  • Społeczeństwo, ale nie wspólnota.
  • Baksbat  – zabójca każdej wspólnoty.

Wojciech Tochman, Pianie kogutów, płacz psów,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

Jak już się stanie coś złego, to jednak nie córka jest winna, nie syn. Tylko obcy. Każdy w Kambodży ma swojego obcego pod ręką. […]  Ludzie muszą mieć wroga. Bez wroga nie umiemy oddychać. Niczemu nie jesteśmy winni, za nic odpowiedzialni. Tylko ona, tylko on, wróg. Nie Khmerzy chcieli Khme­rów zabijać, do mordowania zmusili nas Chińczycy. Ameryka wcze­śniej nas bombardowała. Jeszcze wcześniej Francuzi ciemiężyli Khmerów przez dziesięciolecia. Nikt nam dobrze nie życzył. W końcu ocalili nas Wiet­nam­czy­cy, z Phnom Penh przegonili Pol Pota, ale przecież nie po to, by nam pomóc, tylko by nad Kambodżą przejąć kontrolę. By nad nami panować. Wła­dza chętnie nami steruje i dzisiaj. Kto jest odpowiedzialny za naszą bie­dę i za nasze choroby? Wietnamczycy! Wszyscy tu nienawidzimy Wietnamczyków. […] 
     Sztuka rozmowy?
     Każda rozmowa to napięcie. Ludzie nie słuchają ludzi. Nie słyszą, co się wokół nich dzieje. A używają słów ostrych jak noże.

*

My tu świetnie umiemy poniżać. Za to nie wiemy, jak się wzajemnie wspierać, kochać.

*

My, Khmerzy, uważamy się za buddystów, odprawia­my ry­tu­a­ły, ce­re­mo­nie. Ale nie rozumiemy ich sensu. Nauk Buddy nie znamy. Sły­sze­liś­my, owszem, że nie wolno zabijać, krzywdzić niczego, co żyje. Sły­sze­liś­my, że nie wolno kraść. Żyć w rozwiązłości. Kłamać. Używać środków, któ­re mą­cą umysł. Tak, ludzie wierzą, że jeśli komuś uczynisz coś dobrego, dobro do ciebie wróci, to się może nawet opłaci. A jak uczynisz drugiemu coś złego, opłaci się na pewno. Karmę ludzie mają tu w nosie. Nasz bud­dyzm to udawanie, folklor, plastik i dewocja. Buddyzm nas przed ni­czym nie ochronił. Skrzywdziliśmy siebie nawzajem, bo jesteśmy ludźmi.

*

Uczniowie [w 1969 roku]  musieli w domu pisać wypracowania, po­rów­ny­wać bohaterów lektur, mieć własne zdanie, refleksję. Teraz po­dob­no nie mu­szą. Teraz własne zdanie nie jest w cenie.

(tamże)

środa, sierpnia 16, 2023

5152. 228/365

jeden utwór. andantino. zapętlony cały dzień.

228/365

Christoph Willibald Gluck, Dance of the Blessed Spirit,
Evgeny Kissin (fortepian), Giovanni Sgambati (aranżacja),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #53.

poniedziałek, sierpnia 14, 2023

5151. 226/365

jak bezcenną rzeczą jest móc chodzić, czło­wiek dowiaduje się, gdy nie może tego ro­bić. jak nadzwyczajnym darem jest móc oso­bi­ście przewracać się z boku na bok pod­czas snu, rozumie, gdy po­trze­bu­je pomocy przy każdej zmianie pozycji ciała.

postanowiłam — bezwględnie, od zaraz i już za­wsze, póki je­stem — do­ce­niać fe­no­men tego wszyst­kie­go, co mogę robić, nim zo­sta­nie mi to ode­brane przez czas.

226/365

niedziela, sierpnia 13, 2023

5150. Czekariat (LI)


fot. Saxifraga.

*

dziś. dwieście czterdziesty dzień.

Leonard Bernstein, For Susanna Kyle,
Warren Lee (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #49.

5149. 225/365

czarna godzina: frustracja, bez­sil­ność i strach wy­buch­ły nam sło­wami, których już po chwili oboje żałowaliśmy. trzy godzi­ny snu zamiast śmierci, którą wy­bra­ła­bym, gdybym tylko mogła.

a złota godzina nic sobie z tego wszystkiego nie robiła i karmiła nas nadzieją.

225/365

5148. Z oazy (CLXXIII)

Od­liczanie literek, najzwyklejsze, nieprzeterminowane, dwa. Tomik wierszy całkiem stary, ale dla mnie pachnący nowością.

Najpiękniej i najstaranniej wydana książka, jaką kiedykolwiek miałam w rękach. Gramatura papieru, że aż dotykać każdą stronę się chce nie raz, mało! Nie­spo­ty­ka­nie gruba okładka. Liściaste nadruki, do których muskania garną się natychmiast opuszki palców. Nigdy czegoś tak przemyślanego nie miałam w dłoniach. I czarna nić szytych kartek w komitywie z czarną wyklejką. Muszę je tu mieć.

aż wreszcie zamieszkałam pod skórą,
w kłykciach przyśrodkowych, w wiązadłach,
wzdłuż rzeki nerwów żeber,
w wydmuchach płuc, pod lewym piszczelem, ściskając się
w splotach słonecznych, promienieję,
(mimo że jasno, to wciąż tylko na zewnątrz),
latami rozkrzewiam się w żyłach,
chrząstkami kolan ugniatając ziemię,
[…]
tak więc od jakiegoś czasu gdzieś tam mieszkam,
muszę tam być.

*

Mówią, że tworzą kwiaty, w gronach, baldachach (wszędzie te kwiaty),
i zielone liście albo nawet złote, mówią,
że karmią pszczoły i kolorowe motyle,
i rodzą słodkie owoce tylko ze słońca, wody i powietrza.
Stwarzać się wciąż będą,
rozrastać się, zawsze pięknie, rozprzestrzeniać,
całkiem bez krwi i dziurawienia innym brzuchów,
bez rozszczepiania atomów,
bez wypalania, rozstrzeliwania,
i więzienia.
A tylko naprawdę niektóre z nich,
naprawdę, do diabła! Zmieniają ten plan na całą tę łagodność przesadną
i nikt ich nie rysuje,
nikt wierszy nie pisze,
pa-ra-zy-to-fi-ty
wpijają się w nieswoje korzenie,
wyrastają z martwych liści,
ich ciała nie znają zieleni ani czerwieni, bo niepotrzebne jest im słońce.
Wszystkie mają kolor
ludzkiej skóry.

pani bożo,
włókno,
żółta smugo pyłku, świetlikami rojąca w galaktykach,
tłusty buddo, kocie mój, święta suko,
nóżko pająka, bez imienia,
niewidzialna, depczesz ziemię jak ja,
podmuchu na wyżynie rozpalonego słońca,
ty ziarno,
spromykowane,
skondensowane w oleju słoneczników,
gęstwino cieczy —

za dużo was.

więc chociaż
bądźcie pozdrowione, molekuły,
namnażające się
w zbite rozmaite cielska,
w krowy, Zeusy,
cudne Minerwy,
dzikie łodyżki,
i w tornada,
totalne,
uwolnione,
jebiące to wszystko
na amen.

Wachlarzyki much na rozdygotanych osikach,
ślina Bukowskiego, szczypawki
pod ciemnią kamienia,
komórki płatków wiśni z japońskich akwareli,
milczenie pni sosen słoną zimą.

Nie widzę różnicy.

*

Strzałka czasu zaciąga galaktyki w supły
i wwierca je w mrok, w pomniejszenie
do samego środka.
Hekatomby ciał niebieskich pętlą się gdzieś odlegle.
Grawitacyjny pył zasysa rdzeń. Bez końca.

*

każdy bieg
to zawsze
momentami
rzeczywisty lot.
[…]
i wszystko się tu dzieje
naprawdę,
wszystko tylko
kwestią czasu.

w chmury parują
moje oddechy, senne i wynudzone,
patrzę,
właśnie nade mną płyną te obłoki po błękicie,
[…]
supły wspomnień, jarzą się,
suną z wolna nade mną,
a ja nie wiem,
czy dalej stać, czy iść tam,
dokąd na początku tego wszystkiego chciałam.

*

Idę teraz w przyszłej swojej przeszłości,
[…]
Idę w tej przeszłości i rozglądam się,
zamknięta i zabytkowa już idę i z każdym oddechem
jeszcze bardziej kończę się i zaczynam wspomnieniem.

całość mnie
była zawsze, nigdy, nigdzie, wszędzie,
miliardy czasu — brak mnie

*

starte kolano,
zszyty paluszek,
borowanie zęba,
noga w gipsie na wakacje,
zapalenie oskrzeli i bańki,
wymioty z przejedzenia czekoladą,
potem też zaraz
i kac, i bóle serca,
to wszystko tylko wersje testowe,
w pakiecie od samego początku,
upgrade’owane do wersji full
w odpowiednim czasie,
z rozszerzoną opcją na
gnicie odleżyn,
dializy,
udar mózgu i paraliż,
rozkład pamięci,
niepasującą szczękę w zaschniętych dziąsłach,
zaciemniony obraz
i zaszumiony słuch.

Najpierw stały żurawie
niewzruszone,
siwe w siwym błocie rozlewiska. Nawet nie spojrzały.
Pomyślałam od razu, okropnie daleko, o konstrukcji świata,
że nikt w nim może nie musiał się nas bać,
więc szczerze dziękowałam żurawiom za tę obojętność.

*

Zobaczyłam dziś potężne orki,
uderzające płetwą w taflę błękitu.
Na filmie.
W czyimś tablecie.
W czyimś samochodzie
przede mną.
Staliśmy szaro. Tylko one skakały.
Zapatrzyłam się. Powinnam płakać.

*

napisałam kilka maili,
[…]
poleciały wszystkie na zachód kuli, co znaczy tylko,
że do przeszłości napisałam,
tej, która właściwie już mi się całkiem wydarzyła,
oddechami w tętnie i szuraniem stóp

*

wszystko tego kota
przylega
do mojego człowieka,
kark do biodra, głowa do uda, łopatka w miednicy, żebra do nerki,
łapy do żeber, ogon do łopatki

*

pamiętam, jak siostra na religii mówiła,
że czerwona lampka przy ołtarzu wskazuje,
że Bóg tam jest,
ale przecież ona też oznacza światło stop
na przejściu albo alarm,
włączony rentgen,
bliską straż pożarną
i hamowanie samochodu przede mną.
i właśnie w tym jest problem,
że trzeba to umieć rozróżnić.

*

w jednym ziarnku piasku
jest więcej atomów
niż gwiazd na niebie.

kosmos w piachu?
właśnie z siebie strącam.

[…]
nie zamierzam gonić liczb po przecinku, tych dążących do
nieskończoności albo do nicości.

Urszula Zajączkowska, Piach,
Wrocławskie Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2021.

park maszyn zwiedzamy
słuchamy i notujemy
że
tym się ścina
tym koruje
tym karczuje
tym orze wierci roztrzęsuje
rozrywa szarpie strzępi
wybebesza i ćwiartuje.

to wszystko, możecie już iść,
poszliśmy, chyba pozwiedzać,
ale był tylko kościół
potwornie z drewna.

Nie ma różnicy,
czy dopala się tysiącletnia sosna,
czy katedra,
piórko,
mięso.
Zawsze jest ten czas,
punkt,
kiedy gaśnie
ostatni ze wszystkich już atom.
Jest,
nie ma.

(tamże)

5147. Z oazy (CLXXII)

Od­liczanie literek, najzwyklejsze, nieprzeterminowane, raz. Trzecia część, ale pierwsza, która nie chciała wciągnąć prawie do połowy historii. Na nic się zdała pierwsza scena z przytupem, badająca moje granice i zmuszająca do znalezienia znaczenia słowa, którego nie znałam, a fakt, że był to rzeczownik, niespecjalnie pomagał.

Łyknęłam haczyk dopiero, gdy swój na swego trafił, gdy po raz pierwszy w całym cyklu wiedziałam, na czym będzie polegał ostry zakręt. Tak, druga połowa to maj­ster­sztyk. Równie pyszny jak całe dwie pierwsze części-nieczęści.

W tej powieści nie ma przedmowy, jest zacna dedykacja, którą koniecznie muszę tu mieć.

Dedykuję tę książkę okłamywanym żonom polskich kryptogejów
– w szczególności tych oglądanych codziennie na ekranach
naszych telewizorów, na deskach scen naszych teatrów,
na murawach boisk, w fotelach naszego Sejmu
oraz w internetowych portalach i w celebryckich
rankingach.

Dedykuję ją także zakłamanym pedziom,
którzy umierają ze strachu przed ujawnieniem,
którzy oszukują swoje żony i dzieci, udając
macho i gorliwych konserwatystów.

*  *  *

Czy teraz ktokolwiek czyta cokolwiek? Może jakieś nawiedzone blogerki, nikt poza nimi.

*

Nazwanie problemu po imieniu będzie definitywnym spa­le­niem za sobą mostu. Nawet nie za sobą, przecież ja na tym moście wciąż stoję, nie dotarłem na drugi brzeg.

*

Przewracam się na plecy i patrzę w sufit. Do czego mnie to doprowadzi… Sta­ran­nie omijam tę myśl, spycham na dno, odwracam się od niej. Brak mi sił, żeby się z nią teraz zmierzyć.

*

Nad czym tu się zastanawiać? To się nie bierze z głowy! Tak się dzieje albo nie.

*

Bo ewolucja wyposażyła nas w wolną wolę i inteligencję. Ale nawet one w pew­nych sytuacjach okazują się słabsze od popędu seksualnego. I oczy­wi­ście, że dużo o tym myślałem! Jestem taki, jaki jestem. Nigdy nie po­tra­fi­łem uwierzyć, że jestem tylko genetycznym błędem. Szukam więc naukowego uzasadnienia swojego istnienia.

*

     – Twoim zdaniem homoseksualizm jest normalny?
     – Jest wariantem normalności.

*

     – Anka, co ja ci mam wytłumaczyć?!
     – Dlaczego?
     – Nie wiem!!! Kurwa, czy do ciebie to nie dociera?! Nie mam pojęcia! A dlaczego ty oddychasz?
     – Bo żyję.
     – I ja też chcę! Chcę żyć!

*

[…]  przyglądanie się owłosieniu, kształtom, mięśniom – sprawia mi to po prostu przyjemność. Działa na mnie erotycznie. Cholernie.

*

Ale nie protestuję. W ogóle nic nie mówię, bo słowa usankcjonowałyby jakoś tę sytuację, urzeczywistniły, nadałyby jej znaczenie.

*

Czasem prawdziwy kształt rzeczy możemy ujrzeć, obserwując je kątem oka.

*

     – […]  A teraz właśnie Polak został papieżem. To dla nas bardzo ważne. Dla Polski.
     – Czyli wcześniej nie było papieża? – upewniam się.
     – Był. Ale umarł. Wybrano nowego i jest nim właśnie Polak. To funkcja, jeśli tak można powiedzieć.
     – Zawód?
     Ciotka Iga rzuca rozpaczliwe spojrzenie mamie.
     – Tak – odzywa się wreszcie mama. – To taki zawód. Papież jest dy­rek­to­rem wszystkich kościołów na świecie.
     – Tata też jest dyrektorem – mówię po krótkiej chwili. – Te­le­wi­zji, a te­le­wi­zja jest ważniejsza od kościoła, bo jest wszędzie w powietrzu. Czyli tata jest ważniejszy od papieża?
     […] 
     Następnego dnia w przedszkolu mówię do pani przedszkolanki:
     – Mój tata jest ważniejszy od papieża.
     Za karę muszę siedzieć przez piętnaście minut na podłodze przy ka­lo­ry­ferze w kącie sali.

*

     – Ty nie jesteś słoik, tylko przyjezdna – uśmiecham się wyrozumiale. – Przeniosłaś się z Puław do Warszawy jeszcze w zeszłym stuleciu, to się nie liczy.

*

W mgnieniu oka zalewają mnie jednocześnie wściekłość, strach i wstyd. Wściekłość znika pierwsza, wstyd blednie. Zostaje strach.

*

Ale co ja wiem? Tylko tyle, ile zechce mi powiedzieć, czyli w zasadzie nic.

*

     – Kto to? – pytam Małgosię półgłosem.
     – Samiec – wzrusza ramionami. – Kola jest?
     – Tak. Co to za chłopak?
     – Normalny. Chyba. Nie wiem jeszcze na pewno.
     – Czego nie wiesz na pewno? – Paweł wyjmuje z lodówki piwo i siada na krześle.
     – Czy normalny. Dziś się poznaliśmy.

*

W książce jest, co prawda, sporo momentów, ale czy są wystarczająco oryginalne i na tyle pornograficzne, aby były już artystyczne?

*

     – O Jezu! – wykrzykuję. – Co ma piernik do wiatraka?!
     – A kto jest kto? – odpowiada pytaniem Kris, mrużąc oko.
     – Słucham?
     – Kto jest wiatrakiem? Ja czy pan?
     […] 
     – Jedno jest pewne… – mówię, skręcając w Odyńca. – Ja jestem pier­ni­kiem. Przynajmniej z twojej perspektywy.
     – Nie powiedziałbym. Chociaż lubię pierniki. Szczególnie słodkie. I twarde.

*

Lekceważący stosunek do mnie to kompromis z obu stron – on nie atakuje zbyt agresywnie, ona zbyt zażarcie nie broni.

*

[…]  przyciska łokcie do boków, prostuje plecy.
     Wbrew pozorom nie jest to pozycja bojowa, ale obronna. Praw­do­po­dob­nie podświadomość podpowiada mu, że gdy wyda się wyż­szy, uchro­ni go to przed atakiem. Podobno drapieżniki mniej chętnie polują na ofiary prze­wyż­sza­ją­ce je wzrostem – choć to chyba bzdura, bo inaczej dziś w Afryce żyłyby tylko żyrafy.

*

[…]  dziś przecież sami dyslektycy w tym kraju żyją, co drugi to dyslektyk. I jeszcze z dumą to oznajmia, a przecież kiedyś błąd ortograficzny to był wstyd i kompromitacja! Dyslektycy! Matoły, lenie pieprzone, a nie dys­lek­ty­cy, uczyć im się nie chciało! Kiedy ja do szkoły chodziłam, to w ogóle nikt takiego słowa nie znał – dyslektyk. Pisał człowiek dyktanda, tak długo prze­pi­sy­wał, po dwieście razy, aż się nauczył wreszcie, że rzeżucha, że grze­grzół­ka, że skuwka… O, Borze jedyny!

*

     – […]  Nie rozumiem cię!
     – A kiedy ty mnie rozumiałeś?
     – Nigdy!
     – No właśnie.

*

     – Nie mogę tak po prostu… Bo on przecież… On nie może mi tego…
     – Oj, nie! – przerywa mi Kaśka. – Nie dam rady, nigdy się nie na­da­wa­łam do takiego obracania gówna w paluszkach na wszystkie strony, a teraz to już w ogóle. Gówno z każdej strony wygląda tak samo.

*

Chwilami mam wrażenie, jakby grunt usuwał mi się spod stóp, a chwilami – jakbym sam unosił się nad nim lekki niczym strzępek papieru.

*

     – Rzygać mi się chce – oznajmiam. – Gdy sobie pomyślę, że miałeś w ustach męski członek, a ja cię potem całowałam, robi mi się niedobrze.
     – Po pierwsze, nie miałem – wzdycha, a po krótkim namyśle dodaje: – A po drugie, ty miewałaś w ustach kutasa znacznie częściej, a mnie jakoś to nie przeszkadzało, gdy cię całowałem.

*

Nie da się naprawić zła wyrządzonego jednemu człowiekowi, będąc dobrym dla innego. Co najwyżej można uciszyć wyrzuty sumienia.

*

Słowa same układają się w mojej głowie, czekają grzecznie w kolejce do ust. Od lat nie czułem nic podobnego.

*

Nic nie wiem, nie zastanawiałem się, co będzie dalej, czas i przestrzeń skurczyły się dla mnie do tej jednej maleńkiej chwili i do tej kanapy – do tego momentu zamkniętego granicą wytyczoną przez jego ramiona. Bez przedtem i bez potem.

*

Uśmiecham się mimowolnie, odblokowuję zamki.
     – Z próżności do wieczności – rzuca, zapinając pas bezpieczeństwa.
     – To znaczy?
     – To znaczy, że jak ostatni idiota założyłem tylko T-shirt i cienką bluzę, żeby ci się wydać bardziej maczoseksi – śmieje się. – A piździ jak cholera, przewiało mnie na wylot.
     – Zaraz się rozgrzejesz – mówię i podkręcam ogrzewanie.

*

     – […]  nigdy nie…
     […] 
     – Co nigdy? – pyta szeptem.
     – Nic nigdy – odszeptuję.

*

[…]  moje życie już jest inne. Na dobre. Straciłem bardzo dużo, sądziłem jed­nak, że więcej zyskuję. Bilans wychodził na plus. Teraz wynik jest nie­ja­sny. Oczywiście czuję żal. Myślę o tych wszystkich momentach, których nie do­świad­czę. O jego dotyku, o słowach. O spojrzeniach. O seksie także oczy­wi­ście, o pocałunkach. O zapachu, o smaku. O obecności – ta chyba jest naj­wa­żniej­sza. Taki znajomy niedosyt, znajomy brak. […]  Znowu tu je­stem. I znowu czuję to samo – jedyna różnica, że tym razem umiem okre­ślić swoje emocje i wiem już, skąd się biorą. Tyle że to nie upraszcza sytuacji. Wtedy, gdy było mi źle, włączał się instynkt samozachowawczy, który po­ma­gał mi się pozbierać. Teraz sprawa zależy przede wszystkim od mózgu, a ten jest znacznie bardziej ułomny. Lepki. Wiem już, dlaczego czuję to, co czuję. Wiem, że zacząłem się zakochiwać w tym chłopaku, co gorsza, mam absurdalną pewność, że pokochałbym go naprawdę, gdyby mi na to po­zwo­lił. Wtedy nie znałem przyczyny swojego przygnębienia, system ner­wo­wy oczyszczał się więc automatycznie, prędko i definitywnie. Teraz jestem świa­do­my sedna mojego niespełnionego pragnienia. Ta świadomość nie zniknie tak łatwo. Mój mózg nie odpuści, będzie drążył temat, obracał go i analizował na wszystkie strony, potęgował problem.
     […]  fakt, że zdaję sobie sprawę, kim i jaki jestem, powoduje, że – nawet nieszczęśliwy – czuję się bardziej prawdziwy. Nie wszystko ma swój cel, ale wszystko ma powód.

*

Wręcz przeciwnie! Jestem królem chaosu. Wszystko w moim życiu dzieje się przypadkiem. Ale niektóre z tych przy­pad­ków okazują się całkiem trafione. Aż by się chciało za­wo­łać: bingo!

Marcin Szczygielski, Bingo,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2015.
(wyrónienie własne)

     – Chcesz mnie jednak o coś zapytać – mówię.
     – Ja? Nie, dlaczego?
     – Widzę.

*

Nie przepraszaj. Będzie w porzo, zawsze jest.

*

     – Jedz – mówi Wojtek. – Jakoś to będzie.
     – Wolałbym, żebyś powiedział „będzie dobrze”.
     – Tak każdy mówi – stwierdza, odrywając kawałek bułki. Wrzuca go do ust i dodaje:
     – Pewnie będzie dobrze. Na ogół bywa. Prędzej czy później.

*

     – Chyba muszę iść.
     – Musisz? Czy chcesz?

(tamże)

5146. Z oazy (CLXXI)

Od­liczanie literek, zaczętych i skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, tylko troszkę czekających na swój czas tu.

Dwa tygodnie temu koleżanka zapytała mnie, dlaczego nie korzystam z abonamentu w serwisach książkowych. Sadownik, przechodzący obok, ryknął śmiechem, bo ma dość radykalne zdanie o tym, jakimi książkami karmię swoje jestestwo, i nim zdą­ży­łam się zająknąć z wyjaśnieniem, udzielił odpowiedzi: lepiej zapytaj ją, kiedy ostat­ni raz czytała powieść? Natychmiast odkrzyknęłam: wczoraj skończyłam! Sadownik uznał to za nieprzyzwoicie sprzyjający mi zbieg okoliczności i zadał kolejne pytanie: a ile prze­czy­ta­łaś powieści w ostatnim miesiącu? Policzyłam, miałam niebywałego farta, bo Barnes, bo Shalev, bo Cormac: cztery! A przecież siedziałam już w środku piątej, drugiej z fantastycznego cyklu.

I znów przedmowa, której fragmenty muszę tu mieć. I znów pierwsze sceny z przy­tu­pem szyją intrygę, sprawdzają nasze granice. I znów, nie mogłam się oderwać. Choć jest to cykl, to każda część jest osobną, niemającą z pozostałymi, poza imio­na­mi, zupełnie nic wspólnego. Nie trzeba czytać wszystkich, nie trzeba czytać po kolei. Trzeba zajrzeć, jeśli ma się ochotę na wiele zwrotów akcji i puentę, która ukoi każde serce.

[…]  w obu moich powieściach bohaterowie noszą maski, które zmieniają się wraz z rozwojem wydarzeń; powtarzają się też w nich pewne typy ludzkie.

*

Są też ich marzenia i emocje — te najprostsze, podstawowe — które dotyczą nas wszystkich, bez względu na pochodzenie, pozycję społeczną, wy­kształ­ce­nie i orientację seksualną.

*

Do Bierek  dołożyłem jeszcze jeden wątek — jasne, szczere i pozbawione hi­po­kryzji mówienie o seksie. Dlaczego? Bo to sfera życia nieustannie obecna w myślach, a rzadko w słowach; główne źródło nierówności i dys­kry­mi­na­cji, choć tak naprawdę jak mało co stawia nas wszystkich na równi.

Marcin Szczygielski

*  *  *

[…]  nie potrafi się obrażać zbyt konsekwentnie i jest to jedna z jej cech, za które tak bardzo ją lubię. Wywala kawę na ławę z miejsca, robi afe­rę, a po­tem jest spokój i można żyć dalej. […]  Łatwiej cierpieć, znając przyczynę — nawet totalnie absurdalną — niż znosić czyjeś fochy i wrogość, nie wiedząc, z czego się wzięły. W pierwszym przypadku jest jakaś nadzieja — odpokutuje się i z głowy. W drugim nie zna się dnia ani godziny, a tor­tu­ry mogą trwać równie dobrze dwie godziny, jak i dwa lata.

*

Co mogę zrobić? Zgrabnie upiłowuję ostatnie włókno gałęzi, na której siedzę:
     – Na pewno nie zaszkodzi spróbować.

*

Ale rady na to nie ma, w końcu nadzieja jest zawsze silniejsza od rozumu, nie?

*

Wszyscy dookoła bez przerwy człowieka pytają, kim chce być, co chce robić w życiu. Starzy i nauczyciele bez przerwy powtarzają: musisz to czy tamto, bo trzeba myśleć o przyszłości. To centralnie męczące, powaga. Przecież wia­do­mo, że przyszłość będzie, myślę o niej, bo jak nie myśleć. Ale ogólnie mnie muli, mam dosyć swoich problemów na bieżąco. Przyjdzie czas, to się oka­że, co będę robił, jak, gdzie, no i KIM BĘDĘ.

*

Już się jej nie boję. Jeszcze się z nią liczę, jeszcze nią nie pogardzam. Ale prze­sta­łam się bać. To wspaniałe uczucie, oszałamia mnie jak haust czy­ste­go tlenu.

*

     – Mój syn — chrypi ojciec — nie będzie pedrylem.
     – To jakby już po ptakach — mówię.

*

     – Dlaczego nam to robisz? — pyta powoli mama.
     No i się zaczyna. Flaki mi się wywracają z miejsca. Co ja im robię? Co niby takiego robię?! Dlaczego ona, kurwa, zawsze wszystko musi tak wy­krę­cić, kota ogonem odwrócić? Dlaczego to ONA mi to robi?!
     – Nic nie robię — mówię.
     – Dbaliśmy o ciebie zawsze, ojciec ze skóry wychodził i ja też, żebyś miał w co się ubrać, co zjeść. Niczego ci nie brakowało. I tak się nam od­wdzię­czasz?
     – Jak wam się odwdzięczam?

*

Ale to nie jest kwestia zgody lub jej braku, przecież to nie jest sprawa uzależniona od decyzji.

*

Nagle dociera do mnie, nagle widzę, jaka jest słaba. Wcale nie głupia, tylko słaba, przerażona i kurewsko zakłamana. Naprawdę myśli, że wystarczy zamieść śmieci pod dywan, przykryć je starannie, przydeptać, postawić na wierzchu wazonik ze sztucznym kwiatkiem i będzie dobrze. […]  Kurwa, aż mi się normalnie mózg lasuje, kiedy to wszystko do mnie dociera w pełni, bo… Sam nie wiem nawet, jak to określić? Jest okrutna? Też, w sumie to okrutne, że mi takie życie próbuje urządzić. […] 
     – No, czy mnie kochasz? Czy chcesz, żebym był szczęśliwy?
     – Co ci znowu… To nie ma nic do rzeczy! W życiu nie chodzi o to, żeby być szczęśliwym! W życiu chodzi o to, żeby… — zająkuje się na moment i ciąg­nie: — W życiu nie wolno myśleć tylko o sobie!
     – Ty myślisz teraz o sobie. A nie o mnie.
     – Nie gadaj bzdur!
     – Mama — odzywam się powoli, bo nagle czuję się strasznie zmęczony tym wszystkim i tą rozmową bez sensu. — Mama, ja chcę być szczęśliwy. Chcę ko­goś ko­chać i być ztym kimś. Tak się wydarzyło, że w mo­im przypadku to może być tylko inny chłopak, a nie dzie­wczy­na. Nie umiem udawać, że jest inaczej. Nie moja wina, że kocham tego, kogo ko­cham. Jeżeli nie po­trafisz tego przy­jąć do wiadomości, to trudno. Poradzę sobie.
     […] 
Odpuszcza mnie sobie. […]  Coś ściska mnie w gardle, z trudem przełykam ślinę. Daje za wygraną. Odsuwa mnie z pola widzenia. Mimo wszystko się tego nie spo­dziewałem.

*

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że można komuś nasrać w duszę. A tak się teraz czuję.

*

Ludziom okropnie trudno przychodzi niemówienie na jakiś temat, który w da­nej chwili ich interesuje, nawet jeśli ktoś drugi nie chce słuchać. Cza­sa­mi milczeć jest dużo trudniej, niż mówić, powaga.

*

Dopiero teraz dostrzegam, że wszystkie moje koty siedzą u nich na kolanach — Marysieńka u Krzyśka, Balzak u Piołuna, a Paweł miętosi Argona, który mruczy z zachwytu niczym silnik odrzutowca. No właśnie, tak to jest z ko­ta­mi. Powinnam sobie była sprawić jakieś groźne psy, bulteriery na przykład, i karmić je wyłącznie surowym, czerwonym mięsem — na pewno by mnie nie zdradziły, przynajmniej nie w takim błyskawicznym tempie.

*

     – Zawsze byłam sama. Lubię być sama.
     – Skoro zawsze byłaś sama, nie możesz wiedzieć, czy przypadkiem nie lu­bisz też być z kimś. Ja nie zawsze byłem sam. To były bardzo dobre okresy w moim życiu.
     – Ale nie przetrwały — stwierdzam.
     – Wtedy nie.

*

Uczę historii. Wiem lepiej niż ktokolwiek, że przypadki są podstawowym czynnikiem uzupełniającym zdarzenia niezbędne i konieczne.

*

Historia jest bardziej lub mniej umowna, w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach składa się z subiektywnych relacji, a nie z obiektywnie za­re­je­stro­wa­nych faktów, szczególnie starożytna. Jest mniej lub bardziej zma­ni­pu­lo­wa­na i wbrew temu, co sądziła moja matka, ciągle żywa. Zmie­nia się w zależności od koniunktury, a w dodatku różnie jest przedstawiana w róż­nych miejscach na świecie.

*

     – To chociaż mnie pocałuj — prosi.
     Wzdycham głośno i daję mu szybkiego buziaka.
     – Ale nie tak, jakby kura ziarno dziobała. Naprawdę mnie pocałuj.

*

     – Poczekam — przerywa mi.
     – Ale ja naprawdę nie wiem, o której wrócę.
     – Nie szkodzi.
     Czyta dalej. Moją książkę. W moim fotelu. Z moim kotem na kolanach. I to w dodatku jedynym, którego kupiłam, którego sobie upatrzyłam, a nie z tym drugim, podrzutkiem, albo trzecim — przybłędą. Zalągł mi się — myślę. Szczyt wszystkiego, jak boga kocham.

*

     – To jest skrajnie niemoralne — mówię.
     – Ale co? — pyta niewinnym tonem i całuje mnie w szyję tuż nad obojczykiem.

*

     – Dobra, załatwmy to.
     – Ale co? — pytam z lekkim przestrachem.
     – Musimy to przerobić, bo będzie nam się babrało, babrało i babrało, aż zgnije i nas wytruje.
     – Ale co? — powtarzam.
     – Przestań.
     Zamykam usta i milczę. Ani ona głupia nie jest, ani ja, przecież wiadomo, o co chodzi, nie? Skoro ja o tym myślę, to i ona też. Tyle tylko, że nie wiem, jak o tej sprawie rozmawiać, boję się, że rozmowa wszystko pogorszy.

*

     – Chodzi mi o to, że jeżeli ktoś ci się podoba, a ty temu komuś nie, nie określa to ciebie w żaden sposób. Nie oznacza to, że jest zły, gorszy czy beznadziejny. Dlatego się nie przejmuj, bo ja się nie przejmuję.
     – Chcesz powiedzieć, że i tak wiesz, że jesteś w porzo, nawet jeżeli ja… ktoś ciebie nie chce?
     – Coś w tym rodzaju. Skoro ja nie mam ochoty na Chwaścikowskiego, chociaż widzę, że jest niezły, nie mam problemu z tym, że ktoś inny nie chce mnie. Szkoda mi trochę, ale to tak jak z ciuchami. Wchodzę do sklepu i wi­dzę genialne spodnie, po prostu marzenie, posiekać bym się dała, żeby je mieć. Ale okazuje się, że nie ma mojego rozmiaru i nic z tego, nie będę ich miała. Czy to znaczy, że to moja wina? Coś ze mną jest nie tak? Mam zły rozmiar na przykład?
     – No, nie. To znaczy, że sklep jest do dupy.
     – Powiedzmy, ale przede wszystkim znaczy to, że się nie składa i nie ma w tym niczyjej winy. Siła wyższa. Rozumiesz?

*

     – Oczywiście, że nie, ty młotku. Jesteś dla mnie na tyle ważny, żebym się umiała tym cieszyć. Tym, że jesteś szczęśliwy.

Marcin Szczygielski, Bierki, wyd. II poprawione,
Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

[…]  niby jesteśmy z różnych światów, ale oba coś łączy.

*

Stoimy tak przez kilka minut, nie rozmawiamy, bo o czym mamy rozmawiać? Raczej mało wspólnych te­matów czy też raczej wspólnych punktów widzenia tych tematów.

*

     – Ja tak tego nie zostawię! — warczy.
     – Ja też nie — mówię spokojnie. — Miło, że obie się zgadzamy w tej kwestii.

*

     – Nie.
     I co na to mogę odpowiedzieć? „Nie” oczywiście. „Nie” załatwia sprawę, gdybym miał złotówę za każde nie, któ­re od niej w życiu usłyszałem, dawno już kupiłbym so­bie na własność Pałac Kultury i ze cztery Ferrari.

*

Leżę w ciemności i wydaje mi się, że ona nigdy się nie skończy, powaga.

*

Zawsze byłem narwany i niecierpliwy — jak czegoś chcia­łem, od razu musiałem to mieć. Wydawało mi się, że jeśli coś, czego chcę, nie stanie się od razu, to nie stanie się już nigdy. Ale teraz czuję, że będzie jakieś potem i dalej. […] 
     Kołysze mnie leciutko w swoich ramionach, całuje zno­wu. Nie sądziłem, że całowanie jest aż tak przyjemne, wydawało mi się, że jest tylko niezbędnym wstępem do dalszych, konkretnych czynności. […]  Całowanie ma w so­bie więcej kochania niż bzykanie — tak myślę.

*

Uśmiecham się mimo woli pod nosem. Ciekawa jestem trochę, czy już wiedzą, czy zdają sobie sprawę, że się zakochują w sobie. Bo to widać. Jeden na dru­gie­go co chwilę zerka maślanym okiem, założę się, że ich ko­la­na się dotykają pod stołem. Czy im się uda? Może się udać, mają na to taką samą szansę jak wszyscy inni. Pew­nie będzie im trochę trudniej, ale właściwie komu nie jest trudno?

*

Ciała mężczyzn są znacznie bardziej delikatne niż ciała ko­biet, chociaż uważa się inaczej. Oni naj­ważniejsze rze­czy mają na wierzchu, a ich serca biją bliżej skóry, nie­o­sło­nięte wypukłością piersi.

*

     – Nie chcę, żebyś sobie szedł — mówię cicho.
     – Przecież nie idę.
     – Ale pójdziesz.
     – Nie pójdę. Gdzie mam iść?
     – Ode mnie sobie pójdziesz — mamroczę.
     – Ochujałeś?

(tamże)

5145. Z oazy (CLXX)

Odliczanie literek, skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, trzy. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

Nijak nie mogę sobie przypomnieć, jak ja trafiłam na tę książkę. Szkoda. Pamiętam tylko, że podeszłam do niej metodycznie, bo w pierwszej chwili byłam nastawiona bardzo sceptycznie. Obwąchałam podczytnik, zajrzałam do darmowego fragmentu, za­chwy­ci­łam się przedmową Tomasza Raczka i… zniknęły wszystkie wątpliwości. Było już tylko klik, klik, klik i miałam pierwszą część cyklu na czytniku.

Dawno, jeśli nie nigdy, żadna powieść nie testowała tak bardzo moich przekonań, nie oprowadzała mnie po moich mentalnych granicach. Świetnie się bawiłam, łapiąc oddech od mojego nienajłatwiejszego tu i teraz. Zwroty akcji, na które w pewnym momencie nauczyłam się czekać, bohaterzy, sytuacje, gesty; to, co między wier­sza­mi i myślami oraz puenta — to wszystko było tym, czego wyjątkowo potrzebowałam. Gdy tylko skończyłam tę część, na­tych­miast zrobiłam klik, klik i druga zaczynała się czytać.

Utrwa­lił się więc sche­mat: geje są inni, czy­li obcy, nie­zro­zu­mia­li, nie­prze­wi­dy­wal­ni, mogą za­gro­zić po­ukła­da­ne­mu w gło­wach świa­tu. Przez nich po­dział na do­bro i zło tra­ci bi­blij­ny kon­trast, a po­li­ty­cy mają nie­ustan­ny kło­pot. Jed­ni naj­chęt­niej po­zby­li­by się tego bólu gło­wy i ze­sła­li wszyst­kich ge­jów gdzieś da­le­ko – naj­le­piej na Ma­da­ga­skar, by­le­by tyl­ko nie mu­sieć ich oglą­dać i nie mieć z nimi do czy­nie­nia. Inni na od­wrót – ofe­ru­ją ge­jom wy­cią­gnię­tą rękę i swo­ją to­le­ran­cję. Owszem je­ste­ście inni – mó­wią – ale my je­ste­śmy to­le­ran­cyj­ni i po­zwa­la­my wam być ta­ki­mi, ja­ki­mi je­ste­ście, mimo że od­bie­ga­cie od nor­my.
     Za­pa­mię­taj­cie te dwa groź­ne dla pol­skie­go geja sło­wa: Ma­da­ga­skar i to­le­ran­cja. Od­rzu­ce­nie i fał­szy­wa życz­li­wość. Z jed­nej stro­ny prze­ko­na­nie, że tyl­ko je­den mo­del ży­cia jest pra­wi­dło­wy, pro­wa­dzą­ce do sta­wia­nia się w po­zy­cji sę­dzie­go, z dru­giej – pro­tek­cjo­nal­ne po­kle­py­wa­nie spro­wa­dza­ją­ce ge­jów do roli an­tro­po­lo­gicz­nej cie­ka­wost­ki. W obu wy­pad­kach trak­tu­je się ich jako dzi­wacz­ną gru­pę od­mień­ców na­ru­sza­ją­cych ogól­nie przy­ję­te stan­dar­dy, tyle że pierw­si na to się nie zga­dza­ją, a ci dru­dzy dają przy­zwo­le­nie.
     Ale jest jesz­cze trze­ci, znacz­nie uczciw­szy spo­sób od­no­sze­nia się do ge­jów: trak­to­wa­nie ich jako oczy­wi­sto­ści – bio­lo­gicz­nej, spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej, ma­ją­cej na­tu­ral­ne pra­wo do ist­nie­nia.

*

Zyg­munt Ka­łu­żyń­ski po­wie­dział kie­dyś: Uwa­żam, że przy­zna­nie się do fak­tu by­cia ho­mo­sek­su­ali­stą, nie tyl­ko wo­bec sa­me­go sie­bie, ale tak­że wo­bec oto­cze­nia, daje wol­ność. Wte­dy nie trze­ba uda­wać, bla­go­wać, wy­krę­cać się i kła­mać.
     Wol­ność to po­ję­cie dla geja naj­waż­niej­sze, bę­dą­ce kwin­te­sen­cją isto­ty jego losu. Wol­ność bywa jed­nak i pięk­na, i nie­bez­piecz­na; nie­sie ze sobą wie­le za­gro­żeń, któ­re – bywa – do­pro­wa­dza­ją do jej utra­ty. Nie­ste­ty, ro­zu­mie­ją to tyl­ko nie­licz­ni.

*

Żeby zro­zu­mieć ge­jów – i tych zwy­czaj­nych, co­dzien­nych, i tych, któ­rzy sta­ją się wiel­ki­mi pi­sa­rza­mi, re­ży­se­ra­mi, ak­to­ra­mi, po­eta­mi – trze­ba przy­jąć, że mają oni swój wła­sny świat: ani gor­szy, ani lep­szy od świa­ta więk­szo­ści, ale – rzekł­bym – rów­no­le­gły. Jego po­tocz­ność róż­ni się od do­świad­cze­nia tych, któ­rzy go nie zna­ją, ale prze­cież jest tak samo waż­na jak świat każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka. Nie­wy­ma­ga­ją­ca ni­czy­jej zgo­dy ani przy­zwo­le­nia na swo­je ist­nie­nie.

*

Po­wieść Mar­ci­na Szczy­giel­skie­go [powiedziałabym: cały cykl]  […]  [p]i­sa­na jest z po­zy­cji czło­wie­ka pew­ne­go swo­jej toż­sa­mo­ści i umie­ją­ce­go wal­czyć o sie­bie. Ton ła­god­nej obiet­ni­cy szczę­ścia, jaki się w niej po­ja­wia, jest dla mnie po­wo­dem do oso­bi­stej ra­do­ści. Wszak od pięt­na­stu pra­wie lat je­stem ży­cio­wym part­ne­rem Au­to­ra.

To­masz Ra­czek

*  *  *

Naj­bar­dziej lu­bię ta­kie, od któ­rych nie moż­na się ode­rwać. Kie­dy je czy­tam, za­po­mi­nam, gdzie je­stem, nie wi­dzę li­ter i wy­dru­ko­wa­nych słów – znaj­du­ję się w książ­ce. Nie mogę się do­cze­kać, co bę­dzie da­lej, a za­ra­zem szko­da mi, że książ­ka się skoń­czy.

*

Waż­ne, żeby wła­ści­wie wy­bie­rać wła­sne dro­gi i wie­dzieć, do­kąd pro­wa­dzą. Nie mo­żesz iść ścież­ką na­le­żą­cą do ko­goś in­ne­go. Zgu­bisz się. A raczej – zgu­bisz sie­bie.

*

Arek roz­pacz­li­wie sta­ra się kon­tro­lo­wać każ­dy aspekt swo­je­go ży­cia, wma­wia so­bie i wszyst­kim do­oko­ła, że jest nie­za­leż­ny, sa­mo­wy­star­czal­ny, do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­ny. Ale nie pa­mię­tam, że­bym wi­dział go kie­dyś na­praw­dę szczę­śli­we­go.

*

Małe po­kur­cze, łby i dupy wiel­kie, szy­je krót­kie. Nie ma ani jed­ne­go przy­stoj­ne­go pra­wi­cow­ca.
     – No, bo jak fa­cet jest przy­stoj­ny, to nie ma kom­plek­sów. Wśród fa­na­ty­ków ra­czej nie było nig­dy przy­stoj­nych fa­ce­tów. A tacy róż­ni wy­bra­ko­wa­ni mu­szą nad­ra­biać. Naj­ła­twiej po­tę­pie­niem in­nych. W imię re­li­gii.

*

     – Na tych, któ­rzy w ni­wecz ob­ra­ca­ją Dzie­ło Boże, przyj­dzie kara. Ci, któ­rzy za srebr­ni­ki sprze­da­ją wia­rę i na­uki Chry­stu­so­we; ci, któ­rzy ta­rza­ją się w roz­pu­ście, a cie­le­sne ucie­chy przed­kła­da­ją nad ży­cie w zgo­dzie z bo­ski­mi przy­ka­za­nia­mi, spad­nie miecz. Ci, któ­rzy od­wra­ca­ją się od ro­dzi­ny, Ko­ścio­ła i Chry­stu­sa, na wie­ki po­tę­pie­ni będą. Lecz nie my­śl­cie, że kara ta na­dej­dzie po kre­sie ży­wo­ta. Że do­pie­ro po ich śmier­ci w pie­kiel­nym ogniu sma­żyć się będą! Nie jest tak, bo Pan Bóg za­dbał o to, by grzesz­ni­cy po­ka­ra­ni już dziś zo­sta­li. Dla tych, któ­rzy się go wy­rze­kli – nę­dza i sa­mot­ność. Dla tych, któ­rzy fol­gu­ją swym nie­na­tu­ral­nym po­pę­dom – cho­ro­ba i śmierć bo­le­sna. Czyż nie wi­dzi­my tych zna­ków już dziś? Czyż ci, któ­rzy jesz­cze nie­daw­no Ko­ściół za nic mie­li i stoł­ki wy­so­kie zaj­mo­wa­li, nie są dziś nę­dza­rza­mi i nic nie zna­czą? – pyta ksiądz Ma­rek z am­bo­ny.
     Amen! – wy­krzy­ku­ję w du­chu […].
     – A czyż nie jest tak, że ci, któ­rzy pra­wa bo­skie w po­gar­dzie mają, ci, któ­rzy na­igra­wa­ją się ze świę­tej in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa, fol­gu­ją de­wia­cjom i zbo­cze­niom, a za pod­szep­tem sza­ta­na męż­czy­zna z męż­czy­zną spół­ku­je, a ko­bie­ta z ko­bie­tą – czyż i na nich kara nie spa­dła? Bo to sam Pan Bóg spra­wił, że cho­ro­ba śmier­tel­na do ich ze­psu­tych ciał we­szła i nisz­czy ich od środ­ka i śmierć na nich spro­wa­dza.
     Amen! – po­wta­rzam po ci­chu i my­ślę o tym pe­da­le z na­prze­ciw­ka.
     – Mó­dl­my się! – in­to­nu­je ksiądz Ma­rek.

*

     – […]  Czy pani nig­dy się nie uśmie­cha? Nig­dy pani nie jest w do­brym hu­mo­rze?
     – Za­raz mnie chy­ba szlag tra­fi! – wy­krzy­ku­je ko­bie­ta, po­trzą­sa­jąc ta­le­rzem. – Ja mam bar­dzo do­bry hu­mor, do kur­wy nę­dzy! Mam świet­ny hu­mor!!!

*

     – Co?
     – Wła­śnie to. Co ja mam ci po­wie­dzieć? Do­pa­dła cię rze­czy­wi­stość, i tyle. Ta­kie ży­cie.

*

Ale – my­ślę – ko­chać ko­goś to nie to samo, co go znać.

*

     – Prze­cież wia­do­mo, że z tym się czło­wiek po pro­stu ro­dzi. Mój oj­ciec na pew­no to wie, nie jest idio­tą. On.
     – To nie ma zna­cze­nia, ile on wie. Zna­cze­nie ma to, co czu­je. A czu­je się win­ny.

*

Móc to mo­że­my. Tyl­ko
mo­że­my nie chcieć,
a to zu­peł­nie co in­ne­go.

*

     – Kie­dy umrzesz, bę­dzie tak, jak­by nig­dy cię nie było – mó­wię spo­koj­nie. – Jak­byś nig­dy nie ist­niał. Nic po to­bie nie zo­sta­nie. Nic. Nie szko­da ci?
     Pa­trzy na mnie z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi, jak cie­lę na ma­lo­wa­ne wro­ta.
     – Pani… – wy­ją­ku­je po dłu­giej chwi­li – pani to jest… no, po pro­stu nie­wia­ry­god­na! Brak mi słów!
     – Cie­ka­wi mnie to po pro­stu.
     – A co niby zo­sta­nie po pani?
     – Moje dziec­ko. I wnu­ki. I ich wnu­ki.
     – My­śli pani, że będą o pani pa­mię­ta­ły?
     – Oczy­wi­ście!
     – Jest pani tego pew­na? […]  Na­wet nie jest pani na tyle głu­pia, aby się tym swo­im de­bi­li­zmem wy­róż­nić. Jest pani tak samo głu­pia jak mi­lio­ny. Ani głup­sza, ani mą­drzej­sza od in­nych. Jest pani tłu­mem, li­czy się pani tyl­ko w sta­ty­sty­ce. Ide­al­ny śro­dek. Pu­ste, okrą­głe zero.
     – Sam je­steś zero! – wy­wrza­sku­ję. Dło­nie zwi­ja­ją mi się w pię­ści. – To ty je­steś zero. Nic. Śmieć. Nie wie­rzysz w nic, nie wie­rzysz w Boga! Cze­ka cię po­tę­pie­nie. Je­steś kpi­ną z bo­skie­go pla­nu! Po­mył­ką! Nie pa­su­jesz do nor­mal­ne­go ży­cia, ro­zu­miesz to?

*  *

Peł­no ich wszę­dzie, wszę­dzie się wci­sną. Sze­rzą zło i ze­psu­cie. Zwra­ca­ją się prze­ciw Chry­stu­so­wi, prze­ciw Bogu Ojcu, za nic mają ich na­uki. Przez ta­kich jak on gi­nie wia­ra, roz­pa­da­ją się ro­dzi­ny; do­bre, ko­cha­ją­ce dzie­ci scho­dzą na złą dro­gę.

*

Boże, jak ja nie­na­wi­dzę ta­kich jak ona. Ta­kich za­ku­tych, tę­pych, za­pcha­nych ko­ściel­ny­mi do­gma­ta­mi łbów. Ta­kich zer, tej tłusz­czy, któ­ra wstrzy­mu­je bieg świa­ta. Tych wszyst­kich ko­ściel­nych ku­rew, ży­ją­cych swo­im nic nie­zna­czą­cym ży­ciem, wty­ka­ją­cych bez prze­rwy no­cha­le do nie swo­ich spraw. […]  Tych, któ­rym wy­da­je się, że mają pra­wo mó­wić ci, co masz ro­bić, jak żyć.

*  *

     – Jak mo­żesz…
     – Mogę. Weź się w garść, prze­stań skwier­czeć i narzekać.

*

     – Je­steś okrut­na – mó­wię z go­ry­czą po dłu­giej chwi­li.
     – Tak, to praw­da. Prze­pra­szam. Ale po­wiedz mi wła­ści­wie, co jest ta­kim wiel­kim dra­ma­tem dla cie­bie – te­raz, kon­kret­nie.
     – Jak to co?! No, to! To, że wiem, że umrę!
     – Jak my wszy­scy. Na­wet ja to wiem.
     – Ale ja wiem kie­dy!
     – Kie­dy?
     – No, kie­dyś!
     – Aha.

*

     – Czy­li co po­wi­nie­nem zro­bić two­im zda­niem?
     – Spró­bo­wać do­strzec w so­bie to, cze­go szukasz dookoła.

Marcin Szczygielski, Berek,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

     – Na­resz­cie! – wy­krzy­ku­ję.
     – Spóź­ni­łem się? – pyta w pro­gu. – Wy­da­wa­ło mi się, że mia­łem być na siód­mą?
     – Tak. No, ale nie wi­dzia­łem cię od nie­dzie­li!

*

– Kto to?
     – Kto kto?
     – Nie ga­daj ze mną… – prze­ły­kam kęs i cią­gnę da­lej: – jak z głu­pią. Do­brą ja­jecz­ni­cę ro­bisz, za­wsze lu­bi­łam taką nie­ścię­tą. No więc?
     – Fa­cet.
     – Prze­cież wi­dzia­łam, że nie ży­ra­fa. Przyj­dzie jesz­cze czy zno­wu taki na raz?
     – Przyj­dzie. Mam na­dzie­ję.
     – No i do­brze. Do­brze mu z oczu pa­trzy.

*

     – Za dużo my­ślisz – prze­ry­wa mi. – Za­dzwoń do mnie.
     – Kie­dy? Te­raz?
     – Te­raz.

(tamże)

sobota, sierpnia 12, 2023

5144. Dwa dobre pomysły

Na ten pomysł nie wpadłam! — pomyślałam po przeczytaniu przytoczonego poniżej fragmentu z trylogii, która już za mną, o której jutro z kronikarskiej potrzeby.

Miałam zupełnie inny pomysł, w moim przypadku na liceum. Wprawił on Białego Kruka w osłu­pienie wyłącznie na jeden wieczór. Jaka ja byłam dumna, że Go za­gię­łam! Byłam? Wciąż jestem! Do dzisiaj umiem sobie przypomnieć smak tego rzad­kie­go uczu­cia. Skosz­to­wałam je drugi i ostatni raz w życiu dopiero na obronie dok­to­ra­tu (tu już tylko w śla­do­wej ilości, ale kolor miało ten sam!). Wracając do edukacyj­nej pre­hi­sto­rii, nie­zbyt długo cieszyłam się zwycięstwem. Następnego ranka otrzy­ma­łam pro­po­zy­cję nie do odrzucenia. Ale od początku…

Druga córka Orzeszka i Białego Kruka rok w rok w czerwcu przynosiła świadectwo z czerwonym paskiem. Rok w rok we wrześniu postanawiałam, że i ja na za­koń­cze­nie rozpoczynającego się roku szkolnego położę na stole czerwony pasek. Rok w rok starczało mi silnej woli do końca września lub w najlepszym razie do połowy paź­dzier­ni­ka. Nie byłam w stanie ani jednego dnia dłużej być uczennicą rokującą na czerwony pasek.

Na początku drugiej klasy liceum, godząc się ze swoją antysystemową naturą, uzna­łam, i nie musiałam wcale siebie specjalnie przekonywać, że optymalizacja jest mą­drzej­szym sposobem radzenia sobie z opresyjnym systemem przymusowej edukacji niż nieudane próby opaskowania na czerwono swoich na tej drodze postępów. Miałam plan!

Pod koniec października, a może w połowie listopada, Biały Kruk — byłam po­wo­dem Jego zobowiązań wobec systemu edukacji — poszedł na wywiadówkę i przy­niósł karteczkę z treścią, jakiej się nie spo­dzie­wał, która nijak nie mieściła mu się w głowie. Od góry do dołu same dwó­je, wy­łą­czając matematykę, z której same piątki, co świadczyło w tamtych czasach o tym, że adept, tu adeptka, sztuk mało magicznych potencjał do przyzwoitych ocen — z wszystkich przedmiotów! — posiada.

Biały Kruk dał radę i utrzymał się w naj­lep­szej wersji rodzica nastolatka i zapytał u źródła, co się dzieje, że karteczka z ocenami daje bardzo skromne powody do ro­dzi­cielskiej dumy.

Pierworodne dziecię w swej nastoletniej powłoce, czyli ówczesne moje ja, pękało z do­ro­słej dumy, że znalazło sposób na system, i ochoczo wytłumaczyło, co, z czym i dla­czego, bo do zastosowanej konstrukcji nie dało się mieć zastrzeżeń.

Po co uczyć się dwa razy? — zapytałam Białego Kruka, a ten zbaraniał. Gdy goniłam za czerwonopaskowym marzeniem, ze zbyt wielu przedmiotów uczyłam się dwa ra­zy: we wrześniu na fali nadziei i w styczniu, by wyciągnąć się na tróję. No i po co? Subiektywnie, na wyczucie, biorąc pod uwagę skłonności i ciągoty do nie­kon­sek­wen­cji, oceniłam dobroć serca każdego z uczących mnie nauczycieli, pomijając matematyka, bo ten zdążył rok wcześniej znaleźć na mnie sposób. I to jest bardzo proste, Tato — oświadczyłam — nie uczę się w ogóle, dopóki nie dostanę… z biologii pięciu pałek, z geografii sześciu, z fizyki trzech, itd. Tą metodą uczę się tylko raz, by wyciągnąć się na semestralną tróję. Zapadła cisza, bo logikę trudno zastraszyć czy spacyfikować rodzicielską tyradą. Byłam w swej genialności całkowicie nie­po­ko­nana! Ale! Tylko do rana…

Następnego dnia przy śniadaniu to Biały Kruk miał minę zwycięzcy! Oświadczył, że jeśli przez miesiąc nie dostanę żadnej pały, otrzymam domowe stypendium nau­ko­we w wy­so­kości mojego comiesięcznego kieszonkowego. Nie dało się nie przyjąć tej propozycji. Jak sobie radziłam z tym ograniczeniem? Świetnie! Czasem z niektórych lekcji zni­ka­łam. Nieobecni nie dostawali ocen.

Biały Kruku, pomyślałam dziś, jak Ty przetrwałeś wszystkie moje pomysły? Mendelssohn, Biały Kruku? Mendelssohn!

Felix Mendelssohn-Bartholdy, Capriccio brillant op. 22, Andante,
Matthias Kirschnereit (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #48.

*

[…]  czasami ma też całkiem dobre pomysły. W gimnazjum na przykład po­wiedziała:
     – Będziemy się dobrze uczyć.
     Najpierw myślałem, że zwariowała, bo my nigdy nie uczyliśmy się zbyt dobrze. Właściwie to wcale się nie uczyliśmy, a większość czasu w szkole spę­dzaliśmy na kombinowaniu, jak się wykręcić od lekcji i jak wymyślić do­bry system podpowiadania i ściągania.
     – Oszalałaś? — zapytałem wtedy.
     Wytłumaczyła mi, że nie i że wcale nie chce, żebyśmy byli kujonami. Wy­my­śli­ła system. Na początku każdego semestru rzeczywiście musieliśmy tro­chę pozasuwać — Aśka rozpracowywała program zajęć i uczyliśmy się do przodu. Trwało to tak z miesiąc, czasem dwa, w zależności od nau­czy­cie­la. Zgłaszaliśmy się do odpowiedzi jak wściekli i wyprzedzaliśmy resztę kla­sy przynajmniej o jedne zajęcia. Po kilku tygodniach Aśka uznawała, że już wystarczy. I mieliśmy spokój. W naszej klasie jest ponad dwadzieścia osób. Wiadomo było, że jeśli mamy już po kilka dobrych ocen, nauczyciele prze­sta­ną się nami zajmować i skupią na innych. To naprawdę dobrze działało.

*

[…]  nie ma sytuacji bez wyjścia, trzeba tylko umieć je znaleźć, a potem zaplanować możliwy rozwój wydarzeń.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.