niedziela, listopada 12, 2023

5258. Z oazy (CCV)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Mam ogromną słabość do kreski, jaką malowane są okładki tej serii. Nie musiałam być bardzo namolna wobec samej siebie, by klik, klik. Ze zdziwieniem odkryłam, że dwie inne powieści z tego cyklu przyrosły do wir­tu­alnego stoliczka książek do przeczytania. Delikatnie, ale zde­cy­do­wa­nie prze­su­nę­łam je bliżej wierzchu.

To opowieść, która w błyskotliwy sposób pokazuje, jak świetnie „służy” kobietom patriarchat. Japoński, a nie byle jaki, ukryty pod skromną flagą jakiegoś wschodnio­euro­pej­skie­go kraju, w którym kobiety mają jak w niebie. To przy­powieść o tym, że każda kobieta może albo grać znaczonymi kartami w znaną od wie­ków grę, albo na dobry początek ułożyć pasjansa według osobiście stworzonych reguł. To również opo­wieść, że wartościowa zmiana zabierze trochę więcej czasu, niż my­śli­my, że dro­ga do prze­mia­ny będzie z pewnością uwierać, boleć czasem, fru­stro­wać nie raz, ro­dzić zwątpienie, ale to nigdy nie będzie powód, by zaniechać pierw­szego kroku.

Zamiast wisienki na czytelniczym torcie, płatek kwiatu wiśni. Dobry kwadrans stu­diowałam w internetach podwójną powiekę. Długo nie mogłam zrozumieć, o co cho­dzi. Zatkało mnie. No ale właśnie tak jest, ślepotę na własne przywileje prze­pra­co­wuje się całe życie.

Nikt mi nie powiedział, że to element mojej pracy. Tylko że jeśli zostawiłam którąkolwiek z tych rzeczy niezrobioną, od razu słyszałam: „Ej…”. Na przy­kład: „Ej. Mikrofalówka…”. A nie przypominam sobie, żebym nazywała się jak sprzęt AGD.
     […]  gdy tylko pojawiał się ktoś spoza firmy, magicznym sposobem za­po­minali, jakie to łatwe – i wbijali we mnie niezadowolone spojrzenia. Jeśli pracowałam dalej, nie zwracając uwagi, znów słyszałam: „Ej. Kawa…”. Tak też nie miałam na imię.
     Niektórzy wykazywali niezwykłe zaangażowanie, byle uniknąć tej pro­stej czynności. Raz usłyszałam rozmowę dwóch kolegów z działu, którzy mieli uczestniczyć w spotkaniu, gdy nie będzie mnie w biurze.
     – Co robimy z kawą dzisiaj po południu?
     – Spokojnie, poprosiłem już kobietę z innego działu.
     – Ty to pomyślisz o wszystkim!
     Najwidoczniej panowało powszechne przekonanie, że mężczyźnie stanie się jakaś okropna krzywda, jeśli zrobi kawę i poda ją komuś innemu.
     […] 
     Przywykłam do nowego stanowiska, dostawałam więcej zadań, a liczba obowiązków bez nazwy nie malała. W międzyczasie przyjęto kilku męż­czyzn świeżo po studiach, były przetasowania w podziale pracy, ale moje nieokreślone powinności pozostawały bez zmian.

🖇

Naprawdę miałam zamiar grzecznie posprzątać – i gdyby w filiżance z nie­do­pi­tą kawą nie leżał niedopałek, gdyby smród peta zostawionego aż do szesnastej trzydzieści nie był tak potworny, naprawdę bym to zrobiła.
     – Przepraszam? – zaczepiłam menedżera, który akurat przechodził obok.
     Chyba zmierzał do kuchni, w rękach miał kubek i torebkę z herbatą. […] 
     – Mógłby mnie ktoś zastąpić? W sprzątaniu.
     – Co?
     – Nie dam rady.
     – Ale o co nagle chodzi?
     – Jestem teraz w ciąży i od zapachu kawy dostaję mdłości. Od pa­pie­ro­sów też. Poza tym w całym budynku obowiązuje zakaz palenia, prawda?
     Tak właśnie zaszłam w ciążę.

🖇

Zniknął temat rozmów, zostało tylko skrępowanie.

🖇

Nie miałam pojęcia, że o tej porze pociąg może być zatłoczony ludźmi wra­ca­jącymi do domu. Mało tego, na ich twarzach wcale nie malowała się ra­dość z wyjątkowo krótkiej dniówki. Byłam zdumiona, że aż tyle osób zu­peł­nie zwyczajnie kończy pracę niewiele po siedemnastej.

🖇

Okazało się, że ludzie wynajdują naprawdę najróżniejsze kryteria wyboru imienia: oczywiście liczy się brzmienie i sens znaków, natomiast dla nie­któ­rych decydująca jest liczba kresek, a inni używają znaków z imion rodziców albo takich, które mają związek z porą roku, w której dziecko się urodzi. […] Na jakiego człowieka miałoby wyrosnąć moje dziecko […]?  Dumałam do­brych kilka minut, ale nadal nie wiedziałam, czego powinnam od niego ocze­kiwać. Poczułam raczej niepokój – bo czy wolno mi narzucać w ten sposób własne oczekiwania człowiekowi, który będzie miał inny charakter niż ja? […]
     Co innego, gdyby pytanie brzmiało: na jakiego człowieka miałoby nie wyrosnąć? Wtedy od ręki podałabym całą listę. Na kogoś bez wyobraźni, aroganckiego, nieporadnego. Lepiej, żeby potrafił słuchać innych, ale też bez przesady, bo trudno się żyje, jeśli człowiek wiecznie zwraca uwagę na to, co myślą inni.

🖇

Wiem, mamy rozdzielność płciową i rodzą tylko kobiety, no ale ten etap już zaliczyliśmy. Teraz jesteśmy na równi, nie ma już nic, czego nie byłby w sta­nie robić, poza karmieniem piersią. Ale nie, jaśnie pan mówi, że po­trze­bu­je czasu, żeby nauczyć się być ojcem. Facet, jesteś ojcem od dziewięciu miesięcy! A on stoi i patrzy się, jakby przyjechał z klasą na lekcję w terenie! Mówi do mnie: „No wiesz, ja mam pracę”. A ja niby nie mam? W sensie: nie miałam?

🖇

Skarpetki, które ostatkiem sił trzymały się jej łydek, dały za wygraną i zsu­nęły się na kostki – ale na to też nie zwracała uwagi.

🖇

[…]  Maryjo, to znowu ja. Ciągle jestem pod wrażeniem, jaka byłaś dzielna. Poród z mężem cieślą i osiołkiem? Musiałaś umierać ze strachu. Potem przy­byli aniołowie, mędrcy czy kto tam jeszcze, choć tak naprawdę wo­la­ła­byś położną i pielęgniarki, prawda? […]  Ostatnimi czasy wiele kobiet chce wrócić do pracy po urodzeniu dziecka, czy raczej musi, bo inaczej nie będzie za co go utrzymać. Tylko że brakuje miejsc, gdzie można by je zostawić w cią­gu dnia. […]  Urodzisz, piekło. Nie urodzisz, też piekło. Pewnie się teraz zastanawiasz, w jakim okropnym miejscu żyję, prawda? A prze­cież minęły dwa tysiące lat. No cóż, przy następnej okazji wpadnij w od­wie­dzi­ny. […]  Radzę sobie trochę lepiej, niż kiedy słyszałaś mnie ostatnim razem, co?

🖇

Wiedziałam, że nawet jeśli się tutaj pożegnamy,
żadna z nas nie odejdzie.

🖇

    – A właśnie. Wiesz co? […]  – i od razu chciała się rozłączyć. Byłam w szo­ku. Powstrzymałam ją i wypytałam o szczegóły. Yukino zawsze po­dej­mu­je decyzje, zanim reszta się zorientuje. Ale chyba wszyscy tak robią. Ona przy­naj­mniej mówi, co postanowiła. Jest na tyle życzliwa.

🖇

W dzień powszedni muzeum świeciło pustkami. Rozmowę dwóch pań przed dziełem van Gogha – „Niesamowite użycie kolorów!”, mówiła jedna, a dru­ga wtórowała: „Prawdziwy geniusz!” – najchętniej od razu zre­la­cjo­no­wa­ła­bym samemu autorowi, który przecież nie sprzedał za życia ani jednego obrazu.

🖇

W internecie łatwo znaleźć informacje na temat tego, o czym chcemy wiedzieć więcej, ale niekoniecznie musimy. Gorzej ze sprawami, które naprawdę pragniemy poznać. Nie wspominając o rzeczach, o których istnieniu nie mamy pojęcia.

🖇

Niby wszyscy dorośli, niby tylko trzy osoby, a wspólne siedzenie przy stole zmienia się w małe piekło.

🖇

     – Z drugiej strony, dlaczego tylu ludzi wtrąca się innym w życie? Tak naprawdę wcale ich nie interesują, ale i tak muszą komentować, przylepiać łatki, a jeśli coś wychodzi poza granice ich zrozumienia, zaczynają gadać, że dziwne, że jakieś. Nie mogę tego znieść. Po prostu nie mogę i czuję się samotna, i mam wrażenie, jakbym miała zapomnieć, kim jestem.

🖇

[…]  to właśnie chciałam zobaczyć. Moment, gdy w ogrom­nym mechanizmie pojawia się rozdarcie, gdy coś, co uważa się za niezmienne, zaczyna pękać.

🖇

     – Posłuchaj. Trzeba zadbać o miejsce tylko dla siebie. Nawet kłam­stwo się nada. Wystarczy niewielkie, takie, żeby pomieściło człowieka. Jeśli schowa się je w sercu i będzie długo powtarzać, wbrew pozorom może prze­nieść cię zupełnie gdzie indziej. Kto wie, czy w tym czasie i ty, i świat nie zmie­nicie się chociaż trochę.

🖇

     – […]  Nie da się. Nie tylko zamienić się miejscami, nie sposób nawet do­wiedzieć się, co ktoś inny tak naprawdę czuje. Bo nie jesteśmy tym kimś. Nawet ja, choć stoję teraz przed tobą, nie jestem w stanie zrozumieć, jak bardzo cierpisz ani jak okropnie jesteś śpiąca.

🖇

Przewracałam chwilę za chwilą, ale wciąż był wieczór.

🖇

Książki do nauki wcale się nie zmieniły od czasu moich studiów – nawet zapach nowiuteńkiego papieru był dokładnie taki sam.
     Choć może jednak zaszła pewna zmiana: kiedy otwierałam je, leżąc na kilimie, podręczniki wydawały się chłodne i pełne rezerwy, wręcz wzbu­dza­ły zaufanie. W ręku dorosłego stanowią narzędzie do tego, by wy­rwać się z miejsca, w którym człowiek aktualnie jest.

Emy Yagi, Dziennik pustki, przeł. Dariusz Latoś,
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

5257. Z oazy (CCIV)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Dziewięć lat temu z hakiem napisałam: jest film, na który koniecznie musimy iść razem. Tydzień wcześniej, jak doczytałam w tym wpisie, byliśmy razem na wystawie zdjęć Vivian. Filmu, uśmiechnęłam się, Sadow­nik do tej pory nie obejrzał.

Po przeczytaniu tej książki, obejrzałam jeszcze raz filmowy zwiastun. Są w nim wszystkie zdjęcia Vivian, które i dawno temu, i teraz robią na mnie takie samo, pio­ru­nujące, wrażenie. Nic się nie zmieniło, zazdroszczę Jej odwagi fotografowania ludzi.

Ta książka to przede wszystkim biografia, ale czytanie dodatków świadczy o tym, że to również sprawozdanie z trwającej wiele lat przygody wypełnionej zmarłymi i ży­ją­cy­mi jeszcze ludźmi, historiami, przedmiotami, uporem, afektem, szczęśli­wym tra­fem i przypadkiem.

Historia zaczyna się w 2007 roku na licytacji komorniczej w Chicago. Kiedy jeden z nabywców, John Maloof, dokładnie przyjrzał się porzuconym pu­dłom wypchanym fotografiami, które kupił, licząc na to, że wykorzysta je w planowanej książce, odkrył prawdziwy skarb: tysiące negatywów nie­zna­ne­go autorstwa.

🖇

Podobnie jak wielu ludzi byłam zachwycona zdjęciami, ale nie dawały mi spo­koju sprzeczne opisy osobowości Vivian, niezrozumienie, z jakim spotkał się jej stosunek do fotografii, oraz brak informacji o rodzinie i ży­ciu oso­bi­stym. Jednak tam, gdzie większość widziała nieprzeniknioną ta­jem­ni­cę, ja dostrzegłam luki do wypełnienia i poczułam, że muszę roz­wik­łać za­gad­kę, która tak wielu wprawiła w zakłopotanie.

🖇

DODATEK C: KULISY
[…]  często pytano mnie o metody używane do odnalezienia tych, któ­rzy kiedyś znali fotografkę i jej rodzinę. Szczęście i wytrwałość odegrały ważną rolę, a większość poszukiwań zajęła wiele lat. Kie­ro­wała mną fascynacja podróżami i zdjęciami Vivian, a także chęć postawienia sobie wyzwania.

📎

DODATEK D: WSKAZÓWKI […]
     Kiedy mamy imię i nazwisko, możemy znaleźć w internecie pra­wie każ­de­go. […]  zestawiając poszczególne informacje – wiek, adre­sy, nazwiska panieńskie, inicjały, drugie imiona i pokrewieństwo – znalazłam wszystkie osoby powiązane z Vivian Maier, których szukałam.
     […] 
     Unikaj pokusy wypełniania luk hipotezami zamiast dowodami. […]
     Jeśli zapis jest niejasny lub nie ma sensu, nie odrzucaj go od razu. […]
     Jeśli nie możesz znaleźć danej osoby, poszukaj kogoś, kto mógł ją znać. […]
     Niezwiązane ze sobą źródła mogą zawierać informacje nie­o­sią­gal­ne w in­ny sposób. […]
     Przygotuj się na marnowanie czasu. Przykład: ostatecznie dzie­więć­dzie­siąt pięć procent tropów, za którymi podążałam, i prze­glą­da­nych przeze mnie zapisów okazało się nie mieć związku z mo­i­mi poszukiwaniami. Tak naprawdę nie był to jednak zmar­no­wa­ny czas, ponieważ poznałam wielu ludzi, wiele miejsc i rzeczy, o któ­rych istnieniu wcześniej nie miałam pojęcia.

🖇

Ochoczo towarzyszyła chłopcom w zabawach na świeżym powietrzu, zawsze gotowa paść na ziemię w swoich ładnych sukienkach.
Francja, 1932.

🖇

Szanse, że jej wyjątkowe dzieło kiedykolwiek ujrzy światło dzienne, były niemal bliskie zera, jeśli weźmiemy pod uwagę splot nieprawdopodobnych wydarzeń, które doprowadziły do jego uratowania i rozpowszechnienia. Gdyby nie doszło do choćby jednego z nich, fotografie mogłyby zniknąć na zawsze: niemal na pewno wylądowałyby w śmietniku.

🖇

[…]  zdjęcia to tylko ulotne chwile w strumieniu czasu. Najtrafniej ujęła to Susan Sontag: „Robiąc zdjęcie, stykamy się ze śmiertelnością, kru­cho­ścią, przemijalnością ludzi i rzeczy. Właśnie dlatego, że wy­bie­ra­my jakąś chwilę, wykrawamy ją i zamrażamy, wszystkie zdjęcia stanowią świadectwo nieubłagalnego przemijania”.

🖇

[…]  kiedy tylko znajdowała na to czas, włóczyła się po ulicach. Tamtej zimy uchwyciła miasto pokryte śniegiem, prawdopodobnie w porze, kiedy jest najpiękniejsze, tchnące niespotykaną łagodnością i spokojem.


Zima 1955.

🖇

Wreszcie, kiedy dzwoniąca kobieta zaczęła bluzgać do słu­chaw­ki, Vivian zażartowała: „Równość – jeśli panowie to robią, dla­czegóż panie by nie mogły?”.

🖇

Eugenie Jaussaud opuściła Francję ponad sto lat temu i zmarła w 1948 roku, zatem szanse na znalezienie kogoś, kto ją znał, były bliskie zera. Jed­nak biorąc pod uwagę jej niezwykłą karierę kucharki i wrażenie, jakie spra­wia­ła w listach, uznałam, że była uczciwa, ciepła i mądra i naj­praw­do­po­dob­niej odegrała naj­waż­niej­szą rolę w życiu wnuczki.

🖇

Kiedy utkniemy w martwym punkcie,
warto zmienić źródło informacji […].


Chicago, ok. 1969.

🖇

Na wystawie wszechobecne były dzieci, w dużej mierze przedstawione jako żywiołowe i w ciągłym ruchu. Chociaż pojawiają się one nieustannie rów­nież w pracach Vivian, ukazywała je w odmienny sposób, zde­cy­do­wa­nie wy­różniając się swoją niechęcią do idealizowania maluchów.


Kanada, 1955.

Vivian miała niesamowitą zdolność skłaniania maluchów do współpracy w fotograficznych przedsięwzięciach. Jej zdjęcia przedstawiają dzieci w każ­dym wieku, wszystkich ras i klas społecznych, jakby uzyskała mandat na reprezentowanie wszystkich młodych ludzi na świecie. Poprzez kontakt wzrokowy i błyskawiczne reakcje stworzyła fotografie, które emanowały czystą autentycznością. Zazwyczaj w tamtych czasach robiono zdjęcia wy­szo­ro­wanym, ubranym i szczęśliwym dzieciom – przypominającym ślicz­nie zapakowane prezenty. Vivian uchwyciła pełne spektrum ich życia i uczuć, łącznie ze łzami i napadami złości.


Stuyvesant Town, 1954.

🖇

Dla wielu ludzi, którzy nie chcą się zdobyć na wyważoną próbę wyjaśnienia lub umieszczenia jej zachowania w kontekście, Vivian Maier pozostaje uta­len­to­wa­ną dziwaczką ze smutnym życiorysem, ale ona z pewnością od­rzu­ci­łaby takie wyobrażenie o sobie.

🖇

[…]  mogła sobie pozwolić na robienie tego,
co chciała i lubiła.

🖇


Kanada, 1955.

W fotografii artystka mogła wyrażać swoje przekonania, uczucia i wni­kli­we zrozumienie kondycji ludzkiej, tworząc ogromny zbiór prac od­zwier­cie­dla­ją­cych uniwersalne prawdy i całą gamę emocji.


Chicago, późne lata pięćdziesiąte.

🖇

Zazwyczaj po prostu stawała w jednym miejscu i pozwalała się rozwijać wydarzeniom wokół niej bez tworzenia narracji […].

🖇

Dzięki niezwykłej wrażliwości wizualnej potrafiła wynieść banalne rzeczy, takie jak druciane kosze na śmieci, sprężyny materaca lub stosy drew­nia­nych skrzynek, do poziomu geometrycznego piękna.

🖇

[…]  z powodu przenikliwej inteligencji i zdecydowanych opinii Vivian często wydawała się apodyktyczna i wyniosła, kiedy wy­ra­żała swoje poglądy.

🖇

Osobowość Vivian – tak jak osobowość każdego z nas – została ukształ­to­wa­na przez wiele czynników: geny, doświadczenia z dzieciństwa, przy­pad­ko­we spotkania, nawiązane relacje i spontaniczne decyzje.

🖇

Niezwykłe cechy osobowości pozwoliły jej pokonać każdą przeszkodę i ułożyć życie tak, by czuła się bezpieczna i spełniona. […]  Dla Vivian fotografia była czymś więcej niż środkiem ekspresji: umożliwiała jej zaangażowanie.

🖇

Przez cały 1954 rok Vivian fotografowała tak wiele obiektów od tyłu, że stało się to poniekąd jej znakiem rozpoznawczym, obok podejścia „mniej znaczy więcej” widocznego w ujęciach części ludzkiego ciała i przedmiotów osobistych. Czasami wystarczyły jej zaciśnięta dłoń, bosa stopa lub prosty gest, by opowiedzieć całą historię.


Nowy Jork, 1953.

🖇

Funkcjonowała w tych warunkach całkiem dobrze, a kiedy pewnego dnia coś poszło nie tak, jak to się prawie zawsze zdarzało, podnosiła się i znaj­do­wa­ła nowy sposób, by zapewnić sobie niezależność i nie re­zy­gno­wać ze swoich przyjemności. Starzejąc się, pomimo okresów melancholii lub fru­stracji, pozosta­ła pełna energii i aktywna, w ciągu dnia zazwyczaj robiła zdjęcia, a wieczorami wychodziła do kina czy teatru. W rzeczywistości przez większość czasu wyglą­dała na wyjątkowo szczęśliwą.

🖇

[…]  pstrykała raz i ruszała dalej.

🖇

Coraz częściej starała się uchwycić okruchy życia, chwile zazwyczaj umy­ka­ją­ce uwadze – takie jak ta, w której najmłodsze z trójki dzieci pod torami kolejki naziemnej z podziwem patrzy w górę z otwartymi ustami, a przed­miot wywołujący zdumienie jest znany tylko jemu.


Późne lato, Nowy Jork, 1953.

🖇

Anne Morin, kuratorka i badaczka dorobku Vivian […]  uważa, że „auto­por­tre­ty pozwoliły Vivian na przedstawienie niezbitego dowodu jej obecności w świecie, w którym wydawało się dla niej nie być miejsca”.


Chicago, 1978.


Chicago, druga połowa lat siedemdziesiątych.

🖇

Nieżyjąca już Mary Ellen Mark uważała, że Vivian zdobyłaby sławę za ży­cia, gdyby inni zobaczyli jej zdjęcia, i zwięźle podsumowała talent niani: „Jej prace są świetne, nie ma co do tego wątpliwości. Jest fantastyczną fo­to­grafką uliczną i wspaniałą portrecistką. Ma doskonałe oko, wszystko jest ideal­­ne. Piękne kadrowanie, piękny punkt widzenia, prawdziwy punkt wi­dze­nia. Jest fantastyczna”.


Nowy Jork, 1954.

🖇

[…]  bez wytchnienia przemierzała ulice, aby zdobyć biegłość w fotografowaniu i opanować nowe techniki.


Lato, Chicago, 1978.

🖇

Gdyby Vivian walczyła z rakiem, a nawet lżejszymi fizycznymi do­legli­wo­ścia­mi, takimi jak drżenie samoistne, artretyzm lub choroba le­ni­we­go oka, te przypadłości nie zostałyby odrzucone jako nieistotne dla jej fotografii. Prawdopodobnie chwalono by ją za niezłomność w realizowaniu swoich celów mimo niepełnosprawności. Jednak nawet wśród świa­tłych ludzi przeważa uprzedzenie wobec chorób umysłowych. Wiele osób w Champs­aur mimo niepodważalnych dowodów oburzało się na sugestię, że Vivian lub jej rodzina miała jakiegokolwiek rodzaju zaburzenia psy­chicz­ne. Eks­per­ci, którzy zamietli sprawę pod dywan, jeszcze wzmocnili to błęd­ne przekonanie.

🖇

Gdyby zwrócono uwagę na jej chorobę, od początku stałoby się oczywiste, że Vivian nie udostępniała swoich zdjęć, ponieważ były one przedmiotem pato­­logicznego gromadzenia, nad którym nie miała kontroli.

🖇

Postępowe poglądy Vivian sprawiały, że dążyła do uchwy­cenia punktu przecięcia rasy i klasy.


Chicago, 1971.

🖇

Nic nie może trwać wiecznie.
Musisz zrobić miejsce dla innych ludzi.
To karuzela. Robisz pełną rundkę i koniec,
a potem ktoś inny dostaje taką samą szansę
.
– Vivian do sąsiada o śmierci

Ann Marks, Vivian Maier. Niania, która zmieniła
historię fotografii
, przeł. Tomasz Macios,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

[…]  można i należy uznać, że Vivian Maier zasługuje na zupełnie inne wyróżnienie. Jest inspirującą posta­cią: kobietą, która pokonała przeszkody, aby przejść przez życie na własnych warunkach, mocno angażując się przy tym na rzecz wspólnego dobra.

🖇

Jest tu autentyczne oko, prawdziwa znajomość ludzkiej natury, fotografii i ulicy, a takie rzeczy nie zdarzają się często. W pracach Vivian od razu widać zrozumienie czło­wieka, ciepło i filuterność.
 //   Joela Meyerowitz

🖇

W świecie sztuk pięknych wybór ujęć, kadrowanie i ro­bie­nie odbitek uznaje się za nieodłączne elementy fo­to­gra­fii, niemal równie ważne jak samo zdjęcie. Jak wy­mow­nie wyjaśnił Ansel Adams: „Negatyw jest odpo­wied­ni­kiem partytury, a odbitka – zagranego na jej podstawie koncertu”.

(tamże)

sobota, listopada 11, 2023

5256. W punkt i nomen omen krótko!

Kaan zawdzięczam to, że nie ominęły mnie te słowa. Mądre. Mocne. Potwierdzam z autopsji: najprawdziwsze! Marzą mi się jeszcze tylko naturalnie siwe włosy. Z far­bo­wa­niem na siwe jest zbyt dużo zachodu. Wiem, bo dopytywałam kilka mie­sięcy temu.

[…]  obcięcie włosów jest dla wielu kobiet
spotkaniem się ze sobą, ze swoją odwagą i mocą.
Obcięcie włosów jest spotkaniem
z takimi aspektami siebie,
które do tej pory były mniej dostępne.

Agnieszka Stein, [dostęp: 11.11.2023], źródło.

czwartek, listopada 09, 2023

5255. 313/365

tamto, choć pozostaje wciąż prawdą, odszczekuję, bo.

życie to wyłącznie rój okazji i szans, by uwie­rzyć po tym, gdy straciło się nadzieję; by wziąć świa­do­mie oddech, napić się herbaty, uśmiechnąć się, coś przeczytać, czegoś się nauczyć, rozkoszować się byciem jeszcze tu, pogapić się w niebo, za­py­tać, od­mó­wić bez wahania, zachwycić się i pod­nieść się po upadku. każda chwila to okazja.

313/365

wtorek, listopada 07, 2023

5254. Panna cotta (CXI)

ta opowieść znalazła mnie przypadkiem, ta relacja i wspaniale aktorsko zagrane poza-rytmem (od 4:30) zachwyciły. to wszystko wciąż i od nowa sprawia, że wracam i wracam.

Giancarlo Giannini & Jude Law
[w:] The Gentleman's Wager.

mi fanno sorridere.
[oni sprawiają, że się uśmiecham.]

niedziela, listopada 05, 2023

5253. Z oazy (CCIII)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy. Pięćdziesiąt jeden książek później, ale tego sa­me­go roku, po drugiej części ukazała się trzecia, obiecując na koniec czwartą. Za­czy­na­łam dwa razy. Za pierwszym razem odłożyłam po kilku stronach, nie mogąc wejść w opowieść — może wyrosłam, a może dwie części to dość, a ta trzecia to od­grze­wa­nie kotletów, piar czy skuteczny marketing? Za drugim razem wsiąkłam. Z radością powitałam dwie bezsenne godziny w środku nocy. I? I doskonała jest ta część, i cze­kam na czwartą, chyba już ostatnią.

Don Juan, z książek Castanedy, wzruszyłby tylko ra­mio­na­mi, bo dla niego ta książka byłaby tylko opowieścią utkaną luźno na kanwie odnalezionego przypadkiem ze­szy­tu z no­tat­ka­mi z za­jęć Przesuwanie punktu połączenia. Mnie zaś za­chwy­ca pro­sto­ta czte­rech ilustracji tego ma­gicznego procederu, zaklęta w nie­co­dzien­nej ofer­cie dru­giej już ja­poń­skiej ka­wiar­ni, w której dzieje się ta powieść. A za Don Jaunem chyba zatęskni­łam, choć skubany jest wyłącznie w papierze, ale za to na wyciągnięcie ręki w drugiej części ula.

Gdzieś w środku książki pomyślałam, że Biały Kruk na pewno byłaby wściekła[y], gdybym zrezygnowała choćby z jednego szczęśliwego dnia. Wiatr w żagle czy co?

– Chodzi o uczucia?
Drżenie serca to fakt.
– Tak.

     – Ale żeby się nie poddawać mimo braku talentu, też trzeba mieć talent.
     – To mnie nie pocieszyło.
     Nanako chciała mu dodać otuchy, ale jej się nie udało.
     […]  Reiji jednak uznawał jej słowa za żarty. W końcu po człowieku z de­ter­minacją dążącym do spełnienia marzeń takie słowa spływają jak woda po kaczce.

     – Niezdecydowanie jest autodestrukcyjne – ostrzegła Sachi męż­czyz­nę w okularach przeciwsłonecznych, który był niezdecydowany jak Hamlet.

Dał z siebie wszystko, więc miał satysfakcję. Ale niezależnie od tego, co mó­wił, nie zmieniało to faktu, że poniósł porażkę.
     Setsuko, zamiast się cieszyć, że zdała, płakała z rozczarowania.
     – Najwyraźniej tak to jest, jak się zapomni o łapówce dla bogów – za­żar­tował Todoroki i wybuchnął śmiechem. Ponieważ nie dostał się do tech­ni­kum, poszedł do publicznego liceum.
     Tamtej wiosny, w dniu ceremonii przyjęcia nowych uczniów, Todoroki nie mógł uwierzyć własnym oczom. W jego klasie była Setsuko.
     – Co ty tu…
     Setsuko zrezygnowała z technikum przy politechnice i postanowiła pójść do tego samego liceum co Todoroki. Przypadek zrządził, że trafiła do tej sa­mej klasy.
     – Najwyraźniej tak to jest, jak się da bogom porządną łapówkę – po­wie­dzia­ła Setsuko i się roześmiała.

Dzieci bez wahania zadają trudne pytania.

     – Nikt nie zostaje mangaką tylko od samego chcenia, prawda?
     Miało to sens.
     – Gdyby chodziło tylko o to, żeby przenieść się do przeszłości, każdy mógłby to zrobić. Ale ta kawiarnia wybiera ludzi… Za pomocą zasad… I niektórzy ludzie po usłyszeniu tych zasad poddają się. Ale ci, którzy są zdecydowani na podróż w czasie mimo tych zasad, mają ku temu powód. Nie ma znaczenia, jaki to powód. Jeśli jest ktoś, z kim muszą albo po­win­ni się spotkać… nawet jeśli obecna rzeczywistość się nie zmieni… no cóż, tylko to się liczy.

     – Hmmm, może i nie ma sensu – Yukari się nie spierała. – Ale pewne rzeczy mogą się zmienić, nawet jeśli teraźniejszość się nie zmieni.

W oczach Yayoi stanęły łzy. Jeśli to można było uznać za odpowiedź, to odpowiedziała.

Każdy człowiek ma przyrodzoną umiejętność radzenia sobie ze wszystkimi trudnościami. Każdy ma tę energię. Ale czasem, gdy ta energia trafia na zawór lęku, jej przepływ może się zatrzymać. Im większy lęk, tym większej siły potrzeba, by otworzyć zawór i uwolnić tę energię.
     Siły tej dodaje nam nadzieja. Można powiedzieć, że nadzieja to moc wiary w przyszłość.

     – Powinnaś być z siebie dumna, że wytrwałaś i się nie poddałaś. Twój upór był imponujący. To się nie stało za sprawą magii! Pamiętasz, jak do ciebie zawołałam tamtego dnia? Twoje życie nie uległo nagłej przemianie, prawda? Żaden z twoich problemów nie rozwiązał się nagle sam, prawda? Ale patrzyłaś w przyszłość i nie dawałaś za wygraną.

Pytania były trywialne, ale większość z nich dotyczyła kwestii, które ludzie zwykle odkładają na później. Ponieważ każde pytanie zaczynało się od za­ło­że­nia, że jutro ma nastąpić koniec świata, książka zmuszała czy­tel­ni­ków do wyboru jednej z dwóch możliwości: zrobić coś albo tego nie zrobić.

*

     – O, a jaka jest twoja odpowiedź?
     […] 
     – Wybieram tę pierwszą. Urodziłbym się.
     – Pierwszą? Dlaczego?
     – Chciałbym się urodzić, nawet gdybym mógł przeżyć tylko jeden dzień.

Są takie dni, kiedy osoba goniąca za marzeniami nie umie znaleźć sił, by dalej dążyć do celu. Czuje gorycz i ból i musi zestawić swoje marzenia z rze­czywistością i dokonać wyboru. W takiej sytuacji osoba obdarowana czyjąś najcenniejszą rzeczą jest w stanie wytrwać w swojej walce nieco dłużej.

Jej głos był czysty, jakby oczyszczony
z dezorientacji i lęku.

Toshikazu Kawaguchi, Zanim wyblakną wspomnienia,
przeł. Joanna Dżdża,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

Wiedziała, że ta wspólna chwila po­trwa krót­ko i ni­gdy się nie powtórzy.
     – Kawa wystygnie.

Pewne uczucia należy wyrazić niezależnie od tego, co wydarzy się w przyszłości.

     – Nie zapomnij o mnie do końca wieków.
     – Do końca wieków?
     – Bo moja miłość sięga głębiej niż jakakolwiek uraza.

(tamże)

5252. Z oazy (CCII)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Przypadek podsunął mi tę lekturę i dobrze mi ona zrobiła. To, co mi się przytrafiło w temacie bezdzietności w moim życiu, nie było omamem, zwidem czy przewidziało-ci-się-„gupia”-babo. Z jednej strony ulga — nie jestem prze­wra­żli­wio­na, nie jestem wa­riat­ką. Z drugiej bezgraniczny smutek, bo ni­by XXI wiek, a to niestety wciąż się dzie­je i ryje kobiece serca.

Społeczny aspekt bezdzietności przez lata, gdy można było próbować wywierać na mnie presję, zwiedziłam wszerz i wzdłuż, wzdłuż, wszerz i w poprzek niezliczoną licz­bę razy. Z tego czasu mam kilka blizn, dużą świadomość swoich pragnień i sporą moc osobistą. Tym, co wzięłam sobie z tej książki na tym poziomie dotyczy obser­wa­cji, że alergiczne zachowanie matek wobec bezdzietnych kobiet bierze się stąd, że te pierwsze traktują bezdzietność, z którą obnoszą się te bez pieluch i tornistrów pod pachą, jako środkowy palec wymierzony ma­cierzyństwu. Że niby moja bez­dziet­ność twojej dzietności wali graffiti w kolorze bezsensu na siedzibie naj­głęb­sze­go sensu ma­cierzyństwa? Mocne! Nie wymyśliłabym tego. Mogłabym się tego dowiedzieć, gdybym chociaż raz w całym swoim życiu została potraktowana jako partnerka do rozmowy, a nie jako fatum, przeciwnik życia na ziemii, a przynajmniej egoistka. Dlaczego opcja, że moja bez­dziet­ność jest mo­ja, a twoja dzietność jest twoja i obie żyjemy z konsekwencjami tych wy­bo­rów, była zbyt trudna do wybrania, nie­o­sią­gal­na jako konstrukt myślowy czy zwy­czaj­nie nie­możliwa? A może nie­spra­wie­dli­wo­ścią był fakt, że do pewnego momentu moja bez­dzietność była odwracalna, twoja dzietność była już na zawsze permanetna.

Relacyjny aspekt bezdzietności dosięgnął mnie po raz ostatni dwa lata z hakiem te­mu, miesiąc z haczykiem po śmierci Orzeszka. Biały Kruk, gdy upierałam się przy zde­cydowanie innej percepcji rzeczywistości rodzinnego życia, powiedział mi, że Orze­szek ostatnie piętnaście (!) lat swojego życia martwiła się, że my z Sadownikiem nie mamy dzieci. Ogarnęła mnie wtedy ślepa furia: że co?! kura prze wu! martwiła się?! po co!? wystarczyło nas, a przynajmniej mnie spytać! Tyle zmarnowanego czasu i ener­gii! Nie zmieściło mi się to w głowie.

Osobisty aspekt bezdzietności wzięłam pod lupę ostatnio dwa albo trzy miesiące te­mu, przyznając się nie tylko przed sobą, że są kobiety, które lubiłam, a których sku­tecz­nie unikam od czasu, gdy stały się matkami. Zastanawiałam się, o co chodzi? Przecież nie o matki per se, przyjaźnię się z kilkoma… Chwilkę zajęło mi klarowanie od­po­wie­dzi. Brzmi ona następująco: tak, nie znoszę, skreślam, odwra­cam się na pię­cie i vado via, znikam ze swojego życia wszystkie te kobiety, które są wyłącznie mat­ka­mi. Te, które pozbawiły swoje osoby jakiegokolwiek innego aspektu istnienia, uni­cestwiły wszystkie swoje pasje, ciekawości świata, osobiste pragnienia i cele dla la­to­rośli, które dobiegają właśnie trzydziestki. Nie po drodze mi z tak oka­le­czonymi Duszami i już.

To tyle w kategorii suplement do lektury wartej przeczytania, nim ktokolwiek będzie ci musiał na starość szklankę wody podawać.

Ta książka jest dla wszystkich kobiet, które codziennie dokonują wyborów. I dzielnie znoszą ich konsekwencje.

*

Pytanie „Dlaczego nie chcesz mieć dziecka?” nie jest sprawą wujka przy wigilijnym stole ani cioci na imieninach. Nie wywołuj bezdzietnych do odpowiedzi. Bo na to, co usłyszymy, możemy nie być przygotowani/ne.

*

Zdania, które słyszą osoby bezdzietne od „życzliwych” cioć, wujków, zna­jo­mych i nieznajomych, są podszyte samym złem: powątpiewaniem, za­wi­ścią, niechęcią, drwiną, jedną wielką pretensją. A przecież człowiek ma elementarne prawo decydować o swoim życiu. Artykuł 31 pol­skiej Konstytucji mówi, że: „Wolność człowieka podlega ochronie prawnej. Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wol­no zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje”. Na szczęście prawo (jeszcze) nie nakazuje kobietom rodzenia dzieci. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że jest to społecznie oczekiwane.

*

Społeczeństwo rości sobie prawo do kobiecego ciała. Nie wiem czemu – i w którym momencie – potencjał życia jest ważniejszy od życia, które już jest, ma dwadzieścia pięć, trzydzieści lat.
  // Renata

*

[Tatianą Ostaszewską-Mosak]  Mamy pewne oczywiste etapy: szkoła, part­ner, później solidny, długotrwały związek, dziecko…
[J.D.K.]  Takie bazy, które musimy zaliczyć?
[T.O.M.]  Dokładnie! Broń Boże, żeby one się pomieszały!
[J.D.K.]  Bo to rodzinom niszczy bezpieczny schemat?
[T.O.M.]  Chyba też. Tak naprawdę jesteśmy mniej postępowi, niż nam się wydaje.
[J.D.K.]  Co przez to rozumiesz?
[T.O.M.]  Lubię zawsze powiedzieć w takich sytuacjach o dwóch hie­rar­chiach wartości, które mamy. Jedna z nich to ta, o której mówimy: że je­steś­my tolerancyjni, empatyczni, lubimy pomagać i w ogóle same dobre rze­czy. Ale tak naprawdę to przez nasze zachowania i to, co mówimy i ro­bi­my, manifestuje się nasza prawdziwa hierarchia wartości. „Deklaratywnie to wiesz, córciu, ja szanuję wszystkie twoje wybory, ale jednak w nocy nie mogę z jakiegoś powodu spać, jednak trochę mnie męczy, że nie masz w tym wieku stałego partnera / że już masz tego partnera od pięciu lat, a nadal nie ma mowy o jakiejś stabilizacji, o dziecku”. Takie myśli i emocje są praw­dą o nas samych, a nie to, jak chcielibyśmy myśleć i czuć.

*

Zapytałem kiedyś moją znajomą, biegłą psycholożkę kliniczną i sądową, co by powiedziała, gdyby miała wziąć sto procent polskich rodziców i wska­zać, ile procent z nich potrafi wychować swoje dzieci naprawdę przy­zwo­i­cie. Odpowiedziała, że góra trzydzieści procent. – A te siedemdziesiąt? – Te siedemdziesiąt bym podzieliła na pół: trzydzieści pięć procent nie powinno mieć w ogóle dzieci, a pozostali powinni być natychmiast pozbawieni praw rodzicielskich. Jej zdaniem ewolucja wychowania dzieci w Polsce na prze­strze­ni ostatnich trzydziestu lat wygląda tak: najpierw dzieci wy­cho­wy­wa­no, potem chowano, a teraz się hoduje.
  // Jacek Tulimowski

*

Jest tysiąc przyczyn, dla których nie chcę mieć dzieci, a nie potrafię znaleźć żadnej, dla której chciałabym je mieć. […]  Mam wrażenie, że moja rodzina powątpiewa w moją decyzję. Podważają mój wybór. To nie fair.
  // Zofia

*

Bardzo wiele ludzi ma przekonanie, że rodzina jest najważniejsza. Nie­waż­ne jaka, jak bardzo patologiczna, jak fatalnie traktująca swoich członków i nieodpowiedzialna. Koszmarne założenie. O wiele bardziej jestem przy­wią­za­na do idei rodziny jako ludzi, których wybieramy w życiu, bo możemy na nich polegać, bo możemy przy nich być sobą, wzajemnie sobie ufać, bo jesteśmy dla siebie wtedy, kiedy się potrzebujemy.
  // Renata

*

Rodzina z wyboru nie kwestionuje wagi rodziny, której sobie nie wybrałaś. Z tą rodziną możesz nadal mieć bliskie więzi, które będziesz pielęgnować.
  // Angelika Kucińska

*

Opowieść o dobrowolnej, świadomej bezdzietności nie jest opowieścią o tym, że macierzyństwo nie jest spoko. Ja sobie tak wybrałam i tak chcę mieć, a ty sobie wybrałaś inaczej i mam nadzieję, że jest ci dobrze z tym wyborem. Mnie z moim jest świetnie. Tyle.
  // Angelika Kucińska

*

Dzieci to wybór, który cię wiąże do końca. Z każdym innym wyborem możesz sobie trochę pobyć i w razie czego zrezygnować.
  // Edyta Broda

*

Jedna czuje, że chce dziecka, a druga absolutnie nie i nie ma w tym nic dziw­ne­go, nic nienormalnego. Ale nie! Nie możemy się naturalnie czuć, bo jest instynkt macierzyński, który nas obliguje do czegoś! […]  Kobiety strasznie go bronią, chociaż historycznie rzecz ujmując, został wymyślony przeciwko kobietom. Może to dlatego, że instynkt bywa też wygodnym na­rzę­dziem do zrzucania z siebie odpowiedzialności. Ten mityczny instynkt macierzyński zwalnia z myślenia o tym, dlaczego chcemy mieć dzieci. Czy na pewno chcemy je mieć. Poza tym nadaje decyzji o macierzyństwie moc, »uprawomocnia ją«. Trochę jak »wola Boża« u osób wierzących. Bóg tak chciał i już. Instynkt przemówił, więc ja już nie mam nic do gadania. Ale to znowu konstrukcja psychologiczna, a nie biologiczna potrzeba. Instynktu, który sprawia, że każda kobieta jest powołana do rodzenia dzieci i opiekowania się nimi – nie ma.
  // Edyta Broda

*

Losu nie należy zbytnio mitologizować, myślę jednak, że nie warto z nim też zbytnio zadzierać, jeśli podpowiedzi, które ma dla nas, tak bardzo z nami rezonują.

*

[…]  jeśli coś dla ciebie nie jest super i czegoś absolutnie nie chcesz, nawet nie pomyślałeś, że możesz tego chcieć, to wtedy tego nie brakuje. […]  Wiele razy przekonałam się, że podobne dyskusje nie mają sensu. Jeśli ktoś za­czy­na mówić do ciebie stereotypami, to żaden twój argument tego nie zmieni. Trzymam się zasady, że kiedy rozmawiasz z człowiekiem i widzisz, że za­czy­na się robić gorąco, to nie ma co zmieniać człowieka, trzeba zmie­nić sy­tu­a­cję. Można to zrobić choćby w ten sposób, że się odwrócisz na pięcie i sobie pójdziesz.
  // Edyta Broda

*

Chciałabym, żeby pytanie kogokolwiek o posiadanie lub nieposiadanie dzie­ci odeszło do lamusa, żeby ludzie zrozumieli, że nieważne, czy to jest moja decyzja, czy splot tragicznych sytuacji – nie ma tematu. Ktoś bardzo chciał dziecko, ale nigdy w życiu nie spotkał osoby odpowiedniej do tego, żeby z nią to dziecko mieć. Takie przypadki też są! Czyż nie jest niezręczne wy­wo­ły­wa­nie kogoś takiego do odpowiedzi? Przestańmy pytać! Bo dla jed­nych to będzie moment na ciętą ripostę, ale ktoś inny wróci do domu i się załamie, bo pytanie o macierzyństwo przywoła wszystkie naj­gor­sze wspo­mnie­nia. Nie można ludziom grzebać w ranach.
  // Renata

*

Widziałam niedawno mem, na którym ktoś mówi do dziecka, żeby po­ca­ło­wa­ło babcię, bo jej będzie przykro, a dziecko odpowiada: »Babcia jest do­ro­sła i poradzi sobie ze swoimi emocjami«. Nie mam dy­le­ma­tów do­ty­czą­cych »szklanki wody na starość«. Jestem tu i teraz. To trochę tak jak w związ­kach – niby szukamy kogoś na całe życie, ale ja wierzę, że w życiu jesteśmy dla siebie w danym momencie na jakiś czas. I nie ma w tym nic złego.
  // Agnieszka Szwajgier

*

Ludzie nie boją się stawiać na tak zwaną rodzinę z wyboru.

*

To nasz wybór, żaden nakaz.
     I – jak napisała Rebecca Solnit – nie jesteśmy zobligowane do odpo­wia­da­nia na wszystkie pytania, które są nam zadawane. Nie musimy de­fi­nio­wać się przez dziecko ani męża.
     Jesteśmy pełnowartościowe. Bez przypisów, errat i didaskaliów.

*

Każda kobieta ma swój czas i swoje decyzje.
  // Angelika Kucińska

Justyna Dżbik-Kluge, Bezdzietne z wyboru,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2023.

Zapewniam panią, że jako cywilizacja mamy dużo po­waż­niej­szych pro­ble­mów niż to, że wyginiemy z powodu decyzji kobiet. Mamy galopujące zmia­ny klimatyczne, które naprawdę nam dadzą popalić, i to dosłownie! […]  Cała dyskusja w przestrzeni publicznej, presja wy­wie­ra­na na kobiety, za­chę­ca­nie ich do rodzenia, bo nie będzie miał na nas kto pracować w przy­szło­ści – przynosi od­wrot­ny efekt. Dlaczego nikt nie zauważa w tej sytuacji prostego ciągu przyczynowo-skutkowego? Te dzieci, któ­re się urodzą, trze­ba wyedukować, otoczyć opieką zdro­wot­ną, zaczną na nas pracować za trzydzieści lat, a nie­wydolny system emerytalny mamy tu i teraz.
  // prof. Monika Mynarska

(tamże)

5251. Z oazy (CCI)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Znalazła mnie ta książka. Skusiłam się z powodu tytułowego gatunku jabłek, z powodu sadu. Trochę poezja prozą na­pi­sana. Trochę obserwacji polskiego czasu po transformcji lat dziewięć­dzie­sią­tych, błyskotliwie i wy­jąt­kowo w punkt podanych, bez choćby jednego zbędnego sło­wa. To drobiazg książkowy o bardzo specjalnym momencie kobiecego życia, gdy wszyst­ko, co do tej pory było najważniejsze, jest już niemożliwe. O tej chwili, co potrafi trwać mie­sią­ca­mi lub latami, gdy nie wierzymy jeszcze, że to, co najlepsze, wciąż jest przed nami. Dobra jest, ale nie polecam na czytanie w listopad-opad-u czas.

Znajduję drzewo, które będę najbardziej lubić, tak postanawiam. Gałęzie starej renety układają mi się nad głową w parasol, w dach. W kępie trawy obok spotykam dwa jeże, z pyska jednego z nich wystają wierzgające od­nó­ża. Przez ile lat uczono mnie o jeżach w sadzie? Przez ile kolejnych mu­sia­łam wy­ga­niać z głowy obrazki połówek jabłka na kolcach? Co to znaczy, że uczysz się czegoś od zera? Gdzie to zero? Ile razy da się wykonać taką sztucz­kę? Ilu byłych kochanków idzie ze mną do łóżka, kiedy tam trafiam z kimś nowym? I jakie to są właściwie liczby: skończone?

*

Jest piąta rano, do kuchni szłam niemal całą noc, od chwili, w któ­rej stało się jasne, że póki co nie potrafię spać w jednym pokoju z taką ilo­ścią kol­cza­stych roślin.

*

[…]  przyszłam, bo takie jest życie, bo zapomina się przecież nie po nic, a po coś, bo wszystko, to też, niech mi się liczy od zera, przyszłam, żeby zacząć i jeszcze dlatego, że trzeba gdzieś chodzić, takie jest życie, bo ani czas, który spędziłam gdzie indziej, ani wszystko, co udało mi się zobaczyć i zrobić, ra­czej nie pomogą mi utrzymać się na powierzchni, a skoro tak, to przy­szłam, żeby się czegoś chwycić i trzymać, trzymać tak długo, jak tylko się da, aż roz­bolą mnie dłonie.

*

I potem może być potem już zawsze, choć zawsze raczej nie ma, wiadomo. Nie mam pewności, czy się udało, czy jestem dostatecznie zachęcająca, z wierzchu gładka, czy wystarczająco solennie zapomniałam, co było ko­niecz­ne do zapomnienia, żeby udało mi się znów zacząć od zera.

*

     – No wiesz, jak to na początku – mówię i przychodzą mi do głowy wszystkie początki, wszystkie, które kiedykolwiek drżały mi przed oczami […].

*

     – Normalnie, jak zawsze… Dopiero się rozglądam i wiesz, jeszcze nie czu­ję się pewnie, ale z drugiej strony początki to może jedyne, na czym na­prawdę się znam. – Śmieję się i dziwi mnie, że się śmieję.

*

Szłam długo, żeby rzeczy miały okazję i czas się wydarzyć, ale nie skorzystały.

*

Kiedy zanurzam dłonie w pierwszej mięsistej kałuży tkanin, myślę o noz­drzach zebry, których dotykałam kiedyś, mijając ręką pręty ogrodzenia. W ogrodzie zoologicznym była wiosna, wiedziałam, że zebr nie powinno się karmić chrupkami kukurydzianymi, że to dla nich niezdrowe i bardzo tu­czą­ce, więc z drugiego końca ogrodu przynosiłam tej jednej, która pod­cho­dzi­ła najbliżej, kępki dopiero co wyrosłej, bladozielonej trawy, chodź do mnie, mówiłam, jakby szło o osobę, którą wtedy byłam, nie o roślinność, którą trzymałam w dłoniach, chodź do mnie, i ona przychodziła, wciskała głowę między pręty, wyciągała ją w moim kierunku i zajęta gryzieniem dawała mi dotknąć czarnego nosa, trochę gładkiego, trochę wilgotnego, jak żywy aksamit, jak wodorost wyciągnięty na brzeg.
     Od czasu do czasu zerkam na innych. Oni też są raczej nie tu, raczej w miej­scach z przeszłości, w których zdawało im się, że ma­ją rę­ce pełne cze­goś, że między palcami przepływają im czyjeś włosy.

*

Nasze CV nie chcą się zmieścić na trzech stronach znormalizowanego ma­szy­no­pi­su, bo przez lata pracowaliśmy za to, żeby móc coś tam wpisać.

*

     – Górnicy, Mira. Ci są w stanie uzyskać wszystko od wszystkich. – Za­wie­sił wtedy głos, przez chwilę czekał na mnie, podjął dopiero, kiedy zo­rien­to­wał się, że nie zamierzam dołączyć. – To jest, Mira, proste. Chodzi o siłę, tylko o nią. No, sama powiedz, komu chciałabyś skuteczniej zamknąć twarz – kulturalnemu człowiekowi z dowcipnym transparentem czy komuś, kto bluzga i napierdala ci pod oknem w wuwuzelę?

*

– Chodzi tylko o to, żeby to zrobić w odpowiednim mo­men­cie, Mira. – Robert ma przy sobie każdą pewność, o któ­rej zdołałam kiedykolwiek pomyśleć.

*

[…]  nauczono nas, że sojusze są tylko na chwilę, że należy z nich korzystać w ograniczonym zakresie, robić tak, żeby zaraz potem można się było z nich wydłubać, […]  dobywaliśmy każdą naj­bzdur­niej­szą umiejętność z impetem, […]  proszę bardzo, reiki, masaż klasyczny, księgowość w podstawowym za­kre­sie, kurwa, nasze podania o kolejne po­sa­dy po wielokroć opasałyby zie­mię, to nami się robi projekty, to nami się autsorsuje, to do nas spływa śred­nio trzydzieści osiem pitów, a imię każdego z nich to czterysta czter­dzie­ści i cztery, to my, każde samo, ciągle robimy to dzieło i jesteśmy śmier­tel­nie zmęczeni.

*

Nie mam pewności, nie ma mnie tyle, żebym mogła ją mieć.

*

     – Przecież możemy też zmienić zawód, gdyby to się stało całkiem nie do wytrzymania – mówiłam, a on łapał niepewność, która wytrącała się z mo­je­go głosu, brał ją w ręce i pieścił.
     – Tak? A z jakiego na jaki? I skąd będziesz wiedziała, że to już?
     – Co: już?
     – Już nie do wytrzymania.

*

Łykaliśmy kiedyś bardzo wiele, bardzo wiele braliśmy do siebie, praw­da? Do środka, do środka, pamiętasz? Ale i tak, jak by to powiedzieć, nic się nam nie zgadzało. Mam na myśli środek i wierzch, rozumiesz, wnętrze z ze­wnętrzem.

*

     – Ale wiesz, że nas potem zamkną?
     Nabieram wina w usta, nic nowego się nie okazuje.
     – Wiem. W końcu będzie można wstawać i kłaść się o stałej porze.

*

     – Rozumiem. – Co się robi z lekką urazą, jeśli akurat nie ma się do dyspozycji twarzy?

*

Już dawno powinnam wejść do środka […]. Tymczasem sinieją mi usta, bo od dawna oparta o swoje drzewo, gapię się przez ciemne na dom. […]  teraz chłodne powietrze kołysze mną razem z drzewem.

Barbara Klicka, Reneta,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

Samo tylko stawanie na starcie, nawet podniesione do potęg, słabo się opowiada.

*

Wróć w to miejsce, z którego przed chwilą ruszyłaś, myślę, to nietrudne na szybko znów zrobić w sobie ten ranek […].

*

Przygląda mi się, ja tylko na niego patrzę.

(tamże)

5250. Czekariat (LIX)



Kaan, fragmenty.

Dzięki Tobie mogę przyglądać się rzeczom, których już albo jeszcze nie wi­działam, dzięki Tobie czasem przypominam so­bie, czym jest ciepły spokój, małe nadzieje na krótkich dystansach.

Barbara Klicka, Reneta,
W.A.B., Warszawa 2023.

5249. Zamieniając ziarnka piasku w perły (II)

zamiast stać na brzegu rzeki
i pytać o temperaturę wody,
wejdź do niej i sprawdź.
KD • Teacher
gdy będziesz TO robić,
TO się zmieni.
*
w terapii działa tylko to,
co jest prawdziwe.

5248. [Uparta] Kromeczka (XXI)

Nim nadciągnie zima. Nim jedyne, o co będzie mi chodzić w życiu, to by dotrwać do wiosny. Pasę wzrok upartą, która ma niesamowity widok na świat.

Kromeczki to kromeczki, uparte to uparte, ale uparta kromeczka tra­fi­ła mi się po raz pierwszy!


fot. Saxifraga, fragment.

Czekanie jest trudne, ale odnawia naszą siłę. […]  Kiedy poddajemy się nakazowi czekania, pozwalamy, by zmiany pojawiały się w nas bez nie­cierpliwości czy walki.

*

Gdy zaczynamy upraszczać i pozbywać się bałaganu, czy składa się on z pragnień, czy z przedmiotów i krzątaniny, która wypełnia całą prze­strzeń – odzyskujemy zmysłowość.

bell hooks, Wszystko o miłości. Nowe wizje,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz, Filtry, Warszawa 2023.

sobota, listopada 04, 2023

5247. 308/365

     — nie kry­tykuj nałogowo, choć cię polskie obywatelstwo do tego zobowiązuje, ponieważ robiąc to, odcinasz się od swo­je­go do­świad­cze­nia; od możliwości, które właśnie próbują się wy­ło­nić; od szans, które w tej chwili się tworzą; od okazji, która te­raz, w tym mo­men­cie ci się przy­trafiła.
     — poważnie?
     — śmiertelnie!

308/365

czwartek, listopada 02, 2023

(5244+2). Kudłate Zaduszki

Odejścia są kolejnym krokiem w rozwoju
każdej istoty. Czy się kiedyś spotkamy?
Nie wiem. Może nigdy się nie rozdzielamy
.
Duch Leona, [dostęp 1.10.2023], źródło.
🐾🐾

środa, listopada 01, 2023

(5244+1). Światełek czas

Jedno światełko zapalił Sadownik ode mnie Lekarzowi Kobiet, który zawsze pu­blicz­nie stał po stronie rozumu, nauki i serca.

Dwa światełka zapalił Sadownik w swoim imieniu Generałowi i Poecie.

Trzy światełka zapalił Sadownik w moim i Twoim imieniu, Biały Kruku: Żegla­rzo­wi, Profesorowi i Współojcu Dziadka Jacka, którego uwielbialiśmy.

Pierwszy raz od czterech miesięcy byłam na dworze bez żadnego medycznego po­wo­du. Choć w tłumie, to jednocześnie w pięknym słońcu spędziliśmy z Sa­do­wni­kiem, wy­peł­nio­ne wspaniałymi wspomnieniami, dwie godziny.




Zawsze rozmawialiśmy o naszych zmarłych, ale te­raz rozmawiamy częściej, zawsze są z nami. […]  Życie z nimi nie może ustać tylko dlatego, że umarli.

Zsuzsa Bánk, Śmierć przychodzi nawet latem,
przeł. Elżbieta Kalinowska, Czarne, Wołowiec 2023.
(wyrożnienie własne)

*

Johannes Brahms, Sechs Klavierstücke op. 118,
Intermezzo A-dur, Arcadi Volodos (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #18.

5244. —

Te filiżanki. Niby puste, pełne są znaczeń i wspo­mnień. Wiele lat temu Biały Kruk wygrał je w radiowym kon­kur­sie. Dwa lata z du­żym hakiem temu wystawił je na licytację, jed­ną z wielu, z któ­rych dochód przekazany był na moją reha­bi­li­ta­cję. Wygra­ła je, bo miała swoje ważkie po­wo­dy, dla których bardzo chcia­ła te fi­li­żanki mieć.

Dziś rano zapaliła światełko, zrobiła cyk, przysłała mi zdjęcie i spła­ka­ła mnie wdzięcznością.

Kilka, Tobie i mi bardzo życzliwych, Osób myślało dziś o Tobie, Biały Kruku. To może Scott? Scott!


Gepardzica.

Scott Joplin, Bethena,
Alessandro Simonetto (fortepian).
White Raven’s Liked List

Kochać to […]  pozwolić, by dotknął nas smutek, nawet taki, który nie ma końca. Sposób, w jaki przeżywamy żałobę, za­le­ży od tego, czy znamy miłość.

bell hooks, Wszystko o miłości. Nowe wizje,
przeł. Karolina Iwaszkiewicz, Filtry, Warszawa 2023.

wtorek, października 31, 2023

poniedziałek, października 30, 2023

5242. Z oazy (CC)

Nie­dzielne odliczanie literek, pięć, anektujące sprawnie poniedziałek, bo zająknąć się na temat tej książki było mi bardzo trudno — nie spojlerować; nie napisać, co się myślało na temat tego czy tamtego bohatera, a myślało się źle, bardzo źle!

Dawno żadna powieść nie trzymała mnie w tak dużym napięciu. Kibicowałam, trzy­ma­łam kciuki, miałam chwilami zaciśnięte pięści. Zdaje się, że moja nie naj­ła­twiej­sza relacja z beletrestyką znacząco się ociepliła. Przeczytałam tę książkę w tempie, w jakim czytam dobre reportaże, migiem.

Byłoby miło, gdyby słowa umiały określić wszystko, opowiedzieć to, co się czuje, ale tak nie jest, słowa są kalekie, połamane, walą między oczy albo zatrzymują się w pół drogi. Czasem łatwiej jest nic nie mówić i tym razem tak właśnie jest najlepiej, jakby słowa mogły naruszyć tę chwilę.

*

     – Zaradzimy? – pyta mężczyzna, który nagle zdaje się być zupełnie bezbronny.

*

     – Zostaw to! Co ci mówiłem? – Słyszy za plecami. Odruchowo się od­wraca.
     Jakiś ojciec wprowadza w życie regułę rodzicielstwa wściekłości. Od­cią­ga syna, może sześcioletniego, od półki z flamastrami i kredkami, Hanka wysyła dzieciakowi współczujące spojrzenie. Nie wszyscy dorośli są tacy, naprawdę.

*

Marianna uśmiecha się krzywo. Dziwnie, że ludzie widzą, kiedy czuje się średnio; z drugiej strony ktoś przygląda się jej wystarczająco uważnie, żeby to zauważyć. Ktoś ją widzi, więc istnieje, naprawdę jest.

*

Wydawało jej się, że pamięta dzień, w którym się urodził, ale wszyscy mó­wią, że to niemożliwe. Miała wtedy trochę ponad trzy lata. Pamięta ner­wo­wą bieganinę, w której nikt nie zwracał na nią uwagi, nagłą sa­mo­tność. Kto się nią wtedy zajął? Tego nie może sobie przypomnieć.
     Pamięta za to, że próbowała nie zasnąć, żeby nie umknęła jej chwila, kie­dy mama wróci do domu. Z bratem. […]
     Rodzice wrócili, ale zamiast obiecanego brata mieli ze sobą larwę. Jaka zabawa? Jakie towarzystwo? Larwa nie mówiła, nie chodziła, nie potrafiła się bawić i co chwilę wrzeszczała. […]
     W końcu zapytała:
     – Czy można go jeszcze oddać?

*

Na stole trudno znaleźć kawałek wolnego miejsca. Wszystko odkłada się tu jak kolejne warstwy geologiczne Ziemi.

*

Tuż obok nich, za ścianą, cały blok, dwadzieścia sześć mieszkań na trzy­na­stu piętrach, wzdycha, wierci się i szuka wygodnej pozycji. W rurach bul­go­cze woda, trzaskają drzwi. Ktoś idzie spać, ktoś inny dopiero wstaje. Skom­pli­ko­wana blokowa geometria, ułamki, osie, metry kwadratowe.
     – Dwadzieścia sześć mieszkań na trzynastu piętrach – mówi Hanka. – Ile to mieszkań na piętrze?
     Kuba patrzy na nią zirytowany.
     – Mamo, nie jestem idiotą. Po prostu nie lubię matmy.
     Hanka przygryza dolną wargę. Próbuje jeszcze raz:
     – A jeśli w każdym mieszkaniu mieszka cztery i pół osoby? To ile mamy mieszkańców?
     – Cztery i pół osoby mieszka u nas – odpowiada Kuba. – Jeśli liczymy psa. Ale przecież sąsiadka z piętra mieszka sama.
     – Dlatego dodałam tę połówkę. Nie na psa, ale żeby wyliczyć średnią.
     – Sąsiadka jest połówką?

*

Pies wyczuwa nadejście burzy, zanim na niebie pojawi się pierwsza ciemna chmura. Wystarczy naelektryzowane powietrze i spadek ciśnienia, a kła­dzie uszy po sobie, ślini się i chowa w bezpieczne miejsce – w kabinie prysz­ni­ca, pod łóżkiem, czasem w szafie.
     Człowiek nie jest tak spostrzegawczy ani przezorny. Po pierwsze – jego zmysły nie są tak wyostrzone. Ale też ignoruje znaki, nie chce wierzyć in­tu­i­cji. Pioruny muszą zacząć uderzać tuż obok niego, żeby zorientował się, że coś jest nie tak.
     Frajda jest niespokojna, zatrzymuje się i rozgląda na boki. Patrzy smut­no na Mariannę, jakby chciała powiedzieć: „Stara, nie widzisz? Coś się kroi”.
     – Cicho, cicho. Jest w porządku.

*

Kiedy czesała splątane futro spanielki Lejdi, zrozumiała, że na ludziach nie­ko­niecznie można polegać. Lejdi nie pomógł ani rodowód, ani mądre spoj­rze­nie. Trochę wyrywała się na spacerach. Ale czy trzeba być idealnym, żeby zasłużyć na miłość?

*

Łatwo zapomnieć o czarnym kocie, rozbitym lustrze, niekorzystnym ho­ro­sko­pie. Chyba że stanie się coś złego. Wtedy człowiek w poszukiwaniu zna­ków odtwarza ciąg wydarzeń.

*

Pies zyskuje w oczach człowieka, kiedy potrafi wykonać komendę. […]
Z dzieć­mi jest odwrotnie. Zyskują uznanie, jeśli potrafią zamknąć buzię i nie wydawać żadnych dźwięków. Im dłużej, tym lepiej. Jakie grzeczne dziecko! Potrafi się zająć sobą. Nie przeszkadza.
     Marianna zastanawia się nad tym przed zaśnięciem. Dzieci i zwierzęta są tylko dodatkiem do życia prawdziwych ludzi, dorosłych. Muszą iść szyb­ciej, zachowywać się grzeczniej, dopasowywać się do błyskawicznie zmie­nia­ją­cych się wymagań. Już dawno zauważyła, że ludzie zwracają się ład­niej do swoich psów niż do dzieci. Może dlatego, że wobec zwierząt mają mniejsze wymagania? Zatem złe traktowanie jest tak naprawdę wyrazem tego, że im zależy.
     Nie mieści jej się to w głowie.
     Rozstanie z rodzicami wydaje się Mariannie do przełknięcia. […]
     Z Frajdą to zupełnie inna sprawa.

*

Mama się wściekła, kiedy Kuba na pytanie nauczycielki: „Kim jest twoja ma­musia?” odpowiedział: „Nikim”.
     – Chodziło mi o to, że nie jesteś pielęgniarką ani sprzedawczynią, jak in­ne mamusie – płakał, kiedy mama na niego krzyczała. Marianna nau­czy­ła się, by zawsze podkreślać to, jak bardzo mama jest zajęta. Nieodpłatna pra­ca w domu, do tego zlecenia, oczywiście, ciężkie obowiązki. Wymieniała to wszystko bez wielkiego przekonania. Dlaczego mama nie robiła praw­dzi­wej kariery? Marianna będzie co najmniej prezeską jakiejś firmy. Mama nie mia­ła takich ambicji, trudno. Na starość ją utrzyma.

*

To mamie od zawsze zależało, żeby Marianna grała w siatkówkę. Swe­go cza­su mama była bardzo dobra i chyba trochę żałowała, że nie udało jej się zrobić kariery w tym sporcie. Marianna wiedziała, co to znaczy. Mama uro­dzi­ła ją i Kubę i w ten sposób wykluczyła się z kadry wojewódzkiej, a mo­że i krajowej. Zdaniem Marianny zrobiła dobrze – co innego mo­gła­by teraz robić kobieta w jej wieku bez dzieci.

*

Marianna już dawno przestała szukać logiki w tym, gdzie znajduje różne przedmioty.

*

Dzwoniący telefon jest jak strup na kolanie, nie wytrzyma, po pro­stu musi go rozdrapać, żeby zobaczyć, co jest pod spodem. O! Krew? Na­prawdę?

*

Czuje, jakby świat przestał nagle funkcjonować w sposób, do jakiego się przyzwyczaiła.

*

I kiedy rozwodzący się klient, szpakowaty pan, który wydawał się Alicji strasznie stary, zostawił numer telefonu i dodał: „To specjalnie dla pani, nie dla kancelarii”.
     Wyrzuciła tę wizytówkę, śmiejąc się z tupetu „starca”. Ile mógł mieć lat? Czterdzieści?

*

     – Nie.
     Tego się nie spodziewał. Trochę stracił impet.
     – Ale co konkretnie nie? Bo tak jakby kilka spraw omawiamy. – Potarł czoło otwartą dłonią.

*

Myśli Alicji nie pędzą wcale do przodu, choć tak byłoby najmądrzej, mo­gła­by coś zaplanować, ułożyć sobie to, czego ułożyć chyba nie sposób. Myśli oglądają się za siebie. To nie są przyjemne obrazki, chciałoby się zamknąć oczy, ale to nic nie daje.

*

Im Alicja była starsza, tym łatwiej jej było uwierzyć, że matkę i dzieci łączy magiczna więź. Matka WIE, matka ROZUMIE.
     – A nie, to tylko patriarchat chce, żebyś w to wierzyła – śmiała się Hanka, wyprowadzając Alicję z równowagi.

*

Słowa same wypływają z ust Alicji. Jej myśli płyną obok. Mówi, a jed­no­cześ­nie zastanawia się, jak wiele może wypowiedzieć, nie mówiąc niczego istotnego, niczego, co dotknie sedna tego, co właśnie przeżywa.

*

Marianna sięga dłonią pod stół. Mokry nos, potem liźnięcie w kolano. Język Frajdy jest ciepły i gładki.

*

Dni po końcu świata zaczynają się jak wszystkie inne.
     […]
     Dni po końcu świata różnią się od wszystkich innych dni. […]
     Jutro, jutro. Jutro będą musieli zdecydować, co dalej. Jutro muszą po­roz­ma­wiać, ustalić, posprzątać, załatać, zagarnąć, zebrać, wykrzyczeć, zro­zu­mieć. Jutro.
     Na razie jest dziś. Dzień po końcu świata, trzeba wstać i zrobić śniadanie.

Natalia Szostak, Zguba,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2023.

Gdy w 1968 r. wojska Układu Warszawskiego wkra­cza­ły do Czechosłowacji, na Morawach krążył pe­wien do­wcip: kiedy Rudy 102 wraz z Szarikiem do­jeż­dżał do gra­nicy polsko-czechosłowackiej, pies zaczął strasznie szczekać. Załoga zatrzymała pojazd, Szarik wyskoczył i mówi: „Panowie, ja nie mogę, ja jestem psem, nie świnią”.

(tamże)

5241. Z oazy (CXCIX)  //  Panna cotta (CX)

Nie­dzielne odliczanie literek, cztery, anektujące sprawnie poniedziałek. Wiedzia­łam! Byłam pewna, że to się stanie wcześnej lub później. No i stało się, w paź­dzier­ni­ku kupiłam dwie, a nie jedną książkę z włoskimi literkami.

Nie mogłam się po­wstrzy­mać z dwóch powodów. Po pierwsze, wilk jest, coccodrillo też, serce samo się rwało! Utrzymałabym się w pionie i w ryzach, daję słowo, ale na­wet wewnętrzny książ­ko­skner, uparł się widzieć okoliczności jako okazję, a nie fol­go­wa­nie sobie: kiedy ostatni raz kupiłaś sobie włoską książeczkę za trzydzieści złotych, no kiedy? No właśnie!

Optymista skomentuje to tak: ta książeczka to realizacja listopadowego deputatu na włoską literaturę dziecięcą, wyprzedzająca nieznacznie kalendarz. A pesymista bę­dzie grzmiał: zła­mała regułę, którą sama wprowadziła. Jedno jest pewne, dawno tak dobrze się nie bawiłam. Czyż nie jest obłędnie fantastycznym, dowiedzieć się, że sło­wa w dosłownym tłumaczeniu oznaczające fortepian ogoniasty, to po prostu for­te­pian koncertowy? O krokodylu i wilku nie wspominając. No i o mocy dziewczyńskiej niezgody, żeby nie powiedzieć wprost: wkurwu. A Pan Słoń? Rozbił bank!

Cappuccetto Rosso è molto fiera
del suo nuovo palloncino rosso.
«Perché non vai a mostrarlo alla nonna?»
le dice la mamma. «Sarà contenta di vederti,
e salutala da parte mia.»
[Czerwony Kapturek jest bardzo dumna / ze swojego nowego czerwonego balonika.
     — Może pójdziesz i pokażesz go babci? — zapytała mama. — Będzie zadowolona, że cię widzi / i pozdrowisz ją ode mnie.]

*

La bambina si addentra nel bosco
e comincia a canticchiare allegramente:

«Passeggio nel bosco...

Ehi!
Chi sta arrivando di corsa?
Una volpe?
Un autobus?
Una locomotiva?»
[Dziewczynka wchodzi w las / i zaczyna nucić wesoło: / Idę przez las
Ech! / Kto się zbliża w pośpiechu? / Lisica? / Autobus? / Ciuchcia?]


[     — Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa… / Ostrożnie dziewczynko, / przepuść mistrza — krzyczy Lew]

*

«D’accrdo, allora io continuo:

Passeggio nel bosco
mentre il lupo non c’è
...

Oh!
Chi va là?
Un cinghiale?
Un armadio?
Un triceratopo?»
[   — Dobra, w takim razie nucę jeszcze raz:
Idę przez las / gdy nie ma tu Wilka… / Och! / Kto tam idzie? / Dzik? / Szafa? / Triceratops?]


[    — Dzień dobry, panienko. / Nie depcz kwiatów, proszę. / Właśnie zbieram je na bukie­cik / dla mojej Myszki / — mówi Słoń.]

*

Ma...?
E quella che cos’è?
Una farfalla?
Una cattedrale?
La torre Eiffel?
[Ale…? / A to, co to? / Motyl? / Katedra? / Wieża Eiffla?]


[    — Nie, nie, proszę, / żadnych zdjęć! / — mówi Żyrafa. / — Jestem tu „in koguto”, znikam.]

*

Che cosa c’è qui?
Un cavallo?
Un pianoforte a coda?
Un’astronave?
[Tutaj, co to jest? / Koń? / Fortepian koncertowy? / Statek kosmiczny?]


[    — Psss! Nie hałasuj! / Chowam się tu w okolicy / od trzech nocy i trzech dni… / — szepcze Nosorożec.]

*

Aiuto!
Una boccaccia piena di denti!
È lui!
È il luuu...
È il fuuup...
Accidenti...
[Pomocy! / Paszcza pełna zębów! / To ten on! / To tee… / To filk… / Cholera…]


[    — Cześć, maleńka! / Nie chciałem cię wystraszyć, / wybacz mi, / ja tylko zmierzam nad morze — / mówi Krokodyl do dziewczynki, / podając balonik.]

*

«D’accordo, allora io continuo:

Passeggio nel bosco
mentre il lupo no c’è,
perché io lo conosco
e mi mangerebbe senza un perché.
Dalla nonna devo andare
e non voglio farmi mangiare!
Lupo, lupo dove sei?
»
[   — Dobra, w takim razie nucę jeszcze raz:
Idę przez las / gdy nie ma tu Wilka / ponieważ znam go / i zjadłby mnie bez powodu. / Do babci muszę iść i nie chcę być pożarta! / Wilku, Wilku, gdzie jesteś?]


[   — Oto ja! Jestem tu! / — mówi Wilk patrząc z daleka. / — Żadnego myśliwego w pobliżu! / Tylko ty i ja… W końcu cię zjem, / piękna dziewczynko — dodaje Wilk / z cieknącą już ślinką.]

*

[Po tych słowach / Wilk rzuca się na Czerwonego Kapturka.]

*



[    — Mój balonik…]



[    — Chcę odzyskać mój balonik!]

Mario Ramos, Il mio palloncino,
przeł z j. francuskiego Tanguy Babled,
Bababum di Babalibri, Milano 2019.

*