środa, listopada 18, 2020

4025. 323/366

     — słuchać, wierzyć i stosować. mam to prze­stu­dio­wa­ne, przemyślane i poparte własnym doświadczeniem.
     — koń by się uśmiał, księżniczko, koń by się uśmiał…

323/366

4024. Dwa pozytywne minusy

Pan Ciasteczko:
(dostał wynik covid-testu)
Negatywny.

Biały Kruk:
(napisał)
Pani mnie dzisiaj usiłowała
wyprosić ze sklepu
z powodu zbyt niepoważnego wieku…

[godziny dla seniorów: 10.00–12.00]

wtorek, listopada 17, 2020

4023. 322/366

gdy krzyczą** dobro narodu*, pamiętaj, że chodzi o krzywdę czło­wieka. gdy krzyczą ho­nor* lub religia*, pamiętaj, że chodzi wy­łącz­nie o krzyw­dę człowieka. pomyśl, od ciebie do tego czło­wie­ka ma­ksy­mal­nie pięć uścisków dłoni.

322/366

 ___________
  * Bóg, Honor, Ojczyzna odczytane na nowo pod koniec pierw­sze­go dwudziestolecia XXI wieku.

  ** zrezygno­wa­łam jakiś czas temu na stałe z publicystyki oraz wiadomości z kraju i ze świata; jeśli w  tym czasie zdarzył się cud i zielone literki są już nieaktualne, to przepraszam i pro­szę, by dać mi o tym znać.

poniedziałek, listopada 16, 2020

4022. 321/366

już to wiem. oddech i miłość — tylko to się liczy. reszta to światełka bożonarodzeniowe w letni parny wieczór.

321/366

     – Owszem, człowiek jest śmiertelny, ale to jeszcze pół bie­dy. Najgorsze, że to, że jest śmiertelny, okazuje się nie­spo­dzie­wa­nie, w tym właśnie sęk! Nikt nie może prze­wi­dzieć, co bę­dzie ro­bił dzisiejszego wieczora.

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata,
przeł. Irena Lewandowska, Witold Dąbrowski,
Agora, Warszawa 2012.

[suplement pikselowy: 13.05.2021]

piątek, listopada 13, 2020

4021. 318/366

życie zaprasza mnie do siebie. niezmiennie. codziennie.

318/366

_____________
potencjał podwójnego znaczenia pierwszego zdania docenił mój wewnętrzny pan Rusinek.

*

Quincy Jones, Comin’ Home Baby, 1962.

czwartek, listopada 12, 2020

4020. 317/366

     — nie komplikuj*!
     — ja?
     — a kto?

317/366

     _____________
       * wiesz, z czego robisz problem?

4019. Człowiek człowiekowi człowiekiem × 2

     — Czy mogę zostawić ulotki w skrzynkach?
     — Nie.
     Widok niezwykły i niespotykany wcześniej – młody człowiek odchodzi.
     — Przepraszam, niech pan wróci. Dziękuję, że mnie pan usłyszał i był gotowy uszanować moją decyzję. Proszę wejść i zostawić ulotki.

4018. Sadownik à la Rusinek

Jabłoń:
(wczoraj, świątecznie)
Pomożesz mi ze zrobieniem
porządku na stole i stoliku?

Sadownik:
Nie!

Jabłoń:
(zaniemówiła z wrażenia)

Sadownik:
(nie kryje zadowolenia, że Drzewko
w stan osłupienia wprawił
)
„Pomoc” zakłada współudział,
a ja mam w planie zrobić to sam.

wtorek, listopada 10, 2020

4017. Po pypciach i poradach

Mamy z Białym Krukiem niepisaną umowę, że Dzień Ojca jest świętem ruchomym. W tym roku wypadł po raz drugi tydzień temu (bez jednego dnia) dzięki ibukowej premierze książki pana Rusinka — trudno mi uwierzyć, że papierowa premiera do­pie­ro za dwa dni. Tradycji stało się zadość, klik, klik… Biały Kruk obdarowany — na­stęp­nego dnia do porannej kawy miał nie byle jaką niespodziankę czytelniczą.

Książka-wyzwanie, przynajmniej dla mnie. Swoiste językowe sekrety Polihymnii — przepraszam, panie Jerzy, za to porównanie, zatęskniłam i obiecuję sobie wrócić do pana książki — sekrety na miarę upadającego XXI wieku. Na raz co najwyżej kilka rozdziałów-utworów dało się przeczytać, bo czapki z głów leciały z powodu świeżo uświadomionej ignorancji — tak obcy świat, że wewnętrzny E.T. chciał natychmiast do domu, a sęp miłości do literek nie mógł już ani jednego akapitu więcej, uchlany do imentu dystychami, pleo­nazmami, metonimią, synekdochami, i barbarzyństwem gramatycznym.

Dostało się nie tylko tym, których istnienia nawet nie przeczuwałam, ale również Jackowi Cyganowi, Różom Europy i HappySad (dokładnie pamiętam, kto zapoznał mnie z tą piosenką!). O, przepraszam, jedną piosenkę (z tych uczuciowo za­an­ga­żo­wa­nych) znałam (!) i nieźle się nią zabawiłam, a pani, której życzyłam, by któryś z osłów jej tę piosenkę zaśpiewał, skończyła w pseudotrybunale, bez sałatki chyba.

W audycji radiowej Autor przyznał, że wydawca wybił mu z głowy pierwotny tytuł książki — byłoby z przepięknym błędem: Nad tafli wodą z piosenki zespołu Daab — błędy i niechlujstwo językowe to nie jest wymysł XXI wieku, niestety.

I… ilustracje! Miód na serce po sztuce tekściarskiego wyrażania uczuć wszelakich.

I jeszcze jedno: polityka kulturalna państwa, w którym przyszło nam żyć, powoduje, że popularne gatunki muzyczne są obecnie dowartościowywane, a z artystów je uprawiających robi się klasyków. Ich utwory słychać więc częściej i jakby nieco głośniej. Jeśli więc na przykład teksty piosenek disco polo za kilka lat znajdą się w podręcznikach szkolnych obok utworów wielkich romantyków, zawarte w tej książce szkice interpretacyjne mogą się po prostu przydać maturzystom.
     Oby tak się jednak nie stało
.

[…] „bakcyl” — czyli archaiczna nazwa bakterii lub zarazka — może pochłaniać. Słownik frazeologiczny milczy na ten temat, wspominając jedynie, że można go złapać lub połknąć. Ale kto by się przejmował frazeologią, gdy cierpi dusza!

Od kiedy w 1734 roku Johann Sebastian Bach poświęcił kantatę Schweigt stille, plaudert nicht (BWV 211) kawie, wielu artystom się wydaje, że im też wolno. […] Tymczasem czytamy dalej: „W środku diabeł i kochanka,/ z wierzchu anioł, żona, matka”. Nie wiemy, czy chodzi o zdobienia filiżanki przedstawiające wymienione postaci, czy też o metaforę szatańsko mocnej kawy wlanej do anielsko białej filiżanki.

Tam, czyli gdzie? We śnie? W piekle? Jesteśmy przyzwyczajeni do wizji piekła, w którym ofiary gotują się w kotłach lub są przypiekane na ruszcie, tymczasem „krwawa uczta” sugeruje, że zrezygnowano z obróbki termicznej.

Oto niezwykle rzadki w obrębie tego gatunku utwór jawnie intertekstualny, będący twórczą trawestacją bajki Aleksandra Fredry „Paweł i Gaweł”. […] „ty oczyść umysł i nie zaprzątaj myśli” — w domyśle: nie zaprzątaj ich sobie ową babą. Wówczas następuje opis sytuacji: „[…] zamiast na wykład iść, wykładają coś na stół”. Zwróćmy uwagę na rzadką w tym gatunku li­te­rac­kim grę słów zwaną sylepsą, wykorzystującą wieloznaczność cza­sow­nika „wykładać” — coś komuś, np. historię języka, i coś gdzieś, np. bu­tel­ki alko­ho­lu na stół. Co wówczas robi baba? Otóż baba nie odpuszcza, tylko „da­je w kość/ i warczy niczym pies” — zwróćmy uwagę na spójność meta­fo­rycz­ną tej frazy: kość i pies należą do tego samego porządku seman­tycz­nego.

Borys LBD, Uwaga, baba idzie.

„Zrobiłaś pierwszy krok, zbliżyłaś się i stało się to…”. Istotnie, pierwszy krok w związkach powoduje, że ludzie się do siebie zbliżają, chyba że jest to krok w tył lub w bok.

Wygląda nam on na kolegę z terapii grupowej. „I nie zobaczysz, że patrzę na ciebie inaczej./ Nie chciałeś mnie takiej mieć…”. Czyli nie doceni on, że ona pod wpływem terapii już się zmieniła i że nic mu nie grozi. Przedtem jej się bał.

Każdy właściciel psa, który próbował mu zrobić zdjęcie z lampą błyskową wie, że — w przeciwieństwie do oczu człowieka — oczy psa mają na takich zdjęciach zielony odblask. Sprawia to tzw. makata odblaskowa, która wcho­dzi w skład budowy psiego oka. Jej funkcją jest ponowne wyłapanie promieni świetlnych, a następnie przekierowanie ich na siatkówkę. Dla po­rów­na­nia, oko człowieka pozbawione jest owej błony, dlatego na zdję­ciach z fle­szem odbijają się czerwonym kolorem. Taka interpretacja po­zwa­la nam więc zobaczyć w tym utworze piękny obraz miłości pana do jego psa.

Abecedariusz to dość trudna forma, świadcząca o wysokim kunszcie po­ety­ckim autora, mająca także jednak cel pedagogiczny lub mnemo­tech­niczny. […] ostatecznie skupiamy się na literze i oczekujemy, że podmiot liryczny przedstawi nam cały wachlarz uczuć, których nazwy rozpoczynają się od ko­lej­nych liter alfabetu. Pierwsze rozczarowanie przychodzi, gdy po­sta­na­wia zacząć od litery „M”, która nie występuje na początku żadnego znanego nam alfabetu. No ale trudno, od czegoś trzeba zacząć. Czytamy: „M jak miłość – wiele imion ma”. Pewnie każde z tych imion zaczyna się od różnych liter, ale nie dowiadujemy się jakich. Podmiot zacina się na „M” i ani nie rusza w jedną, ani w drugą. […] A my się pytamy, co z „P jak przyjaźń”? „N jak nienawiść”? „S jak smutek”? „W jak wstręt”? „G jak gniew” czy „E jak euforia” lub „ekstaza”? Ich brak wpędza nas w „Z jak zadumę”.

[…] jest to nasza ulubiona fraza: „w pustej szklance pomarańcze — to dobytek mój”. Po pierwsze, jak pomarańcze mogą się zmieścić w szklance? Albo są bardzo małe i niedojrzałe, albo mają jakiś inny stan skupienia (np. likier pomarańczowy); w obu przypadkach nie zazdrościmy podmiotowi doznań smakowych. Po drugie, szklanka, w której coś jest, nawet jeśli być nie może, bo jest za duże, automatycznie przestaje być szklanką pustą.

„[…] zostawić w lukach swojego umysłu choć jedno wspólne spojrzenie”. Postrzeganie umysłu jako przestrzeni składającej się z luków albo luk (to nie jest jasne) pozostawia nas przez chwilę w niemym zachwycie.

Kolejny wers ma charakter błagalny: „Skasuj mój numer, odlajkuj mój fanpage i zapomnij, hoe” („hoe” to hiphopowe określenie byłej kochanki, łagodnie mówiąc). Zrywanie ze sobą w dzisiejszych czasach jest ogromnie pracochłonne.

Tu następuje zwrot akcji: „Teraz zaskoczę cię” — mówi podmiotka, a my czekamy z niecierpliwością, czym mianowicie, otóż: „ten ogień wciąż tli się”, mówi kobieta, drastycznie zmieniając metaforykę z akwatycznej (topienie się) w ignityczną (tlenie się). Ważne, że pozostajemy wśród żywiołów.

„Kocie ciało symetralne, nietykalne”. Słownik języka polskiego nie odno­to­wu­je takiego przymiotnika (symetralna to prosta prostopadła do odcinka przechodząca przez jego środek), być może autorowi chodziło o przymiotnik „symetryczny”. Ważniejsza jest nietykalność, będąca także przecież ter­mi­nem prawnym.

Jak większość mężczyzn uważa on, że wszystko, co robią kobiety, jest jakimś sygnałem wysyłanym w stronę mężczyzn. […] Słowem, ciężkie jest życie mężczyzn w świecie pełnym kobiet. Ze swej strony polecamy wejść w stały i satysfakcjonujący związek. Albo zatrudnić się na platformie wiertniczej na Morzu Północnym, upewniwszy się, że nie pracuje tam żadna kobieta. Przynajmniej na lato. Tak będzie lepiej i dla bohaterów tego utworu, i dla literatury.

Michał Rusinek, Zero zahamowań, ilustr. Jacek Gawłowski,
Agora, Warszawa 2020.

Tym razem mamy do czynienia z utworem, który nawiązuje do pewnej legendy. Legenda owa głosi, że pod tatrzańskim Giewontem śpią rycerze, którzy mają powstać, chwycić za miecze i dosiąść koni, gdy Rzeczpospolita znajdzie się w niebezpieczeństwie. Pierwszy wers analizowanego przez nas utworu brzmi natomiast: „Ten rycerz, co tam śpi, obudzi się dla ciebie”. […] W rytm „kapeli”, która dla nich gra, wstaną z kolan i zaczną się liczyć na świecie.

(tamże)

niedziela, listopada 08, 2020

4016. 313/366

trzy? trzy! dziś nie zdania, lecz fotografie.

313/366



fot. Sadownik, fragmenty.

*


fot. Saxifraga, fragment.

4015. Z taksometrem w tle

Wpadła mi w ręce przez zupełny przypadek. Włączyłam radio i ciach… rozmowa z Autorem. Urzekła mnie atmosfera tej rozmowy, więc klik, klik, dwa wieczory i… po książce. Kolejne dwa popołudnia wybierałam fragmenty, które muszę tu mieć. Starałam się bardzo, mniej się nie dało!

Wczoraj — ja w ulu, Sadownik w Małym Nowym Jorku wyprowadzał Heniutkę na wieczorny spacer — przeczytałam Sadownikowi przez telefon piękny kawałek o tym, jak Autor pewnego pana woził po przybytkach cielesnych uciech — tego nie da się wymyślić, tylko życie ma tak bujną wyobraźnię.

Na przekór uniesionym brwiom moich bliskich posłuchałem intuicji, po­szedł­em za głosem serca i wsiadłem do taksówki. Umęczony ciężarem odpo­wie­dzial­ności dotychczasowych obowiązków, wykańczającym stre­sem, a przede wszystkim poczuciem beznadziei i bezcelowości wy­ko­ny­wa­nej pracy, marzyłem o zajęciu, przy którym nie będę musiał wciskać nikomu kitu tak jak do tej pory. Kitu, pod którym musiałem podpisywać się własnym nazwiskiem
     Taksówki wynajmował mój znajomy.
     — Wsiądź na weekend – zaproponował. – Spróbuj, może ci się spodoba.
     Wsiadłem i już nie wysiadłem. Brak szefa nad głową, nienormowany czas pracy, ulubiona muzyka… Bezcenna iluzja wolności i niezależności to oczywiście pułapka, ale lubię dawać się jej nabierać.
     Zostałem taksówkarzem
.

Potocznie uważa się, że dupa to narzędzie pracy wyłącznie prostytutki. Jak bardzo nieprzemyślany jest to osąd! Nie zgadzam się na dyskryminację wszystkich pozostałych dup. Jakkolwiek to wybrzmi w waszych uszach, odważę się stwierdzić, że pośladki są bardzo istotnym narzędziem pracy każdego, kto w pracy siedzi.

Każdy kurs jest ekscytującą niewiadomą, gdzie i z kim wyląduję. To jak codzienne polowanie. Nie ma mowy o nudzie. Jeżdżę po mieście, które ko­cham, poznaję ludzi, którzy opowiadają mi swoje życie. To sama przy­jemn­ość, a nie praca. A jednak można zarobić.

Poniedziałek pomimo całego swojego pośpiechu jest wyraźnie nie­przy­tom­ny. Warszawiacy twardo lądują w rzeczywistości po week­endo­wym le­tar­gu. Wpadają w korki, deadline’y, faktury, budżety, briefy, projekty. W po­wiet­rzu czuć jeszcze chaos i rozkojarzenie.

Trąbią, trąbią, trąbią, jakby tym trąbieniem mogli coś przyspieszyć. Oczy­wiście w pierwszym odruchu ma się ochotę takiego zbluzgać, ale ten etap mam już za sobą. A może rzeczywiście bardzo mu się spieszy w jakiejś naprawdę ważnej sprawie? […]
     Kobiety są łagodniejsze, częściej wpuszczą za miły uśmiech lub „na rącz­kę”, którą dziękuję, jeszcze zanim zdecydują się ustąpić mi miejsca. Facet, który się zagapi i pozwoli, żeby przez przypadek powstała przed nim luka, nie potrafi udźwignąć takiej sytuacji. Jest wkurwiony, upokorzony, jakbym go pokonał, a nie zmienił pas, bo po prostu szykuję się do skrętu w lewo. Gówno go obchodzi, gdzie jadę — on musi być przede mną. Jego twarz nabrzmiewa, robi się czerwona od nabiegłej do głowy krwi. Najpierw musi mnie zbluzgać, a potem — nie ma siły — musi zmienić pas. Przecież nie pozwoli sobie na to, żeby jechać za mną!
     Zmienia pas — i zostaje w tyle, bo pasem, na który zjechał, jedzie wolniej. Znika powoli w moim wstecznym lusterku
.

mówię ci że jestem ostatnio non stop na takim stendbaju że cycami po ziemi szuram no ale wiesz kredyt sam się nie spłaci pamiętaj odebrać zaproszenia z drukarni fakturę od razu mailem i pocztą do klienta a kopię do […].

Dom dziecka to nie jest wypad na weekend. Było ciężko, zwłaszcza że wychowawczyniami były siostry zakonne. Postanowiłem jednak cieszyć się życiem pomimo okoliczności. Myślę, że jest to dobre zobowiązanie dla każdego człowieka. Chociaż łatwiej jest użalać się nad sobą.

     — Czterdzieści lat temu uciekłem przed wojną – wyznaje. – Do Polski, na studia.
     — A dziś dokąd się pan wybiera?
     — Do Izraela.
     — Służbowo?
     — Nie, po Boga. Kto nie ma Boga, nie ma nic!
     — A widzi pan, ja czasami nie wiem, czy go mam, ale wiem, że mam wszystko
.

     — Mamo, a dokąd idzie się po ósmej klasie?
     — Do liceum.
     — A dokąd idzie się po liceum?
     — Na studia.
     — A gdzie idzie się po studiach?
     — Do pracy.
     — A po pracy?
     Matka przycisza głos i śmieje się do mnie:
     — Na piwo. Albo raczej do piachu.
     — Do piaskownicy?
     — Można tak powiedzieć
.

     — Tato, wiatraki! – cieszy się pięcioletnia dziewczynka i pokazuje ojcu palcem w stronę rzeki, kiedy wyjeżdżamy z tunelu na Wisłostradzie.
     — Kochanie, nie widzę tu żadnych wiatraków.
     — Ja też nie — przyznaje mała.
     — Chwila ciszy
.
     […]
     — Tato, czy ten pan może nie jechać tak szybko? Bo ja nie lubię szybkości, ja lubię wolność!

Bawi mnie obserwowanie ludzi tutaj, na tym parkingu za Stodołą, na któ­rym pracuję. Klasę człowieka widać po tym, jak traktuje takiego parkingo­wego ciecia, czyli mnie. Ludzie nie mają pojęcia, że gość, który ich kasuje za postój, jest tym, do którego z podziwem wzdychają, kiedy gra na przykład w tej Stodole na scenie i któremu z uznaniem biją brawo. Ja jednak pozostaję sobą, co nie zawsze jest łatwe. […] A to wszystko dzięki temu, że kiedy byłem na samym dnie, ktoś wyciągnął do mnie rękę, zobaczył we mnie człowieka.

     — Halo, kochanie?… Tak, kochanie… Oczywiście, kochanie… Dobrze, kochanie, trzy kilo… I buraki, i włoszczyznę, tak, pamiętam. Tak jest, dla ciebie wszystko. Pa, pa.
     Rozłącza się i znowu mówi do mnie:
     — Czasami myślę, że żony to powinny kupować kwiaty tym naszym kochankom. Przecież my wtedy chodzimy jak w zegarku! Pan sobie zapamięta. Do widzenia
.

Zrozumiałam, że nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej. Zaczęłam doceniać najprostsze rzeczy. Bałam się, ale tamten czas nauczył mnie cie­szyć się milionami drobiazgów, których ludzie nie zauważają.

Nie rozumiałem, że każdy z nas ma wszystko, czego potrzebuje do szczęścia. Nawet kiedy mamy poważne problemy, to, jak z nich wybrniemy, zależy od nas, jak do nich podejdziemy, jak sobie całą sytuację ułożymy w głowie. Doświadczenie to nie to, co nas spotyka, tylko to, co robimy z tym, co nas spotyka. Na przykład nie ma sensu wkurwiać się na rzeczy, na które nie mamy wpływu. A jednak wkurwiają się na nie miliony ludzi na świecie. Pogoda, polityka, korki, praca, inni ludzie

Jestem zmęczony. Zapalam silnik i papierosa. Ruszam przed siebie. Po­dob­no przyjemność prowadzenia auta bierze się z naiwnej iluzji kontroli nad własnym życiem, nad czymkolwiek. Jadę. Słucham, jak cudownie Urszula Dudziak śpiewa […]. Kiedy kończy, włączam Dead and lovely Toma Waitsa. Nie ma innego kawałka tak dobrze oddającego klimat powolnej nocnej włóczęgi autem po pustym, pozornie uśpionym mieście.

Tom Waits, Dead and Lovely.

     — Wie pan, tak sobie myślę… Najważniejsze jest to, żeby chcieć zro­zu­mieć drugiego człowieka. Najlepszym dowodem na to jest nasza rozmowa. Jesteśmy z dwóch różnych światów, dzielą nas trzy pokolenia, a po­tra­fi­my porozmawiać jak równorzędni partnerzy, bo jesteśmy siebie nawzajem ciekawi. Tylko tyle i aż tyle.

Bartosz Gardocki, Kurs na ulicę szczęśliwą,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

Koronawirus w mieście. Strach. Niepewność jutra. Ograniczenia. Stan wyjątkowy. Jedni nad sobą nie panują, inni za to zachowują się wspaniale i kreatywnie integrują. Ludziom w takim czasie potrzeba wspólnoty, soli­dar­ności. I balkonów. Jadę pustymi ulicami i widzę, jak życie Warszawy przenosi się na balkony. Mieszkańcy mojego miasta wylegają na nie, żeby tam przesiadywać, trenować, tańczyć, biesiadować — być razem z są­sia­da­mi, z innymi ludźmi, choćby na odległość. Wywieszają domowej roboty transparenty, pocieszają się wzajemnie, że będzie dobrze, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Dodają sobie nawzajem wiary, siły, nadziei, otuchy. Nawet muzyka puszczana głośniej z okien samochodów odbierana jest inaczej niż zwykle, przyjaźnie, przecież jesteśmy w tym razem, przecież razem damy radę.
     
[…]
     Ale przede wszystkim ta cisza w mieście. Ta świadomość, że cały świat włączył pauzę…
     W taksówce czuję się bezpiecznie. To moja przestrzeń, panuję nad nią. To moje schronienie, jak skorupa żółwia — teraz jeszcze dodatkowo nieźle zdezynfekowana
.

     — Słyszę od pasażerów, że to, jak żyliśmy przed zarazą, było dalekie od normalności. Teraz, po dwóch miesiącach zamrożenia życia na świecie, ludzie dochodzą do takich wniosków. Że tamten pośpiech, korki, stres, presja… to wszystko przecież jakieś szaleństwo. […]
     — Wie pan, to zależy, kto się czym zajmuje i z jakiej patrzy perspektywy. Ja jestem pielęgniarką. Ten czas utwierdził mnie w przekonaniu, że jak tylko to się skończy, wyjeżdżam. Mam gdzieś to państwo, nie będę za nie umierała. Ono też ma mnie w głębokim… Wie pan, co się działo w szpitalu? Wysłali nas z szabelkami na czołgi. Ja to pierdolę.
     — Aż tak?
     — Tak dostałam po dupie, że w ogóle nie jest mi już żal ludzi.
     — I co tam pani będzie robiła? Za granicą?
     — To samo, tylko że w godziwych warunkach. Wyjadę na Zachód i będę karmiła kaszką jakiegoś dziadka z Wehrmachtu, ale nikt nie będzie uwłaczał mojej godności
.

(tamże)

sobota, listopada 07, 2020

4014. 312/366

     — dobrze — odpowiadam, gdy chcę zmienić temat.

     — dobrze — mówię, gdy chcę pójść na relacyjną łatwiznę, bo nie mam ochoty na rady, porady i gadki motywacyjne.

     — dobrze — udzielam sprawnie najlepszej odpowiedzi na py­ta­nie: jak się czujesz?

312/366

środa, listopada 04, 2020

4013. 309/366

najpierw nie mówię, bo sama boję się brzmienia tych słów. potem, oswojona z tym, co jest, wciąż nie mówię, bo nie chcesz o tym słyszeć.

niech dzień — gdy oboje będziemy musieli stawić czoła temu, co kryje się pod tymi słowami — przyjdzie jak najpóźniej.

309/366

4012. Strajkowe czytanie

Pseudotrybunał, pseudosędziowie, pseudoludzie, pseudowyrok i słowa siostry Małgorzaty Chmielewskiej, że do heroizmu nie można zmuszać.

Klik, klik, siostra Małgorzata wśród facetów, z których tylko jeden trzymał poziom. Klik, klik, przy­po­mnia­ło mi się, że na stosiku czytelniczym od wielu lat leżała i cze­ka­ła Ce­ru­ją­ca Świat. Klik, klik, bo w strajkową środę czytałam tylko kobiety — wy­bór był oczy­wisty.

Siostra Małgorzata chwyta mnie za serce za każdym razem, gdy mówi: moje dzieci. Ma moje serce, pomimo że w dwóch kwestiach nie mamy szansy się zgodzić — do­ty­czą one świętego patrona pedofili oraz Matki Teresy — ja widzę tę część słonia, która jest dla mnie nie do zaakceptowania żadną miarą.

W jednej sprawie siostra Małgorzata uczuliła mnie lingwistycznie, by nie mylić pojęć. Szkoda, że nie ma na świecie więcej, znacząco więcej, fundamentalistów religijnych – świat byłby wtedy inny i z pewnością lepszy. Niestety, niczym chwasty, coraz więcej fanatyków, z gwiazdami episkopatu polskiego wynaturzonego katolicyzmu na czele.

Pandemia trwa. Strajk trwa. Książka się skończyła.

To chcenie Artura, ale także, zachowując wszelkie proporcje, starego kocura jest dla mnie modelem wytrwałej modlitwy. Mój autystyk nie ustąpi, póki nie dostanie tego, co chce. Dla świętego spokoju jesteśmy w stanie jechać na stację benzynową po pepsi w środku nocy. Koniecznie dwie butelki, bo jak jest dwa, to ma się bardziej. Nie więcej. Inna logika. A koci wrzask ucichnie dopiero po zapełnieniu miski.

Nie niszczy się ciemności,
walcząc z nią, ale zapalając światło.
Nie niszczy się zła,
walcząc z nim, ale czyniąc dobro.
Nie niszczy się nienawiści i strachu,
podnosząc się przeciwko nim, ale wnosząc czułość i miłość.
To idąc na wschód, oddalamy się od zachodu.
To idąc w kierunku życia, przekraczamy śmierć.
To idąc w stronę tego, co trwałe, uwalniamy się od tego, co nietrwałe
.
// Placide Gaboury

Idźmy za światłem, unikajmy ciemności i nie lękajmy się. Zapalajmy lampy nawet wtedy, kiedy z pozoru szkoda prądu.

Mówiąc — określamy siebie, istniejemy. Słuchając — prawdziwie słuchając — przyjmujemy do siebie drugiego człowieka, ustępujemy mu miejsca. Słuchanie jest trudniejsze niż mówienie. Wymaga zrobienia ciszy w sobie.

Ileż razy słyszę: Wszyscy tak robią, nic na to nie poradzimy, nic się nie da zmienić, to nie ma sensu. Tyle lat próbuję i ciągle to samo.
     Czy rzeczywiście to samo? Przecież sama walka o dobro, nawet jeśli nie widać gołym okiem owoców, zmienia  nasze serca
.

Trzeba umieć oswoić chorobę. Dzisiaj jest dobrze. A jutro zobaczymy. Przyjmować niepowodzenia jako wyzwanie i zadanie. Łatwo się mówi. Szczególnie w świecie, który za wszelką cenę stara się zapomnieć o naszej ludzkiej kondycji: kruchości i przemijalności. Gdzie jest trwały fundament?

Radość życia i marzenia — naturalne w młodości, później wymagają pielęgnacji. Świadomej troski, żeby ich nie zagubić. Miłość wymaga pielęgnacji.

To wielka tajemnica — ludzie, którzy dostali wiele od Pana Boga, poprzez innych ludzi oczywiście, nie zawsze potrafią zobaczyć owo dobro. […] Codzienne malutkie ćwiczonko: co dobrego mnie spotkało, co dobrego działo się wokół? To powoli przestawi naszą duszę na światło.

Ludzie mieszkający w naszych domach przeważnie długo lub nigdy nie byli zauważani przez kogokolwiek. Nic nie znaczyli dla innych i nic nie znaczyli dla siebie. Jak mogą zrozumieć, że Bóg ich kocha, jeśli nie wiedzą, co to znaczy kochać, bo nigdy nie byli kochani? Być przedmiotem zabiegów socjalnych to jeszcze mało. To dlatego uważam, że domy dziecka są plamą na honorze społeczeństwa w większości deklarującego się jako chrześcijańskie.
     Są miejscem chowu, a często miejscem usankcjonowanej instytucjonalnie przemocy. W relacjach personelu z wychowankami i pomiędzy wychowankami
.

Czy ma znaczenie to, czy ręka dająca chleb i nadzieję jest katolicka, islamska, czy niewierząca? Podając chleb, staje się Boża.

s. Małgorzata Chmielewska, Cerowanie świata,
Wydawnictwo W drodze, Poznań 2015.
(wyróżnienie własne)

A św. Dominik powinien dzisiaj wpaść na chwilę do Polski. Wtedy, kiedy metodą głoszenia Ewangelii było wycinanie w pień opornych w uznaniu prawdy o Miłości, a głosiciele ubogiego Chrystusa zajeżdżali do heretyków w złoconych karocach i z wojskiem, on poszedł boso, ubogi i pokorny, bogaty w wiedzę, modlitwę i miłosierdzie. Jego następcy mieli co prawda wpadki w postaci inkwizycji, ale psychopaci, durnie i zwyczajnie — chciwi władzy i pieniędzy znajdą się wszędzie.

(tamże)

poniedziałek, listopada 02, 2020

4010. 307/366  // wodorościk (XIX)

awantury bez sensu to tylko drogowskazy — już to wiem.

frustracje, doły i niemoc to tylko znaki — odkryłam dziś. coś robię nie tak lub robię, choć znacznie lepiej byłoby, gdybym odpu­ści­ła i nie robiła wcale.

307/366

4009. Po kryminalnej przygodzie (III)

Miesiąc temu sprawdzałam, czy wyszła, i trochę straciłam nadzieję. W dniu pre­mie­ry miałam na kundlu, ale kończyłam tę, która mnie przewróciła. Trzeba było się ra­to­wać (raz, dwa, trzy), ale podczas ratunku zagladałam do rozdziału albo dwóch tej książki. Potem przyszła strajkowa środa, więc odłożyłam. W czwartek wróciłam i już nie puściłam. Tylko zająknąć się na jej temat nie miałam kiedy, dopiero dziś.

Trzecia część trylogii, a w niej ciut mniejsze korki na ulicach, ale wciąż dużo po­dró­żo­wa­nia po miejskich ulicach. Zbyt szybko się skończyła. I najważniejsze, nie zga­dłam do końca, kto zabijał.

     — Co to za ludzie? Chuligani? — pytam.
     — Chuligani nam się skończyli — odpowiada mi Esperoglu. — To są zorganizowane bojówki
.

     — Tak samo było w Niemczech. Najpierw prześladowano Żydów, potem zajęli się dysydentami, czyli po prostu tymi, którzy nie trzymali z nimi, a potem wraz z Hitlerem przejęli władzę. To samo dzieje się i tutaj. Przy czym połowa im przyklaskiwała, a druga połowa mówiła: „No, dajcie spokój, to jakieś niegroźne łobuziaki”.

     — I?
     — Nie mogę do końca wykluczyć skrajnych prawicowców, ale to mało prawdopodobne, panie inspektorze.
     — Dlaczego tak mówisz?
     — Bo prawicowcy biją, niszczą, psują, ale nie myślą, panie inspektorze. A za tymi wszystkimi morderstwami jest plan
.

[…] skrajnym prawicowcom tak samo łatwo jest psuć i niszczyć, jak nam zwalać wszystko, co nam nie pasuje, na skrajną prawicę. My jesteśmy dla nich zdrajcami, a oni dla nas wy­go­dnym roz­wią­za­niem. To się zwykle sprawdza, chociaż nie zawsze.

     — Wszystko kończy jako szmata, panie inspektorze — filozofuje Papadakis. — Prześcieradła, kołdry, koce, ludzie, pokolenia… Wszystko… Marność nad marnościami i wszystko marność.
     Muszę go wysłać do Adriani na podyplomówkę z powiedzonek, myślę sobie. Chłopak ma przyszłość
.

     — Congratulations – zwracam się do niego.
     — Thanks, but it still needs work – odpowiada. Jeszcze trzeba włożyć w to trochę pracy.
     — Uli, gdybyś był Grekiem, powiedziałbym ci „nie dłub, bo wszystko popsujesz”. Ale jesteś Niemcem, więc nic nie powiem
.

     — […] nie chcę, by po drodze całkowicie mi się zhellenizował.
     — Czy to przytyk do mnie? — pyta zadziornie Fanis.
     — A dlaczego nie do pana Charitosa?
     — Pan inspektor się nie liczy, jest z innego pokolenia.
     — I niezdolny do tego typu prac — uzupełnia Adriani. — Wytłukłby mi połowę zastawy
.

Petros Markaris, Chleba, edukacji, wolności, przeł. Przemysław Kordos,
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc, Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

Nie da się walczyć z biedą, jeśli jej nie zaakceptujesz, Katerino – odpowiada Zisis. – Najpierw ją przyjmujesz, a potem próbujesz ją pokonać. Te dzieciaki ją zaakceptowały, dlatego z nią walczą. […] Większość Greków wciąż opłakuje swoje utracone bogactwo, którego nigdy nie było. Dopóki tak robią, dopóty nie znajdą sposobu na walkę z własną biedą.

Znowu się śmieje i jakoś poprawia mi mój parszywy nastrój. Złe chwile w życiu są jak mgła. Potrzebny jest powiew wia­tru, by ją rozwiać.

     — Dlaczego bierze mnie pan ze sobą, panie Charitos? — pyta Kula, kiedy wychodzimy ze schroniska. — Lepiej mi idzie przed ekranem komputera.
     — Ty uczysz mnie komputerów, a ja ciebie innych rzeczy — odpowiadam
.

(tamże)

niedziela, listopada 01, 2020

4008. 306/366

są miejsca, które wspierają. są tacy ludzie.
potrzebuję ich, potrzebujemy wszyscy.

306/366

[suplement pikselowy: 12.05.2022]

piątek, października 30, 2020

4007. 304/366

     — ale zostawiałam drogowskazy — mówi, nie umiejąc ukryć uśmiechu od ucha do ucha.
     — drogowskazy?
     — nie?

304/366

4006. W TVP tego nie pokażą

Karol Krupiak, Osiem gwiazd.

*

Pan Michał Rusinek dzisiaj w radiu przytoczył treść wielu transparentów. Zapamiętałam ten, który spłakał mnie do łez:

★ ★ ★ ★ ★    ★ ★ ★
Paulo Coelho

czwartek, października 29, 2020

4005. 303/366

milość — gdy w nią zwątpisz, urządzi ci piekło na ziemi.

na dnie awantur — szczególnie tych najbardziej bez sensu, co ci kompletnie do niczego niepotrzebne — jest tylko miłość. takie ma ona poczucie humoru.

303/366

Bovska, Między nami.

środa, października 28, 2020

(4003+1). Strajk kobiet (II)

Dziś odmówiłam czytania i słuchania mężczyzn. Panowie, sorry, dzisiaj nie. Mansplaining, nawet w zacnym celu, dziś nie przejdzie. Dzisiaj ze mną tylko kobiety.

I takie cacko à propos:

Podobne sytuacje zdarzają się często. Grzecznie powtarzane prośby o zrobienie lub też nierobienie czegoś są bez skutku. Dopiero podniesienie głosu, niecodzienne zacho­wa­nie, w tym podkreślenie wagi sytuacji mocnymi sło­wami, powoduje reakcję.

Odegrałam scenę przy użyciu słów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite i dodatkowo zrzuciłam cały obiad ze stołu. Poszło kilka talerzy. Zrobiła się cisza, a potem odezwał się jeden z mieszkańców: Tego nam właśnie było potrzeba. Zdę­bia­łam. Odpowiedziałam: Kimże jesteście, że trzeba aż w ten sposób przekonać was do mycia po sobie toalet?

Jak się płynie z prądem, to można łatwo wylądować tam, gdzie byśmy nie chcieli. […] Choć pływanie stale pod prąd jako cel sam w sobie przystoi zbuntowanym małolatom. Po prostu każdy musi znaleźć swój GPS.

s. Małgorzata Chmielewska, Cerowanie świata,
Wydawnictwo W drodze, Poznań 2015.
(wyróżnienie własne)

4003. 302/366  // strajk kobiet

dziś, w ramach strajku kobiet, zastanawiałam się, jak wielu fa­ce­tów słuchałam — w dobrej wierze, z grzeczności, z powodu szczątków „dobrego” wychowania. słuchałam, zamiast po­wie­dzieć uprzejmie: wypierdalaj, chuju!

było ich zbyt wielu w moim życiu.

302/366

wtorek, października 27, 2020

4002. Wracając do siebie (III)

Ten jest mi bliższy niż Tentamten. Tentamtego z mniejszą przyjemnością czytałam. A ponieważ Mickiewicza nie trawię, to i zachwyt tą książką dość skromny. Kilka fra­gmentów wynagrodziło mi z nawiązką męczenie się z tym intelektualnym wzmo­rze­niem. Byłam u siebie dopiero, gdy już tę książkę na zawsze odłożyłam.

No właśnie, czy jak się nasuwa, to od razu się nazywa? To takie jego słuchanie i słyszenie wkurza go samego, a wyobraża sobie, jak może wku­rzać kogoś, kto tylko bez żadnego powodu zechciał zerknąć na jego baz­gro­ły. Wie o tym i brnie dalej. Chodzi mu o te cząstki duszy. Przy­pusz­cza, że są to takie „cząstki”, […] nagie ziarna duszy, to znaczy — cała i jedna dusza rzu­co­na w różne punkty owych „wszędzie i zawsze”.

Ciemność, w której odczuwam cię mną, wzbudzonym przez ciebie do okazania się mną mnie samemu w mgnieniu czasu (czy bez-czasu), w którym cię kocham (bez deklarowania, ani nawet okazywania miłości).

Grzeszy obojętnością, niezależnością, zaniechaniem, nieuważnością, innością, nietożsamością, niewinnością. Tym także, że prawdopodobnie nie ma siebie. Ów, którego mógłby mieć, żeby jakoś odpowiedzieć na pytanie jak się masz, jest kimś, o kim może mówić: Ty. Jest Tobą. Którego nie może mieć, ale którym (narzędnikowo) może być.

Uczył się kochać, co wydawało się niekiedy porównywalne ze słyszeniem wspaniałego języka, którym zamierza się robić poezję, ale się wie, że trud ułożenia kilku pierwszych (bez­sen­so­wnych) zdań może pochłonąć całe życie.

Tentamten po dziecinnemu wie, że dwa i dwa to jest (może być) cztery, ale dwa jabłka i dwa gwoździe nie są egzemplifikacją liczby cztery.

chyba nie jest ze mną aż tak źle,

żebym się nie mógł wydobyć z tych lśnień
dennych jako całkiem inny gość

Naszego Pana, co wciąż kocha mnie,
choć od dawna mógłby mnie mieć dość

Moje życie rozpięte jest między dwoma synonimami Jezusa: SŁOWEM
      i CIAŁEM
.

Narcyz wpatruje się w jakieś (jeszcze nie wie, że swoje)  b ę d z i e  (później), gdzieś tam. I właśnie to  b ę d z i e g d z i e ś t a m, choć sugeruje starość, wyjawia wygnanie. Wygnanie z siebie, wygnanie z bycia tym, kim się we własnym mniemaniu było; wygnanie z ułudy, choć ułudą jest przecież to odbicie.

Caravaggio, Narcyz.

W modlitwie jestem u Ciebie, będąc najgłębiej intymnie u siebie.

Bogusław Kierc, Karawadżje,
Wydawnictwo FORMA, Szczecin, 2016, 2019.

To, co jest przed wszystkim, to miłość. Konstatacja, że Bóg jest miłością, wyniknęła nie tylko z intuicji serca (jeśli tak można powiedzieć), ale i z dociekliwości natchnionego umysłu i stanowi w kosmologicznej skali rewelację, której odblask — w przystępnym pomniejszeniu — można by porównać z Einsteinowskim odkryciem równoważności masy i energii.

(tamże)

4001. 301/366

trzy zdania. od wielu dni nie mam. one mają.

301/366

Wypierdalać!
Może być bez podskoków.
Taki kompromis.

// [dostęp: 27.10.2020], źródło.

niedziela, października 25, 2020

4000. O miłości (znów)

Sadownik:
(z pasją nuci za ścianą)
/mja molja*/
[zapis fonetyczny]

Jabłoń:
(z dydaktycznym smrodkiem
krzyczy z łazienki
)
Mia moglie!

Sadownik:
(śmieje się, jak tylko On potrafi, i odkrzykuje)
Bez znaczenia!
Ważne, że zareagowałaś!

________
* w wolnym tłumaczeniu na j. polski: moja żuna.

3999. W Małej Danii

Biały Kruk:
(napisał dziś rano)
Zapomniałem Ci wczoraj powiedzieć, że
od dwóch dni słychać u nas żurawie!

Jabłoń:
Czyżby niektóre zostały?
Czy pakujący się spóźnialscy?

Biały Kruk:
Może to jakaś wycieczka z Syberii? 😃

3998. Wegańskie pogaduchy z suką

Heniutka:
(kołami do góry chrapie na swoim posłaniu)

Sadownik:
Tak się budzi sukę!

Jabłoń:
???

Sadownik:
(wgryza się w jabłko)

(chwilka i…)
Heniutka:
(już przy Sadowniku siedzi i oczami odprowadza
każdy kęs, nim dostanie ogryzek i pójdzie z nim do siebie
)

3997. Wracając do siebie (II)

Po czwartej zbierałam się kilkoma książkami. Wracając do siebie, po pierwszej, ta była drugą, która mnie reanimowała. „Dzieciowa”, wypatrzona i zamówiona, gdy przeglądałam listę nominacji do Najpiękniejszej Książki Roku 2019. Dotarła do mnie we wtorek i wiadomo było, że wepchnęła się z łatwością na szczyt stosika czytelniczego, bo piękne ilustracje zawsze mają mocne łokcie i wielkie bary.

Niełatwa, bo o chorobie Alzheimera. Piękna, nie tylko z powodu przepięknych ilustracji. Piękna kratką, wyjętą niby z zeszytu. Piękna dziecięcą niewinnością i ludzką miłością. Trzeba! A ja lecę do bzdetów.

     — O co chodzi? — spytałam.
     — O nic! — odpowiedzieli wszyscy chórem. No tak, dzieci nie należało wtajemniczać w domowe sprawy, bo są za małe, żeby mogły zrozumieć, co się dzieje. Wyprostowałam się więc na krześle, by wyglądać na większą
.

     — Do ciebie nic nie dociera? […] Wszyscy ci tłumaczyli, że to choroba, a ty ciągle swoje. […]
     — Okej — burknęłam pod nosem, bo przecież już to rozumiałam. Wygodniej jednak było mi wierzyć, że jest Pan niewidzialny, bo wtedy była szansa, że uratuję babcię. Nie ma lekarstwa na tę chorobę! To co ma poradzić taka mała dziewczynka jak ja
?

Znów nie pisałam do Pana przez jakiś czas. Chyba tracę chęci, bo widzę, że to nie ma sensu. Pan już nie odmyśli tej głupiej choroby i nie odczepi się od babci. Po co ktoś wymyśla chorobę, na którą nie ma lekarstwa? Niech mi Pan to wyjaśni!

     — To nie jest tak jak z kołem — powiedział. […] — On nie wymyślił tej choroby, tylko ją odkrył. Ona już była. Pan Alzheimer jako pierwszy zauważył, że ludzie na nią chorują, że mają problem z pamięcią.
     — A nie mógł od razu wymyślić lekarstwa?
     — Chciał — odpowiedział tata. — Wielu ludzi by chciało. Wielu lekarzy i naukowców nad tym pracuje
.

     — Nikt nie wymyślił jeszcze lekarstwa. Są takie choroby, że człowiek jest bezsilny — odparł bardzo smutno.
     — A co to za choroba?
     — To taka choroba zapominania
.

Dziadek mocno mnie przytulił. Poczułam, jak zadrżał. Mój dziadek płakał! Wystraszyłam się, bo przecież dziadek nigdy nie płacze! Zrobiło mi się strasznie smutno, aż ścisnęło mnie mocno w żołądku. To przez te moje nerwy. Pewnie wodze się zepsuły.
     — Niestety — zaszlochał dziadek. — Taka jest ta choroba
.

Czy Pan też kiedyś płakał? Babcia mi zawsze powtarzała, że nie można się wstydzić swoich łez.

Jeżeli komputer się zepsuje, to nie można niczym sterować. Tak samo dzieje się z człowiekiem.
     — Czyli co?
     — No, na przykład nie możesz ruszyć ręką, bo mózg to wyłączył.
     — To jak zrobić, żeby mózg nie umarł i żeby niczego nie wyłączał?
     — Trzeba go ćwiczyć, rozwiązywać zagadki, uczyć się, czytać — wymieniła. — I takie inne bzdety
.

     — Mamuś — szeptała. — Ja tylko poszłam do toalety. Mamuś… W toalecie byłam — powtarzała. — W toalecie… Mamuś… Przepraszam…
     Żal mi było mamy, bo strasznie martwiła się tym, że nie zauważyła, kiedy babcia wyszła z domu
.

Postawiłam jednak kubek przed mamą. Lekko się uśmiechnęła, ale zaraz znów zaczęła płakać. A przecież zawsze mi powtarzała, że kakao jest dobre na każdy smutek. Widocznie jednak nie na tak duży, jaki miała mama. Może gdyby wypiła je wcześniej, to smutek nie zdążyłby tak mocno urosnąć. A teraz było za późno.

Anna Sakowicz, Listy do A., Mieszka z nami Alzheimer,
ilustr. Ewa Beniak-Haremska
Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2019.
(wyróżnienie własne)

Boję się jeszcze z jednego powodu. Powiem to Panu w tajemnicy. Czuję, że muszę się pożegnać z babcią. Moje serce mi tak podpowiada, ale nie wiem, dlaczego to robi. Chyba się pomyliło. Ja myślę, że ono jest do mnie pod­łą­czo­ne różnymi żyłami (taki rurkami) i pociąga za nie, żebym na coś zwró­ci­ła uwagę. Teraz to chyba zrobiło, bo nawet poczułam, że zaczęło bić bardzo szybko.
     Mam jednak problem, bo jak można się pożegnać z kimś, kto wybiera się w podróż do nieba
?

(tamże)

sobota, października 24, 2020

3996. U Orzeszka i Białego Kruka (LXXIII)

Uwspółcześnione Średniowiecze — Polska, 3. dzień. Tymczasem w Małej Danii rozpoczęła się zima* — puzzle rozpoczęte.


fot. Biały Kruk.

___________
* zima 2019/2020 skończyła się definitywnie
dokładnie 296 wpisów temu.

3995. Wracając do siebie (I)

Po czwartej długo się zbierałam. Tylko na „dzieciowe” książki miałam wyporność.

Zostałam sama z tymi książkami. Wszystkie znane mi Szpagaciki są już… za duże na „dzieciowe” książki. Szkoda, bo ta jest piękna. Wyrwała mnie na ilustracje. I do łez doprowadziła też. I Płanetnikiem obdarowała.

Magda rzuciła mu karcące spojrzenie.
     — Nic nie mówiłem — zastrzegł kot i podrapał się za uchem.
     — Mam nadzieję — mruknęła Magda.
     
[…]
     — Z księżniczkami zawsze są kłopoty — zauważył kot. — A to ziarnko grochu, a to ośla skórka

     — Dla mnie wygląda to na zapomniane życzenie — orzekła — bo chyba nie zużyłaś wszystkich trzech?

     — No masz — powiedział żałośnie. — Jakiś kretyn wypuścił moją burzową chmurę. Teraz szukaj wiatru w polu…
     I smętnie pociągnął nosem. Czarownica pokiwała głową.
     — Nie było tam przypadkiem mojego kota? – zapytała.
     Tymoteusz uderzył się w czoło.
     — Tak, oczywiście, był tam jakiś kot… Chyba nawet niechcący trochę na niego chlapnąłem.
     — To może napijemy się herbaty – zaproponowała Czarownica. – Jak długo twoja chmura może…?
     Tymoteusz wytarł nos szarą chustką.
     — Oj, może, może… Tym bardziej że pochodzi w prostej linii od chmury, która dawno, dawno temu

Wylądowała na podwórku, postawiła torby obok drzwi, a spod wycieraczki wyjęła klucz. Miotła odetchnęła z ulgą.

     — Fajny sznurek, prawda? — wycedziła Czarownica, a kot wzruszył ramionami.
     — Sznurek jak sznurek — mruknął. — Widywałem w życiu różne sznurki. Z większymi lub mniejszymi niespodziankami…
      I dla pewności odsunął się na bok
.

     — No idź, idź… — Czarownica wypchnęła opierający się kapeć za drzwi.
     Kapeć otrząsnął się z obrzydzeniem i jak wielka kraciasta ropucha poczłapał ścieżką
. […]
     Kapeć zgrabnie zeskoczył z ławki i pod osłoną żywopłotu przedostał się pod okno pralni. Jedno z kociąt, wyjątkowo bystre i szybkie, zauważyło różowy pompon i rozcapierzyło malutkie, ale ostre pazurki. Kapeć nadął się i ostrzegawczo fuknął, a kocię szybko zniknęło w okienku.
     — Jeszcze tego by mi brakowało — burknął kapeć i przywarł uchem do szyby.
     
[…] Kapeć westchnął i wycofał się pod żywopłot.
     — Tu Lewy, tu Lewy, odbiór — rozległ się nagle cichy głos.
     Różowy pompon drgnął.
     — Tu Prawy, słyszę cię — wyszeptał kapeć, ale odpowiedź Lewego utonęła w powodzi trzasków i szmerów
.

     — A dla mnie i tak nie wszystko jest jasne — oznajmił Najsilniejszy.
     — Nic nigdy nie jest jasne – zawyrokował Najmądrzejszy
.

Katarzyna Ryrych, Łopianowe pole, ilustr. Grażyna Rigall
Wydawnictwo Adamada, Gdańsk 2017.

     — A dlaczego pani nie ma gazowej kuchenki? — zapytał ni przypiął ni przyłatał Najgrubszy.
     Czarownica pogłaskała pokrywkę czajnika, a czajnik zamruczał zupełnie jak kot.
     — Bo piec ma duszę — wyjaśniła i podała Najgrubszemu piernik w kształ­cie serca
.

(tamże)

czwartek, października 22, 2020

3994. Kamieniem nie rzucisz

Jeśli chcesz wiedzieć, dlaczego lżej już było. Jeśli chcesz wiedzieć, że PiS nie było pierwszą partią, która zajmowała się niszczeniem nas jako społeczeństwa. Jeśli chcesz. Nie wiem, czy chcesz, ja chciałam.

Czwarta w składzie mnie zmasakrowała. Od trzech dni skończona domaga się reakcji. Od pierwszej: Polska to kraj dla bogatych i złodziei — im mniej zarabiasz, tym gorzej dla ciebie — sam sobie jesteś winny. Przez: Polska to kraj, który okrada każdego, kogo może, a potem informuje człowieka, że jest kowalem swojego losu i niech sobie radzi. Po ostatnie: niech ten, co nigdy nie kradł, pierwszy rzuci kamieniem — nie znam takiego człowieka i wiem, że wszyscy mają dobre wytłumaczenie — ja też.

Nareszcie rozumiem, dlaczego społeczeństwo obywatelskie to konstrukt, który nie ma w Polsce prawa bytu. Nie musieliśmy czekać na PiS czy pandemię.

Jak zauważył amerykański geograf i historyk Jason W. Moore, kapitalizm niejako z natury jest zakorzeniony w sieciach życia planety. Zakłóca je, dzieli i rekonstruuje we własnych celach. Na tym polega jego metabolizm. Model gospodarczy oparty na nieograniczonej akumulacji zysku, bogactw i pracy zmienia planetę w gigantyczny zasobnik surowców. Nigdy nie­koń­czą­ca się eksploatacja skończonych bogactw stanowi warunek jego ist­nie­nia. Nie byłoby ono możliwe, gdyby nie dewaloryzacja podstawowych za­so­bów, czyli innymi słowy eksternalizacja kosztów ekspansji systemu. Moore wymienia siedem tanich rzeczy, bez których kapitalizmu by nie było — są to natura, pieniądze, praca, opieka, żywność, energia i życie. To nimi płacimy za kapitalistyczny wzrost, to z nich biorą się fortuny 1% najbogatszych. Gdyby zmusić kapitał do wynagradzania darmowej pracy opiekuńczej, urealnienia dotowanych dziś cen energii lub amortyzowania szkód wyrządzanych naturze, rentowność przedsięwzięć ekonomicznych drastyczne by spadła. [lipiec 2019]

Neoliberalna logika afirmuje zysk na krótką metę, w którym płace, świadczenia socjalne i prawa pracownicze są jedynie zbędnym kosztem. Logika ta nie uwzględnia perspektywy długoterminowej, w której owe „koszty” stają się podstawą znacznie większych korzyści — takich jak wykształcone, egalitarne, zasobne i zintegrowane społeczeństwo. [czerwiec 2007]

Wrogość wobec państwa i interwencji — tylko tych, które miałyby działać na korzyść pracowników. Każda interwencja w interesie kapitału wydaje się zupełnie naturalna. Sektor publiczny nie jest dobry, gdy leczy, kształci i zaopatruje emerytalnie biednych, ale przydaje się, gdy trzeba zapłacić wielomiliardowe rachunki banków, które są zbyt duże, żeby upaść, ale w sam raz, by oddać się w czasową opiekę rządowi.
     Podatki i regulacje — jak najbardziej, o ile oczywiście dotyczą świata pracy i biedoty
. [maj 2012]

Neoliberalny pomysł na gospodarkę to przecież nic innego jak wyciąganie pieniędzy z kieszeni pracowników, aby oddać je kapitalistom. Ktoś musiał sfinansować politykę obniżek podatków dla najbogatszych, prywatyzacji emerytur i usług publicznych, ulg dla koncernów i zwiększania wydatków na zbrojenia oraz imperialistyczne wojny. Zrobili to ci, którzy nie mogą wyekspediować swych dochodów na Kajmany ani nawet wrzucić w koszty. Społeczne konsekwencje takiej polityki są znane: rosnące nierówności i pauperyzacja ogromnych rzesz społeczeństwa. Proces ten trwa od trzech dekad. [listopad 2008]

Sama idea [bezpieczenstwa] jest groźna zarówno w wymiarze między­na­ro­dowym, jak i wewnętrznym.
     Bezpieczeństwo to nie pokój. Jest jego zaprzeczeniem. Im więcej bez­pie­czeń­stwa, tym mniej pokoju. Dążenie do pokoju zakłada wzajemne uznanie podmiotowości stron zaangażowanych w ewentualny konflikt, a także podnoszonych przez nie racji. Tymczasem zapewnienie bez­pie­czeń­stwa to coś zupełnie innego. Oznacza ono ni mniej, ni więcej tylko spa­cy­fi­ko­wa­nie słabszych przez silniejszych, złamanie ich ewentualnego oporu. Innymi słowy: odebranie im podmiotowości i odrzucenie racji, które podnoszą. W takim właśnie znaczeniu używamy dziś pojęcia bez­pie­czeń­stwa. Tak funkcjonuje bezpieczeństwo w kontekście działań „antyterrorystycznych” poszczególnych państw i całych koalicji dzia­ła­ją­cych w Syrii, Iraku, Somalii i Jemenie
. [maj 2015]

Polska ma długą historię niewolnictwa, która sięga aż współczesności. Dzisiejsi niewolnicy nie są tak wielką częścią populacji jak chłopi pań­szczy­źnia­ni, rekrutują się spośród imigrantów, żyją w sferze społecznej nie­wi­do­czno­ści. Nie oznacza to jednak, że system, który ich eksploatuje, jest mniej nieludzki i barbarzyński niż galicyjski folwark z pierwszej połowy XIX wieku. [czerwiec 2018]

[…] w dyskursie antyterrorystycznym rozpoznajemy wiele elementów ideologii antykomunistycznej: rasizm, przekonanie o zachodniej su­pre­macji, pochwałę imperialnej potęgi i pogardę dla prawa między­na­ro­do­wego. [wrzesień 2009]

Przemysław Wielgosz, Witajcie w cięższych czasach,
Wydawnictwo RM, Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

3993. Kłaczek

Neska:
(kudłate cudo przysłała)
Un abbraccio.


Autor(ka) nieznan(y/a).

Jabłoń:
(przypomniała sobie równie piękną
staroć w drugą stronę
)

poniedziałek, października 19, 2020

3992. 293/366

Ten-Człowiek-Kobieta, Ta-Osoba-Mężczyzna. Anonimowo zostałam doprowadzona do dobrych, wdzięcznych bardzo łez. Dziękuję.

293/366

*

Sadownik:
(z uczuciem smutku, że nie wszystko może)
I to nie był twój mąż…

Jabłoń:
Ciebie wolę jako nieanonimowego!

3991. Relacja z bocznicy czytelniczej

Wałęsałam się w piątkowy wieczór po nominacjach do najpiękniejszych (najpiękniej wydanych) książek. Jedną już czytałam, podałam dalej Osobie, która milion razy bardziej doceniła graficzną formę, ja poprzestać musiałam na swej nieczułości w tym względzie. Jedną zamówiłam i czekam. Inną zamówiłam i czeka Biały Kruk, choć pojęcia nie ma na co. Autor jednej z no­mi­nacji wpadł w moją percepcyjnie czułą ciekawość, a w zasadzie dziś należy napisać cię-kaw-ość. Na bocznicy czy­tel­ni­czej, przy kawie, delektowałam się tą prze­pięk­ną, nie naj­pię­kniej wydaną starocią.

Z wielu dostępnych ibuków Autora wybrałam ten, nie tylko z powodu intrygującego tytułu, za duszę chwyciło mnie zdjęcie umieszczone na okładce — uruchamia mój zachwyt (wciąż!).

Ten ma blisko siedemdziesiąt lat.
A daleko — siedemnaście
.


fot. Autor(ka) nieznan(y/a),
[dostęp: 19.10.2020], źródło.

No, ale wciąż przepisuje te notatki i minęła mu siedemdziesiątka, więc ma ją za sobą i  teraz mawia: miałem siedemdziesiąt lat, a ile mam dzisiaj — nie wiem. A w tych zapiskach pleni się dalej czas przeszły. Dokonany. Zatem taki, który zdążył być teraźniejszym.

[…] moje dziecięce chcenie bycia aktorem nie wynikało z marzenia o tym, by być kimś innym, gdzie indziej, kiedyś. Ale z kuszenia możliwości bycia  t e ż  kimś innym w tym samym sobie, bycia gdzie indziej tutaj, kiedyś teraz. I ważne było, że to ja jestem tym innym, że tutaj jest gdzie indziej i teraz jest kiedyś.

Ten stracił poczucie swoich biologicznych lat.
     Wczoraj, w roziskrzonej wczesnym blaskiem słońca Zatoce, widział Oną, wtapiającą się w to światło i wodę, tak, jak ponad czterdzieści pięć lat temu w Ostrowie
[…]. Ta sama sylwetka, ten sam rysunek ruchu, ta sama istota piękności. I Ten uznał, że jest tak samo głupi i nieudolny, jak wtedy.

Dzisiaj prawie że chłodnym. Oboje czują się jak w młodości (wykradzeni sobie — dla siebie).

Ten wiele razy próbował zbliżyć się do gruntownego zdania sprawy z tej części życia, w której się pojawił, czy – objawił G.M. […] oczarowany jego wyjątkowością, pojął, czym jest zdolność do adoracji i uwielbienia nie uwarunkowana seksualną różnicą potencjałów kobiecości i męskości. Doświadczył innego wymiaru miłości, choć na początku było to zaledwie doświadczenie intuicyjne, wynikające z zakochania się w przedziwnym stworzeniu, jakim był G.M.
     […]
     […] Dlatego Ten się zastanawia, jakby odpowiedział, gdyby G.M. zapytał teraz, czy go kocha. Bo – kogo kocha, jeśli kocha, czy tego starszego pana, którego prawie nie zna, czy tamtego prawie jeszcze chłopca, który może się w tym panu ukrywa?
     Ten przypuszcza, że pewnie powiedziałby coś zbliżonego do takiej formułki: jesteś w promieniowaniu mojej miłości. Wewnątrz tego okręgu, jaki zakreśla promień mojej miłości, czy – ściślej: mojej miłosnej dyspozycji, czyli zdolności miłowania
.
     Niemniej – to jest wykrętne i może „załatwiać sprawę” na poziomie wypowiedzi; tak można o tym mówić. Ale kiedy nie chodzi o mówienie, to o co chodzi w tej sytuacji?
     […] Jesteśmy bajką o sobie i opowiadamy się sobie nawzajem. Czasem chcemy być razem tą samą bajką. Albo ewangelią. Dobrą nowiną o sobie. O Tobie.

Nie wiedział, jak z nim rozmawiać, bo było mu tak, jakby nie minął i nie przebiegł tego dystansu sześćdziesięciu lat, a zarazem stał przed nim, tym sobą, którego nie ma, a jest, on, siedemdziesięcioletni, którego nie potrafi (czy – nie chce?) obrysować żadną sobością, albo mnością, bo bliżej mu do tego chłopca niż do starca, którym jest. To znaczy – bliżej mu do chłopięcej chłonności, wydelikacenia zmysłów i umysłu, kruchości sumienia.

To, czego jeszcze nie wiem, albo już wiem, tylko nie stawiam na zewnątrz siebie, ma naturę snu.

O wielu rzeczach i sprawach nie zdążył i nie zdąży już tu napisać. Ani o kolibrach, ani o cykadach, ani o zapachach, ani o młodym mężczyźnie siedzącym na chodniku w Veracruz, który z wąskich liści palmowych, po paru nacięciach nożem, jakimś „pianistycznym” ruchem palców wy­cza­ro­wy­wał z jednego liścia pasikonika, około dzie­się­cio­cen­ty­me­tro­we­go. Robił to tak szybko i sprawnie, że wydawał się ilu­zjo­nistą, pre­sti­di­gi­ta­to­rem.

Bogusław Kierc, CIĘ-MNOŚĆ,
Wydawnictwo FORMA, Szczecin, 2014, 2017.
(wyróżnienie własne)

Nie mam.
Jak nie masz?
No nie mam.
Tylko te?
Jakie te?
No tego tu.
Te?
Tak. Tylko?
Co tylko?
No tylko te masz?
Tylko.
Szkoda. Myślałem, że masz
.

Prześwituje mu w tej chwili takie myślątko, że najpierw odczuwa się nie­wy­ra­źnie (albo i wyraźnie) to zaimkowe bycie, a potem się w nie „łowi” coś lub kogoś, co lub kto objawia się jako osoba czy zjawisko będące tym Ty. Umożliwiające, bądź dające osobie (Tego) poczucie siebie. Zatem przez nią (przez nie) Ten jest „u siebie”. U siebie chcianego. Bo on sam (jeśli istnieje coś takiego, jak „ja sam”) nie chce się sobie za bardzo.

(tamże)

* * *

Ugniatany czułymi dłońmi masażysty, myślę o masażyście mojej duszy, o Aniele Stróżu. Nie teologicznie, ani denominacyjnie. Rzekłbym: onto­lo­gi­cznie, osmo­ty­cznie. Jak nacisk jego dotykającej obecności regeneruje i kon­ser­wu­je moją duszę.

[dostęp: 19.10.2020], tumże.

sobota, października 17, 2020

3990. O erotycznej potrzebie

Nadzieja to erotyczne zjawisko,
pozwalające myśleć o przyszłości
.

Justyna Dąbrowska
(dziś w audycji radiowej)

3989. O relacjach

Kochasz? Jak bardzo? Pokaż!

Wymiękłam. Za dużo. Potrzebuję siebie i tylko siebie — introwertyczny slow life, sztuk: raz — muszę, żądam, poproszę. Nie, nie zmieniasz planów. Pakujesz sukę i wio! Kocham Cię! Bardzo! Do zobaczenia! Zadbam o siebie. Telefon będę mia­ła przy so­bie w miarę mo­żli­wości. Tak, jakby co, oczywiście, pamiętam. Pa!

Wypchnęłam ⅔ Stada wczoraj rano za drzwi. Urlop wytchnieniowy należy się rów­nież nieuleczalnie chorym. Kocham! Bardzo! Ale potrzebuję siebie dla siebie — wy­łącz­nie, jak na lekarstwo, na­ty­chmiast!

Cztery godziny później, gdy z Dżo rehabilitowałyśmy me ciało, przypomniało mi się o kotach i psach, o śniegu i deszczu. Wspomniałam o tym, że choć wiem, że He­niu­tki nie ma w domu, to i tak co chwilę łapię się na zaskoczeniu, że mój ruch nie po­wo­du­je kudłatego ruchu lub przynajmniej kontroli psich oczu spod nie­śpie­sznie pod­nie­sio­nych kudłatych po­wiek, nie mówiąc o tym, że wciąż słyszę Jej pazury na par­kie­cie. Dżo ma tak samo ze swoją kocicą, gdy ona wyjeżdża. Obie nie mamy tak z naszymi Małżami, Dżo do­dat­ko­wo (o zgrozo!) nie ma tak ze swoimi dziećmi.

Kochamy? Na pewno? Bardzo!

Alison Moyet, Is This Love.

3988. 291/366

kochasz? jak bardzo? pokaż!

291/366