poniedziałek, czerwca 05, 2023

5082. Z oazy (CLVI)

Niedzielne odliczanie literek, dwa, dopełnione w poniedziałek, bo na kolejną nie­dzie­lę czekać nie mogłam. Nie dało się wczoraj dojść do ładu z sercem i ro­zu­mem, by zapanować nad wyborem cytatów, konsensus odnaleźć, zgodzić się wewnętrznie na wybrane i niewybrane.

Grzałam swoje tęskniące istnienie w czwartym tygodniu giganta tą książką. Pła­ka­łam ze wzruszenia w wielu miejscach. Odnalazłam się w niewiarygodnej liczbie aka­pi­tów. Biegusiem dodałam ją do moich książek roku 2023.

Uśmiechałam się za każdym razem, gdy napotykałam ślady, pozostawione w życiu Autorki przez książki, które i mnie podały pomocną dłoń (SolnitEribon).

Dotknęłam głębokiego smutku po przeczytaniu słów: [b]yło to krótko po śmierci mo­jej matki, kiedy po­dej­rzane siły psy­chiczne pchnęły mnie mocno w kie­runku bio­lo­gicz­nej ro­dziny. Dotknęłam, bo dotarło do mnie, że moje doświadczenie nie jest tak bardzo oso­bi­ste, że opisuje pewien mechanizm, w którym wspomnianej sile to­wa­rzy­szy rów­nie wiel­ka siła, której mogą użyć „biologiczni”, by od siebie sku­tecz­nie odepchnąć.

Wybór cytatów? Niełatwy, prawie karkołomny! Udało się. Będę tymi fragmentami jeszcze długo się karmić.

#A (o miłości):

Lu­dzie, któ­rzy pa­sują do po­wszech­nych ocze­ki­wań, nie zdają so­bie sprawy, jak wiele nie­świa­do­mych przy­ja­znych ge­stów wy­ko­nuje się wo­bec ko­goś, o kim wie się, że jest w związku z osobą, którą do­brze znamy. Ge­sty te stają się wi­doczne do­piero wtedy, kiedy ich za­brak­nie, i tylko dla ko­goś, komu ich nie oka­zano.

*

Po­wie­dzia­łam:
     – Cho­dzi mi o to, że je­steś taką osobą, przy któ­rej można bez lęku uro­dzić się i umrzeć. Ro­zu­miesz?

*

Nie ob­sta­wiaj­cie w ciemno, czy ktoś jest matką i córką; nie rób­cie z ni­kogo ro­dzeń­stwa. Je­żeli lu­dzie sami nie mó­wią wam, co ich łą­czy, to zna­czy, że mają po­wód. Zo­staw­cie w wa­szej re­la­cji pu­ste miej­sce na to nie­do­po­wie­dze­nie, by wła­śnie w nim mo­gły po­ja­wić się kie­dyś słowa prawdy.

*

Gra­nica jest fik­cją, jed­nym z wię­zień wy­obraźni.

*

Bo nic ni­gdy nie jest osta­tecz­nie prze­są­dzone – w na­szej nie­do­sko­na­łej rze­czy­wi­sto­ści za­wsze znaj­dzie się szcze­lina, przez którą wpada pro­mień, zwia­stu­jąc to, co nie­prze­wi­dziane. Z tej szcze­liny wy­ra­sta na­dzieja – za­wsze otwarta i go­towa dzia­łać, aby to, co osta­tecz­nie przy­nie­sie przy­szłość, oka­zało się ra­czej do­bre niż złe.

*

[…]  zwią­zek nie jest czymś, czego szuka się na siłę czy za wszelką cenę – je­śli się wy­da­rza i wi­dać, że jest do­bry, to zna­ko­mi­cie, wtedy trzeba go ce­nić i się o niego trosz­czyć, ale je­śli się nie wy­da­rza, to prze­cież nie ozna­cza, że w po­je­dynkę nie można mieć do­brego ży­cia. Moja opo­wieść była o tym, że le­piej żyć, niż szu­kać związku, bo związki wy­ni­kają z ży­cia.

*

Oczy­wi­ście, czuj­ność wo­bec ję­zyka ma sens i za­wsze warto szu­kać ta­kich okre­śleń, które jak naj­wię­cej wy­ra­żają i jak naj­mniej wy­klu­czają. Ale kiedy pa­trzę na to od środka, z punktu wi­dze­nia wła­snego ży­cia, wszyst­kie te wy­siłki ję­zy­kowe spra­wiają na mnie wra­że­nie ty­leż de­spe­rac­kich, co zbęd­nych prób przy­szpi­le­nia trze­po­czą­cego skrzy­dłami ko­lo­ro­wego mo­tyla. Bo prze­cież ten bo­gaty, skom­pli­ko­wany pro­ces, który w za­leż­no­ści od po­trzeb na­zywa się osobą, związ­kiem albo ży­ciem, po­lega wła­śnie na tym, że nie­ustan­nie wy­myka się ka­te­go­riom i przy­zwy­cza­je­niom.

*

     – Je­stem twoim cia­łem – po­wie­dzia­łam jej dawno temu, na sa­mym po­czątku, kiedy opo­wie­działa mi o złym do­świad­cze­niu ze swo­jej prze­szło­ści. To zda­nie wtedy samo do mnie przy­szło, na­rzu­ciło mi się jako od­po­wiedź na wy­zna­nie pełne bólu, ale nie ro­zu­mia­łam jesz­cze, co na­prawdę zna­czy.
     Te­raz, po dwu­dzie­stu kilku la­tach, które upły­nęły od tam­tej chwili, tamto zda­nie wy­peł­niło się tre­ścią, ale też nie­znacz­nie zmie­niło po­stać:
     – Je­steś moim cia­łem – chcia­ła­bym po­wie­dzieć mo­jej uko­cha­nej dzi­siaj.
     Do­piero te dwa zda­nia ra­zem two­rzą ca­łość.

*

Ni­żej znaj­do­wało się białe krze­sło re­ha­bi­li­ta­cyjne, na któ­rym sie­działa. […]  my­łam sie­bie i ją, ją z wielką czu­ło­ścią.
     […]  Ni­gdy nie by­ły­śmy bli­żej sie­bie. Ni­gdy nie by­ły­śmy bar­dziej wolne od cu­dzego spoj­rze­nia, ob­cych wy­obra­żeń i ję­zy­ków.
     Dwie doj­rzałe ko­biety: si­wie­jące, dawno już nie­szczu­płe, miesz­kanki dzi­kich pól zbio­ro­wej wy­obraźni, z któ­rych jedna myje drugą. Kto nas na­ma­luje?

*

Nasz ję­zyk do­mowy, choć zbu­do­wany ze słów, które na­leżą do wszyst­kich, jest tylko nasz. Mamy w nim swoje za­imki, imiona i bajki.

*

Bo ży­cie, ow­szem, jest ru­chem, a na­wet po­dróżą, ale taką, która nie ma usta­lo­nego celu – to nie­koń­czące się mi­go­ta­nie, prze­miana ma­te­rii w ma­te­rię, prze­cho­dze­nie ze stanu w stan.

*

Mówi się o nas rów­nież – rza­dziej niż kie­dyś, ale jed­nak – że „ko­chamy ina­czej”. Za­sta­na­wiam się, co to zna­czy ko­chać nie-ina­czej? Jak się ko­cha zgod­nie z normą, nor­ma­tyw­nie? Czym jest wzo­rzec, od któ­rego na­sze uczu­cia, zda­niem wielu, od­bie­gają tak zna­cząco, że trzeba dla nich ukuć spe­cjalną na­zwę?

*

[…]  nie jest prawdą, że nie można z sa­tys­fak­cją i sen­sem wy­peł­nić so­bie ży­cia ni­czym in­nym oraz że bez­dzietne pary są z góry ska­zane na klę­skę. […]  warto za­cząć od­kle­jać się od my­śli, że bez dzieci nie można mieć speł­nio­ne­go ży­cia.

*

W dłu­gich, do­brych związ­kach lu­dzie nie tylko wra­stają w swoje miej­sca, ale też zra­stają się psy­chicz­nie ze sobą. Nie są jed­nym, ale są trwale po­łą­czeni, czy może – wza­jem­nie prze­pusz­czalni.

#B (o seksie):

Już to mó­wi­łam: czło­wiek po­trze­buje ob­ra­zów. Je­ste­śmy isto­tami, które bez prze­rwy wi­zu­ali­zują so­bie sie­bie. […]  Po­trze­bu­jemy zo­ba­czyć, czym je­ste­śmy, aby za­cząć się tym sta­wać.
     […]  Prze­ży­wa­nia seksu uczymy się wszy­scy – i he­te­rycy, i nie­he­te­rycy, po­nie­waż seks, jak wszystko, co do­ty­czy czło­wieka, by­naj­mniej nie jest czymś „na­tu­ral­nym”: jest wy­obra­że­niem i tech­niką, a więc – kul­turą.

*

Wszyst­kie płcie są w pew­nym za­kre­sie do­stępne dla wszyst­kich, a pra­gnie­nie zwane ero­sem wcale nie opiera się na płci, tylko, tak jak mą­drość i pi­sa­nie, na nie­usu­wal­nym braku, który wy­wo­łuje po­trzebę się­ga­nia po wciąż umy­ka­jące speł­nie­nie, w nie­ustan­nym ru­chu, w któ­rym gubi się i od nowa od­naj­duje swoje ja, ści­ga­jąc wy­obra­że­nie in­nej sie­bie, peł­niej­szej i do­sko­nal­szej, bo­gat­szej o to coś upra­gnione – osobę, wiersz albo mą­drość.
     Ruch pra­gnie­nia nie ma końca, a płeć od­grywa w nim naj­mniej istotną rolę. […]  naj­bar­dziej spe­cy­ficzne są dla erosa ta­kie układy, w któ­rych nie można po­my­lić go z dą­że­niem do roz­rodu.

*

Seksu les­bij­skiego nie da się za­stą­pić ob­ra­zem ma­szyny – praca i pro­dukt kra­jowy brutto to nie są na­sze me­ta­fory.

*

„Nie mu­sisz się wsty­dzić” – po­wie­działa matka, kiedy zna­la­zła ją scho­waną za tap­cza­nem w moim po­koju.
Wstyd był naj­mniej­szym pro­ble­mem, jaki mia­łam z Wi­słocką. W jej spo­so­bie pi­sa­nia był ja­kiś nie­przy­jemny ton, szorstki, żoł­nier­ski, nie lu­bi­łam tego tonu i nie lu­bi­łam tej prza­śnej baby w chu­ście. Tym bar­dziej że swoją książ­ką okrop­nie mnie prze­ra­ziła.
     […] 
     Sztuka ko­cha­nia
była dla mnie lek­turą trau­ma­tyczną i do ni­czego mi się w ży­ciu nie przy­dała. Ostat­nia rzecz, jaką da­ła­bym córce.

*

Jej kształt jest nie­sa­mo­wity: przy­po­mina drag qu­een w płasz­czu z sze­ro­kimi po­łami, mo­tyla albo smo­czycę. Fa­scy­nu­jące jest to, że po me­no­pau­zie łech­taczka nie ulega atro­fii. Płod­ność prze­mija, a roz­kosz nie.

#C (o genderze i tożsamości):

Naj­waż­niej­sze jest to, że świat spo­łeczny ni­gdy i ni­g­dzie nie jest z betonu, choć czę­sto się taki wy­daje – wszę­dzie jest ru­chem, tak jak samo życie.

*

Po­ten­cjał każ­dej przy­szłej zmiany leży na mar­gi­ne­sie. Nadzieja wy­raża się w dzia­ła­niu.

*

Nie tylko he­te­ro­sek­su­al­ność jest dzi­siaj wy­czer­paną nar­ra­cją, ale też ho­mo­sek­su­al­ność, po pro­stu z tego po­wodu, że w na­tu­rze nie ist­nieje bi­nar­ność płci i na po­zio­mie in­nym niż urzę­dowy nie da się stwier­dzić jed­no­znacz­nie, ja­kiej płci są osoby za­an­ga­żo­wane w re­la­cję mi­ło­sną, choć na pierw­szy rzut oka może się to wy­da­wać dzie­cin­nie pro­ste.
     […]  na płeć osoby ludz­kiej skła­dają się liczne war­stwy: bio­lo­giczne, psy­chiczne i kul­tu­rowe. War­stwy te nie mu­szą być i czę­sto nie są ze sobą zgod­ne. Jed­no­cze­śnie na­sza płeć nie dość, że po­trafi być zmienna w cza­sie, to jesz­cze sta­nowi kon­ti­nuum mię­dzy dwoma bie­gu­nami, a te z ko­lei są je­dy­nie tech­nicz­nym uła­twie­niem, czy­sto teo­re­tycz­nym za­ło­że­niem, bo w rze­czy­wi­sto­ści nikt z nas nie re­ali­zuje ani stu­pro­cen­to­wej ko­bie­co­ści, ani stu­pro­cen­to­wej mę­sko­ści.

*

[…]  wśród fe­mi­ni­stek nie za­wsze się od­naj­duję, co nie po­winno dzi­wić, sko­ro ży­ciowo mam z nimi nie taką wielką część wspólną, wy­zna­czoną przez spo­łeczne piętno gor­szej płci. To piętno dźwi­gamy wszyst­kie, ale poza tym czę­sto róż­nimy się na­prawdę wszyst­kim – na przy­kład za­in­te­re­so­wa­nia­mi, za­kre­sem do­świad­cze­nia.

*

Zmiana wy­nika z fak­tów, które wi­dać, ale też ze znacz­nie więk­szej liczby ta­kich, któ­rych nie do­strze­gamy.

*

[…]  nie­zba­dane są ścieżki iden­ty­fi­ka­cji płcio­wej, i bar­dzo na­iw­nie by­łoby po­le­gać w tej kwe­stii na urzę­do­wych de­kla­ra­cjach K lub M, wy­po­sa­że­niu ge­ni­tal­nym albo ubra­niach, do któ­rych przy­szy­li­śmy metki „ko­biece” i „mę­skie”, żeby uda­wać, że od za­wsze tam były.

#D (bo to Polska właśnie):

[…]  pod­nie­sione do rangi prawa cu­dze uprze­dze­nia.

*

Cza­sem my­ślę, że wy­star­czy­łoby z nimi po pro­stu po­roz­ma­wiać. Po­wie­dzieć im, że to prawda, że seks mię­dzy do­ro­słymi oso­bami za obo­pólną zgodą w żad­nej po­staci nie jest w Pol­sce ka­ralny, ale że tu nie cho­dzi o seks, tylko o całe ży­cie, któ­rego seks jest czę­ścią: o uczu­cia, związki, uzna­nie spo­łeczne i wspar­cie. O to samo, co dla nich rów­nież jest naj­waż­niej­sze, na czym ich ży­cie opiera się jak na so­lid­nym fun­da­men­cie, ale po­nie­waż mają to za­gwa­ran­to­wane w ko­dzie kul­tu­ro­wym i pra­wie świec­kim od uro­dze­nia, nie do­strze­gają swo­jego przy­wi­leju i nie po­tra­fią po­sta­wić się w na­szej sy­tu­acji.

*

[…]  na­gle zo­ba­czy­łam, w jak wiel­kim stop­niu moje nie­he­te­ro­nor­ma­tywne ży­cie zo­stało wy­rzeź­bione przez to, czego w Pol­sce nie było nam wolno. „Wy­rzeź­bione” to zresztą ładne słowo, za ładne, i przez to kłam­liwe, więc po­wiem ina­czej: zo­ba­czy­łam, w jak wiel­kim stop­niu to, czego w Pol­sce nie było nam wolno, od­kształ­ciło czy na­wet znie­kształ­ciło mi ży­cie. Jak bar­dzo wpły­nęło na mój los.
     […] 
     Czy to, czym stały się dla nas z bie­giem czasu dom, ży­cie, śmierć, za­le­żało bar­dziej od nas sa­mych czy bar­dziej od tego, czego nie z na­szej winy nie było nam wolno.

*

[…]  lu­dziom, kiedy tylko po­czują, że mają nad kimś wła­dzę, prze­waż­nie dzieje się coś z głową.

*

Lu­dzie ży­jący w związ­kach nie­he­tero w kraju ta­kim jak Pol­ska mu­szą stać się mi­strzami w wy­peł­nia­niu na wła­sną rękę luk w struk­tu­rach spo­łecz­nych i neu­tra­li­zo­wa­niu po­ten­cjal­nie roz­sa­dza­ją­cych zwią­zek sił od­środ­ko­wych, ja­kie wy­twa­rza sys­tem uprzy­wi­le­jo­wu­jący re­la­cje róż­no­pł­ciowe.

*

Nie mu­szę do­da­wać, że nie mamy też prawa do wspól­nego ani po­dwój­nego na­zwi­ska. Wy­daje się, że to szcze­gół, a jed­nak swoje waży. Wspólne albo łą­czone na­zwi­sko jest jed­nym z wielu spo­so­bów utwier­dza­nia dwójki lu­dzi w ich „ra­zem”, wzmac­nia­nia związku przez spo­łe­czeń­stwo. Jest to tak samo ważne, jak co­dzienne oznaki ak­cep­ta­cji ze strony oto­cze­nia: ro­dzi­ców, ro­dzeń­stwa, są­sia­dów, współ­pra­cow­ni­ków. Tak drobne, że aż nie­zau­wa­żalne – o ile oczy­wi­ście nie jest się ich po­zba­wioną, bo wtedy wi­dać wszystko jak na dłoni.

*

Bo nasz ję­zyk do­mowy jest czymś wię­cej niż inne ję­zyki pry­watne. On jest za­miast.
     Jest za­miast wszyst­kiego, czego nie mamy: ślubu i ca­łej reszty, jaka na mocy prawa ze ślubu wy­nika, a co tak ła­two lek­ce­ważą osoby, któ­rym spo­łe­czeń­stwo nie za­bra­nia za­wrzeć mał­żeń­stwa. Za­miast dzieci, o któ­rych po­sia­da­niu ne­ga­tyw­nie zde­cy­do­wano za nas, za­nim same mo­gły­śmy się nad tym za­sta­no­wić. Za­miast tego, co od ze­wnątrz trzyma lu­dzi ra­zem i obiek­ty­wi­zuje ich zwią­zek, a co na­zywa się spo­łeczną wi­dzial­no­ścią oraz ak­cep­ta­cją, i czego lu­dzie he­tero na­wet nie za­uwa­żają, bo dla nich to oczy­wi­stość.
     Nasz ję­zyk do­mowy za­stę­puje struk­tury spo­łeczne, któ­rych po­trze­bu­jemy, a któ­rych w Pol­sce dla nas nie ma. Jest ży­wym la­bo­ra­to­rium za­równo tych nie­ist­nie­ją­cych struk­tur, jak i no­wej, post­gen­de­ro­wej toż­sa­mo­ści. To on jest dla nas do­mem, kra­jem za­miesz­ka­nia i do­wo­dem oso­bi­stym.

*

„Ni­gdy w ży­ciu nie by­łam bar­dziej za pra­wem do abor­cji niż pod­czas ciąży. I ni­gdy w ży­ciu nie zro­zu­mia­łam tak do­głęb­nie i nie by­łam tak pod­eks­cy­to­wana ży­ciem, które się po­częło. Może i fe­mi­nistki ni­gdy nie zro­bią na­klejki na zde­rzak o tre­ści «TO WY­BÓR ORAZ DZIECKO», ale oczy­wi­ście tak wła­śnie jest i my do­brze o tym wiemy. Nie je­ste­śmy idiot­kami, ro­zu­miemy, o jaką stawkę idzie. Cza­sami wy­bie­ramy śmierć” – pi­sze [Mag­gie] Nel­son, co nie wszyst­kim się spodoba, ale ja pod­pi­suję się pod tym obiema rę­kami.  

*

Nikt nie zmusi uprzy­wi­le­jo­wa­nej więk­szo­ści, by zwra­cała uwagę na mniej­szo­ściowe umowy i peł­no­moc­nic­twa. Po­zo­staje nam więc wy­łącz­nie mieć na­dzieję, że ani moja ro­dzina, ani ro­dzina mo­jej uko­cha­nej nie okażą się w chwili próby zło­śliwe i bez­duszne, ale gwa­ran­cji tego żad­nej nie mamy, po­mimo na­szych umów i peł­no­moc­nictw.

*

Tak my­ślą dzieci – że kiedy zdej­mie się coś z wi­doku, wów­czas zwią­zany z tym czymś pro­blem prze­sta­nie ist­nieć.

*

Po­stę­pu­jąca szyb­ciej niż za­kła­dano ka­ta­strofa kli­ma­tyczna, fala pra­wi­co­wego po­pu­li­zmu, geo­po­li­tyczny chaos i brze­mienna w nie­znane jesz­cze skutki wojna w Ukra­inie spra­wiają, że nasz czas stał się cza­sem przed koń­cem – tym, który jesz­cze po­zo­stał.

*

W jed­nej chwili prze­stają mnie ob­cho­dzić te wszyst­kie słowa, które prze­sy­pu­jemy tu hał­dami, roz­trzą­sa­jąc sprawy pol­skie i ludz­kie przy­padki.

#E (o chorobie):

To dzieje się za­wsze pew­nego dnia, o ja­kiejś go­dzi­nie. W miej­scu prze­waż­nie naj­mniej od­po­wied­nim. Bez pro­ro­czych zna­ków na nie­bie i ziemi, bez he­rol­dów i po­wi­tal­nych ese­me­sów. […]  nie­chciana wia­do­mość o po­ten­cjale fa­bu­lar­nym od zera do nie­skoń­czo­no­ści, od któ­rej wszystko się za­czyna. Pierw­sze, co robi, to prze­straja ze­gar czasu – od­tąd bę­dzie pły­nął spe­cjal­nie dla cie­bie. […]  Dla­tego warto jak naj­wcze­śniej na­uczyć się cze­kać, świa­do­mie ćwi­czyć się w cze­ka­niu. Oswa­jać prze­pływ czasu przez wła­sne ciało. Usiąść nad tą rzeką i pa­trzeć, co nie­sie jej nurt.

*

Oka­zuje się, że to wszystko było jed­no­ra­zowe i nie­od­wra­calne. Zdu­mie­nie.
     Te­raz i w go­dzinę śmierci na­szej. Amen.

*

[…]  zro­zu­mia­łam, czym w prak­tyce jest dzi­siaj me­dy­cyna: opar­tym na sta­ty­styce sys­te­mem za­rzą­dza­nia do­stę­pem do pro­ce­dur. Po­szu­ki­wa­nie jej hu­ma­ni­stycz­nego ob­li­cza jest z góry ska­zane na nie­po­wo­dze­nie […]. Ow­szem, w ogól­no­ści do­ty­czy to wszyst­kich dzie­dzin – tak jak wśród le­ka­rzy nie­wielu jest Le­ka­rzy, tak i wśród pi­sa­rzy nie­wielu jest Pi­sa­rzy, a wśród lu­dzi nie­wie­lu jest Lu­dzi – ale w przy­padku me­dy­cyny to sam sys­tem temu do­dat­kowo sprzyja, to on pro­jek­tuje i ge­ne­ruje swo­ich ope­ra­to­rów.

*

Pi­szę dla kilku bli­skich osób, żeby wie­działy, czym te­raz żyję, a także, być może, dla nieco szer­szego grona bli­skich nie­zna­jo­mych, któ­rzy czują się zdra­dzeni, kiedy przy­cho­dzi im sa­mot­nie mie­rzyć się z na­chal­nym opty­mi­zmem owych nie­licz­nych, któ­rym far­tem udało się wy­dę­bić od losu od­ro­cze­nie i po­tem roz­sie­wają cał­ko­wi­cie fał­szywe prze­ko­na­nie, że coś od nich za­le­żało, że ich silna wola oraz oso­bi­sta dziel­ność miały na to wpływ. Nie miały.

*

Czym jest to pi­sa­nie? Kie­ro­wa­niem snopu świa­tła na ob­cią­ża­jące wspo­mnie­nia, na głę­boko ukryte lęki; oglą­da­niem sie­bie i świata z na­gle skró­co­nej – na za­wsze lub na chwilę, tego jesz­cze nie wiem – per­spek­tywy, pod­jętą przez ślepca próbą czy­ta­nia mgli­stych zna­ków, w któ­rych być może za­ko­do­wana jest przy­szłość.

*

Jest we mnie ja­kaś ele­men­tarna zgoda na to, co przy­cho­dzi, co jest prawdą o mnie.

*

My­ślę, że czło­wiek, który cho­ruje na cho­robę śmier­telną albo umiera, nie po­wi­nien – nie po­wi­nien w tym sen­sie, że dla niego sa­mego tak jest le­piej – ży­wić po­gardy, nie­na­wi­ści czy za­wi­ści wo­bec tych, któ­rzy zo­stają w ży­ciu. Za­równo wo­bec tych, któ­rzy wie­dzą i nie dają so­bie rady z wła­sną re­ak­cją, jak i wo­bec tych, któ­rzy nie wie­dzą i po pro­stu żyją ży­ciem. Ci ostatni mogą nas po­trą­cać lub krzyw­dzić, tak jak po­trąca się i krzyw­dzi ogól­nie zdro­wych bliź­nich, i trzeba im wy­ba­czyć, bo nie wie­dzą, co czy­nią. Trzeba im wy­ba­czyć, że żyją, to nie ich wina. Ci pierwsi na­to­miast są w sy­tu­acji naj­cięż­szej – mu­szą zmie­ścić w so­bie lęk o bli­ską osobę, wła­sny strach przed śmier­cią, który wo­bec cie­le­snej na­ocz­no­ści śmierci czy­jejś wy­ra­sta po­nad naj­wyż­sze wul­kany Kam­czatki, i jesz­cze być opar­ciem dla cho­rego, da­wać mu siłę, a przy­naj­mniej nie stra­szyć go wła­snym stra­chem, nie do­kła­dać wła­snych łez. Po­wiem wię­cej – śmier­tel­nie chory lub umie­ra­jący może wiele dać po­zo­sta­ją­cym w ży­ciu, może dać im się oprzeć o sie­bie albo prze­ka­zać im coś ze swo­jego wi­dze­nia rze­czy, które po­ten­cjal­nie jest wy­jąt­kowe, bez­cenne mą­dro­ścią bli­skiego kresu. […]  Tym bar­dziej warto wy­ko­rzy­stać ten szcze­gólny czas, kiedy na­sze ży­cie do­piero za­czyna zmierz­chać i ni­skie słońce tak przej­mu­jąco oświe­tla, tak prze­świe­tla wszyst­kie jego sprawy.

*

S.T. w ma­ilu do mnie: „[…] Od po­krze­pia­nia w końcu mamy lu­dzi, z któ­rymi sy­piamy, po to są na świe­cie, to się nie dzieje w sło­wach, tylko w czymś in­nym, nie wiem na­wet do­kład­nie w czym, wiem, że się dzieje”.

*

[…]  doj­rze­wa­nie jest dłu­gim, z na­tury spo­koj­nym pro­ce­sem – ła­twiej jest po­lu­bić ko­niec, który doj­rzeje w nas do­piero za parę de­kad – czyż nie? A gdy­by ktoś z tych lu­bią­cych do­wie­dział się wczo­raj, że ten jego owoc jest już cał­kiem spory, że już doj­rzał i czas go ze­rwać, czy też by to lu­bił? To by do­piero było coś.

#F (o nieodwracalnym):

– Je­śli coś się sta­nie, pa­mię­taj, ja za­raz do cie­bie przyjdę – mówi Elż­bieta, kiedy pła­czę.
     – Ale tam nic nie ma.
     – To, że nie ma ko­mu­ni­ka­cji, o niczym nie świad­czy.

*

Do­bre dni to ta­kie, kiedy na parę go­dzin za­po­mi­nam.

*

Roz­pacz dzie­lona z in­nymi to na­sze je­dyne po­cie­sze­nie, innego nie ma.

*

„Czło­wiek wszystko znie­sie, tylko ni­gdy nie py­taj o cenę” – mówi M. […].

Renata Lis, Moja ukochana i ja,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

[…]  w banku, w skle­pie, na działce – cały czas py­ta­łam samą sie­bie: i komu to prze­szka­dzało? Komu prze­szka­dzało to pro­ste, zwy­kłe ży­cie, które ni­kogo nie krzyw­dziło? Czy nie mo­gła da­lej tak so­bie cho­dzić po ziemi i tak so­bie żyć – w banku, w skle­pie, na działce – czy nie mo­gła?

(tamże)

niedziela, czerwca 04, 2023

5081. Z oazy (CLV)  //  Panna cotta (LXXXVII)

Niedzielne odliczanie literek, raz, a w zasadzie zeszłoniedzielne, trzy, bo była to nie­przyzwoicie krótka nie­dzie­la. Książka spiracona bez dumy jakiś czas temu, odkryta na nowo, gdy odrobinę porządku na dysku robiłam. Czytana z zachwytem nad struk­tu­ra­mi gramatycznymi i związkami frazeologicznymi, co oznacza, że czas za­cząć czytać trudniejsze rzeczy, by nie tylko zachwycać się, ale też mocować się z nie­zna­nym jeszcze pięknem.

Ubawiło mnie nazwisko bohaterki-piosenkarki, które natychmiast kojarzy się z in­ną, realną Gianną, też piosenkarką. Lubię Jej szorstki głos.

A opowieść? Jest o ludzkich intencjach. Nie zawsze są czyste. Często są zaskakujące. Dlatego warto je badać, nie zakładać, że są oczywiste czy transparentne. Zawsze są dobre, ale warto pytać: dla kogo i co zapraszają, na co dają nadzieję?

Gianna Giannini, per esempio, canta con molta energia. La sua musica è bellissima. Per questo stasera vado al suo concerto.
     — Con chi vai al concerto?
     — Con due amiche.
     — Tutte donne?
     — Sì. Non vogliamo uomini stasera.
  [Gianna Giannini, na przykład, śpiewa z dużą energią. Jej muzyka jest przepiękna. Dlatego dziś wieczorem idę na jej koncert.
        — Z kim idziesz na te koncert?
        — Z dwiema koleżankami.
        — Same kobiety?
        — Tak. Nie chcemy mężczyzn dziś wieczorem. ]

     — È una storia lunga.
     — Sentiamo.
      [— To długa historia.
        — Słuchamy.]

*

Come sempre, a quest’ora c’è molta gente.
  [Jak zwykle o tej porze jest dużo ludzi.]

*

     — […]  spiega un’amica. […]  dice un’altra.
     — Chi? — domanda ancora Matteo.
     […]
     — Ora basta! Maleducati!
      [— […] wyjaśnia jedna z koleżanek. […] mówi inna.
        — Kto? — pyta ponownie Matteo.
        […]
        — Wystarczy! Niegrzeczni!]

*

     — Va bene, va bene, ma la prossima volta stai più attento.
      [— OK, dobrze, ale następnym razem bądź bardziej uważny.]

*

     — Interessante…
     — Interessante ma matto.
     — Perché matto?
      [— Interesujące…
        — Interesujące, ale szalone.
        — Dlaczego szalone?]

*

Matteo sta comprando i biglietti del treno:
     — Due per Siena. Andata e ritorno.
     — Perché due? — domanda l’impiegato — Lei è solo!
     — Perché fra poco arriva una mia amica…
     — È sicuro? Il treno pe Siena parte tra cinque minuti. Forse la sua amica non viene.
  [Matteo kupujebilety a pociąg:
        — Dwa do Sienny. Tam i z powrotem.
        — Dlaczego dwa? — pyta pracownik kolei — Jest pan sam!
        — Ponieważ za chwilę przyjdzie moja znajoma…
        — Jest pan pewien? Pociąg do Sienny odjeżdża za pięć minut. Może pana znajoma nie przyjdzie.]

*

     — Sai, — dice Roberta con un sorriso — la tua voce alla radio è molto bella.
     — Vuoi dire che quando non parlo alla radio ho una brutta voce?
     — Stupido… Vieni, andiamo vicino al palco, fra poco comincia il concerto. Aspetto questo momento da più di un mese.
      [— Wiesz — mowi Roberta z uśmiechem — twój głos przez radio jest bardzo ładny.
        — Chcesz powiedzieć, że kiedy nie mówię przez radio, mam brzydki głos?
        — Głupiutkiś… Chodź, idziemy bliżej sceny, zaraz zacznie się koncert. Czekam na tę chwilę od więcej niż miesiąca.]

*

In quel momento arriva Gianna e saluta la gente.
  [W tym momencie pojawia się Gianna i pozdrawia ludzi.]

Alessandro De Giuli, Ciro Massimo Naddeo, Radio Lina,
Alma Edizioni, Firenze 2007.
(wyróżnienie własne)

Gianna Nannini, Ti voglio tanto bene.

ti voglio tanto bene
e ci sarò per te
[…]
lo so che siamo fragili
[…]
ti voglio tanto bene
e niente finerà
[…]
io canterò per te
mi sentirai nell'aria

*

non avrai paura
di continuare a vivere

5080.  ☆☆☆☆☆    ☆☆☆

Panie Kaczyński,
taczki stoją.
Do przodu
!

Lech Wałęsa

sobota, czerwca 03, 2023

5079. Nie zawłaszczaj!

Jeszcze na gigancie, dwa dni temu, wjeżdżam z rana na stołówkę. Mijam pierwszy stolik i muszę się zatrzymać i skomentować płynące w moją stronę życzenia: wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka! Pomyślałam całe stado niecenzuralnych słów ułożonych w poprawnie skonstruowane zdanie wie­lo­krotnie złożone. Wyhamowałam nie tylko koła wózka, ale i język. W przy­zwo­i­ty sposób poinformowałam, że to nie moje święto, bo jestem i lubię być dorosła. Naprawdę lubię, nawet jeśli czasem realna odpowiedzialność za moje życie roz­kła­da mnie na łopatki. Pamiętam jedno z dwóch moich największych dzie­cię­cych ma­rzeń: chcę byćduża”. Spełniło się i nie lubię, gdy mi się moją osobistą rzekę próbuje zawracać naprędce chwyconym w dłoń, odświętnym kijem.

Owego świątecznego dnia zrobiłam zdjęcie. Byłam pewna, że będzie zdjęciem dnia, puentą czy komentarzem do życzeń, które tego dnia płynęły szerokim, życzliwym, ale bezmyślnym nurtem. Przegrało się pikselom ze szczypiorkiem, zdjęcie przegrało również przy komponowaniu ścinków, ale nie przepadło! Dzisiaj jest jego dzień.

Naprawdę, daję słowo, przysięgam! Doceniam intencje kryjące się za wspo­mnia­ny­mi życzeniami, ale przemyślałam to i owo, ułożyłam to jakoś w głowie w okre­ślo­nej chwilowo konfiguracji i pozwalam sobie dziś po­le­mizować, a przy okazji powtórzyć li­czeb­ni­ki porządkowe.

Primo. O co ci chodzi, przecież wszyscy byli­śmy dziećmi. No właśnie, byli­śmy! Byliśmy, więc zaprzęgając do roboty szczyptę logiki: nie jesteśmy już dzie­ćmi. Jest powód, dla którego nie składamy sobie życzeń w Dniu Kameleona czy Wóz­ków Widłowych, choć pewnie, stosując siłę podanego argumentu, nie­któ­rzy za brak życzeń powinni się obrazić.

Secondo. O co ci chodzi, przecież wszyscy mamy wewnętrzne dziecko. Jest to najtańszy z psychologizujących chwytów, pozwalający zrzucić choć na chwilę odpowiedzialność za siebie, ważne relacje i otaczający nas świat oraz utrzymać fałszywy mit dzieciństwa, że jest ono krainą szczęśliwości, twórczości, za­chwy­tu i bezgranicznej dzikiej zabawy. Czy kiedy­kol­wiek w życiu widzieliście, by w Dniu Kobiet mężczyźni składali sobie nawzajem życzenia, bo wszyscy jak jeden mąż mają wewnętrzną kobietę? Ciekawe, dla­cze­go nie? Długo mogła­bym podawać powody, dla których tak jest. Ad rem. My tu mówimy o Dniu Dziecka, nie o Dniu Wewnętrznych Figur, które — nie kwe­stio­nu­ję, nie umniej­szam — skądinąd wszystkie nam są potrzebne do czerpania z życia pełnymi gar­ścia­mi. Kobiety potrzebują swoich Animusów, mężczyźni po­trzebują swoich Anim, wszyscy potrzebujemy naszych wewnętrznych „dziec­ków”, ale te po­trze­by należą do innego porządku i nie mają żadnego związku z Mię­dzy­na­ro­do­wym Dniem Dziecka, ktory przypada 1 czerwca.

Terzo. Nie przyjmujesz do wiadomości, że od dziesięcioleci nie jesteś już dziec­kiem? Upie­rasz się, że twojemu wewnętrznemu dziecku należy się tyle samo troski i uwagi, co dzieciom, które nie mogą się wesprzeć na wewnętrznej fi­gu­rze do­ro­słe­go, bo jeszcze się w nich nie ukonstytuowała? To nie będzie zabawa w indian lecz imprezka dla kolonizatorów. Oni też nie rozumieli, że idą po nie­swo­je. Naprawdę jest dla ciebie nie do przyjęcia, że jeden dzień w roku nie bę­dzie nic o tobie? Ryzykujesz tylko dziecięcy, nomen omen, zachwyt, że dawa­nie uwagi, zamiast domagania się jej, daje dużo więcej radości i gdy Dzień Dzie­cka pozostaje tylko świętem dzieci, ty również zyskujesz niebywale świą­tecz­ny czas bez okupowania dziecięcego terytorium, do którego nie masz już żadnych praw.

Quarto. Nie. Bo?

Quinto. Nie. Bo nie!

Sesto. Nie wyrywałabym się z życzeniami, bo zamiast radości lub zaże­no­wa­nia mogą te niewinne w zamierzeniu życzenia uruchomić lawinę bólu zwią­za­ne­go ze wspomnieniami, że miało się okrutnych rodziców, stosujących peł­no­wy­mia­rową przemoc. Nie wszystkim dzieciom w tym kraju uda się przeżyć te dra­stycz­ne formy opacznie rozumianej, rodzicielskiej miłości, o czym skwa­pli­wie donoszą media każdego sortu. Ci, którzy przetrwali, nie chcą wracać do cza­sów, gdy otaczający ich dorośli byli dorośli tylko nominalnie.

Settimo. Nie wyrywałabym się, nie tylko dlatego, że to może wy­dać się ob­da­ro­wy­wa­nej osobie nie na miejscu czy głupie, ale również dla­te­go, że im starszego czło­wieka poczęstujesz radosnymi życzeniami, tym większa szan­sa, że staniesz się (naprawdę tego chcesz?) „macantem” nijak jeszcze nie­za­go­jonych, żywych, ża­łob­nych ran. Choć towar macany należy do macanta i na­le­żał­by ci się strzał pod żebra, z pewnością go nie dostaniesz, bo ludzie w ża­ło­bie krusi są bardzo, nie­wy­obrażalnie krusi. Można sobie w życiu od­pu­ścić korzy­sta­nie z usług lo­gi­ki, wielu osiągnęło na tym polu znaczące sukce­sy, ale odro­bi­ną empatii wy­pa­da­ło­by dys­po­no­wać chociaż teoretycznie. Wiem, że perspe­kty­wa życia bez uży­wa­nia logiki i empatii wielu wydaje się jedną z naj­atrak­cyj­niej­szych dróg — zo­sta­ną po­li­ty­ka­mi? To jednak zupełnie inny temat, choć z dzie­cię­cym zacho­wa­niem można by­ło­by znaleźć pararele i szybciutko złożyć odpo­wied­nie życze­nia, za­po­mi­nając o: primo, secondo, terzo, quarto, quinto, sesto, settimo, ottavo, nono, decimo, undicesimo

W Dniu Dziecka zaimponował mi. Ma jaja! — pomyślałam, uśmiechając się, nim zrobiłam cyk. Żadnych otwartych ramion! Żadnego witającego uśmie­chu! Odwró­co­ny plecami do chcących wejść do środka budynku ludzi. Pa­trzy­łam na niego urzeczona nim cyk. Krasnal! Pierwszy taki w moim życiu. Tego dnia słał wszystkim kolonizatorom Dnia Dziecka zastygłego w pla­sti­ku fucka. Widzia­łam oczami wyobraźni. Chichotałam nim cyk, a potem cyk na pohybel tym, co twier­dzą, że im się te nienależne życzenia należą.

środa, maja 31, 2023

5076. na gigancie, dzień 25.  //  151/365

że­gnając się po raz pierwszy, dwa tygodnie i dwadzieścia pięć lat temu, już za sobą na­wzajem tęskniliśmy. za niecałe czter­dzie­ści godzin zabierze mnie do ula. zabiorą mnie ra­zem, on i kudłata!

151/365

wtorek, maja 30, 2023

5075. na gigancie, dzień 24.  //  150/365

światowy dzień świadomości sm. pochy­li­łam się nad nim i już wiem, jak to ze mną jest: nie walczę z chorobą, bo nie jestem prze­ciw­ko swojemu ciału, które potrzebuje nie tylko mo­jej po­mo­cy. ja i mo­je ciało, wspól­nie mierzymy się z rzeczy­wi­sto­ścią, w której niektóre karty pod­suwa nam pod nos choroba.

150/365

poniedziałek, maja 29, 2023

5074. na gigancie, dzień 23.  //  149/365

biorę tylko piękno, upycham po kieszeniach wyłącznie wzruszenia.

wszystko to, co w świecie twardych walut wyceniane jest nie­zmien­nie na zero, prze­ci­nek, zero, zero. wszystko to, co dla mnie jest bezcenne.

149/365

niedziela, maja 28, 2023

5073. na gigancie, dzień 22.

5072. Z oazy (CLIV)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Gdyby ta książka nie leżała od dwóch lat (świe­żut­ko wtedy upolowana) na moim wirtualnym stosiku czytelniczym, zrobiłabym natychmiast klik, klik po przeczytaniu zacytowanych w tamtej książce słów Fanona: To rasista stwa­rza poniżonego. Dumałam nad nimi szczególnie długo. Na swoje po­trze­by parafrazuję je w następujący sposób: to wykluczający stwarza wy­klu­czo­ne­go. Nie, nie możesz stać się na własne życzenie, nomem omen, czarną owcą, nawet jeśli wy­klu­czający cię ludzie twierdzą, że sam_a jesteś sobie winny_a.

Nie, pod żadnym pozorem nie jesteś winna_y, może komuś kogoś przypominasz, może komuś kojarzysz się z jakąś kiepską historią. Jedno jest pewne: z winą nie ma to wszystko nic wspólnego.

Ta książka ukazała się po upływie 68 (sześćdziesięciu ośmiu!) lat od publikacji ory­gi­nału w języku francuskim. To stanowi chyba wydawniczy rekord świata. Można to pew­nie jakoś zrozumieć: w latach pięćdziesiątych za żelazną kurtyną problem ra­si­zmu jeśli był czymkolwiek, to dotyczył wyłącznie zgniłego Zachodu.

Autor nie ukrywa samoświadomości: [n]ie chcia­łem być obiek­tyw­ny. Nie­praw­da: by­ło to dla mnie nie­moż­li­we, a Jego erudycja onieśmiela ogromnie, ale jedno­cze­śnie pozwala smakować ją z zachwytem. Niemożliwym jest też pełne zrozumienie tego tekstu, gdy jest się bia­łym człowiekiem. Z pewnością jest to książka o prak­tycz­nych i ekstre­mal­nych za­sto­sowaniach psychologicznego terminu projekcja w życiu ludzi, na któ­rych w dowolny sposób, bez wielkiej finezji można wyprojektować każde zło, a po­tem zgrabnie je uzasadnić i zbudować wokół tego politykę, by móc porwać tłumy i kosztem innych czuć się kimś.

Niebiały kolor skóry podobnie jak wózek (choć na mniejszą skalę) inwalidzki (sic!) natychmiast, nim człowiek otworzy usta, ustawia go społecznie w gorszym miejscu, miejscu nie­po­trzebnych wyzwań. Czy może być gorzej? Oczywiście! Można być nie­bia­łym czło­wie­kiem na wózku. Mało? Proszę bardzo, można być nie­bia­łym czło­wie­kiem na wózku w Polsce.

Czego nauczyła mnie ta książka? Że musisz stanąć za sobą, nikt tego za Ciebie nie zro­bi. Czasem (eufemizm?) oznacza to, że trzeba odwrócić się na pięcie i pójść swoją dro­gą. Że będzie bolało? Będzie, ale nie bardziej, niż gdybyś utknęła_ął na nieswojej dro­dze z tymi, którym wydaje się, że wiedzą lepiej (najlepiej!), co i jak powinno wy­glą­dać w Two­im życiu.

Wie­lu Mu­rzy­nów nie od­naj­dzie się w tym, co jest na­pi­sa­ne na dal­szych stro­nach.
     Po­dob­nie jak wie­lu Bia­łych.
     Ale fakt, że świat schi­zo­fre­ni­ka czy im­po­ten­ta sek­su­al­ne­go jest mi ob­cy, w ni­czym nie zmie­nia ich rze­czy­wi­sto­ści.

*

Nie­szczę­ście ko­lo­ro­we­go po­le­ga na tym, że był znie­wo­lo­ny.
     Nie­szczę­ście i nie­ludz­kość Bia­łe­go po­le­ga­ją na tym, że za­bił gdzieś czło­wie­ka.
     Na tym, że rów­nież dzi­siaj ra­cjo­nal­nie or­ga­ni­zu­je to od­czło­wie­cze­nie. Ale ja, ko­lo­ro­wy, w ta­kiej mie­rze, w ja­kiej da­ne mi jest ist­nieć ab­so­lut­nie, nie mam pra­wa za­my­kać się w świe­cie za­le­głych za­dość­uczy­nień.
     Ja, ko­lo­ro­wy, chcę tyl­ko jed­ne­go:
     Aby ni­g­dy na­rzę­dzie nie by­ło waż­niej­sze niż czło­wiek. Aby raz na za­wsze znik­nę­ło znie­wo­le­nie czło­wie­ka przez czło­wie­ka. To zna­czy mnie przez in­ne­go. Aby po­zwo­lo­no mi od­kry­wać i chcieć czło­wie­ka, gdzie­kol­wiek jest.
     Mu­rzyn nie jest. Nie bar­dziej niż Bia­ły.
     Obaj mu­szą od­da­lić się od nie­ludz­kich gło­sów, któ­re by­ły gło­sa­mi ich przod­ków, aby mo­gła za­ist­nieć praw­dzi­wa ko­mu­ni­ka­cja.

*

To praw­da, że Ży­dów się szy­ka­nu­je, co też mó­wię, prze­śla­du­je, eks­ter­mi­nu­je, pa­li w pie­cach, ale to tyl­ko ro­dzin­ne kłót­nie. Ży­da nie lu­bi się od chwi­li, w któ­rej zo­sta­nie zde­ma­sko­wa­ny. Lecz w mo­im przy­pad­ku wszyst­ko na­bie­ra no­we­go wy­ra­zu. Nie jest mi da­na żad­na szan­sa. Je­stem ze­wnętrz­nie zde­ter­mi­no­wa­ny. Nie je­stem nie­wol­ni­kiem „idei”, ja­ką in­ni ma­ją o mnie, lecz mo­je­go wy­glą­du.

*

Uprze­dze­nie z po­wo­du ko­lo­ru skó­ry to nic in­ne­go jak bez­ro­zum­na nie­na­wiść jed­nej ra­sy do in­nej, po­gar­da lu­dów sil­nych i bo­ga­tych wo­bec tych, któ­re uzna­ją za niż­sze od sie­bie, a na­stęp­nie gorz­ki re­sen­ty­ment tych, któ­re zmu­szo­no do pod­po­rząd­ko­wa­nia się i któ­re nie­jed­no­krot­nie są znie­wa­ża­ne.

*

Mo­ja czerń by­ła gę­sta i nie­za­prze­czal­na. Drę­czy­ła mnie, prze­śla­do­wa­ła, nie­po­ko­iła, do­pro­wa­dza­ła do roz­pa­czy. Mu­rzy­ni to dzi­ku­sy, tę­pa­ki, anal­fa­be­ci. Ale ja wie­dzia­łem, że je­śli o mnie cho­dzi, wszyst­kie te twier­dze­nia są fał­szy­we. […]  Mie­li­śmy le­ka­rzy, na­uczy­cie­li, mę­żów sta­nu… Tak, ale w każ­dym z tych przy­pad­ków wciąż by­ło coś nad­zwy­czaj­ne­go. […] 
     Na­uczy­ciel Mu­rzyn, le­karz Mu­rzyn; co do mnie by­łem co­raz mniej od­por­ny i drża­łem na naj­lżej­szy nie­po­ko­ją­cy sy­gnał. Wie­dzia­łem, na przy­kład, że gdy­by le­karz po­peł­nił błąd, był­by skoń­czo­ny, on i wszy­scy na­stęp­ni. Bo cze­go moż­na się spo­dzie­wać po le­ka­rzu Mu­rzy­nie? Do­pó­ki spra­wy szły do­brze, wy­chwa­la­no go pod nie­bio­sa, ale uwa­ga, bez nu­me­rów, i to pod żad­nym po­zo­rem! Czar­ny le­karz ni­g­dy nie do­wie się, do ja­kie­go stop­nia je­go po­zy­cja ocie­ra się o nie­sła­wę. Uwierz­cie mi, by­łem za­mu­ro­wa­ny: ani mo­je do­bre ma­nie­ry, ani zna­jo­mość li­te­ra­tu­ry, ani zro­zu­mie­nie teo­rii kwan­tów nie spo­ty­ka­ły się z przy­chyl­no­ścią.

*

Fran­cuz nie lu­bi Ży­da, któ­ry nie lu­bi Ara­ba, któ­ry nie lu­bi Mu­rzy­na… Ara­bo­wi mó­wi się: „Je­ste­ście bied­ni, dla­te­go że oszu­ka­li was Ży­dzi, to oni wam wszyst­ko za­bra­li”; Ży­do­wi mó­wi się: „Nie je­ste­ście na tym sa­mym po­zio­mie co Ara­bo­wie, gdyż w za­sa­dzie je­ste­ście bia­li i ma­cie Berg­so­na i Ein­ste­ina”; Mu­rzy­no­wi mó­wi się: „Je­ste­ście naj­lep­szy­mi żoł­nie­rza­mi w im­pe­rium fran­cu­skim, Ara­bo­wie uwa­ża­ją się za lep­szych od was, ale nie ma­ją ra­cji”. Zresz­tą, nie­praw­da, Mu­rzy­no­wi nie mó­wi się nic, nie ma o czym mó­wić, strze­lec se­ne­gal­ski to tyl­ko strze­lec, do­bry żoł­nierz, któ­ry słu­cha swo­je­go do­wód­cy i ro­zu­mie wy­łącz­nie roz­ka­zy.
     – Stój, ty nie idziesz.
     – Dla­cze­go?
     – Ja nie wie­dzieć. Ty nie idziesz.
     Bia­ły, nie­zdol­ny sta­wić czo­ło tym wszyst­kim żą­da­niom, zrzu­ca z sie­bie od­po­wie­dzial­ność. Na­zy­wam ten pro­ces ra­so­wym po­dzia­łem wi­ny.

*

Za­ślu­biam świat! Je­stem świa­tem! Bia­ły ni­g­dy nie poj­mo­wał tej ma­gicz­nej za­mia­ny. Bia­ły chce świa­ta; chce go tyl­ko dla sie­bie. Od­kry­wa w so­bie prze­zna­cze­nie, by być pa­nem świa­ta. Pod­po­rząd­ko­wu­je go so­bie. Po­mię­dzy nim a świa­tem usta­la się sto­su­nek wła­sno­ści. Ist­nie­ją jed­nak war­to­ści, któ­re przy­rzą­dza się wy­łącz­nie we­dług mo­je­go prze­pi­su. Ja­ko cza­row­nik, krad­nę Bia­łe­mu „pe­wien świat”, stra­co­ny dla nie­go i tych, któ­rzy są je­go ma­ści. Te­go dnia Bia­ły, nie­przy­wy­kły do ta­kich re­ak­cji, mu­siał być w nie­po­ję­tym dla sie­bie szo­ku. To dla­te­go, że po­nad obiek­tyw­nym świa­tem – z zie­mią, ba­na­now­ca­mi i kau­czu­kow­ca­mi – de­li­kat­nie usta­no­wi­łem praw­dzi­wy świat. Isto­ta świa­ta by­ła mo­im do­brem. Po­mię­dzy mną a świa­tem usta­lał się sto­su­nek współ­ist­nie­nia. Od­na­la­złem pier­wot­ne Jed­no.

*

[…]  ka­rę, na ja­ką za­słu­gu­je­my, moż­na od­da­lić tyl­ko przez wy­par­cie się od­po­wie­dzial­no­ści za zło i prze­rzu­ce­nie po­tę­pie­nia na ofia­rę: do­wo­dząc – przy­naj­mniej sa­mym so­bie – że za­da­jąc pierw­szy i je­dy­ny cios, dzia­ła­my po pro­stu w obro­nie wła­snej… […].

*

Jak mam się wo­bec te­go usta­wić?
Lub, je­śli wo­li­cie,
gdzie mam się po­dziać?

*

W nie­świa­do­mo­ści zbio­ro­wej czar­ny = brzyd­ki, grzech, ciem­no­ści, nie­mo­ral­ny. In­ny­mi sło­wy: czar­ny jest ten, kto jest nie­mo­ral­ny. Je­śli w ży­ciu po­stę­pu­ję mo­ral­nie, nie je­stem czar­ny. Stąd na Mar­ty­ni­ce zwy­czaj mó­wie­nia o złym Bia­łym, że ma du­szę Mu­rzy­na. Ko­lor to nic, na­wet go nie za­uwa­żam, li­czy się tyl­ko jed­no, i jest to czy­stość mo­je­go su­mie­nia i biel mo­jej du­szy. „Ja bia­ły jak śnieg”, mó­wi się.

*

[…]  nie mu­si­my od­wo­ły­wać się do ge­nów, by skon­sta­to­wać, że nie­świa­do­mość zbio­ro­wa to po pro­stu zbiór prze­są­dów, mi­tów, po­staw zbio­ro­wych okre­ślo­nej gru­py.

*

A na­de wszyst­ko mo­ja cie­le­sna po­wło­ko, jak i ty, mój du­chu, wy­strze­gaj­cie się trwać z za­ło­żo­ny­mi rę­ka­mi w wi­dza ja­ło­wej po­sta­wie, bo ży­cie nie jest spek­ta­klem, a mo­rze bo­le­ści to nie jest pro­sce­nium, a krzy­czą­cy czło­wiek to nie jest tań­cu­ją­cy niedź­wiedź…
  //  Aimé Césa­ire

*

Nie ma nic gor­sze­go niż zda­nie: „Zmie­nisz się, mój ma­ły; kie­dy by­łem mło­dy, ja też… zo­ba­czysz, wszyst­ko mi­ja”.
     Dia­lek­ty­ka, któ­ra wpro­wa­dza ko­niecz­ność ja­ko punkt pod­par­cia dla mo­jej wol­no­ści, wy­rzu­ca mnie po­za sa­me­go sie­bie. […]  Nie je­stem po­ten­cjal­no­ścią cze­goś, je­stem w peł­ni tym, czym je­stem.

*

Ostat­nio prze­czy­ta­łem w cza­so­pi­śmie dla dzie­ci zda­nie ilu­stro­wa­ne ob­raz­kiem, na któ­rym czar­ny skaut po­ka­zu­je mu­rzyń­ską wio­skę trzem lub czte­rem bia­łym skau­tom: „To jest ko­cioł, w któ­rym moi przod­ko­wie go­to­wa­li wa­szych przod­ków”. Przy­zna­je­my, że nie ma już czar­nych lu­do­żer­ców, ale pa­mię­taj­my… Gwo­li ści­sło­ści, uwa­żam zresz­tą, że mi­mo­wol­nie au­tor wy­świad­czył Mu­rzy­nom przy­słu­gę. Bia­łe dziec­ko, któ­re prze­czy­ta je­go hi­sto­ryj­kę, nie bę­dzie wy­obra­ża­ło so­bie, że Mu­rzy­ni je­dzą Bia­łych, lecz że ich je­dli. Bez dwóch zdań – ma­my po­stęp.

*

Ba­da­nie rze­czy­wi­sto­ści to rzecz de­li­kat­na. […]  To, co dla nas istot­ne, to nie gro­ma­dze­nie fak­tów, spo­so­bów za­cho­wa­nia, lecz wy­pro­wa­dze­nie z nich sen­su.

*

Wszyst­kie for­my wy­zy­sku są do sie­bie po­dob­ne. Wszyst­kie pró­bu­ją uza­sad­nić swo­je ist­nie­nie ja­kimś bi­blij­nym na­ka­zem. Wszyst­kie for­my wy­zy­sku są jed­na­ko­we, po­nie­waż sto­su­je się je wo­bec te­go sa­me­go „przed­mio­tu”: czło­wie­ka.

*

Po­rzu­ce­nie ru­ty­ny to cho­dze­nie po le­sie; moż­na tam spo­tkać by­ka, któ­ry w mig za­pro­wa­dzi nas do do­mu.
  //  Octa­ve Man­no­ni

*

Nie mam obo­wiąz­ku być tym czy tam­tym[…]  je­stem w świe­cie, i przy­zna­ję so­bie tyl­ko jed­no pra­wo: pra­wo, by żą­dać od in­ne­go ludz­kie­go za­cho­wa­nia. Tyl­ko je­den obo­wią­zek. Nie­wy­rze­ka­nia się przez mo­je wy­bo­ry wła­snej wol­no­ści. […]  Jak świat dłu­gi i sze­ro­ki, są lu­dzie, któ­rzy po­szu­ku­ją.
     Nie je­stem więź­niem Hi­sto­rii. Nie mu­szę szu­kać w niej sen­su mo­je­go prze­zna­cze­nia.
     W każ­dej chwi­li mu­szę so­bie przy­po­mi­nać, że praw­dzi­wy skok po­le­ga na włą­cze­niu w eg­zy­sten­cję wy­obraź­ni.

*

[…]  od­dech jest zna­kiem ży­cia; od­dech, któ­ry przy­spie­sza lub zwal­nia, sta­je się rów­ny lub prze­ry­wa­ny, za­leż­nie od na­pię­cia czło­wie­ka, od na­tę­że­nia i ro­dza­ju wzru­szeń. […]  rytm jest ży­wy, jest wol­ny… I tak rytm dzia­ła na to, co w nas naj­mniej in­te­lek­tu­al­ne, de­spo­tycz­nie wpro­wa­dza nas w du­cho­wość przed­mio­tu; nasz swo­bod­ny spo­sób by­cia, on rów­nież jest ryt­micz­ny.
  //  Léo­pold Sédar Sen­ghor

*

[…]  Wi­dzisz, wy­da­je mi się, że bę­dziesz mu­siał po­go­dzić się z lo­sem i zo­stać tam, gdzie two­je miej­sce”.
     Otóż nie! Wca­le mu te­go nie po­wiem! Po­wiem: to śro­do­wi­sko, spo­łe­czeń­stwo są od­po­wie­dzial­ne za two­ją mi­sty­fi­ka­cję. A gdy to po­wiem, resz­ta przyj­dzie sa­ma, i wie­my, o co cho­dzi.
     O ko­niec świa­ta, do dia­bła
.

*

[…]  ję­zyk i wspól­no­ta wza­jem­nie się pod­trzy­mu­ją.
     Mó­wić w ja­kimś ję­zy­ku to po­siąść pe­wien świat, pew­ną kul­tu­rę.

*

[…]  nie ja sam stwa­rzam dla sie­bie sens, lecz sens ist­niał przede mną, cze­kał na mnie.

Frantz Fanon, Czarna skóra, białe maski,
przeł. Urszula Kropiwiec, Karakter, Kraków 2020.
(wyróżnienie własne)

Czło­wiek jest ru­chem ku świa­tu
i ku bliź­nie­mu.

*

Wyż­szość? Niż­szość?
     Dla­cze­go nie spró­bo­wać po pro­stu do­tknąć in­ne­go, po­czuć in­ne­go, od­kryć in­ne­go dla sie­bie?
     zy mo­ja wol­ność nie zo­sta­ła mi da­na, abym zbu­do­wał świat opar­ty na Ty?

*

I oto mo­ja ostat­nia mo­dli­twa:
     O mo­je cia­ło, uczyń mnie czło­wie­kiem, któ­ry za­wsze py­ta!

*

[…]  czło­wiek to tak. Nie prze­sta­nie­my te­go po­wta­rzać.
     Tak dla ży­cia. Tak dla mi­ło­ści. Tak dla wiel­ko­dusz­no­ści.
     Ale czło­wiek to tak­że nie. Nie dla po­gar­dy czło­wie­ka. Nie dla ob­ra­zy czło­wie­ka. Nie dla wy­zy­sku czło­wie­ka. Dla mor­do­wa­nia te­go, co w czło­wie­ku naj­bar­dziej ludz­kie: wol­no­ści.
     Za­cho­wa­nie czło­wie­ka nie jest wy­łącz­nie re­ak­cją. W re­ak­cji jest za­wsze pew­na ura­za.

*

Czło­wiek jest TAK wi­bru­ją­cym z ko­smicz­ną har­mo­nią.

(tamże)

5071. Z oazy (CLIII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Faszyzm? Proszę nie używać wielkich, groźnych słów, grzmią media, bojąc się wywołania wilka z lasu. Od lat już się nie dziwię swo­je­mu zdziwieniu. Polemizuję sama ze sobą, myliłam się wtedy: nacjo­na­lizm nie jest formą soft-faszyzmu, jest regularną formą faszyzmu. Faszyzm? Tak, faszyzm!

Z głodu człowiek robi różne głupie rzeczy. Zrobiłam i ja, naiwnie wierząc w ludzi. Bolało, ale też uaktualniłam bazę wiedzy na temat poglądów tych supłami krwi skrę­po­wa­nych — pospolici faszyści od a do zet i nie ma w tym stwierdzeniu, nie­ste­ty, żad­nej przesady. Musisz wiedzieć, że jeśli ktoś z kim siadasz do stołu, głosuje na pis lub konfederację, to siadasz z faszystą! I kropka.

Ta książka, obok książeczki prof. Snydera o ogromnej wadze, to najważniejsza po­zy­cja książ­kowa, obowiązkowa lektura przed wyborami, które czekają nas w tym roku.

W poniżej wybranych cytatach z niebywałą łatwością odnajduję prominentnych po­lityków ściskających obecnie histerycznie ster władzy, modląc się o to, by ich pięć minut trwa­ło jak najdłużej.

Politycy faszystowscy podobnie jak uderzają w rządy prawa pod pozorem walki z korupcją, tak przedstawiają się ja­ko obrońcy wolności i swobód obywatelskich.

*

Istnieje jednak także droga pozwalająca politykowi sprawić wrażenie szcze­rego bez konieczności rywalizowania z innymi kandydatami sto­su­ją­cy­mi tę samą strategię: poprzez opowiedzenie się za podziałem, konfliktem i brakiem poczucia winy. Taki kandydat może otwarcie stanąć po stronie chrześcijan przeciwko muzułmanom i ateistom, po stronie obywateli uro­dzo­nych w kraju przeciwko imigrantom, po stronie białych przeciwko czar­nym lub po stronie bogatych przeciwko biednym. Może otwarcie i bez­wstyd­nie kłamać.

*

[…]  intuicja, jakoby zarzut „faszyzmu” był przesadzony, nie jest wystarczającym argumentem przeciwko używaniu tego słowa.

*

Polityka faszystowska wypiera wszelkie mroczne epizody historii narodu. […]  jeśli nie tworzy po prostu swojej wizji przeszłości służącej wyzyskaniu uczucia nostalgii, opiera się na wybiórczym traktowaniu historii, unika­ją­cym wszystkiego, co mogłoby zakłócić bezrefleksyjny zachwyt chwałą narodu.

*

Gdy tylko zbiorowość zdecyduje się zaakceptować wygodne myślenie w ka­te­go­riach teorii spiskowych jako odpowiedź na irracjonalne lęki i fru­stra­cje, jej członkowie przestają kierować się rozsądkiem w rozważaniach politycznych.

*

Polityka faszystowska zamiast rzeczywistości oferuje deklaracje przy­wód­czej jednostki lub partii politycznej. Powtarzane regularnie i często oczy­wi­ste kłamstwa stają się istotną częścią procesu, w którym polityka faszy­sto­wska niszczy przestrzeń informacyjną.

*

Według ideologii faszystowskiej celem ogólnej edukacji szkolnej i uniwer­sy­te­ckiej jest zaszczepienie dumy z mitycznej przeszłości; edukacja faszy­sto­wska wychwala działy nauki, które wzmacniają hie­rar­chi­czne normy i tradycję narodową.

*

Szerzenie podejrzliwości i wątpienia narusza także więzi wzajemnego sza­cun­ku między współobywatelami, pozostawiając ich z głęboką nie­uf­no­ścią nie tylko wobec instytucji, ale też wobec siebie nawzajem.

*

[…]  teorie spiskowe pozostają wizytówką polityki faszystowskiej. Stanowią one doskonałą broń przeciwko tym, którzy nie są ich zwolennikami. Media, które nie zajmują się tymi teoriami, zostają przedstawione jako stronnicze i same uwikłane w spisek, który pomijają milczeniem.

*

Zdrowe demokratyczne państwo jest rządzone według praw, które traktują wszystkich obywateli na równi i sprawiedliwie, wspomaganych przez więzi wzajemnego szacunku między ludźmi, także tymi, których zadaniem jest pilnowanie zasad. Faszystowska retoryka „prawa i porządku” ma wyraźnie na celu dzielenie obywateli na dwie klasy: tych należących do wybranego narodu, z natury praworządnych, oraz tych nienależących do niego, z na­tu­ry niepraworządnych.

*

Istotą faszyzmu jest lojalność wobec plemienia, tożsamości etnicznej, religii, tradycji, jednym słowem: narodu.

*

Skrajne nierówności ekonomiczne są dla demokracji liberalnej toksyczne, ponieważ wytwarzają złudzenia maskujące rzeczywistość i ograniczające możliwości prowadzenia wspólnotowej debaty pozwalającej zmi­ni­ma­li­zo­wać podziały społeczne.

*

Losy istot ludzkich nie są równe. Ludzie różnią się między sobą sta­nem zdrowia, zamożnością, statusem społecznym i innymi. Prosta obserwacja pokazuje, że w każdej takiej sytuacji ten, kto jest bardziej uprzy­wi­le­jowany, odczuwa nieustającą potrzebę patrzenia na swoją po­zy­cję jako w jakiś sposób „uzasadnioną”, na swoją przewagę jako „zasłużoną”, a na niekorzystną sytuację drugiego człowieka jako spowodowaną jego „winą”. To, że czysto przypadkowe przyczyny tej różnicy są oczywiste, nie robi żad­nej różnicy.
  // Max Weber

*

Siła polityki faszystowskiej jest potężna. Upraszcza ludzkie życie, daje nam obiekt, „ich”, których rzekome lenistwo podkreśla nasze własne zalety i dy­scy­pli­nę, zachęca do utożsamiania się z silnym przywódcą, po­ma­ga­ją­cym od­na­leźć sens w świecie, którego szorstkość w stosunku do „nie­za­słu­gu­ją­cych” ludzi jest orzeźwiająca.

*

Faszystowscy politycy dążą do spłycenia publicznego dyskursu po­przez atakowanie i dewaluowanie edukacji, wiedzy fachowej i ję­zyka. Inteligentna debata nie jest możliwa bez edukacji dającej dostęp do różnych perspektyw, bez poszanowania dla opinii ekspertów, gdy nasza własna wiedza jest niewystarczająca, a także bez języka dość bogatego, by precyzyjnie opisać nim rzeczywistość. Gdy znaczenie edukacji, fachowości i specyfiki języka jest umniejszane, pozostaje wyłącznie władza i plemienna przynależność.

*

Ponieważ u podstaw faszystowskiej polityki leży tradycyjna patriarchalna rodzina, zazwyczaj towarzyszy jej panika przed odstępstwami. Osoby trans­płciowe i homoseksualne są wykorzystywane do zwiększania nie­po­ko­ju na tle zagrożenia tradycyjnych męskich ról.

*

Projekt faszystowski łączy niepokój członków prawdziwego „narodu” o utra­tę uprzywilejowanego statusu z ich strachem przed uznaniem jako równe znienawidzonych grup mniejszościowych. […]  W przypadku rów­no­ści kobiet akceptacja liberalnych idei skutkuje zniszczeniem prawego spo­łeczeństwa patriarchalnego stanowiącego jedną z podstaw mitu fa­szy­stowskiego.

*

Ideologia faszystowska odrzuca pluralizm i tolerancję. W polityce faszy­sto­wskiej wszyscy członkowie wybranego narodu mają wspólną religię i styl życia, zestaw obyczajów. Różnorodność, z towarzyszącą jej tolerancją dla inności, jest zagrożeniem dla ideologii faszystowskiej w dużych miejskich ośrodkach. Działania faszystowskie wymierzone są w elity finansowe, „kosmopolitów”, liberałów oraz religijne, etniczne i seksualne mniejszości.

*

Faszyści utrzymują, że naturalna hierarchia wartości rzeczywiście istnieje, co unieważnia zobowiązanie do równego traktowania ludzi.

*

Wyrażanie tożsamości płciowej lub preferencji seksualnych jest ćwiczeniem z wolności. Poprzez przedstawianie osób homoseksualnych i transpłciowych kobiet jako zagrożenia dla kobiet i dzieci – a co za tym idzie, dla męskiej zdolności do ich ochrony – faszystowska polityka obrzydza liberalne ideały wolności. Prawo kobiet do aborcji także jest ćwiczeniem z wolności. Ukazując aborcję jako zagrożenie dla dzieci – i męskiej kontroli nad nimi – faszystowska polityka obrzy­dza liberalne ideały wolności. Prawo człowieka do małżeństwa z wybraną osobą również jest ćwiczeniem z wolności. Określanie wyznawców jakiejś religii lub przedstawicieli rasy mianem zagrożenia z powodu możliwości zawierania mieszanych małżeństw ma służyć obrzydzaniu liberalnych ideałów wolności.
     Polityka seksualnego niepokoju dyskredytuje też równość. Gdy równość jest przyznawana kobietom, rola mężczyzn jako wyłącznych żywicieli ro­dzi­ny jest zagrożona.

*

[…]  faszyzm wymaga istnienia społeczeństwa złożonego z jednostek „zato­mi­zo­wanych”, to znaczy takich, które utraciły ze sobą porozumienie z po­wo­du wzajemnych różnic. Związki zawodowe wytwarzają więzi oparte na klasie, a nie rasie czy religii. To podstawowy powód, dla którego stają się tak istotnym celem ataków faszystowskiej ideologii.

*

Ruchy faszystowskie współdzielą z darwinizmem społecznym pogląd, że życie jest wyścigiem o władzę, zgodnie z którym podział zasobów spo­łecz­nych powinien być pozostawiony czystej konkurencji wolnorynkowej. Wspólne są dla nich również ideały ciężkiej pracy, prywatnej przed­się­biorczości i samowystarczalności.

*

Wszystkie stworzone przez człowieka instytucje są w pewnym stopniu nie­doskonałe, wśród nich także system opieki społecznej i związki za­wo­do­we. Ale krytykując wady danej instytucji, warto się zastanowić, jakie straty wiązałyby się z jej zniknięciem. Wspólna mobilizacja w celu osiągnięcia lepszych warunków dla wszystkich łączy nas w sposób, który skłania, by dostrzec nasze człowieczeństwo niezależne od różnic w wy­glą­dzie, przy­na­leżno­ści etnicznej, religii, stwierdzonych niepeł­no­spraw­no­ści, orientacji seksualnej i płci kulturowej. Niestety, ludziom trzeba nieustannie przypominać, że niezależnie od tego, czy są czarni czy biali, czy wpi­su­ją się w kategorie płciowe czy nie, czy są kobietami czy mężczyznami, chrześcijanami, muzułmanami, żydami, hinduistami czy ateistami, wszyscy potrzebują wolnego weekendu, jedzenia i czasu oraz pomocy w opiece nad starzejącymi się rodzicami.

*

Dychotomia „ciężkiej pracy” i „lenistwa”, tak jak „praworządności” i „przestępczości”, stoi u podstaw faszystowskiego rozróżnienia na „nas” i „nich”.

*

Wszystkie mechanizmy polityki faszystowskiej współtworzą się i wspierają nawzajem. Tkają mit o rozróżnieniu na „nas” i „ich” oparty na uro­man­tycz­nio­nej, fikcyjnej przeszłości, w której występowaliśmy „my”, ale już nie „oni”, i podbudowany pretensjami do skorumpowanej, liberalnej elity, któ­ra zabiera nasze ciężko zarobione pieniądze i stanowi zagrożenie dla tra­dycji. […]  „My” jesteśmy robotni i przestrzegamy prawa, osiągnęliśmy nasze swobody dzięki pracy. „Oni” są leniwi, zdeprawowani, sko­rum­po­wa­ni i reprezentują niski poziom moralny. Polityka faszystowska porusza się w przestrzeni urojeń, które tworzą tego rodzaju fałszywy podział na „nas” i „ich”, bez względu na oczywiste fakty.

*

Oni są przestępcami. My popełniamy błędy.

*

Biorąc pod uwagę nieuniknione ocieplanie się klimatu i jego konsekwencje, brak politycznej i społecznej stabilności naszych czasów, co przedstawiłem wyżej, a także napięcia i konflikty immanentne w okresie nasilającej się nierówności gospodarczej, niebawem zostaniemy skonfrontowani z trans­gra­niczną migracją osób poszkodowanych, która przebije skalą podobne ruchy z przeszłości, z falą uchodźców z okresu drugiej wojny światowej włącznie. Straumatyzowani, zubożali uchodźcy potrzebujący pomocy, w tym legalni imigranci, będą wtłaczani w narracje skrojone na potrzeby rasistowskich stereotypów przez przywódców i rozmaite ruchy zjednoczone w celu zachowania przywilejów płynących z hierarchii grupowej i wy­ko­rzy­stu­jące faszystowskie metody. Wielu myślących obywateli na całym świecie uważa, że proces ten już się rozpoczął. W faszystowskim schemacie narracja na temat uchodźców – życia w obozie, podróży ze stref lęku i kon­fliktu, poczucia beznadziei towarzyszącego im tam przez długi czas – za­miast wzbudzać empatię, upatruje w tym źródła terroryzmu i za­gro­że­nia. Te społeczności przechodzą przez nieopisany dramat, by dotrzeć do bez­piecz­niej­szych przystani. A fakt, że nawet tacy ludzie mogą być uka­zy­wa­ni jako najpoważniejsze zagrożenie, jest spadkiem po iluzorycznej sile faszy­stowskiego mitu.

Jason Stanley, Jak działa faszyzm? My kontra oni,
przeł. Antoni Gustowski i Aleksandra Stelmach,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Sprzeciwiając się otumanieniu przez faszystowskie mity, mo­żemy swobodnie angażować siebie nawzajem. Nikt nie jest doskonały, wszyscy jesteśmy stronniczy w my­śleniu, do­świadczeniu i rozumieniu, ale nikt z nas nie jest zły.

*

Korygowanie niesprawiedliwych nierówności zawsze będzie źródłem cierpienia dla tych, którzy na owych nie­sprawiedliwościach zyskiwali. Niektórzy z pewnością będą postrzegali to cierpienie jako opresję.

(tamże)

5070. Czekariat (XLIII)

Dwieście wpisów temu żegnaliśmy Białego Kruka. Byłby zachwycony tym zdję­ciem, więc po tej stronie tęczowego mostu zachwycam się tymi pikselami za siebie i za Niego. Uwielbiał opierzone foty Saxifragi.

Sprawdziłam, dokładnie cztery lata temu — dwa tysiące wpisów wcześniej bez dwu­stu dwudziestu — pojawił się tu pierwszy, zachwycający mnie bezgranicznie, szpak Saxifragi, pan Szpak.

Uwielbiam niespodzianki. Szczególnie te, którymi są dla mnie wpisy podzielne przez dziesięć. Niezmiennie pozostawiają we mnie dobry ślad. Pomimo upływu lat wciąż.


fot. Saxifraga.

*

Siergiej Rachmaninow, 12 pieśni, op. 21: 5. Lilie,
Sergei Babayan (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #17.

niedziela, maja 21, 2023

5063. na gigancie, dzień 15.  //  Zielnik (XL)

Profesora Saxifraga:
Bergenia

(5061+1). 1:1 (XII)

Spojrzała na niebo i głośno zaszlochała. To były łzy nie tyle smutku, ile ra­do­ści z tego, że zobaczyła wyjście z dołu bez dna i znowu doświadczyła cze­goś przypominającego szczęście.

Toshikazu Kawaguchi, Zanim wystygnie kawa.
Opowieści z kawiarni
, przeł. Joanna Dżdża,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023.


[o miłości przy kawie]

5061. Z oazy (CLII)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Sto dwanaście książek później. Czekałam, prze­tu­py­wałam do dnia publikacji od dwóch miesięcy. Nie czekałam sama.

Przeczytałam w krótszym czasie niż ten, który spędziłam nad zasadą obowiązującą w kawiarni, tj.: choćby nie wiadomo jak bardzo się starać, gdy jest się w prze­szło­ści, nie można zmienić teraźniejszości. Tak, zmiana perspektywy na wydarzenia z przeszłości nie zmieni teraźniejszości, ale zdecydowanie może mieć wpływ na na­szą przy­szłość. I o tym jest ta książka. Koi. Czekam na trzecią część.

Gdyby każdy człowiek miał swoją aurę, której kolor można by było w jakiś sposób zobaczyć, Kazu bez wątpienia miałaby jasnoturkusową, a Miki po­marańczową.

Ten sam rodzaj przyjemności odczuwała podczas rysowania. […]  Nie rysowała jednak wszystkiego. Przedstawiała rzeczy, które widziała w prawdziwym świecie.

W języku japońskim istnieją również wyrażenia onomatopeiczne, na­śla­du­ją­ce dźwięki, oraz wyrażenia mimetyczne, które odzwierciedlają pewne stany niezwiązane z dźwiękami. Jednak niezależnie od tego, czy są to wy­ra­że­nia dźwiękonaśladowcze, jak sala-sala określające płynącą rzekę lub byuu-byuu opisujące wiatr, czy też mimetyczne, jak shin-shin opisujące ci­cho opadający śnieg lub kan-kan odzwierciedlające światło promieni sło­necz­nych, wszystkie te słowa odtwarzają atmosferę panującą w ota­cza­ją­cym nas świecie.
      […]  Słowo sulu-sulu odzwierciedla śliskość powierzchni, a ciszę trafnie ujmuje słowo shin.

Kłamstwa mogą kogoś zranić, ale mogą też uratować nam skórę. Niezależnie jednak od przyczyny większości kłamstw żałujemy.

Shuichi zawsze taki był. Niezależnie od tego, jak trudna wydawała się sy­tu­a­cja, pozostawał optymistą. Nigdy nie brał pod uwagę innej opcji, jak tylko brnąć do przodu.

     – Całkowicie ci zaufał.
     – Ale ja nie wiem, co powinnam zrobić!
     – Nie, nie. Nie chodzi o to, że zaufał ci jako kobiecie.
     – Hę? Co takiego?
     – Zaufał ci jako inżynierowi systemowemu.
     – O co ci chodzi?
     – Pomyśl o tym, co powiedział. Podał dwa warunki, które mają być speł­nio­ne, byś nie przyprowadzała Asami. […]
     – Okej.
     – Jeśli spojrzysz na to po prostu jak na program, który sprawdza, czy wa­run­ki zostały spełnione, możesz zignorować wszystkie inne sytuacje, któ­re nie są określone przez program…

Kurata przełknął ślinę, czekając na odpowiedź Kazu.
     – Nie wiem – odparła wprost.

Nigdy tak naprawdę nie widzimy serc innych ludzi. Gdy ktoś pogrąży się we własnych zmartwieniach, może stać się ślepy na uczucia najważniejszych dla siebie osób. […]  czułem coś więcej niż smutek. Lepiej pasuje tu słowo „rozpacz”… Było ciężko.

Ludzie zwykle czują się szczęśliwi, gdy nadchodzi wiosna, zwłaszcza po sro­giej zimie.
     Nie sposób jednak określić jednego konkretnego momentu, w którym za­czyna się wiosna. Nie ma jednego dnia, który byłby wyraźnym końcem zi­my i początkiem wiosny. Wiosna kryje się w zimie. To, że się wyłania, za­u­wa­żamy swoimi oczami, swoją skórą i innymi zmysłami.

Pory roku następują po sobie, tworząc cykl.
     Życie również przechodzi trudne zimy.
     Ale po każdej zimie zaczyna się wiosna.
     Teraz nadeszła jedna z nich.

Toshikazu Kawaguchi, Zanim wystygnie kawa.
Opowieści z kawiarni
, przeł. Joanna Dżdża,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

Strata.
     To część życia, a dzięki rytuałom ża­łob­nym nie zapominamy.

Yukia dopadło tajemnicze uczucie. Lampy wcale nie sta­ły się jaśniejsze. A jednak wszystko wyglądało w jego oczach świeżo. Jego rozpacz przemieniła się w nadzieję. Jego pogląd na życie zmienił się nie do poznania.
     „Świat się nie zmienił, to ja się zmieniłem…”

Kiedy ludzie wybierają prezent, licząc na to, że kogoś uszczęśliwią, myślą o reakcji tej osoby. W takiej sytuacji często orientują się, że stracili rachubę czasu.

(tamże)

5060. Czekariat (XLII)


Kaan.

 

Autentyczność to kwestia decyzji […].

*

Pragnę świętować otwartość, zadawać pytania, kwe­stionować, dokonywać różnych wyborów i z za­cie­kawieniem przyglądać się zachodzącej we mnie zmianie, ponieważ do­świad­czam jej w życiu tylko raz.

Alicja Długołęcka, Przypływ. O emocjach
i seksualności dojrzałych kobiet
,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

(5058+1). 1:1 (XI)

Nie interesowało ich, co u mnie słychać. Właściwie dla­cze­go miałoby być inaczej? Podejrzewałam, że już dla nich nie istnieję.

Sofi Oksanen, Psi park,
przeł. Katarzyna Aniszewska,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2022.


[społeczne formatowanie]

5058. Z oazy (CLI)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Powieść to dla mnie trudny gatunek, a grubsza powieść to nie lada wyzwanie. Zachwyty, peany spowodowały, że zaznaczyłam tę książkę do upolowania. Długo czekałam, ale się doczekałam.

Prawie dwa tygodnie czytania. Roller caster, a nie powieść! Jedno zdanie wciągało po same uszy, by za jakiś czas kilka akapitów lub rozdział doprowadzały mnie na skraj zniechęcenia i gdy już chciałam się poddać i odłożyć, jedno zdanie-dynamit i znów nie mogłam się oderwać. I tak kilkanaście razy. Ostatnie sto pięćdziesiąt stron łyknęłam, a nie przeczytałam.

To opowieść o społecznym świrze, ale również o tym, że świat jest malutki, a od człowieka do człowieka czasami są tylko dwa–trzy uściski dłoni, a nie pięć.

Zanim rozbił się nad nim malezyjski samolot, świat nawet nie słyszał o bied­nym przysiółku Hrabowe. Nagle wszystkie kraje, których oby­wa­te­le – dwieście osiemdziesięcioro troje pasażerów i piętnaścioro członków załogi – znajdowali się na pokładzie, zostały poszkodowane; przez chwilę przeszło mi nawet przez myśl, że to musi położyć kres wojnie. Że obcy na­tych­miast powiedzą „dość” – ale ten moment szybko minął, a ja przełknę­łam swoje dziecinne złudzenie z kolejną szklanką wody i zrozumiałam, że to, co się stało, nie będzie miało najmniejszego znaczenia. Wojna będzie trwać, pojawi się więcej ciał, bezgłowych, spalonych lub rozerwanych na strzępy, i może spadną z nieba kolejne samoloty – ale nikt nigdy nie poniesie za to odpowiedzialności.

*

Wiedziałam, co miała na myśli. U nas przyzwoici ludzie siedzą za kratkami, a nieprzyzwoici – w parlamencie.

*

Siedemdziesiąt procent obywateli Rosji popierało wojnę w Ukrainie. Wiel­kość tych liczb i ilość wojskowych butów bombardowały moją świa­do­mość z taką siłą, że dzwoniło mi w uszach. Nie mogłam zbyć tego wzru­sze­niem ra­mion czy pomstowaniem na watników, niewolniczo podą­ża­ją­cych za Pu­ti­nem idiotów. Oni naprawdę chcieli nas pozabijać.

*

Telefon milczał jak zaklęty, jak kamień rzucony na dno morza. Nie mogłam tego znieść. Nie mogłam opowiedzieć o tym, co się stało, nikomu innemu, nie mogłam się z nikim niczym podzielić – i to doprowadziło do osobliwego stanu zawieszenia, kiedy jednego dnia wszystko wydawało mi się realne, a następnego już nie.

*

Pamiętałam go [artykuł] dobrze: Mężczyzna boi się, że ko­bie­ta go wyśmieje. Kobieta boi się, że mężczyzna ją zabije.

*

Jak wszyscy inni Ukraińcy znajdowaliśmy się na czymś w rodzaju po­gra­ni­cza: według Rosjan byliśmy gatunkiem pod-Rosjan, a według Estoń­czy­ków – Rosjanami.

*

Uzna, że w przygarbionych staruszkach jest coś autentycznego, pier­wot­nego. Na określenie tego istniało też inne słowo – bieda – ale on jej nie rozpozna.

*

Wspomnienia wypełzały na wierzch niczym kiełkujące ro­śli­ny ze szczelin w asfalcie i wszyscy oprócz mnie czuli je pod podeszwami.

*

Jak to możliwe, że tęsknota, na którą chorowała babcia, zaraziła też mamę? Dlaczego uczestniczyła w szaleństwach ojca? Czy naprawdę czuła się w Tal­lin­nie obco i brakowało jej Ukrainy – czy po prostu bała się zmian?

*

     – Czy rozważaliście przeprowadzkę, nowy początek w in­nym kraju?
     – Nie da się przeszczepić miłości do ojczyzny w inne miej­sce. Wierz mi, próbowałem.

*

Może oboje pragnęli podobnego życia; takiego, w którym idzie się naprzód, w którym są jakieś cele. Nie marzenia, tylko zwyczajne cele.

*

Z ręką na sercu: nigdy nie miałeś ochoty krzyknąć, że już wystarczy?

*

W jednej chwili dawne plany straciły znaczenie, bo nic nie było dla mnie ważniejsze od tego, co dzieliłam z tobą. Już nie chciałam wracać do Paryża. Wyrównanie rachunków z ludźmi, którzy kiedyś wyrzucili mnie z pracy, wydawało się bezcelowe. Nie miałam ochoty ich widzieć. Po co, skoro mogłam mieć coś innego?

*

Już w tym było coś z cudu: że serce zawsze pojawia się pier­wsze, przed zmysłami, przed rozumem, przed koń­czy­na­mi, przed umiejętnością oddychania.

*

Odwróciłam się i nagle zobaczyłam, że przez przypadek palę „fajkę na ból serca”. Nazwaliśmy je tak pieszczotliwie w biurze. Papierosy koktajlowe Sobranie były tak piękne, że potrafiły zaleczyć nawet miłosne rany, i dla­te­go sięgano po nie wyłącznie w chwilach największej rozpaczy.

*

Nie chciałam kończyć rozmowy, uciekać się do słów, których nie będę już w stanie cofnąć […].

*

Nie wiem, dlaczego pomyślałam, że mogło się tak stać. Nie mogło. Tak się stało.

*

I dlaczego dziennikarza Heorhija Gongadze nafaszerowano dioksynami, za­nim ścięto mu głowę? Jaki był w tym sens? I jak duży dywan jest po­trzeb­ny, żeby owinąć ludzkie zwłoki? Ile metrów folii?
     […]  Moje życie było jak codzienne popijanie zatrutego wina. W każdej chwili mogłam stracić wzrok albo życie.

*

     – To łatwa robota.
     – Nie ma czegoś takiego jak łatwa robota.

*

[…]  widniejące na ozdobnych naczyniach motywy zwierzęce przypominały mi o czymś, czego nie potrafiłam dokładnie sprecyzować. Może o czasach, kiedy nad każdą delikatną i niemal przezroczystą częścią serwisu trzeba się było ciężko napracować, stworzyć relacje i je utrzymywać.

*

     –  […]  Nie jest na to trochę za młoda?
     – Wiara nie pyta o wiek.

*

Tyle razy przez ułamek sekundy dostrzegałam cię w obcym człowieku. Szu­ka­łam cię w tłumach, w zatłoczonych autobusach i na dworcach. Za­pach znajomej wody kolońskiej przenosił mnie na moment w przeszłość […].

*

     – Takie to były czasy – powiedziałeś.
     Znałam je dobrze, ale nie byłam pewna, czy coś się zmieniło.

*

Nie wyobrażałam sobie, jak to możliwe. Jak śmierć może tak bardzo za­sko­czyć, kiedy żyje się w świecie, w którym jest ona nieustannie obecna?

*

[…]  musiałam pogodzić się ze wszystkim, co pojawiało się na na­szej drodze.
     […]  Nie wiedziałam, czyim jesteś przyjacielem […].

*

Jego zdaniem miałyśmy szczęście – a sposób, w jaki to powiedział, wcale nie zabrzmiał jak groźba.

*

A może po prostu chciałam za wszelką cenę uwierzyć, że pozwoliłeś mi uciec z litości lub z dobrego serca. Albo z miłości.

*

     – Za nowe drogi i możliwości?
     – Czemu nie? – zgodziłam się.

*

[…]  tym razem nikt nie mógł mnie uratować. Nikt poza mną samą. Mu­sia­łam spróbować ustalić, o co tu chodzi.

Sofi Oksanen, Psi park,
przeł. Katarzyna Aniszewska,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Oddychałam spokojnie. Nie bałam się. Nie mia­łam zamiaru uciekać. Ani krzyczeć. Tylko oddychać: głęboko i powoli.

*

Moje myśli były jak jeden rozrastający się we wszystkie strony krzew dzikiej róży, ale w środku majaczyło coś, czego nie potrafiłam sformułować.

*

Tęsknota dopadła mnie ponownie w nie­od­po­wied­nim momencie. Brakowało mi ciebie.

*

Nadzieja otworzyła się jak kwiat, a jej płatki de­li­kat­nie muskały moje policzki, przepełniając mnie pew­no­ścią siebie, którą zdążyłam już stracić.

(tamże)

piątek, maja 19, 2023

wtorek, maja 16, 2023

5053. na gigancie, dzień 10.  //  136/365

ciała, pierścienie, półgrupy — dawno, dawno temu uwielbiałam algebrę abstrakcyjną.

dziś: 151 i 5 — odpowiednio: dn1 i mie5ięcy — liczby całkowite, wymierne, do bólu rze­czywiste, bez części urojonej. wcale nie tak dawno temu nie byłabym w stanie wyo­bra­zić sobie, że mo­gą po­mieścić w sobie tak wie­le trudnych emocji, obu­mar­łych nadziei i niemocy.

136/365

J.S. Bach, II Koncert skrzypcowy E-dur, Adagio,
Gabriela Montero (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #12.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List