poniedziałek, września 04, 2023

5182. Z oazy (CLXXXI)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Spóźnione, bo osta­tecz­na zgoda co do wyboru cytatów do tego wpisu, wykuta w we­wnętrz­nym dia­logu z samą sobą, jest dzi­siej­sza. Łatwo było wczoraj tu, jesz­cze łatwiej tam. Ten wybór był wyzwaniem. Ogromnym, bo nie wszystkie fragmenty, które chciałabym tu mieć, zmieściły się.

W dniu publikacji, sześć lat temu, tę książkę miałam na wirtualnym stosiku czy­tel­ni­czym, a Biały Kruk chwilę potem w swojej poczcie elektronicznej. Po dwóch dniach powiedział, że pięknie napisana, choć przejmująco smutna. W owym czasie nie mia­łam wyporności na żaden rodzaj smutku, książka utknęła na stosiku. Ale!

Goszcząc wśród ulubionych utworów Białego Kruka, milionowy raz pasąc uszy i du­szę an­dan­te, zderzyły mi się kulki w głowie, że dużo Szostakowicza ostatnio w moim życiu, i przypomniało mi się, że na stosiku nieprzeczytany Barnes, ten wśród dwóch innych książkowych, barnesowych, czekariuszy.

Minęło sześć lat od publikacji tej książki. Przed smutkiem uciekłam wtedy, nie dało się uciec teraz. Jest ogromny, bo to sto osiemdziesiąta pierwsza pozycja książkowa prze­czy­ta­na prze­ze mnie w czasie wojny tuż obok nas. Pięk­na i niemiłosiernie przejmująca lektu­ra. Dziwię się, że tak długo musiała na mnie czekać. Aż trudno uwierzyć — do ostat­niej strony — że Brytol tak doskonale był w sta­nie oddać atmosferę i gro­zę cza­sów, w któ­rych przyszło żyć kompozytorowi. Na po­hy­bel — zapożyczenie z języka ukra­iń­skiego — Rosji za tam­ten i ten czas po­win­niśmy bardzo głośno słuchać Szo­sta­ko­wicza.

Odtruwałam się tą książkach po miszczah. Powolutku rozsiadają się w main­stream­o­wych mediach, więc dotarło do mnie, że idą po nas z pro­po­zy­cją bonu zdro­wot­ne­go, bo u weterynarza nie ma kolejek, więc lepiej leczyć nas jak psy. Może po­win­nam na nich zagłosować, biorąc pod uwagę, że naj­częściej wykonywaną pro­ce­du­rą we­te­ry­na­ryj­ną jest eutanazja. W moim przypadku ów bon byłby niczym bilet do Szwaj­ca­rii — dzieło prestidigitatora czy innowacja?

W pewnym momencie wszyscy się tym stawali: sposobami na przetrwanie.

*

Ilf i Pietrow napisali: „Nie wystarczy kochać radzieckiej potęgi. Radziecka potęga musi kochać was”. Jego radziecka potęga nigdy nie pokocha. Miał nieodpowiednie pochodzenie: wywodził się z liberalnej inteligencji tego po­dejrzanego miasta, jakim jest Sankt Leninsburg. Czysta proletariacka krew była dla Sowietów tak ważna jak dla nazistów czysta krew aryjska. Co wię­cej, był na tyle próżny albo głupi, by zauważać i pamiętać, że to, co partia powiedziała wczoraj, często stoi w oczywistej sprzeczności z tym, co partia mówi dzisiaj. Chciał, żeby zostawiono go samego z muzyką i rodziną, i przy­ja­ciółmi: najprostsze pragnienie, a przy tym zupełnie nie­speł­nialne.

*

Starał się postępować najlepiej, jak potrafił, co jest wszak szczytem naszych możliwości.

*

Być Rosjaninem znaczyło być pesymistą; być człowiekiem radzieckim zna­czy­ło być optymistą. Dlatego pojęcie „Rosja radziecka” to sprzeczność sama w sobie. Władza nigdy tego nie rozumiała. Uważała, że jeśli zabije się dość ludzi, a reszcie zaaplikuje propagandę i terror, w społeczeństwie zapanuje optymizm. Ale jaka w tym logika? Podobnie jemu powtarzali, na różne spo­so­by i w różnych słowach, ustami biurokratów od muzyki i wstęp­nia­ka­mi w prasie, że chcą „Szostakowicza optymistycznego”. To też sprzeczność sa­ma w sobie.

*

Jakie znaczenie mają nazwy? Urodził się w Sankt Petersburgu, zaczął do­ra­stać w Piotrogrodzie, skończył dorastać w Leningradzie. Albo w Sankt Leninsburgu, jak lubił go czasem nazywać. Jakie znaczenie mają nazwy?

*

Czy miał jakąś wiarę w komunizm? Na pewno tak – jeśli po drugiej stronie był faszyzm. Ale nie wierzył w utopię, w możność udoskonalenia ludzkości, w inżynierię dusz ludzkich.

*

Ważne było nie tyle, czy dana opowieść odpowiada faktom, ile to, co z niej wynika. Choć było też tak, że im dłużej historia krążyła, tym prawdziwsza się stawała.

*

[…]  nie ćwiczył swojego ciała; tylko je zamieszkiwał. Pewien przy­jaciel kiedyś zademonstrował mu coś, co określił jako gimnastykę dla inte­li­gentów. Należało wziąć pudełko zapałek i wysypać jego zawartość na po­dło­gę, po czym, pochylając się, zebrać zapałki, po jednej.

*

Od kilku lat wznosił taki sam noworoczny toast. Przez trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku kraj musiał wysłuchiwać codziennych szaleńczych za­pew­nień władzy, że wszystko jest jak najlepiej na tym najlepszym ze światów, że oto powstał raj – albo powstanie wkrótce, gdy porąbie się jeszcze kilka drew i poleci jeszcze milion wiórów, i zastrzeli się jeszcze kilkaset tysięcy sabotażystów. Że nadejdą szczęśliwsze czasy – o ile już nie nadeszły. A tego trzysta sześćdziesiątego piątego dnia wznosił kieliszek i mówił z najwyższą powagą: „Wypijmy za to – żeby już nie było lepiej!”.

*

Pisał muzykę dla wszystkich i dla nikogo. Pisał muzykę dla tych, którzy po­tra­fią ją docenić, bez względu na ich pochodzenie. Pisał muzykę dla uszu, które słyszą.

*

Czemu, zastanawiał się, władza naraz zwróciła uwagę na muzykę i na niego? Władzę zawsze bardziej niż nuty interesowały słowa: pisarzy, nie kompozytorów, mianowano inżynierami dusz ludzkich. Pisarzy potępiano na pierwszej stronie „Prawdy”, kompozytorów – na trzeciej. Dwie strony różnicy. Ale nie była to błahostka: mogła przesądzić o życiu lub śmierci.

*

Polecono mu, by publicznie odwołał swoje poglądy. Kiedy szedł do mów­ni­cy, zastanawiając się, co takiego mógłby powiedzieć, wciśnięto mu do ręki przemówienie. Odczytał je bezbarwnym głosem. Obiecał w przy­szło­ści sto­so­wać się do partyjnych dyrektyw i pisać melodyjną muzykę dla ludu. W po­ło­wie oficjalnego potoku słów oderwał wzrok od tekstu, uniósł głowę, rozejrzał się po sali i powiedział bezradnie: „Zawsze wydawało mi się, że kiedy piszę szczerze, zgodnie z tym, co czuję, moja muzyka nie może być «przeciwko» ludowi, i że ostatecznie ja też… w jakimś niewielkim stopniu… ten lud reprezentuję”.

*

Cóż, jak powiadają, to nie takie proste – życie przeżyć.

*

Podziwiał tych, którzy stawili czoło władzy, mówiąc prawdę. Podziwiał ich dzielność i uczciwość moralną. Czasem im też zazdrościł; ale to było skom­pli­ko­wa­ne, bo po części zazdrościł im śmierci, tego, że skrócono im mękę życia. […] 
     Ale ci bohaterowie, ci męczennicy […]  nie umarli sami. Ich heroizm nisz­czył też wielu wokół. I dlatego nie było to proste, nawet kiedy było jasne.
     I oczywiście ta niezbita logika działała w obie strony. Ocalając siebie, ocalało się też tych wokół, tych, których się kocha. A skoro zrobiłbyś wszyst­ko, żeby ocalić tych, których kochasz, robiłeś wszystko, żeby ocalić siebie.

*

Potrafił pracować w każdych warunkach, bez względu na otaczający go chaos i niewygodę. To było jego zbawienie.

*

Jeśli muzyka jest tragiczna, ci o oślich uszach oskarżają ją o cynizm. Ale kiedy kompozytor czuje gorycz albo rozpacz, albo popada w pesymizm, to znaczy, że wciąż w coś wierzy.
     Co można przeciwstawić zgiełkowi czasu? Tylko muzykę, którą nosimy w sobie – muzykę naszego jestestwa – którą czasem ktoś przekształca w rze­czy­wi­stą muzykę. Która, na przestrzeni dziesięcioleci, jeśli jest na tyle silna i prawdziwa, i czysta, że zdoła zagłuszyć zgiełk czasu, przekształca się w szept historii.
     Tego się trzymał.

*

Kiedy wszystko inne zawodziło, kiedy zdawało się, że nie ma na tym świecie nic prócz nonsensu, trzymał się jednego: dobra muzyka zawsze bę­dzie do­bra, a wielka muzyka jest niepodważalna.

*

W tamtym okresie były dwa zdania – jedno pytające, drugie twierdzące – od których lał się pot, a silni mężczyźni srali w gacie. Pytanie brzmiało: „Czy Stalin wie?”. A stwierdzenie, jeszcze bardziej niepokojące: „Stalin wie”.

*

Strach: co wiedzą o nim ci, którzy go wywołują? Wiedzą, że działa, a nawet jak działa, ale nie wiedzą, jakie to uczucie.

*

W czasach studenckich – tamtych latach radości, nadziei i poczucia nie­znisz­czal­no­ści – przez trzy lata harował jako pianista kinowy. […]  Była to trudna, poniżająca praca; niektórzy właściciele okazywali się sknerami – woleli cię zwolnić, niż wypłacić wynagrodzenie. Niemniej powtarzał sobie, że Brahms przygrywał w hamburskim burdelu dla żeglarzy. Co wprawdzie może jednak było przyjemniejsze.

*

Zrezygnowany Korsakow wysłał pocztówkę, w której napisał: „Jeśli mamy iść, to chodźmy, jak powiedziała papuga do kota, który trzymał ją za ogon i wlókł po schodach w dół”.
     Tak – nieraz tak właśnie postrzegał swoje życie. I uderzył głową o sta­now­czo zbyt wiele stopni.

*

Oczywiście nikt nie umiera dokładnie we właściwej chwili: niektórzy umie­ra­ją za wcześnie, inni za późno. Niektórym udaje się mniej więcej utrafić w rok, ale potem wybierają zupełnie niewłaściwą datę. Biedny Prokofiew – umrzeć tego samego dnia co Stalin! Siergiej Siergiejewicz doznał udaru o ósmej wieczorem, a zmarł o dziewiątej. Stalin zmarł pięćdziesiąt minut później. Umrzeć, nie wiedząc, że wielki tyran wyzionął ducha! Cóż, to właś­nie cały Siergiej Siergiejewicz. Mimo że tak skrupulatnie pilnował cza­su, nigdy do końca nie nadążał za Rosją. Jego śmierć była więc przejawem absurdalnej synchronii.

*

Może jego zachowanie chwilami ocierało się o manię, ale było to konieczne. Jeżeli świat wymyka się spod kontroli, trzeba się upewnić, że mamy pod kontrolą te obszary, które kontrolować możemy. Choćby one były naj­mniejsze.

*

Nie bał się już, że zostanie zabity – to była prawda, i powinna cieszyć. Wiedział, że pozwolą mu żyć i że otrzyma najlepszą opiekę lekarską. Ale, w pew­nym sensie, to było gorsze. Bo żywych zawsze da się jeszcze upodlić. Czego nie można zrobić zmarłym.

*

Dawniej były rozkazy; teraz były sugestie. Tak więc jego rozmowy z władzą stały się, czego z początku nie dostrzegł, bardziej niebezpieczne dla duszy.

*

Zadał sobie pewne pytanie. Brzmiało tak:

     Lenin uważał, że muzyka przygnębia.
     Stalin myślał, że muzykę rozumie i docenia.
     Chruszczow muzyką gardzi.
     Co jest najgorsze dla kompozytora?

     Na niektóre pytania nie ma odpowiedzi. A kiedy umierasz – przy­naj­mniej py­tania cię opuszczają. Kulawego grób wyleczy, jak mawiał Chruszczow. Nie urodził się kulawy, ale możliwe, że okulał, moralnie, duchowo. Kulawy, który ma wiele pytań. A może śmierć leczy nie tylko pytającego, leczy także pytania. Z perspektywy czasu każda tragedia wygląda jak farsa.

*

Może odwaga jest jak piękno. Piękna kobieta starzeje się: i widzi tylko to, co odeszło; inni widzą tylko to, co pozostało. Niektórzy gratulowali mu wy­trwa­ło­ści, tego, że się nie podporządkował; twardego rdzenia skrytego pod histeryczną fasadą. On widział tylko to, co odeszło.

*

Byli też tacy, którzy rozumieli nieco więcej, którzy cię wspierali, ale jed­no­cześnie byli tobą rozczarowani. Którzy nie byli w stanie pojąć jednego prostego faktu: że w Związku Radzieckim nie da się mówić prawdy i żyć.

*

Wszyscy zawsze chcieli od niego więcej, niż był w stanie dać. A on zawsze chciał dawać tylko muzykę.
     Gdyby to było takie proste.

*

Co on sobie cenił? Muzykę, rodzinę, miłość. Miłość, rodzinę, muzykę. Hie­rar­chia ulegała zmianom. Czy ironia mogła ochronić jego muzykę? Na tyle, na ile muzyka stanowiła tajny język, który pozwala przemycić pewne treści, tak, by nie wychwyciły ich niepożądane uszy. Ale nie mogła istnieć jedynie jako szyfr: czasem pragnęło się powiedzieć coś wprost.

*

Nie chciał robić z siebie postaci tragicznej. Ale czasem, nad ranem, kiedy jego świadomość śmigała, myślał sobie: a więc do tego sprowadziła się historia.

*

Kto wie, co uzna przyszłość? Spodziewamy się po niej zbyt wiele – mamy nadzieję, że zrewiduje teraźniejszość.

*

Kiedy życie mówi ci: „I tak to”, kiwasz głową i nazywasz to przeznaczeniem.

Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

Niewiele wiedział o sztukach wizualnych i nie mógłby podjąć z tamtym poetą dyskusji o abstrakcjonizmie; ale wiedział, że Picasso to drań i tchórz. Jakżeż łatwo być komunistą, kiedy nie żyje się w komunistycznym kraju! Picasso spędził całe życie, malując swoje gówniane obra­zy i wiwatując na cześć radzieckiej władzy. Ale nie daj Boże, żeby jakiś biedny artysta cierpiący pod rzą­da­mi tejże spróbował malować jak Picasso. Picasso mógł swo­bod­nie głosić prawdę – czemu nie głosił jej w imie­niu tych, którzy nie mogą? Ale on siedział jak bogacz w Pa­ry­żu i na południu Francji, malując w kółko tego swo­je­go ohydnego gołąbka pokoju. Nienawidził widoku tego cholernego gołąbka. I nienawidził niewoli idei rów­nie mocno jak niewoli fizycznej.

*

Rosja, moja droga matka,
Niczego przemocą nie bierze;
Tylko to bierze, co jej sami damy,
Gdy nóż nam do gardła przyłoży.

*

Tak, dziękuję, znakomity pomysł: nowe utwory, za­ka­za­ne w Rosji, grane na Zachodzie. Czy oni potrafią sobie wyobrazić, na jakie ataki by się wystawił? Byłby to naj­lep­szy dowód, że chce przywrócić w Związku Ra­dzie­ckim kapitalizm. Ale mógłby pan po prostu tworzyć, tak? Tak, mógłby tworzyć muzykę, której nikt by nie grał ani grać nie mógł. Tyle tylko, że muzyka jest po to, by jej słuchano – w czasach, w których powstaje. Mu­zy­ka nie jest jak chińskie jajo: nie staje się lepsza od tego, że leży latami w ziemi.

*

kto potrafi powiedzieć, co byłoby lepsze? Tego dowiadujemy się po fakcie, kiedy jest już za późno.

(tamże)

niedziela, września 03, 2023

5181. Czekariat (LIII)  //  Panna cotta (CIV)


Kaan.

rozwaliło mi serduszko to słowo:
consapevolezza
[świadomość]

Nie, odparła świadomość, nic nie zaczyna się w ten sposób, w konkretnym czasie i kon­kretnym miejscu. Wszystko zaczęło się w wielu miejscach i w wielu czasach, po części nawet za­nim się urodziłeś, w obcych krajach, i w świadomościach in­nych. A potem, cokolwiek się wydarzy, wszystko będzie się toczyć dalej w ten sam sposób, w innych miejscach, i w świa­do­mo­ściach innych.

*

I nikt nie ucieknie przed swą świadomością.

*

Chwilami jego świadomość nie chciała uwierzyć w to, co się dzieje. To niemożliwe, bo to nie jest możliwe, jak powiedział major na widok żyrafy. Ale to jest możliwe, i jest.

*

Tyle że – upierała się świadomość – nic nie zaczyna się w ten sposób. To zaczęło się w różnych miejscach, w różnych świa­do­mościach.

Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.

5180. Nieczekariat


Kaan.

Wiele dobrego można powiedzieć o milczeniu, o tej przestrzeni, gdzie słowa się wyczerpują i zaczyna się muzyka; a także gdzie muzyka się wyczerpuje.

*

Muzyka jest nieśmiertelna, muzyka zawsze będzie trwać i za­wsze będzie potrzebna, muzyką można wyrazić wszystko, mu­zyka… i tak dalej.

Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.

*

Gabriel Fauré, Après un rêve, Barbra Streisand.
White Raven’s Liked List

(5175+4). Bez jaj, panowie! (IV)

Jabłoń:
(przedwczoraj przeczytała Sadownikowi poniższy fragment
i chwilę podyskutowali*, będąc podejrzanie zgodnymi
)

I choć – jak zauważa Brzyski – szczyty uniwersyteckie zaj­mu­ją mężczyźni, to co roku „studia wyższe kończy 70 procent więcej kobiet niż mężczyzn”, a to tendencja światowa. Dla­cze­go mężczyźni gorzej radzą sobie z nauką, dlaczego 20 procent więcej kobiet zdaje maturę? Być może przez dominację kobiet na stanowiskach nauczycieli – 89 procent w szkołach pod­sta­wo­wych, prawie 70 procent w średnich.

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.

Sadownik:
(zastrzelił Jabłoń pytaniem)
Ile na studiach na polibudzie
miałaś wykładowczyń?

Jabłoń:
(długo po piętrach budynku ETI i innych
gmachach politechniki wyobraźnią biegała,
by się zdziwić, wobec wątpliwego związku
przyczynowo-skutkowego powyższego cytatu:
jakim cudem obroniła dyplom i to bez bólu
?)
Dwie lektorki, a poza tym…
Wykładowczyni żadnej,
jedną prowadzącą laborkę z fizyki.

___________
  *  Jabłoń — w wersji bezlitosna — uważa, że biedni panowie, co chcą kobiety traktować jako zasób, do którego mają prawo mieć dostęp, a w poprzek staje im feminizm i emancypacja, w kategorii edukacja powinni po prostu na kilka lat usiąść na tyłku, wysiedzieć odpowiednią liczbę dupogodzin, potrzebnych, by nauczyć się tego, co jest wymagane, i obronić swoje dyplomy śpiewająco, nawet jeśli w komisji będą same kobiety. A one, może w szoku, że trafił się tak dobrze przygotowany student, będą mogły wnioskować o wyróżnienie, kto wie?

(5175+3). Bez jaj, panowie! (III)  //  Z oazy (CLXXX)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Ten sam Autor, ale tym razem to nie ja, lecz Sa­dow­nik pytał mnie co chwilę, gdy komentowałam lekturę, po co sobie to robię? Pierwotnie po to.

Pomimo błyskotliwej, nawet jeśli ciut eklektycznej formy umordowałam się przy tej książce z powodu bohaterów, z którymi nijak nie udało mi się choćby przez sekundę ani utożsamić, ani em­pa­tyzować. Ale, ale! Za to spokojnie mogę się dopieprzyć… dwa razy.

#1. Autor napisał — zgodnie z naturą humanisty z końca XX wieku, czyli tego, który szczy­ci się tym, że nie umie matematyki — a korektorkom nie przyszło do głowy, by sprawdzić, czy to, co Autor napisał, ma jakiś sens (konsekwencja wszechobecnego patriarchatu, mężczyźni zawsze wiedzą lepiej, serio?). To dość niezwykłe w repor­ta­żu, ale jest w książce jeden wzór, niespecjalnie skomplikowany (poziom II klasa li­ce­um), który jest sumą iloczynów, ale o tym ani Autor, ani korektorki nie wiedziały, bo pozostało: skomplikowana suma sum i iloczynów. W tym miejscu można spokojnie uznać Jabłoń za upier­dli­we, czepiające się drzewko, bo wymaga, by ludzie wymie­nie­ni na stronie reda­kcyj­nej — wszyscy ze skończonymi studiami, czyli zdaną ma­tu­rą — jeśli nie są pewni, to przynajmniej zasięgnęliby z łaski swojej języka u tych, którzy wiedzą. W koń­cu to nie byle jakie wydawnictwo czy self-publishing.

#2. Zatkało mnie z wrażenia, gdy kompetencje pań korektorek podważyła sku­tecz­nie jedna z osób, która na spotkaniu autorskim — oglądałam na jutiubie, bo ważyły się moje czytelnicze losy: czytać / nie czy­tać — uprzejmie poinformowała Autora, że w całej książce źle odmieniany jest przez przypadki główny bohater. Oniemiałam, bo przecież książka nie ukazała się w wydawnictwie Krzak. Nie wierzyłam, więc upew­ni­łam się, od­py­tu­jąc tydzień temu przy pysznym ciasteczku moją naj­uko­chań­szą polonistkę. Tak, potwierdziła, herbów się nie odmienia, a potem zdziwiła się tak samo mocno jak ja przy sumie sum, że korekta tego nie wiedziała, bo nie da się w tym przypadku wmówić nikomu, że to było przeoczenie. Ponieważ jest Janusz Mikke herbu Korwin, w całej książce zamiast błędnego Korwina-Mikkego powinno być Korwin-Mikkego. A może? Może to wcale nie jest błąd, tylko taka osobliwa forma „freudowskiego przejęzyczenia” — wszak z pewnością w przypadku głównego bohatera mamy do czynienia z błędnym rycerzem.

[…]  mam wrażenie, że już trzeciemu pokoleniu młodych chłopaków wydaje się, że przez zdroworozsądkowe, czyli w tym wypadku korwinistyczne, po­strze­ga­nie świata będą mogli wyrwać się z małych miasteczek i wspinać po szczeblach partyjnej kariery. A jeśli nie mają swojej busoli zawodowej, któ­ra po­zwala wracać do życia po rozczarowaniu, to popłyną tym statkiem pod banderą świętego Jerzego u boku szalonego kapitana, by liczyć na raj, a więc cud wyborczy, czyli trochę subwencji, bo to dla wielu jedyna mo­żli­wość realizacji zawodowej i awansu społecznego. Nie rozumieją, jak sądzę, że tego warszawskiego mieszczucha, gruntownie wykształconego i eru­dy­cyj­nie inteligentnego, który majątek odziedziczył po matce szlachciance albo dorabiając się na ksenofobiczno-mizoginistycznych felietonach, stać, by nie wchodzić w sejmowo-spółkowe mariaże, czyli stać go na wolność od własnych Misiewiczów.

*

Powiedział kiedyś, że gospodarkę naprawimy w dwa miesiące, a na zmianę społeczeństwa trzeba dwóch pokoleń. Słusznie. Jeśli nie będziemy dbali o idee konserwatywne, to w dwa pokolenia nam wyparują.

*

     – Wie pan, ile mnie wysiłku kosztuje, by w tej książce napisać dwa poważne zdania? A pan mi ciągle nie daje szansy.

*

Konfederacją, czyli trzema partiami, zarządza wspomniana Rada Liderów, w której siedzi 12 gniewnych mężczyzn. Czterech narodowców, w tym Bo­sak i Winnicki, pozostałych dwóch pomińmy, niczego tu nie wniosą, dalej mamy Brauna i jego zaufanego człowieka z Korony Polskiej, tego też po­zo­staw­my w anonimowej krypcie, a od Korwina czterech, czyli Korwin, mło­dy po­seł Berkowicz, trzeci mało znany i Sławomir Mentzen, czyli nadzieja korwinistów, a nawet nadworny ekonomista partii. Wyszło 10, wiem, ale teraz dochodzimy do dwóch kolejnych postaci [Jakub Kulesza, Marek Ku­ła­ko­wski], które są mało znane, ale niosą w sobie największy gniew i choć naj­młodsze, to są ojcami chrzestnymi całej Konfederacji.

*

[…]  na co Korwin powiedział, że się z tymi danymi nie zgadza, a na dowód, że ma rację, nie pokazał nic. […]  ludzie, którzy deklarują, że kierują się zdro­wym rozsądkiem, z reguły kierują się emocjami.

*

I mógłbym przy nim zrobić doktorat z aspergera, bo on lubi wzory, analizy, ale nie rozumie, jakie emocje wywołuje u innych. Czy pan widział, że on ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego?

*

Czy pan wie, jak pięknie wyglądałby w Polsce internet, gdyby ludzie nie potrafili czytać i pisać?

*

Skąd pieniądze na jego pomysły, skoro chce obniżać podatki? Rząd to zło­dzie­je, ludzie wiedzą lepiej, na co wydawać. Ale skąd pieniądze? Po­win­ny pójść do samorządów, a tylko procent do państwa. Ale skąd pieniądze? A na co te pieniądze, nie wytrzymuje Korwin, skoro wszystko prywatne. A jaki ma pomysł, by rządzić? Przyznaje, bez uśmiechu, że programu jego partii nie da się raczej wprowadzić, poza karą śmierci, więc potrzebny był­by jakiś Pinochet.

*

     – Każdemu, kto ma jakąś wiedzę, doradzałbym w takich rozmowach dużo dystansu, to jedyna broń, gdy ktoś kłamie.

*

Po konferencji Konfederacji, na której ogłaszają, że przeszkadzają im w Sej­mie ukraińskie flagi, że rząd nie powinien płacić za pomoc Ukraińcom, że skan­dalem jest darmowa pomoc medyczna, nie mówiąc już o dodatkach dla dzieci, dziennikarze wyłączają mikrofony i kamery i kolejną konferencję boj­kotują.

*

[…]  między teorią słów Korwina a praktyką życia występuje pewna, nie­do­strze­gal­na dla jego fanów, szczelina, która w miarę dojrzewania młodego człowieka urasta do przepaści, aż trudno wtedy zrozumieć, jak to się stało, że w pewnym momencie Korwin stoi na jednej jej krawędzi, reszta świata leci w dół, a na drugiej on sam.

*

     Sośnierz: – Czy pan prezes aby nie wziął zbyt dosłownie czegoś, co mi wygląda na spławienie?
     Korwin: – Nie, na serio mówili.
     Sośnierz przypomina w tym miejscu, że mówimy o człowieku, który uważa, że każdy posługuje się w życiu zdrowym rozsądkiem i dokonuje racjonalnych wyborów.
     – I co zrobili? – pytam.
     – Oczywiście go spławili [narodowcy i Braun].
     – I jak pan sobie z tym radził?
     Sośnierz opiera brodę na splecionych palcach, marszczy czoło i mruży oczy.
     – Mówiłem sobie tak… Okej, ja nie potrafię na szybko odróżnić lewo od prawo, a on jest 50 lat w polityce i nie rozumie ludzi. Ma szokującą pamięć do twarzy, ulic, dat, ale nie pamięta własnych błędów.

*

Nowa dziewczyna to polowanie, a
 żona w domu to świniobicie.

*

Próbuję sobie nawet wyobrazić, jak wyglądałby taki dialog Korwina z Ment­zenem, no i może tak:
     – Panie prezesie, dzieci pana czytają, a to zaraz nasi wyborcy, niech pan wyhamuje.
     – No właśnie dlatego piszę, przecież pan też był dzieckiem, gdy się mną zachwycił.

*

     – Ale że Mentzen? Przecież on z tej partii zrobi korporację, a tak pięknie sobie przez lata szybowała. Pana nazwisko było gwarantem co prawda kon­certowych porażek, ale też przecież i marki – mówię smutnym głosem, tak że kłuję go, mam nadzieję, w serce, bo czuję, że szlocha jednak do wewnątrz […].

*

I gdy Wipler mówi, że przyjechał kiedyś do Warszawy jako syn górnika, a wszyscy słuchają go w ciszy, to patrzę na Korwina, bo oto ojciec duchowy, Imperator tego wszystkiego, podnosi się i pokazowo kuśtyka stamtąd o la­sce. No to ja za nim.
     – Ale że aż tak demonstracyjnie?
     – Do toalety tylko idę.
     […]  Korwin patrzy na mnie ponuro, chyba do ostatniej chwili mi nie dowierzał, że Wipler stoi za Mentzenem. Jest toaleta, atakujemy pisuary i sobie sikamy, gdy podpytuję:
     – Co pan sobie wynegocjował za to odejście?
     – Prawo weta w sprawie programu i statutu i weto w sprawie koalicji, ale tylko na dwa lata.
     […] 
     – Wipler zabolał?
     – Byłem przeciwny, by go zapraszać, ale Mentzen powiedział, że ma swoje zalety.
     – Jakie?
     – Kiedyś je widziałem…
[połowa października 2022 roku, kongres partii KORWiN w Warszawie.]

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

[Jacek] Wilk, oprócz fajnego nazwiska oczywiście, ma jeszcze jedną cechę – gdyby przebrał się za nikogo, to wyglądałby jak ktoś.

*  *

     – Powiedział pan na pierwszym spotkaniu: „Nie mam nic do ukrycia”.
     – Ale nie o sprawach prywatnych! Innych też pan tak wypytuje o dzieci i rodzinę!?
     – Jak wpiszą sobie chrześcijańskie wartości w sztan­dar i wezmą parę ślubów, to zapytam.

*

     – Jeszcze mówił pan tak: „Jeśli ktoś na przykład chce się zaćpać na śmierć, to jest to dla społeczeństwa ko­rzyst­ne. Niech umrą!”. Czy więc córka nie po­win­na, zgod­nie z pana teoriami darwinistycznymi… Czy aby nie p­o­win­na co naj­mniej skoń­czyć na bruku?
     – No nie! Darwinizm zatrzymuje się przed rodziną!

*

[…]  dobry brydżysta […]  często nie wie, która ścieżka jest prosta, zanim na nią nie wejdzie […].

(tamże)

sobota, września 02, 2023

(5175+2). Bez jaj, panowie! (II)

Korwin nigdy nie był i nie jest moim idolem. Jedni wpatrzeni w niego jak w święty obrazek, inni twierdzą, że choć jest piekielnie inteligentny, to jednocześnie jest głu­pi. W dyskusjach z Sadownikiem do tej pory, powołując się na jedną z kilkunastu definicji inte­li­gen­cji jako umiejętności przystosowania się, twierdziłam, że to po prostu idiota z parciem na szkło — od trzydziestu lat robi to samo, licząc na inny efekt.

Nie, nie traciłabym czasu na tę książkę, gdyby nie… Emilka, obecnie pani Emilia (l. 28). Postanowiłam zajrzeć do tej książki, by przekonać się, jak bardzo Korwin się po­my­lił. Warto było! Nie spoileruję zamieszczonym poniżej fantastycznym wy­im­kiem. Nie zdra­dza­jąc detali, troszkę jednak to robię, pisząc, że Korwin pani Emilii nie tylko nie dorasta do pięt, Ona go wie­lo­krot­nie zdublowała, gdyby kariery obu tych osób porównać do biegu na 800 m.

Korwin dla mnie aktualnie to embodied-chat-GPT, którego inteligencję wy­ho­do­wa­no nie na wie­dzy, lecz na uprzedzeniach i stereotypach — moc obli­cze­nio­wa zde­cy­do­wa­nie jest, ale niestety to wszystko, na co można liczyć. Ponieważ większość ludzi nie przepadała za za­ję­cia­mi z logiki matematycznej (jest na każdych studiach), to nie pa­mię­tają, że z fałszu mo­żna wyprowadzić wszystko. Korwin nie tylko o tym wie, on z tej własności implikacji uczynił swe oręże, przy okazji dodatkowo mie­sza­jąc po­rząd­ki i miana.

Mało? Mało! To dodam, że pani Emilia intelektualnie zdublowała wszystkich chłop­ców, co tak dzielnie na naszych oczach idą po Polskę.

Jest 2007 rok […]  rok wyborczy, więc wszyscy się modlimy, by Korwin z czymś nie wyskoczył […]  Wiemy, że jak coś chlapnie, to po nas, więc słu­cha­my w napięciu. No i coś tam mówi, nawet dobrze idzie, uspokajamy się, już ma kończyć, ale z tej sceny dostrzega dziewczynkę, niestety na wózku in­wa­lidz­kim, i mówi coś w stylu, że zdrowe dzieci nie powinny się zadawać z ka­le­ki­mi, że jak ktoś będzie siedział z jąkałą w jednej ławce, to też zostanie jąkałą. Matka tej dziewczynki próbuje protestować, więc Korwin je obraża. One oburzone, on biegnie za nimi, szarpie za ten wózek, no żenująca scena. […] 
     Emilia Krok ma jakieś dwanaście lat, gdy patrzy, jak jej mamę krew za­le­wa po słowach Korwina, jak gramoli się z jej wózkiem inwalidzkim pod scenę i krzyczy: „To zejdź tu i powiedz to w twarz mojej córce!”. Korwin oczywiście schodzi ze sceny, podchodzi do Emilii i powtarza w twarz, że niepełnosprawni nigdy nie dorównają sprawnym, że mają zły wpływ na rozwój dzieci, stąd konieczny podział w szkole, ludzie mu wiwatują, jej ma­ma gotowa do boju, a Korwin pyta jeszcze dziewczynkę, jak radzi sobie w szkole.
     – Powiedziałam, że świetnie, że mam same piątki. Wtedy spytał, a jak tam na WF-ie, bo zauważył, że z głową chyba u mnie w porządku, no to po­wie­dzia­łam, że gram w koszykówkę, pływam, nawet bardzo dobrze, mam z WF-u szóstkę, medale na krajowych zawodach i jestem typowana do para­olim­pia­dy w Pekinie, więc tylko spojrzał, zamilkł i odszedł.

*

[…]  gdy rzucają kłody pod nogi, to
trzeba zbudować podjazd.

*

[…]  mama zawsze powtarzała: „Znajdź to, w czym jesteś najlepsza”.

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

W latach 60. XX wieku psycholog Robert Rosenthal zbadał w San Francisco grupę uczniów, wytypował najbardziej inteligentnych i ich nazwiska prze­ka­zał nauczycielom. Po roku okazało się, że dzieci te mają najlepsze wyniki w nauce. Tylko że naukowiec podał nauczycielom przypadkowe nazwiska, być może nawet miernot, a wyniki jego badań nazwa­no efektem Rosen­tha­la, czyli opisującym uprzedzenia, którymi ludzie kierują się wobec innych, jeśli otrzymają, niekoniecznie prawdziwe, informacje. Mówiąc prościej – rządzą nami stereotypy i jeśli w nie zbyt silnie wierzymy, prowadzić to mo­że do samospełniającej się przepowiedni.

(tamże)

środa, sierpnia 30, 2023

5176. —


fot. Hawwa, fragmenty.

*

Dmitrij Szostakowicz, II Koncert fortepianowy F-dur, Andante,
I Musici de Montréal, Maxim Shostakovich (dyrygent),
Dmitri Shostakovich Jr. (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #3.
White Raven’s Liked List

Dmitrij Szostakowicz, II Koncert fortepianowy F-dur, Andante,
Mahler Chamber Orchestra, Alexander Melnikov (fortepian),
Isabelle Faust (skrzypce), Teodor Currentzis (dyrygent),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #2.
White Raven’s Liked List

wtorek, sierpnia 29, 2023

5175. Bez jaj, panowie! (I)

Jabłoń:
(czyta świeżą książkę Kąckiego; nie mogąc uwierzyć w istnienie
kilku chłopców, robi klik, klik… i wpada na coś takiego…
i dzieli się swoim odkryciem z nieprzeciętnym mężczyzną
)

DSM, Standardy i wymagania.

Tradycyjny i klasyczny mężczyzna również ma prawo posiadać standardy i wymagania, na przykład: […]  i chęci zostania żoną oraz matkom jako głównymi ambicjami i aspiracjami.
[zapis fonetyczny oryginalny, wyróżnienie własne]

Sadownik:
(z opadniętymi rękoma i w szoku,
czym to Jego Drzewko karmi uszy
)
Ty masz szczęście, że jak cię poznałem,
to nie miałem standardów i wymagań!

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)

*

Sadownik:
(po kilku godzinach — gdy z Drzewkiem
komentują wymagania i pani, i pana — dodaje
)
Zawsze sobie mogłem zażyczyć,
byś była dziewczyną ze scholi.

Jabłoń:
(zaskoczona życzeniem, przyznaje się,
że nie wie, co to jest
schola)

*

[…]  jedyne ekskluzywne rzeczy, jakie przeciętna kobieta może dać prze­cię­tne­mu mężczyźnie, to seks, potomstwo i domowe ciepło.
     […]  Tak że musimy zrzucić kobiety z piedestału, powiedzieć „stop”! Niech sobie kobiety skończą same, z kotami.
     Jakich kobiet unikać? […]  Tych z tatuażami unikać, bo to jak dłutem po samochodzie, brak szacunku do własnego ciała.

Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.

5174. —,  //  Panna cotta (CIII)

Nieprzeklinanie jest
świetnym ćwiczeniem
na kreatywność.
Karol Modzelewski

[…]  wła­da­nie ję­zy­kiem da­je nad­zwy­czaj­ną moc.

Frantz Fanon, Czarna skóra, białe maski,
przeł. Urszula Kropiwiec, Karakter, Kraków 2020.

*

[Dalej, wskakujcie!
  Nie jest głęboko!]


Autor(ka) nie do ustalenia.

poniedziałek, sierpnia 28, 2023

5173. Panna cotta (CII)  //  Z oazy (CLXXIX)

Nie­dzielne odliczanie literek, trzy, doniesione w ostatni poniedziałek sierpnia. To książka, której kupno zostało zrealizowane z lipcowego przydziału na włoskie litery. Niby dla dzieci, oryginalnie napisana dla francuskich latorośli, z myślą o rozwijaniu ich empatii.

Ale tu nad Wisłą w 2023 roku to nie bajka! To czysta polityka zatrzymana w prze­pięk­nych ilustracjach, a dokładniej: tendencyjne, opozycyjne podsumowanie prawie ośmiu lat urabiania się po łokcie rządzącej ekipy, mimo że bohaterem tej opowieści nie jest Pinokio; bezbłędnie nakreślony modus operandi małych ludzi u władzy. Tytuł, w prze­kła­dzie na język polski, w poetyckim tłumaczeniu mógłby spokojnie brzmieć: Lex Szyszko, bo Wiewiór ewidentnie w ministerstwie środowiska troską otacza…

A peunta? Puenta! Miejmy nadzieję, że jest prognozą wyborczą.

Un albero è molto fragile,
bisogna prendersene cura.
[Drzewo jest bardzo delikatne,
 trzeba się o nie troszczyć.]

*

Bisogna parlargli.
[Trzeba do niego mówić.]

Bisogna parlargli con molta dolcezza, nell’incavo del suo tronco.
Occuparsene come fosse un amico.
[Trzeba mówić do niego łagodnie, w zagłębienie jego pnia.
 Zajmować się nim, jakby był przyjacielem.]

*

Io e il mio albero ci prendiamo cura l’uno dell’altro.
Io gli parlo e lui, a volte, mi regala una delle sue pigne.
[Ja i moje drzewo dbamy o siebie nawzajem.
 Mówię do niego, a ono czasami daje mi jedną ze swoich szyszek.]

*

Adoro le pigne. E poi ne ha così tante...
[Uwielbiam szyszki. A drzewo ma ich tak wiele…]

Ma attenzione, non si devono mangiare
tutte le pigne in una volta!
Se ne può prendere solo una ogni tanto.
Solo quelle di cui abbiamo bisogno.
Perché un albero è fragile,
bisogna prendersene cura.
[Ale uwaga, nie wolno zjeść / wszystkich szyszek na raz!
Ja i moje drzewo dbamy o siebie nawzajem.
 Można wziąć tylko jedną od czasu do czasu.
 Tylko te, których potrzebujemy.
Ponieważ drzewo jest bardzo delikatne,
 trzeba się o nie troszczyć.]

*

Ho calcolato infatti che posso prenderne
almeno altre due. Forse anche tre.
[Wiewiór policzył, że właściwie może wziąć
 przynajmniej dwie kolejne. Może również trzy.]

Va bene, solo un’altra piccola piccola!
E poi qualcuno le mangerebbe comunque,
tanto vale che sia io.
[OK, to jeszcze jedna malutka!
 Później ktoś zjadłby je tak czy siak,
 równie dobrze mogę to być ja.]

*

Ne resta solo una, che seccatura.
Tanto vale mangiarla subito e non se ne parla più!
[Została tylko jedna szyszka, co za utrapienie.
 Warto zjeść ją natychmiast i nie gadać o tym więcej!]

*

Ecco fatto! Comunque, non importa se il mio albero non ha più pigne,
è stracolmo di tanti piccoli aghi sui rami...
[…]
sono teneri e un po’ dolci.
Li adoro.
[Zrobione! Tak czy inaczej, nieważne, że moje drzewo nie ma już szyszek,
 jest pełne małych igieł na gałęziach…
[…]
 są one mięciutkie i słodkie. / Uwielbiam je.]

Ma attenzione, non si devono mangiare
tutti gli aghi,
perché un albero è fragile,
bisogna fare attenzione.
Puoi mangiare uno qui e uno lì,
solo quelli strettamente necessari.
[Ale uwaga, nie wolno zjeść / wszystkich igieł
ponieważ drzewo jest bardzo delikatne,
 trzeba uważać.
Możesz zjeść jedną igiełkę tu i jedną tam,
tylko wyłącznie te niezbędne.]

*

Beh, è vero, forse ne ho mangiati un po’ troppi.
Ma va bene così, perché ha anche molti rami. Ne è davvero stracolmo.
[Cóż, to prawda, może zjadłem ich trochę za dużo.
Ale tak jest dobrze, przecież drzewo ma jeszcze dużo gałęzi. Jest ich naprawdę mnóstwo.]

*

A volte, mi piace accendere un fuocherello
con i suoi rametti.
Ma solo quelli piccoli piccoli,
quelli che non servono a niente.
Perché un albero è fragile,
bisogna prendersene cura.
[Czasem lubię wzniecić ogień / wykorzystując gałązki.
Ale biorę tylko te malutkie / które nie są do niczego potrzebne.
Ponieważ drzewo jest bardzo delikatne,
 trzeba się o nie troszczyć.]

*

Ma quando vengono gli amici, c’è bisogno di un bel falò.
Per questo, ci vogliono rami più grandi
che fanno fiamme alte.
Non è un grosso problema,
sul mio albero ci sono tantissimi rami grandi.
[Ale kiedy przyszli do Wiewióra jego przyjaciele, potrzebował ładnego ognia.
Z tego powodu potrzebne były duże gałęzie, / by płomienie były wysokie.
To nie jest wielki problem,
na moim drzewie jest dużo wielkich gałęzi.]

*

Un’altra cosa che mi piace del mio albero sono le sue radici.
[Inna rzecz, którą lubię w moim drzewie, to korzenie.]

Adoro sgranocchiarne qualche pezzettino.
[Uwielbiam schrupać kilka kawałeczków.]

*

[Och, Wiewiór!]

*

Un scoiattolo è fragile,
bisogna prendersene cura.
[Wiewiór jest delikatny,
 trzeba się o niego troszczyć!]

Olivier Tallec, Un po’ troppo,
przeł. z j. francuskiego Maria Pia Secciani,
Edizioni Clichy, Firenze 2021.
(wyróżnienie własne)

niedziela, sierpnia 27, 2023

5172. Z oazy (CLXXVIII)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Nie czekałam na tę książkę, bo o niej nie wie­dzia­łam. Nie szukałam jej, więc sama mnie znalazła. Przykuło moją uwagę imię Autorki, a do­kład­niej litery s i z powtórzone dwa razy w niespotykanej przeze mnie do tej po­ry kolejności.

[B]oję się, że zamienią miejscami s i z, albo je opuszczą, źle postawią akcenty. Nie­za­mienione, nie na szarfie wieńca, lecz na okładce książki, zaprowadziły mnie do podczytnika. Gdyby chodziło o matkę, odpuściłabym, ale chodziło o ojca, więc nie było dyskusji.

Najpierw zieleń wczesnowiosenna łamała mi serce każdym źdźbłem i listkiem. Nie­pierwsza już tego nie robi. Pierwszy, drugi, trzeci… szesnasty dzień miesiąca to dni, które wolałam ominąć lub przespać. Łapałam oddech dopiero przy kawie siedem­na­ste­go każdego miesiąca.

Sierpień. Pierwszy bez Białego Kruka. Pierwszy bez Niego, mnie, Hawwy, Sadow­ni­ka w Małej Danii, bez nas tam razem. Pierwszy bez: wspólnego czasu, ranków, ka­wy, słod­ko­ści, śmiechu, rozmów, planów, rozłożonych na tarasie psich ciał, de­gu­sta­cji na­le­wek, szakszuki na śniadanie i dań świętująch życie. Ten sierpień miał być in­ny — wiedzieliśmy o tym — ale nie aż tak odległy od Małej Danii, nie z titanium na pokładzie.

Sięgnęłam po tę książkę biegusiem, by na kolejnych jej stronach, wśród kolejnych akapitów współdzielić z narratorką doświadczenie pierwszych niechcianych razów. Niektóre rzeczy, które już za Autorką, są jeszcze wciąż przede mną.

Każdy ma własną opowieść o chorobie i śmierci, swoje straty, nieblaknące obrazy zarosłe czarnymi gałęziami. Umarli nie są martwi, pojawiają się w pierwszych zdaniach rozmowy, siadają w ogrodach, przy stołach […]. Rana się zagoiła, ale blizna rwie, tu, pod wiśnią, pod akacją, gdy tylko najdzie ją ochota, gdy uzna, że to ta chwila, że znów nadszedł czas.

*

Czy to zabrzmi arogancko, zarozumiale, bezczelnie, czy po prostu tylko nieprawdziwie, gdy powiem, że w naszej relacji ojciec–córka niczego mi nie brakowało?

*

Wiele się nauczyliśmy od naszego ojca. Swobody myślenia, odwagi, by się określić i sprzeciwić. Tego, że system zawsze opiera się na ludziach. A oni mają wolność podejmowania decyzji. Czasem ta wolność jest maleńka jak mrówka, czasem zaś wielka, tak wielka, że może decydować o ludzkim życiu.

*

Śmierć zasiała we mnie wątpliwości co do czasu i możliwości zmierzenia go.

*

To głupie i obraźliwe, niezrozumiałe, że nasi rodzice muszą odchodzić. A fakt, że pewnego dnia naprawdę to się dzieje, jest niedopuszczalny. Choć dorastamy z tą wiedzą, żyjemy z nią, nie jesteśmy przygotowani, nie jesteś­my uzbrojeni, kiedy to się dzieje.

*

Chciałabym umieć lepiej radzić sobie z umieraniem, z przerwaniem życia. Inni to przecież potrafią, czyż nie? Przecież to się ciągle dzieje, na całym świecie. W każdym zakątku każdego miasta, każdej wsi, ulicy, za każdym płotem, oknem, za każdymi drzwiami. Każdemu to się przydarza, każdy umrze, każdy pewnego dnia straci rodziców. Nie ma w tym nic szcze­gól­ne­go, wszystkich nas to spotka. Rodzimy się i umieramy, tracimy kogoś przez umieranie i pewnego dnia ktoś straci nas. Czemu robię z tego wielkie halo? Jakby to spotkało tylko mnie. […]  A jednak jeśli ta historia wybierze nas, jeśli nas uczyni protagonistami, jesteśmy nieprzygotowani, nic nie wiemy i do niczego nie możemy się odnieść. Nie ma znaczenia, że inni przeżyli to przed nami, a my braliśmy w tym udział. Liczy się, że my to przeżywamy. Tylko my tak to przeżywamy, tylko my przeżywamy to we własny sposób.

*

Nie mogę uwierzyć, że to zdanie przechodzi mi przez gardło, że naprawdę potrafię je wypowiedzieć i napisać, że mam odwagę, że śmiem powiedzieć: Mój ojciec umarł. Widzę to zdanie i odczytuję, jakbym to nie ja je napisała, jakby nie cho­dzi­ło o mnie, o nas, jakby ktoś mi je podyktował, ale nie cho­dzi­ło o mnie, bo po prostu nie może cho­dzić o mnie. Dopóki go nie wy­po­wie­dzia­łam, nie napisałam, mo­że nie było prawdziwe, być może tak długo praw­do­po­dob­na była inna interpretacja, inny punkt widzenia, mo­że mo­głam była jeszcze cofnąć jego znaczenie, treść. Ale teraz je wypowiadam, zapisuję i uznaję za prawdziwe. Ja sama czynię je prawdziwym, ja sama ustanawiam, mianuję je prawdziwym. Niepojęte, że potrafię wypowiedzieć to zdanie, ujawnić je. Że nie stawiam oporu, lecz łączę w sobie słowa i two­rzę zdania: Mój ojciec umarł. Nie żyje.

*

Przyjaciele obejmują mnie teraz inaczej. A może to ja inaczej ich obejmuję? Mocniej, dłużej? Jakbym tonęła i musiała się przytrzymać, podciągnąć.

*

Przyjaciel zastanawia się, czy to nie smutny los wszystkich dzieci, że pe­wne­go dnia tracą rodziców. Nasz mur ochronny się zawala, bezpieczne miej­sce, które należało nam się bez zapłaty, znika. Znikają drobiazgi co­dzienności […].

*

Muszę się jeszcze nauczyć, jak sobie wytłumaczyć, że ta rze­czy­wi­stość istnieje. […]  małe prawdy i świadectwa, których nie chcę przy­jąć, ale przyjąć muszę, które dowodzą tego, w co tak głęboko nie chcę wie­rzyć: Mój ojciec nie żyje.

*

A co znika? Tylko nadzieja, że ojciec wcale nie umarł, ta resztka samo­oszu­ki­wa­nia się, kłamstwa i ułudy, szansy, że mogłoby być inaczej, że mo­gła­bym obudzić się rano i byłoby inaczej. Ta nadzieja znika. Żałoba przychodzi dopiero teraz, po pogrzebie.

*

[…]  stoję przy oknie, obejmując szklankę z kawą, przeczesuję wzrokiem nie­bo i zastanawiam się, jak i gdzie mój ojciec trwa w wyobrażalnej nie­wy­o­bra­żal­nej wieczności.

*

Próbuję wyobrazić sobie jego niebo, gdzie się zaczyna i co ojciec tam wy­pra­wia, jak spędza czas, jak odczuwa wieczność, czy w ogóle pojmuje ją jako wieczność, a może wyobrażenie czasu to dla niego przeszłość, stało się zbędne. Czy udaje mu się myśleć o nas bez bólu, bez ucisku w piersi, bez idio­tycz­ne­go skurczu w gardle. Czy w ogóle o nas myśli. Czy w ogóle ist­nie­je dla niego taka kategoria: my.

*

Kto przeżył stratę, wie, jak wygląda, kto jeszcze jej nie prze­cier­piał, boi się, że wkrótce stanie się jego udziałem. Jedni wiedzą, jak jest, inni prze­czu­wa­ją, jak może być, i boją się.

*

Rok temu byliśmy jeszcze razem […].

*

Mogłabym prawie powiedzieć, że podjęłam moje życie, w każdym razie pra­cu­ję uparcie nad tym, żeby je podjąć. Płacz jeszcze mnie dopada, jeszcze nie minął, nie przechodzi, tak jak nigdy nie przejdzie tęsknota, przetacza się przez moje dni, wraca kapryśnie, gdy coś przypomni mi ojca – czapka, broda, kolor płaszcza, sposób poruszania się, śmiania, odwracania, spra­wdza­nia kurtki i spodni w poszukiwaniu kluczy, otwierania i za­trza­ski­wa­nia drzwi do samochodu. Parkingi przed supermarketami są podstępne, stały się torami przeszkód, pełne są takich szczegółów, niemal są z nich zbudowane.

*

[…]  mam przedmioty, które łączą mnie z ojcem, maleńkie mosty do naszych wspólnych czasów, które pokazują, że to prawda, tak, istnieliśmy, byliśmy prawdziwi, byliśmy tu.

*

[…]  pyta, czy wszystko w porządku. Tak, oczywiście, wszystko jest w po­rząd­ku, dziękuję. Gównianie, myślę, ale tak, w porządku. Gównianie, ale OK – tak teraz po prostu jest.[…]  Wiem, że tak teraz jest, gównianie, ale OK, gównianie, ale tak, w porządku, tylko jeszcze się do tego nie przy­zwy­cza­i­łam. Ani do tego, że to może mnie dopaść wszędzie i w każ­dej chwili, bez ostrzeżenia i jak grom z jasnego nieba, złapać, gdy życie da maleńką wska­zów­kę, ułamek wspomnienia.

*

[…]  nie musisz niczego kończyć i zamykać,
nic cię nie stawia pod ścianą.

*

Późniejsze odwiedziny na cmentarzu to spo­tka­nia, ciche, skromne spo­tka­nia, wciąż pożegnania, nowe pożegnania, odcinki wielkiego pożegnania, dzię­ki nim zbliżamy się do ostateczności, do naszego nigdy-więcej, naszego już-nigdy. Powoli rozumiemy, tak jest. Powoli pojmujemy, ogarniamy umy­słem, to obowiązująca prawda. Od dziś, od teraz to jest nasza prawda, pra­wda, która nie zmieni się na naszą korzyść, z którą od teraz jesteśmy zwią­za­ni, podporządkowani jej.

*

Gdy w zakładzie pogrzebowym zapytano o muzykę, natychmiast to z siebie wyrzuciła. […]  w tej kwestii zareagowała błyskawicznie i bez wahania, dro­gę do tych czterech słów znalazła bez problemu: Kalmár Pál, Szomorú vasárnap. Tekst jest nie­znośny, bez zmarłego i bez pogrzebu także byłby nie­znośny, nawet w domu, na kanapie w dużym pokoju, w beztroski dzień wy­peł­nio­ny życiem byłby absolutnie nieznośny.

Leander, Szomorú Vasárnap.

Wszyscy zjawili się tu, żeby coś zostawić, […], między tymi kwiatami, oddać mu, dać. Żeby pokazać: znaliśmy cię, lubiliśmy, kochali[śmy], byliśmy czę­ścią twojego życia, ty byłeś częścią naszego, nasze drogi były powiązane, splecione luźno albo nierozerwalnie.

*

Są takie tonacje, umiem je już usłyszeć, wyfiltrować i przyporządkować. Na tej wielowarstwowej klawiaturze wyrazów współczucia, pośród nie­zli­czo­nych odcieni między intensywnością a obojętnością umiem od­róż­nić prawdziwe kondolencje od wypowiedzianych automatycznie, oce­nić współ­brzmie­nie spojrzenia, głosu i dotyku. Istnieją fał­szy­we to­na­cje w fałszywych twarzach, fałszywe tonacje w prawdziwych twarzach i na odwrót, i są praw­dzi­we twarze z prawdziwą tonacją.

*

Zaczęłam ćwiczyć się w akceptacji. Mówiłam sobie, że jestem dzielna, i za­czę­łam w to wierzyć. Włożyłam w to wiele pracy i oddania. Zaczęłam to przyjmować. Przyjmować takim, jakim było.

*

Jesteśmy tylko gośćmi na ziemi,
śpiewamy, wędrujemy bez wytchnienia.

*

Rozmawiamy o umarłych, wplątują się w zdania, siedzą z nami w ogrodzie, na tarasie, przy stole, nad miskami z zupą, nad koszykiem z pokrojonym bia­łym chlebem, zachęcają, no, porozmawiajcie o nas, nie odpuszczajcie, nie prze­sta­waj­cie. Umarli nie są martwi. […]  Płaczemy nad […]  tym, że ci, któ­rych kochamy, odchodzą. Nasz czas z nimi jest ograniczony. Że zni­ka­ją. Znikają i nie da się ich odnaleźć.

*

[…]  wystarczy jedno zdanie, jedno pytanie i rozpala się tęsknota za nimi.

*

„Mamy nadzieję” – reméljük kończy większość rozmów, „mamy nadzieję, że”, „miejmy nadzieję, że”, „tak, miejmy nadzieję” – reméljük kończy roz­mo­wy, pojawia się za każdym razem na końcu pętli zdań jak kropka, jak wy­krzyk­nik na końcu myśli, reméljük nie muszę nigdy sprawdzać słowniku, nie muszę szukać, powtarza się, przerzucamy się nim, jest naszym co­dzien­nym zaklęciem – mamy nadzieję, miejmy nadzieję.

*

Jesteśmy następni w kolejce, mówi on, będziemy następni, i nie brzmi to ani źle, ani pocieszająco, brzmi po prostu jak zdanie, które ujmuje bieg rzeczy, naturalny, oczywisty, samoistny i odbywający się bez naszego udziału szem­rzą­cy upływ czasu, życia i wszystkich w nim rzeczy.

*

[…]  mamy jeszcze ten dzień, te godziny, że możemy wsypać je do klepsydry czasu i zachować na zawsze, podyktować je umysłowi i kazać mu je zapamiętać.

*

Nawet ja wstaję i ruszam przez miasto i moje życie, patrzę w niebo i za każdym razem, gdy wygląda wystarczająco wspaniale, mówię: cześć tato, cześć, tam w górze.

*

Znów zaczynam złorzeczyć, robię się zła. Ale zła na kogo, na co? Przeciw komu mam skierować tę wściekłość? Przeciw losowi, niebu, Bogu? Jakiemuś centrum alokacji przebiegu chorób i długości życia? Kto usłyszy moją skargę, kto ją przyjmie?

*

Szegény  to po węgiersku biedny. Nie w sensie bez środków do życia, lecz w znaczeniu: ukarany przez życie, źle przez nie traktowany, zaniedbywany i oszukiwany, w każdym razie godny pożałowania. Biedna Judit, biedny Lajos. Każde życie przebiega w ten sposób, że pewnego dnia to określenie się w nim pojawia, do każdego w pewnym momencie pasuje, każdemu kiedyś zostaje przyczepione, postawione przed imieniem, niekoniecznie słusznie, a czasem nadmiarowo. Szegény  Attila, szegény  Ági. Używa się go wobec znajomych i obcych, w odniesieniu do tego wielkiego zbioru puzzli złożonego z bliskich, rodziny, przyjaciół, sąsiadów, w pewien sposób każdy kiedyś bywa biedny.

*

[…]  dzień, który zaczyna się ciszą. Czego chcę? Jeszcze raz móc po­roz­ma­wiać z umarłym? Tak, być może. Tak, dlaczego nie. Tak, z pe­wno­ścią. Przez coś w rodzaju FaceTime? I jak wykorzystałabym ten czas? Może mogłabym tylko płakać, skarżyć się? A potem jak się rozłączyć? Jak zakończyć roz­mo­wę? Brakuje mi rozmowy. Ciągle ta rozmowa. To wła­śnie rozmowy mi bra­ku­je. Właśnie rozmowy. Rozmowy. Rozmowy!

*

Nie skarżę się. Przestałam dwie, trzy sekundy temu. W tej chwili nie żywię urazy, teraz, gdy spadają na nas liście i nie ma wiatru. Pierwszy raz w tym roku się nie skarżę, nie czuję sprzeciwu.

Zsuzsa Bánk, Śmierć przychodzi nawet latem,
przeł. Elżbieta Kalinowska,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)

Ostatecznie urządzamy się w świecie z wysiłkiem, wy­peł­nia­my nasze życie, zastawiamy je i wypakowujemy po brzegi, budujemy z rozmaitych warstw, obkładając imponującym wyposażeniem – a potem, pewnego dnia ma­my z niego zrezygnować, ma się skończyć, a my ma­my to tak po prostu przyjąć? Jeśli popatrzeć na to w ten sposób, nie ma nic głupszego, nic bardziej bez­sen­so­wne­go niż śmierć, raczej chciałoby się zapytać Boga, dla­cze­go w ogóle ją nam wyrządził.

*

Wszystko dzieje się pierwszy raz. Jeszcze nigdy tak nie było.

*

Ojciec […]. Trzymał nas przy ziemi, ale też pozwalał od­fru­nąć. […]  Życie bez niego musimy dopiero wy­my­ślić. Dopiero zaczęliśmy rozumieć, że go nie ma.

*

To, co nie do pojęcia, staje się prawdziwe, z każdym dniem, z każdym miesiącem zmie­nia się w prawdę.

*

Przyjaciółka pastorka uspokaja mnie: w dzień po śmier­ci jest się innym człowiekiem niż miesiąc później, po roku znów się to zmienia. Powinnam nie tracić na­dziei. A więc jej nie tracę. A więc ćwiczę się w nadziei, której sama już nie rozumiem zbyt dobrze. A więc pró­bu­ję mieć nadzieję. Nie mam w tym wprawy, ale chcę dołożyć starań w kwestii nadziei.

*

Odczytuje imię ojca, więc musi tak być. Więc tak jest. Tak, należy do zmarłych.

*

Mamy w ręku tylko czas przed. Wypełnić ostatnie dni życiem, ile się da, wziąć z niego, ile się da, ile jeszcze jest – tylko to jest możliwe.

*

Trudno znaleźć drogę powrotną do prawdziwego życia, od nowa brać je na poważnie, szanować, wydaje się nie­możliwe cofnąć się myślą i przypomnieć sobie, że jest bo­ga­te i pełne obietnic, ponownie przekonać się o tym. Czło­wiek nie wie już, po co właściwie, po co było życie, do czego się nadawało?, pyta.

*

Nie mam siły na kolejne zdania zaczynające się od „nie”, za dużo zdań „nie-da-się” usłyszałam w tym roku, jestem wypełniona zdaniami „nie-da-się” i nie mam już miejsca na kolejne.

*  *  *

Wdowy najpierw płaczą, lamentują, później ich ton się zmienia, zmienia się nastrój, wraca życie, a nawet ra­dość życia, chociaż wszyscy myśleli, że to niemożliwe, podejmują zapomniane plany, wymyślają nowe.

*

Demencja, rak, uzależnienie, każdy nosi własną historię, każdy nuci własną melodię bólu. Dzielą płacz i mówią: nie płacz tak dużo, nie płaczmy tak dużo. […]  cmentarna ławka pod platanem. Można na niej siedzieć we trójkę, jak się ścieśni, to nawet we czwórkę. Nowe przyjaciółki mówią matce: przez pierwsze miesiące możesz być w ża­ło­bie, potem musisz zacząć żyć. Mamy dopiero po osiem­dzie­siąt lat, musimy dożyć setki!

(tamże)

5171. Z oazy (CLXXVII)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Zadumała mnie ta książka. O czym jest? Poza przedstawieniem rzeczywistych trudności, z jakimi mierzyć muszą się osoby chore w zetknięciu z arcypolskim systemem opieki zdrowotnej, który nie jest syste­mem, zamiast opieką zajmuje się przeganianiem pacjentów, a zdrowotne jest tylko trzy­ma­nie się od niego tak daleko, jak jest to możliwe, gdy jeszcze mamy farta i unik jest jedną z najsensowniejszych opcji. W sumie to nic nowego, tylko w przypadku psy­chia­trii dużo, dużo bardziej niż na ortopedii, neurologii czy onkologii.

Po co jest ta książka w ostatecznym rozrachunku? Poza oswa­ja­niem niezdrowych skojarzeń i uprzedzeń zdrowych ludzi. Hmmm. Jest o doświad­cza­niu życia takim, jakim ono jest, aż po dno i wodorosty. Wszyscy będziemy dużo „normalniejsi”, bar­dziej czujący samych siebie w sobie, gdy zrezygnujemy z za­kli­na­nia rzeczy­wi­sto­ści i gdy starczy nam odwagi, by przestać uciekać przed tym, co przynosi nam życie, nawet jeśli jest to szlam czy lawina kamieni.

[…]  na ra­zie szar­pię się z ję­zy­kiem. Jak mam mó­wić o lu­dziach, któ­rych opi­suję? Cho­rzy? Pa­cjenci? Osoby w kry­zy­sie psy­chicz­nym? Czy kry­zys, który ko­ja­rzy się z czymś in­cy­den­tal­nym, obej­muje prze­wle­kłość – a więc dłu­gie i upo­rczywe trwa­nie cho­roby w cza­sie? Uma­wiam się sama ze sobą, że na ra­zie będę sto­so­wać te okre­śle­nia za­mien­nie. To jed­nak nie ko­niec mo­ich wąt­pli­wo­ści. Na ile cho­roba dyk­tuje wa­runki, w któ­rych żyją moi roz­mówcy? A może to oni uczą się dyk­to­wać wa­runki jej? I je­śli tak, to jak po­win­nam to opi­sać?

*

Za słaby i zbyt wolny roz­wój opieki śro­do­wi­sko­wej oraz utrud­niony do­stęp do no­wo­cze­snych form le­cze­nia po­wo­dują efekt do­mina: jed­nost­kowe cier­pie­nie, któ­remu nie udaje się ulżyć, prze­wraca ko­lejne klocki.
     […] 
     Źle urzą­dzony, nie­do­fi­nan­so­wany sys­tem do­kłada ko­lejne dia­gnozy – jak za­bu­rze­nia de­pre­syjne i lę­kowe wśród bli­skich pa­cjen­tów – i mnoży cier­pie­nie. […] 
     Trudno osza­co­wać, ile przez to wszystko tra­cimy. Żadna ta­belka nie po­mie­ści cał­ko­wi­tych kosz­tów spo­łecz­nych schi­zo­fre­nii, która w Pol­sce le­czona jest ana­chro­nicz­nie, po ta­nio­ści, głów­nie za szpi­tal­nymi mu­rami.

*

Sys­tem ra­dzi so­bie z wy­cią­ga­niem czło­wieka z ostrych kry­zy­sów, ale ka­pi­tu­luje, gdy trzeba pod­trzy­mać efekty le­cze­nia.

*

[…]  sza­leń­stwo to nie tyle stan cho­ro­bowy,
ile część ludz­kiego do­świad­cze­nia.

*

[…]  cią­gle pod­kre­ślał, że jego pro­ble­mem nie jest le­ni­stwo. Bar­dzo pra­gnął, żeby lu­dzie zdrowi to zro­zu­mieli. […]  list. Mógłby on brzmieć tak:
     Sza­nowni Pań­stwo,
     […]  Cho­roba, która wciąż zmu­sza mnie do za­czy­na­nia wszyst­kiego od zera, nie jest moją winą. Nie ocze­kuję jed­nak od Pań­stwa zro­zu­mie­nia. Nie ro­zu­mie tego na­wet moja matka, z którą cza­sem roz­ma­wiam przez te­le­fon. Ona uważa, że po­wi­nie­nem wziąć się w garść, zna­leźć so­bie pracę i part­nerkę. […]  Wśród mo­ich głów­nych za­in­te­re­so­wań mogę wy­mie­nić strach i szu­ka­nie spo­so­bów na jego po­ko­na­nie.

Z wy­ra­zami sza­cunku
Mi­ro­sław

*

Lu­dzie boją się sa­mego słowa „schi­zo­fre­nia”, mówi Ja­cek. A on nie ma po­my­słu, co mógłby z ich stra­chem zro­bić.

*

To prze­ko­na­nie, że cho­roba czło­wieka okre­śla; bo je­stem ja – schi­zo­fre­nik, ja – chory na de­pre­sję, ja – za­bu­rzony. Cho­roba psy­chiczna to jedna z naj­sil­niej­szych, naj­trud­niej­szych do zma­za­nia ety­kiet. Trudno się jej po­zbyć zwłasz­cza wtedy, gdy sam cho­ru­jący wi­dzi w so­bie głów­nie ob­jawy. […]  nie je­ste­ście tylko dia­gnozą. Do­bre ży­cie z cho­robą to sztuka ba­lansu: trzeba być z jed­nej strony go­to­wym na na­wrót, a z dru­giej – ucie­kać z or­bity cho­ro­wa­nia naj­da­lej jak się da. To nie jest ła­twe, bo gra­wi­ta­cyjna siła tych za­bu­rzeń jest duża. W dół ścią­gają ob­jawy, na­wroty, ludz­kie ga­da­nie („on jest świ­rem”, „to wa­riatka”), ale i skutki le­cze­nia: zmę­cze­nie, po­wol­ność, pro­blemy z kon­cen­tra­cją.

*

Je­stem od­po­wie­dzialny i su­mienny, tylko cza­sem umie­ram. Tym wła­śnie są ataki pa­niki: chwi­lową śmier­cią. Za każ­dym ra­zem je­stem prze­ko­nany, że to ko­niec. Za każ­dym ra­zem na szczę­ście się mylę, ale to nie zmniej­sza strachu.

*

[Profesor Katarzyna]  Prot-Klin­ger uwa­żała ina­czej.
     – To nie eli­mi­na­cja cho­roby jest klu­czowa z punktu wi­dze­nia opieki śro­do­wi­sko­wej, ale po­prawa ja­ko­ści ży­cia pa­cjenta. Jego sa­mo­dziel­ność. Za­do­wo­le­nie z ży­cia. Brak cier­pie­nia.

*

     – Przez dwa­dzie­ścia lat mó­wi­łem, że praca le­czy, ale te­raz wolę po­ga­dać o mi­ło­ści. Albo sze­rzej: o re­la­cjach. To one le­czą – mówi mi dok­tor Hu­bert Ka­szyń­ski, so­cjo­log z Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego, ba­dacz kwe­stii za­trud­nie­nia wśród osób cho­ru­ją­cych psy­chicz­nie.
     […] 
     Może po pro­stu po­trzeba w Pol­sce cią­głej dys­ku­sji o kul­tu­rze pracy i or­ga­ni­za­cji, bo z prze­mo­co­wej firmy wszy­scy wyjdą po­ra­nieni, zdrowi też? Po pro­stu cho­rzy wy­la­tują z ta­kich miejsc jako pierwsi, bo są mniej od­porni na stres. Ale zła praca po­kie­re­szuje nie tylko ich.

*

Jest tyle słów, któ­rych można użyć, gdy nie umie się na­zwać cze­goś wprost.

*

[…]  smu­tek żłobi w mó­zgu ścieżki, całe au­to­strady, po któ­rych po­ru­szają się my­śli osoby cho­ru­ją­cej. Leki, na­zy­wane in­hi­bi­to­rami zwrot­nego wy­chwytu se­ro­to­niny, po­ma­gają bu­do­wać nowe drogi. […]  te nowe trasy nie pro­wa­dzą do wiecz­nego szczę­ścia i bło­go­ści. Jed­nak naj­waż­niej­sze jest to, że bie­gną da­leko od tras, po któ­rych po­ru­sza­nie się jest nie­bez­pieczne.

*

Nie było ni­kogo, kto mógłby jej to wy­tłu­ma­czyć. Le­karz w szpi­talu? Oni nie mają czasu na ta­kie rze­czy.

*

Nikt jej nie po­wie­dział, że gdy bli­ski cho­ruje psy­chicz­nie, to przez więk­szość czasu można tylko stać obok i bez­rad­nie się temu przy­glą­dać.

*

Każda cho­roba prze­wle­kła wy­wraca ro­dzinę do góry no­gami, zmie­nia w niej układ sił, kom­pli­kuje re­la­cje.

*

Za­sady gry po­zor­nie są pro­ste.
     Po­trzebne są trzy pionki: ob­se­sja, lęk i kom­pul­sja. Ob­se­sja to myśl, którą mózg od­czuwa jako za­gro­że­nie. Kom­pul­sja, na­zy­wana także ry­tu­ałem, to czyn­ność, która chwi­lowo zmniej­sza lęk. Roz­grywka wy­daje się w miarę spra­wie­dliwa: ry­tuał ła­go­dzi na­pię­cie, trzeba tylko wy­ko­nać go bez­błęd­nie, ide­al­nie, w sam raz. Spraw­dzić. Po­wtó­rzyć. Upew­nić się. A po­tem jesz­cze raz – na wszelki wy­pa­dek. I jesz­cze raz.

*

[…]  każdy stan ludz­kiego umy­słu ist­nieje na sze­ro­kim spek­trum. Nie ma wy­raź­nej gra­nicy mię­dzy cho­rym i zdro­wym.

*

Za­sady po­zor­nie są pro­ste.
     Żeby wy­grać z lę­kiem, po­trzebny jest je­den pio­nek: kon­fron­ta­cja z tym, co wy­daje się naj­strasz­niej­sze.
      […] 
     – Do­piero ten je­den pio­nek – tłu­ma­czy mi Irena – wy­rów­nuje szanse w grze.
      […]  Po­wta­rzał: gdy my­śli przy­cho­dzą, nie roz­glą­daj się za ga­śnicą, tylko wejdź w ogień. […]  „Przez twój umysł ma prawo prze­le­cieć każda, na­wet naj­okrop­niej­sza myśl. To samo w so­bie nie jest cho­ro­bliwe. To twoja re­ak­cja prze­są­dza o tym, czy wy­gry­wasz ty, czy wy­grywa OCD” – mó­wił.

*

„Kry­zys” to dla niej słowo-po­most. Bo łą­czy osoby z dia­gnozą i bez niej, uła­twia wza­jemne zro­zu­mie­nie, w końcu kry­zysy zda­rzają się każ­demu.

*

W ro­zu­mie­niu otwar­tego dia­logu psy­choza nie jest tylko ob­ja­wem cho­roby, ale przede wszyst­kim za­ła­ma­niem ko­mu­ni­ka­cji czło­wieka ze świa­tem.

*

[…]  miała dwa pod­sta­wowe pro­blemy, poza cho­robą. Pierw­szy: że nie miała w domu lu­dzi. I drugi: że gdy już przy­szli i pu­kali, to nie chciała im otwo­rzyć drzwi.

*

[Ania]  Opi­suje ten stan, po­rów­nu­jąc go do jazdy sa­mo­cho­dem: gdy za­czyna się kry­zys, cho­roba spy­cha cię na miej­sce pa­sa­żera i przej­muje kie­row­nicę. Cza­sem pę­dzi, le­dwo wy­ra­bia­jąc się na za­krę­tach, a cza­sem wle­cze się nie­mi­ło­sier­nie. Nie­kiedy igno­ruje znaki ostrze­gaw­cze i skręca w kie­runku prze­pa­ści. A ty w prze­ra­że­niu się temu przy­glą­dasz, ści­ska­jąc kur­czowo klamkę. Z tego sa­mo­chodu nie ma prze­cież wyj­ścia. To na­dal twoje ży­cie. Po pro­stu ty już nim nie kie­ru­jesz.
     […] 
     Po­woli, ka­wa­łek po ka­wałku, ra­zem z te­ra­peutką pró­bo­wały od­czy­tać szyfr jej cho­roby. […]  Te­ra­pia po­zwo­liła jej te wszyst­kie punkty ja­koś po­łą­czyć. Jed­nak przede wszyst­kim uświa­do­miła jej, że nie może ani na mo­ment zdjąć rąk z kie­row­nicy.

*

[Paulina]  Chcia­łaby, żeby lu­dzie zu­peł­nie zdrowi zro­zu­mieli jedno: za­ostrze­nia w schi­zo­fre­nii się zda­rzają – ale miną. I nie de­fi­niują czło­wieka, który musi się z nimi mie­rzyć.

*

Kie­dyś [Ka­sia Pa­rzu­chow­ska]  była na swoją cho­robę ze­złosz­czona. Dziś nie ma w niej gniewu, cho­ciaż na­dal uważa, że przy­na­leż­ność do jed­nego pro­centa lu­dzi z dia­gnozą schi­zo­fre­nii jest ja­kimś sza­lo­nym pe­chem. […]
     Lu­dziom, któ­rych taki kry­zys ni­gdy nie do­tknął, chcia­łaby po­wie­dzieć: żyję zwy­czaj­nie. Nie wi­dzę na co dzień ko­smi­tów, ni­gdy nie by­łam dla ni­kogo nie­bez­pieczna, nie trzeba się bać mnie ani o mnie. Je­śli cie­kawi was moje do­świad­cze­nie, py­taj­cie. Nie za­kła­daj­cie, że wie­cie na ten te­mat wię­cej niż ja.
     Na co dzień naj­bar­dziej po­maga jej sa­mo­ob­ser­wa­cja. Za­daje so­bie py­ta­nia: jak się masz? Co te­raz czu­jesz? Dla­czego tak się za­cho­wu­jesz? Co ci jest po­trzebne? Umie wy­chwy­cić mo­menty, kiedy cho­roba nie­bez­piecz­nie się przy­bliża. Wtedy bar­dziej o sie­bie dba, wię­cej śpi, ogra­ni­cza stres.
     Czuje się zdrowa dzięki mi­ło­ści. Wspiera ją part­ner i przy­ja­ciele. Zdrowe re­la­cje, mówi Ka­sia, są po pro­stu ży­cio­dajne.

*

     – Ży­cie z cho­robą to ha­zard – mówi Alek­san­dra. – I dużo cier­pie­nia.
     […] 
     Nie cierpi okre­śle­nia „osoba w kry­zy­sie psy­chicz­nym”. Uważa, że jest ugrzecz­nione, zbyt gład­kie i spryt­nie wy­mija cały ból, styg­ma­ty­za­cję, czyli wszystko to, co utrud­nia jej co­dzien­ność. „Wa­riatka, świr, od­kle­je­niec, nie­nor­malna, pier­dol­nięta, po­pa­prana, dzi­wak” – to są słowa, które oswo­iła naj­bar­dziej. OK, mówi so­bie cza­sem, je­stem wa­riatką, i co? Czy to zna­czy, że można mnie trak­to­wać jak po­wie­trze? Albo pod­su­mo­wać każdą moją re­ak­cję na krzywdę lek­ce­wa­żą­cym „idź się le­czyć”? Lu­dziom ła­two jest prze­rzu­cać od­po­wie­dzial­ność i winę na wa­riatkę, to ta­kie pro­ste. Do­świad­czyła tego wiele razy.

*

     – Cho­roba idzie ze mną – mówi Aneta, lat dwa­dzie­ścia osiem, dia­gnoza: ChAD. – Łazi obok mnie, ra­mię w ra­mię, a ja nie mogę się jej po­zbyć. Cza­sami idzie ci­cho i jest spo­kój, a cza­sami drze się i szar­pie mnie za rękę. Jed­nak ni­gdy nie opę­tała mnie do końca.
     […]  Wku­rza ją, kiedy lu­dzie zdrowi gar­dzą cho­rymi, ale nie lubi też, gdy nad­mier­nie się nad nimi roz­czu­lają. Ona wy­maga od in­nych sza­cunku, a nie da­wa­nia jej ta­ryfy ulgo­wej.

*

Jest taki im­puls, mówi Aneta na ko­niec, który na­wet w de­pre­sji każe jej scho­dzić z pa­ra­petu i rzu­cać ży­letki w kąt. To nie­wielki punkt gdzieś na ho­ry­zon­cie, jakby słabo mi­go­czący pło­mień. A może to po pro­stu wola prze­trwa­nia? Po­dąża za nim upar­cie. Cza­sem na­wet wbrew so­bie. Ale czę­ściej dla­tego, że chce zo­ba­czyć, co bę­dzie da­lej.

*

[…]  nie ma co ucie­kać, trzeba sta­nąć w miej­scu i pa­trzeć stra­chowi pro­sto w twarz.

Anna Kiedrzynek, Choroba idzie ze mna.
O psychiatrii poza szpitalem
,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)

A prze­cież cho­ruje się – i zdro­wieje – głów­nie po wyj­ściu z od­działu. Z cho­robą, pod­su­mo­wuje Ania, mie­sza­jąc na­par z hi­bi­skusa w war­szaw­skiej ka­wiarni, po pro­stu się żyje.

(tamże)

5170. Kromeczki (XIX)

Tradycyjnie. Oni w tym samym miejscu. Zbliża się koniec sierpnia! Można według Nich ukręcać łeb wakacjom.


fot. Kaan.

5169. 239/365

jest we mnie ktoś, kto nie ogarnia sło­wa „ostateczne”. do dziś myślałam, że potrzebuje czasu, jeszcze więcej czasu, by zro­zu­mieć, pojąć, zinternalizować.

dziś do mnie dotarło, że ten ktoś po prostu wie, że jest prze­strzeń, w której słowo „ostateczne” nie ma desygnatów.

239/365

sobota, sierpnia 26, 2023

piątek, sierpnia 25, 2023

5167. Czekariat (LII)

Budował gniazda, wszędzie gdzie pracował — po­my­ślałam dziś, zaglądając do pa­mięci o zaprzeszłej prze­szłości. Najpiękniejsze z nich miał w zawodówce. Były tam: warsztat z równiutko powieszonymi na ścianie nad stołem narzędziami, pa­chnia­ło tam dre­wnem; ma­lut­ka ciem­nia fotograficzna; osobiście wykonany regał na książki z linami, jako ele­men­tem kon­struk­cji i jed­no­cze­śnie przejawem piękna; duże biurko, na którym nieprzypadkowe kubki, sto­jak na fajki oraz przepięknie pachnący tytoń do fajki; niebanalne kwiaty doni­czko­we, wy­jąt­ko­wo za­dba­ne, i dziu­ra w ścianie, z której wyglądał dziób projektora, by „dzie­cia­kom” pod­czas lek­cji wyświetlać filmy. Wszystko to na zapleczu sali lekcyjnej. Tamte Jego dzieciaki są ode mnie kilka lat starsze.

Z tamtych czasów była też najbardziej ceniona „pra­co­wni­cza” koleżanka, ale zna­łam ją tylko z opo­wie­ści. Aż do dnia, po którym nastąpił ten. I zostałam fan­ką tego, co spod Jej rąk wychodzi. Ta glina czekała na swoje sło­wa. Do­cze­ka­ła się, po­my­śla­łam z samego rana, czy­ta­jąc pozostawiony poniżej wiersz.

Cztery twarze i przepiękny koń, pięć odrębnych świa­tów, ale dla mnie również sper­so­ni­fi­ko­wa­ne cztery pory roku.

 
 
ah!, fragmenty.

*

BEZCIEBNOŚĆ
coś jak bezbrzeżność
bezradność
[…] 
tylko znacznie gorsze
bo dotyczy ciebie
  //  Jarosław Mikołajewski

*

Franz Schubert, Sonata na arpeggione i fortepian a-moll, Allegro moderato,
Daria Hovora (fortepian), Mischa Maisky (wiolonczela),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #55.
White Raven’s Liked List

czwartek, sierpnia 24, 2023

(5165+1). 236/365

każda strata unicestwia jakiś świat*. rozszarpuje inne**.

trze­ba nie lada wiary, by zaufać, że właśnie teraz rodzi się szansa na inny, nowy, dobry świat, jeszcze ten jeden raz dla nas i z na­mi, bo prze­cież mamy skarb, wciąż oddychamy.

236/365

_________
  *   świat konkretnego człowieka lub konkretnej relacji.
 **  światy marzeń i planów człowieka lub relacji.

środa, sierpnia 23, 2023

5165. 235/365

te wszyst­kie pierwsze niechciane razy… święta bożego na­ro­dze­nia, roz­po­częte Twoimi urodzinami, znaczone Twoją upor­czy­wą, dla nas nie­ogarnialną, nie­obec­no­ścią – zi­mowy błękit nie­ba – nie­od­no­to­wa­ny Twoim głosem w rozmowie te­le­fo­nicz­nej po­wrót żurawi – prze­bi­śnie­gów kwi­tnię­cie – od­na­le­zienie za­gu­bio­ne­go, gdy żyłeś, puzzla – kwitnięcie drzew owo­co­wych – mo­je urodziny.

jest sierpień, podwójnie niemożliwy, bo Ty, bo ja – za chwilę wrze­sień, zapadła de­cy­zja, Biały Kruku, z mojego powodu pier­wszy raz stado nie pojedzie nad morze.

od jutra bez zmian, wiele pierwszych „ra­zów” jeszcze przez 114 dni.

235/365


Lubię tworzyć, [dostęp: 23.08.2023], źródło.

*

Tęsknię za codziennością z ojcem, za rozmowami przez telefon, gadaniem, piciem kawy, czekaniem na wieczór w ogrodzie.

*

Dwa słowa nadają ton, każde z nich samo w sobie niegroźne, w połączeniu jednak straszne: nigdy więcej. Nigdy więcej nie zobaczę ojca […]. Będę słyszała jego głos tylko w snach i w myślach […].

*

Będę tęsknić za jego szczęśliwą twarzą. Opaloną, po­bruż­dżoną zmarszczkami od śmiechu.

Zsuzsa Bánk, Śmierć przychodzi nawet latem,
przeł. Elżbieta Kalinowska,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.

*

Alessandra Celletti, In grazia del tuo nome, con amore.
White Raven’s Liked List

Chi mi darà le ali
[Kto da mi skrzydła]

wtorek, sierpnia 22, 2023

5164. Panna cotta (CI)

Jabłoń:
Ćwiczenia, a potem affogato!
Che ne pensi?

[Co o tym myślisz?]

Sadownik:
(droczy się i robi wszystko,
by ominąć język włoski
)
Forget!

*  *  *

La Tesora:
(dziś pożyczyła Drzewku niesamowity tomik poezji;
każdy wiersz na osobnej składanej, ilustrowanej karcie,
każda z nich o fantastycznej gramaturze i fakturze
)

Jabłoń:
(wzruszyła się do łez, gdy wyjęła pierwszą kartę;
obejrzała, wydotykała, przeczytała i musi tu mieć
)

*  *  *

Sa che dove andare

Sa che deve entrare
nella notte
nel buio … uio

Ascoltarne i rumori
i dolori
la solitudine
le paure

le paure

Assaporarne i dettagli
il fragore
la calma

la calma

Sa che se attraverserà
la notte
allora l’alba

l’alba
sará meravogliosa

[ Wie, gdzie pójść

  Wie, gdzie wejść
  w noc / w ciemność… ość

  Słuchać w niej hałasów / bóli
  samotności / lęków

  obaw

  Skosztować w niej szczegółów
  huk / cisza

  spokój

  Wie, że jeśli przemierzy / noc
  wtedy wschód

  wschód słońca
  będzie wspaniały]

Cinzia Santo, Ascoltando, ilustr. Claudia Zindel,
Edizioni del Faro, Riva San Vitale 2005.