niedziela, sierpnia 13, 2023

5145. Z oazy (CLXX)

Odliczanie literek, skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, trzy. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

Nijak nie mogę sobie przypomnieć, jak ja trafiłam na tę książkę. Szkoda. Pamiętam tylko, że podeszłam do niej metodycznie, bo w pierwszej chwili byłam nastawiona bardzo sceptycznie. Obwąchałam podczytnik, zajrzałam do darmowego fragmentu, za­chwy­ci­łam się przedmową Tomasza Raczka i… zniknęły wszystkie wątpliwości. Było już tylko klik, klik, klik i miałam pierwszą część cyklu na czytniku.

Dawno, jeśli nie nigdy, żadna powieść nie testowała tak bardzo moich przekonań, nie oprowadzała mnie po moich mentalnych granicach. Świetnie się bawiłam, łapiąc oddech od mojego nienajłatwiejszego tu i teraz. Zwroty akcji, na które w pewnym momencie nauczyłam się czekać, bohaterzy, sytuacje, gesty; to, co między wier­sza­mi i myślami oraz puenta — to wszystko było tym, czego wyjątkowo potrzebowałam. Gdy tylko skończyłam tę część, na­tych­miast zrobiłam klik, klik i druga zaczynała się czytać.

Utrwa­lił się więc sche­mat: geje są inni, czy­li obcy, nie­zro­zu­mia­li, nie­prze­wi­dy­wal­ni, mogą za­gro­zić po­ukła­da­ne­mu w gło­wach świa­tu. Przez nich po­dział na do­bro i zło tra­ci bi­blij­ny kon­trast, a po­li­ty­cy mają nie­ustan­ny kło­pot. Jed­ni naj­chęt­niej po­zby­li­by się tego bólu gło­wy i ze­sła­li wszyst­kich ge­jów gdzieś da­le­ko – naj­le­piej na Ma­da­ga­skar, by­le­by tyl­ko nie mu­sieć ich oglą­dać i nie mieć z nimi do czy­nie­nia. Inni na od­wrót – ofe­ru­ją ge­jom wy­cią­gnię­tą rękę i swo­ją to­le­ran­cję. Owszem je­ste­ście inni – mó­wią – ale my je­ste­śmy to­le­ran­cyj­ni i po­zwa­la­my wam być ta­ki­mi, ja­ki­mi je­ste­ście, mimo że od­bie­ga­cie od nor­my.
     Za­pa­mię­taj­cie te dwa groź­ne dla pol­skie­go geja sło­wa: Ma­da­ga­skar i to­le­ran­cja. Od­rzu­ce­nie i fał­szy­wa życz­li­wość. Z jed­nej stro­ny prze­ko­na­nie, że tyl­ko je­den mo­del ży­cia jest pra­wi­dło­wy, pro­wa­dzą­ce do sta­wia­nia się w po­zy­cji sę­dzie­go, z dru­giej – pro­tek­cjo­nal­ne po­kle­py­wa­nie spro­wa­dza­ją­ce ge­jów do roli an­tro­po­lo­gicz­nej cie­ka­wost­ki. W obu wy­pad­kach trak­tu­je się ich jako dzi­wacz­ną gru­pę od­mień­ców na­ru­sza­ją­cych ogól­nie przy­ję­te stan­dar­dy, tyle że pierw­si na to się nie zga­dza­ją, a ci dru­dzy dają przy­zwo­le­nie.
     Ale jest jesz­cze trze­ci, znacz­nie uczciw­szy spo­sób od­no­sze­nia się do ge­jów: trak­to­wa­nie ich jako oczy­wi­sto­ści – bio­lo­gicz­nej, spo­łecz­nej i kul­tu­ro­wej, ma­ją­cej na­tu­ral­ne pra­wo do ist­nie­nia.

*

Zyg­munt Ka­łu­żyń­ski po­wie­dział kie­dyś: Uwa­żam, że przy­zna­nie się do fak­tu by­cia ho­mo­sek­su­ali­stą, nie tyl­ko wo­bec sa­me­go sie­bie, ale tak­że wo­bec oto­cze­nia, daje wol­ność. Wte­dy nie trze­ba uda­wać, bla­go­wać, wy­krę­cać się i kła­mać.
     Wol­ność to po­ję­cie dla geja naj­waż­niej­sze, bę­dą­ce kwin­te­sen­cją isto­ty jego losu. Wol­ność bywa jed­nak i pięk­na, i nie­bez­piecz­na; nie­sie ze sobą wie­le za­gro­żeń, któ­re – bywa – do­pro­wa­dza­ją do jej utra­ty. Nie­ste­ty, ro­zu­mie­ją to tyl­ko nie­licz­ni.

*

Żeby zro­zu­mieć ge­jów – i tych zwy­czaj­nych, co­dzien­nych, i tych, któ­rzy sta­ją się wiel­ki­mi pi­sa­rza­mi, re­ży­se­ra­mi, ak­to­ra­mi, po­eta­mi – trze­ba przy­jąć, że mają oni swój wła­sny świat: ani gor­szy, ani lep­szy od świa­ta więk­szo­ści, ale – rzekł­bym – rów­no­le­gły. Jego po­tocz­ność róż­ni się od do­świad­cze­nia tych, któ­rzy go nie zna­ją, ale prze­cież jest tak samo waż­na jak świat każ­de­go in­ne­go czło­wie­ka. Nie­wy­ma­ga­ją­ca ni­czy­jej zgo­dy ani przy­zwo­le­nia na swo­je ist­nie­nie.

*

Po­wieść Mar­ci­na Szczy­giel­skie­go [powiedziałabym: cały cykl]  […]  [p]i­sa­na jest z po­zy­cji czło­wie­ka pew­ne­go swo­jej toż­sa­mo­ści i umie­ją­ce­go wal­czyć o sie­bie. Ton ła­god­nej obiet­ni­cy szczę­ścia, jaki się w niej po­ja­wia, jest dla mnie po­wo­dem do oso­bi­stej ra­do­ści. Wszak od pięt­na­stu pra­wie lat je­stem ży­cio­wym part­ne­rem Au­to­ra.

To­masz Ra­czek

*  *  *

Naj­bar­dziej lu­bię ta­kie, od któ­rych nie moż­na się ode­rwać. Kie­dy je czy­tam, za­po­mi­nam, gdzie je­stem, nie wi­dzę li­ter i wy­dru­ko­wa­nych słów – znaj­du­ję się w książ­ce. Nie mogę się do­cze­kać, co bę­dzie da­lej, a za­ra­zem szko­da mi, że książ­ka się skoń­czy.

*

Waż­ne, żeby wła­ści­wie wy­bie­rać wła­sne dro­gi i wie­dzieć, do­kąd pro­wa­dzą. Nie mo­żesz iść ścież­ką na­le­żą­cą do ko­goś in­ne­go. Zgu­bisz się. A raczej – zgu­bisz sie­bie.

*

Arek roz­pacz­li­wie sta­ra się kon­tro­lo­wać każ­dy aspekt swo­je­go ży­cia, wma­wia so­bie i wszyst­kim do­oko­ła, że jest nie­za­leż­ny, sa­mo­wy­star­czal­ny, do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­ny. Ale nie pa­mię­tam, że­bym wi­dział go kie­dyś na­praw­dę szczę­śli­we­go.

*

Małe po­kur­cze, łby i dupy wiel­kie, szy­je krót­kie. Nie ma ani jed­ne­go przy­stoj­ne­go pra­wi­cow­ca.
     – No, bo jak fa­cet jest przy­stoj­ny, to nie ma kom­plek­sów. Wśród fa­na­ty­ków ra­czej nie było nig­dy przy­stoj­nych fa­ce­tów. A tacy róż­ni wy­bra­ko­wa­ni mu­szą nad­ra­biać. Naj­ła­twiej po­tę­pie­niem in­nych. W imię re­li­gii.

*

     – Na tych, któ­rzy w ni­wecz ob­ra­ca­ją Dzie­ło Boże, przyj­dzie kara. Ci, któ­rzy za srebr­ni­ki sprze­da­ją wia­rę i na­uki Chry­stu­so­we; ci, któ­rzy ta­rza­ją się w roz­pu­ście, a cie­le­sne ucie­chy przed­kła­da­ją nad ży­cie w zgo­dzie z bo­ski­mi przy­ka­za­nia­mi, spad­nie miecz. Ci, któ­rzy od­wra­ca­ją się od ro­dzi­ny, Ko­ścio­ła i Chry­stu­sa, na wie­ki po­tę­pie­ni będą. Lecz nie my­śl­cie, że kara ta na­dej­dzie po kre­sie ży­wo­ta. Że do­pie­ro po ich śmier­ci w pie­kiel­nym ogniu sma­żyć się będą! Nie jest tak, bo Pan Bóg za­dbał o to, by grzesz­ni­cy po­ka­ra­ni już dziś zo­sta­li. Dla tych, któ­rzy się go wy­rze­kli – nę­dza i sa­mot­ność. Dla tych, któ­rzy fol­gu­ją swym nie­na­tu­ral­nym po­pę­dom – cho­ro­ba i śmierć bo­le­sna. Czyż nie wi­dzi­my tych zna­ków już dziś? Czyż ci, któ­rzy jesz­cze nie­daw­no Ko­ściół za nic mie­li i stoł­ki wy­so­kie zaj­mo­wa­li, nie są dziś nę­dza­rza­mi i nic nie zna­czą? – pyta ksiądz Ma­rek z am­bo­ny.
     Amen! – wy­krzy­ku­ję w du­chu […].
     – A czyż nie jest tak, że ci, któ­rzy pra­wa bo­skie w po­gar­dzie mają, ci, któ­rzy na­igra­wa­ją się ze świę­tej in­sty­tu­cji mał­żeń­stwa, fol­gu­ją de­wia­cjom i zbo­cze­niom, a za pod­szep­tem sza­ta­na męż­czy­zna z męż­czy­zną spół­ku­je, a ko­bie­ta z ko­bie­tą – czyż i na nich kara nie spa­dła? Bo to sam Pan Bóg spra­wił, że cho­ro­ba śmier­tel­na do ich ze­psu­tych ciał we­szła i nisz­czy ich od środ­ka i śmierć na nich spro­wa­dza.
     Amen! – po­wta­rzam po ci­chu i my­ślę o tym pe­da­le z na­prze­ciw­ka.
     – Mó­dl­my się! – in­to­nu­je ksiądz Ma­rek.

*

     – […]  Czy pani nig­dy się nie uśmie­cha? Nig­dy pani nie jest w do­brym hu­mo­rze?
     – Za­raz mnie chy­ba szlag tra­fi! – wy­krzy­ku­je ko­bie­ta, po­trzą­sa­jąc ta­le­rzem. – Ja mam bar­dzo do­bry hu­mor, do kur­wy nę­dzy! Mam świet­ny hu­mor!!!

*

     – Co?
     – Wła­śnie to. Co ja mam ci po­wie­dzieć? Do­pa­dła cię rze­czy­wi­stość, i tyle. Ta­kie ży­cie.

*

Ale – my­ślę – ko­chać ko­goś to nie to samo, co go znać.

*

     – Prze­cież wia­do­mo, że z tym się czło­wiek po pro­stu ro­dzi. Mój oj­ciec na pew­no to wie, nie jest idio­tą. On.
     – To nie ma zna­cze­nia, ile on wie. Zna­cze­nie ma to, co czu­je. A czu­je się win­ny.

*

Móc to mo­że­my. Tyl­ko
mo­że­my nie chcieć,
a to zu­peł­nie co in­ne­go.

*

     – Kie­dy umrzesz, bę­dzie tak, jak­by nig­dy cię nie było – mó­wię spo­koj­nie. – Jak­byś nig­dy nie ist­niał. Nic po to­bie nie zo­sta­nie. Nic. Nie szko­da ci?
     Pa­trzy na mnie z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi, jak cie­lę na ma­lo­wa­ne wro­ta.
     – Pani… – wy­ją­ku­je po dłu­giej chwi­li – pani to jest… no, po pro­stu nie­wia­ry­god­na! Brak mi słów!
     – Cie­ka­wi mnie to po pro­stu.
     – A co niby zo­sta­nie po pani?
     – Moje dziec­ko. I wnu­ki. I ich wnu­ki.
     – My­śli pani, że będą o pani pa­mię­ta­ły?
     – Oczy­wi­ście!
     – Jest pani tego pew­na? […]  Na­wet nie jest pani na tyle głu­pia, aby się tym swo­im de­bi­li­zmem wy­róż­nić. Jest pani tak samo głu­pia jak mi­lio­ny. Ani głup­sza, ani mą­drzej­sza od in­nych. Jest pani tłu­mem, li­czy się pani tyl­ko w sta­ty­sty­ce. Ide­al­ny śro­dek. Pu­ste, okrą­głe zero.
     – Sam je­steś zero! – wy­wrza­sku­ję. Dło­nie zwi­ja­ją mi się w pię­ści. – To ty je­steś zero. Nic. Śmieć. Nie wie­rzysz w nic, nie wie­rzysz w Boga! Cze­ka cię po­tę­pie­nie. Je­steś kpi­ną z bo­skie­go pla­nu! Po­mył­ką! Nie pa­su­jesz do nor­mal­ne­go ży­cia, ro­zu­miesz to?

*  *

Peł­no ich wszę­dzie, wszę­dzie się wci­sną. Sze­rzą zło i ze­psu­cie. Zwra­ca­ją się prze­ciw Chry­stu­so­wi, prze­ciw Bogu Ojcu, za nic mają ich na­uki. Przez ta­kich jak on gi­nie wia­ra, roz­pa­da­ją się ro­dzi­ny; do­bre, ko­cha­ją­ce dzie­ci scho­dzą na złą dro­gę.

*

Boże, jak ja nie­na­wi­dzę ta­kich jak ona. Ta­kich za­ku­tych, tę­pych, za­pcha­nych ko­ściel­ny­mi do­gma­ta­mi łbów. Ta­kich zer, tej tłusz­czy, któ­ra wstrzy­mu­je bieg świa­ta. Tych wszyst­kich ko­ściel­nych ku­rew, ży­ją­cych swo­im nic nie­zna­czą­cym ży­ciem, wty­ka­ją­cych bez prze­rwy no­cha­le do nie swo­ich spraw. […]  Tych, któ­rym wy­da­je się, że mają pra­wo mó­wić ci, co masz ro­bić, jak żyć.

*  *

     – Jak mo­żesz…
     – Mogę. Weź się w garść, prze­stań skwier­czeć i narzekać.

*

     – Je­steś okrut­na – mó­wię z go­ry­czą po dłu­giej chwi­li.
     – Tak, to praw­da. Prze­pra­szam. Ale po­wiedz mi wła­ści­wie, co jest ta­kim wiel­kim dra­ma­tem dla cie­bie – te­raz, kon­kret­nie.
     – Jak to co?! No, to! To, że wiem, że umrę!
     – Jak my wszy­scy. Na­wet ja to wiem.
     – Ale ja wiem kie­dy!
     – Kie­dy?
     – No, kie­dyś!
     – Aha.

*

     – Czy­li co po­wi­nie­nem zro­bić two­im zda­niem?
     – Spró­bo­wać do­strzec w so­bie to, cze­go szukasz dookoła.

Marcin Szczygielski, Berek,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

     – Na­resz­cie! – wy­krzy­ku­ję.
     – Spóź­ni­łem się? – pyta w pro­gu. – Wy­da­wa­ło mi się, że mia­łem być na siód­mą?
     – Tak. No, ale nie wi­dzia­łem cię od nie­dzie­li!

*

– Kto to?
     – Kto kto?
     – Nie ga­daj ze mną… – prze­ły­kam kęs i cią­gnę da­lej: – jak z głu­pią. Do­brą ja­jecz­ni­cę ro­bisz, za­wsze lu­bi­łam taką nie­ścię­tą. No więc?
     – Fa­cet.
     – Prze­cież wi­dzia­łam, że nie ży­ra­fa. Przyj­dzie jesz­cze czy zno­wu taki na raz?
     – Przyj­dzie. Mam na­dzie­ję.
     – No i do­brze. Do­brze mu z oczu pa­trzy.

*

     – Za dużo my­ślisz – prze­ry­wa mi. – Za­dzwoń do mnie.
     – Kie­dy? Te­raz?
     – Te­raz.

(tamże)

sobota, sierpnia 12, 2023

5144. Dwa dobre pomysły

Na ten pomysł nie wpadłam! — pomyślałam po przeczytaniu przytoczonego poniżej fragmentu z trylogii, która już za mną, o której jutro z kronikarskiej potrzeby.

Miałam zupełnie inny pomysł, w moim przypadku na liceum. Wprawił on Białego Kruka w osłu­pienie wyłącznie na jeden wieczór. Jaka ja byłam dumna, że Go za­gię­łam! Byłam? Wciąż jestem! Do dzisiaj umiem sobie przypomnieć smak tego rzad­kie­go uczu­cia. Skosz­to­wałam je drugi i ostatni raz w życiu dopiero na obronie dok­to­ra­tu (tu już tylko w śla­do­wej ilości, ale kolor miało ten sam!). Wracając do edukacyj­nej pre­hi­sto­rii, nie­zbyt długo cieszyłam się zwycięstwem. Następnego ranka otrzy­ma­łam pro­po­zy­cję nie do odrzucenia. Ale od początku…

Druga córka Orzeszka i Białego Kruka rok w rok w czerwcu przynosiła świadectwo z czerwonym paskiem. Rok w rok we wrześniu postanawiałam, że i ja na za­koń­cze­nie rozpoczynającego się roku szkolnego położę na stole czerwony pasek. Rok w rok starczało mi silnej woli do końca września lub w najlepszym razie do połowy paź­dzier­ni­ka. Nie byłam w stanie ani jednego dnia dłużej być uczennicą rokującą na czerwony pasek.

Na początku drugiej klasy liceum, godząc się ze swoją antysystemową naturą, uzna­łam, i nie musiałam wcale siebie specjalnie przekonywać, że optymalizacja jest mą­drzej­szym sposobem radzenia sobie z opresyjnym systemem przymusowej edukacji niż nieudane próby opaskowania na czerwono swoich na tej drodze postępów. Miałam plan!

Pod koniec października, a może w połowie listopada, Biały Kruk — byłam po­wo­dem Jego zobowiązań wobec systemu edukacji — poszedł na wywiadówkę i przy­niósł karteczkę z treścią, jakiej się nie spo­dzie­wał, która nijak nie mieściła mu się w głowie. Od góry do dołu same dwó­je, wy­łą­czając matematykę, z której same piątki, co świadczyło w tamtych czasach o tym, że adept, tu adeptka, sztuk mało magicznych potencjał do przyzwoitych ocen — z wszystkich przedmiotów! — posiada.

Biały Kruk dał radę i utrzymał się w naj­lep­szej wersji rodzica nastolatka i zapytał u źródła, co się dzieje, że karteczka z ocenami daje bardzo skromne powody do ro­dzi­cielskiej dumy.

Pierworodne dziecię w swej nastoletniej powłoce, czyli ówczesne moje ja, pękało z do­ro­słej dumy, że znalazło sposób na system, i ochoczo wytłumaczyło, co, z czym i dla­czego, bo do zastosowanej konstrukcji nie dało się mieć zastrzeżeń.

Po co uczyć się dwa razy? — zapytałam Białego Kruka, a ten zbaraniał. Gdy goniłam za czerwonopaskowym marzeniem, ze zbyt wielu przedmiotów uczyłam się dwa ra­zy: we wrześniu na fali nadziei i w styczniu, by wyciągnąć się na tróję. No i po co? Subiektywnie, na wyczucie, biorąc pod uwagę skłonności i ciągoty do nie­kon­sek­wen­cji, oceniłam dobroć serca każdego z uczących mnie nauczycieli, pomijając matematyka, bo ten zdążył rok wcześniej znaleźć na mnie sposób. I to jest bardzo proste, Tato — oświadczyłam — nie uczę się w ogóle, dopóki nie dostanę… z biologii pięciu pałek, z geografii sześciu, z fizyki trzech, itd. Tą metodą uczę się tylko raz, by wyciągnąć się na semestralną tróję. Zapadła cisza, bo logikę trudno zastraszyć czy spacyfikować rodzicielską tyradą. Byłam w swej genialności całkowicie nie­po­ko­nana! Ale! Tylko do rana…

Następnego dnia przy śniadaniu to Biały Kruk miał minę zwycięzcy! Oświadczył, że jeśli przez miesiąc nie dostanę żadnej pały, otrzymam domowe stypendium nau­ko­we w wy­so­kości mojego comiesięcznego kieszonkowego. Nie dało się nie przyjąć tej propozycji. Jak sobie radziłam z tym ograniczeniem? Świetnie! Czasem z niektórych lekcji zni­ka­łam. Nieobecni nie dostawali ocen.

Biały Kruku, pomyślałam dziś, jak Ty przetrwałeś wszystkie moje pomysły? Mendelssohn, Biały Kruku? Mendelssohn!

Felix Mendelssohn-Bartholdy, Capriccio brillant op. 22, Andante,
Matthias Kirschnereit (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #48.

*

[…]  czasami ma też całkiem dobre pomysły. W gimnazjum na przykład po­wiedziała:
     – Będziemy się dobrze uczyć.
     Najpierw myślałem, że zwariowała, bo my nigdy nie uczyliśmy się zbyt dobrze. Właściwie to wcale się nie uczyliśmy, a większość czasu w szkole spę­dzaliśmy na kombinowaniu, jak się wykręcić od lekcji i jak wymyślić do­bry system podpowiadania i ściągania.
     – Oszalałaś? — zapytałem wtedy.
     Wytłumaczyła mi, że nie i że wcale nie chce, żebyśmy byli kujonami. Wy­my­śli­ła system. Na początku każdego semestru rzeczywiście musieliśmy tro­chę pozasuwać — Aśka rozpracowywała program zajęć i uczyliśmy się do przodu. Trwało to tak z miesiąc, czasem dwa, w zależności od nau­czy­cie­la. Zgłaszaliśmy się do odpowiedzi jak wściekli i wyprzedzaliśmy resztę kla­sy przynajmniej o jedne zajęcia. Po kilku tygodniach Aśka uznawała, że już wystarczy. I mieliśmy spokój. W naszej klasie jest ponad dwadzieścia osób. Wiadomo było, że jeśli mamy już po kilka dobrych ocen, nauczyciele prze­sta­ną się nami zajmować i skupią na innych. To naprawdę dobrze działało.

*

[…]  nie ma sytuacji bez wyjścia, trzeba tylko umieć je znaleźć, a potem zaplanować możliwy rozwój wydarzeń.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.

czwartek, sierpnia 10, 2023

5143. 222/365

nie­śpieszna,
     nawet jeśli tylko na chwilę.
szczera, życzliwa obecność.

jest formą najczystszej miłości.

222/365

(5137+5). Wtedy i dziś

Jakiś czas temu Sadownik niechcący stłukł Drzew­ku jej ulubiony kubek do kawy. W poniedziałek, również niechcący, wy­tłukł dru­gi, ostatni z przedstawicieli czeskiej porcelany w ulu, więc za­or­dy­no­wał uzu­peł­nie­nie floty stat­ków z uchem. Drzewko, by nie ganiać Sa­do­wni­ka do cze­­skie­go sklepu, zro­bi­ła klik, klik w ulu­bio­ny kształt — niech będzie z Bole­sław­ca — i zapomniała, kiedy zostanie dostarczony. Tak ro­dził się potencjał na dzisiejszą nie­spo­dziankę.

Po trzydziestu sześciu nocach dzielonego na drobne ka­wa­łecz­ki snu, bo maksymalnie co godzinę trzeba było pomóc Drzew­ku zmie­nić pozycję, przyszła pierwsza, którą Sado­wnik przespał w dwóch kawałkach: pierw­szym malutkim i drugim od pierw­szej w no­cy do samego rana, bo Drzewko w koń­cu od­zyska­ło mo­żli­wość sa­mo­dziel­nej zmia­ny jednej pozycji do spania na drugą… i z powrotem!

🍆

*

Jabłoń:
(dziś, po pierwszej rehabce pęka z dumy, że w końcu
mogła dać pospać Sadownikowi, a po chwili dostaje
niewiarygodnie piękny i zaskakujący zestaw kawowy
)
To w ramach podziękowań za przespaną noc?

Pan Ciasteczko:
(38. dzień w wymuszonym przez życie trybie home office)
Pomyśl, co przywiózłbym ci z delegacji?

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli zdrowym, rozmarzonym śmiechem)

środa, sierpnia 09, 2023

5141. Panna cotta (XCVIII)

Dla mnie piękne i uśmiechające od ucha do ucha. Nie tylko dla­te­go, że psia osoba czy włoskie literki. Nie tylko dlatego, że znam i uwiel­biam kilka osób, które rozmawiają z psami, kotami, ro­śli­na­mi do­nicz­ko­wymi czy ogrodowymi. Ale dlatego, że wy­jąt­ko­wo trafnie u­wię­ziono w słowach obserwację.

Nie ma co obrażać się na rzeczywistość. Lepiej zaprosić ją do tańca.


[dostęp: 9.08.2023], źródło.

[Nie jest wariatem ten, kto rozmawia ze zwierzętami, kwiatami czy roślinami… ale ten_ta, którzy rozmawiają z pewnymi ludź­mi, ocze­ku­jąc, że oni zrozumieją…]

5140. Czekariat (L)


Kaan.

[…]  jeszcze mamy trochę czasu dla siebie. Czas jest prze­cież wartością względną. Ten nasz, ten przed nami, to cała wieczność.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

5139. Czekariat (XLIX)


Kaan.

Biały księżyc na błękitnym niebie przesuwa się bardzo wolno. Za dnia wygląda inaczej, mało znacząco. Jest inny. Ale jednak jest.

Marcin Szczygielski, Bierki,
Instytut Wydawniczy Latarnik
im. Zygmunta Kałużyńskiego,
Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

wtorek, sierpnia 08, 2023

5138. 220/365

z po­zy­cji łóżka rehabilitacyjnego lub cy­wil­ne­go fotela patrzę na Kudłatą, która układa się w ciągu dnia to tu, to tam — nig­dy w za­się­gu ludzkiego dotyku, zawsze blisko czło­wie­ka. są miej­sca na podłodze, które o cie­ple jej ciała mogą tylko pomarzyć. przy­glą­da­jąc się jej wyborom, my­ślę sobie: pies to zde­cy­do­wa­nie OSO­BA, ma swoje pre­fe­ren­cje* nie tylko co do miejsc, ale rów­nież co do ludzi.

220/365

____________
  *  pragnienia: skąd się w nas bio­rą? dla­cze­go takie? dlaczego teraz? czy to one czynią nas niepowtarzalnymi istotami?

poniedziałek, sierpnia 07, 2023

5137. Zasłyszane

Jabłoń:
(odrabia fotelowe godziny rehabilitacyjne,
zwiększone od dziś do łącznie 8 godzin dziennie
)

Pan Ciasteczko:
(odbiera pracownicze połączenie telefoniczne)
Jaki urlop? Praca i szpital domowy*!
Mam Miss Titanium na pokładzie!

___________
  *  nieodpłatna całodobowa praca opiekuńcza w męskiej odsłonie.

niedziela, sierpnia 06, 2023

5136. Z oazy (CLXIX)

Odliczanie literek, skończonych w ulu po powrocie ze szpitala, dwa. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

Są dzieci ze spektrum. Są dzieci z deficytami uwagi. Są dzieci ze zdiagnozowanym ADHD. Jednak większość dzieci z upływem czasu staje się jeśli nie dorosła, to przy­naj­mniej pełnoletnia. Jak wtedy jest? Jak się żyje wśród neurotypowych?

Rzuciłam się na tę książkę. Otulała moją neurotypowość, plasterek na obite życie przy­kleiła i przypomniała, że życzliwość, ciekawość i akceptacja pomagają żyć i sta­wać się najlepszą wersją siebie nie tylko osobom neuroróżnorodnym.

Co z tej listy naprawdę nigdy nie przyda się w relacji z ważną dla nas osobą: zmiana narracji, komunikacja, dzielenie się radością, szczerość, brak osądzania, humor, umiejętność proszenia o pomoc, cierpliwość, zainteresowanie zamiast złości, świę­to­wa­nie sukcesów, za­da­wanie pytań i uważne słuchanie, przede wszystkim spo­kój, potrzeba cier­pli­wo­ści, marzenia zamiast pochopnych działań, praca ze­spo­ło­wa, urealnienie planów, odpowiedzialność, troskliwość? ;)))

Byłam w porządku. Nie byłam popsuta. Nie potrzebowałam osądzania i stro­fowania, tylko terapii i cholernie dużo współczucia. To była dla mnie naj­waż­niej­sza część procesu diagnozy: zrzucenie z pleców brzmienia wsty­du, które przygniatało mnie do ziemi przez wiele lat.

*

Diagnoza ADHD dała nam język do wyrażenia trudności, z którymi się zmagamy. Gdyby nie to, oboje cały czas czulibyśmy się niezrozumiani.
     Diagnoza była dla nas punktem zwrotnym.

*

Nie jesteście strasznymi, budzącymi odrazę istotami ludzkimi. Niczym nie zasłużyliście sobie na bycie nękanymi – ani przez samych siebie, ani przez innych. Nienawiść nie pomoże wam stać się tą wersją siebie, którą bę­dzie­cie potrafili polubić.

*

Widzicie, mój mózg to starszy sierżant sztabowy, a jej mózg to hipis, który lubi poszwendać się po okolicy.
     Ten hipis nie tylko wędruje po bezdrożach, żeby znaleźć sobie do roboty coś ciekawszego niż ładowanie zmywarki. Może także obrócić się na pięcie w trak­cie rozmowy. Nie wiem nawet, ile razy rozmawiałem o czymś z Rox, gdy nagle jej oczy zaczynały się szklić, odpływała gdzieś wzrokiem, a ja wie­działem już, że się wyłączyła.

*

Zajmę się czymkolwiek,
byleby nie robić tego, co powinnam.

*

Poniżej zapisałem w postaci równania, jak podchodzę do wykonywania zadań:

(mówię, że zrobię X) + (robię X) = wszystko jest w porządku
(mówię, że zrobię X) + (nie robię X) = nie wszystko jest w porządku

     […] 
     A potem poznałem Rox. Jej równanie wygląda tak:

(mówi, że zrobi X) + (zapomina zrobić X) + (wymyśla coś innego do zrobienia) = jest bardzo szczęśliwa do momentu, gdy znowu przypomina sobie o X i ogarnia ją paraliżujący lęk

*

[…]  jeśli chcecie komuś pomóc, musicie wykazać się życzliwością i współczuciem.

*

Jestem tak zaangażowana w to, co tu i teraz, że wszystko inne zaciera mi się w pamięci. Moja uwaga jest jak latarka: to jasny, skupiony promień. Uwi­da­cznia każdy szczegół rzeczy, na którą pada. Jednak w konkretnej chwi­li oświetla jedynie niewielki wycinek tego, co wokół mnie. Nie roz­świe­tli całego nieba. To, na czym nie skupiam uwagi, rozpływa się dla mnie w ciemności.

*

Osoby z ADHD mają pewną rzadką umiejętność: choć wielokrotnie ponoszą porażki, nigdy nie tracą nadziei. Wierzymy, że następnym razem się uda. Z taką wytrwałością szanse na to, że coś w końcu zaskoczy, są cho­ler­nie wysokie.
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     PORAŻKA
     SUKCES
     Tak to właśnie wygląda. […]  Doceńmy tych, którzy nigdy się nie pod­da­ją, nawet jeśli wszyscy mówią im, że są nieudacznikami.

*

Gdy wiemy, że ktoś kocha nas pomimo wszystkich cech, które uznajemy za swoje wady, nasze rany zaczynają się zabliźniać. Dojście do tego etapu nie jest łatwe, pozostanie na nim również wymaga mnóstwa ciężkiej pracy. Dy­na­mika związku jest niesłychanie skomplikowana, wpływa na nią hi­sto­ria naszego życia, sposób funkcjonowania mózgu, styl przywiązania, wszystkie związki, w których byliśmy, oraz związek naszych rodziców lub opiekunów, który obserwowaliśmy jako dzieci.

*

Tylko kiedy pozwolimy innym naprawdę nas poznać, możemy powoli zacząć kochać te części nas samych, których najbardziej się wstydzimy.

*

Wspólna walka z objawami to dużo lepszy pomysł niż walka ze sobą na­wza­jem. Dzięki takiemu podejściu oboje będziecie się czuć bardziej szczę­śli­wi i zrozumiani.

*

Pozwólcie sobie błądzić myślami, ale nie zapominajcie, że to wy sprawujecie kontrolę nad waszym mózgiem. Nie pozwólcie mu wcisnąć guzika z na­pi­sem „autodestrukcja”.

*

Związki to droga dwukierunkowa. Jeśli dla jednej osoby codzienna ko­mu­ni­ka­cja jest łatwa, a dla drugiej nie, poruszacie się w przeciwnych kie­run­kach. Sztuka polega na tym, aby nie postrzegać żadnego z nich jako do­bre­go lub złego – ale by oba uznać za pełnoprawne i równorzędne.


@ADHD_Love_,
[dostęp: 6.08.2023], źródło.

Teraz albo nigdy – wasz umysł ma do dyspozycji tylko te dwa terminy.

*

Wczucie się w czyjeś zmagania to dobre ćwiczenie z empatii, dzięki któremu nie odbierzecie całej tej sytuacji jako personalnego ataku.

*

Bardzo mi zależy, żeby ludzie, których kocham, czuli się bezpieczni i wysłuchani.

*

[…]  gdy ktoś się z czymś zmaga, złość i frustracja partnera nie pomogą mu (lub jej) uporać się z sytuacją.

Roxanne Emery, Richard Pink, Brudne pranie,
przeł. Katarzyna Dudzik,
Insignis Media, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Wyjawienie swoich problemów pomaga zdjąć z nich ciężar wstydu.

*

Humor to wytrych, dzięki któremu obojgu wam będzie łatwiej zdobyć się na szczerość.

*

Coś magicznego dzieje się, gdy ktoś znajduje wreszcie wytłumaczenie dla przeżywanych trudności i język, żeby je opisać.

*

Dążycie do zmiany na lepsze,
a nie do doskonałości.

*

Troska o siebie przejawia się także w tym, jak o sobie mówimy. Dlatego, bardzo proszę, nie używajcie ra­nią­cych słów.

*

Nieoceniająca postawa i współczucie przynoszą więcej pozytywnych zmian niż zawstydzanie i osądzanie.

(tamże)

sobota, sierpnia 05, 2023

5135. Z oazy (CLXVIII)

Odliczanie literek, przeczytanych po powrocie do ula po operacji, raz. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu i re­habilitacyjnej potrzeby.

W audycji radiowej Autor powiedział:

Pozbawienie człowieka nadziei jest torturą.

I natychmiast Jego najnowsza książka, która trafiła na stosik czytelniczy w dniu swo­jej premiery, wbiegła na jego szczyt. Rzuciłam wszystko, co czytałam, by chwycić tę. To przede wszystkim hołd złożony Lidii Ostałowskiej, piękny, wart nie­śpiesz­ne­go czy­ta­nia, któ­ry jak każda książka Autora kończy się zbyt szybko, bez względu na to, jak wolno się czyta.

Zamyśliło mnie… Słowa Lidii Ostałowskiej z roku 2017 wciąż są boleśnie aktualne. Szkoda, że nie może już skomentować ostatnich twórczych działań policji, tak dziel­nie broniących kobiet przed nimi samymi.

Zamyśliło mnie… Jest taki jeden prominentny niedouk, populista karny, magister prawa, co skończył studia, zrobił aplikację prokuratorską, ale nie dostał etatu w pro­ku­ra­turze — czy zrozumiałby cokolwiek, z tego, o czym jest ta książka? Czy zacznie cokolwiek rozumieć dopiero wtedy, gdy trafi do więzienia?

Zamyśliło mnie… Jest w tej książce Maria Łopatkowa, której skurwysyństwo za­dzi­wiło mnie i przekreśliło wszystko to, co myślałam o niej, będąc młodą czy­tel­nicz­ką jej ksią­żek wieki temu.

W moim najgłębszym przekonaniu skazywanie młodocianych na dożywocie jest niemądre i niemoralne. Kara dożywotniego pozbawienia wolności, wy­mie­rza­na także osobom dojrzałym, w kształcie obowiązującym w Polsce jest torturą. Każda tortura jest łamaniem praw człowieka. […]  Dotychczas w tej sprawie często posługiwano się półprawdą, a tylko cała prawda może być początkiem uczciwej debaty. Wierzę, że moja książka otworzy publiczną dyskusję na temat dożywocia i doprowadzi do zmian w prawie.

*

Jej [Moniki Osińskiej]  historia nadaje się na opowieść o prawie i spra­wie­dli­wo­ści w polskiej wersji, o postkomunie, o odwecie, o po­pu­liz­mie, o zarządzaniu gniewem, o niedojrzałości naszej demokracji.

*

Kobieta zabija w kuchni swojego oprawcę – mówiła Lidia – takie zabójstwo mieści się w naszym kodzie kulturowym.
     To znaczy: mieści nam się w głowach. Kobiety, która się broni, nie ska­zu­ją na dożywocie. Mężczyzna zabija na tle rabunkowym, seksualnym i każ­dym innym: zawiedziona miłość, upokorzenie, porachunki, zemsta – takie historie znamy z książek i filmów. Monikę ludzie chcieliby widzieć w kuchni jako tę, która niebawem zostanie żoną, urodzi dzieci i będzie strzegła do­mo­we­go ogniska. Nie będzie! Bo wchodząc do mieszkania numer 32, wkro­czy­ła na terytorium zarezerwowane dla mężczyzn. […]  Gdyby Monika była chłopcem, mówiła Lidia, media by się nim nie za­in­te­re­so­wa­ły, przy­naj­mniej nie aż tak, nie wpadłyby w histerię, nie wywierałyby presji na sąd, gdyby na ławie oskarżonych nie siedziała dziewczyna, sąd pomieściłby tę zbrodnię w głowie, od tego jest sądem karnym, oceniłby sprawę trzeźwo i wydałby sprawiedliwy wyrok.

*

[…]  doświadczenia mogą być różne. Czasem sprzeczne, nawet w jednej opowieści, w jednej rodzinie.

*

Denerwowała się [Lidia Ostałowska]  – mówi Magdalena Kicińska – kiedy profesor Marcin Król użył w słynnym wywiadzie udzielonym „Gazecie” liczby mnogiej: „Byliśmy głupi”. Pytała: jacy my?
     […]  Dzisiaj autorytety mówią, że byliśmy głupi. Ja odpowiedziałam so­bie buńczucznie – nie byłam głupia. Nie zamknęłam oczu na roz­cza­ro­wa­nia, na degradację. Ton tych samokrytycznych wypowiedzi mnie irytuje, bo ich autorzy za chwilę znów czują się mądrzy, bo przecież zdali sobie sprawę, że byli głupi. Ale byli głupi i głupi pozostali. Głupota polegała na wierze, że pieniądze doprowadzą nas do szczęścia.

*

„Kobieta to dla rządzących tylko fantom, a nie świadoma jednostka. Cmok­nię­cie w rękę nie chroni nas przed skutkami bezdusznych ustaw i zakazów, a przepuszczanie w drzwiach nie zapewnia prawdziwej podmiotowości. Szansę na to daje jedynie demokratyczne państwo prawa. Oddalamy się od niego na razie. Ale kobiety coraz częściej pokazują, że nie chcą, by jedynie macierzyństwo dawało im poczucie wartości”.
     „Teraz fundamentaliści zbierają podpisy pod nowym projektem. Planują zakaz aborcji, gdy płód jest nieodwracalnie uszkodzony. Biskupi to po­pie­ra­ją, wielu polityków im ulega. Zasady religijne chcą jeszcze mocniej wpisać w prawo, choć konstytucja mówi o rozdziale Kościoła od państwa. Męż­czy­źni na stanowiskach tkwią głowami w XIX wieku. Snują fantazje o świecie, którym rządzą Bóg i patriarchat. W kobiecie widzą istotę prze­zna­czo­ną do rodzenia dzieci. Nadal nie rozumieją, że mamy sumienia. Że jesteśmy do­ro­słe. Że pracujemy na wzrost PKB. Że chcemy decydować o własnym zdro­wiu i życiu. Bo świat się zmienił, a demokracja jest i dla nas”.
Lidia Ostałowska, 2017.

*

Przemoc wobec mniejszości, opresja kobiet. Nie tylko religia za to zło od­po­wia­da, zdaniem Lidki, nie tylko biskupi utrudniają życie ko­bie­tom, poniżają je i dyskryminują. Ale też państwo, prawo, insty­tu­cje. To naturalne, że zwróciła uwagę na krzywdę kobiety nie­spra­wie­dli­wie ska­za­nej na zawsze. Wszyscy inni byli w tej sprawie ślepi, głusi, znie­czu­le­ni. Lidka patrzyła szeroko, widziała daleko, czuła głęboko. Wy­prze­dza­ła w tym swoją epokę.

*

W więzieniu najgorszy jest krzyk. Kojarzy mi się tylko ze złą wiadomością. Kiedy słyszę płacz i krzyk pod telefonem, przechodzi mnie zimny dreszcz.

*

Kara dożywotniego pozbawienia wolności, funkcjonująca w polskim po­rząd­ku prawnym, to wciąż eksperyment. Nie wiemy, co ta kara w istocie oznacza i ile w rzeczywistości trwa, nikt bowiem z blisko czte­ry­stu od­by­wa­ją­cych ją więźniów nie osiągnął progu, który umożliwia opu­szcze­nie za­kła­du karnego w ramach warunkowego przedterminowego zwolnienia. Sądy, skazując na tę karę, mimo że funkcjonuje ona w Polsce od blisko dwudziestu lat, nie wiedzą, jaką w istocie karę wymierzają. Czy jest to kara, której głów­nym celem jest izolacja i wyeliminowanie nie­po­praw­ne­go i nie­po­pra­wial­ne­go sprawcy na zawsze ze społeczeństwa, czy tylko jest nauczką – choć niezwykle dolegliwą, to jednak dającą nadzieję na zakończenie życia po drugiej stronie więziennego muru? Nadzieję na śmierć w innym miejscu niż więzienie, bo szans na ułożenie sobie życia dawać ona z pewnością nie może (Barbara Błońska, Maria Ejchart-Dubois).

*

Za spacerem z psem tęsknisz. Za chodzeniem po plaży gołymi stopami, za wiatrem, słońcem, gwiazdami. Za zjedzeniem czegoś, na co ma się ochotę. Choć nie za jedzeniem się tęskni, raczej za atmosferą przy stole. Za ciastem mamy. Za kąpielą w wannie, za siedzeniem w fotelu. Za kilkoma parami butów. Za mieszkaniem w pokoju, w którym nikt inny nie mieszka. Za zga­sze­niem światła o dowolnej porze. Za pracą. Za bieganiem.

*

Lidka nie usprawiedliwiała tego, co zrobiłam. Powtarzała: powinnaś siedzieć, ale już wystarczy. Stała po mojej stronie.

*

Maria Ejchart-Dubois, prawniczka z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, która naukowo przygląda się kobietom skazanym na dożywocie, w wię­zie­niu odwiedza także Monikę. To kara niesprawiedliwa – mówi – niemoralna i nieskuteczna. Nikt nie powinien być na nią skazywany. Kara dożywocia jest następczynią kary śmierci. Przejęła jej funkcję. Sądy wysyłają czło­wie­ka na całe życie za kraty, kiedy chcą go wyeliminować. To kara nieludzka i ostateczna. Wyrok śmierci wielu skazanym wydaje się bardziej humanitarny. […]  jeśli dożywocie mamy rozumieć dosłownie, to jak wo­bec tego pracować z więźniami dożywotnimi? Nie ma resocjalizacji, kie­dy nie ma celu. Nie ma perspektywy. Jak kara ma spełnić swoje zadanie, kiedy nie bardzo wiadomo, jakie ono jest?

*

[…]  zemsta niczemu nie służy,
za to świadczy o nas.

*

Wiele małżeństw, związków partnerskich rozpada się z braku pożycia. Ko­bie­ty, w przeciwieństwie do skazanych mężczyzn, rzadko otrzymują na­gro­dę w postaci widzenia w oddzielnym pomieszczeniu. Albo w danym za­kła­dzie jest to niepraktykowane, albo zachodzi obawa zajścia w ciążę. Męż­czy­zna w zakładzie karnym ma możliwość zaspokajania tego typu potrzeb, je­mu wolno spłodzić dziecko na tak zwanym intymnym i nikogo to już nie in­te­resuje, że jego partnerka z braku funduszy poda go o alimenty. Męż­czy­źni mają siłownię, więcej zajęć kulturalno-oświatowych, szkół, pracy wol­no­ścio­wej. I więcej osób na liście widzeń.

*

W tym wszystkim tylko łzy są prawdziwe. Kobiety statystycznie są częściej zostawiane, stają się samotne w walce o przetrwanie i o powrót do domu, którego mogą już nie mieć.

*

Monika do nieżyjącej Lidii [Ostałowskiej]: Ty wiesz, bo przegadałyśmy nie­raz ten temat, jak ogromne znaczenie ma dla mnie data końca kary. Wiesz, że większa część mojego życia to czekanie. Czekanie na wszystko. Na te­le­fon, na widzenie, na paczkę, zajęcia, spotkania, np. z Tobą, na otrzymanie P2, dotrwanie do pierwszej wokandy. Takie życie od–do. Dziś pier­wszy raz mogę powiedzieć, że odliczam dni.
     Jak mam Ci opisać to, że ponownie jestem pierwsza? Jak mam ubrać w sło­wa mój żal, że Ciebie nie będzie z nami? Jak mam ponownie przeprosić za to, że Cię rozczarowałam?
     Pokazałaś mi inną twarz dziennikarza. Człowieka dziennikarza. Nie przy­puszczałam, że tyle lat nasza rozmowa będzie trwała. Prze­cież ona nadal płynie. Nie zostawiłaś mnie pomimo wszystko, stawiasz na mojej drodze kolejnych ludzi i przypominasz o sobie. Chce Ci się tam palić? Często o Tobie myślę, kiedy podpalam papierosa. Tak, popalam. Uwierzysz, że parę razy Ci zazdrościłam, że tam jesteś? Tam jest spokój, którego potrzebowałam.
     […]
     Głowę mam pełną myśli, wiesz, bo nie wiadomo, co będzie, gdy prze­kro­czę bramę. Powracam i do tego, ile musiałam przejść, by dzisiaj tu być. Po­win­naś to ze mną przeżywać, przy papierosie pogadać, gdzie mo­gły­by­śmy pójść. Jak dziwnie się to pisze, że będę mogła gdzieś pójść. Bez wy­zna­czo­ne­go miejsca, bez ograniczonego metrażu, nawet bez celu. Poza gra­fi­kiem, bez regulaminu. Tak po prostu przed siebie. […]
     Dopinguj mnie, zrobię wiele, byś była ze mnie dumna, ob­ser­wuj ­i uśmiechaj się nad moją pierdołowatością, gdy przyjdzie mi uczyć się nowych rzeczy. Chroń mnie i do zobaczenia. Niedługo Cię odwiedzę.

*

Blizny mają dziwną moc przypominania nam, że przeszłość wydarzyła się naprawdę.

Wojciech Tochman, Historia na śmierć i życie,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Płacz kobiet mnie boli.
Lidia Ostałowska

*

Czy reporterowi łatwo być sobą?
     Wydobywa przecież z ludzi najgłębsze zwierzenia i lę­ki, by je przedstawić publicznie. Podlega terminom, kli­kal­ności i cenzurze, zewnętrznej lub wewnętrznej, bo pewne rodzaje cenzury trzymają się mocno nawet w wol­nym kraju.
     A jak obronić w sobie prawdziwka, gdy ograniczenia się zaciskają? Gdy ideologia i polityka zamykają część mediów przed niezależnymi reporterami i dzielą ludzi?
 // Małgorzata Szejnert

*

Mędrczyni. Chyba najbardziej z nas wiedziała, o czym piszemy, o czym jest reportaż, jaki jest głęboki sens opowieści.
 // Włodzimierz Nowak o Lidii Ostałowskiej

*

Miała klasę, cywilną odwagę. Była moim prywatnym dowodem na to, że szlachetność człowiek nosi w sobie, że dobroć, moralność i zwykła przyzwoitość może być w nim i bez religii, nie z powodu strachu przed ogniem piekielnym, ale z powodu wartości, które wyznaje. Nie znam wielu kobiet, z którymi można się było napić piwa, i to mi się bardzo w niej podobało. Wyłaziła ze wszystkich stereotypów.
 // Katarzyna Surmiak-Domańska o Lidii Ostałowskiej

*

Lidia nie wkładała ludzi do szuflad, sama nie lubiła być szufladkowana.

*

Nie ma jej od kilku dni, próbuję przypomnieć sobie jej charakterystyczny śmiech z chrypą, wisiory (ulubiony z bryłką węgla, od Ślązaków), korale. I kolczyki, duże, kolorowe. Letnie sukienki. Jeszcze espresso, mocna ka­wa. Ciastka z cukierni na Bielanach. Przygarniane psy i koty. Dzikie zwierzęta, które podchodziły pod płot jej ogrodu. Donosiła w SMS-ach: „No otóż ten dzik spod okna, co mówiłam, wielki strasznie, okazał się kobietą ciężarną! Gruba jak wół była. Wykopywała trawy z po­la­ny i zanosiła w jedno miejsce, najbardziej ukryte. W inter­ne­cie piszą, że to zaciszna ostoja. Nie widziałam jej do dziś. Wynurzyła się, nadal gruba, ale pod pachami jakby mniej, pojadła sobie i wróciła do gniazda. Czekam, aż wyprowadzi pasiastych. Ojej!”.
 // Magdalena Kicińska

*

Wiesz, różne są ścieżki dobroci.

(tamże)

5134. Z oazy (CLXVII)

Odliczanie literek, zaczętych i przeczytanych w czasach największego mroku, nim Sadownik wywiózł mnie na operację. Z kro­ni­kar­skie­go we­wnętrz­ne­go musu, ale i re­habilitacyjnej potrzeby. Od dziś mam siedzieć w fotelu minimum cztery go­dzi­ny. Nadrabianie blogowych zaległości jako narzędzie rehabilitacyjne? Koń by się uśmiał, gdyby nie był to fakt.

Czekałam na publikację tej książki prawie półtora miesiąca, nie przeczuwając, że w dniu premiery będę cieniem samej siebie. To nie książka, to przede wszystkim nie­chlub­ne świadectwo. Autor starał się rozmawiać z osobami reprezentującymi obie strony konfliktu polsko-polskiego. Ja, wybierając cytaty, ominęłam każdego wy­po­wia­da­ją­ce­go się w książce mundurowego. Wystarczy, że przeczytałam ich kiepskie uspra­wie­dli­wie­nia swojego zachowania.

Tak jak wiele innych murów zbudowanych na świecie nie przy­niósł ocze­ki­wa­ne­go efektu. Szlak białoruski nie zniknął. Stał się trudniejszy, ale wciąż bezpieczniejszy niż bałkański czy śródziemnomorski.

*

[Beata Siemaszko]  Bardzo bym chciała, żeby to się już skończyło. Żeby lu­dzie, którzy przechodzą przez las, byli zaopiekowani przez nasze służby, że­by była wdrożona procedura, co należy z nimi robić.
     [M.G.]  Mówisz o marzeniu, żeby pań­stwo stanęło na wysokości zadania, tak?
     [B.S.]  Często spotykam się z pytaniem, czego wam potrzeba ze strony pań­stwa. Co politycy mogą dla nas zrobić? – takie pytanie mi ostatnio za­da­no. W zasadzie to tylko jednej rzeczy potrzebujemy z ich strony – niech zaczną przestrzegać procedur, i tyle. Tego bym od nich chciała.

*

[M.G.]  Kościoły są pomocne w ratowaniu uchodźców?
     [Beata Siemaszko]  Zależy które.
     [M.G.]  A które są?
     [B.S.]  Poszłam do katolickiego proboszcza z konkretną prośbą. Wiem, że diecezja ma swoją pralnię, więc pomyślałam, że może uda się go na­mó­wić na pranie rzeczy, które odzyskujemy z lasu, by mogły powtórnie służyć ko­lej­nym potrzebującym.
     [M.G.]  Udało się?
     [B.S.]  Nie. Oni dbają o czystość religijną i narodową.
     [M.G.]  A Cerkiew coś robi dla uchodźców?
     [B.S.]  Nie odpędza wędrowca od swoich drzwi.

*

Tu na granicy nie ma prawa. Służby działają poza prawem, co już wie­lo­krot­nie potwierdziły wyroki sądów. A gdy bezprawie jest państwowe, robi się coraz bardziej szaro i mroczno. […]  To nieprawda, że wyciągnęliśmy wnioski, że nigdy więcej wojny, prze­śla­do­wań, pogromów. Guzik prawda, wszystko jest możliwe, wszystko może wrócić, możemy znowu robić to samo. A może nawet będziemy jeszcze gorsi.
Adam

*

[Maciej Żywno]  Widziałem helikoptery, rosomaki i setki mundurowych polujących na ludzi, którzy nie byliby w stanie rzucić patykiem. Ani razu nie spotkałem agresywnego uchodźcy.

*

[Joanna Pawluśkiewicz]  W Starym Masiewie było wielkie mrowisko, gigant stojący tam od lat. Zawsze tam było. I nagle przyjeżdża ciężarówka z ma­te­ria­ła­mi bu­dow­la­ny­mi i je rozwala. W ekosystemie każdy element jest waż­ny, ale żeby to jakoś po laicku wytłumaczyć, to tak, jakby ktoś, kurwa, roz­jechał Morskie Oko, rozumiesz? […]  I nie cenzuruj mnie, poproszę, ale uważam, że tym pierdolonym murem zniszczyliśmy jeden z naj­waż­niej­szych obiektów przyrodniczych na świecie. […]  Trzeba krzyczeć, że to jest kryzys humanitarno-przyrodniczy. Że przez ten mur umiera populacja rysia. Nie rozróżniam wartości życia sarny od wartości życia człowieka. Żubr jest dla mnie tak samo ważny jak człowiek. Wspólnie składamy się na ekosystem. […]  Niszczymy Puszczę Białowieską i inne tereny przy­rodnicze, niszczymy klimat, a potem się dziwimy, że idą ludzie. […] 
     [M.G.]  Czego się ostatnio nauczyłaś?
     [J.P.]  […]  Przestałam się bać służb. Na pewno nas podsłuchują, o boże, boże, mam u nich kartotekę! No i co z tego? Zatrzymują mnie. No i co z tego. Wszystkie moje bariery zaczęły się przesuwać. Mam głęboką pogardę dla systemu. Ale czuję sprawczość. I miłość do Puszczy. Doświadczyłam tu dużo przemocy, na przykład wtedy, kiedy w trakcie obrony Puszczy przed wy­cin­ką, w 2017 roku, byliśmy bici przez służby. Pewnie to nie jest koniec prze­mo­cy, która mnie tu czeka, ale wiem, że działam dla dobra ekosystemu, dla miejsca, które jest moim miejscem na ziemi.

*

[M.G.]  A czego się nauczyłaś przez ten czas?
     [Mama Africa]  Nauczyłam się, że służby mundurowe nie są po to, żeby nas chronić i wspierać. Naiwnie sobie myślałam, że jednak jak ktoś idzie do policji czy Straży Granicznej, to takie właśnie ma cele. A tymczasem oni stali się kierowcami wyjebkowozów, bo tak mówimy na te ich ciężarówki. Nauczyłam się gardzić ludźmi, którzy potrafią polować na grupę osób, która zimą przeszła przez rzekę.

*

[M.G.]  Kim są dla ciebie ci ludzie, którym pomogłaś?
     [Mama Africa]  Przyjaciółmi. Zawsze będę się zastanawiać, co u nich, jak sobie radzą. Jeśli będzie potrzeba, żeby im w jakikolwiek sposób pomóc, to na pewno się nie zawaham. […]  Z niektórymi już się widziałam w Niem­czech, we Włoszech. Wiem, co u nich słychać, wiem, że tam też nie jest sie­lan­ko­wo, ale są bezpieczni, nie zamarzają w lesie i nie są narażeni na kon­tak­ty ze zdegenerowanymi strażnikami z polskich i białoruskich służb gra­nicz­nych. […]  Wiesz, kto przechodzi przez tę granicę? Mieszkał u nas doktor fizyki, muzyk, informatyk, ekonomista, student. Wielu bardzo dobrze wy­kształ­co­nych ludzi, którzy trafiają do naszego lasu, ale są traktowani tak naprawdę gorzej niż zwierzęta.

*

[Kamil Syller]  Unia da kasę na nowe ośrodki. Bo na płot powiedziała, że nie da, bo to nie jest polityka migracyjna. Ludzie będą chcieli zostać w Polsce, jak się im da jakieś lepsze warunki.
     Przecież my potrzebujemy ludzi. Brakuje mi takiego, nawet cynicznego, ale po prostu pragmatyzmu państwowego. Jest dwieście pielęgniarek z Sy­rii do wzięcia, bierzemy, dajemy pensję, czemu nie.

*

Chcę, żebyście wiedzieli, że uchodźcy są wśród nas, i o ile Łukaszenka nie postanowi inaczej – to się nie zmieni. Chcę, żebyście wiedzieli, że kiedy pani rzecznik stwierdziła: „mieliśmy tylko trzy nielegalne przekroczenia gra­ni­cy!”, Grupa Granica odebrała pięćdziesiąt wezwań o pomoc. Chcę, żebyście wiedzieli, że ci ludzie cierpią. Chcę, żebyście wiedzieli, że to od dawna głów­nie chrześcijanie, mnóstwo kobiet w ciąży, dzieci, rodzin. Chcę, że­byś­cie wie­dzie­li, że ten odsetek psychopatów w mundurach, którzy nie odwracają głowy, wyrzuca na Białoruś te rodziny, kobiety, dzieci, ciężarne, pobitych, chorych, wycieńczonych mężczyzn, bardzo często jeszcze nastolatki. Chcę, żebyście wiedzieli, że na Białorusi tych ludzi się bije, kobiety i dziewczynki gwałci, a psychopaci w mundurach mają zwyczaj się temu przyglądać, sto­jąc po swojej stronie ogrodzenia. Chcę, żebyście wiedzieli, że ci ludzie mają polską flagę na ramieniu i polskie godło na czapce. Chcę, żebyście wiedzieli, że Grupa Granica udzieliła pomocy jedenastu tysiącom ludzi, że najczęściej wolontariuszki to młode, atrakcyjne kobiety i nigdy żadna z nas nie była przez uchodźcę zagrożona. Ani jedna aktywistka i ani jedna podlaska kro­wa w ciągu tego roku nie została zgwałcona. W każdym razie nie przez uchodźcę.
Paulina Bownik

*

[M.G.]  A o Polsce dowiedziałeś się czegoś nowego ostatnio?
     [Andrzej]  Strasznie nietolerancyjny kraj zacofanych ludzi. Przed Ukraińcami serca i ramiona otwarte, a Bliski Wschód to już dla nich sami terroryści. Nic nie czytają. Nie wiedzą, z jakich krajów są ci uchodźcy ani co się w tych krajach dzieje. A ja w lesie spotykam fajnych, wykształconych ludzi. Można odnieść wrażenie, że są bardziej cywilizowani niż my. […]  Uważam, że trzeba pomagać Ukraińcom, ale nie wolno przestać być czło­wie­kiem dla innych ludzi.

*

[M.G.]  Życzysz uchodźcom życia w Polsce?
     [Barbara Kuzub-Samosiuk]  Poza Polską żyje kilkanaście milionów Polaków i jakoś nam pozwolili pracować w tych Belgiach, Niemcach i Ame­ry­kach. A my co na to? Nienawidzimy Żydów, nienawidzimy cia­pa­tych, nienawidzimy islamu. Ciekawe, że ta Belgia czy Niemcy nie boją się, że polscy katole zaleją ich kraje, że im mentalnie wszystko poprzestawiają. Gdziekolwiek spojrzysz, każda rodzina ma kogoś za granicą. Jak nie wu­jek, to ciocia albo brat pracuje za granicą, ale do nas to już nikt nie może przyjechać. Przedziwni jesteśmy.
     [M.G.]  Nauczymy się być bardziej otwarci?
Chyba się raczej nie nauczymy. Chciałabym, żeby Polacy byli otwar­tym narodem, ale to długa droga.
     [M.G.]  Co jest teraz najtrudniejsze?
     [B.K.S.][…]  To, że tutaj mieszkamy, to nie jest tragedia. Dzięki nam ludzie w drodze spełnią swoje marzenia o lepszym, bezpieczniejszym życiu. Zupełnie tak jak kilkanaście milionów Polaków mieszkających poza Polską

*

[M.G.]  Czego się ostatnio dowiedziałaś o Polsce?
     [Joanna Sarnecka]  Nigdy nie miałam jakichś złudzeń, że to jest kraj szczę­śli­wości, ale przeraża mnie to zło systemowe. To jest dla mnie nie do zaakceptowania. […]
     [M.G.]  Zostało ci trochę wiary w państwo?
     [J.S.]  Chciałabym móc liczyć na państwo, którego wciąż jeszcze jestem częścią. Dopóki nie spalę paszportu, dopóki się nie wypiszę, do­pó­ki do­rzu­cam się do wspólnej kasy, to jestem częścią polskiej rodziny. Ale nie­ste­ty nie mam wpływu na to, co się tu dzieje.

*

[…] nauczyłam się tego, że nie zmienię świata, mogę tylko zrobić to, co jestem w stanie.
Eliza Kowalczyk

*

[M.G.]  A czego się nauczyłaś przez ten rok?
     [Eliza Kowalczyk]  Nie bać się służb, bo na początku to był wielki strach, że oni mogą dużo więcej niż my. Teraz traktuję ich w ten sposób, że tak na­prawdę oni służą dzięki temu, że ja płacę podatki. I im to mówię. „Po­win­niście nas chronić i nam pomagać, a nie że my odwalamy za was waszą robotę”. Bo moim zdaniem jedynym rozwiązaniem jest przyj­mo­wa­nie uchodźców, sprawdzanie, czy mogą się starać o azyl, spraw­dza­nie, w jakiej są sytuacji, i w cywilizowany sposób wysyłanie ich do miejsca za­miesz­ka­nia, jeśli nie ma przesłanek ku temu, żeby im pomóc.

*

[M.G.]  A myślałaś o tym, żeby się stąd wynieść?
     [Eliza Kowalczyk]  Był taki moment, że każdy się za­sta­na­wiał w ogóle, jak tu dalej żyć. Ale powiedziałam sobie, że Puszczę kocham i się czuję tu zakorzeniona. Nie oddam tego. Poza tym Puszcza ma to do siebie, że ona się odnawia po wszystkich swoich tra­ge­diach. Ona też wiele przeszła. Widziała pogromy i ukry­wa­ją­cych się Żydów, i wojenne za­wie­ru­chy. Przeżyła wycinkę, więc myślę, że jest otwarta na to, żeby tych ludzi przyjmować, chronić. Nie wyjadę stąd. […]  Ale pewnie wiesz, że to jest dopiero wstęp do następnej wielkiej migracji, do której powinniśmy się przy­go­to­wać. A jak w południowych krajach nie będzie co jeść i pić, to już nie będzie tylko prośba, to będzie siła. Więc powinniśmy się uczyć po­ma­gać i zrozumieć to, że trzeba się trochę posunąć i zrobić miej­sce innym.

Mikołaj Grynberg, Jezus umarł w Polsce,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

[Wojtek Radwański]  Mam mnóstwo pretensji do na­szych kręgów cywilizacyjnych, naszej kultury judeo-chrze­ści­jańskiej, która postawiła ten świat taki, jaki jest, a teraz mówi: siedź­cie u sie­bie i po­noś­cie konsekwencje naszych wyborów.

*

[Wojtek Radwański]  W tym cholernym katolickim kraju, religii opartej na miłosierdziu, im jesteś bardziej wie­rzą­cy, tym, kurwa, masz mniej tego miłosierdzia w sobie, to jest coś niewiarygodnego. Przed Bożym Na­ro­dze­niem ktoś zrobił badania, kto by przyjął tego nieznanego wę­drow­ca w domu, i, kurwa, przepraszam, nawet katolicy tego nie deklarują. What the fuck?! Kto ma większą pa­ra­no­ję, no błagam! Im jesteś bardziej katolicki, tym mniej jesteś otwarty na kogokolwiek! A gdzie jest przy­po­wieść o Samarytaninie? Gdzie jest sens? Ludzie, któ­rzy tu przychodzili na jesieni, mieli Jezus na imię, na li­tość boską, Jezus – i to nie jest metafora!
     [M.G.]  Spotkałeś tu Jezusa?
     [W.R.]  Nie, Jezus nie żyje, w sensie: jedna z osób, któ­re nie żyją, miała na imię Issa.
     [M.G.]  Issa?
     [W.R.]  To jest Jezus.
     [M.G.]  Jezus umarł w Polsce?
     [W.R.]  Tak. A u progu katolickiej Polski spotkaliśmy Sarę i jej męża z Palestyny. Była w piątym miesiącu cią­ży. Spotkaliśmy ich w listopadzie, to nie jest metafora Świętej Rodziny, to jest, kurwa, jeden do jednego, ale nie, kato­li­cka Polska mówi im fuck off!

(tamże)

piątek, sierpnia 04, 2023

5133. 216/365

piasek areny cyrkowej to nie jest właściwe środowisko do życia dla delfina. to niczyja wina, że urodziłam się w cyrku.

długo trwało, nim zrozumiałam, że nie muszę w nim żyć czy do niego wracać — najpilniejszą potrzebą było odnalezienie swo­je­go stada i akwenu, bez oglądania się za siebie.

216/365

5132. Z oazy (CLXVI)

Odliczanie literek napoczętych przed mrokiem, trzy. Z kronikarskiego we­wnętrz­ne­go musu…

Wszystko na temat Polski staje się jasne, gdy sparafrazujemy słowa byłego bur­mi­strza Bogoty, Enrique’a Penalosy w następujący sposób: bogate kraje to nie te, w któ­rych nawet najbiedniejsi jeżdżą samochodami, lecz te, w których bogaci ko­rzy­sta­ją z publicznego transportu. Nie trzeba wracać do tamtej książki. Nie trzeba się­gać po kilka innych, świeższych pozycji książkowych. Jesteśmy mentalną i ko­mu­ni­ka­cyjną biedotą.

W ulu do dziś od lat nie doszliśmy do porozumienia, bo ja z uporem maniaka twier­dzę, że miasta są dla ludzi, nie dla samochodów, ale udało mi się zaszczepić na pod­kła­dzie niezwykle du­żej męskiej empatii przepuszczanie pieszych na pasach, nim sta­ło się to obo­wią­zu­ją­cym prawem. Pomyśl, trułam, dla ciebie to tylko kilkanaście sekund, siedzisz w cie­ple, deszcz nie pada ci na głowę, nie jest ci zimno, dobrej mu­zy­ki słu­chasz, żar z nie­ba się na ciebie nie leje, klima daje wytchnienie, a tej pani, temu dziec­ku może dzię­ki twojej życzliwości nie ucieknie autobus czy tramwaj i bę­dą szyb­ciej w domu; nie zmokną, nie pochorują się, co ci szkodzi?

W tej książce jest wiele niepotrzebnych śmierci, całe pokłady głupoty i braku wy­obra­źni, a także pewność, że ci, którzy powinni tę książkę przeczytać ze zro­zu­mie­niem i prze­my­śleć to i owo, nigdy do niej nie zajrzą.

[…]  kraksy przytrafiają się innym. W świecie wy­ści­gów jest porzekadło, które mówi, że ginie się nie od szybkiej jazdy, ale od szybkiego hamowania.

Cormac McCarthy, Stella Maris, przeł. Robert Sudół,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.

*  *  *

Szorujemy po europejskim dnie zaufania społecznego, nad czym socjo­lo­go­wie od lat załamują ręce. Bo nieufność utrudnia wszystko: politykę, dzia­łal­ność społeczną, biznes. W sumie: dlaczego nie miałaby utrudniać jazdy na drogach?

*

Gdy w sobotę 19 listopada 2021 roku obchodziliśmy Światowy Dzień Pa­mię­ci Ofiar Wypadków Drogowych, pewien polityk pędził skodą przez wieś Wiśniewo koło Mławy. Na liczniku miał sto siedem kilometrów na godzinę, choć środek wsi to teren zabudowany, ograniczenie do pięć­dzie­siąt­ki. Spie­szył się z pracy w Warszawie do domu w Sopocie. Zatrzymał go patrol po­li­cji. Tym kierowcą był Donald Tusk. Po zdarzeniu były premier napisał na Twitterze: „Jest przekroczenie przepisu drogowego, jest ka­ra za­trzy­ma­nia pra­wa jazdy na 3 miesiące plus 10 punktów karnych i mandat. Adekwatna. Przyjąłem ją bez dyskusji”. Słowa: „Przepraszam, mogłem kogoś za­bićnajwyraźniej nie zmieściły się w tłicie.

*

Jest jeszcze jeden powód, dla którego miliony Polaków wciąż jeżdżą „szyb­ko, ale bezpiecznie”.
     Informacje o kolejnych wypadkach nie robią już na nas wrażenia, tak jak i przydrożne krzyże – stały się częścią krajobrazu.
     […]  Tak działa ludzki umysł.
     – Gdyby człowiek zakładał, że za każdym razem, jak wsiada do sa­mo­cho­du, naraża się na śmierć, to nikt by nie wsiadał. U osób, które jeżdżą brawurowo, wyłącza się ta część poznawcza mózgu, która odpowiada za strach. Przestajemy myśleć o tym, że dziś na drogach zginie dziesięć osób.
     Jak ktoś jedzie sto dwadzieścia kilometrów w zabudowanym, to wyłącza się u niego myślenie abstrakcyjne, antycypowanie. Wyłącza się między in­ny­mi dlatego, że te osoby nie robią tego pierwszy raz. Robią to po raz set­ny. I setne doświadczenie, po którym nic złego się nie stało, sprawia, że na­bie­ra­ją pewności.

*

Pytanie: w ilu miastach na świecie budowa nowych dróg, nowych pasów ruchu rozwiązała problem korków?
     Odpowiedź: w żadnym. Takie miasto nie istnieje.

*

Zwróćmy przy okazji uwagę na język: buspasy, drogi rowerowe, chodniki to dla kierowców zawsze „zwężanie” ulic. A przecież to nie jest tak, że za­bra­na szoferom jezdnia leży odłogiem. Ta przestrzeń służy dalej, tylko innym użytkownikom. Z perspektywy kierowcy to tylko zwężanie, no bo sa­mo­cho­dy mają węziej – a że ktoś inny ma tym samym szerzej, nie ma znaczenia.

*

To zrównanie samochodu z wolnością zaimportowaliśmy, tak jak cały świat, z USA. […]  slogany reklamowe, które przemysł motoryzacyjny wkła­da nam do głów od lat czterdziestych zeszłego wieku. W reklamach sa­mo­chód nigdy nie stoi w korkach – zawsze sunie piękną, pustą drogą. „Chodzi o wolność na amerykańskiej drodze” – głosił slogan reklamowy Ford Motors Company.

*

W ostatnich dekadach eksperci opublikowali dziesiątki badań po­ka­zu­ją­cych, skąd bierze się to ograniczenie prędkości w miastach. Pieszy ma około czterdziestu–pięćdziesięciu procent szans na przeżycie, jeśli zderzy się z sa­mo­chodem jadącym pięćdziesiąt na godzinę. Dalej ta zależność gwałtownie rośnie, i to nieliniowo. Przy sześćdziesiątce pieszy ma już tylko około pięt­na­stu procent szans na przeżycie. Przy zderzeniu z autem jadącym powyżej setki pieszy szans nie ma żadnych.
     […] 
     Krajowe i światowe badania nie pozostawiają złudzeń. Zmniejszenie śred­niej prędkości na drogach tylko o dziesięć procent zmniejsza liczbę cięż­kich wypadków prawie o jedną trzecią. Znów kłania się fizyka i bio­lo­gia: przy szybszej jeździe skraca się czas na reakcję kierowcy, zwiększa się za to energia kinetyczna zderzenia. Rośnie prawdopodobieństwo wypadku, gor­sze są jego skutki.
     Wystarczy, że wszyscy dojedziemy do celu parę minut później, a ocalimy setki osób rocznie. Odrzucanie ograniczenia do pięć­dzie­się­ciu kilometrów na godzinę w miastach albo mówienie, że „pręd­kość nie jest najważniejsza”, to jak głoszenie haseł: „szczepienia nie działają na pan­de­mię” albo „nie ma ocieplenia klimatu, bo przecież śnieg pada”.

*

Ktoś złośliwy mógłby zauważyć, że jest bardzo prosty spo­sób, żeby ominąć bzdurne mandaty – wystarczy nie ła­mać przepisów.

*

W tych tyradach o pieszych świętych krowach przebija poczucie wyższości, siły, władzy. To opowieść o tym, do kogo należy jezdnia, kto na kogo musi poczekać, kto jest w tym układzie ważniejszy, silniejszy. Mamy tu figurę polskiego kierowcy – egoisty i egocentryka, którego potrzeby są ważniejsze od potrzeb innych. Teraz ja jadę, ja się spieszę, najważniejsze jest, żebym to ja dojechał na czas, pierwszy. Potrzeby innych mogą poczekać, bo przecież ten inny – pieszy – jest słabszy, w podtekście: biedniejszy, gorszy jakiś.
     Kolejny raz społeczeństwo zza samochodowej szyby nie istnieje. Istnieję ja, a ja się nie mogę zatrzymywać. Pieszy najwyżej poczeka.
     Są w tej historii pozory logiki: faktycznie, samochód trudniej zatrzymać niż pieszego. Ale jest też odrzucenie odpowiedzialności. W innych, dalekich krajach z tego, że jadę półtonową maszyną i mogę kogoś zabić, wynikałyby dla mnie obowiązki. W Polsce tylko przywileje, wszak siła jest po mojej stro­nie. W starciu z samochodem pieszy nie ma przecież szans…
     […] 
     Jest jakieś poczucie krzywdy w tych opowieściach o gnębieniu kie­row­ców, w tych nawoływaniach do „złotego środka”, do tego, żeby broń Boże nie faworyzować pieszych. Grupa społeczna, której od trzydziestu lat pod­li­zu­ją się wszystkie kolejne rządy, która dostawała niemal wszystko, co chcia­ła: inwestycje, drogi, niskie kary – drze szaty na najmniejszą próbę normalizacji stosunków. Odbieranie przywileju traktuje jak represje.

*

[…]  wbijają nam do głów: to piesi muszą uważać. A dlaczego kierowcy nie muszą?

*

Akcje typu „Przejdź offline” to część szerszego zjawiska w Polsce, które po­le­ga na dyscyplinowaniu pieszych panoszących się po polskich drogach i prze­rzu­ca­nia na nich odpowiedzialności za wypadki. Choć mamy aż nadto dowodów, że za przytłaczającą większość wypadków odpowiadają kie­row­cy, a jednymi z najniebezpieczniejszych miejsc na polskich drogach są przej­ście dla pieszych i pobocze, zaś jedną z najczęstszych przyczyn wy­pad­ków – najechanie na pieszego.
     To znana polska tradycja. Uaktywniła się zwłaszcza przy okazji wpro­wa­dze­nia nowych, korzystniejszych dla pieszych przepisów.

*

Doświadczenie uczy, że w Polsce sławni ludzie mają nieograniczoną licencję na powodowanie wypadków.

*

     – Ale my nie jesteśmy Danią czy Holandią, a wy tu na siłę robicie Kopen­hagę.
     – To jest bzdura! Jaworzno jest dowodem, że my nie mamy jakiejś innej mentalności. Kopenhaga też kiedyś nie była tą Kopenhagą. W latach sie­dem­dzie­sią­tych to była ruina w stanie upadku, odrapane witryny i gi­gan­tycz­ne ilości samochodów. Aż pojawił się Jan Gehl i powiedział, że da się inaczej.  […]
     – Może ludzie w Polsce chcą stać w korkach.
     – Ludzie nie wiedzą tak naprawdę, czego chcą. Samochody to jest mięk­ki narkotyk. Jak już ludzie wsiądą do tego samochodu, to ciężko so­bie wy­o­bra­zić, że można w inny sposób podróżować po mieście. A my ma­my rozhulaną komunikację miejską. U nas wszyscy jeżdżą autobusami, nie tylko staruszki, żule i młodzież.
     – A jak chcę rozwieźć dzieci do przedszkola, pojechać zakupy zrobić po pracy, jak mam to wszystko zrobić bez samochodu?
     – To proste: trzeba pilnować suburbanizacji, żeby ludzie nie skazywali się na takie problemy. Przedszkola, sklepy powinny być na każdym osiedlu.
     [Tomasz] Tosza przyznaje, że początkowo celem było przede wszystkim odkorkowanie miasta. Bezpieczeństwo pojawiło się przy okazji.
     – Zwęziliśmy ulice i mamy mniejsze korki. Polikwidowaliśmy parkingi i ludzie mają gdzie parkować. Paradoks, co nie? I do tego spadła śmier­tel­ność. U nas wypadki powodują ludzie spoza miasta. Bo jeżdżą jak w Polsce. A nasi mieszkańcy jeżdżą jak w Holandii.

*

     – Większa liczba pasów na całej długości drogi nie ma sensu. Tylko pro­wo­ku­je do szybkiej jazdy, ale nie poprawia szybkości przejazdu. Wręcz prze­ciwnie.
     – Słucham?
     – Ano tak. Przepustowość odcinka robi się na skrzyżowaniu, a nie na prostym odcinku. Ja wiem, że na zdrowy rozsądek wię­cej pa­sów to szybsza jazda, tyle że w przypadku ruchu drogowego zdrowy rozsądek nie działa. Z prostej przyczyny: intuicja służyła nam do tego, żebyśmy przetrwali na sawannie, a nie poruszali się samochodem po mieście.
     Ruch drogowy składa się z samych paradoksów. Największą przepustowość dróg osiągamy, jadąc czterdzieści dwa kilometry na godzinę. […]
     [Tomasz] Tosza nie głosi herezji, tylko trzyma się twardych danych, któ­re dawno temu ustalili inżynierowie ruchu. Jedna z podstawowych za­sad – kierowcy pojadą tak szybko, jak będą mogli sobie na to po­zwolić. Same znaki nic nie dają, a wręcz pogarszają sprawę. Widząc ogra­ni­cze­nie prędkości na szerokiej, prostej drodze, kie­row­ca myśli: „Co za debil ten znak ustawił, przecież tu można jechać szybciej”. W ten sposób kierowca uczy się, by znakom nie ufać. Za to odpowiednio sprofilowaną i zwężoną drogą inżynierowie są mu w stanie znacznie lepiej „zasugerować” daną prędkość.

Bartosz Józefiak, Wszyscy tak jeżdzą,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)

     – Przecież wszyscy się zgadzają na taką sytuację: prze­wo­źni­cy, kierowcy, firmy kurierskie – zauważam.
     – No tak, tylko równość stron jest tutaj mocno dys­ku­syj­na. Kierowca busa ma małe szanse na otrzy­ma­nie umowy o pracę w swoim fachu, zwłaszcza jeśli miesz­ka w mniejszym mieście. Jego siła prze­tar­go­wa jest bardzo mała.
     – A może firm kurierskich nie stać, by zatrudniać kie­rowców na umowy o pracę?
     – Biznes, którego nie stać na zatrudnienie pra­cow­ni­ków, nie powinien funkcjonować. Firmy powinny po­szu­kać innych źródeł dochodu niż obniżanie standardów pracy.

*

Budowana przez stulecia nieufność do władzy zao­wo­co­wa­ła najbardziej nieufnymi szoferami w Europie.
     […] 
     Polakom od stuleci budowa sprawnego państwa nie idzie. Nic więc dziwnego, że przerasta ich tak tytaniczna praca, jak wysłanie autobusu do każdej gminy.
     […] 
     Zmiana przepisów i przebudowa dróg to są sprawy dość proste. Ale czy Polacy potrafią się zmienić?

(tamże)

czwartek, sierpnia 03, 2023

5131. Nieczekariat  //  215/365

uparte. przypomniały się nową upartą i prawdą, którą kryje każda z nich. jeszcze wiele mogą mnie nauczyć, jeśli tylko zechcę.

215/365


fot. Akuszer.

Profesora Saxifraga:
Dzwonek okrągłolistny
łac. Campanula rotundifolia

alternatywny tytuł wpisu:
5131. Zielnik (XLIII)

środa, sierpnia 02, 2023

5130. Czekariat (XLVIII)  //  Panna cotta (XCVII)

Dokładnie dwa tygodnie temu Sadownik przy­wiózł mnie do ula po dwóch dniach w szpi­ta­lu. Wtedy natknęłam się na poniższą kombinację kresek i słów. I popłakałam się.

Z wdzięczności, że Heniutka bliziutko, ma­chając energicznie ogonem i trącając mnie nosem, wiecznym optymizmem na no­wo chciała mnie zarazić.

Z pragnienia żywego, by stanąć na własnych nogach i objąć, i dać się objąć. Zrobić to tak szybko, jak będzie to możliwe.

Dziś wydłubano ze mnie wszystkie szwy. Świętuję ten fakt, gapiąc się na moje naj­większe marzenie, zaklęte w poniższej kresce.


ilustr. Sam Toft.

L’abbraccio può dire molte cose: Mi sei mancato, Ti aspettavo, Ti voglio bene. Oppure resta in silenzio e sarà l’abbraccio stesso a dire: «Io ci sono
// Silvia Nelli

[Przytulas może mówić wiele rzeczy: bra­kowało mi ciebie, cze­ka­łam_em na ciebie, kocham cię. Albo milczy, a sam w sobie swym zaistnieniem może bezgłośnie przy­znać w imieniu przytulających:
     — Jestem tu!*]

_____________
  *  całość w bardzo wolnym tłumaczeniu.

wtorek, sierpnia 01, 2023

5129. Z oazy (CLXV)

Odliczanie literek napoczętych przed mrokiem, dwa. Z kronikarskiego we­wnętrz­ne­go musu zachowania chronologii kończenia książek i potrzeby posiadania zna­czą­cych dla mnie fragmentów pod ręką.

Wszystko, co chciałam przeczytać tego Autora w tym życiu, przeczytałam w przed­ku­dła­tej epoce. Nie ma więc tu ani śladu po książkach, które po bezpośredniej ich czy­tel­ni­czej konsumpcji, zmiotły mnie z powierzchni Ziemi na wiele dni.

Zarówno długie twórcze milczenie Autora, jak i Jego śmierć, nim dwie Jego naj­no­wsze i, jak się okazało, ostatnie powieści ukażą się w polskim przekładzie nie sta­no­wi­ło wy­star­cza­ją­cego powodu, by gnać na spotkanie z tymi historiami. Raz mignęła mi za­jaw­ka. Mignęła drugi, piąty, setny. Hmmm, zaintrygował mnie tytuł.

Zaj­rza­łam do podczytnika. Po przeczytaniu słów Autora: „[o]d pięćdziesięciu lat pla­no­wałem powieść o kobiecie. Nigdy nie będę wystarczająco kompetentny, by ją na­pisać, ale w pewnym momencie trzeba spróbować” byłam nie tylko zaintry­go­wa­na. Gdy okazało się, że główna bohaterka jest matematyczką, a rzecz dzieje się w psy­chia­try­ku, skończyła się dyskusja czytać czy nie czytać, byłam zdecydowana, zrobiłam po prostu klik, klik.

Po wszystkim okazało się, że ta powieść to druga część dyptyku. Zaznaczyłam więc pierwszą do upolowania. Poluję też na wrażenia człowieka, którego zachwyciła ta książka, choć jego kontakt z matematyką skończył się w  szkole średniej. Mnie te matematyczne wtręty zachwyciły równie mocno jak cała reszta powieści. Nie jestem pewna, czy wystarczyło mi intelektu, by docenić wszystkie smaczki, którymi usiana jest ta historia.

Kończąc wybierać cytaty, obśmiałam się, zastanawiając się nad tym, ile znam osób, które wiedzą, o co chodzi w tej wymianie zdań, w której spotykają się teorie psy­cho­lo­giczne z raczkującą w ramach dydaktyki w Polsce w latach dziewięćdziesiątych AI:

Czy myślisz, że twoja relacja z matką może mieć coś wspólnego z tym, co się teraz dzieje?
     Zaserwował pan żart z Elizy.

Żeby sprawa była jasna — nie muszą wiedzieć, ale czy wtedy docenią błyskotliwość tej wymiany? Najprawdopodobniej nie zauważą, tak jak ja z pewnością przegapiłam wiele perełek.

[…]  to, co pachnie zagadką, jest najczęściej źle sformułowaną tezą.

*

Świat, w którym pan żyje, jest zabezpieczony zbiorem porozumień. Czy pan czasem o tym myśli? Przyświeca nam nadzieja, że prawda o świecie w ja­kimś sensie zawiera się w naszym zbiorowym jego przeżywaniu.

*

W świecie są dane dostępne tylko tym, którzy osiągnęli określoną głębię nie­doli. Nie wiemy, co tam się czai na dole, skoro nie byliśmy na dole. Z ko­lei radość nie za bardzo uczy nas wdzięczności.

*

Czujesz gniew?
     Nie wiem. Wiem natomiast, że można dowodzić, że wszelki ludzki smutek jest zakorzeniony w poczuciu niesprawiedliwości. I tylko ten smutek nam zostaje, kiedy gniew się wyczerpie i okaże bezsilny.
     Może napijmy się herbaty?
     Jest aż tak źle?
     Daj mi chwilę.
     Proszę się nie śpieszyć. Przejrzę pańskie notatki.

*

Dotknąłem czułego miejsca?
     A są inne?

*

Jeśli nie ma wyjścia z sytuacji, lepiej siedzieć cicho. Ptaki nie śpiewałyby, gdyby nie umiały latać. Gdy jesteśmy bezbronni, wolimy nie zabierać głosu.
     Zabrzmiało metaforycznie.
     A to tylko biologia.
     W porządku.

*

Inteligencja werbalna zaprowadzi nas tylko do pewnego miejsca. Dalej jest ściana, a jeśli nie rozumiemy liczb, to nawet jej nie dostrzeżemy. Ludzie po drugiej stronie będą się nam wydawać dziwni.

*

Gdy w otaczającej nas rzeczywistości coś się poprzestawia, nieuchronnie poprzestawia się i w nas. Kiedy to do mnie dotarło, było już za późno, aby coś poradzić.

*

Gdybyśmy wejrzeli w zasadę najmniejszego działania, najprawdopodobniej popadlibyśmy w głębokie milczenie.
     Czy równania same w sobie są piękne?
     Nie, jeśli nie wiemy, co znaczą
.
     Czy E = mc2 to przykład piękna?
     Szkoda, że nie może pan tego zobaczyć w kolorze.

*

Dowolna liczba prawd dotąd nam nieznanych wkracza w ludzką sferę dzięki świadectwu jednego człowieka.

*

Zatem czy Bóg jest matematykiem?
     Bóg nie doda dwóch do dwóch. On pracuje tylko z zerem i jedynką. Reszta to my.

*

Kobiety mogą się pochwalić odmienną historią szaleństwa. Od czarów po histerię, zawsze jesteśmy zapowiedzią kłopotów. Wiemy, że kobiety ska­zy­wa­no jako czarownice, bo były psychicznie niestabilne, ale nikt nie wziął pod uwagę liczby – nawet jeśli byłaby niewielka – tych kobiet, które zostały ukamienowane za inteligencję.

*

Matematycy na ogół się zżymają, jeśli daje im się do zrozumienia, że prawdy matematyczne stanowią jakby realność drugiego rzędu.

*

Czy to jest ta twoja strona, którą terapeuci określili jako trudną?
     Można by ich chyba spytać, czego się spodziewali po pacjentce z zabu­rze­nia­mi psychicznymi. Nieważne, koniec końców, właściwie to nie byłam pa­cjen­tką. To ci lekarze byli trudni.

*

Przyrównałaś swoją matematykę do występu magika?
     Tak.
     Ale przecież nie wierzysz, że matematyka to magia?
     Wydaje mi się, że jest magią, jeśli jej nie rozumiemy. W miarę jak dowia­du­je­my się coraz więcej, magii ubywa. […]  Większość ludzi dochodzi do ła­du ze swoimi demonami. Nie wszyscy jednak. Jung opowiada o przy­pad­ku, który zdaje się wskazywać, że nieprawidłowe stany mentalne to nie cho­ro­ba, lecz obrona przed gorszą chorobą. […] [Jung]  musiał wynająć kogoś, żeby napisał za niego egzamin z matematyki na studiach medycznych.

*

W lepsze dni gotowa byłam nawet przyznać, że jesteśmy takimi samymi istotami. Tak wiele tego samego, tak mało tego, czym się różniliśmy. Te same nieprawdopodobne formy. Łokcie. Czaszki. Resztki duszy.

*

Kwękałaś trochę na Junga, ale wydaje mi się, że niewiele powiedzieliśmy o Freudzie.
     Byliśmy freudziutcy i jungliwi.
     Co to?
     Nic. Cytat z Joyce’a. Uważam, że historie przypadków są interesujące.

*

Czy we śnie były liczby?
     Oto jest pytanie, prawda? Nie, nie było. Sen składał się wyłącznie ze zrozumienia.

*

Powiedziałaś, że matematyka to w zasadzie ciężka praca. Ale wciąż nie wiem, jak się należy do niej zabrać.
     No tak. Najpierw trzeba zdjąć buty i skarpetki. Żeby mieć jednoczesny dostęp do systemu dziesiętnego.
     Masz pewność, że ci nie uwierzę?
     A skąd pan wie, że pan nie powinien? Podstawowym pytaniem nie jest, jak my uprawiamy matematykę, ale jak nasza podświadomość ją uprawia. Jak to jest, że w te klocki ona okazuje się ewidentnie lepsza od nas?

*

Czyli podświadomość nie lubi do nas mówić z powodu milionów lat historii pozbawionej języka?
     Tak. Rozwiązuje problemy i jest całkowicie zdolna do podsuwania nam odpowiedzi. Ale nawyki z milionów lat ciężko przezwyciężyć.

*

Głębszym pytaniem – o które się otarliśmy – jest to, że skoro dzieło ma­te­ma­ty­czne w większości dokonuje się w podświadomości, to nadal nie mamy pojęcia, jak podświadomość się do niego zabiera. Możemy spró­bo­wać wyo­bra­zić sobie, że wewnętrzna część umysłu dodaje, odejmuje, mruczy, skreśla i zaczyna od nowa, ale daleko nie zajdziemy. I dlaczego pod­świa­do­mość tak często ma rację? U kogo sprawdza swoje wyniki?

*

Przepraszam, ale chyba nigdy nie zetknąłem się z ujęciem, które dawałoby podświadomości aż tak dużą autonomię. No cóż, ona hasa sobie samopas od dość dawna. Oczywiście jej jedyny dostęp do świata prowadzi przez nasze sensorium. Inaczej mozoliłaby się w ciemności. Jak nasza wątroba. Z powodów historycznych niechętnie z nami rozmawia. Woli dra­mat, me­ta­fo­rę, obrazowość. Ale doskonale nas rozumie. I nie ma niczego innego na względzie prócz nas.

*

Co więc zrozumiałaś?
     W związku z Gödlem?
     W związku z Gödlem.
     Chyba zobaczyłam to, co on widział. Że znalezienie granic systemu jest czymś więcej niż znalezieniem granic. To także znalezienie tego, co leży poza tymi granicami. Tylko że najpierw trzeba znaleźć granice.
     A co leżało poza tymi granicami?
     W tym przypadku było to uświadomienie sobie, że prawdą jest to, co się od dawna podejrzewało. Że matematyka nie ma granic. Że jest nie­wy­czer­pa­na. To już nie ulegało kwestii. A teraz trzeba było usiąść i pomyśleć o wszechświecie.

*

Na ogół śmiejemy się z tego samego. Choć nie zawsze z tego samego powodu.

*

Kiedy po dniach mozołu wszystko nagle ląduje na swoim miejscu, wtedy jakby zagubione zwierzę wyłoniło się z deszczu. W głowie słyszymy: Jest! Słyszymy: A tak się martwiłeś. Nie zajmujemy się rewidowaniem swojego dzieła. Po prostu wiemy. Patrzymy na coś, co jest prawdą. Radosna chwila.

*

Zdaje się, że w zeszłym tygodniu wywołał awanturę na grupie. No, może nie awanturę.
     O co?
     Skarżył się na wszystko, aż w końcu go dopadli i spytali, czego dokładnie chce. To go uciszyło i zaczął się zastanawiać, i wreszcie odpowiedział, że chce być szczęśliwy. Więc znowu go dopadli i powiedzieli: Nie, nie, nie, Leonardzie. Wytyczamy sobie realistyczne cele.

*

Skąd wiedziałaś, że to jest miłość? Jeśli wybaczysz mi mój sceptycyzm.
     A można nie wiedzieć?

*

Mimo to, aby ktoś był naszym przyjacielem, być może musimy móc go do­tknąć. Nie wiem. Nie mam już poglądów na temat rzeczywistości. Dawniej miałam. Pierwszą zasadą świata jest to, że wszystko znika na zawsze. Ży­je­my w fantazji w takiej mierze, w jakiej się z tym nie godzimy.

*

Gdyby ktoś powiedział, że świat zawiera lek na wszystko to, co nas w nim niepokoi, nie uznałabym tego za całkowicie błędne twierdzenie. Ale fun­da­men­tem tego jest przekonanie, że w świecie obowiązuje porządek nieoparty na niekończącym się problemie szamotaniny z jego najnowszą iteracją.

*

Rozmawiamy o śmierci?
     Nie. Tylko o problemie, jak dostać się do świata, którego najbardziej zapragnęliśmy.

*

Podejmujemy decyzję, jednak nagle się okazuje, że czekają kolejne dwie, któ­re należy podjąć, a potem cztery i osiem. Trzeba się przymusić, żeby się za­trzy­mać i cofnąć. Zacząć od nowa. Nie szukamy piękna, szukamy pro­sto­ty. Piękno przychodzi później.

Cormac McCarthy, Stella Maris, przeł. Robert Sudół,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)

Ten plan nazwałam Istnienie.
     Dlaczego Istnienie?
     Bo istnienie ma w sobie aż dwa zaprzeczenia istnienia.

*

Spróbujmy z innej strony.
     Proszę uważać na zakręcie.

*

Czasem trzeba wstrząsającego przeżycia, żeby wyrwać nas z naszych snów.

*

Świat wie, co kochamy.

*

Myślę to, co większość ludzi. Że lekiem jest troska, nie teoria. Dobrem zdobywajmy świat.

*

Nasz czas chyba dobiegł końca.
     Wiem. Proszę wziąć mnie za rękę.
     Wziąć cię za rękę?
     Tak. Chciałabym.
     Dobrze. Dlaczego?
     Bo ludzie tak robią, gdy czekają na koniec czegoś.

(tamże)