kawa. w hamaku. nim oba
studenty pomknęły uczyć się.
rzut oka na ścianę.
słońce już studiowało świat.

Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
kawa. w hamaku. nim oba
studenty pomknęły uczyć się.
rzut oka na ścianę.
słońce już studiowało świat.

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
W tajemnicy utratę dziewictwa z Sadownikiem trzymaliśmy. Traciliśmy razem wtedy w Sukiennicach. Pierwszy raz w naszych osobistych życiach, ale i we wspólnym życiu, widząc pewien „seterek”, wiedzieliśmy, kto musi go mieć!
Ja też bym taki chciała. A wczoraj, okazało się, że Bliźniacza Liczba też by chciała. A obdarowany Chłopiec? Ma ważniejsze rzeczy do zrobienia w życiu. Chłopiec? Nie, Czarodziej, co najsłodsze paluszki na świecie ma.
(fot. Bliźniacza Liczba, fragment)
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Nie ma to, jak pomylić nazwiska. Zobaczyłam okładkę, skojarzyłam z wierszem, który do łez doprowadza mnie za każdym razem. Jak to się stało, że pomyślałam, że to ta sama autorka? Nie mam pojęcia, ale nawet cień wątpliwości nie pojawił się w mej głowie… klik, klik, kupione — na stosik do czytania włożone. Kilka książek wepchnęło się wcześniej bez kolejki. Przyszła jednak chwila, gdy zajrzałam i własnym oczom nie wierzę — czytam katolicką publicystkę.
Na rozdziały dotyczące Jana Pawła II rzuciłam okiem, przebiegłam pobieżnie. Uznanie świętości tego papieża jest dla mnie kpiną i policzkiem wymierzonym Ludziom Afryki, a sam święty ma spokojnie na swoim sumieniu miliony istnień ludzkich. Nie godzi się… Nie zgodzimy się z Autorką w tej kwestii.
Ale poza tym, mądre, wyważone, pełne zrozumienia myślenie i odczuwanie świata. Zgadzam się z wieloma przemyśleniami. Tylko skąd przekonanie, że nie zgodzą się z Autorką ani hierarchowie polskiego kościoła, ani idący po władzę już za chwilę z Bogiem, sprawiedliwością i prawem na ustach?
Dla dobra wiary trzeba strasznie uważać, byśmy nie wybrali do parlamentu zbyt licznego zestawu świętoszków.
*
[…] sprzyjanie inicjatywom, wzrostowi, zmianom — wyrasta z tego, jakim się jest, a zwłaszcza — jak się lubi ludzi, jak lubi się to, kim oni są, i kim mogą się stawać, jak ceni się i szanuje ich tajemnicę. To bardzo wiąże się z długomyślnością, z wyczuciem odległych perspektyw.
*
[…] sięgamy po słowo z naszego ciasnego porządku rzeczy: nie mamy do dyspozycji innych słów, tylko takie właśnie, w oczywisty sposób niepasujące do tego, co chcemy wyrazić. Z konieczności bierzemy słowa takie, jakie mamy, i usiłujemy za ich pomocą wskazać prawdę, która je przerasta.
*
Myślę, że dobrze jest szukać siebie długo, wytrwale, nie poprzestając na pierwszych odkryciach. To nie musi przeszkadzać wyjściu ku innym.
*
Istnieje taki styl katolicyzmu, w którym katolik oddaje swoje sumienie Kościołowi, pod tego rodzaju wychowawczy nadzór, który — przynajmniej pozornie — zwalnia od myślenia nad sprawami etycznymi. Zgodnie z tym myśleniem katolik ma jedynie w porę odwołać się do autorytetu. Myślenie własne ogranicza się do tego, aby zapytać i zrozumieć odpowiedź. Moje przekonanie jest takie, że to nie wystarcza, że to za mało.
*
Nieszczęście zawsze jest tajemnicą i zadaniem.
Halina Bortnowska, Co to, to nie. Myślennik
Haliny Bortnowskiej, Agora, Warszawa 2011.

Usiąść kazał z zamkniętymi oczami. Rękoma oglądała kształt. Nie mogła dotykiem wyczuć koloru. Pozwolił otworzyć oczy. Pod stołem Heniutka. Przy stole Sadownik i Jabłoń. Na stole… Teodora.
— Chciałbym kiedyś zobaczyć twoje zdjęcie zrobione człowiekowi — rozmarzył się kiedyś Sadownik.
Nie robię zdjęć ludziom, bo:
a) nie umiem — i nie nauczysz się, jak nie będziesz robić, powtarza Sadownik od wieków;
b) człowiek, nawet jak siedzi w bezruchu od godziny, to i tak dla mnie porusza się z prędkością kosmiczną — nie zdążyłabym podnieść aparatu do oka, nie dałabym rady wyjąć telefonu — tyle się dzieje na ludzkiej twarzy;
c) wróć! ależ robię, robię, robię! zrobiłam setki fantastycznych zdjęć, na których uchwyciłam dokładnie to, co chciałam, tyle że zdjęcia te wykonałam skupioną uwagą i mam je tylko w pamięci — nie miałam szansy podnieść aparatu do oka, nie zdążyłam odpalić telefonu.
— Kochanie, obiekt fotografowany przeze mnie musi mieć do mnie anielską cierpliwość. Nigdy nie odważę się robić zdjęć ludziom.
*
Mistrz. Jego książka. Rolke. I hamak. I kawa. Tę szczególną konstelację przyjemności skonsumowałam wczoraj, nim Sadownik stanął w progu. Jedno zdjęcie zatrzymało mnie na dużo, dużo dłużej. Gapiłam się jak sroka w kość… zdjęcie człowieka ukochanego… w podobnym stylu… tak… chciałabym kiedyś zrobić. Życie mnie wciąż zaskakuje. Przecież mówiłam, że nigdy, przenigdy.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Zanim spotkałam Jego fotografię, Sadownik pokazał mi Go palcem na pewnym wernisażu. Starszy Pan, ale w Przytulisku On, Jego fotografie i wrażenie, jakie na nas robi On i jego praca, pasja, miłość, ukryte są pod jednym słowem: Rolke.
— Co dzisiaj robisz? — zapytał Sadownik z rana.
— Po superwizji lecę odebrać Rolke.
— A co papier się skończył? — udaje słodkiego ignoranta.
— Do księgarni idę odebrać album. Rolke.
— No, ja nie wiem, w jakim tempie ty zużywasz ten papier!
*
Słyszałam o tym albumie. Przeczytałam również gdzieś o nim. W poniedziałek zapadła decyzja. Zamówiłam. Czekałam. Doczekałam się. Tego też nie można mieć w ibuku.

Tadeusz Rolke, Rolke,
BOSZ, Olszanica 2015.
*
To my wybieramy drogę, czy droga nas prowadzi?
Grzegorz Chlasta w rozmowie z Tadeuszem Rolke
Tadeusz Rolke, (fot. źródło)
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Jechałyśmy pendolino. Ja o tym, że jak książka nie wyszła w ibuku, to nie czytam. Ona, że tę książkę to jednak trzeba mieć w papierze. Nie czekałam. W wielu kwestiach mam do Niej zaufanie. Za dwa dni, licząc od pendolinowej rozmowy, pobiegłam do Wrzenia Świata.
Papieru nie czytam już w tramwajach czy autobusach, bo to niewygodne. Tej książki nie należy czytać w środkach komunikacji miejskiej, bo nie wypada. Miała Gepardzica świętą, świętuchną rację. Tę książkę trzeba mieć. Edytorsko cudowna. Majstersztyk z różową tasiemką. Papier. Czcionka. Światło. Zdjęcia. Cud, po prostu cud.
Czytałam z doskoku. Na hamaku. Często tylko oglądając, gładząc i wzdychając do zmaterializowanej dobrej sztuki wydawania książek. Trwało więc. Ale skończyłam. Zaraz potem pobiegłam do biura Pana Ciasteczko, by przeczytać Sadownikowi ten kawałek — uśmialiśmy się oboje, ciekawe dlaczego:
Mariusz Szczygieł: Mówi się: dziewczyna poznała strasznego chłopaka. Ale chodziła z nim i przez rok tak go obgłaskała, że on robi wszystko, co ona chce… Tak się mówi, pani Haniu.
Hanna Krall: Obgłaskała?
Julianna Jonek: Nikt tak nie mówi!
Student 10: Nikt tak nie mówi, ale tak się dzieje.
*
— Kiedy skończy się remont? [Hanna Krall]
— Nie wiem. Niezmiernie trudno jest powiedzieć, kiedy się skończy coś, co się jeszcze nie zaczęło. [Agnieszka Morawińska]
*
…My widzimy tylko jeden świat.
My widzimy świat ludzi, ale tu, obok nas, może być Bóg, mogą być duchy albo fragment piekła. Może w tej mikrofalowej kuchence cierpi jakiś duch?
…Zwierzęta i duchy nie mają narodowości.
…Czasami chcesz, by duch wszedł, czasami chcesz, by wyszedł. Jak mamy służyć Bogu? Ktoś spytał Konfucjusza. Odpowiedział: — Nie wiecie, jak służyć człowiekowi, a niepokoicie się o służbę Bogu? — Szanuj duchy, ale trzymaj je na dystans — powiedział kiedy indziej.
*
[Wojciech Tochman] Zygmunt?
[Hanna Krall] Postać ze Zdążyć — może pan przeczyta wreszcie tę książkę. Z kim ja tu siedzę!
*
Miałam dość prosty pomysł na pisanie: jedno miejsce, jedno życie jednego człowieka.
*
[Wojciech Tochman] Tadeusz Różewicz pisał: „Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z »tamtego świata«. Czuje pani obecność mamy?
[Hanna Krall] Kiedy się czegoś bałam i kiedy wszystko było nie tak i bez sensu, i mówiłam o tym mojej mamie, mama wygłaszała cztery słowa. Zwyczajne, prościutkie. Śmiesznie tutaj zabrzmią, ale je powtórzę. Mówiła: Haneczko, głowa do góry. Banał, zwyczajność. Ale sobie nadal powtarzam jej głosem, z tą jej sztuczną dzielnością na pokaz: Haneczko! Czy to jest obecność?
Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł, Krall,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

jest czas, który już za mną.
dobrze, niedobrze. zamknięte te i owe drzwi.
jestem byliną jednożyciową — pomyślałam.
życie ulotne, kruche i krótkie. każde.
i ja. ulotna, krucha i długa. jedyna taka.
i Ty. niepowtarzalny. niepowtarzalna.
byliny jednożyciowe. my, wy.
one i oni. nie ma co robić scen.
uczyć się chcę. od kwiatów.
bylina… przed oczami zobaczyłam nagietki.
tegoroczne już prawie umarły.
___________
autor(ka) wykorzystanego fragmentu fotki nieznan(a/y),
stąd brak podpisu.
spotkałam rano pod prysznicem myśl:
człowiek jest
istotą społeczną,
nie stadną.
kropka. amen. kapito.
zdaje się, że politycy wszelkich opcji, maści i proweniencji liczą na to, że tak nie jest.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Tradycyjnie już chyba. Polazłam na premierę filmu. Chemia. Noooo. Dawno się tak nie wkurwiłam w kinie. To fantastyczny film dla mężczyzn, którzy nie lubią kobiet — dzięki temu obrazowi znienawidzą je do końca.
To film o ekstremalnym egoizmie obleczonym w kobiece ciało. Egoizmie, który bardzo sprawnie można usprawiedliwić chorobą.
…jesteś dorosły, kurwa!
to nie znaczy, że wszechmogący…
*
…jak wygląda martwa natura z życiem w środku?
*
kobieta bez piersi jest…
[on:] …jak żaba bez roweru…
[ona:] …jak kościół bez diabła…
*
— Nie boisz się?
— Nie.
— Zazdroszczę ludziom bez wyobraźni.
*
— Nie bój się. Kochaj!
— Kochasz?
—Kocham.
Chemia, 2015.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
— To niesamowite — powiedział Sadownik — że można pochodzić z pełnej rodziny, a mimo to być sierotą.
— Może dlatego jestem terapeutką? — zapytała i zaśmiała się, mając pewność, że to zbyt duże uproszczenie.
*
Moc relacji wyznacza najmniej zaangażowany
w tę relację człowiek.
Uświadomił mi w środę Akuszer.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wróciliśmy fizycznie do domu, do naszego życia w niedzielę. Ale inne wymiary nas zwykle wracają trochę dłużej. Heniutka wróciła w całości dopiero w środę, gdy po raz pierwszy na swoim posłaniu wywaliła się kołami do góry. Ja wróciłam na dobre dopiero dziś. Poczułam to, gdy w tramwaju, czytając, poryczałam się ze wzruszenia.
Odpowiedzialnością za wskazanie mi palcem tej książki ponosi Duet: Gepardzica i Smoku, Smoku i Gepardzica. I niech to! Mają smykałkę do wyboru literek. Dziękuję!
Książka. Chuda. Na ząb. Na chwilę. Ale doskonała!
Niewiele jest spraw na tyle istotnych, by uzasadniały brak skupienia na tym, co się robi. Ktoś, kto rzuca wszystko, aby otworzyć list, okazuje brak szacunku do siebie i do swojej pracy.
*
— Powiedz mi, sufi, czy warto poświęcić życie grze na bębnach?
Mistrz spojrzał na twarz grajka, który był już starym człowiekiem.
— Jeśli tylko ma się do tego powołanie, to na pewno tak — powiedział.
— Ale jak się tego dowiedzieć?
— Trzeba zacząć grać. To jedyny sposób.
— A czy ty, mistrzu, masz powołanie do gry na bębnach?
— Nie wiem, nigdy tego nie próbowałem.
— Dlaczego? — dopytywał chłopiec.
— Próbowałem innych rzeczy i okazało się, że mam do nich powołanie.
— To skąd wiesz, że nie zmarnowałeś życia? Być może wcale nie robisz tego, co dla ciebie najlepsze?
— Być może — odparł sufi. — Ale nie można spróbować wszystkiego.
*
— […] Cała moja rodzina zginęła. Z domu zostały zgliszcza. Sklep splądrowano. Nie mam nic. Został mi tylko pies, który przypadkiem się uratował. Co mam robić?
Sufi popatrzył ze współczuciem na nieszczęśnika i powiedział:
— Zadbaj o psa. Daj mu jeść i pić, weź go na spacer.
Marek Kochan, Turban Mistrza Mansura.
Opowieści sufickie dla mówców i przywódców,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2014.

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Tknęło mnie jakiś czas temu. Dobra jestem w arytmetyce. Skutek nie kazał na siebie długo czekać. Pomyślało mi się tak: jeśli ostatnimi czasy czytam średnio czterdzieści książek na rok i jeśli, bardzo zgrubnie zakładając, każdą z książek czytam tydzień, to… co ja do cholery robię przez kilkanaście pozostałych tygodni w roku?!?
Mniej więcej czterdzieści, blog nie kłamie, no może ciut więcej, bo zawodowe. Pytanie pozostaje: gdzie pozostałe kilkanaście tygodni, bo przecież czasem i dwie, trzy książki w tygodniu się trafią.
Ze skruchą stwierdziłam, że tę książkę czytałam prawie dwa tygodnie, bo zwyczajnie nie było kiedy. Warta grzechu i zdecydowanie do polecenia jako diagnoza politycznego cyrku, w którym przyjdzie nam, obywatelom europejskiego kraju, wybierać w wyborach powszechnych między dżumą i cholerą. To książka o duchu czasów, który przesiąka ludzkie myślenie. Nie przeskoczymy, ale poddawać się nie należy, nawet jeśli każdy czas i każdy kraj ma swojego Eugène'a.
Biali potrzebowali go [Eugène’a Terre’Blanche’a], by brał na siebie ich uprzedzenia, także te najgłębiej skrywane, usprawiedliwiał je, zdejmował z nich piętno wstydu i zła, uwalniał od poczucia winy i strachu przed osamotnieniem. Ale najwyraźniej potrzebowali go też czarni, a przynajmniej ci, którzy w imieniu czarnych i z ich wyboru sprawowali w miasteczku władzę. Każdym swoim uczynkiem, każdym słowem, a nawet samym istnieniem służył im za rozgrzeszenie błędów, opieszałości i zaniechań. I wygodną wymówkę dla ich niechęci, by wprowadzać wielką zmianę, którą obiecywali.
*
[...] nic trwałego nie można zbudować w pośpiechu, idąc na skróty. I że zmiana, ta prawdziwa, ta, która naprawdę się liczy, zaczyna się w samym człowieku, w jego sercu i głowie, że samemu trzeba jej chcieć i być na nią gotowym, a nie czekać, że dokona się za sprawą innych ludzi i zdarzeń, na które nie ma się wpływu.
*
Nie da się zmienić w okamgnieniu czegoś, co powstawało przez całe wieki. Czasami można zniszczyć, ale nie zmienić.
Wojciech Jagielski, Wypalanie traw,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Jak napisać o olśnieniu, w którego jasnym świetle jestem sobie ze sobą od niedzieli wieczór? No jak? Nie wiem. Próbuję ignorować to pytanie trzeci dzień, a ono i tak z uporem maniaka chodzi mi po głowie. Mogę tylko spróbować nazwać słowami nienazywalne. Być może próba użycia słów będzie przypominać rzucanie się z motyką na słońce. A niech tam.
Gdy dwa tygodnie temu z małym hakiem odwieźliśmy Heniutkę na psie wakacje, wracając do domu nie przyznałam się Sadownikowi, że w środku mam niepokój, „nerw” jakiś dziwny. Był, choć doskonale wiedział, że nie ma prawa go być — to nie były pierwsze psie wakacje Kudłatej w chatce na psio-kocich łapkach, u Altówek, do których mamy niebywałe zaufanie nie tylko w psich sprawach. Niepokój i „nerw” był. Kwoka jestem nie matka, pomyślałam.
Trzymało mnie dobry tydzień. Gdy odbieraliśmy kudłatą wczasowiczkę, nie zdziwiło mnie, gdy Altówka powiedziała, że pierwsze kilka dni Heniutek był poddenerwowany. Podobnie jak całe żywe stworzenie małe i duże. Narodzinom — powiedziała Altówka — nowego pokolenia zawsze towarzyszy napięcie i kto żyw je wyczuwa.
Gdy całym Stadem wracaliśmy do domu, olśniło mnie, że dzietność konfrontuje nas z pierwotnym lękiem o życie, strachem przed śmiercią — stawia nas wobec fundamentalnych egzystencjalnych pytań. Każdego dnia konfrontuje nas z nieoczywistością i delikatnością życia. Należy dodać, że głupim jest ten, kto myśli, że bezdzietność tego nie robi.
Takiej lekcji udzieliła mi kudłata Mama ośmiorga wspaniałych ogażątek. Chylę czoła przed Tropką. Dziękuję.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wracaliśmy. W niedzielę. Do domu. Do siebie. Po drodze Sukę z psiego urlopu odebrać. Gnani tęsknotą za prostymi, samodzielnie przyrządzanymi potrawami, za naszą kawą podawaną wprost do hamaka. Włączyliśmy radio.
Usłyszałam o książce, którą bardzo chcę przeczytać, nawet jeśli okaże się, że wyjdzie tylko w papierze. Dowiedziałam się, że książka ta potrzebuje wsparcia. Moje już ma.

(źródło)
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Dawno temu Onemu zapomniał i zostawił w ciasance swoje płyty U2. Chwilę po tym, gdy Sadownik o tym się dowiedział, postanowiliśmy skorzystać z okazji i podelektować się Bono. Ku naszemu zdziwieniu znajdujący się w sidiku krążek miał z U2 tyle wspólnego, co nasze wakacje z Afryką. Było tam kilka folderów, w każdym z nich po kilkanaście piosenek z naszej młodości. Straszny kicz, coś z gatunku muzyki zwanej pościelówą, nic wymagającego, ale prawda jest taka, że z każdą piosenką słodycz lała się przez głośniki wprost do naszych uszu — uruchamiały się niewinne części nas, budziły się wspomnienia. Późniejsze śledztwo wykazało, że krążek skompilował Bajkowy Basista i też zapomniał zabrać, ale finalnie w dobroci swego serca pozostawił go na wyposażeniu stałym ciasanki.
Wszystko to byłoby kompletnie bez znaczenia, bo co komu po tym, że kilka piosenek jest od czasu do czasu przeze mnie zarzynanych, m. in. piosenka stanowiąca oprawę delfina Umuma, którego nigdy w przedszkolu nie mogłam obejrzeć do końca, bo leciał wtedy, gdy ja szłam do domu, ale, ale… jest to historia o tym, jak przypadek zamienił się w działanie z premedytacją.
Na tym sidiku jest również piosenka, której wykonawcy nie znałam, ale której klimat — aż wstyd — porywa mnie do dziś… W niedzielę o 7.00 byliśmy w samochodzie w drodze do Wrocławia. Zaczynaliśmy jeden jedyny, ostatni dzień wolnego, zanim ruszymy w akademickość i studenckość. Pierwsze słowa piosenki świetnie oddawały intensywność przeżytych przez nas dni:
…now the party is over, I’m so tired,
then I see you coming out of nowhere…
Zanim oddaliśmy się randkowaniu na całego, po tekście znalazłam wykonawcę i utwór na sieci. Hmmm, pomyślałam… Avalon… i przeczytałam… mityczny celtycki raj, kraina zmarłych lub Ziemia Kobiet, ale też Wyspa Jabłek lub Wyspa Jabłoni. Zdziwiona? — zapytałam samą siebie w duchu.
Wciąż piłuję tę piosenkę. Postanowiłam ją tu upuścić, będzie mi albo łatwiej do niej dotrzeć, gdy mknę ulicach stolicy, albo się od niej odczepię. Póki co, przy kolejnych taktach rzeźbię raport roczny mojego studiowania.
Roxy Music, Avalon.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Pierwszy raz byliśmy z Sadownikiem razem w pracy. Mnie obowiązuje tajemnica, ale dwa komentarze podczas inauguracji wystawy zdjęć Sadownika warte są odnotowania ku pamięci:
…to nie może być pośladek,
przecież jesteśmy w Domu Kultury…
…hmmm, niech sobie przypomnę,
gdzie mam coś takiego…
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Nie jestem mocna w kategorii video, ale Daniela Rumiancewa obejrzałam od pierwszej do ostatniej sekundy z rozdziawionym pysiem.
Radości nie było końca, gdy wspominając wczorajszą kulturę znalazłam właśnie to konkretne video i opis. Wrażliwi, widzący absurdy mężczyźni. Tak, poproszę!

(fot. Sadownik)

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Na dzień dobry, na samym wejściu po podbiciu biletów, na pierwsze danie Proszona kolacja Judy Chicago (ur. 1939). I myśl: jak ja bym chciała by ten, tamta, ów i owa byli tu ze mną. Na szczęście najważniejszy w moim życiu Człowiek był obok. Zna mnie, ja musiałam to zobaczyć.
Namiastka. Na tęsknotę. Na wspomnienie. Znaleziona!
Na leczenie z pomysłu, że pierwszą ważną była dopiero Francuska ;) Maria Skłodowska Curie, jeśli macie pod ręką chorych na tę przypadłość.
Judy Chicago, The Dinner Party.
Wśród zaproszonych do stołu są, obecne od jakiegoś czasu na tym blogu, Georgia O'Keeffe i Virginia Woolf.

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Gdy wrócił w czerwcu z Krakowa, powiedział tylko: musisz to zobaczyć. Był plan, że może na rocznicę ślubu pojedziemy tam razem. Był plan, że może w sierpniu wyrwiemy Panu Ciasteczko ze dwa pracownicze dni. Działo się, więc owe plany siłą rzeczy zsunęły się bezszelestnie na drugi, trzeci plan.
Miał rację. Musiałam to zobaczyć. Wczoraj byliśmy na wystawie Gender w sztuce. Giender to nie wymysł zgniłego moralnie Zachodu, jak chciałoby wielu, to wielowiekowy fakt. Emancypacja kobiet trwa ponad sto lat. Emancypacja mężczyzn? Poczekamy?
A jeśli mamy tylko jedno życie, dlaczego nie moglibyśmy wszyscy przeżyć go, jak chcemy?

Marzę o emancypacji ludzi. By stwierdzenia typu chciała, nie mogła; mógł, nie chciał; mogła, nie chciała; chciał, nie mógł były tylko coraz bardziej odległą, niepojmowaną już przez nas wcale, historią.

fot. fragmentów pracy Jadwigi Sawickiej (ur. 1959)

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Policzyłam. To będzie nasz czwarty tydzień na walizkach. Tym razem szczytny cel. Ruszamy z Sadownikiem w Polskę. Świętować!
*

— W naszej szkole są ludzie z niezwykłym potencjałem, posiadający wiele talentów. Chcemy się podzielić doświadczeniem i wiedzą ze wszystkimi chętnymi – mówi Michał Duda, psychoterapeuta POP i współzałożyciel Instytutu Psychologii Procesu. — W tym roku w ramach festiwalu odbędzie się ponad 200 spotkań w całej Polsce i we Francji. Zapraszamy również na imprezy towarzyszące, wystawy fotograficzne i malarskie — dodaje.
Festiwal POP Kreacje to znakomita okazja, by doświadczyć w praktyce tej metody w różnych jej zastosowaniach. Sporo osób, które po raz pierwszy zetknęły się z psychologią procesu na festiwalach w ubiegłych latach, pracuje do dzisiaj z tą metodą. Festiwal zgromadził przez lata grupę stałych bywalców, publiczności, dla której udział w nim jest po prostu przyjemnością samą w sobie.
— Dla wielu uczestników festiwal POP Kreacje to okazja, by w ciekawy sposób spędzić popołudnie czy wieczór, przy okazji dowiedzieć się czegoś nowego o sobie. Osoby te co roku chętnie wracają, z każdą edycją jest ich coraz więcej – podkreśla Michał Duda.
Z materiałów Biura Prasowego festiwalu POP Kreacje.
(wyróżnienie oryginalne)
To pewnie było do przewidzenia. Cztery noce z dwoma Wiedźmami w tym samym pokoju musiały zrobić swoje. Choć walec poznania, czyli własne doświadczenia podczas warsztatu, rozjeżdżał nas skutecznie i tylko dzięki niemu, nie zagadałyśmy się na śmierć, to jednak dopadły mnie te Wiedźmy któregoś wieczoru.
Ja im o pewnej trudności, a one, dawaj mi oczy otwierać, niuanse tłumaczyć. Lekarstwo przepisały. Spożyłam wczoraj w towarzystwie Sadownika. To był film. Płakałam ze śmiechu. A gdy skończyłam, pomyślałam, nie po raz pierwszy, że mam szczęście do Ludzi. To się nazywa Fart przez wielkie ‘F’!
Dzień Świstaka, 1993.
Nie pijmy za zdrowie, ci na Titanicu je mieli,
Nie pijmy za bogactwo, ci na Titanicu byli bogaci,
Wypijmy za farta!
(Smoku i Gepardzica przypomnieli sobie ten toast,
zaznajomili mnie z nim przy pysznym ciachu w Sopocie)
Sadownik & Jabłoń:
(znani są sobie z tego, że uwielbiają ze sobą rozmawiać)
Jabłoń:
(po przebudzeniu i przytuleniu się do Maga)
Czy ja dobrze zrozumiałam z wczorajszej rozmowy,
że jestem Twoją strefą erogenną?
Sadownik:
Taaak!
Jabłoń:
Czyli co rano mogę mówić:
Dzień dobry kochanie, wita cię twoja zona!
(chichra)
Sadownik:
(też chichra)
Jaka się od tego wyszczekana zrobiłaś?
Jabłoń:
Języki to podstawa! Tak kiedyś mi mówili.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Sama nie wiem, jak to się stało. Staliśmy się z Sadownikiem chwilowymi stałymi bywalcami kina. Film Żyć, nie umierać widzieliśmy w dniu premiery. Karbalę dwa dni po premierze tylko dlatego, że wcześniej nie znajdowaliśmy się w tym samym mieście. Dwa dni później w towarzystwie Bliźniaczej Liczby Do utraty sił, a wczoraj, gdy stolica gościła ostatni wieczór Bliźniaczą, popędziliśmy trójką na Młodość, która pozostawiła nas w odmiennym stanie do dziś i pewnie to potrwa jakiś czas jeszcze. O każdym z tych obrazów mogę dyskutować z zawiedzionymi… do utraty tchu. Poruszają, zmieniają, zostają w pamięci.
Pozwól jej przeżywać swoje sprawy.
*
Spróbuj zrobić to wolniej.
*
Wyluzuj, nie nauczysz się wszystkiego w jeden dzień.
Do utraty sił, 2015.
Emocje to wszystko co mamy.
Młodość, 2015.
Nie zgadzam się! Radykalnie, fundamentalnie, całą sobą! Powiedziałabym z fundamentalistyczną pewnością:
Uczucia to wszystko co mamy.
* * *
Ów odmienny stan przypomniał mi, że na urlopie dowiedziałam się o śmierci Olivera Sacksa. Od kilku miesięcy po raz n-ty wracałam i czytałam jego książki, wiedząc że jego życie powoli dopełnia się. Uwielbiam Jego wrażliwość. Nie ma go już, ale jest!
Tam, gdzie przedtem niczego nie było, czy nie było niczego sensownego, coś nagle „spada z nieba”. „Na początku był impuls”. Nie czyn, nie odruch, ale impuls, który jest od nich i bardziej oczywisty, i bardziej tajemniczy…
Oliver Sacks, Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem,
Wydawnictwo Zysk i S-ka Warszawa 1996.
We [Oliver Sacks & Billy Hayes] sometimes read our works in progress to each other, but mostly, like any other couple, we talk about what we are reading, we watch old movies on television, we watch the sunset together or share sandwiches for lunch. We have a tranquil, many-dimensional sharing of lives—a great and unexpected gift in my old age, after a lifetime of keeping at a distance.
Oliver Sacks, On the Move. A Life,
Picador, London 2015.
(fot. źródło)
The Piano Guys, Home.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Są zdjęcia. Nie moje. Nie Sadownika. Kudłate. Poruszają najgłębszą istotę mojego „ja”. I chcę je tu — bardzo, bardzo — pod ręką mieć. Ostatnie takie, sprawdziłam, wciąż ze mną rezonuje.
Zwykle te zdjęcia robią ludzie, których nigdy nie spotkałam, nie znam. Nie tą „razą”, bo… Altówka!

(fot. Altówka)
Zgodnie z planem.
Smoku odebrał Wiedźmy Trzy.
Wracali…
Robert Plant, Big Log.
Pyszny obiadek razem zjedli.
Wracali…
*
Smoku:
(z wdziękiem, ale dynamicznie ujeżdża konie mechaniczne)
Gepardzica:
(z pewną nutą prośby o mniejszą dynamikę)
Smoku, wieziesz trzy skarby, z czego tylko jeden jest twój.
Bliźniacza Liczba:
(z refleksem godnym pozazdroszczenia)
Dwa pozostałe nie są do zakopania.
Jabłoń:
(zdążyła tylko obśmiać się serdecznie i szybciutko zanotować,
a gdy rozpadało się, pyknęła zdjątko)

Nie można zrobić więcej niż można.
*
Żeby zostawić,
trzeba wiedzieć,
co się zostawia.

Nie można przyjąć krytyki,
jeśli zakwestionowana jest
nasza podstawowa dobroć.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Podkusiło mnie w czasie urlopu zajrzeć do polskiego świata. List do bezdzietnego leminga przeczytać. I zasmucić się, że nie bierze mnie to wcale — nie rani, nie dotyka, wręcz bawi i śmieszy trochę. Przeczytałam. Takiej ilości pogardy w literkach nie widziałam, jak żyję. Terlikowska do czasu wspomnianej pisemnej wypowiedzi była dla mnie tylko żoną swego męża. Ten list sprawił, że stała się mitomanką.
Ale, ale… pewien nie znoszący sprzeciwu ton dotyczący odbioru rzeczywistości, który towarzyszy twórczości Terlikowskich, sprawił, że postanowiłam krok w stronę poznania boga zrobić. Pyk, pyk. Klik, klik. Potwierdzić przelew esemesem. I na kundlu miałam książkę. Książkę niebywałą. Najlepszą, jaką czytałam w tym roku. Jest to pisana z mądrością i miłością rozmowa o miłości i mądrości, czyli o Bogu właśnie.
[St. Obirek] Czy udało nam się uchylić rąbka tajemnicy istnienia? Zapewne nie, ale chyba potrafiliśmy zadawać pytania bez obawy o ich konsekwencje, bez lęku o sankcje instancji niechętnych niezależnemu myśleniu.
*
[Z. Bauman] Wszystko co twórcze w ludzkiej egzystencji, twórcze swego przyrodzenia i nieodwracalnej natury, ma swe źródło w ludzkiej różnorodności. I to nie różnorodność ludzka obraca się w bratobójcze masakry, lecz niezgoda na nią i zamiar postawienia za wszelką cenę na swoim. Warunkiem przedwstępnym pokoju, solidarności i życzliwej między ludźmi współpracy jest, zgoda na wielość sposobów bycia człowiekiem i gotowość do przyjęcia modelu współżycia, jakiego ta wielość wymaga.
*
[St. Obirek] […] zarówno judaizm, jak i chrześcijaństwo to konstrukcje ideologiczne stworzone w celu zaspokojenia pewnych potrzeb. Czy były to potrzeby religijne, nie jestem pewien…
*
[St. Obirek] […] to jednak nie stadny instynkt, ale samotne zmaganie stanowi o sensie mego bytowania.
*
[St. Obirek] Cud dziejący się tam, gdzie jesteśmy w stanie go zobaczyć, albo stający się wtedy, gdy potrafimy go przyjąć? W każdym razie opisany przez Ciebie [Z. Baumana] rodzaj obecności sprawia, że nadal żyjemy z tymi, którzy odeszli. Odeszli wcale nie bezpowrotnie. Oni po prostu są. Pozwalają patrzeć na świat swoimi oczyma i w ten sposób umożliwiają jego przemianę. Krótko mówiąc, czynią go mniej groźnym, a na pewno mniej pustym.
*
[Z. Bauman] Że wspomnę credo Camusa: jest piękno i są ludzie pogrążeni w niedoli — pozwól mi, Boże, dochować wierności temu pierwszemu o tym drugim…
*
[St. Obirek] Shoshana, gdy dzielę się z nią tymi lękami, nieodmiennie pyta: „Skoro w religii dostrzegasz źródło zła, a już na pewno nie spodziewasz się po niej ratunku, to w co ty właściwie wierzysz?”. Dla niej sprawa wydaje się prosta. Jest obdarzona łaską niewiary i przynajmniej pozbawiona złudzeń. A ja? Gdy mnie tak pyta, próbuję nieśmiało odpowiadać, że jednak wierzę w Opatrzność, która pozwoliła mi właśnie ją, Shoshanę, spotkać, i że wierzę, iż takie bycie razem i wiara w możliwość życia w tym świecie jest jednak darem, który oboje otrzymaliśmy. Więc może tak do końca nie zostaliśmy wysadzeni z siodła, może nie tylko odziedziczyliśmy świat, ale jakoś go posiadamy i potrafimy go na miarę naszych zdolności zmieniać. A jeśli nie zmieniać, to przynajmniej starać się, by nie przestał być choć trochę naszym, ludzkim światem…
*
[Z. Bauman] […] pokusa kusi: a mianowicie kusi, jak wykłada Lévinas, tym, że jej momentem wolności. Momentem między wyważeniem jednych drzwi, a zatrzaśnięciem drugich. Życie bez pokus równa się zniewoleniu — jest rutyną bez perspektywy, zastojem, inercją środowiska i własnym bezwładem czy bezsiłą. Życie po poddaniu się pokusie też okazuje się życiem zniewolonym — tyle że do tej prawdy dopiero dojść musimy, a odkrywamy jej mądrość zazwyczaj po szkodzie… Tylko stan pokusy jest momentem — krótkotrwałym i łatwym do przeoczenia albo błędnego odczytania — wolności. Możliwość wyboru jeszcze żywa, drzwi otwarte na oścież. Klamka jeszcze nie zapadła, ale za chwilę, gdy pokusie ulegnę, zapadnie…
*
[Z. Bauman] […] ów moment zawieszenia, chwila niedokończenia, niedookreślenia i niezdeterminowania, prześwit wolności w szparze zniewolonego bytu, kiedy to nic jeszcze nie zostało zaklepane na amen, a wszystko, czy choćby nie wszystko, lecz nie nieskończenie, zdawałoby się, wiele, pozostaje wciąż możliwe do dokonania; a więc, summa summarum, jest szans objawienia się odpowiedzialności kiedy indziej chowanej tchórzliwie pod maską konieczności.
Zygmunt Bauman, Stanisław Obirek, O Bogu i Człowieku. Rozmowy,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Matka pewna sąsiadowała z przestrzenią mego urlopowego życia. A cio to? A cio to? Brum, brum, brum. Trzy dni. Skuteczna aż nadto w infantylizowaniu swojego męża i w przeszkadzaniu własnemu dziecku, by przypadkiem nie interesowało się światem na swój sposób. Pomaluj, zamaluj tak i tak. A cio to? A cio to? Brum, brum, brum. I nagle wrzask. NIE!
Historia powtórzona kilkakrotnie, gdzie kilkakrotnie, to mało powiedziane. Będąc wrzuconym w to świadkiem, zdałam sobie sprawę, że choć rodzic–dziecko jest pewnym układem sił, polem ogromnej obustronnej miłości, to jednak jest tylko potencjałem relacji, a nie relacją. Relacja wymaga istnienia równoprawnych partnerów. Każde autorytarne — choćby nie wiem jak słuszne — NIE! zawiesza relację na kołku, odkłada ją na bok, nie liczy się z niczym. Nie ma relacji, są rządy. Chwilowe, osobiste olśnienie, mała teoria chwili mnie dopadła: dlaczego każda terapia wcześniej czy później, na chwilę lub dłużej dotyczy rodziców, dzieci? Bo tęsknimy za tym, by ten potencjał relacyjny stał się relacją. Nie dzieje się tak z automatu, bo matka, bo dziecko, bo należy i trzeba. Relacji nie buduje się z urzędu. Relacja z rodzicem wymaga dorosłego dziecka… relacja z dzieckiem wymaga dorosłego rodzica… nieoczywiste to i rzadkie, czasem niemożliwe na tym świecie, ale potencjał tkwi w nas wszystkich zawsze.
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Weszła na pocztę. Pobrała numerek. Przeczytała znajdującą się na nim informację: przed nią było dwadzieścia siedem osób, a przybliżony czas oczekiwania wynosił pięćdziesiąt dziewięć minut. Gdy na wyświetlaczu pojawił się numer 621 — przed nią było już tylko dwudziestu sześciu ludzi — ruszyła do właściwego okienka. Zderzyła się tam z osobą trzymającą w dłoni kwitek z numerem 621. Wypowiedziała magiczną sekwencję słów. I została obsłużona poza kolejnością.
Wieczorem razem z ukochanym poszli do kina. Miała zrobioną rezerwację biletów. Zdążą je odebrać, kupić popcorn i colę, starczy im jeszcze czasu, by obgadać kwestię przyjęcia, które organizują za miesiąc — tak myślała — ale rzeczywistość skonfrontowała ją z długą kolejką tych, co chcieli odebrać zarezerwowane przez siebie bilety. Czas biegł nieubłaganie. Za trzy minuty ich rezerwacja wygaśnie — pomyślała i nie zastanawiając się zbyt wiele, podeszła do okienka. Wypowiedziała magiczną sekwencję słów. Ludzie tworzący ogonek wzburzyli się nieco, że ktoś, że z boku, że bez kolejki. Wypowiedziała magiczne słowa na głos. Odebrała bilety, kupili popcorn i colę, weszli na salę, obejrzeli film.
Poranna wizyta u lekarza wydawała się być już prehistorią świata niejednego, relacji wielu, nieskończonej ilości pragnień. To wszystko stało się daleką przeszłością. Z każdą godziną Ewa była bardziej w ciąży.
Ewa jest fikcyjna, ale jednocześnie nie wymyślona — powstała ze złożenia wielu kobiet, kilku historii. Opowiastka ta ożyła w mej głowie, gdy jeden mężczyzna drugiemu mężczyźnie w bardzo męskiej rozmowie doniósł: no wiesz… jest coraz bardziej w ciąży.
Spisanie tej opowiastki zajęło mi kilkadziesiąt dni. Wylęgała się we mnie. Już wiem, dlaczego to tyle trwało. Jest uniwersalna — każdy neofita na początku swej drogi przegina. Przerysowanie, przesada, pewien świr ułatwiają nam wejście w nową rolę, pozwalają nam rozpocząć psychiczne moszczenie sobie swojego miejsca w tej roli. Niech kamieniem rzuci ten, co nie ześwirował choć na chwilę na początku stawania się kimś innym, kimś jeszcze, kimś niepoznanym jeszcze dla samego siebie. Ktoś nie był choć przez chwilę oszołomem?
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Dwie Wiedźmy*:
(w niedzielę w pendolino dyskutują, dzielą się spostrzeżeniami,
drugą dobę kłapią dziobami prawie non stop)
Jedna Wiedźma do Drugiej:
Musimy nauczyć się razem spać!
(niech pozostanie tajemnicą znaczenie tych słów)
Dwie Wiedźmy:
(ryknęły śmiechem)
Anna Maria Jopek, I pozostanie tajemnicą.
*
Trzecia Wiedźma… wylądowała wczoraj na Okęciu. Świętujemy! Jutro Sadownik wywiezie Wiedźmy w świat… W niedzielę odbierze je Smoku, ale to już będą całkiem i n n e Wiedźmy.
_____________
* Wiedźma = Ta co wie! :)
wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Jak co roku — niepowtarzalny patchwork wrażeń. Zapisałam kilka zdań prelegentów. Zatrzymałam kilka własnych wrażeń i słów, które mnie dopadły. Nie podejrzewałam, że tyle może wydarzyć się w środku człowieka, gdy siedzi on grzecznie na krzesełku. Ale nim to wszystko stało się faktem, wysiadłam z SKM-ki i…

*
Bogactwo to nie stan posiadania, lecz postawa
i nastawienie wobec siebie, innych, świata i życia.
*
Jeśli mówisz o tym, co cię dręczy,
to jest to świetny sposób na zdrowienie.
*
Wszystkiemu, co się dzieje,
towarzyszy reakcja w ciele.
*
Szanuj swoje progi i ograniczenia.
Uznaj swoje bieżące doświadczenie za ważne.
Opowiedz swoją historię.
*
Takiej puenty nie spodziewałam się. W zasadzie nie oczekiwałam żadnej, ale zanim wsiadłam do pendolino, spytałam pewną młodą osobę, czy mogę sfotografować jej plecy. Pozwoliła mi…

wpis przeniesiony 16.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Gdy wczoraj rano wracałam z urlopu, płakałam. Z wielu powodów. Ukryty, nawet przede mną, plan okazał się być taki: w czasie urlopu wrócę do zdrowia. Jest lepiej, ale nie tak, jak ów tajny plan zakładał. Olśniło mnie dopiero dziś rano...
*
Znajdź w sobie miejsce ciszy.
Uszanuj je. Pobądź w nim. Pokłoń się mu.
Wracaj do niego. Z uporem maniaka. Zawsze.
*
Tylko z tego miejsca mogę wyzdrowieć. Odetchnęłam. Zrozumiałam coś ważnego na swój temat. Zrozumiałam… w moim miejscu ciszy.
wpis przeniesiony 15.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Przed urlopem weszliśmy z Sadownikiem do księgarni analogowej. Wzięłam papierową wersję do ręki — wyszła w wersji pocket, papier dno, czcionka dno, interlinia fatalna, marginesów w zasadzie brak. Niech jakiś wielbiciel papieru mnie przekona, że ta książka w papierze jest czymś lepszym niż jej wersja elektroniczna. Niech chociaż spróbuje! — pomyślałam.
A na kundlu — zmieniłam sobie czcionkę, ustawiłam interlinię i marginesy. Sadownik ustawił sobie padalca i… pojechaliśmy z czytaniem synchronicznym.
No i… lubię Bondę. Co mi się podoba?… Zamyśliłam się… najbardziej… relacje między bohaterami.
— Nie o to chodzi, stary — przerwał mu Hubert. — Właśnie, chciałbym się dowiedzieć, o co tu chodzi?
— Dla ciebie to wszystko, kurwa, takie proste!
— Jest proste, bo jestem szczery ze sobą… Proste, ale niełatwe.
*
— Umówiliśmy się z żoną po drugim dziecku, że to ja będę podejmował ważne decyzje. Ona weźmie na siebie wszystkie drobiazgi, żebym nie zawracał sobie tym głowy. Tylko że w życiu nie ma żadnych ważnych decyzji. Wszystko jest błahostką. No i widzisz, jak się załatwiłem — wyznał ze skruchą.
*
[…] muszę wreszcie przestać uciekać. Przyznać się do błędu i zacząć walczyć. Może ten pożar i cała ta sprawa były właśnie po to, żebym w końcu zrozumiał, kim jestem.
Katarzyna Bonda, Florystka,
Wydawnictwo Muza, Warszawa 2015.

Wczoraj rano. Dopadło Heniutkę kudłate zło. Myśli, gdy je; żuje, nie śpieszy się. Mija pół godziny. Psie śniadanko wraca. Za godzinę kolejna próba zaczarowania rzeczywistości. No zje, ale niechętnie, czyli nie lab. Po piętnastu minutach powrót jedzenia. No to wet!
Dwa zdjęcia rentgenowskie, Pan Wet uśmiecha się kaszebsko i pokazując nam sucze słit focie wnętrznościowe mówi:
— Noooo, dla weterynarza ze środkowej Polski to mogłoby być zaskakujące, ale tu to norma, szczególnie wśród małych psów. Dziewczyna jest po prostu zapiaszczona.
Dwa zastrzyki — coś rozkurczowego, coś przeciwbólowego. I pięćdziesiątka oleju parafinowego wprost do dzioba.
*
Dziś. Jak cudownie jest widzieć żywego, szczęśliwego psa, tfu… sukę!

Mały piesek. Koń by się uśmiał.