






Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
niedziela, października 13, 2019
3490. Pechowe czytanie (VI)
Drogę do tej książki wskazał mi pies… z okładki w przeddzień przyznania Nike 2019, gdy przeglądałam nominacje. Klik, klik i wyciągnęła się na szczycie stosiku do przeczytania w Małej Danii w ramach czekania na zrośnięcie się kości.
Tylko ja wiem, ile cytatów wybrałam, umieściłam w szkicu tego wpisu, złożyłam (likwidując zawieszki), by potem bez mrugnięcia okiem wyrzucić i zostawić najmniejszą możliwą ich liczbę — nie rozrzedzać, nie rozcieńczać — samo gęste (pod okładką), które chcę tu pod ręką mieć.
Ten przewodnik stał się dla mnie lekiem na stan pośredni między dzieciństwem a dziś. Nie kombinuję już w kwestiach planu na życie, bo po powrocie z podróży szykuję wycieczkę na kolejną stronę. Otwieram tę książkę na nowych planach i zamykam na kolejnych wspomnieniach.
*
Spełnienie marzeń to obecnie jedyny pomysł na życie, jaki mogę mieć. […]
Mam szansę sprawdzić, czy jest tam jakaś tajemnica: ukryta za wyobrażeniem, za pamięcią o marzeniu, za życiem, którego nie było. Czy da się do tego życia jeszcze jakoś wskoczyć? Czy granica została przekroczona już bezpowrotnie? Czy w ogóle jest sens nazywać jakoś życie, które się nie zdarzyło? Chciałbym sprawić, żeby moje kłamstwa stały się prawdą, i w ten sposób uruchomić swoje życie od nowa.
*
Nie ma żadnej traumy w tle. Całą historię zgotowałem sobie sam, i nie było ku temu powodu. Żadnego usprawiedliwienia nie ma i żadnej potrzeby do usprawiedliwienia. Było po prostu. Już wiem to na pewno, już nie ma co szukać w przeszłości, nie ma co tropić. Nie ma co rozdzielać tego, że byłem marzycielem i tchórzem jednocześnie. Po kim marzycielem, a po kim tchórzem? Po prostu. Nie ma nic, co byłoby przyczyną tego, że moje życie potoczyło się tak, a nie inaczej. Dotychczas wytłumaczeniem było to, że byłem mały i głupi, ale przestało być potrzebne. To tak się zdarzyło i nikogo nie winię […].
*
Wychodzę z klatki i siadam w piaskownicy, a potem bujam się chwilę na huśtawce. Mam podkulone nogi, ale i tak szuram po ziemi. Rysuję piętą pentagram, aż nagle pada na mnie cień.
Podnoszę głowę. Nade mną stoi były mały gruby Damian, czyli teraz stary koń w dresie, siwy lekko w dodatku. Obok stoi takich małych dwóch grubych jak on kiedyś.
— Co?
— Proszę pana, czy teraz dzieci mogą się pobawić?
*
Warto czekać na to, jaką przeszłość przyniesie przyszłość.
*
Nie ma się co spieszyć, bo i tak wszystkiego się nie zdąży. Dobrze jednak wyrobić się i raz w życiu odbyć podróż do dzieciństwa. To przywilej każdego dorosłego. Zobaczyć, co się przegapiło i czego się pragnęło. Im więcej wyrusza się w przeszłość, tym częściej wraca się do teraz. Widzi się, że nie ma znaczenia, czy to pamięć, czy fantazja, bo na co dzień i tak są nie do odróżnienia. Wie się, że można zmienić znaczenie przeszłości, choć nie ją samą.
Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR,
Korporacja Ha!art, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)

*
Siedzę przed grupą alkoholików i narkomanów w szpitalu psychiatrycznym. Mówię do nich:
[…]
Podoba im się, jak przeklinam.
„Więc ta wolność jest łatwa, ale i nudna. Dzieje się, jeśli każdego dnia skręcasz we właściwym kierunku. Tylko tyle. No i w małej skali wszystko jest, jak powiedziałem, więc w poniedziałek nie widzisz, we wtorek nie widzisz, w środę nie widzisz, co z tego skręcania wychodzi, ale skręcasz. W czwartek nie widzisz, w piątek nie widzisz i tak nie widzisz przez miesiąc, a potem za rok jesteś w innym miejscu. Bo chodzi o to, żeby iść w inne miejsce, niż się szło dotychczas. To nawet trochę ryzykowne, ale powiem wam, nieważne w jakie, ale inne niż się szło dotychczas. Czasem się kurewsko nie wie, w jakie miejsce się idzie, bo, wiadomo, widzi się tylko jeden krok, a nie dziesięć naprzód, ale widzi się te kroki stare, te z przeszłości. To wystarczy, bo przed wami i tak najpiękniejsze. A co jest najpiękniejsze? A, no, nie wiadomo. Niewiedza, co z tego skręcania w dobrą stronę wyjdzie, jest największą nagrodą. Chodzi o to, że nagle pojawiają się niespodzianki, bo poszedłeś inną drogą, której nie znasz, więc nie pojawią się rzeczy, których się spodziewasz. Idź tam, gdzie może być tajemnica.
[…]”.
Tak mówię do Przedstawicieli Ruchu Oporu Przed Rzeczywistością. Do zapomnianych tajnych agentów. Do pilotów z lękiem wysokości. Do szlachty, co sobie na to sama zapracowała. Do tych, co nie wiedzieli, że śnią cudze sny. Do kowbojów i kosmitów w jednym. I do takich, co im zwyczajnie nie wyszło.
*
No więc w końcu chciałem się nie bać i pięć lat temu zacząłem skręcać dokładnie w drugą stronę. Tak, żeby władować się na te wszystkie rzeczy, których się tak boję. […]
No więc, kiedy okazuje się, że jak nie unikasz tego, czego się boisz, to dalej się boisz, ale nie unikasz. I potem boisz się mniej. I zaczynasz się cieszyć.
*
[…]
nie miałem tego, czego chciałem, a miałem wszystko, czego nie chciałem. W Punkcie Zero trzeba to wszystko uznać za fakt.
Nie za zły los, za winę i karę, nie za zasłużone, niezasłużone, jakieś tam coś, tylko za fakt. I wtedy zaczyna się ulga.
*
To czas, kiedy bywałem lekki jak piórko — stare życie zostało zabronione, nowe jeszcze nie miało nazwy. Skończyły się wszystkie możliwości, które znałem. Byłem cienki jak kartka z przewodnika po nieistniejącym kraju. Miałem tę przejrzystość, a pod konglomeratem uczuć, myśli, obrazów, dźwięków, odczuć na skórze nie krył się żaden dozorca. Zjawiska przepływały dość swobodnie. Nawet lęki, które wcale nie były małe.
Więc chcę wrócić na chwilę do tej sali i dodać do swojego monologu, że tak zwane już nigdy daje wielką radość.
(tamże)
sobota, października 12, 2019
3489. 90/131
cisza wyborcza (ta) raz na cztery lata. cisza, wybiórczo, kiedy tylko się da. i dzień dobrych wiadomości przynajmniej raz na miesiąc, poproszę.
90/131
(3466+22). Zagubiona kromeczka
Dziś skończyła trzy miesiące. Sama nie wiem, jakim cudem Ją przegapiłam. Spotkałyśmy się ponownie, gdy sztuka rozsiadła się w ulu, a Ona przycupnęła na oparciu fotela i zaparła mi dech.

Kaan.
*
Chodzi o TEN stan pierwotny, który pojawia się czasem i nie daje się złapać, stan, z którym pewnie się urodziłem, ale potem zniknął. Chodzi o TEN stan, który jak nazwiesz, to wiesz, że już go nie ma.
Juliusz Strachota, Turysta polski w ZSRR,
Korporacja Ha!art, Kraków 2018.
piątek, października 11, 2019
3487. 89/131
zabarykadowani w swych poglądach. na wojnie z inaczej myślącymi — prawdziwi Polacy bez Nobla. choć siedzą w okopach własnych ograniczeń, kaszlą czy boją się tak samo jak ja, nie mam pojęcia, jak z nimi rozmawiać.
89/131
*

Truszko rysuje,
[dostęp: 12.10.2019], źródło.
czwartek, października 10, 2019
3486. 88/131
jedenaście miesięcy i jeden dzień na skraju leja po bombie siedziałam. wystarczy. idę dalej.
88/131
3485. Pechowe czytanie (V)
Z czytanej nominacji do Nike 2019 wyjęłam książkę — po troszku czytałam obie na zmianę, raz jedną, raz drugą. Wczoraj popołudniu rzuciłam je w kąt na rzecz tej książki, w którą wsiąkłam natychmiast. Dziś nad ranem było po niej, choć czytałam powolutku.
Wszystko zaczęło się od rekomendacji Pełnoprawnej, a Jej rekomendacja to nie byle co, bo Ona jest cudownie wybredna, w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu, bo dlaczego nie najlepsze?
Klik, klik i miałam ibuka u siebie. Bycie z tym pięknie napisanym tekstem nie tylko doprowadziło mnie nieraz do łez, ale również pozostawiło z dwoma zdobyczami, które pozostaną ze mną do końca moich dni.
Po pierwsze, ta książka jest świetną okazją, by pochylić się nad nieoczywistością terminu niepełnosprawność, pomimo że oczywiste są dla nas miejsca dla niepełnosprawnych w komunikacji miejskiej i na parkingach dla tych, którzy mają odpowiednie orzeczenie o niepełnosprawności.
Po drugie, typologia narracji o chorobie Arthura Franka jest według mnie bezcenna dla osób przewlekle i nieuleczalnie chorych. Mi pozwoliła wiele zrozumieć na temat swojego stanu ducha w lepsze i gorsze dni.
Niesprawność (uszkodzenie) to biologiczny fakt związany z funkcjonowaniem lub brakiem narządu, niepełnosprawność z kolei to ograniczenie wynikające ze sposobu funkcjonowania społeczeństwa, polegającego na dyskryminacji i wykluczaniu osób, których ciała odbiegają od wyznaczonej przez społeczeństwo normy zdrowia. Rozróżnienie to przyjęła w 1980 roku WHO. Niepełnosprawność wynika więc nie tylko z kondycji ciała, ale i ze sposobu, w jaki na odmienność czy niesprawność ciała reagują inni.
*
Badanie etnograficzne polega na słuchaniu opowieści, a potem na wielokrotnym powracaniu do nich w poszukiwaniu znaczeń i sensów. Podobnie badanie autoetnograficzne, w którym przyglądam się opowieściom o samej sobie, często niespójnym i sprzecznym, żeby pisząc, dowiedzieć się o sobie czegoś, czego nie wiedziałam wcześniej. […] Wszystko jest tak, jak mówię, i zupełnie odwrotnie, każdej historii, jaką o sobie opowiem, mogę przeciwstawić inną, równie prawdziwą. Etnografia jest rodzajem medytacji, tym, co buddyjski nauczyciel Thich Nhat Hanh nazywa „patrzeniem głęboko w istotę rzeczy”, i zgodą na to, że wgląd trwa tylko chwilę, a potem powraca zamęt i trzeba przyglądać się od nowa.
*
Arthur Frank […] dzieli narracje o chorobie na trzy typy: narracje przywrócenia (narratives of restitution), mówiące o walce, by przywrócić sprawność ciała, narracje chaosu (narratives of chaos), mówiące o poczuciu nieszczęścia i o tym, że życie nigdy nie będzie lepsze, i narracje dążenia (narratives of quest), mówiące o potrzebie wykorzystania własnego doświadczenia, żeby pomóc innym. Ta typologia, pisze Frank, jest oczywiście uproszczeniem, rzeczywista opowieść o chorobie jest bardzo złożona i zwykle zawiera w sobie elementy wszystkich trzech narracji.
*
Czy życie z chorobą przewlekłą lub niepełnosprawnością jest rzeczywiście różne od „zdrowego” życia? A może wyostrza tylko niektóre aspekty doświadczenia będącego udziałem większości ludzi?
*
Kiedy mówię: „jestem osobą niedowidzącą”, mówię bardzo wiele różnych rzeczy. Pani Agacie mówię: „czy mogłaby mi pani pomóc? Trudno mi będzie trafić pod wskazany adres”, ale też: „żyję z niepełnosprawnością, być może łatwiej będzie mi zrozumieć pani doświadczenie życia z chorobą przewlekłą”. Sąsiadom mówię: „przykro mi, nie przywitam się z państwem, kiedy spotkamy się przypadkowo na ulicy”, ludziom, z którymi jestem na szkoleniach, warsztatach, spotkaniach, mówię: „proszę zrozumieć, nie odwzajemnię uśmiechu osoby będącej dalej niż metr ode mnie”. „Jestem osobą niedowidzącą” znaczy: „nie chcę cię oszukiwać, zmagam się z poważnym problemem” na pierwszej randce, ale też: „daj mi święty spokój”, kiedy ktoś obcy zwraca mi uwagę, że trzymam zbyt blisko oczu książkę czy dokument, który mam podpisać. Wszystkim nowo poznanym osobom staram się to powiedzieć bardzo szybko. Zaczynam od tego wystąpienia publiczne: „jestem osobą niedowidzącą, nie widzę teraz żadnego z państwa, mówię o tym, bo będzie mi łatwiej, jeżeli będziecie o tym wiedzieć”.
*
Z własnego doświadczenia wiem, jak bardzo sposób rozumienia niepełnosprawności może zależeć od dnia i nastroju, jak łatwo z poczucia siły i przekonania, że przecież żyje się zupełnie normalnie, przejść nagle w jakiś rodzaj trudnego do ukojenia żalu, poczucia niesprawiedliwości.
*
Życie z niepełnosprawnością jest ciągłym nawigowaniem między poczuciem wyjątkowości — wyjątkowej niesprawiedliwości, wyjątkowej krzywdy, wyjątkowej dzielności, wyjątkowego wysiłku — a poczuciem zwyczajności, „normalności”. […] To „gdyby to było możliwe” jest marzeniem o lepszym świecie. Świecie, w którym osoby żyjące z niepełnosprawnością nie są uważane – przez innych i przez siebie same — za wyjątkowe, inne, takie, którym czegoś brak, ale za zwyczajnych ludzi, którzy, tak jak wszyscy, zmagają się z różnymi trudnościami.
*
Zawstydza mnie niedoskonałość mojego ciała, to, że jestem widocznie inna, chora.
*
Zastanawiam się, czy mój brak makijażu jest czymś, co zwraca uwagę innych. […] Być może część osób, zamiast walczyć o wpasowanie się w sztywne normy dotyczące kobiecości, woli się po prostu przestać tymi normami zajmować?
*
Pytanie o doświadczenie życia z niepełnosprawnością jest próbą przełamania tej ciszy, zrozumienia sytuacji drugiej osoby. Jest zadaniem tym trudniejszym, im bardziej nie można powiedzieć „mam tak samo”, „znam to! Niech no tylko zdejmę okulary”. Im bardziej trzeba po prostu słuchać o czyimś osobnym, nieznanym cierpieniu i nie móc nic na nie poradzić.
*
[…] piszę po to, by się zmienić i nie myśleć już tego, co myślałem do tej pory.
// Michel Foucault
*
Gdy jedna osoba odnajduje swój głos, wielu ludzi zaczyna mówić przez jej opowieść.
// Arthur Frank
*
— Czego ci najbardziej żal w tym, że nie widzisz? — pyta mnie syn, kiedy ma dziesięć lat, a ja zdaję sobie sprawę, że nikt wcześniej nie zadał mi tego pytania.
Przez chwilę myślę o niebie pełnym gwiazd, o książkach i gazetach, o twarzach ludzi na ulicach, ale wiem, że w tej grze nie chodzi o długie listy, tylko o to, co najważniejsze, czego żal mi najbardziej.
— Żal mi — odpowiadam — że nie mogę prowadzić auta i że cię nie widzę na boisku, jak grasz w piłkę.
I w chwili, kiedy to mówię, naprawdę niczego więcej mi nie żal.
*
„Przestań ciągle udawać!”, mój synek jest mały, ma pięć albo sześć lat. Ktoś powiedział: „zobaczcie, jaki fajny pies”, a ja odruchowo, chociaż nie widzę żadnego psa, odpowiedziałam: „aha, fajny!”. Nie może zrozumieć, czemu to robię. Wyjaśniam mu, że nie chcę robić wokół siebie afery, znowu komuś tłumaczyć, że źle widzę, że ostatecznie ten pies nie ma takiego wielkiego znaczenia, a wszystkim jest łatwiej. Nie przekonałam go. Pies ma znaczenie, a ja nie powinnam udawać, że jestem kimś, kim nie jestem.
*
[…] „każdy coś ma, ktoś jeździ na wózku, ktoś nie widzi, ktoś jest strasznie nieśmiały”. Kiedy byłam starsza, mama mówiła to samo trochę inaczej: „nie skupiaj się na braku, nie myśl cały czas o tym, czego nie masz”.
Maria Reimann, Nie przywitam się z państwem na ulicy.
Szkic o doświadczeniu niepełnosprawności,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019.
(wyróżnienie własne)

*
Porusza mnie to określenie. Wyobrażam sobie ciasną miłość jako coś, co nie pozwala rosnąć.
(tamże)
środa, października 09, 2019
3484. 87/131
czereśnia, na której w jej śnie siedziałyśmy, drugi dzień za mną chodzi. wspomnienie wielkich czereśniowych drzew u babci uruchomiła. przejeżdżaliśmy tamtędy kilka lat temu — zamiast drzew beton — klimat już wtedy chorował na ludzkość?
87/131
wtorek, października 08, 2019
poniedziałek, października 07, 2019
3482. 85/131
ty — taki, jaki jesteś, bez tego, co ci odebrano, czego nie masz, mieć nie będziesz, ciut odarty z marzeń i nadziei. kto zamieniłby się z tobą natychmiast i w podskokach? wiesz dlaczego?
85/131
niedziela, października 06, 2019
3481. Pechowe czytanie (IV)
Wczoraj rzuciłam okiem na nominacje do Nike 2019. W porównaniu do zeszłego roku cieniuuuuuutko czytam, ale… (już wiem) czytałam właściwie, czyli Zwycięzcę. Wśród nominacji wypatrzyłam jednak tomik, który umknął mej uwadze. Klik, klik i wsiąkłam.
Z tym Poetą to już chyba tradycja, że to dla mnie „zaległe” czytanie, ale nie czerstwe i nie przeterminowane, a dokonanie wyboru wersów niezmiennie trudne.
Światło nieznanej głoski
wmawia dziecięcą pamięć staremu trwaniu,
szuka pierwszego mroku,
który chciał ze mną mówić o mnie.
*
Człowiek ma swoje miejsce,
nawet kiedy je traci,
kiedy ono znika spod stóp
niszczone.
Ale co to za miejsce?
— To on sam. Sam, razem
ze zniszczeniem
Niezniszczalny.
*
Sądzono, że neutrino nie ma masy.
Poprawiono się: ma znikomą.
To nie jest udoskonalenie Teorii.
To Strach przed niczym.
*
Na cokolwiek patrzymy, tym jesteśmy.
I po latach na zawsze tam nas nie ma.
*
Dlaczego boję się o pamięć?
Przecież lęk ma własną
i niechcący zadba o moją.
Lęk pamięta, że zapomniałem.
*
Są tacy, którzy zmartwychwstają
w środku życia, nie wiedząc, dlaczego w tej chwili.
I nie muszą o tej chwili pamiętać. Kiedy ich spotykasz
zdecydowanych na wszystko, gotowych,
mierzysz się ich miarą. Wolno ci dalej żyć.
*
Ze świata i wiersza powstaje człowiek,
przechodzi ze świata do wiersza
i z wiersza powraca na świat.
*
Pęta się tutaj jakiś przymiotnik —
sama błogość rzeczy. Nie skreślaj go pochopnie,
czasami potrzebne jest trochę obłoku
wokół suchego wióra.
A jeżeli przymiotnik rzecz poniża
albo przycina – to też jest dla niej dobrze,
daje siłę trwania.
Piotr Matywiecki, Do czasu,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

Prawda o mnie unosi się poza faktami.
To, co mam wspólnego z prawdą, odłącza mnie od faktów.
Jak mam być w prawdzie, jeżeli inni ludzie
nie mogą widzieć we mnie faktu mojego istnienia?
(tamże)
3480. 84/131
3479. Pechowe czytanie (III)
Pierwsza książka troszkę chciała mnie zniechęcić do pisania Autorki i prawie jej się udało. Gdyby tak się stało, ominęłaby mnie poezja prozą pisana i nawet nie wiedziałabym, ile straciłam. Bardzo dużo przyjemności koło nosa by mi przeszło. Delektowałam się, nie śpieszyłam się, ale ta książka jest niewiele grubsza od pierwszej, skończyła się w mig. Pozostaję po niej wyrwana z czasu, wrzucona w głąb siebie, kołysana, poruszona.
To książka, po której łatwiej zobaczyć niewidzialne, usłyszeć wymowne milczenie, poczuć w sobie dziejącą się już teraz zmianę, odgadnąć nieodgadnione. I pomyśleć, że spotkanie z tą Autorką (zupełnie mi nieznaną) rozpoczęło się od zachwytu związanego z okładką właśnie do tej książki, gdy jeszcze była wyłącznie zapowiedzią wydawniczą.
Nie mam TAK jak narratorka opowieści, to znaczy nie mam dokładnie jak ona, choć przecież uwielbiam obserwować ludzi, gapić się na nich, wypatrywać.
Mam TAK jak narratorka opowieści, mam od dzieciństwa, ale z oknami wieczorową porą. Okna, w których pali się światło, od zawsze przyciągały mój kroczący do domu wzrok, uruchamiały moją wyobraźnię: kto w czeluściach pokoju? jaki jest? czy jest szczęśliwy? co teraz robi? Okna z siną, telewizyjną poświatą były jedynymi, które mnie nie zatrzymywały.
Długie zdania? Oczywiście. Jedno, które szczególnie mnie ujęło i wciąż robi na mnie wrażenie (nie tylko długością), umieściłam na samym dole tego wpisu, na honorowym, dobrze widocznym miejscu. Rośliny? To mniej oczywisty element składowy tej książki. Kierując się osobistą ciekawością, sprawdziłam, jak wygląda surmia, ślazówka czy róża Graham Thomas — coś pięknego — syringa ubawiła mnie setnie, zmuszając do redefinicji znanych od dzieciństwa słów. Zapach wetiwerii… to będzie trzeba sprawdzić w realu.
[…] zaczynała sama, ołówkiem, mówiła, że podgania krzyżówkę, potem kończyli razem niebieskim długopisem, bez słownika, do którego zaglądali tylko w ostatecznej ostateczności, długo odkładanej; skorzystanie ze słownika było porażką; szukali razem, próbowali, co pasuje, wycierali gumką i zaczynali od nowa, nie kłócili się, nie przy krzyżówkach, mówili, że to uwielbiają, byli zgodni, siedząc jedno obok drugiego, z kuchenką za plecami, naprzeciw okna bez widoku.
*
[…] aby można ją było naprawić, potrzebowałaby innej rodziny, innego klanu, innych ludzi, nie tak zmęczonych, w mniejszym stopniu porzuconych, zrezygnowanych, przytłoczonych, poobijanych, mniej zużytych, zmordowanych, steranych, zdruzgotanych, straconych.
*
Są takie okresy, kiedy płyty tektoniczne naszych istnień zaczynają się przemieszczać, pękają szwy dni, codzienność wypada z zawiasów; potem zmieniają się dekoracje i idziemy dalej; raz jest bardziej poważnie, raz mniej […] zaczyna się śmierć, choroba, utrata, zdrada, nieobecność, więc człowiek stawia temu czoło, czeka, radzi sobie lepiej lub gorzej, starzeje się, trwa.
*
[…] nie tylko dlatego, ale również dlatego.
*
Mężczyzna nigdy nie był rozmowny ani nie rozumiał częstej potrzeby kobiet, nie wszystkich, ale prawie, żeby oklejać słowami chwile, rzeczy, ludzi, to, co jest między nimi i co ich dotyczy, mówić, dlaczego i jak, usprawiedliwiać i tłumaczyć, opowiadać, cofać się do źródeł, rozumieć, oceniać, potępiać, rozgrzeszać, przebaczać, maltretować zdania i słowa, zawsze te same zdania i słowa. On w to wszystko nie wierzy.
*
[…] każdy krok jest szukaniem i wymyślaniem równowagi, której nie da się utrzymać.
*
Ręce mężczyzny wykładają produkty na taśmie kasy numer cztery; są to ręce dobrej woli, pracowite i czułe, sprawne, solidne, stworzone do budowania i kołysania, cierpliwe ręce. Widuję go w każdy piątek rano, jest tu, nie zawiódł, można na nim polegać, widzę go i myślę, że jest jak drzewko oliwne szarpane oszalałym wiatrem; zgina się, chyli, lecz się trzyma, zawsze się trzymało i będzie się trzymać. Miasto byłoby lasem zamieszkanym przez kobiety topole, jesiony, lipy oraz przez mężczyzn brzozy, eukaliptusy, buki; nie zapominajmy o leszczynach, klonach, bzach, sosnach, cyprysach, cedrach, czarnym bzie, czereśniach; nie zapominajmy, nie zapominajmy o niczym.
*
Potem powołanie mi przeszło ku wielkiej radości babki Lucie oraz moich rodziców, przy czym oddałam się definitywnie matematyce, wstępując do królestwa chyżych cyfr i sprawnych operacji, tak jak się wstępuje do zakonu, na zawsze.
*
Codziennie, a po upływie wielu dni wychodzi z tego całe życie.
*
Isabelle rozumiała, że muszę przetrawić duże zmartwienie i że mi się to nie udaje, ale nie zadawała pytań.
*
[…] wykonywaliśmy gesty, które odświeżają codzienność, ale każde z nas ciągnęło za sobą własne widmo.
*
[…] żal mi syna, tak się męczy w pracy, która jest bardzo odpowiedzialna, ale się nie skarży, nigdy się nie unosi wobec żony, jednak żal mi go, matka widzi wiele rzeczy, matka wszystko widzi. Nie wiedziała, nie dowiedziała się, że syn się rozwiódł; […].
*
Moja matka szczerze bolała, że nie jestem religijna, […] to dla mnie ból i przykrość, twoi bracia nie wyczyniają takich historii, to cię ogołaca, albo porozmawiamy o tym jeszcze, kiedy skończysz pięćdziesiąt lat; niekiedy dodawała lżejszym tonem spróbuj tylko, apetyt rośnie w miarę jedzenia albo, plasując się między sentencjonalnością a komizmem, to nie może zaszkodzić, jeśli nie pomoże.
*
Pławiłam się w jego spokoju punktowanym drobnymi gestami, miniaturowanymi rytuałami, których starałam się nie zakłócać.
*
[…] w moim życiu istniała czarna dziura, o której się nie rozmawiało. Po jego odejściu, kiedy zrozumiała, że wreszcie się przeprowadzam i kupuję w pojedynkę mieszkanie, w którym będę żyć sama, powiedziała mi w niedzielę przez telefon, że modli się za mnie więcej niż kiedykolwiek, jak też za tego, który doprowadził mnie do zguby, a ja nie próbowałam się dopytać, co ma na myśli.
*
[…] dopisała na odwrocie, pośrodku strony, w trzech linijkach, bez dużych liter i bez znaków przestankowych proszę się trzymać nie załamywać trzymać się.
*
Horacio Fortunato byłby doskonałym ojcem, ojcem dużą literą, nieogarnionym, niezapomnianym, nieuleczalnym, nieprześcignionym, niezatapialnym; ta skarbnica drobnych i stałych przejawów uwagi, czułości bez skazy, miłości organicznej, cierpliwości anielskiej, życzliwego autorytetu, bezpiecznej stanowczości, te pokłady świdrujących niepokojów i przeszywających obaw nie zostaną wykorzystane, nie zostały wykorzystane, pozostaną w ciasno ułożonych stosach, w wybitych filcem labiryntach jego wewnętrznych magazynów, z powrotem w proch się obrócą, zgniją mu pod skórą, skwaśnieją i, powolutku, zatrują mu resztę życia, dni tygodnie miesiące lata.
*
[…] czas przepłynął po wszystkich tych sprawach i wykluła się pewna forma spokoju, prawie że przyjemna.
Marie-Hélène Lafon, Nasze życie, przeł. Agata Kozak,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.

W metrze w Paryżu przez czterdzieści lat łapałam twarze i sylwetki kobiet oraz mężczyzn, których miałam już nigdy ponownie nie zobaczyć, i haftowałam, i harcowałam wśród nich ile się dało, jak gdyby nigdy nic, linia numer sześć lub cztery, piętnaście albo dwadzieścia minut tam i z powrotem rano i wieczorem pięć razy w tygodniu, nie licząc przejazdów, które nie miały nic wspólnego z biurem; przez czterdzieści lat zagłębiałam się w labiryncie istnień węszonych, obwąchiwanych, w zalążku, w zarysie, podobnie jak ktoś inny na moim miejscu rysowałby ołówkiem, pochylając się nad szkicownikiem spiętym spiralą.
(tamże)
sobota, października 05, 2019
3478. 83/131
powinnaś — grzmiał, milcząc z premedytacją. tak trzeba, należy, wypada. wzruszyła ramionami, bo zrozumieć nie może, po co naprawiać coś, co nie jest zepsute?
83/131
*
[…] odczuwa spokój, z ufnością myśli o czasie, który się przed nim otwiera i pozostaje do przeżycia […].
Marie-Hélène Lafon, Nasze życie, przeł. Agata Kozak,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
(3475+2). Komar w Małej Danii
Biały Kruk & Jabłoń:
(rano o rymach w komarze rozmawiają)
Orzeszek:
(krzyczy z saloniku)
To był dłuższy wierszyk!
Jabłoń:
(klik, klik i wie, że Orzeszek ma rację, ale woli być
komarem z białokruczej, uwspółcześnionej wersji)
coś tam w lesie stuknęło,
coś tam w lesie gruchnęło,
a to komar z dębu spadł,
złamał sobie krzyża skład,
[…]
potłukł sobie i głowę
o konary dębowe,
[…]
potłukł sobie i ciemię,
gdy tak gruchnął o ziemię,
[…].
(źródło)

piątek, października 04, 2019
3475. Kolory w Małej Danii
komar z dębu spadł,
złamał sobie w dupie gnat.
// deklamował rano Biały Kruk.
Biały Kruk:
(późnym popołudniem wybierając się do sadu,
machnął ręką na Drzewko wschodniościennie)
Niech komar leży.
Jabłoń:
(wzięła na ambit i balkonik; „pognała” ofocić pigwę,
nim pozwoliła zerwać owoce z drzewa)

(gdy wracała, zatrzymał ją jesienny tulipanowiec)

czwartek, października 03, 2019
3474. 81/131
wtórne korzyści z własnej śmierci — są (!) nie tylko dla wierzących. życie czy śmierć? hola, hola, można też być martwym za życia, gdy nie dokonuje się wyboru*.
81/131
____________
* choć brak wyboru to też wybór.
*
[…] coś domaga się istnienia, pcha do działania, coś wydziera się w ciszy.
Marie-Hélène Lafon, Nasze życie, przeł. Agata Kozak,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019.
3473. Pechowe czytanie (II)
Czytając o zbliżającej się premierze nowej książki Autorki, postanowiłam przeczytać pierwszą wydaną po polsku.
Zdania, niczym u Prousta, długie i jeszcze dłuższe, ale ładne, precyzyjne, i (paradoksalnie) bardzo oszczędne. Książka ta kontaktuje ze smutkiem, ale nie sieje spustoszenia, wprawia w zadumę nad własnym losem albo tylko ja tak mam. Może tak być, nie upieram się.
Kiedy gospodarz mówi, że trzeba żyć w zgodzie z duchem czasów, gospodyni przy Josephie tego nie komentuje, ale łatwo odgadnąć jej myśli.
*
[…] był doskonały we wszystkim, co związane z mechaniką, pełen dobrej woli, ani trochę złośliwy i łagodny w stosunku do matki; chętnie by we wszystkim pomagał, ale widać było, że wszystko dzieje się dla niego za wolno, że wszystko jest za stare, za małe, zużyte, zdezelowane, do kitu. Ojciec z trudem go znosił dłużej niż dwa dni, raz czy dwa niewiele brakowało, a jeden drugiego by czymś dźgnął, gdyby Joseph im w tym nie przeszkodził; […].
*
Joseph miał czarną dziurę w życiorysie, pośrodku, między trzydziestym drugim a czterdziestym siódmym rokiem życia; porównywał ją w myślach do rowu wypełnionego zimnym błotem, ze śliskimi brzegami, do którego wpadł po wyjściu z baru, nie było się na czym oprzeć, nie było się czego chwycić […].
*
[…] ludzie mówili, że to było do przewidzenia; było do przewidzenia, ale jakoś nikt tego nie przewidział i temu nie zapobiegł.
*
Kiedy tamte lata, strach, który wtedy czuł, brak wszystkiego, osamotnienie, kuracje, wracały do niego pośród całej reszty, zastanawiał się, jakim cudem udało mu się wyjść z tego nieszczęścia, nazywał to nieszczęściem na własny użytek, z nikim o tym nie rozmawiał.
*
Teraz, kiedy to wszystko jest już tak odległe, Joseph nie żałuje, że poznał Sylvie, i nie zastanawia się, czy zdarzyłoby się to czy tamto ani jak wyglądałoby jego życie bez tej kobiety […].
*
[…] „przymusowa hospitalizacja”, podpisywał jakieś papiery, potem było biało, mały pokój, leki, bóle, inne leki, wszystko połykał, byle tylko ustąpiły skurcze i pieczenie, które skręcały mu ciało, połknąłby wszystko, co by mu dali. Zajmowały się nim pielęgniarki lub salowe, zwłaszcza jedna, nie najmłodsza, była tam podczas każdej z jego trzech kuracji; na początku miał straszne bóle, ale potem było bardzo miło, lubił te tygodnie, tych wiele tygodni, nie liczył ile, które dzieliły go od wyjścia; wszystko było czyste, porządne, o nic się nie musiał martwić, miał swoje miejsce, łóżko, nazwisko na drzwiach, nie korzystał z telewizji ani z telefonu, jak to robili pod koniec kuracji inni, którym najwyraźniej pilno było wrócić do dawnego trybu życia; jedzenie mu smakowało, nie mógł się nadziwić, że ma wyłącznie dla siebie małą łazienkę z prysznicem.
Marie-Hélène Lafon, Joseph, przeł. Małgorzata Kozłowska,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Podczas trzeciej kuracji coś się wydarzyło; pojawiła się nowa psycholog, poprzednia odeszła, ufryzowana kobieta, która zawsze miała wściekłą minę, pisała parę słów w starym, wymiętoszonym notesie, za każdym razem po pierwszej rozmowie dawała mu spokój, jak zniechęcona nauczycielka w szkole. Po przyjściu nowej wszystko się zmieniło; była młoda, ale nie za bardzo, Joseph dawał jej jakieś trzydzieści pięć–czterdzieści lat, raczej bliżej trzydziestu pięciu niż czterdziestu, a potrafił jak mało kto oszacować wiek zwierząt oraz ludzi.
(tamże)
środa, października 02, 2019
3471. Pechowe czytanie (I)
Bo dwuwyrazowy blurb Finna. Bo niecodzienna sytuacja wymagała niecodziennego wyboru lektury. Bo psychoterapeutyczny sznyt, więc będę coś rozumiała. Mimo tych wszystkich argumentów i tak przeleżała pierwsze dwa tygodnie urządzania się.
Dobra! Jednym zdaniem — bez spojlerowania — można ją podsumować tak: nie zawsze ktoś powinien usłyszeć to, co ty myślisz, że on musi wiedzieć — nie musi, nie musi dziś, a może nie powinien dziś, a może nawet nigdy, nie od ciebie, nie w tej formie… I kto jak kto, ale terapeuci powinni mieć to zdanie z tyłu głowy zawsze.
Nazywam się Theo Faber. Mam czterdzieści dwa lata. Zostałem psychoterapeutą, bo byłem popieprzony. Taka jest prawda — chociaż nie wyjawiłem tego w czasie rozmowy o pracę, gdy mnie o to zapytano.
[…]
— Przypuszczam, że chciałem pomagać ludziom — rzuciłem i wzruszyłem ramionami. — To wszystko.
Bzdura.
To znaczy, oczywiście, że chciałem pomagać ludziom. Było to jednak celem drugorzędnym — zwłaszcza wtedy, gdy podjąłem naukę. Kierowała mną czysto egoistyczna motywacja. Dążyłem do tego, by pomóc sobie. I uważam, że dotyczy to większości ludzi, którzy zajmują się zdrowiem psychicznym. Ten konkretny zawód przyciąga nas, bo jesteśmy zepsuci — studiujemy psychologię, by uzdrowić siebie. Czy jesteśmy gotowi się do tego przyznać, to już zupełnie inna sprawa.
*
[…] wydawało mi się, że jestem wolny.
Myliłem się.
Wtedy o tym nie wiedziałem, ale było już za późno – zinternalizowałem ojca, wpisałem w siebie, zakorzeniłem głęboko w nieświadomości. Bez względu na to, jak daleko biegłem, wszędzie nosiłem go w sobie. Gonił mnie piekielny, niezmordowany chór furii, a wszystkie miały jego głos — piszczały, że jestem bezwartościowym, przynoszącym wstyd śmieciem.
*
W sercu każdego dzieła sztuki leży tajemnica.
*
Uśmiechnąłem się i pokręciłem głową. Zaśmiał się.
— Będę cię dalej pytał, w nadziei że zmienisz zdanie. Wszystko można mi zarzucić, ale nie brak wytrwałości.
*
Wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić, musiałem coś zrobić. Tylko co? Pomimo moich najśmielszych fantazji nie byłem mordercą. Nie mogłem go zabić.
Będę musiał wymyślić coś mądrzejszego.
*
Powoli, z namysłem, uważnie dobierając słowa, jakby pociągała pędzlem po płótnie.
Alex Michaelides, Pacjentka,
przeł. Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2019.

poniedziałek, września 30, 2019
niedziela, września 29, 2019
3469. Drzewko i drzewa
Podczas wczorajszej podróży do Małej Danii kształt intensywnego żółtego zachwycił mnie nieraz. Cyk!

Oczywisty dla mnie widok — pomyślałam po raz pierwszy w życiu — za dziesięć, piętnaście lat będzie można spotkać już tylko w baśniach. Cyk!

Drzewom przy szosach, póki jeszcze są, należy się projekt — przyszło do mnie. Plan jest.
piątek, września 27, 2019
3468. Magia NFZ-owskiej poradni
Drzewko znane z tego, że się czepia*, byłoby zachwycone, gdyby dziś był wtorek. Niestety, z kalendarzem nie ponegocjujesz — piątek, piątek i jeszcze raz piątek. Jakby było mało, kontrola sęków w stopie odbywała się obok, w gabinecie nr 1, a tam czasoprzestrzeń kiepsko zakrzywiana.

Bez gipsu, w ortezie
na niewyobrażalnie długo jeszcze.
______________
* zła i niepoprawnie użyta kreska.
3467. Na odległość dwóch uścisków dłoni
Georginia ma Frenda o uroczym uśmiechu. Frend był u swojej Mamy i zrobił wiele zdjęć kudłatym duszom, którymi Ona się opiekuje. Wracam i wracam z uporem maniaka do jednego z kudłatym skupieniem i zatrzymaniem. Chcę je tu mieć pod ręką. I już.
Jednocześnie, z lekką premedytacją uderzam w stół, by odezwały się nożyce Saxifragi i wycięły troszkę kudłatych pikseli — Georginia i ja je uwielbiamy.

fot. Frend.
czwartek, września 26, 2019
3465. Piękny dzień
W wigilię dzisiejszego dnia kupiłam te słowa na pniu:
Nie chcę oddać moich dni,
spotkań i uczuć, zachwytów czy łez
walkowerem.
Kaan
*
(kolejną, okrutnie czarną nocą
utknęłam na znaku zapytania)
gdzie jest moje życie?
*
A rano na dobry początek taka piękna kromeczka rozłożyła mnie cudownie na łopatki.

Kaan.
*
(i przyszło, nie wiadomo kiedy, i oddech pozwoliło złapać)
najgorsze nie musi się wydarzyć.
sobota, września 21, 2019
3463. O konsekwencji jednego „tak”
Sadownik:
(o ślubie, komentując wysokość rachunku z apteki)
To był najgorszy rodzaj transakcji…
…z odroczoną płatnością.
(po chwili)
W sumie nie ma co się dziwić,
należysz już do klasy oldtimerów.
3462. Co dnia
Siedemdziesiąt pięć procent zawartości cysterny czyta. A Jabłoń nie — sama dla siebie co dnia przez półtorej godziny stanowi tym samym kuriozum. Nie czyta, nie dlatego, że nie przeprosiła się z papierem, ale dlatego, że dioptrie narzucone na maseczkę, którą dopływa czysty tlen, nie czynią pisma czytelnym.
Nurkując na sucho — ciśnienie odpowiada ciśnieniu panującemu na głębokości 25 metrów — w przerwach między trzema cyklami terapii tlenowej podczytuję przez ramię lektury sąsiadów. Dziś powalił mnie duchowy aspekt zdania wyjętego z książki dotyczącej zarządzania (początek jakiejś procedury):
We appreciate the fact that a choice must be done.
AA nie powstydziłoby się takiego sformułowania, a mi dało ono do myślenia…
Docenić miejsce w życiu, w którym teraz jesteśmy? ● Ze złamaną kością w stopie, z niegojącą się od kilkunastu lat raną, z ramieniem, po którym od kilkudziesięciu godzin zostało tylko wspomnienie, z piskiem w uchu, który nie ustaje od wielu miesięcy. Czy damy radę? Witamy się serdecznie, znamy swoje imiona, z każdym kolejnym dniem jesteśmy dla siebie mniej anonimowi, dzielimy nadzieję, życzymy sobie dobrego dnia i do zobaczenia jutro.
środa, września 18, 2019
3461. Skończony (V)
Kończona przed pechem, jeszcze na króciutkim urlopiku. Od lat na nadmorskie odpoczywanie zawsze zamawiamy jeden dzień padania od rana do wieczora. W tym roku nie tylko padało, ale i duło. Z kawusią w fotelu w tym czasie kończyłam przedostatni tom Ziemiomorza. Nie śpieszyłam się, a mimo to skończył się szybciej, niż myślałam.
Ciekawe, że przed pechem i po pechu te same cytaty chcę tu mieć pod ręką — ktoś we mnie nie połamał się wcale.
— To mnie przerasta — rzekł.
Stary człowiek przyglądał mu się chwilę w milczeniu.
— Świat jest olbrzymi i niezwykły, Haro. Lecz nie większy i nie dziwniejszy niż nasze umysły. Pomyśl o tym czasem.
*
— To jest Mech — oznajmił Krogulec — czarownica. Posiada wiele zdolności; największą z nich jest dobro.
*
Na początku, no wiesz, u zarania dziejów, wszyscy byliśmy tacy sami, wszyscy ludzie i zwierzęta, i robiliśmy to samo. A potem nauczyliśmy się umierać i tym samym odradzać. Czasem jako ta sama istota, czasem inna. Nie ma to znaczenia, bo tak czy inaczej znów się umiera i odradza. Wcześniej czy później każdy z nas jest wszystkim.
*
Nazywam to wiedzą, w istocie jednak chodzi o tajemnicę. Czym różnimy się od zwierząt? Mową? Wszystkie zwierzęta potrafią się porozumiewać. Mówią do siebie: „chodź”, „uważaj” i znacznie więcej. Nie potrafią jednak opowiadać historii ani kłamać, a my owszem.
*
— Coś się dzieje — oznajmiła Tenar. — Wielka zmiana dotyka świata. Może nie pozostanie nam nic, co znamy.
*
Nieświadom owego ukrytego oblicza swego daru, póki go nie stracił, zastanawiał się teraz, rozmyślał nad jego naturą. Uznał w końcu, że przypomina to wiedzę, dokąd się zmierza, znajomość kierunku, w którym leży dom. Trudno to wyodrębnić czy opisać, to po prostu więź, na której wspiera się wszystko inne. Bez niej czuł tylko rozpacz.
*
Tej nocy wszyscy w Ziemiomorzu nie mogą spać, pomyślał Ged. Uśmiechnął się lekko na tę myśl. Zawsze bowiem lubił ową chwilę ciszy, pełną lęku, tuż przedtem, nim nadciągnie zmiana.
*
Musiała podążać drogą, której nie pojmuje. Może ich drogi się zbiegały, przynajmniej na jakiś czas. Pomysł ten dodał mu odwagi.
*
Musiała jednak trzymać się tego, czemu ufała. Nawet jeśli zaufanie okazałoby się zaledwie nadzieją.
*
Jakże mężczyźni boją się kobiet, myślała, spacerując wśród kwitnących róż. Nie jednej kobiety, lecz wielu, rozmawiających
ze sobą, pracujących wspólnie, mówiących w swoim imieniu. Wówczas mężczyźni dostrzegają spiski, zmowy, sidła, pułapki.
I oczywiście mają rację. Kobiety zwykle stoją po stronie następnego, nie obecnego pokolenia. Tworzą ogniwa, które mężczyźni postrzegają jako łańcuchy, więzi traktowane przez nich jak kajdany.
*
Będziesz wiedziała, co zrobić… kim jesteś… gdy nadejdzie czas.
Ursula K. Le Guin, Inny wiatr, tom 5. cyklu Ziemiomorze,
przeł. Paulina Braiter,
Prószyński i s-ka, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

— Niewielu z nas wie, kim jesteśmy — wtrącił Mistrz Odźwierny. – Dostrzegamy tylko fragment całości.
*
Olcha milczał, pogrążony w myślach.
— W sprawach absolutnych nie istnieją pojęcia mniejszy-większy — ciągnął Krogulec. — Prawdziwie kochający mówi zawsze „wszystko albo nic”. I tak jest w istocie. Moja miłość nigdy nie umrze, mawia. Powołuje się na wieczność. I słusznie. Jak mogłaby umrzeć miłość, skoro jest samym życiem? Co właściwie wiemy o wieczności oprócz przebłysku, który dostrzegamy, gdy w naszym życiu zjawia się owa więź?
*
— Czy oni wiedzą, kim jesteś, panie?
— Nie — odparł były Arcymag, spoglądając na niego z ukosa. — I tak.
(tamże)
(3459+1). W czarnej…
Jabłoń:
(wieczorową porą)
Przytulisz kobietę z kulą u nogi?
Sadownik:
Mówisz, kobietę, która jest kulą u nogi?
Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem, bo co innego im pozostało)
wtorek, września 17, 2019
3459. Pech
Nie ma nic nowego na blogu. No, nie ma. To gdzie ty jesteś? Ja? Jestem od piątku w czarnej dupie. Sadownik ujął to następująco, gdy łzy nie przestawały mi ciec trzeci dzień: tak, jesteśmy w czarnej dupie i musimy się w niej jakoś urządzić, by wyleźć z niej tak szybko, jak się da.
Czarny kot nie przebiegł mi drogi. Nie spotkałam zakonnicy. Butów na stole nikt w ulu nie stawiał. Pod drabiną nie przechodziłam, ani nawet nie stałam. Ale był piątek, trzynastego! — jeśli ktoś potrzebuje metafizycznej przyczyny. Wystarczyło, by połamać kość w śródstopiu i dać się zagipsować, kura przez wu.
Zbieram się. Urządzam.
czwartek, września 12, 2019
3458. 60/131
wypatrzone w tamtą stronę. złapane w drodze powrotnej do ula. czasem wyroby inżynieryjne zachwycają — cyk, bo piksele bywają warte więcej niż tysiąc słów czy trzy zdania.
60/131




