niedziela, marca 05, 2023

4951. Z oazy (CXXVI)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chciałam odpocząć od rzeczywistości. Zaordy­no­wa­łam sobie leczniczy regres czytelniczy. Ponieważ po kilkunastu latach nie tylko wznowiono opublikowane „w papierzu”, ale również wydano po raz pierwszy w wer­sji elektronicznej powieści Yaloma, wybór był dość prosty. Z przyjemnością wró­ci­łam do jednej z nich. Nic się nie zmieniło. Choć jestem inną osobą, niż ta, którą by­łam naście lat temu, to wciąż uwielbiam sposób, w jaki ów piszący psycho­te­ra­peu­ta konstruuje światy, a w nich nagłe zwroty akcji. Odpoczęłam.

Do swojego pudla imieniem Atman [Schopenhauer]  zwracał się: „Proszę pana”, ale gdy Atman źle się zachowywał, sztorcował go okrzykiem „Ty człowieku!”.
     […]  Nie lubił, gdy zagadywały go kobiety, nie lubił też pytań o partnerki czy małżeństwo – od razu robił się zgryźliwy. Kiedyś musiał znosić towa­rzy­stwo bardzo gadatliwej damy, która ze wszystkimi szczegółami opi­sy­wa­ła mu swoje nieszczęśliwe małżeństwo. Słuchał jej cierpliwie, ale gdy spytała, czy ją rozumie, odparł: „Nie, ale rozumiem pani męża”.

*

Bo co więcej jest nam dane, poza tym cudownym, błogo­sła­wio­nym okresem istnienia i samoświadomości? Jeśli coś zasługuje na hołd, to tylko to – bezcenny dar zwykłej egzystencji.

*

Próbując za wszelką cenę odzyskać samokontrolę, napominał się w my­ślach: nie walcz, nie stawiaj oporu, oczyść umysł, nic nie rób, jedynie obserwuj przesuwające się myśli. Pozwól im wpłynąć do świadomości, a potem zniknąć.
     Rzeczywiście, myśli się pojawiały, ale nie chciały się oddalić. Zamiast tego rozmaite obrazy rozpakowały walizki, rozwiesiły w szafach ubrania i na dobre rozgościły się w jego głowie.

*

Jego pałac wzniesiony z czystej myśli nie miał ogrzewania. Dziwne, że wcześniej tego nie zauważył.

*

[…]  przyszedł mi do głowy pewien obraz. Wyobraź sobie starożytne miasto, wokół którego zbudowano wysoki mur chroniący je przed burzliwym nur­tem płynącej nieopodal rzeki. Minęły całe wieki, rzeka już dawno wyschła, a mimo to miasto nadal inwestuje znaczne środki w konserwację muru.

*

Popularność nie definiuje ani prawdy, ani dobra, wręcz prze­ciw­nie, obniża poziom i upraszcza. Dużo lepiej jest szukać w sobie włas­nych celów i wartości.

*

[…]  ćwiczenie pod nazwą „Kim jestem?”. Uczestnicy udzie­lają na to pytanie siedmiu odpowiedzi, zapisują je na oddzielnych kartkach i układają według ważności. Następnie odrzucają po jednej kartce, zaczynając od najmniej ważnej, zastanawiając się za każdym razem, jak by to było przestać się identyfikować z daną odpo­wie­dzią, aż wreszcie dochodzą do właściwości opisu­ją­cych ich najgłębszą istotę.

*

– Wyobraź sobie, że na skali od jednego do dziesięciu miałbyś określić, do jakiego stopnia się odkryłeś. „Jeden” to punkt, w którym mówi się o sobie rzeczy bezpieczne, takie jak podczas rozmów na przyjęciach, a „dziesięć” oznacza ujawnienie najgorszej, najbardziej skrywanej tajemnicy. Rozumiesz?
     Gill skinął głową.
     – No to wróć do tego, co nam powiedziałeś. Na którym miejscu skali byś się umieścił?
     – Dałbym sobie cztery, może pięć – odparł szybko Gill, cały czas kiwając głową.
     – A co by się stało, gdybyś miał pójść o dwa punkty dalej?

*

Jung pisał, że uzdrawiać może tylko ten, kto sam doznał zranienia.

*

     – Jeśli uważamy, że coś jest niewybaczalne, to odsuwamy od siebie od­po­wiedzialność. Ale kiedy nie chcemy albo nie umiemy wybaczyć, to od­po­wie­dzialność jest po naszej stronie – wyjaśnił Philip.
     – Chodzi o to, że albo bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy, albo obarczamy nią innych, tak? – spytał Tony.
     – Właśnie – przytaknął Philip. – Julius powiedział kiedyś, że terapia za­czyna się wtedy, gdy kończy się obwinianie innych i wyłania się odpowiedzialność.

*

Można też porównać życie z haftem, którego prawą stronę każdy może zobaczyć w pierwszej połowie życia, a lewą – w dru­giej; ta nie jest tak piękna, za to bardziej pouczająca, bo widać splot nici.
// Arthur Schopenhauer (1788–1860)

*

[…]  powstała cała intratna, posługująca się uproszczeniami branża „wy­ba­cza­nia”, która wyolbrzymiła i rozreklamowała ten aspekt terapii jako jej główny nurt i przedstawiła go jako absolutną nowość. Sztuczka się udała, a nowa dziedzina zyskała szacunek, łącząc się niezauważalnie z kli­ma­tem wybaczania w sferze społecznej i politycznej, zwłaszcza w od­nie­sie­niu do takich zbrodni jak ludobójstwo, niewolnictwo czy wyzysk kolonialny. Na­wet papież prosił niedawno o wybaczenie za grabież Konstantynopola przez trzynastowiecznych krzyżowców.

*

     SPONSOR: Co z twoimi priorytetami? Daruj sobie to przyjęcie, idź na spotkanie AA.
     GILL: Ale degustacja win to pretekst, żeby spotkać znajomych i przyjaciół.
     SPONSOR: Naprawdę? To zaproponuj im coś innego.
     GILL: Nie da rady. Nie zgodzą się.
     SPONSOR: W takim razie znajdź sobie innych przyjaciół.
     GILL: Rose nie będzie zadowolona.
     SPONSOR: I co z tego?

*

Żyj dobrze, powtarzał sobie, a dobro będzie od ciebie płynąć, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowiesz.

*

Philip zamilkł na chwilę, żeby wsłuchać się w arię, nucąc pod nosem.
     – Una voce poco fa  to jedna z moich ulubionych – wyjaśnił, gdy wznowili rozmowę.

Gioacchino Rossini, Una voce poco fa, [z:] Cyrulik sewilski,
Joyce DiDonato (mezzosopran) z kontuzjowanym kopytkiem,
w kolorach scenerii rodem z obrazów Hoppera.

vincerò! vincerai! vinceremo!

*

Bliżej mi do uczuć, co może być oznaką rozwoju.

*

Każdy z nas żyje z wyrokiem śmierci. […]  ale to zupełnie co innego, kiedy ma się ten wyrok potwierdzony, podstemplowany, z niemal wyznaczoną datą.

*

[…]  esencja jednostki jest niezniszczalna.

*

Uporczywe myśli stają się często najbardziej zauważalne wtedy, gdy znikają.

*

[…]  miał swój sposób na uśmierzanie przerażenia: było nim pełne uczestniczenie w życiu.

Irvin Yalom, Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Jak większość ludzi z poważnymi chorobami, nie znoszę, jak się chodzi koło mnie na paluszkach. To mnie izoluje i wpędza w jeszcze większy lęk.

*

Miałem do czynienia z wieloma śmiertelnie chorymi pa­cjentami, którzy mówili mi, że w ich chorobie naj­gor­sza jest izolacja. Odcinanie się ma dwa aspekty. Po pierw­sze, chora osoba unika ludzi, bo nie chce wciągać ich w swój smutek. […]  A po drugie, wiele osób unika cho­re­go, bo nie wie, jak z nim rozmawiać, albo nie chce się sty­kać z jego śmiercią.

*

Spokojnie, nie muszę nic robić. Niech sobie płynie albo idzie na dno.

*

– Podczas mojej terapii powiedziałeś kiedyś, że życie to „przejściowa dolegliwość mająca trwałe rozwiązanie”. Czysty Schopenhauer.
     – Przecież to miał być żart.
     – Obaj wiemy, co twój guru Zygmunt Freud miał do powiedzenia na temat żartów.

(tamże)

4950. 64/365

krytykowany i krytykujący – zobaczyłam dziś z pełną mocą – mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślą. stoją przecież wobec tego samego problemu.

co się wydarzy, gdy świadomie oboje odłożą na bok problem i przyjrzą mu się razem z pewnej bezpiecznej odległości?

64/365

4949. Z oazy (CXXV)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Dużo obiecujący tytuł i najmarniejsza z książek Autora. Zabrakło mi zwykłych, poglądowych rzutów z góry na opisywane domy, by móc w pełni wyobrazić sobie względne położenie wszystkich pomieszczeń i ich pro­porcje w stosunku do całości domu lub innych pomieszczeń. Może czepiam się po inżyniersku lub zwyczajnie brak mi wyobraźni. Opisy godne nie najlepszej powieści to dla mnie było zde­cy­do­wa­nie zbyt mało, by książkę tę uznać za wartościową.

Jedyną zaletą tej książki było to, że w końcu wydawnictwo uznało poprzednią książ­kę Autora za wystarczająco starą, by wypuścić ją w wersji elektronicznej. Wstyd, że tak długo kazała na siebie czekać.

Co domy mówią o ludziach? O ich życiu i pracy? O emocjach i marzeniach? O rodzinie i samotności, miłości i umieraniu? To najważniejsze pytania tej książki.
     Wiemy na pewno, że dom to dużo więcej niż połączenie ścian i dachu. Domy pokazują, kim są ich mieszkańcy, w co wierzą, jak przyjmują gości, jak śpią, odpoczywają, przygotowują posiłki.

*

[…]  czym jest dom?

*

[…]  jak twierdzi  [Jerry B.] Moore, dom jest zarazem obiektem ma­te­rial­nym, jak i prze­jawem myśli. Budowa domu jest budową świata, a każdy dom jest mi­kro­kosmosem. Ujmując to jeszcze inaczej, dom jest kluczem do zro­zu­mie­nia tego, co to znaczy być człowiekiem.

*

*

Przedstawiciele rdzennych ludów Ameryki dodają, że życie w kręgu ozna­cza bycie częścią wszechświata, jego wszystkich przemian, cykli i pór. W okrą­głych domach ludzie poruszają się po okręgu, tak samo jak gwiazdy i woda. Czworokątne budynki kojarzą się im z miejscami przymusu: wię­zie­nia­mi, fabrykami, urzędami albo szkołami.

*

Krąg zbliża znacznie bardziej niż geometria czworokątów.

*

[…]  obecnie mamy epokę bezprecedensowego głodu – stwierdza  [Mar­shall D.] Sahlins. – Współcześnie, w okresie największego postępu techno­lo­gicz­ne­go… liczba głodujących wzrasta proporcjonalnie i bezwzględnie wraz z rozwojem kultury.

*

Ostatecznie bowiem dom staje się twoim własnym miejscem dzięki obecności twoich prywatnych rzeczy albo takich, które wiążą się ze wspomnieniami.

*

Pytani o to, dlaczego obok poletek ryżowych sadzą czerwone kwiaty, Daja­ko­wie mówią, że kwiaty są „światłem” i „ogniem” dla rosnącego ryżu: – Tak jak człowiek nocą w długim domu lubi widzieć wokół siebie wiele świa­teł i mieć poczucie, że otacza go wiele osób, tak samo ryż, widząc kwia­ty w nocy, nie czuje się samotny.
     Najbardziej rzeczywistym dowodem na bliską obecność innych ludzi są w długim domu właśnie ich głosy i światła.

*

Długi dom to nie tylko skomplikowana i imponująca konstrukcja, tworząca całość dzięki umiejętnościom budowniczych. Najbardziej istotnym spoiwem łączącym jego mieszkańców jest to, co trudne do zobaczenia albo wręcz nie­wi­dzial­ne – nieustający przepływ dźwięków, świateł i dóbr. […] 
     „Dlaczego więc Dajakowie żyją w długich domach? – pyta Peter Metcalf. – Gdyby zapytać samych mieszkańców, powiedzieliby po prostu, że nie ma innego cywilizowanego sposobu życia”.

*

Dla porównania: na jednym kilometrze kwadratowym bogatego przed­mie­ścia Nairobi mieszka 360 osób, a na jednym kilometrze kwadra­to­wym Ki­be­ry – aż 80 tysięcy. To ponad 222 razy więcej! Do centrum miasta jest sześć kilometrów, a jedną z granic slumsu wyznacza Royal Golf Club – pre­sti­żo­we miejsce relaksu, oddzielone od niego solidnym murem. Kiedy ko­bie­ty stoją w kolejce po wodę (albo płacą za jej dostarczenie, gdy są scho­ro­wa­ne lub stare), słyszą pracujące za murem zraszacze, które nawilżają pola golfowe. […]  Do 2009 roku Kibera była – dosłownie – białą plamą na ma­pie stolicy, bez nazw ulic. Ale nawet po uwzględnieniu terenu na mapach satelitarnych osiedle nie odsłania wszystkich swoich tajemnic. Liczne ścież­ki biegnące pod połączonymi okapami domów nie są bowiem widoczne dla satelitów. Wiedza o nich należy do mieszkańców. To oni potrafią po­wie­dzieć, która ścieżka jest ogólnodostępna, a która prywatna.

*

[…]  nazywanie miejsc pozwala na symboliczną władzę nad nimi.

*

     – My, mieszkańcy, nie nazywamy tego slumsem – twierdzi czter­dzie­sto­lat­ka. – To ludzie z zewnątrz tak to określili. Pierwszy raz to słowo pojawiło się w mediach. Nazwy slums używa się, żeby powiedzieć ludziom, że idzie się do biednego miejsca.

*

W okolicach Konina stoi willa-zamek o formie nawiązującej wprost do Dis­ney­landu. W mołdawskim mieście Soroki zbudowano natomiast willę, któ­rej pierwowzorem jest Biały Dom z Waszyngtonu, brawurowo skopiowany z dolarowego banknotu!
      Badająca architekturę Romów Mariana Celac zauważa, że ich wille są swoistym zapisem wrażeń z podróży. Wszystko, czym Romowie za­fa­scy­no­wa­li się gdzieś indziej, chcą odtworzyć u siebie. Znaczące jest przy tym to, że sięgają wyłącznie po tradycje klas wyższych, po schematy pałacowe i re­zy­den­cjo­nal­ne. Nie interesują ich architektura ludowa ani banał projektów „Muratora”. Pod Łodzią zbudowano dla nich kilka willi nawiązujących do pałacu fabrykanta Izraela Poznańskiego.
      Co jednak bodaj najważniejsze: gdy wędrowni Romowie mieli określić, czym jest kher, czyli dom, nie mogli sięgnąć do własnej tradycji. W niej bo­wiem nie istniał taki wzorzec. Budowa domów była dla Romów czymś ab­so­lutnie nowym. Być może właśnie to sprawiło, że nie trzymali się żad­nych znanych i akceptowanych w Polsce zasad, tworzyli na bazie marzeń i wyo­bra­źni. Dlatego ich domy to „architektura szczęścia”. Jej złotym okre­sem były lata 80. i 90. XX wieku.

*


Epoka The Sims to czas, w którym projektowanie wnętrz stało się niemal równoznaczne z projektowaniem człowieka. Wnętrza domów traktuje się bowiem jak lustra odbijające wnętrza jego mieszkańców. To, co często jest niemożliwe do zrealizowania w życiu poza siecią, z powodzeniem można realizować w świecie Simów. The Sims pozwala bowiem na symulowanie życia i domu – można wiele razy burzyć i budować od nowa. Najwidoczniej tego właśnie potrzebują miliony grających osób.

Waldemar Kuligowski, Z roślin, z dźwięków, z marzeń.
Domy świata
, ilustr. Marianna Sztyma,
Wydawnictwo Albus, Poznań 2023.

4948. Z oazy (CXXIV)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Na mojej drodze: 262 książki i prawie tysiąc wpi­sów później ten sam Autor z drugą swoją książką, która ukazała się zaledwie rok po pierwszej. Po minimum półtora roku dyskryminowania czytelników (brawo!) jest nareszcie w wersji elektronicznej.

Niby jest to książka o otaczającej nas rzeczywistości, bo opisuje fakty, ale dla mnie jest to opowieść o ideach. Ideach, które osadzają społecznie związki, w jakie wcho­dzą ludzkie osoby. Ideach, które nadają tym związkom rangę.

W pierwszej chwili zachwyciła mnie różnorodność form, bym zaraz potem z każdym kolejnym rozdziałem doświadczała coraz wiekszego smutku, bo to książka nie o ele­men­tach różnych tradycji na świecie, lecz o zwykłym chamskim na­rzędziu władzy i opresji, o nieustającym źródłe zniewolenia i instrumencie sankcjonującym prze­moc w imię — różnie definiowanego w różnych częściach globu — dobra rodziny, które zwykle nie widzi powodu, by uwzględniać dobro kobiet.

Dyskryminowanie ludzi jest również formą przemocy. Teraz już nie wiem, dlaczego tak wytrwale czekałam na tę książkę. Jeśli mam być czy­tel­nikiem drugiej kategorii, wolę nim nie być w ogóle. Więcej na żadną książkę tak długo czekać nie będę.

Należy wszelako mieć świadomość, że w momencie, gdy ogłasza się stan po­gotowia dla monogamii, inne typy małżeństw mogą się mieć bardzo dobrze. Ludzka kreatywność nie ogranicza się bowiem do jednego modelu małżeństwa. I właśnie o tym opowiada ta książka.

*

Jak słusznie zauważył wybitny polski antropolog Bronisław Malinowski, każde małżeństwo jest jednocześnie czymś biologicznym i kulturowym.

*

[…]  jedynie w 16 procentach znanych kultur monogamia była normą. W świetle takich wyników nikogo nie trzeba przekonywać, że mono­ga­miczny typ związku małżeńskiego należy do wyraźnej mniejszości. W zde­cy­do­wa­nej większości znanych i opisanych kultur zezwala się na posiadanie więcej niż jednego partnera małżeńskiego.
     Analizy Murdocka każą zwrócić uwagę na pewną ważną okoliczność. Otóż kultury preferujące monogamię są, owszem, w mniejszości, ale jed­no­cześnie to społeczności najbardziej liczne, podczas gdy te preferujące różne typy poligamii są z reguły społeczeństwami niewielkich rozmiarów. Trzeba pamiętać i o tym, że w wielu społeczeństwach monogamicznych szeroko praktykuje się monogamię seryjną. Takie rozwiązanie jest możliwe dzięki pojawieniu się prawa zezwalającego na rozwody. Monogamia seryjna polega po prostu na pozostawaniu w związku z kolejnymi pojedynczymi partnerami albo partnerkami.

*

[…]  wyrokowanie o lepszych i gorszych typach małżeństw jest warunkowane kulturowo i religijnie.

*

     – Poligyniczny związek jest większym obciążeniem dla mężczyzny niż dla kobiety, gdyż to mąż musi stawić czoła czterem różnym kobietom, a to nie jest łatwe — stwierdza Mohamad Ikram [Malezyjczyk].

*

[Miriam Koktvedgaard Zeitzen] wspomina w swojej książce. – Wśród ko­biet, z którymi pracowałam, psychologiczny ciężar poligynii daleko prze­kra­czał jej statystyczną obecność”. Okazało się też, że nie zawsze są to szczę­śli­we związki wolnych ludzi. Jak przekonuje badaczka, wiele pierwszych żon jest po prostu zmuszanych do zaakceptowania decyzji męża o po­ślu­bie­niu kolejnej kobiety. Wielożeństwo pojawia się jako groźba i pod­po­rząd­ko­wu­je życie kobiet woli mężczyzn. Część kobiet potrafi się temu dyktatowi przeciwstawić, inne natomiast godzą się na życie w związku poli­gy­nicz­nym, chcąc ratować małżeństwo lub z troski o los swoich dzieci. Jedne twier­dzą, że takie życie jest zgodne z regułami wyłożonymi w Koranie, drugie zaś uważają wielożeństwo za sprzeczne z ideą partnerstwa, sza­cun­ku i miłości.

*

Niezwykle znaczące jest to, że wśród Tybetańczyków praktykuje się kilka typów małżeństw. Pod tym względem jest to społeczeństwo unikatowe na skalę światową. Tybetanki i Tybetańczycy mogą mianowicie zawierać związki monogamiczne, angażować się w poliandrię braterską, a także w po­li­gynię. Ta ostatnia jest najrzadsza; zwykle przemawia za nią nie­płod­ność pierwszej żony, w wyniku której mężczyzna decyduje się na po­ślu­bie­nie jej siostry. Wszelako nie koniec na tym. Akceptowane są bowiem także małżeństwa łączące ojca i jego synów z jego kolejną żoną, czyli poliandria dwupokoleniowa. Ponadto występuje poligynandria – do istniejącego już małżeństwa jednej kobiety i kilku braci „zaprasza się” kolejną, młodszą żo­nę. Jak widać, możliwości wyboru form życia małżeńskiego są w tej kultu­rze niemal nieograniczone.
     Spośród tego szerokiego wachlarza związków najbardziej popularne są małżeństwa monogamiczne oraz poliandria braterska.

*

„Poliandria nie jest wybierana dla chleba i masła czy z lęku przed głodem we wrogim środowisku – przekonuje Melvyn C. Goldstein – lecz raczej z po­wodu tybetańskich odpowiedników ostryg, szampana i społecznego uzna­nia”. Co badacz ma na myśli?
     Tybetańczycy są przekonani, że gospodarstwo domowe, w którym żyje kilka dwuosobowych małżeństw ze swoim osobnym rodzeństwem, jest mało stabilne. Łatwo w nim bowiem o konflikty: jedne pary mają wiele dzieci, inne mniej, a między niespokrewnionymi osobami może dochodzić do po­waż­nych zadrażnień, zwłaszcza gdy w grę wchodzą ambicje i myślenie w ka­te­go­riach interesu wyłącznie własnych dzieci. Poligamia braterska ni­we­lu­je te napięcia, ponieważ jej budulcem są jedna rodzina i wspólne dzieci.

*

*

Wielkim sojusznikiem lewiratu był zawsze porządek patriarchalny.
     Wśród Kurdów tradycje rodowe nadal są bardzo ważne. Zgodnie z nimi ojciec, jego bracia i ich synowie tworzą mal, czyli lineaż – grupę wy­wo­dzą­cą się od jednego przodka, w której najwyżej ceni się związki krwi oraz wła­dzę mężczyzn.

*

     – Spotykanie się z wieloma ludźmi wcale nie wygląda bardzo zabawnie – odpowiedziała Sita. – Słyszałam, że w Ameryce dziewczyny zamartwiają się, kiedy wreszcie spotkają tego jedynego. Tutaj natomiast możemy po pro­stu cieszyć się życiem, pozwalając rodzicom wykonać tę pracę i martwić się za nas.
     Dzieje się tak pomimo tego, że model miłości romantycznej jest idea­li­zo­wa­ny i promowany zarówno przez Bollywood, jak i tradycyjny folklor. Instytucja małżeństwa aranżowanego, niemająca żadnego oficjalnego prawnego uznania ani wsparcia, okazuje się wciąż zaskakująco solidna i trwała. […]  Tradycyjne skupienie się na dużej rodzinie i jej potrzebach stale próbuje się dopasowywać do nowoczesnego ideału samorealizacji i niezależności – zwłaszcza w wypadku kobiet.

*

We współczesnych Chinach znalezienie żony nie jest łatwym zadaniem. Dominujący wzorzec kulturowy od wieków preferował posiadanie synów. W roku 1977 rząd wprowadził „politykę planowania urodzin”, zgodnie z któ­rą każda para mogła mieć tylko jedno dziecko. Ten restrykcyjny pro­gram zakończono po niemal 40 latach, w 2015 roku. Badania antro­po­lo­ga Williama Skinnera i jego chińskiego współpracownika Yuana Jianhua do­wio­dły, że konsekwencjami połączenia tradycji i rządowego planu stały się porzucanie dziewczynek, aborcja, a także dzieciobójstwo.

*

Jednym z najgorszych dopustów, jakie mogą przytrafić się rodzinom Kuria [lud w Afryce], jest bezpłodność. Traktowana jako zły omen, wywołuje ona tak duży lęk, że ciało bezpłodnej kobiety jest grzebane z dala od domostw, w jałowej ziemi. Stanowi to jasny znak, że spoczywa tam omogomba – ‘ta, któ­ra nie pozostawiła potomstwa’.
     Dlaczego Kuria tak bardzo obawiają się bezpłodności? Bo każda ich ro­dzina marzy o posiadaniu potomka, a dokładniej – mę­skie­go potomka. Na­ro­dziny syna są wyczekiwane i wybłagiwane, toteż jego przyjście na świat uświetnia się radosną ceremonią. Społeczeństwo Kuria jest pa­try­li­ne­ar­ne, a więc majątek rodzinny dziedziczy się w nim z ojca na syna. Brak mę­skie­go dziedzica oznacza zatem kłopoty i ryzyko rozdrobnienia tego majątku.

*

„Żeński mąż” jest wśród [ludu]  Nandi postrzegany jako mniej zaborczy i autokratyczny niż przeciętny mężczyzna. Nie kojarzy się z biciem i innymi formami przemocy, spędza z żoną dużo czasu, lubi z nią rozmawiać. Często przekazuje rodzinie panny młodej większą opłatę małżeńską niż męski kan­dy­dat na męża. […]
     W społeczeństwie Nandi kobieta, która poślubia kobietę, w rezultacie sta­je się mężczyzną. Nie idzie tutaj jednak o zmianę płci. Zmienia się raczej sta­tus takiej osoby: jest ona głową domu, zarządza gospodarstwem i re­pre­zen­tu­je rodzinę w świecie zewnętrznym.

*


Nuerowie, tak samo jak Dinka [lud w Sudanie Południowym], są mia­no­wi­cie przekonani, że jeśli mężczyzna umrze bezpotomnie, zapewnia sobie prze­trwa­nie wyłącznie dzięki kobiecie, która poślubi jego ducha. Jak twierdzą, w idealnym świecie każdy mężczyzna powinien mieć syna, który zostanie nazwany tak jak on. Wtedy pamięć o nim będzie trwać, a w lineażowym katalogu nie powstanie żadna luka.

*

     – Zadaję sobie pytanie: co takiego mają kobiety poślubione mężczyznom, czego nie mam ja? Czy jest to ziemia? Ale ja mam ziemię. Czy są to dzieci? Ja także mam dzieci. Nie mam tylko mężczyzny, ale mam kobietę, która się o mnie troszczy. Należę do niej, a ona należy do mnie – tłumaczy wpółżona Ciru. – I jeszcze ci coś powiem: nie muszę się martwić o to, że mężczyzna będzie mi mówił, co mam robić.

*

Wierzę, że dorastamy i uczymy się na podstawie wszystkich naszych doświadczeń, a związki z innymi są tu kluczowym elementem.

Waldemar Kuligowski, Drugi mąż czwartej żony.
Małżeństwa świata
, ilustr. Marianna Sztyma,
Wydawnictwo Albus, Poznań 2021.

4947. Z oazy (CXXIII)  //  Panna cotta (LXXIX)

Zeszłoniedzielne odliczanie literek, trzy. Dziś, bo zwyczajnie nie wyrobiłam się z ob­rób­ką tydzień temu. Wybierając fragmenty, zatrzymywałam się co chwilę z po­wo­du gramatycznego zachwytu. Że tu taki czas (pas­sa­to pro­ssimo), a tu — już nie na czuja — inny (imperfetto), a tam jeszcze inny (tra­pas­sa­to pro­ssimo!). Że tu zaimek w for­mie do­peł­nie­nia bliższego, a tu dalszego, a tam „zaimek”, którego w języku polskim w ogó­le nie ma — jak cu­dow­nie jest roz­ko­szo­wać się tym wszystkim w nieśpiechu nawet dziś po raz enty.

Zeszłoniedzielny, lutowy przydział radości z włoskich literek to przedostatnia z wy­da­nych do tej pory książeczek w ramach serii serena/mente stworzonych przez mał­żeń­stwo psychologa i ilustratorki.

Książeczka-plasterek, która przypomina, że zawsze można wyczarować dobro. Zawsze! Trzeba tylko… iść dalej. A może jest to opowieść o zupełnie czymś in­nym, a tylko mnie, poobijanej zmianą, której nikt nie chciałby doświadczać, ten wątek ruchu — którymi przecież również są i dawanie, i branie — wydał się uwalniający i zbawienny. Nie mówiąc o tym, że tak pięknie hipnotyzujący.

In un bel mattino di primavera, quando sui rami degli alberi brillavano ancora le gocce di rugiada, il riccio Spillo decise che era ora di cambiare casa.
     La sua, durante il letargo, era stata colpita duramente dal vento e dalla pioggia, tanto che anche aggiustarla era impossibile.
     Prese allora una grande valigia di stoffa, che gli aveva re­ga­la­to la nonna […]  e si mise in viaggio alla ricerca di una nuova casa.
[Pewnego pięknego, wiosennego poranka, gdy na gałęziach drzew lśniły już krople rosy, jeż Spillo zdecydował, że czas zmienić dom.
      Jego, podczas zimowego snu, został poważnie uszkodzony przez wiatr i deszcz — tak bardzo, że było niemożliwym go naprawić.
      Wziął więc wielką płócienną walizkę, którą otrzymał kiedyś od babci […]  i wyruszył na poszukiwanie nowego domu.]

*

Il primo giorno del suo viaggio, Spillo incontrò la talpa […].
     Il secondo giorno Spillo incontrò la gazza Brillina che pian­ge­va sul ramo di un ciliegio in fiore perché aveva per­du­to un vetrino […].
     Nell sua valigia Spillo trovò un vecchio orecchino che era rimasto spaiato, ma che per Brillina fu un bellissimo regalo.
[Piewszego dnia swojej wędrówki Spillo spotkał kreta […].
      Drugiego dnia spotkał srokę Brillinę, która płakała na gałęzi kwitnącej wiśni, ponieważ straciła cenne szkiełko […].
      W swojej walizce Spillo znalazł stary kolczyk bez pary, ale dla Brilliny był pięknym prezentem.]

*

Spillo viaggiò a lungo e non negò mai il suo aiuto a nessuno: a uno scoiattolo […], a una rana […]. [e successivamente a una lepre].
     Lo faceva perché, quando vedeva comparire il sorriso sul volto di tutti quelli che aiutava, sentiva nascere nel suo cuore un’energia potentissima, che lo riscaldava e lo metteva di buon umore.
[Spillo wędrował przez dłuższy czas, nie odmawiał nigdy nikomu pomocy: wiewiórce […], żabie […]. [a później również zającowi]
      Robił to, ponieważ, kiedy widział uśmiech, pojawiający na twarzach wszystkich, którym pomagał, czuł jak w jego sercu powstawała ogromna energia, kóra ogrzewała go i wprowadzała w dobry nastrój.]

*

Un fresco pomeriggio d’estate, dopo aver camminato a lun­go, Spillo si appisolò sotto un albero di melo.
     All’improvviso un forte temporale lo sorprese e fece sci­vo­lare la sua valigia in un torrente.
[Pewnego wczesnego letniego popołudnia po pokonaniu długiej drogi Spillo zdrzemnął się pod drzewem jabłoni.
      Nagle zaskoczyła go gwałtowna burza i porwała mu walizkę wprost do potoku.]

*

Quella notte Spillo sognò la sua amata nonna.
     “Perché sei così triste, riccetto mio?”
     “Ho perso tutto! La valigia che mi avevi dato era piena di cose preziose… Non ho più niente!”
     “A cosa ti servono le cose che hai perduto? La natu­ra ti offre già ciò di cui hai bisogno […]…”
     “Hai ragione… Eppure, sono triste! Forse perché tutte le cose che c’erano nella valigia mi servivano ad aiutare chi in­con­travo!”
     “Allora, piccolo mio, la felicità non è nella valigia, ma nell’aiutare gli altri!”
[Tej nocy przyśniła się Spillo jego ukochana babcia.
      — Dlaczego jesteś tak smutny, mój jeżyczku?
      — Straciłem wszystko! Walizka, którą mi kiedyś podarowałaś, była pełna cennych rzeczy… Nic już nie mam!
      — Do czego potrzebujesz rzeczy, które straciłeś? Życie oferuje ci to, czego potrzebujesz…
      — Masz rację… Mimo to jestem smutny! Może dlatego, że wszystkie rzeczy, które były w walizce, były mi potrzebne, by pomagać tym, których spotykałem!
      — Mój malutki, szczęście nie jest w walizce, ale w samej pomocy innym!]

*

“Ora ho capito!” pensò. “Se mi concentro su ciò che mi manca, allora divento triste. Se invece penso a come aiutare gli altri con ciò che ho, questo mi basta a essere felice!”
[Teraz rozumiem — pomyślał Spillo. — Jeśli skupiam się na tym, czego mi brak, staję się smutny. Jeśli natomiast myślę, jak pomóc innym, korzystając z tego, co mam, to mi wystarcza, by być szczęśliwym!]

*

A volte basta poco per cambiare in meglio la giornata di qual­cuno, sai? Una parola di conforto o una piccola atten­zio­ne possono far tornare il sorriso agli altri e quel che ne rica­ve­rai è più prezioso di qualsiasi vetrino. Ti darà gioia, spe­ran­za e coraggio!
[Czasem wystarczy niewiele, by zmienić czyjś dzień na lepsze, wiesz? Jedno słowo pocieszenia lub odrobina uwagi mogą przywrócić innym uśmiech, i jednocześnie otrzymasz coś dużo cenniejszego od jakie­go­kol­wiek szkiełka. Da ci to radość, nadzieję i odwagę!]

*

Una lacrima di gioia scese sul musetto di Spillo, che invitò gli amici a entrare nella sua nuova casa.
[Z radości na pyszczek Spillo spadła łza, gdy zaprosił przyjaciół, by weszli do jego nowego domu.]

Luca Mazzucchelli, Più dai, più hai, ilustr. Giulia Telli,
Giunti Editore, Firenze/Milano 2022.
(wyróżnienie własne)

[…]  anche se sembra strano, la felicità funziona al contrario: più dai, più hai”.
[chociaż wydaje się dziwne, szczęście działa wręcz przeciwnie: więcej dajesz, więcej masz.]

piątek, marca 03, 2023

4946. 62/365

być daje mi więcej wolności wewnętrznej niż mieć.

ważniejszym od posiadania przyjaciół, jest bycie przyjacielem; ważniejszym od posia­da­nia nieruchomości jest poczucie bycia gdzieś zadomowionym; ważniejszym od po­sia­dania sa­mo­cho­du jest bycie kierowcą. nie mam siostry, ale nią jestem.

62/365

J.S. Bach, Preludium G-dur,
Víkingur Ólafsson (pianista), Bach Reworks. Part 2,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #36.

czwartek, marca 02, 2023

4945. 60–61/365

     — wyobraź sobie, że układasz swoje ciało w dło­niach wszechświata — powiedziała do siebie.

ułożyła się w  zagłębieniu, utworzonym przez te dwie złożone dłonie. zniknęła galopada czarnych myśli i obrazów, zelżał ból.

60–61/365

poniedziałek, lutego 27, 2023

4944. [Świeżutki] Czekariat (XXXV)

La Tesora:
(zdjątko swojego obrazu przysłała, a zaraz potem
dorzuciła słowa w czterech znaczących wierszach,
które ubawiły Drzewko bardzo
)
U mnie kwiaty się malują
i co wychodzi?
Pornografia!
I bardzo dobrze!

Jabłoń:
(natychmiast poprosiła o zgodę, by na zawsze móc mieć i słowa,
i obraz, i fotografię z fantastycznie zatrzymaną sceną, która
nie milczy wcale, gada, opowiada, obiecuje… również tu
)
[zgoda została udzielona]


La Tesora.

*

Nie pozostawiaj za sobą nieprzeżytego życia.

Irvin Yalom, Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.

niedziela, lutego 26, 2023

4943. Z oazy (CXXII)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Gdy w poniedziałek wieczorową porą szo­ro­wa­łam swoją por­cję chodzenia na czworakach, z radia wypadli Autor i tytuł tej książki. Za­trzy­ma­ło mnie nazwisko Autora, zatrzymało mnie słowo żałoba. Szanuję rze­tel­ność dziennikarską Autora tej książki, żałobę jako dzikie zwierzę oswajam wtedy 67. dzień. Decyzja zapadła sama.

Dzień przed ukazaniem się książki, miałam ją już zakupioną. Dzień po jej publikacji miałam ją już przeczytaną.

Dzięki tej lekturze nauczyłam się słowa szylkretowy, by po zrobieniu klik, klik, do­wie­dzieć się dlaczego napotkanie trójkolorowego kota oznacza prawie zawsze spo­tka­nie kociej dziewczynki — do tej pory myślałam, że to pewniak.

To nie jest książka dla pacjentów onkologicznych. Kilkukrotne czytanie o wysokim, europejskim poziomie leczenia nowotworów w Polsce, choć jest doświadczeniem wyjętym z życia rodzinnego Autora, jest raczej wyjątkiem niż regułą lub jest regułą, ale tylko w przypadkach, gdy medycyna, również ta na światowym poziomie, ma już niewiele do zaproponowania. Tyle polemiki.

Całość. Przejmująca.

Wspólne spanie to było dla nas coś bardzo ważnego, zawsze uspokajało. Miałem nawet taką teorię, że naprawdę kochasz tylko tę osobę, z któ­rą możesz razem spać.

*

Znów książka Michała Cichego. Ta, z którą Agnieszka nie rozstawała się w ostatnich miesiącach życia. Chcę się cze­goś dowiedzieć o tym, co się dzia­ło w jej wnętrzu, gdy coraz bardziej zamykała się w sobie i coraz częściej leżała bez ruchu.
      […]. Tak właśnie – z uwa­gą – próbowałem ją czytać. Próbowałem, bo nie zawsze się udawało. Od­pa­da­łem przy fragmentach streszczających po­glą­dy chińskich filozofów i mi­strzów. To nigdy nie były moje kli­ma­ty. Ale starałem się jak mogłem. Gdy coś szło nie tak, wyobrażałem sobie Agniesz­kę, jak czyta te strony.

*

Kochałem jej głos.

*

Nikt nie zadzwoni z pytaniem, kiedy będziesz, nikt nie przyśle listy zakupów, nie napisze, że tęskni. Nie wyślesz mi już ikonki z roześmianymi duszkami. Mogę się włóczyć, jeździć bez sensu, wracać w środku nocy, wy­chodzić nad ranem. Nikogo to nie obchodzi, bo nikogo tu nie ma. Tylko kot, gdy jestem zbyt długo poza domem, porzuca swoją izolację i trochę się łasi, mrucząc. Czasem nawet pośpi w nogach czy przy boku. Mogę wszystko. Na nic nie mam ochoty. Bez Ciebie wszyst­ko jest niczym.

*

Życie i stawanie twarzą w twarz wobec wszystkiego, w co się pakujemy, to jest odwaga.

*

Napisałem jeszcze, że tam, gdzie jest wojna, bieda i ciągłe zagrożenie, było mi lżej niż w domu. W domu zaczynałem już odpływać, nie wiedziałem, skąd mam brać siłę, a potrzebowałem jej coraz więcej.

*

Czasami trzeba się kierować sercem, czasami umysłem, a czasami są takie momenty, że trzeba się poddać.

*

Wczoraj (1 sierpnia 2022) znalazłem mema z Kubusiem Puchatkiem i Pro­siacz­kiem. Taki dialog: – Mogę coś dla ciebie zrobić? – Bądź. – Tylko tyle? – Aż tyle.

*

[…]  najważniejsze jest to, co nieuchwytne.

*

Postanowiłem przyjmować wszystko, co się dzieje, jakby to było niezależne ode mnie. Bo tak naprawdę nie jest, ani ja, ani ty nie możemy zrobić zbyt wiele. Parę drobnych rzeczy, które znaczą coś tylko dla niewielu. Ale znaczą te drobne rzeczy nieskończenie wiele, i tylko to się liczy.

*

Mówiliśmy o życiu jako o rzeczywistości
rozciągniętej ponad czasem.

Wojciech Czuchnowski, Dzbanek rozbity. Sceny z życia,
choroby, śmierci i żałoby
, Agora Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

Lista i odznaczone. Ja wiem, że jedna rzecz, jeden przed­miot, jedno skojarzenie może uruchomić lawinę myśli, a algorytm pytań i odpowiedzi maluje straszne wizje, w to się łatwo można wplątać, niestety.
     Wiem, że pokonasz to wszystko.

(tamże)

4942. Z oazy (CXXI)

Niedzielne odliczanie literek, raz, a w zasadzie zeszłotygodniowe pięć. Tydzień temu nie dałam rady. Było za dużo emocji i za mało czasu.

O istnieniu stoliczka dowiedziałam się po skończeniu pierwszych studiów, gdy Biały Kruk opowiedział mi, o tym, jak pod koniec moich licealnych czasów, gdy On już tam pracował — przyszedł do LO rok po mnie i został na czternaście lat — do pokoju nau­czy­cielskiego wszedł, oburzony zachowaniem białokruczego dziecka, na­u­czy­ciel, który dobitnie uzewnętrznił swój gniew. Na to ktoś ze sto­licz­ko­we­go to­wa­rzystwa spokoj­nie skomentował: o co ci chodzi, przecież to córka Białego Kruka, co w wolnym tłuma­cze­niu oznaczało: naprawdę oczekujesz czegoś innego niż trud­no­ści? Biały Kruk nie za­bie­rał głosu, uważał, że dziecko musi sobie radzić i jeśli na­wa­rzyło piwa, musi je samo wypić.

O istnieniu tej książeczki dowiedziałam się, gdy było przygotowywane jej drugie, roz­sze­rzo­ne o wspomnienia, wy­da­nie. Biały Kruk przysłał mi napisaną przez siebie część, bym rzuciła okiem. Rzuciłam, a gdy mu napisałam, że tu i tu do­brze byłoby zmienić, odpisał z uśmieszkiem, że już się nie da, bo poszło! Nie przejął się mo­imi uwagami, gotów był pić piwo, którego nawarzył.

Czytałam tę książeczkę u Białego Kruka w czasie wilegiatury w roku 2021 (dziś już wiem, że przedostatniej, dla wszystkich nas pierwszej bez Orzeszka). Byłam wtedy głównie pod wra­że­niem tego, że choć jest to książka typu self-publishing, typo­gra­ficz­nie jest bez zastrzeżeń.

Czytałam tę książeczkę przy okazji wspaniałego spotkania, na którym dostałam swój jej egzemplarz. Na dwie i pół godziny ożyła magia „Ich” stoliczka. Siedząc przy nim, byłam starsza, niż wszyscy siedzący przy nim Nauczyciele, gdy siadali przy stoliku w pokoju nauczycielskim LO w czasach mojego bycia licealistką. Podczas tego spo­tka­nia patrzyłam na Nich w niemym zachwycie — tylko po mnie było widać upływ czasu.

A książeczka? W połowie jest to książka kucharska z wielokrotnie sprawdzonymi przepisami. Dla mnie kucharska oznacza rehabilitacyjna, bo wszystkie przepisy wymagają użycia dwóch rąk. Mam rehabilitacyjny plan! I obietnicę daną sobie, by każdy wypróbowany przepis ocalić tu od zapomnienia.

Pomysł napisania tej książki zrodził się z tęsknoty za czasami, które bez­po­wrot­nie minęły, za ludźmi, z którymi pracowałam przez 30 lat w jednym miejscu. […]  żyjemy tak długo, jak trwa pamięć o nas, to oczywiste. Nie mo­ja to myśl, ale podpisuję się pod nią. Chciałabym trwać w czyjejś pa­mię­ci i wspomnieniach, dlatego pielęgnuję pamięć o znajomych, przy­ja­cio­łach i kolegach.
 //  Mirosława Wenta-Wypych

*

Kiedyś rozłożyliśmy swoje zapakowane śniadania na stoliku i ja pierwsza rozpoczęłam konsumpcję. W jej trakcie usłyszałam głos Mirki: „Smakuje Ci moja kanapka?” Roztargnienie zostało mi do dziś…
 //  Grażyna Kamowska

*

Skład osobowy naszego stolika
     Ten skład rodził się spontanicznie, ale przy dyskretnym zaproszeniu osób, które już przy nim siedziały […]. Kolejno za­pra­sza­ni byli do nas (rzut oka i po konsultacji z Mirą szybka decyzja — żeby nie poszli do innych sto­li­ków): […], [Biały Kruk].
 //  Grażyna Kamowska

*

Przy stolikowych wspólnych chwilach ukazywały się też różnorodne talenty i pasje poszczególnych osób. […] [Biały Kruk]  cytował nam czasami ulu­bio­ne fraszki Sztaudyngera, albo nucił tematy z muzyki klasycznej do odgad­nię­cia, przez co ochrzciłam go ksywą Cirano (od Cyrano de Bergerac’a).
 //  Grażyna Kamowska

*

Ewa Saj-Kurpiewska to mój kolejny wzór do naśladowania. Perfekcyjnie przygotawane lekcje, żywe i ciekawe. Nikt z uczniów nie czuł się u niej nu­me­rem dziennika. A przy naszym stoliku — ach, te słynne przysłowia, które, jak sama mówi — wypiła z mlekiem matki! Celne komentarze do każdej sy­tu­acji lub rady na rozwiązanie problemu płynące z życiowych do­świad­czeń pokoleń w jej rodzinie. Fantastycznie! Uczniowie zapisywali przy­sło­wia i py­ta­li, skąd je bierze. Odpowiedź zawsze była jedna: „Z życia, dziecko, z życia”.
     Leszek Sobecki cieszył się u nas szczególnym autorytetem nie tyl­ko dla­te­go, że jest świetnym matematykiem. Wyważone słowa, wspaniałe, mądre ży­cio­we rady, które dla nas, młodszych, też były czasami odkryciem – że coś jest takie proste i logiczne, jak w matematyce. […]  Ma też super po­czu­cie hu­mo­ru. Po chorobie, już na emeryturze rozmawiamy z Nim — Mirka i ja [Grażyna Kamowska]. Zauważamy, że dobrze wygląda. Leszek na to: „Ach, co tam dobrze! Powiedzcie, czy ja jeszcze jestem sexy!”.
 //  Grażyna Kamowska

*

Stolik po prawej stronie, tuż przy szafkach i zlewie w ro­gu po­ko­ju, do­słow­nie mnie zaanektował.
 //  Mariusz Olchowik

*

Było pewnie tak, jak to niedawno wspominaliśmy: stanąłem w pro­gu po­ko­ju nauczycielskiego i jeszcze dobrze nie zdążyłem się stremować, kiedy życz­li­we uśmiechy Grażyny Kamowskiej i Miry Wypych zachęciły mnie do za­ję­cia miej­sca przy ich stoliku. Wydaje się, że już wtedy do „towarzystwa sto­li­ko­we­go” należał Leszek Sobecki, którego przyjaźnią cieszę się do dziś.
 //  Biały Kruk

*

Mam też na biurku zdjęcie, dokładnie z 2001 roku, które przywołuje wspo­mnie­nie i uśmiech: jest na nim grupa dziewcząt w zwiewnych su­kien­kach i z wdziękiem, który się ma w nastoletnim wieku.
     Już nie pamiętam, jak do tego doszło, ale w czasie dyskusji na temat stro­jów zawarliśmy pakt: w dniu, kiedy jest informatyka, dziewczyny przy­cho­dzą do szkoły w sukienkach, w zamian pan profesor, który do ele­gan­cji miał raczej swobodne podejście, przychodził w marynarce i pod krawatem! Dziś miałbym pewnie z tego powodu kłopoty, […]  ale wtedy bawiliśmy się świet­nie przez cały rok szkolny. No, może minister Czarnek doceniłby moją ini­cja­tywę w kierunku kształtowania cnót niewieścich w zakresie stroju…
 //  Biały Kruk

Mirosława Wenta-Wypych, Irena Pułtarzewska (red.),
Ogólniak od kuchni, Kwidzyn 2021.
(wyróżnienie własne)


(tamże)

4941. Oni w kinie (II)

Jabłoń:
(w zeszły weekend, wiedząc, że grozi jej
kino akcji, palone samochody i sporo mordobicia,
próbuje uniknąć tego, czego nie da rady obejrzeć na pewno
)
Proszę, tylko nie bierz mnie do kina na horror.

Sadownik:
Jak myślisz, Wieloryb to
co to dla mnie było?

(przeczesał repertuar i odwołał wyjście)

*

Ostatni weekend lutego to ostatni moment, by wypełnić plan na ten miesiąc. Wy­myśli­łam kinoterapię, to jazda! Wczoraj, zgodnie z umową, Sadownik wybrał film. Chcia­łam mieć pełnowymiarową siurpryzę, nie zapytałam jaki. Poszliśmy.

Demograficznie (I). Do końca chciałam mieć niespodziankę, więc nie rzuciłam okiem na szyldzik przy wejściu do sali kinowej nr 15. Nie było jednak siły, bym nie przyglądała się ludziom! Pod piętnastką stało zdecydowanie zbyt dużo kobiet, by było to mordobicie lub strzelanka, o czym nie omieszkałam poinformować kolegi-małżonka, co Sadownik skwitował serdecznym śmiechem, który, jak się okazało później, był tylko i wyłącznie przedskoczkiem wrażeń, które mi zgotował życiowy partner.

Neoliberalnie. Projekcja seansu ciut się opóźniła. Tłum gęstniał. Gdy w końcu otworzono drzwi, sala w ciągu kilku minut była PEŁNA, mimo że za kilka dni film zejdzie z afisza. Drzewko skomentowało demografię: Kotku, luka płacowa w Polsce wynosi ok. 20% na niekorzyść kobiet; skąd 80% widzów tego seansu (kobiety) miało na bilet, pepsi i popcorn? Sadownik wiedział — panie oszczędzały cały rok!

Demograficznie (II). Statystyka: nasza dwójka okrutnie zawyżyła średnią wieku widzów. Doświadczenie: w filmie jest scena, w trakcie której i ja, i Sadownik ry­cze­li­śmy ze śmiechu (nigdy nie śmiejemy się cicho) — wyłącznie my (!) ryczeliśmy! Żeby śmiać się z tej sceny trzeba mieć nie tylko poczucie humoru i dystans do siebie, lecz przede wszystkim przynajmniej kilkudziesięcioletni staż związkowy i niejedną w tej relacji wy­mia­nę zdań za sobą.

Kultura stołu. Na bieżąco scenę picia szampana Sadownik skomentował: ale piją z kieliszków dla biedoty. Ryknęłam śmiechem. Tylko my wiedzieliśmy dlaczego. Nie z powodu romantycznej sceny, lecz z powodu Sadowniczego refleksu komentowania filmowej rzeczywistości.

Ach, te relacje! Po seansie nie ruszaliśmy się z miejsc nie dla­te­go, że czekaliśmy na wyświetlenie nazwisk montażystów, ale dlatego, że li­czy­li­śmy, ilu mężczyzn było na sali podczas projekcji. Poza Sadownikiem było ich szesnastu — wszyscy w towa­rzy­stwie pań. Sposób, w jaki poruszały się te męskie ciała, nie pozostawiał złu­dzeń — one zostały przyciągnięte na ten seans. Sadownik był jedynym męż­czy­zną, który wybrał ten film. Ja byłam jedyną kobietą, która, gdyby do niej należał wybór, nigdy by tego filmu nie wybrała. Bawiliśmy się świetnie. Widzisz — skomentował Sadow­nik — po to się chodzi do kina, by się rozerwać! Ale był też drzewny akcencik: długo o tym filmie rozmawialiśmy, bo dla mnie miał on mimo wszystko kilka warstw, któ­rych obśmianie nie powoduje ich zniknięcia czy unieważnienia.

*

Jabłoń:
(po seansie, przy wyjściu z sali)
Gdzie jest moja strefa komfortu?

Sadownik:
To taka moja mała zemsta za Wieloryba.

Magic Mike. Ostatni taniec,
reż. Steven Soderbergh, 2023.

sobota, lutego 25, 2023

4940. Czekariat (XXXIV)

Hawwa:
(po drzewnej reklamacji do zdjęcia pierwszego,
złożonej pod koniec stycznia, przysłała
przedwczoraj zdjęcie drugie i trzecie
)

*

Jabłoń:
(pokazała Sadownikowi pierwsze zdjęcie Sabci,
które wciąż i niezmiennie
przenosi Drzewko w inny wymiar
)
Szkoda, że ma przycięty nos…

Sadownik:
No i bałagan w tle.

Jabłoń:
Czepiasz się!

Sadownik:
A ty nie?


fot. Hawwa, fragmenty.

 
Gdy już nie ma nigdzie w zasięgu wzroku uchwytnego sensu, przychodzi mo­ment, gdy ten sens trzeba stworzyć samemu, dosłownie z niczego, z kom­plet­nej pustki, z przerażającego niezrozumienia. Widziałem ten bez­sens, bez­kres­ny ocean braku jakiegokolwiek zrozumienia. Każdy ma to w sobie – tę umie­jętność nadawania wszystkiemu imion oraz znaczeń. Cza­sa­mi tylko cięż­ko odnaleźć w sobie tę dyspozycję. Chyba tak właśnie sta­je­my się ludźmi?
     Czasami jest też dobrze tego nie robić, nie szukać tego w sobie, niczego nie nazywać. Wyłączyć myślenie i zaakceptować bezsens.

*

Miłość czyni zbędnymi myślenie, słowa, nazwy, sens. Miłość ma się świetnie na samym środku oceanu bezsensu.

Wojciech Czuchnowski, Dzbanek rozbity. Sceny z życia,
choroby, śmierci i żałoby
, Agora Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

(4938+1). 56/365  //  Panna cotta (LXXVIII)

dziewczyna z perłą, nie.
dama z łasiczką, mowy nie ma.
dziewczyna z pazurem*, tak!

56/365

___________
   *   zawsze chowałam się za długimi włosami — mój jedyny atrybut społecznego snu o kobiecie idealnej. to była wy­god­na forma mimikry: wystarczyło w tych włosach milczeć i uśmie­chać się, a charakter nie najłatwiejszy można było choć na chwilę ukryć i odpocząć w społecznej wizji kobiet jako istot delikatnych, miękkich, niegroźnych. drugi mie­siąc z bardzo krótkimi włosami** nie mam już szansy ukry­cia swojej prawdziwej natury, nawet gdy milczę. nareszcie!
  **  wyszukiwarka próbowała mi wmówić, że szukam cze­goś innego niż szukałam i z uporem wracała do tej piosenki. nie szukałam tej, bo nie wiedziałam o jej istnieniu, a teraz trze­ci dzień nią łomolę i zachwycam się nie tylko językiem.

Chadia Rodriguez & Federica Carta, Bella così.

senza trucco, senza smalto e crema
[…]
anche al buio c’è una luce che ti illumina
perché tu sei bella così
perché tu sei bella così
c’è sempre qualcuno che ti aspetta
ed ai suoi occhi sei perfetta
ed un giorno capirai quant’eri stupida
perché sei bella così

*

piacere mi chiamo […] il Melo
sono sempre stata una tipa strana

czwartek, lutego 23, 2023

4938. Panna cotta (LXXVII)

Jabłoń:
(w drodze powrotnej do ula,
z entuzjazmem odpaliła włoską playlistę
)

Sadownik:
(przy muzycznie niewymagającym
kawałku, słyszanym po raz enty
)
Ty tego słuchasz z powodu muzyki?

Jabłoń:
(zdziwiona pytaniem)
Muzyki? Nie! Z powodu języka.
Marzy mi się, że któregoś dnia włączam piosenkę
po raz pierwszy i rozumiem cały tekst od a do zet.

*

(po jakimś czasie)
Jabłoń:
(ze śmiechem, gdy zabrzmiała poniższa
piosenka, której dużo tekstu umie zapisać
)
Rusinek byłby zachwycony w tej piosence
spadaniem w dół!

Sadownik:
(stawia też na fizyków)
Raczej!

Cannella & Zero Assoluto, Balla Così.

cerco solo te
quando mi manca l’aria
quando mi sento piccolo
come un granello di sabbia
e trovo solo te
[…]
e tu sei tutte quante le risposte
alle domande
che mi tengono sveglio di notte
balla, balla, balla così

*

bella, bella, bella così
la vita è bella così
[…]
per non cadere giù
per non sbagliare più

*

un passo avanti e un altro indietro insieme a te
è così facile se mi stringi la mano

4937. o bogu  //  54/365

kilka dni temu najstarsza siostra Białego Kruka zapytała:
     — czy ty wierzysz w boga?
     — chodzi ci o tego siwego, mściwego, ka­to­lickiego starucha? nie, w niego nie wie­rzę, ale w to, że bóg jest miłością, czymś więk­szym niż my — tak, wierzę.

54/365

*

nie mam z tobą — mała rosjo* — żadnego dobrego wspo­mnie­nia w ciągu całego two­je­go życia.

spotykam boga w ludzkich gestach, uśmie­chach czy sposobie, w jaki ludzie z mi­ło­ścią wyciągają dłonie w kierunku zwie­rząt i in­nych lu­dzi — po­my­śla­łam dziś, wiedząc już, że nie mogę unik­nąć prze­by­wa­nia z tobą w tej samej przestrzeni za dwa ty­god­nie. niech bóg ma mnie wtedy w swej opiece.

54/365

___________
  *  druga córka Orzeszka i Białego Kruka. Do wczoraj, by­łam święcie przekonana, że czuła się kochana przez Orzesz­ka, ale po tym, na co pozwala w Małej Danii, ła­miąc przy oka­zji mi serce, myślę, że w miej­scu, gdzie ludzie noszą otrzy­ma­ną od innych miłość, ona ma czarną, nie­możli­wą do zasypania, dziurę.

niedziela, lutego 19, 2023

(4928+8). Z oazy (CXX)

Niedzielne odliczanie literek, cztery. Niejako na deser. Szczególne odliczanie, bo wyjątkowo osobiste, bez możliwości ukrycia miejsca, prawdziwych imion i nazwisk. Pisane wzruszeniem i wdzięcznością, bez możliwości uniknięcia dygresji, by mieć szczególną dla mnie Trójkę Mężczyzn tu w jednym miejscu.

Dziś całą drogę powrotną do ula myślałam o tym, że od człowieka do człowieka jest mak­sy­mal­nie pięć uścisków dłoni, że gdy od czło­wie­ka do czło­wie­ka jest tylko jeden uścisk, to mamy czasem do czynienia z alternatywą wyklucza­ją­cającą: albo prze­paść, albo miłość, ale! Odkryłam dzięki podarowanej mi książeczce, że cza­sem od człowieka do człowieka maksymalnie dwie pary trampek. Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni — głoszą mistycy. Wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni — cichutko po­twier­dza życie. Zaświadcza o tym również ten ISBN.

Nie miałam pojęcia aż do piątkowego ranka i powolnej lektury, że Oni byli przy­ja­ciół­mi od dzieciaka, od pierwszej piłki, w którą grali:

On, raz. Nie z mojej bajki, a jednak (!) z mojej. Ile to już lat? Trzy­dzie­ści cztery lata temu byłam w pierwszej klasie, On był moim polonistą przez całą moją licealną edu­ka­cję.
     Gdy większość damskiej części klasy skrycie (?) podkochiwała się w Profesorze, ja bardzo skrycie uwiel­bia­łam Jego Żonę (również polo­nist­kę) — widząc Jej siłę, precyzję wypo­wie­dzi i nie­by­wa­ły urok oso­bi­sty. Profesor nie robił na mnie żadnego wrażenia. Do czasu.
     Któregoś dnia się pochorował, a gdy wrócił do pra­cy, jeszcze przez pięć dni się nie golił. Całe pięć dni patrzyłam w te­go przy­stoj­nia­ka jak w świę­ty obrazek. Urzeczona tak niebywale może nawet wtedy dałabym się na­mó­wić do przeczytania Pana Tadeusza czy Dzia­dów. Po pięciu dniach zarost poszedł w niebyt i wszystko wróciło do normy.
     Znów nie był w moim gu­ście pod żadnym wzglę­dem, a półtora tomu Potopu przeczytałam za ciastka tortowe, które kupował mi Biały Kruk za każde przeczytane pięć­dziesiąt stron. Dlaczego tylko półtora? Bo zbrzydły mi ciastka.

On, dwa. „Łysy”. Ach ta finezja w nadawaniu ksywek przez młodzież! Był trenerem koszykówki i marzycielem, jeśli chodzi o życie sportowe miasta. Gdy będziecie na kwidzyńskim stadionie, znajdujący się tam Zajazd Sportowy to zmaterializowane przez Niego marzenie o bazie noclegowej. Ile razy jedziemy ulicą Sportową w Kwidzynie, tyle razy myślę o Nim, moim trenerze. Był wymagający, darł się niemiłosiernie, ale serce miał ogromne.
     Końcówka ósmej klasy podstawówki. Młodziutki nauczyciel historii, kandydatka na Jabłoń bez najmniejszej ochoty do nauki tego przed­mio­tu i jej pięć pałek. Cwaniara poszła do pani pedagog i pod pozorem mówienia naj­szczer­szej prawdy powiedziała, że się uczy i uczy (nie­praw­da), a i tak ma same pałki (prawda). Pani pedagog wczuła się w ro­lę, poleciała do młodego nauczyciela i załatwiła: dał pięć tematów, od­py­ta i będzie dobrze. Pięć? AŻ pięć!
     Bezczelna nastolatka poszła do swojego trenera i oświadczyła, że Tata nie puści jej na Mistrzostwa Polski, jeśli nie poprawi ocen z hi­sto­rii. Ma pięć tematów.
     Łysy uwielbiał historię i te pięć tematów opracował pisemnie, a gów­nia­ra, jaką wtedy byłam, łaskawie nauczyła się tego na pamięć podczas kąpieli w wannie po treningach. I zdała. I pojechała.
     Widziałam Go ostatni raz na stacji benzynowej prawie dwadzieścia sześć lat temu. Pamiętam to serdeczne spotkanie po latach, pamiętam, że było to piękne, ciepłe i słoneczne popołudnie. Zamie­ni­liśmy kilka zdań, był tego dnia niebywale radosny. Ja też. Kaszuby były wtedy Jego domem. Ostatnim.

On, trzy. Wracając dziś do ula, dotarło do mnie, że to jedyny Oldboy, którego znałam z imienia i nazwiska. Sparingi z Oldboy’ami to był stały element przygotowań do sezonu koszykarskiego. Byli wielcy, ciężcy i… starzy! Wszyscy Oni wtedy byli młodsi niż ja kilka lat temu.
     Jadąc na czwartkowe spotkanie, rozmarzyłam się, że chciałabym by też tam był, choć nie należał do głównego klucza, według którego wy­bra­ni zostali uczestnicy spotkania. Nie był Niespodzianką, był Spełnio­nym Marzeniem. W czasach sparingów duży i ciężki, teraz drobny, szczu­pły — człowiek, młody duch, mąż, ojciec, dziadek i pradziadek — nie zmienił się fizycznie od 2019 roku ani troszkę, daję słowo — sie­dzie­liśmy obok siebie. Dla mnie już nie jest tylko Oldboy’em, ale również, zwłaszcza teraz, miło­śni­kiem Życia, Kwidzyna i… Poetą.

Trzy dni temu dostałam tę książeczkę. Nigdy w ciągu jednej porannej kawy nie zrobiłam tylu kilometrów, nie ruszając się z fotela. To nie jest tylko tomik wierszy poświęcony ulicom i miejscom, ale przede wszystkim jest to dobrze zorga­ni­zo­wa­ny spacer z… niemałą historią w tle. Są i Oni — wszyscy Trzej! Są również tu już na zawsze.

Gdy kilka godzin po poetyckim spacerze spotkałam poniższy wiersz, natychmiast pomyślałam: w stylu Antoniego! I muszę go tu mieć, również jako fantazję, że może i Antoni listy zakupów wierszem pisze.

poeta idzie do sklepu

poeta pisze:
mąka jajka olej fajki

poeta pisze
bo poeta nie pamięta

Piotr Mitzner, Przejścia. Wybór wierszy
z lat 1982–2020
, PIW, Warszawa 2021.

*  *  *

Przestrzeń miasta to rodzaj labiryntu, w którym można się zgubić, ale… także odnaleźć. Wszystko zależy od tego, czy w pozornie martwym świecie kamieni, cegieł, zaprawy, bruku, asfaltu i odrobiny zieleni rozsianej gdzie­nie­gdzie, będziemy w stanie dokonać tego, co badacze literatury na­zwa­li „oswojeniem przestrzeni”. To taki proces […], który pozwala w zespole po­zor­nie martwych brył i płaszczyzn dostrzec coś jeszcze, jakiś pierwiastek du­cho­wy […]  „duch miejsca”. Jeżeli się dobrze zastanowimy, to każda i każ­dy z nas będzie w stanie znaleźć w zakamar­kach pamięci przy­naj­mniej jed­no takie, szczególne, ważne w naszym życiu miejsce, któ­re zna­czy coś więcej niż tylko budynek, ściana, martwa bryła
  //  Jarosław Dudko

*

Kocham i lubię w Kwidzynie
i foty zeń kolorowe
Liwę, co z obu stron płynie
i domy stare jak nowe!
Kocham, bo tu moja młodość,
spłynęła jak sanki po stoku,
bo tu pokochałem kogoś,
kto zawsze przy moim boku.
[…]
Więc warto kochać i lubić,
i w tej miłości się zgubić
!

*

Głośno, gwarno na deptaku
„urwał nać”— małolat wrzaśnie!
Czasem z kindersztuby braku
lub gdy lampa nagle zgaśnie.

*

Grunwaldzka jest jak wyrzut sumienia,
bo to arteria naszego miasta,
a do tej pory jej nie wymieniam,
choć o ulicach wierszami szastam.
zmyła mi głowę w tej sprawie Zbysia,
gdyż ją Grunwaldzka tylko zachwyca.
Drapiąc się w głowę, wnet bym wyłysiał,
lecz wena przyszła z blaskiem księżyca.
Wyjąłem papier, długopis także,
szuflady w mózgu poprzewracałem.

*

Mecz na drugim końcu miasta,
muszę pójść na mecz i basta!

W latach młodzieńczych biegałem w drugą stronę, tzn. ulicą: Halle­ra (dawniej Świerczewkiego), a przy okazji na Kamienną i Willową. Na Hallera mieszkał mój przyjaciel Zygmunt Krukowski, na Willo­wej Andrzej Demidowicz […]  obaj z naszej nierozłącznej trójki.

*

Któż by się przejmował,
że ta Willowa, to nie ta Willowa?
Obchodzi to fasolę,
bo na jej miejscu powstało przedszkole;

obchodzi to buraki,
bo na ich miejscu rosną sobie krzaki;
obchodzi to begonie,
bo na ich miejscu mamy dziś przychodnię.

A we mnie żal głęboki,
że teraz tylko bloki, bloki, bloki!

*

Cóż to za sentyment przed pół wiekiem sprawił,
że wciąż się cieszymy, gdy innych się sławi?
Czemu ma tu Grudziądz swój przymiotnik słodki…
Czemu ma Wąbrzeźno, Tczew i inne blotki?
Czemu Gdańsk jest asem, czemu i Warszawa?
Przecież ma też klasę sąsiednia Iława!
Zatem pytam władzę, czy to wielka łaska,
Że się też pojawi ulica Iławska?
A może decyzja będzie bardziej ludzka,
Że się wnet pojawi ulica Prabucka!

Antoni Tynda, Spacer po kwidzyńskich uliczkach,
Wydawnictwo REGION Gdańsk, Kwidzyn 2019.
(wyróżnienie własne)

Czy ktoś pamięta dziś ulicę Krzywą,
domki maleńkie, w ogródkach warzywa?
Teraz Spółdzielcza w miejsce jej wyrosła
i dzisiaj Krzywa jest już całkiem prosta,
a Prosta — krótka, a Krótka jest ślepa,
na Ślepej przyszło czasem biedę klepać.
Przy Zielnej — pole i przepływa struga,
Polna — szeroka, a Szeroka — długa.
Długa się z Owczą za chwilę połączy
i tu poeta powinien zakończyć!

(tamże)

4935. Z oazy (CXIX)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Dawno, dawno temu mignął mi wiersz tego po­ety. Wiersz był krótki, zgrabny i… pięknie kudłaty. Wystarczyło mi, by klik, klik (nie było w wer­sji elektronicznej), by nie poddać się wcale. Zamówiłam w „papierzu”.

Przyszła opasła an­to­lo­gia, rzucając ableistyczne wyzwanie mojej fizycznej niemocy. Nie podjęłam wów­czas wyzwania. Niedawno, bo w ostatni wtorek, uznałam, że to jest ten czas, by prze­czytać od deski do deski, a przy okazji odnaleźć w tomiszczu tym wspomniany psi, pierwszej klasy kudłaty wiersz.

Przeczytałam. Naprawdę dobrze się bawiłam. Doceniam językowy refleks poety, po­czu­cie humoru poważam, ale! W tej antologii nie ma wiersza, na którego poszu­ki­wa­nia się udałam. Na szczęście było wiele innych przy których się zatrzy­ma­łam, by, li­ter­ka po literce, je tu mieć.

A wiersz, od którego wszystko się zaczęło? Myślało mi się uparcie. Uparta uporem własnym klik, klik, enter i jest! Znalazłam w internetach:

na spacer
ciemną doliną

chodź
rzuć mi patyk
i biegnij za mną

zła się nie ulękniesz
bo ja jestem z tobą

Gdy już znałam tytuł wiersza, przeczesałam spis treści antologii. Nie, nie prze­ga­pi­łam. Nie ma Psalmu psa. Sprawdziłam, kto dokonał wyboru wierszy do antologii. Zrobił to sam poeta. Nie jest godny półek w ulu. Podjęłam szybką i dość łatwą decyzję.

Dawno, dawno temu kupiłam książkę jednorazową. I to by było na tyle.

chłopiec szuka swojego smoka
smok nie szuka chłopca
smok szuka smoka
chłopiec walczy ze sobą

*

już czas

to proste
jak u Prousta

ale nie tak
rozwlekłe

*

za mną nieskończoność
przede mną nieskończoność

*

siedzi na progu
i opowiada mi
niestworzone

[…]
i mówi czasem do rzeczy

i rzeczy znajdują
swoje miejsce

niech wejdzie
niech będzie

święty absurd
kochania

*

most nad
przepaścią

jestem mostem
i przepaścią

i tym
który przejdzie

*

nie
nie sprzątam

tak nie sprzątam

zbieram tylko z podłogi
spinacze spójniki

same sobie nie poradzą

*

ja bym jednak
pisał „nie” zawsze osobno
żeby nie ściągało
bytu w niebyt
nie zarażało
i tak niezbyt zdrowego
organizmu

*

ten mówi jak żyć
ten jak nie żyć
prorocy
wysyłają mi groźby karalne

*

Nie
mogę wyjść
bo w sieni
zamknąłem
ubiegłą jesień
żeby mi nie zwiała

*

kiedyś

bezszelestnie
wróci wiosna
rozpacz w kwiatki

*

miał przyjść
lekarz

przyszedł lalkarz

pomógł
jak mógł

*

aresztantowi odebrano
czas i przestrzeń
to znaczy
zegarek i sznurówki

*

jest wyjście

ale jak wyjść
i zostawić
wszystko
ot tak

przeminąć się

*

niczyja wina
do której nikt
nie chce się przyznać

włóczy się po mieście
chce się oddać

żeby ktoś ją wziął
na dłużej

albo żeby
była zbiorowa

nie prosi o przebaczenie

no bo co z nim zrobi

*

Raz obrana droga
odsłania się
skórka z niej
spada
serpentyną
od bieguna
w dół

a ogryzek
rzucimy
za siebie

*

ile straconych wschodów
przespanych
ile pooranych
poranków

Nie żałuj
przecież zachód
i wschód to jest
to samo

tylko z innej strony

*

zmarszczki są
tylko w lustrze

*

[…]  ego

z trudem znów
pod górę
z torbami

żeby na szczycie
postawić

na swoim

*

kładę kamyk na ścieżce
trącam patykiem

— no idź
idź bo cię rozdepczą

*

to cośmy przeciągali
okazało się piłą

to cośmy piłowali
było twarde

po przecięciu
okazało się perłą

*

zamienię koniec dnia
na początek

może być z deszczem

*

Liczba nóg nie przyspiesza
wędrówki
patrz: stół

beznogi bywa szybszy
patrz: wiatr

*

co było
co jest
co będzie

o czym nie wiesz
co być musi
co serce zaspokoi

*

zresztą czytelnicy to też pacjenci
tylko w innym reżimie
[…]
odstają
bo są z innego
odosobnienia

*

niebo tu
niebo tam

a choćbyście stawali na głowie
ono i tak będzie
miało najwyższą
oglądalność

Opowiadamy tylko po
chmurne historie
bo każda wydaje się
trochę inna

w pogodnym niebie nie opowiadamy

jest które jest

*

no weź
ciiiiiiiiiiiszę
z odwróconych wykrzykników

*

samosiejką jest nasza wola

Piotr Mitzner, Przejścia. Wybór wierszy
z lat 1982–2020
, PIW, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Przegrane narody
idą na wojnę

żeby przegrać więcej

*

historia alternatywna
jakoś się trzyma

wszystko w niej płynie
pulsuje

*

kraj R. występuje
z brzegów
i błądzi

*

na koniec
wzniósł toast:
by w Rosji wszyscy żyli
bezpiecznie
(w kieliszkach była woda)

na to Putin:
jaki napój taki toast

spełnił

a przecież zawsze coś się przemienia
woda w wino
wino w krew
krew w wodę
krew w naftę
nafta w ogień

zawsze coś w coś
choć nie do końca

*  *  *

intelektualista na państwowej posadzie
poczucie sprawiedliwości plus
poczucie niemożności plus
umywanie rąk
plus skłonność do dyskusji:
„co to jest prawda?”
plus nagły opór:
„com napisał
tom napisał”

*

tak zaczęło się trzęsienie ziemi
choć podobno
u nas ziemia jest odważna i się nie trzęsie

tu jest Polska
ona tylko
obraca się na drugi bok

*

ty tu jeszcze wrócisz
woła źródło
za strumieniem

woła pień
za korzeniem

Polska za Polską

(tamże, skreślenie własne,
by uwspółcześnić wiersz)