czwartek, marca 11, 2021

4166. Czytanie na ząb

Kanapkowe czytanie trwa. Z niedzieli na po­nie­dzia­łek kanapkę z nienormatywnymi na kawałek nocy odłożyłam, bo na tego Autora nie trzeba mnie namawiać — biorę, jak tylko dowiem się, że jest ibuk. A wewnętrzny ibukosknera na to: nie mogłaś po­cze­kać? Nie mogłam. Nie po­wie­dzia­łam ibukosknerze, że za niecałe dwa tygodnie ukaże się nowa książka Autora i że nie będę czekać, bo nie mogę się doczekać.

Książkę tę pisałem cztery lata, z czego trzy i pół roku zajęło mi po­dró­żo­wa­nie pociągami po Polsce. Co tydzień pokonywałem około siedmiuset kilo­met­rów, jeżdżąc drugą klasą PKP. […] Wielu ludzi twierdziło, że marnuję czas, pieniądze i życie. Przyzwyczaiłem się do tego i dla świętego spokoju przyznaję im rację.

*

Pociąg jest doskonałym miejscem, żeby zacząć wszystko od początku.

*

Sekundy na wszystkich dworcach świata są w tym samym momencie. Na stacjach kolejowych punktualność jest jak religia. Wszyscy, którzy chcą gdzieś dojechać, spoglądają w górę na wielki zegar i wyglądają, jakby się modlili. Część modli się za stratę czasu, część za niemożność spóźnienia, a część za plany, których nie da się zrealizować. Na dworcach czas za­rzą­dza wspomnieniami, które miały nastąpić.

*

Czekanie jest pokutą za grzechy. Głównie za te, których się nie popełniło.

*

Skoro nikt nie słucha, należy ciągle powtarzać to samo.

*

Siedząc w przedziale, staram się wiercić Bogu dziurę w brzuchu, ale nie wiem, od jakiego słowa zacząć. […]
     Zaczynam od nowa napraszać się Najwyższemu, ale Bóg nie może nic odpowiedzieć, bo wtedy zdradziłby, że istnieje.

*

[…] postanowił, że zostanie świętym. Kiedy się dotlenił, wszystko mu przeszło.

*

„Ani to, ani tamto” – tyle podsłuchałem na temat mądrości. Ludzie, którzy tak myślą, są nad wyraz spokojni.

*

Nie mam szczęścia w grach losowych. Mam szczęście w tym momencie, cho­ciaż ten moment też jest grą losową z mniej pewnie działającym ra­chun­kiem prawdopodobieństwa.

*

Ile potrzeba czasu, żeby coś nadrobić?
     Nic nie trzeba, bo nic nie da się nadrobić.

*

Wszystkie nieprzeprowadzone rozmowy zostają w nas na całe życie i po­wo­du­ją, że czujemy się jak w tunelu. Wiemy, że wyjście jest za nami i przed nami.

*

     — Czy ty nie za rzadko o mnie myślisz?
     — Myślę często, ale wszystko dociera z dużym opóźnieniem.

*

Po powrocie do domu moja głowa jedzie jeszcze co najmniej dwa dni.

*

Podobno wszystko magazynuje się w mięśniach.
     Przechowuję w nich:
     widoki, których nie pamiętam,
     ludzi, których nie poznałem,
     bary dworcowe,
     zbyt szybko dopijane piwa,
     nerwowo poszukiwane perony,
     zgubione bilety i
     myśli, których nie zapisałem.

*

Mam dużo czasu do zmarnowania, ponieważ czekam. Kiedy się czeka, najważniejsze jest, żeby nie myśleć o tym, że trzeba się gdzieś śpieszyć. Odzwyczailiśmy się od tego, ponieważ na coraz mniej rzeczy czekamy.

*

     Charakter jest losem.
     Mój charakter jest moim losem.
     Jej charakter jest naszym losem.

*

Najlepiej odczuwa się życie, kiedy jest ono tragedią. Wtedy działa się intui­cyj­nie. Działa się jak zwierzę. Działa się jak niedźwiedź. Dlatego w tym mo­men­cie chciałbym się położyć i obudzić za pół roku. Jednak to niemożliwe, bo jestem żukiem przybitym szpilką do małej deski.

*

Graliśmy w kółko i krzyżyk. Niby nic się nie stało, przegrałem, chwilę później przegrałem po raz drugi. Zwykła małżeńska przemoc w granicach zdrowego rozsądku. Trzy kółka, trzy krzyżyki. Wszystko wydawało się tak proste, że przez moment poczułem, że mam system na życie.

*

Dusza nigdy nie przejmuje się ciałem, bo w przeciwieństwie do niego nie popełnia błędów.

*

Patrzy dwa metry przed siebie.
     To wystarczająca odległość, żeby zrozumieć nieskończoność.

Filip Zawada, Psy pociągowe,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

środa, marca 10, 2021

4165. O nadziei… pięknie!

Czytanie kanapkowe uprawiam od jakiegoś czasu: Nienormatywni, Solnit (od­kry­łam, że mam jeszcze na stosiku nieprzeczytane dwie wcześniejsze jej książki), Nie­nor­ma­tywni i Solnit, czyli ta książka. Skończyła się w niedzielę, ale z pu­bli­ka­cja­mi tej Autorki już tak mam, że muszą się uleżeć, nim będę w stanie wybrać cytaty, które chcę mieć tu pod ręką.

Nie mam pojęcia, jak to się stało, że ta książka leżała i czekała na mnie na moim stosiku czytelniczym półtora roku z hakiem.

Za­miesz­ku­je­my dziś ską­pa­ną w świe­tle dnia przy­szłość, któ­ra kil­ka dzie­się­cio­le­ci temu sta­no­wi­ła mrok nie do prze­nik­nię­cia. Wów­czas lu­dziom ła­twiej przy­cho­dzi­ło wy­obra­że­nie so­bie koń­ca świa­ta niż ry­chłych zmian, ja­kie mia­ły na­stą­pić w od­gry­wa­nych na co dzień ro­lach, w my­ślach, prak­ty­kach, zmian, któ­rych nie prze­wi­dzia­ła w na­wet naj­bar­dziej wy­bu­ja­łej fan­ta­zji li­te­ra­tu­ra scien­ce fic­tion.

*

Mu­si­my ży­wić na­dzie­ję na zisz­cze­nie się na­szych wła­snych ma­rzeń, ale i po­go­dzić się z tym, że świat jest o wie­le dziw­niej­szy niż na­sze wy­obra­że­nia o nim.

*

[…] mu­si­my mieć na­dzie­ję — zaś na­dzie­ja w tym zna­cze­niu, o któ­rym tu mó­wię, nie jest na­gro­dą czy da­rem, ale czymś, co zdo­by­wa­my dzię­ki na­uce, dzię­ki opie­ra­niu się ła­twej po­ku­sie roz­pa­czy, czymś, co zdo­by­wa­my, ko­piąc tu­ne­le, wy­bi­ja­jąc okna, otwie­ra­jąc drzwi i znaj­du­jąc lu­dzi, któ­rzy czy­nią po­dob­nie. Bo ci lu­dzie ist­nie­ją. „Mu­sisz im dać na­dzie­ję” — po­wie­dział daw­no temu Ha­rvey Milk. A po­tem to zro­bił.

*

[…] nie­bez­pie­czeń­stwo jest sio­strą moż­li­wo­ści.

*

Albo mamy w so­bie na­dzie­ję, albo nam jej bra­ku­je; to wy­miar du­cho­wy; nie jest ona za­sad­ni­czo za­leż­na od ja­kie­goś kon­kret­ne­go spoj­rze­nia na świat ani od oce­ny sy­tu­acji. Na­dzie­ja to nie ro­ko­wa­nie. To ukie­run­ko­wa­nie du­cha, ukie­run­ko­wa­nie ser­ca; wy­kra­cza ona poza świat bez­po­śred­nio prze­ży­wa­ny i za­ko­rze­nio­na jest gdzieś poza jego ho­ry­zon­tem.

*

Pro­ble­my to na­sza spe­cjal­ność, ra­dzi­my so­bie z nimi, by prze­trwać albo by na­pra­wić świat, za­tem sta­wia­nie im czo­ła jest lep­sze niż od­wra­ca­nie się do nich ple­ca­mi, za­mia­ta­nie ich pod dy­wan czy za­prze­cza­nie ich ist­nie­niu. Sta­wia­nie im czo­ła może być ak­tem na­dziei, jed­nak tyl­ko kie­dy pa­mię­ta­my, że na pro­ble­mach świat się nie koń­czy.
     Na­dzie­ja to nie bra­ma, lecz prze­ko­na­nie, że bra­ma gdzieś ist­nie­je, że ist­nie­je ja­kieś wyj­ście z obec­nych pro­ble­mów, prze­ko­na­nie ży­wio­ne, jesz­cze za­nim znaj­dzie się wła­ści­wą dro­gę i nią po­dą­ży.

*

Na­dzie­ja jest opo­wie­ścią o nie­pew­no­ści, o ra­dze­niu so­bie z ry­zy­kiem, ja­kie nie­sie nie­wie­dza o tym, co nas cze­ka za ro­giem, a to jest bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce niż roz­pacz i w pe­wien spo­sób jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce. Ale i nie­skoń­cze­nie sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce.

*

Nie­ustan­nie jed­nak war­to pod­kre­ślać, że na­dzie­ja to do­pie­ro po­czą­tek; nie może być ona sub­sty­tu­tem dzia­ła­nia, ale je­dy­nie jego pod­sta­wą. „Nie wszyst­ko, z czym się mie­rzy­my, da się zmie­nić, ni­cze­go jed­nak nie­po­dob­na zmie­nić, póki się z tym nie zmie­rzy­my” – na­pi­sał Ja­mes Bal­dwin. Na­dzie­ja do­pro­wa­dza nas do pew­ne­go punk­tu, da­lej ko­niecz­na jest pra­ca.

*

Oto miej­sce, w któ­rym te­raz sto­ję, aby zmie­rzyć się z prze­szło­ścią i przy­szło­ścią, miej­sce, w któ­rym zbie­ga­ją się opo­wie­ści, jed­no z nie­zli­czo­nych cen­trów świa­ta.

*

Cza­sem wy­da­je się, że wie­le i wie­lu z nas po pro­stu nie wie, jak być czło­wie­kiem in­ne­go ro­dza­ju, oso­bą, któ­ra po­tra­fi mó­wić o wiel­kich ma­rze­niach, o wznio­słych ide­ałach, o głę­bo­kich uczu­ciach; wy­da­je się, jak­by po­zo­sta­ła nam je­dy­nie zre­du­ko­wa­na wer­sja „ja”, sar­ka­stycz­na i zdol­na funk­cjo­no­wać tyl­ko na małą ska­lę.

*

Nie ma dnia bez chwil raju.
// Jor­ge Lu­is Bor­ge­s

*

[…] w tym, co nie­uchron­ne i oczy­wi­ste, po­ja­wia­ją się pęk­nię­cia.

*

„Zwy­cię­ża­my”, a nie „Zwy­cię­ży­li­śmy”. To taki spo­sób mó­wie­nia i pi­sa­nia, dzię­ki któ­re­mu mo­żesz po­czuć, że osią­gnę­łaś suk­ces, nie po­pa­da­jąc przy tym w sa­mo­za­do­wo­le­nie, mo­żesz czuć, że wciąż jesz­cze pię­trzą się przed tobą trud­no­ści, a jed­nak unik­nąć po­czu­cia klę­ski. Pra­wie wszyst­kie zwy­cię­stwa oka­żą się tym­cza­so­we, nie­peł­ne albo w ja­kiś spo­sób na­ra­żo­ne na szwank, co nie zna­czy, że nie mo­że­my ich świę­to­wać tak, jak świę­tu­je­my zwy­cię­stwa wiel­kie i osza­ła­mia­ją­ce, bo i ta­kie prze­cież od cza­su do cza­su się zda­rza­ją. Nie mo­że­my się za­trzy­my­wać.

*

[…] kry­zys czę­sto wy­do­by­wa z nas to, co naj­lep­sze.

*

Bóg Sta­re­go Te­sta­men­tu cięż­ką ręką rzą­dzi sta­tycz­nym świa­tem mo­ral­no­ści, ja jed­nak ra­czej skłon­na je­stem wie­rzyć, że na­szym świa­tem wła­da zu­peł­nie inna isto­ta: Ko­jot, bó­stwo rdzen­nych Ame­ry­ka­nów, nie­znisz­czal­ny, lu­bież­ny, za­baw­ny i spon­ta­nicz­ny trick­ster, któ­ry pa­ku­je się w ka­ta­stro­fy, za­wsze jed­nak wy­cho­dzi z nich cało […].

*

Ko­jot za­chę­ca, by za­ufać fun­da­men­tal­nej dzi­wacz­no­ści świa­ta, jego po­czu­ciu hu­mo­ru, jego od­por­no­ści.

*

[…] hi­sto­rią jest to, co się wy­da­rza, na­to­miast anioł hi­sto­rii od­mien­nej mówi nam, że na­sze czy­ny się li­czą, że cały czas two­rzy­my hi­sto­rię dzię­ki temu, co się nie wy­da­rzy­ło, po­dob­nie jak dzię­ki temu, co się sta­ło.

*

Nie je­ste­śmy już tymi, któ­ry­mi by­li­śmy jesz­cze nie­daw­no.

Rebecca Solnit, Nadzieja w mroku,
przeł. Anna Dzierzgowska i Sławomir Królak,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2019.
(wyróżnienie własne)

Roz­wią­za­nie więk­szo­ści pro­ble­mów w ro­dza­ju „A lub B” brzmi: jed­no i dru­gie; naj­lep­szym spo­so­bem po­ra­dze­nia so­bie z tym pa­ra­dok­sem jest przy­ję­cie ra­cji obu stron za­miast po­zby­wa­nia się jed­nej lub dru­giej w imię spój­no­ści. Py­ta­nie brzmi: jak po­ukła­dać zdro­we re­la­cje mię­dzy tym, co lo­kal­ne, i tym, co glo­bal­ne, a nie: jak sta­nąć po stro­nie jed­ne­go i uci­szyć dru­gie.

*

[…] nie ma nic groź­niej­sze­go dla władz niż po­czu­cie przy­na­leż­no­ści i oby­wa­tel­stwa, niż nie­ustra­szo­ność i po­czu­cie jed­no­ści ze świa­tem, cał­ko­wi­cie róż­ne od pod­szy­te­go lę­kiem śle­pe­go pa­trio­ty­zmu.

*

Po­trze­bu­je­my zmia­ny w ko­lo­sal­nej ska­li i nie wie­my, czy uda się nam ją osią­gnąć, póki tego nie spró­bu­je­my.

*

W wie­lu kra­jach zo­sta­ła uwol­nio­na nie­zwy­kła po­tę­ga wy­obraź­ni, po­zwa­la­ją­ca nam od­kry­wać sie­bie na nowo, na­wet je­śli nie­ła­two orzec, w jaki spo­sób ta wy­obraź­nia zdo­ła prze­ciw­sta­wić się mor­der­cze­mu cię­ża­ro­wi neo­li­be­ra­li­zmu, fun­da­men­ta­li­zmu, znisz­cze­niu śro­do­wi­ska i do­sko­na­le się sprze­da­ją­cej bez­myśl­no­ści. Na­dzie­ja nie wią­że się jed­nak z tym, cze­go ocze­ku­je­my. Ozna­cza uzna­nie za­sad­ni­czej nie­po­zna­wal­no­ści świa­ta, wyrw w te­raź­niej­szo­ści, nie­spo­dzia­nek. […] spo­dzie­wać się cu­dów – przy czym nie cho­dzi o to, by ocze­ki­wać, że po­ja­wią się w okre­ślo­nym cza­sie i miej­scu, ale by być go­to­wym na zdu­mie­nie i za­chwyt, otwo­rzyć się na to, że cze­goś nie wie­my. To bo­wiem sta­no­wi pod­sta­wę dzia­ła­nia. […] Nie ma in­nej dro­gi, chy­ba że pod­da­nie się. Ono zaś ozna­cza po­rzu­ce­nie nie tyl­ko przy­szło­ści, lecz tak­że du­szy.

*

Lep­szy świat – tak. Do­sko­na­ły świat – ni­g­dy.

*

[…] na­dzie­ja to sie­kie­ra, któ­rą roz­rą­bu­je się drzwi w sy­tu­acji na­głej ko­niecz­no­ści, bo na­dzie­ja po­win­na nas wy­py­chać za drzwi, bo mu­si­cie dać z sie­bie wszyst­ko, by wy­trą­cić przy­szłość z ko­le­in wio­dą­cych ku nie­koń­czą­cej się woj­nie, ku uni­ce­stwie­niu ca­łej pla­ne­ty, jej bo­gactw i skar­bów, i ku uci­sko­wi bied­nych i zmar­gi­na­li­zo­wa­nych. Na­dzie­ja ozna­cza po pro­stu, że inny świat jest moż­li­wy, a nie że jest zie­mią obie­ca­ną, bo­wiem jego na­dej­ścia nic nie gwa­ran­tu­je. Na­dzie­ja do­ma­ga się dzia­ła­nia; dzia­ła­nie nie jest moż­li­we bez na­dziei.

*

Na­wet to, co zda­je się wy­da­rzać na­gle, się­ga ko­rze­nia­mi głę­bo­ko w prze­szłość i kieł­ku­je z na­sion od daw­na spo­czy­wa­ją­cych w uśpie­niu.

*

Mury wzno­szą się i sta­no­wią uspra­wie­dli­wie­nie tego, że tkwi się w miej­scu, bra­my zaś wy­ma­ga­ją przej­ścia.

*

Na­dzie­ja to dar, któ­re­go nie mu­si­my się wy­rze­kać, moc, któ­rej nie mu­si­my się wy­zby­wać.

*

Opo­wie­ści wy­ła­nia­ją się z mro­ku i wy­cho­dzą na ja­sne świa­tło dzien­ne. I choć na sce­nie roz­gry­wa się dra­mat na­szej bez­sil­no­ści, mrok skry­wa se­kret na­szej mocy.

(tamże)

4164. Czekariat (VIII)

Bez instrukcji obsługi przy okazji urodzin dziewięć dni temu trzy piękności pojawiły się w ulu. Natychmiast zobaczyłam UmówiONE!

Tydzień był okrutnie zajęty, więc losowanie odbyło się na raty. Pierwsza losowała Kaan, dwa dni później Gepardzica. Jabłoń miała w planie wpis na Dzień Kobiet, by mieć pod ręką powyższe zdjęcie i słowa Bliźniaczej Liczby.

Bliźniacza Liczba:
(też dziewięć dni temu napisała)
W szkole Vía 8 marca nie jest
obchodzony jako Dzień Kobiet,
ale jako Dzień Równości
[genderowej].

* * *

W Dzień Kobiet, dla mnie w Dzień Równości, zobaczyłam Trzy Piękności sportretowane razem. Musiałam je tu mieć! Tylko na siły trzeba było poczekać.


fot. Zawsze-Wolna-od-Nudy, fragment,
[dostęp: 8.03.21], źródło.

niedziela, marca 07, 2021

4163. W niedzielny poranek…

Makinetka:
(kuchenne utensylium, grające pierwsze
skrzypce z samego rana w Małej Danii
)

Biały Kruk:
(podaje Sadownikowi kubek
z aromatycznym gorącym płynem
)
Wodzu…

Sadownik:
Bogu…

Jabłoń:
(jeszcze w łóżeczku, ryknęła śmiechem;
kocha* obu panów, ale każdego inaczej
)

____________
  * od wczoraj dzięki Maestrze-Di-Italiano wie, że Włosi – ni­czym eskimosi o ro­dza­jach śnie­gu — komunikują o miłości pre­cy­zyj­nie bez utraty mocy uczu­cia:

Jabłoń do Sadownika:
ti amo

Jabłoń do Białego Kruka:
ti voglio bene

sobota, marca 06, 2021

4162. W Małej Danii

Orzeszek:
(negocjuje, by Biały Kruk wziął pół
jej ostatniej, kolacyjnej kromki
)

Biały Kruk:
Kotuś, to jest gra na uczuciach!

Jabłoń:
Każdy gra, na czym umie.

Sadownik & Biały Kruk:
(ryknęli śmiechem)

Jabłoń & Orzeszek:
(udają, że nie wiedzą, o co chodzi)

4161. Panna cotta (II)

Powtórzyć, utrwalić, zabawić się tym, czego nauczyłam się w tym tygodniu po włosku, zachciało mi się. Krzyżówka! Skonstruować — strzeliło mi do głowy. Na pła­szczy­źnie słowa rozłożyć, we wzajemne relacje uwikłać. Naj­trud­niej­sze do na­ucze­nia słowo uczynić hasłem. I najważniejsze: dobrze się bawić! Zrobione.

Gdy znalazłam zdjęcie, które muszę tu mieć, długo gapiłam się na nie w za­chwy­cie jak na meta­fo­rę zaklętą w piksele. Czy całujesz w nos swój strach? Czy za­glą­dasz w oczy swoim lękom?

Całuj w nos trudności, patrz głęboko w oczy przeszkodom i… rób swoje! — pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie.


Autor(ka) zdjęcia nie do ustalenia.

czwartek, marca 04, 2021

4160. Przed snem

Sadownik & Jabłoń:
(wczoraj wieczorem układają się
na łyżeczkę do snu
)

Jabłoń:
(jara się, stojąc w uchylonych drzwiach
do świata włoskiego śnienia
)
Il gatto, stringimi forte!
[Kocie, przytul mnie mocno!]

Sadownik:
(śmiertelnie poważnie)
Do kogo ty mówisz?
Bo jak do mnie,
to chyba il gattino!

[… to chyba kotku]

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)

środa, marca 03, 2021

4159. Panna cotta (I)

non sono pizza,
non sono caffè,
sono studentessa.

non sei acqua,
non sei latte,
tu sei vulcano*.

*

Ricchi e Poveri, Sarà perché ti amo.

…stringimi forte…

____________
  * // à la Leon Leszek Szkutnik:
    nie jestem pizzą,
    nie jestem kawą,
    jestem studentką.

    nie jesteś wodą,
    nie jesteś mlekiem,
    jesteś wulkanem.

wtorek, marca 02, 2021

4158. Będąc mężem terapeutki…

Sadownik:
(żartem wrzuca Drzewku to i owo)

Jabłoń:
(utrzymuje powagę resztką sił)
Jesteś niesprawiedliwy!

Sadownik:
(drze łacha z psychoterapeutów)
Ale tak czuję*.
(i po teatralnej pauzie dodaje radośnie)
I kop się z koniem, Maleńka!

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)

___________
  * czuję, że… — to ściema, w rzeczywistości jest to wy­ra­że­nie opinii, a nie komunikowanie o uczuciach czy emocjach.

4157. 61/365

źdźbłu trawy nikt nie mówi: dbaj o siebie, rób to, co kochaszdaj z siebie coś światu.

potrzebujemy być jak trawa, wy­ra­sta­ją­ca spo­mię­dzy płyt chod­ni­ko­wych. nieustraszeni.

61/365

4156. Wśród swoich

A pani Maria i Ludka jeżdżą passatem — uprzedzając pytanie. Od pierwszego aka­pi­tu byłam wśród swoich. Nie śpieszyłam się, a i tak opowieść skończyła się zbyt szyb­ko. Teraz czekam na publikację trzeciego tomu cyklu, a w międzyczasie stosik ksią­żek o nie­nor­ma­tyw­nych, które przede mną, prezentuje się zacnie.

W każdym razie na pewno wiedziała o nim tyle, że jest w swojej nie­nor­ma­tyw­ności… trochę nienormatywny.
     — Nie wiem, czy czuję się komfortowo z faktem, że jestem utożsamiany z żywiołem ognia… — zwierzył się, wiercąc się nerwowo na swoim fotelu. – To takie… niestabilne. Nie lubię płomieni.

*

— To batonik zostaje dla mnie, jak miło! — Bezceremonialnie zabrała mu słodycz i natychmiast nadgryzła.
     — Po co ty mnie tym w ogóle częstowałaś?
     Wzruszyła ramionami.
     — Dobre maniery? — wypaliła. — Czy coś takiego.

*

Może moglibyśmy porozmawiać o tym, co takiego zadziało się w waszych relacjach, że posądzasz swoją przełożoną o…
     — W naszych relacjach to dzieje się sama patologia! — zdenerwowała się Żaneta, dla której tego już było za wiele. Poczuła się, jakby Piotr próbował z niej zrobić wariatkę. Z niej! Jedynej w miarę normalnej w tym biurze!

*

— Tobie jest przykro, ja mam negatywne emocje, powiedzieliśmy to sobie wzajemnie i co dalej? Pisemnie to sobie przyjmiemy do wiadomości? I wszyst­ko będzie nagle pięknie, tęcza, jednorożce, kucyki i przyjaźń? Sorry, to tak nie działa. Jeśli powiesz głośno, że coś jest do dupy, to to coś dalej jest do dupy, a ty możesz się tylko jarać, że o tym wiesz.

*

     — Porozmawiajmy o tym, co sprawia, że czujesz potrzebę zmiany tematu — zaproponował.

*

A jeśli przy tym chichotała szatańsko… Cóż, z coachingowego punktu wi­dze­nia bardzo ważne było, by wykonywana praca przynosiła radość i po­zy­tyw­ne emocje.

*

     — Nic nie wiesz i nie rozumiesz…
     — To mi powiedz — zażądał bratanek. — Komunikacja — ja mó­wię, ty mó­wisz, wymieniamy informacje. I ja ci radzę, skomunikuj się ze mną i wy­ja­śnij […].

*

[…] w przypływie natchnienia wypaliła, że w ramach po­mo­cy psy­cho­lo­gicz­nej to by chciała ciasto marchewkowe.

*

Rzecz w tym, że gdybym postanowił strzelić słusznego i w pełni uza­sa­dnio­ne­go focha, to, owszem, byłbym w prawie moralnym, ale moje życie stałoby się gorsze. Potrzebuję cię w nim, żeby było lepsze.

*

     — W czapce nie da rady — oznajmiła radośnie. – Tłumi moją więź z naturą.

Do Piotra dotarło, że to już. To jest ta chwila, przeklęta oczyszczająca roz­mo­wa, prawda w oczy i ogólna katastrofa, po której, na zgliszczach kłamstw, powstanie nowy porządek.
     Do czegoś takiego zachęcał zawsze swoich klientów. Jak on mógł im to robić? Przecież to było straszne!

*

     — […] wszystko ma jakieś konsekwencje. Jeśli mamy dużo szczęścia, to ponosimy je tylko my sami. […]
     — Jak mamy tego szczęścia trochę mniej, to konsekwencje ponoszą też inni, ale nam ktoś przynajmniej nalewa herbatki owocowej. – Ludka pu­ści­ła do niej oko i sięgnęła po stojący na blacie dzbanek.
     — I robi kanapeczki z rzodkiewką? – upewniła się niewinnie Marysia.
     — I jeszcze ze szczypiorkiem! – Ludmiła otworzyła chlebak.

*

[…] zamiast kląć, strzelać fochy czy trzaskać drzwiami, zachowywał się, jakby wystawienie sobie przed drzwi tabliczki z tekstem „jestem na etapie układania sobie emocjonalnego stosunku do pewnych spraw, proszę o cier­pli­wość” było najnormalniejszą strategią działania w takiej sytuacji. A Sa­bi­na z kolei wydawała się uważać, że owszem, tak właśnie się postępuje.

W ogóle te potwory jakoś takie całkiem chwalebne życie wiodły. Każde z nich poświęciło się pomaganiu. Piechota pilnowała, żeby każdy był bez­piecz­ny w pracy. Piotr – żeby każdy był bezpieczny z Piechotą… no dobra, we własnym domu i we własnej głowie. Żanka chciała się za bez­pie­czeń­stwo w środowisku wziąć. Bronili i chronili. Służyli spo­łe­czeń­stwu.

Milena Wójtowicz, Vice versa,
Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2019.
(wyróżnienie własne)

     — Ja pierdolę, a ja myślałam, że to ty jesteś ta niebezpieczna… – jęknęła z podziwem Żaneta.
     — No bo jestem, tylko inaczej – wytknęła z lekką urazą Sabina. – Krów­kę? Mało mam, ale w drodze powrotnej coś kupimy.

*

     — Wrócę — oznajmiła z emfazą. I wyszła.

(tamże)

*   *   *

Imagine Dragons, Thunder.

niedziela, lutego 28, 2021

(4151+3). Ad rem (IV)

Kategoria: muszę mieć pod ręką, bo o książkach, poczuciu humoru, poruszeniach serca, bo obrazy umieszczone w tej książce snują opowieść dla oczu i czucia.

Ile trzeba czasu, aby coś zobaczyć, aby kogoś poznać? Po la­tach zdajemy sobie sprawę, jak niewiele pojmowaliśmy na początku, choć wydawało nam się, że wszystko już wiemy.

*

Ale zdjęcia, eseje, powieści i cała reszta są niebezpieczne, bo mo­gą odmienić nasze życie. Sztuka kształtuje świat. Znam wiele osób, któ­rym jakaś książka uratowała życie lub określiła, co będą w życiu robić; jeśli nie wymieniam żadnej książki, której sama coś zawdzięczam, to jedynie dla­te­go, że były ich setki, a nawet tysiące. Są i inne, mniej doraźne i bar­dziej złożone powody, by czytać książki, na przykład dlatego, że dają nam przy­je­mność, albowiem przyjemność ma znaczenie.

Widząc ślady kopyt, myślimy o koniu, ale zdarza się, że chodzi o zebrę.

[…] sens czytania polega na szansie eksploracji, wyjścia poza granice wła­snej płci (i rasy, i klasy, i orientacji seksualnej, i narodowości, i chwili dzie­jo­wej, i wieku, i zdolności), aby na moment stać się kimś innym.


Paz de la Calzada
fot. [dostęp: 27.02.2021], źródło.

Prace: Paz de la Calzada. […] misterne labirynty i ścieżki, które prowadzą od sfery publicznej do królestwa kon­tem­pla­cji, w ten sposób łącząc dwa bardzo różne światy.

*

[…] poczucie humoru, ów talent do dostrzegania luki między tym, co jest, a tym, co być powinno, patrzenia poza granice własnego stanowiska.

Ignorowanie kategorii stanowi również pewną formę wglądu. Wciąż wra­cam do poznanej we wczesnej młodości historii o mistrzu tao. Książę Mu wy­sy­ła mędrca na poszukiwanie doskonałego konia, po czym mędrzec wra­ca i mówi, że znalazł kobyłę kasztanowatą. Jednak okazuje się że ta kobyła to czarny ogier, zgodnie z obietnicą, doskonały. Przyjaciel ko­men­tu­je: „On widzi tylko duchowe wartości. Żeby skupić uwagę na istocie rzeczy, za­po­mi­na o błahych pozorach, szukając wewnętrznych zalet, nie dostrzega cech zewnętrznych. Patrzy na to, na co patrzeć powinien, a zaniedbuje to, czemu nie warto się przyglądać”.

What would happen if one woman told the truth about her life? The world would split open.
// Muriel Rukeyser

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

*   *   *

Face to Face, Episode 4.

(4151+2). Ad rem (III)

Uwielbiam termin kryzys męskości. Dla mnie oznacza on przede wszystkim rozwój człowieczeństwa wśród mężczyzn i nie mam nic przeciwko. Jestem dość radykalna w swoich poglądach — uważam, że mężczyzna to też człowiek.

W prywatnej skrzynce narzędziowej mam dzyndzel, którego używam, gdy ktoś w stosunku do mnie ma zbyt (według mnie) emocjonalną, nieadekwatną reakcję, której nie rozumiem. Zamiast mówić stary, uspokój się, robię wewnętrznie krok w tył i sprawdzam, czy przypadkiem nie walę człowiekowi lematem wynikającym z jakiegoś przywileju, który mam — w 90% sytuacji dokładnie tak jest i trzeźwieję natychmiast.

Do skrzyneczki dorzuciłam piórko dla tych, co patriarchatu nigdzie nie widzą, a fe­mi­nizm traktują jako niepotrzebne nadymanie się: weź konkretną sytuację spo­łecz­ną, która cię wzburzyła i zastanów się, czy wywołałaby takie samo wzbu­rze­nie, gdy­by zamiast geja, lesbijki, kobiety, zrobił to biały, heteroseksualny katolik? Jest róż­ni­ca? Dużo pracy przed nami.

W patriarchacie milczenie obecne jest wszędzie, chociaż od męż­czyzn wymaga się innych rodzajów milczenia niż od kobiet. […] męskie milczenie to kompromis na rzecz władzy i przynależności.

Pierwszy akt przemocy, jakiego patriarchat wymaga od mężczyzn, nie jest skierowany przeciwko kobietom. Najpierw patriarchat nakazuje męż­czy­znom, by popełnili akt samookaleczenia, by uśmiercili emocjonalną część własnego ja. Osobnik, który nie zdoła się emocjonalnie okaleczyć, zawsze może liczyć na patriarchalnych mężczyzn, którzy odprawią nad nim rytuał władzy i brutalnie podważą jego poczucie własnej wartości.

[…] mężczyźni — mieszkańcy sfer zmaskulinizowanych, takich jak sport, wojsko, policja, męskie załogi budowlane lub wydobywcze — muszą, w imię przynależności, ponosić jeszcze większe wyrzeczenia. Kobietom przyznaje się prawo do szerszej gamy emocjonalnej, chociaż i one bywają zniechęcane lub stygmatyzowane, gdy wyrażają rzekomo zbyt gwałtowne i niestosowne uczucia, gdy są mało układne lub przejawiają inne niepożądane cechy — ambicję, krytyczną inteligencję, niezależność sądów, niezgodę, gniew. Inny­mi słowy, milczenie jest siłą wszechobecną, która różnie rozkłada się mię­dzy różne kategorie ludzi. Stanowi podwalinę status quo bazującego na homeostazie milczeń.

Status quo definiuje się przez to, kto jest, a kto nie jest słyszany. Ci, którzy je uosabiają – często kosztem niesłychanego wewnętrznego milczenia – prze­su­wa­ją się do centrum; ci, którzy uosabiają to, czego nie słychać, którzy mo­gą zakłócić spokój ludzi karmiących się milczeniem, są wyrzucani poza nawias.

Pejzaż milczenia można więc podzielić na trzy obszary: milczenie na skutek nakazu wewnętrznego, milczenie panujące na zewnątrz oraz milczenie, któ­re otacza rzeczy nienazwane, nieuznane, nieopisane i nieuświadomione. Nie są to obszary odrębne, lecz zasilają się nawzajem; niewypowiadalne za­mie­nia się w niepoznawalne i na odwrót – aż wreszcie coś pęka.

[…] zmiana tonu rozmowy prowadzi do zmiany reguł […].

Od czasu do czasu dostrzegam, że tak naprawdę nie da się niczego po­wie­dzieć. Ogólne kategorie, jakimi są słowa, pozwalają nam wrzucić do jed­ne­go worka rzeczy, które zasadniczo się od siebie różnią: „niebieski” składa się z tysiąca kolorów, „koń” to może być arab, kuc albo zabawka, „miłość” ozna­cza wszystko i nic; język zatem to ciąg uogólnień, który odmalowuje niekompletny obraz nawet wtedy, gdy coś przekazuje. Uży­wa­jąc języka, wkraczamy na teren kategorii – pojęć tyleż niezbędnych, co i nie­bez­piecz­nych.
     Kategorie bywają nieszczelne.

Bywa, że kategorie traktujemy jak system przegródek, do których można rutynowo i bezceremonialnie wrzucać wszystko, co wiadomo o ludziach. Wszyscy Żydzi popierają Izrael. Wszyscy muzułmanie to dżihadyści. Wszy­stkie lesbijki nienawidzą mężczyzn. Pakujesz świat do schludnego pudełka i koniec z myśleniem.

[Louis C.K. powiedział] „jak to się dzieje, że kobiety wciąż chodzą na randki, skoro, gdyby się zastanowić, najbardziej niebezpieczni są dla nich męż­czyź­ni? Jesteśmy dla kobiet zagrożeniem numer jeden! Z globalnej i historycznej perspektywy jesteśmy przyczyną numer jeden kalectwa i obrażeń kobiet”.

Słowo „dyskryminacja” ma dwa wzajemnie sprzeczne znaczenia. W sensie poznawczym dyskryminować oznacza jasno różnicować, dostrzegać szcze­gó­ły; natomiast w sensie socjopolitycznym dyskryminować to nie do­pusz­czać rozróżnień, być ślepym na indywidualne odmienności w obrębie danej kategorii.

Do najzacieklejszych debat w naszej epoce dochodzi wówczas, gdy każda ze stron upiera się, że wszystkie elementy jakiejś kategorii potwierdzają wy­łącz­nie jej własną wersję danego zjawiska.

Otóż nie jest prawdą powszechnie znaną, że człowiek, który uważa własne opinie za fakty, może również uważać się za Pana Boga. Jednak tak bywa, jeżeli ów człowiek niedostatecznie przyswoił sobie fakt, że istnieją inni lu­dzie, którzy mają inne doświadczenia, którzy także zostali stworzeni rów­nymi i mają pewne niezbywalne prawa, a w ich głowach również zachodzi ów niepokojący i ciekawy proces zwany świadomością. Ta dolegliwość wciąż trapi wielu mężczyzn, zwłaszcza gdy są biali i heteroseksualni […].

Dlaczego ma być łatwo? Łatwo nie będzie, bo nie może.

Bywa, że mężczyźni nalegają, by „dla uczciwości” przyznać, iż mężczyźni cierpią przez kobiety tak samo jak kobiety przez mężczyzn, a czasem nawet bardziej. Równie dobrze można by twierdzić, że rasizm przysparza białym tyle samo cierpień co czarnym i że nie istnieje na świecie hie­rar­chia przy­wi­le­jów i gradacja ucisku. I są tacy, którzy tak twierdzą.

[…] „Jest mi przykro z powodu tego, co się stało”. Zupełnie jakby proste wnio­sko­wa­nie: osoba plus działanie równa się skutek, było dla nich za trud­ne i nie potrafili stawić czoła następstwu zdarzeń. Drogą ucieczki staje się wówczas język, luźna i mętna mowa. Rzeczy po prostu się dzieją.

To, co da się rozpoznać, można naprawić lub temu przeciwdziałać.

Każdy ma swój udział. Można powiedzieć, że kobiety są zależne, ale tylko wtedy, kiedy to samo powiemy o mężczyznach. Zależność to niezbyt pomocna miara; być może lepszym probierzem byłaby współzależność. Kobiety w większości nigdy nie były zależne i bezużyteczne; teraz na ogół również takie nie są.

Feminizm potrzebuje mężczyzn. Choćby dlatego, że mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet lub nimi gardzą, mogą się zmienić jedynie – jeśli w ogóle – gdy zmieni się kultura; gdy krzywdzenie kobiet w straszny sposób oraz mówienie o nich strasznych rzeczy przestanie podnosić pozycję mężczyzny w oczach innych mężczyzn.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

Miłość to ciągłe negocjacje, ciągłe rozmowy; kochać kogoś to otworzyć się na odepchnięcie i porzucenie; miłość jest czymś, na co można zasłużyć, ale czego nie da się wymusić. To teren, gdzie traci się kontrolę, gdyż druga osoba także dysponuje prawem i wyborem; to wspólny proces, a więc uprawianie miłości, w najlepszym wydaniu, to proces, który zamienia negocjacje w radość i zabawę. […]
     Jeśli nie nauczono nas współpracy, negocjacji, szacunku i uwagi, jeśli ukochana osoba nie jest dla nas kimś równym i obdarzonym nie­zby­wal­nymi prawami, to nie jesteśmy zbyt dobrze wyekwipowani do podjęcia dzieła miłości.

Zawsze zostaje coś, co należy jeszcze powiedzieć, zawsze ktoś wciąż walczy o słowa i możność opowiedzenia swojej historii. Co dzień każda z nas na nowo wymyśla świat i swoje ja, wychodzi temu światu na spotkanie, otwiera lub zamyka w nim przestrzeń dla innych.

(tamże)

(4151+1). Ad rem (II)

Kategoria: Strajk Kobiet. Nie mam nic mądrego do dodania.

Jest prawdą powszechnie znaną, że kobiecie mającej własny pogląd brak do szczęścia tylko cudzych pouczeń.

W obecnej skrajnie antyaborcyjnej atmosferze […] kobieta w po­rów­na­niu z płodem w jej macicy nie ma żadnej wartości, chociaż z prze­szło połowy tych płodów kiedyś wyrosną kobiety, które także kiedyś ktoś uzna za bezwartościowe w porównaniu z kolejnym pokoleniem po­ten­cjal­nych płodów.

Niekończąca się wojna z prawami reprodukcyjnymi — nie tylko z prawem do aborcji, lecz również do antykoncepcji, planowania rodziny i edukacji seksualnej — jest próbą wywarcia instytucjonalnego przymusu. Przemoc odgrywa w niej istotną rolę, niemniej przymus ma także wiele innych wcie­leń, jak na przykład represyjne prawo karne. Nietrudno dostrzec, że usta­wo­daw­stwo, które rzekomo broni praw istot nie­na­ro­dzo­nych kosztem praw kobiet noszących owe istoty w brzuchu, w gruncie rzeczy skupia się na prawie mężczyzn i państwa do władzy nad kobiecym ciałem; nietrudno dostrzec, że odmowa dostępu do anty­kon­cep­cji i aborcji to atak na auto­nomię i sprawczość kobiet. Nieustająco atakowane jest prawo kobiet do decydowania o tym, czym jest dla nich seks, prawo do kontroli nad własnym ciałem, prawo do dążenia do rozkoszy i zawierania związków bez ulegania ogromnym wyzwaniom macierzyństwa lub do wybrania tegoż macierzyństwa na własnych warunkach.

Słowa nas łączą, milczenie rozdziela: pozbawia nas pomocy, solidarności lub choćby poczucia wspólnoty, które można wy­wo­łać lub wyprosić, posługując się mową.

Czeka nas wiele zadań: trzeba nazywać rzeczy po imieniu, mówić prawdę najlepiej, jak umiemy, rozumieć, skąd się wzięłyśmy, słuchać tych, których uciszano w przeszłości, dostrzegać, jak schodzą się i rozchodzą miriady naszych historii, korzystać z posiadanych przywilejów do li­kwi­da­cji uprzywilejowania lub jego poszerzenia. Takie są nasze zadania. Tak tworzy się świat.

Polityczki są krytykowane za wygląd, za głos, za posiadanie ambicji, za to, że nie poświęcają czasu rodzinie (lub że jej nie mają). Określenia typu „krzy­kli­wa” i „apodyktyczna” są zarezerwowane dla kobiet, podobnie jak sfor­mu­ło­wa­nie „mądrzyć się” dla Afroamerykanów. Kobiety w polityce nie mogą być zbyt kobiece, bo kobiecość nie kojarzy się z przywództwem; ale nie mogą też być zbyt męskie, bo męskość im nie przysługuje — podwójne związanie spychające je do miejsca, które nie istnieje, nakazując im bycie czymś niemożliwym, żeby nie uchodzić za coś złego. Bo, o ile zdołałam ustalić, być kobietą oznacza wiecznie coś robić źle. A przy­naj­mniej tak jest w patriarchacie.

Bez znaczenia jest, jakie masz zdanie jako kobieta: jeśli zapuścisz się na zwyczajowo męskie terytorium, zawsze spotkasz się z agresją. Wywołuje ją nie to, co mówisz, ale sam fakt, że się wypowiadasz.

[…] trzeba zdać sobie sprawę, że milczenie stanowi powszechny stan ucisku i że milczenie i uciszanie mają sporo odmian.
     Kategoria „kobiety” to długi bulwar, który krzyżuje się z mnóstwem mniej­szych ulic, takich jak klasa, rasa, bogactwo i bieda. Wędrówka tym bulwarem prowadzi zatem przez wiele skrzyżowań i w żadnym razie nie oznacza, że w mieście milczenia liczy się tylko jedna ulica i jedna trasa.

Przemoc wobec kobiet to często przemoc wobec naszych historii i głosów. To zanegowanie naszych głosów i wszystkiego, co oznaczają — prawa do sa­mo­okre­śle­nia, do przynależności, do zgody lub niezgody, do życia i uczestnictwa, do interpretacji i narracji.

To poniekąd zagadka, dlaczego jakieś konkretne zdarzenie jest kroplą, która przepełnia czarę goryczy.

Każda kobieta w każdym momencie może zostać uznana za chodzące referendum na temat kobiet — naprawdę wszystkie jesteśmy emocjonalne, skłonne do intryg i nie znosimy matmy? — lecz kiedy mowa o mężczyznach, takie miary nie są stosowane.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

4151. Czytana tam, skończona tu (II)  // Ad rem (I)

Od pierwszego eseju rozsiadła się w dziale moja książka roku 2021. Dwa dni po jej skończeniu wciąż głowię się nad wyborem cy­ta­tów, ba, nad wyborem kwestii, któ­rych wybór cytatów ma dotyczyć. Nie jest to naj­ła­twiej­sza łamigłówka, ale też wiem, że potrzebuję znaleźć chwilowe choć roz­wią­za­nie, by pójść dalej.

O, rany! Gdyby ta książka powstała kilkanaście lat temu, gdybym ją wtedy prze­czy­ta­ła… nie byłoby tego bloga! Bo powstał z niemocy utrzymania w sobie słów, z po­trze­by prze­ga­da­nia (choćby tylko ze sobą) istotnych kwestii, o których się nie mówi, z zachwytu bycia obdarowaną przez Życie. Gdyby tak było, nie pojawiłoby się w moim ży­ciu wielu Ludzi, bez których sobie swego życia nie wyobrażam.

Wygląda na to, że w życiu można mieć wszystko. Ja mam blog, „mam” swoich Lu­dzi, Oni mają mnie i, (jakby było mało) jest ta książka.

Zacznijmy więc od oczywistości, że tylko dzieci uszczęśliwią i nadadzą sens życiu kobiety — koń by się uśmiał na śmierć. A Misia Furtak, czekająca w blokach star­to­wych od dwóch lat, krzyczy: ej, to mój wpis!

Niekiedy już sam fakt, że możemy mówić, że ktoś nas słyszy, że ktoś nam wierzy, decyduje o naszej przynależności do rodziny, wspólnoty i spo­łe­czeń­stwa. Czasem nasz głos powoduje, że te struktury pękają; bo czasem te stru­ktu­ry są więzieniem. A kiedy słowa przełamują to, co niewymawialne, rze­czy dotąd tolerowane społecznie stają się nie do zniesienia.

Cisza spokoju, wyciszenie umysłu, wytchnienie od słów i zgiełku są z aku­sty­czne­go punktu słyszenia takie same jak milczenie na skutek ucisku i za­stra­sza­nia, jednak psychicznie i politycznie brzmią całkiem inaczej. Są rze­czy, których nie mówimy, bo dążymy do introspekcji i spokoju, oraz te inne, o których milczymy, bo zagrożenia są zbyt poważne lub przeszkody zbyt duże — lecz pierwsze różnią się od drugich tak, jak pływanie różni się od zatonięcia.

[…] różne epoki i kultury często zadawały sobie całkiem inne pytania niż obecna. Jaki jest twój wkład w dobro świata lub twojej społeczności? Czy żyjesz zgodnie ze swymi zasadami? Co zostawisz po sobie? Jaki sens ma twoje życie? Być może nasza obsesja na punkcie szczęścia to sposób, by nie zadawać sobie tych pytań, by nie myśleć o tym, jak pojemne potrafi być nasze życie, jak skuteczna może być nasza praca i jak dalekosiężna — nasza miłość.

Jednym z powodów kurczowego przywiązania do idei macierzyństwa jako kluczowej dla kobiecej tożsamości jest przekonanie, że dzieci zaspokajają naszą potrzebę miłości. Ale tak wiele rzeczy oprócz potomstwa zasługuje na miłość, tak wiele rzeczy miłości potrzebuje — miłość w naszym świecie ma tak wiele do zrobienia. I mimo że tyle osób kwestionuje pobudki ludzi bez­dziet­nych, uważając ich za jednostki egoistyczne, które nie chcą ponosić ofiar związanych z rodzicielstwem, to jakoś umyka ich uwadze, że ludzie mocno kochający swoje dzieci mogą mieć mniej miłości do zaoferowania reszcie świata.

[…] społeczne recepty na spełnienie bywają źródłem nieszczęść zarówno w przypadku osób piętnowanych za to, że nie umieją lub nie chcą się do nich zastosować, jak i ludzi posłusznych, którym jednak szczęścia nie dają.

Są ludzie, dla których istotą dobrego życia są rzeczy inne niż szczęście — dawanie i branie miłości, zadowolenie, honor, sens, głębia, zaangażowanie, nadzieja.

Pytania o szczęśliwość zazwyczaj są zadawane przy założeniu, że wiadomo, jak wygląda szczęśliwe życie. Często pisze się, że wystarczy w tym celu zdo­być stosowne rekwizyty — współmałżonka, potomstwo, majątek, prze­ży­cia ero­ty­czne — chociaż nawet milisekunda zastanowienia pozwala sobie przy­po­mnieć niezliczone osoby, które mają to wszystko, a przecież są nie­szczę­śli­we.

Zbyt duża część naszego społeczeństwa wciąż tkwi w okopach żarliwej wiary, że rodzinę, w której dziećmi zajmuje się dwoje heteroseksualnych rodziców, spowija zgoła nadprzyrodzona magia. W rezultacie pod­trzy­mu­je­my nieudane związki, niosąc destrukcję całemu otoczeniu. Ludzie bez końca tkwią w strasznych małżeństwach, nie mogąc ich zakończyć, bo uparcie wierzą starej recepcie, według której sytuacja nieznośna dla jed­ne­go lub obojga rodziców okaże się jakoś korzystna dla dzieci.

Być może problem częściowo polega na tym, że nauczono nas zadawać niewłaściwe pytania samym sobie.

Życiowym celem stała się dla mnie postawa prawdziwie rabiniczna, umie­jęt­ność odpowiadania pytaniem otwartym na pytanie zamknięte, osią­gnię­cie wewnętrznej mocy, która skutecznie ostrzeże mnie przed intru­zem, a przy­naj­mniej przypomni, że powinnam go zapytać: „Dlaczego o to py­tasz?”. Odkryłam, że to na ogół najlepsza reakcja na nieprzyjazne py­ta­nie, a pytania zamknięte zazwyczaj są nieprzyjazne.

W życiu warto zadawać sobie wiele pytań, więc być może kiedyś staniemy się mądrzejsze i zrozumiemy, że nie na wszystkie trzeba odpowiadać.

Pytanie zadane mi we wspomnianym wywiadzie było niemądre, bo za­kła­da­ło, że wszystkie kobiety powinny mieć dzieci, a także niestosowne, bo roz­mów­ca uznał za rzecz naturalną, że kobiece czynności reprodukcyjne są spra­wą publiczną. Co gorsza, kryło się w nim bardziej fundamentalne założenie, że nie istnieje dla kobiet inny sposób życia.

Niektóre osoby pragną mieć dzieci, ale ich nie mają z roz­ma­itych powodów: osobistych, medycznych, emocjonalnych, zawodowych; inne tego nie chcą, i to też nie powinno nikogo obchodzić.

Mężczyzny nigdy by o to nie zapytał!” — plunęła wściekle. Miała rację. (Jej wykrzyknienie, zadane w formie pytania: „Zapytałbyś o coś takiego męż­czy­znę?”, to świetny sposób, aby usadzić niektórych interlokutorów). U źró­deł tego typu natręctw prawdopodobnie tkwi przekonanie, że nie ma czegoś takiego jak Kobiety, stanowiące pięćdziesiąt jeden procent ludzkości, któ­rych potrzeby są równie różnorodne, pragnienia zaś równie zagadkowe jak potrzeby i pragnienia pozostałych czterdziestu dziewięciu procent; że ist­nie­je wyłącznie Kobieta w liczbie pojedynczej, która musi wyjść za mąż i rodzić dzieci i której zadaniem jest wpuszczać w siebie mężczyzn i wy­pusz­czać z sie­bie potomstwo, jakby była czymś w rodzaju windy dla gatunku.

Nie istnieje dobra odpowiedź na pytanie, jak być kobietą; być może cała sztuka polega więc na tym, jak tej odpowiedzi odmawiać.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

*   *   *

Misia Furtak, Nie zaczynaj.

sobota, lutego 27, 2021

4150. Czekariat (VII)

Osiem dni temu wszystko było białe. Mnie projekt biel zaczepił, a Ją do ćwi­czeń zaprosił temat: Biel za oknem. Taka mała jungowska synchroniczność.


Kaan.

(4148+1). Pogaduchy o książce…

Sadownik:
(ma przeczytane wszystko to,
co Drzewko przeczytać ma w planie,
ale nie książki Wójtowicz
)

Jabłoń:
(zachęca do lektury, puszczając pierwszy utwór)
Sabina słucha tego, jeżdżąc beemką.

Sadownik:
A jakim modelem?

Jabłoń:
Nie wiem. Nie wiem nawet,
jakiego koloru jest ta beemka.

Jabłoń:
(po chwili, z nie mniejszym entuzjazmem,
puszcza drugi utwór
)
A tego słucha Piotruś.

Sadownik:
A on czym jeździ?

Jabłoń:
(polała z kretesem test na znajomość lektury)

piątek, lutego 26, 2021

4148. Czytane tam, skończone tu (I)

Każda potwora znajdzie swojego amatora. Już wiem, że ta ludowa mądrość do­ty­czy również literatury. Moja trudna relacja z beletrystyką (w ogóle) zmieniła cha­rak­ter na wy­jąt­ko­wo mi­ło­sny.

Nie wiem, czy ten gatunek ma konkretną, wąską nazwę. Wiem, że kryminalne hi­sto­rie z nienormatywnymi w wielu rolach to zdecydowanie moja czytelnicza bajka. Pła­ka­łam ze śmiechu. Od początku do końca. Dobrze, że jest drugi tom. Szkoda, że jest jeszcze tylko drugi tom.

Zawsze-Wolna-od-Nudy miała nosa, polecając mi tę książkę.

[…] wrzaśnięcie na Rybalczewskiego: „Współpracuj kretynie, bo żona cię wyegzorcyzmuje!”, absolutnie nie wchodziło w grę. Piotr wziął głęboki oddech i wyobraził sobie, jak złość i irytacja uchodzą z niego basowym chrząknięciem, niczym muzyka z gardła mongolskiego śpiewaka.
     — Ja cię nie potrzebuję. Ja potrzebuję, żeby się mnie wszyscy do cholery zaczęli słuchać – oznajmił urażony Rybalczewski, pocierając nerwowo wąsa.
     — Czy dobrze rozumiem, że chciałby pan być dla innych autorytetem?
     — Tak! A oni wszyscy w ogóle nie chcą mnie słuchać!
     […]
     — Kiedy mówi pan wszyscy, kogo ma pan na myśli?
     — No wszystkich! – warknął wyraźnie sfrustrowany Rybalczewski.

Był poniedziałek, poniedziałczunio, poniedziałuś… no, poniedziałek, po prostu. Ósma rano. Początek tygodnia pracy. Serio, wszystkie aury, sraury i ponadnormatywność mogły iść sobie w cholerę i wrócić po trzech kawach.

*

     — Aleś sobie aurę uświnił — przywitała go życzliwie Sabina. — A rano była taka czyściutka! Ty się, chłopie, lecz, spirala autodestrukcji cię po­chło­nie. Piotruś cię na sesję weźmie!

*

Każdy nienormatywny wiedział, że obietnica to nie taka prosta sprawa.

Większość coachów czy terapeutów raczej nie miałaby pojęcia, co zrobić z klientem zaczynającym od „No więc moja dziewczyna jest demonem losu…”. Poza tym to było takie krzepiące, że ludzie pracowali nad ko­mu­ni­ka­cją i chcieli ze sobą rozmawiać, tak szczerze i na serio.

*

[…] patrzyła na niego tak, jakby nie mogła się zdecydować, czy go przy­tulić, czy dać mu w łeb. W końcu wzięła głęboki oddech.

*

Jak dobrze, że jesteś, czym jesteś — wyrwało mu się z głębi serca — bobym chyba z miejsca osiwiał.

Tylko jakiś osobnik o pudzianowskiej posturze, prowadzący na smyczy pieska typu wkład do damskiej torebki obrzucił ich nieprzychylnym spoj­rze­niem.

*

     — Nie wiem, o czym, kurka, myślisz, ale natychmiast przestań! — za­żą­dał desperacko.
     — Słucham? — zdziwiła się.
     — Ludzkie uczucia wpływają na zapachy. Inaczej pachnie strach, inaczej gniew, a cokolwiek teraz czujesz, winduje twój zapach na naprawdę okropne poziomy.

No proszę was — prychnęła, widząc ich miny. — To jest logiczne.
     — Chyba w twoim świecie — mruknęła ze zgrozą Agnieszka.

*

      — Do dupy. — Agnieszka wykazała się empatią i bogatym słownictwem.

*

     — Piotrek mówi, że pytań ze słowem „dlaczego” lepiej unikać. Jak pytasz kogoś, dlaczego coś robi, to automatycznie budzisz w nim chęć do tłu­ma­cze­nia się i wywołujesz poczucie winy.

     — Co w tym było dla ciebie nieprzyjemne?
     —  Nie coachuj mnie tu, tylko mi powiedz tak na bezczela, co ja czuję — zażądała Sabina, opierając głowę na jego ramieniu.
     — Jesteś zazdrosna. […]
     — No widzisz — westchnęła Piechota. — I co ja z tym zrobię?
     — Uświadomisz sobie, że […] . Każda relacja jest unikalna, tak jak uni­kal­ne są dwie osoby, które się w nią angażują, i jak unikalne jest to, co razem budują.

*

[…] doszedł do wniosku, że jeśli nie wprowadzi w życie stwierdzenia: „Coachu, coachuj się sam”, to będzie nieprofesjonalnym hipokrytą. Nie był na to gotowy, zdecydowanie, ale jeśli miał być sam ze sobą szczery, to na tę gotowość nie miał co liczyć. Wyparcie było zdecydowanie wygodniejsze. No ale kiedy, jeśli nie teraz, i kto, jak nie on?
     […]
     — Dokonałeś coming outu na parkingu przed szpitalem. Jak to nie jest wyjście poza strefę komfortu, to ja sama nie wiem, co jest. Jestem z ciebie bardzo, bardzo dumna.

*

Z całego serca popieram dbałość o jakość usług i kreatywność w rozwiązywaniu problemów.

Milena Wójtowicz, Post Scriptum,
Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018.

     — Co ty jesz? — zapytał nieufnie.
     — Śledzia w sosie musztardowym — odparła z wyraźną niechęcią w głosie Sabina. — To całe czyszczenie aury rozwala mi równowagę cukrów w organizmie.

*

     — Jestem profesjonalistką — wyrecytowała grzecznie i wręcz lekko pro­wo­ka­cyj­nie. — Nie działam pochopnie. Wiem, jaki jest mój cel. Wiem, co mi pomaga. Wiem, co mi przeszkadza. Panuję nad drogą do celu. I po­trze­bu­ję cukru jak cholera. Te śledzie mi się czkawką osobowościową odbijają!

*

[…] odczuwała niedosyt. Taki przykry, emocjonalny, rzucający się na jej samopoczucie psychiczne i fizyczne, którego nie zaspokoił nawet kilogram pierniczków.

*

Ulga była fajnym uczuciem, zwłaszcza kiedy zagryzało się ją delicją jagodową.

(tamże)

*   *   *

Hanggai, The Rising Sun.

*

Yiruma, Kiss the Rain.

4147. Perliło się mi (XIII)

potrzebujesz tego,
czego nie chcesz
.

JiM

czwartek, lutego 25, 2021

środa, lutego 24, 2021

4145. 55/365

     — na końcu najstraszniejszych łez jest…
     — koniec?
     — początek.

55/365

*

Przychodzi moment, kiedy skumulowane napięcie wybucha, cierpliwość się wyczerpuje, do głosu dochodzą wściekłość na to, co było, oraz nadzieja, że może — musi — nastąpić coś in­nego.

Rebecca Solnit, Matka wszystkich pytań,
przeł. Barbara Kopeć-Umiastowska,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2021.

[suplement pikselowy: 8.07.2021]

wtorek, lutego 23, 2021

4144. Czytane tam (II)

Apetyt na Carrolla przed szpitalem potężnie mi wzrósł. Zawsze-Wolna-od-Nudy poleciła mi ten zbiór opowiadań. Nie było go legalnie w ibuku, ale był Sadownik, całkiem legalnie za ścianą w gabinecie. Kliknął tu i tam i… znalazł. Nie pytałam, jak to robi, ale skorzystałam, skoro możliwy był tylko papier.

Rewelacyjna, mała książeczka na jedną szpitalną wieczoro-noc. Trudno było jedynie wybrać cytaty, by nie spojlerować. Ale dało się!

     — Nie uważasz jednak, że to dosyć upiorne? Że kiedy jest sam, staje się znowu Marsjaninem albo kimś takim?

     — Znasz to powiedzonko: w żadnym razie nie zakochuj się w psychiatrze, bo każdy z nich to skończony wariat?

Czy to w ogóle możliwe? Czy można rozkazać naszym furiom, kiedy stoją u granic, żeby wzięły parę głębokich oddechów i wycofały się o kilka kroków?

Ale to tylko metafora. Nie stoi za nią żadna realność.
     Mills przestał się uśmiechać.
     — Alchemia jest realna. Daję słowo, widziałem efekty jej działań niejeden raz.

     — Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy — przerwał jej rozważania adwokat — że istnieją różne alchemie, mniej albo bardziej tajemne. Za­mia­na ołowiu w złotu, o której wspomniałaś, to powszechnie znana wersja klasyczna. Jest jednak i inna, bardziej interesująca, zwana alchemią we­wnętrz­ną albo introwertyczną, która traktuje o mistyczno-kon­tem­pla­cyj­nych aspektach nauki. Jej istotą jest TRANSFORMACJA.

Prosty i szczodry gest. Chodź, pokażę ci coś niezwykłego.

Wszyscy mieli własne wyobrażenie na temat tego, dlaczego tu są i na czym polega sens ich wysiłków. W jednej sprawie panowała jednomyślność: tra­fi­li tu dzięki niebywałemu szczęściu.

Jest u siebie w mokry zimowy wieczór, w centrum największej tajemnicy życia, której nie musiał rozwiązywać, ona bowiem uniosła go i zadbała o niego, czyniąc jego życie znacznie lepszym, niż było przedtem.

[…] niemal zawsze pojawia się chwila, w której wszystko staje się ab­so­lut­nie oczywiste: widzi się ludzi, rzeczy i sytuacje tak jasno i wyraźnie, że praw­da nie nastręcza najmniejszych wątpliwości. Choć tego rodzaju epi­fa­nia jest ważna, jeszcze istotniejsze jest to, jak z niej skorzystamy. Lo­gi­ka dy­ktu­je zgodę, lecz zaprzeczenie jest dużo łatwiejsze i wygodniejsze.

Skinął głową ze zrozumieniem i powiedział: „Małysznie”. […] wyjaśnił, że wymyślił to słowo, by opisać małe cuda, które przytrafiają się nam niekiedy […] . „To zbitka dwóch różnych słów: «mały» i «pyszny», których sens spo­ty­ka się gdzieś pośrodku”.

     — Poświęcamy zbyt mało uwagi światu. Wiemy o tym, a jednak nie chce nam się. Dopiero jak coś się skończy albo ktoś umrze, jak coś zgubimy albo jest już za późno — uświadamiamy sobie nagle, że prześlizgnęliśmy się przez życie i ludzi, tracąc z pola widzenia szczegóły… […] Wszystko, co w ży­ciu najlepsze, Bill, to dzieło ludzkich rąk: ostrza scyzoryków, chleb, ubra­nia, kochanie się…

Jonathan Carroll, Kobieta, która wyszła za chmurę,
przeł. Jacek Wietecki, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2012.
(wyróżnienie własne)

Podając jej naczynie, spostrzegł, że woda się trzęsie, i powiedział pół­żar­tem:
     — Nerwowa woda.
     — Woda nie może być nerwowa — odparła. — To drży twoje SERCE

(tamże)

4143. Czytane tam (I)

Plan na szpitalne czytanie — wyłącznie fikcja (!) — był, ale była też historia.

Dawno, dawno temu, gdy covid nie śnił się niezwiązanym z medycyną ludziom, na sali rehabilitacyjnej poznałam Finkę. Obdarzałam Ją wzrokowo kudłatą miłością, bo lab, bo dziewczynka, bo mądry pies.

Na drugim końcu smyczy obleczona w kobiece ciało niebywała Pogoda Ducha. Re­ha­bi­li­ta­cja we wspólnej przestrzeni raz w tygodniu była dla mnie dodatkową formą świętowania dobrego życia. Wszystko, co dobre, czasem się koń­czy — roz­je­cha­ły się nasze grafiki rehabilitacyjne, a potem przyszedł covid. Na szczęście są media spo­łecz­no­ścio­we — ktoś udostępnił, ja zobaczyłam i już nie puściłam.

Pełnoprawna nauczyła mnie terminu audiodeskrypcja, podsunęła mi doskonałą książkę. Gdy w zeszłym tygodniu odnalazł mnie fejsbukowy post, oczywistym było, że się zachwycę i pomysłem, i rozmową, i dbaniem o komunikację z osobami z nie­peł­no­spraw­no­ścia­mi (rozmowa na samym dole wpisu).

W ten oto sposób wrócił do mnie Autor. Podczytnik zaciekawił, ale dopiero pierwszy akapit nie pozostawił mi żadnego wyboru — musiałam to mieć i przeczytać:

Zapisałem się na kurs, który ma potrwać całe moje życie. A ponieważ nie przykładam się do nauki, może to się jeszcze przeciągnąć.

Nikt, tak jak Autor, nie potrafi trzech największych religii XXI wieku w dwa krótkie zdania włożyć — chapeau bas, panie Juliuszu:

To są rzeczy proste jak chuj. Ile można chodzić do terapeuty, Jezu.

Trudno tak non stop nie oceniać świata, ale miewa się momenty. O taką pustkę piękną cztery dni się szarpałem. Tylko że jutro już nie będzie po niej śladu.

     — A może raz spróbować nie uciec? Może świat się nie zawali?

Przebić się przez język zen jest dość ciężko. Trudno nim mówić, trudno pi­sać. Inaczej układa te same wyrazy, korzysta z jeszcze innych, nałożonych na siebie języków i z pojęć, których definicje są tylko w języku intuicji, więc czasem można przez niego dostać kurwicy. Robię to od lat, ale nie umiem.

     — Przecież codziennie zajmujesz się przeszłością?
     — No tak, ale się nią nie zaciągam.

     — Alkoholicy są bardzo wytrwałymi praktykami zen, Julku. Na po­cząt­ku, bo po roku uznają, że są uzdrowieni.
     — Ja tak nie myślę.
     — Nie wiem, co ty myślisz, ale nie ma na co czekać. Jest tylko trochę czasu.

[…] najbardziej interesuje mnie ten człowiek w drodze. Gdzie on się gubił, skręcał, zawracał i odnajdował. Jeśli się od­naj­do­wał.

     — Kto idzie przez park?
     — Nie wiem.
     — Kto?
     — Nie wiem!
     — Doskonale. To jedyna szczera odpowiedź, jakiej możemy udzielić. Uśmiech mój. Uśmiech jego.

Co to więc jest, to, co jednak skłania do działania, wyboru, do pójścia za tym, a nie innym pragnieniem. Nie wiem.

     — A po co zmywasz naczynia?
     — Zależy od szkoły, wiadomo. Żeby były czyste albo żeby zmywać, ale to suchar, sensei, jest.

Kasia pyta, jak było, a ja, że nie było. Jak nie było? Nie było, no. A potem dodaję, że wymyśliłem nową terapię: NIEUWAŻNOŚĆ. Nie zauważasz ni­cze­go, wszystko przegapiasz w sposób nieoceniający, a jak już oceniasz, to i tak tego nie zauważasz.

Przemijanie to naprawdę porządna rzecz. Jedna z so­lid­niej­szych spraw w życiu.

     — Czyli ta choroba urojona jest podwójnie urojona?
     — No wie pan, ból jest realny, choć to jest jedna z tych chorób, w które za bardzo nie wierzę.
     — A w jakie pan wierzy?
     — W niedobór neuroprzekaźnika
. Po co mnożyć pojęcia. Brak se­ro­to­ni­ny daje różne objawy i teraz, jak każdemu objawowi przydzielimy cho­ro­bę, to nigdy się z tego nie wygrzebiemy.

Im więcej z wiekiem mam przypadłości, tym mniej mnie obchodzi, co o mnie myśli świat, który o mnie przecież nie myśli.

Uspokaja mnie mała myśl, że większość ludzi już albo jeszcze nie żyje. No bo jestem w grupie marginalnej, która po prostu teraz ma głos. Żywi tak wrzesz­czą i się obnoszą ze swoim życiem, parady robią, a są ledwie garst­ką. Przecież nie żyje przynajmniej ze sto miliardów, może to i tak nie­do­sza­co­wa­ne. […] Za ulgą przychodzi może nie radość, ale zadowolenie.

Nic nie planuję. Na nic nie czekam. Nic sobie nie wy­obra­żam. Na nic się nie przygotowuję. Niczemu się nie opieram.

Juliusz Strachota, Krótka wycieczka na tamten świat,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

     — A pytałeś go?
     — O Jezu, my od lat się nie pytamy o takie rzeczy.
     — Jakie?
     — Żadne. Wysyłamy sobie czasem esemesy o tym, co jemy na obiad.
     — Zaskocz go śniadaniem.

Łapię za telefon i już prawie dzwonię. Dwadzieścia lat z ojcem gram w grę, kto pierwszy odezwie się po nieodzywaniu się, które nastąpiło po czymś, cze­go nie da się nazwać. Kilka rzeczy ma swoje nazwy i one, niestety, cza­sem pa­da­ją. Wtedy są bardziej gwałtowne ewakuacje. Pewnie większą sztu­ką jest omijanie słów, a nie ludzi, ale ciągnie do swoich wyrazów.

     — To wy z ojcem, Julek, nie bardzo?
     — To się nie da powiedzieć. Ja nie wiem, nie umiem i on pewnie też nie wie, choć ja nie wiem w sumie. Przebić się przez siebie samego najtrudniej i nie wykoleić na pierwszym zakręcie.

     — A ty boisz się śmierci?
     — Jaaa? — Mama często przeciąga ja, żeby dać sobie czas na odpowiedź. — Ja się nie boję.
     — Naprawdę?
     — Naprawdę, naprawdę.
     — No bo ja mam podejrzenie, że przemijanie w życiu jest naj­pięk­niej­sze.

(tamże)

* * *

Juliusz Strachota w rozmowie z Markiem
Sekielskim, Co ćp** po odwyku?

poniedziałek, lutego 22, 2021

4142. 49–53/365

     — pogoda ducha? a skąd?
     — zwyczajnie, gdy dociera do ciebie, że nie masz nic do stracenia.

49–53/365

[suplement pikselowy: 17.06.2021]

4141. Tam (XVIII)

Ograniczenia:
      ☞ covid — w pikselu już tu był, oddział
      ☞ znam jak własną kieszeń i jakby było mało:
      ☞ nie chodzę po korytarzu,
      ☞ jestem sama na sali.

A szpitalny projekt fotograficzny to jednak zobowiązanie — przede wszystkim wobec samej siebie. I co z tym fantem zrobić?

Pomysł sam do mnie przyszedł w środku pierwszej szpitalnej nocy. Wciąż było tak pięknie bielusieńko na świecie, więc biel!

Łóżko — przestrzeń mocno ograniczona, ale również czasem cały świat. Co dba o Twój dobrostan? Byłam zadbana.





*

Poszłam do szpitala śnieżną zimą, wyszłam w ciepły, słoneczny, wiosenny dzień — Biały Kruk napisał dziś, że żurawie wróciły do Małej Danii.

środa, lutego 17, 2021

4140. 48/365

nie zabezpieczam tyłów. nie mogę
niczego, co ważne, zachować na zapas.

boję się, ale ufam i idę naprzód.

48/365


Kaan.