niedziela, października 23, 2022

4792. Z oazy (LXXV)  //  Panna cotta (LXII)

Dwuniedzielne odliczanie literek, cztery. Okładka w przepięknym „dziewczyńskim”, poli­tycz­nie niepoprawnym, kolorze!

Wypatrzyłam tę książkę, przeglądając katalog autorów w jednym z moich ulu­bio­nych wydawnictw „dzieciowych”. Zamó­wi­łam ją w apogeum niemocy w ramach paź­dziernikowego przydziału. Ta opowieść wiedziała, że będzie lekiem na całe zło i bar­dzo szybko do mnie przyszła. I leczyła, i odganiała smutki, i pytała: a jak wygląda twój problem? W najczarniejsze noce odpowiadałam: który?

Płakałam ze śmiechu, gdy okazało się, że nawet Wielki Królik umie sklecić gównianą historię, gdy Wiewiór nie odbiera stacjonarnego telefonu.

  Il Grande Coniglio ha un problema.   
   [Wielki Królik ma problem.]  

  Un problema grande come lui.
  Un problema ingombrante che lo segue
  dappertutto e gli impedisce di pensare ad altro.
   [Problem wielki jak sam Królik. / Problem jest uciążliwy, łazi
     wszędzie na Królikiem, uniemożliwiając myślenie o czymś innym.]
  

*

  Decide allora di chiamare lo Scoiattolo.
   [Królik zdecydował się więc zadzwonić do Wiewióra.]  

  Lo Scoiattolo però non risponde.
  Magari è uscito.
  Oppure ha qualcosa di molto importante da fare,
  qualcosa che non lo riguarda.
  O forse si sta bevendo un tè.
   [Ale Wiewiór nie odbiera. / Może wyszedł z domu.
    Lub ma coś bardzo ważnego do zrobienia,
    coś, co nie dotyczy Królika.
    A może właśnie popija sobie herbatkę.]
  

*


  Ma niente, gli sembra che non ci sia niente da fare.
  C’è sempre solo quel grosso problema che, a quanto pare,
  è piuttosto a suo agio. Il Grande Coniglio vorrebbe trovare il modo
  di mandarlo via, di farlo uscire di casa, di sbarazzarsene.
  Il modo per ritrovarsi finalmente da solo.
   [Ale nie, problem wydaje się nie mieć nic do roboty.
    Jest jedynie tym wielkim problemem, który najwyraźniej
    ma się całkiem komfortowo. Wielki Królik chciałby znaleźć sposób,
    by wysłać go w cholerę, by poszedł sobie z króliczego domu, by się go pozbyć.
    Sposób, by znaleźć się w końcu samemu.]
  

*


  Ed ecco che gli viene un’idea. Si, un’idea
  luminosa, una vera idea, finalmente!
  Trovato! Ma certo! Un percorso! Delle
  frecce! Delle frecce che indichino l’uscita!
  Il Grande Coniglio è così contento e così
  indaffarato, così entusiasta della sua idea
  da non aver nemmeno sentito il DRING
  DRING e RIDRIIIIIIING del campanello.
 [I oto pojawia się pomysł. Tak, pomysł
    klarowny, realny, nareszcie!
    Znaleziony! Oczywiście! Jest kierunek!
    Z kierunkowskazami! Kierunkowskazami wskazującymi wyjście!
    Wielki Królik jest tak zadowolony i tak
    zaaferowany i rozemocjonowany swoim pomysłem,
    że nie słyszał wcale DRYŃ,
    DRYŃ i DRRRRYYYYYŃ dzwonka u drzwi.]

*


Ramona Bădescu, Lo strano caso del Grande Coniglio,
ilustr. Delphine Durand, Kite Edizioni, Padova 2019.
(wyróżnienie własne)

4791. Z oazy (LXXIV)

Dwuniedzielne odliczanie literek, trzy. Okładka w przepięknym „dziewczyńskim”, poli­tycz­nie niepoprawnym, kolorze! To książka o tym, że nie zdaje się kobietom wcale. To nie hipochondria, problemy z percepcją świata czy przewrażliwienie. To tylko i aż kobiece życie… bez pudru lub pomimo jego grubej warstwy.

Znam, a w zasadzie znałam przez chwilę jedną kobietę, która twierdziła, że nic z poniższego nigdy jej się nie przytrafiło. Klapki na oczach miała dość gustowne. Była miła, grzeczna, zawsze uśmiechnięta, niezmiennie zachwycona, urocza i na swój sposób zwyczajnie wkurwiająca — podziwiałam intensyw­nie, ale szybko mi przeszło.

Jeśli wszystkie kobiety rodzą się w mocno zseksualizowanej, uprzedmio­ta­wia­jącej kulturze, która z założenia sprzeciwia się jakiemukolwiek roz­sze­rza­niu ich praw i dążeniu ku równości, i właśnie ta kultura staje się so­czew­ką, przez którą przechodzi każdy aspekt ich doświadczenia, to czy jest w ogó­le możliwe uniknięcie zinternalizowania wszystkich wypaczeń, któ­ry­mi są otoczone?

*

Coś nas jednak łączy: każda z nas była w tym albo innym momencie w taki lub inny sposób postrzegana lub traktowana jako materia nie na miejscu, jako coś nie tak w świecie, który mamy pełne prawo uważać przecież za swój. […]  Droga do unicestwienia wstrętu zaczyna się od kobiet. Musimy się starać zauważać go i rozpoznawać: skończy się dopiero wtedy, kiedy nauczymy się odrzucać wstręt na każdym kroku i nauczymy tego wszystkie inne i wszystkich innych.

*

Definicja przez podział ukazuje nowy teren. Pożądanie rodzi się na granicach, zachęca do ich przekraczania i budzi kultu­rowe lęki.
 //  Christine Gledhill

*

„Bądź uprzejma”, „Bądź miła”, „Bądź wdzięczna” – to tra­dy­cyj­ne ostrze­że­nia, jakie strażnicy dostępu do naszej cywilizacji wystosowują do kobiet. Kryje się w nich niewypowiedziana groźba, że niedostosowanie się do tych reguł wykluczy kobiety z dyskursu publicznego, a w niektórych sytuacjach – również z życia.

*

W mainstreamowej prasie nie pojawiają się nadzy i seksualizowani nasto­let­ni chłopcy ani dorośli mężczyźni – tego się po prostu nie robi, nikt o to nie walczy ani nie uważa za znak równości płci, o który mężczyźni musieliby walczyć.

*

[…]  przeciwnicy prawa kobiet do pełnego i ostatecznego decydowania o swo­im ciele tak rzadko potrafią kontrargumentować w sposób rozsądny i logiczny […]  Zamiast tego musimy wysłuchiwać starej gadki o Bo­gu, „naturze” i „naturalnym porządku rzeczy”, która uspra­wie­dli­wia i napędza głęboko zakorzenione i bardzo wygodne mizoginistyczne tradycje w postaci przemocy fizycznej, gróźb, obelg, wyzwisk seksualnych i wykańczających, podszytych wstrętem stereotypów na temat kobiet i ich ciał.

*

Oraz że młode kobiety są za szczupłe, za grube, owłosione, głupie, inteli­gent­ne, niewdzięczne, pijane, sztywne, puszczalskie, oziębłe, płodne, nie­za­in­te­re­so­wa­ne czasem pozostałym im na reprodukcję, zbyt albo niedo­sta­tecz­nie wykształcone, za ambitne, zainteresowane karierą, zbyt męskie, androginiczne lub zbyt kobiece, by mieć jakieś poglądy na dowolny temat – a zwłaszcza na ten, jak to jest być młodą kobietą w takim świecie. No i oczy­wiście z powyższych względów nie można ich traktować poważnie.

*

A może nieustanne redukowanie nas do poziomu sumy cech fizycznych i funkcji biologicznych stanowi jedynie wygodnie podstępną formę kontroli – łatwo się na to powołać, a przy tym dotyczy wszystkich kobiet na świecie, odnosi miażdżący skutek i nie da się temu zaprzeczyć.

*

Jako konsumentkom obiecuje się nam szansę na ponowne wku­pie­nie się „na miejsce”, pod warunkiem jednak, że to miejsce, do którego zmierzamy, pokrywa się ze „zrekonstruowaną mistyką kobiecości”, by za­cy­tować Jeff­reya Weeksa. Jakimś cudem zakup doskonałej jakości zestawu narzędzi i naj­wyższej klasy kosiarki samojezdnej nie wlicza się do wy­zwo­le­nia naszej „prawdziwej” kobiecości, bez względu na to, jak wiele wolności te rzeczy dawałyby nam od strony praktycznej.

*

[…]  uwielbienie doskonałej kobiecej twarzy uzupełnia się z odrzuceniem wszystkiego, co dzieje się w czaszce, którą owa twarz zdobi.

*

Dlaczego – pytały kobiety – połowa populacji musi żyć bez prawa do swo­bod­ne­go przemieszczania się, które to prawo bezdyskusyjnie przysługuje drugiej połowie? I dlaczego prze­moc wobec kobiet uważa się za problem, któremu za­po­bie­gać muszą wyłącznie kobiety, skoro to nie one się jej do­puszczają?

Eimear McBride, Coś nie tak. Kobiecość i wstręt,
przeł. Łukasz Witczak, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

[…]  mizoginia zawsze była najbardziej akceptowalną społecznie formą nienawiści, nader często odsyłaną w do­mo­we zacisze i o wiele zbyt chętnie uznawaną za coś w rodzaju żartu. Mężczyźni, których mi­zo­gi­nia popycha do morderstwa, nie są uznawani za repre­zen­tant­ów głębokiej instytucjonalnej ślepoty na fun­da­men­tal­ne człowieczeństwo, prawa i dobrostan kobiet. Tłu­ma­czy się ich i się usprawiedliwia, przedstawia jako dziwaków i odszczepieńców. Ich nienawiść do kobiet, pragnienie krzywdzenia ich cieleśnie – fizycznie lub seksualnie – po prostu nie są traktowane poważnie. Takich zachowań nie postrzega się nawet w kate­go­riach nienawiści, ale najczęściej uznaje się za reakcję na prowokujące zachowanie.

(tamże)

(4789+1). W punkt i w tempo

Poruszył mnie poniższy fragment. Zadumała mnie bardzo prawda, jaką precyzyjnie kreślą te słowa. Dorzuciłabym od siebie „bliskich” ludzi — więzami krwi dosta­tecz­nie mocno skrę­po­wa­nych — którzy wkurwia­ją całymi latami swoim źle za­adre­so­wa­nym współczuciem.

     –  Ja nie mam dzie­ci. O to też chcia­łeś mnie za­py­tać?
     •  Często so­bie za­da­ję to py­ta­nie. Ni­g­dy nie py­ta­łem o to gło­śno, po­nie­waż za­wsze mia­łem po­czu­cie, że to jest nie­zwy­kle in­tym­na, a jed­no­cze­śnie bar­dzo sil­na de­cy­zja. Któ­rą bez względu na kon­se­kwen­cje, bo trud­no prze­wi­dzieć jej skut­ki, na­le­ży po pro­stu usza­no­wać. […]
     –  […]  Edek miał od sa­me­go po­cząt­ku po­dob­ne po­de­jście. Przez dłu­gi czas mar­twi­łam się, że to ja, jako ko­bie­ta, je­stem oso­bą de­cy­du­jącą. Ale to była wspól­na de­cy­zja. My­śmy się tak po pro­stu zna­le­źli. Nie­wie­lu lu­dzi zda­je so­bie spra­wę, że ta de­cy­zja jest trud­na i że bywa też smut­na. I że za­wsze stoi za nią ja­kiś po­wód. I dla­te­go wkur­wia­ją mnie lu­dzie, zwłasz­cza ko­bie­ty, od któ­rych w tym te­ma­cie do­świad­czy­łam spo­ro agre­sji, bo po­tra­fią być bez­względ­ne i okrut­ne w swo­ich oce­nach.
     To nie jest wy­go­da. To wy­rwa i smu­tek. Od­po­wie­dzial­no­ść. Wy­bór. Prze­cież nikt się nie de­cy­du­je na taki krok bez­re­flek­syj­nie. Nie­po­sia­da­nie dziec­ka nie czy­ni mnie gor­szym czło­wie­kiem.

Maria Peszek, Naku•wiam zen,
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

4789. Z oazy (LXXIII)

Dwuniedzielne odliczanie literek, dwa. Okładka w przepięknym „dziewczyńskim”, poli­tycz­nie niepoprawnym, kolorze!

Od początku do końca kongenialna rozmowa córki (–, Maria) z ojcem (•, Jan), artystki z artystą, człowieka z człowiekiem, wrażliwej z wrażliwym, myślącej z myślą­cym — na przekór wszystkiemu. I pomyśleć, że gdyby nie miłość kochanej przeze mnie Osoby do artystki, to nie pilnowałabym dnia premiery, by mieć pew­ność, że owa Osoba tego samego dnia będzie miała tę książkę na swoim kundlu. Miała. Miałam i ja. Obie pilnowałyśmy, by czytać jak najdłużej. Niespecjalnie nam się udało.

Ta ksi­ążka jest w ja­ki­mś sen­sie o tym sa­mym, o czym wszyst­kie moje pio­sen­ki, a wcze­śniej moje ak­tor­skie wcie­le­nia – o pra­wie do by­cia in­nym. O pra­wie do wła­snej dro­gi. O tym, że od­sta­wa­nie, choć bo­le­sne, może być źró­dłem siły.

*

     –  Co to jest to „kon­ge­nial­ne”?
     •  Kon­ge­nial­ne? To jest spe­cjal­ny ro­dzaj ge­nial­no­ści. To jest coś wi­ęcej niż ge­nial­ne.
     –  Ro­zu­miem.
     •  Ale twój Edek mówi, że to nie jest po­praw­ne uży­cie. Więc ja już to wy­rzu­ci­łem ze słow­ni­ka.

*

     •   Cie­ka­we, jak przez te py­ta­nia i to, jak się to­czy ta roz­mo­wa, czło­wiek uzmy­sła­wia so­bie pew­ne rze­czy. Albo na­zy­wa je po imie­niu, cze­go nie był w sta­nie zro­bić wcze­śniej.
     –   To jest bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­na na­sza ce­cha, wiesz, że nie ma pier­do­le­nia. Jak mó­wisz, to mó­wisz. Je­że­li jest coś wa­żne­go, trze­ba to po­wie­dzieć ja­sno i wy­ra­źnie, dru­ko­wa­ny­mi li­te­ra­mi.
     •  Tak. A jed­no­cze­śnie cały czas jest w tym coś nie­uchwyt­ne­go, coś trud­ne­go do zde­fi­nio­wa­nia.
     –   I ni­g­dy te roz­mo­wy nie ko­ńczą się po­czu­ciem, że mamy odpowiedź.

*

     •  […]  eks­tre­mal­ne prze­ży­cia prędzej czy pó­źniej pro­wo­ku­ją w czło­wie­ku py­ta­nia, na któ­re ni­g­dy by nie zna­la­zł od­po­wie­dzi, gdy­by jego ży­cie było do­sko­na­łe.

*

     •  […]  Na jed­nym z pierw­szych spo­tkań [Bogusław Scha­ef­fe­r]  pod­sze­dł do mnie i po­wie­dział: „Dla­cze­go za­cho­wu­jesz się jak idio­ta?”. Ja mó­wię: „Ale o co cho­dzi?”. „Je­że­li pro­wa­dzisz roz­mo­wę, któ­ra ci nie od­po­wia­da, któ­ra cię męczy, fru­stru­je, na­tych­miast ją ko­ńcz pod byle po­wo­dem. Że pa­pież za­dzwo­nił, że przy­po­mnia­łeś so­bie o po­grze­bie ciot­ki, co­kol­wiek. Tnij, bo zło­gi i stre­sy, któ­re wy­twa­rza ko­niecz­no­ść prze­dłu­ża­nia tej roz­mo­wy, są tak wiel­kie, że się ni­g­dy z tego nie wy­do­sta­niesz”. Ja na to: „Ale o czym ty mó­wisz?”. Sta­łem na ko­ry­ta­rzu mi­ędzy szko­łą te­atral­ną a aka­de­mią. „Roz­ma­wia­łeś z kimś. Nie znam fa­ce­ta, ale wiem, że to jest ja­kiś pro­fe­sor czy dzie­kan. I wi­dzia­łem, jak ki­wasz gło­wą, jak je­steś spi­ęty, jak ci ręce si­nie­ją, ale sto­isz tam cały czas i do ko­ńca je­steś. Za­pa­mi­ętaj so­bie na całe ży­cie, że tego ci nie wol­no ro­bić”.

*

Czniam na rady tych, któ­rzy twier­dzą, że wie­dzą, co dla mnie do­bre.
     Won.

*

     –  Też cię wkur­wia­ją lu­dzie, któ­rzy z żalu ro­bią sens ży­cia? Bo u nas cier­pie­nie, naj­le­piej zbio­ro­we, jest to­żsa­mo­ścią na­ro­do­wą. […] 
     •  […]  Po­lak, cier­pi­ąc, ma po­czu­cie, że po­sia­dł strasz­li­wą wła­dzę i ta wła­dza go opa­no­wu­je. I nisz­czy wszyst­ko. To się bie­rze oczy­wi­ście z na­szej strasz­nej hi­sto­rii ka­to­li­cy­zmu, któ­ry jest naj­ciem­niej­szą re­li­gią na świe­cie. A w pol­skim wy­da­niu to jest w ogó­le pie­kło. I je­że­li sza­tan ist­nie­je, to jest nim in­sty­tu­cja pol­skie­go Ko­ścio­ła.

*

     •  Ab­so­lut­nie tak! Ko­ściół to gło­sząca naj­bar­dziej nie­to­le­ran­cyj­ne tezy in­sty­tu­cja. I re­li­gia ka­to­lic­ka rów­nież, pe­łna py­chy, za­śle­pie­nia, ale da­jąca do ręki upraw­nie­nia do my­śle­nia o so­bie jako o ple­mie­niu wy­jąt­ko­wym, o ple­mie­niu ma­jącym mi­sję, będącym wła­śnie Chry­stu­sem na­ro­dów.
     Nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że cały sys­tem i cha­rak­ter tej re­li­gii, mó­wię o ka­to­li­cy­zmie pol­skim, jest do­sko­na­le prze­my­śla­ną stra­te­gią. […] 
     –  Wiesz, dla mnie naj­gor­sze w ka­to­li­cy­zmie jest prze­ko­na­nie, że czło­wiek sam z sie­bie jest po­zba­wio­ny ja­kiej­kol­wiek war­to­ści i do­pie­ro dzi­ęki chrzto­wi, ak­ce­so­wi do or­ga­ni­za­cji, sta­je się kimś. I że ka­pła­nom za­le­ży na tym, że­by­śmy żyli w sta­nie wiel­kie­go eg­zy­sten­cjal­ne­go uszko­dze­nia, bra­ku, grze­chu, że tyl­ko Ko­ściół, Bóg mogą spra­wić, że będzie­my szczęśli­wi. To od­bie­ra war­to­ść ży­ciu, a czło­wie­ko­wi god­no­ść. To okrut­ne i znie­wa­la­jące.

*

     •  […]  Tym czy­mś, na czym ja się opie­ram, jest po­czu­cie, że naj­wa­żniej­szą rze­czą w ży­ciu jest samo ży­cie. I nie mo­żna go w żad­nym punk­cie mar­no­wać. W kon­se­kwen­cji, żeby nie wiem jak było trud­no, to sko­ro ży­cie jest naj­wa­żniej­sze, za­wsze się ma prze­ko­na­nie, że je­śli nie dziś, to ju­tro albo po­ju­trze, albo w naj­bli­ższej przy­szło­ści na­stąpi po­zy­tyw­ne roz­wi­ąza­nie.

*

     •  […]  Za­wsze wi­dzę ja­kieś wy­jście, nie wiem ja­kie, ale wiem, że jest.

*

     •  Ty się bar­dzo szyb­ko na­uczy­łaś czy­tać. I kie­dyś przy­cho­dzisz do mnie, mia­łaś pięć lat, i mó­wisz: „Prze­czy­ta­łam Fau­sta Mar­lo­we’a i nic nie zro­zu­mia­łam. A te­raz zo­bacz, co mam pi­ęk­ne­go! Patrz, ile ma ob­raz­ków!”. Ja pa­trzę, a to Ka­ma­su­tra.

*


[dostęp: 23.10.2022], źródło.

     Kie­dy za­my­kam oczy, wi­dzę to, co po tam­tej stro­nie po­wiek.
     Moje ga­łki oczne ro­bią fi­ko­łka i przy­glądam się wnętrzu swo­jej gło­wy od środ­ka.
     Wi­dzę pa­ru­jące za­go­ny my­śli, ob­ra­zy cze­ka­jące w ci­szy na swo­ją ko­lej.
     Ide­al­nie po­se­gre­go­wa­ne, wil­got­ne grząd­ki słów, kie­łku­jące idee.
     Zu­chwa­łe po­my­sły od­sta­wio­ne do fer­men­ta­cji.
     Zero cha­osu, zero przy­pad­ku.

*

Ura­to­wa­ła mnie po­trze­ba zro­zu­mie­nia. Za­gląd­ni­ęcia za te ku­li­sy, za któ­ry­mi jest ciem­no­ść.

*

     •  […]  Nie ma sy­tu­acji bez wy­jścia. […]  Tak na­praw­dę nie ma sy­tu­acji ide­al­nych.
     –   Ale często kry­zy­sy, po­ra­żki prze­su­wa­ją nas w re­jo­ny fan­ta­stycz­ne, do któ­rych by­śmy ni­g­dy nie tra­fi­li.

*

     •  […]  de­cy­zje. Trze­ba je po­dej­mo­wać w spo­sób pro­sty i zde­cy­do­wa­ny. Jest ce­zu­ra: wi­ęcej nie mam cza­su. Albo: tu się z fa­ce­tem nie do­ga­dam.
     –   Albo chcę to zro­bić mimo wszyst­ko.
     •   I ro­bię. Nie uża­la­jąc się. I pa­trzę, co z tego wy­ni­ka. I po­wiem te­raz coś in­fan­tyl­ne­go: jak się my­śli w tym sen­sie po­zy­tyw­nie, to roz­wi­ąza­nia naj­zwy­czaj­niej w świe­cie przy­cho­dzą do czło­wie­ka. I dzia­ła­ją.

Maria Peszek, Naku•wiam zen,
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

     •  […]  Wiem, że je­że­li coś się za­pa­da i wcho­dzi w stan na przy­kład obo­jęt­no­ści czy tak zwa­ne­go nie­uda­nia, to gwa­łtow­ne pró­by na­pra­wie­nia tego są błędem. Moim zda­niem naj­pierw trze­ba się temu pod­dać i nie bać się, że to się sta­cza w inną stro­nę; uczy­nić z tego wa­lor i od tego się od­bić.

*

     –  …jak chce.
     •  Wła­śnie. Ale tego nie mo­żna roz­pa­mi­ęty­wać. Więc te­raz idziesz na ba­gna, tam zbie­rasz siły, bo po to się idzie na ba­gna. Nie żeby się izo­lo­wać i gar­dzić świa­tem. Tyl­ko po to, żeby zro­zu­mieć, któ­ry dla cie­bie tor jest naj­wła­ściw­szy, na któ­ry masz wsko­czyć i za­pier­da­lać z pręd­ko­ścią, za któ­rą nikt nie nadąży.

*

     – Chy­ba wiem, co by to mia­ło być, ale nie wiem, jak do tego do­jść. Chcesz, żeby ci o tym mó­wić?
     • Bar­dzo.
     – Jed­nak chy­ba nie wiem. Czy to, co mó­wię, jest jasne?
     • Ab­so­lut­nie.

(tamże)

4788. Z oazy (LXXII)

Dwuniedzielne odliczanie literek, raz. Pierwsza z pięciu książek i książeczek, na­pi­sa­nych przez kobiety i ukrytych pod okładką w „dziewczyńskim” kolorze od bez­dys­ku­syj­nej czerwieni do bladego różu. Było warto! Jest moc.

Rozgrzeszyła ta książka ten kawałek mnie, co zawsze marudzi i widzi szklankę do po­łowy pustą. A nawet zaryzykowałabym, że uwolniła mnie od tego kawałka, gdy po­sta­nowiłam spędzić z nim tyle czasu, ile potrzebował w moim towarzystwie. Dlatego dla mnie te nieprzypadkowo ułożone literki uważam za — absolutnie! bez­względ­nie! — bezcenne.

     – O co tobie w ogóle chodziło? – spytał zmęczonym głosem.
     – Skarbie – odpowiedziałam – to się nie mogło udać. Ja zmierzałam… do miejsca, w którym jestem teraz.

*

W czasach, gdy zbliżałam się coraz bardziej do marginesu społecznego, nic tak nie koiło bólu i złości w sercu jak spacer przez miasto. Obserwując ludzi, którzy na pięćdziesiąt różnych sposobów próbują pozostać ludźmi, widząc różnorodność i pomysłowość technik przetrwania, czułam, jak schodzi ze mnie napięcie. Odbierałam przez skórę zbiorowy opór przed pójściem na dno.

*

     – To czym ostatnio jest dla ciebie życie? – pytam.
     – Kością stojącą w gardle – odpowiada. – Ani nie mogę jej połknąć, ani wykasłać. Mogę tylko próbować się nie udławić.

*

Lecz jak właściwie wytłumaczyć wrażliwość, która nabiera kształtu pod wpływem takich, a nie innych doświadczeń? I dlaczego w ogóle jeden ciąg zdarzeń staje się  doświadczeniem, a inny nie? Pewne jest, że koniec koń­ców człowieka zawsze cze­ka głębokie zaskoczenie („Nie tak to sobie wyobrażałam!”) obrotem życiowych spraw i że to zaskoczenie w sposób nie­uni­kniony staje się dla niego surowym tworzywem.

*

     – Co to, u licha, znaczy?
     – Sama nie wiem.
     – A kiedy będziesz wiedzieć?
     – Nie wiem.
     – I co zamierzasz w międzyczasie?
     – Robić notatki.

*

     – Nie ma tu nikogo, z kim dałoby się porozmawiać? – spytałam ją kiedyś.
     – Nie, kochana – odparła Alice. – Popaplać, to tak. Ale porozmawiać? Nie. Na pewno nie tak jak z tobą.
     Czuła się otępiona gadką szmatką, która dzień w dzień wypełniała jej uszy. To gorsze niż cisza, powiedziała. O wiele gorsze.

*

To, czego byliśmy świadkami jako dzieci, było naszym pierwszym wglądem w pewien rodzaj wewnętrznego oddalenia, które w późniejszym życiu czło­wiek postrzega jako coś zgoła pierwotnego.

*

     – Jak mogłaś to zrobić dziecku? – pytałam ją najpierw, gdy miałam osiemnaście lat, potem trzydzieści, a potem czterdzieści osiem.
     Zdumiewające, że ilekroć wracałam do tamtego zdarzenia, mama oznaj­miała:
     – Niczego takiego nie było.

*

Miłość bez równości? To ja podziękuję! Dzieci i macierzyństwo? Obejdę się bez! Społeczne potępienie? Bzdura! Pomiędzy żarliwością jej retoryki a na­ka­za­mi pełnokrwistej rzeczywistości rozciąga się ziemia niczyja nie­spraw­dzo­nych przekonań. Jak łatwo było – Rhodzie, ale i nam – wy­krzy­kiwać ze złością: do diabła z tym wszystkim! I jak bardzo temperowało nas doświadczenie nieokiełznanej siły uczucia, które z uporem podkopuje te buntownicze uproszczenia. Zbliżając się nieuchronnie do punktu, w którym sama sprawi sobie zawód, Rhoda staje się żywym ucieleśnieniem luki mię­dzy teorią i praktyką: miejsca dobrze znanego tak wielu spośród nas.
     Nieraz sobie myślę, że dla mnie ta luka stała się głęboką przepaścią, po której dnie wędruję niczym pielgrzym, nie tracąc nadziei, że uda mi się przed śmiercią wdrapać na górę.

*

[…]  na drodze do samowiedzy po każdych dwóch krokach naprzód robią jeden krok wstecz – rzecz znamienna dla żółwiego tempa, w jakim postępuje zmiana społeczna.

*

„Tak, tak, tak!” – krzyczą błyszczące oczy, rozchylone usta. Patrząc na to ich rozedrganie i czując jednocześnie, jak moja własna twarz tężeje, myślę sobie: tego się nie da ominąć, każdy musi przez to przejść.
     To gen anarchii, obecny w każdym człowieku, który urodził się w gorszej klasie, z gorszym kolorem skóry, z gorszą płcią – tyle że u niektórych pozo­sta­je uśpiony, a u innych sieje spustoszenie – nikt nie wie tego lepiej niż ja.

*

Spytałam kiedyś Manny’ego, czy jest zaskoczony przebiegiem swojego ży­cia. Odpowiedział:
     – Zawsze się czułem, jakby popychały mnie siły, nad którymi nie mam żadnej kontroli. Robiłem to, czego ode mnie oczekiwano, a potem ogarniał mnie lęk. Przez lata nie znałem innego stanu niż niepokój. Pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że ten niepokój mnie uformował. Od tamtej pory nic mnie już nie zaskoczyło.

*

     – To proste – odpowiada Leonard. – Gdy konflikt staje się publiczny, polityka na tym zyskuje, a sztuka schodzi na psy. Ludziom takim jak my pozostaje gapienie się na obrazki w internecie: uniesioną pięść, różową wstążkę, tatuaż ze słusznym hasłem.

*

[…]  słowa wciąż trzymały w napięciu. Powoli zdałam sobie sprawę, dla­cze­go tak jest: ponieważ John [Dylan]  nie walczył z utratą kontroli. Tak jakby się jej spo­dziewał i zawczasu obmyślił metodę przetrwania. Zamierzał pod­dać się własnej słabości, zobaczyć, dokąd go ona zaprowadzi.

*

Na Park Avenue dobrze ubrana matrona mówi znajomej:
     – Za moich czasów mężczyzna był daniem głównym, a dziś jest przyprawą.

*

Im jednak dłużej spotykałyśmy się i rozmawiałyśmy, tym silniej do nas docierało, że naszym głównym zamierzeniem jest zrozumieć, w jaki sposób stałyśmy się takie, jakie jesteśmy.

*

Nasze życie wewnętrzne, pisał William James, jest płyn­ne, ruchome, zmien­no­kształtne, zawsze w stadium przej­ścio­wym. Te przejścia, uważał, sta­no­wią naszą rzeczywistość; wszelkie doświadczenie „tkwi w prze­mianach”.

Vivian Gornick, Kobieta osobna i miasto, przeł. Łukasz Witczak,
Wydawnictwo Filtry, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

[…]  przywiązane lub przywiązujące się do mężczyzn umysłowo i duchowo nijakich, do mężczyzn, którzy nie­uchronnie ciągnęli je w dół. Widmo takiego losu wisiało nad nami wszystkimi. Każda drżała na myśl, że mo­gła­by się stać jedną z tych kobiet.
     Mnie to nie spotka, postanowiłam. Poprzysięgłam sobie, że jeśli nie znajdę właściwego mężczyzny, obejdę się bez niego.

*

     – Nie interesuję ich. Ta część mnie, która jest interesująca, to część, której się boją.

*

Przyjaźń dzieli się na dwie kategorie: taką, w której lu­dzie spotykają się ze sobą, bo potrzebują swojej ener­gii, i taką, w której ludzie potrzebują energii, żeby się spo­tkać. W pierwszym przypadku człowiek stanie na gło­wie, by móc spędzić trochę czasu z przyjacielem, w dru­gim – szuka dla niego miejsca w swoim kalendarzu.

(tamże)

sobota, października 22, 2022

4787. 295/365

po ponad dwudziestu latach długich włosów przyszedł czas na zmia­nę. siódmy dzień szokuję tych, do których mam jeden uścisk dłoni, a na pytanie, którego z grzeczności mi nie zadają: co mam na głowie? odpo­wia­dam: różnice językowo-kultu­rowe.

295/365

czwartek, października 20, 2022

4786. [Też] Panna cotta (LXI)

Podarowała mi wczoraj między ćwiczeniami dwie perełki.

Pierwsza. Rysia w weekend tłumaczyła symultanicznie z języka an­giel­skie­go. Pani prowadząca seminarium powiedziała uczestniczkom i uczest­ni­kom, że w trakcie na­u­ki chodzenia prawidłowo rozwijające się dziecko na każde dwa, wy­ko­na­ne samo­dziel­nie, kroki upada siedemnaście razy. Siedemnaście! Upadki są dużo istotniejsze niż kroki, bo podnoszenie się po nich wzmacnia mięśnie posturalne (a do­kładniej, dodała Rysia, prostowniki). Siedemnaście! Żadne dziecko po trzech upadkach nie mówi: to nie dla mnie! nie mam daru! świat mi nie sprzyja! Ono się podnosi i… idzie, by po drodze upaść jeszcze nie raz. Robi to na mnie wrażenie.

Dwa. Rysia zapytała, czy słyszałam tę włoską piosenkę, z kreskówki wyjętą. Po kilku godzinach link do kreskówkowej wersji przysłała. Zakochałam się w tej piosence i w kil­ku końcowych sekundach od 2:48, bo ktoś we mnie często tak podskakuje z radości i nie­możności do­cze­ka­nia się nadciągających pięknych chwil. A potem zna­lazłam wersję koncertową i… nią łomolę, bo w tym wykonaniu jest wszystko to (np. radość, spontaniczność, lekkość), co przyciąga mnie do wło­szczyzny!

Edoardo Bennato, Il gatto e la volpe.

per televisione… frottole!
per la radio… frottole!
politici… frottole!

*

«Giovanotto, dove vai?»
«A scuola.»
«Eei, […] un sacco di fatica. […] vieni con noi
«[…] per diventare ricco e famoso in breve tempo»

*  *  *

Il gatto e la volpe z filmu Luca.

quanta fretta, ma dove corri, dove vai?
[…] 
avanti, non perdere tempo

środa, października 19, 2022

4785. 292/365

z samego rana konkurencja do korzystania z poręczy przy schodach. piękna! zachwyciła, nim pognaliśmy do lekarza.

292/365

poniedziałek, października 17, 2022

4784. 290/365

komendy głosowe wyrzuciliśmy dziś osta­tecz­nie do śmietnika. sukiś nie umie czy­tać z ruchu warg — nie przy­nie­sie już pod­nie­sio­nej z podłogi skarpetki. uczymy się migania.

290/365

niedziela, października 16, 2022

4783. 289/365

     — stratę należy (w dowolnej kolejności): przyjąć do wia­do­mo­ści, przeboleć, oswoić, uznać, zrozumieć, co realnie odbiera.
     — a potem?
     — potraktować to, co pozostało, jako po­czą­tek nowej przy­gody!

289/365

[suplement pikselowy: 27.10.2022]

sobota, października 15, 2022

4782. 288/365

nie wyjdę, nie trzasnę drzwiami — już nie, choć bardzo bym chciała.

nieruchomieję, milknę, zaciskam oczy. w ten sposób ucie­kam od wybuchu two­jej złości, frustracji i niemocy, jak na mój gust nie­pro­por­cjo­nal­nie wielkich do zaistniałej sytuacji.

288/365

piątek, października 14, 2022

niedziela, października 09, 2022

4780. 282/365

błagam. sny nocne i dzienne — wróćcie! bo życie ograniczone do pięciu dawek leku, rozłożonych równomiernie wzdłuż dnia, nie wystarcza mi wcale.

282/365

4779. Z oazy (LXXI)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Wyjęłam tę powieść z tej i wiedziałam, że nie będzie musiała na mnie czekać wcale.

Piękna. Mądra. Dobra dla Duszy. Dla samych śródtytułów (cytowane poniżej w żół­tawym ko­lo­rze) warto do tej książki zajrzeć. Dużo się dzieje między wierszami i pod po­wierzch­nią przedstawionych zdarzeń.

Z jednej strony jestem ja, z drugiej jest moje ciało. Oba równie nieznane sobie byty.

Pępek to blizna na brzuchu człowieka […].
Pierwsza blizna ma zatem związek z matką


Najtrudniejsze są lata przed trzydziestką i po niej, jeden decyduje się żyć trzydzieści dwa lata, inny trzydzieści trzy — obaj powieściopisarze, jest też trzydziestoczteroletni dramaturg, Majakowski dożywa trzydziestu sześciu lat, Pavese czterdziestu jeden. Artystom plastykom trudno jest dożyć trzy­dzie­ste­go siódmego roku życia — nie każdemu udaje się pokonać tę prze­szko­dę; muzycy są jeszcze młodsi: Brian Jones, Jimi Hendrix, Janis Joplin, Kurt Cobain, Amy Wine­house, Jim Morrison przeżyli tylko dwadzieścia siedem lat. U mnie wiek, w którym artyści umierają, już minął.
     Zwyczajny człowiek podlega innym regułom.

Ten, którym teraz jestem, teraz się kończy


     — No a ty masz córkę.
     — Tak.
     — A wiedziałeś, że kobiety wykonują dziewięćdziesiąt procent pracy na ziemi, a posiadają zaledwie jeden procent własności? A co w tym czasie ro­bią faceci?
     Nie czeka na odpowiedź, lecz gada dalej:
     — Obijają się, chleją albo są na wojnie.

*

Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
stracone szanse, upływ chwil, zgubione klucze.
  //  Elizabeth Bishop (1911–1979)

*

Czy świat za mną zatęskni? Nie. Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie. Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak. Czy świat jest lepszy teraz, kiedy się na nim zjawiłem? Nie. Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic.

*

Ponieważ dzisiaj nie umrę, muszę coś zjeść.

Ty, którego spotykam


Kiedy patrzę na nią badawczo, dodaje:
     — Człowiek nie musi rozumieć wszystkich wypowiadanych słów, żeby zrozumieć.

Światło gwiazd potrzebuje czasu


Wiem, że mogę wybierać spośród trzydziestu trzech liter, a to więcej niż w większości innych języków. Zaczynam od dwóch zdań:
     Jeszcze istnieję.
     Jeszcze tu jestem.

     I po chwili dodaję kolejne:
     Usiłuję zrozumieć dlaczego.

[…]  samobójstwo z opóźnionym
zapłonem zwie się „życiem”


     — A wiesz — ciągnie — że w niektórych miejscach na świecie blizny wywołują szacunek i ten, który ma wielką i okazałą bliznę, to człowiek, który stanął oko w oko z dzikim zwierzęciem, rzucił wyzwanie włas­nym lękom i przeżył?

Rany goją się niejednako powoli, a powstała
blizna nie zawsze sięga tak samo głęboko,
niektóre są głębsze od innych


Jedyny sposób, żeby przetrwać, to udawać, że żyje się nor­mal­nym życiem. Uda­wać, że wszystko w porządku. Uda­wać, że nie widzi się spustoszenia.

Na świecie jest tyle głosów
i żaden z nich nie jest bez znaczenia


     — Od dawna jesteś sam?
     — Od sześciu miesięcy.
     Gdyby spytała, czy od dawna czuję się samotny, odpowiedziałbym, że od ośmiu lat i pięciu miesięcy.
     […]
     Mam jej się z tego zwierzyć?
     Wciągam głęboko powietrze, zanim mówię:
     — Osiem lat i pięć miesięcy. — Mógłbym dodać: i jedenaście dni.
     […]
     Ociera się o mnie i czuję rosnącą bliskość, niczym księżyc w pełni.
     Mam jej powiedzieć, że już tego nie umiem? Że się lękam?

Im wyżej się wznosimy, tym mniejsi
wydajemy się tym, którzy latać nie mogą


Patrzy na mnie. Przygląda się, jakbym był nieznajomy. Taki zresztą jestem, dla siebie i dla innych.

Tęsknota jest silniejsza od cierpienia


Nie mogę powiedzieć tej młodej kobiecie, która nie ma niczego poza życiem, że się pogubiłem. Albo że życie jest inne, niż się spodziewałem. Gdybym po­wie­dział: „Jestem jak inni ludzie, kocham, płaczę i cierpię”, wówczas praw­do­po­dobnie by mnie zrozumiała i odparłaby: „Wiem, co masz na myśli”.
     — Byłem nieszczęśliwy — mówię. […]  — Nie potrafiłem tego naprawić.

Wspominam o kraju, w którym wszyscy
gubią samych siebie, dobrzy i źli


     — Nie mogę już czytać książek — słyszę jego słowa. — Kiedy byłem chłopcem, dużo czytałem, ale przestałem w czasie wojny.
     Znów się waha.
     — Żeby wysadzić w powietrze wioskę, wystarczy jedno zdanie. Dwa, żeby zniszczyć świat.

Auður Ava Ólafsdóttir, Blizna, przeł. Jacek Godek,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2020.
(wyróżnienie własne)

Słowa pozostawiają nadwyżki


Pod koniec książki znajduje się rozdział zatytułowany Rzeczy, które czasem gubimy i tam widzę dość długą listę:
     płaszcz przeciwdeszczowy
     rękawiczki
     szalik
     parasol
     okulary
     obrączka
     paszport
     długopis
     śrubokręt

     O samym człowieku nie ma mowy
, myślę.

(tamże)

4778. Z oazy (LXX)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Nie mam pojęcia, jakimi drogami doszłam do tej książki, ale gdy zapisałam te słowa, przypomniał mi się jeden powód: Autorka jest Grendlandką. Dla mnie — po przeczytaniu zmarzniętych, ale pełnych życia, literek — był to wybór oczywisty. Za nic miała ta książka stosik, który na mnie czeka. W mgnie­niu oka była na jego szczycie, by zaraz potem przykuć do siebie moją uwagę.

Ta książka pozostawiła mnie z refleksją o notorycznym zaniedbywaniu środka. Dla jednych najważniejsi są nienarodzeni (w drodze na świat), dla drugich ci, którzy odeszli. Ci, którzy żyją (jeszcze) są tak powszedni, że nie widzi się w tym cudu, nie widzi się chcących rozkwitać ludzi. Szkoda.

Nie rozumiem, jak to możliwe, że jestem jej córką. Pierwsza blizna, czyli pępek, pochodzi od matki – tak twierdzi pisarka Auður Ava Ólafs­dóttir w powieści Blizna.

*

Nie da się znaleźć niepodważalnego wytłumaczenia, dlaczego ludzie od­bie­rają sobie życie, gdy nadchodzi dzień polarny, ale jedna z hipotez brzmi tak, że ludzie zaczynają mieć stany depresyjne, gdy śpią za mało, inna – że po zi­mnej i ciemnej zimie czują się silniejsi na myśl o nadejściu cieplejszych i jaś­niej­szych dni, ale gdy te w końcu przychodzą, uświadamiają sobie, że życie wcale nie stanie się od tego łatwiejsze. Nigdy.

*

Po zamknięciu drzwi słyszę, jak mruczą coś pod nosem. Obgadują mnie, ale mam to w dupie, jestem do tego przyzwyczajona, było nie było pochodzę z Grenlandii. Z kraju, gdzie ludzie uwielbiają patrzeć na to, jak ktoś inny upada.

*

Wchodzę na profil tej koleżanki i znajduję jej ostatni post. Opublikowała go kilka nocy temu. Pyta na Facebooku, czy ktoś chciałby ją odwiedzić. Polaj­ko­wa­ła to tylko jedna osoba. W poprzednich dniach koleżanka opu­bli­ko­wa­ła kilka emotek ze złamanym sercem i płaczącymi buźkami. Kilka osób sko­men­towało to sercami. Pod obecnym postem jej matki aż się roi od serdu­szek, wyrazów miłości i współczucia. Mnóstwo innych osób, z którymi dziew­czy­na nie miała kontaktu od wielu lat, publikuje o niej posty. Piszą, że czują się strasznie, że zawsze będą ją pamiętać i szanować jej wybór.

*

Kiedyś potrafiłam zaznać spokoju u waszego boku, wyciągaliście mnie z samotności, a teraz czuję się najbardziej samotna, kiedy jestem z wami.

*

     – Możesz mi powiedzieć, czego nie zrozumiałaś? Całej historii czy ostat­nie­go zdania? Ludzie tylko słyszą, ale nie słuchają! – Wygląda, jakby chciał uderzyć ręką o stół, ale tylko przesuwa kubek.
     Nie odzywam się.

*

Mówisz, że mnie widzisz, że mnie rozumiesz, ale ty widzisz tylko tę część mnie, która pragnie być kochana i która pragnie cię kochać. I właśnie ta moja połowa jest bliska śmierci. Kochasz mnie, bo umieram?

*

     – Jak długo jesteś bezdomny? – pytam Larsa.
     – Nie jestem bezdomny, jestem wolny od domu – mówi.
     – W ten sposób nigdy na to nie patrzyłam.
     – Nowi tak mają. Jak długo jesteś bezdomna? – pyta.
     – Odkąd zmarła moja babcia. Miałam wtedy szesnaście lat.

*

Obejmujemy się w ciemności, nie pozwalamy sobie odejść. Jeszcze nie.

*

     – Co mam zrobić?
     – Sama musisz do tego dojść. Nie wiem, co się dzieje w twojej głowie – mówi.
     – Ja też nie.

*

W mojej śmierci nie chodzi o mnie, tylko o wszystkich dookoła.

*

Kochamy cię bez względu na to, jaka jesteś.
     Potrzeba było kolejnej śmierci, żeby się na to zdobyła.
     – I co w związku z tym? – zapytałam.
     – Po prostu nie chcę, żebyś…
     – Nie popełnię samobójstwa – przerwałam jej.

*

     — […]  Może Guuju po prostu nie nadawała się do życia na tym świecie.
     – Ale nie chcesz się dowiedzieć dlaczego? – pytam.
     – Nie znajdę odpowiedzi, które nie istnieją. Nareszcie ma spokój. Trzecia próba okazała się dla niej szczęśliwa.

*

Zastanawiam się, czy od smutku można dostać odleżyn.

*

Słowa kiepsko smakują w moich ustach, bo wiem, że życie najprawdopodobniej wcale nie stanie się lepsze.
     – Kiedy można przestać walczyć? A może trzeba to robić do końca życia? W jakim celu?
     – Nie wiem – odpowiadam.

*

Mam nadzieję, że dowie się tego, czego potrzebuje, żeby pójść dalej ze swoim życiem.

*

     – Mogę cię o coś zapytać?
     Maliina kiwa głową.
     – Kim jesteśmy?
     – Co masz na myśli?
     – No wiesz. – Pokazuję na siebie, potem na nią i znów na siebie.
     – No chyba jesteśmy parą, co? – mówi, jakby stwierdzała coś oczy­wistego.
     Uśmiecham się.
     – Tak.

*

     – Czy jest coś, co wydało ci się trudne? – pyta.
     Wzruszam ramionami, ale ona czeka na odpowiedź, przyglądając mi się z sympatią.
     – Tęsknię – odzywam się w końcu. – Ale to nie takie straszne.
     […]
     – Za rodziną? – pyta.
     – Nie, nigdy w życiu. Za kobietą
.

Niviaq Korneliussen, Dolina Kwiatów, przeł. Agata Lubowicka,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.
(wyróżnienie własne)

Najlepsze, co mnie kiedykolwiek spotkało, dzieje się właśnie tu i teraz. Na kilka sekund zamykam oczy, potem znów je otwieram. Powtarzam to kilka razy, żeby przeżyć to wszystko jeszcze raz. […]
     – To najlepsze, co mnie kiedykolwiek spotkało – odzywam się. – Że tu jestem.
     Ściska moją dłoń. Całuję ją.
     – Kocham cię – mówię.
     – Kocham cię.
     To, co najlepsze, już się zdarzyło.

*

     – O czym myślisz? – pyta ni stąd, ni zowąd.
     – Nie myślę – odpowiadam szybko.
     – Słyszę twoje myśli aż tutaj – mówi, nie patrząc na mnie.

*

     – Pamiętaj, żeby o siebie dbać – mówi, kładąc mi dło­nie na policzkach.
     – Dobrze.
     – Masz o siebie dbać. Wiesz dlaczego? – pyta ła­mią­cym się głosem.
     Wpatruję się w jej mokre oczy.
     – Bo cię kocham – mówi i dopiero teraz poluzowuje uścisk.

(tamże)

4777. Z oazy (LXIX)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Nie, nie zainteresowałam się nominacjami do Nike. Nie zajrzałam do listy finalistów i nie oglądałam gali wręczenia nagrody. Nie miałam poczucia krzywdy, straty czy pustki. Dyskryminuję dyskryminujących.

W radiowych wiadomościach w poniedziałek podano informację, że wygrała poezja. Poezja? Zdziwiłam się tylko trochę, bo co innego ma wygrać w tak trudnych cza­sach. Klik, klik, jest wersja elektroniczna. Klik, klik, miałam. Hmm, włoski tytuł, mniam, mniam!

A dlaczego taki tytuł tomiku? Nurtowało mnie to pytanie, a odpowiedni wiersz w to­mi­ku nie udzielał odpowiedzi. Znalazłam ten film z 1962 roku. Wytrzymałam 14 mi­nut: pierwsza scena przenicowała mnie na lewą stronę, druga powaliła pa­triar­cha­tem, trzecia dorzuciła kolonialną wyższość białego człowieka, czwarta była tak okrut­na, że powiedziałam: dość i starczy! Będę, niczym Kaczyński, miała zdanie na temat filmu bez jego obejrzenia. Potem doczytałam, że film ten jest re­pre­zen­tan­tem nurtu filmowego mondo, który charakteryzuje się przedstawianiem śmierci — nie jako symbol, opowieść, rytuał przejścia, tylko w po­sta­ci realnych scen.

Jak dobrze, że chłopca nie wpuszczono na ten film do kina. Jeśli ta strata była za­cząt­kiem rodzącego się poety, to wszyscy wygraliśmy. A ten tomik wierszy? W kon­tek­ście tytułu? Cały o śmierciach: małych i dużych, śmierciach chwil, gestów, uczuć i spojrzeń. Ot, poetyckie mondo dla wrażliwców.

[…]  i plakat, że film
„szokujący”, że „szokujący najbardziej”. Tak, to był pierwszy raz,
kiedy aż tak zapragnąłem: widzieć, zobaczyć, popatrzeć.
[…]
niezapisana niczym, nieletnia wyobraźnia, próbując,
wbrew pierwszemu w życiu niespełnieniu, rozgryźć słowa
z plakatu, miał tytuł Mondo Cane.

*

Po dniu wczorajszym, po chwili już nieobecnej,
za kim, dziś pytam, tak popędliwie biegłem? A za kim
dziś, stojąc w miejscu, biegnę w tym pokoju –
[…]  nic się tu nie działo,
ani dziś, ani w przyszłości.

*

wyjąłem ręce z kieszeni i zostałem, powiedzmy,
mężczyzną. […]

*

Popatrz, jak się całują, ci dwaj,
w jakim zapamiętaniu, jakby mieli po naście lat
i ledwo meszek pod nosem,
a cała oceaniczna rozłożystość świata,
z obietnicą gęsiej skórki
na karku, tylko na nich
czeka, by zawrzeć przymierze.

*

[…]  Kimkolwiek jesteś, twój wybór
do niczego cię nie zobowiązuje:
to historia miłosna. […]

*

a jednorożec, którego zabiliśmy w ramach przywracania porządku, ty
kamieniem, ja dwoma, był ostatnim okazem tego gatunku
na wschód od naszego języka.

*

O tym się w wierszu, jeśli ma być wierszem,
nie pisze? A znasz coś intymniejszego
po tej stronie Odry? Coś
nad bezradniejącą cielesność
pod cudzym spojrzeniem?

*

Rzecz jasna nic nie stoi na przeszko-
dzie, abyśmy prywatnie pozostawali
optymistami

*

Znowu nas spisali. Pies ich trącał. I tak nikt
w tym kraju nie czyta, choć zdania coraz krótsze
i szybsze niż rozwody tych, którzy jeszcze zdążyli
przed lockdownem zalajkować sobie wzajem
zdjęcia profilowe i znikli ze znajomych.

*

Mój błąd, moja pomyłka, a siedział tak blisko,
że chłonąłem zapach jego gęstych włosów,
by po chwili wprowadzić korektę: nie jest chłopcem.
 
Może zbyt długo i zbyt jednoznacznie na nią patrzyłem,
o tę jedną myśl, o kwant zachwytu za dużo, bo dziewczyna wstała,
pokazała mi faka i wysiadła na Żwirki.

*

ulotne są nasze ciała […]
[…]  zostań
w tej nietrwałości
.

*

Język, którym do siebie mówili,
a którym zdawało mu się, że przeciw sobie mówią,
domagał się zrozumienia.

Jerzy Jarniewicz, Mondo cane,
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2021.
(wyróżnienie własne)

czterysta, pięćset kilometrów stąd, tyle,
ile mam do niej, gdy stoi przede mną
, patrzy i
czeka na powietrze.

(tamże)

środa, października 05, 2022

poniedziałek, października 03, 2022

4775.

błędy to drogowskazy*.

_______________
  *  nie dotyczy diagnoz medycznych czy wspinaczki wysokogórskiej.

niedziela, października 02, 2022

4774. Z oazy (LXVIII)

Niedzielne odliczanie literek, cztery. Drzewko, ty lepiej już wróć do swoich książek. Zdecydowanie! Choć w świetle innych ostatnio czytanych książek o tej można po­wie­dzieć wszystko jed­nym tylko słowem: PETARDA! Mały, drobny fakt pod koniec czyni tę książkę obłędnie ważną w świecie półprawd, opinii wciskanych jako fakty i ordy­nar­nych kłamstw, z którymi nie chce się kryć jednemu osłu, prezesu, biskupu, ministru czy prezy­den­tu. Po prostu obowiązkowa PETARDA!

[…]  wejścia do sanktuarium religii strzegą dwa bliźniacze filary: snucie opowieści i okrucieństwo […].

*

Ona przeprasza Mariche, a ta jej sugeruje, by oddała się pewnej nie­przy­zwo­i­tej czynności, co pominę. (Nadmienię tu, że Mariche powiedziała także Onie łamaną angielszczyzną, by „pierdalała”. Większość zjawisk ze świata zewnętrznego nie ma wstępu do Mołocznej, ale przekleństwa, podobnie jak ból, zawsze jakoś tu docierają).
     […] 
     Neitje szepcze: Mówi się chyba „spierdalaj”. Pozostałe kobiety kiwają głowami na znak zgody.

*

Kobiety na stryszku nauczyły mnie, że świadomość to opór, że wiara to działanie, że czas się kończy.

*

Przerywa milczenie. August, mówi, wiem, co to jest (wskazuje na litery). To litery. Ale co to są za znaczki?
     Mówię jej, że to przecinki, że oznaczają krótką pauzę, chwilę oddechu w tekście.
     […] 
     Czy wiesz, mówię, że jest taki motyl, na którego po angielsku mówi się „przecinek”?

*

Niewiele da się wpoić poprzez rywalizację i spory, przez współczucie i miłość zaś można nauczyć wszystkiego.
 //  Samuel Taylor Coleridge, (1772–1834)

*

[…]  fakty istnieją w świecie, w tym świecie, do którego nie należymy, nie możemy należeć, a może jednak należymy, i są przed nami ukrywane – prawdziwe fakty nabierają wtedy mitycznego znaczenia, budzą podziw, są darami, samizdatem, walutą, są Eucharystią, krwią, tym, co zakazane […].

*

Listy czego? pytam Agatę.
     Dobrych rzeczy, mówi, wspomnień, planów. Jeśli uważasz, że coś jest dobre, zapisz to.

*

Greto, mówi Agata, dlaczego się ociągasz?
     Nie wiem, przyznaje Greta. Po chwili się poprawia: Denerwuję się.
     Wszystkie się denerwujemy, mówi Agata. Nie da się uniknąć zdenerwowania.

*

Nie możemy przerzucać się naszym bólem jak gorącym ziemniakiem. Wchłońmy go same, wszystkie, mówi. Wdychajmy go, przetrawmy, przetwórzmy w napęd.

*

Nie traćmy czasu na roztrząsanie tego, co nieznane.
     Ale na tym właśnie polega myślenie, mówi Ona. A wolność myślenia jest jedną z rzeczy, których chcemy. Rzeczy, o których wiemy, że istnieją lub że są prawdziwe, nie wymagają roztrząsania.

*

Moja lista jak długi list, jak bezlistne drzewo. Źródło: angielskie list od śred­nio­angielskiego liste oznaczającego pragnienie. Z tego samego ko­rze­nia wy­wo­dzi się też słowo listen, czyli „słuchać”.

*

Może Salome ma rację.
     Nie mam nic przeciwko temu, żeby Salome miała rację, mówi Mariche. Po prostu nie lubię, kiedy uważa, że ma rację.

*

Jedyną rzeczą, której możemy być pewne, jest to, że czas istnieje, prawda? Bo on ucieka. A coś, co nie istnieje, nie może uciec. A bez niego jesteśmy ugotowane.

*

Posłuchajcie, mówi Agata. Wyruszamy w podróż. Inicjujemy zmianę, którą przez ostatnie dwa dni interpretowałyśmy jako wolę Bożą oraz świadectwo naszej wiary, odpowiedzialności i naturalnych instynktów ja­ko matek i ja­ko istot ludzkich z duszami. Musimy w to wierzyć.
     Greta rozwija temat: Nie wiemy jeszcze do końca, co się wydarzy. Musimy poczekać, przekonamy się w swoim czasie. Na razie stworzyłyśmy plan.
     Ona zwraca się do mnie. August, czy myślisz, że ten artysta, Michał Anioł, wiedział, jak będzie wyglądał jego obraz, zanim przystąpił do pracy?
     Nie wiem, mówię.
     Mariche mówi: To mało prawdopodobne.
     Albo zdjęcie, mówi Ona. Czy osoba robiąca zdjęcie wie, jak będzie ono wy­glądało, kiedy je robi?
     W przypadku fotografii, mówię, fotograf może mieć lepsze wyobrażenie o tym, jak będzie wyglądała jego praca, niż o ostatecznym kształcie swojego dzieła miał artysta Michał Anioł.

*

Tak naprawdę to jedno i to samo, mówi Ona bez wahania. Wierzę, że moja dusza, moja esencja, moja niematerialna energia, to Bóg obecny we mnie i że zapewniając pokój swojej duszy, oddaję Bogu cześć.

*

Przemknęła mi przez głowę myśl, żeby jej opowiedzieć o półkulach planety, wyjaśnić, że dzielimy się słońcem z innymi zakątkami świata, że gdyby po­pa­trzeć na Ziemię z kosmosu, to w ciągu jednego dnia można by zobaczyć aż piętnaście wschodów i zachodów – i że może dzięki temu, że dzielimy się słońcem, moglibyśmy nauczyć się dzielić z innymi wszystkim, nauczyć się, że wszystko należy do każdego z nas!

Miriam Toews, Głosy kobiet, przeł. Kaja Gucio,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.
(wyróżnienie własne)

Zapytałem ją, jaki pożytek przyniosą jej i pozostałym kobietom protokoły, skoro nie będą mogły ich prze­czy­tać. (Ale równie dobrze to ona mogła mnie zamiast tego zapytać: jaki pożytek z tego, że żyjesz, skoro nie ma cię w świecie?)

(tamże)

4773. Z oazy (LXVII)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. A niech mnie! Powody sięgnięcia po tę książkę by­ły cztery, o cztery za dużo! Pierwszy, fragmenty Johnny’ego czytałam Sa­downi­ko­wi na głos, więc odkładałam, gdy szliśmy do swoich indywidualnych robótek. Drugi, skoro odłożyłam, potrzebowałam czegoś do czytania. Trzeci, kocham literki Kübler-Ross. Czwarty, ogromnie szanuję postawę życiową x. Kaczkowskiego.

Pierwszy, dru­gi, trzeci, czwarty powód, po wymieszaniu wydało mi się oczywiste, że ostat­nia rozmowa z x. Kaczkowskim to jest to, co będzie mi smakowało. Nie wzięłam pod uwagę, że część pytań to nie będą pytania, lecz wywody internautów. Masakra! Jeśli warto przeczytać tę książkę, to po to, by przekonać się, co nasz endemiczny ka­to­li­cyzm robi z ludźmi, jaki ma dar robienia wody z mózgu. Osobiście dziękuję za świat, w którym ksiądz myli się z lekarzem, seksuologiem czy terapeutą. Ale kilka mądrych cytatów z odpo­wie­dzi na pytania nieinternautów wyjęłam.

Mistyki należy szukać w prozie dnia codziennego. Pan Bóg jest bardzo delikatny, trzeba Go czytać uważnie” – twierdził Jan.

*

Przyjęło się mówić, że Polacy słyną z gościnności. Akurat! Słowo „go­ścin­ność” pochodzi od dwóch słów: „gość” i „inność”. Nie można być gościnnym wobec ludzi tożsamych z nami. Gościć można tylko innych. Jeśli nie za­cznie­my być otwarci na innych, to możemy ten pusty talerz przygotowywany na stół wigilijny wyrzucić przez okno.
     Zasadniczo Polacy nie są gościnni. Zawsze jest jakieś „ale”. Stawiamy milion warunków, zanim pomożemy komuś z zewnątrz.
     […]
     Przede wszystkim nie należy skupiać się na inności, ale na tym, co po­zy­tyw­ne­go ona może wnieść do naszego życia. Trzeba popatrzeć na dru­gie­go nie przez pryzmat inności, ale przez człowieczeństwo, które przecież mamy wspólne.

*

Verba docent, exempla trahunt – słowa uczą, przykłady pociągają.

*

Zauważyłem, że umierający mają wyjątkową wrażliwość. Pomiędzy zwy­kły­mi prośbami: „Podaj mi wodę”, czy: „Przykryj mnie”, przemycają fun­da­men­tal­ne rzeczy. Mówią: „Boję się”, „Kocham cię”. Te perełki trzeba zbierać.
     […] 
     Poza tym należy się hamować z nadopiekuńczością, bo chorzy nie znoszą być ograbiani ze swojej autonomii. No i przede wszystkim trzeba się przytulać. Przytulanie jest bardzo ważne.

*

JP Czy miłość jest modlitwą?
     Tak
. Cierpienie i nasze łzy, które spływają mimowolnie po policzku, kiedy odchodzi ktoś, kogo kochamy, także mogą nią być. […]  Bóg jest tam, gdzie dobro, prawda i piękno.

*

Siła sztuki to jest coś trudnego do opisania, bo nie sposób zmierzyć zna­cze­nie im­pul­sów, które dostaliśmy, tego, co one nam w środ­ku pozmieniały, uświadomiły.

*

Są specjalne miejsca, jest też specjalny czas.

x. Jan Kaczkowski, Joanna Podsadecka, Dasz radę,
Wydawnictwo WAM, Kraków 2016.
(wyróżnienie własne)

Zauważyłam spore różnice w zachowaniu wobec osób chorych i niepełnosprawnych. Zaczęłam się za­sta­na­wiać, dlaczego osoby z chorobami nowotworowymi traktowane są nieporównanie lepiej przez polskie spo­łe­czeń­stwo niż osoby z chorobami neurologicznymi i psy­chicznymi.

*

Z nadzieją jest jak ze wszystkim w życiu – mądre go­spo­da­ro­wa­nie nią ustawia wiele spraw w odpowied­niej perspektywie. Niektórzy mówią, że jest matką głupich. To nieprawda.

(tamże)

4772. Z oazy (LXVI)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. W zasadzie to chciałam iść na film, ale do­wie­dzia­łam się, że jest na podstawie książki. A to przepraszam, najpierw książka. To był wspaniały wybór jako trzecia odtrutka po tamtej książce. Nie warto o tej historii ga­dać, dyskutować, warto ją po prostu przeczytać. Każdy z wybranych cytatów broni się fantastycznie.

Przypominałem sobie, co mówił Johnny o swoich ostatnich dniach w se­mi­na­rium duchownym, kiedy ważni hierarchowie mieli zdecydować, czy Jan Kaczkowski w ogóle będzie księdzem.
     – Wstyd przyniesie. Nie da rady. Powolny jest, prawie ślepy. Pouciekają mu dzieci ze szkoły. Święcić? Nie święcić? Kłótnia. I w końcu Arcybiskup py­ta starego, doświadczonego księdza z tytułem pro­fe­sor­skim: „A ksiądz pro­fe­sor co ma do powiedzenia w sprawie kandydata Kaczkowskiego?”. A ten naprawdę mądry i bardzo dowcipny ksiądz dla rozładowania na­pię­tej sy­tu­acji odpowiedział pytaniem: „A pieniądze widzi?”. „Widzi, widzi” – pa­dła gromka odpowiedź. „A, to święcić!” Trochę mnie to ubodło na początku, że zostałem wyświęcony dla żartu, ale teraz mam do tego duży dystans. Tak już jest, jeśli całe życie ci wmawiają, że jesteś nieudacznikiem i do niczego się nie nadajesz, to zawsze będziesz się starał bardziej niż inni.
     Nie wiem, jak inni się starali, ale ja dawałem z siebie wszystko.

*

     – Patryk, skąd wiesz, jaki jesteś?
     – Wiem, co zrobiłem.
     – A czy wiesz, co możesz zrobić?

*

     – Dlaczego arcybiskup to robi?
     Purpurat podniósł dłoń, chcąc przerwać Janowi, ale nie dał rady. Jan był nie do zatrzymania.
     – Momencik! Z całym szacunkiem, ale hospicjum nie podlega władzy Waszej Ekscelencji, za co Bogu niech będą dzięki. I owszem, posiłkuję się nauką kościoła, ale nie wolą księży. I teraz, żeby było jasne… Ja się na­praw­dę nie interesuję tym, ile i skąd ma arcybiskup swoje posiadłości.
     – Jak śmiesz!
     – Nie interesuje mnie to. Tak jak nie interesuje mnie arcybiskupa alko­ho­lizm. I z całym szacunkiem, prosiłbym o to samo. Z Panem Bogiem.
     Arcybiskup po prostu nieruchomo patrzył, jak Jan podnosi się z krzesła. Spotkanie zostało zakończone. Ksiądz Kaczkowski naprawdę był odważny i dziki.

*

Był prawdziwy, kochał życie i do tego samego wszystkich namawiał.

*

     – Pracuję w korporacji, która nazywa się RCC – Roman Catholic Church. Ma globalny zasięg, oddział w każdej wiosce i dwa tysiące lat tradycji w mob­bingu.
     Wybuch śmiechu [studentów medycyny]  nie pozostawiał wątpliwości. Sala była jego.
     – Jest strach o możliwość awansu, bycie w łasce lub niełasce prze­ło­żo­nych, biurokracja. W waszym środowisku jest identycznie. To są feudalne, zatęchłe dwory, a przecież przysięgamy służbę pacjentom, ludziom. Prze­ra­żonym, bezradnym, słabym. Często – umierającym.

*

Można? Można. W świecie Johnny’ego – trzeba.
     Myślę, że efektem ubocznym jego wady wzroku było to, że nie widział przeszkód.

*

     – Ty się boisz śmierci, Jan?
     – Dzisiaj – nie, ale co będzie po jutrzejszym badaniu, nie wiem. Boję się odbierania wyników, bo wtedy wszystkie plany w jednej chwili są wy­wa­lane w kosmos. Wtedy mam doła przez trzy dni, ale potem się ogarniam i wyj­mu­ję z tej układanki te mniej ważne rzeczy, skupiam się na tym, co najważniejsze, i czekam do kolejnego zakrętu.

*

Jan wykarczował ze mnie „wziąść” i zasadził „wziąć”, bo gdyby dało się wziąść, to dałoby się także zabraść.

*

Żadna sytuacja osobista – ani choroba, ani podeszły wiek, ani trudne dzie­ciń­stwo – nie zwalniają nas z powinności wymagania od siebie. Wsłu­chaj­my się w samych siebie: kim powinienem być? Co mówi mi intuicja? A po­tem zmierzajmy do tego w sposób konsekwentny. Konsekwencja i życie na pełnej petardzie!

*

[…]  świat ma w dupie naszą śmierć i będzie się nadal kręcił, tylko już bez nas.

*

     – My, śmiertelnie chorzy, wcale nie oczekujemy tego, żebyście nas po­cie­szali i powtarzali jak mantrę: „Będzie dobrze, będzie dobrze, będzie dobrze”. My potrzebujemy innego przekazu – Nie bój się! Wszystko jed­no, co bę­dzie, ja z tobą będę, ja cię nie zostawię, bo cię kocham! Jak będzie dobrze, to odpalimy imprezę, jakiej świat nie widział. A jak będzie źle, bez­na­dziej­nie, to ja ciebie nie zostawię, bo cię kocham! Ale żeby tak powiedzieć, trzeba to ćwiczyć przez całe życie.

*

[…]  przypomniałem sobie, jak Johnny mówił, że prawie wszystko można mieć, tylko trzeba wierzyć i działać na peł­nej petardzie.

*

Muszę jakoś przeżyć to moje umieranie, ale żadna choroba […]  nie zwalnia mnie z powinności robienia wszystkiego, w co wierzę. I to robienia na sto… sto dwadzieścia procent.

Maciej Kraszewski, Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim,
Angora, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

[…]  wybaczaj także sobie, gdy coś pójdzie nie tak, jak planowałeś. […]  Dopóki żyjesz, wszystko możesz ułożyć, zmienić. Nigdy nie rezygnuj z marzeń. Nie bój się zmian…

*

Kiedy w człowieku znika strach, kiedy jest pogodzony sam ze sobą i ze światem, to jedynym, co może się przy­trafić, jest prawdziwa miłość.

*

     – Damy radę.
     Tylko dwa słowa. Dwoje ludzi. My. My damy radę. Przeczytajcie to jeszcze raz i po­czujcie tę moc. MY.

(tamże)

4771. Z oazy (LXV)  //  Panna cotta (LIX)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Wrześniowy przydział włoskiego szpagacika. Przy pierwszym czytaniu dziwne odczucie, że gdzieś już widziałam tę kreskę. Przy drugim czytaniu pewność, że ją znam! Przy trzecim rechoczę jak przy pierwszym i drugim. Przy czwartym i piątym zachwyca mnie otwarta puenta z truskawkami. To zde­cy­do­wa­nie ważne, kto dzieli dobro!

Mentre tornava a casa,
l’orso trovò tre funghi.
  [Wracając do domu,
    Niedźwiedź znalazł trzy grzyby.]

*

*

L’orso fece le porzioni […]
“Uno a te, e due a me. Così è giusto, perché
sono io che ho trovato i funghi.”
  [  Niedźwiedź dzielił porcje […]
          — Jeden dla ciebie, a dwa dla mnie. Tak jest dobrze, bo
     to ja znalazłem te grzyby.]

La donnola non era d’accordo.
“Un fungo a me, un fungo a te
e un altro a me. Cosi è giusto!
Io sono piccola e devo ancora crescere!”
  [  Łasiczka miała ine zdanie.
          — Jeden grzyb dla mnie, jeden dla ciebie
     i kolejny dla mnie. Tak jest dobrze!
     Jestem mała i muszę jeszcze urosnąć!]

*


  [     — Ej, chwileczkę! Jestem od ciebie większy!
    Dlatego mój głód jest większy niż twój!
    Tak bardzo mi burczy w brzuchu cały dzień,
    że już prawie nie słychać.

      — Ale to ja pierwsza powiedziałam,  
że burczało mi w brzuchu!]

*

[   — Wystarczy!
   Dwa dla mnie, jeden dla ciebie
i tu kończymy tę sprawę!


— Teraz nie jestem już
twoją przyjaciółką.
]

*

[   — Leśne truskawki! — krzyknął wniebowzięty Nie­dźwiedź — mój przysmak, absolutnie!

  Łasiczka zaczęła dzielić porcje…]

Jörg Mühle, Due a me, uno a te,
Terre di mezzo editore, Milano 2019.

*

4770. Czekariat (XXIX)

Gapię się na to zdjęcie od prawie miesiąca. Zachwyt nie mija, a do głowy przy­cho­dzi tylko jedno słowo, które opisuje bardzo precyzyjnie ten portret: Osoba.


fot. Saxifraga.

A gdy natknęłam się na poniższy cytat, pomyślałam, że koty cuda czynią zwy­czaj­nie, tak po prostu, niby od niechcenia, ale! Zawsze obecnością.

[…]  cuda można wypracować, wydobyć,
wywołać miłością. Obecnością.
Johnny

sobota, października 01, 2022

4769. 274/365

mówiąc auuuć, jestem kimś innym, niż gdy tylko słyszę, jak ktoś mówi auuuć! jestem jeszcze kimś innym, gdy czytam, usły­szane i zapisane przez kogoś gdzie indziej, słowa auuuć! świadomość, ubawiona moim odkryciem, zapytała, czy po­gra­my dziś w kulki.

274/365