niedziela, listopada 06, 2022

4813. Z oazy (LXXXII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Jakiś czas temu nie najszczęśliwiej zostałyśmy po­sa­dzone przy sto­le, daleko od siebie. Nie prze­szko­dzi­ło mi to, bym zakochała się w nie­spo­ty­kanie ciekawej Osobie, w Jej energii, nie­zmą­co­nej pogodzie Ducha i en­tu­zjaz­mie. To właś­nie Ona — Maggia — nienachalnie za­chę­ci­ła mnie do powrotu do Noblisty. Wró­ci­łam i nie żałowałam ani przez chwilę.

Znany mi już styl. Angielskie wyczucie czasu, autorskie granie na nosie jedno­kie­run­ko­wej osi czasu, nieśpiech i… dystopia. Rewelacyjna! Dawno nic nie trzymało mnie w takim napięciu. Trudność? Była tylko jedna, by wybrać cytaty w taki sposób, by nie spojlerować tym szczęściarzom, którzy tę powieść wciąż mają przed sobą. Łatwo nie było.

Kłopot polegał na tym, że nic nie zostało powiedziane wprost i nie wiedziałam, jak to wszystko wyjaśnić.

*

     – To po prostu stek bzdur, Tommy. Tylko gadanie, nieodpowiedzialne gadanie. Nie warto nawet o tym myśleć – powiedziałam.
     Ale Tommy wiedział chyba, że nie mam nic na poparcie tych twierdzeń. Wiedział również, że zadaje pytania, na które nawet lekarze nie znają pew­nych odpowiedzi. […]  teraz żałuję, że o tym nie porozmawialiśmy. Bo kiedy określiłam to mianem bzdur, oboje wycofaliśmy się jakby z tego terytorium.

*

     – […]  pamiętam tamten moment. Wciąż o nim od czasu do czasu myślę.
     – To zabawne, bo ja też.
     – Widzę.

*

[…]  złapałam go za ramiona i mocno przytrzymałam. Próbował mnie od­trą­cić, ale ja nie puszczałam go, aż w końcu przestał krzyczeć i poczułam, że uszła z niego cała wola walki. Zorientowałam się wówczas, że on również obejmuje mnie ramionami. I staliśmy tak razem na skraju tego pola przez dłuższą chwilę, która wydawała się trwać całe wieki, a wiatr wiał i wiał, szarpiąc nas za ubranie, i przez moment zdawało się, że tylko dzięki temu, że się obejmujemy, nie porwie nas w mrok.

*

Więc wydaje ci się, że wiesz, czemu to służyło, dlaczego to robiliśmy. No cóż, chętnie cię wysłucham. Ponieważ muszę przyznać, że sama zadaję sobie sta­le to pytanie.

*

     – […]  Więc pomyślałam, że gdybym znalazła jej zdjęcie w jednym z tych czasopism, to by przynajmniej coś wyjaśniało. Nie chciałam chodzić i jej szu­kać, nic w tym rodzaju. To by po prostu wyjaśniało, no wiesz… dlaczego jestem taka, jaka jestem.
     – Ja też tak czasami mam – przyznał Tommy. – […]  Myślę, że gdyby ludzie byli szczerzy, wszyscy by się do tego przyznali. Nie sądzę, żebyś się specjalnie różniła od innych, Kath.

*

[…]  wasza sztuka odsłoniłaby wasze wnętrze! O to właśnie chodzi, prawda? Ponieważ wasza sztuka odsłoniłaby wasze dusze.

*

[…]  mrużąc oczy, wyobraziłam sobie, że jestem w miejscu, gdzie fala wy­rzu­ci­ła na brzeg wszystko, co straciłam od dzieciństwa, i że jeśli będę cze­ka­ła dość długo, na horyzoncie pojawi się malutka postać i stopniowo będzie się powiększać, aż zobaczę, że to […], a on pomacha do mnie i może nawet zawoła.

*

W którymś momencie zorientowałam się, że jadę drogą, któ­rą jeszcze nigdy nie jechałam; przez mniej więcej pół go­dzi­ny nie wiedziałam, gdzie jestem, i wcale się tym nie przejmowałam.

*

Tommy przez chwilę się nad tym zastanawiał, a potem potrząsnął głową.
     – Nie wydaje mi się, Kath. Nie, taki po prostu byłem. Po prostu głupi. Nic się za tym nie kryło – odparł i po krótkiej chwili cicho się roześmiał. – Ale to zabawna myśl. Być może w głębi serca rzeczywiście wie­dzia­łem – dodał.

*

[…]  poczułam się dobrze. Miałam wrażenie, że zniknęło coś, co wisiało nade mną od bardzo dawna, i nawet jeśli sytuacja była daleka od unormowania, wyglądało na to, że otwo­rzy­ła się przynajmniej możliwość jej naprawy.

Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc,
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

[…]  mnóstwo rzeczy, które dotąd nie były według mnie takie pilne, trzeba załatwić jak najszybciej albo w ogóle machnąć na nie ręką. […]  w głębi ducha podjęłam już de­cyzję i słowa Laury odsłoniły tylko welon, który ją skrywał.

*

     – Łatwo jest krytykować, kiedy prze­jeż­dża się drogą – dodałam.
     – To najłatwiejsza rzecz pod słońcem – mruknął Tommy.

*

     – Nie przychodzi ci czasem na myśl – zwróciłam się do Ruth – że powinnaś się tym bardziej zainteresować? Zgoda, byłabyś pierwsza. Pierwsza, o której wie­dzie­li­byś­my, że zrobiła coś takiego. Ale mogłaś to zrobić. Nie zastanawiasz się czasami, co by się stało, gdy­byś spróbowała?

*

Niedługo potem podjęłam decyzję i kiedy to uczyniłam, nie dręczyły mnie już żad­ne wątpliwości.

*

I w miarę jak im się przysłuchiwaliśmy, zerkając raz po­raz ukradkiem w ich stronę, coś zaczęło się zmieniać. Odczułam to wyraźnie i widziałam, że odczuwają to pozostali.

*

[…]  rzeczy takie, jak obrazy i poezja, wszystkie tego rodzaju rzeczy odsłaniają, jacy jesteśmy w środku. Odsłaniają naszą duszę.

(tamże)

*

Judy Bridgewater, Never Let Me Go.

piątek, listopada 04, 2022

4812. Zaskoczony i niezaskoczeni

Jabłoń:
(zadowolona ze skorygowanej fryzury
zapytała Onemu, jak on ją znajduje
)

Onemu:
Czegoś takiego jeszcze
nie widziałem na twojej głowie…

Pan Ciasteczko & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)

4811. 308/365

     — kim jesteś? — zapytałam.
     po błysku w jej oczach wiedziałam, że ona wie, że ja też już wiem, a mimo to udzieliła mi odpowiedzi:
     — jestem topgunką.

308/365

Harold Faltermayer & Steve Stevens, Anthem,
z filmu Top Gun, 1986.

czwartek, listopada 03, 2022

4810. 307/365

wrastam w swoje życie.
wzrastam. i dobrze mi z tym.

307/365

4809. O rachowaniu…

Sadownik & Jabłoń:
(zwykle układają się do snu na łyżeczkę)

Sadownik:
(wczoraj wieczorową porą
z bolącym okrutnie krzyżem
)
Nie mogę obiecać,
że cię przytulę…

Jabłoń:
Spoko. Powiesz mi, że mnie kochasz,
nawiniesz mi makaron na uszy* na temat
mojej nowej fryzury i będzie OK.

Sadownik:
(przekalkulował)
To jednak cię przytulę!

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)

_________________
* tłum.: powiesz mi coś miłego.

środa, listopada 02, 2022

4808. 306/365

dziś zaduszki. nie wiem, czy
lubię. jestem pewna, że wolę.

306/365

Lu­bię Za­dusz­ki. Wiem, 1 li­sto­pa­da to Wszyst­kich Świę­tych, ale gwiż­dżę na wszyst­kich. Wo­lę wła­snych. Kie­dy by­łem ma­ły, my­śla­łem, że to od nich za­le­żą lo­sy ca­łe­go świa­ta.

Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.

4807. Z oazy (LXXXI)

Świąteczne odliczanie literek, dwa. Wyjęłam tę książkę z tej. Choć wydana również w wersji elektronicznej, to wygląda, że „nakład wyczerpano”, bo jest niemożliwa do ku­pie­nia. Nie zrozumiem „ręki” rynku, co w figę się zwija. Nie to nie! Środkowy pa­lec sam się prostuje. Sadownika o po­moc poprosiłam i… znalazł mi ją w sieci. Spi­ra­ci­liś­my bez mrugnięcia okiem.

Książka o końcu świata. Dziewięć lat i dwa dni po tym, jak przy­trafił się Autorce, przytrafił się mi i zostałam półsierotą. Dziś po raz drugi listopadowe święta nie­obec­no­ści po tej stronie tęczy mają inny wymiar.

Ulżyło mi, gdy czytałam o uwierającym Autorkę nadmiarowym przecinku w nekro­lo­gu. W nekro­lo­gu Orzeszka, w części wspólnej wszystkich nekrologów przed i po mojej Mamie, był błąd or­to­gra­ficz­ny. Tylko ja go zauważyłam. Takie czasu czy co? Miałam, nie wiem skąd, siłę, by się oburzyć. Chociaż tyle wtedy mogłam, dziwiąc tych, którym było to zupełnie obojętne.

M. napisała do mnie na wieść, że piszę tę książkę: „Mija, są momenty ra­dości, jednak właściwie wszystko od śmierci rodziców jest jak śmiertelna choroba”.

*

W chwili śmierci rodziców sporządzamy w myślach protokół wzajemnych przewinień. Rodzina, wiadomo, źródłem nieszczęść i piekłem, więc nie każdy może zająć się prostą żałobą. W grupach terapeutycznych można przerobić takie listy nieomówionych kwestii, niezałatwionych roszczeń. Nie ma jednej szkoły, zasadniczo chodzi o to, żeby znaleźć przestrzeń zarówno dla smutku, jak i dla złości, które mogą być etapami żałoby, blokadami żałoby lub efektem kryzysu ogarniającego nas jednocześnie z żałobą.

*

Nie wierzę w więzy krwi, choć wierzę w geny i dziedziczenie konsekwencji zdarzeń. Pradziadek może nabrać znaczenia w naszym życiu, jeśli go sobie opowiemy. Inaczej nic z tego, chyba że odezwie się w nas jakąś chorobą. Bez opowieści będzie obcym, odległym facetem. Natomiast jego dawne decyzje mogą przesunąć nas w przestrzeni, odebrać nam coś lub podarować. Ktoś obcy wpływa na mnie. Poza tym liczy się obecność, żywy przekaz, dotyk. Je­steś­my rodziną, bo spędzamy ze sobą część życia. Przodków możemy ado­pto­wać. Mój tatulek nie demonstrował w tej sprawie specjalnie silnych aspi­ra­cji. Akceptował i lubił czas teraźniejszy.

*  *  *

Podróż nie zwalnia, nie uwalnia.

*

W dzieciństwie, o ile nie umierają nam najbliżsi, jesteśmy trzymani z dala od śmierci, przynajmniej w miejskiej, ateizującej kulturze. Trudno powie­dzieć, czy męka i śmierć Chrystusa na krzyżu docierają do dzieci jako fakt materialny, skoro stanowią przesilenie, po którym następuje zmartwych­wsta­nie. Które dziecko widziało kiedyś jakiegoś zmartwychwstałego? Czy w dziecięcej wyobraźni sprawa śmierci nie jest równie bajkowa jak sprawa powstania z martwych? Zwłaszcza że pierwszą ilustrują makabryczne ele­men­ty wystroju kościoła, drugą – infantylne malowanki w zeszytach do religii. Więc choć kultura chrześcijańska bezustannie odwołuje się do śmier­ci, dzieci zwykle nie muszą się nią kłopotać.

*

[…]  w czasach moich studiów polonistycznych, ich obecność świadczyła o wysokim poziomie tekstu. Autotematyczne automatycznie znaczyło li­terackie. Same historie ceniliśmy mniej od ich szwów zostawionych na wierzchu.

*

„Przez chorobę pokochałam cię bardziej”. Od zera do bardziej, trudno powiedzieć, co – poza lękiem – mogło to znaczyć.

*

Przeszłość jest nienaprawialna,
nic z nią nie zrobimy.

*  *  *

Tym razem, tamtego dnia, kupiłam bilet do tych, którzy tymczasem tkwili w paraliżu po sobotnich godzinach między dziewiątą a jedenastą, pełnych niedowierzania, grozy, działania, telefonów, informowania pozostałych, organizowania występu temu, który już nic nie zrobi, ale nie jest obojętne, jak wypadnie. Na szczęście mieli do podjęcia decyzje: kogo zawiadomić, co zamówić, w którym pokoju usiąść. Z całą resztą jakoś chcąc nie chcąc, cze­ka­li na mnie. Przede wszystkim z raportem z ostatnich chwil i z rozpaczą.

*

Osoba dotknięta w ten sposób powinna pozostać w miejscu, krzyczeć, za­styg­nąć w bezruchu, odmówić przyjmowania pokarmów. Ktoś powinien po nią przyjść, zająć się mailami, powiadomieniami i walizką. Samodzielność, samowystarczalność. Konieczności. Tak mi siebie żal, kiedy myślę o tym.

*

Dlaczego nigdy nie pozwalam zawalić się światu?

*

Zawsze tak jest: prawdziwą wyrwę robi nieoczekiwana wiadomość, zwykle telefoniczna. Zdarzenia mogą mieć różne sekwencje. Bohater dowiaduje się o wypadku, o wezwanym pogotowiu, o diagnozie. Ja odbieram telefon uf­nie, spodziewając się czegoś banalnego. Na przykład potwierdzenia go­dzi­ny powrotu, pytania: „Co robisz?”, „Ładna pogoda?”. Po ostrze­gaw­czym: „Jesteś w hotelu? Siedzisz?”, myślę, boję się w niewłaściwą stronę. Wtedy pada to zdanie: „Ojciec nie żyje”.
     Czepiam się tego zdania, jakby miało podtekst, było próbą generalną, jakby dopowiedzenie mogło je unieważnić, cofnąć, zmiękczyć. Moje: „Jak to?”, „Niemożliwe”, „Nie, nie”, „Jak mógł umrzeć?”, są zagadywaniem, proś­bą o ułaskawienie. Nie chcę tej wyrwy w pięknym dniu i mam obo­wiąz­ki. Od razu myślę o tym, jak udane były cztery minione doby. Dowar­to­ścio­wu­ję każdą minutę, na którą inaczej nie zwróciłabym uwagi.

*

Boję się przerwać rozmowę. Póki trwa,
może coś się zmieni, odstanie.

*

Nie zdążyłam sformułować w myślach sensownej odpowiedzi, obiłam się o przerażenie i radość, bo mogło być tak, że coś źle albo że bardzo dobrze.

*

Wiele zależy od miłości. Moim zdaniem 
wszystko zależy od miłości.

*

[…]  dorośli mają obowiązek uporać się ze smutkiem, nie leźć innym w oczy z tym katastroficznym, depresyjnym nastrojem. Ten obo­wiązek bezwzględnie dotyczy osób uważanych za silne. Odnoszących suk­ce­sy. Normalnych. Niebiorących zwolnień z każdej okazji. Wyra­bia­ją­cych się. Zwolnione są z niego osoby w permanentnym, widocznym kry­zy­sie. Bu­dzą­ce litość. Rozchwiane emocjonalnie. Na rozciągliwej granicy. Takim oso­bom wolno przechodzić załamanie nerwowe, więc nawet pół roku, rok po stracie są cierpliwie pytane o uczucia. Trudno, takie już są, więc warto im pomóc, żeby z kolei nie musieć czytać ich nekrologu. Nie każdemu przy­słu­gu­je równa porcja społecznej żałoby.

*

Umrę, nie umrę; mam dosyć,
nie wytrzymam – łatwo składane deklaracje.

*

Kiedyś było więcej sfer, teraz jest tylko prywatna i publiczna, sama o tym dużo napisałam. No więc skoro tak, przestrzegajmy zasad bez­pie­czeństwa emocjonalnego poza domem. Płacz w domu, nie narzucaj się nikomu. Krótko mówiąc: wciąż chętnie dałabym się tak przytulać każ­de­mu spotkanemu przyjaznemu człowiekowi, bo nadal jestem porażona ude­rze­niem śmierci […].

*

Jestem pewna, że stoi w korytarzu
z uśmiechem, którym zasłaniał przeszłość.

*

W zakładzie pogrzebowym zauważyłam, że standardowe zawiadomienie o śmierci, zapisane w zamkniętym pliku PDF, zawiera błąd interpunkcyjny: „Z głębokim żalem, zawiadamiamy o śmierci”. Za dużo przecinków, być może miały podkreślić stopniowalność emocji. Ktoś się starał być uroczysty? […]  Nie miałam ochoty zawiadamiać świata o śmierci taty w taki sposób, z przecinkiem. Nie miałam ochoty wyjaśniać tej pani, że powinna błąd skorygować. W końcu kogo to może obejść, kto zauważy jeden przecinek? Czy wypada gadać o przecinkach przy takiej okazji? Jakie znaczenie ma treść i forma nekrologu? Czy pisanie, z błędem lub bez, po­wstrzy­ma proces rozkładu? Kto bierze poważnie znaki prze­stan­ko­we? Trzeba nie mieć sumienia, żeby w takiej chwili demonstrować swoją wątpliwą przewagę, wymądrzać się, filozofować. Nekrolog jest zawsze pli­kiem zamkniętym, sygnałem dymnym, gotowcem. Częścią pakietu przy­go­to­wa­nego przez profesjonalistów. W sprawie śmierci bliskich jesteśmy wiecz­ny­mi amatorami, powinniśmy zaufać fachowcom. I, argu­ment ko­ron­ny, nikt się dotąd nie skarżył. […]  Jeśli tak, drobny błąd w ne­kro­lo­gu może być ostatnią deską ratunku, punktem podparcia, miejscem nie­wia­ry­godności. Może od tego drobnego zaczepu, od przecinka zaczniemy się kiedyś śmiać. Zacznę, próbuję sobie samej obiecać.

Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
(wyróżnienie własne)

Czyżbym któregoś dnia obudziła się na tyle dorosła, że nie wypadało już zwracać uwagi na rekwizyty dzieciństwa?

*

Dotyk był łagodnym wyłącznikiem, przenosił mnie poza dzień.

*

Odkąd umarł, zawsze mam przy sobie zapałki. Do za­pa­la­nia zniczy i świeczek. Poza tymi na cmentarzu sta­wiam mu czasem świeczki w miejscach, gdzie pro­wa­dzę życie towarzyskie. Nie mówię o tym gościom. Jemy i pi­je­my przy świetle dla taty.

(tamże)

4806. Z oazy (LXXX)

Świąteczne odliczanie literek, raz. Wyjęłam tę książkę z tej, która była przed­skocz­kiem do tegorocznego świątecznego czasu, którego pierwszą połowę drugi rok omi­jam z premedytacją.

Tak, z powodu nieobecności Orzeszka drugi rok bardzo skrupulatnie wybieram lek­tu­ry na pierwszodwudniowe listopadowanie, które dla mnie jest preludium do naj­trud­niejszego, bo ciemnego, miesiąca w roku.

Dziś Autor zamyka trzeci rok nieobecności Syna, bez której nie byłoby na pewno tej książki. Nie byłoby być może również zdjęć Autora, których szukałam, jak tylko skończyłam czytać Jego literki. Nim skończyłam, uśmiechałam się do „wspólnie” czytanych z Autorem książek. Wracałam do wybranych kiedyś cytatów — wciąż są dla mnie piękne lub wartościowe. W ten sposób wróciłam na chwilę do Joyce Carol Oates, Helen Macdonald i Miriam Meckel. Ostatnia przypomniała mi, dlaczego tu pi­szę, i piszę, i piszę, choć nie wiem, dlaczego niektórzy tu wracają i wracają.

Na dalszą drogę w szczególny sposób zabieram parafrazę ostatniego (przytoczonego tu) fragmentu, która zamyśla, pozwala wziąć głębszy oddech, obniża potencjalny poziom wkurwu na ukochanych. Brzmi ona tak: bliski najbardziej potrzebuje kon­taktu w chwilach, gdy najtrudniej go lubić.

[…]  doświadczenie świata, do którego nikt dobrowolnie nie chce wejść. Sko­ro już się w nim znalazłem, chcę pokazać, jak jest po tej drugiej stronie. Bo ten świat jest niesłychanie rozległy. Wszechobecny kult młodości, afir­ma­cji życia i zabawy sprawia, że na tę ogromną przestrzeń zamykamy oczy i uszy.

*

Zawsze trzeba zakładać, że ktoś, kogo kochamy, może cierpieć. Nieważne, co mówi albo jak się zachowuje. Powinniśmy słuchać całymi sobą, bez osądzania i bez dawania rad.
  //  Sue Klebold

*

[…]   omijamy rafy smutku. Składamy kondolencje, wyrazy współczucia. Przez tydzień, może dłużej staramy się być delikatni, nie żartujemy, nie roz­ma­wia­my o bła­hostkach w towarzystwie osoby doświadczającej żałoby. Ale nasz świat szybko wraca do normy. Ten okres szczególnego wy­czu­le­nia mo­że być dłuższy w zależności od tego, jak ocenimy wagę straty. Śmierć mat­ki jest ważna. Ojca równie ważna. Ale śmierć dziecka chyba ważniejsza. A mał­żon­ka? A najbliższego przyjaciela? Czy ma znaczenie, że dziecko miało rok, dziesięć lat, dwadzieścia sześć, a może nawet więcej. Czy ból jest skalo­wal­ny? Dopóki nas to nie dotknie, wydaje się nam, że jakoś da się to wszyst­ko uporządkować według skali ważności. Próżny wysiłek. Dopiero gdy znajdziemy się po drugiej stronie, doświadczymy indywidualnej miary smutku, bólu, przerażenia. Każdy będzie miał własną skalę i wielu dotrze do jej maksymalnych wartości.

*

Wiele tygodni po śmierci mojego syna uderzyło mnie, jak wielu ludzi ma przejmujące doświadczenia życiowe, które trzeba zaakceptować, by móc dalej funkcjonować.

*

Uczucie bezsilności, pustki w głowie, bezsensu wszelkich pomysłów, no i wy­nikające z tego, a może górujące nad tym wszystkim przekonanie o włas­nej nieudolności. […]  ten stan jest tak obezwładniają­cy, że chciałoby się przespać ko­lejne godziny, żeby tylko go nie odczuwać.

*

Czy teraz już tak będzie? Nastrój z dnia na dzień będzie zmieniał się tak drastycznie?

*

Smutek, żal, nostalgia, rozpacz, lęk. Możemy wymienić dziesiątki słów, ale co nam po nich. Gdy przychodzi co do czego, one wszystkie zlewają się w jedno dojmujące wrażenie. A wtedy zastanawiamy się, czy to w ogóle kiedyś się skończy? Jak od tej pory żyć? Czy w ogóle warto jest żyć?

*

Gdzie kończą się wszystkie ściany? Na rogu. Dokąd prowadzą wszystkie cele? Do grobu. […]  Kto ma wyznaczony cel – nie błądzi. Kto nie błądzi – nigdy siebie prawdziwego nie odnajdzie.
  //  Edward Stachura

*

Znak? Przypadek? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Jest tym, czym każde z nas chce, żeby w tym momencie było. […]
     Znaki są wszędzie, jeśli tylko zapragniemy je znaleźć i zauważyć.

*

Gdy jedynym uczuciem jest rozpacz, nie szuka się logiki, tylko pocieszenia.

*

Ciężka sprawa z tą żałobą. Psychologowie, psychiatrzy chcą ją zamknąć w jakieś ramy, a ona uparcie się nie daje. Dobrze chociaż, że chyba od­cho­dzi się już od próby ustalenia, jaka jest norma. Wygląda raczej, że w tym wy­padku nie ma co mówić o normalności czy nienormalności. To zupełnie inny świat, w którym panuje inny czas, inna logika, inna racjo­nalność.

*

Ten czyn zakończył jego ból, ale pozbawił mnie możliwości poznania go. Tak działa samobójstwo. Większość samobójców i tych, co je rozważają, nie myśli o krzywdzeniu innych. Chcą tylko zakończyć swój ból.
  //  Kevin Briggs

*

Miałem kiedyś jeszcze jednego syna. Pojawia mi się to zdanie któregoś ran­ka, podczas pobytu na balkonie. Nie wiem, co z nim zrobić. Znów mi­mo­wol­nie płyną mi z oczu łzy. Miałem kiedyś syna. Czy tak będzie za lat kilka? Czy i co zapomnę? Czy obaj, młodszy i starszy, będą mi się zacierać i mie­szać? Wydarzenia z przeszłości, w których uczestniczyliśmy, będą się na­kła­dać, przenikać?

*

Otworzyłem na nowo stare okna, co dało ulgę, spokój, przyjemność i sa­tys­fak­cję. Trudno nazwać ten stan na granicy medytacji i uważności. Może trzeba to ująć nieco inaczej – to nie ja otworzyłem. Zrobił to mój syn. Za­miast zadawać sobie pytanie: „Synu, czy musiało do tego dojść, żebym coś zauważył, żebym znów poczuł, jak to jest odkrywać świat?”, widzę ten pro­blem w zupełnie innym świetle.
     – A więc to mi pozostawiłeś. Skorzystam, bo warto. Dzięki.
     Jesteś w tych wszystkich chwilach. Pojawiasz się na krótki moment. To nie jest fizyczna obecność, ale coś znacznie większego. Nie ma cię na cmen­ta­rzu, w urnie. Jesteś obecny w tym przelotnym momencie, gdy zmywając kawiarkę, w zapomnieniu sięgam po płyn do mycia naczyń. Jesteś obok i mówisz:
     – Ojciec, ale płynem się nie myje tych kawiarek. Ile razy mam ci przy­pominać!

Grzegorz Zalewski, Nie pozwolę ci zniknąć, w serii Biała Plama,
Wydawnictwo Linia, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Dziecko najbardziej potrzebuje kontaktu w chwilach, gdy najtrudniej je lubić.
  //  Katherine Reynolds Lewis

(tamże)

poniedziałek, października 31, 2022

4805. 304/365

teraźniejszy smutek nie przekreśla żadnej z przeszłych radości. tym bardziej nie uni­cest­wia przyszłych wzruszeń i zachwytów. nie wspominając już o magicznych chwi­lach, rozrzuconych ni­czym koraliki na całej osi czasu.

304/365

[suplement pikselowy: 3.11.2022]

niedziela, października 30, 2022

(4803+1). Panna cotta (LXV)

Czytając poniższy fragment, pomyślałam… hmmm… ciekawe, czy całość to łacina (aude?), czy (sapere!) włoszczyzna? I znalazłam przepiękne, poetyckie tłumaczenie tej łaciń­skiej sentencji na język włoski, i muszę je tu mieć.

„Sapere aude. Nabierz odwagi”. Przecież chodzi o to, żeby nasze życie było jak najlepsze. O tak zwaną sztukę życia. Zapominamy, że to samo nasze ży­cie jest największą wartością, a raczej sposób, w jaki je prze­ży­wa­my. Nie musimy nieustannie skakać przez płotki.

Witkowska Halszka (pyta Szymon Falaciński), Życie mimo wszystko.
Rozmowy o samobójstwie
, Prószyński Media, Poznań 2022.
(wyróżnienie własne)

Sapere aude!
lett. Abbi il coraggio di essere saggio!
[tłum. Miej odwagę, by być mędrcem]

4803. Z oazy (LXXIX)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Miałam trzy powody, by po tę lekturę sięgnąć.

Po­wód pierwszy — Akuszer zauważył jakiś czas temu oksymoron w mojej wy­po­wie­dzi, gdy na dzień dobry oświadczyłam mu, że nie ma bezpiecznego sposobu, by po­pełnić samobójstwo. Skąd ta pewność? Bo moja ukochana rehabilitantka do znu­dze­nia powtarza: powiedz, jak chciałabyś to zrobić, a ja ci powiem, jak wy­glą­da człowiek, któremu się to nie udało.

Powód drugi — czegoś szukałam i przez zupełny przypadek trafiłam na dekalog, który kupiłam na pniu, a zaraz potem algorytmy big net brother podsunęły mi in­for­ma­cję o tej książce, którą szybciutko zaznaczyłam do upolowania, by jeszcze szybciej mieć ją na wierzchu stosika do czytania.

Powód trzeci, najważniejszy — chęć pozbierania się po śmierci młodego i nie­sa­mo­wi­cie przepięknego człowieka, który mieszkał w bloku naprzeciwko ula. Może gdy­bym w odpowiedzi na Jego uśmiech i życzenia zdrowia, powiedziała chociaż raz, że czasem jest upiornie ciężko, zamiast mówić (choć zgodnie z prawdą), że staram się, jak tylko mogę… Może… Wtedy… Nigdy już się tego nie dowiemy.

Wracając na własne podwórko. Tak, jestem w grupie ryzyka. Mam ku temu dwa po­wo­dy: świadomość, że mogę stać się wyłącznie ciężarem, oraz ból, który jest moim nie­usta­jącym doświadczeniem.

To bardzo, bardzo ważna książka i bardzo ważne, byśmy wszyscy (będący w grupie ryzyka lub nie) wiedzieli i zawsze pamiętali, że jest takie miejsce, na wyciągnię­cie ręki i jedno kliknięcie: zwjr.pl, bo życie naprawdę warte jest rozmowy.

  1.  Akceptuj siebie takim, jaki jesteś.
  2.  Rozmawiaj o swoich kłopotach.
  3.  Bądź aktywny.
  4.  Naucz się nowych umiejętności.
  5.  Bądź w kontakcie z przyjaciółmi.
  6.  Zajmij się czymś twórczym.
  7.  Zaangażuj się.
  8.  Poproś o pomoc.
  9.  Zrelaksuj się.
  10.  Przetrwaj trudny czas.

Dekalog zdrowia psychicznego,
[dostęp: 30.11.2022], źródło,
(wyróżnienie własne).

*  *  *

Chciałbym zapytać panią o rzecz, która mnie zawsze ciekawiła. Czemu właściwie zajęła się pani tematem samobójstwa?
      Po latach sama zaczynam się nad tym zastanawiać, dlaczego w ogóle ten temat tak mnie wciągnął. Listy pożegnalne miały być przedmiotem mojej pracy magisterskiej. W miarę upływu czasu praca ta stała się tak obszerna, że przerodziła się w doktorat. A potem z tego doktoratu zrobiło się w sumie całe moje życie. I myślę, że w gruncie rzeczy najbardziej zwią­za­ło mnie z tym tematem to, jak odczuwam cierpienie towarzyszące samo­bójstwu.
      A jak je pani odczuwa?
      Zawsze kiedy myślę o tych piętnastu osobach, które w Polsce odbierają sobie życie każdego dnia, to ściska mnie w gardle. Wiem, jakie cierpienie stoi za każdą z tych śmierci. Za każdym samobójstwem kryje się jakaś hi­sto­ria. Trudne dzieciństwo, straszne przeżycia, samotność… I wielkie cier­pie­nie, o którym nikt nie mówi i którego nikt nie chce widzieć. Często zupełnie krzywdząco nazywa się je egoizmem.

*

Trzeba być uważnym i wrażliwym, aby stworzyć z koniem prawdziwą relację […]  – konie nie kłamią.
      Co to znaczy, że nie kłamią?
      Pokazują, jaki jesteś. Pracujesz przecież z żywym zwierzęciem. Kiedy trenowałam przestraszone dzieci, to ich konie nie chciały skakać.

*

Bardzo przemawia do mnie koncepcja czasu Świętego Augustyna. Mówi on: nie ma czasu jako takiego. Wytworzyliśmy zegarki, żeby jakoś zorga­ni­zo­wać społeczeństwo, ale naprawdę mierzymy czas sobą – czas jest nami.

*

Każdy z nas zostawia jakiś ślad w innych ludziach. Nawet nie wiesz, ile osób może być Ci wdzięcznych za coś, co zostało przez Ciebie zrobione lub powiedziane. Możesz być inspi­ra­cją dla kogoś, nawet o tym nie wiedząc.

*  *  *

Mówi się o tym, że w krajach, gdzie jest mało morderstw, jest więcej sa­mo­bójstw. U nas jest pięćset morderstw rocznie, a samobójstw pięć tysięcy. […]  Zastanawiam się, jak to jest, że jako naród jesteśmy skłonni do po­ma­ga­nia, ale jak przychodzi do takiej codziennej życzliwości, to zwykle nie ma­my na nią czasu.

*

Decyzja o podjęciu próby samobójczej jest jak napełnianie się szklanki wodą […]. Patrząc z zewnątrz na osobę w kryzysie, ta ostatnia kropla może wy­da­wać się błaha. Ale nie wiemy, ile wcześ­niej w człowieku, w tej jego „szklan­ce” tych kropel się uzbierało. […]  My widzimy tylko ten jeden, ostat­ni problem, nie dostrzegając całej reszty. Tak powstaje szkodliwy ste­reo­typ na temat jednego powodu takiej śmierci.

*

Bo będąc w tym stanie, w tych emocjach towarzyszących pragnieniu włas­nej śmierci, wydaje się, że ten wielki mrok nigdy nie ustąpi. Że cier­pie­nie już zawsze będzie tym natrętnym towarzyszem w każdym naszym dniu, do koń­ca. Że ten ciężar nigdy nie spadnie z naszych barków. Tak bardzo trud­no wtedy uwierzyć, że może być lepiej. A może! Ten straszny stan, ta spowijająca wszystko ciemność to czas, który wprawdzie może się nieskończenie rozciągać, lecz mija. Ustępuje. I wtedy powoli w naszym ży­ciu na nowo pojawia się światło.

*

Jest w nas potrzeba rozmawiania o bólu, o którym paradoksalnie się nie mó­wi. Każdy z nas potrzebuje takiej rozmowy, ale nie ma w społeczeństwie dla niej miejsca, przestrzeni, byśmy mogli opowiedzieć sobie nawzajem, jak bardzo nas coś boli.

*  *  *

Nikt nie mówi wprost, jak bardzo szkodzi obojętność, ponieważ nie jest powszechnie napiętnowana. […]  Nieodzywanie się, uda­wa­nie, że drugiej osoby nie ma, czy brak zainteresowania są bardzo przykre, zwłaszcza gdy w ten sposób traktują nas najbliżsi.

*

Często zapominamy, że ci „silni” spośród nas, zwłaszcza dzieci – to też są lu­dzie. To nie są superbohaterzy z innej galaktyki, im też może zabraknąć ener­gii. Są silni, ponieważ zaciskają zęby, chcąc sobie dać ze wszystkim ra­dę i nie zawieść czyichś oczekiwań. Ale kiedy upadną, to bardzo ciężko im wstać. Tak bardzo się starali, żeby nie upaść, tak bardzo długo zaciskali zę­by… Nie proszą o pomoc, bo nie potrafią, bo nigdy tego nie robili, bo za­po­mnie­li lub nigdy nie wiedzieli, że mogą o taką pomoc poprosić.

*

[…]  sięgnięcie po pomoc jest oznaką siły, a nie słabości.

*

To może zacznijmy od tego, jak rozmawiać o kryzysie.
      Moja pierwsza rada jest bardzo prosta, wręcz techniczna. Chodzi o wy­kre­śle­nie ze słownika stereotypowych zwrotów typu „będzie lepiej, inni ma­ją gorzej”, „jutro ci przejdzie, uśmiechnij się”, „nie wiesz, co to znaczy, kiedy naprawdę jest źle”. Takie nastawienie powoduje, że osoba w kry­zy­sie prze­sta­je chcieć z nami rozmawiać.

*

[…]  największy potencjał profilaktyczny jest w dru­gim człowieku. […]  Chodzi o to, aby ludzie zrozumieli, że mają w sobie wielką moc ratowania ludzkiego życia.

*

Czymś normalnym jest, że w trudnych chwilach zastanawiamy się, jak by to było, gdybyśmy sobie z tym wszystkim dali wreszcie spokój. Jednak czym innym są takie chwilowe myśli, czym innym zaś powracające i natrętne my­śle­nie o tym, że lepiej jest umrzeć, niż mierzyć się z kolejnym dniem.

*

W kryzysie wszystko wydaje się beznadziejne. Sytuacja, z której pozornie nie ma wyjścia, sprawia, że szukamy tylko globalnych rozwiązań. A prze­cież czasem wychodzimy z trudnych sytuacji małymi krocz­kami. Nie od razu da się rozwiązać cały problem. Wystarczy zobaczyć, jakim darem i możliwością jest kolejny dzień.

*

Gdy zechcę opowiedzieć panu o swoich trudnych przeżyciach, to będę mu­sia­ła ułożyć z nich opowieść, opowiadając je także, i to w pierwszej ko­lej­no­ści, samej sobie. W ten sposób zaczynam układać zdarzenia i patrzeć na nie jak na coś zewnętrznego. Już nie jestem z tym sama.

*

Tak jak żałoba jest częścią miłości,
tak kryzys jest częścią życia.

*

Dwa bardzo silne czynniki odróżniają żałobę po samo­bójczej śmierci od pozostałych jej form. Kiedy odchodzą nasi bliscy, to pojawia się wiele py­tań, wiele emocji. Ale pierwsze założenie jest takie, że nie chcieli nas opuścić, a śmierć spadła na nich wbrew ich woli. Zadajemy sobie wtedy pytania o to, dlaczego los lub dobry Pan Bóg zabrał ich wcześniej, teraz, a nie kiedy indziej. Powiada się, że właściwie pogrzeby służą do tego, że­byś­my płakali nad sobą, bo przecież już nie nad zmarłym, jemu to nie pomoże, a nam jest bardzo potrzebne. Bo ciężko jest nam sobie wyobrazić świat bez tego uko­cha­ne­go człowieka. Natomiast zupełnie inna jest żałoba po osobach zmar­łych śmiercią samobójczą. Podstawowa różnica polega na tym, że odeszli od nas na własnych zasadach, z własnej woli. Bardzo często otoczenie jest zupełnie nieświadome procesu, który do tego doprowadził.

Witkowska Halszka (pyta Szymon Falaciński), Życie mimo wszystko.
Rozmowy o samobójstwie
, Prószyński Media, Poznań 2022.
(wyróżnienie własne)

Mamy trudność z patrzeniem na łzy. A gdybyśmy tak na chwilę spróbowali na to spojrzeć inaczej? Przecież jeśli człowiek w rozmowie zacznie płakać, to znaczy, że się przed nami otworzył, zaufał nam, poczuł się przy nas bezpiecznie. Te łzy są dowodem na to, że ktoś nam zaufał, można powiedzieć, że są największym komple­men­tem od drugiej osoby, a nawet prezentem. I nie mu­simy się odwdzięczać. Wystarczy, że nie uciekamy. Wy­starczy, że przyjmiemy ten prezent. Bez oceniania, bez komentarzy, bez zbędnych rad.

*

Proces zdrowienia zawsze trwa.

*

[każdy z nas jest najlepszym ekspertem od własnego życia. I my mamy]  odpo­wie­dzi w sobie. Tylko że gu­bi­my je w zbyt dużej ilości emocji, stresu i trud­nych przeżyć.

*

[…]  dopiero bezinteresowny gest nadaje życiu sens i smak.

(tamże)

4802. Z oazy (LXXVIII)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Tomik wyjęty z którejś z przeczytanych do tej pory książek (na pewno w tym roku) pisanych prozą (tego jestem dziwnie pewna, więc może to być tylko mylne przekonanie). Wyjęty i zaznaczony do upolowania tak dawno temu, że gdy w końcu ibukosknera dał zielone światło, zwyczajnie nie pa­mię­tam proweniencji zaistnienia w mej świadomości faktu istnienia tego zbioru wier­szy. Szkoda.

Piękny. Piękny pęczek wierszy wyrośniętych na gruncie nieuniknionego. Chyba nic więcej dodać nie umiem poza opowieścią, która wyłania się z wy­boru i porządku, w jaki ułożyłam wybrane przez siebie fragmenty wierszy, by mieć tu je już zawsze pod ręką.

I ten na kartce zapisany wzór
na nieskończoność
,
którego nigdy nie pamiętam,
a który mi ojciec objaśniał w trzeciej lub czwartej klasie.
(Wtedy, gdy człowieka uczą o nieskończoności,
a zaraz potem się okazuje, że wszystkie wybory
są ograniczone
.)

*

(światło, nawet zgaszone, zawsze daje nadzieję)

*

Podstawy konstrukcji maszyn.
Drgania oraz obciążenia. To ojca kręciło.
Ojciec wierzył w psychologię mostów
i maszyn.

*

Ojciec perwersyjnie lubił te swoje drgania mostów.
Sam trwał w miejscu jak beton.
Obciążony – kiedyś myślałam – strachem,
dzisiaj – myślę – głębszym namysłem.

*

Moja latami szlifowana
odwaga do życia
zbiegła się z czasem,
gdy życie w ojcu zaczęło
ogłaszać
upadłość.

*

Zdradzę panu, kaloryfer cieplejszą jest martwą
naturą teraz
niż ja żywą.
Zima dla kaloryfera to
jego przeznaczenie.
Rozmyślam nad swoim.
Ryzykowne ćwiczenie.
Ale się podjęłam.
 //  [z wiersza]  Szósty list do patomorfologa

*

Łzy, niedowierzanie i łzy.
Damy z tym radę bez prądu.

*

Czy ktoś kiedykolwiek panu wstał?
Rozgrzał się od pańskich dłoni i nagle
zupełnie
zupełnie
znienacka
podniósł głowę i rzekł:
a gdzie ja do cholery jestem? I zszedł
ze stołu i wrócił do domu?
A pan wtedy co?
 //  [z wiersza]  List ósmy do patomorfologa

*

Zajmij się sobą,
radzą, na równi
z umierającym mężem.
Ale ja wiem, że to nie takie proste dla kogoś,
kto zanurzył stopę
w wojnie
.

*

Ojej, mówi mama,
ale ja jej nie wierzę. Nasza mama to spryciula.
Jak wtedy gdy wpychała w nas z sukcesem różne przekonania albo
pierogi z mięsem, mówiąc, że nie ma w nich grama mięsa.

*

Przedmioty z różnych etapów życia zapadają
w nas, a potem się nam
śnią. Często zepsute. Jakby w snach płynął
też czas. […]

*

W końcu pyta, jak się czuję.
Zadaje to pytanie z chicagowskim akcentem,
podczas gdy ja najlepiej rozumiem akcent z Netflixa.
Proszę ją, żeby powtórzyła bez
akcentu.
Pierwszy raz proszę,
drugi,
trzeci,
czwarty,
piąty.
W końcu dziewczyna nie wytrzymuje
i krzyczy
do you want to kill yourself?
 //  [z wiersza]
  Innymi słowy

Justyna Tomska, List do patomorfologa,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2021.
(wyróżnienie własne)

Idę usiąść, żeby do mnie doszło, że nie wiem,
w co mam ręce włożyć
. Więc wstaję i idę
je włożyć w ziemię
w ogródku.
I trzymam
trzymam
trzymam.
Podobno stres prowokuje
rośliny
do kwitnienia.

*

Pośród tylu zmian brak zmiany
jest przyjemny.
 //  [z wiersza]  Drugi list do patomorfologa

(tamże)

4801. Z oazy (LXXVII)

Niedzielne odliczanie literek, raz, a w zasadzie zaległe dwuniedzielne odcedzanie literek, sześć. Tydzień temu po prostu nie wyrobiłam się z jednoznacznym wyborem cytatów, które chcę tu mieć. Wybierałam, przebierałam, eliminowałam… prawie ty­dzień, szukając pewności, że już. Już! Nijak nie mogę ich tu mieć mniej.

Dzioby, pyski, twarze, nogi, łapy, skrzydła i kopytka, sierść, pazury i łuski — samo gęste. Wyłącznie o miłości. O tym jest dla mnie ten pamiętnik.

To pierwsza książka, którą czytałam z wyszukiwarką pod ręką… kilkadziesiąt nie­zna­nych mi zwierząt, które chciałam natychmiast „spotkać” chociaż na zdjęciu.

Szare kluski, uwielbiam! Ale w Małej Danii od zawsze jemy je w inny sposób: polane tłuszczem ze skwarkami i posypane twarogiem. Sadownik ich nie lubi, więc już usta­li­łam z Białym Krukiem, że jak będzie miał mnie pod opieką, wypróbujemy przepis Autora.

Czekałam, aż ta książka ukaże się w ibuku. Jedno z moich ulubionych wydawnictw, jeśli chodzi o wybór publikowanych książek, po raz pierwszy niemile mnie za­sko­czy­ło. Postarało się na ca­łej linii, by spieprzyć skład wersji elek­tronicznej. Nie mogłam w to uwierzyć do ostat­niej strony.

Ro­dzi­ce szu­ka­ją ja­kichś pa­pie­rów do ZUS-u i przy­sła­li zdję­cia li­stów, któ­re pi­sa­łem do nich, kie­dy mia­łem sie­dem lat. […] 
     „Ko­cha­na Ma­mo, ko­cha­ny Ta­to
     Oglą­da­łem pro­gram »prak­ty­ka Ha­re­go« by­ły w nim po­ka­za­ne zwie­rzę­ta i ich ce­ny (mię­dźy­in­ny­mi) – jam­ni­ka, ko­zy, kró­li­ka i la­my ale naj­bar­dziej spodo­ba­ły mi się ma­łe la­bla­dor­ki ktu­re kosz­tu­ją 5020–5040. A że zbie­ram do świn­ki pie­nią­dze, więc mam jóż cel a, ja­ki »ma­ły la­bla­do­rek« któ­ry na­zy­wał by się Roł­wer. Ter­min prze­zna­czy­łem na 15–20 lat. Co mie­siąc ja cho­dził­bym z nim na prze­gląd do we­te­ry­na­ża. W pro­gra­mie Ha­ry mó­wil ta­grze że­by upew­nić się by la­bla­do­rek miał moc­ny ogon i krut­ką sierść.
     Ca­łu­je Pa­tryk!”

*

     – Ma­mo, nie mo­żesz bać się wę­ży! Mu­sisz prze­su­wać swo­je gra­ni­ce i…
     – Słu­chaj! Jak so­bie uro­dzisz ta­kie dziec­ko jak ty, a po­tem je wy­cho­wasz, to so­bie po­roz­ma­wia­my o prze­su­wa­niu gra­nic!
     Fa­ir eno­ugh.

*

Pel­ka by­ła bar­dzo kon­tak­to­wym pe­li­ka­nem, bo wy­cho­wa­nym przez lu­dzi. Przy­cho­dzi­łem do niej po swo­jej nor­mal­nej ro­bo­cie na ko­pyt­nych i rzu­ca­li­śmy so­bie pił­kę – ła­pa­ła do dzio­ba i od­rzu­ca­ła, al­bo ja jej opo­wia­da­łem o róż­nych rze­czach, a ona mi roz­wią­zy­wa­ła sznu­rów­ki.

*

Zje­dli­śmy po jabł­ku, a po­tem Ba­ba przy­po­mnia­ła mi, że war­to dzi­wić się na­wet te­mu, co po­wsze­dnie­je.

*

Pod nie­obec­ność Paw­ła w do­mu (w ter­ra­rium!) po­ja­wi­ły się mo­je ulu­bio­ne ka­ra­cza­ny ma­da­ga­skar­skie. To krew­ni zwy­kłych ka­ra­lu­chów, po­cho­dzą z la­sów desz­czo­wych Ma­da­ga­ska­ru. Wy­glą­da­ją jak ele­ganc­kie, po­ły­sku­ją­ce brosz­ki. […] Pa­weł, oczy­wi­ście, nie był tym za­chwy­co­ny. Mó­wił, że na pew­no śmier­dzą, że są brud­ne, że w śmie­ciach pew­nie że­ru­ją, cho­ro­by prze­noszą.
     Mi­nę­ły dwa dni. Na­chy­lam się przy ter­ra­rium i mó­wię:
     – O, sa­miec wy­szedł spod ko­rze­nia!
     – Zbi­gniew? – py­ta Pa­weł.

*  *  *

Pa­mię­tam, jak kie­dyś, w tej sa­mej kuch­ni w Dol­nym So­po­cie, z tym sa­mym wi­do­kiem na dwa su­che mo­drze­wie, przy ka­wie, po­wie­dzia­ła mi, że bar­dzo rzad­ko zda­rza się, że­by dwie oso­by tak świet­nie się ro­zu­mia­ły. Wie­dzia­łem, że ma ra­cję, i nie mo­głem się na­dzi­wić, że mi­mo dzie­lą­cych nas prze­szło pięć­dzie­się­ciu lat re­agu­je­my tak sa­mo, my­śli­my po­dob­nie, to sa­mo nas wzru­sza i wkur­wia.
     A dzi­siaj, przed chwi­lą, ści­ska­ła mo­ją rę­kę, w tej sa­mej kuch­ni i przy tej sa­mej ka­wie, z tą sa­mą nie­co zdzi­wio­ną, tro­chę roz­ba­wio­ną mi­ną, po­wie­dzia­ła, pa­trząc mi pro­sto w oczy: „My się zna­my, praw­da?”. Zna­my się bar­dzo do­brze, Pta­szy­no. I wła­śnie z tym nie po­tra­fię so­bie w ogó­le po­ra­dzić.
     Dziew­czy­ny na Fa­ce­bo­oku pi­szą, że mia­ły tak sa­mo, kie­dy ich dziad­ko­wie, ich bab­cie cho­ro­wa­ły na al­zhe­ime­ra. Że na­uczy­li się sie­bie na no­wo i zbu­do­wa­li no­we re­la­cje. Ale to nie jest mo­ja bab­cia! Bab­cia to bab­cia. A to Kry­sia, mo­ja przy­ja­ciół­ka, po­wier­nicz­ka naj­więk­szych ta­jem­nic, mój naj­waż­niej­szy do­rad­ca.

*

Pa­mię­tam, jak [Krysia] ucie­szy­ła się, kie­dy za­dzwo­ni­łem po­wie­dzieć, że ku­pi­li­śmy so­bie dy­wan – no to jest coś, Pta­szy­no! Al­bo jak za­adop­to­wa­łem Zoś­kę. Ko­cha­ła nor­mal­ne, co­dzien­ne ży­cie. Spo­koj­ne i do­mo­we. […]  Wa­żę Ger­tru­dę. Ty­siąc osiem­dzie­siąt czte­ry gra­my. Przy­ty­ła, cie­szę się. Pod­le­wam kwia­ty. Że­byś wie­dzia­ła, ja­ka to jest fraj­da, Pta­szy­no.

*

W ogó­le by­cie sta­rym to jest ta­ka sy­tu­acja dość nie­co­dzien­na, Pta­szy­no. Ro­bisz coś, co do gło­wy by ci kie­dyś nie przy­szło, i się mo­żesz sam so­bą zdzi­wić. Ka­pi­tal­na spra­wa! […]  Spró­buj się raz ze­sta­rzeć, to sam zo­ba­czysz!

*  *  *

Ten, kto ni­g­dy nie wi­dział pierw­sze­go spo­tka­nia dwóch żół­wi, te­go ener­gicz­ne­go po­trzą­sa­nia gło­wa­mi, gwał­tow­nych uni­ków sko­ru­pą, ła­że­nia za so­bą w kół­ko, spoj­rzeń ukrad­ko­wych i ko­lej­nych po­trzą­sań gło­wą – no więc ten, kto ni­g­dy cze­goś ta­kie­go nie wi­dział, ten, prze­pra­szam, gów­no wie o emo­cjach.

*

A jak po raz ko­lej­ny pa­ku­ję pu­dła, to za­sta­na­wiam się, czy na­praw­dę tak bar­dzo raj­cu­je mnie zbie­ra­nie prze­wod­ni­ków po ogro­dach zoo­lo­gicz­nych na ca­łym, psia je­go mać, bo­żym świe­cie (45 ki­lo­gra­mów)? I czy tak sza­le­nie in­te­re­su­ją mnie te wszyst­kie ar­ty­ku­ły […]  (6 ki­lo­gra­mów)? I ja­koś też, cho­le­ra, nie mo­gę so­bie przy­po­mnieć […]  (12 ki­lo­gra­mów) […]. I kie­dy, kie­dy w koń­cu wy­nik­nie coś z mo­ich dro­go­cen­nych no­ta­tek na każ­dy te­mat […]  (120 ki­lo­gra­mów)?
     Na te py­ta­nia Wszech­świat, ła­ska­wy w po­zo­sta­łe, wol­ne od prze­pro­wa­dzek dni ro­ku, nie da­je mi jed­no­znacz­nej od­po­wie­dzi. A szko­da, kur­wa mać!

*

By­cie pta­sią ma­mą jest du­żo bar­dziej mę­czą­ce niż by­cie czy­ją­kol­wiek nia­nią. Chy­lę czo­ła przed wszyst­ki­mi ma­ma­mi i ta­ta­mi sro­ka­mi, go­łę­bia­mi, ma­zur­ka­mi, mo­drasz­ka­mi, ra­niusz­ka­mi, kop­ciusz­ka­mi i ko­wa­li­ka­mi. Ro­zu­miem po­wo­li mo­ty­wa­cję ma­my i ta­ty ku­kuł­ki.

*  *  *

Zoś­ka po­sta­no­wi­ła, że zo­sta­nie tech­ni­kiem we­te­ry­na­ryj­nym, i od­na­la­zła swój za­gu­bio­ny od daw­na ko­nik, czy­li – uwa­ga! – asy­sta przy od­cho­wy­wa­niu pi­skląt. […] 
     Ktoś mu­si od­dać al­bo po­ży­czyć mi lu­ster­ko. Naj­le­piej pro­sto­kąt­ne i nie­du­że, że­by zmie­ści­ło się w in­ku­ba­to­rze. Spra­wa jest na­praw­dę na­glą­ca, bo jesz­cze pa­rę dni i Zo­siu­ra prze­ko­na fla­min­ga, że jest am­staf­fem.

Wie­czor­ny spa­cer z Zoś­ką. Po­wo­li prze­su­wa­my się po na­szym ulu­bio­nym traw­nicz­ku, Zo­siu­ra do­kład­nie wą­cha każ­de ździe­beł­ko. Dość chy­ba znu­dzo­na za­ła­twia swo­je spra­wy. Wtem: zgro­za! Ogon pod sie­bie, uszy na sztorc, zje­żo­na sierść na grzbie­cie. Pa­trzę w stro­nę wia­ty śmiet­ni­ko­wej: zwie­rzę­ca syl­wet­ka. Ku­dła­ta, z ogo­nem, się­ga­ją­ca pew­nie do ko­lan. Z da­le­ka w ta­kiej sza­ró­wie nie­wie­le wię­cej wi­dać. Zoś­ka za­czy­na war­czeć i cią­gnie w stro­nę zwie­rza. Ogon na sztorc. War­czy, pry­cha, nie­śmia­ło szcze­ka. A ten – ani drgnie.
     Pod­cho­dzi­my bli­żej, świa­tło la­tar­ni po­ma­ga oce­nić sy­tu­ację. Spod wia­ty śmiet­ni­ko­wej przy Sem­po­łow­skiej, róg Nor­bli­na, wpa­tru­je się w nas wy­trwa­le sto­ic­kim wzro­kiem słod­kie­go idio­ty ko­nik na bie­gu­nach.
     (A Zoś­ka nie prze­sta­ła war­czeć, na­wet gdy kuc­ną­łem obok, gła­ska­łem go i po­wta­rza­łem: do­bry ko­nik, do­bry. Przy oka­zji mo­dląc się, że­by nikt zna­jo­my nie prze­cho­dził aku­rat obok).

*  *  *

A to zwie­rzę na­zy­wa się kan­czyl al­bo pi­lan­dok. Nie ma ta­kie­go zwie­rzę­cia jak my­szo­je­leń, jest tyl­ko al­bo mysz, al­bo je­leń, i są to dwa zu­peł­nie in­ne stwo­rze­nia. Po­dob­nie jak nie ma cze­goś ta­kie­go jak an­ty­ży­dow­skie prze­ko­na­nia, a je­dy­nie an­ty­se­mi­tyzm i prze­ko­na­nia, któ­re w isto­cie są dwo­ma róż­ny­mi spra­wa­mi, bo an­ty­se­mi­tyzm, ra­sizm, ho­mo­fo­bia i nie­na­wiść to nie są po­glą­dy, do cięż­kie­go chu­ja!

*

Przez dru­cik, […]  czy­li on­li­ne.

*

Któ­ra mą­dra­la tak mnie wy­cho­wa­ła, że uwie­rzy­łem, że po­cie­sze­nia na­le­ży szu­kać w li­te­ra­tu­rze? Rę­ka w gó­rę, szyb­ko! Pi­szę na Ber­dy­czów – mat­ka po­je­cha­ła so­bie na wy­jazd an­drzej­ko­wy, u bab­ci Wu­si za­ję­te, a do dziad­ka Hil­ka nie dzwo­nię – w dal­szym cią­gu nie ży­je!

*

W trud­nych chwi­lach mo­głem się prze­ko­nać, jak wie­le osób – tych ludz­kich i tych zwie­rzę­cych – stoi za mną mu­rem. Krze­pią­ce na dłu­go.

*

[…]  sza­re, kar­to­fla­ne klu­ski z ki­szo­ną ka­pu­stą i skwar­ka­mi. Pa­mię­tam, że też je lu­bi­łem, a że aku­rat li­sta za­ku­pów nie jest zbyt dłu­ga (nie mam for­sy!), w do­dat­ku ro­dzi­ce Paw­ła da­li nam ostat­nio ka­pu­stę, któ­rą sa­mi uki­si­li, pa­dło na rand­kę z Le­sio­wy­mi klu­cha­mi. Po­pro­si­łem ma­mę o prze­pis. Zdzi­wio­na przy­sła­ła trzy, dość la­ko­nicz­ne zdan­ka, że­by ka­pu­stę go­to­wać go­dzi­nę, ziem­nia­ki ze­trzeć, do­dać mą­ki (oko­ło sie­dem­dzie­siąt de­ko!), ugo­to­wać klu­ski, usma­żyć bo­czek, wy­mie­szać wszyst­ko et voilà! Nic prost­sze­go! Tak jak­bym miał to za­pi­sa­ne w ko­dzie ge­ne­tycz­nym. Tyl­ko pa­mię­taj – pi­sze ma­ma – że­by zmo­czyć de­skę wo­dą, za­nim wy­ło­żysz na nią cia­sto, to nie bę­dzie się le­pić! I po­tem z de­ski łyż­ką od­kra­jasz po ka­wał­ku i wrzu­casz do ga­ra! Wszy­scy tak ro­bi­my, po­win­no ci wyjść śpie­wa­ją­co!
     […]
     Po­dej­ście pierw­sze: klu­ski roz­pa­da­ją się po dwóch se­kun­dach, a wrzą­ca do nie­daw­na wo­da zmie­nia się w brud­ną, skro­bio­wą bre­ję. Wszyst­ko lą­du­je w ki­blu.
     Po­dej­ście dru­gie: nie zra­żam się, do­da­ję mą­ki. Tym ra­zem pa­ru klu­sko­wych śmiał­ków trzy­ma się tro­chę dłu­żej, wresz­cie roz­pa­da­ją się po oko­ło pięt­na­stu se­kun­dach, dzie­ląc los po­zo­sta­łych. Ki­bel.
     Po­dej­ście trze­cie: do­da­ję mą­ki i jaj­ko, po te­le­fo­nicz­nej kon­sul­ta­cji z ma­mą. Nie po­ma­ga – ki­bel.
     I kie­dy prze­kli­nam już wszyst­kich przod­ków Sen­wic­kich i Jan­czar­skich, kie­dy mam już dość dań lo­kal­nych i ro­dzin­nych, kie­dy śmierć wy­da­je się ulgą, kuch­nia jest bia­ła od mą­ki, a ziem­nia­cza­ne cia­sto po­chło­nę­ło jej już pra­wie ki­lo­gram, wresz­cie po­dej­ście czwar­te, ostat­nie. Klu­ski wy­cho­dzą pięk­ne, sza­re, błysz­czą­ce, nie za twar­de i nie za mięk­kie, ale nie­re­gu­lar­ne. Mie­szam z ka­pu­stą, któ­ra go­dzi­nę mę­czy­ła się z kmin­kiem i li­ściem lau­ro­wym we wrzą­cej ką­pie­li i bocz­ko­wy­mi skwar­ka­mi. Idę jeść, bo zwa­riu­ję.

*

Rut­ka do Kaś­ki pod­czas wczo­raj­szej ko­la­cji sza­ba­to­wej, szep­tem:
     – Ba­bu, a wiesz, że moż­li­we, że ju­tro też bę­dzie­my żyć?

*

Ra­no, kli­ni­ka we­te­ry­na­ryj­na. Zo­siu­ra stoi na sto­le, dok­tor za­czy­na po­bie­ra­nie krwi. Zoś­ka ro­bi wiel­kie oczy, pró­bu­je się od­su­nąć, no­gi śli­zga­ją jej się na me­ta­lo­wym bla­cie.
     – Pro­szę do niej mó­wić! Pro­szę jej opi­sy­wać śnia­da­nie, a naj­le­piej obie­cać kieł­ba­sę!

>

*

My­ślę, że je­śli ja­kimś chło­pa­kom wy­da­je się, że pra­wa ko­biet to nie jest ich spra­wa, to są głu­pi jak chuj. Prze­cież wszy­scy ma­my mat­ki, bab­ki, sio­stry, ciot­ki, przy­ja­ciół­ki, są­siad­ki, ku­zyn­ki, współ­pra­cow­nicz­ki, a nie­któ­rzy ma­ją też żo­ny, dziew­czy­ny i cór­ki.

*

[…]  pa­mię­ta­nie jest wte­dy pa­mię­ta­niem, kie­dy się ro­bi jak na­le­ży te­raz, jak lu­dzie są w po­trze­bie, a nie dum­nie pier­do­li ko­co­po­ły na wy­so­kich sce­nach o rze­czach, w któ­rych w ogó­le nie mia­ło się i nie ma się swo­je­go udzia­łu.

*

Mo­nia na­pi­sa­ła mi wczo­raj, że ja­kaś ro­dzi­na ucie­kła do Pol­ski, do Kra­ko­wa, z żab­ką szpo­nia­stą. Ma­łym, bez­bron­nym pła­zem. Przy­wieź­li ją w bu­tel­ce po so­ku, wczo­raj szu­ka­li dla niej akwa­rium. Gdy­by to by­ło w fil­mie, by­ło­by ki­czo­wa­te, a jest na­praw­dę i dla­te­go jest pięk­ne. Na­praw­dę, świat nie za­słu­gu­je na ko­niec świa­ta. Sla­va Ukra­ji­ni!

*

Spraw­dzam w in­ter­ne­cie ha­sło „naj­mod­niej­sze po­tra­wy wi­gi­lij­ne”.
     – Ku­tia. Mut­ti, co to jest ku­tia?
     – Ku­tia to jest… ale py­tasz o ku­tię se­far­dyj­ską czy asz­ke­na­zyj­ską?

*

We­dług mi­stycz­nych po­dań ży­dow­skich w każ­dym po­ko­le­niu ży­je trzy­dzie­stu sze­ściu Spra­wie­dli­wych, któ­rzy gwa­ran­tu­ją cią­głość ist­nie­nia Wszech­świa­ta. Wiel­cy la­me­dwow­ni­cy. […]  A mo­że jest tak, że sko­ro w Tal­mu­dzie jest na­pi­sa­ne, że jed­no ży­cie to ca­ły świat, to mo­że każ­dy ma wła­snych la­me­dwow­ni­ków? […]  A mo­że to nie tyl­ko o lu­dzi cho­dzi? Mo­że Spra­wie­dli­wi ma­ją też płe­twy, skrzy­dła i dzio­by? I ma­ją na imię Rok­sa­na, Wu­sia, Ka­sia, Prze­mek, Mar­ta, Pa­weł, Pi­rat, Man­di­sa i Nel­son. Trzy­dzie­ści sześć osób to jest na­praw­dę bar­dzo du­żo, a ja ich wszyst­kich mam.

Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Nie pró­bu­ję […]  uspra­wie­dli­wiać ni­czy­jej ho­mo­fo­bii – jest tak sa­mo za­bój­cza, kie­dy po­cho­dzi od cis-fa­ce­ta he­te­ro, jak od ge­ja. Ale czy te re­ak­cje nie po­win­ny ka­zać nam puk­nąć się w czo­ło? Z ja­kiej Eu­ro­py nie chce­cie wy­cho­dzić, obroń­cy de­mo­kra­cji, sko­ro nie wi­dzi­cie, że nie­ła­two jest być otwar­cie ge­jem? Że to nie jest tak, że te okrop­ne ge­ju­chy nie ma­ją na­wet od­wa­gi cy­wil­nej, że­by przy­znać się do te­go, że są ho­mo, więc bu­du­ją w so­bie mur z bra­ku ak­cep­ta­cji dla sie­bie? Ko­mu za­da­ję te py­ta­nia, prze­cież nikt na nie nie od­po­wie. Ta­ka po­sta­wa ni­ko­mu nie po­ma­ga, nikt nie ma obo­wiąz­ku outo­wać się, że­by in­nym by­ło wy­god­nie, że­by mo­gli go so­bie wło­żyć do od­po­wied­niej szu­flad­ki. Sko­ro ktoś te­go nie ro­bi, wi­docz­nie nie czu­je się bez­piecz­nie! […]  Mo­że z tym mo­gli­by­śmy coś zro­bić – my, spo­łe­czeń­stwo – na dłu­go przed tym, za­nim ktoś zo­sta­nie na­cjo­na­li­stą i skur­wy­sy­nem?

*

I był­bym za­po­mniał,
***** *** i Konfederację!

*

[…]  jak jesz­cze raz prze­czy­tam gdzieś wy­nu­rze­nia mą­drej gło­wy o tym, że to oczy­wi­ste, że w Pol­sce na związ­ki/ślu­by/dzie­ci/usta­wy chro­nią­ce przed dys­kry­mi­na­cją ze wzglę­du na płeć i orien­ta­cję psy­cho­sek­su­al­ną jest za wcze­śnie i że to te­mat za­stęp­czy, to przy­się­gam, że chuj mnie strze­li. Sram na ta­ką so­li­dar­ność, w któ­rej to za­wsze my mu­si­my się na­gi­nać.

*

Mazl-tow!

*

Jak ktoś jesz­cze raz po­rów­na przy mnie li­mi­ty miejsc dla nie­zasz­cze­pio­nych w ki­nach i re­stau­ra­cjach, al­bo za­kaz wstę­pu dla osób nie­zasz­cze­pio­nych do ja­kichś miejsc do Ho­lo­cau­stu i gett, to przy­się­gam, że przy­pier­do­lę.

(tamże)

piątek, października 28, 2022

4798. 301/365  //  Panna cotta (LXIV)

wciąż mi mało, chciałabym więcej i szybciej.
a póki co macham test. 1b/a, 2c/a, 3a/b

301/365

Alessandra Amoroso, Buongiorno.

non sai che fortuna aver trovato te

środa, października 26, 2022

4797. rehab++

Pati & Jabłoń:
(pracując dzisiaj, komentują
poniedziałkową i wczorajszą rehabkę
)

Pati:
(dodała, że nie spodziewała się,
że jedno z ćwiczeń Drzewko da radę zrobić
)

Jabłoń:
(zadowolona, udaje oburzenie)
Czyli co!?! Jestem twoim
królikiem doświadczalnym?!?

Pati:
(również zadowolona, z przekornym uśmiechem)
O swoich granicach dowiesz się tylko
wtedy, gdy do nich podejdziesz.

Pati & Jabłoń:
(obie ryknęły śmiechem)

4796. rehab+

Rysia:
(opowiedziała Jabłoni poniższe cudo,
gdy szykowały się do pracy
)

Rysia:
(w niedoczasie, w drodze do Drzewka)

(w miejscu publicznym)
Jakiś Starszy Pan:
(widząc goniącą Rysię)
Wolniej, wolniej!
Jak kocha, to poczeka!

Rysia:
(mając świadomość, w jakim kraju żyje)
Nie wiem, czy ONA mnie kocha!

Jabłoń:
(zachwycona ripostą)

Rysia & Jabłoń:
(dały rehabilitacyjnego czadu)

poniedziałek, października 24, 2022

4795. 297/365

z każdej sytuacji uczynić okazję.
w zdarzeniach widzieć szanse.
długoterminowy plan!

297/365

[suplement pikselowy: 17.11.2022]

niedziela, października 23, 2022

4794. U Białego Kruka (C)

4793. Z oazy (LXXVI)  //  Panna cotta (LXIII)

Dwuniedzielne odliczanie literek, pięć. Tydzień temu przyszedł właściwy dzień, by zrobić to, co obiecywałam Sadownikowi od przynajmniej roku — porządek w papie­ro­wych książ­kach, odcedzanie książek, które zostają, od tych, które wychodzą. W ten sposób w mo­je ręce trafiła jedna z ukochanych hiszpańskich książeczek, którą podarowała mi dawno, dawno temu Bliźniacza Liczba.

Niezmiennie zachwyca mnie skromna liczba użytych kolorów, prosty tekst, głę­bo­ko filozoficzne przesłanie i puenta! Pozostało mi ją tylko ucyfrowić, prze­tłu­ma­czyć na język włoski i mieć już zawsze pod ręką.


è grande?   
  [jest duży?]  

  o piccolo?   
 [czy mały?]  

*


è profondo?   
  [jest głęboko?]  

  o basso?   
 [czy płytko?]  

*


sono leggeri?   
  [są lekkie?]  

  o pesanti?   
 [czy ciężkie?]  

*


è   l o n t a n o?   
  [jest   d a l e k o?]  

  o vicino?   
 [czy blisko?]  

*


è spaventoso?   
  [jest przerażający?]  

  o spaventato?   
 [czy przerażony?]  

*


è la FINE?   
  [to KONIEC?]  

  o l’inizio?   
 [czy początek?]  

*

Claudia Rueda, Todo es relativo,
Océano Travesía, 2019.


Tutto è relativo
[Wszystko jest względne]

4792. Z oazy (LXXV)  //  Panna cotta (LXII)

Dwuniedzielne odliczanie literek, cztery. Okładka w przepięknym „dziewczyńskim”, poli­tycz­nie niepoprawnym, kolorze!

Wypatrzyłam tę książkę, przeglądając katalog autorów w jednym z moich ulu­bio­nych wydawnictw „dzieciowych”. Zamó­wi­łam ją w apogeum niemocy w ramach paź­dziernikowego przydziału. Ta opowieść wiedziała, że będzie lekiem na całe zło i bar­dzo szybko do mnie przyszła. I leczyła, i odganiała smutki, i pytała: a jak wygląda twój problem? W najczarniejsze noce odpowiadałam: który?

Płakałam ze śmiechu, gdy okazało się, że nawet Wielki Królik umie sklecić gównianą historię, gdy Wiewiór nie odbiera stacjonarnego telefonu.

  Il Grande Coniglio ha un problema.   
   [Wielki Królik ma problem.]  

  Un problema grande come lui.
  Un problema ingombrante che lo segue
  dappertutto e gli impedisce di pensare ad altro.
   [Problem wielki jak sam Królik. / Problem jest uciążliwy, łazi
     wszędzie na Królikiem, uniemożliwiając myślenie o czymś innym.]
  

*

  Decide allora di chiamare lo Scoiattolo.
   [Królik zdecydował się więc zadzwonić do Wiewióra.]  

  Lo Scoiattolo però non risponde.
  Magari è uscito.
  Oppure ha qualcosa di molto importante da fare,
  qualcosa che non lo riguarda.
  O forse si sta bevendo un tè.
   [Ale Wiewiór nie odbiera. / Może wyszedł z domu.
    Lub ma coś bardzo ważnego do zrobienia,
    coś, co nie dotyczy Królika.
    A może właśnie popija sobie herbatkę.]
  

*


  Ma niente, gli sembra che non ci sia niente da fare.
  C’è sempre solo quel grosso problema che, a quanto pare,
  è piuttosto a suo agio. Il Grande Coniglio vorrebbe trovare il modo
  di mandarlo via, di farlo uscire di casa, di sbarazzarsene.
  Il modo per ritrovarsi finalmente da solo.
   [Ale nie, problem wydaje się nie mieć nic do roboty.
    Jest jedynie tym wielkim problemem, który najwyraźniej
    ma się całkiem komfortowo. Wielki Królik chciałby znaleźć sposób,
    by wysłać go w cholerę, by poszedł sobie z króliczego domu, by się go pozbyć.
    Sposób, by znaleźć się w końcu samemu.]
  

*


  Ed ecco che gli viene un’idea. Si, un’idea
  luminosa, una vera idea, finalmente!
  Trovato! Ma certo! Un percorso! Delle
  frecce! Delle frecce che indichino l’uscita!
  Il Grande Coniglio è così contento e così
  indaffarato, così entusiasta della sua idea
  da non aver nemmeno sentito il DRING
  DRING e RIDRIIIIIIING del campanello.
 [I oto pojawia się pomysł. Tak, pomysł
    klarowny, realny, nareszcie!
    Znaleziony! Oczywiście! Jest kierunek!
    Z kierunkowskazami! Kierunkowskazami wskazującymi wyjście!
    Wielki Królik jest tak zadowolony i tak
    zaaferowany i rozemocjonowany swoim pomysłem,
    że nie słyszał wcale DRYŃ,
    DRYŃ i DRRRRYYYYYŃ dzwonka u drzwi.]

*


Ramona Bădescu, Lo strano caso del Grande Coniglio,
ilustr. Delphine Durand, Kite Edizioni, Padova 2019.
(wyróżnienie własne)

4791. Z oazy (LXXIV)

Dwuniedzielne odliczanie literek, trzy. Okładka w przepięknym „dziewczyńskim”, poli­tycz­nie niepoprawnym, kolorze! To książka o tym, że nie zdaje się kobietom wcale. To nie hipochondria, problemy z percepcją świata czy przewrażliwienie. To tylko i aż kobiece życie… bez pudru lub pomimo jego grubej warstwy.

Znam, a w zasadzie znałam przez chwilę jedną kobietę, która twierdziła, że nic z poniższego nigdy jej się nie przytrafiło. Klapki na oczach miała dość gustowne. Była miła, grzeczna, zawsze uśmiechnięta, niezmiennie zachwycona, urocza i na swój sposób zwyczajnie wkurwiająca — podziwiałam intensyw­nie, ale szybko mi przeszło.

Jeśli wszystkie kobiety rodzą się w mocno zseksualizowanej, uprzedmio­ta­wia­jącej kulturze, która z założenia sprzeciwia się jakiemukolwiek roz­sze­rza­niu ich praw i dążeniu ku równości, i właśnie ta kultura staje się so­czew­ką, przez którą przechodzi każdy aspekt ich doświadczenia, to czy jest w ogó­le możliwe uniknięcie zinternalizowania wszystkich wypaczeń, któ­ry­mi są otoczone?

*

Coś nas jednak łączy: każda z nas była w tym albo innym momencie w taki lub inny sposób postrzegana lub traktowana jako materia nie na miejscu, jako coś nie tak w świecie, który mamy pełne prawo uważać przecież za swój. […]  Droga do unicestwienia wstrętu zaczyna się od kobiet. Musimy się starać zauważać go i rozpoznawać: skończy się dopiero wtedy, kiedy nauczymy się odrzucać wstręt na każdym kroku i nauczymy tego wszystkie inne i wszystkich innych.

*

Definicja przez podział ukazuje nowy teren. Pożądanie rodzi się na granicach, zachęca do ich przekraczania i budzi kultu­rowe lęki.
 //  Christine Gledhill

*

„Bądź uprzejma”, „Bądź miła”, „Bądź wdzięczna” – to tra­dy­cyj­ne ostrze­że­nia, jakie strażnicy dostępu do naszej cywilizacji wystosowują do kobiet. Kryje się w nich niewypowiedziana groźba, że niedostosowanie się do tych reguł wykluczy kobiety z dyskursu publicznego, a w niektórych sytuacjach – również z życia.

*

W mainstreamowej prasie nie pojawiają się nadzy i seksualizowani nasto­let­ni chłopcy ani dorośli mężczyźni – tego się po prostu nie robi, nikt o to nie walczy ani nie uważa za znak równości płci, o który mężczyźni musieliby walczyć.

*

[…]  przeciwnicy prawa kobiet do pełnego i ostatecznego decydowania o swo­im ciele tak rzadko potrafią kontrargumentować w sposób rozsądny i logiczny […]  Zamiast tego musimy wysłuchiwać starej gadki o Bo­gu, „naturze” i „naturalnym porządku rzeczy”, która uspra­wie­dli­wia i napędza głęboko zakorzenione i bardzo wygodne mizoginistyczne tradycje w postaci przemocy fizycznej, gróźb, obelg, wyzwisk seksualnych i wykańczających, podszytych wstrętem stereotypów na temat kobiet i ich ciał.

*

Oraz że młode kobiety są za szczupłe, za grube, owłosione, głupie, inteli­gent­ne, niewdzięczne, pijane, sztywne, puszczalskie, oziębłe, płodne, nie­za­in­te­re­so­wa­ne czasem pozostałym im na reprodukcję, zbyt albo niedo­sta­tecz­nie wykształcone, za ambitne, zainteresowane karierą, zbyt męskie, androginiczne lub zbyt kobiece, by mieć jakieś poglądy na dowolny temat – a zwłaszcza na ten, jak to jest być młodą kobietą w takim świecie. No i oczy­wiście z powyższych względów nie można ich traktować poważnie.

*

A może nieustanne redukowanie nas do poziomu sumy cech fizycznych i funkcji biologicznych stanowi jedynie wygodnie podstępną formę kontroli – łatwo się na to powołać, a przy tym dotyczy wszystkich kobiet na świecie, odnosi miażdżący skutek i nie da się temu zaprzeczyć.

*

Jako konsumentkom obiecuje się nam szansę na ponowne wku­pie­nie się „na miejsce”, pod warunkiem jednak, że to miejsce, do którego zmierzamy, pokrywa się ze „zrekonstruowaną mistyką kobiecości”, by za­cy­tować Jeff­reya Weeksa. Jakimś cudem zakup doskonałej jakości zestawu narzędzi i naj­wyższej klasy kosiarki samojezdnej nie wlicza się do wy­zwo­le­nia naszej „prawdziwej” kobiecości, bez względu na to, jak wiele wolności te rzeczy dawałyby nam od strony praktycznej.

*

[…]  uwielbienie doskonałej kobiecej twarzy uzupełnia się z odrzuceniem wszystkiego, co dzieje się w czaszce, którą owa twarz zdobi.

*

Dlaczego – pytały kobiety – połowa populacji musi żyć bez prawa do swo­bod­ne­go przemieszczania się, które to prawo bezdyskusyjnie przysługuje drugiej połowie? I dlaczego prze­moc wobec kobiet uważa się za problem, któremu za­po­bie­gać muszą wyłącznie kobiety, skoro to nie one się jej do­puszczają?

Eimear McBride, Coś nie tak. Kobiecość i wstręt,
przeł. Łukasz Witczak, Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

[…]  mizoginia zawsze była najbardziej akceptowalną społecznie formą nienawiści, nader często odsyłaną w do­mo­we zacisze i o wiele zbyt chętnie uznawaną za coś w rodzaju żartu. Mężczyźni, których mi­zo­gi­nia popycha do morderstwa, nie są uznawani za repre­zen­tant­ów głębokiej instytucjonalnej ślepoty na fun­da­men­tal­ne człowieczeństwo, prawa i dobrostan kobiet. Tłu­ma­czy się ich i się usprawiedliwia, przedstawia jako dziwaków i odszczepieńców. Ich nienawiść do kobiet, pragnienie krzywdzenia ich cieleśnie – fizycznie lub seksualnie – po prostu nie są traktowane poważnie. Takich zachowań nie postrzega się nawet w kate­go­riach nienawiści, ale najczęściej uznaje się za reakcję na prowokujące zachowanie.

(tamże)

(4789+1). W punkt i w tempo

Poruszył mnie poniższy fragment. Zadumała mnie bardzo prawda, jaką precyzyjnie kreślą te słowa. Dorzuciłabym od siebie „bliskich” ludzi — więzami krwi dosta­tecz­nie mocno skrę­po­wa­nych — którzy wkurwia­ją całymi latami swoim źle za­adre­so­wa­nym współczuciem.

     –  Ja nie mam dzie­ci. O to też chcia­łeś mnie za­py­tać?
     •  Często so­bie za­da­ję to py­ta­nie. Ni­g­dy nie py­ta­łem o to gło­śno, po­nie­waż za­wsze mia­łem po­czu­cie, że to jest nie­zwy­kle in­tym­na, a jed­no­cze­śnie bar­dzo sil­na de­cy­zja. Któ­rą bez względu na kon­se­kwen­cje, bo trud­no prze­wi­dzieć jej skut­ki, na­le­ży po pro­stu usza­no­wać. […]
     –  […]  Edek miał od sa­me­go po­cząt­ku po­dob­ne po­de­jście. Przez dłu­gi czas mar­twi­łam się, że to ja, jako ko­bie­ta, je­stem oso­bą de­cy­du­jącą. Ale to była wspól­na de­cy­zja. My­śmy się tak po pro­stu zna­le­źli. Nie­wie­lu lu­dzi zda­je so­bie spra­wę, że ta de­cy­zja jest trud­na i że bywa też smut­na. I że za­wsze stoi za nią ja­kiś po­wód. I dla­te­go wkur­wia­ją mnie lu­dzie, zwłasz­cza ko­bie­ty, od któ­rych w tym te­ma­cie do­świad­czy­łam spo­ro agre­sji, bo po­tra­fią być bez­względ­ne i okrut­ne w swo­ich oce­nach.
     To nie jest wy­go­da. To wy­rwa i smu­tek. Od­po­wie­dzial­no­ść. Wy­bór. Prze­cież nikt się nie de­cy­du­je na taki krok bez­re­flek­syj­nie. Nie­po­sia­da­nie dziec­ka nie czy­ni mnie gor­szym czło­wie­kiem.

Maria Peszek, Naku•wiam zen,
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)