Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
rozwaliło mi serduszko to słowo: consapevolezza
[świadomość]
Nie, odparła świadomość, nic nie zaczyna się w ten sposób, w konkretnym czasie i konkretnym miejscu. Wszystko zaczęło się w wielu miejscach i w wielu czasach, po części nawet zanim się urodziłeś, w obcych krajach, i w świadomościach innych.
A potem, cokolwiek się wydarzy, wszystko będzie się toczyć dalej w ten sam sposób, w innych miejscach, i w świadomościach innych.
*
I nikt nie ucieknie przed swą świadomością.
*
Chwilami jego świadomość nie chciała uwierzyć w to, co się dzieje. To niemożliwe, bo to nie jest możliwe, jak powiedział major na widok żyrafy. Ale to jest możliwe, i jest.
*
Tyle że – upierała się świadomość – nic nie zaczyna się w ten sposób. To zaczęło się w różnych miejscach, w różnych świadomościach.
Julian Barnes, Zgiełk czasu,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2017.
Jabłoń:
(przedwczoraj przeczytała Sadownikowi poniższy fragment i chwilę podyskutowali*, będąc podejrzanie zgodnymi)
I choć – jak zauważa Brzyski – szczyty uniwersyteckie zajmują mężczyźni, to co roku „studia wyższe kończy 70 procent więcej kobiet niż mężczyzn”, a to tendencja światowa. Dlaczego mężczyźni gorzej radzą sobie z nauką, dlaczego 20 procent więcej kobiet zdaje maturę? Być może przez dominację kobiet na stanowiskach nauczycieli – 89 procent w szkołach podstawowych, prawie 70 procent w średnich.
Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
Sadownik:
(zastrzelił Jabłoń pytaniem) Ile na studiach na polibudzie miałaś wykładowczyń?
Jabłoń:
(długo po piętrach budynku ETI i innych gmachach politechniki wyobraźnią biegała, by się zdziwić, wobec wątpliwego związku przyczynowo-skutkowego powyższego cytatu: jakim cudem obroniła dyplom i to bez bólu?) Dwie lektorki, a poza tym… Wykładowczyni żadnej, jedną prowadzącą laborkę z fizyki.
___________ * Jabłoń — w wersji bezlitosna — uważa, że biedni panowie, co chcą kobiety traktować jako zasób, do którego mają prawo mieć dostęp, a w poprzek staje im feminizm i emancypacja, w kategorii edukacja powinni po prostu na kilka lat usiąść na tyłku, wysiedzieć odpowiednią liczbę dupogodzin, potrzebnych, by nauczyć się tego, co jest wymagane, i obronić swoje dyplomy śpiewająco, nawet jeśli w komisji będą same kobiety. A one, może w szoku, że trafił się tak dobrze przygotowany student, będą mogły wnioskować o wyróżnienie, kto wie?
Niedzielne odliczanie literek, raz. Ten sam Autor, ale tym razem to nie ja, lecz Sadownik pytał mnie co chwilę, gdy komentowałam lekturę, po co sobie to robię? Pierwotnie po to.
Pomimo błyskotliwej, nawet jeśli ciut eklektycznej formy umordowałam się przy tej książce z powodu bohaterów, z którymi nijak nie udało mi się choćby przez sekundę ani utożsamić, ani empatyzować. Ale, ale! Za to spokojnie mogę się dopieprzyć… dwa razy.
#1.
Autor napisał — zgodnie z naturą humanisty z końca XX wieku, czyli tego, który szczyci się tym, że nie umie matematyki — a korektorkom nie przyszło do głowy, by sprawdzić, czy to, co Autor napisał, ma jakiś sens (konsekwencja wszechobecnego patriarchatu, mężczyźni zawsze wiedzą lepiej, serio?). To dość niezwykłe w reportażu, ale jest w książce jeden wzór, niespecjalnie skomplikowany (poziom II klasa liceum), który jest sumą iloczynów, ale o tym ani Autor, ani korektorki nie wiedziały, bo pozostało: skomplikowana suma sum i iloczynów. W tym miejscu można spokojnie uznać Jabłoń za upierdliwe, czepiające się drzewko, bo wymaga, by ludzie wymienieni na stronie redakcyjnej — wszyscy ze skończonymi studiami, czyli zdaną maturą — jeśli nie są pewni, to przynajmniej zasięgnęliby z łaski swojej języka u tych, którzy wiedzą. W końcu to nie byle jakie wydawnictwo czy self-publishing.
#2. Zatkało mnie z wrażenia, gdy kompetencje pań korektorek podważyła skutecznie jedna z osób, która na spotkaniu autorskim — oglądałam na jutiubie, bo ważyły się moje czytelnicze losy: czytać / nie czytać — uprzejmie poinformowała Autora, że w całej książce źle odmieniany jest przez przypadki główny bohater. Oniemiałam, bo przecież książka nie ukazała się w wydawnictwie Krzak. Nie wierzyłam, więc upewniłam się, odpytując tydzień temu przy pysznym ciasteczku moją najukochańszą polonistkę. Tak, potwierdziła, herbów się nie odmienia, a potem zdziwiła się tak samo mocno jak ja przy sumie sum, że korekta tego nie wiedziała, bo nie da się w tym przypadku wmówić nikomu, że to było przeoczenie. Ponieważ jest Janusz Mikke herbu Korwin, w całej książce zamiast błędnego Korwina-Mikkego powinno być Korwin-Mikkego. A może? Może to wcale nie jest błąd, tylko taka osobliwa forma „freudowskiego przejęzyczenia” — wszak z pewnością w przypadku głównego bohatera mamy do czynienia z błędnym rycerzem.
[…]
mam wrażenie, że już trzeciemu pokoleniu młodych chłopaków wydaje się, że przez zdroworozsądkowe, czyli w tym wypadku korwinistyczne, postrzeganie świata będą mogli wyrwać się z małych miasteczek i wspinać po szczeblach partyjnej kariery. A jeśli nie mają swojej busoli zawodowej, która pozwala wracać do życia po rozczarowaniu, to popłyną tym statkiem pod banderą świętego Jerzego u boku szalonego kapitana, by liczyć na raj, a więc cud wyborczy, czyli trochę subwencji, bo to dla wielu jedyna możliwość realizacji zawodowej i awansu społecznego. Nie rozumieją, jak sądzę, że tego warszawskiego mieszczucha, gruntownie wykształconego i erudycyjnie inteligentnego, który majątek odziedziczył po matce szlachciance albo dorabiając się na ksenofobiczno-mizoginistycznych felietonach, stać, by nie wchodzić w sejmowo-spółkowe mariaże, czyli stać go na wolność od własnych Misiewiczów.
*
Powiedział kiedyś, że gospodarkę naprawimy w dwa miesiące, a na zmianę społeczeństwa trzeba dwóch pokoleń. Słusznie. Jeśli nie będziemy dbali o idee konserwatywne, to w dwa pokolenia nam wyparują.
*
–
Wie pan, ile mnie wysiłku kosztuje, by w tej książce napisać dwa poważne zdania? A pan mi ciągle nie daje szansy.
*
Konfederacją, czyli trzema partiami, zarządza wspomniana Rada Liderów, w której siedzi 12 gniewnych mężczyzn. Czterech narodowców, w tym Bosak i Winnicki, pozostałych dwóch pomińmy, niczego tu nie wniosą, dalej mamy Brauna i jego zaufanego człowieka z Korony Polskiej, tego też pozostawmy w anonimowej krypcie, a od Korwina czterech, czyli Korwin, młody poseł Berkowicz, trzeci mało znany i Sławomir Mentzen, czyli nadzieja korwinistów, a nawet nadworny ekonomista partii. Wyszło 10, wiem, ale teraz dochodzimy do dwóch kolejnych postaci
[Jakub Kulesza, Marek Kułakowski], które są mało znane, ale niosą w sobie największy gniew i choć najmłodsze, to są ojcami chrzestnymi całej Konfederacji.
*
[…]
na co Korwin powiedział, że się z tymi danymi nie zgadza, a na dowód, że ma rację, nie pokazał nic.
[…] ludzie, którzy deklarują, że kierują się zdrowym rozsądkiem, z reguły kierują się emocjami.
*
I mógłbym przy nim zrobić doktorat z aspergera, bo on lubi wzory, analizy, ale nie rozumie, jakie emocje wywołuje u innych. Czy pan widział, że on ma problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego?
*
Czy pan wie, jak pięknie wyglądałby w Polsce internet, gdyby ludzie nie potrafili czytać i pisać?
*
Skąd pieniądze na jego pomysły, skoro chce obniżać podatki? Rząd to złodzieje, ludzie wiedzą lepiej, na co wydawać. Ale skąd pieniądze? Powinny pójść do samorządów, a tylko procent do państwa. Ale skąd pieniądze? A na co te pieniądze, nie wytrzymuje Korwin, skoro wszystko prywatne. A jaki ma pomysł, by rządzić? Przyznaje, bez uśmiechu, że programu jego partii nie da się raczej wprowadzić, poza karą śmierci, więc potrzebny byłby jakiś Pinochet.
*
– Każdemu, kto ma jakąś wiedzę, doradzałbym w takich rozmowach dużo dystansu, to jedyna broń, gdy ktoś kłamie.
*
Po konferencji Konfederacji, na której ogłaszają, że przeszkadzają im w Sejmie ukraińskie flagi, że rząd nie powinien płacić za pomoc Ukraińcom, że skandalem jest darmowa pomoc medyczna, nie mówiąc już o dodatkach dla dzieci, dziennikarze wyłączają mikrofony i kamery i kolejną konferencję bojkotują.
*
[…]
między teorią słów Korwina a praktyką życia występuje pewna, niedostrzegalna dla jego fanów, szczelina, która w miarę dojrzewania młodego człowieka urasta do przepaści, aż trudno wtedy zrozumieć, jak to się stało, że w pewnym momencie Korwin stoi na jednej jej krawędzi, reszta świata leci w dół, a na drugiej on sam.
*
Sośnierz: – Czy pan prezes aby nie wziął zbyt dosłownie czegoś, co mi wygląda na spławienie?
Korwin: – Nie, na serio mówili.
Sośnierz przypomina w tym miejscu, że mówimy o człowieku, który uważa, że każdy posługuje się w życiu zdrowym rozsądkiem i dokonuje racjonalnych wyborów.
– I co zrobili? – pytam.
– Oczywiście go spławili [narodowcy i Braun].
– I jak pan sobie z tym radził?
Sośnierz opiera brodę na splecionych palcach, marszczy czoło i mruży oczy.
– Mówiłem sobie tak… Okej, ja nie potrafię na szybko odróżnić lewo od prawo, a on jest 50 lat w polityce i nie rozumie ludzi. Ma szokującą pamięć do twarzy, ulic, dat, ale nie pamięta własnych błędów.
*
Nowa dziewczyna to polowanie, a żona w domu to świniobicie.
*
Próbuję sobie nawet wyobrazić, jak wyglądałby taki dialog Korwina z Mentzenem, no i może tak:
– Panie prezesie, dzieci pana czytają, a to zaraz nasi wyborcy, niech pan wyhamuje.
– No właśnie dlatego piszę, przecież pan też był dzieckiem, gdy się mną zachwycił.
*
– Ale że Mentzen? Przecież on z tej partii zrobi korporację, a tak pięknie sobie przez lata szybowała. Pana nazwisko było gwarantem co prawda koncertowych porażek, ale też przecież i marki – mówię smutnym głosem, tak że kłuję go, mam nadzieję, w serce, bo czuję, że szlocha jednak do wewnątrz […].
*
I gdy Wipler mówi, że przyjechał kiedyś do Warszawy jako syn górnika, a wszyscy słuchają go w ciszy, to patrzę na Korwina, bo oto ojciec duchowy, Imperator tego wszystkiego, podnosi się i pokazowo kuśtyka stamtąd o lasce. No to ja za nim.
– Ale że aż tak demonstracyjnie?
– Do toalety tylko idę. […] Korwin patrzy na mnie ponuro, chyba do ostatniej chwili mi nie dowierzał, że Wipler stoi za Mentzenem. Jest toaleta, atakujemy pisuary i sobie sikamy, gdy podpytuję:
– Co pan sobie wynegocjował za to odejście?
– Prawo weta w sprawie programu i statutu i weto w sprawie koalicji, ale tylko na dwa lata. […]
– Wipler zabolał?
– Byłem przeciwny, by go zapraszać, ale Mentzen powiedział, że ma swoje zalety.
– Jakie?
– Kiedyś je widziałem… [połowa października 2022 roku, kongres partii KORWiN w Warszawie.]
Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)
[Jacek]
Wilk, oprócz fajnego nazwiska oczywiście, ma jeszcze jedną cechę – gdyby przebrał się za nikogo, to wyglądałby jak ktoś.
* *
– Powiedział pan na pierwszym spotkaniu: „Nie mam nic do ukrycia”.
– Ale nie o sprawach prywatnych! Innych też pan tak wypytuje o dzieci i rodzinę!?
– Jak wpiszą sobie chrześcijańskie wartości w sztandar i wezmą parę ślubów, to zapytam.
*
– Jeszcze mówił pan tak: „Jeśli ktoś na przykład chce się zaćpać na śmierć, to jest to dla społeczeństwa korzystne. Niech umrą!”. Czy więc córka nie powinna, zgodnie z pana teoriami darwinistycznymi… Czy aby nie powinna co najmniej skończyć na bruku?
– No nie! Darwinizm zatrzymuje się przed rodziną!
*
[…]
dobry brydżysta […] często nie wie, która ścieżka jest prosta, zanim na nią nie wejdzie […].
Korwin nigdy nie był i nie jest moim idolem. Jedni wpatrzeni w niego jak w święty obrazek, inni twierdzą, że choć jest piekielnie inteligentny, to jednocześnie jest głupi. W dyskusjach z Sadownikiem do tej pory, powołując się na jedną z kilkunastu definicji inteligencji jako umiejętności przystosowania się, twierdziłam, że to po prostu idiota z parciem na szkło — od trzydziestu lat robi to samo, licząc na inny efekt.
Nie, nie traciłabym czasu na tę książkę, gdyby nie… Emilka, obecnie pani Emilia (l. 28). Postanowiłam zajrzeć do tej książki, by przekonać się, jak bardzo Korwin się pomylił. Warto było! Nie spoileruję zamieszczonym poniżej fantastycznym wyimkiem. Nie zdradzając detali, troszkę jednak to robię, pisząc, że Korwin pani Emilii nie tylko nie dorasta do pięt, Ona go wielokrotnie zdublowała, gdyby kariery obu tych osób porównać do biegu na 800 m.
Korwin dla mnie aktualnie to embodied-chat-GPT, którego inteligencję wyhodowano nie na wiedzy, lecz na uprzedzeniach i stereotypach — moc obliczeniowa zdecydowanie jest, ale niestety to wszystko, na co można liczyć. Ponieważ większość ludzi nie przepadała za zajęciami z logiki matematycznej (jest na każdych studiach), to nie pamiętają, że z fałszu można wyprowadzić wszystko. Korwin nie tylko o tym wie, on z tej własności implikacji uczynił swe oręże, przy okazji dodatkowo mieszając porządki i miana.
Mało? Mało! To dodam, że pani Emilia intelektualnie zdublowała wszystkich chłopców, co tak dzielnie na naszych oczach idą po Polskę.
Jest 2007 rok […] rok wyborczy, więc wszyscy się modlimy, by Korwin z czymś nie wyskoczył […] Wiemy, że jak coś chlapnie, to po nas, więc słuchamy w napięciu. No i coś tam mówi, nawet dobrze idzie, uspokajamy się, już ma kończyć, ale z tej sceny dostrzega dziewczynkę, niestety na wózku inwalidzkim, i mówi coś w stylu, że zdrowe dzieci nie powinny się zadawać z kalekimi, że jak ktoś będzie siedział z jąkałą w jednej ławce, to też zostanie jąkałą. Matka tej dziewczynki próbuje protestować, więc Korwin je obraża. One oburzone, on biegnie za nimi, szarpie za ten wózek, no żenująca scena. […]
Emilia Krok ma jakieś dwanaście lat, gdy patrzy, jak jej mamę krew zalewa po słowach Korwina, jak gramoli się z jej wózkiem inwalidzkim pod scenę i krzyczy: „To zejdź tu i powiedz to w twarz mojej córce!”. Korwin oczywiście schodzi ze sceny, podchodzi do Emilii i powtarza w twarz, że niepełnosprawni nigdy nie dorównają sprawnym, że mają zły wpływ na rozwój dzieci, stąd konieczny podział w szkole, ludzie mu wiwatują, jej mama gotowa do boju, a Korwin pyta jeszcze dziewczynkę, jak radzi sobie w szkole.
– Powiedziałam, że świetnie, że mam same piątki. Wtedy spytał, a jak tam na WF-ie, bo zauważył, że z głową chyba u mnie w porządku, no to powiedziałam, że gram w koszykówkę, pływam, nawet bardzo dobrze, mam z WF-u szóstkę, medale na krajowych zawodach i jestem typowana do paraolimpiady w Pekinie, więc tylko spojrzał, zamilkł i odszedł.
*
[…]
gdy rzucają kłody pod nogi, to trzeba zbudować podjazd.
*
[…] mama zawsze powtarzała: „Znajdź to, w czym jesteś najlepsza”.
Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
(wyróżnienie własne)
W latach 60. XX wieku psycholog Robert Rosenthal zbadał w San Francisco grupę uczniów, wytypował najbardziej inteligentnych i ich nazwiska przekazał nauczycielom. Po roku okazało się, że dzieci te mają najlepsze wyniki w nauce. Tylko że naukowiec podał nauczycielom przypadkowe nazwiska, być może nawet miernot, a wyniki jego badań nazwano efektem Rosenthala, czyli opisującym uprzedzenia, którymi ludzie kierują się wobec innych, jeśli otrzymają, niekoniecznie prawdziwe, informacje. Mówiąc prościej – rządzą nami stereotypy i jeśli w nie zbyt silnie wierzymy, prowadzić to może do samospełniającej się przepowiedni.
Dmitrij
Szostakowicz, II Koncert fortepianowy F-dur, Andante,
I Musici de Montréal,
Maxim Shostakovich (dyrygent),
Dmitri Shostakovich Jr. (fortepian), White Raven’s Favorites Playlist 2022, #3. White Raven’s Liked List ♥
Dmitrij Szostakowicz, II Koncert fortepianowy F-dur, Andante,
Mahler Chamber Orchestra,
Alexander Melnikov (fortepian), Isabelle Faust (skrzypce),
Teodor Currentzis (dyrygent), White Raven’s Favorites Playlist 2022, #2. White Raven’s Liked List ♥
Jabłoń:
(czyta świeżą książkę Kąckiego; nie mogąc uwierzyć w istnienie kilku chłopców,
robi klik, klik… i wpada na coś takiego… i dzieli się swoim odkryciem z nieprzeciętnym mężczyzną)
DSM, Standardy i wymagania.
Tradycyjny i klasyczny mężczyzna
również ma prawo posiadać standardy i wymagania, na przykład: […]
i chęci zostania żoną oraz matkom jako głównymi ambicjami i aspiracjami. [zapis fonetyczny oryginalny, wyróżnienie własne]
Sadownik:
(z opadniętymi rękoma i w szoku, czym to Jego Drzewko karmi uszy) Ty masz szczęście, że jak cię poznałem, to nie miałem standardów i wymagań!
Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)
*
Sadownik:
(po kilku godzinach — gdy z Drzewkiem komentują wymagania i pani, i pana — dodaje) Zawsze sobie mogłem zażyczyć, byś była dziewczyną ze scholi.
Jabłoń:
(zaskoczona życzeniem, przyznaje się, że nie wie, co to jest schola)
*
[…]
jedyne ekskluzywne rzeczy, jakie przeciętna kobieta może dać przeciętnemu mężczyźnie, to seks, potomstwo i domowe ciepło. […] Tak że musimy zrzucić kobiety z piedestału, powiedzieć „stop”! Niech sobie kobiety skończą same, z kotami.
Jakich kobiet unikać? […] Tych z tatuażami unikać, bo to jak dłutem po samochodzie, brak szacunku do własnego ciała.
Marcin Kącki, Chłopcy. Idą po Polskę,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.
Niedzielne odliczanie literek, trzy, doniesione w ostatni poniedziałek sierpnia. To książka, której kupno zostało zrealizowane z lipcowego przydziału na włoskie litery. Niby dla dzieci, oryginalnie napisana dla francuskich latorośli, z myślą o rozwijaniu ich empatii.
Ale tu nad Wisłą w 2023 roku to nie bajka! To czysta polityka zatrzymana w przepięknych ilustracjach, a dokładniej: tendencyjne, opozycyjne podsumowanie prawie ośmiu lat urabiania się po łokcie rządzącej ekipy, mimo że bohaterem tej opowieści nie jest Pinokio; bezbłędnie nakreślony modus operandi małych ludzi u władzy. Tytuł, w przekładzie na język polski, w poetyckim tłumaczeniu mógłby spokojnie brzmieć: Lex Szyszko, bo Wiewiór ewidentnie w ministerstwie środowiska troską otacza…
A peunta? Puenta! Miejmy nadzieję, że jest prognozą wyborczą.
Un albero è molto fragile,
bisogna prendersene cura. [Drzewo jest bardzo delikatne,
trzeba się o nie troszczyć.]
*
Bisogna parlargli. [Trzeba do niego mówić.]
Bisogna parlargli con molta dolcezza, nell’incavo del suo tronco.
Occuparsene come fosse un amico. [Trzeba mówić do niego łagodnie, w zagłębienie jego pnia.
Zajmować się nim, jakby był przyjacielem.]
*
Io e il mio albero ci prendiamo cura l’uno dell’altro.
Io gli parlo e lui, a volte, mi regala una delle sue pigne. [Ja i moje drzewo dbamy o siebie nawzajem.
Mówię do niego, a ono czasami daje mi jedną ze swoich szyszek.]
*
Adoro le pigne. E poi ne ha così tante... [Uwielbiam szyszki. A drzewo ma ich tak wiele…]
Ma attenzione, non si devono mangiare
tutte le pigne in una volta!
Se ne può prendere solo una ogni tanto.
Solo quelle di cui abbiamo bisogno.
Perché un albero è fragile,
bisogna prendersene cura. [Ale uwaga, nie wolno zjeść / wszystkich szyszek na raz!
Ja i moje drzewo dbamy o siebie nawzajem.
Można wziąć tylko jedną od czasu do czasu.
Tylko te, których potrzebujemy.
Ponieważ drzewo jest bardzo delikatne,
trzeba się o nie troszczyć.]
*
Ho calcolato infatti che posso prenderne
almeno altre due. Forse anche tre. [Wiewiór policzył, że właściwie może wziąć
przynajmniej dwie kolejne. Może również trzy.]
Va bene, solo un’altra piccola piccola!
E poi qualcuno le mangerebbe comunque,
tanto vale che sia io. [OK, to jeszcze jedna malutka!
Później ktoś zjadłby je tak czy siak,
równie dobrze mogę to być ja.]
*
Ne resta solo una, che seccatura.
Tanto vale mangiarla subito e non se ne parla più! [Została tylko jedna szyszka, co za utrapienie.
Warto zjeść ją natychmiast i nie gadać o tym więcej!]
*
Ecco fatto! Comunque, non importa se il mio albero non ha più pigne,
è stracolmo di tanti piccoli aghi sui rami... […]
sono teneri e un po’ dolci.
Li adoro. [Zrobione! Tak czy inaczej, nieważne, że moje drzewo nie ma już szyszek,
jest pełne małych igieł na gałęziach… […] są one mięciutkie i słodkie. / Uwielbiam je.]
Ma attenzione, non si devono mangiare
tutti gli aghi,
perché un albero è fragile,
bisogna fare attenzione.
Puoi mangiare uno qui e uno lì,
solo quelli strettamente necessari. [Ale uwaga, nie wolno zjeść / wszystkich igieł
ponieważ drzewo jest bardzo delikatne,
trzeba uważać.
Możesz zjeść jedną igiełkę tu i jedną tam,
tylko wyłącznie te niezbędne.]
*
Beh, è vero, forse ne ho mangiati un po’ troppi.
Ma va bene così, perché ha anche molti rami. Ne è davvero stracolmo. [Cóż, to prawda, może zjadłem ich trochę za dużo.
Ale tak jest dobrze, przecież drzewo ma jeszcze dużo gałęzi. Jest ich naprawdę mnóstwo.]
*
A volte, mi piace accendere un fuocherello
con i suoi rametti.
Ma solo quelli piccoli piccoli,
quelli che non servono a niente.
Perché un albero è fragile,
bisogna prendersene cura. [Czasem lubię wzniecić ogień / wykorzystując gałązki.
Ale biorę tylko te malutkie / które nie są do niczego potrzebne.
Ponieważ drzewo jest bardzo delikatne,
trzeba się o nie troszczyć.]
*
Ma quando vengono gli amici, c’è bisogno di un bel falò.
Per questo, ci vogliono rami più grandi
che fanno fiamme alte.
Non è un grosso problema,
sul mio albero ci sono tantissimi rami grandi. [Ale kiedy przyszli do Wiewióra jego przyjaciele, potrzebował ładnego ognia.
Z tego powodu potrzebne były duże gałęzie, / by płomienie były wysokie.
To nie jest wielki problem,
na moim drzewie jest dużo wielkich gałęzi.]
*
Un’altra cosa che mi piace del mio albero sono le sue radici. [Inna rzecz, którą lubię w moim drzewie, to korzenie.]
Adoro sgranocchiarne qualche pezzettino. [Uwielbiam schrupać kilka kawałeczków.]
*
[Och, Wiewiór!]
*
Un scoiattolo è fragile,
bisogna prendersene cura. [Wiewiór jest delikatny,
trzeba się o niego troszczyć!]
Olivier Tallec, Un po’ troppo,
przeł. z j. francuskiego Maria Pia Secciani,
Edizioni Clichy, Firenze 2021.
(wyróżnienie własne)
Niedzielne odliczanie literek, dwa. Nie czekałam na tę książkę, bo o niej nie wiedziałam. Nie szukałam jej, więc sama mnie znalazła. Przykuło moją uwagę imię Autorki, a dokładniej litery s i z powtórzone dwa razy w niespotykanej przeze mnie do tej pory kolejności.
[B]oję się, że zamienią miejscami s i z, albo je opuszczą, źle postawią akcenty. Niezamienione, nie na szarfie wieńca, lecz na okładce książki, zaprowadziły mnie do podczytnika. Gdyby chodziło o matkę, odpuściłabym, ale chodziło o ojca, więc nie było dyskusji.
Najpierw zieleń wczesnowiosenna łamała mi serce każdym źdźbłem i listkiem. Niepierwsza już tego nie robi. Pierwszy, drugi, trzeci… szesnasty dzień miesiąca to dni, które wolałam ominąć lub przespać. Łapałam oddech dopiero przy kawie siedemnastego każdego miesiąca.
Sierpień. Pierwszy bez Białego Kruka. Pierwszy bez Niego, mnie, Hawwy, Sadownika w Małej Danii, bez nas tam razem. Pierwszy bez: wspólnego czasu, ranków, kawy, słodkości, śmiechu, rozmów, planów, rozłożonych na tarasie psich ciał, degustacji nalewek, szakszuki na śniadanie i dań
świętująch życie. Ten sierpień miał być inny — wiedzieliśmy o tym — ale nie aż tak odległy od Małej Danii, nie z titanium na pokładzie.
Sięgnęłam po tę książkę biegusiem, by na kolejnych jej stronach, wśród kolejnych akapitów współdzielić z narratorką doświadczenie pierwszych niechcianych razów. Niektóre rzeczy, które już za Autorką, są jeszcze wciąż przede mną.
Każdy ma własną opowieść o chorobie i śmierci, swoje straty, nieblaknące obrazy zarosłe czarnymi gałęziami. Umarli nie są martwi, pojawiają się w pierwszych zdaniach rozmowy, siadają w ogrodach, przy stołach […]. Rana się zagoiła, ale blizna rwie, tu, pod wiśnią, pod akacją, gdy tylko najdzie ją ochota, gdy uzna, że to ta chwila, że znów nadszedł czas.
*
Czy to zabrzmi arogancko, zarozumiale, bezczelnie, czy po prostu tylko nieprawdziwie, gdy powiem, że w naszej relacji ojciec–córka niczego mi nie brakowało?
*
Wiele się nauczyliśmy od naszego ojca. Swobody myślenia, odwagi, by się określić i sprzeciwić. Tego, że system zawsze opiera się na ludziach. A oni mają wolność podejmowania decyzji. Czasem ta wolność jest maleńka jak mrówka, czasem zaś wielka, tak wielka, że może decydować o ludzkim życiu.
*
Śmierć zasiała we mnie wątpliwości co do czasu i możliwości zmierzenia go.
*
To głupie i obraźliwe, niezrozumiałe, że nasi rodzice muszą odchodzić. A fakt, że pewnego dnia naprawdę to się dzieje, jest niedopuszczalny. Choć dorastamy z tą wiedzą, żyjemy z nią, nie jesteśmy przygotowani, nie jesteśmy uzbrojeni, kiedy to się dzieje.
*
Chciałabym umieć lepiej radzić sobie z umieraniem, z przerwaniem życia. Inni to przecież potrafią, czyż nie? Przecież to się ciągle dzieje, na całym świecie. W każdym zakątku każdego miasta, każdej wsi, ulicy, za każdym płotem, oknem, za każdymi drzwiami. Każdemu to się przydarza, każdy umrze, każdy pewnego dnia straci rodziców. Nie ma w tym nic szczególnego, wszystkich nas to spotka. Rodzimy się i umieramy, tracimy kogoś przez umieranie i pewnego dnia ktoś straci nas. Czemu robię z tego wielkie halo? Jakby to spotkało tylko mnie.
[…]
A jednak jeśli ta historia wybierze nas, jeśli nas uczyni protagonistami, jesteśmy nieprzygotowani, nic nie wiemy i do niczego nie możemy się odnieść. Nie ma znaczenia, że inni przeżyli to przed nami, a my braliśmy w tym udział. Liczy się, że my to przeżywamy. Tylko my tak to przeżywamy, tylko my przeżywamy to we własny sposób.
*
Nie mogę uwierzyć, że to zdanie przechodzi mi przez gardło, że naprawdę potrafię je wypowiedzieć i napisać, że mam odwagę, że śmiem powiedzieć: Mój ojciec umarł. Widzę to zdanie i odczytuję, jakbym to nie ja je napisała, jakby nie chodziło o mnie, o nas, jakby ktoś mi je podyktował, ale nie chodziło o mnie, bo po prostu nie może chodzić o mnie. Dopóki go nie wypowiedziałam, nie napisałam, może nie było prawdziwe, być może tak długo prawdopodobna była inna interpretacja, inny punkt widzenia, może mogłam była jeszcze cofnąć jego znaczenie, treść. Ale teraz je wypowiadam, zapisuję i uznaję za prawdziwe. Ja sama czynię je prawdziwym, ja sama ustanawiam, mianuję je prawdziwym. Niepojęte, że potrafię wypowiedzieć to zdanie, ujawnić je. Że nie stawiam oporu, lecz łączę w sobie słowa i tworzę zdania: Mój ojciec umarł. Nie żyje.
*
Przyjaciele obejmują mnie teraz inaczej. A może to ja inaczej ich obejmuję? Mocniej, dłużej? Jakbym tonęła i musiała się przytrzymać, podciągnąć.
*
Przyjaciel zastanawia się, czy to nie smutny los wszystkich dzieci, że pewnego dnia tracą rodziców. Nasz mur ochronny się zawala, bezpieczne miejsce, które należało nam się bez zapłaty, znika. Znikają drobiazgi codzienności
[…].
*
Muszę się jeszcze nauczyć, jak sobie wytłumaczyć, że ta rzeczywistość istnieje.
[…]
małe prawdy i świadectwa, których nie chcę przyjąć, ale przyjąć muszę, które dowodzą tego, w co tak głęboko nie chcę wierzyć: Mój ojciec nie żyje.
*
A co znika? Tylko nadzieja, że ojciec wcale nie umarł, ta resztka samooszukiwania się, kłamstwa i ułudy, szansy, że mogłoby być inaczej, że mogłabym obudzić się rano i byłoby inaczej. Ta nadzieja znika. Żałoba przychodzi dopiero teraz, po pogrzebie.
*
[…]
stoję przy oknie, obejmując szklankę z kawą, przeczesuję wzrokiem niebo i zastanawiam się, jak i gdzie mój ojciec trwa w wyobrażalnej niewyobrażalnej wieczności.
*
Próbuję wyobrazić sobie jego niebo, gdzie się zaczyna i co ojciec tam wyprawia, jak spędza czas, jak odczuwa wieczność, czy w ogóle pojmuje ją jako wieczność, a może wyobrażenie czasu to dla niego przeszłość, stało się zbędne. Czy udaje mu się myśleć o nas bez bólu, bez ucisku w piersi, bez idiotycznego skurczu w gardle. Czy w ogóle o nas myśli. Czy w ogóle istnieje dla niego taka kategoria: my.
*
Kto przeżył stratę, wie, jak wygląda, kto jeszcze jej nie przecierpiał, boi się, że wkrótce stanie się jego udziałem. Jedni wiedzą, jak jest, inni przeczuwają, jak może być, i boją się.
*
Rok temu byliśmy jeszcze razem
[…].
*
Mogłabym prawie powiedzieć, że podjęłam moje życie, w każdym razie pracuję uparcie nad tym, żeby je podjąć. Płacz jeszcze mnie dopada, jeszcze nie minął, nie przechodzi, tak jak nigdy nie przejdzie tęsknota, przetacza się przez moje dni, wraca kapryśnie, gdy coś przypomni mi ojca – czapka, broda, kolor płaszcza, sposób poruszania się, śmiania, odwracania, sprawdzania kurtki i spodni w poszukiwaniu kluczy, otwierania i zatrzaskiwania drzwi do samochodu. Parkingi przed supermarketami są podstępne, stały się torami przeszkód, pełne są takich szczegółów, niemal są z nich zbudowane.
*
[…]
mam przedmioty, które łączą mnie z ojcem, maleńkie mosty do naszych wspólnych czasów, które pokazują, że to prawda, tak, istnieliśmy, byliśmy prawdziwi, byliśmy tu.
*
[…]
pyta, czy wszystko w porządku. Tak, oczywiście, wszystko jest w porządku, dziękuję. Gównianie, myślę, ale tak, w porządku. Gównianie, ale OK – tak teraz po prostu jest.[…] Wiem, że tak teraz jest, gównianie, ale OK, gównianie, ale tak, w porządku, tylko jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam. Ani do tego, że to może mnie dopaść wszędzie i w każdej chwili, bez ostrzeżenia i jak grom z jasnego nieba, złapać, gdy życie da maleńką wskazówkę, ułamek wspomnienia.
*
[…]
nie musisz niczego kończyć i zamykać, nic cię nie stawia pod ścianą.
*
Późniejsze odwiedziny na cmentarzu to spotkania, ciche, skromne spotkania, wciąż pożegnania, nowe pożegnania, odcinki wielkiego pożegnania, dzięki nim zbliżamy się do ostateczności, do naszego nigdy-więcej, naszego już-nigdy. Powoli rozumiemy, tak jest. Powoli pojmujemy, ogarniamy umysłem, to obowiązująca prawda. Od dziś, od teraz to jest nasza prawda, prawda, która nie zmieni się na naszą korzyść, z którą od teraz jesteśmy związani, podporządkowani jej.
*
Gdy w zakładzie pogrzebowym zapytano o muzykę, natychmiast to z siebie wyrzuciła.
[…]
w tej kwestii zareagowała błyskawicznie i bez wahania, drogę do tych czterech słów znalazła bez problemu: Kalmár Pál, Szomorú vasárnap. Tekst jest nieznośny, bez zmarłego i bez pogrzebu także byłby nieznośny, nawet w domu, na kanapie w dużym pokoju, w beztroski dzień wypełniony życiem byłby absolutnie nieznośny.
Leander, Szomorú Vasárnap.
Wszyscy zjawili się tu, żeby coś zostawić, […], między tymi kwiatami, oddać mu, dać. Żeby pokazać: znaliśmy cię, lubiliśmy, kochali[śmy], byliśmy częścią twojego życia, ty byłeś częścią naszego, nasze drogi były powiązane, splecione luźno albo nierozerwalnie.
*
Są takie tonacje, umiem je już usłyszeć, wyfiltrować i przyporządkować. Na tej wielowarstwowej klawiaturze wyrazów współczucia, pośród niezliczonych odcieni między intensywnością a obojętnością umiem odróżnić prawdziwe kondolencje od wypowiedzianych automatycznie, ocenić współbrzmienie spojrzenia, głosu i dotyku. Istnieją fałszywe tonacje w fałszywych twarzach, fałszywe tonacje w prawdziwych twarzach i na odwrót, i są prawdziwe twarze z prawdziwą tonacją.
*
Zaczęłam ćwiczyć się w akceptacji. Mówiłam sobie, że jestem dzielna, i zaczęłam w to wierzyć. Włożyłam w to wiele pracy i oddania. Zaczęłam to przyjmować. Przyjmować takim, jakim było.
*
Jesteśmy tylko gośćmi na ziemi, śpiewamy, wędrujemy bez wytchnienia.
*
Rozmawiamy o umarłych, wplątują się w zdania, siedzą z nami w ogrodzie, na tarasie, przy stole, nad miskami z zupą, nad koszykiem z pokrojonym białym chlebem, zachęcają, no, porozmawiajcie o nas, nie odpuszczajcie, nie przestawajcie. Umarli nie są martwi. […] Płaczemy nad […] tym, że ci, których kochamy, odchodzą. Nasz czas z nimi jest ograniczony. Że znikają. Znikają i nie da się ich odnaleźć.
*
[…]
wystarczy jedno zdanie, jedno pytanie i rozpala się tęsknota za nimi.
*
„Mamy nadzieję” – reméljük kończy większość rozmów, „mamy nadzieję, że”, „miejmy nadzieję, że”, „tak, miejmy nadzieję” – reméljük kończy rozmowy, pojawia się za każdym razem na końcu pętli zdań jak kropka, jak wykrzyknik na końcu myśli, reméljük nie muszę nigdy sprawdzać słowniku, nie muszę szukać, powtarza się, przerzucamy się nim, jest naszym codziennym zaklęciem – mamy nadzieję, miejmy nadzieję.
*
Jesteśmy następni w kolejce, mówi on, będziemy następni, i nie brzmi to ani źle, ani pocieszająco, brzmi po prostu jak zdanie, które ujmuje bieg rzeczy, naturalny, oczywisty, samoistny i odbywający się bez naszego udziału szemrzący upływ czasu, życia i wszystkich w nim rzeczy.
*
[…]
mamy jeszcze ten dzień, te godziny, że możemy wsypać je do klepsydry czasu i zachować na zawsze, podyktować je umysłowi i kazać mu je zapamiętać.
*
Nawet ja wstaję i ruszam przez miasto i moje życie, patrzę w niebo i za każdym razem, gdy wygląda wystarczająco wspaniale, mówię: cześć tato, cześć, tam w górze.
*
Znów zaczynam złorzeczyć, robię się zła. Ale zła na kogo, na co? Przeciw komu mam skierować tę wściekłość? Przeciw losowi, niebu, Bogu? Jakiemuś centrum alokacji przebiegu chorób i długości życia? Kto usłyszy moją skargę, kto ją przyjmie?
*
Szegény to po węgiersku biedny. Nie w sensie bez środków do życia, lecz w znaczeniu: ukarany przez życie, źle przez nie traktowany, zaniedbywany i oszukiwany, w każdym razie godny pożałowania. Biedna Judit, biedny Lajos. Każde życie przebiega w ten sposób, że pewnego dnia to określenie się w nim pojawia, do każdego w pewnym momencie pasuje, każdemu kiedyś zostaje przyczepione, postawione przed imieniem, niekoniecznie słusznie, a czasem nadmiarowo. Szegény Attila, szegény Ági. Używa się go wobec znajomych i obcych, w odniesieniu do tego wielkiego zbioru puzzli złożonego z bliskich, rodziny, przyjaciół, sąsiadów, w pewien sposób każdy kiedyś bywa biedny.
*
[…]
dzień, który zaczyna się ciszą. Czego chcę? Jeszcze raz móc porozmawiać z umarłym? Tak, być może. Tak, dlaczego nie. Tak, z pewnością. Przez coś w rodzaju FaceTime? I jak wykorzystałabym ten czas? Może mogłabym tylko płakać, skarżyć się? A potem jak się rozłączyć? Jak zakończyć rozmowę? Brakuje mi rozmowy. Ciągle ta rozmowa. To właśnie rozmowy mi brakuje. Właśnie rozmowy. Rozmowy. Rozmowy!
*
Nie skarżę się. Przestałam dwie, trzy sekundy temu. W tej chwili nie żywię urazy, teraz, gdy spadają na nas liście i nie ma wiatru. Pierwszy raz w tym roku się nie skarżę, nie czuję sprzeciwu.
Zsuzsa Bánk, Śmierć przychodzi nawet latem,
przeł. Elżbieta Kalinowska,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)
Ostatecznie urządzamy się w świecie z wysiłkiem, wypełniamy nasze życie, zastawiamy je i wypakowujemy po brzegi, budujemy z rozmaitych warstw, obkładając imponującym wyposażeniem – a potem, pewnego dnia mamy z niego zrezygnować, ma się skończyć, a my mamy to tak po prostu przyjąć? Jeśli popatrzeć na to w ten sposób, nie ma nic głupszego, nic bardziej bezsensownego niż śmierć, raczej chciałoby się zapytać Boga, dlaczego w ogóle ją nam wyrządził.
*
Wszystko dzieje się pierwszy raz. Jeszcze nigdy tak nie było.
*
Ojciec[…]. Trzymał nas przy ziemi, ale też pozwalał odfrunąć.
[…]Życie bez niego musimy dopiero wymyślić. Dopiero zaczęliśmy rozumieć, że go nie ma.
*
To, co nie do pojęcia, staje się prawdziwe, z każdym dniem, z każdym miesiącem zmienia się w prawdę.
*
Przyjaciółka pastorka uspokaja mnie: w dzień po śmierci jest się innym człowiekiem niż miesiąc później, po roku znów się to zmienia. Powinnam nie tracić nadziei. A więc jej nie tracę. A więc ćwiczę się w nadziei, której sama już nie rozumiem zbyt dobrze. A więc próbuję mieć nadzieję. Nie mam w tym wprawy, ale chcę dołożyć starań w kwestii nadziei.
*
Odczytuje imię ojca, więc musi tak być. Więc tak jest. Tak, należy do zmarłych.
*
Mamy w ręku tylko czas przed. Wypełnić ostatnie dni życiem, ile się da, wziąć z niego, ile się da, ile jeszcze jest – tylko to jest możliwe.
*
Trudno znaleźć drogę powrotną do prawdziwego życia, od nowa brać je na poważnie, szanować, wydaje się niemożliwe cofnąć się myślą i przypomnieć sobie, że jest bogate i pełne obietnic, ponownie przekonać się o tym. Człowiek nie wie już, po co właściwie, po co było życie, do czego się nadawało?, pyta.
*
Nie mam siły na kolejne zdania zaczynające się od „nie”, za dużo zdań „nie-da-się” usłyszałam w tym roku, jestem wypełniona zdaniami „nie-da-się” i nie mam już miejsca na kolejne.
* * *
Wdowy najpierw płaczą, lamentują, później ich ton się zmienia, zmienia się nastrój, wraca życie, a nawet radość życia, chociaż wszyscy myśleli, że to niemożliwe, podejmują zapomniane plany, wymyślają nowe.
*
Demencja, rak, uzależnienie, każdy nosi własną historię, każdy nuci własną melodię bólu. Dzielą płacz i mówią: nie płacz tak dużo, nie płaczmy tak dużo. […] cmentarna ławka pod platanem. Można na niej siedzieć we trójkę, jak się ścieśni, to nawet we czwórkę. Nowe przyjaciółki mówią matce: przez pierwsze miesiące możesz być w żałobie, potem musisz zacząć żyć. Mamy dopiero po osiemdziesiąt lat, musimy dożyć setki!
Niedzielne odliczanie literek, raz. Zadumała mnie ta książka. O czym jest? Poza przedstawieniem rzeczywistych trudności, z jakimi mierzyć muszą się osoby chore w zetknięciu z arcypolskim systemem opieki zdrowotnej, który nie jest systemem, zamiast opieką zajmuje się przeganianiem pacjentów, a zdrowotne jest tylko trzymanie się od niego tak daleko, jak jest to możliwe, gdy jeszcze mamy farta i unik jest jedną z najsensowniejszych opcji. W sumie to nic nowego, tylko w przypadku psychiatrii dużo, dużo bardziej niż na ortopedii, neurologii czy onkologii.
Po co jest ta książka w ostatecznym rozrachunku? Poza oswajaniem niezdrowych skojarzeń i uprzedzeń zdrowych ludzi. Hmmm. Jest o doświadczaniu życia takim, jakim ono jest, aż po dno i wodorosty. Wszyscy będziemy dużo „normalniejsi”, bardziej czujący samych siebie w sobie, gdy zrezygnujemy z zaklinania rzeczywistości i gdy starczy nam odwagi, by przestać uciekać przed tym, co przynosi nam życie, nawet jeśli jest to szlam czy lawina kamieni.
[…]
na razie szarpię się z językiem. Jak mam mówić o ludziach, których opisuję? Chorzy? Pacjenci? Osoby w kryzysie psychicznym? Czy kryzys, który kojarzy się z czymś incydentalnym, obejmuje przewlekłość – a więc długie i uporczywe trwanie choroby w czasie? Umawiam się sama ze sobą, że na razie będę stosować te określenia zamiennie. To jednak nie koniec moich wątpliwości. Na ile choroba dyktuje warunki, w których żyją moi rozmówcy? A może to oni uczą się dyktować warunki jej? I jeśli tak, to jak powinnam to opisać?
*
Za słaby i zbyt wolny rozwój opieki środowiskowej oraz utrudniony dostęp do nowoczesnych form leczenia powodują efekt domina: jednostkowe cierpienie, któremu nie udaje się ulżyć, przewraca kolejne klocki. […]
Źle urządzony, niedofinansowany system dokłada kolejne diagnozy – jak zaburzenia depresyjne i lękowe wśród bliskich pacjentów – i mnoży cierpienie. […]
Trudno oszacować, ile przez to wszystko tracimy. Żadna tabelka nie pomieści całkowitych kosztów społecznych schizofrenii, która w Polsce leczona jest anachronicznie, po taniości, głównie za szpitalnymi murami.
*
System radzi sobie z wyciąganiem człowieka z ostrych kryzysów, ale kapituluje, gdy trzeba podtrzymać efekty leczenia.
*
[…]
szaleństwo to nie tyle stan chorobowy, ile część ludzkiego doświadczenia.
*
[…] ciągle podkreślał, że jego problemem nie jest lenistwo. Bardzo pragnął, żeby ludzie zdrowi to zrozumieli. […] list. Mógłby on brzmieć tak:
Szanowni Państwo, […]
Choroba, która wciąż zmusza mnie do zaczynania wszystkiego od zera, nie jest moją winą. Nie oczekuję jednak od Państwa zrozumienia. Nie rozumie tego nawet moja matka, z którą czasem rozmawiam przez telefon. Ona uważa, że powinienem wziąć się w garść, znaleźć sobie pracę i partnerkę. […] Wśród moich głównych zainteresowań mogę wymienić strach i szukanie sposobów na jego pokonanie.
Z wyrazami szacunku
Mirosław
*
Ludzie boją się samego słowa „schizofrenia”, mówi Jacek. A on nie ma pomysłu, co mógłby z ich strachem zrobić.
*
To przekonanie, że choroba człowieka określa; bo jestem ja – schizofrenik, ja – chory na depresję, ja – zaburzony. Choroba psychiczna to jedna z najsilniejszych, najtrudniejszych do zmazania etykiet. Trudno się jej pozbyć zwłaszcza wtedy, gdy sam chorujący widzi w sobie głównie objawy.
[…]nie jesteście tylko diagnozą. Dobre życie z chorobą to sztuka balansu: trzeba być z jednej strony gotowym na nawrót, a z drugiej – uciekać z orbity chorowania najdalej jak się da. To nie jest łatwe, bo grawitacyjna siła tych zaburzeń jest duża. W dół ściągają objawy, nawroty, ludzkie gadanie („on jest świrem”, „to wariatka”), ale i skutki leczenia: zmęczenie, powolność, problemy z koncentracją.
*
Jestem odpowiedzialny i sumienny, tylko czasem umieram. Tym właśnie są ataki paniki: chwilową śmiercią. Za każdym razem jestem przekonany, że to koniec. Za każdym razem na szczęście się mylę, ale to nie zmniejsza strachu.
*
[Profesor Katarzyna]
Prot-Klinger uważała inaczej.
– To nie eliminacja choroby jest kluczowa z punktu widzenia opieki środowiskowej, ale poprawa jakości życia pacjenta. Jego samodzielność. Zadowolenie z życia. Brak cierpienia.
*
– Przez dwadzieścia lat mówiłem, że praca leczy, ale teraz wolę pogadać o miłości. Albo szerzej: o relacjach. To one leczą – mówi mi doktor Hubert Kaszyński, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, badacz kwestii zatrudnienia wśród osób chorujących psychicznie. […]
Może po prostu potrzeba w Polsce ciągłej dyskusji o kulturze pracy i organizacji, bo z przemocowej firmy wszyscy wyjdą poranieni, zdrowi też? Po prostu chorzy wylatują z takich miejsc jako pierwsi, bo są mniej odporni na stres. Ale zła praca pokiereszuje nie tylko ich.
*
Jest tyle słów, których można użyć, gdy nie umie się nazwać czegoś wprost.
*
[…]smutek żłobi w mózgu ścieżki, całe autostrady, po których poruszają się myśli osoby chorującej. Leki, nazywane inhibitorami zwrotnego wychwytu serotoniny, pomagają budować nowe drogi.
[…] te nowe trasy nie prowadzą do wiecznego szczęścia i błogości. Jednak najważniejsze jest to, że biegną daleko od tras, po których poruszanie się jest niebezpieczne.
*
Nie było nikogo, kto mógłby jej to wytłumaczyć. Lekarz w szpitalu? Oni nie mają czasu na takie rzeczy.
*
Nikt jej nie powiedział, że gdy bliski choruje psychicznie, to przez większość czasu można tylko stać obok i bezradnie się temu przyglądać.
*
Każda choroba przewlekła wywraca rodzinę do góry nogami, zmienia w niej układ sił, komplikuje relacje.
*
Zasady gry pozornie są proste.
Potrzebne są trzy pionki: obsesja, lęk i kompulsja. Obsesja to myśl, którą mózg odczuwa jako zagrożenie. Kompulsja, nazywana także rytuałem, to czynność, która chwilowo zmniejsza lęk. Rozgrywka wydaje się w miarę sprawiedliwa: rytuał łagodzi napięcie, trzeba tylko wykonać go bezbłędnie, idealnie, w sam raz. Sprawdzić. Powtórzyć. Upewnić się. A potem jeszcze raz – na wszelki wypadek. I jeszcze raz.
*
[…]
każdy stan ludzkiego umysłu istnieje na szerokim spektrum. Nie ma wyraźnej granicy między chorym i zdrowym.
*
Zasady pozornie są proste.
Żeby wygrać z lękiem, potrzebny jest jeden pionek: konfrontacja z tym, co wydaje się najstraszniejsze. […]
– Dopiero ten jeden pionek – tłumaczy mi Irena – wyrównuje szanse w grze. […] Powtarzał: gdy myśli przychodzą, nie rozglądaj się za gaśnicą, tylko wejdź w ogień.
[…]
„Przez twój umysł ma prawo przelecieć każda, nawet najokropniejsza myśl. To samo w sobie nie jest chorobliwe. To twoja reakcja przesądza o tym, czy wygrywasz ty, czy wygrywa OCD” – mówił.
*
„Kryzys” to dla niej słowo-pomost. Bo łączy osoby z diagnozą i bez niej, ułatwia wzajemne zrozumienie, w końcu kryzysy zdarzają się każdemu.
*
W rozumieniu otwartego dialogu psychoza nie jest tylko objawem choroby, ale przede wszystkim załamaniem komunikacji człowieka ze światem.
*
[…]
miała dwa podstawowe problemy, poza chorobą. Pierwszy: że nie miała w domu ludzi. I drugi: że gdy już przyszli i pukali, to nie chciała im otworzyć drzwi.
*
[Ania]
Opisuje ten stan, porównując go do jazdy samochodem: gdy zaczyna się kryzys, choroba spycha cię na miejsce pasażera i przejmuje kierownicę. Czasem pędzi, ledwo wyrabiając się na zakrętach, a czasem wlecze się niemiłosiernie. Niekiedy ignoruje znaki ostrzegawcze i skręca w kierunku przepaści. A ty w przerażeniu się temu przyglądasz, ściskając kurczowo klamkę. Z tego samochodu nie ma przecież wyjścia. To nadal twoje życie. Po prostu ty już nim nie kierujesz. […]
Powoli, kawałek po kawałku, razem z terapeutką próbowały odczytać szyfr jej choroby.
[…] Terapia pozwoliła jej te wszystkie punkty jakoś połączyć.
Jednak przede wszystkim uświadomiła jej, że nie może ani na moment zdjąć rąk z kierownicy.
*
[Paulina]
Chciałaby, żeby ludzie zupełnie zdrowi zrozumieli jedno: zaostrzenia w schizofrenii się zdarzają – ale miną. I nie definiują człowieka, który musi się z nimi mierzyć.
*
Kiedyś [Kasia Parzuchowska] była na swoją chorobę zezłoszczona. Dziś nie ma w niej gniewu, chociaż nadal uważa, że przynależność do jednego procenta ludzi z diagnozą schizofrenii jest jakimś szalonym pechem. […]
Ludziom, których taki kryzys nigdy nie dotknął, chciałaby powiedzieć: żyję zwyczajnie. Nie widzę na co dzień kosmitów, nigdy nie byłam dla nikogo niebezpieczna, nie trzeba się bać mnie ani o mnie. Jeśli ciekawi was moje doświadczenie, pytajcie. Nie zakładajcie, że wiecie na ten temat więcej niż ja.
Na co dzień najbardziej pomaga jej samoobserwacja. Zadaje sobie pytania: jak się masz? Co teraz czujesz? Dlaczego tak się zachowujesz? Co ci jest potrzebne? Umie wychwycić momenty, kiedy choroba niebezpiecznie się przybliża. Wtedy bardziej o siebie dba, więcej śpi, ogranicza stres.
Czuje się zdrowa dzięki miłości. Wspiera ją partner i przyjaciele. Zdrowe relacje, mówi Kasia, są po prostu życiodajne.
*
– Życie z chorobą to hazard – mówi Aleksandra. – I dużo cierpienia. […]
Nie cierpi określenia „osoba w kryzysie psychicznym”. Uważa, że jest ugrzecznione, zbyt gładkie i sprytnie wymija cały ból, stygmatyzację, czyli wszystko to, co utrudnia jej codzienność. „Wariatka, świr, odklejeniec, nienormalna, pierdolnięta, popaprana, dziwak” – to są słowa, które oswoiła najbardziej. OK, mówi sobie czasem, jestem wariatką, i co? Czy to znaczy, że można mnie traktować jak powietrze? Albo podsumować każdą moją reakcję na krzywdę lekceważącym „idź się leczyć”? Ludziom łatwo jest przerzucać odpowiedzialność i winę na wariatkę, to takie proste. Doświadczyła tego wiele razy.
*
– Choroba idzie ze mną – mówi Aneta, lat dwadzieścia osiem, diagnoza: ChAD. – Łazi obok mnie, ramię w ramię, a ja nie mogę się jej pozbyć. Czasami idzie cicho i jest spokój, a czasami drze się i szarpie mnie za rękę. Jednak nigdy nie opętała mnie do końca. […]
Wkurza ją, kiedy ludzie zdrowi gardzą chorymi, ale nie lubi też, gdy nadmiernie się nad nimi rozczulają. Ona wymaga od innych szacunku, a nie dawania jej taryfy ulgowej.
*
Jest taki impuls, mówi Aneta na koniec, który nawet w depresji każe jej schodzić z parapetu i rzucać żyletki w kąt. To niewielki punkt gdzieś na horyzoncie, jakby słabo migoczący płomień. A może to po prostu wola przetrwania? Podąża za nim uparcie. Czasem nawet wbrew sobie. Ale częściej dlatego, że chce zobaczyć, co będzie dalej.
*
[…]
nie ma co uciekać, trzeba stanąć w miejscu i patrzeć strachowi prosto w twarz.
Anna Kiedrzynek, Choroba idzie ze mna. O psychiatrii poza szpitalem,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023.
(wyróżnienie własne)
A przecież choruje się – i zdrowieje – głównie po wyjściu z oddziału.
Z chorobą, podsumowuje Ania, mieszając napar z hibiskusa w warszawskiej kawiarni, po prostu się żyje.
jest we mnie ktoś, kto nie ogarnia słowa „ostateczne”.
do dziś myślałam, że potrzebuje czasu, jeszcze więcej czasu, by zrozumieć, pojąć, zinternalizować.
dziś do mnie dotarło, że ten ktoś po prostu wie, że jest przestrzeń, w której słowo „ostateczne” nie ma desygnatów.
Budował gniazda, wszędzie gdzie pracował — pomyślałam dziś, zaglądając do pamięci o zaprzeszłej przeszłości. Najpiękniejsze z nich miał w zawodówce. Były tam: warsztat z równiutko powieszonymi na ścianie nad stołem narzędziami, pachniało tam drewnem; malutka ciemnia fotograficzna; osobiście wykonany regał na książki z linami, jako elementem konstrukcji i jednocześnie przejawem piękna; duże biurko, na którym nieprzypadkowe kubki, stojak na fajki oraz przepięknie pachnący tytoń do fajki; niebanalne kwiaty doniczkowe, wyjątkowo zadbane, i dziura w ścianie, z której wyglądał dziób projektora, by „dzieciakom” podczas lekcji wyświetlać filmy. Wszystko to na zapleczu sali lekcyjnej. Tamte Jego dzieciaki są ode mnie kilka lat starsze.
Z tamtych czasów była też najbardziej ceniona „pracownicza” koleżanka, ale znałam ją tylko z opowieści. Aż do dnia, po którym nastąpił ten. I zostałam fanką tego, co spod Jej rąk wychodzi. Ta glina czekała na swoje słowa. Doczekała się, pomyślałam z samego rana, czytając pozostawiony poniżej wiersz.
Cztery twarze i przepiękny koń, pięć odrębnych światów, ale dla mnie również spersonifikowane cztery pory roku.
ah!, fragmenty.
*
BEZCIEBNOŚĆ
coś jak bezbrzeżność
bezradność […]
tylko znacznie gorsze
bo dotyczy ciebie //
Jarosław Mikołajewski
*
Franz Schubert, Sonata na arpeggione i fortepian a-moll, Allegro moderato,
Daria Hovora (fortepian), Mischa Maisky (wiolonczela), White Raven’s Favorites Playlist 2022, #55. White Raven’s Liked List ♥
każda strata unicestwia jakiś świat*. rozszarpuje inne**.
trzeba nie lada wiary, by zaufać, że właśnie teraz rodzi się szansa na inny, nowy, dobry świat, jeszcze ten jeden raz dla nas i z nami, bo przecież mamy skarb, wciąż oddychamy.
236/365
_________
* świat konkretnego człowieka lub konkretnej relacji.
** światy marzeń i planów człowieka lub relacji.
te wszystkie pierwsze niechciane razy… święta bożego narodzenia, rozpoczęte Twoimi urodzinami, znaczone Twoją uporczywą, dla nas nieogarnialną, nieobecnością – zimowy błękit nieba – nieodnotowany Twoim głosem w rozmowie telefonicznej powrót żurawi – przebiśniegów kwitnięcie – odnalezienie zagubionego, gdy żyłeś, puzzla – kwitnięcie drzew owocowych – moje urodziny.
jest sierpień, podwójnie niemożliwy, bo Ty, bo ja – za chwilę wrzesień, zapadła decyzja, Biały Kruku, z mojego powodu pierwszy raz stado nie pojedzie nad morze.
od jutra bez zmian, wiele pierwszych „razów” jeszcze przez 114 dni.
Tęsknię za codziennością z ojcem, za rozmowami przez telefon, gadaniem, piciem kawy, czekaniem na wieczór w ogrodzie.
*
Dwa słowa nadają ton, każde z nich samo w sobie niegroźne, w połączeniu jednak straszne: nigdy więcej.
Nigdy więcej nie zobaczę ojca […].
Będę słyszała jego głos tylko w snach i w myślach […].
*
Będę tęsknić za jego szczęśliwą twarzą. Opaloną, pobrużdżoną zmarszczkami od śmiechu.
Zsuzsa Bánk, Śmierć przychodzi nawet latem,
przeł. Elżbieta Kalinowska,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
*
Alessandra Celletti, In grazia del tuo nome, con amore. White Raven’s Liked List ♥
Jabłoń: Ćwiczenia, a potem affogato! Che ne pensi? [Co o tym myślisz?]
Sadownik: (droczy się i robi wszystko, by ominąć język włoski) Forget!
* * *
La Tesora:
(dziś pożyczyła Drzewku niesamowity tomik poezji;
każdy wiersz na osobnej składanej, ilustrowanej karcie, każda z nich o fantastycznej gramaturze i fakturze)
Jabłoń:
(wzruszyła się do łez, gdy wyjęła pierwszą kartę; obejrzała, wydotykała, przeczytała i musi tu mieć)
* * *
Sa che dove andare
Sa che deve entrare
nella notte
nel buio … uio
Ascoltarne i rumori
i dolori
la solitudine
le paure
le paure
Assaporarne i dettagli
il fragore
la calma
la calma
Sa che se attraverserà
la notte
allora l’alba
l’alba
sará meravogliosa
[ Wie, gdzie pójść
Wie, gdzie wejść w noc / w ciemność… ość
Słuchać w niej hałasów / bóli samotności / lęków
obaw
Skosztować w niej szczegółów huk / cisza
spokój
Wie, że jeśli przemierzy / noc wtedy wschód
wschód słońca będzie wspaniały]
Cinzia Santo, Ascoltando, ilustr. Claudia Zindel, Edizioni del Faro,
Riva San Vitale 2005.
Można filozoficznie przymądralić, życiowo przymarudzić, wywalić na stół bebechy swojego niełatwego losu, uderzając we właściwą nutę słowami ludowej mądrości: wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Wszyscy wokół potwierdzą, kiwną głową w pełnym zrozumieniu, bo tu nad Wisłą taki mamy klimat i żadna katastrofa klimatyczna polskiego mentalu nie ociepli.
Można wciąż w tej samej molowej tonacji w drugim rodzimym języku równie pięknie jęczeć, użalając się iście światowo: the grass is always greener on the other side of the fence.
Wolę w dur, wolę nowe ścieżki neuronowe wydeptywać lub udeptywać te, które uruchamiają we mnie radość, sens i spełnienie. Przyszło do mnie dziś rano cudo. Kupiłam je na pniu wraz z filozofią, którą ze sobą niesie, i energią*, którą zaraża:
L’erba è più verde dove la annaffi.
[Trawa jest bardziej zielona tam, gdzie ją podlewasz.]
____________ * by „w gratisie” zachwycać się zaimkiem dopełnienia bliższego, a potem łomolić Vasco i wydzierać się: va bene, va bene così!