wtorek, maja 22, 2018

2875. O miłości

Drzewko ma trzy stosiki książek do przeczytania. Jeden wirtualny z ibukami, dwa całkiem materialne: jeden z książkami pożyczonymi i drugi z własnymi. Ta książka gadała do mnie od tygodni, choć na stosiku pożyczonych na samym szczycie leżała chyba dwa miesiące. Nie mam zielonego pojęcia, jakim cudem przegapiłam jej premierę w 2008 roku, ale faktem jest, że tylko dzięki Georginii mogłam o niej się dowiedzieć i ją przeczytać, bo Georginia lubi ludzi. Bardzo.

Piękna książka. Aż słów brak. Trzeba było dziesięcioleci, by ta historia (jak inne) mogła zostać opowiedziana. Ważne, by była usłyszana i zrozumiana.

Ale Aimée i Jaguar to także historia miłości dwóch kobiet. Niedawno w Polsce stracił władzę rząd, który w Europie wsławił się między innymi swym homofobicznym nastawieniem. Mam nadzieję, że opowieść o tej miłości, która mogła zaistnieć w okolicznościach najgorszych z możliwych, wniesie również jakiś wkład do poprawy stosunku do mniejszości seksualnych.
// Erica Fischer, Berlin 2007 (z przedmowy do polskiego wydania).

*

Współczucie i empatia nie są dziełem przypadku — pisze Birgit Rommelspacher w zbiorze esejów Kultura dominacji. — Wyrozumiałością najczęściej obdarzamy «swoich» i tych, którzy mają coś do powiedzenia. Uczucia stają się kolaborantami władzy.
// Erica Fischer, Berlin 2002 (z przedmowy).

*

Uśmiecha się pani teraz? Ależ proszę to zrobić — z przyjemnością to sobie wyobrażam.

*

Słuchaj, jestem teraz taka odważna tylko na papierze, podobnie jak Ty w zepsutych budkach telefonicznych!

*

Szum w głowie i całym ciele jest głośny jak lawina spadających kamieni. Jakby w ucieczce przed jej miażdżącą siłą Lilly zamyka oczy i poddaje się wargom Felice. Nagle nastaje spokój tak wielki, jakby ich walące serca przestały bić. Kiedy Lilly wraca do przytomności i rozbudzona patrzy w dziwnie dorosłą twarz Felice, do oczu napływają jej łzy. Przepełnia ją tak ogromna czułość jak nigdy dotąd.

*

Czy to przypadkiem troszeczkę nie Twoja wina, że jestem szalona? Kompletnie szalona!

*

Wstyd? Jeszcze nigdy w życiu Lilly nie czuła się tak bezwstydna. I jak dobrze! Chce robić, nadrobić, poznać wszystko, wszystko, wszystko.

*

To dobrze, że się nadzieją łudzimy w ukryciu,
choć to oszustwo potrzebne do zapomnienia
o tym, że nasz gościnny występ w życiu
jest tragiczną komedią istnienia
. —
(maj 1938)

*

[…] jak Cię znam, chcesz przecież ode mnie tylko potwierdzenia decyzji, którą już i tak podjęłaś. Chciałabyś ode mnie usłyszeć: zostań tam, pij dalej mleko prosto od krowy, śmiej się bez cywilizacji i śpij bez ortografii. […]

*

Znasz to uczucie otaczającego Cię kłamstwa, uczucie, jakbyś stała w ciemnym pokoju i bała się poruszyć, żeby na coś nie wpaść? Wiesz, jak to jest bać się zapytać, aby nie usłyszeć kłamstwa w odpowiedzi?

*

Kocham Cię, Ty mój naprawdę „pierwszy Człowieku”! Wcześniej miałam często dziwne uczucie, jakby poczucie winy, że coś jest nie tak, musiałam się wstydzić — teraz mogę puścić lejce, dać się ponieść uczuciu bez granic.

*

Jeśli będziesz koło mnie, a oni mnie dorwą, masz po prostu iść dalej.

Erica Fischer, Aimée & Jaguar. Historia pewnej miłości, Berlin 1943,
przeł. Katarzyna Weintraub, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.
(wyróżnienie własne)

*

Kamień pamięci przy Friedrichshaller Straße 23 w Berlinie.
(źródło). Stolperstein (niem. kamień, o który się potykamy).

*

Czas bardzo szybko upływa,
[…]
Czy porzuciłaś mnie? Ja czekam

Z nadzieją szary dzień upływa,
[…]
Czy porzuciłaś mnie? Ja czekam

Wątpliwości wciąż przybywa,
[…]
Czy porzuciłaś mnie? Ja czekam

Lecz kiedy spojrzę w głąb mej duszy,
[…]
Ty nigdy nie opuścisz mnie!
(Lilly, 3.8.1945)

(tamże, wyróżnienie własne)

poniedziałek, maja 21, 2018

2874. O dbaniu

Sadownik:
(pokazuje na stoliczek kawowy)
A to? Co to?

Jabłoń:
To? Książka. Ostatnia, którą mi kupiłeś.

Sadownik:
Ja? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupiłem ci książkę.

Jabłoń:
(z dumą kochającej żony w głosie)
Bo ja dbam* o to, żebyś nie miał wyrzutów sumienia,
że mi ich nie kupujesz.

__________
* jak nie ma książki w ibuku, jak nie ma nowej w księgarni, Jabłoń pędzi na portal aukcyjny i używa (często skutecznie) konta, które należy do Sadownika — swojego nie ma, żeby nie wydała wszystkiego na książki.

niedziela, maja 20, 2018

2873. Rocznicowa hulanka

Tytani. Pracy i Odpoczynku. Od lat kibicujemy miejscu, w którym sprzedają ładne rzeczy z Orientu — miejscu położonemu nad morzem. 

Tytani. Stella i Star. Dwa lata temu od słowa do słowa — my z Sadownikiem już dawno zauroczeni ciepłem Stelli — może coś z większych rozmiarów byłoby w magazynie. A magazyn w Podkowie Leśnej. Tego nam trzeba było, bo my nad morzem maksymalnie raz w roku.

Tytani. Że Pracy i Odpoczynku, zażartował dziś Star. W Dniu Otwartych Drzwi odwiedziliśmy miejsce, które daje nam kontakt z naszymi pragnieniami — miejsce, które uruchamia nasze sny.

Łapacz snów chodzi za mną od lat. Sowa jest dla moich wewnętrznych figur zwierzęciem mocy. Jakby było mało w jednej rzeczy zmieścił się jeszcze mój sentyment do makramy. Zakochałam się.

I zdziwiłam się mocno. Bo gdy u Stelli zamówienie na Jej przyszłą zimową podróż poczyniłam, bo muszę takie cudo mieć, okazało się, że Ten wspaniały Łapacz Snów szuka swojego człowieka. Znalazł.

A gdy wracaliśmy do ula z zamiarem obfotografowania Sennej Piękności, chwile zajęło mi znalezienie najlepszych imion dla Właścicieli Wnętrza Orientu — imion, które zachowałyby w sobie ciepło, serdeczność i radość życia, które z Tej szczególnej Pary emanują. Stella i Star. Tak, to Oni — zgodziłam się ze swoim wrażeniem.

sobota, maja 19, 2018

2872. Rocznicowe obchody

Jabłoń:
(z rana opowiada, co wymyśliła
w kwestii pierwszych uroczystości rocznicowych)
Ale to tylko propozycja…
do konsultacji społecznych*

(po chwili poprawia się)
do konsultacji związkowych**

Sadownik:
Myślałem, że do konsultacji rządowych!***


__________
* w końcu duet Sadownik–Jabłoń wraz z ich wszystkimi wewnętrznymi figurami można uznać za całkiem sporą społeczność.
** duet Sadownik–Jabłoń to relacja długoterminowa, tzn. związek.
*** że niby oczywistym jest, kto tu rządzi.

*

Jabłoń:
(nim spotkali się popołudniu o umówionej porze,
zobaczyła coś, obok czego przechodzi od lat
)

piątek, maja 18, 2018

(2870+1). Układanka

Że układanka, zobaczyłam, gdy wszystkie elementy trafiły na swoje miejsce, czyli wczoraj późnym wieczorem — prawie przed snem.

Archeo. #1 za ciuch, szmatę nigdy duszy bym nie oddała już od dziecka. #2 pełna ignorancja ubraniowych stylów i kodów w całym zawodowym życiu. #3 jak pokocham, musi się rozejść, bym uznała, że nie nadaje się do noszenia.

Przeszłość niedaleka. #4 dwa lata temu na Fotofestiwalu nie mogę odejść od apaszki, myślę, że z powodu zwierzęcia totemicznego. #5 Sadownik mi ją kupuje, a ja myślę, że ona mnie zachwyca, bo ze szlachetnego materiału wykonana; że czuję się w niej jakoś zupełnie inaczej. #6 gdzieś po drodze zaskakuję, że ludzie ludziom uruchamiają sny.

Wczoraj. #7 na przystanku stałam, gdy po drugiej stronie szła dziewczyna z torbą, na której piękną czcionką napisane było lubię ludzi — zamyśliłam się z uśmiechem na twarzy, bo ja też, nie tylko ja też, Georginii Bóg też. #8 i przychodzi do mnie myśl (całkiem oczywista): rzeczy uruchamiają ludziom sny. #9 wiem, czuję i uśmiecham się od ucha do ucha. #10 i już wiem, że ani chwili dłużej nie jest mi wszystko jedno…

Dziś. Nadal kocham te portki, ale zmianie kibicuję. Jest coś, co wymyka się logice i słowom — jest ze mną od wczoraj — ma moc.

(źródło)

2870.

I realized that
I am a dream trigger.
So are you.
Let’s celebrate it!

*

un paso, dos pasos, tres pasos, cuatro pasos, los pasos
¡tengo buena suerte! ¿cuándo volverás? ¡nunca jamás!

Soha, Mil Pasos.

czwartek, maja 17, 2018

2869. Ten Autor znów

Gdy czytałam o tym Autorze w 21 grzechach, przyjęłam do wiadomości, że jest to jedna z perspektyw, w jakie można czytać jego książki — ja ich tak nie czytam. Gdy po górskiej publikacji słyszałam głosy wściekłych na tę książkę, ja tej wściekłości nie rozumiałam. Ale udało się Autorowi mnie nie zjadowić, wkurzyć, zdenerwować, ale wkurwić na maksa w Tej książce — udało się nawet dwa razy.

Książka premierowała w zeszłą środę, ale dzięki Białemu Krukowi, zaczęliśmy ją podczytywać już w poniedziałek. Odkładałam, wracałam, odkładałam, czytałam inne, wracałam. Skończyłam trzy dni temu, ale musiałam odparować, by na jej temat się zająknąć.

A wkurw mnie złapał, bo… nawet jeśli wszyscy faceci na świecie mieliby fantazję o… — sprawdziłam, nie wszyscy mają (wystarczyło znaleźć jednego i ja go znalazłam) — to nie jest to wystarczający powód, by o tym pisać i manipulacyjnie przechodzić do porządku dziennego nad tym, że skoro wszyscy, to czemu nie. Bo, Panie Hugo-Bader, z pisaniem o tym w ten sposób jest dokładnie tak samo jak z selekcją przed klubami — to tylko wstęp, preludium i Pan, skądinąd mądry i inteligentny facet, powinien to wiedzieć — nawtykałam Autorowi w myślach.

A drugi raz szarpnęła mną megalomania Autora, że niby: A zobacz, ile już siedzisz nad tą książką? Z półtora tygodnia jak nic, skoro jesteś w tym miejscu. Mógłbyś oczywiście szybciej, ale jak wiemy, nie nawykłeś do czytania, to nie idzie ci wartko. Nie sądzę, by ci, którym książka ta do tego miejsca, zajęłaby półtora tygodnia, w ogóle po nią sięgną. Dzięki tym kilku akapitom zrozumiałam złość tych z tej innej książki. Znów, rozumiem, że Pan tak myśli, a nawet wie, ale paru ludzi jednak Pan nieźle obraził — poinformowałam Autora w myślach.

Te dwa wybryki, bo ja myślę, że jednak to nieprzemyślane literkowe hopsasy, gdyby to była pierwsza czytana przeze mnie książka tego Autora, sprawiłyby, że nie doczytałabym jej do końca i po żadną inną bym nie sięgnęła.

Ale to nie pierwsza książka Autora, którą przeczytałam. Nawet nie druga czy piąta, a osobisty, współczesny tryptyk polski [… ] zapis naszych wielkich przemian, bezkrwawej rewolucji widzianej oczami wałęsającego się psa — a w zasadzie jego pierwsza część, czyli ta książka — nie jest zła, jest trochę polską wersją Białej gorączki (ul ma autograf). Mając to z tyłu głowy, lektura nie jest łatwa, ale na pewno nie na więcej niż pięć podróży do i z pracy.

Aktualizacja. Autor wspomina, że [w] połowie tego wieku będziemy w piątce najstarszych społeczeństw w Europie, ale to prognoza i przyszłość, a my już dziś, od dwóch dni to wiadomo, jesteśmy wicemistrzem Europy w… homofobii — pokonała nas tylko Łotwa — komu pogratulować, że przez ćwierć wieku nic lepiej?

[…] zobaczył zwyczajną walkę o byt, uliczne wydanie wolnej konkurencji, a jedynym objawem klasowej segregacji okazała się selekcja przed nocnymi klubami. Tego Charlie najbardziej nienawidzi i jakby mógł, skopałby dupę łobuzom od tych klubów, bo (tak myśli swoim małym rozumkiem) – zaczyna się od selekcji na ulicy, w lokalu, a kończy na rampie kolejowej.

*

Takie kluby to rezerwaty dla ludzi, którzy czerpią zadowolenie z tego, że przeszli selekcję. Czują się lepsi od tych, którym się to nie udało. Najobrzydliwszy sposób wykorzystania wolności. Tak myśli Charlie.

*

     — I to dobro się kręci — mówi Wiesiek „Dziki” Kaniowski. — Pomagam, bo kiedyś tak samo to dobro przyszło do mnie. Ale piekło widziałem całkiem z bliska.

*

W każdym człowieku jest coś dobrego, tyle że oni piją z beznadziei. Zalewają straszliwą boleść swojej duszy. Wielkie serca. I wielka boleść. Bo gdy ktoś na bocznej ścianie ósemki czarną farbą namalował ogromny, staranny napis: TĘSKNIĘ ZA TOBĄ, ŻYDZIE, ktoś inny na niebiesko przemalował głoskę „DZ” na „C”, ale na tyle przyjaźnie, żeby oba rozpaczliwe przekazy były czytelne.

*

Długoterminowy więzień, który wychodzi na wolność, jest jak koń, który całą zimę przestoi w stajni: bezgranicznie wszystkim zdziwiony, niepewny i lękliwy – piszę przed dwudziestoma czterema laty.
     […]
     Przez lata przywykli, że ściany są dwa metry od siebie. Latami funkcjonowali od dzwonka do dzwonka, wszystko podawane było na czas, nie musieli podejmować decyzji, ani gdzie pójdą, ani co zjedzą, a nawet jak się ubiorą. Latami nie ponosili żadnej odpowiedzialności, o nic się nie martwili, zakład karny kupował im okulary, leczył zęby, a nawet wstawiał protezy. Latami traktowani byli jak dzieci. Kiedy zaspali i nie wyszli na apel, stawiani byli przed naczelnikiem, który beształ ich jak małolatów. Wyrzuceni na wolność – pozbawieni rusztowania, na którym zawieszony był ich świat, pozbawieni regulaminu, harmonogramu dnia, godziny spacerów i posiłków — doznają szoku. Są więc przerażeni.

*

[…] dokąd jadę w kwietniu 2007 roku, bo gdzieś usłyszałem, że w tym kryminale biją wszelkie krajowe rekordy w liczbie czytanych książek.
     […]
     — […] Trzeba się bardzo skupić, żeby z danej książki coś wynieść.
     — Zawsze pan dużo czytał? – pytam.
     — Nie. Tylko w kryminale, bo trzeba mieć pomysł na odsiadkę, a bynajmniej na taki duży wyrok jak mój. Weź se tam obier jakieś życie swoje, zawsze mówię młodym, i się tego trzymaj. Ucz się języka, jakiegoś zawodu, pracuj, zajmij czymś ręce, nawróć się, czytaj

*

Wyuczona bezradność to utrwalone przekonanie, że nie ma związku między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Termin został wprowadzony do psychologii przez Martina Seligmana w 1972 roku.
     […] Według Seligmana pies, który nauczył się bierności, potrzebuje aż około dwustu doświadczeń zwanych pozytywnymi wzmocnieniami, żeby odkryć, że aktywność może przynieść ulgę czy korzyści.

*

     — Skąd wiesz, że szukałem?
     — Przez czipa. W głowie.
     — Masz zamontowanego?
     — Ty też. Tylko tego nie wiesz
.

*

     — […] Masz coś słodkiego?
     — Nie, ale jak będę szedł po kawę, to kupię czekoladę.
     — Dwa pączki zamiast czekolady. Lubię słodkie. Nałogowo. A więc dwa, tylko dwa. A to znaczy, że nie jeden i nie trzy, tylko dwa pączki. Żadne tam babeczki, eklerki, wuzetki, bajaderki ze zmiotków, tylko pączki. I koniecznie dwa. Bo jeden to małowato, a z trzema to już problem z nadmiarem, tego trzeciego trzeba zagospodarować, zmagazynować. Albo zainwestować, bo to już jest towar nadliczbowy, produkt, majątek... Kapitał! (Straszne słowo dla rewolucjonisty). A jeszcze musisz się z nim mordować, jakoś go schować, ukryć, ulokować i pilnować, bo zajebią jak kawę. Albo dać. Tylko komu? Złodziejowi? Same, kurwa, kłopoty. No to pączki mają być dwa
!

*

— Chce mieć słomę na sieczkę, bo ma konia.
     — Niech się pan z nim dogada, że do końca życia będzie mu pan dawał tę sieczkę.
     — Odpada. – Gospodarz z rezygnacją macha ręką. — To musi być sieczka z żytniej słomy ściętej kosiarką, a nie kombajnem.
     — A dlaczego nie kombajnem? — Ciągle zadawałem pytania, po których panu Staszkowi opadały ręce.
     — Bo koń się brzydzi. Spod kosiarki słoma jest prosta, ładna, równa, a z kombajnu pomięta.
     — Niemożliwe. Robi mnie pan w konia!
     — Wcale nie. Konie są bardzo wybredne
.

*

Kolejny przedmiot wyrzucam, rozstaję się z kolejną rzeczą,
Mnie takie rzeczy leczą, że rzeczy oknem lecą,
A ściany pustką świecą.
Mniej mam i mniemam, że nie mam ja mienia.
Mnie nie omamia mania mania,
Bo me imię nie tanie mienienie się mianem,
Ja manię mam na nie, a me imię — Niemanie
.
// Paweł Czekalski

*

Przebranie nędzarza daje niesamowite uczucie wolności. Wyzwala od starej tożsamości, pozwala przestać wstydzić się w imieniu tego, kim byłeś poprzednio. Kłopot sprawia tylko wyjście w łachmanach z domu, ale kiedy się od niego oddalisz, bez oporów zrobić możesz niemal wszystko, nie zastanawiając się, co o tobie pomyślą. Możesz śmiać się i zagadać do każdego, wyciąć hołubca na ulicy. Możesz posiedzieć, gdzie tylko zechcesz, choćby pod warszawską palmą albo wysoko na cokole obok Kopernika, z pięknym widokiem na Krakowskie Przedmieście. Możesz wysikać się na skwerku obok hotelu Bristol i opatulony w kołdrę w środku dnia usnąć na nieskalanym ludzką stopą trawniku pod pomnikiem Mickiewicza.

*

[…] trzeba umieć rozkwitać tam, gdzie nas Pan Bóg zasadzi […].

Jacek Hugo-Bader, Audyt,
Wydawnictwo Agora/Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

2868. Rocznice (III) o piątej rano

Miłość jest wszystkim, co istnieje —
To wszystko, co o niej wiemy;
Wystarczy — ciężar wozu musi
Stosowny być do kolein.



*

Dusza dobiera sobie Towarzystwo —
I — zatrzaskuje Drzwi —
Jak Bóg —ma w sobie prawie Wszystko —
A z Reszty sobie drwi —

Nie dba — że tłoczą się Rydwany
u jej pochyłych Bram —
Że na wytartym jej Dywanie
Przyklęka Cesarz sam —

Wiem, jak z nią jest — gdy z Rzesz wybiera
Kogoś Jednego — raz —
Zamyka się jak Śluza —zwiera
W sobie — jak Głaz

Emily Dickinson, 100 wierszy,
red. Stanisław Barańczak,
Wydawnictwo ARKA, Kraków 1990.

*

A wczoraj. Na przystanku autobusowym takie cudo na plakacie zachwyciło me serce:

poezja leczy z prozy życia

środa, maja 16, 2018

2867. Rocznica (II)

W codziennym newsletterze Literary Hub wyczytałam wczoraj o rocznicy śmierci Emily Dickinson. Nie miałam pojęcia (przegapiłam to pewnie w edukacyjnym kociokwiku), że za Jej życia ukazało się mniej niż tuzin z tysiąca ośmiuset Jej wierszy.

Wczoraj, ale dwadzieścia lat temu, Sadownik czekał na mnie.
Wczoraj, po dwudziestu latach od tamtego dnia, ja zaczęłam kilkudniowe czekanie na Sadownika, bo Pan Ciasteczko delegacyjnie wietrzy duszę.

Wczoraj, w rocznicę śmierci Emily Dickinson, w towarzystwie spokojnego wieczoru i chrapiącej Heniutki delektowałam się Dickinson i Barańczakiem, a potem Barańczakiem i Dickinson — oboje są nieśmiertelni.

Dzielącego nas Dystansu zmierzyć
W Milach Morskich czy Lądowych się nie dało —
Wnętrze Czaszki zna Podziały, na które
I Równika byłoby za mało

*

Jeśli są to wiersze tak ważne dla zrozumienia tej poezji — zapyta jednak Czytelnik — czemu nie znalazły się w pierwszym zbiorze? Odpowiedź jest prosta. Jak w każdej dziedzinie twórczości, tak i w tłumaczeniu poezji nie wszystko da się osiągnąć — mówiąc językiem sztangistów — w pierwszym podejściu.
// Stanisław Barańczak

Emily Dickinson, Drugie 100 wierszy,
przekład i sł. wstępne Stanisław Barańczak,
Wydawnictwo Znak, Kraków 1995.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, maja 14, 2018

(2727+57+81). Pang!

Drugi tom miał premierę w środę w środku marca. Ten — trzeci — też w środę, prawie dwa miesiące później. Ostatnia środa obrodziła premierami — wśród nich podejrzanie dużo książek, na które ostrzę sobie zęby. Majowy środowy kryminał towarzyszył mi przy kilku porannych kawach. Nie śpieszyłam, ale i tak się skończył.

Paddy i Gordon — myślę i uśmiecham się natychmiast. Pang! W tym szwedzkim dziecięcym kryminale wciąż zadziwia mnie delikatność, z jaką wplatana jest w opowieść dydaktyczna nitka — zero smrodku.

I tylko z jednym w tej książce nie zgadzam się wcale: będziesz głupi i zły w swoim życiu jeszcze nie raz i całe Twoje szczęście! Bo to jedyny sposób, by się rozwijać, by stawać się tym, kim masz być, by lepiej rozumieć siebie, innych i świat.

     — On, ona albo oni to rozlazłe i okropne typki — powiedziała Paddy.
     — Ach tak — chrząknął Gordon.
     — To wygląda naprawdę przerażająco — mówiła dalej Paddy. — Może on, ona albo oni chcą mnie przestraszyć?
     — Ach – odparł Gordon i poczerwieniał.
     — Albo może on, ona albo oni chcą coś powiedzieć? — ciągnęła Paddy.
     — Używaj słowa „Duch” — zaproponował Gordon. — Jak mówisz on, ona, oni, bardzo komplikujesz... Duch!
     — Uch — westchnęła Paddy, która bardzo nie lubiła duchów. — Ale jeśli Duch chce straszyć, to on, ona albo oni nie powinni tak po prostu odchodzić…

*

Gordon pachniał świeżą pościelą, ciastkami i wesołą książką. Chociaż na posterunku pozostał tylko zapach dawnego Gordona

*

To najgorsze, co może się zdarzyć. Najstraszniejsze. Wszystko inne to właściwie głupstwa.
     No bo co się dzieje, kiedy ktoś kradnie orzechy? Chodzi tylko o to, żeby je zwrócił.
     Co się dzieje, kiedy ktoś dokucza? Chodzi tylko o to, żeby przeprosił.
     Co się dzieje, kiedy ktoś tajemniczo drapie? Chodzi właściwie tylko o to, żeby poprosić tego Ducha, żeby poszedł do domu spać.
     Ale dwoje zaginionych dzieci? To jest tak straszne, że aż chce się płakać
.

*

To dobrze, że tak się różnią [Paddy i Gordon].

*

Muszę teraz zapisać ważną rzecz.
     Przez chwilę mruczał coś pod nosem, a potem przeczytał na głos to, co napisał.
     Jest tyle rzeczy, których się boimy. Ale jest tylu miłych i dobrych, którzy chcą nam pomóc. I wcale nie jest pewne, że jest ktoś złośliwy

*

[…] ktoś, kto nie wie, co się stało, niewiele z tego zrozumie.
     — Ale my rozumiemy, moja najlepsza przyjaciółko Paddy — powiedział Gordon. — I z całą powagą obiecuję, że nigdy więcej nie będę głupi i zły
.

*

*

Wszyscy mają spać spokojnie.
Dobranoc! Dzień dobry!

Ulf Nilsson, Komisarz Gordon. Jeszcze jedna sprawa,
ilustr. Gitte Spee, przeł. Barbara Gawryluk,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)

niedziela, maja 13, 2018

2864. Perliło się mi (X)

// po-superwizyjna perełka:
nie traktuj tego* dosłownie.
uruchom wokół
tego czucie i wyobraźnię.

JiM

__________
* konkretne słowo, fraza.   chcąc zachować tę uwagę od teraz na zawsze zamiast słowa, wybrałam konkretną fotografię, która dziś na mnie działa i pięknie uruchamia.

Baron A. de Meyer, The fountain of Saturn,
Versailles
, 1912.

Pam Roberts, Alfred Stieglitz, Camera Work.
The Complete Photographs 1903–1917
,
Taschen, Köln 2018.

(2855+2+1+5). Inspiron

Alfred Stieglitz… tak to się zaczęło. I ruszyła lawina (tu i tu). Znów wklepałam odpowiedni ciąg literek w książkowym portalu. Klik, klik i okazało się, że moje ulubione wydawnictwo albumów — umożliwiające za grosze, na dobrym papierze, mieć kontakt ze sztuką — wydało całe „życie” jednego z pierwszych kwartalników poświęconych fotografii, którego twórcą był Stieglitz. Klik, klik, poczekać, odebrać i delektować się.

„Przeczytałam”, smakując trzydzieści stron tekstu, prawie pięćset stron zdjęć. Przeżywam, zaglądam, zatrzymuję się na pojedynczych zdjęciach.

Z tym albumem łączy się pewna synchroniczność. Dwa, trzy tygodnie temu przed oczami miałam rzeźbę. Nie pamiętałam nazwiska rzeźbiarza, nie pamiętałam nazwy rzeźby — miałam ją tylko przed oczami. Oglądam powoli zdjęcia z tego albumu i… jest i rzeźbiarz, i rzeźba. Tak, chodziło o Myśliciela Rodina. Teraz mam trzy w jednym i rzeźbę, i rzeźbiarza, i fotografię.

Atmosfera tego albumu sprawiła też, że chodzę i nucę Satie. Nucę do upadłego. Sprawdziłam, jest już na jutiubie mój ukochany film z jego muzyką, który mam od kilku lat w pudełeczku z iesbeenem. Dlaczego Satie? — zapytałam samą siebie. Sprawdziłam. Satie i Stieglietz byli prawie rówieśnikami. Tak historia zatoczyła kolejne koło.

A gdy zobaczyłam poniższe zdjęcie, natychmiast przed oczami stanęła mi Georgia O’Keeffe… Wciąż do mnie wraca i ja wciąż do niej wracam.

Robert Demachy, Speed, 1904.

     — Georgia! Zwolnij! — drze się Beck, ale ja śmieję się z jej strachu i jadę jeszcze szybciej.
     To niesamowite, jak dobrze się z tym czuję. Świat przepływa przeze mnie, dziki, wspaniały, lekkomyślny. Nad nami sunie niebo. Lecę. Wolność.
     Beck kurczowo trzyma się klamki w drzwiach.
     Zatrzymujemy się.
     — Wysiadaj — mówię. Patrzy na mnie niepewnie. — Muszę jechać tak, jak mi się podoba.
     — Ale ty nie umiesz jeździć!
     Nie rozumie, że dokładnie wiem, gdzie jestem i co robię, i mowy nie ma, żebym z tego zrezygnowała.
     — Beck. Wysiadaj — powtarzam.
     Być może to sposób, w jaki wypowiadam jej imię, może to mocne k. Widzę jej przerażoną minę, gdy potulnie wychodzi z samochodu i zamyka za sobą drzwi. Nie oglądam się, żeby zobaczyć, jak tam stoi i na mnie patrzy. Jadę szybciej, gonię wiatr, a może staję się wiatrem, szybkością, wszystkim wokół, niebem
.

Tripp Dawn, Georgia. Powieść o Georgii O'Keeffe, ikonie sztuki współczesnej,
przeł. Maria Smulewska, Rebis, Poznań 2017.
(wyróżnienie własne)

*

Eduard J. Steichen, Rodin — Le Penseur, 1905.

*

Baron A. de Meyer, Still Life, 1908.

*

Karl F. Struss, Over the House Tops, 1912.

*

Paul Strand, Photograph, 1917.

*

Eduard J. Steichen, Bartholomé, 1903.

My [Stieglitz’s] photographs are ever born of an inner need — an Experience of Spirit. I do not makepictures’ […] I have a vision of life and I try to find equivalents for it sometimes in the form of photographs. It’s because of the lack of inner vision amongst those who photograph that there are really very few true photographers. The spirit of my ‘early’ work is the same spirit of my ‘later’ work. — Of course, I have grown, have developed, ‘know’ much more, am more ‘conscious’ perhaps of what I am trying to do. So what I may have gained in form-in maturity — I may have lost in another direction. There is no such thing as progress or improvement in art. There is art or no art. There is nothing inbetween.

*

Stieglitz was always more interested in the present and the future than the past. […] He always sought growth and development, vitality and intensity rather than habit and stagnation, and looked for the ultimate truth to be found in freedom of experience, whatever the medium. Art had to add something new to what had gone before. It had to change the things, otherwise it was not art. Every man with a message deserved to be heard. Stieglitz had more messages than most.

Pam Roberts, Alfred Stieglitz, Camera Work.
The Complete Photographs 1903–1917
,
Taschen, Köln 2018.

piątek, maja 11, 2018

2861. Na odwyk

Kłopoty, trudności i problemy cucą, przynajmniej chwilowo wyrywają nas ku rzeczywistej rzeczywistości. Terapia zaś ma własności trzeźwiące, wiem.

Ta książka trafiła do mnie przez przypadek (jesteś pewna?), jakim było odnotowanie przez mojego wewnętrznego kornika książkowego trzydniowych urodzin publio — obłowiłam się.

I olśniła mnie, że można być uzależnionym nie tylko od substancji czy zachowania, ale również od idei; od pomysłu, jaki ma się na siebie. I olśniło mnie, że moją używką jest krytyk wewnętrzny — tak „pięknie” reguluje emocje.

     — Głupia jesteś!
     — To też, ale nie tylko. Masz wybór: możesz być sprzymierzeńcem, możesz być przytomnym doradcą, ale, stary (!), używką to już nie. Wystarczy.
     — Żartujesz?
     — Nie. Starczy już tego ćpania. Odwyk.

*

Oczekiwałeś, że coś nadejdzie z zewnątrz i pojawi ci się jak archanioł, ale podobny do ciebie. Czy jego odwiedziny dałyby ci jednak więcej niż któregokolwiek z sąsiadów? Zauważyłem, że kim innym jest człowiek biegnący do chorego dziecka, ten, co biegnie do ukochanej, i ten, co biegnie do pustego domu, choć w danym momencie wydają się podobni do siebie; stałem się więc spotkaniem i brzegiem wyłaniającym się z głębi istniejących rzeczy, i wszystko się odmieniło. Jestem zbożem, które wyrasta poza polem, człowiekiem, który wyrasta z dziecka, źródłem, które pojawia się wśród pustyni, diamentem, który pojawia się wśród ciężkiego znoju.
     Przymuszam cię, żebyś w sobie zbudował dom.
     Kiedy dom będzie gotowy, przyjdzie zamieszkać w nim ten, kto w twoim sercu położy płomienną pieczęć.

// Antoine de Saint-Exupéry, Twierdza, przeł. Aleksandra Olędzka-Frybesowa.

*

Trzeźwienie jest fajne, ale jednocześnie dostrzega się mnóstwo rzeczy. […]
     Nagle dostrzegam, jak piękne jest życie, i chcę długo i zdrowo żyć
.

*

     — Musicie uważać na czynność, która zaczyna dominować w waszym życiu, bo to jest taka sama zależność – mówią terapeuci.
     Na jednym z odwyków był mężczyzna, który po odstawieniu alkoholu uzależnił się od basenu. Pływał trzy razy dziennie siedem dni w tygodniu kosztem pracy i rodziny. Dla Eli jest to sen. Ja nic takiego nie mam, choć pytali mnie, ile godzin dziennie spędzam przy komputerze
.
Po odstawieniu substancji trzeba sobie koniecznie znaleźć interesujące zajęcia, jakąś pasję, ale nie wolno robić tego obsesyjnie, bo to też jest nałóg.

*

Jakakolwiek substancja to nie jest pomoc. Jeśli się korzysta z substancji z przekonaniem, że ona pomaga, to jest to pierwszy krok do strat.

*

Nie wyobrażałam sobie roku wyjętego z życia. A przecież pobyt na odwyku to także życie.

*

     — Dawniej tego nie widziałam — mówię.
     — Jak to jest żyć z otwartymi oczami? — pyta terapeutka
.

*

     — Dam wam taki przykład. Jedziecie samochodem i nagle słyszycie dochodzące stuki-puki. Co robicie?
     — Zatrzymuję się i sprawdzam, co się dzieje — mówię.
     — To jest optymistyczne normalne działanie — stwierdza terapeutka. — Osoba uzależniona, kiedy słyszy stuki-puki, dąży do wyeliminowania nieprzyjemnej sytuacji. I co robi? Włącza radio. Kiedy stukania się nasilają, podgłaśnia radio. One trwają i może dojść do wypadku, ale kierowca już ich nie słyszy, więc jest uspokojony. Rozumiecie?
     Rozumiemy
.

*

[…] trzeźwieję i do głosu dochodzą różne obawy i lęki tłumione przez lata. Trzeba się nauczyć radzić sobie z nimi. Cieszyć się wolnością od […].

*

Na terapii mówię o ubocznych skutkach trzeźwienia, jakimi są emocje. Byłam ich pozbawiona przez ostatnie dziesięć lat.
     — Ale skutki uboczne są nieprzyjemne – mówi terapeutka.
     — Najczęściej pojawia mi się lęk. O zdrowie.

     […]
     — Trzeźwienie to proces. Nie wystarczy być abstynentem. I koniecznie trzeba nauczyć się radzić sobie z emocjami — mówi terapeutka.

*

Życie pana Piotra było jak jeden dzień. Codziennie to samo. Aż do pójścia na odwyk. Ma siedemdziesiąt pięć lat.

*

Nikt mnie tu na siłę nie trzyma. Ale ciekawa jestem, co dalej. Mimo wszystko.

Katarzyna T. Nowak, Rok na odwyku. Kronika powrotu,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)

2860.

uwaga. gdzie jest twoja uwaga?
przy czym ona teraz jest?

co zauważasz? co robi na tobie wrażenie?

czwartek, maja 10, 2018

2859.

moje zdolności cierpią na dwubiegunówkę.

(2855+2+1). Inspironka (II)

Które cytaty chcę mieć pod ręką? Za dużo.
Które obrazy chcę mieć pod ręką? Za dużo.

Nie było łatwo przebierać, wybierać, wybrać.

Za dużo! Na dwa wpisy w sam raz.
Potrzebuję wszystkich tych słów, wszystkich tych kolorów i wrażeń.

Georgia O’Keeffe, Evening Star IV, 1917, (źródło).

*

— Prawo robi z małżeństwa okropnie długą sprawę — mówię mu. — Czasami lepiej związać się z kimś w sercu.

*

Mogę przecież dać im tylko jedną radę: Chcesz być artystą? Idź do domu i pracuj.

*

— Panno O’Keeffe, pracuj panna lepiej porządnie w tej swojej szkole, żebyś miała na czynsz.
— Nic pan nie rozumie — mówię mu, wskazując mój obraz. — To jest moja praca. W szkole tylko zarabiam na chleb
.

*

Georgia O’Keeffe, From the Lake, 1924, (źródło).

*

Ale prawdą nie jest to, że artysta pojawia się na świecie z dnia na dzień. To po prostu bzdura. W rzeczywistości stoją za tym lata ciężkiej pracy i doświadczenia.

*

Gdy spogląda się wstecz na swoje życie, zawsze widzi się te chwile — czy to prawdziwe, czy wymyślone, po latach nagle tak zupełnie oczywiste — kiedy stało się na rozdrożu, kiedy można było dokonać innego wyboru. I wie się już wtedy, jak wysoką cenę zapłaciło się za ten wybór.

Tripp Dawn, Georgia. Powieść o Georgii O'Keeffe, ikonie
sztuki współczesnej
, przeł. Maria Smulewska,
Rebis, Poznań 2017.
(wyróżnienie własne)

*

1944, (źródło).

(2855+2). Inspironka (I)

Skończyłam tę książkę dwa dni temu, ale nie mogłam przestać przeżywać malarstwa Georgii O’Keeffe. Grzebałam, łaziłam, wyszukiwałam, znajdowało mnie to i owo — nie miało to końca. To po prostu wspaniała historia, wspaniałe życie — jedno i drugie inspirujące, by nie ustawać nigdy! Możesz utknąć — na pewno utkniesz, nie traktuj tego jako wymówki, nie ustawaj!

Rozdałam wszystko. Kobieta, która nic nie zachowuje. Kobieta, która oddaje wszystko, aż zostaje jej tylko jutrzejszy dzień. Teraz wszystko zależy już tylko ode mnie — to ja decyduję, co im dam, żeby mogli tworzyć sobie rozumienie tego, kim jestem.

*

Każdego ranka piję kawę w zimnej ciszy domu. Gdy światło wgryza się w krawędź rzeczy, czuję cichą radość. Wiem, że nie będzie w moim dniu niczego, co nie byłoby moje.

*

Pryska ta piękna, cenna chwila. Jeden jej ułamek przechodzi w drugi i zaczynam rozumieć, że to tu ukrywa się życie — w tym nienazwanym czasie między jednym momentem a drugim, gdy nie wypełnia cię żadna myśl, żadna świadomość.

*

Budzę się raptownie, czuję jej obecność, czuję to pragnienie z dzieciństwa, by przełamała własną surowość i mnie zauważyła, pokochała. Piękna. W półświetle poranka zostaje mi to senne słowo. Jesteś piękna. Słowa, których nigdy nie wypowiedziała.

*

Na sali jest pięćset kobiet – morze twarzy. Mówię im, że to ważne, by zarabiać na swoje utrzymanie, by ciężko pracować, by myśleć o sobie jako o niezależnej jednostce, która ma swoje przywileje i obowiązki, a jednym z najistotniejszych jest samorealizacja.

*

Georgia O’Keeffe, Oriental Poppies, 1928, (źródło).

*

Nie ma tu miejsca na zabawę. Rygor, równowaga, jasność. To opowieść o krawędziach. To opowieść o tym, jak coś tak niestałego jak płatek lub fala może mieć tak jasno określoną krawędź.

*

Nikt nie rozumie, że to, co najbardziej magiczne i wspaniałe, kryje się tam, gdzie nikt nie patrzy.

*

[…] w sztuce ważniejsze jest odczuwanie. Chodzi mi o to, żeby osoba patrząca na obraz, który namalowałam, czuła to, co pchnęło mnie do jego namalowania. Kiedy maluję kwiat, nie maluję go tak, jak go widzę, ale ważna jest dla mnie jego istota. Eliminuję wszelkie nieważne szczegóły. Maluję go tak, jak chcę, by go odczuwano.

*

A gdyby tak wziąć ten prosty kwiat i skupić się na jego kształcie? Co się stanie, jeśli nie pokażę natury ujarzmionej, ale coś zupełnie innego?

*

     — Chcę namalować kwiat. Taki jest sens tego malowania. Chcę namalować kwiat tak wielki, że ludzie nie będą mieli wyjścia, będą musieli się zatrzymać, spojrzeć na niego i naprawdę go zobaczyć, taki, jaki jest. Taki, jak chcę, by go widziano.
     Milczy, powoli moje słowa docierają do niego.
     — I to właśnie w tobie kocham.
     — Co niby?
     — To, że wiesz, czego chcesz
.

*

[…] ta nienazwana część Ciebie jest częścią mojej duszy.

*

Georgia O’Keeffe, Blue and Green Music, 1919/1921, (źródło).

*

To tylko linie, mówię sobie, gdy wyciskam farbę na paletę — jasne plamy kolorów, światło odbija się od szkła. To tylko linie — i kąty między nimi. A jednak kryje się w nich jakiś duch.

Tripp Dawn, Georgia. Powieść o Georgii O'Keeffe, ikonie
sztuki współczesnej
, przeł. Maria Smulewska,
Rebis, Poznań 2017.
(wyróżnienie własne)

niedziela, maja 06, 2018

2855. Po majówce, w trakcie książki

Alfred Stieglitz. To imię i nazwisko wyjęłam z Poniedziałkowych dzieci. Alfred Stieglitz, coś Ci to mówi? — zapytałam na początku majówki Sadownika. Oczywiście, że mu mówiło. Mnie nie mówiło nic, chociaż Georgia O’Keeffe uwielbiana jest przeze mnie od lat.

Klik, klik… znalazły mnie dwa zdjęcia Georgii od których przez całą majówkę oderwać się nie mogłam.

fot. Alfred Stieglitz, 1920, (źródło).

Klik, klik… pod koniec majówki, „prześladowana” przez zdjęcia, zatrzymałam się wiedziona ciekawością, czy jest jakaś książka o życiu Georgii… Klik, klik…

czy Autorem zdjęcia jest Stieglitz? nie wiem.
w którym roku zostało zrobione? nie wiem.
(źródło).

*

(łzy jak grochy)
Jabłoń:
(wczoraj w drodze do domu)

Sadownik:
(z lekkim przerażeniem)
Co się stało?!?

Jabłoń:
Nic. Czytam.

*

Czytałam i czytam powolutku.
Te zdjęcia wciąż we mnie pracują.
Pracują mocno i pięknie.
Nie śpieszę się.

Mówił, że czekał na mnie od dawna. Że zawsze wiedział, iż muszę gdzieś tam istnieć.

*

     — Aha — słyszę. — Tak. Nie wiem, o czym myślisz, ale trzymaj się tej myśli. Nie ruszaj się. Nie mrugaj. Nie oddychaj.
     Zgrzyta migawka. Liczę. Liczę. To tak długo trwa. Choć na swój sposób przyjemnie jest tak się zupełnie nie ruszać. Zamrzeć jak kamień. Gdzieś tam głęboko pod skórą serce wali mi tak głośno, że jestem pewna, że i on to słyszy. Czuję na sobie jego wzrok, gorące ciemne oczy skryte za aparatem. Moje ciało go czuje.
     — Georgia — szepcze. — Nie ruszaj się
.

*

Rozcinam sznurek, wyciągam je z paczki i widzę jakąś kobietę — ostre rysy twarzy. W pierwszej chwili w ogóle jej nie poznaję. A potem się zakochuję. Nie w nim. Jeszcze nie. Ale w tej kobiecie z jego fotografii — w tym zagadkowym, niemal zwierzęcym spojrzeniu jej oczu; w mieszance nieposkromionej ambicji z pożądaniem.
     Nigdy mu tego nie powiem. Nie tak ostro w każdym razie, jak to czuję w tej chwili. Wiele lat później opowiem pewną wersję tej chwili
.

Tripp Dawn, Georgia. Powieść o Georgii O'Keeffe, ikonie
sztuki współczesnej
, przeł. Maria Smulewska,
Rebis, Poznań 2017.
(wyróżnienie własne)

2854.

w tę i we w tę.
wte i wewte.

*

idąc tam.

*

idąc stamtąd.

fot. Kaan, fragment.

2853. Pod włos

Już. Mogę zająknąć się w sprawie tej książki. Mogę, bo dotarła szczęśliwie do wszystkich kociarskich rąk, do których chciałam, by trafiła.

Kot to nie pies — niby oczywistość, ale uchwycić najdrobniejsze niuanse kociej filozofii to już sztuka. I jest ona i w kresce, i w słowie, i między wierszami w całej tej książce. Na każdej stronie.


Kilka krótkich przeciwko śmierci

Tak bardzo próbowałem zainteresować cię
czymś innym — martwą naturą, polityką,
komarami, sobą. Umyślnie na krawędzi
biurka stawiałem kubek z kawą,

przechodziłem na czerwonym, wdawałem się
w bójkę i traciłem wątek. Służyłem ci
wiernie, paląc trzy paczki dziennie
i czytając francuskich filozofów.

Ale nie. Ty oczywiście musiałaś zrobić
po swojemu — uderzyłaś w kota, który był
ci pomocnikiem. Przesadziłaś i to zasadniczo

zmienia rozmowę. Sprawa stała się osobista.
Nic większego wcześniej do ciebie nie miałem,
ale teraz idziemy na solo
.
*
Gdybym […]
a ogona bym nie miał,
[…]

[…]

Ogon dobry jest,
cierpliwy jest.

Wszystko znosi,
wszystko przetrzyma
.
*
Wczoraj byłem nieśmiertelny,

a przynajmniej zwinny, celny —
nie podskoczył pies ni człowiek.
Dzisiaj tylko chcę być dzielny,

życiu nadać rys subtelny,
tak mi się złożyło bowiem:
wczoraj byłem nieśmiertelny
dzisiaj tylko chcę być dzielny
.

*



Tomasz Majeran, Koty. Podręcznik użytkownika, ilustr. Pola Dwurnik,
Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2017.
(wyróżnienie czerwone własne)



(źródło)

sobota, maja 05, 2018

2852. Wracając

Polowałam. Upolowałam. I chapnęłam. I były łzy przez szczery rechot z rzeczy, które nie do śmiechu wcale. Ta książka wraz z książkami (w kolejności chronologicznej drzewnego czytania) prof. Snydera (I, II, III) i dr. hab. Macieja Gduli (tu) to według mnie obowiązkowa trylogia na ten czas.

Uderz w stół, a nożyce… Do pracy nad sobą biorę mistrzowski rozdział o autorasizmie — dał mi do myślenia i czucia — bo autorasizm niezdiagnozowany do dziś miałam od pokoleń.

Polskość, bycie Polakiem to nie jest kategoria genetyczna czy rasowa, ale pewien wyuczony modus operandi, pewien zespół praktyk, sposobów życia. A to daje nutę optymizmu: bo skoro to jest wyuczone, to można się tego oduczyć.

*

[…] nie ma i nigdy nie było żadnego twardego jądra polskości. Jest tylko niezmordowana, codzienna praktyka robienia i myślenia rzeczy, którą to praktyką sami siebie kształtujemy. To od niej wszystko zależy, jej zawdzięczamy wszystko, co nam się udaje, ona jest winna wszystkiemu, co nam się nie udaje.

*

[…] samo nazwanie problemu jest już pierwszym krokiem do jego rozwiązania. […] Granice naszego języka są granicami naszego świata, a praktyka uczy, że bardzo trudno jest poradzić sobie z czymś, co nie ma nazwy. Jeśli brakuje nam słów i pojęć, to możemy męczyć się z czymś przez pokolenia, nie rozumiejąc, na czym w ogóle polega problem.

*

Wszystkim nam niezwykle trudno przychodzi zrozumienie, że inni ludzie naprawdę widzą świat inaczej. […] Nikt się nie kwapi, żeby spróbować przyjąć punkt widzenia drugiej strony, więcej, nikt się nawet nie kwapi, żeby przyznać, że on w ogóle istnieje.

*

Banałem jest już obserwacja, że po polsku „idziemy na kompromis”, czyli wycofujemy się, rezygnujemy, poddajemy, podczas gdy w krajach anglofońskich we reach a compromise — kompromis osiągamy, zdobywamy, wypracowujemy. U nas kompromis jest czymś negatywnym, jest porażką i niespełnieniem, a dla Amerykanina jest on z gruntu pozytywny, jest konstruktywnym porozumieniem stron.

*

Trudno nam się pogodzić z tym, że będziemy tylko na tyle dobrzy, na ile sobie do tego stworzymy warunki.

*

Niełatwo jej [Rzeczypospolitej Polskiej] zrozumieć, że koszty bezgotówkowe też są kosztami. […] Nie potrafi przeliczyć pośpiechu i nerwówki na pieniądze, a w szczególności nie umie zrozumieć, że czas na cywilizowane przygotowanie się jest takim samym towarem jak wszystko inne — towarem, który można, a czasami po prostu trzeba sobie kupić.

*

[…] równość wobec prawa jest w Polsce fikcją. Bogatym i bardziej uprzywilejowanym wolno więcej, a biednym mniej. Tych pierwszych chroni prawo, a zwyczaj mówi, że tych drugich nie chroni nic.

*

Nie umiemy walczyć naprawdę wspólnie, czyli różnymi głosami domagać się tego samego. […] Pluralizm różnych głosów mówiących o tym samym jest dla nas trudnym do przyjęcia absurdem.

*

Uważamy, że obywatele Polski są ludźmi gorszymi, mniej wartościowymi i zasługującymi na mniej niż obywatele państw zachodnich. Autorasizm to nasza skłonność do samoponiżenia, nielubienia siebie samych, niechęci do tego, kim jesteśmy i co robimy.
     […] Niby rozumiemy, że w dzisiejszym wielobiegunowym świecie każdy jest „skądś” i każdy jest „jakiś”, ale nie umiemy odnieść tego do samych siebie. Dajemy innym społeczeństwom prawo do bycia sobą, ale sobie samym — nie. […] Nie umiemy zaakceptować swojej odrębności i specyfiki, nie wiemy, jak polubić samych siebie. Wydaje się nam, że ktoś od nas stale oczekuje, że przestaniemy być sobą. Mamy poczucie, że naszym obowiązkiem — wobec innych społeczeństw i wobec świata — jest zanegować samych siebie.

*

Autorasizm, jak każdy rasizm, zaczyna się od umniejszania, a przechodzi do odczłowieczania. […] Bezproblemowo i samorzutnie sami siebie uznajemy za obcy gatunek.

Piotr Stankiewicz, 21 polskich grzechów głównych,
Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

czwartek, maja 03, 2018

2848. Ta kobieta (II)

Na dzień dobry zakochałam się w zdjęciu na okładce, a potem był już tylko bezmiar uczuć, łez, wzruszeń i zamyśleń.

Dużo w tej książce kawy. Inspirująco dużo książek, autorów, sposobu czytania, sposobu patrzenia na świat, czerpania inspiracji, oswajania tego, co niesie życie. Starałam się tę książkę pić wolno, najwolniej jak się da. Delektowałam się, rozgrzeszając się ze swoich osobistych przyzwyczajeń i rytuałów.

Mój stolik, stojący pomiędzy ekspresem do kawy i frontowym oknem, daje mi poczucie odosobnienia, mogę się tu wycofać w swój prywatny świat.

*

     — Przepraszam, to mój stolik.
     — Zarezerwowała go pani?
     — No nie, ale to mój stolik
.
     […] Wzruszyłam ramionami i usiadłam przy innym stoliku w nadziei, że przeczekam tę babę. […] Wyjdzie, pomyślałam. Ale nie wyszła. […]
     — Takie mroczne myśli, a wszystko z powodu stolika w kącie sali — odezwał się mój wewnętrzny Gadający Świerszcz.
     — Och, nie ma o czym mówić — powiedziałam. — Niech drobne przyjemności życia sprawią tej pani rozkosz.
     — Dobrze, dobrze — odezwał się świerszcz.
     — I niech kupi sobie los na loterii, i niech to będzie los wygrywający.
     — To już przesada, ale niech tak się stanie.
     — I niech zamówi sobie tysiąc takich torebek, jedną piękniejszą od drugiej, niech FedEx dostarczy je i niech ją nimi zasypie, i niech to babsko uwięźnie między nimi jak w hurtowni bez jedzenia, wody i komórki.
     — Wychodzę — powiedziało moje sumienie.
     — Ja też — odparłam i wyszłam na ulicę
.

*

Może nie potrafimy wyciągnąć człowieka z zadumy ani znaleźć zakurzonej ostrogi, możemy jednak pozbierać kawałki snu i odzyskać go w unikatowej całości.

*

Staramy się tu pozostać, chociaż duchy usiłują nas dokądś stąd odciągnąć. […] W moich myślach wszystko jest możliwe. Życie leży u stóp rzeczywistości, wiara na jej szczycie, a mieszkający pośrodku impuls twórczy przenika wszystko. Wyobrażamy sobie dom, prostokąt nadziei.

*

Czy zaginione przedmioty płaczą po nas? […] Dlaczego gubimy rzeczy, które kochamy, a wyniosłe i nonszalanckie przedmioty lgną do nas i staną się miarą naszej wartości, kiedy nas już nie będzie?

*

To są nasze czasy”, powiedziałam sobie. Ale nie jesteśmy w nich uwięzieni.

*

Wystarczy mi to, co mam”, powiedziałam sobie.

*

Tak naprawdę niczego nie można skopiować. Miłości, klejnotu, nawet jednej linijki wiersza.

*

Często tak bywa, że z czasem utożsamiamy się z ludźmi, których kiedyś nie rozumieliśmy.

*

[…] pożądałam tego okrycia. Rankiem w moje urodziny poeta powiedział mi, że nie ma dla mnie prezentu.
     — Nie potrzebuję prezentu — odparłam.
     — Ale ja chcę ci coś dać, wszystko, co chcesz.
     — W takim razie chcę twój czarny płaszcz.
     Uśmiechnął się i dał mi go bez wahania i żalu. Za każdym razem, kiedy go wkładałam, czułam się sobą
.

*

Przemiana duchowa to cudowna rzecz, bez względu na to, jak się ją osiąga.

*

Nie miałam pojęcia, czy kantata Bacha jest dziełem genialnym, ale maniakalne zamiłowanie kompozytora do kawy w czasach, kiedy patrzono na nią nieprzychylnie, uznając ją za narkotyk, jest powszechnie znane.

*

Jak to jest, że nigdy do końca nie rozumiemy naszej miłości do ludzi, dopóki nie odejdą?

*

     — I tobie się wydaje, że masz jakieś problemy — odezwał się do mnie posąg.
     — Wszystkie prądy prowadzą do pana, panie Tesla.
     
[…]
     — […] Jestem wytrącona z równowagi, nie wiem, co jest nie tak.
     — Zagubiłaś gdzieś radość — odpowiedział bez wahania. – A bez radości jesteśmy jak martwi.
     — Jak mam ją teraz odnaleźć
?
     — Znajdź ludzi, którzy ją mają, i kąp się w ich doskonałości.

*

     — To nie nauka, to poezja!
     Zastanowiłam się przez chwilę. Czym są teorie matematyczne i przyrodoznawcze, jeśli nie propozycjami pewnych wizji
?

Patti Smith, Pociąg linii M, przeł. Maciej Świerkowski,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
(wyróżnienie własne)

2847. Dzień 5.

esemes nieodczytany.
połączenie nieodebrane.
rozmowa nieodbyta.
spotkanie nieumówione.
plan niewykonany.
pytanie niezadane.
odpowiedź nieudzielona.
wolność wyboru.
i czas.
*

środa, maja 02, 2018

2846. Dzień 4.

W drodze na kawę…

2845. Urlopownik

Antenka bardzo lubi pisanie tego Autora. Z tego też powodu przymierzam się od miesięcy do jego najnowszej książki, ale wciąż jest na cyfrowym stoliczku. Nadarzyła się urlopowa okazja upolować (za grosze?) i machnąć (przewertować?), to upolowałam (w cenie, która uwzględnia, że czasem zgniłki trafić się mogą, bo mogą) i machnęłam (przeczytałam), i zachwyciłam się nawiasami w środku zdań montowanymi, które na wiele sposobów czytać można (należy?).

To była granica, której nie można było po prostu przekroczyć.
     Ona wymagała podjęcia decyzji
.

*

     — Cud — patriarcha zignorował zaczepkę. — Zdarzył się cud. I ten cud nie może wymknąć się nam z rąk.
     — Cud, Pawełku — odezwała się smutno — łatwo jest zacząć, a bardzo trudno skończyć.
     — Wiem. Sam byłem orędownikiem kilku cudów, z których nic nie zostało
.

*

Ala nie wiedziała, co szmuglowała ani w którą stronę (ze snu w jawę?) (z jawy w sen?).

*

[…] to nie miało prawa się udać. To zaprzeczało zdrowemu rozsądkowi. Pokazywało, że wiara w zdrowy rozsądek jest złudzeniem, mozolnie wypracowanym na przestrzeni wieków.

*

[…] zgromadzony tłum już przypomniał sobie o miejscu (Polska) i czasie (XXI wiek) zgromadzenia. Odnalazł się w kulturowym prądzie. Prawdopodobnie, pomyślała Anna, znowu osiadł na mieliźnie.

*

Że z każdą łzą i smarkiem upływają cenne minerały, że ma równowaga elektrolitowa stoi nad przepaścią, a może i w nią już zstąpiła.

*

     — Mamo – powtórzyła.
     Nigdy wiele nie rozmawiały. W zasadzie obywały się bez słów. Zamknięte we własnym kobiecym mikrokosmosie, do którego inne osoby nie miały dostępu. Był to mikrokosmos sprzed nazwania rzeczy po imieniu, a może nawet pozbawiony rzeczy
.

*

Anna potrafiła zidentyfikować tylko kilka gatunków, zależnie od zwisających atrybutów: z żołędziami — dęby, z szyszkami — sosny, z lampkami świątecznymi — choinki, z gruszkami — wierzby. Ostatecznie nie była dendrologiem, tylko neurologiem. Drzewa liściaste przypominały jej przerośnięte neurony. Oparła się, według własnej terminologii, o omszały akson, a pomiędzy rozłożystymi dendrytami uwijały się ptasie mamy.

*

A może, pomyślała, ta historia nie została zamknięta? Nie zapadły jeszcze decyzje, co będzie prawdą, a co kłamstwem? Żeby wiedzieć, co się zdarzyło, trzeba znać zakończenie.

Ignacy Karpowicz, Cud,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)