niedziela, marca 26, 2023

4980. 85/365

tęsknota jest formą bliskości.

nie każdą tęsknotę można przemienić w obecność czy dzia­ła­nie. każda jest jednak przywilejem — opo­wiada historię, która nas buduje.

85/365

Ritual, Josephine,
Emeline Rochefeuille & Jakub Jakoubek (tancerze).

[suplement pikselowy: 13.04.2023]

4979. Czekariat (XXXVIII)

Niezmiennie nabieram się na pierwsze wrażenie. Nie, to nie jest grafika, to nie jest tkanina, lecz cyk zrobione przez Saxifragę w górach w ostatni ponie­dzia­łek. Poruszona czekałam na właściwe słowa.


fot. Saxifraga.

W górach każda myśl, albo jej brak, była czymś, co smakowało dobrze. Ruszyłem dalej. W górę, w głąb.

Dominika Kluźniak, Miejsce,
Helion, Gliwice 2019.

sobota, marca 25, 2023

4978. 84/365

dla mnie motyl* to
nie tylko motyl. lecz
posłaniec, wysłannik.
wiadomość.

84/365

_________
  *  szczególnie dziś, w 99. dniu nieodwracalnego.


fot. Hawwa, fragmenty.

*

Gabriel Fauré, Pavane op. 50.,
Jorge Federico Osorio (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #22.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

piątek, marca 24, 2023

4977. 83/365

każdy ma swoją wersję zna­czą­cych frag­men­tów historii swo­jej ro­dzi­ny: faktów, wy­da­rzeń i spo­tkań, intencji, prze­mil­czeń i uści­sków. gdyby tylko cho­dzi­ło o sło­wo prze­ciw słowu, ale w grę wcho­dzi uczucie przeciw uczu­ciu. nie masz szans udo­wod­nić, że nie jesteś wielbłądem.

83/365

(1198+3758+20). Ależ Flota! (II)

Jabłoń:
(w czasie, gdy jej układ nerwowy dzięki Vojcie rozgadał się
pozawerbalnie z Pati, opowiedziała historię o samochodach
)

Pati:
(po chwili do Sadownika, który
z kawą wychodził z kuchni
)
Jakim byłabym samochodem?

Sadownik:
(myślał, myślał, by wybrać)
Land Rover Defender.

Jabłoń:
(zna się na samochodach tylko
w zakresie rozpoznawania kolorów,
prosi o zdjęcie, by mieć pojęcie, i komentuje,
bo przecież wie, jak się jej pracuje z Pati
)
Hmmm, musi mieć hak!

Sadownik:
Tego nie wiem, ale
na pewno ma wyciągarkę!

Jabłoń:
(dotarło do niej, że korzystała
z tej wyciągarki wiele razy
)

*

Jabłoń:
(też dziś, ale jakiś czas później przy Rysi,
by skompletować na parkingu swój sentai
)
A Rysia, jakim byłaby samochodem?

Sadownik:
(długo nie musiał myśleć)
Renault Clio Coupe Sport
z trzylitrowym silnikiem,
małe auto, ale z niespodzianką!

Jabłoń::
(w zachwycie ma już cały swój
fizjoterapeutyczny sentai na
kołach”)

🍆

czwartek, marca 23, 2023

4975. 82/365

     — na co znów czekasz? — wrzasnął znie­cier­pli­wio­ny, pró­bując poganiać wszystko to, na co nie da się wywrzeć żadnego na­cisku.

umiesz czekać? nie chwilę, dzień czy mie­siąc lecz kwartał, rok czy całe lata czekać bez żadnych gwarancji i robić swoje?

82/365

(4972+2). cd. nastąpił

Pati:
Teraz robisz sikającego psa.

Jabłoń:
(ma już za sobą robienie kociego grzbietu)
Ej, jesteś panią z warzywniaka,
nie z zoologicznego!

Pati:
(jak zwykle przytomnie puentuje)
Próbuję się przebranżowić.

Pati & Jabłoń:
(ryknęły śmiechem)

🍆

środa, marca 22, 2023

4973. 81/365

usiadłam, by znaleźć dzisiejsze trzy zdania, a tu niemoc, bo na końcu języka mam tylko poczucie, że w ciągu dnia wydarzyło się coś bardzo ważnego.

coś, co trudno zatrzymać w słowach, uwię­zić w związ­kach fra­ze­o­lo­gicznych, znie­wo­lić w gramatyce języka.

świętuję dziś, świętuję życie per se.

81/365

wtorek, marca 21, 2023

4972. 80/365

brak kultury wobec osób z niepełno­spraw­no­ścią, który spo­tka­ł drzewko, jabłoń Rysi w skrócie zarysowała. Rysia rozbiła bank, opo­wiadając o tym, jak w towarzyskiej sy­tuacji, zapytana o za­wód, odpowiedziała, że jest fizjoterapeutką, i szybko, by unik­nąć próśb o masaż lub konsultację w sprawie ta­kie­go czy in­ne­go bó­lu, dodała, że pracuje z pacjentami neurologicznymi.
     na to interlokutor błysnął i wykształce­niem, i wielko­miej­sko­ścią, i zaściankową europejskością, i życiowym do­świad­cze­niem:
     — aaa, warzywa!

80/365

Jabłoń:
(w roli warzywa do Rysi)
Czyli jesteś panią z warzywniaka!

Rysia & Jabłoń:
(zrobiły swoje w przyzwoitym stylu,
spaliły odpowiednie mięśnie
)

[suplement pikselowy: 23.03.2023]

niedziela, marca 19, 2023

(4966+4+1). Z oazy (CXXXI)

Niedzielne odliczanie literek, cztery. Od pół roku czekałam na przyzwoitą cenę tej książki. Przyzwoitą, bo nikt mnie nie przekona, że różnica ceny między papierem a wersją elektroniczną równa dwa złote jest uczciwa. Nie jest. Czekałam i, uwzględ­nia­jąc inflancję, doczekałam się.

Obiecałam sobie już nigdy nie czekać na kolejne książki Autora. Groźnie spojrzę na wewnętrznego, sportowo zajmującego się sknerstwem, ibukosknerę, zaklnę siar­czy­ście i nie będę patrzeć na cenę, klik, klik, kupię na pniu!

Jak mogłam tak długo cze­kać na lek­tu­rę tej książki? Mogłam, bo nie miałam po­ję­cia, jaki deser obok nosa mi przechodzi.

W 2014 roku nie było komet ani znaków na niebie. W gazetach trwały jeszcze dyskusje o nowoczesnym patriotyzmie. Liberalni publicyści na­rze­ka­li, że Polacy nie umieją się cieszyć. Był to bowiem, córeczko, ulubiony temat liberalnych publicystów: obywatele ponuracy nie potrafią się ra­do­wać. Rozpamiętują minione nieszczęścia, a tu trzeba – i bach! – z rozpędem wjeżdżało piętnaście tysięcy znaków ze spacjami. Nawet spacje tryskały opty­mizmem.
     A tymczasem coś wzbierało. Coś się szykowało. Coś większego się kroiło.

🦩

„Brak mi słów” to zazwyczaj rozbieg. Nie do wiary, to już przekracza wszelkie granice, brak słów – a potem westchnienie lub wielokropek, sekunda ciszy – i proszę! Słowa jakoś się znajdują.

🦩

Ciekawostka to wiedza zatrudniona w branży rozrywkowej.

🦩

Sprawa wydaje się prosta. – Z czego składa się książka? – spytam i zaraz padnie właściwa odpowiedź – Z liter. – A jak masz na imię? Agatka? Wiel­kie brawa dla Anetki! Książka składa się z liter! Dlatego dzisiaj będziemy malować litery!
     Wszystko już naszykowane. Szary papier, kolorowe flamastry, szablony, krepina, pędzelki. […]  Jednakże, jak powiadają nauczyciele metodycy: strzeżcie się pytań otwartych.
     – Powiedzcie, bez czego nie ma książki? – zaczynam rześko.
     – Bez pisarza!
     – A jak masz na imię?
     – Stanisława.
     – Brawo, Stanisławo, świetna odpowiedź. I bez czego jeszcze, kto wie?
     – Bez papieru.
     – Bez okładki.
     – Bez pisarza. – Stanisława liczy na kolejną porcję braw. Muszę zmienić taktykę.
     – Kto wie, co książka ma na okładce?
     – Obrazek! Pingwina! Tytuł! Pisarza!
     – A z czego jest tytuł?
     – Ze słów!
     – Tak jest! Ze słów. A słowa z czego
?
     – Słowa mogą być różne. Na przykład dom, papuga albo jeszcze inne. Albo brzydkie słowa. To nie są słowa, tylko wyrazy. Ja znam trzy wyrazy. Ja pięć! Ja milion!
     – A z czego składają się wyrazy?
     – Z niegrzeczności. Albo ze złości, jak się ktoś uderzy albo jak się na ko­goś wkurzy. Arbagedon to też jest takie słowo. A czy pan ma kota? Ja mam kota.
     – A co książka ma w środku? – pytam.
     – Papier!
     – A na papierze? Takie małe, czarne, w rządkach?
     – Mrówki. Różne przygody. Na przykład o Śwince Peppie. Wesele Świnki Peppy albo jak George dostał czkawki. Czy to pan napisał o Śwince Peppie?
     – Powiedzcie, jak pisarz pisze książkę?
     – Jak pisze, to dostaje pieniądze.
     – Tak, ale w jaki sposób pisze?
     – W sposób komputerowy. Albo przy stole. Albo w drukarni. Na telefonie pisze. Ja też umiem pisać.

🦩

Wytłumacz upadek cywilizacji w jednym zdaniu. „Cywi­lizacja upadła przez wyjaśnianie wszystkiego w jednym zdaniu”.

*  *  *

Cnoty boskie podlegają modom. Bywa, że zwyżkuje wiara. Czasem na pro­wadzenie wychodzi miłość. Popularność nadziei przypada na okresy wojen i kryzysów.
     Nikt jej nie potrzebuje, gdy wszystko idzie dobrze. Nadzieja jest mar­ke­rem ciężkich czasów.

🦩

Nadzieja nie jest programem politycznym. Ani cnotą. Ani błędnym ogni­kiem. Ani nawet złym rozpoznaniem sytuacji. Bywa najwyżej okolicznością łagodzącą, przygotowanym zawczasu alibi (dość słabym, szczerze mówiąc). Dowodem wyuczonej naiwności.

🦩

Nasze triumfy – jeśli kiedyś nadejdą – okażą się połowiczne. Potrwają krót­ko i szybko zaczniemy się ich wstydzić. Nadzieja jest przepustką do obo­zu przegranych. Zwycięzcy nie potrzebują nadziei.

*  *  *

     – Zapomniałeś hasła?
     – Tak, zapomniałem hasła. Proszę, przyślijcie mi kod. Przyślijcie mi link. Przysięgam, że nie jestem robotem. Rozpoznam samochody i znaki dro­go­we. Odczytam pokraczne litery falujące na pięciolinii. Rozpoznam wszyst­ko, tylko pozwólcie mi wymyślić nowe hasło.

🦩

Pierwsze prawo śmieciowe brzmi:
każdy woli ugniatać, niż wynosić.

🦩

Biedna Ziemia. Wyklęta, wybebeszona przez koncerny górnicze, uduszona plastikiem, przysypana śmieciami. Jeszcze tu była. Gdzieś pod płytami chod­ni­kowymi, asfaltem, granitem. Nasza ofiara ukryta na miejscu prze­stęp­stwa. Gdyby naprawdę zerwać bruk, moglibyśmy ją zobaczyć.
     […]  Przyjdą upały i huragany. Będą przerwy w dostawach energii elek­trycznej, kolejki do beczkowozów, kryzys śmieciowy. Nastąpią rzeczy, które miały się nie zdarzać. Może komuś, ale nie nam. Może gdzieś, ale nie tutaj. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz.

🦩

     – Zmagasz się?
     – Czasami.

🦩

Świat nie jest szczególnie obojętny. Świat ma po prostu ograniczoną pa­mięć. Zapchaną kartę. Nie daje sobie rady z przetwarzaniem danych.

🦩

I gdyby jeszcze jakoś nazwać ten lęk i zaskoczenie, które odczuwamy, gdy potwierdzają się nasze opinie. […] Kiedy faszysta okazuje się faszystą, a za­raza – zarazą. Kiedy nie został nam już żaden bufor przesady, żaden reto­rycz­ny naddatek, kiedy jest tak, jak wyglądało, właśnie tak – groza i nic już nie można dodać.

🦩

Wspomnienia z dzieciństwa mają własny punkt widzenia, wyrazisty detal i ciasne kadry.

Marcin Wicha, Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Kiedy żółw rozrywa włókna cykorii, można uwierzyć, że wszystkie kamienie świata są w środku różowe. Mają delikatne wnętrza, płuca, wątroby, nerki. Tylko nie za­wsze są głodne.

🦩

Karpie toną w polskiej tradycji
(jak my wszyscy).

🦩

W 2019 roku wejdzie do użytku dwunasta wersja Uni­co­de. Wiele wskazuje na to, że wśród emotikonów po­ja­wi się różowy flaming. Ptak otrzyma numer X1F9A9. Numer X1F9A5 czeka na leniwca.
     […]  Unicode najpierw wchłonął angielski, potem po­chylił się nad problemami innych alfabetów i ję­zy­ków. Ledwie skończył z ogonkami, umlautami i kre­ska­mi, a już się zabrał za znaki graficzne, za pomocą których Japończycy porozumiewają się z resztą świata.

(tamże)

(4966+4). Czekariat (XXXVII)


fot. Hawwa, fragment.

Prezenty, […]  książki i letnie wakacje. Zwierzęta i rośliny. […]
     Najlepsze rzeczy dostajemy na początku. Nie po to, żeby je potem spła­cać, tylko dlatego, że nam się należą.
     Po to, żeby­śmy pamiętali, że nam się na­le­żą. Po to, żeby­śmy wiedzieli, że zasługujemy na dobre rzeczy. Żeby­śmy nie słuchali tych, którzy mówią inaczej.

Marcin Wicha, Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.

4969. Z oazy (CXXX)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chudziutka, drobna, krótka opowieść — nie­istotna? Wciąż chudziutka, drobna, krótka, nieprzegadana opowieść o istocie czło­wieczeństwa. W podłych czasach obrony dobrego imienia patrona oprawców, jeden czyn fikcyjnej postaci ma dla mnie dużo większe znaczenie, bo dotyka potencjału, który tkwi w każdym żywym człowieku.

Swoją drogą, pomyślało mi się, gównianym jest święty, którego dobrego imienia mu­szą bronić nieświęci, bardzo nieświęci, perfidni i niebywale zepsuci ludzie. Cóż to za religia, co ma takich świętych…

Ostatnią pralnię magdalenek w Irlandii zamknięto dopiero w 1996 roku. Nie wiadomo, ile dziewcząt i kobiet ukrywano, więziono i zmuszano do pracy w tych instytucjach. Dziesięć tysięcy to skromny szacunek; trzy­dzie­ści tysięcy to prawdopodobnie dokładniejsza liczba. Większość akt pralni została zniszczona, przepadła albo odmawia się do nich dostępu. Rzadko w jakikolwiek sposób doceniano pracę dziewcząt i kobiet lub za nią dzię­ko­wa­no. Wiele z nich straciło swoje dzieci. Niektóre straciły życie. Część bądź większość straciła życie, które mogłyby mieć.

📌

     – Macie pięć czy sześć?
     – Pięć, matko.
     Podniosła się, zdjęła wieczko z imbryka i pomieszała liście.
     – Ale to na pewno rozczarowujące, mimo wszystko.
     Stała do niego tyłem.
     – Rozczarowujące? – powtórzył Furlong. – W jakim sensie?
     – Nie mieć syna, który zachowa nazwisko.
     […] 
     – Jasne, ale przecież sam noszę nazwisko własnej matki, matko prze­ło­żo­na. I nigdy mi to nie zaszkodziło.
     – Doprawdy?
     – Co ja mogę mieć przeciwko dziewczynom? – ciągnął. – Moja własna matka była kiedyś dziewczyną. I ośmielę się powiedzieć, że to samo dotyczy matki przełożonej i połowy naszego rodzaju.

📌

[…]  najłatwiej na świecie jest wszystko stracić.

📌

     – Nie przeszkadza panu sprowadzanie cudzoziemców?
     – Każdy się gdzieś urodził – stwierdził Furlong. – A Jezus to nie urodził się w Betlejem?
     – Trudno porównywać Pana Naszego do tych typków.

📌

Ludzie bywają dobrzy, przypomniał sobie Furlong w drodze powrotnej do miasteczka; rzecz w tym, żeby się nauczyć, w jaki sposób wyważyć wza­jem­ne ustępstwa, tak by się dogadać zarówno z obcymi, jak i z naj­bliż­szy­mi. Ale gdy tylko ta myśl przyszła mu do głowy, wiedział, że sama w sobie wy­ni­ka z przywileju, i zaczął się zastanawiać, dlaczego nie rozdał słodyczy ani pozostałych rzeczy, jakie podarowano mu w jednych domach, tym gorzej sytuowanym, których spotkał w innych.

📌

[…]  serce wypełniała mu ekscytacja, której dorównywał strach przed tym, czego jeszcze nie dostrzegał, lecz wiedział, że go spotka.

📌

Gdy tak szli dalej i spotykali kolejnych ludzi, których Furlong znał bądź nie, zorientował się, że zadaje sobie pytanie, jaki jest sens żyć, nie poma­ga­jąc sobie nawzajem. Czy to możliwe, żeby iść przez te wszystkie lata, de­kady, przez całe życie, nie zdobywszy się ani razu na odwagę, by przeciw­sta­wić się temu, co tam jest, a mimo to nazywać się chrześcijaninem i pa­trzeć na siebie w lustrze?

📌

[…]  strach górował w nim nad pozostałymi uczuciami, ale w głębi swego głupiego serca nie tylko miał nadzieję, lecz naprawdę wierzył, że dadzą sobie radę.

Claire Keegan, Drobiazgi takie jak te, przeł. Krzysztof Cieślik,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.
(wyróżnienie własne)

4968. Z oazy (CXXIX)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Nijak nie umiem wrócić do miejsca, w którym zdecydowałam się na przeczytanie tej książki. Powód, motywacja, to coś, co mnie pchnęło w objęcia tych dwóch opowieści, pozostanie dla mnie tajemnicą, a próba podążania za cieniami motywów, które przyświecały sięgnięciu po tę lekturę, mogą być tylko marną formą autosugestii lub usprawiedliwiania się.

To książka o grawitacji rodzinnej. O niewidzialnej sile oddziaływania na nasz spo­sób myślenia i działania. O ciążeniu na naszym losie losów tych, których nie spo­tka­li­śmy, a z którymi łączą nas korzonki drzewa genealogicznego. O powtórzeniach, o echu zamierzchłych wydarzeń. I znów, do znudzenia: choć nigdy nie dzieliliśmy ze znakomitą większością swoich antenatów tego samego punktu w czasoprzestrzeni, życie łączy nas z nimi w pokrętny i uparty spo­sób.

To książka, po której przez chwilę myślisz o swoich. Ale też okazja, by wrócić i mieć już zawsze pod ręką ukochany kawałek Brubecka.

Właśnie wyprowadziłem się z ojcowskiego domu, z ojcowskiej religii, z oj­cow­skie­go sztywnego świata. I bardzo doceniałem, że Carlos, zamiast mnie besztać, opowiada mi zawsze o Armstrongu, Coltranie, Parkerze, Monku i Mingusie, i Brubecku.

The Dave Brubeck Quartet, Take Five.

*

[…]  przyszło mi do głowy, że teza o judaizmie, który ma się we krwi, o judaizmie nie jako religii, tylko jako materiale genetycznym, że ona brzmi tak jak tezy Hitlera.

*

[…]  i – sam nie wiem dlaczego – zacząłem myśleć o pianiście jazzowym Davie Brubecku i jego polskim tournée. W marcu 1958 roku amerykański rząd sfinansował Brubeckowi trasę obejmującą dwanaście koncertów w siedmiu polskich miastach. Taki rodzaj muzycznej czy też kulturalnej dyplomacji w samym środku zimnej wojny. Emisariusz amerykańskiego stylu życia. […]  Brubeck przemierzył wtedy Polskę razem ze swoim słyn­nym kwartetem i żoną Iolą i podczas ostatniego koncertu, w Poznaniu, kie­dy publiczność poprosiła go o bis, wyszedł na scenę, by po raz pierwszy za­grać kawałek zatytułowany Dziękuję (właśnie tak, po polsku), który na­pi­sał czy ułożył w głowie tego samego dnia, kiedy jechali z Łodzi pociągiem. […]  Brubeck twierdził, że to jego hołd dla Chopina.

*

[…]  mur to fizyczna manifestacja nienawiści do kogoś innego. Manifestacja namacalna, konkretna, która stara się nas od tego innego odgrodzić, od­dzie­lić, wyeliminować innego z naszego życia i świata. Ale zarazem jest to manifestacja pod każdym względem bezużyteczna: jakkolwiek wysoki i gru­by wzniesiono by mur, jakkolwiek długi i ogromny by był, nigdy nie będzie stanowił zapory nie do przejścia. Mur nigdy nie okazuje się większy niż duch człowieka, którego odgradza. Bo obcy dalej tam jest. Obcy nie znika. Obcy nigdy nie znika. Obcym dla obcego jestem ja. Ja i mój duch. Ja i moja wyobraźnia.

*

Nikt mnie nie pozdrawiał. Nikt się nie uśmiechał. Ale także nikt nie spusz­czał wzroku. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, wszyscy, prze­cho­dząc obok, patrzyli prosto na mnie, ale w ich spojrzeniach nie było niczego oce­nia­ją­cego, nie było żadnej emocji ani ciekawości, nawet nie zwracali uwagi na mój jaskrawy róż. Jakby dla Polaków spuszczenie wzro­ku stanowiło ozna­kę tchórzostwa. Jakby dla Polaków ten, kto ostatni spuści wzrok, kto ostatni zamruga, stawał się zwycięzcą jakiejś gry. I to gry bardzo ważnej. Gry o bezlitosnych zasadach. Gry między dwoma ślepymi przechodniami, którzy nie mają świadomości, że stawką jest ich życie.

*

Każdy decyduje, jak się chce uratować, stwierdziłem. Czy dzięki doktrynie fundamentalistycznej, czy za po­mocą serii bajek i alegorii, czy może za po­mo­cą księgi pełnej zasad, norm i zakazów, czy może w przebraniu pol­skie­go drwala, niemieckiego żołnierza, katolickiej dziewczynki albo orto­do­ksyj­ne­go Żyda, czy może w samolocie, w tchórzliwy i wyśniony sposób. Jak­kol­wiek, w najbardziej sensowny sposób, tak żeby najmniej zabolało. Tamara patrzyła na mnie jeszcze smutniejsza niż wcześniej. Choć tak na­praw­dę to wszystko kłamstwa, powiedziałem. I wszyscy wierzymy w nasze własne kłamstwa, powiedziałem. I wszyscy czepiamy się imienia, które naj­bardziej nam pasuje, mówiłem.

*  *  *

Nieważne, czyja to była wina, powiedział. W jego głosie wyczuwało się wię­cej smutku niż złości, więcej rozczarowania niż bólu.

*

Zawsze bardziej przerażała mnie ludzka obojętność na grozę niż sama groza.

*

Wszyscy zawsze uważaliście, że to moja wina, krzyknęła ciotka Lynda z rę­ką w powietrzu, jakby przysięgała, że mówi prawdę, albo jakby wska­zy­wa­ła tą ręką wszystkich, którzy ją obwiniali. Ale obwiniali o co?

*

Zapytałem pani Ermelindy, jakich dodała ziół czy korzonków, ale powie­dzia­ła mi tylko, żebym pił powoli, że dzięki temu zobaczę prawdę. […]  Chcia­łem zapytać, jaką prawdę albo którą z prawd, albo czyją dokładnie prawdę. […]  Pomoże panu zobaczyć pańską prawdę, odezwała się nagle ze swojego plastikowego krzesełka, jakby odpowiadając na pytania, które za­da­wałem w myślach. Trochę się wystraszyłem. […]  Nie prawdę chłopca, który się utopił, powiedziała staruszka. Tylko prawdę tego, co nosi pan w sobie, dodała. Pańską swoją prawdę, powiedziała, używając po­dwój­ne­go zaimka dzierżawczego, jak to często robią ludzie na wsi.

*

[…]  a może milczenie stanowi część jej żałoby […].

*

Pan nie jest stąd, prawda?, zapytał, znów siadając i wiosłując do tyłu czer­wo­ną rakietką. Poprawiłem sobie ponczo na ramionach i upiłem ciepłej ka­wy. Czasami jestem, odpowiedziałem z uśmiechem.

Eduardo Halfon, Klasztor. Żałoba, przeł. Tomasz Pindel,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)

4967. Z oazy (CXXVIII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Szybko, szybko, bo uwielbiam brawurę, z jaką pi­sze. Rozkoszuję się każdą sceną, w której szturcha niejedno tabu myślą, słowem i wypo­wie­dzia­mi bohaterów, któ­re padają w, wyda­wa­ło­by się, najmniej odpo­wied­nich mo­men­tach. Gdy okazało się, że przegapiałam przez wiele lat drugą, wydaną w Pol­sce książkę tego Autora, natychmiast zro­bi­łam klik, klik i rzu­ci­łam wszystkie rozgrzebane lektury.

Zachwycona, brawurowo, czyli nie ograniczając się wcale, wybrałam fragmenty, któ­re koniecznie muszę tu mieć. Ich wybór wprowadza w malutki błąd, bo sugeruje, że mało w niej psów. Tymczasem sierści w tej książce jest pod sam korek w każdym rozdziale.

Rodzina to kontinuum katastrof wyznaczanych przez śmierci i narodziny. Czas wpycha się w przestrzenie między jednymi a drugimi, rzeźbiąc hi­sto­rię. Dlatego bycie członkiem rodziny oznacza wspólnotę zarówno z żywymi, jak i zmarłymi krewnymi, ze wspomnieniami, z tym, co mogło być, ale się nie zdarzyło, z rozmowami urwanymi w pół zdania, które powta­rza­my so­bie na głos w samotności, przywołując bliskość tych, którzy już odeszli. Ży­je­my w rodzinnej wspólnocie z rozczarowaniami, które przeżyli nasi przod­ko­wie, z ich sukcesami, fantazjami i marzeniami, z kilwaterem imion, twa­rzy i wspomnień, pozostającym po każdej z tych małych katastrof.

🐾

Tajemnice. Rodzina kręci się wokół tego, co się mówi, i tego, cze­go się nie mówi, tego, co powiedziało się w odpowiedniej chwili i dzięki temu uniknęło katastrof opłakanych w skutkach, i tego, co powiedziało się w chwili nieodpowiedniej, a co spowodowało rany, które źle się zabliźniły i nie mogły się zaleczyć przez całe pokolenia. Są małe tajemnice, które miały nimi być, a które zrządzeniem losu skończyły jako wielkie sekrety […]; są inne, które były nimi przez długie lata i zagnieździły się w jakimś zakątku konstelacji rodzinnej, z nadzieją, że z czasem okoliczności ułożą się odpo­wied­nio, ktoś odgrzebie prawdę i otworzy za jej pomocą drzwi do innych prawd potrzebujących światła […].

🐾

„Członek rodziny jest jak element układanki. Kiedy go brakuje, to się za nim tęskni. Ale jeśli nie ma tęsknoty, to znaczy, że był tylko częścią rodziny, a nie jej członkiem”. To słowa babci Ester. […]  Dla mamy pies był „członkiem”, a John tylko „częścią”.

🐾

[…]  w obecnej Silvii istnieje jakiś fragment wciąż powiązany z dawną Silvią: wiara, że to, co dobre, wróci, jeśli będzie grzeczna, że Silvia, która sprząta i sprawia, że wszystko lśni, jest też zdolna oddalić lęk i ból, uniknąć tego, co złe. Z odejść i powrotów mamy narodziła się dziewczynka, która przekonała się, co to straty odrobione zaledwie w połowie, że życie to wszystko, nad czym możemy zapanować, a reszta, to, co pozostaje poza naszą kontrolą, to nie życie, to zagrożenie.

🐾

     – Dziwne, prawda? – powiedziałem do mamy, która dolewała sobie właśnie trochę mleka do kawy. – Do czego jesteśmy zdolni, żeby uniknąć bólu i tego, co złe, a co zawsze nas dopada.

🐾

     — […]  Nie słyszałeś?
     „Boże – pomyślałem. – Jak kiepsko się słyszymy, kiedy słuchamy tylko tego, co nie boli”.
     — […] 
     – Widziałaś kiedykolwiek, żeby mama zatrzymała się na ulicy popatrzeć na jakieś niemowlę albo śmiała się do jakiegoś dziecka?
     Zastanowiła się chwilę i pokręciła głową.
     – Nie.
     – Słyszałaś kiedyś, żeby mówiła, że brakuje jej wnuków ganiających po domu?
     Znowu ułamek sekundy.
     – Nie.
     Wymieniliśmy spojrzenia. „No dobrze – pomyślałem. – Wcale nie idzie tak ciężko”.
     – Ale przecież ciągle powtarza, że brakuje jej „jeszcze jednego członka rodziny” – upierała się.
     Wypuściłem powietrze nosem.
     – Emmo, nie chce mi się wierzyć, że aż tak nie znasz mamy – powiedziałem.
     Zmarszczyła czoło. Znowu.
     – O co ci chodzi?
     Wziąłem filiżankę i podniosłem do ust.
     – Bo kiedy mama mówi o nowym „członku”, nie ma na myśli dzieci – oznajmiłem. – Chodzi jej o psy.

🐾

To nie był po prostu błysk, ale coś więcej: wiązka światła, dająca zarys kształtu fragmentu układanki, którego szukaliśmy od dłuższego czasu, ale nie mogliśmy znaleźć, bo oznaczał ewentualność, której nawet nie braliśmy pod uwagę.

🐾

     – Jak długo to już trwa, mamo?
     Przewróciła oczami.
     – Oj, Fer, nie dramatyzuj. To taka głupotka – odparła, machnięciem ręki zbywając moje zaniepokojenie.
     – Jak długo?
     Westchnęła.
     – Troszkę.
     Przełknąłem ślinę.
     – „Troszkę” to znaczy ile?
     Przez chwilę chyba liczyła coś w głowie. Potem odpowiedziała:
     – No… powiedzmy z miesiąc.
     „Chryste Panie” – pomyślałem, przeprowadzając własne rachunki, żeby oszacować, ile osób mogło przez ten czas paść ofiarą ankiety matrymonialnej mamy.
     – Od miesiąca przesłuchujesz ludzi w parku, żeby znaleźć mi we­te­ry­na­rza na chłopaka?
     – Nie – odparła i zrobiła obrażoną minę z buzią w ciup. – Od miesiąca i trzech dni. Ale nie przejmuj się, żadnego ci nie znalazłam – dodała i spu­ści­ła wzrok. Zaraz jednak dorzuciła zupełnie innym tonem: – No bo nie można mieć aż takich wymagań, synku. Weterynarz, gej, blondyn, wysoki, surfer… – Wzruszyła ramionami z rezygnacją i powiedziała: – Będziemy musieli z czegoś zrezygnować. […] 
     – Fer… – zaczęła. – Chciałam cię tylko spytać o jedną rzecz.
     – Słucham.
     – No bo chyba źle cię zrozumiałam – zaczęła przepraszającym tonem. – Gdybyśmy ostatecznie mieli coś wyeliminować, to co wolisz: blondyn, wy­so­ki czy gej? – Zanim zdążyłem odpowiedzieć, dorzuciła jeszcze: – A może spróbowalibyśmy zrezygnować z tego geja?
     Oparłem się o słup ze światłami przy przejściu dla pieszych i zacząłem liczyć w myślach do dziesięciu. Kiedy doszedłem do dziewięciu, mama, któ­ra zapewne uznała, że się rozłączyłem, więc już jej nie słyszę, dorzuciła pod nosem, mogę się założyć, że patrząc przy tym na Shirley:
     – No bo jak by nie patrzeć, to bycie gejem jest najmniej istotne, prawda?

🐾

[…]  życie jest nie tyle tym,
co przez nie rozumiemy,
ile tym, co czujemy.

🐾

To tylko mgnienie oka, ale bardzo wyraźne, w tym jednym przebłysku otwie­ra się wąziutka szczelina, którą zauważamy z mamą, ale ona posta­na­wia ją zignorować, bo wie, że jeśli wpadnie w to pęknięcie, to ześliźnie się jak na sankach w dół ku czemuś, co może mieć szczęśliwe zakończenie albo nie, a strach może zdziałać więcej.

🐾

W przypadku strachu istnieje tak wiele zmiennych, że możli­wo­ści są praktycznie nieograniczone. […]  Jakaś jej część była obecna, a inna szukała wzrokiem okien i drzwi, drogi ucieczki, czego nawet ona sa­ma nie była świadoma, ale jednocześnie nie potrafiła nad tym zapanować.

🐾

[…]  zazdroszczę Silvii jej wiary: nie potrafię tak sprzątać, żeby straty prze­sta­wa­ły być rzeczywiste, nie poleruję życia, żeby blask przesłonił to, co złe, żeby krzywdy odeszły w niepamięć i nie sprawiały bólu. Gdybym po­tra­fił, gdybym wierzył, tej nocy wyszorowałbym całą ulicę gołymi rę­ka­mi, do zdar­cia paznokci, żeby nie musieć myśleć, żeby już było jutro i żeby jutro przyniosło dobre wieści. Gdybym mógł, czyściłbym raz i drugi, żeby móc się cofnąć w czasie i żeby ta noc nigdy nie nadeszła.

🐾

[…]  jeśli nie oczekujesz od życia zbyt wiele,
to najłatwiej jest mu niczego ci nie dać.

🐾

     – Możliwe, że się mylę i że przykro ci tego słuchać, ale jeśli czegokolwiek się przez te ostatnie lata nauczyłam, to tego, że jedyny sposób, żeby nie tra­cić rzeczy dla nas ważnych, to je nazywać – mówi. – Ale do tego, do na­da­wa­nia imienia temu, co się liczy, potrzeba odwagi, Fer, a prawie nigdy jej nie mamy. Wiem to z doświadczenia.

🐾

Wiem, że jeśli opowiem jej, co się ze mną dzieje, to wtedy to, o czym milczę, stanie się rzeczywistością, zacznie istnieć i nie będzie już odwrotu.

🐾

Kiedy się odważyłam, zrozumiałam, że do tamtej pory nie byłam gotowa tego usłyszeć, usłyszeć tego od siebie, bo wiedziałam, że kiedy to nastąpi, to nie będzie już się można cofnąć. I rzeczywiście. Nie było odwrotu. Ale po­ja­wi­ło się wiele dobrych rzeczy, których wcześniej nie widziałam […].

🐾

Właściwie czemu nie? Wolałem się nad tym nie zastanawiać. Coś mi mó­wi­ło, że jeśli to zrobię, jeśli pociągnę za tę nitkę i zacznę drążyć, to pojawi się jeszcze wiele dodatkowych pytań, intymność chwili rozpłynie się w ogól­niej­szych wątkach i rozmowa zejdzie na niepożądane tory.

🐾

[…]  mam też wszystkie fragmenty układanki […]. Miałem je przez cały czas, ale ich nie widziałem, bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy.

🐾

Wiadomości nie przychodzą. Nie poruszają się. Wiadomości są, odkąd istnieje wspomnienie.

🐾

     – Kiedy zmarł twój dziadek, babcia powiedziała mi, że z wiekiem zrozu­mia­ła, że litery tworzące imiona osób, które kochaliśmy, często odpo­wia­da­ją inicjałom najlepszego, co od nich dostaliśmy – mówi głosem teraz już zmę­czonym. – Może to ci pomoże.

🐾

[…]  z tą niewzruszoną potrzebą, żeby ktoś się pojawił, został już na dobre i coś zmienił albo zmienił wszystko.

🐾

[…]  czy w przyszłości będą też nowe szanse, czy nauczę się lepiej odczy­ty­wać litery imion, które od tej pory będę wybierał, żeby mi towa­rzy­szy­ły, lepiej sobie radzić, zaufać temu, co jest poza naszą cztero­oso­bo­wą szalupą, żeby dalsza podróż nabrała nowych kolorów, nowej atmosfery, więcej wartości.

🐾

[…]  czuję, że może i mam niewiele, ale jest to wielkie, i że może tak naprawdę wystarczy dobre towarzystwo, żeby poczuć, że mieliśmy dobre życie.

🐾

Nie, fikcja i rzeczywistość nie współzawodniczą: pra­cu­ją na cztery ręce jak dobry i zły policjant, razem, a często też splątane, bo obie mieszają pra­gnie­nia, wspomnienia, lata, zaskoczenia, zmiany, do­świad­cze­nia wspólne i osob­ne; obie płyną naszą tratwą ratunkową, czasem zanurzone w nie­świa­do­mo­ści, czasem ukryte w przyjemnym cieniu żagli i morskiej bryzie. Słowem, są jak dwa kolana: działają równolegle, nie oglądając się na siebie wzajemnie. Kontuzja jednego zakłóca funkcjonowanie drugiego, a spoty­ka­ją się tylko podczas snu. Kiedy śpimy, kolana ocierają się o siebie w cie­mno­ści, a życie równoległe znika, bo znika kontrola, jesteśmy tylko teraź­niej­szo­ścią, ciągłą i nieświadomą, jak prądy wodne, z głębiny popychające naszą szalupę ku punktowi docelowemu, którego nie potrafimy sobie wyobrazić.

🐾

[…]  życie nie jest tym, co kontrolujemy albo czyścimy na wy­so­ki połysk. Życie jest w tym, co plami […].

Alejandro Palomas, Psiakość!, przeł. Agata Ostrowska
W.A.B., Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

Samotność jest być może
najgłośniejszym momentem dnia:
milkną ci na zewnątrz,
powracają ci wewnątrz
.

🐾

Zadałem sobie pytanie, wyłącznie po to, żeby zapytać, tak jak robimy, kiedy znamy odpowiedź i wiemy, że nie ma to znaczenia, że pomoże nam tylko poukładać sobie wszystko w głowie, ale niczego nie zmieni.

🐾

[…]  myślę sobie, że wszystko przychodzi w jakiś dziwny sposób, że ścieżki życia nie tłumaczą się same przez się […].

🐾

Na tamtym etapie życia jeszcze nie wiedziałem, że le­kar­stwa na najgłębsze rany przychodzą zwykle wtedy, kiedy to, czym jesteśmy, definitywnie pozostaje za na­mi, a wyjaśnienia nie mają już na celu uśmie­rze­nia bó­lu, a włączenie go w to, kim jesteśmy lub byliśmy.

(tamże)

sobota, marca 18, 2023

4966. O wewnętrznych wyspach

Chodzę z tym odkryciem ponad tydzień. Upchnąć w trzech zdaniach próbowałam nieraz, nie dało się. Poddałam się. Odkrycie, subiektywnie arcyważne, z zadartym no­cha­lem niecierpliwe spacerki z podskokami urządzało mi po potylicy, by — a mo­że jednak? no, coś ty? nie dasz rady? — odnotować odkrycie kolejnej wy­spy we­wnętrz­ne­go archipelagu.

I przyszły literki Marcina Wichy, który precyzyjnie opisał skamieliny dawno temu wy­do­bytej na jaw wewnętrznej wyspy. Z taką merytoryczną podpórką mogę przy­naj­mniej spróbować odnieść się do wewnętrznej geografii. Nawet jeśli się nie uda, to pozostaną tu chociaż dwa mądre fragmenty docenionej przez wielu książki.

Nie upchnę w trzech zdaniach, ale na trzech wyspach wszystko już mi się zmieści, pomyślałam.

*

Wyspa 1.: Racja! Odkrywamy ją w okolicach drugiego roku życia, odpowiadając z pasją na każde pytanie: nie! Uwielbiam patrzeć na dziecięcą radość, wynikającą ze zdobycia pierwszego przylądka pozornej kontroli nad życiem. Nie! I jest moc! Nie wiedzieć czemu (?), rodzice latorośli, najszybciej tracą i zachwyt zjawiskiem, i cier­pli­wość.

Z przykrością należy odnotować, że niestety niektórzy postanawiają urządzić się na tej wy­spie i do śmierci się z niej nie ruszają, wyskakując tylko na chwilkę do roboty: do sejmu, urzędu, ministerstwa, kuratorium czy na konferencję episkopatu. Co zrobisz? Taki mamy klimat!

Racja szybko wchodzi w krew. Nawet niewielka dawka sprawia, że czło­wiek wpada w stan przyjemnego oszołomienia. […] 
     Organizm łaknie takich momentów. Pragnie, żeby przychodziły coraz częściej i trwały jak najdłużej. To uzależnienie.

🦩

Racja nie chce, żebyśmy się zajmowali czymkolwiek innym niż dawaniem świadectwa. Odciąga nas od zainteresowań i lektur. Niszczy relacje, de­wa­stu­je życie towarzyskie.

Marcin Wicha, Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Wyspa 2.: Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy_a? W zasadzie, jak się odkrywa tę wyspę po raz pierwszy, nie wiem, nie pamiętam. Z pewnością lądują na niej wszyscy, których porwał huragan niekoniecznie pierwszych miłości, chwilę po tym, gdy skończy się miodowy czas oczadzenia największym szczęściem, jakie tych wszystkich w ży­ciu spotkało. Na tym skromnym płachetku ziemi wiel­ki­mi li­te­ra­mi wypisano robocze pytanie: chcesz mieć rację czy relację? Jeśli chcesz prze­trwać w związku czy ro­dzi­nie, to pytanie tylko pozornie daje ci wybór. Pamiętaj, zabieranie swojej kołderki i spa­nie w gościnnym jest wyłącznie chwilowym urlopem na żądanie spę­dzonym na wyspie 1. Jeśli ci zależy, to… już sam_a wiesz co!

Wyspa 3.: Bezgraniczne poczucie, że dasz radę. Jesteś już życiowym mą­dra­lą. Masz motorówkę, helikopter lub inne ustrojstwo, które umożliwia ci sprawne prze­mieszczanie się między wyspami (pierwszą i drugą) i nagle los pod­su­wa ci pod nos „okazję”! Trafia się sytuacja, okoliczność, niefart mało wy­bred­ny — żadne kom­pe­ten­cje, rozwinięte na obu wyspach, nie dadzą rady, bo przecież wiesz, że racją nic nie zwojujesz, a o miłości w tej sytuacji mowy nie ma. I dajesz ra­dę — może nawet koncertowo! I gdy już opadną kurz i fusy, dociera do ciebie, że nie opuszcza cię po­czu­cie, doświadczane po raz pierwszy w życiu tak mocno: dasz radę! Bez względu na scenerię i rekwizyty po prostu zawsze — lepiej lub gorzej, to bez znaczenia — dasz sobie radę z każdą sytuacją! Już to wiesz. W tym stanie spokojnie przeżyjesz nawet własną śmierć. Już to wiesz.

Czy są kolejne wyspy? Jeszcze nie wiem.

4965. 77/365

rezygnuję, daję sobie spokój, rzucam ten błyskotliwy, pozornie niegłupi, modny sport: ścigania się ze sobą samym. porzucam rozgrywki ekstraklasy pierwszego świata w wymyślnej kon­ku­ren­cji, by stawać się kimś lepszym, niż było się wczoraj. są ab­surdy, których nie da się odzobaczyć, gdy się je w końcu ujrzy.

77/365

czwartek, marca 16, 2023

4964. 75/365

3 miesiące. niewyobrażalnego,
nieodwracalnego. 90 dni.

75/365

J.S. Bach, Siciliano [z:] II Sonata Fletowa Es-dur,
Andrew von Oeyen (fortepian), Wilhelm Kempff (aranżacja),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #16.

poniedziałek, marca 13, 2023

4963. O instrumentach

Jabłoń:
(w drodze na zabiegzapodałanowo tworzoną
playlistę
marzo’23, obiecując brak włoskich nut)

Sadownik:
(zadziwiony wyborem, słuchając poniższej piosenki)
Czy ty chcesz mi powiedzieć, że
zamierzasz uczyć się francuskiego?

Jabłoń:
(zachwycona nie tylko aranżancją,
ale przede wszystkim pauzami
)
Nie, nie! W tym życiu język francuski jest
dla mnie tylko instrumentem muzycznym.

Sophie Hunger, Le vent nous portera.

je n’ai pas peur de la route

niedziela, marca 12, 2023

4962. 71/365

odkryłam dziś, że nieodwracalny, okrutny, bo zbyt wczesny, i bardzo bolesny brak Białego Kruka chwilami zamienia się w Jego czułą i dobrą obecność.

uwielbialiśmy tę konkretną realizację Platei.
wczoraj ją zna­lazłam.

71/365

Jean-Philippe Rameau, Platea, Les Musiciens du Louvre,
Marc Minkowski (dyrygent), Laurent Pell (kostiumy),
Laura Scozzi (choreografia).

4961. Z oazy (CXXVII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. I koniec, finito, basta, bo reszta lektur zaledwie liź­nię­ta. Książeczka pożyczona od Groszki, ale wrażenia już własne. Jeśli kie­dy­kol­wiek wpadniecie na pomysł wydania własnego tomiku wierszy, najpierw po­gnaj­cie do Kwi­dzyna, a dokładniej do Miej­skiej Biblioteki w tym mieście i obejrzyjcie ten tomik na własne oczy — mają tam, jako haracz, wiele egzemplarzy. Można też po­biec do Bi­blio­teki Narodowej w Warszawie, bo książeczka ta ma ISBN.

Jeśli przy skła­da­niu wierszy można popełnić jakiekolwiek błędy (wielu nie wierzy, a można wiele!), to drobiazg ten jest wy­śmienitym przykładem, jak spieprzyć prawie wszystko: od inter­li­nii, przez marny wybór fontu i beznadziejne wykorzystanie prze­strzeni strony, po całkowite zigno­ro­wa­nie rze­czy­wistości, jaką tworzy klejona książ­ka. Z szacunku do intencji i okoliczności uka­za­nia się tego tomiku nie wy­mie­nię na­zwiska osoby, której tylko wydawało się, że umie składać tekst.

Tomik ten spokojnie może robić za test na spostrzegawczość. O tym, że jeden anioł pojawia się dwa razy, wiedziałam, trzeba było go tylko odnaleźć. Cóż za dziką radość miałam, gdy odkryłam, że jest wiersz, który po­ja­wia się w dwóch miejscach, dla zmy­le­nia przeciwnika pod dwoma różnymi tytułami.

Wybór fragmentów, które mają być pod ręką, został ocenzurowany — wersy, w któ­rych wykorzystano, jako środek wyrazu, seksistowskie stereotypy zostały odrzucone i ani uprzejma prośba o odrobinę empatii wobec wiersza, ani żadna dyskusja o prze­ciw­dzia­ła­niu dyskryminacji wierszy nie wchodziły w grę. Za to sposób, w jaki wy­bra­ne wiersze czyta Aktor Teatru Wybrzeże, oj, tak, oj, tak! No i anioły! Sam po­mysł, by ufnie czekać, aż wyłoni się kolejny — z własnych charakterem, doświad­cze­niem i ener­gią — jest po prostu rewelacyjny! Nigdy nie będę miała ich dość.

Pozostanie mi tylko sprawdzenie przepisu na białą kiełbasę, bo wygląda intrygująco. W ulu do tej pory robiło się ją inaczej.

A mróz… — mróz to energii magazyn,
usypia ziarna, drzewa, miłość czasem,
a wiosna drzwi otwiera tysiąc razy,
wybucha życiem i zielonym lasem.

*

Może sprawia to słońce,
jakieś takie gorące?
To słońce, na pewno słońce!

A może to słońce i wiosna,
bądź jakaś pyląca sosna?
To jednak słońce i chyba wiosna!

Kurde, chyba mi palma odbija,
bo zawsze się z czymś wychylam.
Chyba mi jednak palma odbija!

*

Budzę się wczesnym rankiem[,]
ogarnia mnie radość, że jestem,
że po raz kolejny mogę śnić swoje życie
na jawie
.

*

jakby już wiosna się przymierzała,
wnet nas pochłonie swym blaskiem cała,
lecz poczekajmy jeszcze dni parę,
aż przyjdzie nowe i zwiędnie stare

*

A wiosną myśli bzami rozkwitają

*

Cholera, lato nam teraz doskwiera.
Z pragnienia człowieka ciągnie do cienia.

*

I będzie słodko[,] i radośnie,
i będzie nadal żyć się chciało.
Niech cały świat w dobroć obrośnie,
żeby słowo się ciałem stało!

*

A ja swój plecak zarzucę na ramię,
na nogi włożę ciut za duże buty
i jako kompas włączę swoją pamięć,
i ruszę w podróż bez twardej waluty.

Przemierzę ścieżki odeszłej młodości,
dotknę parkanu, na którym się suszył
cały arsenał przedziwnych różności,
który do dzisiaj mam w stęsknionej duszy.

*

Lato jest by cieszyć, taka to już gratka
dla dzieci i wnuków, babci oraz dziadka.

*

Cóż zrobię z tegorocznym latem,
gdy przerażenie świat ogarnia?
Cóż będzie z nowymstarym światem”,
gdy stary zgaśnie jak latarnia?

*

Czego to jeszcze człowiek zapragnie
dla swoich marzeń na resztę lata?
Może by spokój powrócił snadnie
i lepszych prognoz na losy świata!

*   *   *

„Przepisy kulinarne wierszem pisane” miały swoją publiczną pre­mie­rę na początku XXI wieku. W owym czasie w Parku Oliwskim w Gdań­sku od­by­wa­ły się imprezy — pikniki, noszące nazwę Smako­wa­nie-Parko­wa­nie, o cha­rakterze kulinarnym. Wtedy to aktorzy Teatru Wybrzeże za­pre­zen­to­wa­li owe przepisy w trakcie kulinarnych pokazów […].

*

Nie ma na pewno już lepszej mody,
niż gotowanie surowej wody.

Jest to więc sztuka, jak sami wiecie,
jedna z największych na całym świecie.

*

Strzelam przepisem prosto w ciszę, żeby było żwawiej, czyli tak jak w dzień powszedni polityki, bo już trochę nudno:

Przepis na kurczaka

Żeby nie obyć się smakiem,
trzeba zająć się kurczakiem.
Zabić najpierw kurczę blade
i pozmywać ze krwi ślady.

*

Dzisiaj przyszła mi znienacka
myśl o ziemniaczanych plackach.

Przyszła i odejść nie chciała,
I obsesją mą się stała.

*

I z jajek bezy[,] i zupa nic.
I „Ale jaja!”[,] i wielki pic!
I jeszcze facet jeden bez jaj.
I czarna rozpacz — oj, ajajaj!

*

W sklepie kup kiełbasy białej
— ma surowa być koniecznie —
na patelnię tłuszczu nalej
i podpiekaj ją skutecznie.

Daj cebuli i pieczarek,
Przypraw też do smaku dodaj,
potem szklanką wody zalej
i niech odparuje woda.

Antoni Tynda, Moje cztery pory roku / Przepisy kulinarne wierszem
na wszystkie pory roku
, ilustr. Alina Hejna, Kwidzyn 2020.
(wyróżnienie własne)

*


[dostęp: 12.03.2023], źródło.

4959. O cosiu

Hawwa, Sadownik & Jabłoń:
(w piątek świętowali, choć Jabłoń jakby bardziej)

Il Melo:
(niczym rodowity Włoch, cyk!)


[…]  czuję, że coś, co musi być ważnym składnikiem szczęścia, przebiega mi dreszczem po plecach.

Alejandro Palomas, Psiakość!,
przeł. Agata Ostrowska,
W.A.B., Warszawa 2018.

4960. Sobotnie wracanie do ula



4958. Ustałam!

Rodzina to twór rządzący się swoją dynamiką, której reguły są oczywiste dopiero wtedy, gdy je odkryjesz, ale najpierw nic nie rozumiesz, potem po omacku macasz i dopiero gdy się poddasz, gdy upłynie sporo wody w rzekach, zmienią się rządy nie­raz, świat zejdzie znów trochę na psy, tu i tam wybuchnie wojna, wydarza się nagle coś, co otwiera ci oczy i nie możesz odzobaczyć tego, co stanęło ci przed ocza­mi. Nie, już nigdy nie odzobaczysz prostoty mechanizmu, który z pewnością kosztował wie­lu (wszystkich?) członków rodziny wiele łez przez dziesiątki lat, przez całe pokolenia, bo to nie trwało od wczoraj.

Zaczęło się zwyczajnie — dziewięć dni temu dorosła osoba zadała prozaiczne pytanie drugiej dorosłej osobie. Rozwinęło się w zaskakujący sposób — emocjonalna odpo­wiedź zawierała groźbę. Ten, kto odpowiedział, pomimo „dorosłego” peselu, brzmiał w swej wypowiedzi jak dziecko.

Nad ranem kolejnego dnia olśniło mi. Zrozumiałam, o czym jest moja rodzina po­cho­dzenia wraz ze swoimi korzonkami. Gdybym miała określić ich jednym słowem, powiedziałabym: niewidziani. Gdybym miała określić dynamikę tego tworu jedną frazą, powiedziałabym: niewidziane dzieci, które stają się niewidzianymi i niewi­dzą­cymi dorosłymi, a reszta jest już samospełniającą się przepowiednią, zacnym psychologicznym perpetuum mobile. Byłam na­reszcie w domu! Nareszcie wszystko stało się kry­sta­licz­nie jasne. Znalazłam klucz.

Wiedziałam, co mam robić w czwartek, który, gdybym tylko mogła, ominęłabym. Miałam pewność, że jeśli tylko dam radę zobaczyć i usłyszeć poranione dziecko w tym wrzeszczącym, obrażającym mnie dorosłym człowieku, dam radę.

Dałam radę! Dawno się tyle przy okazji nieuniknionego nie nauczyłam.

sobota, marca 11, 2023

4957. Czekariat (XXXVI)

Środa. Musiały opaść fusy wrażeń. Musiała osadzić się choć odrobina wiary, że dam radę zatrzymać w słowach bezcenne momenty tego dnia.

Pewnie nie udałoby mi się przekonać samej siebie, ale otrzy­ma­na Aniołka nie należała do ustępliwych. Miałam prawo wy­bo­ru, a skoro wybrałam sobie właśnie ją, to — argu­men­to­wa­ła — ona chce być już zawsze pod ręką. Trudno było się ze skrzy­dla­tą nie zgo­dzić. Więc tu jest i wy­jątko­wo za­chwy­ca mnie w jej foto­gra­fii do­rzu­co­ny przez los trzeci wy­miar. A gdy prze­czy­ta­łam sło­wa Grosz­ki, wiedziałam, że nie mam już wyboru, bo i słowa, i dwie Anie­li­ce — ana­lo­go­wą i cyfro­wą – tej samej Autorki, i wspo­mnie­nie śro­do­we­go słońca bezwzględnie chcę tu mieć.

*

W środowy poranek w Małej Danii, gdy z łóżka rzuciłam okiem na schody pro­wa­dzą­ce na piętro — od ponad roku będące dla mnie już tylko i wy­łącz­nie dziełem sztuki — miałam wrażenie, że zapomnie­liśmy na noc zgasić tam światło. Po chwili dotarło do mnie, że to sło­necz­ne światło tak intensywnie oświetla z góry drewniane stopnie, po których jeszcze trzy miesiące te­mu biegał Biały Kruk. Uśmiechnęłam się i uznałam to za wspa­nia­łe krucze zapro­sze­nie, by przeżyć kolejny dzień. Nikt wtedy nie przy­pu­szczał, że za kil­ka­na­ście godzin nadciągnie śnieg, jakiego całą zimę nie widzieliśmy.

Groszka:
(wczoraj cieplutkie słowa przysłała,
kończąc poniższymi
)
A za oknem zimowo,
brakuje środowego słonka.
Chyba zadzwonię
do Białego Kruka
😊

Jabłoń:
(długo uśmiechała się do otrzymanych słów
i schodowego wspomnienia
)

*


Alina Hejna,
[dostęp: 11.03.2023], źródło.

piątek, marca 10, 2023

(1198+3758). Ależ Flota!

We wtorek, gdy do Małej Danii jechali, znów się zakochała. I pytania zaczęła za­da­wać o to, jak to jest: być pięknym (odpowiedź), przynajmniej przystojnym (od­po­wiedź), chociaż atrak­cyj­nym (od­powiedź)? Żadna z męskich odpowiedzi jej nie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ła. Zmieniła więc szybko przestrzeń.

Jabłoń:
A gdybyś był samochodem, to jakim?

Pan Ciasteczko:
(dobrą chwilę myślał, by w końcu odpowiedzieć)
Volvo cross country.

Jabłoń:
Jakiego koloru?

Pan Ciasteczko:
Ciemnoszary, wpadający w granat; antracyt.

Jabłoń:
A ja, według ciebie, jakim byłabym autem?

Pan Ciasteczko:
(bez wahania)
Ty? Specjalistycznym.
Żadna seryjna produkcja!

Pan Ciasteczko & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem pełnym zrozumienia „atrakcji”,
jakich dostarcza życie z Drzewkiem
)

Jabłoń:
(nie poddaje się zbyt szybko)
Ale gdybym jednak była
seryjnym samochodem, to jakim?

Pan Ciasteczko:
(po kilku chwilach)
Jasnozielony, perłowy Citroën
z lat dziewięćdziesiątych/dwutysięcznych:
chimeryczna elektronika!

Pan Ciasteczko & Jabłoń:
(oboje wiedzieli doskonale z czego się śmieją)

Jabłoń:
A gdyby Onemu był autem,
to jakim i jakiego koloru?

Pan Ciasteczko:
(po dłuższej, znaczącej chwili)
Ciemna butelkowa zieleń,
Mercedes klasy G.

Jabłoń:
A Neska?

Pan Ciasteczko:
(po zastanowieniu)
Saab! Albo czerwone,
luksusowe, sportowe Audi RS.

Jabłoń:
A Alma?

Pan Ciasteczko:
(szybko i z serdecznym uśmiechem)
Garbus z lat sześćdziesiątych
w kolorze kameleon, koniecznie w kwiatki.

Jabłoń:
A El Sciur?

Pan Ciasteczko:
(po dość długim namyśle)
Krystalicznie białe, luksusowe,
dystyngowane, piękne Audi A8.

wtorek, marca 07, 2023

4954. 66/365  //  Panna cotta (LXXXI)

Człowiek Fidusa cyfrowe przedwiosenne porządki uskutecznia. Znalazł trochę na­szych sta­rych zdjęć. Powiększyłam jedno z nich — zrobione dokładnie czternaście lat temu bez dwóch dni — i zachwyciło mnie, bo najukochańsi moi Ludzie i Biały Kruk. Drugi dzień gapię się i nucę, i pod ręką chcę mieć.

gapię się i nucę włoskie słowa. nucę i gapię się, i wiem, że chcę ustać to, co w tym tygodniu będzie dla mnie najtrudniejsze. po­staram się, Tato, postaram się.

66/365


fot. Sadownik, fragment.

*

Raf, Stai con me.

stai con me, di pioggia o di sole
stai con me, nel bene e nel male
quando tu non ci sei
stai con me
che a volte mi perdo
[…]
stai con me nell’alto dei cieli
[…]
stai con me in tutti i miei giorni

4953. Czyżby o szkole (?)

Pati & Jabłoń:
(dziś rano musztrują
drzewne mięśnie brzucha
)

Sadownik:
(wchodzi, pokazuje dokument i komentuje
odebrany odpis zupełny aktu małżeństwa
)
Świadectwo głupoty.

Pati:
(przytomnie, błyskawicznie i w punkt)
Ale z czerwonym paskiem!

Pati, Sadownik & Jabłoń:
(weterani/kombatanci z  odrobiną szkolnego PTSD
ryknęli najzdrowszym śmiechem świata
)

niedziela, marca 05, 2023

4952. Panna cotta (LXXX)


[Sposób,  / w jaki myślimy  
o sobie samych, 
tworzy świat, 
w którym żyjemy
.]

[dostęp: 5.03.2023], źródło.

4951. Z oazy (CXXVI)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chciałam odpocząć od rzeczywistości. Zaordy­no­wa­łam sobie leczniczy regres czytelniczy. Ponieważ po kilkunastu latach nie tylko wznowiono opublikowane „w papierzu”, ale również wydano po raz pierwszy w wer­sji elektronicznej powieści Yaloma, wybór był dość prosty. Z przyjemnością wró­ci­łam do jednej z nich. Nic się nie zmieniło. Choć jestem inną osobą, niż ta, którą by­łam naście lat temu, to wciąż uwielbiam sposób, w jaki ów piszący psycho­te­ra­peu­ta konstruuje światy, a w nich nagłe zwroty akcji. Odpoczęłam.

Do swojego pudla imieniem Atman [Schopenhauer]  zwracał się: „Proszę pana”, ale gdy Atman źle się zachowywał, sztorcował go okrzykiem „Ty człowieku!”.
     […]  Nie lubił, gdy zagadywały go kobiety, nie lubił też pytań o partnerki czy małżeństwo – od razu robił się zgryźliwy. Kiedyś musiał znosić towa­rzy­stwo bardzo gadatliwej damy, która ze wszystkimi szczegółami opi­sy­wa­ła mu swoje nieszczęśliwe małżeństwo. Słuchał jej cierpliwie, ale gdy spytała, czy ją rozumie, odparł: „Nie, ale rozumiem pani męża”.

*

Bo co więcej jest nam dane, poza tym cudownym, błogo­sła­wio­nym okresem istnienia i samoświadomości? Jeśli coś zasługuje na hołd, to tylko to – bezcenny dar zwykłej egzystencji.

*

Próbując za wszelką cenę odzyskać samokontrolę, napominał się w my­ślach: nie walcz, nie stawiaj oporu, oczyść umysł, nic nie rób, jedynie obserwuj przesuwające się myśli. Pozwól im wpłynąć do świadomości, a potem zniknąć.
     Rzeczywiście, myśli się pojawiały, ale nie chciały się oddalić. Zamiast tego rozmaite obrazy rozpakowały walizki, rozwiesiły w szafach ubrania i na dobre rozgościły się w jego głowie.

*

Jego pałac wzniesiony z czystej myśli nie miał ogrzewania. Dziwne, że wcześniej tego nie zauważył.

*

[…]  przyszedł mi do głowy pewien obraz. Wyobraź sobie starożytne miasto, wokół którego zbudowano wysoki mur chroniący je przed burzliwym nur­tem płynącej nieopodal rzeki. Minęły całe wieki, rzeka już dawno wyschła, a mimo to miasto nadal inwestuje znaczne środki w konserwację muru.

*

Popularność nie definiuje ani prawdy, ani dobra, wręcz prze­ciw­nie, obniża poziom i upraszcza. Dużo lepiej jest szukać w sobie włas­nych celów i wartości.

*

[…]  ćwiczenie pod nazwą „Kim jestem?”. Uczestnicy udzie­lają na to pytanie siedmiu odpowiedzi, zapisują je na oddzielnych kartkach i układają według ważności. Następnie odrzucają po jednej kartce, zaczynając od najmniej ważnej, zastanawiając się za każdym razem, jak by to było przestać się identyfikować z daną odpo­wie­dzią, aż wreszcie dochodzą do właściwości opisu­ją­cych ich najgłębszą istotę.

*

– Wyobraź sobie, że na skali od jednego do dziesięciu miałbyś określić, do jakiego stopnia się odkryłeś. „Jeden” to punkt, w którym mówi się o sobie rzeczy bezpieczne, takie jak podczas rozmów na przyjęciach, a „dziesięć” oznacza ujawnienie najgorszej, najbardziej skrywanej tajemnicy. Rozumiesz?
     Gill skinął głową.
     – No to wróć do tego, co nam powiedziałeś. Na którym miejscu skali byś się umieścił?
     – Dałbym sobie cztery, może pięć – odparł szybko Gill, cały czas kiwając głową.
     – A co by się stało, gdybyś miał pójść o dwa punkty dalej?

*

Jung pisał, że uzdrawiać może tylko ten, kto sam doznał zranienia.

*

     – Jeśli uważamy, że coś jest niewybaczalne, to odsuwamy od siebie od­po­wiedzialność. Ale kiedy nie chcemy albo nie umiemy wybaczyć, to od­po­wie­dzialność jest po naszej stronie – wyjaśnił Philip.
     – Chodzi o to, że albo bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy, albo obarczamy nią innych, tak? – spytał Tony.
     – Właśnie – przytaknął Philip. – Julius powiedział kiedyś, że terapia za­czyna się wtedy, gdy kończy się obwinianie innych i wyłania się odpowiedzialność.

*

Można też porównać życie z haftem, którego prawą stronę każdy może zobaczyć w pierwszej połowie życia, a lewą – w dru­giej; ta nie jest tak piękna, za to bardziej pouczająca, bo widać splot nici.
// Arthur Schopenhauer (1788–1860)

*

[…]  powstała cała intratna, posługująca się uproszczeniami branża „wy­ba­cza­nia”, która wyolbrzymiła i rozreklamowała ten aspekt terapii jako jej główny nurt i przedstawiła go jako absolutną nowość. Sztuczka się udała, a nowa dziedzina zyskała szacunek, łącząc się niezauważalnie z kli­ma­tem wybaczania w sferze społecznej i politycznej, zwłaszcza w od­nie­sie­niu do takich zbrodni jak ludobójstwo, niewolnictwo czy wyzysk kolonialny. Na­wet papież prosił niedawno o wybaczenie za grabież Konstantynopola przez trzynastowiecznych krzyżowców.

*

     SPONSOR: Co z twoimi priorytetami? Daruj sobie to przyjęcie, idź na spotkanie AA.
     GILL: Ale degustacja win to pretekst, żeby spotkać znajomych i przyjaciół.
     SPONSOR: Naprawdę? To zaproponuj im coś innego.
     GILL: Nie da rady. Nie zgodzą się.
     SPONSOR: W takim razie znajdź sobie innych przyjaciół.
     GILL: Rose nie będzie zadowolona.
     SPONSOR: I co z tego?

*

Żyj dobrze, powtarzał sobie, a dobro będzie od ciebie płynąć, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowiesz.

*

Philip zamilkł na chwilę, żeby wsłuchać się w arię, nucąc pod nosem.
     – Una voce poco fa  to jedna z moich ulubionych – wyjaśnił, gdy wznowili rozmowę.

Gioacchino Rossini, Una voce poco fa, [z:] Cyrulik sewilski,
Joyce DiDonato (mezzosopran) z kontuzjowanym kopytkiem,
w kolorach scenerii rodem z obrazów Hoppera.

vincerò! vincerai! vinceremo!

*

Bliżej mi do uczuć, co może być oznaką rozwoju.

*

Każdy z nas żyje z wyrokiem śmierci. […]  ale to zupełnie co innego, kiedy ma się ten wyrok potwierdzony, podstemplowany, z niemal wyznaczoną datą.

*

[…]  esencja jednostki jest niezniszczalna.

*

Uporczywe myśli stają się często najbardziej zauważalne wtedy, gdy znikają.

*

[…]  miał swój sposób na uśmierzanie przerażenia: było nim pełne uczestniczenie w życiu.

Irvin Yalom, Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Jak większość ludzi z poważnymi chorobami, nie znoszę, jak się chodzi koło mnie na paluszkach. To mnie izoluje i wpędza w jeszcze większy lęk.

*

Miałem do czynienia z wieloma śmiertelnie chorymi pa­cjentami, którzy mówili mi, że w ich chorobie naj­gor­sza jest izolacja. Odcinanie się ma dwa aspekty. Po pierw­sze, chora osoba unika ludzi, bo nie chce wciągać ich w swój smutek. […]  A po drugie, wiele osób unika cho­re­go, bo nie wie, jak z nim rozmawiać, albo nie chce się sty­kać z jego śmiercią.

*

Spokojnie, nie muszę nic robić. Niech sobie płynie albo idzie na dno.

*

– Podczas mojej terapii powiedziałeś kiedyś, że życie to „przejściowa dolegliwość mająca trwałe rozwiązanie”. Czysty Schopenhauer.
     – Przecież to miał być żart.
     – Obaj wiemy, co twój guru Zygmunt Freud miał do powiedzenia na temat żartów.

(tamże)

4950. 64/365

krytykowany i krytykujący – zobaczyłam dziś z pełną mocą – mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślą. stoją przecież wobec tego samego problemu.

co się wydarzy, gdy świadomie oboje odłożą na bok problem i przyjrzą mu się razem z pewnej bezpiecznej odległości?

64/365