piątek, sierpnia 23, 2013

834. POP-Kreacje 2013

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

zanim wszystkie jabłka spadną z drzew
zanim z przyjemnością będziesz szurać w jesiennych liściach
zanim przyjdzie późna jesień a potem zima

rozpalić ogień w sercu
marzenia z kieszeni powyciągać
walizkę spraw ważnych otworzyć bez strachu
od siebie do siebie ruszyć w podróż blisko-daleką
na 7. Festiwalu POP-Kreacje 2013

to prawdziwe Święto
trwające wiele dni
odbywające się w wielu miastach
w wielu miejscowościach
o różnych porach

dajemy, dzielimy się tym, co mamy najlepszego
mnożymy radość, śmiech i piękny czas

zanim skończy się lato... zajrzyj, zapisz się
zanim na dobre zrobi się chłodno... przyjdź
a ognia, który rozniecisz, starczy aż do wiosny!

W imieniu całej POP-owskiej Społeczności
serdecznie zapraszam na POP-Kreacje 2013!

*

Zostawiam Was z tą propozycją, a sama jadę na warsztat...

*

__________________
wykorzystano fragment fot. z jabłkami (źródło)

czwartek, sierpnia 22, 2013

(831+2). Moja Wiedźma

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pani Profesor... wstawiła przed chwilą... na ryjowniku... zajrzałam, by odmeldować się i... zawyłam na widok ukochanej Dziewczyneczki. Pani Profesor, nie nadążam dziękować. Dziękuję! Tak wygląda kochany pies... tfuuu... najukochańsza Suka!

(fot. Magdalena Stodułko)

(831+1). Portretowo (II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pani Profesor kudłatego obiektywu zagadkę mi niezłą zadała niechcący przed chwilą. Długo się głowiłam, co jest czym na tym zdjęciu, poza Heniutką, oczywiście. W końcu zgadłam... Ona... na mnie patrzy. Pani Profesor serdecznie dziękujemy znów za niespodziankę. Za zagadkę też! Tak wygląda skupiony pies w upale... tfuuu... skupiona Suka!

(fot. Magdalena Stodułko)

831. Portretowo

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dziś w nocy Pani Profesor od fotografowania kudłatych zachwytów życiem podarowała nam portrecik. Heniutka na nim zupełnie nie zdradza, kiedy został zrobiony. Pani Profesor serdecznie dziękujemy! Tak wygląda szczęśliwy pies... tfuuu... szczęśliwa Suka!

(fot. Magdalena Stodułko)

środa, sierpnia 21, 2013

830. Drogi błogosławione

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Droga. Własna. Dziwna, mówią. Pokręcona. Nieergonomiczna społecznie. Droga, a na niej szczęście. Spersonalizowane. Prywatne. Subiektywne. Niemierzalne. Droga. Zakręty. Zawirowania. Meandry. Wątpliwości. Może inna byłaby lepsza? Cudza. Oczywista. Prosta. Społecznie zachwycająca. Nie. Nie. Nie. To tylko ułuda. Pamiętaj!

*

Uwielbiam książki, które karmią me marzenia, które podważają oczywistości zmieniając w oka mgnieniu rzeczywistość. Dawkuję sobie tę lekturę niczym lekarstwo na zarazę pewniaków, starych, dobrych rozwiązań, które w moim przypadku nie skutkują. I całe szczęście, że nie skutkują! Od tygodnia, wciąż i na nowo, zachwycają mnie poniższe słowa.

“That would never work in the real world.” You hear it all the time when you tell people about a fresh idea.
     [...]
     The real world isn’t a place, it’s an excuse. It’s a justification for not trying. It has nothing to do with you.

Jason Fried, David Heinemeier Hansson,
Rework. Change the Way You Work Forever,
Random House, London 2010.
(wyróżnienie własne)

— To nie ma prawa działać w realnym świecie. — Słyszysz wciąż, gdy opowiadasz ludziom o swoim nowym pomyśle.
     [...]
     Prawdziwy świat to nie miejsce, to wymówka. To usprawiedliwienie, by nie próbować. To nie ma nic wspólnego z tobą.

(tłum. własne)

*

Niezmiennie, od wielu już książek, zachwyca mnie fakt, że te anglojęzyczne mogę zwyczajnie zamówić w polskiej księgarni. Fajnie jest żyć w takich czasach...

Dotarło do mnie, że tłumaczenie nie uwzględnia kulturowego tła i brzmi wobec tego beznadziejnie głupio — czy my zdradzamy się z naszymi pomysłami tak namiętnie? Czytanie po angielsku przenosi do świata innych możliwości. Można wskoczyć tam i przynieść sobie tutaj nowy budulec własnej Drogi.

829. Nowa kawowa meta

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Barista:
Słucham, co dla pani?

Jabłoń:
(po raz pierwszy w kawiarni Karma,
umówiona na kawusię)
Poproszę kawę z mlekiem, która mnie zaskoczy.

Barista:
Proszę?

Jabłoń:
(sama zaskoczona ciut, że zamawia kawę w sadowniczym stylu,
uśmiecha się i powtarza
)
Poproszę kawę z mlekiem, która mnie zaskoczy.

Barista:
(po chwili)
Proponuję kawę z mlekiem sojowym, miodem i cynamonem.

Jabłoń:
Wybornie! Poproszę!
(w bonusie miało Drzewko zagłostkę niemałą: skąd pan wiedział,
że sojowe mleko będzie najtrafniejszą mleczną propozycją
?)

poniedziałek, sierpnia 19, 2013

828. Długi weekend

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Typ A. Ona. 40–, 40+. Stanu bardzo wolnego. Pragnąca miłości. Deklaruje, że gotowa jest oddać wszystko, by w końcu spotkać tę właściwą, drugą połówkę pomarańczy. Ale... Lista. On ma być taki, siaki i owaki. Wykształcenie musi mieć, najlepiej takie, siakie lub owakie. Mieszkanie też mieć powinien, najlepiej takie, siakie lub owakie. No i pozycję zawodową. Przecież Ona nie będzie mogła pokazać się z Nim w żadnym ze swoich miejsc, jeśli On nie będzie miał właściwego stanowiska, właściwego portfolio i odpowiedniej historii osobistej. Lista jest długa i bardzo konkretna. Nie podlega renegocjacjom. Z listą w mentalnej garści usycha sobie Ona z braku miłości. Nie ma sensu jej mówić, że kręci się obok niej taki jeden. Kręci się od lat. Gotowy, by pomóc. Gotowy, by być. Wielu punktów z listy nie spełnia, wielu programowo nie zamierza spełniać, ale za to gotowy jest na wiele szaleństw w jej towarzystwie. Ona listy z ręki nie wypuści, usycha i utyskuje na świat i życie, co podłe jest nad wyraz. Nie mam prawa głosu, bo ja mam TAAAAAAKIEGO Mężczyznę, co jest i taki, i siaki, i owaki. Ona nigdy nie uwierzy, że gdy połączyliśmy swoje losy, nie mieliśmy nic poza sobą i wspólnymi marzeniami. Ani On, ani ja nie byliśmy tacy, siacy lub owacy.

Typ B. Ona. 40–. 40+. Mężatka. Mówi, że miało być inaczej, a tu, proszę, mąż nudny powoli się robi. Ona by chciała, by On bardziej męski i zdecydowany był, by Ona nie musiała tych wszystkich decyzji podejmować sama. Może by jakieś hobby miał, co? Męskie hobby byłoby super, nie? Ale... Niech to będzie hobby bezpieczne, w końcu głową rodziny jest. I czyste to hobby musi być, żeby brudów do domu nie znosił. I żeby był, tak jak do tej pory, osiągalny dla rodziny, pod telefonem, na wyciągnięcie ręki, zawsze. Tak, Ona chce, by On się rozwijał, miał swoje życie i tylko swój czas, ale pod warunkiem, że Ona mu tę nową rzeczywistość zdefiniuje, bo wiadomo, bezpieczna i czysta powinna być. Ona mi mówi z lekkim wyrzutem, że ja to nigdy jej nie zrozumiem, bo ja mam TAAAAAAKIEGO Mężczyznę. Wiadomo, ślepej kurze trafiło się ziarno. Tylko Ona, ta w typie B, zadaje mi do znudzenia to samo pytanie:
     — Nie boisz się go puszczać na motor?

* * *

Sadownik, Henia & Jabłoń:
(wyjeżdżają na długi weekend
w lekkim, jak na ten dzień, korku
)

Sadownik:
Widziałaś? Taki jak mój!

Jabłoń:
Tylko światła tylne widziałam. Daj mi znać wcześniej,
jak będzie jechał jakiś motor, dobrze? Chętnie sobie popatrzę.

Sadownik:
(z lekkim wyrzutem)
Mówi się motocykl.

* * *

     — Nie boisz się go puszczać na motor?
     — Nie mówi się motor, ale motocykl.

Dwa tygodnie temu, Sadownik zrobił mi niespodziankę i, wracając z południa, zajechał na psie seminarium. Wracaliśmy do domu na dwa pojazdy. My z Henią sukowozem. On na Motongu. Jechał przodem. Podziwiałam piękno tej Pary — Sadownik i Motong, Motong i Sadownik. Myślałam o tym, że mam TAAAAAAKIEGO Mężczyznę. Myślałam o tym, że wszystko to by mnie ominęło, gdybym miała listę, gdybym uparła się, by zawsze było bezpiecznie, czysto i na porę. A przecież na znaczki przyjdzie jeszcze czas.

*

     — Nie boisz się go puszczać na motor?
     — Nie mówi się motor, ale motocykl.

Ja go nie puszczam, bo nie jest dzieckiem. Jest Mężczyzną. Nie, nie boję się, gdy jeździ motocyklem. Samochód ma przyrośnięty do dłoni. Prawo jazdy kategorii B miał, zanim stał się pełnoletni. Chwilami, samochód staje się dla niego ciut niebezpieczną, zbyt oczywistą oczywistością. Motong wymaga od Sadownika bardziej niż Ona typu A czy typu B. Uwaga. Teraz. Skupienie. Teraz. Chwila po chwili. Tutaj. Margines na błędy prawie żaden. Z katarem nie jeździ się motocyklem...

* * *

Podróżowanie samochodem letnią porą z Motocyklistą jest Świętem samym w sobie. Mogliśmy z Sadownikiem porozmawiać, pomarzyć na głos, powspominać. To był fantastyczny długi weekend na Dzikim Zachodzie z TAAAAAAKIM Mężczyzną.

środa, sierpnia 14, 2013

(810+17=826+1). Matka Karmiąca

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Każda życiowa katastrofa miała tylko jeden cel — przybliżyć mnie do Sadownika. Od lat już to wiem. Każda znacząca, dobra zmiana w moim życiu zaczyna się od Sadownika — od faktu Jego istnienia, poprzez jego czyny, system wartości i wybory, których dokonuje.

     — To On jest winny wszystkiemu! — mogłabym wykrzyczeć i poczuć tę lekkość bytu zwolnionego z odpowiedzialności za cokolwiek. Rodziny, z których pochodzimy, nie zawsze zachwycone są naszymi (realizowanymi skutecznie) pomysłami. Ale, ale... To wszystko nie jest aż tak proste. W pierś się biję. Jesteśmy siebie warci, ponieważ i ja jestem przyczyną wielu zmian w Jego Życiu...

„Tą razą” winni jesteśmy oboje... Sadownika głodówki rokroczne... Jego świadomość żywieniowa, co do szału mogła mnie doprowadzić, gdy wracał z mekki zdrowia... lista tego, co jeść powinniśmy; lista tego, o jedzeniu czego powinniśmy zapomnieć... wiszą obie na lodówce od lat... ostatnie książki...

*

Stało się. Era niejedzenia zwierza. Nabiał precz. Jajka tylko od szczęśliwych kur. Mięso precz... prawie... na razie jest w planach raz na pół roku coś, co dzikie i wolne było, by uwzględnić religię żywieniową Sadownika (mamy tę samą grupę krwi, więc brak mi argumentu przeciw i też wyznaję). Dla wegan to żaden krok. Dla mnie to zmiana diametralna. Co mam jeść, by się najeść? Było tak prosto, a teraz głodno pięć razy dziennie. Pięć? Przynajmniej pięć! To dobrze! Człowiek nie powinien jeść raz dziennie.

Uwzględniając powyższe warunki brzegowe przekopałam się w zeszłym tygodniu przez księgarskie regały kulinariom poświęcone. Nie miałam pojęcia, że to dział o narcyźmie stosowanym: kuchnia Zosi, wypieki Michała, sałatki Kasi, ugotowane na miękko ego Tego czy Tamtego. Odsuwając na bok wielkich gotujących, diety cud, co będą działać od wczoraj, nabyłam książkę, co znieczula gotowanie wierszami. Przemiany, dokładniej pięć, przemieniają nasze nawyki żywieniowe. Nareszcie nie jestem głodna!

*

Odnotowuję to dziś, bo wczoraj, po raz drugi już, zrobiłam marchewkowe kotleciki. Po raz pierwszy jedli je Antenka i Sadownik. Paluszki oblizywali, co sprawiło, że szczęście zalało mnie falą.

Uwielbiam być Mamą Kudłatą, ale stało się jasne, że
lubię też być Matką Karmiącą.

*

W chwilach, które wydają mi się doniosłe, zawsze robię kotlety marchewkowe [...]. Zapach smażonej marchewki z aromatem curry i prażonego sezamu otwiera serca i wywołuje uśmiech. [...]
     [...]
     Mówiąc, wciąż patrzyła w przestrzeń ponad moimi myślami.
     — Mam 45 lat i nie wiem, co robić w życiu... — powiedziałam w końcu lekko rozżalona.
     — Rób, co chcesz, tylko gotuj... — odpowiedziała.

*

wylądować w ciele
miękko
i odważnie

zamiast mówić — to moja ręka
stać się swoją ręką
zamiast — to mój palec
stać się palcem
i kiwnąć
albo pogrozić

poczuć grawitację
zamiast mówić że jest ciężko

ręce leżą gładko na biurku
kiedy piszę
tylko palce skaczą po klawiaturze
są wygodne w użyciu
nie mylą się kiedy układam słowa

jestem wygodna w użyciu
nie mylę się w układaniu słów

teraz się zatrzymałam na chwilę

staję się sobą

Ewa Dobek, Rób, co chcesz, tylko gotuj,
Wydawca JK, Łódź 2013.

(810+16). Zmierzając ku literce „W”

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Opowieść o szympansiej faunie. To był chyba początek zmiany.
Zakupiłam Singera, wpadł mi w ręce Autoeksperyment.

Wszystkie te książki mogą stać się zaczynem myśli, że wegetarianizm nie jest złym pomysłem, kaprysem czy przejawem idealizmu. Jednak nie muszą, a może nawet nie mogą nic, jeśli nie lubisz zwierząt.

Ok, ja połknęłam kudłaty haczyk, co było łatwe do przewidzenia. Złapałam się na mądrość, którą widzę w oczach zwierząt — och, ta nieznośna łatwość antropomorfizowania. Nie dasz się na to złapać, prawda? Nie jesteś tak głupi jak ja, by uważać, że zwierzęta coś znaczą, coś czują, komunikują, że ten świat nie tylko ludziom został dany. Pójdźmy tym tropem...

Dla twardzieli jest książka Zjadanie zwierząt. Przypominam, pal sześć zwierzęta, nie jesteśmy nimi w ogóle zainteresowani. To książka o ludzkim zdrowiu, które staje w bardzo nierównej walce naprzeciwko ludzkiej chciwości. A podobno chcemy żyć długo i szczęśliwie. Gdy czyta się tę książkę trudno uwierzyć w przedstawiane w niej fakty. Możemy pominąć przypisy, możemy pocieszać się, że naciągane, tendencyjne, no i... w Ameryce! Ale jest malutki polski wątek, a dla bardzo umiarkowanych (eufemizm) wielbicieli Ameryki posłowie Dariusza Gzyry.

Powodem wyruszenia w drogę, której końcem jest ta książka, było ojcostwo.

*

Jedzenie zwierząt należy do tej samej grupy tematów co aborcja. Nie da się ustalić najważniejszych faktów. Kiedy płód staje się człowiekiem? Co naprawdę przeżywa zwierzę w rzeźni? Dlatego tematy te są tak niewygodne. Śliskie i niepokojące. Jedno pytanie wywołuje kolejne. Często zdarza się, że bronisz stanowiska, które okazuje się bardziej skrajne niż to, w co wierzysz. Lub co gorsza, nie bronisz żadnego stanowiska, bo żadne cię nie przekonuje.
     Mamy problem z odróżnieniem tego, co jest, od tego, co się wydaje. Zbyt często spory o jedzenie zwierząt zamieniają się w dyskusje o gustach.

*

W latach 40. zaczęto karmić kurczaki paszą zawierającą sulfonamidy i antybiotyki, które stymulowały wzrost i zapobiegały chorobom. [...] W latach 50. wprowadzono podział ptaków na dwa typy: te do znoszenia jaj i te przeznaczone na mięso.
     Manipulowano genotypem kurcząt oraz sztucznie zmieniono ich sposób odżywiania i środowisko tak, by pozyskać z nich jak najwięcej jaj (nioski) lub mięsa, a szczególnie mięsa z piersi (brojlery). W okresie od 1935 do 1995 roku waga przeciętnego brojlera wzrosła o 65 procent, czas jego życia skrócił się o 60 procent, a wymagania żywieniowe spadły o 57 procent.
[...] Te wszystkie modyfikacje doprowadziły do rewolucji w przemysłowym chowie ptaków. Superwydajnym, nowym kurczakom karmionym podejrzanymi substancjami chemicznymi i trzymanym w sztucznym środowisku odbierano na zawsze prawo do życia w zdrowiu. Gdyby wypuścić je z ferm, nie przetrwałyby. [...] Dziś do celów spożywczych hoduje się wyłącznie takie zwierzęta. [...] Teraz mamy tylko jeden gatunek — kurczaki fermowe.

*

Hodowle zwierząt, które nie mogą się rozmnażać w naturalnych warunkach, nie ma sensu, kiedy myśli się o karmieniu ludzi. Ma natomiast sens, kiedy celem jest robienie kasy. [...] przemysł prawie wcale nie interesuje się dostarczaniem ludziom pożywienia, a jeszcze mniej interesuje się zwierzętami. System ferm przemysłowych po prostu nie nadaje się do zrównoważonej, długoterminowej produkcji żywności.

*

Zwierzę dostrzega nasze spojrzenie. Patrzy na nas i niezależnie, czy odwrócimy wzrok (od niego, od talerza, od dylematu, od nas samych), czy nie, jesteśmy już zdemaskowani. Możemy zmienić nasze życie albo nie zrobić nic. Bezczynność też jest czynem.

*

Brak odpowiedzi jest odpowiedzią — jesteśmy tak samo odpowiedzialni za to, czego nie zrobiliśmy. Jeśli chodzi o ubój zwierząt machnięcie ręką jest jak cięcie nożem.

*

Przemysł zachęca nas do usypiania sumienia i kierowania się pragnieniami. Ale odrzucenie tego, czego chce przemysł, także może stać się naszym pragnieniem.

Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

*

Jeśli coś ode mnie zależy, powinienem to zrobić. Wygodniej jest recytować z pamięci i bez refleksji eskapistyczne „świat już taki jest” — uniwersalne usprawiedliwienie konformistów. Zrzucić winę na „onych” i prawa natury. Odwołać się do racji większości i systematycznie utwierdzać w braku możliwości wyboru, posiłkując się tym, co pasuje do wcześniej ustalonej tezy. Jakbyśmy w historii nie mieli przykładów, że radykalne zmiany społeczne są możliwe. Ci, którzy nie mieli prawa siedzieć obok białych obywateli w środkach masowego transportu, dziś są prezydentami państw. Te, którym odmawiano prawa do edukacji ze względu na płeć i rzekomy naturalny brak predyspozycji, dziś są rektorami prestiżowych uniwersytetów. To, co wydawało się niemożliwe, stało się możliwe. Tak, analogia nie jest idealna. Jednak walczący z niewolnictwem dziewiętnastowieczni abolicjoniści również posądzani byli o próbę destabilizacji naturalnego porządku, osłabienia gospodarki i chroniczne marzycielstwo.

Dariusz Gzyra, „Posłowie” w J.S. Foer, Zjadanie zwierząt,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

wtorek, sierpnia 13, 2013

825. Dzisiejszy Raj

Hamak,
kawa,
książka,
Adagio,
Heniutek
     wyciągnięta na słońcu i
ułamek sekundy,
     gdy dotarło do mnie, jak wielkie to szczęście,
     że mogę nie śpieszyć się i z Nimi być...

Raj
     to tu.

Alessandro Marcello, Koncert obojowy d-moll, Adagio.

poniedziałek, sierpnia 12, 2013

824. Bezdyskusyjny zakaz i już!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zakaz palenia na tym blogu nie obowiązuje. Zakaz picia też nie. To dobre miejsce na świecie. Prędkość w czytaniu możesz przekraczać do woli, jeśli nie odbiera Ci to przyjemności. To w końcu dobre miejsce dla dobrych Ludzi. Chyba nie musisz mieć 18 lat, by go czytać, choć nie sądzę, by zainteresował nieletnich. To dobre miejsce dla dobrych Ludzi w dobrym momencie Ich życia. Hi, hi!

Czytając możesz rzucać pety na podłogę i upuszczać na ziemię flaszki, jeśli fizycznie nie ma Cię w Przytulisku — to tak à propos parków, bo... pamiętamy. Hi, hi!

Masz prawo pozostawić po sobie ślad w postaci Twych myśli, wrażeń, opinii — chętnie je poznam, pomyślę o Twoim punkcie widzenia, poczuję się uprzywilejowana, że w ogóle chciało Ci się rytm na klawiaturze swoimi palcami wystukiwać. Bardzo jestem tego wszystkiego ciekawa i łasa, ale...

*

...jest jeden zakaz, który wprowadzam WIELKIMI LITERAMI.

Na tym blogu zabrania się zostawiania reklam i rad, o które nie prosiłam, choćby nie wiem jak świerzbiłyby Cię rączki lub klawiatura.

*

Nie, nie prosiłam o kilkanaście reklam fantastycznych miejsc na świecie. Nie błagałam o listę kilkunastu linków, które na pewno pomogą mi poradzić sobie z chorobą, która przytrafiła mi się kilka lat temu i o której, dzięki Bogu, już nie pamiętam. Pilarki też nie kupię. O! Zadowoleni, reklamonosiciele zarazy? Będę kasować do upadłego! I już!



*

Fajnie jest pobyć przez chwilę radykałką i porządzić sobie odrobinkę, rzeczywistość walnąć w garb, nawet jeśli przypuszcza się, że to niczego nie zmieni... Ale przynajmniej reklamo-zarazo-nosiciele mieli okazję dowiedzieć się, co o nich myślę. Myślę źle...

(820+3). Zachwyt (IV)... człowieczeństwo (II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

A wszystko zaczęło się od tego, że z Altówką o tej szympansiej książce rozmawiałyśmy... Właśnie widzę, jak moja półka z książkami kudłatymi powoli zamienia się w półkę, na której rozgościły się również etyka, wegetarianizm i świadomie wybierany styl życia.

Argument „robię tak, bo w mojej rodzinie robiło się tak od stuleci” nie świadczy już o zacnym kultywowaniu tradycji lecz raczej o umysłowym lenistwie. Czy nam się podoba czy nie, przyszło nam żyć w czasach, gdy na każde pytanie trzeba, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, samemu znaleźć odpowiedź.

Każdy badacz pracujący w laboratorium biomedycznym postępuje według dwóch sprzecznych zasad. Pierwszą wyraża takie oto sformułowanie: „Musimy eksperymentować na szympansach, ponieważ pod względem fizjologicznym są one zupełnie takie same jak my”. Dlaczego zatem uważa, że można izolować, torturować a nawet zabijać stworzenia, które są zupełnie takie jak my? „Ponieważ pod względem psychicznym nie są one takie same jak my”.
     Naukowiec, który przyzna, że szympansy będące obiektem jego eksperymentów mają potrzeby emocjonalne, zacznie wkrótce przeżywać poważne rozterki moralne. Jest dużo trudniej zadawać ból szympansowi, jeśli spojrzało mu się w oczy i uznało, że ma on swoją własną, niepowtarzalną osobowość.

*

Z pewnością pawian czy pies poddany eksperymentowi biomedycznemu przeżywa nie mniejsze cierpienie niż szympans czy człowiek. I znowu pojawia się to samo dręczące pytanie: czy słuszne jest zabijanie innych zwierząt dla przedłużenia ludzkiego życia? Czy musimy zadawać cierpienia przedstawicielom jednego gatunku, by złagodzić cierpienia osobników należących do innego gatunku?
     To Washoe nauczyła mnie, że „ludzki” czy „ludzka” jest tylko przymiotnikiem, który opisuje „istotę”, a kwintesencją tego, kim jestem, jest nie moja ludzkość, lecz istota. Są istoty ludzkie, szympansie i kocie. Podziały, jakie kiedyś przeprowadzałem między tymi istotami — podziały, które pozwalały jednemu gatunkowi więzić zwierzęta innych gatunków i eksperymentować na nich — stały się dla mnie pod względem moralnym nie do obronienia.

*

Ludzka inteligencja różni się od szympansiej stopniem, a nie rodzajem procesów umysłowych. Szympansy nie są tak „inteligentne” jak ludzie, jeśli chodzi o myślenie sekwencyjne. Nie jest możliwe, by jakiś szympans nauczył się kiedykolwiek używać amerykańskiego języka migowego z pełną składnią — tworząc wypowiedzi według złożonych schematów sekwencji znaków, tak jak robi to niesłyszący człowiek. Może się on jednak nauczyć wystarczająco wielu znaków, by w zdumiewającym stopniu opanować umiejętność porozumiewania się sekwencyjnego. I odwrotnie, ludzie nie są tak „inteligentni” jak szympansy, jeśli chodzi o myślenie równoczesne. Nie jest możliwe, by człowiek nauczył się kiedykolwiek odczytywać sygnały niewerbalne w takim stopniu jak szympans. Jednak u człowieka wychowanego wśród dzikich szympansów rozwinęłyby się na pewno imponujące umiejętności równoczesnego opracowywania informacji.

*

W minionych czterdziestu latach kręciliśmy szympansami w wirówkach i wystrzeliwaliśmy je w przestrzeń kosmiczną. Rozbijaliśmy im głowy stalowymi prętami i wykorzystywaliśmy je jako żywe kukły przy testowaniu odporności samochodów na zderzenie. Pozbawialiśmy je kontaktów z dziećmi, opieki macierzyńskiej i doprowadzaliśmy do psychoz. Wykorzystywaliśmy je przy badaniu toksyczności zabójczych pestycydów i wywołujących raka rozpuszczalników używanych w przemyśle chemicznym. Zarażaliśmy je wirusami wywołującymi chorobę Heinego-Medina, zapalenie wątroby, żółtą febrę i AIDS oraz pasożytami wywołującymi malarię.
     Te, które przetrwały to wszystko, zasługują na to, by ostatnie lata życia spędzić w spokoju.
     Nawet jeśli uda się nam utworzyć schroniska dla „wykorzystanych” szympansów, to i tak musimy odpowiedzieć na zasadnicze pytanie — czy w ogóle poddawanie szympansów szkodliwym dla nich eksperymentom jest do przyjęcia z moralnego punktu widzienia.

*

Antropolog Richard Wrangham udokumentował fakt korzystania przez szympansy z roślin leczniczych. Lud Mende z Afryki Zachodniej od dawna wzbogaca swoje ziołolecznictwo, stosując te same rośliny, których używają w chorobie szympansy. Teraz w ślady Mende podąża również medycyna zachodnia. Szympansy naprowadziły naukowców na mnóstwo nieznanych poprzednio gatunków roślin, które mają w farmakologii różnorodne zastosowania, spełniając rolę antybiotyków czy środków antywirusowych. Wrangham uważa, że w Afryce mogą istnieć dziesiątki lokalnych szympansich kultur medycznych. Przepaść kulturowa między ludźmi a szympansami okazuje się tak samo iluzoryczna jak przepaść umysłowa.

*

Lubimy uważać naukę za szlachetne poszukiwanie wiedzy obiektywnej, zawsze zmierzającej do prawdy. Ale naukowcom nie są obce przesądy ich własnych czasów, a są dużo bardziej niebezpieczni niż przeciętni bigoci. Historia pokazuje, że kiedy ignorancja łączy się z arogancją, rezultaty są zwykle katastrofalne dla tych, którzy znajdują się poza moralnym uniwersum danej kultury.
     Nauka jest służebnicą moralności od czasów Arystotelesa, ojca filozofii nauki zachodniej. W swojej
Scala Naturae określił on mężczyzn greckich jako istoty najdoskonalsze, po nich następują słonie, delfiny i kobiety, dokładnie w tej kolejności. Odebranie mężowi prawa bicia żony zajęło dwa tysiące lat. Tymczasem kolejne pokolenia uczonych „udowadniały”, że kobiety są czarownicami, wspólniczkami demonów albo histeryczkami. Do znajdujących się poza porządkiem moralnym Zachodu kobiet dołączyli czarni, Azjaci i Aborygeni, a niższość tych grup „wykazała” dziewiętnastowieczna europejska pseudonauka — neuroanatomia. Pozornie prawdziwe odkrycia laboratoryjne dostarczyły uzasadnienia dla zniewolenia Afrykanów, eksterminacji Aborygenów i odmawiania praw Azjatom. Ten wstydliwy rozdział w dziejach nauki ukazano w pełni podczas targów światowych w Saint Louis w 1904 roku, kiedy to Pigmejów i inne rasy o „niższej kulturze i inteligencji” umieszczono razem z szympansami i innymi małpami w swego rodzaju międzygatunkowym zoo.
     Wraz z rozwojem współczesnych biomedycznych nauk eksperymentalnych związek nauki z moralnością stał się obustronny. Nauka była wykorzystywana dla usprawiedliwiania wykluczenia pewnych grup ze sfery, w której obowiązują zasady moralne, dzięki czemu wyrzutków tych przekazywano z kolei do laboratoriów w celu prowadzenia na nich eksperymentów. Czarni Amerykanie, europejscy Żydzi oraz upośledzone umysłowo dzieci traktowani byli jako „zwierzęta laboratoryjne”.

*

Bez względu na nasze zapatrywania na przebieg ewolucji faktem jest, że wszyscy, biali i czarni, jesteśmy jedną wielką rodziną, że każdy człowiek jest spokrewniony z każdym szympansem, gorylem i orangutanem; wszyscy jesteśmy członkami jednej rodziny człowiekowatych. I ty, i ja jesteśmy powiązani z Washoe nieprzerwanym łańcuchem matek i córek, ojców i synów, który sięga sześć milionów lat wstecz.

*

Darwin był przedstawicielem nauki, ale człowiekiem religijnym; kiedy szło o szacunek dla wszystkich form życia, nie widział żadnego konfliktu między nauką a religią.

Roger Fouts, Stephen Tukel Mills,
Najbliżsi krewni. Jak szympansy uświadomiły mi kim jesteśmy,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1999.
(wyróżnienie własne)

(820+2). Zachwyt (III)... uczenie się

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dojrzewam. Do zmiany. Gdzieś z tyłu głowy proces myślowy trwa, by zmienić sposób pracy ze studentami. Tak bardzo chciałabym, aby wzrastali i rozwijali się, nabierali apetytu na nowe i nieznane, a nie zdobywali oceny. Marzeniom w tym względzie pozwalam wzrastać, by gdzieś za miesiąc przyciąć, zebrać, w ciało nowych zasad ukształtować. I tak bardzo chciałabym móc uwzględnić poniższe...

Dzięki Washoe poznałem największy sekret pracy z szympansami i ludzkimi dziećmi — ujmij dowolne działanie w formę zabawy, a poświęcą się temu bez reszty. Poproś je, aby to zrobiły czy zmuś je do tego, a z miejsca stracą całe zainteresowanie. Jeśli chciałem zająć czymś na jakiś czas uwagę Washoe, to „przypadkiem” zostawiałem na szafce śrubokręt. Zaraz go znajdowała i całą resztę ranka spędzała na próbach rozkręcenia szafek. Nie robiła w tym znaczących postępów, ale siedziała godzinami spokojnie, ze śrubokrętem w ręku, studiując konstrukcję mebli. Kiedy w końcu doszła do wprawy w posługiwaniu się tym narzędziem, musiałem je odebrać. Gdybym tego nie zrobił, rozkręciłaby bez wątpienia całą przyczepę.

*

[...] uczenia nie można kontrolować, niejako z samej swojej natury wymyka się ono kontroli. Uczenie się zaczyna się spontanicznie, przebiega w indywidualny i nieprzewidywalny sposób i w swoim czasie przynosi efekty. Raz rozpoczęte uczenie się nie ustaje, chyba, że pada ofiarą warunkowania.

*

[...] szympansie dziecko w dżungli potrafi uogólniać to, czego się uczy. Za każdym razem kiedy rozbija orzech tłukiem, uczy się czegoś o rozbijaniu orzechów w ogóle. Musi odnaleźć pewne ogólne schematy skutecznego rozłupywania orzechów — wyprowadzić z tych jednostkowych przypadków pewne ogólne prawidła, mówiąc innymi słowy — a potem zastosować je do nowych sytuacji.

Roger Fouts, Stephen Tukel Mills,
Najbliżsi krewni. Jak szympansy uświadomiły mi kim jesteśmy,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1999.

(820+1). Zachwyt (II)... lingwistyczny

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W zadziwienie i zachwyt lingwistyczny wpadłam. Dawno, dawno temu, na filologii wdziobałam cztery główne teorie powstania języka, o głupich, prawie bajkowych nazwach. Żadna z nich nie nawiązywała do opisywanych w tej książce badań. Dziś mam trudność ze zrozumieniem dlaczego?

Doznałem olśnienia. Mówienie jest sekwencją precyzyjnych ruchów. Wyjaśniało to znakomicie, dlaczego autystyczne dzieci przechodziły od języka migowego do mówionego. Kiedy nauczyły się porozumiewać za pomocą dokładnych ruchów składających się na znaki, to w naturalny sposób zaczynały wyrażać się za pomocą innej formy precyzyjnych ruchów — słów. Koncentrując się na różnicy między językiem migowym a mówionym — jeden odbiera się wzrokiem, drugi słuchem — przeoczyłem oczywisty fakt, że obydwa są formami ruchów.
     Język migowy wykorzystuje gesty rąk, mówiony „gesty” języka. Język wykonuje precyzyjne ruchy, zatrzymując się w konkretnych miejscach jamy ustnej, dzięki czemu możemy wypowiadać dźwięki. Ręce zatrzymują się w konkretnych miejscach ciała, dzięki czemu tworzymy odpowiednie znaki. Te precyzyjne ruchy języka i rąk są nie tylko zbliżone, ale
związane ze sobą poprzez okolice ruchowe mózgu.

*

Przełomowe odkrycie Kimury — że precyzyjnymi ruchami języka i rąk kierują te same okolice mózgu — dowiodło prawdziwości teorii wysuniętej parę lat wcześniej przez antropologa Gordona Hewesa, że u początków języka były gesty. […] Hewes nie dał jednak odpowiedzi na intrygujące pytanie, w jaki sposób mowa mogła wykształcić się fizycznie z gestów. Słowa i gesty mogą tworzyć złożone zdania dzięki regułom wspólnej „składni”, ale strumień słów wydobywających się z ust dzieli od ruchów ręki ogromna przepaść. Jak udało się naszym wspólnym człowiekowatym przodkom zasypać tę przepaść?
     Kimura stwierdziła, że mostem spinającym oba brzegi tej przepaści jest mechanizm nerwowy, który łączy ruchy ręki z ruchami języka. Jednak faktyczne istnienie tego mostu udowodnili dwaj autystyczni chłopcy, David i Mark, którzy przebyli go w parę tygodni. Można by powiedzieć, że w tym krótkim czasie przemierzyli drogę ewolucyjną naszych przodków, którym podróż od niemal małpich gestów do współczesnej ludzkiej mowy zajęła sześć milionów lat.

*

Od tysięcy lat ludzie dostrzegają dwa zastanawiające fakty z dziedziny swego porozumienia się. Po pierwsze niemowlęta, zanim zaczną mówić, zaczynają gestykulować, po drugie gesty są pewnego rodzaju językiem uniwersalnym, do którego uciekamy się wszyscy, kiedy nie potrafimy porozumieć się za pomocą języka mówionego. Oba te spostrzeżenia nasunęły ludziom już bardzo dawno temu myśl, że u podstaw języka mogą leżeć gesty.
     Jednak współcześni językoznawcy usunęli z pola swojego zainteresowania gesty pierwszych człowiekowatych jako nie mające żadnego związku z językiem mówionym. Zignorowali też pierwsze gesty współczesnych niemowląt, uważając, że nie mają one żadnego związku ze słowami, które niemowlęta wypowiadają w późniejszym okresie rozwoju. To nieliczenie się z gestem spowodowane było częściowo charakterystyczną dla osób mówiących, bez względu na to, czy są one językoznawcami, psychologami czy antropologami, tendencją do utożsamiania języka z mową.
[...] W dodatku językoznawcy uważali gest za coś w rodzaju ewolucyjnej ślepej uliczki, dopóki nie odkryli w latach sześćdziesiątych, że języki migowe są równie złożone jak mówione i posiadają tak samo rozbudowane gramatyki.

*

[…] słowa są symbolami przedmiotów, gesty symbolami związków między przedmiotami. Przejście od mówionych słów do gramatyki języka mówionego wymaga przebycia ogromnej przepaści i właśnie dlatego językoznawcy zakładają. Że konieczne były poważne mutacje mózgu. Ale przejście od gestów do gramatyki nie wymaga dokonania żadnego skoku. Gest jest gramatyką.

*

Założenie, że między gestami a mową istnieje ciągłość, pomaga także wyjaśnić fakt, że jeszcze dzisiaj uciekamy się do gestów, kiedy mowa okaże się nieskuteczna. Jako najstarsza forma porozumiewania się naszego gatunku, gesty nadal funkcjonują w każdej kulturze jako „drugi język”.

*

Również dzieci dowodzą ciągłości między gestami i mową, zgodnie ze słynnym powiedzeniem biologii — w ontogenezie powtarza się filogeneza. Historia rozwoju jednostki jest kopią rozwoju gatunku. Poprzez rozwój ciała i zachowania każde ludzkie dziecko odtwarza z grubsza trwającą wiele milionów lat drogę naszego gatunku od gestów dłoni do „gestów” języka.

Roger Fouts, Stephen Tukel Mills,
Najbliżsi krewni. Jak szympansy uświadomiły mi kim jesteśmy,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1999.
(wyróżnienie własne)

820. Zachwyt (I)... człowieczeństwo (I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mam półkę, na której trzymałam książki „kudłate”. Skończyłam w ten weekend książkę, której na tej półce nie postawię, bo nie jest moja.

Zgadałyśmy się jakiś czas temu z Altówką na temat szympansów, od słowa do słowa i tego samego dnia wieczorem miałam już w ręku pożyczoną, altówkową książkę. Zachwyciłam się nią od pierwszych stron. Ryczałam jak bóbr, pociągałam nosem, wzdychałam co chwilę, śmiałam się do łez.

W środku czytania zapytałam Altówkę, jak na tę książkę wpadła. Odpowiedziała, w punkcie taniej książki... To dla mnie bardzo smutne, że tak głęboko ludzkie książki kończą w punktach taniej książki.

Sprawdziłam. Na dzień dzisiejszy nie da jej się kupić. Nie znalazłam jej w żadnej księgarni, co nie dziwi, była wydana bardzo dawno. Nie znalazłam w żadnym antykwariacie, w żadnym punkcie taniej książki. Ostatnia ostoja umożliwiająca zdobycie niezdobywalnego, czyli allegro, też nie mogło mi pomóc. Nie ma i już.

Przeczytałam. Miałam to szczęście, że mogłam. Przepisałam zachwycające mnie, często również zadziwiające, fragmenty i mam zamiar wiele z nich tu zostawić, by zachować od zapomnienia piękne człowieczeństwo... by podarować je tym, którzy tak jak ja, nie wiedzieli o istnieniu tej książki, bo budżet na reklamę pewnie miała żaden, a szczęścia mieli ciut mniej i nie mieli okazji poczytać całości.

[...] małpy człekokształtne i ludzie są o wiele bardziej ze sobą spokrewnione niż na przykład słonie afrykańskie ze słoniami indyjskimi.

*

Ciągle pytano mnie: „Dlaczego nie zostawisz szympansów i nie poświęcisz się całkowicie pracy z autystycznymi dziećmi?”
     — Dlatego, że te dzieci mają rodziny — odpowiadałem. — Te szympansy natomiast nie mają rodzin. Mają tylko mnie.

*

[…] pięć szympansów rozmawiających w języku migowym o kolorach farb, ubraniach i zdjęciach w czasopismach.

*

Prawie codziennie Debbi i ja powtarzaliśmy jak modlitwę tę oto mowę albo przynajmniej niektóre jej ustępy:

To laboratorium jest domem Washoe. Jesteście tu gośćmi. Zachowujcie się tak, jak chcielibyście, by zachowywali się wasi goście. Nie macie prawa karać jej dzieci, grozić żadnemu członkowi jej rodziny ani nawet dotykać ich, jeśli sami o to nie poproszą. W tym zakładzie na pierwszym miejscu stawiamy dobro szympansów, na drugim badania naukowe, a na ostatnim wasze potrzeby. Każde z was może stąd wyjść, kiedy tylko przyjdzie mu na to ochota, natomiast nikt z rodziny Washoe nigdy nie opuści tego miejsca. Są więźniami w swoim własnym domu. Wasze zadanie jest proste — macie starać się o to, by ich życie było tak przyjemne, towarzyskie i ciekawe, jak tylko będzie możliwe.

Zresztą ochotnicy do pracy w laboratorium i tak szybko odkrywali, zwykle już pierwszego dnia, że nie mają nad szympansami żadnej kontroli. […]

Wytrwali tylko ci ochotnicy, którzy pogodzili się z myślą, że są gośćmi u włochatych ludzi o bardzo złożonych osobowościach, przypadkiem będących szympansami. Pozbyli się oni swoich wcześniejszych wyobrażeń o szympansach i nawiązali nacechowane wzajemnym szacunkiem stosunki z poszczególnymi członkami rodziny Washoe. W nagrodę otrzymali tylko jedno — ich przyjaźń.
     Jednak z ochotniczek, które pracowały tam najdłużej, Kat Beach, wyznała mi kiedyś, że gdy po raz pierwszy spotkała się z Washoe, była zdumiona, że szympans potrafi posługiwac się ludzkim językiem. Kiedy jednak poznała ją bliżej, zdumiało ją to, co Washoe komunikowała. Latem 1982 roku Kat była w dość zaawansowanej już ciąży i Washoe bardzo troszczyła się o nią, pokazując na jej brzuch i pytając o DZIECKO
. Niestety, Kat poroniła i przez kilkanaście dni nie przychodziła do laboratorium. Kiedy pojawiła się ponownie, Washoe ciepło ją przywitała, ale potem odsunęła się, dając Kat do zrozumienia, że jest urażona jej wielodniową nieobecnością. Wiedząc, że Washoe sama straciła dwoje dzieci, Kat postanowiła jej powiedzieć, co było powodem tej nieobecności.
     MOJE DZIECKO NIE ŻYJE — poinformowała ją na migi. Washoe wbiła spojrzenie w ziemię. Potem spojrzała Kat prosto w oczy i dała znak PŁACZ, dotykając jej policzka pod okiem. To jedno słowo, PŁACZ — oznajmiła Kat — powiedziało jej o Washoe więcej niż wszystkie jej o wiele dłuższe, bardziej gramatycznie poprawne zdania. Kiedy tego dnia Kat wychodziła do domu, Washoe nie chciała jej puścić. PROSZĘ, OBEJMIJ OSOBĘ — sygnalizowała.

*

Każdy z szympansów miał inny gust. Loulis bardzo lubił maski noszone przez dzieci na Halloween, szczególnie maski potworów i Samotnego Jeźdźca. Założywszy maskę, biegał po wszystkich pomieszczeniach, goniąc pozostałych członków rodziny. Potem prosił laboranta, żeby on też założył maskę i śmiał się z niego. Siedmioletni Dar miał słabość do figurek dinozaurów, które łaskotał i do których „gadał” językiem migowym. Czasami razem z Louisem, nadal w masce Samotnego Jeźdźca, bawił się w chowanego w tunelach łączących wszystkie pomieszczenia, nie rozstając się z dinozaurami.
     Washoe, Moja i Tatu uwielbiały się stroić. Moja, najbardziej dbała o swój wygląd, owiązywała sobie szal wokół głowy, zakładała pasek w talii, a potem, używając małej puderniczki z lusterkiem, nakładała sobie na wargi jasnoróżową szminkę. Była też zafascynowana Velcro. Mogła godzinami otwierać i zamykać to, leżąc na podłodze. Po pewnym czasie laboranci zaczęli nazywać ją KOBIETA VELCRO.
     Tatu miała fioła na punkcie koloru czarnego — CZARNEJ PORTMONETKI, CZARNEJ SZMINKI czy CZARNYCH BUTÓW. Do makijażu wybierała zawsze nietoksyczne tłuste czarne pastele. Ta fascynacja czernią zaczęła się jeszcze w dzieciństwie, kiedy znakiem CZARNY określała wszystko, co było ładne, atrakcyjne, „fajne”, na przykład TO CZARNE JEDZENIE albo ONA CZARNA.
     Washoe preferowała czerwień, szczególnie jako kolor obuwia. Nic nie sprawiało jej większej przyjemności niż picie kawy z laborantką i wyszukiwanie ulubionych czerwonych butów w KSIĄŻCE BUTÓW, jak nazywała część magazynu mody poświęconą obuwiu. Jeśli chodzi o czasopisma, to miała bardzo eklektyczny gust. Wskazuje na to chociażby poniższa rozmowa z Debbi:

Washoe: WIĘCEJ KSIĄŻKI!
(Debbi wyjmuje dwa katalogi — jeden z ubraniami dla mężczyzn, a drugi mebli domowych.)
Debbi (po angielsku): Który chcesz?
Washoe: KSIĄŻKĘ DLA CHŁOPCÓW.
(Debbi daje katalog dla mężczyzn. Washoe kartkuje go przez chwilę, po czym odkłada na bok.)
Washoe: KSIĄŻKĘ DLA DZIEWCZYN, DALEJ!
(Debbi przegląda czasopisma, ale nie zdjaduje żadnego katalogu damskiej odzieży.)
Debbi (w języku migowym): NIE MOGĘ ZNALEŹĆ KSIĄŻKI DLA DZIEWCZYN.
Washoe: KSIĄŻKĘ O MIĘSIE!
(Debbi wraca z katalogiem Williama-Sonomy, w którym są zdjęcia różnych przysmaków. Washoe studiuje katalog bardzo uważnie.)

*

Loulis nauczył się języka migowe od Washoe i to przekazywanie znajomości znaków z pokolenia na pokolenie jest dowodem na to, że język narodził się prawdopodobnie w rodzinie. Ale ludzkie dzieci wychodzą kiedyś z domu rodzinnego i rozmawiają z rówieśnikami, wyrażając za pomocą mowy lub znaków swoje myśli i uczucia, aby nawiązywać przyjaźnie, snuć plany, rozwiązywać spory. A zatem choć języka uczymy się w rodzinie to najpełniejszy wyraz znajduje on w szerszym otoczeniu społecznym, w którym rozmowa ożywia każde spotkanie i ułatwia rozwój kultury, handlu i oświaty.

*

Najważniejszym odkryciem, którego dokonaliśmy podczas tych badań szympansich rozmów, było stwierdzenie, że szympansy bynajmniej nie używają języka, po to, by — jak zarzucali nam i im Terrace i inni — uzyskać nagrodę. Mogąc swobodnie rozmawiać w otoczeniu kochających i służących pomocą osobników, rodzina Washoe używała języka tak samo jak rodzina ludzka — po to, by podczas codziennych czynności tworzyć i podtrzymywać wzajemne stosunki. Znaczna część rozmów odnosiła się do zabaw, dyscyplinowania, czyszczenia domu i wzajemnego zapewniania się o trosce i życzliwości. Szympansy dawały dużo znaków, mówiąc same do siebie podczas oglądania zdjęć, malowania obrazów albo wyglądania przez okno i obserwowania ludzi czy przedmiotów. Tylko pięć procent ich rozmów związanych było z jedzeniem.

*

Od czasów Platona jest truizmem, że tylko ludzie mogą pamiętać przeszłość i snuć plany na przyszłość. Jeśli jednak chodzi o święta i jedzenie, Tatu nie tylko pamięta je, ale wydaje się wiedzieć, kiedy wypadają. Po zakończeniu zabawy w Halloween Tatu pyta o PTASIE MIĘSO, dając do zrozumienia, że niedaleko już do Dnia Dziękczynienia. Pewnego razu, po uroczystym przyjęciu z okazji urodzin Debbi, Tatu zadręczała nas pytaniem: LODY DAR? LODY DAR? Następnego dnia przypadają urodziny Dara.

*

Głównym celem naukowym Instytutu Porozumienia Ludzi i Szympansów jest studiowanie korzystania przez rodzinę Washoe z języka migowego. Nasi studenci nadal zbierają dane na ten temat […] Jeśli konieczny jest bezpośredni kontakt z którymś z członków rodziny, może do niego dojść tylko za jego zgodą. Jeśli chcą rozmawiać z ludźmi, to dobrze. Jeśli natomiast badania ich nie interesują — jeśli odchodzą i oddają się przeglądaniu czasopism albo wspinają na słupy — to trudno. Od czasu do czasu jakiś magistrant czy doktorant skarży się, że nie może nakłonić tego czy innego szympansa do współpracy.
     — Nie ma rady — mówię wtedy. — Wymyśl jakiś temat, który będzie dla nich ciekawszy.

*

Z wszystkich odwiedzających jej [Washoe] rodzinę pierwsze rozpoznają w szympansach naszych najbliższych kuzynów niesłyszące1 dzieci. Widząc takie dziecko, które codziennie dokonuje wielkich wysiłków, by porozumieć się ze słyszącymi, rozmawiające z ożywieniem na migi z szympansem, dostrzega się absurdalność odwiecznego podziału na „ludzi myślących” i „bezrozumne zwierzęta”. Patrząc na Washoe, niesłyszące dziecko nie widzi w niej zwierzęcia, ale osobę. Mam nadzieję, że pewnego dnia dostrzeże to tak samo wyraźnie każdy naukowiec.

Roger Fouts, Stephen Tukel Mills,
Najbliżsi krewni. Jak szympansy uświadomiły mi kim jesteśmy,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 1999.

____________________
1 przepisując fragmenty dotyczące osób niesłyszących, w tłumaczeniu zamieniłam każdą frazę „głuche” na „niesłyszące” dziecko i wybaczam Tłumaczowi tylko dlatego, że był to rok 1999... namyśliłam się, nie wybaczam, panie Jankowski!

piątek, sierpnia 09, 2013

(818+1). Logika piękna

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Grzeczne dziewczynki idą do nieba,
niegrzeczne idą tam, gdzie chcą!

Ute Ehrhardt

Prawda, że natychmiast chcesz niegrzeczną być?
Nie chciej, bądź!

*

Jak to było... masz psa... ergo jesteś wredna...
czyli podła... a więc... masz piękny biust!
I co, podła chcesz być?
Nie chciej, bądź!

czwartek, sierpnia 08, 2013

818. Znaki na Ziemi (epizody)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

#1

Bliźniacza Liczba opowiedziała kiedyś anegdotę, jak Bliźniaczy Mąż zwrócił baczną uwagę na poniższą kombinację znaków drogowych:

Biorąc pod uwagę częstotliwość napotykania tych znaków uznał, że Polska to niesamowity kraj, w którym dobro psów leży obywatelom wyjątkowo na sercu, skoro co chwilę kierowcy są informowani, by uważać na przechodzące sierściuchy.

By zrozumieć dojście do tej pięknej konkluzji, należy uzupełnić, że Bliźniaczy Mąż uczy się języka polskiego jako dorosły i z miłości, co może tłumaczyć jego dziecięcy idealizm. Wszystko jasne: jeśli pies (l. p.) to piesi (l. mn.), a my stajemy się natychmiast narodem cywilizowanym. Uwielbiam tę anegdotę... zwłaszcza za dalekosiężny kierunek stawania się cywilizowanym zakątkiem i dla ludzi, i dla zwierząt...

#2

A w sieci od weekendu dyskusja o zamykaniu parków dla psów. Zajrzałam. I po co mi to było? By stwierdzić, że egalitaryzm dotyczący zamieniania własnych myśli na rządek literek to była chyba zła idea. Zwalnia ze słuchania. Jesteśmy równi wobec prawa, ale zupełnie różni pod względem wrażliwości, ciekawości świata, szukania odpowiedzi, zadawania pytań...

Wybrane, ulubione cytaty, świadczące o tym, że społecznie to my jednak jeszcze fazę prenatalną zaliczamy, umiemy pisać, nie umiemy myśleć; niewiele wiemy, ale piszemy, w końcu każdy z nas jest specjalistą nie tylko w sprawie zwierząt.

Piesek to jedyne wyjście dla osób które swym życiem nie zasłużyły na choćby przyjaźń ludzi. Osoby które potrafią kochać ludzi i zasłużyć na ich uczucia nie są samotne. Im piesek nie jest potrzebny. No, ale jak się ma wredny charakter że tylko zwierzę może wytrzymać... to się włóczy tylko z psem. Złudzenie że zwierzę że kocha właściciela jest żałosne, to tylko wizytówka że nie kochamy ludzi.... i oni nas.

*

miasto nie jest miejscem dla psów!

*

Pies, zwłaszcza duży, w mieście to po prostu bestialstwo!

*

W mieście powinien być zakaz trzymania zwierząt w blokach.

Jeśli nie jesteś tu po raz pierwszy, proszę, przemyśl sobie swoją postawę. Czy nadal chcesz odwiedzać bloga osoby wrednej, nie umiejącej kochać i niekochanej, co nie ma zamiaru zasługiwać na Twoją przyjaźń? Ja nie wiem...

Wyobraziłam sobie miasta bez zwierząt i pomyślałam: biada ci człowieku, kim wtedy będziesz? Na pewno nie człowiekiem. Na pewno nie! I co ci wtedy przyjdzie po umiejętności pisania?

#3

Apteka. Jakich wiele. Kupowałam kiedyś w niej leki. Najczęściej gdy wracałam z Heniutką od weta. Jakiś czas temu zamknęła się i w ramach kryzysu wyremontowała. Otworzyła się i oczom moim, przy okazji gdy szłam na przystanek, ukazała się na drzwiach tabliczka. Od tego dnia programowo nie kupuję w tej aptece nic.

Kupuję w osiedlowej, gdzie na drzwiach nie kwitnie szowinizm gatunkowy. Wchodzimy z Heniutką po dziarsko odbytej wizycie u weta. Henia siada przy nodze. Receptę z zielonym paskiem wyjmuję. Kupujemy. I już. Po krzyku.

Kiedyś trafiła nam się wojująca klientka, co zaczęła utyskiwać, że kto to słyszał... apteka... pies... odwróciłam się i grzecznie poinformowałam panią, że klientką jest ta oto kudłata panienka, a ja tylko podaję kartę płatniczą.

#4

A za Odrą mieszkają kosmici, co takie tabliczki stawiają. Piękne, prawda? I można! To ja czekam na cywilizację Życia Wszelkiego tu... nad Wisłą!

fot. Altówka

kochany opiekunie psa,
pies jest najchętniej razem
ze swoim dwunogiem!
Weź go, proszę, ze sobą bezpłatnie do parku
i nie zostawiaj samego w samochodzie.

tłum. Altówka

środa, sierpnia 07, 2013

817. Żeberka w upale

Sadownik & Jabłoń:
(półnadzy poziomują się i próbują złapać oddech)

Sadownik:
(chwyta Drzewko za wystające żebro i radośnie oświadcza)
Żeberko!

Jabłoń:
Jakie? Drobiowe, wieprzowe czy wołowe?

Sadownik:
???

Jabłoń:
No wiesz, mówi się:
głupia gęś,
ty stara krowo,
ty świnio...
Więc?

Sadownik:
Dziczyzna!

Jabłoń:
???

Sadownik:
(przypomina Drzewku makabrycznie szowinistyczny dowcip)

*

Dietetyk do pacjentki:
     — Owszem, ja mogę sprawić, że pani schudnie, lecz niech pani pamięta, że chuda krowa to nie sarenka!

*

Jabłoń:
(czasem ubolewa nad tym, ale niestety
jest wielbicielką szowinistycznych dowcipów
)

wtorek, sierpnia 06, 2013

(815+1). Poseminaryjnie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ułamek sekundy z minut, które pracowałyśmy w Trójkę. Te dwie Dziewczyny wyciskają ze mnie wszystko co najlepsze, obdarowują mnie magią możliwości, wywołują radość i uśmiech od ucha do ucha. Czarodziejki! Po prostu Czarodziejki!

Ułamek sekundy, którego nie widziałam, gdy trwał, bo z góry Sunix wygląda zupełnie inaczej...

piątek, sierpnia 02, 2013

(804+11). Mniej więcej...

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Otrzymałam wczoraj te piękne, mądre słowa...
równie piękne i mądre jak tamte.

I zachwyciły mnie, ale podjęłam decyzję,
że do niedzieli będę kimś mniej.

Odkładam na bok siebie tęskniącą, sprzątającą,
liczącą, czytającą, i te pe, i te de.

Już za chwilę będę już tylko psiarą...

czwartek, sierpnia 01, 2013

814. Głębokie Człowieczeństwo

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie ma ludzi niepotrzebnych.
Nie ma historii nieistotnych.
Nie ma chwil nieważnych.

To jedyne, co umiem na słowa przetworzyć, gdy oglądam te dyptyki... wracam do nich dotykając sensu, pulsu i otwartości prawdziwego życia... myślę o odwadze wszystkich zaangażowanych w ten projekt... chapeau bas!

Klara Behrens,
fot. Walter Schels, źródło.

813. Miła zaskoczka

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie trawię gościa. Zachwyca mnie błyskotliwość jego intelektu i poetyka wypowiedzi, ale skutecznie zniechęca trudna do ukrycia, może całkiem skromna, ale jednak nadętość. Wpadam więc tylko na niego i najczęściej omijam.

„Tą razą” — wracając z obozu — miałam do wyboru: Radio Maryja, Radio Maryja, Trójka i Radio Maryja. Rozbrzmiewała więc w samochodzie Trójka. No i napadł mnie sprawiając mi... przeogromną przyjemność czytając własną książkę. Mówią: nigdy nie mów nigdy, prawda?

Dziś poczłapałam do księgarni nie po to, by kupić książkę, ale by obejrzeć i przepisać dygresję, która mnie tak zachwyciła. Ładnie wydana, z przyjemnością przewracałam kolejne karty...

Jak wiemy, przekonanie o oryginalności własnych myśli jest dziś już wyłącznie wynikiem nieoczytania. Ktoś zatem z pewnością wcześniej zauważył, jak cenimy sobie skonwencjonalizowanie czarno-białej fotografii. Jak dobrze nam z umową, na którą przystaliśmy już blisko dwieście lat temu, wraz z zachwytem nad utrwalonym pejzażem Nicéphore’a Niépce’a? Zgodziliśmy się, że świat można postrzegać, rozumieć, przedstawiać w odcieniach szarości. Że takie jego przedstawienie wymaga technologicznej wiedzy, pracy, a także nagłego błysku decyzji: tak, chcę Wam powiedzieć o tym właśnie ruchu mojego oka. A więc sztuka.
Świat tak przedstawiony jest zatem jawnym przymierzem między twórcą a odbiorcą. Szarość tkwi między nami jak pieczęć i podpis na umowie. Posunę się jeszcze dalej: szarość wyklucza przypadek. Szarość nas ustawia w odległości niezbędnej do odbioru dzieła sztuki.
Kolor w fotografii nie stwarza dystansu między nami a światem. Ten dystans wydaje się niektórym niezbędny do przeżywania dzieła. Kolor sugeruje, że oto jesteśmy właściwie częścią przedstawionego świata. Że to — nie daj Boże — zatrzymany kadr z telewizji. Albo fotka zrobiona telefonem przez nasze dziecko zaraz za rogiem. Mgnienie rzeczywistości wykradzione jej przypadkiem właśnie. Kolor zaciera granice. Dlatego tak trudno jest robić kolorowe zdjęcia i zostawiać na nich wyraźny własny znak. Ten ślad, po którym można trafić do umysłu fotografa, do jego intencji w decydującym momencie.

Marcin Kydryński, Lizbona. Muzyka moich ulic,
Wydawnictwo G+J RBA, 2013
(wyróżnienie własne)

Znakomite, prawda? A może to tylko efekt tęsknoty, by móc już porozmawiać o gustach, miłościach, fotografii, świecie... z Sadownikiem.

812. Słomiana wdowa sumuje

Zgrabna transformacja reguły „dziel i rządź” w „dziel i dasz radę!":

4 dni sama.
6 dni na psim obozie.
4 dni sama.
2 dni na psim seminarium i...
znów będziemy całym Stadem!

Fajnie jest tęsknić za własnym, niezwykle zwykłym, ale i zwyczajnie niezwykłym, mało wakacyjnym życiem...

środa, lipca 31, 2013

811. Zaskakujący efekt

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W krew weszło. Kompromisów nie wymaga. Oddech daje. Przemyślenia, zachwyt rodzi. To wszystko choć nie minął jeszcze pierwszy rok uprawiania samotni kinowej... sprawdziłam.

W poniedziałek, gdy Sunix była ledwo żywa po obozie, bez wyrzutów sumienia zostawiłam Henię w domu i pomknęłam do kina. Psychiatrzy... muszę to zobaczyć. Thriller... niech będzie. Panaceum... poszłam.

Intelektualnie chwilami ociężała trochę nie rozumiałam końcówki obrazu... nie mogłam się zdecydować... rozczarowana?... do domu wróciłam.

Gdy intelekt raczył mnie dogonić, dotarło do mnie, że tłumacz tytułu wpuścił mnie w maliny. Prawie dobę panaceum w filmie... szukałam.

Rzeczywisty — bez zapędów tłumacza — tytuł filmu to Efekty uboczne.
Dopiero wtedy mi się zgodziło. Puenta doskonała — zaskakujący efekt uboczny. Pomysłem zachwyciłam się.

*

Życie to niebywały efekt:
     a) uboczny,
     b) specjalny.

Przyszło mi do łba.
Ot, taki krótki test na opty/pesy-mistów,
rodem z niewymagających czasopism.

*

W zwiastunach, ostatnimi czasy, najbardziej zaskakuje mnie to, że opowiadają zupełnie inne historie niż te przedstawiane w filmach. Ciekawe.

wtorek, lipca 30, 2013

810. Wpis z brodą

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W marcu zaczyna się ta historia. W pracowniczym ksero, gdzie kopiuję materiały do gryzdolenia dla studentów. Napotkałam tam na Wykładowcę z innego, całkiem obcego mi, wydziału. Pan też kopiuje, ale książkę. Cierpiąc na nieuleczalną literkową ciekawość, zapytałam... W ten sposób po raz pierwszy nadziałam się na informację o książce Petera Singera. Zrobiłam fotkę okładce. Na wakacje — pomyślałam.

Pod koniec maja zaczęłam robić wakacyjną listę literek. Zamówiłam W obronie zwierząt Singera. Gdy przyszła, nie dałam rady odłożyć jej na wakacyjną półkę, zaczęłam czytać. Zemściła się na mnie? Zgubiłam ją, gdy dobrze wgryzłam się zębami. Kupiłam drugi egzemplarz. Na wakacyjną półkę grzecznie odłożyłam.

Na początku czerwca odwiedziłam ulubiony dział z książkami. Chwyciłam książkę o szympansach, która poruszyła mnie ogromnie... coś chrupnęło mi mocniej w głowie.

Na początku lipca, podczytując Singera, znów przechodziłam koło ulubionego księgarskiego regału z reportażem. No i stało się... Rzuciłam inne drukowane.

Połknęłam książkę Karen Duve. Potem trawiłam mając pewność, że książki tej nie wystarczy przeczytać — trzeba się opowiedzieć, podjąć decyzję dotyczącą nawyków żywieniowych — jakąkolwiek, ale świadomą. Podjęłam się prywatnego, żywieniowego kaizen. Pierwszy krok: nie jem mięsa. Na psi obóz zapisywałam się jako mięsożerca. Zrobiłam więc pięciodniowy wyłom w niejedzeniu mięsa. Wróciłam i z przyjemnością powróciłam również do niejedzenia zwierząt.

Nie stałam się wojującą wegetarianką, ale mięsożercom mówię teraz tak: przeczytaj Jeść przyzwoicie, a potem rób, co chcesz! A Singer? Jeśli masz ochotę intelektualnie się rozerwać? To koniecznie.

***

[...] rutyna jedzenia mięsa została mi zaszczepiona już w dzieciństwie, na długo zanim dowiedziałam się o zbrodniach dokonujących się w hodowlach masowych. Jadłam mięso, zanim pojęłam, że to kawałek martwego zwierzęcia. Przyzwyczajenie to rodzaj prania mózgu, urabia nas stopniowo, dzień po dniu, doskonale impregnując na samodzielne myślenie. Przecież skoro robiłam tak zawsze, to moje postępowanie musi być w porządku — to rodzaj wewnętrznej pewności, która sprawia, że wszelkie argumenty spływają po nas jak po kaczce.

*

Ze wszystkich wstrząsających odkryć, jakich człowiek dokonuje w ciągu swojego życia — rodzice nie są doskonali, miłość przemija, chyba nigdy nie będę jechać kabrioletem ulicami Paryża, a wiatr nie będzie rozwiewał moich długich włosów — najgorsze było dla mnie uzmysłowienie sobie, że jasna, przyjazna fasada supermarketów i aptek kryje bezlitosną, ponurą fabrykę cierpienia, piekło, w którym zwierzętom przypada rola dusz potępionych, a ludziom — szatańskich oprawców. Poczułam się tak, jakbym połknęła pastylkę prawdy rodem z Matriksa. „Masz tu dwie pastylki. Decyzja należy do ciebie. Jeśli weźmiesz niebieską, wszystko pozostanie takie, jakie jest, również twoja wiara w to, w co chcesz wierzyć. Nie będziesz musiała przyjmować do wiadomości, jak twoje zachowania konsumpcyjne wpływają na życie innych ludzi i zwierząt, i nikt nie będzie robił ci z tego powodu wyrzutów. Jeśli weźmiesz czerwoną, dowiesz się, jak jest naprawdę. Oferuję ci tylko prawdę, nic ponadto. Nie obiecuję, że będzie ci z tym lekko, powiem ci tylko, jak się sprawy mają. A gdy raz podejmiesz decyzję, nie będzie już odwrotu”.
     W jednej chwili dociera do mnie z całą jasnością, dlaczego większość ludzi decyduje się na pastylkę w kolorze niebieskim.

*

Pobawmy się przez chwilę w znajdowanie podobieństw, jak w Ulicy Sezamkowej — weźmy cztery stworzenia i ustawmy je obok siebie, na przykład szympansa, goryla, człowieka i kubomeduzę. Jedno z nich nie pasuje do pozostałych. O które chodzi? Trzy z nich mają ręce, nogi, twarz, usta, zęby, oczy i nos, jedno zaś składa się z półokrągłej, przezroczystej, galaretowatej bryły i śluzowatych niteczek. Które z nich jest więc zupełnie inne od pozostałych? No które? Prawidłowa odpowiedź brzmi: człowiek. Przecież to jasne: goryl, szympans i kubomeduza to zwierzęta, a człowiek... to w końcu człowiek, czyż nie? Naprawdę w to wierzycie?

Karen Duve, Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
(wyróżnienie własne)

***

Nasza bezwględność w stosunku do zwierząt doświadczalnych czy hodowanych na mięso trwa, ponieważ ich nie widzimy. Bardzo niewiele osób ma świadomość, jak źle są one traktowane, a jeszcze mniej widzi te nadużycia.

*

Filozofowie nigdy nie byli odporni na przesądy swoich czasów. W przeszłości niektórzy z nich budowali skomplikowaną argumentację przeciwko prawom obywatelskim, tolerancji religijnej i zakazowi niewolnictwa. Podobnie i dziś niektórzy filozofowie starają się uzasadnić nasze współczesne przesądy skierowane przeciwko zwierzętom [...].

Gaverick Matheny, „Utylitaryzm i zwierzęta”,
W obronie zwierząt [red. Peter Singer],
Czarna Owca, Warszawa 2011.

***

Wegetarianizm jest ważny, ponieważ wskazuje jasno na wartość zwierzęcego życia.

*

[...] Heidegger skonfrontował przerażającą transformację rolnictwa w agrobiznes, argumentując, że kiedyś hodowla oznaczała opiekę, która wszakże obecnie ustąpiła miejsca bezwględnemu przemysłowemu przedsięwzięciu. Jego zdaniem „rolnictwo jest obecnie zmechanizowanym przemysłem spożywczym, nieróżniącym się w swej istocie od produkowania ciał w komorach gazowych i obozach śmierci...” [...].

Paola Cavalieri, „Dyskusja o zwierzętach: drugie spojrzenie”,
W obronie zwierząt [red. Peter Singer],
Czarna Owca, Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

(806+3). Psie kaizen

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy pierwszy raz usłyszałam o Falowej, kudłatej filozofii pracy z psem, zachwyciłam się. Gdy wczoraj na podsumowaniu Joasia wypowiedziała te dwa zdania, jedno po drugim:

Nie chcę, by mój pies popełniał błędy.

[brzmi źle...]

Chcę, aby mojemu psu wychodziło zawsze.

[O! teraz tak!]

dotarło do mnie, że to przecież kaizen (!), które zachwyciło mnie prawie dwa miesiące temu. Psy uwielbiają kaizen, ja też...

poniedziałek, lipca 29, 2013

(806+2). Tribute to Toro, Nora & Velvet

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gapię się czasem na ten świat ciut mało aktywnie. Wtedy ktoś nagle, pół-nagle lub od tak po prostu mówi coś, co powoduje, że dwie kulki w mej głowie zderzają się tworząc ciąg skojarzeń niby przypadkowych, ale układających się w miłe odkrycie. Tak było i „tą razą”. Pani Uty powiedziała: Jest mało właścicieli zadowolonych ze swoich psów. Zderzyły się kulki, raz! Po chwili westchnęłam i powiedziałam: jest mało ludzi zadowolonych z siebie... Zderzyły się kulki, dwa!

Nie porównuj swojego psa z innymi, a jeśli już musisz,
porównuj z nim samym sprzed miesiąca, kwartału, roku.
Oniemiejesz z zadziwienia, jak niesamowitego masz psa!

Nie porównuj siebie z innymi, a jeśli już musisz,
porównuj ze sobą samą (ze sobą samym) sprzed miesiąca, kwartału, roku.
I nie mów mi, że nie oniemiałeś z zadziwienia, jak niesamowitym człowiekiem jesteś, jeśli tylko miałeś odwagę nie porzucać swoich marzeń, uczuć i uśmiechu.

Nie trudno to wymyślić, trudniej zrozumieć aż do trzewi, jeszcze trudniej stosować przez cały dzień, a najtrudniej zrobić z tego swoją drugą naturę. Ale w końcu... od czego są wyzwania, prawda?

*

A gdy patrzysz w oczy Psa... zobaczysz tylko wiarę w Ciebie.
Przyszło mi do łba, że może „być Człowiekiem” oznacza uwierzyć Psu a priori?
I nie ustawać! Nie wyrzec się tego dobrego, co w nas zobaczył!


(806+1). Podstawy!

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Podstawy! — grzmią dobrzy nauczyciele — Podstawy! Znienawidzone gamy, rozciąganie, szkice, brzuszki, tabliczka mnożenia, słówka, struktura, proporcje? Niezbędne!

Podstawy! Niezbędne! — zanotowałam fantastyczną perspektywę do wykorzystania w dowolnej dziedzinie:

Sztuką jest z nudnego ćwiczenia
uczynić wyzwanie, świetną zabawę,
w którą aż chce się grać!

Joanna Hewelt

*

Pomyślało mi się...

 Koniecznie! Bądźmy Sztukmistrzami!

806. Plan

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Plan. Był. Powolutku kupić co trzeba. Ugotować. Upiec. Spakować Sukę. Spakować Się. Zostawić ślad na blogu, że Ona, że ja, że nie będzie nas sześć dni, że na pierwszy w życiu psi obóz jedziemy dnia następnego o szóstej rano. Budzik na piątą nastawić...

*

Plan. Był. I co z tego? Tylko kupiłam co trzeba. Padłam. Dopiero wieczorem... Gotowałam indycze serduszka. Piekłam ciasteczka sardynkowe. Nie spakowałam Suki. Nie spakowałam siebie. Serduszka indycze pokroiłam. Śladu na blogu zostawić nie zdążyłam. Padłam po nastawieniu budzika na 4.30...

*

Plan. Nowy. 4.50 wstałam. Galopem... Spakowałam Sukę. Spakowałam Się. Bawarkę wypchałam po same brzegi tak, że przy ostatnim machnięciu klapą jęknęła, że miejsca już nie ma na nic. Śniadanko. Lekarstwa. W szaleństwie postanowiłam rozpocząć wyjazd od utraty dziewictwa na stacji paliw — sama (od początku do końca!) nalałam Bawarce paliwa pod sam korek. Już umiem! Autostradą pomknął Sukowóz przeczuciem wiedziony, że dobry nastał czas...

*

Plan. Melduję. Wróciłyśmy szczęśliwe...

wtorek, lipca 23, 2013

805. Anarchistka w kinie

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Afternoonka wieczorową porą odnotowała. Przy porannej kawie odnotowałam, że Afternoonka odnotowała. Afternoonki zachwyt jest dla mnie ważnym zachwytem. Sprawdziłam. Grają, ale późno... Ostatni wieczór z Sadownikiem zanim wyjedzie na szesnaście dni. Minął dzień. Sadownik wyjechał. Grają, ale wciąż późno... Kudłatej wieczorny spacer przesunąłby się i skrócił drastycznie. Minął dzień. I jeszcze jeden. Poszłam.

Tak pięknych zdjęć w filmie chyba jeszcze nie widziałam. Tak niesamowitej muzyki dawno nie słyszałam. A historia? Straszna. Egoizm matki. Poświęcenie córki. Zaszczucie społeczne. Ten film budzi we mnie anarchistkę w kategorii rodzina. Ciocia — Ona mnie zachwyciła!

Parafrazując Ciocię, która powiedziała:
myślisz, że nie mam życia, bo nie wyszłam za mąż?
mogłabym zadać pytanie:
myślisz, że nie mam życia, bo nie mam dzieci?
ale nie zadam, bo znam odpowiedź.

poniedziałek, lipca 22, 2013

804. Wyznanie wiary

Otrzymałam dziś te piękne, mądre słowa...

I zdałam sobie sprawę z tego, że... wierzę
w piękno, w mądrość, w miłość, w dobro, w sens
w człowieku, w świecie, w chwili...

A to czyni niemożliwe możliwym,
prawdopodobnym, pewnym... to kiedy?

czasem różnica między możliwym a niemożliwym jest czystym aktem wiary

niedziela, lipca 21, 2013

803. Łapka na Labka

 wpis przeniesiony 7.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zabierałam się do tego od roku. Zdecydowanie mocniej zabierałam się do tego od kilku miesięcy, gdy uwierzyłam, że da się to zrobić. Już trzy tygodnie temu kupiłam pojemniczki. Od tygodnia zastanawiałam się, jak skonstruować wierzch pułapki, by zachować widok i zapach jedzenia umieszczanego wewnątrz, a jednocześnie uczynić zawartość pułapki dla suki niedostępną.

Suka, choć cudna, jest ofiarą poglądu, który łyknęłam w Jej dzieciństwie, że „laby żrą, są chodzącymi śmieciarkami i koniec, i basta”. W styczniu przekonałam się, że nie muszą żreć, że można naturę laba przepracować w kulturę psa nieżrącego. Brakowało mi tylko wierzchu do pułapki...

Idziemy wczoraj z Kudłatą do parku. Kupę Heniutową zebrałam. Do śmietnika podeszłam, by ją tam wrzucić i... oniemiałam... wystaje coś... aluminiowa „brytfanka”... przenośne, małe, zużyte grillowisko... nigdy w życiu takiego cuda nie widziałam... siatka... śliczna, piękna... jak znalazł na wierzch do pułapki...

Rozebrałam brytfankę, siatkę wydobyłam, przytargałam do domu, wyszorowałam, wykończyłam nożyczki na metalowej siatce, przycięłam, wycięłam, nie mam już nożyczek, ale za to mam... wspaniałą pułapkę na Heni naturę...

Piękna, prawda?
Przynajmniej Asystentka fotografki...

Dziś wypróbowałyśmy... działa cudnie!

sobota, lipca 20, 2013

802. Całuśny paradoks

Sadownik:
Jak to jest, że żeby pocałować
wyższą od siebie kobietę,
trzeba się schylić? ;)
(schyla się i całuje Drzewko)

Jabłoń:
(obdarowana porannym całuskiem pozostaje w hamaku,
śmieje się i zachwyca błyskotliwością Sadownika
)

801. Słaby miłośnie punkt

Jabłoń:
(dumna ze skrzydeł kulinarnych,
które rozwinęła w tym tygodniu
)
Chwytam Cię za serce czy za żołądek?

Sadownik:
Za mózg.