niedziela, września 21, 2025

5896. Z oazy (CCCLXXIX)  // Panna cotta (CLXXI)

W grud­niu osiołkowi w żłoby dano. Sadownik, gdyby nie był teraz na urlopie wy­tchnie­nio­wym, głośno by protestował, pilnując feminatywów: oślicy, oślicy! A było tak.

W ze­szłym roku, an­ty­cypując aktywności podczas grudniowego wyjazdu lob­bo­wa­łam za wizytą w księgarni i kup­nem jednej książki. Gdy okazało się, że chciałabym jeszcze jedną, zaczęłam lob­bo­wać za bank­no­ta­mi w mojej kurtce zamiast jednej książki, którą miał mi kupić Sadownik. Sta­nę­ło na tym, że byłam w księgarni ze środkami płatniczymi, umożli­wia­ją­cy­mi kupno dwóch książek. Tymczasem rze­czy­wi­stość umieściła na moich kolanach trzy i nijak nie wiedziałam, z której mam zre­zy­gnować, wszak w kie­sze­ni mia­łam tylko trzy bank­noty — wystarczająco dużo, by nabyć… dwie z trzech książek.

Sadownika owa rzeczywistość nie zaskoczyła wcale. Okazał serce uzależnionej ka­le­ce. Z żadnej książki nie musiałam rezygnować. Za dwie zapłaciłam banknotami wy­ję­ty­mi z kieszeni mojej kurtki. Trzecią kupił mi Sa­do­wnik. To ta była tą trzecią.

To moja pierwsza książka z włoskimi literkami bez ilustracji, sam tekst. Duże literki dla dzieci 10+, czyli dla mnie. Piękna. O przekraczaniu uprzedzeń. O wspólnej pasji. O strachu, niechęci, zrozumieniu i chwilach, gdy niepostrzeżenie kiełkują nasiona przyjaźni. Kieł­ku­ją mimo wszystko.

Mi chiamo Mahmud e abito in un posto che dicono terra di tutti e di nes­suno. O anche prigione a cielo aperto. Ma il suo vero nome è Gaza City. Ho un’unica passione, un unico sogno, un’unica fissa: il surf. Ma nel posto dove vivo fare surf è sicuro come camminare a occhi bendati in mezzo a un bran­co di leoni.
Mam na imię Mahmud i mieszkam w miejscu, o którym mawiają: ziemia wszystkich i ni­ko­go. Albo też: więzienie pod gołym niebem. Ale jego prawdziwa nazwa to miasto Gaza. Mam jedną pasję, jedno marzenie, jedną stałą: surfing. Ale miejsce, gdzie żyję surfing jest równie bezpieczny jak spacerowanie z zawiązanymi oczami w środku stada lwów.

🖇

La maggior parte di noi maschi molla la scuola a quindici anni perché è pe­ri­coloso andarci: check-point, posti di blocco, soldati che, se sei maschio, ti fermano per strada.
Większość z nas, mężczyzn, porzuca szkołę w wieku piętnastu lat, ponieważ chodzenie do niej jest niebezpieczne: check-point, punkty kontrolne, żołnierze, którzy, jeśli jesteś męż­czy­zną, zatrzymują cię na ulicy.

🖇

Ti prego ti prego ti prego, vento,
solleva le onde più grandi che puoi,
soffia soffia dove tu vuoi...

Proszę cię, proszę cię, proszę cię, wietrze,
podnieś największe, jakie możesz, fale,
wiej, dmuchaj, gdzie chcesz…

🖇

Ci guardavamo senza guardarci. Cioè. Io non lo guardavo ma volevo che lui mi guardasse. Lui non mi guardava ma voleva che io lo guardassi.
     Era come se i nostri sguardi facessero delle domande, tipo: Vedi come faccio bene il duck dive? Tu lo sai fare così?
Patrzymy na siebie bez patrzenia na siebie. To jest. Ja nie patrzyłem na niego, ale chcia­łem, by on patrzył na mnie. On nie patrzył na mnie, ale chciał, bym patrzył na niego.
     To było tak, jakby nasze spojrzenia zadawały pytania, takie jak: Widzisz, jak dobrze skaczę na główkę? Umiesz to tak zrobić?

🖇

Mia madre è bella e ha gli occhi colore del buio 
anche se il buio non è un colore.

Moja matka jest piękna i ma oczy koloru ciemności,
chociaż ciemność nie jest kolorem.

🖇

[…]  lì in mezzo alle onde, e [mia madre] mi ha sussurrato nelle orecchie ba­gna­te una frase strana. Mi ha detto: «Mahmud, il mare è la nostra unica terra».
     Le ho chiesto: «Cosa significa? Il mare non è mica una terra».
     Lei mi ha risposto: «Invece sì. È l’unica terra in cui io e te siamo liberi».
     Adesso che faccio surf ho capito cosa voleva dire. Ecco perché farei surf ventisette ore su ventiquattro.
[…] tam pośród fal, a [moja matka] szepnęła mi do mokrych uszu dziwne zdanie. Po­wie­działa mi:
     — Mahmud, morze to nasza jedyna ziemia.
     Zapytałem ją:
     — Co to znaczy? Przecież morze nie jest ziemią.
     Odpowiedziała mi:
     — Ależ. To jedyne terytorium, gdzie ja i ty jesteśmy wolni.
     Teraz, gdy surfuję, zrozumiałem, co chciała powiedzieć. Dlatego surfowałbym dwa­dzie­ścia siedem godzin na dobę.

🖇

«Anch’io.» Strano. Mi viene da dire spesso “anch'io”. «E cosa pensi quando pensi al surf?» E mi viene da fargli un sacco di domande. […]
     «[…]  il surf è un razzo alieno che sconfigge i nemici.»
     «Cavolo.»
     «Perché hai detto cavolo?» mi chiede sempre senza guardarmi.
     «M’immagino esattamente le stesse cose. Poi mi addormento secco.»
     «Anch'io.»
     «La vedremo mai un'onda così?» chiedo più al mare che a lui.
     — Ja też.
     Dziwne. Często mam ochotę powiedzieć „ja też”.
     — A co przychodzi Ci na myśl, gdy myślisz o surfingu?
     Mam ochotę zadać mu mnóstwo pytań. […]
     — […] surfing to kosmiczna rakieta, która pokonuje wrogów.
     — Cholera!
     — Czemu powiedziałeś cholera? — pyta mnie, jak zwykle nie patrząc na mnie.
     — Wyobrażam sobie dokładnie te same rzeczy. Potem zasypiam bez niczego.
     — Ja też.
     — Czy kiedykolwiek zobaczymy taką falę? — pytam bardziej morze niż jego.

🖇

Entrambi continuiamo a dirci “anch’io” perché sembra che ci piacciano le stesse cose. E ci immaginiamo le stesse cose.
     A un certo punto mi viene quasi un'illuminazione, proprio come quando si accende la lampadina nei cartoni […]: io e Samir aspettiamo anche la stes­sa onda.
     Stranissimo. Lui è israeliano e magari suo padre ha ucciso mio padre. Io sono palestinese e magari mio padre ha ucciso sua madre.
     Però mi chiedo: quest'onda che aspettiamo sarà israeliana o palestinese?
Oboje ciągle mówimy „ja też”, ponieważ wygląda na to, że lubimy te same rzeczy. I wy­ob­ra­żamy sobie te same rzeczy. W pewnym momencie prawie doznałem olśnienia, dokład­nie tak jak w kreskówkach zapala się żarówka […]: ja i Samir czekamy również na tę sa­mą falę.
     Przedziwne. On jest izraelczykiem i może jego ojciec zabił mojego ojca. Ja jestem pa­le­styń­czykiem i może mój ojciec zabił jego matkę.
     Ale pytam siebie: ta fala, na którą czekamy, będzie izraelska czy palestyńska?

🖇

«Ok. Vuoi fare il soldato? Bene. Ti piacciono i videogiochi? Bene. Ecco un pa­io di regolette per te».
     Il maestro traccia un numero sulla sabbia. Scrive il numero uno. «Prima regola. Un videogioco dura circa due ore, o almeno dura fino al momento in cui tua madre viene a romperti e a dirti di smettere. Una guerra può durare per anni, come la vostra. Nessuno viene a dirti di smettere. Se smetti è per­ché sei morto.»
     Poi Bill scrive sulla sabbia il numero due. «Seconda regola. In un vi­deo­gio­co se elimini il nemico ti evolvi, acquisti punti di energia e passi a un li­vel­lo superiore. In una guerra se elimini il nemico perdi punti di energia, perché qualcuno rimane senza un fratello o una sorella o una madre o un padre... Devo continuare?»
     — OK. Chcesz być żołnierzem? Dobrze. Lubisz gry wideo? OK. Oto kilka zasad dla ciebie.
     Mistrz rysuje liczbę na piasku, jedynkę.
     Pierwsza reguła. Gra wideo trwa około dwóch godzin albo przynajmniej do momentu, w którym twoja matka przyjdzie, by ci przerwać i kazać przestać. Wojna może trwać lata, tak jak wasza. Nikt nie przyjdzie, by kazać ci przestać. Jeśli przestaniesz, to dlatego że bę­dziesz martwy.
     Potem Bill nakreślił na piasku liczbę dwa.
     — Druga reguła. W grze wideo, jeśli wyeliminujesz wroga, ewoluujesz, zyskujesz punk­ty i przechodzisz na wyższy poziom. Na wojnie, gdy wyeliminujesz wroga, tylko tracisz, ponieważ ktoś pozostanie bez brata lub siostry, matki lub ojca… Muszę kon­ty­nuować?

🖇

[…]  l’onda giusta, quella che ti cambia tutto, quella che ti fa diventare un re con al posto dello scettro un costume da bagno, la devi aspettare.
     Chissà se il mare mi farà questo regalo. Chissà se lo farà a Samir.
[…] odpowiednia fala, ta, która zmienia ci wszystko, ta, która uczyni cię królem w ko­stiu­mie kąpielowym zamiast berła w dłoni, na tę falę musisz zaczekać.
     Kto wie, czy morze zrobi ma taki prezent. Kto wie, czy obdaruje nim Samira.

🖇

Cosa vuol dire “il mare è più bagnato”?
     Perché a volte non è importante quello che le persone dicono, ma quello che vogliono dire. Magari Samir voleva dire: “Da quando surfiamo insieme, il mare è meno noioso”. Oppure voleva dire: “Da quando surfiamo insieme, mi diverto di più”. E cose così.
Co chciał powiedzieć, mówiąc „morze jest bardziej wilgotne”?
     Ponieważ czasem nie jest ważne to, co ludzie mówią, ale to, co chcą po­wie­dzieć. Może Samir chciał powiedzieć: „Od kiedy razem surfujemy, morze jest mniej nud­ne”. Ewen­tu­al­nie chciał powiedzieć: „Od kiedy razem surfujemy, bawię się co­raz le­piej”. I takie tam rzeczy.

🖇

Dopo una pausa di silenzio, Bill imbraccia la sua tavola e dice: «[…]  cosa stiamo aspettando? L’onda giusta? L’onda giusta non si aspetta! Dob­biamo andare noi da lei. Forza, facciamo vedere a tutti di cosa siamo capaci!».
Po chwili ciszy Bill bierze swoją deskę i mówi:
     — […] na co czekamy? Na właściwą falę? Na odpowiednią falę się nie czeka! Musimy wyjść jej naprzeciw. No dalej, pokażmy wszystkim, na co nas stać!

Nicoletta Bortolotti, I bambini di Gaza. Sulle onde
della libertà
, Mondadori Libri, Milano 2024.

Ora capisco.
     Lo capisco che è lei.
     L’onda mia, l'onda di Bill e l'onda di Samir. Tre onde in una.
     L’onda che aspettavamo.

Teraz rozumiem.
     Rozumiem, że to ona.
     Moja fala, fala Billa i fala Samira. Trzy fale w jednej.
     Fala, na którą czekaliśmy.

🖇

Sembra che quando sei un padre puoi diventare an­che una madre. E quando sei una madre puoi diventare an­che un padre. Se serve.
Wygląda na to, że kiedy jesteś ojcem, możesz stać się również mat­ką. I kiedy jesteś matką, możesz stać się również ojcem. W ra­zie potrzeby.

sobota, września 20, 2025

5895. 261–263/365

dwa dni te­mu zadziwił, dzwoniąc, bo miał nie dzwonić.

zadzwo­nił, by się odmeldować, nim kolejnego dnia planowo zacznie dziczeć. na swoim urlopie wytchnienionym ma tylko je­den obowiązek: codziennie wieczorem przysłać kropkę — wczoraj przysłał również piksele.

261–263/365


fot. Sadownik, fragment.
 

5894. Wracając do życia  // Panna cotta (CLXX)

Gdy przed moim wypoczynkiem zaznaczałam na swoje potrzeby poniższe słowa Katarzyny Boni, nie miałam pojęcia, że po powrocie do ula rozpoznam utratę na­dziei, obserwując wszechogarniającą mnie niechęć do jakiegokolwiek działania.

Zastygłam. Miałam w podręcznym pudełku wyłącznie czarne kredki, by kreślić na­są­czone przerażeniem szki­ce bliższej lub dalszej przyszłości. Tęskniłam do chwil, gdy rozpiera mnie entuzjazm, gdy czegoś chcę, coś planuję, o czymś jeszcze w moim życiu marzę. Nie wierzyłam, że te chwile mogą wrócić.

[…]  działanie – jedyną rozpoznawalną cechę nadziei […].

Katarzyna Boni, Którędy do wyjścia?,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

Gdy wczoraj skończyłam, prawie przeczytane na sadowniczym urlopie, włoskie li­ter­ki, po­czu­łam, że wraca do mnie powolutku, nieśmiale moje własne życie. Jeszcze nic mu nie obiecałam, ale już wiem, że cza­sem jestem małym smokiem, czasem ma­lut­kim chłopczykiem, a czasem Mahmudem.

«[…]  e quan­do c’era un’onda grande e avevo paura, […]  mi rac­con­ta­va quel­la storia del cucciolo di drago».
     «Quale storia?» fa Samir.
     «Quella del ragazzino che giocava con dei cavalli di plastica» dice Bill. «Lui voleva fare una scuderia per i cavalli. Prende un cavallo per metterlo nel recinto e... il cavallo è un piccolo drago che gli sputa addosso una lingua di fuoco. Il ragazzino, terrorizzato, lancia il draghetto per terra. E non rac­con­ta a nessuno quello che gli è successo. Ma non gioca più alla scuderia. Anzi, smette completamente di giocare. I genitori, preoccupatissimi, lo por­ta­no da un esperto. Avete presente quegli esperti con gli occhialini e la pipa che sanno leggere nella mente dei bambini?»
     «Un bambinologo!» esclamo.
     «Più o meno» risponde Bill. «Sapete cosa ha detto il bambinologo, non appena il ragazzino è entrato nel suo studio ed è finalmente riuscito a rac­con­tar­gli la sua storia?»
     «No. Mica c’ero io...» dico. Ma quando lo capirà Bill che non posso in­do­vi­na­re quello che è successo se non ero lì?
     «Bene, anzi male. Lo saprete alla prossima... mareggiata! Quando Mah­mud non sarà più arrabbiato con me» fa Bill, guardandomi fisso come se anche questa volta mi vedesse dentro qualcosa che io non vedo.
     Che storia stupida ci ha raccontato il maestro. Una storia di cui non sap­pia­mo neanche il finale.
     […] 
     […]  Abbiamo sprecato l’occasione della nostra vita. Stavamo cavalcando l’onda che av­reb­be fatto di noi dei campioni, dei veri campioni. E magari av­reb­be cambiato per sempre il nostro destino e invece...
     «Invece, sapete cosa ha detto il bambinologo al ragazzino?» È la prima volta che Bill apre bocca da quando ci ha tirati fuori dall’acqua.
     «Quale ragazzino?» chiede Samir con un filo di voce. […]
     «Quello che al posto di un cavallo aveva preso in mano un cucciolo di dra­go e il drago gli ha sputato addosso il fuoco e il ragazzino si è spa­ven­ta­to, gettando il draghetto per terra... Lo volete sapere il finale?»
     «Allora questa storia ha un finale» dico, e anche la mia voce esce debole come se il mare me l’avesse rubata tutta.
     «Ogni storia ha un finale» risponde Bill brusco. «Be’, sentite com’è an­da­ta. Quando il bambinologo ha ascoltato il racconto del ragazzino, si è bat­tu­to una mano sulla fronte, e ha detto: “Allora sei tu la causa di tutto! Qual­che tempo fa è venuto nel mio studio un cucciolo di drago chiedendomi se po­te­vo curarlo, perché non gli usciva più il fuoco dalla bocca... Non ca­pi­vo pro­prio cosa poteva essergli successo”.»
     «E cosa gli era successo?» domanda Samir tossendo e cercando di met­ter­si seduto.
     Bill continua: «Il bambinologo ha esclamato: “E adesso ho capito! Quel draghetto mi ha raccontato che un giorno stava dormendo tranquillo vicino a dei cavalli di plastica e all’improvviso è comparso un mostro enor­me, lo ha preso in mano, ha urlato e l’ha gettato con violenza per terra... Il cuc­cio­lo di drago ha avuto così tanta paura che da quel momento non gli è più uscita una lingua di fuoco dalla bocca”».
     Mi viene da ridere […].
     — […] a kiedy była wielka fala i bałem się, […] opowiadał mi historię smo­cze­go dzie­ciaka.
     — Jaką historię? — pyta Samir.
     — Tę o chłopczyku, który bawił się plastikowymi konikami — mówi Bill. — Chciał zro­bić stadninę dla koni. Bierze konika, by umieścić go na padoku a… konik jest małym smo­kiem, który zieje na niego jęzorami ognia. Chłopczyk, przestraszony, rzuca smocze dziecię na ziemię. I nie opowiada nikomu o tym, co mu się przytrafiło. Nie bawi się już w stadninę. W rzeczywistości przestaje bawić się w ogóle. Rodzice, bardzo się mar­twiąc, prowadzą go do specjalisty. Kojarzycie tych specjalistów w okularach z fajką, którzy po­tra­fią czytać w umysłach dzieci?
     — Dzieciolog! — krzyczę.
     — Mniej więcej — odpowiada Bill. — Wiecie, co powiedział dzieciolog, jak tylko chłop­czyk wszedł do jego gabinetu i w końcu dał radę opowiedzieć mu swoją historię?
     — Nie. Mnie tam nie było… — mówię. Kiedy Bill zrozumie, że nie mogę odgadnąć, co się stało, skoro mnie tam nie było?
     — Dobrze, w zasadzie źle. Dowiecie się przy następnej… fali przypływu! Kiedy Mah­mud nie będzie już na mnie wściekły — mówi Bill, patrząc na mnie uważnie, jakby rów­nież tym razem zobaczył we mnie coś, czego ja nie widzę.
     Co za głupia historia, ta, którą opowiedział nam nauczyciel. Historia, której końca na­wet nie znamy.
     […]
     […] Zmarnowaliśmy szansę naszego życia. Ujeżdżaliśmy falę, która zrobiłaby z nas mistrzów, prawdziwych mistrzów. I może zmieniłaby na zawsze nasze przeznaczenie, a zamiast tego…
     — Zamiast tego, wiecie, co powiedział dzieciolog chłopczykowi? — Bill po raz pierwszy otworzył usta, odkąd wyciągnął nas z wody.
     — Któremu chłopczykowi? — pyta Samir słabym głosem. […]
     — Temu, który zamiast konika wziął do ręki smoczego szczeniaka, a ten opluł go ogniem, chłopczyk przestraszył się i rzucił małego smoka na ziemię… Chcecie poznać zakończenie?
     — Więc ta historia ma zakończenie — mówię, również mój głos jest cieniutki, jakby morze okradło mnie ze wszystkiego.
     — Każda historia ma zakończenie — Bill odpowiada oschle. — Cóż, posłuchajcie, co się stało. Kiedy dzieciolog wysłuchał opowieści chłopczyka, uderzył się dłonią w czo­ło i po­wie­dział: „A więc to ty jesteś przyczyną wszystkiego! Jakiś czas temu przyszedł domojego gabinetu malutki smok, pytając mnie, czy mogę mu pomóc, ponieważ nie był już w stanie ziać ogniem… Naprawdę nie rozumiałem, co mogło mu się przydarzyć.”
     — I co mu się stało? — pyta Samir, kaszląc i próbując usiąść.
     Bill kontynuował:
     — Dzieciolog wykrzyknął: „I teraz rozumiem! Ten malutki smok opowiedział mi, że pewnego dnia spał spokojnie blisko plastikowych koników i nagle pojawił się ogromny potwór, wziął go do ręki, wrzasnął i rzucił go gwałtownie na ziemię… Smoczy szczeniak przestraszył się tak bardzo, że od tego momentu nie był w stanie ziać jęzorami ognia z paszczy”.
     Zachciało mi się śmiać […].

Nicoletta Bortolotti, I bambini di Gaza. Sulle onde
della libertà
, Mondadori Libri, Milano 2024.
(wyróżnienie własne)

czwartek, września 18, 2025

5893. Z oazy (CCCLXXVIII)

Urlopo­we odliczanie literek. Poślizgnięte na bolesnym moszczeniu się w co­dzien­nym kieracie prób utrzymania się w najlepszym z możliwych stanów fizycznych.

Kupiłam wiele dni przed datą publikacji. Czekałam. Przebierałam nogami, od­li­cza­łam po­zo­sta­ły czas. W dniu publikacji rzuciłam wszystko, co czytelniczo miałam roz­grzebane. Nie było orzeszkowego: zaczęłaś, skończ. Wrócę, skończę, ale po tej książ­ce. Przy po­ran­nej kawie delektowałam się pierwszymi akapitami, próbując jak naj­szyb­ciej od­kryć w pochłanianych literkach oś, wokół której będą się spinać kolejne sceny, historie, ludzkie losy, czas.

Pięk­na, podobnie jak pierwsze cztery książki Autorki. Delikatnie, ale zdecydowanie kreślone detale. I straszna, ze względu na znikające kolejne elementy, które były nie­zmienną oczywistością kiedyś tam w XX wieku. Powiedzieć, że człowiek to ga­tu­nek arcy­in­wazyjny, to nic nie powiedzieć.

Imploduję… Tracę sens. Zapadam się w sobie, patrząc na kierunek, w jakim zmierza cywi­li­zo­wa­ny (żart?) świat, kulturalnie zaciskający oczy, dyskretnie odwracający się plecami, wyznaczający sobie nowe zacne projekty i realizujący zyski. A po dru­giej stro­nie, dla równowagi (?), 20 000 palestyńskich dzieci… Mieści ci się to w głowie?

alternatywny tytuł wpisu:
(3004+11+1+1656+1221). Piąta

To na Spitsbergenie uczyłam się patrzeć na przyrodę bez wyższości. Wyczekiwaliśmy ptaków po zimie i żyliśmy obok.

🖇

Zacząłem się więc zastanawiać, co sprawia mi przyjemność. I jedyną rzeczą było przyglądanie się przyrodzie. Ona nic ode mnie nie chciała. Nie mu­sia­łem jej nic udowadniać, spełniać jej oczekiwań. Dotarło do mnie też, że chce mi się gdzieś iść, jeśli na końcu tej wędrówki będę mógł zrobić zdjęcie.
  //  Daniel

🖇

Obserwując życie i wędrówki ptaków, szybko odkryjemy, że potrafią one przekazywać wiadomości całej populacji. A pamięć o nieszczęściu, które je spotkało, może być przekazywana również następnym pokoleniom. Piękne małe mewy trójpalczaste budują gniazda na stromych odsłoniętych skałach i czasami wszystkie je zmiata sztorm. Przenoszą się wtedy na inną górę lub zbocze, a miejsce wypadku jest omijane przez ptasie pokolenia tak długo, jak długo trwa pamięć o tym zdarzeniu. Tak to właśnie działa. Po latach pta­ki wracają w tę samą okolicę i prędzej czy później katastrofa się powtarza.
  //  Carl Schøyen

🖇

W poprzedniej książce napisałam, że chcę tę Arktykę przejść wzdłuż i wszerz, żeby już potem wrócić tam, gdzie przynależę. Czy przynależę tu­taj? Nie wiem. Potrafię się dopasować, ale to bardziej kwestia wy­tre­no­wa­nia niż swobodnego oddechu. Zawsze jednak trochę spina się kark. Ale w mo­mentach jak ten, kiedy siedzę w autobusie obok Bjørg i nie krępuje nas rozmowa wolniejsza od chmur, czuję, że tak jak ja od lat próbuję się do­pa­so­wać, tak ten ląd również stara się być moim domem.

🖇

Stoję i nasłuchuję. Głosy mew trójpalczastych potrafię rozpoznać bez pa­trze­nia: falujący żal z pretensją podczas lotu i wielotonowe pokrzykiwania przy lądowaniu. Po norwesku nazywa się je krykkje – co brzmi jak „krysie”. Odkąd poznałam tę nazwę, już nie używam innej.

🖇

[…]  każdy je widzi i może warto, by chociaż rozróżniał:
     siodłatą (Larus marinus) – największą, z czarnym płaszczem na ple­cach, dużymi białymi plamkami na lotkach, cielistymi nogami, żółtym dzio­bem z czer­woną kropką;
     żółtonogą (Larus fuscus) – trochę mniejszą, z jaśniejszym płaszczem i żół­tymi nogami;
     srebrzystą (Larus argentatus) – podobnej wielkości, ale z wyraźnie sza­rym płaszczem i resztą jak u siodłatej;
     siwą (Larus canus) – jeszcze mniejszą, z żółto-zielonymi nogami i dzio­bem bez kropki;
     krysię (Rissa tridactyla) – najmniejszą, od siwej różniącą się krótkimi czarnymi nogami i brakiem białych plamek na lotkach.
     Rysujemy na białej tablicy kolorowymi mazakami uproszczone ptasie po­do­bizny. Чайка, kiras, Möwe, seagull, مرغ دریایی – notują.

🖇

Tromsø wibrowało od mewich krzyków i próbujących je przekrzyczeć ludzi. […]  Czytając nienawistne komentarze pod adresem ptaków i po­ma­ga­ją­cych im ludzi, pisane głównie przez dobrze odżywionych męż­czyzn w śred­nim wieku, zrozumiałam, jak wiele jest tu do zrobienia.

🖇

Ø po duńsku znaczy wyspa.

🖇

Dobrze iść i mówić coś niezobowiązującego, czego ani się nie zapamięta, ani nie zapisze w książce. Rozmawiamy [z Bjørg] w północnym dialekcie, w któ­rym wszystko wyraża się łatwiej. Czas przeszły ma uproszczoną formę, jak­by nie było sensu rozwodzić się nad tym, co minione.

🖇

[…]  czekałam co tydzień na to jedno wyjście, czułam, że żyję, nie miałam po­jęcia, kto tu mieszka, a nagle poznałam ludzi z wartościowymi pasz­por­ta­mi, którzy mogliby żyć gdziekolwiek na świecie, a wybierali Tromsø, jak ten Amerykanin, pamiętasz, przeniósł się tu tylko dlatego, że lubi góry, jaki wspaniale błahy powód, myślałam, to mi dało energię, żeby jednak spró­bo­wać ocalić swoje życie […].
  //  M.

Kiedy przyszła kolej na Iran, M. podeszła do komputera i na ekranie po­ka­zał się utwór pod tytułem Baraye, który powstał z tweetów Irańczyków pro­testujących po zamordowaniu Mahsy Amini w 2022 roku. Pisali, za co albo przeciwko czemu walczą […].


Shervin Hajipour شروین حاجی‌پور, Baraye.

🖇

[Daniel] Norwegowie żyją w bańce socjalnej i mam wrażenie, że dla nich naj­straszniejsze byłoby urodzić się gdzie indziej. Im jest szczerze przykro, że nie jesteś Norwegiem. A nas przybywa. Mam wrażenie, że ludzie, którzy sym­patyzują z krysiami, widzą w nich samych siebie. W walce, w zma­ga­niach. Ptasi los to nasz los. Dobrze to rozumiem, bo wiem, jak czuje się coś, czego pokochanie wymaga wysiłku.
     Daję temu zdaniu wybrzmieć.

🖇

Tańcząc, przyglądam się ludziom spod przymkniętych powiek – opo­wia­da. – Jeśli przechodnie się uśmiechają, wiadomo, że mają otwarte serca. Po reakcjach innych widać, że coś ich trapi. Ale to nie mój problem. Ja tam stoję i jestem wolny. Nikogo nie oceniam, nie mam złych myśli. Tromsø mnie uzdrowiło, a ja uzdrawiam je tańcem.
  //  Åsgeir

🖇

Ja zazwyczaj patrzę w rozmówców, ale tutaj
niepatrzenie daje się swobodnie rozpędzić myślom.

🖇

Spędziłem na klifach wiele sezonów, widzę drastyczne zmiany i myślę o tych małych mewach, którym łatwiej się zaadaptować do środowiska miej­skiego niż do tego na morzu. To pokazuje, jak ogromne zmiany za­cho­dzą. Na morzu jest piekło.
  //  Delphin, francuski badacz ptaków morskich

🖇

     – Krysie są uchodźczyniami ze środowiska, które stało się dla nich nie­przy­jazne. A stało się takie z powodu naszej działalności, więc jesteśmy od­po­wiedzialni za to, by coś z tym zrobić – mówi Delphin. – Ale niewiele osób tak myśli. Irytuje mnie to, jak zachowujemy się wobec czegoś, co jest obce. Nie jesteś stąd, nie należysz tutaj, więc cię odrzucamy. Krysie sym­bo­li­zu­ją taką perspektywę patrzenia na inność. To opowieść o naszym sto­sun­ku do przyrody, innych ludzi, innych form życia. Istnieją przecież sposoby funk­cjo­no­wa­nia obok siebie.

🖇

[…]  jeśli prognozy się sprawdzą, ptaki morskie
nie doczekają mojej starości.

🖇

Jest druga połowa września. Ruchome punkty na granicy morza i lądu cze­kają, by odlecieć. Te ptasie zgromadzenia widać w wielu miejscach wy­brze­ża. Wieje wiatr, ale jeszcze nie ten. […]  Krajobraz nie przypomina już wa­ka­cyj­nych prospektów. Jest jak zmęczone ciało, z meandrami za cienkich żył, siniakami jezior, białymi szczytami złuszczonej skóry, chru­stem su­chych włosów. W wyższych partiach gór spadł pierwszy śnieg, zima przyj­dzie niebawem, wytarza się w zboczach, a na końcu dotrze do linii brze­go­wej i ostudzi wodę. Ziemia oddycha po naporze kół i namiotów, wygnie­cio­na trawa podnosi się na moment, zdezorientowane ciepłem mlecze kwitną po raz drugi w tym roku, ale już nie zdążą się napuszyć.

🖇

[…]  najnowsza, najbardziej ponura prognoza podaje, że krysie mogą zniknąć w ciągu dekady.

Ilona Wiśniewska, Hjem. Na północnych wyspach,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2025.

Krajobraz wije się jak opowieść, która nie skończy się z ostatnim opowiadającym, ale będzie się tworzyć na nowo z każdym przesileniem. […]  Nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłego lata. Zanosi się na kolejne naj­cie­plej­sze w tej pędzącej historii.

🖇

[…]  inspirują mnie ludzie, którzy obserwują ptaki i nic od nich nie chcą.

🖇

Ten rozwój jest brutalny i nie widać końca.

🖇

Wiosna 2025 roku […]  ani słowem nie zająkniemy się o tym, że JJ przez jakiś czas leciał za samochodem.

🖇

Jest coś przejmującego w wołaniu pozostającym bez odpowiedzi.

(tamże)

środa, września 17, 2025

(5884+1+6+1). Obdarowanie (IV)

alternatywny tytuł wpisu:
5892. Łódeczka dla Białego Kruka

Sadownik & Jabłoń:
(po drzewnym wypoczynku i urlopie sadowniczym,
po zamykającym ten czas
obiedzie z białokruczymi najbliższymi
wracali w niedzielę do ula
)

Gepardzica:
(napisała i załączyła zdjęcie)
Dla Białego Kruka 💙

Jabłoń:
(oniemiała, dopytała i nie mogła długo
uwierzyć, że to piękne cyk z Warszawy
)


fot. Gepardzica, fragment.
 

[…]  żałoba jest emocją progową. To znaczy jest emocją, która niesie w so­bie własne przeciwieństwo. Do­świad­czamy straty tylko w takim stopniu, w ja­kim doświadczaliśmy połączenia z tym, co utracone. Doświad­cza­my śmierci i przemijania czegoś tylko w takim stopniu, w jakim czuliśmy w sobie jego żywotność i niezbędność. Doświad­cza­my żałoby tylko w takim stopniu, w jakim doświadczyliśmy miłości.
   //  Lisbeth White

Moja żałoba jest coraz bardziej przezroczysta, czasem prawie nie­wi­docz­na. Ale nadal jest. Nie zawsze wiem, jak wyglądają jej kontury. Nie za­wsze wiem, gdzie patrzeć.

Gdzieś czytałam, że żałoba to uczenie się świata na nowo. Trzeba co­dzien­nie mierzyć się z materią, która jest niekompletna, przesunięta, za­krzy­wiona. Jakbyśmy znaleźli się w nowej rzeczywistości, do której nie trafiły ukochane osoby. Niby wszystko jest takie samo – słońce dalej wschodzi, woda gotuje się w czajniku, fotel jest miękki, pies szczeka, jabłko spada, piłka się odbija. Ale wszystko jest inne – wybrakowane.
     Musimy się tego braku nauczyć.

Katarzyna Boni, Którędy do wyjścia?,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

(5884+1+6). Obdarowanie (III)

Bardzo bałam się wyjazdu. To, że wrócę mniej sprawna, to pewniak, ot, cena do uiszczenia za wy­rwa­nie się z ula. Jedenaście dni bez rehabilitacji, pomimo ćwi­czeń własnych, zrobiło swoje. Zaklinaliśmy, by uniknąć dodatkowych atrakcji w po­staci kon­tu­zji, które unieruchomiłyby mnie na miesiące.

Przed wyjazdem przez tydzień obserwowałam, jak kaktus — będący fizyczną ma­ni­festacją zdobyczy, jaką było odzyskanie kawałka wolności, polegającego na samotnym by­wa­niu na mieście sąsiadującym z ulem — za­biera się do kwitnięcia po raz dru­gi. Istniało spore ryzyko, że zrobi to dokładnie wtedy, gdy nas nie bę­dzie w ulu.

Zakwitł w dniu wyjazdu. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Po­trak­to­wa­łam to zjawisko jako znak i błogosławieństwo. Zrobiłam cyk. Uspokoił się szamoczący się we mnie strach. Zaufałam, że uda nam się wrócić do ula bez dodatkowych fi­zycznych strat. Byłam gotowa do drogi. Byłam gotowa na wszystko.

A gdy znikł strach, wszystko przez te jedenaście dni było już tylko o miłości. O pamięci i o miłości.

Poza przewidywanymi pogłębionymi deficytami układu ruchu, z których będę próbowała się wydostać, dając sobie na to dwa–trzy tygodnie, przywiozłam od­na­leziony kawałek siebie oraz cyk zrobione zdjęciu, na którym Orzeszek jest ma­łą dziewczynką. Orzeszek z Ciocią Irką, która była Orzeszka matką chrzest­ną. Nie miałam o tym pojęcia, ale już wiem. Wobec tego faktu, uśmiecham się znów od ucha do ucha. Ciocia Irka była/jest moją babcią chrzestną, a tamto po­czu­cie to nie były zwidy.

A kaktus? Wróciliśmy, a on wciąż kwitnie. A ja? Płacę za wypoczynek. Twier­dzę, że dość wygórowaną cenę i na razie powtarzam: nigdy więcej, ale wiem, że za­po­mnę ten ból i znów zacznę marzyć.


Nasza osobowość w dużej mierze jest zdeterminowana przez charakter na­szych rodziców. Ich charakter z kolei zdeterminowała osobowość naszych dziad­ków i tak dalej. Nasi prapradziadkowie odeszli lata przed naszym uro­dze­niem, ale to nie znaczy, że nie mieli na nas wpływu. Sztafeta pokoleń nie jest tylko sloganem – podobnie rzecz ma się z historią narodów i państw. Je­steś­my częścią historii. Dziedziczymy w spadku wiedzę, traumy, przy­zwy­cza­je­nia, postawy i sposób postrzegania świata. Musimy wiedzieć, skąd przy­cho­dzi­my, żeby wiedzieć, dokąd zmierzamy.

Jan Śpiewak, Patopaństwo. O tym, jak elity
pustoszą nasz kraj
, W.A.B., Warszawa 2025.

sobota, września 13, 2025

5889. Na finale małego wspólnego czasu

Pan Ciasteczko:
(pod koniec sierpnia męskie zawodowe pitu-pitu
z klientem o tym, kto przed, kto po urlopie;
że przed, że jak zwykle, dopiero we wrześniu
)

Klient:
Ale urlop czy wypoczynek?

Pan Ciasteczko:
(zaciekawiony)
A jaka jest różnica?

Klient:
Na urlop jedzie się z rodziną,
a na wypoczynek samemu.

Jabłoń:
(kupiła to rozróżnienie na pniu, gdy tylko
Pan Ciasteczko się nim z nią podzielił
)

*

Sadownik & Jabłoń:
(przed wyjazdem, rechocząc, ustalili, że Jabłoń
jedzie na wypoczynek, a Sadownik na urlop,
choć w tę samą walizkę się pakują,
bo Drzewko potrzebuje fizycznej pomocy
każdego dnia nie raz
)

Jabłoń:
(wczoraj, gdy wracali z corocznej uczty)
Chyba wypoczęłam,
zaczynam tęsknić za rehabką

🍆

Sadownik:
A ja zaczynam cieszyć się na swój wypoczynek…

Jabłoń
(szczęśliwa, że wytchnieniówka Sadownika
jest możliwa i zbliża się wielkimi krokami
)

*

Paula Cole, Lovelight.

środa, września 10, 2025

5888. 253/365

po ci­chutku, bez pośpiechu, już nie dla jed­nej osoby za­pa­la­my to światełko. pali się dla wielu ludzkich i nieczłowieczych Osób. tak bardzo mi Ich tu, po tej stronie życia, brak, choć przecież wiem, że z nami są.

253/365

[Wszechświat] wysyła nam drobne wia­do­mo­ści, wywołuje koincydencje i szczęśliwe zbiegi okoliczności, przypomina nam o tym, żebyśmy się zatrzymali, rozejrzeli i uwierzyli w coś jeszcze – w coś więcej.
   — Nancy Thayer

*

Oto miłość: dzięki niej można wzlecieć ku tajemnemu niebu i odsłaniać setki zasłon w każdym momencie. Naj­pierw po­zba­wia oddechu. Później pozwala zrobić krok bez użycia stóp.
   —  Rumi

wtorek, września 09, 2025

5887. 252/365

uro­dziła się we wtorek. dziś, piętnaście lat cztery miesiące i pięć dni później, też we wtorek uwolniliśmy Jej pro­chy. od jutra będzie dotykać nas falami bałtyku.

252/365


[asystencja: Sadownik] 

Dawno temu, kie­dy wzięliśmy sobie psa, gdy pies został przy­wieziony i za­parkował w wybranym kącie, okazało się, że obec­ność trzeciego bytu w mie­szka­niu zmieniła je – stało się nieco mniej nasze, wymagało ujarzmienia i zasiedlenia na no­wo. Efekt zniknął po kilku dniach, aby potem, po odej­ściu psa, wrócić ze zdwojoną siłą.

Jarek Westermark, Truteń, czyli rozprawa z ojcostwem,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.

niedziela, września 07, 2025

5886. Sprite, sok z cytryny i, czyli o kulturze picia

Sadownik:
(ucieszony, że wypatrzył w sklepiku przy deptaku
małą pojemność, poprosił o małpkę Jägermeistera
)

Sprzedawca:
Zmrożony?

Sadownik:
Nie. Ma pan lód?

Sprzedawca:
W kubeczku?

Sadownik:
Nie. Kilogram.

(5884+1). Piątkowe obdarowanie (II)

W piątek wiele puzzli wskoczyło na swoje miejsca. Pamiętam, gdy po raz pierwszy w życiu czułam się dobrze w większej grupie ludzi, pamiętam to poczucie przytulenia, niebywałego przywileju bycia częścią tamtych chwil. Pamiętam poczucie bezgranicznej miłości. Przypomniało mi się dziś, że o nim zapomniałam i dopiero dziś skojarzyłam.

W piątek skrystalizowało mi się, że poczucie rodzinnego deficytu miłości, w ktorym żyłam przez większość swojego życia, nie wynikało z niedojrzałej formy członków mojej szeroko pojętej rodziny pochodzenia, no­minalnie do­rosłych ludzi, którzy nijak nie wyrobili się na relacyjnych zakrętach, lecz z braku podłączenia do Drugiej Strony, z braku umiejętności dostrzeżenia, że stamtąd płynie nieustannie nieskończenie wielka miłość. Od piątku nie doświad­czam niczego innego.

Wybierając imię-na-tu, nie chcąc utracić istoty jestestwa człowieka, wy­bra­łam Mu kiedyś tam: Salvo. Dopiero w piątek odkryłam drugie, życio­daj­ne dla mnie znaczenie tego imienia. Salvo to nie tylko imię, ale również for­ma pierwszej osoby liczby pojedyńczej włoskiego czasownika salvare (ra­to­wać). Salvo nie tylko mnie uratował, ale i obdarował bezcennościami, pomyślałam, kosztując dań, które On lubił w Jego ulubionym miejscu. In­nymi słowy:
     Salvo mi ha salvata!
     Grazie infinite.
     Carissimo Salvo, ci vediamo
!

fot. Cubú [z:] arch. rodzinne.

 

Salvo
(1958–2025)

Tata Salvo
(1924–2018)

 

Wciąż jesteśmy dla siebie tym wszystkim, czym byliśmy.
[…]
Niechaj moje imię nadal będzie słowem używanym na co dzień.
Wymawiaj je bez trudu i bez śladu cienia.
Znaczenie życia pozostało bez zmian.
[…]
Jestem gdzieś w pobliżu,
tuż za rogiem.
Wszystko jest w porządku.

   — Henry Scott Holland

5884. Piątkowe obdarowanie (I)

Fusy wrażeń nie tylko musiały opaść. Przede wszystkim musiały się we mnie pomieścić, bo każdy bezcenny. Ostatniego piątku powinno być inaczej. Ja za­dzwo­niłabym do Salvo z urodzinowymi życzeniami i cieszyłabym się, że pój­dą w czwór­kę na pyszne jedzenie w ten odświętny Czas.

Gdybym trzy lata temu z małym hakiem nie odebrała telefonu… nie byłoby tamtego czwartku, spotkań, które przyszły potem, wielu telefonów i esemesów oraz tego piątku i wielu dni, na które mam nadzieję.

Gdyby Salvo nie był tak uparty, jak był, by obdarowywać bliskich, i odpuścił szukanie numeru telefonu, by się ze mną skontaktować… nie byłoby tego piątku.

Gdyby Salvo nie odnalazł zaproszenia na ślub w oliwskiej katedrze, który odbył się ponad pięćdziesiąt pięć lat temu; zaproszenia, na którym Ciocia Irka, swoim pięknym pismem zapisała numer telefonu, którego nigdy nie zmieniłam… nie byłoby tego piątku.

Gdyby, gdyby, gdyby… Nikt w życiu nie obdarował mnie tak bardzo jak Salvo przez cały ten piątek, gdy z nami był.

 
 
 
 
[częściowa asystencja: Sadownik]

Salvo
(1958–2025)

fot. Cubú [z:] arch. rodzinne.

środa, września 03, 2025

5883. 246/365

skreśla­my ostatnie pozycje z listy rzeczy do wzięcia. pierwszy raz nie pakujemy klatki, misek, karmy, dodatkowego kocyka na ka­na­pę na werandzie.

pierwszy i ostatni raz spakowaliśmy urnę.

246/365

wtorek, września 02, 2025

5882. Z oazy (CCCLXXVII)  // Panna cotta (CLXIX)

Od­liczanie literek, cztery. Poślizgnięte, bo odliczanie włoskich literek, choć jest świę­towaniem samym w sobie, jest też przesięwzięciem dość pracochłonnym. Nie zniechęca mnie ono, bo uwielbiam ponownie spotykać te i owe, nowe dla mnie, słowa.

Ta książka czekała na mnie od grudnia. Wtedy w księgarni zapytałam o tę. Nie było jej. Poprosiłam więc o polecenie innej dla dzieci w wieku 6+. Gdy zobaczyłam na okładce charakterystycznie namalowaną mysz, nie miałam wątpliwości, że biorę tę książkę, choć jest dla czytelników 8+. Przypomniała mi się moja ukochana, zilu­stro­wa­na przez tego rysownika, historia z jednej z pierwszych przeczytanych przeze mnie włoskich książeczek.

W końcu, nareszcie, warto było czekać, mogłam z ogromną przyjemnością pławić się we wszystkich możliwych for­mach czasu przeszłego. A historia?

Raz, uważaj o czym marzysz, bo się spełni. Dwa, tak czy inaczej, los ci sprzyja, nawet jeśli w pierwszej chwili myślisz co za pech! Trzy, każd_ z nas ma miejsca, do których lubi wracać. Cztery, cytując zasłyszane przed laty: wszystko skończy się dobrze; jeśli nie jest dobrze, to jeszcze nie koniec.

     — Dove sei stato tutto questo tempo?
     — Sei andato davvero a Parigi?
     — E dove ti nascondevi, in treno?
     Me lo chiedono in continuazione e ogni volta devo rac­con­ta­re la mia avventura.

     — Gdzie byłeś cały ten czas?
     — Naprawdę pojechałeś do Paryża?
     — A w pociągu gdzie się chowałeś?
     Cały czas mnie o to pytają i za każdym razem muszę opowiadać moją przygodę.

Per non dover raccontare ogni volta tutto da capo, ho deciso di scrivere la mia storia.
Aby nie musieć opowiadać za każdym razem wszystkiegood początku zdecydowałem spi­sać moją historię.

🖇

Sono un semplice topo domestico e mi chiamo Stefan.
Jestem zwykłym myszem domowym i mam na imię Stefan.

🖇

[Un barboncino] Isegrimm diceva: — Lo conoscete quel formaggio con dei gran buchi, no? Quello è il formaggio svizzero. E lo sapete come li fanno quei buchi nel for­ma­ggio?
     Ogni volta Isegrimm faceva una breve pausa. E ogni volta, anche se ave­vamo sentito spesso quella storia, noi rispondevamo: — No.
     — I buchi sono sapientemente rosicchiati dai topi svizzeri, — diceva al­lo­ra Isegrimm in tono solenne. — Così sapientemente da non lasciare la mini­ma traccia dei loro dentini da roditori.
     A noi topini veniva l’acquolina in bocca.
     — In Svizzera, - continuava Isegrimm, — i topi sono operai specializzati molto stimati e vengono chiamati “rosicchiaformaggio”, ma solo dopo esser­si diplomati.
[Pudel] Isegrimm powiedział:
     — Znacie ten ser z dużymi dziurami, nie? To ser szwajcarski. A wiecie, jak robią te dziu­ry w serze?
     Za każdym razem, gdy opowiadał tę historię, robił krótką przerwę. I za każdym razem, chociaż często ją słyszeliśmy, odpowiadaliśmy:
     — Nie.
     — Dziury są umiejętnie wygryzane przez szwajcarskie myszy — mówił uro­czy­stym tonem Isegrimm. — Tak umiejętnie, że nie zostawał najmniejszyb ślad po zę­bach gryzoni.
     Ciekła nam ślinka.
     — W Szwajcarii — kontynuował Isegrimm — myszy są wysoko cenionymi wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny­mi pracownikami, nazywanymi gryziserami, ale dopiero po ukoń­czeniu studiów.

🖇

     — Dove vivono gli uomini, ci sono anche immondizie, — diceva il nonno. — È l’abbiccì dei topi.
     — Gdzie żyją ludzie, tam są śmieci — mawiał dziadek. — To abecadło myszy.

🖇

In questo vagone c’erano molti scompartimenti e in ogni scompartimento c’erano sei sedili. Era deliziosamente riscaldato. Pensai di stendermi e ri­po­sar­mi un attimo prima di tornare fuori al freddo.
     Quando mi svegliai […]. Davanti agli occhi avevo un sacco di gambe e di scarpe. […]  Iniziai a rendermi lentamente conto che non stavo sognando ma che ero davvero sul treno, e il treno era in movimento.
     Dopo un primo momento di spavento, mi dissi che avremmo sicuramente fatto ritorno a Monaco.

W tym wagonie było dużo przedziałów, a w każdym z nich było sześć miejsc siedzących. Było rozkosznie ciepło. Pomyślałem, by położyć się i odpocząć chwilkę, nim wrócę na zim­no na zewnątrz.
     Kiedy się obudziłem […]. Przed moimi oczami miałem mnóstwo nóg i butów. […] Za­czą­łem powoli zdawać sobie sprawę, że nie śnię, że jestem naprawdę w pociągu, a po­ciąg jest w ruchu.
     Po pierwszej chwili przerażenia, powiedziałem sobie, że na pewno wrócimy do Mo­na­chium.

🖇

Voglio ricordare a tutti coloro che hanno in programma viaggi del genere di non avvicinarsi troppo alle tubature dell’impianto di riscaldamento in in­verno. Bruciarsi il pelo è fin troppo facile.
Chcę przypomnieć wszystkim tym, którzy planują takie wycieczki, by zimą nie zbliżać się zbyt blisko do rur instalacji grzewczej. Spalenie sobie futra jest nazbyt łatwe.

🖇

Giorno dopo giorno, settimana dopo settimana, viaggiavo […].
     Dunque questo era il grande mondo. Che meraviglia!

Dzień po dniu, tydzień za tygodniem podróżowałem […].
     Przeto był to wielki świat. Co za cud!

🖇

Presto sapevo, ancora prima che il treno si fermasse e la voce all’alto­par­lan­te annunciasse la città, quale stazione si avvicinava […]. E ancora spe­ra­vo che prima o poi il vagone venisse attaccato a una locomotiva che l’avreb­be riportato a Monaco.
Wiedziałem w mig, jeszcze zanim pociąg się zatrzymał, nim głos z głośnika ogłosił, do sta­cji którego miasta się zbliżaliśmy […]. Wciąż miałem nadzieję, że wcześniej czy później ten wagon będzie przymocowany do lokomotywy, która zaciągnie go z powrotem do Monachium.

🖇

Leggeva un libro e fumava, cosa vietata in questo scompartimento. Mi ero cercato apposta uno scompartimento non fumatori visto che, come tutti i topi, non sop­por­to il fumo di sigaretta.
     A Bielefeld salì un uomo […]. Iniziò a chiacchierare con lei e le chiese dove andasse.
     — In Svizzera, — rispose lei, — a Basilea.
     “In Svizzera, che bellezza!” pensai io. “Allora va nel paradiso dei topi.” Era il paese dei miei sogni.

Czytała książkę i paliła, co było zabronione w tym przedziale. Szukałem wcześniej prze­dzia­łu dla niepalących, skoro, jak wszystkie myszy, nie znosiłem dymu papie­ro­so­wego.
     W Bielefeld wsiadł mężczyzna […]. Zaczął z nią rozmawiać i zapytał, gdzie jedzie.
     — Do Szwajcarii — odpowiedziała — do Bazylei.
     „Do Szwajcarii, jak pięknie!” pomyślałem. „Więc jedzie do mysiego raju”. To był kraj moich marzeń.

🖇

E così decisi che sarei sceso dal treno assieme a quella donna e che l’avrei seguita su quello che portava in Svizzera. […]
     Ma, come diceva sempre il nonno, “chi non risica non rosica”.

I tak zdecydowałem, że wysiądę razem z tą kobietą i że będę naśladować ją, by dostać się do Szwajcarii.
     Ale, jak zawsze mawiał dziadek: kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje.

🖇

Wilhelm era un vero topo di campagna svizzero. […]
     — E io che pensavo che la Svizzera fosse il paradiso dei topi! - dissi.
     — L’è una bella favoletta... — rispose Wilhelm.
     E mi raccontò come in quel paese i topi facessero la fame. Sarebbe già emigrato in Francia da un pezzo, se non avesse avuto tanta paura di pren­dere il treno.
     […]
     — Perché non andiamo in Francia? — proposi io. E gli raccontai che avevo viaggiato per mesi su un treno espresso tra Amburgo e Colonia.
     — Fantastico! — esclamò. — Andèm allora!

Wilhelm był prawdziwym szwajcarskim wiejskim myszem. […]
     — A ja myślałem, że Szwajcaria jest mysim rajem! — powiedziałem.
     — To piękna bajeczka… — odpowiedział Wilhelm.
     I opowiedział mi, jaki głód doskwiera myszom w tym kraju. Wyemigrowałby już dawno temu do Francji, gdyby tak bardzo nie bał się jechać pociągiem.
     […]
     — Dlaczego nie pojechać do Francji? — zaproponowałem. I opowiedziałem mu, że wiele miesięcy podróżowałem pociągiem ekspresowym na trasie Hamburg–Ko­lo­nia.
     — Fantastycznie! — wykrzyknął. — A więc jadziom!

🖇

Quindi questa era Parigi. […]  Sull’ampio marciapiede, all’aperto, c’erano sedie e tavolini di caffé e ristoranti. Nella calda brezza della sera, uomini e donne mangiavano e bevevano.
     Scoprimmo subito un’abitudine del posto che ci mandò in brodo di giuggiole.
     I francesi erano soliti mangiare a ogni pasto lunghe pagnotte di pane che chiamavano “baguette”. Mentre mangiavano, ne prendevano dei pezzi con le mani. Le baguette e l’abitudine di spezzarle sembravano fatte apposta per i topi, perché naturalmente così facendo cadevano a terra molte briciole.
     […] 
     I francesi avevano un’altra meravigliosa abitudine. Ogni pasto si con­clu­de­va con il formaggio. […] 
     Pierre era un vero topo parigino. L’avevamo conosciuto davanti al ri­sto­rante Le trois mousquetaires. Pierre si muoveva sul boulevard con la mas­si­ma naturalezza. Diceva sempre: - Noi non camminiamo, noi sfiliamo.
Zatem to był Paryż. […] Na szerokim chodniku, na zewnątrz kawiarni i restauracji znaj­do­wa­ły się krzesła i stoliki. W czasie ciepłej wieczornej bryzy mężczyźni i ko­bie­ty je­dli i pili.
     Odkryliśmy natychmiast lokalny zwyczaj, dzięki któremu znaleźliśmy się w siód­mym niebie.
     Francuzi zwykli jeść do każdego dania wydłużone bochenki chleba, które na­zy­wa­li bagietkami. Jedząc, odłamywali kawałki rękoma. Bagietki i zwyczaj ich łamania wy­da­wa­ły się stworzone dla myszy, ponieważ tak wiele okruchów spadało na ziemię.
     Francuzi mieli jeszcze jeden fantastyczny zwyczaj. Każdy posiłek kończył się serami. […]
     Pierre był prawdziwym paryskim myszem. Poznaliśmy go przed restauracją Trzej muszkieterowie. Pierre poruszał się po bulwarze z najwyższą naturalnością. Mówił zawsze:
     - Nie chodzimy, paradujemy.

🖇

Un venerdì sera salutammo Pierre. Ancora una volta aveva messo insieme per noi un pasto opulento: paté di fegato d’oca, brie e olive marinate.
     Rimanemmo a mangiare, bere e parlare di un mondo senza gatti fino a notte inoltrata.
Pewnego piątku wieczorem pożegnaliśmy Pierre’a. Jeszcze jeden raz przygotował dla nas obfity posiłek: foie gras, ser brie i marynowane oliwki.
     Zostaliśmy, by jeść, pić i rozmawiać o świecie bez kotów aż do późna w nocy.

🖇

Era molto strano: volevamo entrambe le cose,
rimanere e andarcene.

Było bardzo dziwnie: chcieliśmy obu rzeczy,
zostać i ruszyć w drogę.

🖇

Giù al porto c’era odore di pesce. Avanzammo con particolare cautela, per­ché dove c’è pesce ci sono anche tanti gatti. Percorremmo la banchina alla quale erano attraccate le navi.
     — Ti immagini, — disse Wilhelm, — se finiamo in una nave che va in Ame­rica o in Africa?
     — Che pensiero tremendo! — replicai. — Anche se ho sempre voluto cono­sce­re un topo saltatore del deserto.

W porcie czuć było zapach ryb. Postępowaliśmy ze szczególną ostrożnością, bo tam, gdzie są ryby, jest również dużo kotów. Szliśmy wzdłuż nabrzeża, gdzie zacumowane były statki.
     — Wyobraź sobie — powiedział Wilhelm. — Jeśli wylądujemy na statku płynącym do Ameryki lub Afryki?
     — Co za okropna myśl! — odpowiedziałem. — Chociaż chciałem poznać skoczka pu­styn­nego.

🖇

Per tre giorni e tre notti rimanemmo in un buco nel muro e osservammo le navi che approdavano e salpavano. Non riuscivamo a deciderci. Come fa­ce­vamo a sapere dov’erano dirette?
Przez trzy dni i trzy noce pozostawaliśmy w dziurze w ścianie i obserwowaliśmy wpły­wa­ją­ce i wypływające statki. Nie byliśmy w stanie zdecydować się. Jak mieliśmy wiedzieć, dokąd zmierzają?

🖇

Una sera sentimmo due uomini che camminavano molto vicini al nostro na­scondiglio. Uno di loro disse: — Che schifo!
     E l’altro: — Già. Fortuna che tra due giorni siamo di nuovo ad Amburgo.
     […] 
     Guardammo bene in quale nave salivano e più tardi li seguimmo a bordo.

Pewnego wieczoru usłyszeliśmy dwójkę mężczyzn, którzy przechodzili bardzo blisko na­szej kryjówki. Jeden z nich powiedział:
     — Fuj!
     A drugi:
     — No tak. Na szczęście za dwa dni znów będziemy w Hamburgu.
     […]
     Przyjrzeliśmy się uważnie, na który wchodzą statek, a potem ruszyliśmy za nimi na pokład.

🖇

     — Questa è Amburgo! — esultai io. — La vedi laggiù, quella torre col tetto verde e tondo? È la chiesa di San Michele. E quel tetto, lì, è la stazione cen­trale.
     […] 
     Com’era bello essere di nuovo in una stazione. […] 
     La mattina dopo fu an­nun­ciato un treno per Monaco. Doveva arrivare al binario 14.

     — To jest Hamburg! — ucieszyłem się. — Tam, widzisz tę wieżę z okrągłym zielonym dachem? To kościół pod wezwanem św. Michała. A tamten dach, tam, to główny dworzec kolejowy.
     […]
     Jak wspaniale było znów być na dworcu. […]
     Następnego ranka ogłoszono pociąg do Monachium. Miał wjechać na peron 14.

🖇

Man mano che ci avvicinavamo a Monaco, non riuscivo più a trattenere la gioia. Alla fine mi arrampicai su un sedile e guardai dal finestrino.
     Erano passati quasi tre anni da quando me n’ero andato senza volerlo. Per fortuna non era cambiato niente.

Stopniowo zbliżaliśmy się do Monachium. Nie byłem już w stanie powstrzymać radości. W końcu wspiąłem się na pasażerski fotel i patrzyłem przez okno.
     Minęły prawie trzy lata, kiedy wyruszyłem niechcący w drogę. Na szczęście nic się tu nie zmieniło.

🖇

🖇

Pensai a Pierre: non camminate, sfilate.
Pomyślałem o Pierze: nie idźcie, paradujcie.

🖇

Seguimmo Isegrimm lungo la strada del paese. […]  Finalmente ar­ri­vam­mo a una vecchia casetta, al centro di un giardino dove c’erano due ce­spugli di sambuco. Isegrimm ci mostrò l’ingresso della cantina: — Abitano lì, — disse.
     Scendemmo e trovammo tutta la famiglia seduta a cena. […]
     Che gioia che fu!

Poszliśmy za Isegrimmem wiejską drogą. […] W końcu dotarliśmy do starego małego dom­ku, gdzie na środku ogrodu znajdowały się dwa krzewy czarnego bzu. Isegrimm pokazał nam wejście do piwnicy:
     — Mieszkają tam — powiedział.
     Zeszliśmy na dół i zastaliśmy całą rodzinę siedzącą na kolacji.

Uwe Timm, Un topino a Parigi, ilustr. Axel Scheffler,
z j. niemieckiego przeł. Valentina Freschi,
Giangiacomo Feltrinelli Editore, Milano 2024.
(wyróżnienie własne)

Poi ci racconteranno tutto, abbiamo un sacco di tempo.
Później nam opowiedzą wszystko, mamy mnóstwo czasu.

poniedziałek, września 01, 2025

5881. Z oazy (CCCLXXVI)

Co­tygodniowe odliczanie literek, trzy. Wyczekana.

Po skrajnym ubóstwie psychologicznym i duchowym, jakie prezentuje wielu bo­ga­tych materialnie ludzi (ję­czących bez najmniejszych oznak zawstydzenia na temat braku pieniędzy), trudno zachować złu­dzenia. Raczej się ugotujemy lub utopimy. Jedni, nie wierząc w katastrofę kli­ma­tycz­ną. Drudzy, nie widząc powodu, aby ich kraj musiał cokolwiek robić, w końcu jest tylu innych winnych tego stanu rzeczy.

Straszna i piękna ta książka. Dobrze jest ją czytać z przeglądarką pod ręką, by móc rzucić okiem na przepiękne zwierzęta, którym jako ludzkość zgotowaliśmy za­gła­dę, któ­ra już trwa.

Czekam z zapartym tchem na kolejną książkę z cyklu tu/teraz.

[południe Włoch, 2021] Żywej duszy, słychać tylko szczekanie psa.
     Weszłam w ciemną plamę.
     Drzewa stały prosto. Na czarnych gałęziach wisiały rude igły i liście. To nie pogorzelisko, tylko kształt lasu bez lasu. Wypalone niczym glina po­mni­ki tego, co było.
     Czemu spalone drzewa nie upadają?
     […]  Czekałam na łzy. Na przerażenie. Złość. Strach. Rozpacz. Na bez­rad­ność. Chciałam dotknąć tego, co przecież musi być w środku, co towarzyszy mi od kilku lat, tylko zgubiło się gdzieś pomiędzy robieniem prania a pła­ce­niem rachunków. Chciałam, żeby wreszcie do mnie dotarło, że przyszłość już tu jest.
     […]  Oparłam się o poczerniały pień.
     Nie czułam smutku, tylko spokój.
     Ze spalonej ziemi wyrastała młoda, zielona trawa.

     Jakie jest to niemieckie słowo na nieprzystawalność uczuć do rzeczy­wi­stości?

🖇

Dziewięć metrów pod powierzchnią morza znalazłam inną planetę. […] 
     Jakie jest to niemieckie słowo na miłość od pierwszego wejrzenia?
     […]
     Ale tym, co mnie od nurkowania uzależniło, była cisza. Cisza, w której sły­chać własny oddech. Podwodna medytacja. Każda minuta, każda se­kun­da to nowy początek.

🖇

Moje życie nierozerwalnie związane jest z ocieplającą się planetą. Czy o tym myślę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z wymierającym gatunkami. Czy za nimi płaczę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z ropą. Czy tego chcę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z dwutlenkiem węgla. Czy go widzę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z plastikiem. […]
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z antropocenem. Czy go tak nazwiemy, czy nie.

🖇

Greckie imię koralowców – „anthozoa” – znaczy kwiatozwierz. […]  Kora­low­ce to kolonie bezbarwnych polipów, które budują wapienny szkielet – po­lip na polipie, piętro na piętrze, pokolenie na pokoleniu. Najstarsze z nich żyją głęboko w wodach Oceanu Spokojnego. Gatunek znaleziony niedaleko Hawajów został oceniony na cztery tysiące dwieście lat. Rafy są jeszcze star­sze. Wielka Rafa Koralowa ma sześćset tysięcy lat. Ta z Morza Czer­wo­ne­go ma około pięciu tysięcy lat. Jeśli koralowce mają pamięć, pamiętają czasy faraonów.
     […] 
     Musiałam to sobie powtórzyć. Od 2017 roku połowa Wielkiej Rafy Kora­lo­wej – cudu świata, największej żyjącej struktury na Ziemi – jest martwa.

🖇

Nie potrafię też zmusić ciała, żeby poczuło to, o czym wie umysł: przekroczyliśmy granice znanego świata.

🖇

Przez chwilę coś czułam, ale zaraz wstawałam zaparzyć kawę, zadzwonić, oddzwonić, zapisać, sprawdzić, kupić, zrobić, zjeść. Emocje przesuwałam poza część, która żyje. Starałam się nie zwariować, starałam się żyć tak, żeby nie szkodzić ani ludziom, ani zwierzętom. Ale skoro samo moje ist­nie­nie niszczy rafy koralowe i podnosi wody bengalskich rzek – o zalewaniu wysp Pacyfiku nie wspominając – to jak tu nie zwariować?
     Klikałam „Kup”.
     Myślałam: „Najwyżej zwrócę”.

🖇

Pierwsze w kolejce do wymarcia są gatunki dziwne. Te, które zajmują wą­ską niszę i przez setki tysięcy albo miliony lat wyspecjalizowały się, żeby to w tej niszy ich dzioby, pazury, skrzydła, torby, uszy i kolory pozwalały na wygodne życie.

🖇

[…]  labilność emocjonalna (piękne określenie na silne wa­ha­nia na­stro­ju, które z kolei są eufemizmem na totalne rozpierdolenie) […].

🖇

W 1965 roku administracja Białego Domu ostrzegała przed szkodliwymi konsekwencjami spalania paliw kopalnych. […]  W 1982 roku Exxon otrzy­mał wyniki badania przeprowadzonego na wewnętrzne potrzeby, w któ­rym przewidywano, że przy ówczesnym tempie spalania paliw ko­pal­nych do 2060 roku globalna temperatura Ziemi podniesie się o dwa stopnie w stosunku do początku lat osiemdziesiątych XX wieku. Kilka lat później do podobnych wniosków doszedł Shell, tylko że w ich badaniach tem­pe­ra­tu­ra wzrastała do dwóch stopni już w roku 2030, co mogło spowodować pod­niesienie się poziomu morza nawet o sześć metrów. Oba dokumenty oznaczono jako poufne.

🖇

Żyjemy w czasach, kiedy cały wyprodukowany przez nas plastik waży dwa razy więcej niż wszystkie zwierzęta świata razem wzięte (słonie, ślimaki, lamparty, mrówki, rekiny, ważki i dżdżownice). A wśród ssaków człowiek i hodowane przez niego zwierzęta stanową dziewięćdziesiąt osiem procent całej biomasy. Na każdy metr powierzchni Ziemi – wliczając w to oceany – przypada kilogram betonu. A ciężar budynków i dróg przewyższa masę drzew i roślin.

🖇

Mamy czas do 2100 roku. Mamy czas do roku 2050. Mamy czas do 2030.
     Ustalamy progi. Półtora stopnia, dwa stopnie, pięćset cząsteczek dwu­tlen­ku węgla. Pełne, okrągłe liczby, nie trzeba męczyć oczu ułamkami. […]
     Jakby naturę obchodziła dyplomatyczna ekwilibrystyka. Jakby chciała z nami współpracować i grzecznie stosować się do szacunków na przyszłość oraz podpisanych porozumień. Pewnie tylko zagubiła się między systemem metrycznym a imperialnym. Wystarczy wyjaśnić jej, czym różni się cen­ty­metr od cala, i wszystko wróci do normy.

🖇

Rzeki już wysychają, lodowce już topnieją, zwierzęta i rośliny już wymierają, ludzie już umierają z przegrzania. […]
     Katastrofa wydarza się teraz.

🖇

Ursula Le Guin pisała o narracji jako torbie zbieracza, do której wrzuca się różne skarby. […]  W tej narracji wszystko ma znaczenie, każdy, każ­da i każ­de zasługuje na opowieść. […]
     Że to nudne? Może to jedyna droga. Skoro nieustanne dążenie do przodu, rozwój i wzrost nie działają – albo działają aż nazbyt skutecznie w do­pro­wa­dza­niu planety na skraj upadku – to musimy zrobić coś radykalnego. Zamiast jeszcze bardziej kontrolować niekontrolowane, możemy się zatrzymać.
     I posłuchać innych historii.

🖇

Nasze słowa tracą moc. Nie zbliżają nas do doświadczenia rzeczywistości.

🖇

Moje życie nierozerwalnie związane jest z ocieplającą się planetą. Czy o tym myślę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z wymierającym gatunkami. Czy za nimi płaczę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z ropą. Czy tego chcę, czy nie.
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z dwutlenkiem węgla. Czy go widzę, czy nie.
Moje życie nierozerwalnie związane jest z plastikiem. […]
     Moje życie nierozerwalnie związane jest z antropocenem. Czy go tak nazwiemy, czy nie.

🖇

     – Dzisiejszej żałoby nie da się przepracować. – Doktor Magdalena Budzi­szewska […]  – Cały czas nadchodzi kolejna. Żyjemy w kulturze, która lubi powtarzać, że „będzie dobrze”. Ale – nie będzie. Jest źle, będzie jeszcze go­rzej. To nie tak, że każda trauma prowadzi do samorozwoju i wszystkie trud­ne momenty czynią nas lepszymi ludźmi.
     […] 
     – Wiesz, czego nie będzie? – spytała Magda, kiedy odprowadzała mnie do metra. – Wiatru. Będą takie momenty, w których znajdziemy się po­mię­dzy dwoma frontami i będziemy w środku pustki. Nawet listek nie drgnie. Myślę, że wiele osób od tego zwariuje.

🖇

Wiesz, czego nie będzie?
Czekolady nie będzie.

🖇

Z przedwcześnie owocującymi borówkami rozmijają się owady. Rozmijają się z nimi ptaki. Świat się z nimi rozmija.
     Kryzys klimatyczny to przyspieszenie, za którym nie wiemy jak nadążyć.

🖇

Co tra­cimy? Lasy tracimy. Lasy tracimy na dwa sposoby. Pierwszy polega na tym, że zmieniają się warunki klimatyczne i ekosystemy nie mają szans przystosować się do ich tempa. Drugi to pożary. […] 
     Co tracimy? Gleby tracimy, czyli możliwość produkcji żywności. Gleba to żywy system – nie wystarczy doniczka i piach. Potrzeba wody, nawozu, ro­ba­ków, mikrobów.
     Co tracimy? Gdańsk tracimy. To kwestia wyobraźni. […] 
     Więc, krótko mówiąc, tracimy świat, jaki znamy.

🖇

Trwa marsz natury wzwyż i ku biegunom. Przemieszczają się nawet drzewa – pokonanie dziewiętnastu metrów zajmuje im dziesięć lat. Zwie­rzę­ta na lądzie przemieszczają się średnio dwadzieścia kilometrów na de­ka­dę, morskie – aż siedemdziesiąt pięć kilometrów. W chłodniejsze rejony ru­szyły nawet koralowce.

🖇

Zmie­nione środowisko oznacza zmienionego człowieka.
     Człowiek z planety 2.0 ma gorszą pamięć, nie potrafi się skoncentrować, za to łatwiej mu zacząć krzyczeć na innych i wygrażać pięściami. Wy­star­czy, że ktoś zajedzie mu drogę, kiedy temperatura wynosi powyżej trzy­dzie­stu stopni. Częściej choruje na parkinsona. Częściej choruje na alz­hei­me­ra. Częściej cierpi na depresję. Żyje w żałobie, choć nawet o tym nie wie.

🖇

Wydawać by się mogło, że wszystko jest w porządku. Ale nie jest w po­rząd­ku, bo świat nadal się wali, a my tylko wzmocniliśmy nasze przy­zwy­cza­je­nie, żeby nic nie zmieniać.

🖇

[…]  możliwość zmian klimatycznych jest jednocześnie bardzo nie­po­ko­ją­ca i prawie w całości ukryta, jest równocześnie powszechną wiedzą i czymś nie do wyobrażenia.
  //  Kari Marie Norgaard

🖇

Wymyśliłam sobie słowo: „nirealność”. Po japońsku „dwa” to „ni”. Byłam nirealna – zawieszona pomiędzy tym, co jest, ale czego nie chcę zobaczyć, i tym, co chciałabym, żeby było, choć to nie istnieje.

🖇

Próbuję policzyć kryzysy, w których jesteśmy.
     Kryzys klimatyczny.
     Kryzys bioróżnorodności.
     Kryzys ekologiczny.
     Kryzys środowiskowy.
     Kryzys żywieniowy.
     Kryzys energetyczny.
     Kryzys ekonomiczny.
     Kryzys humanitarny.
     Kryzys społeczny.
     Kryzys relacji.
     Kryzys demokracji.
     Kryzys wiary.
     Kryzys nadziei.
 
Pankryzys.

🖇

W maleńkiej kawiarence usłyszałam od znajomego, że antropocen zabrał mu ciemność. A razem z ciemnością możliwość kontaktu z tajemnicą.
     I z wyobraźnią, która w mroku widzi kształty strachu i nadziei, dodaję od siebie.

🖇

I nie zapominajmy o pszczołach i misiach polarnych. Ile one są warte?
     A to nie wszystko. Bo znikną jeszcze pory roku.
     […] 
     Piękno, po prostu.
     (Bez piękna wszyscy będziemy trochę bardziej podli).

🖇

Reklama, która wypromowała ideę osobistego śladu węglowego, nie zo­sta­ła za­mó­wio­na przez agencje rządowe ani gremium naukowców pró­bu­ją­cych zwrócić naszą uwagę na problem kryzysu klimatycznego. Razem z fir­mą marketingową Ogilvy & Mather przygotowało ją BP […]. Koncern, któ­ry podtrzymuje uzależnienie światowej gospodarki od ropy i czer­pie z te­go gigantyczne zyski, nauczył nas czuć winę za to, że żyjemy.
     […]  profesor Julie Doyle pisała: „[ślad węglowy] przypisał odpo­wie­dzial­ność za kryzys klimatyczny jednostkom, podczas gdy BP, choć spra­wia­ło wrażenie, że już coś w tej sprawie robi, [zaledwie] wyra­ża­ło za­nie­po­kojenie”.

🖇

Ślad węglowy jest propagandą koncernu naftowego. Niczym nieograniczona potrzeba wzrostu to podstawa współczesnej mitologii, w której zatrzymanie oznacza śmierć.

🖇

Rozregulowaliśmy klimat Ziemi. Gwałtownie, brutalnie, nie­od­wra­cal­nie. To już nie tylko ocieplenie. To nieprzewidywalność.

🖇

Ciągle wydaje nam się, że to nas nie dotyczy. […]
     Nie rozumiemy, że naprawdę musimy nauczyć się świata na nowo.

🖇

Każdy kolejny rok jest najgorętszym rokiem w historii. I najchłodniejszym rokiem przyszłości.

🖇

W 2024 roku Ziemia ogrzała się o półtora stopnia – to limit uzgodniony pod­czas Porozumienia Paryskiego, którego nikt już nie bierze na serio. […]   kolejny epizod globalnego blaknięcia raf koralowych – który trwa od 2023 roku – objął już osiemdziesiąt cztery procent światowych raf. Doszliśmy do miejsca, przed którym nas ostrzegano. Zaczynają spełniać się prze­po­wied­nie sprzed dekady. Płoniemy, toniemy, osuwamy się. I co? I nic.

Katarzyna Boni, Którędy do wyjścia?,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2025.
(wyróżnienie własne)

Jakie jest to niemieckie słowo na stan, w którym nagle budzą się uczucia?

🖇

Czy obok martwienia się o to, co znika, znajdę miej­sce na cieszenie się tym, co jest?

🖇

Jakie jest to niemieckie słowo na spełnienie marzeń, które znikają w chwili, kiedy próbujesz ich dotknąć?

🖇

Czasem bardzo się boję. Czasem jestem bardzo smutna. Czasem jestem bardzo szczęśliwa.
     Na pewno jest na to jakieś niemieckie słowo.

(tamże)

5880. Czekariat (CXXIII)  // Panna cotta (CLXVIII)

E il pericolo va amato.
A niebezpieczeństwo trzeba kochać.

Uwe Timm, Un topino a Parigi,
Giangiacomo Feltrinelli Editore, Milano 2024.
(wyróżnienie własne)