po porannej pływalni.
sobotnie przedpołudnie.


*
podczas ogniska. przed wieczorem, nocą
i niedzielną poranną pływalnią.

Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
po porannej pływalni.
sobotnie przedpołudnie.


*
podczas ogniska. przed wieczorem, nocą
i niedzielną poranną pływalnią.

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Rany boskie! ● Muszę jeszcze posprzątać, ugotować, zakupy zrobić, przeczytać, napisać, pościelić, wyszorować, zamknąć, otworzyć, spakować, zaprosić, ugościć, zawieść, odebrać, wysłać, itd.
Perspektywa pierwsza. Że nie umie się zająknąć, że to dla niej — bo to zwykle o kobietę chodzi — jest zbyt dużo. Że nie negocjuje podziału obowiązków. Że nie wiedzieć czemu, wszystko to jednego dnia musi się wydarzyć. Ta perspektywa nas dziś nie interesuje. Całe dzieła w wielu tomach na ten temat powstały.
Perspektywa druga. Wynika z doświadczenia leżenia tygodniami w łóżku i z prostych marzeń, które wtedy się miało: pójść, zejść, dojść, które z oczywistych powodów musiały długo czekać na termin realizacji. Wynika z pracy, którą wkładam w to, by pójść, zejść, dojść, by móc posprzątać, ugotować, zakupy zrobić, przeczytać, napisać, pościelić, wyszorować, zamknąć, otworzyć, spakować, zaprosić, ugościć, zawieść, odebrać, wysłać, itd. Perspektywę tę najlepiej obrazuje zdanie, które zalęgło mi się w głowie.
To, że możesz coś zrobić, jest przywilejem.
Naprawdę. Pomyśl o tym. Pamiętaj. Wtedy jest inaczej.
przynajmniej u mnie.
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Inteligentni. Po studiach. Z życiowym i zawodowym doświadczeniem. Nie widzą, że „tak, chcę, ale…” to kompletnie nie to samo co „tak, chcę”. Czytałam te wszystkie „tak, chcę, ale…” i ani moja inteligencja, ani żadne ze studiów, ani żadne doświadczenie ogarnąć tego nie mogło.
Rozumiałam, że na morzu nie byli, w piłkę nie grali, to i pojęcie „zabawa w zespół” była dla nich tylko zabawą, w której ważne jest, kto komu łopatkę zabierze, wiaderko wyrwie, a to, że byliśmy umówieni na „tak, chcę”, a nie na „tak, chcę, ale…” to zwykły niuans i czepiam się, ranię ich uczucia, jestem nierelacyjna i niefajna.
Kiedyś w tego typu sytuacji niejedną quvą bym rzuciła, wściekłabym się i zużyła trochę soków żołądkowych. Ale teraz jest teraz, a nie kiedyś. W punktach zebrałam, jak to widzę. Punkty wyłożyłam, dowiadując się po raz kolejny, że jestem nierelacyjna i niefajna. Myślę sobie inaczej niż kiedyś. Głęboko wierzę, że idzie coś nowego. Jeszcze nie wiem, co to jest. Ale wiem, że jest lepsze dla nas wszystkich i dla każdego z nas osobna. Prowadzi mnie wiara, ciekawość i pewność, że coś być musi, do cholery, za zakrętem.
Tamczasem. Odłożyli na potem.

…niezmiennie uwielbiam, choć
puzzli, jako takich, nienawidzę.
Sadownik & Jabłoń:
(mijają przed południem ulubiony dom letniskowy)
Sadownik:
(rozmarza się, co by zrobił, gdyby wygrał w totka)
…i wymieniłbym żonę na starszy model,
bo byłoby mnie stać na krem.
Jabłoń:
(rechocze z powodu kremu)
Normalnie, kocham Cię, Słonko!
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
W sześciu słowach. Łapie za jaja i nie puszcza.
Inaczej. Nie pozostawia złudzeń. Dobro dzieci nie leżało na sercu tak wielu dorosłym, jakby się mogło wydawać. Po siedemdziesięciu latach z małym okładem można, nie naginając specjalnie rzeczywistości, powiedzieć, że wciąż dobro dzieci nie leży na sercu zbyt wielu ludziom. Co innego, jeśli chodzi o nienarodzone. Dzieci w wielu wypadkach są komponentą statusu społecznego, efektem przecież-nie-można-inaczej, czy co ludzie powiedzą. Nagminnie jestem świadkiem, gdy to dziecko ma zrozumieć, pojąć, doskoczyć. Zbyt rzadko widzę dorosłych, którzy chętni są uczyć się od dzieci. Przykład?
Przykład. Urlopowy. Dzieci mają niebywałą łatwość wchodzenia w relacje, co dorosłych opiekunów, nie wiedzieć czemu, zwykle wprawia w zakłopotanie. Nad morzem, przy linii brzegowej dwuletnia dziewczynka idzie na zderzenie. Zatrzymuję się, uśmiecham się do niej i obserwuję, o co chodzi. Dziewczyneczka dziarsko idzie dalej, a ja już wiem, o co biega. Wbijam kije i czekam. Dziewczynka uśmiecha się zawadiacko i przechodzi pod moją ręką, między mną i kijem. Rodzic skurczony, dwa metry dalej, przeprasza. Za co? My naprawdę dobrze się bawiłyśmy.
Jeszcze inaczej. Ten mądry z miłościwie nam panujących, co twierdzi, że wojna ma też dobre strony, powinien być łaskaw przeczytać tę książkę, ale ze zrozumieniem — na co pewnie trudno liczyć, bo nie ma czasu, a zrozumienie wymaga czasu, refleksji i empatii, a nie narodowego zacietrzewienia.
W dziesięciu słowach. Bycie dorosłym oznacza zobowiązanie wobec dzieci, wobec każdego spotkanego dziecka.
— Poczekaj tu na mnie, zaraz przyjdę, muszę pójść do zakrystii.
Kościół jest prawie pusty.
Renata zostaje, patrzy na wielkiego Chrystusa nad ołtarzem, na anioły i świętych. Zaczyna się cicho modlić. „Panie Jezu, zrób tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi, żeby nikt niepotrzebnie nie umierał, żeby wszyscy znaleźli swoich bliskich i żeby było co jeść. Spraw, żeby nigdy nie trzeba było się bać”.
Chrystus milczy i patrzy, litościwie się uśmiechając.
*
Stasė owija Renatę dużym ręcznikiem, wyciąga z balii, wyciera.
— Jak dobrze, że ty nic nie rozumiesz, co ta piekielnica, moja siostra, wygaduje — mówi do dziewczynki po litewsku.
Stasė wynosi Renatę owiniętą w ręcznik do dużego pokoju, gdzie czeka już pościelone łóżko.
W pokoju stawia ją na krześle.
— Zaraz ci dam koszulę nocną. Będzie na ciebie za duża… — śmieje się — bo to moja… Ale jutro uszyję ci śliczną koszulę. I sukienkę. Teraz musisz się wyspać.
*
Przez uchylone drzwi słyszy jakiś dźwięk dobiegający z kuchni. Podchodzi bliżej drzwi, widzi, jak Stasė szyje sukienkę. Kobieta wygląda na szczęśliwą. Renata przypatruje się Stasė, jakby chciała zapamiętać na zawsze jej twarz w tym momencie. A może próbuje zrozumieć jakąś prawdę o ludziach?
*
Przecież nie możemy zgubić się w świecie na zawsze, prawda? Skoro się zgubiliśmy, spróbujemy się znaleźć. Musimy spróbować!
*
Ktoś gra na fortepianie „Gnossienne nr 5” Erika Satiego, tylko inaczej niż mama — mocno przyciska klawisze, wręcz w nie uderza. Renatę przepełnia lęk, ale idzie w stronę tej muzyki, która staje się coraz głośniejsza.
Już wie, skąd dobiega. Naprzeciw na wpół zburzonego muru stoi dom — z otwartymi na wiosnę i słońce oknami. Przez nie widać jasny pokój, w którym tańczą dziewczynki, małe baleriny. Renata widzi też pianino i siedzącą przy nim potężną pianistkę, a obok — drugą kobietę, piękną, wysoką, z opaską we włosach.
Dziewczynka patrzy na ten niezwykły świat i nie może oderwać oczu.
Alvydas Šlepikas, Mam na imię Marytė, przeł. Paulina Ciucka,
Wydawnictwo KEW, Wrocław 2015.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Co teraz? Następna powieść? Nie. Może coś z zaległości? Tak. Tą metodą padło na x. Kaczkowskiego. Czasem daje czadu w iście katolickim stylu, co trudno traktować jako niespodziankę. Czasem widać, że kontaktu z kilkoma kwestiami w życiu nie miał i teoretyzuje. Ale poza tym, miodzio, zachwyt i szacun. Z jego na moje przekładalne w stu procentach, tylko aksjomaty mamy różne.
Pomyślałem bardzo szczerze, jednocześnie bardzo boleśnie tę myśl przeżywając: „Panie Boże, zdejmij ze mnie ciężar przywiązania do efektu”. Dopiero wtedy poczułem wolność.
*
Życie jest modlitwą. Dla mnie również praca jest modlitwą.
*
Musimy pamiętać, że kiedy coś dramatycznie w życiu zawalimy, to nie jest to nigdy sytuacja ostateczna.
*
[…] przypomniałem sobie starą metodę zdrowego myślenia Simontona: nie marnuj czasu, odnoś się do faktów, a nie swoich wizji.
*
Powtarzam sobie: „Zaufaj”. Tylko i aż tyle.
*
[…] amor est diffusivum sui, czyli że — jest to nieprzetłumaczalne dosłownie — miłość jest ze swej istoty rozlewna.
*
[…] miałem w sobie obawę, że wszystko w życiu można zmarnować, rozmienić się na drobne.
x. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka, Życie na pełnej petardzie,
czyli wiara, polędwica i miłość,
Wydawnictwo WAM, Kraków 2015.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Nie wiem, co jest w powieściach, że tak wolno je czytam — wręcz sylabizuję.
Dobrze się przy tej książce bawiłam. Zatrzymało mnie kilka scen, obrazów i zdań. Przemieniło mnie też. Przynajmniej troszkę.
Sadownik & Jabłoń:
(po plaży wczoraj szli i dyskutowali gdzie zalec)
Jabłoń:
Tak żeby poleżeć, bo czytam romansidło
i już mi niewiele zostało, by skończyć.
Sadownik:
Romansidło!?
Miłość była najstarszym, najbardziej bezwzględnym katalizatorem pod słońcem.
Zwykle jednak zakochujemy się w czymś, czego nam brakuje i co odnajdujemy w drugim człowieku.
*
Chciałam zawiązać węzeł, który przetrwa na zawsze. Ale nie z kimś innym. Z samą sobą.
Przez całe życie próbowałam na wiele nienazwanych, nieokreślonych sposobów podłączyć się do kogoś innego […] i więcej już tego nie chciałam. Chciałam należeć do siebie.
*
Stałam bez ruchu, lecz w moim wnętrzu schodziła lawina, osuwały się dzieje całego świata.
*
Nie wiem, czy rozumie w większym stopniu niż ja, w jaki sposób to, że należę do siebie samej, pozwala mi pełniej należeć do niego. A ja po prostu wiem, że to prawda.
*
Dominic przypomniał mi, że „Bóg jest kołem, którego środek jest wszędzie, a obwód nigdzie”. Zobaczę, czy ma rację.
*
Są rzeczy, których nie sposób wytłumaczyć, chwile, gdy życie układa się w tak dziwny sposób, że można im przypisać cały słownik znaczeń. Zapach śniadania wydał mi się dokładnie czymś takim.
*
Zdumiewało mnie, ile musimy dokonywać nowych wyborów, milion razy dziennie — wybierając miłość, a potem wybierając ją ponownie. Jak bardzo może się różnić miłość od zakochania.
*
— W Afryce ludzie z plemienia Sonjo powtarzali, że któregoś dnia wzejdą dwa słońca. Jedno słońce wzejdzie na wschodzie a drugie na zachodzie. I kiedy spotkają się na górze, to będzie koniec.
[…]
— Masz na myśli koniec świata? — zapytał Mike.
— Mam na myśli, że kiedyś wszystko się kończy. Gdzieś zawsze wschodzą dwa słońca. Takie jest życie. Coś się kończy, a potem zaczyna się coś innego. Rozumiecie?
*
Przede wszystkim trzeba poddać się temu, co się kocha.
*
— Spróbuj spojrzeć na to z mojej strony, dobrze? — dodałam łagodniejszym tonem, ponieważ poprzednie zdanie zabrzmiało dość ostro.
— Dobrze — odparł machinalnie, ale domyślałam się, że tego nie zrobi. To jedna z najgorszych rzeczy, kiedy żyje się z inteligentnymi ludźmi: tak bardzo przywykli do tego, iż mają rację, że nie wyobrażają sobie, aby mogło być inaczej.
*
Niektórzy mówią, że się stoczyłam — to bardzo miło z ich strony. Ja się nie stoczyłam, ja zanurkowałam.
Sue Monk Kidd, Opactwo świętego grzechu, przeł. Andrzej Szulc,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.
(wyróżnienie własne)

Sadownik & Jabłoń:
(pierwszy raz w życiu na plaży nudystów,
pierwszy raz we wrześniu smażą się)
Sadownik:
(pięknie się odnalazł i wraca nagusieńki z wody)
Jabłoń:
I jak?
Sadownik:
Luz, blues i orzeszki!
Jabłoń:
(ma plany na wieczór)
Tylko wieczorem nie mów mi,
że ci się blues przypiekł!
Przed. Po. ● Wszystko bez kijów.
2 720 m + 2 150 m
A w trakcie:
Czuj podłoże! Bądź w kontakcie,
z Tym, co w życiu cię prowadzi.
I nie chodziło o chodzenie. Teraz padam.
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
nie wolno się poddawać! ● a już na pewno nie wolno poddać się bez walki — tak mówią. w konsekwencji normalny człowiek szarpie się, ze skóry wychodzi, walczy, na uszach staje, poddać się nie może. bo przegra. bo mięczak. bo wszystko, co najgorsze. bo uczepił się człowiek jak kretyn przymiotnika normalny i poddać się nie wolno!
zawsze myślałam, że poddać się oznacza odpuścić, zrezygnować, lachę położyć, przestać robić cokolwiek w określonym kierunku. to ostatnie — nicnierobienie — przerażało mnie najbardziej.
poddałam się. na trawie. w pełnym słońcu. i jeszcze bardziej. i do końca. i odkryłam, że poddać się oznacza dla mnie dziś cztery rzeczy: relaksować się głęboko, robić tylko właściwe rzeczy w określonym kierunku, kochać i oddać się życiu.
już!
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Pierwszego dnia. ● Sadownik zamawia mi gofra z bitą śmietaną i owocami. Ja gapię się na ludzi. Kobieta. 50+. Starająca się za wszelką cenę wypiąć pierś, wciągnąć brzuch w opiętym młodzieżowym ubranku. Patrzę na nią i myślę sobie: naprawdę o tym jest życie?
Przedwczoraj. Pan kark z rodziną. Rodzina siedzi. Kark stoi i macha łapami, gestykuluje zachłannie, próbując wytłumaczyć coś umieszczonym w rodzinnej hierarchii niżej lub dużo niżej. Patrzyłam i pomyślałam: naprawdę to jest o sile?
Wczoraj. Mężczyzna. 50+. Wysiada z wypasionego, całkiem nowego auta. I zmienia się atmosfera. I pani trzy stoliki dalej poprawia się, usteczka w ciup składa, gdy on ku niej mknie. Patrzę i myślę: czy to jest o władzy?
Dziś. Nie ma Sadownika, nie ma gofra. Pan Ciasteczko pojechał przewietrzyć się na targi.
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Ta książka zgwałci twoje dobre samopoczucie. Postawi cię przed pytaniami, na które, tylko wydaje ci się, że masz odpowiedzi. Nie masz. Lepiej, żeby życie nie powiedziało ci: sprawdzam!
Czy mamy zawsze stać po stronie matek bez względu na to, czego dla nas nie zrobiły?
*
Czym jest miłość dziecka do matki? Jak długo trwa? Czy my — moja matka i ja — naprawdę byłyśmy mamą i dzieckiem, czy tylko starymi zmęczonymi kobietami, z których każda powinna mieć prawo do świętego spokoju.
*
[…] zaoszczędzilibyśmy szesnaście kun miesięcznie. Mój mąż uważa, że to śmieszne.
— Ziarnko do ziarnka — powiedziałam.
On jest praktyczny.
— Nie wyrzucamy pieniędzy, tylko inwestujemy w spokój ducha.
*
Jak rozmawiać z matką, której się nie kocha? O złych ojcach jest obszerna literatura, kobiety zawsze są ofiarami, dlatego nie potrafiłam się odnaleźć w kontaktach z moją matką. Była ofiarą, bo żyła z moim ojcem, była ofiarą, bo urodziła ją moja babcia, bił ją nieżyjący już brat, gdy była dzieckiem, ona jest ofiarą, bo ja jestem jej córką. Kim jestem? Czym jestem?
*
Wszyscy mówią o wydłużeniu ludzkiego życia jako o cudzie, z którego powinniśmy się cieszyć. Wydłużenie ludzkiego życia jest zabijaniem ludzi w najlepszym okresie życia.
*
Gdybym miała wielką firmę…
— Moja droga, medycyna jest dzisiaj bardzo droga. Jeśli wejdziesz w wielki biznes, kto wie, czy zarobisz dostatecznie dużo pieniędzy, żeby leczyć się z wszystkich chorób, których byś nie miała, gdybyś nie weszła w wielki biznes. — To rozstrzygnęło sprawę, dzisiaj się z tego cieszę.
*
Mama patrzyła na mnie, ale nigdy mnie nie widziała.
Vedrana Rudan, Oby cię matka urodziła,
przeł. Marta Dobrowolska-Kierył,
Drzewo Babel, Warszawa 2016.

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Ta książka powstawała w 1959 roku. Miło byłoby, gdyby jej treść była już dawno przeterminowana. A chce się powiedzieć, że niewiele się zmieniło. Wysubtelniało, ale nie zmieniło. Nie chodzi tylko o rasizm, ale o wszelką dyskryminację, ze względu na płeć, wiek, orientację seksualną, religię. Wybrałam tylko te słowa, które, choć zapisane w Ameryce w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, mają sens nad Wisłą w roku 2016. I co my na to? Dobra zmiana?
Nie ma już czasu na roztrząsanie każdej kwestii, na relatywizowanie, na podawanie w wątpliwość. Dzieje się zbyt wiele złego, podczas gdy spieramy się o nieistotne drobiazgi i komplikujemy sprawy.
[…] Prawdziwa jest uniwersalna opowieść o ludziach, którzy niszczą ciała i dusze innych ludzi — niszcząc przy tym samych siebie — z powodów, których nikt do końca nie rozumie.
*
[…] bycie Obcym wcale nie oznacza faktycznej inności. Wszyscy ludzie muszą zmierzyć się z tymi samymi podstawowymi zagadnieniami miłości, cierpienia, rozwoju własnego i dzieci, trwania i nieuniknionej śmierci.
*
Potrzebujemy jakiegoś wielkiego świętego i wiele zdrowego rozsądku. Inaczej nigdy nie będziemy mieli dobrej odpowiedzi, gdyż różne grupy nacisku — rasiści, patrioci czy jak tam się jeszcze nazywają — będą twierdzić, że każde posunięcie w stronę równości rasowej to krecia robota komunistów, syjonistów, iluminatów, satanistów i kogo tam jeszcze… Po prostu działania spisku wymierzonego w cywilizację chrześcijańską.
— Więc jeśli chcesz być uznany za dobrego chrześcijanina, musisz zachowywać się nie po chrześcijańsku. Jasne — zgodził się pan Gayle.
*
Szepnąłem sam do siebie: „Dobry Boże, dlaczego ludzie robią takie rzeczy, jeśli tyle może być miłości na świecie?”.
*
Dobrzy biali — ci, którzy nie byli otwarcie uprzedzeni — zachęcali nas, byśmy „pracowali, uczyli się i z całych sił pięli do góry”. Naprawdę uważali, że to najlepsze rozwiązanie. Nie zdawali sobie sprawy, że za każdym razem, kiedy czarnym wydawało się, że znaleźli jakieś niezablokowane wyjście ze społecznej pułapki, było ono od razu zamykane za przyzwoleniem całej białej wspólnoty.
*
Nie znoszę takich, którzy kochają ludzkość, ale ludzi traktują źle i okrutnie.
*
— Muszę ci się do czegoś przyznać — powiedział. — Koszmarnie się ciebie boję. W końcu facet, który zrobił coś takiego…
— Więc wcale nie znasz mnie tak dobrze, jak myślisz — przerwałem mu. — Prawda jest taka, że to ja się ciebie koszmarnie boję.
Roześmiał się serdecznie.
— Słowo honoru, naprawdę nie ma powodu.
*
Mnich roześmiał się serdecznie.
— Czy to nie Szekspir napisał, że każdy głupiec znajdzie w Piśmie cytat na poparcie swoich słów? Już on sporo wiedział o obłudzie.
*
Doszedłem do wniosku, że atmosfera miejsca jest zupełnie różna dla Murzynów i dla białych. Czarni postrzegają rzeczy i reagują na nie inaczej niż biali nie dlatego, że są Murzynami, lecz dlatego, że są prześladowani. Strach może przyćmić nawet słońce.
John Howard Griffin, Czarny jak ja, przeł. Katarzyna Glasenapp,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Powieść. Niezobowiązująca. Raczej z kategorii mało ambitnych. Bez odwołań do wielkich dzieł sztuki.
Przygoda. Odkrywająca najgłębsze ludzkie pragnienia. Dotykająca przemijania i skończoności czasu człowieka jako jednostki. I to fantastyczne pragnienie, by jeszcze chociaż jeden rozdział, zwrot akcji, jeszcze jedno spotkanie, tylko jeden dialog. Nie przeczytałam, łyknęłam jak dobrą baśń.
Uwielbiał, jak potrafiła przyjmować życie i tulić je do swojej pełnej piersi, nie puszczając ani na chwilę.
— Nigdy nie postawiłaś na mnie kreski — zauważył. — Nawet kiedy ja sam dałem za wygraną.
*
— Nie powstrzymasz człowieka przed robieniem czegoś, czego naprawdę chce. Może uznała, że to, co było wcześniej, nie ma już znaczenia. Czasem, kiedy zamkniemy pewien rozdział, nie chcemy już do tego wracać.
*
— Myślę, że ta mała psina troszczy się o mnie bardziej niż ja o nią. Pewnego dnia otworzyłem drzwi, a ona siedziała na progu, jak jakiś anioł stróż czy coś w tym rodzaju. Powiedziałem jej: „Stać cię na kogoś lepszego. Idź, poszukaj jakiegoś w miarę przyzwoitego gościa, który ma robotę”. Wyprowadziłem ją na ulicę. Ale kiedy następnym razem otworzyłem drzwi, ona znów tam była. Wtruchtała do mieszkania, usiadła i od tamtej pory jesteśmy razem. Może widzi we mnie coś, czego sam nie dostrzegam.
*
Co ty, u licha, mi zrobiłeś, pytało z wyrzutem jego ciało.
Phaedra Patrick, Osobliwe szczęście Arthura Peppera,
przeł. Anna Esden-Tempska, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2016.

są marzenia, ● o których nie wiesz, że były marzeniami, dopóki się nie ziszczą.

3 970 m
(razem: bez i z kijami)
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Po porannym pływaniu rozpoczęłam rozdział trzeci degustacji. Wczoraj skończył się sierpień. Przez cały miesiąc (liczący trzydzieści jeden dni) przebiegłem w sumie 350 kilometrów. Przeczytałam i zamyśliłam się… Wczoraj skończył się sierpień. Przez cały miesiąc przepłynęłam około 13 kilometrów.
Przyglądanie się zmianom zachodzącym we własnym ciele jest przyjemnym uczuciem, choć teraz zmiany te nie zachodzą tak szybko jak wtedy, kiedy byłem młody. To, co kiedyś zajmowało mi półtora miesiąca, teraz zajmuje trzy. Czas, przez jaki mogę trenować, skraca się coraz bardziej, zmniejsza się skuteczność całego procesu, ale co mam zrobić? Muszę się z tym pogodzić i zadowolić tym, co mam. To jedna z życiowych prawd. Poza tym nie sądzę, by wydajność, lub jej brak, była jedynym miernikiem własnego życia.
*
Biegnąc w tamtym maratonie, uznałem, że już nigdy więcej nie chcę przechodzić przez coś takiego. Nie chcę odmrażać sobie tyłka i czuć się podle. Wielkie dzięki! Tam i wtedy podjąłem decyzję, że przed następnym maratonem wrócę do podstaw, zacznę od początku i będę się starał najlepiej jak umiem. Będę trenował wytrwale i odkryję na nowo, na co fizycznie mnie stać. Dokręcę wszystkie poluzowane śruby, jedną po drugiej. Zrobię to i zobaczę, co się stanie. Tak sobie myślałem, powłócząc nogami w lodowatym wietrze, dając się wyprzedzać kolejnym biegaczom.
*
Nie — zapomnij o piwie. I zapomnij o słońcu. Zapomnij o wietrze. Zapomnij o artykule, który masz napisać. Skup się na przesuwaniu stóp do przodu, jedna za drugą. Tylko to jest teraz ważne.
*
[…] nogi kierują się własnym rozumem.
Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Młoda zgrzytała zębami na myśl o pierwszym września. ● Do końca obowiązkowej edukacji zostało jej jeszcze jedenaście lat, ale już zawodowo nienawidzi szkoły. Matka Młodej miała dość słuchania jęczenia i podpuściła latorośl:
— Jedenaście lat, to idź i spytaj ciocię, ile chodzi do szkoły.
Poszła, wypytała ciocię Jabłonkę, a gdy wróciła do Matki, teatralnym szeptem powiedziała:
— Mamo, ciocia do szkoły chodzi już trzydzieści sześć lat. Ona naprawdę tak wolno się uczy?
ツ
trzydziesty pierwszy ● sierpnia.

*
Jabłoń:
(zameldowała, że całe Stado u Orzeszka i Białego Kruka,
że basen był, a szum morza jutro po porannym basenie)
Gepardzica:
Będziesz się ścigać z Orzeszkiem? :)
Jabłoń:
Ofkors,ale dzisiaj było tylko 1/2 Orzeszka i nauka w płytkim.
Gepardzica:
W konkurencji Matka i Córka jesteście bezkonkurencyjne :))
Orzeszek:
(obśmiała się, gdy Jabłoń przeczytała Jej wymianę literek z Gepardzicą)
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Człowiek bywa dobry albo zły. ● Relacje są trudne. Rodzina z pewnej perspektywy jest zawsze patologią. Społeczeństwo to klęska rozumu. Narody, zaś, są katastrofą dla Ziemi. Takie rzeczy chodziły mi po głowie po skończeniu Plutopii.
Próbowałam wziąć do ręki powieść, nie działało. Próbowałam wziąć reportaż, nie szło. Przez kilka dni miałam obrzydzenie do liter i ludzkości. Zaczęłam powieść, odłożyłam. Zaczęłam reportaż, odłożyłam, zaczęłam drugi, też odłożyłam. Nadziei potrzebowałam i zmiany perspektywy. Znalazły mnie. I nadzieja, i inna perspektywa.
Dwa dni temu nauczyłam się przezabawnego wiersza, który wciąż mnie śmieszy. Jest dla mnie kwintesencją moich poczynań kulinarnych. Jednak gdy zaczynam na głos: do siedmiu buraków dobrze obranych, Sadownik natychmiast głośno protestuje przeciwko częstochowskim rymom i deprecjonowaniu moich umiejętności przygotowywania potraw. A ja wciąż się śmieję.
Do siedmiu buraków dobrze obranych
Dodasz liść kapusty drobno posiekany,
Dorzucisz cebuli, octu i soli
I baraniny — jak kto woli.
Niech się kisi tak czas krótki,
Dodasz kawior, szklankę wódki,
Cynamonu całą laskę,
I tymianku na okraskę.
Potem w garnek ciśniesz gromem
I zjesz lepiej — poza domem.
[Mascha Kaléko, Jak to było z barszczem?]
*
Sapere aude — odważ się wiedzieć.
*
[…] lubił sobie przypominać cytat z Hermanna Hessego: „W każdym początku wielki czar się chowa”. Pozwolić się zaskoczyć temu, co nowe i nieoczekiwane — to ma swój szczególny urok.
*
Pomyśl o Platonie, który ponoć powiedział kiedyś, że początek jest połową całości. Trzeba tylko zacząć.
*
Idź z otwartymi oczami przez świat i wykorzystuj przypadki.
*
[…] uczucia są faktami. Zdają się one wprawdzie mgliste i nietrwałe, jednak przyglądając się im z bliska, możemy stwierdzić, że niezaprzeczalnie istnieją, ponieważ często budujemy na nich życie. Uczucia są faktami również dlatego, że nie da się ich wyperswadować za pomocą rozumu.
*
[…] potrzebna jest odwaga, trzeba zdać się na to, że odkryje się coś, co być może postawi pod znakiem zapytania nasze uprzedzenia.
*
Mądrość jest zawsze tylko obietnicą złożoną samemu sobie. Właśnie to dążenie do wymarzonego i nieosiągalnego pcha nas do przodu.
*
Ale jeśli istnieje granica, można ją przecież przekroczyć. A jeżeli za nią jest kolejna, również ją można pokonać, i tak dalej. Świat, w którym żył, był nieskończony.
Ernst Pöppel, Beatrice Wagner, Im starszy, tym lepszy,
przeł. Agnieszka Zychowicz, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
nie tak jak powinno być? ● no tak. ale co konkretnie? za wolno to. za mało tamto. zbyt niepewnie śmo. zbyt długo owo. za wolno, za mało, zbyt niepewnie i zbyt długo w porównaniu do kogo? tu mnie nie złapiesz! nie porównuję się z innymi, lecz ze swoimi pragnieniami, celami i możliwościami. i od zawsze jest za wolno, za mało, zbyt niepewnie i zbyt długo. a co robisz, by było szybciej, więcej, pewniej i krócej? no… nic lub prawie nic, niestety. acha! czyli jest w tobie ktoś, kto nie potrzebuje szybciej, więcej, pewniej i krócej. a jeśli, w ramach eksperymentu założyć, że ma rację? wygląda na to, że możesz zająć się tym, co cię rozwija, uskrzydla i uszczęśliwia. co ty na to?
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
wczoraj. ● ociemniałej kotce patrzyłam prosto w oczy. poruszyła mnie Jej osoba. dotknęła we mnie kresu czasu.
dzisiaj. ● Antenka właśnie kończy półmaraton. za mną ¾ Orzeszka. endorfiny, dopamina i nieskończona radość. nim wypełni się nasz czas.
15 × (2 × 50 m)
*
21 097,5 m

Antenka po, fot. M. Makowska.
ツ
szłam. ● gotowa porównać dzisiejszą jakość chodu z dniem wczorajszym, z krokiem sprzed tygodnia, czy z ideą, jak powinnam już chodzić. naprawdę byłam już w blokach startowych, by ocenić, gdy… przyszła do mnie wspaniała myśl:

ツ
ja? która ja? kiedy? wtedy? tam?
staję na granicy znanego mi świata, gdy patrzę na to zdjęcie.
staję i czekam, aż zza odczucia, wrażenia, nowe uchyli rąbek tajemnicy.
ja. tu. teraz. na krawędzi światów.

(fot. Kaan, fragment)
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Zmasakrowała mnie ta książka. Świr i kasa mają śmiercionośną moc, bez względu na narodowość — to prawda z którą zostałam. Słów brak.
Richland i Oziorsk są łatwo rozpoznawalne, bo w tych cytadelach plutonu, „strefach zero” nuklearnego armagedonu, ludzie, którzy mieli możliwość wyboru, dokonali tej samej transakcji co ich współobywatele w całym kraju: przehandlowali prawa obywatelskie i swobody polityczne za bezpieczeństwo konsumenckie i finansowe.
*
Okazało się wręcz, że gromadzenie bogactwa materialnego nie jest lekarstwem, tylko nałogiem, którego nigdy nie da się do końca zaspokoić.
*
Ślub rosyjskich i amerykańskich supergwiazd nuklearnego przemysłu zbrojeniowego był niewielką imprezą z ograniczonym dostępem dla mediów. Ponieważ zakończyło się zimnowojenne pobrzękiwanie szabelką, społeczeństwo dało sobie wmówić , że nuklearny wyścig zbrojeń również dobiegł końca. Tymczasem żyjemy w „drugiej epoce jądrowej”, jak to nazwał antropolog Hugh Gusterson. W 2011 roku na badania i wdrożenia w dziedzinie jądrowej przeznaczano więcej środków niż w szczytowym okresie zimnej wojny. Rząd amerykański zamierza w najbliższej dekadzie wydać siedemset miliardów dolarów na rozwój broni jądrowej. By nie pozostać w tyle, władze rosyjskie przewidują wydanie sześciuset pięćdziesięciu miliardów dolarów na modernizację sił zbrojnych, z czego znaczną część chcą przeznaczyć na strategiczną broń jądrową. Jak to określił Lawrence Korb, urzędnik Pentagonu w ekipie Reagana, „zimna wojna się skończyła, wygrał kompleks wojskowo-zbrojeniowy”.
*
„Naszym najważniejszym produktem jest postęp”. Był to refren gospodarza programu telewizyjnego GE Theater Ronalda Reagana.
*
[…] niechęć do zrozumienia zagrożenia rośnie w miarę zbliżania się do niego. Ludzie najbardziej narażeni na jakieś niebezpieczeństwo często najgwałtowniej negują jego istnienie, żeby móc dalej żyć […].
*
Na ogół jest tak, że kiedy patrzysz na katastrofę ekologiczną, to o tym wiesz. Katastrofy w widoczny i wyczuwalny sposób burzą naturalny porządek. Kojarzą się ze smrodem, dymem i paskudnymi szramami na krajobrazie. Tymczasem z tym sympatycznym strumykiem wszystko było w jak najlepszym porządku. […] Musiałam sama sobie, przypomnieć, że stoję nad najbardziej napromieniowaną rzeką świata. Nigdy nie widziałam bardziej urodziwej i kuszącej katastrofy, mniej zasługującej na to miano.
*
Dla ludzkiej wyobraźni symbole często są ważniejsze od skomplikowanej rzeczywistości.
*
Bezdomność amerykańskich i japońskich odpadów nuklearnych potwierdza, jak skomplikowany jest problem bezpiecznego składowania niestabilnych izotopów radioaktywnych, które samoistnie się rozgrzewają do setek stopni, powodują korozję metali i przenikają przez glebę do roślin — i będą przenikały przez dziesiątki tysięcy lat. Stawka w tej grze jest wysoka, co stwarza wielką pokusę negowania istnienia niewidocznych dla oka izotopów promieniotwórczych.
Kate Brown, Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne,
przeł. Tomasz Bieroń, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
właściciel. ● otworzył drzwi swojego helikoptera. nic sobie nie robił z oczekiwań pod swoim adresem. zatrzymałam się z wrażenia i podziwu. nie wyglądał mi na kogoś, kto martwi się, że inni chodzą dużo szybciej, mają więcej władzy, zarabiają przyzwoite pieniądze i ogrywają całe województwo w squasha. był tu i teraz całym sobą. był niewiarygodnie i ożywczo prawdziwy. nie miał czasu do tracenia.
zaledwie chwilę wcześniej dwulatek szedł razem z mamą i siostrą na plac zabaw, znajdujący się w zasięgu wzroku dorosłego człowieka. ułamek sekundy i chłopiec, przykucnięty w charakterystyczny dla kilkulatków sposób, całym sobą grzebał w zabawce. nie miał czasu na „za chwilę”.
że niby co? nie masz helikoptera? zdecydowana większość z nas nie ma, ba, nawet nie mamy uprawnień do pilotowania metalowych ptaków. śmiem twierdzić, że to tania i niegodna dorosłego człowieka wymówka. więc? najważniejsze na dziś: gdzie w sobie masz zaangażowanie i pasję dwulatka? przygoda dzisiejszego dnia przecież wciąż trwa!
ツ
Biały Kruk doniósł, że wracali piękną rzeczywistością, a nie puzzlami…

…niezmiennie uwielbiam Ich razem.
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
— Co to jest sztuka? ● Zapytała radiowa Pani Redaktor.
— To chleb powszedni, nie ciastko. — Odpowiedziała Ewa Błaszczyk.
Odpowiedziała wczoraj, gdy ogarniałam kuchnię i logistykę kolacji. Sztuka… niech dotyka, niech porusza, niech przemienia… nas.
co dnia!
ツ
zbyt inteligentna. ●
zbyt wulgarna.
zbyt emocjonalna.
zbyt prawdziwa.
jakby inteligentna, wulgarna, emocjonalna, prawdziwa to było zbyt mało. zbyt mało obciążające. zbyt mało usprawiedliwiające ten czy inny ruch.
odpieprz się, dziadu!
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
rozpacz. ● wczoraj. że nie daję rady. że boli. że boję się. że już nigdy. że. że. że.
dziś. cudownie chłodny ranek. weszłam do kuchni boso. i nagle zobaczyłam siebie. tę, która nie daje rady, którą boli, która się boi, że już nigdy i że, że, że.
dogoniła mnie dobra, mądra i czuła świadomość. zatrzymała.
zaopiekować się sobą, zamiast poganiać. ważniejsze jest.
zaopiekować się sobą, zamiast pomstować na ograniczenia. ważniejsze jest.
zaopiekować się sobą, zamiast czarnowidzieć. ważniejsze jest.
amen!
ツ
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
lęk przed porażką. ● porażka. taka najgorsza? tak. czyli jaka? taka, po której nie masz już żadnej przyszłości zawodowej. mości się w niewygodnie upiornych uczuciach. dalej i głębiej. i co jest w tym najgorszego? no, nie masz żadnej przyszłości. nie masz przyszłości, zawahała się, ale…
ale… masz życie! uśmiech od ucha do ucha. nagły skok energii. w dupie z przyszłością, mam życie!
ツ
*
Kronos Quartet, Requiem For a Dream.
może ● powinnam wiedzieć. może powinnam wybrać. tak czy nie. czy?
a ja się zawahałam. i olśniło mnie!
zawahanie to
nie tylko sygnał, lecz
wielkie drzwi, których szukałam.
bingo!
ツ
najkrótszy traktat. ● o odwadze.
zadaj pytanie, z wiarą, że otrzymasz odpowiedź*.
_____________
* odpowiedź może Cię nie zachwycić, może przestraszyć, może wydać się głupia. ale będzie właściwa. najwłaściwsza.
ツ
[suplement pikselowy: 29.04.2021]

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Wypływałam rano swoje. Z kawką i książką zaległam porannie w hamaku. Po jakimś czasie sprawdziłam pocztę i komentarze — czy może reklamonosicieli, którzy się ostatnio aktywniej panoszą, z bloga trzeba popędzić. I?
I. Żona Oburzona! uszczygliła kilka literek w komentarzu. Nie myślałam ani chwili, bo to nie byle jaka rekomendacja. Klik, klik, sms, rządek cyfr potwierdzających transakcję. A potem? Podrzucić tu i tam. I delektować się! Smakować chwilę. Szkoda byłoby przegapić.
Biały Kruk:
(dzwoni koło dziewiątej)
Dziecko, przez ciebie rano strach zajrzeć do telefonu!
Jabłoń:
Ale książka chudziutka.
No i wiesz, Szczygieł to Szczygieł.
Biały Kruk:
No tak.
Jestem już w drugim reportażu.
*
Wszystko przygotowane: jarzębiak, winiak klubowy i wiśniówka.
— Dla mnie to trochę za wcześnie… — mówię, gdy stawia kryształowe kieliszki na stole.
— Niech pan nigdy nie mówi, że na coś jest za wcześnie. Bo szybko się pan zorientuje, że na wszystko jest już za późno.
*
— Przepraszam — wtrącam się zdezorientowany — pan, panie profesorze, był na tym przedstawieniu?
— Nie. Żona była sama.
— To skąd pan to wszystko wie?
— Bo my ze sobą od 37 lat stale rozmawiamy.
*
[…] nie spytałbym: „Co pani napisała w tym liście?”.
Rozmówca musi mieć szansę na uniknięcie odpowiedzi. „Ciekawe, co człowiek może napisać w pożegnalnym liście?”. Takie pytanie daje rozmówczyni możliwości. Jeśli nie chce, nie musi wtedy mówić o sobie.
*
Cała uroda tych zdjęć bierze się z niekonieczności. To niekonieczność powoduje, że one są ładne.
*
— No dobrze, niech pan zamraża ulotną chwilę, panie Sylwestrze.
— Nie zgadzam się — odpowiada fotograf. — Ja nie zamrażam, ja chwilę ocalam!
Mariusz Szczygieł, Kaprysik. Damskie historie,
Wydawnictwo Agory, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Tytuł mnie zachwycił. Polowałam. Upolowałam. Może spodziewałam się zbyt wiele? Może po Szczygle nie należy czytać reportażu innych, z pewnymi wyjątkami, autorów? Może. Siedem, autorki i autorzy. Siedem reportaży. Wymagają nadziei, by udało się wyłowić kilka perełek.
[z reportażu Powietrze tu mokre Małgorzaty Rejmer]
Kebabik u Jasarka. Jego właściciel jest Syryjczykiem: Jasar to po arabsku „spokój”, „bogactwo”. […] Jasar jest okrągły i nieduży, uśmiecha się od ucha do ucha. Siedem lat temu przyjechał z Syrii do Dużego Miasta, potem kolega namówił go, żeby otworzył w Miasteczku kebab.
— Jestem z Aleppo — zaczyna. […]
Tymczasem Jasar w Kebabiku:
— Nie spotkało mnie w Polsce nic złego. To znaczy czasem przyjdzie ktoś pijany, woła, żeby dać mu jeść za darmo. Daję wtedy pitę i mówię: masz, ale na wynos. Jak ktoś krzyczy „kurwa”, pokazuję na uszy i mówię: nie rozumiem. […]
— Nikt tu nie chce przyjeżdżać do Polski, bo ciężko. Ciężko Polakom i obcokrajowcom. Pracowałem na kuchni od rana do nocy, dopiero po roku otworzyłem pierwszy kebab. Polska nic nie ma. Wszędzie w Europie Zachodniej uchodźca dostaje czterysta euro, tutaj trzysta pięćdziesiąt złotych miesięcznie, nie da się z tego żyć. Można pracować na czarno, ale co z tego masz? Trzęsiecie się, że uchodźcy, ale każdy, kto ma coś w głowie, omija Polskę. A jak tu już trafi, to robi wszystko, żeby iść dalej. W Aleppo, nawet jak mało miałeś, to wszyscy ci pomagali, wspierali się. W Polsce, jak chcesz komuś pomóc, to ludzie patrzą na ciebie z miną „czego tak naprawdę chcesz?”.
*
[z reportażu Konflikt tragiczny na wsi polskiej Urszuli Jabłońskiej]
— Może tęskni? — sugeruję.
Anna zaciska usta i odwraca głowę.
— Jako dziecko ją kocham, ale jako człowieka to się bardzo jej boję.
*
[z reportażu Moja doniczka jest lepsza Agnieszki Wójcińskiej]
Że to jest Polska dla tych prawdziwych Polaków.
— Czyli kogo?
— Według tych osób, które podnosiły to hasło w internecie i podczas marszu, Polak to ktoś, kto wierzy w Boga katolickiego, wychował się w Polsce, jest biały, mówi po polsku. Właściwie na tym się to chyba kończy.
[…] Ale czy chciałabym należeć do patriotów, tak jak się dzisiaj ich rozumie? Im nie zależy na dobru wszystkich, tylko na zemście. Dla nich hasło: „Polska dla Polaków” to patriotyzm, dla mnie rasizm, ksenofobia, antysemityzm.
Zbiór reportaży, Obrażenia. Pobici z Polską,
Wielka Litera, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
W długi weekend „nie tylko pływało, ale również czytało się”. Autor książkowo omijany, bo utarło się w głowie, że choć reportaż, to o Czechach. Posklejało się Jabłoni zbyt dużo faktów. Z drugiej strony, co tydzień Klub czyta kolumnę Autora w Dużym Formacie i o Czechach jakby dużo mniej.
Ubawiło mnie, gdy dwa tygodnie temu Autor wynosił swoje życie na śmietnik — byłam wtedy w ferworze częściowej likwidacji papieru. W zeszłym tygodniu 500 książkowych sztuk, dzięki Sadownikowi, wyszło z Przytuliska, zostawiając po sobie pięćsetzłotowy ślad i niezmieniony status błędu statystycznego.
Ta książka nie jest o Czechach. Trudno uwierzyć, że tak było, choć trochę się pamięta. To książka o ludziach z pokoleń, z których zrezygnował nasz kraj w latach dziewięćdziesiątych. Dobrze, że jest taki ślad.
Profesor Halina Zgółkowa wybrała się do przedszkola, żeby sprawdzić „czy czas jest już w słowach odbity”. Pytała dzieci o najbrzydsze wyrazy, jakie znają. Czteroipółletni chłopiec najpierw wymienił wszystkie wulgaryzmy na „k” i „ch”, które stworzył dorosły świat.
„A teraz” — ściszył głos — „powiem pani do ucha, jak moi rodzice mówią na naszego sąsiada” — i rozejrzał się na boki — „bo to jest najgorsze słowo”.
„Jakie?”
„Czerwony”.
*
W ogóle nowe słowa dużo mówią o ludzkości.
Po pierwsze — powstaje mnóstwo nazw na przestrzeń zagarniętą przez człowieka. Na przestrzeń wolną — nowych nazw brak. Łąki, wrzosowiska, torfowiska ciągle nazywają się tak samo. Przestrzeń zamknięta, pomieszczenia, miejsca na nowe urządzenia w fabryce, a więc przestrzeń podporządkowaną człowiekowi — ona potrzebuje nowych słów.
Po drugie — w nowo powstałych nazwach człowiek ujmowany jest niemal wyłącznie jako tryb w maszynie.
*
Czy pan wie, że człowiek musi korzystać z 65 mięśni, żeby jego twarz była ponura, a tylko z 14, gdy się uśmiecha. Więc co lepsze?
*
Czy ja te kursy kończę, bo jestem taka zaradna, czy ja je kończę z rozpaczy?
*
— Pokażę panu do gazety, jak uczę ludzi dobrej roboty. (Wezwijcie Piotrusia!!! — krzyczy do telefonu). Piotruś uczy dziewczyny na komputerach. O! Piotruś, jeśli przez najbliższe dwa tygodnie żadna twoja cipa nie zrobi błędu, dam ci 100 tysięcy gratis.
[…]
Tkaczyk do mnie:
— Ja tak mówię do nich: „kopnę cię w dupę”, ale jeszcze nikogo nie kopnąłem.
[…]
— Niech pan zrozumie męża, on musi czasem wobec pracowników tak się zachowywać.
— Ale dlaczego?
— Bo to wszystko jest nasze.
*
Atrakcyjna bezrobotna, lat 25, szuka pracy.
„Atrakcyjna” jest wysoka, nosi szpakowate włosy i wąsik. Jest mężczyzną, mieszka w Kędzierzynie-Koźlu. Dawał kilka ogłoszeń typu: „Trzydziestopięcioletni, solidny, z prawem jazdy…”, ale nie otrzymał żadnej ciekawej pracy. Chciał sprawdzić, co traci, nie będąc atrakcyjną dziewczyną.
Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.
(wyróżnienie własne)

wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
odkrycie. ● małe przejęzyczenie podczas czytania Sadownikowi.
zwabiona.
zbawiona.
— dwie literki zamienić miejscami. i cóż za różnica!
— różnica? jaka?
— zasadnicza!
— ależ skąd!
— że bo co?
— że bo tak. przecież oba te słowa to synonimy do bycia zwerbowanym, czyli bycia przeciągniętym na czyjąś stronę, młoda damo.
zwabiona. zbawiona. tyle, że
nie przez Matko Bosko.
ツ
*
Zaakceptowane przez proboszcza wotum narodu będzie miało:
— 120 metrów długości, więcej niż Sagrada Familia w Barcelonie (110), więcej niż katedra w Pizie (100);
— 77 metrów szerokości, więcej niż Notre Dame w Paryżu (48) czy katedra we Florencji (38);
— 99 metrów wysokości wraz z kopułą — więcej niż katedra w Mediolanie (46) czy katedra w Toledo (44).
Każdy wymiar bazyliki w Licheniu będzie mniejszy od wymiarów Bazyliki Świętego Piotra w Rzymie, choć też pojawi się wyjątek. Przy naszej bazylice stanie wieża 128-metrowej wysokości, prawie jak Marriott. Bazylika rzymska w ogóle nie ma wieży.
[…]
— Ten projekt i tak został pomniejszony — mówi z żalem ksiądz Makulski. — Władze zakonne poleciły zmniejszyć go o jedną trzecią.
Mariusz Szczygieł, Niedziela, która zdarzyła się w środę,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.
*
Fish Emade, Telefon.
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Ten kawałek. ● Wczoraj. Po przeczytaniu sobie, wraz z wcześniejszym akapitem, że żona może jeść, ile chce i nic, przeczytałam na głos Sadownikowi, bo nasza sytuacja wydaje się w pewnym sensie bardzo podobna — każde z nas ma diametralnie inne doświadczenia z własnym ciałem, nie włączając w to turbulencji związanych z płcią.
Ten kawałek. Wciąż za mną chodzi. Pięknie chodzi!
Ten kawałek. Ograniczony do minimum, bo przecież blog nie zniesie półtorej strony druku. Musi tu być, bo jak ulał, synchronicznie wbił się w moje „przemyśliwiwania” na temat bezkopytkowa. Pozostaję daleka od gratulowania człowiekowi, że połamał nogę, miał wylew, dopadła go cukrzyca, ale…
i co teraz? kim możesz (nareszcie!) być?
Ten kawałek. Wciąż za mną chodzi. Pięknie chodzi!
Ten kawałek. Było tak. I dobrze, że anioły przeprosiły, ale to prawda, że nie mogły inaczej. Już to wiem. Bezkopytkowo, no cóż, choć jeszcze w styczniu 2017 dogrywka, jest… błogosławieństwem. Piszę to, nomen omen, w 217. dniu peregrynacji, zamykając 31. tydzień. ¡Salud!
Ten kawałek. Wciąż za mną chodzi. Niech tu przycupnie.
„Życie jest niesprawiedliwe” — tak sobie to tłumaczyłem. […]
Lecz kiedy się teraz nad tym zastanawiam, moje przybierające na wadze ciało było prawdopodobnie prawdziwym błogosławieństwem. Innymi słowy, jeśli nie chciałem przybierać na wadze, musiałem uprawiać wyczerpujące ćwiczenia każdego dnia, uważać na to, co jem, i ograniczyć przyjemności. Takie życie nie należy do łatwych, lecz jeśli nie szczędzi się wysiłków, metabolizm ulega pozytywnym zmianom i w rezultacie jest się o wiele zdrowszym, a przy okazji silniejszym. […] jedynym sposobem na to, by zrozumieć, co naprawdę jest słuszne, byłoby spojrzenie na sprawy w długiej perspektywie. […] uważam, że ta fizyczna przypadłość powinna być odbierana pozytywnie, jako błogosławieństwo. Mamy szczęście, że doskonale widzimy czerwone światło. Rzecz jasna, niełatwo jest zawsze postrzegać sprawy w ten sposób.
Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)
*
(12+7+4) × (2 × 25 m)
och!
ツ
Ryczeliśmy ten hymn oboje z Sadownikiem wracając do domu o 7.10. Ryczeliśmy głośno. Matko Bosko Nietonąco! Bardzo głośno, bardzo świątecznie ryczeliśmy! ¡Salud!
Frank Sinatra, My Way.
wpis przeniesiony 24.03.2019.
(oryginał z zawieszkami)
Pojechaliśmy tylko po to i owo. A tam, proszę, ptaki Ateny powiedziały: idziemy z wami. Nie zdziwiło mnie to ani trochę, bo wciąż odczuwam poruszenie związane z tą książką. Przeżywam, układam w sobie, odkrywam i czekam, czekam z miłością, na wrażenia Dziewczyn.

Przytulisko ma teraz najpiękniejszą wycieraczkę w okolicy.