niedziela, czerwca 21, 2020

3849. Z rekomendacji (II)

Mogłabym napisać znów to samo, czyli, że książkę tę polecił mi Tollini, gdy rozmawialiśmy o tamtej książcemoim odkryciu książkowym. Klik, klik, była w ibuku, więc nim skończyliśmy rozmawiać, miałam ją już na kundlu. Wepchnęła się bez kolejki na trzy poranne kawy.

Bawi, śmieszy, ale i wprawia w zadumę ta chudziutka książkowa staruszka (w oryginale ma 75 lat). Ani przez chwilę nie trąci myszką — piekło, które opisuje, świeżutkie jak mało co. Mało piekielnych wrażeń? Rozkręcić gaz pod własnym kotłem?

     — A więc ci, co mówią, że Niebo i Piekło to stany umysłu, mają rację?
     — Sza, nie bluźnij – przerwał mi poważnie. – Piekło jest stanem umysłu. Nie mógłbyś powiedzieć nic bardziej zgodnego z prawdą. Każdy stan umysłu pozostawiony sam sobie, każde zamknięcie się stworzenia w lochach własnego umysłu zmienia się w końcu w Piekło. Ale Niebo nie jest stanem umysłu. Niebo jest samą rzeczywistością. Wszystko, co naprawdę realne, ma swoje miejsce w Niebie. Wszystko, co chwiejne, zostanie zachwiane, a pozostanie tylko to, co nigdy się nie zachwieje
.

*

Czasem łatwiej jest z tymi, którzy nienawidzą dobra, niż z tymi, którzy nic o nim nie wiedząc, myślą, że już je posiedli.

*

     — Ależ oni mnie zobaczą!
     — No to co?
     — Wolałabym umrzeć!
     — Przecież to już za tobą. Nie ma sensu znowu do tego wracać
.

*

Trafiali się już ludzie tak pochłonięci udowadnianiem istnienia Boga, że w efekcie sam Bóg nic już dla nich nie znaczył… tak jakby nie miał On do roboty nic innego, jak tylko  istnieć!  Byli i tacy, którzy trudniąc się rozprzestrzenianiem chrześcijaństwa, nie mieli już czasu myśleć o Chrystusie.

*

     — Boże! — westchnął.
     — Co, Boże? — zapytał Duch.
     — Jak to: co, Boże?
     — U nas ten zwrot zwykle rozpoczyna jakieś zdanie.
     — Aha. Chciałem tylko powiedzieć „o rety” czy coś w tym rodzaju
.

*

     — Ale co będzie z tymi, którzy nigdy nie dotrą do przystanku?
     — Każdy, kto tego chce, dotrze do niego. Nie obawiaj się. Ostatecznie ludzie dzielą się tylko na dwie kategorie: tych, którzy mówią Bogu „bądź wola Twoja” i tych, do których Bóg powie na końcu: „bądź wola twoja”. Ci, którzy są w Piekle, są tam z wyboru. Bez ich osobistego wyboru nie byłoby Piekła. Nie ma duszy, która jeśli pragnie radości poważnie i stale, miałaby jej nie osiągnąć. Ci, którzy szukają, znajdują, a tym, którzy kołaczą, jest otworzone
.

*

Straszą z obawy, że ich ktoś przestraszy.

*

     — […] Problem polega na tym, czy jest ona jeszcze zrzędą, czy już tylko samym zrzędzeniem. Jeżeli jest jeszcze prawdziwą kobietą, jeżeli został w niej choćby najmniejszy ślad osoby pod całą tą zrzędliwością, można ją będzie przywrócić do życia. Jeżeli pod popiołem zachowała się choć jedna maleńka iskierka, będzie można ją rozdmuchać tak, że cały stos rozżarzy się na nowo. Ale jeżeli nie zostanie już nic oprócz popiołu, nie można bez końca dmuchać nim sobie w oczy. Trzeba go zmieść.

*

     — Czy jest jeszcze nadzieja?
     — Tak, jest pewna szansa. To, co ona nazywa swoją miłością macierzyńską, zmieniło się co prawda w zakrzepłe, raniące i bezlitosne uczucie, ale wciąż jeszcze można odkryć w nim maleńką iskierkę, która nie jest tylko jej własnym ja. Z tej iskierki można wykrzesać prawdziwy ogień

*

Nikt z nas nie miał racji! To naprawdę zabawne; nie trzeba już udawać, że miało się rację! Wtedy właśnie zaczynamy żyć.

*

Z pozoru bardzo to wielkoduszne, gdy ktoś mówi, że nie zgadza się na zbawienie, które pozostawia choćby jedno stworzenie na zewnątrz, w ciemności. Ale nie daj się nabrać na taką sofistykę, bo w przeciwnym razie tyranem całego świata stanie się pies ogrodnika.

*

     — To wszystko bzdury! To okrutne i nieludzkie! Jakim prawem mówisz takie rzeczy o miłości macierzyńskiej? To najczystsze, najświętsze ze wszystkich ludzkich uczuć!
     — Ależ Pam, żadne ludzkie uczucia nie są same w sobie czyste lub nieczyste, święte lub pozbawione świętości. Są święte, tylko ręka Boga trzyma je na wodzy. Ale jeżeli pozostawi się je same sobie, zwyrodnieją i przemienią się w fałszywych bogów
.

*

Czasem całymi godzinami układałam kwiaty tylko po to, żeby rozweselić jakoś ten nasz nędzny, mały dom, a Robert, zamiast mi podziękować, wiesz, co mówił? Że wolałby, abym nie zapychała mu biurka kwiatami, kiedy on chce pracować. A jednego wieczoru zrobił mi straszną awanturę o to, że rozlała mi się woda z wazonu na jakieś jego papiery, chociaż nie miało to najmniejszego znaczenia, bo to w ogóle nie były służbowe papiery.

*

     — A co pan chciałby robić, gdyby miał możliwość wyboru?
     — Też coś! — żachnął się Upiór, a w jego głosie wyczułem nutkę triumfu. — J a  mam obmyślać plany? To Właściciele powinni wymyślić coś, żeby się nam nie nudziło, nie sądzi pan? To należy do ich obowiązków. Dlaczego mielibyśmy ich wyręczać
?

*

[…] przynaglali dusze Błogosławionych, aby zrzucili swe kajdany, wyrwali się z więzienia, jakim jest szczęście, własnymi rękami zniszczyli góry i posiedli Niebo „na własność”: Piekło obiecywało swą pomoc. Inni, urodzeni organizatorzy, nastawali, aby zbudować tamę na rzece, wyciąć drzewa, wytępić zwierzęta, wybudować kolejkę linową, a zamiast tej okropnej trawy, mchu i wrzosu położyć gładki asfalt.

C.S. Lewis, Podział ostateczny,
przeł. Magda Sobolewska,
Media Rodzina, Poznań 2012.
(wyróżnienie własne)

Potępieni zawsze obstają przy zachowaniu czegoś dla siebie, nawet za cenę cierpienia. Zawsze znajdzie się coś, co jest im droższe niż radość, to znaczy niż rzeczywistość. […] Ale w dorosłym życiu nazywacie to znacznie wspaniałej i różnorodniej — gniewem Achillesa, dumą Koriolana, zemstą, ambicją, urażoną cnotą, tragiczną wielkością lub godnością osobistą.

(tamże)

(3847+1). Suplement do spacerujących światów

Jabłoń:
(pod wieczór wysłała Białemu Krukowi
zdjęcie napotkanego o 
6:22 ślimaka)

Biały Kruk:
(odpisał)
O takich mówią ranny ptaszek…

3847. Światy spacerujące od rana

     — Wolałabym się nigdy nie urodzić! Po co w ogóle przy­cho­dzi­my na świat?
     — Po to, żeby doznać niezmiernego szczęścia. W każdej chwili możesz mu wyjść na spotkanie

C.S. Lewis, Podział ostateczny,
przeł. Magda Sobolewska,
Media Rodzina, Poznań 2012.

sobota, czerwca 20, 2020

3846. 172/366

zaczyna się na spodach dużych palców u stóp, biegnie przez podeszwy stóp, ścięgna Achillesa, łydki, tyły ud, pośladki, plecy, kark, szyję, aż po czubek głowy — tylna taśma. rozciągać, rozciągać, rozciągać co dnia (tzn. odżywiać).

i tak wiele sposobów, by robić to również z przyjemnością.

172/366

3845. Zielnik (V)

Intensywna zieloność początku wiosny trzyma się na tym krzaku z uporem maniaka. Zagadał do mnie pięknym baldachem.

Teraz już tylko czekanie na Profesorę zielnika, by poznać imię Nieznajomej.

Profesora Saxifraga:
(dała czadu i wszystko jasne)
Pęcherznica kalinolistna

3844. O kandelach

(odwrócona plecami do światełka w tunelu)
Jabłoń:
(ciut obrażona na swoje życie)
Masz dni, kiedy nie widzisz
światełka w tunelu?

Sadownik:
Mam.

Jabłoń:
I co wtedy robisz?

Sadownik:
Jadę w trasę.

piątek, czerwca 19, 2020

3843. U Orzeszka i Białego Kruka (LXIX)

Biały Kruk:
(dłuższy czas czekał, by kwiatek Orzeszka
rozkwitł w pełni, doczekał się i „cyk”
)


fot. Biały Kruk.

3842. 171/366

mogę? mogę.
mogę!

171/366

3841. Z rekomendacji (I)

Książkę tę zaanonsował Tollini, gdy rozmawialiśmy o moim odkryciu książkowym. Klik, klik, jest w ibuku — na papier bym się nie zdecydowała i już wiem, że wiele bym straciła. Piękny tytuł, piękne zdjęcie na okładce i rekomendacja Tollini’ego — nic więcej mi nie trzeba było.

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego to nie przykazanie, lecz przekleństwo, które ma się od setek lat świetnie, bo ludziom dobrze idzie traktowanie innych jak siebie samych, czyli okrutnie / bez chęci zrozumienia / z pogardą czy przynajmniej dość krytycznie. Pierwsza kamieniem nie rzucę, zwłaszcza gdy rozpoczyna się dyskusja o tym, że większość polskiego społeczeństwa stanowią katolicy. Katolicy większością? Wolne żarty. Osobiście znam tylko jednego katolika, z drugim raz rozmawiałam, bo kumpluje się z pierwszym i zna Sadownika, więc los nas na chwilę przy jednym stole posadził (było miło).

Katolicy w Polsce to (według mnie) w większości wielkanocne baby i bożo­naro­dze­nio­we gwiazdki. Ilu znasz ludzi, którzy kontemplują swoją wiarę? Ilu z nich ma swojego przewodnika duchowego? Ilu otworzyło choć raz katechizm? Ilu czyta (ze zrozumieniem) Pismo Święte? Ilu z nich je zgłębia? Są katolikami? Większość społeczeństwa? Większość wybiera rodzynki z ciasta lub wyżera kruszonkę. Są też ci, co z katolicyzmu zrobili dobry interes, narzędzie kontroli lub przykrywkę dla przestępstw.

Tollini miał rację, to wspaniała książka. Dla mnie jest przede wszystkim o uwadze, świadomości i miłości. O czymś większym od nas, co pomaga nam dojrzeć osobiste Jerycho, ustać i nie panikować na jego widok. O tym, jak wiele cudów spotkało nas w życiu; o tym, że warto iść dalej i spodziewać się kolejnych jeszcze dziś!

Mam wrażenie, że gdyby istniała maszyna do duchowych projekcji, która pokazywałaby, jak wygląda sfera duchowa Kościoła i ludzi go tworzących, to z pewnością na ekranach pokazujących niedzielne zgromadzenia pełno byłoby ludzi z kaczkami, kurami, barankami lub wołami, inni mieliby na plecach wielkie worki z pieniędzmi, czyli wszystko, co potrzebne do ubicia transakcji handlowej z Bogiem.

*

Nie potrzeba nam nauczycieli, ale tych, którzy prawdziwie przemawiając, niosą życie, czyli świadków. Prawdziwymi zaś świadkami nie są ci, którzy tylko przemawiają, ale ci, którzy mogą zaświadczyć, że to jest prawda. Ale nie prawda teoretyczna, ideowa, nawet biblijna, tylko prawda, która wydarza się w życiu.

*

Na tej modlitwie urodziłem się na nowo. Gdy po śmierci zapytają mnie w niebie, kto mnie zrodził, to padnie dość nieortodoksyjna odpowiedź: „Dwóch facetów”, ale rzeczywiście tak się wydarzyło.

*

On chce, byśmy w końcu znaleźli to, kim naprawdę jesteśmy, jaka jest nasza najgłębsza tożsamość, jak brzmi nasze prawdziwe imię. W rzeczywistości bowiem naszą największą bolączką życiową nie są wcale grzechy i słabości, ale to, że większość z nas nie ma bladego pojęcia, kim jest.

*

Dla mnie wiara nie jest więc tym, na co się zdecydowałem lub do czego doszedłem drogą nawrócenia, żmudną pracą i poszukiwaniami. Zbawienie zostało mi dane darmo. Bóg przyszedł, bo miał już dość czekania na mnie. On się niecierpliwił tym, że ciągle nic nie robię. Wszedł i powiedział: „Weźmiesz?”. Nie zrobił we mnie niczego na siłę, ale gdy tylko usłyszał moją zgodę, od razu zaczął działać z niezwykłą mocą. Nagle w moim życiu okazało się, że On potrafi we wszystkim działać — dosłownie we wszystkim! Obudził we mnie rzeczy, o których nigdy bym nie pomyślał, że będę je robić.

*

[…] miałem w sobie przekonanie, że już nic mnie nie ruszy i nie załamie wewnętrznie. […] No i wtedy nastąpił krach.

*

Idąc na to spotkanie, zdecydowałem, że „jadę na ścianę”, czyli robię totalne kamikadze i wszystko, co we mnie siedzi, bez żadnych ucieczek i pominięć mu opowiadam. Zrobiłem tak zwanego „danona”, czyli według tego, co mówiła stara reklama jogurtów Danone, „oddaję tobie, co kryję w sobie”. To powiedzenie wymyśliliśmy kiedyś z braćmi, stwierdzając, że jeśli ktoś bez ogródek opowiada o sobie, to właśnie robi „danona”.

*

[…] zrozumiałem, że Bóg jest kimś innym, niż mi się wydaje. Do tej pory sądziłem, że muszę się zmienić, nawrócić, naprawić, wydobyć z grzechów i pokonać wszystkie słabości, by On mnie pokochał. Nagle zobaczyłem, że On mnie kocha tak samo wtedy, gdy to wszystko w sobie mam. Co więcej, On chce to ze mną nosić.

*

Jezu, ale jak to Ty? Przecież to było straszne!”, On na to: „Tak, było straszne […], ale Ja posłużyłem się nimi, ponieważ to Ja mam Cię prowadzić. Ja ci mówię, co będziesz robił, kiedy będziesz robił i jak to będziesz robił. Będzie ci się rozwalało? Pewnie, że będzie, bo Ja na to pozwolę. Wierzysz Mi, że wszystko, co powiem, jest dobre? Wypełnisz każde słowo, które ci powiem?”. Wtedy Mu powiedziałem: „Dobra, to teraz Ci wierzę”.

*

Nie jest tak, że gdy o coś prosimy Pana Boga, obiecujemy Mu, że w zamian się nawrócimy albo coś Mu dodatkowego ofiarujemy? […] Mamy taką odwagę, by stawać przed Bogiem i mówić Mu: „Panie Boże, potrzebuję trzy miliony funtów na jutro. Nic Ci nie dam w zamian, bo nie mam. Będę głupi, jak byłem, dalej pewnie będę grzeszył, nic się nie zmieni. Daj mi, proszę”? Oczywiście nie chodzi tu o te wielkie pieniądze, ale o postawę serca, które nie boi się prosić Pana Boga, nie próbując zasłużyć na Jego miłość.

*

Nawet gdy na moment pojawi się zjazd i po ludzku nie mogę na siebie patrzeć, Bóg mnie dotyka i mówi: „Przecież wiesz, że to nieprawda. Możesz się chwilę posmucić, ale pamiętaj, jaka jest prawda”.

*

Bogu nie chodzi o to, byśmy stali się zupełnie bierni. Nie. On chce naszej aktywności, ale na początku inicjatywa jest zawsze po Jego stronie, dana absolutnie za darmo. Czas w to w końcu uwierzyć!

*

To był pierwszy sygnał, że istnieje jakaś inna rzeczywistość niż ta, którą znam.

Adam Szustak OP, Jestem nikim. Lekcje Jozuego,
Wydawnictwo RTCK*, Nowy Sącz 2020.
(wyróżnienie własne)

_____________
* akronim: rób to, co kochasz.

[…] nasze życie, to, kim jesteśmy, gdzie się znajdujemy w tej chwili, jakkolwiek beznadziejnym miejscem by nie było, jest jednocześnie święte.

*

Każdy z nas zna w sobie takie przestrzenie, na które nawet trudno mu patrzeć, bo budzą odrazę, a Bóg właśnie w nie przychodzi.
     
[…] Wszędzie tam, gdzie myślimy: „To jest we mnie ohydne”, On staje się obecny.

*

Zbawienie, czyli zwycięstwo w tych naszych Jerychach i zapieczętowanych księgach, jest możliwe w tym, co właśnie teraz robimy!

*

Nie, nie chodzi o to, co będzie po śmierci, ale o to, że Ziemia Obiecana dostępna jest tu i teraz.

*

Powinieneś wiedzieć, że nigdy nie wyprowadzam cię w pole lub dociskam do muru bez powodu.

*

[…] Jerycho. Są nim te wszystkie miejsca, które zostały w nas zranione, przez które uchodzi z nas życie, to są te przestrzenie, w których zostaliśmy skrzywdzeni, poturbowani, zdradzeni, zostawieni czy niezaakceptowani. Każdy z nas doskonale wie, co to u niego jest. Każdy zna w sobie zniszczone nadzieje, niegojące się rany, wspomnienia, z którymi trudno sobie poradzić, wstrzymane na skutek braku sił działania lub więzy, z których nie sposób się wyswobodzić.

*

Myślę, że wszyscy znamy z życia takie momenty, gdy jak ten ślepiec krzyczymy o pomoc, bo nic nie widzimy, niczego nie rozumiemy, sami nie możemy już sobie poradzić. Wydarzają nam się różne trudne rzeczy, a my zupełnie nie mamy pojęcia, dlaczego to się dzieje — co jest tego przyczyną. Różni ludzie próbują nam wyjaśnić, że niby taka jest wola Boża i ma to sens, ale i tak dalej nie rozumiemy. Może też jest tak, że od lat prosimy Boga, byśmy w końcu potrafili sobie z czymś poradzić, ale dalej się nic nie zmienia. Jesteśmy w pewien sposób ślepi, bo nie rozumiemy rzeczywistości, która nas otacza, a także tego, co dzieje się w nas samych. To niezrozumienie to również jest Jerycho w nas.

*

Zapieczętowaną księgą jesteśmy my sami. W niej zapisane jest wszystko to, z czym nie potrafimy sobie poradzić, w niej jest zamknięte na siedem pieczęci to, co trzeba w nas naprawić, wyzwolić, uzdrowić, a może i rozwalić, by w końcu móc zamieszkać w krainie mlekiem i miodem płynącej.

*

[…] nasze wewnętrze rzeczy tak nas przerażają, iż momentami nie jesteśmy w stanie nawet na nie patrzeć? Ja bardzo często boję się Jerycha w sobie samym i nierzadko zachowuję się jak święty Jan, który na widok szczelnie zapieczętowanej księgi wpada w rozpacz, a potem zaczyna płakać. Myślę: „Kurcze, to wszytko jest niemożliwe do otwarcia, nic z tym się już nie da zrobić, nie ma nikogo, kto by to potrafił pokonać”. Na szczęście do płaczącego Jana przychodzi jeden ze Starców, poklepuje go delikatnie po ramieniu i zupełnie spokojnym, wyluzowanym głosem mówi: „Nie płacz. Zobacz, nikt wokół ciebie nie płacze”. I rzeczywiście okazuje się, że starcy, zwierzęta i różne duchy niebiańskie czekają spokojnie na to, co nastąpi.

*

Siódemka to znak, że wszystko jest możliwe, że wszystkie pieczęcie świata mogą zostać przez Niego otwarte. Jeśli więc stoimy przed naszym Jerychem, płacząc nad zamkniętym szczelnie miastem w sobie, to ten sam anioł staje przy nas i mówi: „Spokojnie, nie płacz, jest Ktoś, kto podejdzie, weźmie wszystkie pieczęcie i je otworzy” […].

*

Sam od wielu już lat żyję w Ziemi Obiecanej, a cały czas odkrywam, że tam są kolejne miasta, które muszę zdobywać. Czasem strasznie nie chce mi się tego robić, bo one wyglądają jak olbrzymy, jak wielkie armie, które trzeba sukcesywnie pokonywać. Jedną pokonam, pojawia się kolejna i tak w kółko. Mimo to czuję, że cały czas naprawdę żyję w krainie mlekiem i miodem płynącej, że niczego mi nie brakuje, wszystko mam.

(tamże)

czwartek, czerwca 18, 2020

3840. Pół kromeczki


Kaan.

[…] myśl inaczej, czyli nie wierz temu, że Mnie nie dostrzegasz. Jestem. Jeśli bowiem w to uwierzysz, dam ci biały kamyk, a na nim znajdziesz wypisane twoje imię. Imię, które znasz tylko ty i tylko Ja, bo ono skrywa twoją najgłębszą istotę, miejsce tobie przeznaczone i najbardziej ci odpowiednie.

Adam Szustak OP, Jestem nikim. Lekcje Jozuego,
Wydawnictwo RTCK, Nowy Sącz 2020.

niedziela, czerwca 14, 2020

3838. Krótko, ale mocno

U mnie sto pięćdziesiąt książek później ten sam Autor. Świeżutki, choć jeszcze nie przeczytałam książki, która jeszcze tydzień temu była Jego najnowszą — ba, nawet jej nie upolowałam, bo nie wiem, czy dam radę przeczytać, czy ustoję jej ciężar.

Tę, w dniu jej premiery, na kundlu miałam. Dzieliła czas z drugą chudziutką, trzecią mądrą i czwartą ciut grubą. Reglamentowana… skończyła się zbyt szybko. Najważniejsze w tej książce dzieje się między słowami, w gestach i chwilach przemilczanych; w tym, o czym nie miało się śmiałości pomyśleć, porozmawiać; w tym, o co się nie pyta. Uwielbiam krótkie formy Autora i już! Na niedosyt składa się tylko brak Jego zdjęć — nie ma ani jednego.

Czas uwolnić czas. Rób to powoli, organizm potrafi płatać figle, na gwa­łto­wne zmiany może zareagować wstrząsem. Zamień okrąg na oś czasu, nie na odcinek — to brzmi jak dziwne zadanie z geometrii.
     
[…] Bezpieczną [odległość], czyli taką, która otwiera na myślenie o włas­nym życiu. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym? Czy dobrze żyjesz? Czyim życiem żyjesz? Już nie chodzi o to, czy byliby z ciebie dumni, skończyło się. O jutrze myśl od dzisiaj.

*

Wyrośli w rodzinach rozjechanych przez historię. Podstawowe poczucie bezpieczeństwa zostało im odebrane już na samym początku. W majestacie prawa.

*

Od kiedy pamiętał, powtarzała, że ciężko jest lekko żyć.

*

     — Ile wy macie lat, do jasnej cholery?! Nie można się z wami na godzinę umówić?! Stoję tu od piętnastu minut i umieram ze strachu, że coś wam się stało! Jak śmiecie narażać mnie na takie nerwy?!
     
[…]
     — Tato, mógłbyś nam następnym razem oszczędzić wrzasków z balkonu? Byliśmy umówieni na czternastą, przyszliśmy piętnaście minut wcześniej, a ty się drzesz, że jesteśmy spóźnieni
?

*

     — Czy to jedzenie jest dobre dla twojego zdrowia? — pytał młodszy kuzyn.
     — Dla zdrowia nie, ale jakie to jest wspaniałe dla mojego podniebienia!
     — Ciocia mówiła, że jak będziesz jadł poza domem, to umrzesz.
     — A ty myślisz, że inaczej będę żył wiecznie? Wszyscy jesteśmy tu tylko przejazdem. I żeby mi żaden w domu nie pisnął ani słowa! Zaraz pójdziemy na zdrowy obiad i proszę nie wybrzydzać, tylko wszystko u cioci pięknie zjeść. A w przyszłym tygodniu znowu tu przyjdziemy
.

*

Przyjemne były chwile dumy połączonej z nadzieją, że w życiu jest coś więcej niż poczucie, że na jego barkach stoją wszyscy przodkowie ze swoimi historiami. Przez moment mignęła mu zupełnie nowa perspektywa: a może da się poczuć siłę i czerpać ją z nich wszystkich? Może to oni go niosą?

*

     — Wszystko u ciebie w porządku?
     — A znasz kogoś, u kogo wszystko jest w porządku?
     — Pewnie, że nie, ale tak się mówi. Ty tak nie mówisz?
     — Nie, staram się opuszczać zdania, które nie posuwają rozmowy naprzód
.

*

Nie odpowiadam na niezadane pytania. Chcesz wiedzieć, pytaj.

*

Nie lubił tego stanu, w który wprowadzał się w mgnieniu oka. Jeszcze sekundę temu czuł błogość, teraz nie potrafił zatrzymać myśli galopujących w kierunku tragedii.

*

Uciekał z lekcji, nie czytał książek, spędzał sen z rodzicielskich powiek.
     — Najwyżej zostanie lekarzem jak twój ojciec — często powtarzała z uśmiechem żona
.

*

Był w takim wieku, że historie z własnego życia rzadko powracały same. Potrzebował katalizatora, zdania, zapachu, często wystarczało światło.

*

[…] dostał SMS od mamy. „Synku żyjesz”. Od jakiegoś czasu miała telefon, ale nie nauczyła się jeszcze używać znaków przestankowych. Wzruszył go bardzo ten SMS, kwintesencja troski i rozbrajającej potrzeby kontaktu. Był za młody, żeby umieć zachować wzruszenie na dłużej, odpisał jej szybko i wesołkowato: „Wiem, Mamo”. Na samo wspomnienie robi mu się głupio. Nie wie, jak zareagowała, ma nadzieję, że się uśmiechnęła, ale obawia się raczej, że zrobił jej przykrość.

*

Uczył się cieszyć chwilami obciążonymi ryzykiem utraty.

*

Gdy w rodzinie ktoś umiera, trzeba się przetasować, a tak naprawdę trzeba być przygotowanym na zmiany. Stratę trzeba czymś wypełnić. Najpierw żałobą, później próbą powrotu do życia.
     Właśnie się dowiedział, że czas jest bezlitosny i nigdy nie wiadomo, komu ile go zostało
.

*

Ski hasał po swoim odzyskanym życiu. Wiedział, że nie dla wszystkich dni są jednakowo policzone. W Najwyższego nie wierzył, a Ten odwdzięczał mu się brakiem zainteresowania.

*

Każdy ma prawo podejmować decyzje dotyczące swojego życia, ale nie jest powiedziane, że innym musi być z tym łatwo.

Mikołaj Grynberg, Poufne,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020.
(wyróżnienie własne)

     —Dzień dobry, podobno chciał się pan ze mną widzieć.
     — Wolałbym porozmawiać w cztery oczy.
     — Nalegałbym jednak na rozmowę we wszystkie zgromadzone tu oczy — powiedział ojciec.
     — Pański syn zachował się wczoraj nagannie i jeśli to się powtórzy, będę zmuszony zgłosić to dyrekcji.
     — Widzę, że jest pan wzburzony. Proszę powiedzieć, co się wydarzyło.
     — Pański syn ostentacyjnie odmawiał odpowiedzi na moje pytanie.
     — A jakie było pytanie?
     — Klasa przerabia aktualnie Bogurodzicę. Poprosiłem o przetłumaczenie słów
„Kyrie eleison”, on uparcie odmawiał.
     — Ostentacyjnie odmówiłeś odpowiedzi na zadane przez nauczyciela pytanie? — zapytał ojciec.
     — Powiedziałem, że nie wiem, co to znaczy.
     — Jak można udawać, że się tego nie wie? — podniósł głos nauczyciel.
     — Ja też nie wiem, co to znaczy — powiedział spokojnie ojciec.
     — To już jest przesada!
     — A wie pan co? Ja też jestem nauczycielem, uczę studentów. Mam taką zasadę, że najpierw ich uczę, a potem sprawdzam, czy mi się powiodło.
     — Nie życzę sobie! W każdym kościele można usłyszeć te słowa kilka razy dziennie.
     — Tak się składa, że wysłaliśmy syna na nauki do szkoły, nie do kościoła.
     — Wystarczy bywać w kościele raz w tygodniu, żeby wiedzieć, co te słowa oznaczają.
     — A my właśnie nie bywamy — powiedział ojciec, patrząc nauczycielowi prosto w oczy
.

(tamże)

piątek, czerwca 12, 2020

3837. 163–164/366

zaciągam się bezkresem gdy biorę
oddech za każdym razem
na nowo i jeszcze raz.*

163–164/366

___________
* trzy zdania, ale dwie kropki wstawisz tam, gdzie wydaje się, że powinny (dziś) być.

środa, czerwca 10, 2020

3836. U Orzeszka i Białego Kruka (LXVIII)

Biały Kruk:
(napisał dziś i zdjątko przysłał)
Ale zaskoczka!

Jabłoń:
To przecież nie pora na niego.

Biały Kruk:
No właśnie!

3835. U Orzeszka i Białego Kruka (LXVII)

Biały Kruk:
(prawie dwa tygodnie temu zdjątko przysłał)

Jabłoń:
Ale dała czadu!!!
To był strzał w dziesiątkę.

Biały Kruk:
Ano!

*

Biały Kruk:
(napisał wczoraj i zdjątko przysłał)
Teraz w pełnej krasie!

wtorek, czerwca 09, 2020

3834. Wodorościk (XV)

Pierwszy cytat dowiózł Jabłoni Sadownik. Drugi, kilka dni później, Gepardzica. Trzeci wygrzebałam sama.

Wie pan, wszystko jedno czy ma się
przed sobą sto lat, rok czy tydzień,
zawsze ma się przed sobą wszystko
.

Jerzy Pilch
(1952–2020)

*

[…] „Parkinson to kurwa nie choroba”. Kto wie, ten wie — zwodzi cię, okradnie, da ci nadzieję, obieca małżeństwo i nic nie spełni.
// Jerzy Pilch

*

Cieszy mnie słowo „jeszcze”. To znaczy jeszcze łażę, jeszcze czytam książki, jeszcze próbuję pisać, jeszcze oglądam piłkę nożną. Słowo „jeszcze” daje nadzieję.
// Jerzy Pilch w rozmowie z A. Krzyżaniak-Gumowską, Newsweek, 2/2014.

(wyróżnienie własne)

* * *

Sadownik:
(po przeczytaniu drugiego cytatu)
A sm to co?

Jabłoń:
(nie ma słów, ma sm)

3833. Wodorościk (XIV)

*

Kratkę wypatrzyła Kaan i zaraziła zachwytem. Nie mogłam odejść bez piksela. Wspólnymi siłami: ja cyk, Kaan moją nierównowagę w ryzach utrzymała i… „mamy to”.

*


fot. Gepardzica, fragment.

piątek, czerwca 05, 2020

3831. Moment

[…]  szczęście to jedna jedyna rzecz w życiu, której inni nie są w stanie nam zapewnić.

André Aciman, Osiem białych nocy, przeł. Agnieszka Walulik,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2018.

*

Czy jesteś w stanie uznać fakt, że w bardzo realnym sensie to może być naprawdę twój najlepszy czas, najlepsza chwila twojego życia? Gdyby tak było, co by to oznaczało dla ciebie?

Jon Kabat-Zinn, Gdziekolwiek jesteś, bądź,
przeł. Henryk Smagacz, Czarna Owca, Warszawa 2014.

wtorek, czerwca 02, 2020

3829. 154/366

pewnie sięgnął po nakładkę na okulary. facet z trudną historią, która dzieje się teraz. no i masz, zakochałam się*.

154/366

_________
* intensywnie jak nastolatka. ostatni raz miałam tak sześć lat temu, ale wtedy dotyczyło to kobiety.

niedziela, maja 31, 2020

3828. 152/366

z niezgody, z bezsilności, z braku bardziej dobitnych środków wyrazu. trzasnęłam drzwiami — bo jeszcze, kurwa, mogę — i poszłam sobie.

wróciłam i teraz przyjdzie mi godzić się z życiem.

152/366

sobota, maja 30, 2020

czwartek, maja 28, 2020

3826. 149/366

nie wiem i wiem jednocześnie.
nie wiem po co. wiem jak.

149/366

3825. Czytane tu (II)

Szedł do mnie razem z tomikiem, który musiałam mieć. Czuwał nad tym, by nie zdążyć dojść do mnie przed szpitalem, bo nie byłam na niego przygotowana. Wiedział, co robi! Z perspektywy czasu już wiem, że przed tym tomikiem istotne było, bym przeżuła i i przeżyła najpierw poniższe dwa fragmenty książki, która była lekturą szpitalną:

[…] rozdawanie kart przez los ma w sobie iskrę retrospektywnego geniuszu. Los nie daje nam wszystkich pięćdziesięciu dwóch kart, tylko — powiedzmy — cztery albo pięć. Tak się składa, że są to te same karty, którymi grali nasi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie. Dlatego są takie zniszczone. […]  Istnieją ledwo rozpoczęte projekty, wszędzie pałętają się nierozstrzygnięte i niedokończone sprawy. […]  Istnieje jednak pewna mała radość w odkryciu, że każdy z nas może dokończyć życie innych, zamknąć księgę, którą zostawili otwartą, i zagrać za nich ostatnią kartą. Cóż mogłoby być bardziej satysfakcjonującego niż świadomość, że uzupełnienie i dokończenie naszej egzystencji przypadnie w udziale komuś innemu, kto nas kocha i kogo my kochamy?

*

Jeśli los w ogóle istnieje, to droczy się z nami za pomocą schematów, które być może wcale nie są schematami, lecz sugerują jakiś zarodek sensu, coś w rodzaju zwiastowania intencji.

André Aciman, Znajdź mnie, przeł. Tomasz Bieroń,
Wydawnictwo: Poradnia K, Warszawa 2019.

Czekał na mnie dwa dni temu przy kawowym stoliczku. Zachwycił kompletnym brakiem znaków interpunkcyjnych. To nie jest tomik wierszy, to historia. Historia, która nie minęła. Historia, która trwa.

[…] odszedł
do wieczności
[…]

[…] która musi być
równie piękna jak każdy
z nas jak każde niebożątko

choć tego po nas (póki się
krzątamy) w ogóle nie widać

*

ponoć przeszłość jest wszystkim
tylko nie dniem błogosławionym
brzemiennym błogosławieni którzy
uwierzyli że mamy przed sobą

jutro bo ja niczego nie przewidziałem

*

innymi słowy byłem w wielu
miejscach których wszakże
nie opuściłem bo nie chciałem niczego
uronić ani jednej łzy

*

*

jedna i ta sama
samotność chodzi wokół mnie
i tańczy w deszczu
ponieważ nie jest deszczem

ponieważ nie jest wiatrem
oglądającym się za wczorajszym
chłopcem za tym co przeszłe

*

chłopiec który dokarmia
dwa wyimaginowane psy
przeszłość i przyszłość
z których bliżej prawdy

bliżej ciała znajduje się zawsze
mieszaniec lub zaropialec

*

w poezji wszystko można osiągnąć

i to od ręki matka uniknie
akcji „Wisła” ja zaś akcji „Hiacynt

*

jesteśmy albo nas nie ma
gdy pracujemy w milczeniu
w kamieniu i odkąd słowo
rozpadło się w pizdu (tak to

się mówi) i zarosło trawą
tak to się robi kiedy chce się
udźwignąć przeszłość (niczym
teraźniejszość) ustawić w świetle

jutrzejszego poranka i spodobać się
sobie zanim ktoś nas wyślizga

*

przez tę pierwszą zacząłem pisać i przez tę
drugą stałem się poetą (zawsze znajdzie się jakieś

dalibóg) i przez tę chorobę matki
jestem dziś wierszorobem przez nic więcej

*

coraz więcej wierszy nie chce
mnie znać nie wiem dlaczego

[…]
poezja nie musi trzymać się kupy
pardon natomiast ojczyzna musi

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki,
Nie dam ci siebie w żadnej postaci,
Lokator, Kraków 2016.

i co z tego skoro przyszedł
Norwid i na moich oczach
wszystko przewrócił do góry
nogami włącznie z poezją

*

i powiedzieliśmy sobie co najmniej
w chujnasób (dlatego nie udzielam
wywiadów) może ten oto tekst
przyśni się komuś innemu i przetrwa

w pierwszej czystej postaci
i nikt na tym nie straci

*

niech trwa rzeczywistość
w swoich ścisłych
granicach (w ścisłych skąpych
a jednak najpiękniejszych
)

(tamże)

3824. Czytane tu (I)

Usłyszałam w zeszłym tygodniu wiersz i wiedziałam, że muszę ten tomik mieć. Klik, klik, tylko „w papierzu”. Zamówiłam (z pewnym obrzydzeniem). Trzeba było tylko na niego zaczekać. Miałam nadzieję, że przed szpitalem zdąży przyjść. Nie zdążył.

Czekał na mnie. Wciągnął dwa dni temu przy porannej kawie. Wrażenia osadzić się musiały, bym wiedziała, które fragmenty pod ręką tutaj chcę mieć — poza usły­sza­nym, a dorzuconym do tomiku przez Autora (jak przeczytałam) w ostatniej chwili.

dwa kamienie z których ani ten po lewej
stronie ani ten po prawej nie nadaje się
do szeregu działań choć nam trzeba odwalić
tyle brudnej roboty wokół siebie w sobie

*

kiedy kończą się możliwości
zaczyna się opowieść
kiedy stajesz się jeszcze bardziej
bezradny i niczego już

nie ukryjesz zaczyna się poezja
w której co najwyżej spotkasz się ze sobą

*

niech zatem będzie, że mój
najlepszy nienapisany
wiersz jeden z wielu chodzi za mną
od lat
[…]

*

z językiem trzeba twardo
jest jaki jest kawałek
drewna którym się podpieramy
i posiłkujemy w drodze

lecz nie zawsze szczęśliwie
jest jaki jest i nie ma
cienia wątpliwości że to glina
udręczona tchnieniem

Pana Boga i przez każdego
z nas gdy brak tchu

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Gdyby ktoś o mnie pytał,
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020.
(wyróżnienie własne)

3823. Już czas!

Biały Kruk ma je na tapecie swojego komputera od prawie miesiąca. Ptasie zdjęcie. Prawie od miesiąca wracam do niego i gapię się w nie z zachwytem. Czekało.

Czekało na mnie, bo ja czekałam… na coś, choć nie wiedziałam na co. Gdy spotkałam poniższe słowa, wiedziałam, że nie muszę już czekać. Już czas — na gęsi, na wiersz, na to, co ze mną robią (wciąż i niezmiennie) — i gęsi, i wiersz.


fot. Saxifraga.

nie dowiesz się ode mnie
czym jest przeszłość
spójrz na ptaki jeżeli chcesz
wiedzieć kim byłeś

lub kim będziesz i czytaj więcej
poezji
[…]

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Gdyby ktoś o mnie pytał,
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2020.

wtorek, maja 26, 2020

3822. Czytane tam (II)

Tamta książka to był dobry strzał na szpitalny czas. Ale ta książka to był strzał w dziesiątkę — powieściowe odkrycie sezonu. Wygląda na to, że moje relacje z powieściami zaczynają układać się mniej makabrycznie.

To piękna książka o delikatności, kruchości i czasie. I o miłości, oczywiście, bo taki był klucz na czas „tam”. I… muzyczne nazwy dla poszczególnych opowieści — zachwyciły mnie ogromnie.

[…] nadal mieszka we mnie nastolatek, który czasem wypowiada kilka słów, ale potem chowa się w sobie. Ponieważ boi się zapytać, ponieważ sądzi, że go wyśmiejesz, jeśli zapyta, ponieważ nawet zaufanie jest trudne. Jestem nieśmiały, boję się i jestem stary.

*

Przeszłość, przyszłość, cóż to są za maski!

*

     — Czy to nie są absolutnie najgorsze scenariusze: coś, co mogło się zdarzyć, choć do tego nie doszło, ale nadal może, mimo iż straciliśmy już na to wszelkie nadzieje?

*

     — Miłość jest łatwa, tylko nie wszyscy z nas mają w sobie odwagę, żeby kochać. […]  Nauczyłem cię zaznaczać chwile, kiedy czas staje w miejscu, jednak znaczą one niewiele, jeśli nie znajdą odzewu u kogoś, kogo kochasz.

*

Jednak ilu z nas znajduje czas na dowiedzenie się tego, kim naprawdę byli nasi rodzice? Ile warstw mają ci, których we własnym mniemaniu dobrze znamy?

*

     — Po prostu się boisz.
     — Ale czego?
     — Że jutro może się to rozwiać. We mnie albo w tobie. Wcale nie musi
.

*

     — Jestem pewien, że jest ktoś, kto cię kiedyś poobijał lub zranił.
     — Był — odparłem. — Z niektórych związków wychodzimy pokancerowani i uszkodzeni. — Po chwili namysłu dodałem: — W moim przypadku to ja kancerowałem, ale to również ja nigdy się nie pozbierałem.
     — A ona?
     Zawahałem się.
     — On. Myślę, że też się nie pozbierał. Ale to było dawno temu. We Włoszech
.

*

— Czy to wszystko jest realne?
     — Ty mi powiedz. Ani ty, ani ja nie potrzebujemy dowodów
.

*

— Wolałabym wierzyć, że jest coś więcej niż codzienność. Nigdy jednak tego nie znalazłam, może dlatego, że boję się szukać. — Nie odpowiedziałem. — Nigdy tak nie rozmawiam z ludźmi.
     — Ja też nie.
     — Ciekawe, dlaczego żadne z nas tego nie robi
.

*

— To, kim dzisiaj jestem, w największym stopniu zawdzięczam tobie. To ty nauczyłeś mnie kochać — książki, muzykę, piękne idee, ludzi, a nawet siebie samego. Problem w tym, że czasem zapominam tę lekcję.
     — Dlaczego mi o tym opowiadasz? – zapytałem.
     — Bo zobaczyłem cię teraz nie jako ojca, ale jako zakochanego. Nigdy cię takim nie widziałem
.

*

„Czego ja chcę? Zna pan odpowiedź, Herr Bach? Jest coś takiego jak właściwe i niewłaściwe życie?”
     „Jestem artystą, przyjacielu, nie zajmuję się odpowiedziami. Sztuka zna tylko pytania. Poza tym masz już odpowiedź
”.

J.S. Bach, Arioso.

*

Przestał nagle pytać i zapadła cisza. Tak jak się spodziewałem, nie wyobrażał sobie, że można tyle lat być przywiązanym do kogoś, kto jest obecny, choć go tu nie ma.
     — To już przeszłość – powiedziałem, starając się naprawić wrażenie.
     — Nic nie należy do przeszłości
.

*

     — Niesamowite.
     — A nie mówiłem
?
     — Sono senza parole, nie mam słów — powiedziała po włosku.

André Aciman, Znajdź mnie, przeł. Tomasz Bieroń,
Wydawnictwo: Poradnia K, Warszawa 2019.
(wyróżnienie własne)

Ludzie raczej nie lubią się chwalić, że żyją na dwóch równoległych pasach, ale wszyscy mamy wiele żyć, ułożonych jedno za drugim albo obok siebie. Niektóre życia czekają na swoją kolej, ponieważ w ogóle jeszcze nie zostały przeżyte, niektóre umierają, zanim zostaną przeżyte do końca, a jeszcze inne chcą zostać przeżyte ponownie, ponieważ pierwszy raz był niewystarczająco intensywny. Ogólnie rzecz biorąc, nie wiemy, jak myśleć o czasie. Ponieważ czas rozumie sam siebie inaczej, niż my go pojmujemy, ponieważ czasu nie obchodzi, co o nim myślimy, ponieważ czas jest tylko chwiejną, zawodną metaforą tego, jak myślimy o życiu.

*

     — Tak, ty.
     — Przecież nie wiedziałeś, że mnie spotkasz.
     — Nieistotny szczegół. Los działa do przodu, do tyłu i w poprzek, i nie dba o to, jak analizujemy jego cele za pomocą naszych chwiejnych pojęć typu „przedtem” i „potem
”.

*

     — Powiedz mi coś, cokolwiek — poprosiła.
     — Chcę przyjść tutaj z tobą jutro wieczorem.
     — Ja też
.

*

     — No ładnie! — wyjąkał, nie ukrywając radości. — A co będziecie robili przez cały ten czas?
     — Nie wiem. Jedli, robili zdjęcia, odwiedzali ludzi, byli razem.
     — Spacerowali – dodałem
.

(tamże)

3821. Czytane tam (I)

Pandemiczny czas w szpitalu — zero odwiedzin, zero dostaw buziaków i jedzenia; uśmiechy wyłącznie przez telefon. Klucz od początku był prosty — wobec powyż­szych ograniczeń postanowiłam czytać wyłącznie o miłości. Ta książka to był dobry strzał. Puenta — genialna!

[…]  kostium za kostiumem. Każdy jest żartem i to on jest jego przedmiotem. Marny dżentelmen. Marny autor. Marny turysta. Marny hipster. Marny kolonialista. Gdzie jest prawdziwy Marny? Marny młody mężczyzna w obawie przed miłością? Śmiertelnie poważny Marny sprzed ćwierć wieku? No więc jego akurat nie spakował. Po tylu latach nie wie nawet, gdzie go wsadził.

*

Informatycy, którzy zakładali, że Marny śledzi wnikliwie rozwój nowoczesnych technologii, ale nie czuli się zobligowani do śledzenia wydarzeń literackich. Politycy, którzy mierzyli go wzrokiem, jakby zdejmowali miarę na garnitur. Aktorzy wypożyczający go na czerwony dywan. Fotograficy chwytający go we właściwym świetle. Może by się nadali. Wielu by się nadało. Bardzo wielu ludzi jakoś tam się nadaje. Tylko że jak człowiek choć raz się zakochał, to nie wystarcza mu taki, co się „nada”. To gorsze niż żyć z samym sobą.

*

W Nowym Jorku mieszka osiem milionów ludzi, z których jakieś siedem milionów wścieknie się na wieść o tym, że będąc w mieście, nie umówiłeś się z nimi na kosztowną kolację, pięć milionów rozżali, że nie przyszedłeś podziwiać ich nowo narodzonego dziecka, trzy miliony wkurzy się, że nie zobaczyłeś ich nowego przedstawienia, milion zirytuje się, że nie zadzwoniłeś z propozycją seksu, ale może pięć osób znajdzie czas na to, by faktycznie się z tobą spotkać. I absolutnie uzasadnione jest niedzwonienie do żadnej z nich.

*

     — Byłem kiedyś na kolacji — mówi Javier — i siedział obok mnie jakiś starszy gość. Co za nudziarz! Cały czas gadał o nieruchomościach. Pomyślałem: Boże, błagam, spraw, żebym na starość nie stał się taki jak on. A później się dowiaduję, że był rok młodszy ode mnie.

*

Miłość popsuł im regał na książki, z którego nieżyjący pisarze gapili się na nich jak psy warujące w nogach łóżka.

*

[…]  dostrzegła go Stella i podeszła do niego swoim czaplim krokiem. Była nieładna i kanciasta, koścista i zbyt wysoka, ale swoje niedostatki celebrowała z gracją i pewnością siebie, aż stały się w oczach Marny’ego piękne.

*

     — […] Mieliśmy znakomitą listę gości. Fairborn i Gessup, McManahan, O’Byrne, Tyson, Plum.
     Marny przetrawia tę informację.
     — Ale Harold Plum nie żyje.
     — Lista uległa pewnym zmianom — przyznaje Mózg. — Ale pierwotnie była majstersztykiem. Mieliśmy Hemingwaya. Faulknera. Woolf
.

*

Nikt nie mógł się równać z Marnym w umiejętności opuszczania pokoju mimo fizycznej w nim obecności.

*

Do tej pory Marny był przekonany, że jest po prostu kiepskim pisarzem. Kiepskim kochankiem, kiepskim przyjacielem, kiepskim synem. Najwyraźniej padł ofiarą dolegliwości znacznie poważniejszej: jest kiepski w byciu sobą. Przynajmniej — rozmyśla, patrząc przez pokój na Finleya zabawiającego gospodynię – nie jestem niski.

*

Jak to jest, że w średnim wieku tyle rzeczy potrafi człowieka znudzić — filozofia, radykalizm, wszystkie te niepożywne erzace — a zawód miłosny nadal tak dotkliwie rani?

*

     — Słyszałem, że poprzedniego wieczoru Freddy…
     Od strony wielbłąda Zohry dobiega jej donośny głos:
     — Weźcie się, kurwa, zamknijcie! Rozkoszujcie się, kurwa, zachodem słońca na waszych, kurwa, wielbłądach! Chryste
!

*

     Mohammed odwraca się i mówi:
     — Och, ale na pustyni jest wi-fi.
     — Naprawdę? – pyta Lewis.
     — Ależ oczywiście, wszędzie — mówi Mohammed, kiwając głową.
     — Och. Świetnie.
     Mohammed unosi do góry palec.
     — Problemem jest hasło
.

*

Jako dziewięciolatki wspinamy się na drzewa wyższe od lęków naszych matek. Jako dwudziestolatki wdrapujemy się po ścianie dormitorium, by zaskoczyć śpiącego kochanka. Jako trzydziestolatki wskakujemy do zielonobłękitnego oceanu. Jako czterdziestolatki patrzymy już tylko z uśmiechem. A gdy na liczniku cztery dziewięć?

*

     — Kluczem do mówienia w obcym języku — obwieściła im — jest śmiałość, a nie doskonałość.

*

     — Mój rok urodzenia napisano jeden dziewięć seks cztery.
     — Jeszcze raz?
     — Mój rok urodzenia to seks pięć.
     — Chodzi panu o to, że urodził się pan w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym?
     — Dokładnie. Dziennikarz napisał, że mam pięćdziesiąt lat. A ja mam czterdzieści dziewięć!
     — Ach! Na obwolucie błędnie podaliśmy pana rok urodzenia, więc dziennikarze piszą, że ma pan pięćdziesiąt lat. A pan ma zaledwie czterdzieści dziewięć. Ogromnie mi przykro. To musi być takie frustrujące!
     (Długa pauza).
     — No właśnie, właśnie, właśnie. – (Śmiech). – Nie jestem staruszkiem
!

*

Jego umysł skupia się na pojedynczej plamce światła. A jeśli ta powieść nie będzie wcale rzewna i przejmująca? Jeśli to nie będzie historia smutnego faceta w średnim wieku krążącego po rodzinnym mieście, wspominającego przeszłość i lękającego się przyszłości, perypatetyzm żalów i upokorzeń, wietrzenie samotnej męskiej duszy? Jeśli nie będzie nawet zwyczajnie smutna?

*

     — Do Kioto! Japonia! Ale wracam się z tobą zobaczyć.
     — Daj se spokój. Nic mi nie jest. Straciłem małą motorykę, ale nie, kurwa, rozum. Patrz, co mi tu każą robić. — Bardzo powoli udaje mu się unieść dłoń. Trzyma w niej jaskrawozieloną plastyczną kulkę. — Muszę to cały dzień ściskać. Powiedziałem ci: to jest życie po życiu
.

*

Jutro z pewnością tajemnica miłości stanie się jeszcze głębsza.

*

     — […] Chcę ci tylko powiedzieć… — Tyrada najwyraźniej go zmęczyła, zmuszony jest wziąć kilka głębokich wdechów. — Chcę ci tylko powiedzieć: witamy w pierdolonym życiu. Pięćdziesiątka to nic. Cofam się myślami do pięćdziesiątki i myślę sobie: kurwa, czym ja się tak przejmowałem? Spójrz na mnie teraz. To już życie po życiu. Idź i baw się dobrze.

*

— Chciałbym, żeby zadał pan sobie pytanie: dlaczego? Wszystko, co wydaje się tu panu dziwne albo głupie: dlaczego?

Andrew Sean Greer, Marny,
przeł. Dorota Konowrocka-Sawa,
W.A.B., Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

Prawie sześćdziesiąt lat wcześniej, tuż po północy, jakiś metr od rzeki, na której tańczyli, doszło do cudu współczesnej inżynierii: w ciągu jednej nocy powstał mur berliński. To było 15 sierpnia 1961 roku. Szesnastego berlińczycy obudzili się na to dziwo, z początku bardziej płot niż mur: wbite w ulice betonowe słupki ozdobione drutem kolczastym. Wiedzieli, że czekają ich problemy, ale spodziewali się jakiejś gradacji. Życie tak często nadchodzi znienacka. I kto wie, po której znajdziesz się stronie.

(tamże)

3820. Zielnik (IV)

Nie mam pojęcia, jak nazywa się to drzewo (krzew?). Wiem, że ma obłędnie pięknie rzeźbione liście. Prawie trzy tygodnie czekałam, aż zakwitnie. Zakwitło w przeddzień szpitalnego czasu. Dziś już kończy kwitnienie, ale czyni to równie pięknie.

Teraz pozostaje czekać na botaniczne oko Saxifragi, które będzie znało imię nieznajomej zieloności.


Saxifraga:
(napisała popołudniu)
Jarząb pośredni
(krzew)

poniedziałek, maja 25, 2020

3819. Tam (XVI)






wszystkiego tam: 19 450 m

3818. 142–146/366

szpital w czasach zarazy — oblężona przez wirus twierdza. każdy oddział jak poródowka rodem wprost z lat siedem­dzie­sią­tych XX wieku. żaden ojciec obojga płci nie przeciśnie się.

142–146/366

środa, maja 20, 2020

3817. 141/366

czasem łatwiej przyjąć cierpienie niż miłość. dopiero gdy już nie ma miejsca (chwilowo?) na więcej cierpienia, nie pozostaje nic innego, niż dojrzeć i przyjąć miłość. już to wiem.

141/366

3816. Też już skończona

W dniu premiery dwa papierowe egzemplarze w ramach wspierania księgarni kameralnych szły do swoich nowych właścicieli. W dniu premiery zaznaczyłam tę książkę do upolowania (nigdzie mi się nie śpieszyło), by dwie godziny później mieć ją na czytniku, bo dowiedziałam się, że w środku jest rozmowa z Justyną Kopińską, a ja jedną Jej wielbicielkę znam i tę wielbicielkę uwielbiam, i Ona muuusiała tę książkę mieć, już-i-natychmiast.

Po przeczytaniu wstępu postanowiłam wrócić do książki Jana Szczepańskiego, gdy tylko dotrę do Małej Danii, bo tam ta książka od dziesięcioleci mieszka.

Znałam te rozmowy, ale z przyjemnością do nich wróciłam, gdy przeczytałam te fragmenty, których nie znałam. Czytając, słyszałam głos Profesora. Z przyjemnością czytałam o wszystkich jego lekturach. Ta książka koi niezgodę na Jego nieobecność, ale zbyt szybko się kończy.

Pewnie jeszcze długo krążyłabym po tej książce, by wybrać cytaty, ale robię to dziś, by mieć puste czytelnicze „naczynie” przed jutrzejszym udaniem się do szpitala.

Dla niniejszego zbioru zaproponowałam tytuł „Ludzkie sprawy”. Nieprzypadkowo. Mieliśmy z Wiktorem ulubioną książkę o prawie identycznym tytule — „Sprawy ludzkie” Jana Szczepańskiego (Czytelnik, 1978). Wielokrotnie, przez lata, czytaliśmy eseje Szczepańskiego o cierpieniu, losie, samotności, człowieczeństwie, irracjonalności, obojętności, starości, śmierci i życiu — czyli o wszystkim, co ludzkie. Coraz bardziej sfatygowany tom w beżowej tekturowej okładce wędrował z lewego stolika nocnego w naszej sypialni na prawy, w zależności od tego, które z nas akurat dopadł jakiś dylemat filozoficzny lub życiowy lub kto potrzebował wsparcia duchowego naprawdę dojrzałego myśliciela.
// Ewa Woydyłło-Osiatyńska

*

Ktoś mi kiedyś powiedział ciekawe zdanie: nie jest problemem, że masz problem, ale problemem jest, jeśli w tym roku masz ten sam problem co rok temu, bo to oznacza, że nic z nim nie zrobiłeś.
// Wiktor Osiatyński

*

Trzeba pozwolić sobie na ciszę, zorganizować ją i posłuchać.
// Mika Dunin

*

[W.O.] Czy człowiek składa się z innych ludzi, z wielu miejsc, z różnych epok? Czy rzeczywiście tak jest?
     
[Agata Tuszyńska] Tak. Ci inni, z którymi dane nam było się spotkać, tworzą naszą tożsamość, naszą istotę. Moim zdaniem tworzą nas przeszłość, pamięć i inni ludzie.
     [W.O.] Ale często chcemy o tym zapomnieć.
     [A.T.] Niesłusznie.

*

[…] uświadomiłam sobie, że gdy człowiek się boryka, potyka i zmaga, nawet wówczas, gdy coś się nie udaje, to na tej wyboistej drodze z błockiem też można być szczęśliwym.
// Paulina Młynarska

*

[W.O.] No dobrze, znalazła pani u mnie ten wskaźnik i mówi mi pani, że co mam zrobić? Co pani może zrobić, co ja mogę zrobić?
     [Maria Barcikowska] Proste rzeczy. Powiem panu, żeby w sposób racjonalny i uporczywy ćwiczył pan zarówno mózg, jak i ciało, ponieważ są one bardzo ze sobą związane. […] Chodzenie zdecydowanym krokiem, bo to stymuluje okolice hipokampa i to jest bodziec dla tego na pół gwizdka pracującego mózgu.

*

A poza tym przebaczenie to jest proces. Niekiedy długi, skomplikowany i trudny. Ale każdy zaczyna się tak samo. Od pierwszego kroku. A tym pierwszym krokiem do przebaczenia jest decyzja: chcę przebaczyć. A potem trzeba iść w tym kierunku. Konsekwentnie.
// Ewa Woydyłło-Osiatyńska

*

Między „kiedy” i „dlatego” jest różnica jak między wolnością i niewolą.
// Wiktor Osiatyński

*

Bo jeżeli jestem wierny sobie, to mam pewien zbiór wartości, chcę ich przestrzegać i nazwałbym to wtedy uczciwością wewnętrzną. Wyznaję pewne zasady i ich nie łamię. Natomiast nie narzucam ich innym. Gdy zaś jestem wierny Bogu albo jakiejś ideologii, wtedy chcę, żeby ona była dominująca. I narzucam ją innym.
// Wiktor Osiatyński

*

Została mi półka z książkami Profesora. Jego dedykacje układają się w życiowe credo:
     — pogody ducha („Rehab”),
     — pogodnego poznawania siebie („Litacja”),
     — trafnego wyboru dróg („Drogowskazy”),
     — radości („Rehabilitacja”).
     I jeszcze ta najważniejsza dla mnie rada, która w internecie uzyskała status wirala: najważniejsze to rano wstać i odpieprzyć się od siebie.
     Dziękuję
.
// Dorota Wodecka

*

[D.W.] A poza tym dobrze jest?
     [W.O.] Jeszcze nie. […] Ale będzie lepiej. No i humor w porządku. W końcu to tylko życie.

Wiktor Osiatyński, Dorota Wodecka, Ewa Woydyłło-Osiatyńska,
Ludzkie sprawy. Pyta i odpowiada Wiktor Osiatyński,
Agora, Warszawa 2020.
(wyróżnienie własne)

wtorek, maja 19, 2020

3815. Chwila z Kaan wieczorową porą

(wczoraj późnym wieczorem,
mokro, ciemno, cicho
)
Jabłoń:
(zrobiła krok i zastygła w bezruchu)
O, Boże! Zdeptałam ślimaka!

Kaan:
Byłaś szybsza!

Jabłoń:
(pierwszy raz śmiała się ze swojego sm)

Kaan & Jabłoń:
(dłuższą chwilę nie mogły przestać się śmiać)

(3813+1). Dotykając duchowości

Jedna książka, dwa wrażenia. Wrażenie drugie, ważniejsze, najważniejsze.

Słowa Duchownego w tej książce i klamka zapadła. Zero zniechęcenia, choć dostępna tylko „w papie­rzu”, a Autor Ojcem jest — wiedziałam, że muszę ją mieć. Klik, klik, trzy dni czekania i była na kawowym stoliczku, bo papier czytany jest wyłącznie w świetle dziennym.

Tydzień temu skończyłam. Musiałam skończyć jeszcze jedną książkę, rozgrzebać kolejne dwie, by do tej wrócić i zdecydować się na wybór cytatów.

Napisać, że mądra, to mało. To książka, która krok po kroku tłumaczy, dlaczego wyjście z polskiego kościoła katolickiego jest naturalnym i kolejnym krokiem na drodze rozwoju duchowego. A tym, którzy jeszcze tkwią w kościele (tym z małej litery) dedykuję piękny i mądry Moniki Białkowskiej tekst (podrzuciła mi go Kaan). Ten mały kościół dużo traci, nie słysząc kobiet.

Człowiek — czego dowodzą rozliczne, odnajdywane na różnych płaszczyznach symptomy — staje przed przynajmniej dwoma poważnymi zadaniami życiowymi. Pierwsze polega na zbudowaniu solidnego „naczynia” lub tożsamości; drugie — na znalezieniu zawartości, którą owo „naczynie” ma pomieścić.

*

Prędzej czy później — jeśli człowiek żyje zgodnie z klasycznym „harmonogramem duchowym” — pojawi się w jego życiu wydarzenie, osoba, idea, związek lub śmierć, z którymi nie będzie umiał sobie poradzić, o ile wykorzysta jedynie bieżące umiejętności, nabytą wiedzę lub silną wolę. W sensie duchowym człowiek musi zostać doprowadzony do kresu tego, co posiada i potrafi.

*

W duchowej rzeczywistości, zanim czegoś nie utracimy, nie zignorujemy, nie pominiemy, nie zatęsknimy za czymś, nie wybierzemy — nie zdołamy niczego odnaleźć na nowo, już na innym poziomie.

*

Żaden problem nie może zostać rozwiązany
przy użyciu tej samej świadomości,
która go spowodowała
.

Albert Einstein
(1879–1955)

*

Większość ludzi myli swoją sytuację życiową z prawdziwym życiem, płynącym pod powierzchnią codziennych wydarzeń.

*

Trzeba fundamentalnej ufności, by nie rozpaść się po upadku lub porażce.

*

Suniemy naprzód jak łyżwiarze, których ruch do przodu polega jednak na kierowaniu stóp na boki — wciąż od nowa.

*

Musi zaistnieć, i  — o ile jesteśmy uczciwi — zawsze zaistnieje przynajmniej jedna sytuacja w naszym życiu, której nie będziemy potrafili załatwić, kontrolować, wyjaśnić, zmienić lub nawet zrozumieć.

*

Ludzie dojrzali nie myślą w kategoriach albo-albo, lecz zanurzają się w oceanie zarówno-jak […].

*

Twórcze powątpiewanie nieustannie sytuuje mój umysł na poziomie dla „początkujących” — wspaniały sposób na ciągłe wzrastanie, niesłabnącą pokorę i życie w szczęśliwym zdumieniu.

*

Na szczęście mądrość żyje wespół z tajemnicą, powątpiewaniem oraz „niewiedzą” i w ten sposób paradoksalnie tajemnicę do pewnego stopnia odkrywa. Nigdy nie udało mi się rozgryźć, dlaczego niewiedza staje się w istocie kolejną postacią wiedzy.

*

[…] by dotrzeć do punktu, w którym jestem teraz, potrzebowałem trochę czasu — stopniowo nauczyłem się większej cierpliwości i współczucia. Nie muszę już popychać rzeki, ani jej posiadać; nie muszę nikogo nakłaniać, by wszedł akurat do mojj rzeki; nikt też nie musi nazywać rzeki w moim języku, bym mógł zaufać jemu i jego dobrej woli. By dotrzeć do tak rozległego, dobrego miejsca, trzeba wiele razy tonąć w swojej własnej, zbyt maleńkiej rzeczce.

*

Życie, o ile jesteśmy wobec niego szczerzy, to mnóstwo słabości i upadków pośród pełnego nadziei wzrastania i sukcesów.

*

Wyruszenie w drogę jest zawsze aktem wiary, stanowi ryzyko w najgłębszym tego słowa znaczeniu, ale oznacza również przygodę.

*

Nie chodzi o to, że cierpienie lub niepowodzenie mogą się zdarzyć, że przydarzą ci się, jeśli będziesz zły (a tak często myślą ludzie pobożni) albo dopadną pechowców, kogoś zupełnie innego i gdzieś indziej; nie w tym rzecz, czy można tych wydarzeń uniknąć dzięki inteligencji lub prawości. Otóż nie — one przydarzą się również tobie!

Richard Rohr, Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia, przeł. Beata Majczyna, Wydawnictwo WAM, Kraków 2017.

Widzenie oczyma mądrości zawsze dążyło najpierw do zmiany widzącego; wówczas okazywało się, że to, co on widzi, przeważnie samo się o siebie zatroszczy. Prawie zawsze jest to tak proste i zawsze tak trudne.

(tamże)

3813. Brzydzę się tobą, polski katoliku!

Jedna książka, dwa wrażenia. Wrażenie pierwsze.

Kościół to wspólnota wiernych… nauczają w okolicach bierzmowania. Owieczki nie wydają się tego brać na serio. Dają się prowadzić infantylnym intelektualnie (jakby było mało, to nieetycznym i niemoralnym) starym dziadom na kościelnych stano­wis­kach, zamiast przestać chodzić do kościoła, dopóki kościół-instytucja się nie ogarnie. Takie (najbardziej cenzuralne zdania) przychodziły mi na myśl po obejrzeniu nowego filmu Sekielskich (Zabawa w chowanego).

Żyję w kraju, w którym mądrym duchownym zamyka się usta lub wysyła za granicę. Właśnie dotarło do mnie, że na ulicy omijam księży dokładnie tak samo jak policjantów — taki klimat. Od wielu lat nie spodziewam się człowieka w środku czarnego lub niebieskiego munduru, a siostry zakonne i kobiety uczęszczające regularnie do kościoła są dla mnie obleczonym w ciało syndromem sztokholmskim.

Autor tej wspaniałej książki od początku jest katolikiem (zakładam, że czytelnik już wie, iż od czterdziestu lat jestem również księdzem, a franciszkaninem niemal od pięćdziesięciu), nie jest polskim klechą i… ma labradorkę, ale o tym dowiedziałam się dopiero będąc w środku książki. Tego, co o kościele, nie chciałam mieszać z tym, co wzięłam dla siebie z tego wszystkiego, co przemyślał i zapisał. Odrobinka mizo­ginii w jednym z poniższych cytatów ubawiła mojego wewnętrznego szowinistę — ja pozostałam w szoku, że tak to ujął ten mądry Człowiek.

Można powiedzieć, że tragedie („pieśni kozła”) rasizmu, niewolnictwa, seksizmu, wypraw krzyżowych, inkwizycji i obu wojen światowych — wszystkie one zaistniały w chrześcijańskiej Europie i były przez nią tolerowane — stanowią niewiarygodną manifestację naszego rozczarowania i odrazy do samych siebie oraz do siebie nawzajem. Nie potrafiliśmy bowiem sprawić, by świat, który miał być podobno dobry i doskonale uporządkowany, rzeczywiście taki się stał. Nie potrafiliśmy pokochać niedoskonałości ani w nas samych, ani w świecie natury — jakże więc moglibyśmy budować mosty łączące nas z żydami, muzułmanami, ludźmi innych rasm, a także z kobietami, grzesznikami czy nawet przedstawicielami innych wyznań chrześcijańskich? Nikt z nich nie pasuje do „ładu”, o którym wstępnie zdecydowaliśmy. Musieliśmy zabijać, wymuszać, więzić, torturować i niewolić resztę świata. Nie dźwigaliśmy krzyża, poczucia tragiczności życia, za to jesteśmy ekspertami w sprowadzaniu tragedii na innych.

*

Jednak w większości religii instytucjonalnych odnajdują się przede wszystkim ludzie obsesyjnie dążący do jakiegoś idealnego ładu, który nigdy nie jest prawdziwy; osoby te rzadko czują się więc szczęśliwe czy usatysfakcjonowane. […] Religia zorganizowana nigdy nie postawiła na ducha scalania, włączania czy swobodę kontaktu z różnorodnością. A przecież nasz jedyny istniejący świat to właśnie mnogość, wielorakość i rozmaitość!

*

Grzechem jest pozostawanie na powierzchni nawet świętych rzeczy, takich jak Biblia, sakrament czy kościół.

*

My, duchowni, zaangażowaliśmy się w „zarządzanie grzechem”, zamiast ten grzech przemieniać. „Jeżeli nie jesteś doskonały, to znaczy, że ty robisz coś złego” — tak nauczamy ludzi.

*

Kościół jest zatem zarówno największym moim problemem intelektualnym i moralnym, jak i domem dającym największą pociechę. Kościół to żałosna dziwka a zarazem wielokrotna panna młoda, z którą można mimo wszystko stworzyć wspaniałe małżeństwo. […] W pewnym (dość dosłownym) sensie Kościół jako taki jest pierwszym krzyżem, na którym umiera Jezus, skoro ograniczamy, zniekształcamy i usiłujemy kontrolować owo zawsze przerastające nas przesłanie.

*

Musimy się zdrowo naszamotać z zasadami, zanim je odrzucimy.

Richard Rohr, Spadać w górę. Duchowość na obie połowy życia, przeł. Beata Majczyna, Wydawnictwo WAM, Kraków 2017.


fot. Gepardzica, fragment.

poniedziałek, maja 18, 2020

(3811+1). Zaskoczenie

(wczoraj wczesnym wieczorem)
Jabłoń:
(podziwiała kwietną piękność)
Skąd je wziąłeś?

Sadownik:
Z miłości.

Konwalie:
(to „nasze” kwiaty)

niedziela, maja 17, 2020

3811. 138/366  //  à la e.e. cummings

mił
    ość.

dwa
   dzieś
ciadw
   a
   la
   ta
   ra
zem.

chw
i l a.

138/366

__________
dokładnie dwadzieścia dwa lata temu w południe (wtedy była też niedziela) po raz pierwszy Sadownik i Jabłoń powiedzieli sobie do zobaczenia.

sobota, maja 16, 2020

3810. 137/366

co jakiś czas słyszę, jak liże łapy, choć wyjechała z Sa­dow­ni­kiem w środę. w pustym do niedzieli miejscu po Jej klatce Kaan zostawiła prezencik. czeka (przepięknie) na Kudłatą.

137/366