Catty, Hawwa, Sadownik & Jabłoń:
(od dawna umówieni byli
na dobre, wspólne chwile)
Jabłoń:
(przechyla się, przymyka oko,
wygina szyję, gapi się w punkt)
Catty:
Co robisz?
Jabłoń:
Szukam zdjęć…
(znalazła kilka)




Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Catty, Hawwa, Sadownik & Jabłoń:
(od dawna umówieni byli
na dobre, wspólne chwile)
Jabłoń:
(przechyla się, przymyka oko,
wygina szyję, gapi się w punkt)
Catty:
Co robisz?
Jabłoń:
Szukam zdjęć…
(znalazła kilka)




Najbardziej zaskakująca dla mnie osoba na spotkaniu: Niespodzianka — do wczoraj znałam Ją tylko z opowieści — napisała dziś do mnie:
Mam swoje drzewo wspomnień. Konary tego drzewa to inicjały tych, którzy odeszli, ale pozostają w mojej pamięci.
Poruszyły mnie te słowa, zachwyciło drzewko. Poruszyły i zachwyciły — i słowa, i drzewko — do łez. Tych dobrych, bo z wdzięczności. Dzisiaj wyszyła inicjały Białego Kruka, tym samym żegnając się z Nim. Poruszona poprosiłam o zgodę na Jej słowa i drzewko. Otrzymałam ją i będą tu — i słowa, i drzewko — już zawsze pod ręką.
nie umierają Ci, którzy żyją w naszej pamięci.
Autorka: Najwspanialsza Niespodzianka.
dobrzy, serdeczni, Twoi, Biały Kruku, bardzo Twoi! od dziś trochę moi. spotkaliśmy się, by pobyć razem, by Cię wspomnieć, by uczcić to, że mieliśmy szczęście nie raz śmiać się razem z Tobą.
47/365

Astor Piazzolla, Tango Pour Claude,
Richard Galliano (akordeon).
ukradkiem patrzyłam na tamten stolik. dziś, pusty czekał na ludzi równie radosnych jak nasza trójka w sierpniu zeszłego roku — wtedy, patrząc na Ciebie, pomyślałam, że nareszcie, Biały Kruku, znów jesteś szczęśliwy.
tamta sierpniowa chwila, dziś u mego boku, wbijając wzrok w tamten stolik, z łatwością wyciskała ze mnie łzy.
46/365

smutek w kształcie krasnala ogrodowego wytrwale stał pod wiatą śmietnikową.
— kto pokocha?
— smutek czy krasnala?
45/365

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Saxifraga rękę na kocim pulsie trzyma od zawsze. Wie, że dobre ilustracje w książkach cieszą nie tylko me oko, więc dała cynk. Zrobiłam tylko klik, klik i wiedziałam, że radość pomnożę jak szczęście, dzieląc te kreski z kociarami, które są częścią mojego życia.
W przeciwieństwie do Autorki i Ilustratorki od zawsze byłam psem, a dokładniej pitbulliną, choć moja potrzeba codziennej porcji samotności — używanej jako narzędzia do higieny psychicznej — z pewnością ma kocią naturę. Pod wieloma względami Biały Kruk wiedział, co w trawie piszczało, mówiąc o mnie „wybryk natury”. Dopiero po Jego śmierci dotarło do mnie, że było w tym stwierdzeniu więcej dumy niż drwiny.
[…]
klauzula nr 7: „Zgodnie z Miejskim Prawem Wynajmu właściciel wyraźnie zabrania najemcy posiadania jakiegokolwiek zwierzęcia domowego w zajmowanym mieszkaniu. […]”.
Spędziłam ten czas, tęskniąc za zwierzęcymi pieszczotami i karmiąc czasem jednego czy drugiego bezpańskiego kota, który pojawił się na mojej drodze. Wtedy właśnie podjęłam decyzję, że gdy tylko skończę studia i wyprowadzę się do innego miasta, nie będzie już żadnych wymówek i wrócę do swojego kociego życia.
Zakaz z klauzuli nr 7 obudził we mnie potrzebę szukania kotów we wszystkich pracach artystycznych i obrazach, które pojawiały się przed moimi oczami, gdy studiowałam historię sztuki. Doszłam do wniosku, że koty od wieków inspirują i uwodzą artystów w każdym zakątku świata, od starożytnego Egiptu, gdzie uważano je za wcielenia bogów, po współczesność, kiedy to wielu z nas, skromnych ludzi, wciąż je uwielbia, jakby dalej były bogami.
*

Maud Lewis
(1903–1970)
*
Gdy ktoś zorientuje się, że lubię zwierzęta, zawsze zadaje pytanie, czy „bardziej interesuję się kotami, czy psami”, a ja, już trochę nauczona doświadczeniem, zwykle odpowiadam, że kocham psy, ale odkąd tylko pamiętam, zawsze byłam kotem.

Myślę, że one też mnie szukają, a przynajmniej chcę tak myśleć. My, ludzie uwielbiający zwierzęta, zwykle dostrzegamy piękno w nich wszystkich i w każdym z osobna. Bardzo trudno jest nam iść przez życie, w ogóle o nich nie myśląc.
*

*
Ludzie są zbyt zadufani i pewni siebie. Ale mieszkam z kotami przez większość mojego życia i wiem, że można zobaczyć i poczuć świat inaczej.
// Thomas Stearns Eliot
(1888–1965)

[John Bradshaw] powiedział, że nasze domowe mruczki nie postrzegają nas jako ludzi, ale jako gigantyczne koty na ich usługach. Przez cały czas spędzany z nami uczą się nas i sprawdzają, by dowiedzieć się, jak spowodować, żebyśmy robili to, czego potrzebują.
*
Hej był kotem, który czcił słońce, tak samo jak Egipcjanie czcili boga Ra. Głównym życiowym zajęciem Heja było pochłanianie naturalnego światła i dlatego miał doskonale przestudiowaną drogę promieni wpadających do domu przez okna. Zmieniał pozycję w miarę upływu godzin. W zależności od pory roku oraz ilości liści na drzewach lub na podłodze balkonów wybierał dogodne ułożenie, dostosowane do dostępności i natężenia światła.
Uwielbiałam go głaskać i czuć ciepło jego ciała, i chyba nigdy nie zdarzyło się, żebym nie uśmiechnęła się ze szczęścia, gdy patrzyłam, jak komfortowo czuje się w życiu, które wspólnie prowadziliśmy.
*
Mówi się, że zwierzęta wyczuwają, kiedy nie czujemy się dobrze, i instynktownie są gotowe nas chronić, a w przypadku kotów takie starania są szczególnie silne. Za każdym razem, gdy chorowałam, Hej nie odstępował mnie na krok.
*
Kiedy zwierzę jest częścią twojego życia, towarzyszy ci do końca twoich dni […].

Wspólne dni mijały powoli i spokojnie; zawsze byłam wdzięczna za każdy kolejny, który nastał.
*

Nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę być smutna.
Nie wiem też, czy w ogóle chcę, żeby mi to minęło.

*
W 1946 roku Kübler-Ross odwiedziła wyzwolony dwa lata wcześniej obóz zagłady w Majdanku […] było tam jeszcze coś, czego nie spodziewała się znaleźć. Ściany pokryte były setkami wykonanych małymi paznokciami rysunków, które przedstawiały motyle. Kübler opowiadała potem, że potrzebowała dwudziestu pięciu lat pracy z umierającymi pacjentami, by w pełni zrozumieć, co to oznaczało: te dzieci wiedziały, że umrą, i zostawiały przesłanie nadziei. Ich ciał już nie ma, ale dzięki motylom żyją na zawsze w ludzkiej pamięci.

*
Życie stało się czymś innym. Z beztroską możliwością wyjścia z domu bez zastanawiania się i podejmowania środków ostrożności, z brakiem harmonogramów naznaczonych rutyną opieki i leków, ale też z brakiem entuzjazmu. Z niemal kompulsywną potrzebą pieszczenia, zajmowania się i bawienia ze zwierzętami znajomych, która zaczęła budzić uśpioną chęć ponownego dzielenia się swoim życiem i przestrzenią.
Ale strach przed cierpieniem tłumił te pragnienia, a decyzja po chwili przeradzała się w niezdecydowanie, a potem znowu w decyzję i tak dalej, tysiące razy, w nieskończonej pętli.

Pewnego dnia, nie wiedząc tak naprawdę, jak do tego doszło, poczułam, że w końcu jestem gotowa, by wprowadzić do mojego życia nowe zwierzę. Pragnienie wygrało z bólem.

Laura Agustí Corrado, Historia pewnego kota,
przeł. Urszula Żebrowska-Kacprzak,
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)


*
Marina nigdy nie mogła powstrzymać się przed pójściem na skróty przez pola, a to miało swoje konsekwencje.

(tamże)
Niedzielne odliczanie literek, raz. Kisiłam tę książkę i informację o niej od listopada zeszłego roku, bo miałam powód. Gdy tylko Wielka Kocica została urodzinowo obdarowana tym wyborem literek, wzięłam się do czytania, nie wiedząc jeszcze, że ruszę w koci, ciut trudny, tydzień — dużo snu i tylko troszkę czytania, ale za to pokrytego kocimi kłaczkami.
Tytuł i podtytuł nie skusiłyby mnie do klik, klik i czytania, ale kreska na okładce zachwyciła mnie tak, że nie dałam sobie nawet wyboru. Wszystko, co w tej książce ważne, mądre, poruszające, zatrzymujące na dłużej w zadumie, jest dla mnie (niewprost) między wierszami i (wprost, ale w sumie też niewprost) w kresce ilustracji na okładce. Wybór cytatów? Nie podejmuję się — pozostawiam tu tylko blask wisienki na torcie.
— […] Kiedy pęka skorupa, widać, co jest w środku. I tylko dzięki podobnemu „pęknięciu” w naszym życiu wiemy, z jakiej substancji jesteśmy ulepieni – odpowiedział. – Dzięki przeciwnościom losu uczymy się odkrywać i poznawać swoją prawdziwą istotę.
*
– Spójrz, jak koty przechodzą przez życie. Poruszają się w ciszy, jakby chodziły po chmurach, bezszelestnie. Spokój należy do ich istoty.
*
Każda część nas coś przekazuje. Nasze ruchy, nasz wygląd, nasz zapach, sposób ubierania się, muzyka, której słuchamy, to, co jemy, i to, co czytamy. Są to wszystko formy komunikacji: przekazują na zewnątrz to, czym jesteśmy w środku.
*
Nie myśl, że jeden krok jest nieistotny.
*
W obliczu strachu zazwyczaj wybieramy jedną z dwóch strategii: albo uciekamy, zostawiając go za sobą, albo stawiamy mu czoła. Tymczasem istnieje jeszcze inna strategia: przyjąć lęk jako część twojego doświadczenia. Gdy go zaakceptujesz, powoli zniknie.
*
W wielkim cierpieniu, w smutku, w zranionym sercu, w tragedii, umysł przywraca cię samemu sobie, przywraca cię do bycia. Często jednak błądzimy. To właśnie w bólu życie przewartościowuje to, co naprawdę ważne i o czym zapomnieliśmy.
*
— […]
Pamiętaj, że to, czego szukasz, jest bliżej niż twój własny oddech.
I znów zapadła cisza między nami.
— Wszechświat stworzył nas jak nasiona. Możemy nimi pozostać albo otworzyć się i rozkwitnąć. „Kwitnąć” to najpiękniejsze słowo.
*
Moja wrażliwość jest moim darem i moim krzyżem. Tam, gdzie wielu nie może wejść, mnie wolno być i czuć.
*
Cisza jest wszędzie wokół nas, jeśli tylko umiemy ją rozpoznać. Można ją znaleźć w przestrzeni między jednym a drugim oddechem lub w padającym śniegu. O wschodzie słońca lub w ciszy po burzy. Między dwiema nutami lub w rosnącym nasionku – odezwała się. – Zwróć uwagę, że słowa są przerywane króciutkimi chwilami ciszy. Milczenie jest spoiwem, które je łączy i z którego powstają.
*
Słyszeć to wyczuwać to, co jest poza słowem.
*
[…] nie jesteś wydarzeniami, które narzuca ci życie. Jesteś odpowiedzią na każde z nich. To są filary stawania się wojownikiem.
*
Często nie widzimy rozwiązania, ale ono tam jest, czeka, by pokazać się, gdy tylko będziemy gotowi je rozpoznać.
*
W naszych próbach żyją już nasze zwycięstwa, tylko są ukryte.
*
To, co nas spotyka, to doświadczenia. Przychodzą one dla nas, a nie przeciwko nam.
*
– Ale nadzieja nie jest chyba czymś złym. Tak mi się przynajmniej wydaje.
– To zależy od tego, jak się przeżywa nadzieję. Czy rozumie się ją jako proste zaufanie, czy jako oczekiwanie.
*
Jeśli chcesz mieć dobrą przeszłość, zacznij od teraz. Jeśli chcesz mieć dobrą przyszłość, zacznij od teraz. Jeśli chcesz mieć dobrą teraźniejszość, teraz jest czas, by nad nią popracować.
*
Dziękuj za życie, bo każdy dzień jest cudem. Dziękuj za tę chwilę, bo to wszystko, co masz. Dziękuj za to, co przychodzi, bo jest to dar. Dziękuj za to, co odchodzi, bo spełniło swoje zadanie. Dziękuj wszechświatowi, bo jesteś jego częścią.
Corrado Debiasi, Mnich, który kochał koty,
przeł. Tomasz Kwiecień,
Insignis Media, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Kiedy stajesz przed obrazem, przyciąga cię on tylko wtedy, gdy może sprawić, że coś poczujesz. Nieważne, czy w porównaniu z innymi jest piękny, czy nie. Musi przekazywać coś, co już posiadasz, coś, co już jest w tobie i co na jego widok budzi się do życia.
*
Kochać to stracić równowagę i w końcu się odnaleźć.
*
[…] zgodnie z pradawną indyjską legendą, kiedy człowiek szczerze się śmieje, wszystkie niewidzialne istoty w pobliżu biegną, by go zobaczyć. Ponieważ to właśnie w śmiechu objawia się dusza.
*
Akt przebaczenia zakłada akceptację teraźniejszości.
*
Możemy tworzyć nowe początki, a czasem nawet przekształcać zakończenia. Wybór należy wyłącznie do nas.
*
Wszystko ma swoje dobre strony, ważne jest, aby to dostrzec. Szczęście to raczej ponowne odkrycie niż nowe znalezisko. To coś, o czym zawsze zapominałeś, że to posiadasz, a pewnego dnia uświadamiasz sobie, że zawsze było z tobą.
(tamże)

Jabłoń:
(wysłała Wiewiórze swój grafik łapania równowagi:
ciemnozielone to Dar Serca, reszta zieleni to praca własna,
ciemnozielone i niezielone bez fioletu to mój sentai)

Wiewióra:
(przysłała odpowiedź)
to się nazywa „siedzenie w domu”? 😅
Jabłoń:
(przeczytała dysleksyjnie znak interpunkcyjny)
to się nazywa „siedzenie w domu”!
(i odpisała)
Taak!
*
Czasami upaść jest sposobem, by nauczyć się ponownie odnajdować równowagę — głosi dziś, w Światowy Dzień Chorego, karteczka z włoskiego kalendarza. Wpisuje się w słowa Lusi, które wracają do mnie co jakiś czas pytaniem: czy to prawie już?

[dostęp: 11.02.2023], źródło.
— owoc, ziarno i narzędzie.
— trzy w jednym?
— tak*!
38–39/365
___________
*
wdzięczność.
Georg Friedrich Händel, Lascia ch’io pianga, PianoBasso,
(aranżacja na fortepian i kontrabas),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #32.
Jabłoń:
(skutki „uboczne” rehabilitacji na własnej skórze uwielbia odczuwać
i zarządziła kinoterapię: zero kompromisów —
raz w miesiącu Jabłoń
wybiera film,
raz, w tym samym miesiącu, wybiera Sadownik i idą
razem bez dyskusji o tym, że gusta kinematograficzne mają różne)
Sadownik:
(w niedzielę tuż po seansie)
Wiedziałem, że to nie będzie film
przyrodniczy,
komedia czy kino akcji,
ale tym razem
pojechałaś ostro!
*
Sadownik:
(wczoraj, gdy wracali po zabiegu do ula)
Powiedz mi, dlaczego
chciałaś obejrzeć ten film?
Jabłoń:
(wymieniła pięć istotnych społecznie powodów, dla których
zdecydowanie
warto było ten film zobaczyć,
poza tym,
co w poniższym minizwiastunie, znalezionym dziś)
Wieloryb, reż. Darren Aronofsky, 2022.
people are amazing!
Nie lubię wojennych metafor używanych w odniesieniu do ciężkich chorób, a na szczere, i co z tego, że z dobrymi intecjami składane, życzenia — siły i wytrwałości, by walczyć z chorobą — niezmiennie odpowiadam głosem nieznoszącym sprzeciwu: z niczym nie walczę, żyję najpełniej, jak jest to możliwe, bardziej i mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Ale!
Nim ale! Wszystkich tych poczciwych palantów, którzy mówią bezrefleksyjnie na wieść o czyjejś śmierci: przegrał z chorobą, chciałabym mieć możliwość zapytać, czy naprawdę chcą, by ludzie umierali (nie da się uniknąć śmierci) wyłącznie w nagły sposób — w wypadkach komunikacyjnych, na zawał w centrach handlowych czy udar na przystankach, wskutek morderstw czy samobójstw — serio? Z chorobą nigdy się nie przegrywa, z chorobą się żyje, doświadczając nieraz cudów, których zdrowi (jeszcze!) ludzie często nawet nie zauważają.
Ale! Od przeczytania poniższego fragmentu, czyli od dłuższego czasu, nie opuszcza mnie słowo sentai (jap. szwadron, oddział piechoty, kompania). „Uśmiecha” mnie ono szeroko. Dzięki niemu wiem, jak jednym słowem bardzo precyzyjnie nazwać interdyscyplinarny zespół ds. dobrego życia, w którego skład wchodzą dzielnie na pierwszej linii frontu profesjonaliści: Pati, Rysia, Akuszer. Drugie skrzypce to Ci, którzy wspierają swoimi (innymi, równie profesjonalnymi) mocami, czyli La Tesora, Hannah i Zkemi. O Sadowniku, moich, Jego i naszych Przyjaciołach, co mocy serca używają, nie wspominając, bo brak jest właściwych słów. Wspaniali Ludzie, doskonały sentai!
To nie była opowieść o dziewczynce, która musi zmężnieć, aby walczyć o dobro wszechświata. To była opowieść o dziewczynce, […] która, jeśli tylko zechce, może walczyć o dobro wszechświata.
Jefferson pisze o motywie sentai: poszczególni bohaterowie muszą zjednoczyć siły, żeby stworzyć drużynę i pokonać wroga. To motyw znany z Power Rangers. To motyw znany z kreskówki o wojowniczych żółwiach ninja. Każdy z bohaterów przynależący do kręgu sentai ma przy tym dodatkowe siły i specjalizację, która sprawia, że tylko razem stanowią skuteczną całość. W ten sposób dobierają się też Czarodziejki.
Weronika Murek, Dziewczynki. Kilka esejów o stawaniu się,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)
*
Moją Ulubioną Panią od języka japońskiego zapytałam dziś zdalnie o znaczenie każdego z krzaczka, składającego się na słowo sentai, mając z tyłu głowy nieustający zachwyt kotem i psem, studentem i nauczycielem. Z przyjemnością patrzę na tworzące słowo sentai linie, na opowieść, którą tworzą, im dłużej na nie patrzę.
grupa bojowa
(wojna + oddział)
Niedzielne odliczanie literek, trzy. Doskonała! Piekielnie trudna, jeśli chodzi o wybór cytatów.
Dlaczego nikt nie napisał takiej książki, gdy byłam nastolatką? Oszczędziłoby mi to marnowania marzeń na te niemożliwe (mieć 155 cm wzrostu) czy te socjalizujące (naprawdę muszę mówić to, co myślę? nie mogę się po prostu uśmiechnąć?). Dużo wcześniej przestałabym się przejmować osobistym niedopasowaniem do normy społecznej, ale wtedy nie byłoby tego bloga, nie byłoby Jabłoni. Ciekawe, kim bym wtedy była? Jedno nie zmieniłoby się na pewno: byłabym, tak jak jestem od zawsze, kieszenistką. Kieszenistką w czerwonych butach!
[…]
i w sierpniowym słońcu – było coś kojącego, coś, co mówiło, że świat – mimo wątpliwości, które czasem się pojawiały – jest bezpiecznym miejscem.
Do dzisiaj doświadczenie dzielenia się lekturami (czytanie na głos, wysyłanie sobie fragmentów czy całych książek, notowanie: musisz to przeczytać! musisz to usłyszeć!) jest dla mnie tym, czym (tak sobie wyobrażam) dla innych jest zastawienie stołu, by karmić bliskich ludzi.
[…]
To mała książeczka, ale mam nadzieję, że chociaż w jakimś fragmencie sprawiła, że wasz dzień stał się sierpniowym popołudniem – bez względu na porę dnia i roku.
*
[…] pomysł, żeby kolor różowy automatycznie przypisywać dziewczynkom, jest stosunkowo nowy. Jeszcze w 1893 roku w „New York Timesie”, wśród porad dotyczących stylowych dziecięcych ubranek, można było przeczytać, że dla chłopców poleca się odzienia różowe, dla dziewczynek natomiast – błękit. Róż był kulturowo po stronie chłopców, a to dlatego, że – to jedna z hipotez – jest pochodną purpury, purpura zaś to kolor kardynałów i królów, czerwień, która musi dorosnąć i dojrzeć. Błękit był w tym ujęciu barwą słabszych; błękit jest w malarstwie tradycyjnym kolorem szat Matki Boskiej, a to oznacza, że mógł symbolizować opiekę, jaką rozciąga ona nad młodymi niewiastami.
*
Większość z nas przecież i ze swojego dzieciństwa pamięta, jak łatwo można było stać się ciałem do sprawiania przyjemności dorosłym – niby w niewinnym sensie, ale i tak będącym przekroczeniem granic i potwierdzającym regułę, że dziecięce „nie” właściwie nic nie znaczy. Mówię o tych wszystkich momentach, gdy kazano nam się do kogoś przytulić, dać buzi cioci, uściskać dziadka, powiedzieć wierszyk babci, wszystkich tych sprawach, wobec których dorośli wyciskają z dziecka jak z tubki pasty – mimochodem, do końca, bez namysłu.
*
[…] przemiana dziecka w dorosłego kryje w sobie większą tajemnicę niż przemiana krwi w wino.
*
Bo dziewczynki są jeszcze trudniejsze do uchwycenia niż kobiety.
O tej rzekomej trudności obszernie pisze Simone de Beauvoir. Zauważa: powiedzenie, że kobieta jest tajemnicą, nie oznacza, że jest tajemnicą, tylko że jej mowa nie zostaje wysłuchana. Mężczyzna, który nie rozumie kobiety, czuje się szczęśliwy, jeśli zdoła własne podmiotowe niedołęstwo usprawiedliwić obiektywną niemożnością tkwiącą w naturze kobiety. Miast przyznać się do ignorancji, twierdzi, że istnieje tajemnica – oto alibi, które schlebia zarówno lenistwu, jak i próżności.
*
Amerykańska pisarka i eseistka Siri Hustvedt opisuje w jednym z wywiadów obrotowość zaimków: podobno ci, którzy na skutek choroby tracą pamięć, odzyskują zdolność posługiwania się nimi jako ostatnią, podobno dzieci uczą się poprawnego stosowania zaimków na samym końcu podstawowej nauki języka, długo pozostając przy zastępowaniu „ja” swoim imieniem: Ania widziała, jakby w żadnym pojęciu nie mieściło się jeszcze to, że „ja” jest ruchome, właściwe wszystkim, którzy zabierają głos we własnym imieniu.
*
Dziewczynki ucieleśniają podwójność swojego losu: jednocześnie dziecka i kobiety.
*
[…] paradoks, przed którym nieustannie stają dziewczynki – ale i kobiety w ogóle: generalnie są zwykle za duże, za stare na wszystko – z wyjątkiem chwili, gdy mają się o czymś wypowiadać jako ekspertki. Wtedy najlepiej sprawdza się zasada, że kobieta jest zawsze młodsza od mężczyzny, bez względu na to, ile które z nich ma lat.
*
Koniec XVIII i początek XIX wieku to wojny polemiczne między dwoma obozami – kieszenistów i antykieszenistów. Antykieszeniści wzywali kobiety do wyrzeczenia się kieszeni na rzecz małych torebek; argumentowano, że są bardziej eleganckie i nowoczesne. Kieszeniści podnosili z kolei, że torebki są niepraktyczne, zajmują ręce […].
Kieszeniści ukazywali też kieszenie jako środek do pewnej – niecałkowitej oczywiście, daleko jeszcze było do takich szaleństw – samodzielności kobiet.
*
Można się zbliżać do drzwi na dwa sposoby: jakby się chciało ledwo sprawdzić tylko, kto stoi za progiem, i zaraz zawrócić, nie tyle spotkać drugiego, ile wyjść z tego spotkania cało – albo iść wprost do drzwi, na zwarcie, uchylać, nie uchylać, szarpać za klamkę, co się stało?
*
Kieszenie są wspaniałe; wystarczy szybka przymiarka spodni, spódnicy czy sukienki, przesunięcie dłońmi wzdłuż linii ud; odkrycie, że ma się kieszenie, zawsze poprawia humor.
*
Wiliam Marston – już w 1937 roku zastanawiał się, jak wprowadzić do komiksu postać kobiecą, „ale taką, którą czytelnik szanowałby, zamiast nią gardzić”. Wyszło mu, że musi połączyć najlepsze cechy obu płci i do męskiej wszechmocy dołożyć odrobinę typowego piękna i dobroci.
*
[…] zły bohater męski jest zły, bo trauma, rozpacz i frustracja, inaczej nie potrafi, a zły bohater kobiecy jest zły, bo nie wie, że się da inaczej: nie domyśliła się.
*
[…] bycie dziewczynką to ten czas w życiu, gdy niczego nie można być pewnym: wszystko zmienia się tak szybko, że człowiek nigdy nie wie, kim się zastanie, kiedy znowu zatrzyma się, by samego siebie o to spytać – co wtedy będzie z jego ciałem, pewnie przestanie być rozpoznawalne, pewnie znowu wybiegnie w przód albo zostanie z tyłu, za rówieśnikami.
*
A przecież to wszystko – dzienniki, pamiętniki, sekrety, torebki, kieszenie i widoczki – to przenośna wersja własnego pokoju, kawałek miejsca, który ma się tylko dla siebie, którego nikt nie odbiera, w którym można pobyć sama ze sobą i sprawdzić: kim jestem lub kim się staję.
*
[…]
wiedz, że kiedy zaczynasz jako dziewczynka, jesteś od razu – podobnie jak w grze w chińczyka – unieruchomiona na polu startu, dopóki nie wyrzucisz szóstki, najlepiej czterech naraz, najlepiej jednej po drugiej.
Byłyśmy głupie, bo mówiłyśmy to, co myślałyśmy naprawdę – znowu wraca to zdanie.
Wypowiadające je dziewczynki wiedzą już, że świat nie pyta ich o zdanie, tylko prosi o wypowiedzenie słów kluczy, które – tak jak w grze – mają się pojawiać w odpowiednim momencie i o odpowiedniej porze, gruntując i potwierdzając to, co raz uznane.
*
Wystarczy spojrzeć w twarz Meduzy, by ją ujrzeć: od tego się nie umiera. Ona jest piękna i się śmieje.
// Hélène Cixous
*
To, co męskie, to to, czemu będzie odpuszczone.
To, co kobiece, to to, co występne.
*
Bo dzienniczki dziewczęce – zauważa to Jane Hunter – służą do celów medytacyjnych, są strefą ochronną, prywatnym rezerwatem, w którym wolno napisać wszystko, łącznie z rzeczami niepopularnymi: że się nienawidzisz, że wszystko jest twoją winą – i że czasem marzysz o śmierci.
*
To jedna z przyjemności bycia dzieckiem: możliwość gapienia się w miarę bezkarnie, bo sankcją jest tylko dorosłe przestań się patrzeć.
*
Kobiety, które wierzą, że w niczym nie różnią się od mężczyzn, są – według [Hugh] Hefnera – naturalnymi wroginiami mężczyzn.
Powtarza to samo, co pisała Simone de Beauvoir: chłopcy to norma, dziewczynki – odstępstwo od normy, chłopcy to centrum, dziewczynki to peryferie, chłopcy to indywidua, dziewczynki to typy.
*
Grzeczna, niegrzeczna: to drugie słowo opada w rejestry związane z językiem dorosłych, chociaż ostatecznie nawet w języku erotyki niegrzeczna dziewczynka to grzeczna dziewczynka.
*
Istnieją badania jeszcze z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku – na przykład te autorstwa Myry i Davida Sadkerów – dotyczące różnic między zachowaniem chłopców i dziewczynek w wieku szkolnym. Co się okazuje: jeśli chłopiec nieprawidłowo odpowie na pytanie, z większym prawdopodobieństwem usłyszy, że musi się bardziej starać i więcej pracować: to, że nie zna odpowiedzi, wynika z tego, że zaniedbał pracę, że jest leniem śmierdzącym, chociaż przecież zdolnym. Dziewczynki zaś – czytamy – częściej otrzymają informację, że nie chodzi wcale o starania, tylko o ustawienia fabryczne, nie zrobiły czegoś dobrze nie dlatego, że się nie starały, i następnym razem – jeśli zmienią nastawienie – pójdzie im już lepiej. Słyszą, że porażka jest nieodłącznie związana z tym, kim są same w sobie: głupszymi istotami. Każdej uda się kilka razy trafić. Może miała szczęście i akurat przeczytała na ten temat w gazecie? Może coś jej się skojarzyło, bo ktoś jej kiedyś o tym opowiedział? Ale to tyle: nie jest żadną ekspertką, niczego tak naprawdę nie wie. Nie zabierze głosu, bo będzie się bała, że lada moment wyjdzie na jaw to, co oczywiste: że jest oszustką. Impostorką. Udawaczką.
*
[…] w pewnym sensie wszyscy mają zadatki na to, by czuć się oszustami. Wszyscy pojawiliśmy się na świecie mniej więcej w ten sam sposób: jako osoby kompletnie bezradne i zdane na opiekunów, którzy wydawali się wiedzieć wszystko (a na pewno i przez długi czas: więcej niż my). Uczyliśmy się, naśladując to, co robili. Nie byliśmy nimi, ale udawaliśmy, że nimi jesteśmy, tak jak dziewczynka, która przymierza buty mamy, udaje, że staje się mamą. Doświadczenie bycia impostorem jest doświadczeniem ogólnym.
*
[…] skoro i tak wszyscy mamy poczucie, że nieustannie oszukujemy i udajemy, dlaczego nie udawać tak, by dawało nam to siłę, wolność i radość? Dlaczego nie zamienić przekonania, że jest się oszustem, w świadome posługiwanie się – choć od czasu do czasu – impostorskim alter ego, sprawiając tym samym, że przygoda podobna do tej, której doświadcza dziewczynka, przymierzając buty mamy, siostry, taty czy ciotki – przygoda związana z „przymierzaniem się” – przeciągnie się nieco w głąb życia, a z nią możliwości kolejnych transformacji? Nie w takim sensie, w jakim kładzie się nacisk na to, by nieustannie stawać się lepszym, mądrzejszym, mieć więcej, pracować dłużej i wycisnąć ze świata możliwości to, do czego wyciskania się nas nęci, nie – po to, żeby – skoro i tak już się żyje – móc chociaż trochę, choć odrobinę nasycić wobec zmiennego prądu życia swoją dziecięcą ciekawość.
*
[…] czy jednoznaczność i binarność, których się domagamy, rzeczywiście dają nam szansę na szczerą odpowiedź?
Weronika Murek, Dziewczynki. Kilka esejów o stawaniu się,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)

[…] czerwone buty wkładali i papież, i kurwa w porcie. Czerwonych butów nigdy nie nosiło się bezkarnie. Przez lata czerwień była kolorem kobiet, którym udało się zbiec społeczeństwu, tym, które schodziły z utartej – uznanej za prawidłową – ścieżki. Posiadanie butów – jakichkolwiek butów – to proste marzenie; kto ma buty, ten może iść przed siebie. Buty powinny być wygodne, powinny być ciepłe. Powinny chronić stopę przed nieczułą powierzchnią ziemi. Buty czerwone to buty ostentacyjne; to buty funkcjonujące niczym deser – marzenie o życiu, które mogłoby być czymś więcej, niż jest. Na to, aby potraktować to marzenie poważnie, mało kto może sobie pozwolić. Czerwone buty to nie buty do chodzenia, to buty do bycia zobaczonym.
*
Myślę o obietnicy kryjącej się w zawołaniu: „dziewczynki!”. Nie o tym przyrzeczeniu, które mieści się w słowie, jest jego definicją czy uściśleniem. Myślę o obietnicy, za którą idą energia, zakasanie rękawów wobec życia, nagłe poderwanie się od stołu: chodźcie, dziewczynki, dopiero się zaczynamy, jeszcze możemy stać się wszystkim i jeszcze wszystko może się wydarzyć!
Bo ostatecznie do tego się to sprowadza: do rozedrganej wody w wysokiej przezroczystej szklance, do tego, co w człowieku nieuleżałe, nieopowiedziane i nieusadzone przy stole.
Piszę więc o dziewczynkach także z racji mojego doświadczenia życia jako dziewczynka. Ale właściwie piszę o dziewczynkach bez względu na wiek i płeć.
(tamże)
Niedzielne odliczanie literek, dwa. Z nudów, z chwilowej porehabkowej niemocy, z braku decyzji co teraz w poniedziałkowy ranek zabiłam kilka chwil na insta — co robię tak rzadko, że nie pamiętałam swojej ostatniej tam bytności. Być może więc z powodów wymienionych powyżej, a może po prostu Opatrzność Literkowa mnie tam zawlokła, bo po przeczytaniu słów Dudi’ego — [s]orry za rosyjskie słówko, ale oni mają takie jedno, które mówi wszystko, i świetnie te reportaże określa: duszoszczipatielnyje. Takie one są. — nie miałam wątpliwości, że muszę zrobić klik, klik. Zrobiłam.
To jest sto trzynasta książka, przeczytana przeze mnie w czasie wojny w Ukrainie. Po słowach:
Nie, nie trzeba. Nie ma po co kupować nowej altówki. Ona przecież ma swoją, w Kijowie. Wróci do niej i do operetki, jak tylko wojna się skończy. Oboje z Dmytrem na to czekają. Codziennie ćwiczą, bo chcą być gotowi, gdy przyjdzie czas jechać do domu. Liczą dni. Do tej pory minęło ich sto trzydzieści pięć.
policzyłam dni i ja: dziś, do tej pory minęło ich trzysta czterdzieści sześć.
To książka, która mogłaby mieć inny podtytuł i brzmiałby on tak: Dziesięć historii i jedna inna, bo ostatnia historia może (jeśli) mieć swoją puentę dopiero za kilkadziesiąt lat.
Dla mnie osobiście alternatywny podtytuł brzmiałby: Dziesięć historii, jedna inna i jedna nagle urwana… bo choć tej dwunastej nie ma w tym zbiorze, znam kilka zdań z jej środkowych akapitów i wiem, że jej ciepło pozostanie w mym sercu i pamięci na zawsze.
Wolelibyście kochać bardziej i bardziej cierpieć czy mniej kochać i mniej cierpieć? Oto, jak sądzę, ostatecznie, jedyne rzeczywiste pytanie.
// Julian Barnes, Jedyna historia.
* * *
Póki ktoś na nas patrzy z czułością, póty istniejemy.
* * *
Ostatnia miłość może się okazać pierwszą i najważniejszą, tego nigdy nie wiemy.
*
– Wszystko potoczyło się normalnie i jednocześnie zupełnie niezwyczajnie dla nas obojga – tłumaczy Joe. – Okazało się, że dzięki temu, że jesteśmy razem, każde z nas robi coś po raz pierwszy, coś, co dla drugiego jest czymś zwyczajnym, a wręcz nawykiem.
*
Kobieta, która czyta, jest warta spotkania.
* * *
Ona odpisała następnego dnia rano, a potem znowu on. I tak to poszło: ona, on, ona do niego, on do niej. 1418 maili, 3436 dni, między nimi 273 kilometry.
*
The John Scofield Organic Trio, Crying Time.
* * *
[…] nie ma takiego sanatorium, które leczy z żalu i z milczenia […].
* * *

* * *
Problemy zaczęły się, kiedy Wiesława, pięćdziesięcioletnia księgowa z Iławy, wybrała ciało Zdzisława zamiast ciała Chrystusa. Wcześniej przez wiele lat Maryjki patrzyły na nią czule i z miłością. Porozsiadały się na półkach, na parapecie i na stoliku w sypialni jej mieszkania w bloku. Ciche, skromne, bez uśmiechu. Jedenaście sztuk.
*
Była przerażona i zawstydzona. Ale on się nie spieszył. Rozbrajał ją powoli.
– Wysupłał ją z tego pasa cnoty, z tych wszystkich lęków i uprzedzeń. Rozkwitła przy nim – opowiada Iga.
* * *
– Wtedy zmiękło mi serce – opowiada Iwona dwa lata później. – Jak chłop jest dobry dla dzieci i dla zwierząt, to już nie ma o co pytać.
*
– Ślub mógłby mnie zabić – śmieje się. – A jeszcze młody jestem.
Kiedy wprowadził się do Iwony, miał siedemdziesiąt sześć lat, ona – sześćdziesiąt jeden.
– Razem z Robikiem [pies], który ma trzynaście lat, stuknęło nam sto pięćdziesiąt. Piękny wiek – mówi on i oboje się uśmiechają.
* * *
* * *
Widać od razu, że to taka para, która przez lata stała się jednością. Jedno drugiemu przytakuje, kończą nawzajem swoje zdania. Te same gesty, słowa. Bo nie tylko żyją razem, ale też grają razem w kijowskiej operetce. Korekta: grali.
*
Choć na co dzień obcują z dźwiękami, oboje lubią ciszę.
*
Spakowali się w małą walizeczkę. Co się zabiera, uciekając przed wojną? Ciepły zimowy sweter, bieliznę, leki, zdjęcie matki. A jeśli się jest muzykiem, to także instrument. Czyli w ich przypadku to była jedna walizka i dwie altówki. Postanowili, że każdy weźmie swój futerał w rękę, a bagaż będą ciągnąć na zmianę. Ale przecież był jeszcze kot Tigrik.
[…]
To zwykły dachowiec, spokojny, nieduży. Nawet nie jest taki ciężki, ale jak sobie poradzić z walizką, dwiema altówkami i kotem, uciekając przed wojną? To nie krótka wycieczka za miasto. Z Kijowa do polskiej granicy jest ponad sześćset kilometrów, a potem, już w Polsce, kto wie, ile jeszcze? Luba nie zastanawiała się długo. Czule pożegnała się ze swoją altówką. […] Luba owinęła instrument tkaniną, włożyła do futerału i schowała do tapczanu. Może ocaleje.
*
Czy się bali?
– Byliśmy we dwoje. Razem można wszystko przetrwać – mówi Luba, a Dmytro potwierdza, kiwając głową.
*
Nie mieli ani żadnego adresu, ani pomysłu, gdzie się zatrzymają. Tylko siebie, altówkę i kota. […] Odpowiadali wielokrotnie na te same pytania. Tak, jesteśmy z Kijowa. Tak, Luba, Dmytro i kot. Nie, nie znamy nikogo w Polsce. Nie mamy planu. Jedno tylko wiedzieli: nie mogą się rozstać.
*
Dominik, mąż Kasi, długo czekał na dworcu. Jak ich poznał w tłumie? To proste. Dwojga staruszków z altówką i kotem nie sposób nie zauważyć. Stali na peronie i trzymali się za ręce.
*
* * *
Odpowiedziała po raz kolejny – bo nie pierwszy raz powtarzała się ta sama rozmowa – że jej szklanka jest do połowy pełna. Że pojedyncze dni czasem znaczą więcej niż tygodnie czy lata i że poczeka. Wojna przecież nie potrwa wiecznie.
Agata Romaniuk, Krótko i szczęśliwie. Historie późnych miłości,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2022.
(wyróżnienie własne)

Szybko wypracowali własny język, jak ludzie, którzy dużo i czule mówią do siebie i po jakimś czasie nikt inny nie potrafi ich zrozumieć. Pojawiają się słowa, które znaczą coś tylko dla tej dwójki.
*
Książce towarzyszy playlista zatytułowana „Krótko i szczęśliwie”, którą znajdą państwo na Spotify.
*
Na nic nie jest jeszcze za późno.
(tamże)
Niedzielne odliczanie literek, raz. Ta książka w oryginale ukazała się jedenaście lat przed tym, nim wydano oryginał Wron. Polski podczytnik tej nienachalnie sugeruje między wierszami, że ma ona związek z Wronami. Na moje jeśli nawet tak jest, to jest to związek dość luźny — obie książki łączą jedynie: osoba Autorki i nędzna relacja głównych bohaterek z ich matkami.
Tu zupełnie inna struktura, ani jednego dialogu — monolog, który masakruje. Nagromadzenie niemocy, przemocy, głupoty, przyczyn, których znajomość nie pomaga z poradzeniem sobie ze skutkami. Bardzo chciałabym spotkać osobę, którą ta książka zachwyciła i chętnie do niej wróci. Mnie przemieliła. Zdecydowanie wolę i wybieram (wyłącznie) Wrony.
Okładka tej książki była dla mnie obietnicą równie poruszających ilustracji, jak te we Wronach. Ostrzyłam sobie na nie zmysły, a tu? Figa!
Wydawało mi się, że śmierć jest czymś pięknym, spokojnym i że wkroczenie w nią jest łatwe niczym rozbieg i skok do zimnego jeziora. Z początku człowiek trochę się boi, ale gdy wreszcie się odważy i zacznie biec, cały lęk mija.
A potem w tej bezbrzeżnej rozpaczy nagle pojawiła się bezwzględna świadomość, że muszę wreszcie podjąć jakieś kroki. Nie mogłam już ignorować różnicy między pełnym i zdrowym życiem kobiety a tym, co przeżywałam ja. Napędzała mnie dziwna siła, którą czułam gdzieś głęboko w sobie, jeszcze głębiej, niż sięgały anoreksja i głód. I ta siła pozwoliła mi poczuć, że gdzieś we mnie tkwi jakiś szczególny świat, zdrowy i pełny.
*
[…] zauważyłam to również u wielu gorliwych katoliczek − przejawia się pewna szczególna obojętność wobec cierpienia innych ludzi.
*
My dear,
czy nie miewasz wrażenia, że człowiek sobie tak po prostu żyje, robi normalne, zupełnie zwyczajne rzeczy i nawet do głowy mu nie przyjdzie, że za minutę jego życie ulegnie całkowitej zmianie? Czasem się zastanawiam, czy to wszystko jest istotnie tylko zbiegiem okoliczności… A może prawda zawsze czeka na nas gdzieś za rogiem? Nawet jeśli nie chcemy jej poznać i unikamy jej za wszelką cenę…
*
Z biegiem czasu głód nabrał wielu kolejnych funkcji i znaczeń, ale nie wskutek moich świadomych decyzji. Nie stało się tak dlatego, że pewnego dnia wbiłam sobie do głowy: chcę umrzeć i osiągnę to poprzez zagłodzenie się na śmierć. Po prostu zmniejszały się porcje. Było mi wtedy dobrze, nie odczuwałam nic złego. Nareszcie ciało żyło tak, jak żyła dusza. Ważne było dla mnie poczucie, że to moje życie jest prawdziwe. […] Jeśli postronni twierdzą, że można nad nią zapanować za pomocą własnej woli, to po prostu nic nie rozumieją. Anoreksja tkwi głębiej niż wola.
*
Ach, Joss,
[…] Masz rację, w życiu każdego człowieka powinna wreszcie przyjść chwila, w której przestanie spoglądać wstecz i rozpamiętywać to, czego mu nie dano; chwila pogodzenia się ze swoim życiem, zwrócenia myśli ku temu, co było dobre, i ruszenia dalej.
*
Nie jest tragedią to, że człowiek zawiedzie i rozczaruje innych, ale to, że przestanie szanować własne granice. Że staną się one dla niego niegodne przestrzegania.
*
My dear,
pytasz, czego teraz potrzebuję do życia najbardziej. […] utracone matczyne objęcia, których tak intensywnie poszukuję, noszę w sobie, w swoim wnętrzu. Pojęłam, że właśnie tam tkwi La Loba – olbrzymia siła potrafiąca udźwignąć wielki ból i stratę. […] A jednocześnie [La Loba to] życzliwa matka, cierpliwie zbierająca kości, wkraczająca w cierpienie i potrafiąca tchnąć życie przez swą siłę twórczą.
*
Stopniowo zaczęłam postrzegać swą kobiecość jako coś pewnego i otoczonego granicami. […] Zrozumiałam, że wewnętrzne granice kobiety tkwią w świadomości jej własnej tożsamości, której nikt nie może naruszać.
*
Zatem widzisz, dear,
[…]. Do miejsca, w którym mnie poznałaś, wiodła jeszcze długa droga.
Petra Dvořáková, Jestem głód,
fot. Věra Stuchelová, przeł. Mirosław Śmigielski,
Wydawnictwo Stara Szkoła, Rudno 2023.
(wyróżnienie własne)

Tamtego dnia zrozumiałam, która droga mnie z tego wszystkiego wyprowadzi.
*
Stało się to, co jest do uleczenia najistotniejsze. W głowie przestawiła się jakaś zwrotnica […]. Coś się we mnie rozluźniło. Byłam szczęśliwa. Żywiłam się przekonaniem, że mam ciało kobiety i że to jest piękne. Że jest ono moje, że to jestem ja.
*
Nie miałam pojęcia, że prawdziwa kobiecość kryje się właśnie w tej dzikusce. I że kiedy stłumię dzikuskę, stłumię własną naturę.
(tamże)
Jabłoń:
(komentuje zmianę opakowania
wagonika wkładów tytoniowych)
Sadownik:
(trzymając w dłoni paczkę fajek, tłumaczy różnicę
między dwiema firmami, które je produkują)
Jabłoń:
(przelicza nałóg Sadownika na swoje uzależnienie)
Jedna paczka to prawie jedna książka…
Wagon to osiem–dziewięć książek!
Sadownik:
(przelicza egzystencjalne potrzeby Drzewka na swój nałóg)
Jedna godzina twojej rehabilitacji to wagon!
Jabłoń:
(jako nieustająca wielbicielka nawet tych mikro,
a może zwłaszcza tych mikroefektów rehabilitacji)
Rany! Czyli w tygodniu „przepalam”
jedenaście i pół wagona!
Sadownik:
Ano!
Jabłoń:
(ma pewność, że nie są to pieniądze i czas wywalone w błoto;
o 12:00 jest już, w ramach weekendowej pracy własnej, po rowerku,
pierwszej porcji ćwiczeń i chodzeniu na czworakach)
cin cin!
Pati! Rysia!
(bo dużo Im zawdzięcza)
cin cin!
(do wieczora jeszcze rozciąganie Achillesa,
chodzenie, druga porcja ćwiczeń i czworaki)
gdy stracisz nadzieję*, a w zasadzie gdy ją opuścisz, rozstaniesz się z nią lub w końcu dojrzysz, że ma naturę niemożliwości.
gdy więc swoją porzuciłam, poczułam, że przesunął mi się środek ciężkości. niesamowite uczucie, być dla siebie samej kimś nowym, ciekawym, bardziej żywym, przytomnym, na nowo tak pięknie sprawczym i otwartym na to, co przyniesie życie, bez upierania się, by dostać to, czego dostać nie mogę.
35/365
___________
* jest wielu ludzi, którzy mnie nie chcieli / nie chcą w swoim życiu. kilkoro z nich mam uwewnętrznionych. kamieniem nie rzucę, jest wielu ludzi, których i ja nie chcę w swoim życiu.
bosa trębaczka, którą mi pokazałeś. nie przestaje
dziś w ulu dla Ciebie, w ostatnim dniu Twojego bardo,
grać. niech, Biały Kruku, niech!
34/365
Astor Piazzolla, María de Buenos Aires (fragment),
Lucienne Renaudin Vary (trąbka),
Pablo Ferrandez (wiolonczela),
Jérôme Ducros (orkiestrator); całość utworu w wykonaniu
Orkiestry Symfonicznej Monte Carlo, Sascha Goetzel (dyrygent).
Astor Piazzolla, Oblivion,
Lucienne Renaudin Vary (trąbka),
Krystian Zimmerman (aranżacja na trąbkę i orkiestrę),
Orkiestra Symfoniczna Monte Carlo,
Sascha Goetzel (dyrygent).
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List ♥
* * *
[suplement 4.02.2023:
Znalazłam (!) w końcu tę książkę, dlaczego stała na tej,
a nie innej półce? Pojęcia nie mam.]
To właśnie jest rozwidlenie dróg w bar-do, gdzie każda dusza zaczyna wędrować w swoim własnym kierunku […]. A zatem, choć z całkowitą pewnością mogę powiedzieć, co czeka cię mniej więcej do tego miejsca, spekulacja na temat dalszego kierunku twojej wędrówki mijałaby się z celem.
Anton Grosz, Listy do umierającego przyjaciela.
Co nas czeka po śmierci. Opracowanie na podstawie
Tybetańskiej Księgi Umarłych, przeł. Maciej Świerkocki,
Wydawnictwo Ravi, Łódź 1996.
(wyróżnienie własne)
krytyk wewnętrzny jest jak gaźnik.
bez wyregulowanego gaźnika
samochód nie jedzie.
JiM
tam, gdzie cię uderza krytyk wewnętrzny,
tam jest twoje źródło wolności.
☆
Jabłoń:
(zachwycona wyregulowanym karburatorem)
Kocie, co mają nowoczesne
samochody zamiast gaźnika?
Sadownik:
(rzeczowym tonem)
Wtryski.
Jabłoń:
(wie, co ma)
Jak dobrze być starej daty!
rodzina to ludzie, którzy z tobą żyją,
znają cię, wiedzą, co u ciebie słychać.
JiM
usłyszałam. usłyszało moje serce
i dusza. mam wspaniałą rodzinę.
33/365