niedziela, marca 19, 2023

4967. Z oazy (CXXVIII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Szybko, szybko, bo uwielbiam brawurę, z jaką pi­sze. Rozkoszuję się każdą sceną, w której szturcha niejedno tabu myślą, słowem i wypo­wie­dzia­mi bohaterów, któ­re padają w, wyda­wa­ło­by się, najmniej odpo­wied­nich mo­men­tach. Gdy okazało się, że przegapiałam przez wiele lat drugą, wydaną w Pol­sce książkę tego Autora, natychmiast zro­bi­łam klik, klik i rzu­ci­łam wszystkie rozgrzebane lektury.

Zachwycona, brawurowo, czyli nie ograniczając się wcale, wybrałam fragmenty, któ­re koniecznie muszę tu mieć. Ich wybór wprowadza w malutki błąd, bo sugeruje, że mało w niej psów. Tymczasem sierści w tej książce jest pod sam korek w każdym rozdziale.

Rodzina to kontinuum katastrof wyznaczanych przez śmierci i narodziny. Czas wpycha się w przestrzenie między jednymi a drugimi, rzeźbiąc hi­sto­rię. Dlatego bycie członkiem rodziny oznacza wspólnotę zarówno z żywymi, jak i zmarłymi krewnymi, ze wspomnieniami, z tym, co mogło być, ale się nie zdarzyło, z rozmowami urwanymi w pół zdania, które powta­rza­my so­bie na głos w samotności, przywołując bliskość tych, którzy już odeszli. Ży­je­my w rodzinnej wspólnocie z rozczarowaniami, które przeżyli nasi przod­ko­wie, z ich sukcesami, fantazjami i marzeniami, z kilwaterem imion, twa­rzy i wspomnień, pozostającym po każdej z tych małych katastrof.

🐾

Tajemnice. Rodzina kręci się wokół tego, co się mówi, i tego, cze­go się nie mówi, tego, co powiedziało się w odpowiedniej chwili i dzięki temu uniknęło katastrof opłakanych w skutkach, i tego, co powiedziało się w chwili nieodpowiedniej, a co spowodowało rany, które źle się zabliźniły i nie mogły się zaleczyć przez całe pokolenia. Są małe tajemnice, które miały nimi być, a które zrządzeniem losu skończyły jako wielkie sekrety […]; są inne, które były nimi przez długie lata i zagnieździły się w jakimś zakątku konstelacji rodzinnej, z nadzieją, że z czasem okoliczności ułożą się odpo­wied­nio, ktoś odgrzebie prawdę i otworzy za jej pomocą drzwi do innych prawd potrzebujących światła […].

🐾

„Członek rodziny jest jak element układanki. Kiedy go brakuje, to się za nim tęskni. Ale jeśli nie ma tęsknoty, to znaczy, że był tylko częścią rodziny, a nie jej członkiem”. To słowa babci Ester. […]  Dla mamy pies był „członkiem”, a John tylko „częścią”.

🐾

[…]  w obecnej Silvii istnieje jakiś fragment wciąż powiązany z dawną Silvią: wiara, że to, co dobre, wróci, jeśli będzie grzeczna, że Silvia, która sprząta i sprawia, że wszystko lśni, jest też zdolna oddalić lęk i ból, uniknąć tego, co złe. Z odejść i powrotów mamy narodziła się dziewczynka, która przekonała się, co to straty odrobione zaledwie w połowie, że życie to wszystko, nad czym możemy zapanować, a reszta, to, co pozostaje poza naszą kontrolą, to nie życie, to zagrożenie.

🐾

     – Dziwne, prawda? – powiedziałem do mamy, która dolewała sobie właśnie trochę mleka do kawy. – Do czego jesteśmy zdolni, żeby uniknąć bólu i tego, co złe, a co zawsze nas dopada.

🐾

     — […]  Nie słyszałeś?
     „Boże – pomyślałem. – Jak kiepsko się słyszymy, kiedy słuchamy tylko tego, co nie boli”.
     — […] 
     – Widziałaś kiedykolwiek, żeby mama zatrzymała się na ulicy popatrzeć na jakieś niemowlę albo śmiała się do jakiegoś dziecka?
     Zastanowiła się chwilę i pokręciła głową.
     – Nie.
     – Słyszałaś kiedyś, żeby mówiła, że brakuje jej wnuków ganiających po domu?
     Znowu ułamek sekundy.
     – Nie.
     Wymieniliśmy spojrzenia. „No dobrze – pomyślałem. – Wcale nie idzie tak ciężko”.
     – Ale przecież ciągle powtarza, że brakuje jej „jeszcze jednego członka rodziny” – upierała się.
     Wypuściłem powietrze nosem.
     – Emmo, nie chce mi się wierzyć, że aż tak nie znasz mamy – powiedziałem.
     Zmarszczyła czoło. Znowu.
     – O co ci chodzi?
     Wziąłem filiżankę i podniosłem do ust.
     – Bo kiedy mama mówi o nowym „członku”, nie ma na myśli dzieci – oznajmiłem. – Chodzi jej o psy.

🐾

To nie był po prostu błysk, ale coś więcej: wiązka światła, dająca zarys kształtu fragmentu układanki, którego szukaliśmy od dłuższego czasu, ale nie mogliśmy znaleźć, bo oznaczał ewentualność, której nawet nie braliśmy pod uwagę.

🐾

     – Jak długo to już trwa, mamo?
     Przewróciła oczami.
     – Oj, Fer, nie dramatyzuj. To taka głupotka – odparła, machnięciem ręki zbywając moje zaniepokojenie.
     – Jak długo?
     Westchnęła.
     – Troszkę.
     Przełknąłem ślinę.
     – „Troszkę” to znaczy ile?
     Przez chwilę chyba liczyła coś w głowie. Potem odpowiedziała:
     – No… powiedzmy z miesiąc.
     „Chryste Panie” – pomyślałem, przeprowadzając własne rachunki, żeby oszacować, ile osób mogło przez ten czas paść ofiarą ankiety matrymonialnej mamy.
     – Od miesiąca przesłuchujesz ludzi w parku, żeby znaleźć mi we­te­ry­na­rza na chłopaka?
     – Nie – odparła i zrobiła obrażoną minę z buzią w ciup. – Od miesiąca i trzech dni. Ale nie przejmuj się, żadnego ci nie znalazłam – dodała i spu­ści­ła wzrok. Zaraz jednak dorzuciła zupełnie innym tonem: – No bo nie można mieć aż takich wymagań, synku. Weterynarz, gej, blondyn, wysoki, surfer… – Wzruszyła ramionami z rezygnacją i powiedziała: – Będziemy musieli z czegoś zrezygnować. […] 
     – Fer… – zaczęła. – Chciałam cię tylko spytać o jedną rzecz.
     – Słucham.
     – No bo chyba źle cię zrozumiałam – zaczęła przepraszającym tonem. – Gdybyśmy ostatecznie mieli coś wyeliminować, to co wolisz: blondyn, wy­so­ki czy gej? – Zanim zdążyłem odpowiedzieć, dorzuciła jeszcze: – A może spróbowalibyśmy zrezygnować z tego geja?
     Oparłem się o słup ze światłami przy przejściu dla pieszych i zacząłem liczyć w myślach do dziesięciu. Kiedy doszedłem do dziewięciu, mama, któ­ra zapewne uznała, że się rozłączyłem, więc już jej nie słyszę, dorzuciła pod nosem, mogę się założyć, że patrząc przy tym na Shirley:
     – No bo jak by nie patrzeć, to bycie gejem jest najmniej istotne, prawda?

🐾

[…]  życie jest nie tyle tym,
co przez nie rozumiemy,
ile tym, co czujemy.

🐾

To tylko mgnienie oka, ale bardzo wyraźne, w tym jednym przebłysku otwie­ra się wąziutka szczelina, którą zauważamy z mamą, ale ona posta­na­wia ją zignorować, bo wie, że jeśli wpadnie w to pęknięcie, to ześliźnie się jak na sankach w dół ku czemuś, co może mieć szczęśliwe zakończenie albo nie, a strach może zdziałać więcej.

🐾

W przypadku strachu istnieje tak wiele zmiennych, że możli­wo­ści są praktycznie nieograniczone. […]  Jakaś jej część była obecna, a inna szukała wzrokiem okien i drzwi, drogi ucieczki, czego nawet ona sa­ma nie była świadoma, ale jednocześnie nie potrafiła nad tym zapanować.

🐾

[…]  zazdroszczę Silvii jej wiary: nie potrafię tak sprzątać, żeby straty prze­sta­wa­ły być rzeczywiste, nie poleruję życia, żeby blask przesłonił to, co złe, żeby krzywdy odeszły w niepamięć i nie sprawiały bólu. Gdybym po­tra­fił, gdybym wierzył, tej nocy wyszorowałbym całą ulicę gołymi rę­ka­mi, do zdar­cia paznokci, żeby nie musieć myśleć, żeby już było jutro i żeby jutro przyniosło dobre wieści. Gdybym mógł, czyściłbym raz i drugi, żeby móc się cofnąć w czasie i żeby ta noc nigdy nie nadeszła.

🐾

[…]  jeśli nie oczekujesz od życia zbyt wiele,
to najłatwiej jest mu niczego ci nie dać.

🐾

     – Możliwe, że się mylę i że przykro ci tego słuchać, ale jeśli czegokolwiek się przez te ostatnie lata nauczyłam, to tego, że jedyny sposób, żeby nie tra­cić rzeczy dla nas ważnych, to je nazywać – mówi. – Ale do tego, do na­da­wa­nia imienia temu, co się liczy, potrzeba odwagi, Fer, a prawie nigdy jej nie mamy. Wiem to z doświadczenia.

🐾

Wiem, że jeśli opowiem jej, co się ze mną dzieje, to wtedy to, o czym milczę, stanie się rzeczywistością, zacznie istnieć i nie będzie już odwrotu.

🐾

Kiedy się odważyłam, zrozumiałam, że do tamtej pory nie byłam gotowa tego usłyszeć, usłyszeć tego od siebie, bo wiedziałam, że kiedy to nastąpi, to nie będzie już się można cofnąć. I rzeczywiście. Nie było odwrotu. Ale po­ja­wi­ło się wiele dobrych rzeczy, których wcześniej nie widziałam […].

🐾

Właściwie czemu nie? Wolałem się nad tym nie zastanawiać. Coś mi mó­wi­ło, że jeśli to zrobię, jeśli pociągnę za tę nitkę i zacznę drążyć, to pojawi się jeszcze wiele dodatkowych pytań, intymność chwili rozpłynie się w ogól­niej­szych wątkach i rozmowa zejdzie na niepożądane tory.

🐾

[…]  mam też wszystkie fragmenty układanki […]. Miałem je przez cały czas, ale ich nie widziałem, bo czasem widzimy jedynie to, czego nam brakuje, a nie to, co nam towarzyszy.

🐾

Wiadomości nie przychodzą. Nie poruszają się. Wiadomości są, odkąd istnieje wspomnienie.

🐾

     – Kiedy zmarł twój dziadek, babcia powiedziała mi, że z wiekiem zrozu­mia­ła, że litery tworzące imiona osób, które kochaliśmy, często odpo­wia­da­ją inicjałom najlepszego, co od nich dostaliśmy – mówi głosem teraz już zmę­czonym. – Może to ci pomoże.

🐾

[…]  z tą niewzruszoną potrzebą, żeby ktoś się pojawił, został już na dobre i coś zmienił albo zmienił wszystko.

🐾

[…]  czy w przyszłości będą też nowe szanse, czy nauczę się lepiej odczy­ty­wać litery imion, które od tej pory będę wybierał, żeby mi towa­rzy­szy­ły, lepiej sobie radzić, zaufać temu, co jest poza naszą cztero­oso­bo­wą szalupą, żeby dalsza podróż nabrała nowych kolorów, nowej atmosfery, więcej wartości.

🐾

[…]  czuję, że może i mam niewiele, ale jest to wielkie, i że może tak naprawdę wystarczy dobre towarzystwo, żeby poczuć, że mieliśmy dobre życie.

🐾

Nie, fikcja i rzeczywistość nie współzawodniczą: pra­cu­ją na cztery ręce jak dobry i zły policjant, razem, a często też splątane, bo obie mieszają pra­gnie­nia, wspomnienia, lata, zaskoczenia, zmiany, do­świad­cze­nia wspólne i osob­ne; obie płyną naszą tratwą ratunkową, czasem zanurzone w nie­świa­do­mo­ści, czasem ukryte w przyjemnym cieniu żagli i morskiej bryzie. Słowem, są jak dwa kolana: działają równolegle, nie oglądając się na siebie wzajemnie. Kontuzja jednego zakłóca funkcjonowanie drugiego, a spoty­ka­ją się tylko podczas snu. Kiedy śpimy, kolana ocierają się o siebie w cie­mno­ści, a życie równoległe znika, bo znika kontrola, jesteśmy tylko teraź­niej­szo­ścią, ciągłą i nieświadomą, jak prądy wodne, z głębiny popychające naszą szalupę ku punktowi docelowemu, którego nie potrafimy sobie wyobrazić.

🐾

[…]  życie nie jest tym, co kontrolujemy albo czyścimy na wy­so­ki połysk. Życie jest w tym, co plami […].

Alejandro Palomas, Psiakość!, przeł. Agata Ostrowska
W.A.B., Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

Samotność jest być może
najgłośniejszym momentem dnia:
milkną ci na zewnątrz,
powracają ci wewnątrz
.

🐾

Zadałem sobie pytanie, wyłącznie po to, żeby zapytać, tak jak robimy, kiedy znamy odpowiedź i wiemy, że nie ma to znaczenia, że pomoże nam tylko poukładać sobie wszystko w głowie, ale niczego nie zmieni.

🐾

[…]  myślę sobie, że wszystko przychodzi w jakiś dziwny sposób, że ścieżki życia nie tłumaczą się same przez się […].

🐾

Na tamtym etapie życia jeszcze nie wiedziałem, że le­kar­stwa na najgłębsze rany przychodzą zwykle wtedy, kiedy to, czym jesteśmy, definitywnie pozostaje za na­mi, a wyjaśnienia nie mają już na celu uśmie­rze­nia bó­lu, a włączenie go w to, kim jesteśmy lub byliśmy.

(tamże)

sobota, marca 18, 2023

4966. O wewnętrznych wyspach

Chodzę z tym odkryciem ponad tydzień. Upchnąć w trzech zdaniach próbowałam nieraz, nie dało się. Poddałam się. Odkrycie, subiektywnie arcyważne, z zadartym no­cha­lem niecierpliwe spacerki z podskokami urządzało mi po potylicy, by — a mo­że jednak? no, coś ty? nie dasz rady? — odnotować odkrycie kolejnej wy­spy we­wnętrz­ne­go archipelagu.

I przyszły literki Marcina Wichy, który precyzyjnie opisał skamieliny dawno temu wy­do­bytej na jaw wewnętrznej wyspy. Z taką merytoryczną podpórką mogę przy­naj­mniej spróbować odnieść się do wewnętrznej geografii. Nawet jeśli się nie uda, to pozostaną tu chociaż dwa mądre fragmenty docenionej przez wielu książki.

Nie upchnę w trzech zdaniach, ale na trzech wyspach wszystko już mi się zmieści, pomyślałam.

*

Wyspa 1.: Racja! Odkrywamy ją w okolicach drugiego roku życia, odpowiadając z pasją na każde pytanie: nie! Uwielbiam patrzeć na dziecięcą radość, wynikającą ze zdobycia pierwszego przylądka pozornej kontroli nad życiem. Nie! I jest moc! Nie wiedzieć czemu (?), rodzice latorośli, najszybciej tracą i zachwyt zjawiskiem, i cier­pli­wość.

Z przykrością należy odnotować, że niestety niektórzy postanawiają urządzić się na tej wy­spie i do śmierci się z niej nie ruszają, wyskakując tylko na chwilkę do roboty: do sejmu, urzędu, ministerstwa, kuratorium czy na konferencję episkopatu. Co zrobisz? Taki mamy klimat!

Racja szybko wchodzi w krew. Nawet niewielka dawka sprawia, że czło­wiek wpada w stan przyjemnego oszołomienia. […] 
     Organizm łaknie takich momentów. Pragnie, żeby przychodziły coraz częściej i trwały jak najdłużej. To uzależnienie.

🦩

Racja nie chce, żebyśmy się zajmowali czymkolwiek innym niż dawaniem świadectwa. Odciąga nas od zainteresowań i lektur. Niszczy relacje, de­wa­stu­je życie towarzyskie.

Marcin Wicha, Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Wyspa 2.: Chcesz mieć rację czy chcesz być szczęśliwy_a? W zasadzie, jak się odkrywa tę wyspę po raz pierwszy, nie wiem, nie pamiętam. Z pewnością lądują na niej wszyscy, których porwał huragan niekoniecznie pierwszych miłości, chwilę po tym, gdy skończy się miodowy czas oczadzenia największym szczęściem, jakie tych wszystkich w ży­ciu spotkało. Na tym skromnym płachetku ziemi wiel­ki­mi li­te­ra­mi wypisano robocze pytanie: chcesz mieć rację czy relację? Jeśli chcesz prze­trwać w związku czy ro­dzi­nie, to pytanie tylko pozornie daje ci wybór. Pamiętaj, zabieranie swojej kołderki i spa­nie w gościnnym jest wyłącznie chwilowym urlopem na żądanie spę­dzonym na wyspie 1. Jeśli ci zależy, to… już sam_a wiesz co!

Wyspa 3.: Bezgraniczne poczucie, że dasz radę. Jesteś już życiowym mą­dra­lą. Masz motorówkę, helikopter lub inne ustrojstwo, które umożliwia ci sprawne prze­mieszczanie się między wyspami (pierwszą i drugą) i nagle los pod­su­wa ci pod nos „okazję”! Trafia się sytuacja, okoliczność, niefart mało wy­bred­ny — żadne kom­pe­ten­cje, rozwinięte na obu wyspach, nie dadzą rady, bo przecież wiesz, że racją nic nie zwojujesz, a o miłości w tej sytuacji mowy nie ma. I dajesz ra­dę — może nawet koncertowo! I gdy już opadną kurz i fusy, dociera do ciebie, że nie opuszcza cię po­czu­cie, doświadczane po raz pierwszy w życiu tak mocno: dasz radę! Bez względu na scenerię i rekwizyty po prostu zawsze — lepiej lub gorzej, to bez znaczenia — dasz sobie radę z każdą sytuacją! Już to wiesz. W tym stanie spokojnie przeżyjesz nawet własną śmierć. Już to wiesz.

Czy są kolejne wyspy? Jeszcze nie wiem.

4965. 77/365

rezygnuję, daję sobie spokój, rzucam ten błyskotliwy, pozornie niegłupi, modny sport: ścigania się ze sobą samym. porzucam rozgrywki ekstraklasy pierwszego świata w wymyślnej kon­ku­ren­cji, by stawać się kimś lepszym, niż było się wczoraj. są ab­surdy, których nie da się odzobaczyć, gdy się je w końcu ujrzy.

77/365

czwartek, marca 16, 2023

4964. 75/365

3 miesiące. niewyobrażalnego,
nieodwracalnego. 90 dni.

75/365

J.S. Bach, Siciliano [z:] II Sonata Fletowa Es-dur,
Andrew von Oeyen (fortepian), Wilhelm Kempff (aranżacja),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #16.

poniedziałek, marca 13, 2023

4963. O instrumentach

Jabłoń:
(w drodze na zabiegzapodałanowo tworzoną
playlistę
marzo’23, obiecując brak włoskich nut)

Sadownik:
(zadziwiony wyborem, słuchając poniższej piosenki)
Czy ty chcesz mi powiedzieć, że
zamierzasz uczyć się francuskiego?

Jabłoń:
(zachwycona nie tylko aranżancją,
ale przede wszystkim pauzami
)
Nie, nie! W tym życiu język francuski jest
dla mnie tylko instrumentem muzycznym.

Sophie Hunger, Le vent nous portera.

je n’ai pas peur de la route

niedziela, marca 12, 2023

4962. 71/365

odkryłam dziś, że nieodwracalny, okrutny, bo zbyt wczesny, i bardzo bolesny brak Białego Kruka chwilami zamienia się w Jego czułą i dobrą obecność.

uwielbialiśmy tę konkretną realizację Platei.
wczoraj ją zna­lazłam.

71/365

Jean-Philippe Rameau, Platea, Les Musiciens du Louvre,
Marc Minkowski (dyrygent), Laurent Pell (kostiumy),
Laura Scozzi (choreografia).

4961. Z oazy (CXXVII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. I koniec, finito, basta, bo reszta lektur zaledwie liź­nię­ta. Książeczka pożyczona od Groszki, ale wrażenia już własne. Jeśli kie­dy­kol­wiek wpadniecie na pomysł wydania własnego tomiku wierszy, najpierw po­gnaj­cie do Kwi­dzyna, a dokładniej do Miej­skiej Biblioteki w tym mieście i obejrzyjcie ten tomik na własne oczy — mają tam, jako haracz, wiele egzemplarzy. Można też po­biec do Bi­blio­teki Narodowej w Warszawie, bo książeczka ta ma ISBN.

Jeśli przy skła­da­niu wierszy można popełnić jakiekolwiek błędy (wielu nie wierzy, a można wiele!), to drobiazg ten jest wy­śmienitym przykładem, jak spieprzyć prawie wszystko: od inter­li­nii, przez marny wybór fontu i beznadziejne wykorzystanie prze­strzeni strony, po całkowite zigno­ro­wa­nie rze­czy­wistości, jaką tworzy klejona książ­ka. Z szacunku do intencji i okoliczności uka­za­nia się tego tomiku nie wy­mie­nię na­zwiska osoby, której tylko wydawało się, że umie składać tekst.

Tomik ten spokojnie może robić za test na spostrzegawczość. O tym, że jeden anioł pojawia się dwa razy, wiedziałam, trzeba było go tylko odnaleźć. Cóż za dziką radość miałam, gdy odkryłam, że jest wiersz, który po­ja­wia się w dwóch miejscach, dla zmy­le­nia przeciwnika pod dwoma różnymi tytułami.

Wybór fragmentów, które mają być pod ręką, został ocenzurowany — wersy, w któ­rych wykorzystano, jako środek wyrazu, seksistowskie stereotypy zostały odrzucone i ani uprzejma prośba o odrobinę empatii wobec wiersza, ani żadna dyskusja o prze­ciw­dzia­ła­niu dyskryminacji wierszy nie wchodziły w grę. Za to sposób, w jaki wy­bra­ne wiersze czyta Aktor Teatru Wybrzeże, oj, tak, oj, tak! No i anioły! Sam po­mysł, by ufnie czekać, aż wyłoni się kolejny — z własnych charakterem, doświad­cze­niem i ener­gią — jest po prostu rewelacyjny! Nigdy nie będę miała ich dość.

Pozostanie mi tylko sprawdzenie przepisu na białą kiełbasę, bo wygląda intrygująco. W ulu do tej pory robiło się ją inaczej.

A mróz… — mróz to energii magazyn,
usypia ziarna, drzewa, miłość czasem,
a wiosna drzwi otwiera tysiąc razy,
wybucha życiem i zielonym lasem.

*

Może sprawia to słońce,
jakieś takie gorące?
To słońce, na pewno słońce!

A może to słońce i wiosna,
bądź jakaś pyląca sosna?
To jednak słońce i chyba wiosna!

Kurde, chyba mi palma odbija,
bo zawsze się z czymś wychylam.
Chyba mi jednak palma odbija!

*

Budzę się wczesnym rankiem[,]
ogarnia mnie radość, że jestem,
że po raz kolejny mogę śnić swoje życie
na jawie
.

*

jakby już wiosna się przymierzała,
wnet nas pochłonie swym blaskiem cała,
lecz poczekajmy jeszcze dni parę,
aż przyjdzie nowe i zwiędnie stare

*

A wiosną myśli bzami rozkwitają

*

Cholera, lato nam teraz doskwiera.
Z pragnienia człowieka ciągnie do cienia.

*

I będzie słodko[,] i radośnie,
i będzie nadal żyć się chciało.
Niech cały świat w dobroć obrośnie,
żeby słowo się ciałem stało!

*

A ja swój plecak zarzucę na ramię,
na nogi włożę ciut za duże buty
i jako kompas włączę swoją pamięć,
i ruszę w podróż bez twardej waluty.

Przemierzę ścieżki odeszłej młodości,
dotknę parkanu, na którym się suszył
cały arsenał przedziwnych różności,
który do dzisiaj mam w stęsknionej duszy.

*

Lato jest by cieszyć, taka to już gratka
dla dzieci i wnuków, babci oraz dziadka.

*

Cóż zrobię z tegorocznym latem,
gdy przerażenie świat ogarnia?
Cóż będzie z nowymstarym światem”,
gdy stary zgaśnie jak latarnia?

*

Czego to jeszcze człowiek zapragnie
dla swoich marzeń na resztę lata?
Może by spokój powrócił snadnie
i lepszych prognoz na losy świata!

*   *   *

„Przepisy kulinarne wierszem pisane” miały swoją publiczną pre­mie­rę na początku XXI wieku. W owym czasie w Parku Oliwskim w Gdań­sku od­by­wa­ły się imprezy — pikniki, noszące nazwę Smako­wa­nie-Parko­wa­nie, o cha­rakterze kulinarnym. Wtedy to aktorzy Teatru Wybrzeże za­pre­zen­to­wa­li owe przepisy w trakcie kulinarnych pokazów […].

*

Nie ma na pewno już lepszej mody,
niż gotowanie surowej wody.

Jest to więc sztuka, jak sami wiecie,
jedna z największych na całym świecie.

*

Strzelam przepisem prosto w ciszę, żeby było żwawiej, czyli tak jak w dzień powszedni polityki, bo już trochę nudno:

Przepis na kurczaka

Żeby nie obyć się smakiem,
trzeba zająć się kurczakiem.
Zabić najpierw kurczę blade
i pozmywać ze krwi ślady.

*

Dzisiaj przyszła mi znienacka
myśl o ziemniaczanych plackach.

Przyszła i odejść nie chciała,
I obsesją mą się stała.

*

I z jajek bezy[,] i zupa nic.
I „Ale jaja!”[,] i wielki pic!
I jeszcze facet jeden bez jaj.
I czarna rozpacz — oj, ajajaj!

*

W sklepie kup kiełbasy białej
— ma surowa być koniecznie —
na patelnię tłuszczu nalej
i podpiekaj ją skutecznie.

Daj cebuli i pieczarek,
Przypraw też do smaku dodaj,
potem szklanką wody zalej
i niech odparuje woda.

Antoni Tynda, Moje cztery pory roku / Przepisy kulinarne wierszem
na wszystkie pory roku
, ilustr. Alina Hejna, Kwidzyn 2020.
(wyróżnienie własne)

*


[dostęp: 12.03.2023], źródło.

4959. O cosiu

Hawwa, Sadownik & Jabłoń:
(w piątek świętowali, choć Jabłoń jakby bardziej)

Il Melo:
(niczym rodowity Włoch, cyk!)


[…]  czuję, że coś, co musi być ważnym składnikiem szczęścia, przebiega mi dreszczem po plecach.

Alejandro Palomas, Psiakość!,
przeł. Agata Ostrowska,
W.A.B., Warszawa 2018.

4960. Sobotnie wracanie do ula



4958. Ustałam!

Rodzina to twór rządzący się swoją dynamiką, której reguły są oczywiste dopiero wtedy, gdy je odkryjesz, ale najpierw nic nie rozumiesz, potem po omacku macasz i dopiero gdy się poddasz, gdy upłynie sporo wody w rzekach, zmienią się rządy nie­raz, świat zejdzie znów trochę na psy, tu i tam wybuchnie wojna, wydarza się nagle coś, co otwiera ci oczy i nie możesz odzobaczyć tego, co stanęło ci przed ocza­mi. Nie, już nigdy nie odzobaczysz prostoty mechanizmu, który z pewnością kosztował wie­lu (wszystkich?) członków rodziny wiele łez przez dziesiątki lat, przez całe pokolenia, bo to nie trwało od wczoraj.

Zaczęło się zwyczajnie — dziewięć dni temu dorosła osoba zadała prozaiczne pytanie drugiej dorosłej osobie. Rozwinęło się w zaskakujący sposób — emocjonalna odpo­wiedź zawierała groźbę. Ten, kto odpowiedział, pomimo „dorosłego” peselu, brzmiał w swej wypowiedzi jak dziecko.

Nad ranem kolejnego dnia olśniło mi. Zrozumiałam, o czym jest moja rodzina po­cho­dzenia wraz ze swoimi korzonkami. Gdybym miała określić ich jednym słowem, powiedziałabym: niewidziani. Gdybym miała określić dynamikę tego tworu jedną frazą, powiedziałabym: niewidziane dzieci, które stają się niewidzianymi i niewi­dzą­cymi dorosłymi, a reszta jest już samospełniającą się przepowiednią, zacnym psychologicznym perpetuum mobile. Byłam na­reszcie w domu! Nareszcie wszystko stało się kry­sta­licz­nie jasne. Znalazłam klucz.

Wiedziałam, co mam robić w czwartek, który, gdybym tylko mogła, ominęłabym. Miałam pewność, że jeśli tylko dam radę zobaczyć i usłyszeć poranione dziecko w tym wrzeszczącym, obrażającym mnie dorosłym człowieku, dam radę.

Dałam radę! Dawno się tyle przy okazji nieuniknionego nie nauczyłam.

sobota, marca 11, 2023

4957. Czekariat (XXXVI)

Środa. Musiały opaść fusy wrażeń. Musiała osadzić się choć odrobina wiary, że dam radę zatrzymać w słowach bezcenne momenty tego dnia.

Pewnie nie udałoby mi się przekonać samej siebie, ale otrzy­ma­na Aniołka nie należała do ustępliwych. Miałam prawo wy­bo­ru, a skoro wybrałam sobie właśnie ją, to — argu­men­to­wa­ła — ona chce być już zawsze pod ręką. Trudno było się ze skrzy­dla­tą nie zgo­dzić. Więc tu jest i wy­jątko­wo za­chwy­ca mnie w jej foto­gra­fii do­rzu­co­ny przez los trzeci wy­miar. A gdy prze­czy­ta­łam sło­wa Grosz­ki, wiedziałam, że nie mam już wyboru, bo i słowa, i dwie Anie­li­ce — ana­lo­go­wą i cyfro­wą – tej samej Autorki, i wspo­mnie­nie śro­do­we­go słońca bezwzględnie chcę tu mieć.

*

W środowy poranek w Małej Danii, gdy z łóżka rzuciłam okiem na schody pro­wa­dzą­ce na piętro — od ponad roku będące dla mnie już tylko i wy­łącz­nie dziełem sztuki — miałam wrażenie, że zapomnie­liśmy na noc zgasić tam światło. Po chwili dotarło do mnie, że to sło­necz­ne światło tak intensywnie oświetla z góry drewniane stopnie, po których jeszcze trzy miesiące te­mu biegał Biały Kruk. Uśmiechnęłam się i uznałam to za wspa­nia­łe krucze zapro­sze­nie, by przeżyć kolejny dzień. Nikt wtedy nie przy­pu­szczał, że za kil­ka­na­ście godzin nadciągnie śnieg, jakiego całą zimę nie widzieliśmy.

Groszka:
(wczoraj cieplutkie słowa przysłała,
kończąc poniższymi
)
A za oknem zimowo,
brakuje środowego słonka.
Chyba zadzwonię
do Białego Kruka
😊

Jabłoń:
(długo uśmiechała się do otrzymanych słów
i schodowego wspomnienia
)

*


Alina Hejna,
[dostęp: 11.03.2023], źródło.

piątek, marca 10, 2023

(1198+3758). Ależ Flota!

We wtorek, gdy do Małej Danii jechali, znów się zakochała. I pytania zaczęła za­da­wać o to, jak to jest: być pięknym (odpowiedź), przynajmniej przystojnym (od­po­wiedź), chociaż atrak­cyj­nym (od­powiedź)? Żadna z męskich odpowiedzi jej nie sa­tys­fak­cjo­no­wa­ła. Zmieniła więc szybko przestrzeń.

Jabłoń:
A gdybyś był samochodem, to jakim?

Pan Ciasteczko:
(dobrą chwilę myślał, by w końcu odpowiedzieć)
Volvo cross country.

Jabłoń:
Jakiego koloru?

Pan Ciasteczko:
Ciemnoszary, wpadający w granat; antracyt.

Jabłoń:
A ja, według ciebie, jakim byłabym autem?

Pan Ciasteczko:
(bez wahania)
Ty? Specjalistycznym.
Żadna seryjna produkcja!

Pan Ciasteczko & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem pełnym zrozumienia „atrakcji”,
jakich dostarcza życie z Drzewkiem
)

Jabłoń:
(nie poddaje się zbyt szybko)
Ale gdybym jednak była
seryjnym samochodem, to jakim?

Pan Ciasteczko:
(po kilku chwilach)
Jasnozielony, perłowy Citroën
z lat dziewięćdziesiątych/dwutysięcznych:
chimeryczna elektronika!

Pan Ciasteczko & Jabłoń:
(oboje wiedzieli doskonale z czego się śmieją)

Jabłoń:
A gdyby Onemu był autem,
to jakim i jakiego koloru?

Pan Ciasteczko:
(po dłuższej, znaczącej chwili)
Ciemna butelkowa zieleń,
Mercedes klasy G.

Jabłoń:
A Neska?

Pan Ciasteczko:
(po zastanowieniu)
Saab! Albo czerwone,
luksusowe, sportowe Audi RS.

Jabłoń:
A Alma?

Pan Ciasteczko:
(szybko i z serdecznym uśmiechem)
Garbus z lat sześćdziesiątych
w kolorze kameleon, koniecznie w kwiatki.

Jabłoń:
A El Sciur?

Pan Ciasteczko:
(po dość długim namyśle)
Krystalicznie białe, luksusowe,
dystyngowane, piękne Audi A8.

wtorek, marca 07, 2023

4954. 66/365  //  Panna cotta (LXXXI)

Człowiek Fidusa cyfrowe przedwiosenne porządki uskutecznia. Znalazł trochę na­szych sta­rych zdjęć. Powiększyłam jedno z nich — zrobione dokładnie czternaście lat temu bez dwóch dni — i zachwyciło mnie, bo najukochańsi moi Ludzie i Biały Kruk. Drugi dzień gapię się i nucę, i pod ręką chcę mieć.

gapię się i nucę włoskie słowa. nucę i gapię się, i wiem, że chcę ustać to, co w tym tygodniu będzie dla mnie najtrudniejsze. po­staram się, Tato, postaram się.

66/365


fot. Sadownik, fragment.

*

Raf, Stai con me.

stai con me, di pioggia o di sole
stai con me, nel bene e nel male
quando tu non ci sei
stai con me
che a volte mi perdo
[…]
stai con me nell’alto dei cieli
[…]
stai con me in tutti i miei giorni

4953. Czyżby o szkole (?)

Pati & Jabłoń:
(dziś rano musztrują
drzewne mięśnie brzucha
)

Sadownik:
(wchodzi, pokazuje dokument i komentuje
odebrany odpis zupełny aktu małżeństwa
)
Świadectwo głupoty.

Pati:
(przytomnie, błyskawicznie i w punkt)
Ale z czerwonym paskiem!

Pati, Sadownik & Jabłoń:
(weterani/kombatanci z  odrobiną szkolnego PTSD
ryknęli najzdrowszym śmiechem świata
)

niedziela, marca 05, 2023

4952. Panna cotta (LXXX)


[Sposób,  / w jaki myślimy  
o sobie samych, 
tworzy świat, 
w którym żyjemy
.]

[dostęp: 5.03.2023], źródło.

4951. Z oazy (CXXVI)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chciałam odpocząć od rzeczywistości. Zaordy­no­wa­łam sobie leczniczy regres czytelniczy. Ponieważ po kilkunastu latach nie tylko wznowiono opublikowane „w papierzu”, ale również wydano po raz pierwszy w wer­sji elektronicznej powieści Yaloma, wybór był dość prosty. Z przyjemnością wró­ci­łam do jednej z nich. Nic się nie zmieniło. Choć jestem inną osobą, niż ta, którą by­łam naście lat temu, to wciąż uwielbiam sposób, w jaki ów piszący psycho­te­ra­peu­ta konstruuje światy, a w nich nagłe zwroty akcji. Odpoczęłam.

Do swojego pudla imieniem Atman [Schopenhauer]  zwracał się: „Proszę pana”, ale gdy Atman źle się zachowywał, sztorcował go okrzykiem „Ty człowieku!”.
     […]  Nie lubił, gdy zagadywały go kobiety, nie lubił też pytań o partnerki czy małżeństwo – od razu robił się zgryźliwy. Kiedyś musiał znosić towa­rzy­stwo bardzo gadatliwej damy, która ze wszystkimi szczegółami opi­sy­wa­ła mu swoje nieszczęśliwe małżeństwo. Słuchał jej cierpliwie, ale gdy spytała, czy ją rozumie, odparł: „Nie, ale rozumiem pani męża”.

*

Bo co więcej jest nam dane, poza tym cudownym, błogo­sła­wio­nym okresem istnienia i samoświadomości? Jeśli coś zasługuje na hołd, to tylko to – bezcenny dar zwykłej egzystencji.

*

Próbując za wszelką cenę odzyskać samokontrolę, napominał się w my­ślach: nie walcz, nie stawiaj oporu, oczyść umysł, nic nie rób, jedynie obserwuj przesuwające się myśli. Pozwól im wpłynąć do świadomości, a potem zniknąć.
     Rzeczywiście, myśli się pojawiały, ale nie chciały się oddalić. Zamiast tego rozmaite obrazy rozpakowały walizki, rozwiesiły w szafach ubrania i na dobre rozgościły się w jego głowie.

*

Jego pałac wzniesiony z czystej myśli nie miał ogrzewania. Dziwne, że wcześniej tego nie zauważył.

*

[…]  przyszedł mi do głowy pewien obraz. Wyobraź sobie starożytne miasto, wokół którego zbudowano wysoki mur chroniący je przed burzliwym nur­tem płynącej nieopodal rzeki. Minęły całe wieki, rzeka już dawno wyschła, a mimo to miasto nadal inwestuje znaczne środki w konserwację muru.

*

Popularność nie definiuje ani prawdy, ani dobra, wręcz prze­ciw­nie, obniża poziom i upraszcza. Dużo lepiej jest szukać w sobie włas­nych celów i wartości.

*

[…]  ćwiczenie pod nazwą „Kim jestem?”. Uczestnicy udzie­lają na to pytanie siedmiu odpowiedzi, zapisują je na oddzielnych kartkach i układają według ważności. Następnie odrzucają po jednej kartce, zaczynając od najmniej ważnej, zastanawiając się za każdym razem, jak by to było przestać się identyfikować z daną odpo­wie­dzią, aż wreszcie dochodzą do właściwości opisu­ją­cych ich najgłębszą istotę.

*

– Wyobraź sobie, że na skali od jednego do dziesięciu miałbyś określić, do jakiego stopnia się odkryłeś. „Jeden” to punkt, w którym mówi się o sobie rzeczy bezpieczne, takie jak podczas rozmów na przyjęciach, a „dziesięć” oznacza ujawnienie najgorszej, najbardziej skrywanej tajemnicy. Rozumiesz?
     Gill skinął głową.
     – No to wróć do tego, co nam powiedziałeś. Na którym miejscu skali byś się umieścił?
     – Dałbym sobie cztery, może pięć – odparł szybko Gill, cały czas kiwając głową.
     – A co by się stało, gdybyś miał pójść o dwa punkty dalej?

*

Jung pisał, że uzdrawiać może tylko ten, kto sam doznał zranienia.

*

     – Jeśli uważamy, że coś jest niewybaczalne, to odsuwamy od siebie od­po­wiedzialność. Ale kiedy nie chcemy albo nie umiemy wybaczyć, to od­po­wie­dzialność jest po naszej stronie – wyjaśnił Philip.
     – Chodzi o to, że albo bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy, albo obarczamy nią innych, tak? – spytał Tony.
     – Właśnie – przytaknął Philip. – Julius powiedział kiedyś, że terapia za­czyna się wtedy, gdy kończy się obwinianie innych i wyłania się odpowiedzialność.

*

Można też porównać życie z haftem, którego prawą stronę każdy może zobaczyć w pierwszej połowie życia, a lewą – w dru­giej; ta nie jest tak piękna, za to bardziej pouczająca, bo widać splot nici.
// Arthur Schopenhauer (1788–1860)

*

[…]  powstała cała intratna, posługująca się uproszczeniami branża „wy­ba­cza­nia”, która wyolbrzymiła i rozreklamowała ten aspekt terapii jako jej główny nurt i przedstawiła go jako absolutną nowość. Sztuczka się udała, a nowa dziedzina zyskała szacunek, łącząc się niezauważalnie z kli­ma­tem wybaczania w sferze społecznej i politycznej, zwłaszcza w od­nie­sie­niu do takich zbrodni jak ludobójstwo, niewolnictwo czy wyzysk kolonialny. Na­wet papież prosił niedawno o wybaczenie za grabież Konstantynopola przez trzynastowiecznych krzyżowców.

*

     SPONSOR: Co z twoimi priorytetami? Daruj sobie to przyjęcie, idź na spotkanie AA.
     GILL: Ale degustacja win to pretekst, żeby spotkać znajomych i przyjaciół.
     SPONSOR: Naprawdę? To zaproponuj im coś innego.
     GILL: Nie da rady. Nie zgodzą się.
     SPONSOR: W takim razie znajdź sobie innych przyjaciół.
     GILL: Rose nie będzie zadowolona.
     SPONSOR: I co z tego?

*

Żyj dobrze, powtarzał sobie, a dobro będzie od ciebie płynąć, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowiesz.

*

Philip zamilkł na chwilę, żeby wsłuchać się w arię, nucąc pod nosem.
     – Una voce poco fa  to jedna z moich ulubionych – wyjaśnił, gdy wznowili rozmowę.

Gioacchino Rossini, Una voce poco fa, [z:] Cyrulik sewilski,
Joyce DiDonato (mezzosopran) z kontuzjowanym kopytkiem,
w kolorach scenerii rodem z obrazów Hoppera.

vincerò! vincerai! vinceremo!

*

Bliżej mi do uczuć, co może być oznaką rozwoju.

*

Każdy z nas żyje z wyrokiem śmierci. […]  ale to zupełnie co innego, kiedy ma się ten wyrok potwierdzony, podstemplowany, z niemal wyznaczoną datą.

*

[…]  esencja jednostki jest niezniszczalna.

*

Uporczywe myśli stają się często najbardziej zauważalne wtedy, gdy znikają.

*

[…]  miał swój sposób na uśmierzanie przerażenia: było nim pełne uczestniczenie w życiu.

Irvin Yalom, Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Jak większość ludzi z poważnymi chorobami, nie znoszę, jak się chodzi koło mnie na paluszkach. To mnie izoluje i wpędza w jeszcze większy lęk.

*

Miałem do czynienia z wieloma śmiertelnie chorymi pa­cjentami, którzy mówili mi, że w ich chorobie naj­gor­sza jest izolacja. Odcinanie się ma dwa aspekty. Po pierw­sze, chora osoba unika ludzi, bo nie chce wciągać ich w swój smutek. […]  A po drugie, wiele osób unika cho­re­go, bo nie wie, jak z nim rozmawiać, albo nie chce się sty­kać z jego śmiercią.

*

Spokojnie, nie muszę nic robić. Niech sobie płynie albo idzie na dno.

*

– Podczas mojej terapii powiedziałeś kiedyś, że życie to „przejściowa dolegliwość mająca trwałe rozwiązanie”. Czysty Schopenhauer.
     – Przecież to miał być żart.
     – Obaj wiemy, co twój guru Zygmunt Freud miał do powiedzenia na temat żartów.

(tamże)

4950. 64/365

krytykowany i krytykujący – zobaczyłam dziś z pełną mocą – mają ze sobą więcej wspólnego, niż myślą. stoją przecież wobec tego samego problemu.

co się wydarzy, gdy świadomie oboje odłożą na bok problem i przyjrzą mu się razem z pewnej bezpiecznej odległości?

64/365

4949. Z oazy (CXXV)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Dużo obiecujący tytuł i najmarniejsza z książek Autora. Zabrakło mi zwykłych, poglądowych rzutów z góry na opisywane domy, by móc w pełni wyobrazić sobie względne położenie wszystkich pomieszczeń i ich pro­porcje w stosunku do całości domu lub innych pomieszczeń. Może czepiam się po inżyniersku lub zwyczajnie brak mi wyobraźni. Opisy godne nie najlepszej powieści to dla mnie było zde­cy­do­wa­nie zbyt mało, by książkę tę uznać za wartościową.

Jedyną zaletą tej książki było to, że w końcu wydawnictwo uznało poprzednią książ­kę Autora za wystarczająco starą, by wypuścić ją w wersji elektronicznej. Wstyd, że tak długo kazała na siebie czekać.

Co domy mówią o ludziach? O ich życiu i pracy? O emocjach i marzeniach? O rodzinie i samotności, miłości i umieraniu? To najważniejsze pytania tej książki.
     Wiemy na pewno, że dom to dużo więcej niż połączenie ścian i dachu. Domy pokazują, kim są ich mieszkańcy, w co wierzą, jak przyjmują gości, jak śpią, odpoczywają, przygotowują posiłki.

*

[…]  czym jest dom?

*

[…]  jak twierdzi  [Jerry B.] Moore, dom jest zarazem obiektem ma­te­rial­nym, jak i prze­jawem myśli. Budowa domu jest budową świata, a każdy dom jest mi­kro­kosmosem. Ujmując to jeszcze inaczej, dom jest kluczem do zro­zu­mie­nia tego, co to znaczy być człowiekiem.

*

*

Przedstawiciele rdzennych ludów Ameryki dodają, że życie w kręgu ozna­cza bycie częścią wszechświata, jego wszystkich przemian, cykli i pór. W okrą­głych domach ludzie poruszają się po okręgu, tak samo jak gwiazdy i woda. Czworokątne budynki kojarzą się im z miejscami przymusu: wię­zie­nia­mi, fabrykami, urzędami albo szkołami.

*

Krąg zbliża znacznie bardziej niż geometria czworokątów.

*

[…]  obecnie mamy epokę bezprecedensowego głodu – stwierdza  [Mar­shall D.] Sahlins. – Współcześnie, w okresie największego postępu techno­lo­gicz­ne­go… liczba głodujących wzrasta proporcjonalnie i bezwzględnie wraz z rozwojem kultury.

*

Ostatecznie bowiem dom staje się twoim własnym miejscem dzięki obecności twoich prywatnych rzeczy albo takich, które wiążą się ze wspomnieniami.

*

Pytani o to, dlaczego obok poletek ryżowych sadzą czerwone kwiaty, Daja­ko­wie mówią, że kwiaty są „światłem” i „ogniem” dla rosnącego ryżu: – Tak jak człowiek nocą w długim domu lubi widzieć wokół siebie wiele świa­teł i mieć poczucie, że otacza go wiele osób, tak samo ryż, widząc kwia­ty w nocy, nie czuje się samotny.
     Najbardziej rzeczywistym dowodem na bliską obecność innych ludzi są w długim domu właśnie ich głosy i światła.

*

Długi dom to nie tylko skomplikowana i imponująca konstrukcja, tworząca całość dzięki umiejętnościom budowniczych. Najbardziej istotnym spoiwem łączącym jego mieszkańców jest to, co trudne do zobaczenia albo wręcz nie­wi­dzial­ne – nieustający przepływ dźwięków, świateł i dóbr. […] 
     „Dlaczego więc Dajakowie żyją w długich domach? – pyta Peter Metcalf. – Gdyby zapytać samych mieszkańców, powiedzieliby po prostu, że nie ma innego cywilizowanego sposobu życia”.

*

Dla porównania: na jednym kilometrze kwadratowym bogatego przed­mie­ścia Nairobi mieszka 360 osób, a na jednym kilometrze kwadra­to­wym Ki­be­ry – aż 80 tysięcy. To ponad 222 razy więcej! Do centrum miasta jest sześć kilometrów, a jedną z granic slumsu wyznacza Royal Golf Club – pre­sti­żo­we miejsce relaksu, oddzielone od niego solidnym murem. Kiedy ko­bie­ty stoją w kolejce po wodę (albo płacą za jej dostarczenie, gdy są scho­ro­wa­ne lub stare), słyszą pracujące za murem zraszacze, które nawilżają pola golfowe. […]  Do 2009 roku Kibera była – dosłownie – białą plamą na ma­pie stolicy, bez nazw ulic. Ale nawet po uwzględnieniu terenu na mapach satelitarnych osiedle nie odsłania wszystkich swoich tajemnic. Liczne ścież­ki biegnące pod połączonymi okapami domów nie są bowiem widoczne dla satelitów. Wiedza o nich należy do mieszkańców. To oni potrafią po­wie­dzieć, która ścieżka jest ogólnodostępna, a która prywatna.

*

[…]  nazywanie miejsc pozwala na symboliczną władzę nad nimi.

*

     – My, mieszkańcy, nie nazywamy tego slumsem – twierdzi czter­dzie­sto­lat­ka. – To ludzie z zewnątrz tak to określili. Pierwszy raz to słowo pojawiło się w mediach. Nazwy slums używa się, żeby powiedzieć ludziom, że idzie się do biednego miejsca.

*

W okolicach Konina stoi willa-zamek o formie nawiązującej wprost do Dis­ney­landu. W mołdawskim mieście Soroki zbudowano natomiast willę, któ­rej pierwowzorem jest Biały Dom z Waszyngtonu, brawurowo skopiowany z dolarowego banknotu!
      Badająca architekturę Romów Mariana Celac zauważa, że ich wille są swoistym zapisem wrażeń z podróży. Wszystko, czym Romowie za­fa­scy­no­wa­li się gdzieś indziej, chcą odtworzyć u siebie. Znaczące jest przy tym to, że sięgają wyłącznie po tradycje klas wyższych, po schematy pałacowe i re­zy­den­cjo­nal­ne. Nie interesują ich architektura ludowa ani banał projektów „Muratora”. Pod Łodzią zbudowano dla nich kilka willi nawiązujących do pałacu fabrykanta Izraela Poznańskiego.
      Co jednak bodaj najważniejsze: gdy wędrowni Romowie mieli określić, czym jest kher, czyli dom, nie mogli sięgnąć do własnej tradycji. W niej bo­wiem nie istniał taki wzorzec. Budowa domów była dla Romów czymś ab­so­lutnie nowym. Być może właśnie to sprawiło, że nie trzymali się żad­nych znanych i akceptowanych w Polsce zasad, tworzyli na bazie marzeń i wyo­bra­źni. Dlatego ich domy to „architektura szczęścia”. Jej złotym okre­sem były lata 80. i 90. XX wieku.

*


Epoka The Sims to czas, w którym projektowanie wnętrz stało się niemal równoznaczne z projektowaniem człowieka. Wnętrza domów traktuje się bowiem jak lustra odbijające wnętrza jego mieszkańców. To, co często jest niemożliwe do zrealizowania w życiu poza siecią, z powodzeniem można realizować w świecie Simów. The Sims pozwala bowiem na symulowanie życia i domu – można wiele razy burzyć i budować od nowa. Najwidoczniej tego właśnie potrzebują miliony grających osób.

Waldemar Kuligowski, Z roślin, z dźwięków, z marzeń.
Domy świata
, ilustr. Marianna Sztyma,
Wydawnictwo Albus, Poznań 2023.

4948. Z oazy (CXXIV)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Na mojej drodze: 262 książki i prawie tysiąc wpi­sów później ten sam Autor z drugą swoją książką, która ukazała się zaledwie rok po pierwszej. Po minimum półtora roku dyskryminowania czytelników (brawo!) jest nareszcie w wersji elektronicznej.

Niby jest to książka o otaczającej nas rzeczywistości, bo opisuje fakty, ale dla mnie jest to opowieść o ideach. Ideach, które osadzają społecznie związki, w jakie wcho­dzą ludzkie osoby. Ideach, które nadają tym związkom rangę.

W pierwszej chwili zachwyciła mnie różnorodność form, bym zaraz potem z każdym kolejnym rozdziałem doświadczała coraz wiekszego smutku, bo to książka nie o ele­men­tach różnych tradycji na świecie, lecz o zwykłym chamskim na­rzędziu władzy i opresji, o nieustającym źródłe zniewolenia i instrumencie sankcjonującym prze­moc w imię — różnie definiowanego w różnych częściach globu — dobra rodziny, które zwykle nie widzi powodu, by uwzględniać dobro kobiet.

Dyskryminowanie ludzi jest również formą przemocy. Teraz już nie wiem, dlaczego tak wytrwale czekałam na tę książkę. Jeśli mam być czy­tel­nikiem drugiej kategorii, wolę nim nie być w ogóle. Więcej na żadną książkę tak długo czekać nie będę.

Należy wszelako mieć świadomość, że w momencie, gdy ogłasza się stan po­gotowia dla monogamii, inne typy małżeństw mogą się mieć bardzo dobrze. Ludzka kreatywność nie ogranicza się bowiem do jednego modelu małżeństwa. I właśnie o tym opowiada ta książka.

*

Jak słusznie zauważył wybitny polski antropolog Bronisław Malinowski, każde małżeństwo jest jednocześnie czymś biologicznym i kulturowym.

*

[…]  jedynie w 16 procentach znanych kultur monogamia była normą. W świetle takich wyników nikogo nie trzeba przekonywać, że mono­ga­miczny typ związku małżeńskiego należy do wyraźnej mniejszości. W zde­cy­do­wa­nej większości znanych i opisanych kultur zezwala się na posiadanie więcej niż jednego partnera małżeńskiego.
     Analizy Murdocka każą zwrócić uwagę na pewną ważną okoliczność. Otóż kultury preferujące monogamię są, owszem, w mniejszości, ale jed­no­cześnie to społeczności najbardziej liczne, podczas gdy te preferujące różne typy poligamii są z reguły społeczeństwami niewielkich rozmiarów. Trzeba pamiętać i o tym, że w wielu społeczeństwach monogamicznych szeroko praktykuje się monogamię seryjną. Takie rozwiązanie jest możliwe dzięki pojawieniu się prawa zezwalającego na rozwody. Monogamia seryjna polega po prostu na pozostawaniu w związku z kolejnymi pojedynczymi partnerami albo partnerkami.

*

[…]  wyrokowanie o lepszych i gorszych typach małżeństw jest warunkowane kulturowo i religijnie.

*

     – Poligyniczny związek jest większym obciążeniem dla mężczyzny niż dla kobiety, gdyż to mąż musi stawić czoła czterem różnym kobietom, a to nie jest łatwe — stwierdza Mohamad Ikram [Malezyjczyk].

*

[Miriam Koktvedgaard Zeitzen] wspomina w swojej książce. – Wśród ko­biet, z którymi pracowałam, psychologiczny ciężar poligynii daleko prze­kra­czał jej statystyczną obecność”. Okazało się też, że nie zawsze są to szczę­śli­we związki wolnych ludzi. Jak przekonuje badaczka, wiele pierwszych żon jest po prostu zmuszanych do zaakceptowania decyzji męża o po­ślu­bie­niu kolejnej kobiety. Wielożeństwo pojawia się jako groźba i pod­po­rząd­ko­wu­je życie kobiet woli mężczyzn. Część kobiet potrafi się temu dyktatowi przeciwstawić, inne natomiast godzą się na życie w związku poli­gy­nicz­nym, chcąc ratować małżeństwo lub z troski o los swoich dzieci. Jedne twier­dzą, że takie życie jest zgodne z regułami wyłożonymi w Koranie, drugie zaś uważają wielożeństwo za sprzeczne z ideą partnerstwa, sza­cun­ku i miłości.

*

Niezwykle znaczące jest to, że wśród Tybetańczyków praktykuje się kilka typów małżeństw. Pod tym względem jest to społeczeństwo unikatowe na skalę światową. Tybetanki i Tybetańczycy mogą mianowicie zawierać związki monogamiczne, angażować się w poliandrię braterską, a także w po­li­gynię. Ta ostatnia jest najrzadsza; zwykle przemawia za nią nie­płod­ność pierwszej żony, w wyniku której mężczyzna decyduje się na po­ślu­bie­nie jej siostry. Wszelako nie koniec na tym. Akceptowane są bowiem także małżeństwa łączące ojca i jego synów z jego kolejną żoną, czyli poliandria dwupokoleniowa. Ponadto występuje poligynandria – do istniejącego już małżeństwa jednej kobiety i kilku braci „zaprasza się” kolejną, młodszą żo­nę. Jak widać, możliwości wyboru form życia małżeńskiego są w tej kultu­rze niemal nieograniczone.
     Spośród tego szerokiego wachlarza związków najbardziej popularne są małżeństwa monogamiczne oraz poliandria braterska.

*

„Poliandria nie jest wybierana dla chleba i masła czy z lęku przed głodem we wrogim środowisku – przekonuje Melvyn C. Goldstein – lecz raczej z po­wodu tybetańskich odpowiedników ostryg, szampana i społecznego uzna­nia”. Co badacz ma na myśli?
     Tybetańczycy są przekonani, że gospodarstwo domowe, w którym żyje kilka dwuosobowych małżeństw ze swoim osobnym rodzeństwem, jest mało stabilne. Łatwo w nim bowiem o konflikty: jedne pary mają wiele dzieci, inne mniej, a między niespokrewnionymi osobami może dochodzić do po­waż­nych zadrażnień, zwłaszcza gdy w grę wchodzą ambicje i myślenie w ka­te­go­riach interesu wyłącznie własnych dzieci. Poligamia braterska ni­we­lu­je te napięcia, ponieważ jej budulcem są jedna rodzina i wspólne dzieci.

*

*

Wielkim sojusznikiem lewiratu był zawsze porządek patriarchalny.
     Wśród Kurdów tradycje rodowe nadal są bardzo ważne. Zgodnie z nimi ojciec, jego bracia i ich synowie tworzą mal, czyli lineaż – grupę wy­wo­dzą­cą się od jednego przodka, w której najwyżej ceni się związki krwi oraz wła­dzę mężczyzn.

*

     – Spotykanie się z wieloma ludźmi wcale nie wygląda bardzo zabawnie – odpowiedziała Sita. – Słyszałam, że w Ameryce dziewczyny zamartwiają się, kiedy wreszcie spotkają tego jedynego. Tutaj natomiast możemy po pro­stu cieszyć się życiem, pozwalając rodzicom wykonać tę pracę i martwić się za nas.
     Dzieje się tak pomimo tego, że model miłości romantycznej jest idea­li­zo­wa­ny i promowany zarówno przez Bollywood, jak i tradycyjny folklor. Instytucja małżeństwa aranżowanego, niemająca żadnego oficjalnego prawnego uznania ani wsparcia, okazuje się wciąż zaskakująco solidna i trwała. […]  Tradycyjne skupienie się na dużej rodzinie i jej potrzebach stale próbuje się dopasowywać do nowoczesnego ideału samorealizacji i niezależności – zwłaszcza w wypadku kobiet.

*

We współczesnych Chinach znalezienie żony nie jest łatwym zadaniem. Dominujący wzorzec kulturowy od wieków preferował posiadanie synów. W roku 1977 rząd wprowadził „politykę planowania urodzin”, zgodnie z któ­rą każda para mogła mieć tylko jedno dziecko. Ten restrykcyjny pro­gram zakończono po niemal 40 latach, w 2015 roku. Badania antro­po­lo­ga Williama Skinnera i jego chińskiego współpracownika Yuana Jianhua do­wio­dły, że konsekwencjami połączenia tradycji i rządowego planu stały się porzucanie dziewczynek, aborcja, a także dzieciobójstwo.

*

Jednym z najgorszych dopustów, jakie mogą przytrafić się rodzinom Kuria [lud w Afryce], jest bezpłodność. Traktowana jako zły omen, wywołuje ona tak duży lęk, że ciało bezpłodnej kobiety jest grzebane z dala od domostw, w jałowej ziemi. Stanowi to jasny znak, że spoczywa tam omogomba – ‘ta, któ­ra nie pozostawiła potomstwa’.
     Dlaczego Kuria tak bardzo obawiają się bezpłodności? Bo każda ich ro­dzina marzy o posiadaniu potomka, a dokładniej – mę­skie­go potomka. Na­ro­dziny syna są wyczekiwane i wybłagiwane, toteż jego przyjście na świat uświetnia się radosną ceremonią. Społeczeństwo Kuria jest pa­try­li­ne­ar­ne, a więc majątek rodzinny dziedziczy się w nim z ojca na syna. Brak mę­skie­go dziedzica oznacza zatem kłopoty i ryzyko rozdrobnienia tego majątku.

*

„Żeński mąż” jest wśród [ludu]  Nandi postrzegany jako mniej zaborczy i autokratyczny niż przeciętny mężczyzna. Nie kojarzy się z biciem i innymi formami przemocy, spędza z żoną dużo czasu, lubi z nią rozmawiać. Często przekazuje rodzinie panny młodej większą opłatę małżeńską niż męski kan­dy­dat na męża. […]
     W społeczeństwie Nandi kobieta, która poślubia kobietę, w rezultacie sta­je się mężczyzną. Nie idzie tutaj jednak o zmianę płci. Zmienia się raczej sta­tus takiej osoby: jest ona głową domu, zarządza gospodarstwem i re­pre­zen­tu­je rodzinę w świecie zewnętrznym.

*


Nuerowie, tak samo jak Dinka [lud w Sudanie Południowym], są mia­no­wi­cie przekonani, że jeśli mężczyzna umrze bezpotomnie, zapewnia sobie prze­trwa­nie wyłącznie dzięki kobiecie, która poślubi jego ducha. Jak twierdzą, w idealnym świecie każdy mężczyzna powinien mieć syna, który zostanie nazwany tak jak on. Wtedy pamięć o nim będzie trwać, a w lineażowym katalogu nie powstanie żadna luka.

*

     – Zadaję sobie pytanie: co takiego mają kobiety poślubione mężczyznom, czego nie mam ja? Czy jest to ziemia? Ale ja mam ziemię. Czy są to dzieci? Ja także mam dzieci. Nie mam tylko mężczyzny, ale mam kobietę, która się o mnie troszczy. Należę do niej, a ona należy do mnie – tłumaczy wpółżona Ciru. – I jeszcze ci coś powiem: nie muszę się martwić o to, że mężczyzna będzie mi mówił, co mam robić.

*

Wierzę, że dorastamy i uczymy się na podstawie wszystkich naszych doświadczeń, a związki z innymi są tu kluczowym elementem.

Waldemar Kuligowski, Drugi mąż czwartej żony.
Małżeństwa świata
, ilustr. Marianna Sztyma,
Wydawnictwo Albus, Poznań 2021.

4947. Z oazy (CXXIII)  //  Panna cotta (LXXIX)

Zeszłoniedzielne odliczanie literek, trzy. Dziś, bo zwyczajnie nie wyrobiłam się z ob­rób­ką tydzień temu. Wybierając fragmenty, zatrzymywałam się co chwilę z po­wo­du gramatycznego zachwytu. Że tu taki czas (pas­sa­to pro­ssimo), a tu — już nie na czuja — inny (imperfetto), a tam jeszcze inny (tra­pas­sa­to pro­ssimo!). Że tu zaimek w for­mie do­peł­nie­nia bliższego, a tu dalszego, a tam „zaimek”, którego w języku polskim w ogó­le nie ma — jak cu­dow­nie jest roz­ko­szo­wać się tym wszystkim w nieśpiechu nawet dziś po raz enty.

Zeszłoniedzielny, lutowy przydział radości z włoskich literek to przedostatnia z wy­da­nych do tej pory książeczek w ramach serii serena/mente stworzonych przez mał­żeń­stwo psychologa i ilustratorki.

Książeczka-plasterek, która przypomina, że zawsze można wyczarować dobro. Zawsze! Trzeba tylko… iść dalej. A może jest to opowieść o zupełnie czymś in­nym, a tylko mnie, poobijanej zmianą, której nikt nie chciałby doświadczać, ten wątek ruchu — którymi przecież również są i dawanie, i branie — wydał się uwalniający i zbawienny. Nie mówiąc o tym, że tak pięknie hipnotyzujący.

In un bel mattino di primavera, quando sui rami degli alberi brillavano ancora le gocce di rugiada, il riccio Spillo decise che era ora di cambiare casa.
     La sua, durante il letargo, era stata colpita duramente dal vento e dalla pioggia, tanto che anche aggiustarla era impossibile.
     Prese allora una grande valigia di stoffa, che gli aveva re­ga­la­to la nonna […]  e si mise in viaggio alla ricerca di una nuova casa.
[Pewnego pięknego, wiosennego poranka, gdy na gałęziach drzew lśniły już krople rosy, jeż Spillo zdecydował, że czas zmienić dom.
      Jego, podczas zimowego snu, został poważnie uszkodzony przez wiatr i deszcz — tak bardzo, że było niemożliwym go naprawić.
      Wziął więc wielką płócienną walizkę, którą otrzymał kiedyś od babci […]  i wyruszył na poszukiwanie nowego domu.]

*

Il primo giorno del suo viaggio, Spillo incontrò la talpa […].
     Il secondo giorno Spillo incontrò la gazza Brillina che pian­ge­va sul ramo di un ciliegio in fiore perché aveva per­du­to un vetrino […].
     Nell sua valigia Spillo trovò un vecchio orecchino che era rimasto spaiato, ma che per Brillina fu un bellissimo regalo.
[Piewszego dnia swojej wędrówki Spillo spotkał kreta […].
      Drugiego dnia spotkał srokę Brillinę, która płakała na gałęzi kwitnącej wiśni, ponieważ straciła cenne szkiełko […].
      W swojej walizce Spillo znalazł stary kolczyk bez pary, ale dla Brilliny był pięknym prezentem.]

*

Spillo viaggiò a lungo e non negò mai il suo aiuto a nessuno: a uno scoiattolo […], a una rana […]. [e successivamente a una lepre].
     Lo faceva perché, quando vedeva comparire il sorriso sul volto di tutti quelli che aiutava, sentiva nascere nel suo cuore un’energia potentissima, che lo riscaldava e lo metteva di buon umore.
[Spillo wędrował przez dłuższy czas, nie odmawiał nigdy nikomu pomocy: wiewiórce […], żabie […]. [a później również zającowi]
      Robił to, ponieważ, kiedy widział uśmiech, pojawiający na twarzach wszystkich, którym pomagał, czuł jak w jego sercu powstawała ogromna energia, kóra ogrzewała go i wprowadzała w dobry nastrój.]

*

Un fresco pomeriggio d’estate, dopo aver camminato a lun­go, Spillo si appisolò sotto un albero di melo.
     All’improvviso un forte temporale lo sorprese e fece sci­vo­lare la sua valigia in un torrente.
[Pewnego wczesnego letniego popołudnia po pokonaniu długiej drogi Spillo zdrzemnął się pod drzewem jabłoni.
      Nagle zaskoczyła go gwałtowna burza i porwała mu walizkę wprost do potoku.]

*

Quella notte Spillo sognò la sua amata nonna.
     “Perché sei così triste, riccetto mio?”
     “Ho perso tutto! La valigia che mi avevi dato era piena di cose preziose… Non ho più niente!”
     “A cosa ti servono le cose che hai perduto? La natu­ra ti offre già ciò di cui hai bisogno […]…”
     “Hai ragione… Eppure, sono triste! Forse perché tutte le cose che c’erano nella valigia mi servivano ad aiutare chi in­con­travo!”
     “Allora, piccolo mio, la felicità non è nella valigia, ma nell’aiutare gli altri!”
[Tej nocy przyśniła się Spillo jego ukochana babcia.
      — Dlaczego jesteś tak smutny, mój jeżyczku?
      — Straciłem wszystko! Walizka, którą mi kiedyś podarowałaś, była pełna cennych rzeczy… Nic już nie mam!
      — Do czego potrzebujesz rzeczy, które straciłeś? Życie oferuje ci to, czego potrzebujesz…
      — Masz rację… Mimo to jestem smutny! Może dlatego, że wszystkie rzeczy, które były w walizce, były mi potrzebne, by pomagać tym, których spotykałem!
      — Mój malutki, szczęście nie jest w walizce, ale w samej pomocy innym!]

*

“Ora ho capito!” pensò. “Se mi concentro su ciò che mi manca, allora divento triste. Se invece penso a come aiutare gli altri con ciò che ho, questo mi basta a essere felice!”
[Teraz rozumiem — pomyślał Spillo. — Jeśli skupiam się na tym, czego mi brak, staję się smutny. Jeśli natomiast myślę, jak pomóc innym, korzystając z tego, co mam, to mi wystarcza, by być szczęśliwym!]

*

A volte basta poco per cambiare in meglio la giornata di qual­cuno, sai? Una parola di conforto o una piccola atten­zio­ne possono far tornare il sorriso agli altri e quel che ne rica­ve­rai è più prezioso di qualsiasi vetrino. Ti darà gioia, spe­ran­za e coraggio!
[Czasem wystarczy niewiele, by zmienić czyjś dzień na lepsze, wiesz? Jedno słowo pocieszenia lub odrobina uwagi mogą przywrócić innym uśmiech, i jednocześnie otrzymasz coś dużo cenniejszego od jakie­go­kol­wiek szkiełka. Da ci to radość, nadzieję i odwagę!]

*

Una lacrima di gioia scese sul musetto di Spillo, che invitò gli amici a entrare nella sua nuova casa.
[Z radości na pyszczek Spillo spadła łza, gdy zaprosił przyjaciół, by weszli do jego nowego domu.]

Luca Mazzucchelli, Più dai, più hai, ilustr. Giulia Telli,
Giunti Editore, Firenze/Milano 2022.
(wyróżnienie własne)

[…]  anche se sembra strano, la felicità funziona al contrario: più dai, più hai”.
[chociaż wydaje się dziwne, szczęście działa wręcz przeciwnie: więcej dajesz, więcej masz.]

piątek, marca 03, 2023

4946. 62/365

być daje mi więcej wolności wewnętrznej niż mieć.

ważniejszym od posiadania przyjaciół, jest bycie przyjacielem; ważniejszym od posia­da­nia nieruchomości jest poczucie bycia gdzieś zadomowionym; ważniejszym od po­sia­dania sa­mo­cho­du jest bycie kierowcą. nie mam siostry, ale nią jestem.

62/365

J.S. Bach, Preludium G-dur,
Víkingur Ólafsson (pianista), Bach Reworks. Part 2,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #36.

czwartek, marca 02, 2023

4945. 60–61/365

     — wyobraź sobie, że układasz swoje ciało w dło­niach wszechświata — powiedziała do siebie.

ułożyła się w  zagłębieniu, utworzonym przez te dwie złożone dłonie. zniknęła galopada czarnych myśli i obrazów, zelżał ból.

60–61/365

poniedziałek, lutego 27, 2023

4944. [Świeżutki] Czekariat (XXXV)

La Tesora:
(zdjątko swojego obrazu przysłała, a zaraz potem
dorzuciła słowa w czterech znaczących wierszach,
które ubawiły Drzewko bardzo
)
U mnie kwiaty się malują
i co wychodzi?
Pornografia!
I bardzo dobrze!

Jabłoń:
(natychmiast poprosiła o zgodę, by na zawsze móc mieć i słowa,
i obraz, i fotografię z fantastycznie zatrzymaną sceną, która
nie milczy wcale, gada, opowiada, obiecuje… również tu
)
[zgoda została udzielona]


La Tesora.

*

Nie pozostawiaj za sobą nieprzeżytego życia.

Irvin Yalom, Kuracja według Schopenhauera,
przeł. Elżbieta Smoleńska, Czarna Owca, Warszawa 2021.

niedziela, lutego 26, 2023

4943. Z oazy (CXXII)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Gdy w poniedziałek wieczorową porą szo­ro­wa­łam swoją por­cję chodzenia na czworakach, z radia wypadli Autor i tytuł tej książki. Za­trzy­ma­ło mnie nazwisko Autora, zatrzymało mnie słowo żałoba. Szanuję rze­tel­ność dziennikarską Autora tej książki, żałobę jako dzikie zwierzę oswajam wtedy 67. dzień. Decyzja zapadła sama.

Dzień przed ukazaniem się książki, miałam ją już zakupioną. Dzień po jej publikacji miałam ją już przeczytaną.

Dzięki tej lekturze nauczyłam się słowa szylkretowy, by po zrobieniu klik, klik, do­wie­dzieć się dlaczego napotkanie trójkolorowego kota oznacza prawie zawsze spo­tka­nie kociej dziewczynki — do tej pory myślałam, że to pewniak.

To nie jest książka dla pacjentów onkologicznych. Kilkukrotne czytanie o wysokim, europejskim poziomie leczenia nowotworów w Polsce, choć jest doświadczeniem wyjętym z życia rodzinnego Autora, jest raczej wyjątkiem niż regułą lub jest regułą, ale tylko w przypadkach, gdy medycyna, również ta na światowym poziomie, ma już niewiele do zaproponowania. Tyle polemiki.

Całość. Przejmująca.

Wspólne spanie to było dla nas coś bardzo ważnego, zawsze uspokajało. Miałem nawet taką teorię, że naprawdę kochasz tylko tę osobę, z któ­rą możesz razem spać.

*

Znów książka Michała Cichego. Ta, z którą Agnieszka nie rozstawała się w ostatnich miesiącach życia. Chcę się cze­goś dowiedzieć o tym, co się dzia­ło w jej wnętrzu, gdy coraz bardziej zamykała się w sobie i coraz częściej leżała bez ruchu.
      […]. Tak właśnie – z uwa­gą – próbowałem ją czytać. Próbowałem, bo nie zawsze się udawało. Od­pa­da­łem przy fragmentach streszczających po­glą­dy chińskich filozofów i mi­strzów. To nigdy nie były moje kli­ma­ty. Ale starałem się jak mogłem. Gdy coś szło nie tak, wyobrażałem sobie Agniesz­kę, jak czyta te strony.

*

Kochałem jej głos.

*

Nikt nie zadzwoni z pytaniem, kiedy będziesz, nikt nie przyśle listy zakupów, nie napisze, że tęskni. Nie wyślesz mi już ikonki z roześmianymi duszkami. Mogę się włóczyć, jeździć bez sensu, wracać w środku nocy, wy­chodzić nad ranem. Nikogo to nie obchodzi, bo nikogo tu nie ma. Tylko kot, gdy jestem zbyt długo poza domem, porzuca swoją izolację i trochę się łasi, mrucząc. Czasem nawet pośpi w nogach czy przy boku. Mogę wszystko. Na nic nie mam ochoty. Bez Ciebie wszyst­ko jest niczym.

*

Życie i stawanie twarzą w twarz wobec wszystkiego, w co się pakujemy, to jest odwaga.

*

Napisałem jeszcze, że tam, gdzie jest wojna, bieda i ciągłe zagrożenie, było mi lżej niż w domu. W domu zaczynałem już odpływać, nie wiedziałem, skąd mam brać siłę, a potrzebowałem jej coraz więcej.

*

Czasami trzeba się kierować sercem, czasami umysłem, a czasami są takie momenty, że trzeba się poddać.

*

Wczoraj (1 sierpnia 2022) znalazłem mema z Kubusiem Puchatkiem i Pro­siacz­kiem. Taki dialog: – Mogę coś dla ciebie zrobić? – Bądź. – Tylko tyle? – Aż tyle.

*

[…]  najważniejsze jest to, co nieuchwytne.

*

Postanowiłem przyjmować wszystko, co się dzieje, jakby to było niezależne ode mnie. Bo tak naprawdę nie jest, ani ja, ani ty nie możemy zrobić zbyt wiele. Parę drobnych rzeczy, które znaczą coś tylko dla niewielu. Ale znaczą te drobne rzeczy nieskończenie wiele, i tylko to się liczy.

*

Mówiliśmy o życiu jako o rzeczywistości
rozciągniętej ponad czasem.

Wojciech Czuchnowski, Dzbanek rozbity. Sceny z życia,
choroby, śmierci i żałoby
, Agora Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

Lista i odznaczone. Ja wiem, że jedna rzecz, jeden przed­miot, jedno skojarzenie może uruchomić lawinę myśli, a algorytm pytań i odpowiedzi maluje straszne wizje, w to się łatwo można wplątać, niestety.
     Wiem, że pokonasz to wszystko.

(tamże)