sobota, listopada 16, 2013

(893+1). List-opad-u perełki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czasem wątpię w sens swojej tułaczki po świecie.
Czasem nie doskakuję do własnych standardów.
Czasem chcę od siebie za dużo, za szybko, na już, na-ten-tychmiast.
Czasem popełniam błąd, z którego nie wynika nic dobrego.
Czasem zgodzić się nie mogę na swoje tylko i aż człowieczeństwo.

A List-opad-u?
Pieczątkę swą przystawia, uzasadnia
bezsens List-u motywacyjnego do życia i sens opad-u
uwiarygodnia. Uwierzytelnia. Urzeczywistnia.

Ale i w List-opad-u
można List-u treścią się ogrzać i opad-u szczęki doznać,
gdy odkryje się, że jeszcze wczoraj pretensje do siebie się miało,
że nie jest się krecikiem z bocianim dziobem.

*

— Może znasz jakąś postać bajkową, która umie prosić, robi to cudownie i dostaje, czego pragnie? — Zapytałam w pracy.
Po chwili otrzymałam odpowiedź:
— Krecik, co pragnął mieć spodenki.

*

List-opad-u!
Prosim tĕ.
Obejrzyj koniecznie… Odcinek pierwszy Krecika, pt. Krecik dostał spodenki.

*

// napisał wczoraj ważny dla mnie Ktoś

w List-opad-u... bądź dobra dla siebie.

// napisałam dzisiaj dla siebie.

*

Westchnęłam... jak dobrze być tylko Jabłonią... w List-opad-u też!

czwartek, listopada 14, 2013

893. Listopadowy pomidor

Dziś w menu podano późnojesienną wersję zabawy Pomidor.

Jak śmiem myśleć, że mam coś do powiedzenia? Listopad.
Jak śmiem myśleć, że to co powiem może być czymś ważnym? Listopad.
Jak śmiem myśleć, że mogę to i owo? Listopad.
Jak śmiem myśleć, że dam radę? Listopad.
No jak? Listopad.

Na powierzchni listopadowej zupy trzymają mnie słowa:

wtorek, listopada 12, 2013

892. Tęcza XXI wieku

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik od kilku dni jest jeszcze bardziej sadowniczą wersją siebie, ponieważ zakupił sobie jabłuszko. Historia tego zakupu pozornie nie łączy się wcale z płonącą wczoraj tęczą.

*

Sadownik wypatrzył. Napisał do człowieka. Umówił się. Godzina oglądania jabłuszka podyktowana była potrzebą wyprowadzenia terytorialnego mocno psa. I choć Sadownik zapewniał, że on się psów nie boi, więcej, zapach suki na nogawkach nosi, człowiek przekonywał, że pies musi być na spacerze, gdy Sadownik przybędzie. Sadownikowi zrazu zdało się to dziwne ciut, ale nie nalegał — w końcu nie był zainteresowany psem, ale jabłuszkiem. Pojechał Motongiem. Był ciut przed czasem. Dryndnął do człowieka, że już jest. Za minutkę oczom swym nie wierzył. Z właściwej klatki wyszedł z psem... człowiek tej samej płci, co sprzedawca. I przykro się Sadownikowi zrobiło, że człowiek ukrywać się poza własnym domem musi, bo pewności żadnej para nie ma, czy nadciągający Sadownik PiSdkiem czy innym oszołomem o jedynej słusznej orientacji nie jest. I serce Jabłoni rosło, że Sadownik wrażliwość ma szczególną i tę niesprawiedliwość widzi, rozumie i czuje. I w głowie mu się nie mieści, że to XXI wiek.

*

Z własnego podwórka. Kilka bloków od nas. Dwoje ludzi, w podobnym wieku, podobnie ubranych. Serce me kroi się na pół, gdy widzę, jak bardzo pilnują, by idąc koło siebie nie zbliżyć się na mniej niż dwa bezpieczne metry. Nie znam ich, ale zawsze im mówię dzień dobry, co życzeniem moim jest, by któregoś dnia mogli, tak jak ja z Sadownikiem, za rękę po ulicach chodzić. Bo w głowie mi się nie mieści, że to XXI wiek.

*

Każda tego typu sytuacja powoduje, że tęcza wewnątrz mnie płonie od nowa. Wczoraj spłonęła ta wspólnotowa z placu Zbawiciela. Mam nadzieję, że nie doczekają zbawienia ci, co ją podpalili, że ich Bóg wypnie się na nich w całym swoim miłosierdziu. Bo nie godzi się tak postępować w XXI wieku.

*

I myli się Oseł Sejmu VII kadencji, co w wieku 36 lat wszystkie rozumy ma już dawno pożarłe, że to pedalska tęcza płonęła, ponieważ płonęła również Moja i Sadownika Tęcza. Choć XXI wiek.

(źródło fot.)

niedziela, listopada 10, 2013

891. Migawki z cudu życia

// po-superwizyjna perełka:
Uczę się
     z każdego spotkania,
     z każdej relacji,
     z każdego kontaktu.

Uczę się
     ciągle
i to się nigdy nie skończy.

sobota, listopada 09, 2013

(888+2). Dla dłużej i bardziej dorosłych

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dojrzewam niczym sekwoje, wolno. Zielony maraton sprawił, że nareszcie odkryłam urok powieści. Postaciom fikcyjnym w zupełnie realny sposób się przyglądałam. Ich niepopularne myśli, marginalizowane uczucia, krępujące ich ruchy konsekwencje podjętych, być może pochopnie, decyzji — wszystko to na talerzu stronic przed sobą miałam podane. Potrzeby, których można się wyprzeć, ale których nie sposób zabić. Smakowałam. I tylko nie mogę sobie przypomnieć, jak kiedyś, wiele lat temu, wpadłam na tę Autorkę, której najnowszą powieść w dłoniach jeszcze wczoraj wieczorem miałam. Majstersztyk, pięknie o rzeczach trudnych pisany... dla dorosłych od dłuższego czasu. To ta książka odpowiedzialna jest za rozbujanie kulki w mej głowie, w efekcie czego powstały dwa ostatnie wpisy.

[...] Awni, moje dziecko, tęsknię za tobą. Prawie za każdym razem czyni mu wyrzuty, gdzie byłeś, tęsknię za tobą, a gdy próbuje ją uspokoić, jestem tutaj, mamo, ona pyta z obawą, ale kiedy przyjdziesz znowu?

*

Skąd wiadomo, co jest słuszne i co należy robić? Patrzy na niego szeroko otwartymi oczami, pełnymi wyrazu, a on śmieje się, to pytanie nad pytaniami, Anati, nikt z nas nie wie, poza kilkoma szczęśliwcami, dla których wszystko jest jasne.

*

Dina, krzyczy, dlaczego nie zamkniesz tego okna?
     Okno jest zamknięte, mamo, słyszy głos, tak samo jak twoje serce, a ona aż się trzęsie, dość tego, Dini, czego ode mnie chcesz? Moja mam dawała mi dużo mniej, a i tak ją kochałam, nigdy nie wątpiłam w jej miłość, dlaczego cały czas nie obwiniasz? Ale córka przerywa jej, czego ty ode mnie chcesz, mówiłam ci już, że okno jest zamknięte.

*

[...] czas ma kształt koła, mimo że jego kierunek jest jasny, dlatego młodość rozrzucona jest po całym życiu, tak jak i starość, a miłość można znaleźć w najmniej oczekiwanych miejscach, nigdy nie przychodzi za późno, czasami chwili miłości albo jej wspomnienie stanowi ekwiwalent wielu lat [...].

*

[...] patrzy na nagie, bezlistne drzewo za oknem, jak ciężko jest tracić wszystko każdego roku, ale przecież i każdego roku drzewo rozkwita, podczas gdy my tylko tracimy.

*

Nikt nie zabierze ci miłości, której doświadczyłaś, Nicani, to już jest twoje, zarówno miłość, którą dałaś, jak i miłość, którą otrzymałaś, one są przechowywane w tobie, na nich zbudujesz nowe miłości, wcześniej czy później, obiecuje jej, jesteśmy jak cyklamen, jak wszystkie rośliny wyrastające z cebul i bulw, mamy zdolność przechowywania i regeneracji, słyszysz?

Zeruya Shalev, Co nam zostało,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013.

piątek, listopada 08, 2013

(888+1). No więc, dlaczego?

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dlaczego ...?

#1
Po co pytać, jeśli zna się odpowiedź? Pozorna to dojrzałość, co od kilku dni zdaje mi się niedojrzałości oznaką.

Przecież wiadomo, że on(a), oni są tacy, owacy
i zawsze robią właśnie tak lub siak,
nie zmienią się nigdy, zaskoczyć nas już nie są w stanie.

#2
Po co w ogóle pytanie formułować? Komu potrzebny w literki zaklęty świadek, że nasze życie nie jest tylko różami usłane, że naszym doświadczeniem bywa również ból, opuszczenie, samotność, żal, smutek, rozczarowanie?

Zamknę się w sobie, odejdę,
porzucę nadzieję, nowe życie
zbuduję bez niej, bez niego, bez nich.

***

Czy jest na świecie choć jeden człowiek, co pytania takiego w sobie nigdy nie odkrył, nie skrywał, nie tłamsił, zadać nigdy nie śmiał? Dojrzałość definicję swą rozszerza.

Móc te pytania sformułować, wypowiedzieć, usłyszeć — przyznać się tym samym, że adresaci tych pytań ważni dla nas są, nie wtedy, dawno temu, ale dziś, gdy kolejne sylaby wypowiadamy.

Ciekawość w sobie obudzić na pojawiający się po słowach znak zapytania, co otwiera drogę Nieoczywistemu, że i adresaci tych pytań swoje pytania mają, których pomyśleć nie są w stanie, których wypowiedzieć nie mogą, że też w doskonałej niedoskonałości ograniczeń człowieczeństwa są zakleszczeni.

Jesteś dla mnie ważna,
jesteś dla mnie ważny,
co Ty na to?

A wtedy pytania rozluźniają ucisk, presji już nie wywołują, uwalniają energię, by z radością w Nieoczywistym perły nowych możliwości łowić... odpowiedzi przestają mieć znaczenie...

***

Florence + The Machine, Dog Days are Over.

czwartek, listopada 07, 2013

888. X?

Dlaczego ona tego nie zrobiła?
Dlaczego on nic nie powiedział?
Dlaczego postąpili tak a nie inaczej?
Dlaczego to, tamto, w tym czy innym czasie
zrobił(a), nie zrobił(a), tylko obiecał(a), w ogóle nie wspomniał(a)?

Ile jest pytań, których nigdy nie zadamy osobom, do których są kierowane?
Ile jest pytań, które boimy się wypowiedzieć na głos choćby do lustra?
O ilu pytaniach boimy się choćby pomyśleć?

Daj, spokój! To było tyle lat temu.

(cdn.)

wtorek, listopada 05, 2013

887. Rodzinnie

Jabłoń, córka Orzeszka,
wnuczka Bogumiły i Krystyny,
prawnuczka Apolonii, Sabiny i dwóch Kazimier,
praprawnuczka Urszuli,
prapraprawnuczka Małgorzaty.

*

Jabłoń na niezapomnianych,
bezcennych imieninach swojej
Babci Elżbiety
dziś była.

poniedziałek, listopada 04, 2013

(885+1). Powystawowo

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik.
     Zdegustowany.
Antenka.
     Bez zmian, znajdująca tylko pozytywy.
Jabłoń.
     Zatrzymana. Aleją portretów Ludzi Kultury, których już nie ma. Ludzi znaczących dla Jabłoni. Szymborska... Gintrowski... Kołakowski... Kantor... Steinhaus... Są tam też fajne pomysły na fajne portrety całkiem niefajnych, według Jabłoni, Ludzi Kultury.
     Zatrzymana. Również portretem, który uruchomił wspomnienie pewnego filmu...

Conrad Drzewiecki, (fot. Krzysztof Gierałtowski
z wystawy Portret bez twarzy, źródło)

Portret Conrada Drzewieckiego łączy w sobie jakości dwójki niesamowitych Mężczyzn i jednej fantastycznej Kobiety, którzy postanowili spotkać odległe „światy równoległe”...

Zatęskniło się Jabłoni, by znów rzucić się w ten film, bo sprawia On, że serce rośnie... z półki już zdjęty... Rytm to jest to!

niedziela, listopada 03, 2013

885. Złodziej antyków

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik wyprowadził dziś z Zamku Królewskiego sfotografowany uprzednio eksponat. Nie można niestety powiedzieć, że „uprowadził” element ekspozycji, ponieważ obiekt ten wyszedł z Sadownikiem na własnych nogach, skuszony wizją krosanta i kawy u Francuza oraz dalszego, szczęśliwego życia.

(fot. Sadownik)

sobota, listopada 02, 2013

884. Klub przebogatych

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wiele lat temu na przystanku w mieście Łodzi stali. Jabłoń i jej Ojciec. Nic wtedy nie zapowiadało rodzinnego sztormu, wskutek którego Jabłoń znajdzie się za burtą.

Na przystanku Ojciec powiedział do córki proroczym tonem:
     — Nie będziecie bogaci, ale dacie sobie radę.
     Nie odpowiedziała, bo zła na Ojca była, że w nią i w Sadownika nie wierzy i klątwę pewności ojcowskiej na nich rzuca. Przecież w planie miała zamiar bogatą być.

*

Zaduszkowy dziś dzień. Przeszłość wypełnioną Tymi, co przyszłości już nie mają, odwiedzam. Wspominam Tych, co odeszli na zawsze. Wspominam Tych, których ja porzuciłam w pół słowa w ciągu ostatniego roku. Między jednym obrazem a drugim zawieruszyło się wspomnienie tej przystankowej, łódzkiej niezgody, co reakcją na słowa Ojca była. Reakcji całkowicie uzasadnionej, bo wiele szczęśliwych lat przyszło potem. Choć nie zawsze wiążemy koniec z końcem. Jesteśmy bogaci! Cholernie bogaci każdym dniem! Nie wiem, co mogłoby być cenniejsze.

(fot. Sadownik, źródło)

piątek, listopada 01, 2013

883. Mysia 3 do 17 listopada

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie jesteśmy z pokolenia sklepów otwartych siedem dni w tygodniu. Staliśmy się honorowymi członkami tego pokolenia, o czym przypominają nam wigilie dni sklepów zabitych na głucho, gdy sklepy wezmą głęboki oddech i odpoczną od klientów. Przyparci do muru musieliśmy zrobić wczoraj zakupy na dwa dni. Nie poddaliśmy się zbyt łatwo. Najpierw skoczyliśmy na wystawę.

Uwielbiamy tę galerię. Surowe. Białe. Ściany. Fantastyczne oświetlenie. Przestrzeń. Dodana. Do tej rzeczywistej. Pierwszy haust „schizofreniczną ciut” kreską rysowanych fotografii zaczerpnięty. Wrócimy tam jeszcze. Do połowy listopada. To pewne. Pierwszy mój zachwyt to zachwyt portretem.

*

Dwa, które najbardziej mnie poruszają, dotykają, przemieniają...

(fot. Jacob Aue Sobol, Arrivals and Departures, źródło)

(877+5). I już

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

No i stało się. John Green za mną. Najgrubsza. Najbardziej szalona. Do ostatnich stron trzymała mnie w szachu. Zostawia po sobie jakiś magiczny osad zadumy... kim jesteśmy... jakie miejsca tworzymy... jak miejsca tworzą nas...

[...] a może jesteśmy trawą — nasze korzenie są tak współzależne, że nikt nie jest martwy, jak długo ktoś inny pozostaje żywy.

*

[...] wyobrażanie sobie, że jest się kimś innym albo, że świat jest inny, jest jedyną drogą do wnętrza.

*

Ludzie tworzą miejsce, a miejsce tworzy ludzi.

John Green, Papierowe miasta,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.
(wyróżnienie własne)

środa, października 30, 2013

(877+4). Idę na rekord

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Reportaż. Tak.
Psychologia. Tak.
Powieść. Czy ja wiem?

Nie „tą razą”. Idę na rekord. Wygląda na to, że w przeciągu siedmiu dni obalę trzy powieści. Wczoraj skończyłam drugą. Ryczałam jak bóbr. Nie poszłam spać, póki nie skończyłam. Dziś rano do tramwaju poszłam z trzecią... Przypomniałam sobie dzień, w którym odkryłam, dlaczego szybka transformata Fouriera jest szybka... od jak dawna uwielbiam gapić się na ludzi? — nie pamiętam. Proste życiowe przyjemności? — są istotą mojego życia.

[…] prowadziła taka maleńka staruszka. Omawiała szybką transformatę Fouriera, gdy nagle przerwała w pół zdania i powiedziała: „Czasami wydaje się, że wszechświat chce zwrócić na siebie uwagę”.
     I w to właśnie wierzę. Wierzę, że wszechświat chce, byśmy go zauważali. Myślę, że wszechświat jest bardzo ukierunkowany na świadomość, że nagradza inteligencję po części dlatego, że lubi, gdy ktoś docenia jego elegancję. A kimże jestem ja, jakiś epizod w dziejach, by mówić wszechświatowi, że on — albo moje postrzeganie go — jest tymczasowe?

*

     — To dlaczego tak na mnie patrzysz?
     Uśmiechnął się półgębkiem.
     — Bo jesteś piękna. Lubię patrzeć na pięknych ludzi, a jakiś czas temu postanowiłem nie odmawiać sobie prostych życiowych przyjemności
.

*

     — To jak brzmi twoja historia? — zapytał, siadając obok w bezpiecznej odległości.
     — Już ci ją opowiedziałam. Zdiagnozowano u mnie...
     — Nie, nie historia choroby.  T w o j a  historia. Zainteresowania, koniki, pasje, dziwne fetysze i tak dalej.
     — Hm — odpowiedziałam.
     — Nie mów mi, że należysz do tych ludzi, którzy stają się własną chorobą. Znam wielu takich. To przygnębiające. To znaczy, rak się rozrasta, to prawda. Konsumuje człowieka. Ale na pewno nie należy mu pozwolić na przedwczesny sukces.

John Green, Gwiazd naszych wina,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.
(wyróżnienie własne)

880. Wracajewo

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wernisaż. 18.15. On koniecznie. Spóźnić się nie chce. Ona koniecznie. Ale spóźni się na pewno. W drugim końcu miasta piesiurę pani alergolog do kontroli pokazać musi o 17.00. Umówili się, że... On nie spóźnia się. Ona wpada, gdy pierwszy tłum zasłaniający zdjęcia przetoczy się przez salę. Ważne. Nie będą razem iść na kolację. Nie wrócą razem do domu.

*

Nie spóźnili się. Wernisaż. Okazał się planowo rozpocząć o 19.05. Obejrzeli zdjęcia. Pierwszymi wrażeniami się podzielili. Rozstali się, by za kwadrans spotkać się na kolacji kilkanaście przecznic dalej w nowo odkrytej knajpce. Było piiisznie. Ważne. Nie wracali razem do domu.

*

— No to pa, kotku! Kto pierwszy w domu, ten wyprowadza piesa. — i poleciała do tramwaju, metra a potem autobusu. Nie była pierwsza, ale On i piesa już szli w jej kierunku. Ważne. Do parku na wieczorny spacer poszli i w końcu wrócili razem do domu.

***

Na trzech randkach. Tego samego dnia. Z tym samym gościem. To jeszcze w życiu nie byłam. Do wczoraj. Umówiłam się z Motocyklistą, co szczęśliwie odebrał uleczonego Motonga z mechanicznego lazaretu. Świętowaliśmy koniec października, co w tym roku okazał się miesiącem chorób wszelakich. Heniutka. Motong. Jabłoń. Dokładnie w tej kolejności. Potrzebowali medyków różnych specjalności. Tylko Sadownikowi udało się uniknąć roli pacjenta. Wczorajszy dzień był pierwszym, gdy jako Stado poczuliśmy, że jesteśmy na ostatniej prostej wracania do zdrowia, bo... Motonga oddał wczoraj jego Pan Doktor. Heniutki ozdrowiałymi łapkami jej Pani Doktor była zachwycona. Więc nam nie pozostało nic innego, tylko oddać się wielowymiarowemu świętowaniu Życia. To był wspaniały, ale i wyczerpujący dzień.

fot. Michał Jeliński z cyklu zdjęć Na brzegu.

poniedziałek, października 28, 2013

879. Audyt zewnętrzny

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pogoda nas rozpieszcza od kilku dni. 20° w słońcu w ciągu dnia. Wyjątkowo ciepłe wieczory...

Wczoraj. Najpierw zrobiłam zdjęcie, nie przeczuwając nawet, że jest ono zarówno zaklętym w piksele Prorokiem, co wie, jak cudny szykuje się dzień, jak i Audytorem, co jakość związków bada z uporem godnym lepszej sprawy. Potem przeczytałam pierwsze sto stron świeżutko odebranej książki. A wieczorem, po pracy, poszłam na randkę z Tym, który mnie ekscytuje od lat... w tej i wielu innych rzeczywistościach.

Flirtował każdą sylabą. Mówiąc szczerze, ekscytował mnie. Nie wiedziałam nawet, że faceci mogą mnie ekscytować — nie w ten sposób, nie w rzeczywistości.

John Green, Gwiazd naszych wina,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.

*

Dziś. Przed pracą. Zachwyt Życiem i Jesienią w Mieście mnie dopadł:

niedziela, października 27, 2013

878. W Trójcy jedyne

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rozczarowałeś swoich rodziców?
Nie przeskoczyłeś poprzeczki?
Nie spełniłeś ich oczekiwań?

Od środy towarzyszy mi ta część mnie, która jest Trzyletnią, Fantastyczną Dziewczynką, która o dwudziestej pierwszej wkracza do salonu pełnego dorosłych, wykorzystuje swój niebywały urok osobisty, by móc posiedzieć tam do północy. Ta dziewczynka nie może rozczarować, nie jest zainteresowana poprzeczkami i oczekiwaniami. Ona pewnie i z niebywałym wdziękiem idzie przez życie...

*

Rozczarowałeś swoich rodziców?
Nie przeskoczyłeś poprzeczki?
Nie spełniłeś ich oczekiwań?

Rozczarowałam i nie spełniłam oczekiwań. Nie wyjechałam na stałe do lepszego kraju, w którym więcej szacunku do człowieka, do pracy, do świata, gdzie potencjalnie lepiej by mi się żyło. W piątek odkryłam tę część mnie, która rozczarowała; która, jak się okazało, wierzy całkiem na serio i głęboko, że nie dość dobra byłam, jestem, skoro nie wyjechałam do lepszego kraju, w którym...

Trzyletnia Fantastyczna Dziewczynka rzuciła okiem na Część Rozczarowującą. Przysiadła się. Uśmiechnęła i zakomunikowała:
— Mnie zachwycasz. To On chciał wyjechać, a ponieważ tego nie zrobił, wcisnąć ci swoje pragnienie chciał. Spójrz, jak cudnie świat pomagał ci przez lata, byś nie wyjechała i została na swojej Drodze. — A gdy ostatnie słowo wybrzmiało, dodała:
— Idziemy stąd?

I poszły wszystkie tsy: Dziewczynka, Część i ja... fantastyczne, cudne, właściwe... poszły fantastyczną, cudną, ich jedyną i najwłaściwszą Drogą...

*

Rozczarowałeś swoich rodziców?
Nie przeskoczyłeś poprzeczki?
Nie spełniłeś ich oczekiwań?

Gratulujemy! Nie ustawaj!

*

Jabłoń:
(podzieliła się swoim odkryciem)
Rozczarowałeś swoich Rodziców?

Sadownik:
No, ba!

Jabłoń:
Gratuluję Panu, gratuluję!

877. Szukając w sobie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jedyne radio informacyjnie przez ostatnie lata stało się radiem informacyjno-reklamowym, by, gdy kończyłam śledzić losy transformacji, stać się radiem reklamowo-informacyjnym. Kilka miesięcy temu podziękowałam za lata dobrych audycji, po których nie ma już najmniejszego śladu. Znalazłam alternatywę w postaci „Radia z charakterem”, co charakter zdecydowanie ma dobry.

Kilka tygodni temu słuchaliśmy z Sadownikiem audycji o książkach dla dzieci. Gość audycji miał spokojny, pełen pasji głos. Był konkretny, rzeczowy i... magiczny. Żadnych ąąąąąąąąą, aaaammmmm, ęęęęę między słowami, frazami czy zdaniami. Pod koniec audycji było o książkach dla nastolatków-chłopców. Pan wymienił autora, trzy tytuły. Zapamiętałam. Po jakimś czasie, mając w pamięci zrównoważony głos Gościa audycji, zamówiłam pierwszą z nich. Wsiąkłam...

Wróciło do mnie nastoletnie uczucie permanentnej niepewności. Bogatsza o dziesięciolecia doświadczenia odkryłam potencjał tkwiący w tej niepewności; odkryłam ożywiający ruch, który chce zaistnieć, by budować, tworzyć novum. Dziś lecę po kolejną powieść tego Autora. Już czeka na mnie, by ją odebrać. Ja też już na nią czekam.

Jednak doktor Hyde opowiedział inną historię, jedną z tych, które wcześniej przeoczyłem.
     — Karol Marks w słynnym stwierdzeniu nazwał religię „opium dla ludu”.
[...] jest taka suficka opowieść, która podważa teorię, że ludzie wierzą tylko dlatego, że potrzebują opium. Wielką świętą sufizmu Rabię al-Adaiwiya widziano kiedyś, jak biegnie ulicami swego miasta, Basry, niosące w jednej ręce pochodnię, a w drugiej wiadro z wodą. Gdy ktoś zapytał ją, co robi, odparła: „Wezmę to wiadro z wodą i ugaszę nim ogień piekielny, a potem tą pochodnią podpalę bramy raju, żeby ludzie nie kochali Boga dla obietnicy raju albo ze strachu przed piekłem, ale dlatego, że jest Bogiem”.

*

     — Naprawdę nie jestem w nastroju na odpowiadanie na pytania zaczynające się od  j a k,  k i e d y,  g d z i e,  d l a c z e g o,  albo  c o.
     — Co się stało? — zapytałem.
     — To jest c o. W tej chwili nie obsługuję formatu „co”. No dobra muszę iść. Zacisnęła usta i wypuściła powoli powietrze, jak Pułkownik, kiedy wypuszczał dym.
     — Co... — pohamowałem się i zacząłem inaczej: — Zrobiłem coś?
     Zabrała swoją tackę i wstała od stołu.
     — Oczywiście, że nie, skarbie.

*

I jak przez mgłę przypominam sobie, jak Lara stoi w drzwiach i uśmiecha się do mnie, tym niepowtarzalnie wieloznacznym dziewczęcym uśmiechem, który obiecuje odpowiedź na twoje pytanie, ale nigdy jej nie udziela. Tym pytaniem, które zadajemy sobie odkąd przestaliśmy brzydzić się dziewczyn, pytaniem zbyt prostym, aby nie sprawiać kłopotu, jest: Podobam się jej czy tylko mnie lubi?

*

A o tym inaczej już tu było kilka dni temu, gdy ta książka jeszcze na mnie czekała:

     — Że co? — zapytałem.
     — Spędzasz całe życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiasz sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać, ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, żeby uciec od teraźniejszości.

*

Nauczyła mnie wszystkiego, co wiedziałem o rakach, całowaniu, różowym winie i poezji. Uczyniła mnie kimś innym.
     Zapaliłem papierosa i splunąłem do strumienia.
     — Nie możesz tak po prostu uczynić mnie innym, a potem odejść — powiedziałem do niej głośno.

John Green, Szukając Alaski,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.

czwartek, października 24, 2013

876. Między słowami a sierścią

U Pani Profesor od psich zdjęć znalazłam. No i nie mogę przestać zachwycać się przewrotnością tych słów. Niech tu pozostaną, by nie pogubić...

wtorek, października 22, 2013

875. Kto czyta?

     — Kim jesteś?
     — Pielęgniarzem, tokarzem — wziął głęboki wdech — prezesem banku.
     — Mało!
     — Mało? — przypomniał sobie wszystkie unijne szkolenia, których był uczestnikiem — mężczyzną, bratem, synem, mężem, ojcem, filatelistą...
     — To wszystko mało!
     — ???
     — Zadam pytanie inaczej. Kim się stajesz? O czym marzysz? O czym śnisz? Jak wesprzesz dziś tę część siebie, która nie jest, nie chce być i nigdy nie będzie pielęgniarzem, tokarzem, prezesem, mężczyzną, bratem, synem, mężem, ojcem, filatelistą... kobietą, siostrą, córką, matką, kociarą...

poniedziałek, października 21, 2013

(873+1). Spotkanie naszych Światów

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obrazek 1, 2 [...] Skończyłam książkę, która do soboty ze mną tramwajem jeździła.

*

Otworzyłam w niedzielę rano pięknie wydaną książkę. Reportaż i Fotografia. W jednej książce. Fotografia i Reportaż. Już nie mogę się doczekać, aż Sadownik wróci jutro i rzuci okiem. Jeśli tylko obejrzysz zdjęcia, stracisz zbyt dużo. Tylko przeczytać po prostu nie dasz rady.

Tochman. Jeśli to nazwisko nic Ci nie mówi — zazdroszczę. To znaczy, że cztery wyjątkowe książki są wciąż przed Tobą. Ta jest czwartą. Ze wspaniąłą klamrą, co za serce chwyta na długo.

Szukając w necie ulubionego zdjęcia z tej książki dowiedziałam się, że zdjęcia Grzegorza Wełnickiego można do niedzieli oglądać na wystawie. „Tą razą” to ja wyciągnę Sadownika na kulturę, a potem na żytnią bagietkę do Francuza. Najpiękniejszego, dla mnie, zdjęcia w sieci nie ma, jest w książce...

Podobno przed białą katolicką inwazją inne panowały tu obyczaje: kobiety były równe mężczyznom. Mówiły głośno, co myślą, brały udział w zarządzaniu lokalną wspólnotą i miały przywilej nadawania imion swoim dzieciom. Hiszpańscy mężczyźni, mocą rozmaitych aktów prawnych, kazali kobietom zostać w domach. No i klęczeć w kościołach. Tam przez stulecia misjonarze błogosławili ubogich w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławili także tych, którzy się smucili, albowiem oni będą pocieszeni. Musieli też błogosławić niewykształconych, aby usprawiedliwić brak dostępu do edukacji. Kształcili się Hiszpanie i lokalni kolaboranci, reszta im służyła. Ubóstwo pojmowano dosłownie: przez wieki ludzie wierzyli, że bogaty wyląduje w piekle. Skoro łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego, potępienia na sądzie ostatecznym boją się tu i dzisiaj. Nie chcą się bogacić. Bogactwo budzi strach. Bieda jest cnotą.

*

S’il vous plaît — nad jeszcze dychającym szkieletem nieokreślonej płci Francuz wciąż myśli, że cały świat jest frankofoński.
     ¡Tome! — nad długowłosym mężczyzną turystka z Madrytu wierzy, że ponad sto lat po odejściu Hiszpanów jej słowa są tu zrozumiałe.
     Bitte schőn! — Niemiec, ten to już przesadza.
     Here you are — Anglik ma komfort, bo nikt już się nie zastanawia, dlaczego jego językiem porozumiewa się świat.

*

[...] w wigilię święta umarłych na progach swoich domów ludzie w ciszy i skupieniu zapalają świeczki. Ostatniego październikowego wieczoru cały slums płonie: główna ulica i wąskie boczne labirynty. Jedna świeczka — jeden umarły. Tysiące umarłych, może dziesiątki tysięcy, o których wciąż ktoś tu pamięta, ktoś tęskni, ktoś pucuje ich groby na Cmentarzu Południowym.

*

Nasz zdrowy świat nie chce świata choroby, tak jak życie nie chce świata śmierci. Młodość nie widzi potrzeb starości, świat heteryków nie chce świata homo, świat pieniądza — świata biedy. Północ — Południa, Zachód — Wschodu, metropolie — swoich byłych kolonii, ludzie żyjący w pokoju — ofiar wojen, prześladowanych, uchodźców, Hutu — Tutsi, chrześcijanie (na przykład Serbowie) — muzułmanów (Albańczyków, Bośniaków), Turcy — Kurdów, Filipińczycy — Koreańczyków i Chińczyków, bo kto na świecie lubi Chińczyków, Flamandowie — Walonów, Holendrzy — Polaków, Polacy — Żydów, Żydzi — Arabów, Arabowie — Żydów i Amerykanów, Amerykanie — Meksykanów. Kogo nie znoszą Meksykanie? Samych siebie: biali — niebiałych. Może nie wszyscy, nie wszędzie, nie zawsze. Ale każdy. Każdy jest wśród niechcianych albo tych, którzy nie chcą.

Wojciech Tochman, fot. Grzegorz Wełnicki, Eli, Eli,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

873. Kamieniem we mnie rzuć

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obrazek 1
Widziany wiele razy. Wchodzimy z Sadownikiem do księgarni. Upewniamy się, że mamy telefony. Każdy idzie w swoją stronę. Pod różnymi regałami przystajemy. Patrzymy. Przeglądamy. Wybieramy. Odnajdujemy się. Rozglądając się. Stając na palcach. W ostateczności dzwoniąc do siebie. Wiemy, gdzie możemy spodziewać się Drugiej Połówki. Przy kasie oglądamy okładki upolowanych książek i cieszymy się jak dzieci.

Obrazek 2
Sadownik wyjechany. Odbieram zamówioną książkę. Proszę, by wypakować. Zachwycam się formatem. Między podaniem karty a wbiciem pinu zaglądam do środka i uśmiecham się od ucha do ucha. Bingo! W rękach mam książkę, która łączy Sadowniczą pasję i mój ulubiony regał z książkami.

*

Wracam do domu. Odkładam tę piękną książkę, by skończyć tę, która ostatnio jeździ ze mną tramwajami.

*

Życie społeczne usłane jest regułami, prawami, zobowiązaniami. Mówimy „tak ma być i już!”, ale im bardziej się upieramy, tym bardziej właśnie tak nie jest. Partie mówią „ tak ma być i już!”, a ludzie między paragrafami lawirują. Znajdźcie pierwszego, co kamieniem będzie mógł w drugiego w tej kwestii rzucić.

To książka o gościu, który między wierszami mówi: jestem, bo wciąż jest zbyt dużo ludzi, którzy wierzą w słowa „ tak ma być i już!”. No i nie jest, frajerze! Ta książka mogłaby być początkiem serii o ludziach, których niby nie ma, a są. To nie paradoks, to życie prawdziwe. Życie, które tworzą zbyt prawi, zbyt porządni, zbyt religijni...

Powiedzmy sobie jasno: dostawa za plecami wymaga niemal diabelskiej zręczności, umiejętności dobrania się do ładunków należących do czystych firm w taki sposób, żeby przedsiębiorstwa o niczym nie wiedziały. Chodzi o to, żeby nafaszerwoać kokainą kontenery opatrzone logotypami słynnych międzynarodowych firm o nieskazitelnej reputacji.

*

Powiedzmy raz jeszcze: tym, co w tym fachu najpiękniejsze, nie są pieniądze. Serio.
No dobra, pieniądze też są piękne, ale najpiękniejsze jest to, że możesz wydymać całą policję na świecie. Już czujesz ich oddech na plecach, już-już mają cię dopaść, kiedy widzisz, że zostają z tyłu. Zawsze jesteś dwa metry przed nimi i możesz cieszyć się rezultatami swojego geniuszu.

*

[...] pierwsza zasada handlu narkotykami mówi: nigdy nie trać czasu.

*

Chodzi więc o to, by znaleźć kanały, przez które można by wprowadzić towar na ten wspaniały rynek zwany Unią Europejską. [...] Ja na przykład przepadałem za Polską, do której można było się doskonale dostać przez Szczecin. [...] Zysk gwarantuje mu obowiązująca prohibicja.

*

Nigdy nie przestanę powtarzać: to nie towar jest diabelski, to rynek. Diaboliczne substancje to wymysł romantyków i bankierów. Towar jest dobry lub zły, tak jak dobre lub złe jest jabłko. Człowiek może być z kolei zły, tak jak zły może być pies. To ludzie decydują o tym, jak wykorzystują środki i pieniądze, nigdy vice versa.

*

W więzieniu można zabić jeszcze łatwiej i taniej niż na wolności. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi to dla ciebie za karton papierosów lub niewiele więcej.

Luca Rastello, Przemytnik doskonały.
Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

niedziela, października 20, 2013

(870+2). Cały ten kram

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niewolnicy przeszłości:

Jestem taki, bo... wpisz, co chcesz... matka alkoholiczka... ojciec nierób... ciężkie dzieciństwo... brak możliwości... choroba zabrała ojca, gdy byłem dzieckiem... moja matka kochała bardziej brata... nie lubiano mnie w szkole... nie umiem inaczej reagować... mam kiepskie wzorce... do cholery, przecież wiesz, nie wymagaj!

Ćpuny przyszłością urajane:

Pragnę być taki i będę, gdy... zarobię, kupię, zdobędę, dostanę... jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc, za kwartał, już niedługo, za dwa–trzy lata... do cholery, przecież wiesz, dam radę!

Idziesz ulicą, mijasz... niewolnika... ćpuna... zaćpanego niewolnika... zniewolonego ćpuna — status społeczny nie chroni, wielu predestynuje do określonej roli.

Wracasz do domu, patrzysz w lustro i kogo widzisz?
Niewolnika? Ćpuna?
Zaćpanego niewolnika?
Zniewolonego ćpuna?

*

Nie bój się. Nie uciekaj. Zobacz niewolnika... pamiętasz te chwile, gdy ktoś dotknął, często całkiem niechcący, niefizycznych blizn po trudnych momentach twego życia? Zobacz ćpuna... że niby co, nie zostaniesz „kosmonautą”? Zobacz zniewolonego ćpuna, zaćpanego niewolnika... nigdy nie zaparłeś się, że im wszystkim jeszcze pokażesz? Patrz. Nie ustawaj. Bądź cierpliwy. Poczekaj. Zza tych wszystkich postaci wyłoni się uwalniające i otrzeźwiające Teraz, które być może zapyta: a co, jeśli jest tylko dziś?

***

Przyszło mi to do głowy, gdy płacąc wczoraj za książkę, dotarło do mnie, że moje oczy śmieją się do... paragonu, pani kasjerki, okładki książki, bo... jeszcze wszystko to mogę. Zatrzymana w teraźniejszości ze świadomością skończonego czasu, który przede mną, nie mam czasu na pierdoły...

*

Łomolę tym od tygodnia:


Somewhere over the Rainbow
Israel „Iz” Kamakawiwo’ole (*1959 †1997)

sobota, października 19, 2013

(870+1). W wydziale komunikacji

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W poniedziałek, jeszcze razem, wieczorem wracaliśmy od Antenki i zachwyciła mnie tabliczka w tunelu. Bez gróźb, bez strategii członków partii małych ludzi, bez Boga, honoru i ojczyzny wywlekanych nadaremno. Tak, po prostu, po ludzku informowała ze świata żyrafy wprost:

*

W czwartek wieczorem, gdy już było wiadomo co, w jakiej kolejności, kiedy, jak, rozmawiając z Sadownikiem, dowiedziałam się, że moje samochodowe notowania są w dużo gorszym stanie, niż notowania Hanki Stoliczanki.

Sadownik:
Wiesz, co pomyślałem,
gdy cię rano usłyszałem?

Jabłoń:
(przypomina sobie własny, poranny, cieniutki,
przerażony głosik, próbujący przebić się przez łzy
)
Noooo?

Sadownik:
Że rozwaliłaś samochód.

Jabłoń:
(padłaby ze śmiechu, gdyby nie leżała już w łóżeczku)

*

Tak, to prawda, że w tym roku, udało się Jabłoni wraz z Bliźniaczą Liczbą utknąć 220 km od Przytuliska, gdy wracały z warsztatu nad morzem, bo nawaliła im pompa paliwowa i trzeba było Sadownika, co uratuje organizując transport zastępczy.

Tak, to prawda, że gdy Sadownik bywał na południu w lipcu, Jabłoń od elektryka przywiozła wgięte drzwi, bo się odrobinkę nie wyrobiła.

Tak, to prawda znana Jabłoni od czwartku, że gdy zadzwoniła do Sadownika, jadąc na staż, przyszło mu do głowy tylko jedno „co tym razem?”.

Nie, nieprawdą jest, że rozwaliła samochód.

*

Zawsze się można czegoś o sobie dowiedzieć...

czwartek, października 17, 2013

870. Blekauty dwa

nigdy w życiu tak się nie bałam
nigdy nie byłam tak przerażona
jakby było mało, synchroniczność
mnie napadła, awaria, zabrali prąd
a Sadownik wróci dopiero we wtorek.

*

już jest spokojniej, prąd oddali
do zrobienia stado badań
profilaktyka jaskrowa, raz
czy siatkówkę spawać, dwa
a Sadownik wróci dopiero we wtorek.

znów
lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej
wiem, co jest dla mnie w życiu
najważniejsze
a Sadownik jest i dzwoni, nim wróci.

niedziela, października 13, 2013

(864+5). Po (VI) i... Przed

(864+4). Po (V)

(864+3). Po (IV)

Wszystko, co mówisz, jest w jakiś sposób prawdą.

Arnold Mindell

(864+2). Po (III)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Staż. Ten Magiczny dla mnie Czas.

Myślę, że największy problem, z jakim stykamy się w pracy z epizodami psychotycznymi, jest związany z naszą niezdolnością do definiowania, doświadczania i przełączania rzeczywistości, z pozostawaniem w jednej z nich w chwili, gdy informacja jest przenoszona z drugiej. A zatem: uczmy się!

Arnold Mindell, Cienie miasta. Interwencje psychologiczne w psychiatrii,
Wydawnictwo EJB, Kraków 2000.

(864+1). Po (II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przyjechałam. Wyszłam wczoraj rano na ulicę. W oczy rzuciła mi się odstawiona ślicznie paniusia. Patrzyłam na nią nowymi oczyma. Miałam nieodparte wrażenie, że właśnie w owej chwili wkraczałam do prawdziwego domu wariatów...

*

Na stażu:

*

Po stażu. Delektuję się tym, czego doświadczyłam, kogo we mnie to obudziło, czego zabić w sobie nie pozwolę. Zdjęciami dziękuję miejscu, w którym byłam, w którym jeszcze będę, bo to był dopiero początek.

2. Bogowie krążą wśród nas.
Cienie miasta uwidaczniają, że archetypy Najświętszej Panienki, Napoleona i Jezusa krążą wokół nas, choć nikt obecnie nie jest nimi szczególnie zainteresowany. Fantazja jest istotna, bo poucza nas o całkowitości człowieczeństwa. Postacie zbawców i doświadczenie podobne bogom objawiają się poprzez cień, gdyż nie ma dla nich miejsca w społeczności. Nie wierzysz w te postaci, ponieważ nie znasz siebie.

3. Cień jest żartownisiem.
Cień miasta mówi, żebyś się rozluźnił. To ważne, żeby być czasem opóźnionym, nie myśleć, ale skupić się wyłącznie na kwestii uczuć, pomijanej przez wszystkich innych. Cień [...] mówi, że zawsze jest czas na wakacje, czas na więcej seksu i zabawy. Cień mówi, żeby się przechwalać, dzięki przechwałkom widzimy takie części nas samych, których nie traktujemy teraz poważnie. Cień mówi, że walka nawet w najlepszej rodzinie oczyszcza czasem atmosferę. Cień miasta powiada, że jesteśmy stuknięci, zaś cień jest osobą zdrową.
Cień chce, by troszczyć się o niego. Mówi: „Nie chcę czuć bólu. Nie jestem odważny i nie jestem w życiu takim bohaterem jak ty. Przegrywam życie, czasami muszę upaść, a nawet popełnić samobójstwo. Czasem wlokę się wolniutko i po cichu, na końcu peletonu. Czy zechcesz na mnie poczekać? Mam trudności. Jestem stary, zniedołężniały, chory i cierpiący i nie potrafię już dłużej sam. Jestem szalony, uzależniony, gwałtowny, samotny i bezdomny. Przepełnia mnie zazdrość i poczucie zdrady. Znasz moją postać we wnętrzu ciebie!”

Arnold Mindell, Cienie miasta. Interwencje psychologiczne w psychiatrii,
Wydawnictwo EJB, Kraków 2000.

sobota, października 12, 2013

864. Po (I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wyjechałam na pięć dni stażu.

Ten czas skończył się wczoraj. Osoby, która
mogłaby powiedzieć wróciłam, już nie ma.

Przyjechałam. Do kochanych jeszcze bardziej,
Sadownika, Heniutki i Przytuliska.

*

A gdy dziś rano wyszłam z domu, lecąc na superwizję, napotkałam na urzekającą, obrazkową, subiektywnie odczytaną „definicję” stanów odmiennych i ekstremalnych. Stanów, z którymi się spotkałam. Stanów, pod wpływem których wciąż pozostaję.

niedziela, października 06, 2013

863. Absurdzik

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Proszę pana, chciałabym kupić klatkę dla słonia.
     — Proszę bardzo. Mamy taką, śmaką i owaką. Którą sobie pani życzy?
     Wybieram, przebieram. Wymiary, ceny porównuję.
     — Zdecydowałam się. Poproszę tę klatkę dla słonia.
     — Drukuję więc umowę.
     Wydrukował. Czytam.
     — Proszę pana, ale ja chcę kupić tylko klatkę dla słonia.
     — Rozumiem. W promocji do klatki dla słonia otrzymuje pani również klatkę dla krokodyla i klatkę dla hipopotama.
     — Potrzebuję tylko klatki dla słonia. Nie mam ani krokodyla, ani hipopotama.
     — Rozumiem, ale nie ma możliwości nabycia klatki dla słonia bez kupienia klatki dla krokodyla i klatki dla hipopotama.
     — Nie potrzebuję klatek dla krokodyla i hipopotama. Potrzebuję klatki dla słonia.
     — Rozumiem. Podpisując tę umowę otrzyma pani trzy klatki. Z klatki dla krokodyla może pani zrezygnować wysyłając esemesa o treści DEAKT KLK na numer 2901. Z klatki dla hipopotama rezygnuje pani wysyłając esemesa o treści DEAKT KLH na numer 2901.

W ten sposób stałam się chwilową posiadaczką trzech klatek, choć potrzebuję tylko jednej. Muszę pamiętać, by wysłać odpowiednie esemesy na odpowiedni numer. Albo jestem zbyt staroświecka dla nowoczesnych form handlu, albo Minus GSM liczy na to, że zapomnę deaktywować niepotrzebne mi do niczego usługi. Tak czy inaczej niesmak pozostał.

czwartek, października 03, 2013

(860+2). Hodowanie nawyków

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sunix ma tabelkę. W wierszach ćwiczone zachowania, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Okazało się, że choć na ostatnio ulubionym przez nas placyku zawsze jesteśmy same podczas ćwiczeń, to... wczoraj zaczepił nas pan, ciesząc się ogromnie, że nas widzi... powiedział, że razem z żoną lubią patrzeć z okna, jak ćwiczymy. Szalone, pomyślałam. Dziś zaczepił nas inny pan z innego piętra, ale też patrzący. O rany, Heniu, rozumiesz to?

Kręgosłup ma tabelkę. W wierszach ćwiczenia, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Aktualnie połowa wierszy nieaktywna.

Światy od dzisiaj mają tabelkę. W kolumnach wymienione jeden po drugim: świat szczęścia, miłości i zrozumienia. W wierszach kolejne dni, którym towarzyszą pytania:

co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie szczęścia?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie miłości?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie zrozumienia?

Wypełniłam dziś pierwszy wiersz światowej tabelki. Będę wypełniać tak długo, aż wejdzie mi to „robienie” w nawyk, aż stanie się drugą naturą, a potem pierwszą.

środa, października 02, 2013

(860+1). W telegraficznym skrócie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Chondrium
Krok 1.
Przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Przy odrobinie szczęścia ominie cię setka zastrzyków, zanim ktoś przytomnie stwierdzi, że to może być coś więcej niż „korzonki”. Dyskopatia. Wysychanie krążków międzykręgowych. Jest źle. Powiedzą, że operacja absolutnie niezbędna. Masz szczęście i numerek 996. Twoje szczęście polega na tym, że nie masz pieniędzy, by w publicznym szpitalu z miejsca 996 przeskoczyć na dwudzieste któreś, co oznaczałoby, że będziesz krojony za cztery tygodnie. Masz szczęście i numerek 996. Jeszcze nie wiesz, że przez naście lat nikt nie zadzwoni, byś szykował się do szpitala. Ćwiczenia izometryczne. Masaże. Uratowany! Tak, tak, oczywiście, że będziesz ćwiczył. Ćwiczysz, ćwiczysz, wracasz do życia. Już nie pamiętasz, jak to jest, nie móc się podnieść i nie móc przejść dwustu metrów. Mija jakiś czas...

Krok 2. Masz diagnozę, zestaw ćwiczeń kurzem pokryty i... przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Masaż. Ćwiczenia. Masaż. Ćwiczenia. Ćwiczenia. Obiecujesz sam sobie, że już nigdy, przenigdy nie przestaniesz ćwiczyć. Przychodzi jednak taki dzień, że zapominasz o obietnicy.

Krok 3. Zapomniałeś, prawda? Wróć do kroku 2.

Krok 4. Ofkors, że pamiętasz! Ćwiczysz. Ćwiczysz. Dzień w dzień. Nigdy nie byłeś tak sprawny i... przychodzi taki dzień, że znów cierpisz... Dysonans poznawczy cię dopada. Co to ma znaczyć, psia krew, przecież ćwiczyłeś, prawda?

Hipochondrium
Dotarłam w niedzielę do kroku czwartego. Nad ranem obudziłam się i wyć mi się z bólu chciało, nóg od kolan w dół nie miałam. Choć poszłam spać w Przytulisku i nie mam w zwyczaju lunatykować, to obudziłam się w więzieniu, bo dotarło do mnie, że... gdy usiądę na wózku, nie będę mogła pójść do kuchni... za wąskie drzwi... nie będę mogła pójść na dwór... nie ma windy, są kręcone schody. Jasny gwint! Armagedon?

Hipo po tam
Tam pojechałam wczoraj. Ciut bardziej zachodniej medycyny zażyłam. Testy na stan ciała zdałam. Pan Orto stwierdził: jest pani w dobrym stanie... jaka operacja? jaki wózek? to tylko stan zapalny... tak, nad ranem jest najgorzej, bo... a tych i tych ćwiczeń nie robić przez cztery tygodnie. Oniemiałam z wrażenia: nie robić tych ćwiczeń! Będę żyć! Długo i szczęśliwie! Klusek pięć! Obiecuję! Na skrzydłach do domu wracałam...

Hip, hip, hura!
A może psyche rzuciła mi się na somatykę? — pomyślałam. Co się działo w moim życiu, gdy ten epizod mnie napadł? O, to! Akuszer oświetlił mi dziś kręte czułości mej psyche.

Mogę zrobić krok w świat córki źle traktowanej.
Mogę zrobić krok w swój wymarzony świat szczęścia, miłości i zrozumienia.

Jeszcze kuleję, ale krok w świat postawiłam zdecydowanie.

piątek, września 27, 2013

859. Idzie nowe

Wczoraj uroczyście wyszliśmy z domu, by
uroczysty obiad razem zjeść, by
uroczyście uznać rok akademicki 2013/14
za otwarty.

A potem w roboczym już trybie pojechaliśmy kupić
teczki, zeszyty, pisadełka, kolorowe karteczki.

Już czekam z zaciekawieniem na ten rok...

*

Wspomnienie treningowe podarowano nam dziś.
Do wiosny i lata z każdym dniem bliżej.

(fot. Altówka)

Ta urocza kudłata Dama mogłaby swobodnie pozować
do księżycowych landszafcików zamiast jeleni, prawda?
Jelenie są passé chyba od dawna, a laby nie...

czwartek, września 26, 2013

858. Pamiętaj, nie waż się zabijać pająków!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ludzie protestują przeciwko puszczaniu sześciolatków do szkoły. Dziwuję się temu z boku, bardzo subiektywnie, bo pamiętam moje osobiste rozczarowanie, że nie będę mogła iść do szkoły jako dziewczynka z pół tuzinem lat na karku.

Od dziś dziwuję się jeszcze bardziej i nie będę już nigdy w stanie zrozumieć, dlaczego nie buntują się przed puszczaniem chłopców do przedszkoli, w których są tylko przedszkolanki (panie), bo...

Jadę dziś metrem do Osti. Wsiada grupa przedszkolaków. Uwielbiam takie spotkania trzeciego stopnia. Może dlatego, że to tylko na chwilę, bez zobowiązań, wysiądę ja lub wysiądą oni. Za darmo, bez brania jakiejkolwiek odpowiedzialności, mam luksus rozkoszowania się dziecięcą energią, pomysłami, dziecięcymi snami śnionymi na jawie. Naprzeciwko mnie siadają dziewczynki — grzeczniutko, jedna przy drugiej, kolanko w kolanko, miód i orzeszki. Obok mnie siada trzech chłopców. Nie usiedzą i już się na to cieszę. I faktycznie. Dopadli jakąś gazetę, samoloty sklecili. Pani przedszkolanka zabrała. Przykazała równo siedzieć jak Kasia i Monika. Z takich grzecznych to fajni i ciekawi faceci na pewno nie wyrosną, przeszło mi przez myśl. Obok mnie siedział Filip. Kichnął, prychnął. Ciecz z nosa zatrzymała się na jego dłoni. Rozstawił palce i katar zamienił się w cienkie niteczki łączące palce. Młody zachwycił się i powiedział do kolegi: zobacz, jaka piękna pajęczyna. Starsza pani siedząca naprzeciwko grymas na twarzy powitała, jakby nigdy w życiu dupska nie podcierała. Zachwycił mnie Chłopiec snem, w który właśnie wpadł. Ciekawa byłam dalszego ciągu... jaki jest ten pająk? jak wygląda? jak się porusza? gdzie żyje? na czym polega jego moc? czy czegoś potrzebuje od Chłopca? co może dla Niego zrobić? Patrzyłam urzeczona na Posmarkanego czekając na ciąg dalszy snu. Nie było nam dane. Pani przedszkolanka wrzasnęła na Chłopca, chustkę mu wcisnęła w dłoń, wycierać kazała, skontrolowała, wywód o higienie strzeliła.

Zabiła pająka.
Czy wiedziała, że na ten moment
zabiła nie tylko pająka?

(fragm. fot.: źródło)

środa, września 25, 2013

857. Córki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Moja matka powiedziała mi, że jestem największą porażką w jej życiu.
Słowa te zaskoczyły mnie, bo stała przede mną piękna, mądra i wrażliwa kobieta. Gdybym była jej matką, byłabym z niej wyjątkowo dumna. Przed oczami stanęły mi twarze wielu innych córek, które usłyszały podobne słowa. Kobiety niewidziane, niesłyszane, niedocenione. Jaki sens kryje się w takiej wypowiedzi?

Wróciłam do domu. Z półki wzięłam najpiękniejszą książkę o miłości rodzicielskiej. Chłonęłam każdą z ilustracji...

Odłożyłam na bok twarze córek. Wciąż nie wiem, jaki jest sens przytoczonych słów, ale wiem, co zrobić z uczuciem bycia niewidzianym, niesłyszanym, niedocenionym.

Dziś zobaczę w sobie coś dobrego,
     czego wcześniej nie widziałam,
     ucieszę się tym,
usłyszę siebie i
docenię to, kim jestem.
Przecież jesteśmy magiczni!

Może się przyłączysz?

środa, września 18, 2013

856. Zniknięcie

Dlatego wiedźmy dwunożne (l. mn.!) wsiadają zaraz do Bawarki
i jadą na spotkanie z
nieoczywistym,
nieodkrytym, ale
ewidentnie koniecznym.
Znikamy...
do niedzieli.

*

Dbajcie o siebie, dbajcie o świat!

wtorek, września 17, 2013

(852+2+1). U wiedźmy

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ktoś kiedyś powiedział o mnie, przy mnie: „sucha wiedźma”. To nie miał być komplement, ale dla mnie był i to duży, bo przecież wiedźma to, ta co wie!

*

Na wiedźmę łatwiej wyrwać można moją uwagę. Dlatego nie dziwi mnie, że Dorę Wilk pokochałam od razu. Wycofałam się ze swoich uprzedzeń. Odszczekałam co trzeba, bo okazało się, że fantasy to gatunek literacki dla ludzi z poczuciem humoru, z pewną wewnętrzną ironią wobec siebie i świata, z ogromną wiarą w dobro i sens; dla ludzi, którzy mają łatwy kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Nie mam pewności, czy wszystkie te cechy posiadam, ale świetnie się bawiłam czytając.

*

Od piątku do niedzieli w mieście Nadnaturalnych bywałam na corocznym zjeździe IPP-work. Gdy w sobotę całym zespołem szliśmy Monciakiem ku morzu, chłonęłam atmosferę wieczoru jesiennego już miasta. Choć mieszkałam w Trójmieście sześć lat, czuję się w nim tylko gościem. Szliśmy wolniutko, razem, ale też osobno na swój sposób. Mój wzrok padł na nieprzypadkowo wybrany lokal. Na chwilę, wspomnienie porzuciło rzeczywistość i stworzyło za szybą witryny sklepowej pizzernię, której dziś już tam nie ma. Ten sposób, w jaki padało światło. Ciepło, które zachwycało w zimne dni. I On, siedzący ze mną przy stoliku nad pizzą. Przywróciłam w pamięci mój zachwyt jego niespotykanym spokojem. Ten spokój w nim kochałam bezgranicznie. Tego spokoju chciałam się nauczyć. Myliłam się co do spokoju, co do miłości. Wróciłam do siebie, tej sobotniej, idącej po bruku. Dziś wiem, że to nie był spokój. To był lęk przed światem, niechęć do konfrontacji, niepewność siebie. Pomyślałam z miłością: mam nadzieję, że dałeś radę, Kotku?

*

Naszło mnie dzisiaj na myślenie o ludziach, których lubiłam, uwielbiałam lub kochałam za cechy, których nie byli posiadaczami. Może trzeba było zatrzymać się na zachwycie wobec tych osób i szybciej zniknąć z ich życia? Po latach, gdy jestem terapeutką, wróciłam do każdej z tych osób na chwilę. Wróciłam i towarzyszy mi pewność, że wtedy zalążki tych cech mieli w sobie — widziałam je i czułam ich obecność. I myślę sobie tak: mam nadzieję, że daliście radę! Jesteście magiczni, to pewne!

— Nie wiem [kim jestem], dziwakiem pewnie... [...]
[...] głuptasie, nie jesteś dziwakiem!
Jesteś magiczny, a to coś wyjątkowego!

Aneta Jadowska, Złodziej dusz,
Fabryka Słów, Lublin 2013.
(wyróżnienie własne)

*

Przez większość swego życia byłam dziwakiem, ale już nie jestem.
Jestem magiczna, a to coś wyjątkowego! Jestem tą, która już to wie.

poniedziałek, września 16, 2013

(852+2). Fantasy dziewictwo precz! (powakacyjnik III)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaskakujący to był urlop. Naszej ulubionej knajpki już nie ma. Nowy domek budził tęsknotę za starym. Ludzi więcej niż w poprzednich latach. Ale najbardziej zaskakujące było to, że czytałam książkę z półki Sadownika, zaraz po Sadowniku... z gatunku urban fantasy... I zachwycił mnie ten zestaw literek. Miałam okazję niepoprawnie politycznie pośmiać się z polskiej rzeczywistości. Zachwyciłam się, bo oddawałam się egoistycznemu tropieniu siebie na jej stronach? Siebie, której już nie ma i tej, która jest. Siebie odkrywanej w wielu ludziach i wielu ludzi odkrywanych we mnie. Tęsknot, pragnień, doświadczeń celnie namierzonych. Dziękowałam Magii, która w mym życiu jest co dnia, Magii, której uczę się codziennie...

Paulina Kozanek nie żyje, smutne, ale nie zmienię tego. Moim obowiązkiem jest odnaleźć zabójcę, choć przyznam, dziś nie czułam zwykłego dreszczyku podniecenia związanego z rozgryzaniem zagadki. Najchętniej ożywiłabym Kozanek i zapytała prosto z mostu, kto ją zabił i dlaczego, by mieć tę sprawę z głowy i zająć się tym, co dosłownie spędzało mi sen z powiek, czyli porwaniem Katii i innych. Życzenie to nie mogło się spełnić, nie dlatego, że nie było możliwe. Było, tyle że jedyna znana mi osoba, która bez trudu ożywiłaby Kozanek, została porwana. Zaklęty krąg, rozwiązanie na skróty pierwszej sprawy, wymaga rozwiązania drugiej, w której nie da się iść na skróty.
     Pozostawała mi więc solidna i czasochłonna robota policyjna.

*

     — Z kim przyjaźniła się pana mama?
     — Mama nie znała tego czasownika. — Skrzywił się. — Mama miała wrogów, często niezdających sobie nawet sprawy z tego, że zaliczyła ich do tej kategorii.
     — Jakiś przykład, bym wiedziała, o czym pan mówi?
     — Wszyscy niekatolicy, premier, prezydent, zwolennicy lewicy, rozwodnicy, pary mieszane rasowo, homoseksualiści, Żydzi, Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy, ekspedientki poniżej trzydziestego roku życia, dziwki, czyli właściwie wszystkie niemężatki, małe dzieci, rodzice małych dzieci, właściciele psów... To tylko najkrótsza lista, jaka przychodzi mi na myśl, mogłaby być znacznie, znacznie dłuższa.

*

     — [...] I jeszcze jedno, czy możesz załatwić, bym nie była już nagabywana przez wiedźmy płodności? Są nachalne jak świadkowie Jehowy, między innymi przez nie unikałam mieszkania w Thornie. Ich wizja mojej przyszłości zupełnie mi nie odpowiada, nie chcę ich skrzywdzić, a jak wspomniałaś, one nie potrafią oddać.
     — Oczywiście, masz immunitet. Przekonam głowę ich sabatu, że twoje użytkowanie magii miłości jest inne, ale nie gorsze i zasługujesz na spokój i szacunek.
     — Nie szanują żadnej kobiety, nim nie urodzi piątki dzieci, pani, wystarczy mi spokój, dużo spokoju.

*

     — Czym jesteś, Witkacy?
     — Nie wiem, dziwakiem pewnie...
     Był smutny i jakby zagubiony
[...]
     — Witkacy, głuptasie, nie jesteś dziwakiem! Jesteś magiczny, a to coś wyjątkowego! [...]
     — Pomogę ci, Witkacy. Nie jesteś wariatem. Znam mądrzejsze ode mnie wiedźmy, możesz być po prostu z innego systemu albo możesz być wystarczająco egzotycznym stworzeniem, że po prostu nie spotkałam nikogo takiego jak ty. Może być wiele powodów.
     — Dziękuję — wyszeptał.
     Opadł niżej, opierał czoło o moje kolana i drżał, chyba płakał. Nie wyobrażałam sobie, jak wytrzymał trzydzieści pięć lat bez wiedzy kim jest. Pamiętam, jak bolesne było dorastanie w tym obezwładniającym poczuciu wyobcowania, niezrozumienia, braku miłości. Zmaganie się z darami, których nie mogłam kontrolować.
[...] Nie mogłam pozwolić, by zadręczał się dłużej. Naprawdę mógł oszaleć, jeśli nie nauczy się własnej mocy.

*

*

Nauczyłam się, że zawsze trzeba mieć plan awaryjny. Nawet jeśli zakłada on cud. Zdarzają się częściej, niż zwykliśmy sądzić.

Aneta Jadowska, Złodziej dusz,
Fabryka Słów, Lublin 2013.

(852+1). Psie Sudoku (powakacyjnik II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nareszcie!
Zrozumiałam ludzi,
których do tej pory pojąć nijak nie mogłam.

Zastygają.
Kontakt werbalny tracą.
Ludzi gubią z oczu.
Cyferki w głowie przewracają. Plansza za planszą pękają ukończone jedno po drugim sudoku. Tak, tak, oczywiście, o różnych poziomach trudności, w wariantach wielu.
Wieczór za wieczorem.
Zastanawiałam się, jakim cudem im się to nie znudzi?

Aż stało się! Znalazłam naszą kudłatą wersję sudoku — zamiast 81 kwadracików ułożonych w dziewięciu wierszach i dziewięciu kolumnach nam potrzebny jest tylko jeden. Mit o Syzyfie Kudłatej opowiadam rękoma, gdy ćwiczymy kwadrat dla początkujących. I sama nie wiem, może lepiej byłoby się załamać, a mnie cieszy każdy właściwy krok...

852. Dzieciowy patchwork zgrozy (powakacyjnik I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przejście dla pieszych. Jadący samochód. Pańcia kierująca wózkiem dziecięcym na jednym z brzegów ulicy. Niczym kierowca traktora, co tutaj zawsze o 13.50, z pogardą patrzy na zbliżający się samochód i pewnym ruchem wpycha wózek na pasy... tylko wózek... stopy pańci wciąż na chodniku.

Widziałam takich sytuacji zbyt wiele w swym życiu. Sprawdziłam, w moim przypadku nie ma znaczenia, czy jestem owym kierowcą, kierowcą postronnego auta czy pieszym świadkiem — reakcja jest zawsze ta sama. Gdybym tylko mogła, zatłukłabym sukę, bo matką trudno mi ten bezmózgi twór nazwać! Nie dam sobie zamydlić oczu wrzaskiem oburzenia tych, co wykorzystują dzieci do swoich egoistycznych celów:

że dzieci... dla dzieci... bo dzieci...

Tia. Po skończonej na urlopie książce, dotarło do mnie, że różne pomysły, dotyczące dobra najwyższego dzieci, wprowadzane w czyn w rodzinach, w sądach, w rządach nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym dobrem dzieci, z rzeczywistym dobrem Ludzi. Nie mam w sobie zgody na to, że dzieci są naszą przyszłością to zgrabny polityczny frazes a droga hamowania to abstrakcyjny termin naukowy mający luźny związek z prozą życia.

Można powiedzieć, że wojna narkotykowa nas nie dotyczy. Bo przecież mamy szczęście żyć w Europie, a skoro czytasz ten wpis, mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie mieszkasz pod mostem, nie przymierasz głodem, masz buty, kołdrę i jakieś plany na jutro, coś chcesz zrobić, zmienić, o czymś marzysz. Krótko mówiąc: jesteś bogaty lub bogata.

My? Nie, nie jesteśmy dziećmi wojny narkotykowej. Tyle, że to nieprawda! Byliśmy, jesteśmy lub będziemy dziećmi wojny narkotykowej, gdy tylko na horyzoncie ludzi nam bliskich, przyjaciół, znajomych pojawią się osoby terminalnie chore. A to tylko jeden z wielu aspektów poruszonych w książce, niestety. To pozycja drastyczna, donosi o zbyt wielu ostrzach idei, która zabija nie tylko dzieci, krzywdzi ludzi, rodziny, całe społeczności w sposób, który nawet trudno zrozumieć... Tak jak nie sposób zrozumieć pańcię...

Politycy bez wahania podpisują międzynarodowe konwencje o prawach człowieka i dostępie do leków, ale niewiele robią, by spełnić ich założenia. Na świecie przywiązuje się znacznie większą wagę do redukcji podaży i walki z rekreacyjnym zażywaniem narkotyków niż do zapewniania ludziom podstawowych leków.

*

Wojna narkotykowa jest zorientowana na usunięcie ze świata „groźby”, jaką stanowią narkotyki i przywrócenie (całkowicie nierealnej) wolnej od narkotyków rzeczywistości. Dominuje cechujące się wtórną logiką podejście, którego zwolennicy utożsamiają konsekwencje prohibicji (mordowanie dzieci przez gangi, niszczenie środowiska, korupcję, konflikt czy zgony spowodowane zażywaniem zanieczyszczonych substancji) z konsekwencjami kontaktów z narkotykami. Te polityczne problemy napędzają mechanizm myślenia o narkotykach jak o niebezpieczeństwie dla świata, wspierając politykę prohibicji i usprawiedliwiając jej kontynuację, a nawet intensyfikację.

*

Przekonania dotyczące narkotyków mają swoje źródło w taktycznych działaniach, których zamierzeniem jest zniechęcenie ludzi do rekreacyjnego zażywania i powstrzymanie fali uzależnień. Tych celów nie osiągnięto, ale obawy związane z narkotykami silnie zakorzeniły się w społeczeństwie. W połączeniu z restrykcyjnym prawem narkotykowym tworzą one barierę utrudniającą dostęp do leków stosowanych w opiece paliatywnej.

red. Damon Barrett, Dzieci wojny narkotykowej.
O wpływie polityki antynarkotykowej na młodych
,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

*

E tam... to tylko książka... nie widziałem nigdy w życiu narkotyków na oczy... nigdy nie brałem... nie będę brać... zresztą, w tej książce to na pewno nieaktualne dane... manipulacja... temat zastępczy... co mnie to obchodzi?

I przypomniało mi się,
że choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali oczy, rzeczywistość nie zniknie:

(źródło)

piątek, września 06, 2013

851. Tymczasowo zamykamy

To nie Sadownik wyjeżdża.
To nie Jabłoń znika.

Całe Stado będzie urlopować.

Będą
czytać,
ćwiczyć,
rozmawiać,
milczeć,
kochać,
marzyć,
pisznnnnie jadać,
słodko spać,
kawusię pić,
gofry wcinać...

by zatęsknić do
życia, które
chwilowo
porzucają.

850. Moje od do

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzimy się z etykietką: syn, córka. Długą drogę musi przejść syn, by stać się mężczyzną. Dotarło do mnie, jak długa jest droga od córki do kobiety...

*

Ci — z mojego doświadczenia Te, co mówią, że kobieta powinna to i tamto, a prawdziwa kobieta na pewno wybierze w życiu siamto, są... pomimo wieku, zmarszczek nie tylko mimicznych, plam wątrobowych... wciąż dziećmi. Ot, takie zgrzybiałe, grzeczniutkie córeczki swoich, często już nieżywych, rodziców.

Cóż, droga od córki do kobiety, od syna do mężczyzny jest bardzo, bardzo długa... może nawet tak długa jak droga, którą trzeba przebyć od własnego umysłu do serca... Nie ma żadnych gwarancji, że każdy z nas ją pokona za tego życia.

Dlatego myślę sobie, że dorosłość, choćby najmniejsze Jej przejawy, należy celebrować. I nie zrozumie tego byle bachor! Daję słowo!

czwartek, września 05, 2013

849. Katarzyna W. i spółka

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W komunikacji miejskiej, ku memu zdziwieniu, drugi dzień dużo osób dyskutuje o wyroku Katarzyny W. Utkwiło mi w głowie dwoje młodych ludzi, którzy wiedzieli dokładnie co i jak, że wyrok sprawiedliwy, że należało się babie, że w więzieniu inne kobiety nie dadzą jej żyć i że to bardzo dobrze, bo Ziemia takiej nosić nie powinna. Och, żeby to było takie proste. Młodym wykształciuchom z dobrych domów wielkich miast, z perspektywami, z pracą, z własnym zdaniem, z ambicjami, tak łatwo i bezmyślnie przechodzą przez gardła te wszystkie komunały.

Sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby chociaż wspomniano o współudziale społeczeństwa, które jak mantrę powtarza, że „macierzyństwo jest jedyną drogą, by w pełni stać się kobietą”, „prawdziwe matki nie oddają swoich dzieci”, „matka zawsze wie co dla jej dziecka najlepsze”, „rodzina jest dobrem najwyższym” itd.

Nie wszystkie kobiety mają potrzebne zasoby wewnętrzne i zewnętrzne, by zakwestionować te generalizacje, by z podniesioną głową wybrać inną drogę, by odpuścić sobie przymusowe macierzyństwo, by oddać dziecko, by pozwolić sobie na to, że nie wie się najlepiej, by mieć inną definicję dobra najwyższego, by żyć swoim życiem.

Pytanie „jak ona mogła?” jest pozbawione sensu. Zdecydowanie mogła, bo właśnie to zrobiła. Nie ona pierwsza. Nie mam złudzeń, że nie ona ostatnia, niestety. Jeszcze jeden produkt uboczny zbiorowego myślenia życzeniowego. Ile jeszcze dzieci zginie, będzie cierpieć, zanim społeczeństwo pójdzie po rozum do głowy?

A Katarzyna W. posiedzi... za swoje, za mężulka, co kochany chyba już mniej, za bliższą i dalszą rodzinę z której pochodzi, za naród polski pędzony ideą, co trzymać się realu nie zamierza ani przez chwilę. A partie polityczne i niepolityczne bezkarnie będą z uporem maniaka zaklinać tę niepoprawną, niby nie mającą wcale głosu, rzeczywistość, która nie wiedzieć czemu, trzeszczy tak obrzydliwie.

Komu powinnam pogratulować?
Aż mięsem mam ochotę rzucić, ale przecież jestem wege myślą, mową i zadbaniem.

środa, września 04, 2013

848. Z frontu wege robótek

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wegetarianizm to dla mnie teraz poznawanie świata nowych słów, znaczeń i smaków.
Do słownika dodałam nazwy użytych już przynajmniej raz w tym tygodniu składników:

fasola pinto
kombu
tahini

*

Ten, co nazwał wege reżimem, nie miał pojęcia, o czym mówi, bo:

Wege jest piiiiisszzzzzneeee!

*

Wczoraj nagrodę Sadu otrzymałam. Sadownik zjadł fasolkę pinto z warzywami na obiad i powiedział, że po raz pierwszy nie brakowało mu mięsa.

847. Owoce zbierając dziś na Mariensztacie

#2

Kim jestem?
Nie jestem
     myślą, co właśnie do głowy mi wpadła.
Nie jestem
     ciałem, które właśnie spoczęło w hamaku.
Nie jestem
     uczuciem, w którym się teraz pławię.

Kim jestem?
Czy gonitwa za właściwym
     rzeczownikiem,
     przymiotnikiem,
     czasownikiem,
     imiesłowem,
     da mi precyzyjną odpowiedź?
     gdy uzupełnię nią frazę rozpoczynającą się od słowa:
JESTEM...

Kim jestem?
Tą, która jest.
JESTEM. I już!

#1