poniedziałek, października 20, 2014

(1150+1). Kudłaty uwielb

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kolejne ALTO-OBI-Seminarium z Asią za nami. Gdy gapiłam się, jak ćwiczą inne psy, co chwilę spotykałam w sobie myśl lub uczucie świadczące o tym, że psy czynią nas lepszymi, szczęśliwszymi ludźmi... Gdy w sobotę po wszystkim całą ludzką ferajną siedzieliśmy przy stole, pomyślałam nie po raz pierwszy, że mam ogromnego farta, móc dzielić czas z takimi ludźmi. Na każdej twarzy choć przez chwilę zawiesiłam wzrok. Dziękować, dziękować, dziękować...

*

Asia, w wersji pies, chyba border,
         demonstruje, co suka sobie myśli.

Ja, w wersji „gdzie odłożyłam mózg”,
         układam sobie w głowie i ciele.

Heniutka, w wersji kudłaty aniołek,
         czeka na partnerkę do pracy.

Uwielbiam te chwile.

(fot. Sadownik)

(fot. Sadownik)

piątek, października 17, 2014

1150. Kudłate Święto

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Już jutro!
Wszystko przygotowane.

Zabawa to radość, która wykracza poza wszelkie granice. [...] Zabawa to wewnętrzna, ale uzewnętrzniona radość. [...] Zabawa powoduje, że wszystkie aspekty naszego życia nabierają więcej sensu.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)

środa, października 15, 2014

1149. Nie myl!

mój Nauczyciel podarował mi dziś słowa, które postanowiłam zachować, literka po literce:

małżeństwo
       niektórym
myli się
z adopcją.

*

Sadownik:
(w zachwycie wyjmuje ciepłe z piekarnika)
Dziękuję!

Jabłoń:
Proszę bardzo, bo wiesz,
to miłość, nie adopcja.

wtorek, października 14, 2014

1148. Mi wystarcza!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W zeszłym tygodniu nim zdjęłam z półki jedną z książek, by pożyczyć ją Wspaniałej Kobiecie, tknęło mnie. Sprawdziłam. Zamówiłam. Ostatnią, napisaną przez Elizabeth Kübler-Ross.

Być może synchronicznie wraz ze Wspaniałą Kobietą teraz czytamy tę samą Autorkę. Uśmiecham się na tę myśl.

Odebrało mi dzisiaj mowę, gdy przeczytałam następujące słowa:

Kiedy nasze życie nam wystarcza, nie potrzebujemy niczego innego. Jakie to przyjemne uczucie. Nasz świat nam wystarcza.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)

niedziela, października 12, 2014

1147. Tysiąc pięćset sześćdziesiąt

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

1560. Tyle dni zajęło mi dojście od dnia, w którym zdecydowałam się założyć bloga, do dnia dzisiejszego. Długa droga, dużo historii, trochę książek.

Choć odebrałam ją w dniu jej premiery — przesuwanej dwukrotnie — musiała poczekać, aż przeczytam Drugą, Trzecią i Kapitana. Pomogła mi zrozumieć, co się ze mną działo po drodze do dziś.

Kiedy otoczenie nie jest gotowe was usłyszeć albo kiedy otaczająca was narracja przeczy temu, co przeżyliście, niesienie świadectwa jest trudne, a nawet niebezpieczne. Mówić to narazić się na wykluczenie. Milczeć to zgodzić się na odcięcie części swojej duszy.

*

Samodzielne myślenie daje ogromną satysfakcję. Niestety, utrudnia czerpanie wsparcia z mitów, które dzielimy z innymi. Trudny wybór: między szczęściem, jakie daje bezpieczna zależność, i radością podążania własną drogą, na której często czujemy się samotni.

*

[...] dwa węgielki rezylencji [...]: zrozumieć i marzyć.

*

Nie, nie nienawidzę i nie przebaczyłem. [...]
Nienawiść zamyka nas w więzieniu przeszłości. By z niego wyjść, trzeba zrozumieć, nie przebaczyć.

*

Każde marzenie dotyczące przyszłości zmienia nasze odczuwanie teraźniejszości.

Boris Cyrulnik, Ratuj się, życie wzywa,
Czarna Owca, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

sobota, października 11, 2014

1146. ...

fakty są mniej ważne niż uczucia.

*

cisza
     miara odległości między
     ludźmi sobie najbliższymi.

*

cisza czasem jest pełnią. czasem morderstwem. ktoś w nas umiera, ale też jednocześnie ktoś w nas się rodzi.

piątek, października 10, 2014

1145. Święto współistnienia

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dwa dni temu. Plan. Był. Nie wypalił. Racjonalny powód spotkania wyparował. Tylko przez chwilę były zakłopotane. Okazało się, że plan, choć świetny, był tylko racjonalnym powodem, by się spotkać.

przy kawie
        coach i psychoterapeutka,
        kobieta i kobieta,
        autorka i autorka,
światy wielokrotne.

dziękuję. zachowuję tutaj, by mieć łatwy dostęp do magii, którą współtworzą za każdym razem.

1144. Branson!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gra Pomidor. Rozłożona w czasie i przestrzeni.
Człowiek. Pracujemy. Pojawia się postać. Branson! Nie mam pojęcia, kto to jest.
I dobrze, w przypadku pracy „nie wiedzieć” to ogromny plus.
Inny człowiek. Inny czas. Branson!
Rozmawiam z Tolinim a On mówi... Branson!
Jeszcze inny człowiek. Jeszcze inny czas. Branson!
Zdziwiona? Nie. Branson! Branson! Branson!

Odebrałam książeczkę. Jak powiedziałby Brr, broszurę, sto szesnaście stron. Na jeden ząb. Porusza te kawałki człowieka, co kilka marzeń w garści trzymają. Fantastyczne uczucie.

Spełniaj swoje sny, ale żyj w realnym świecie.

*

Wierzę w siebie i w to, czego chcę. [...] Wierzę w ręce, które pracują, w umysły, które myślą, i w serca, które kochają.

*

Jeżeli postawisz przed sobą wyzwanie, rozwiniesz się. Zmieni się twoje życie. Pozytywniej spojrzysz na świat. Nie zawsze łatwo jest zdobyć to, czego się pragnie, ale nie można przestać próbować. Nigdy nie mów „nie mogę”. Powiedz sobie za to: „Będę starał się dotąd, aż mi się uda”.
     Z mojego punktu widzenia, istnieją dwa rodzaje wyzwań. Jeden to wykonywanie swojej pracy najlepiej jak się da. Drugi — to poszukiwanie przygód. Staram się robić jedno i drugie.

Richard Branson, Zaryzykuj — zrób to! Lekcje życia,
Wydawnictwo Natalis, Warszawa 2014.

wtorek, października 07, 2014

1143. Z akcentem na zachwyt

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

czekałam. podglądając przez szybę,
czytałam ludzkie twarze.
czysta była to przyjemność.

*

Instalując się w sali usłyszałam najpiękniejszą wymianę myśli między dwu­dzie­sto­let­nim studentem, co czasu na nic nie ma, a jego starszawym wystarczająco Lekto­rem, co rozkoszuje się każdą chwilę życia. Student zapytał:
     — Jak się pozbyć akcentu?
Lektor odpowiedział:
     — A po co chce się pan go pozbywać? Akcent to piękna, indywidualna rzecz! Jak będzie pan mówił z królewskim akcentem, to będzie to bardzo źle odebrane. Będzie pan przecież udawał kogoś, kim pan nie jest.

*

Łomolę więc dziś osiemdziesięcioletnim Leonardem, co w pozornie idiotycznie prosty tekst wplótł — jak zwykle — poezję ludzkiej potrzeby odkrywania prawdy i miłości.

Leonard Cohen, Did I Ever Love You, 2014.

1142. Niepodległość w związku

Pan Ciasteczko:
(miał wrócić w poniedziałek)

Jabłoń:
(cieszy się, że choć zasypiała sama,
obudzi się obok Sadownika)

Sadownik:
(według zegarka we wtorek kładzie się do łóżka)
MOOOJE łóżko, MOOOJA kołdra...
(mości się nie dowierzając)

Jabłoń:
(po chwili)
Mówisz moje łóżko, moja kołdra, a ja?

Sadownik:
Ty jesteś swoja!

poniedziałek, października 06, 2014

(1135+6). Kochać być kobietą, zazdrościć (?) mężczyznom

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są dwie chwile w życiu, gdy żałuję, że nie jestem mężczyzną — tylko przez moment, ale jednak niezmiennie to się zdarza.

Pierwsza, gdy dostaję kwit na badania okresowe i mam nasiusiać do pojemniczka. Czyli dziś. Zazdroszczę mężczyznom wtedy łatwości w ogarnięciu tego tematu.

Druga, pomyślałam o niej w sobotę, w trakcie warsztatu pt.:

Mit urody a Twoje piękno,

który miałam zaszczyt, ale i ogromny przywilej poprowadzić w ramach kończących się POP-Kreacji. Jak za dotknięciem różdżki było Wszystko. Tylko czekałam, aż wybije, zakwitnie, zachwyci. Kobiecość. Zmysłowość. Siła. Ważność. Celowość.

Pozazdrościłam terapeucie-mężczyźnie, bo jeśli prowadzi warsztat dla mężczyzn, to ma szansę patrzeć na rozkwitającą na jego oczach psychologiczną i duchową męskość w kilkunastu mężczyznach zgromadzonych w tej samej czasoprzestrzeni.

*

Klatka z filmu produkcji Alice's Cat od czwartku znajduje się na pulpicie mojego komputera. Honoruje nie tylko pracę Autorki, ale również moją wakacyjną pracę nad sobą — to był niesamowity czas. Alice, thank You! Również za kudłaty epizod w filmiku.

sobota, października 04, 2014

1140. Kapitan

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W ostatni mój sopotni ranek postanowiłam zdezerterować z dwóch wystąpień. Polazłam na plażę, zachwycając się latem w środku września. Zaległam na piasku i podziwiałam przechodzących ludzi. Ruch ich ciał gadał do mnie o pragnieniach i spełnieniach Delektowałam się nie tylko swoim istnieniem. Ludzie i psy, bo parę czworonogów przeparadowało przed moimi oczami, to niezwykłe istoty! — pomyślałam nie raz.

Ni stąd ni zowąd na jedenastej ujrzałam jacht, idący na silniku w stronę Górek Zachodnich. I tknęła mnie tęsknota. Siedemnaście lat nie byłam na wodzie. Zatęskniłam za życiem na wodzie, które jest zupełnie inne niż to na lądzie. Może jednak wymienię swoje stare papiery na żagle na nowe, by ich użyć? — przyszło mi do głowy.

Po kilku dniach, gdy mi nie przechodziło, doniosłam o tym napadzie Seniorowi. Od słowa do słowa ustaliliśmy, że wyśle mi link do strony Człowieka, co ruszył w samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów. Zajrzałam. Poczytałam. Obejrzałam. Zamówiłam książkę o poprzednim rejsie Kapitana Cichockiego.

Przyszła. Odłożyłam. Bo czytałam Drugą. Kończąc Trzecią nie miałam wątpliwości, że czas na Życie — rejs Kapitana Cichockiego był dokładnie tym, czego mi trzeba było. Gdy siedziałam na sopockim piachu, On ósmy dzień był w rejsie. Gdy czytałam wczoraj poniższe słowa, był już w morzu prawie miesiąc:

Marzenia mają jednak to do siebie, że po ich spełnieniu pozostaje pustka i konieczność wyznaczenia nowych celów. Nie sprawi mi to problemu. Jeszcze nie wiem kiedy, nie mam pojęcia jak, ale muszę tu wrócić. I wrócę na pewno. A na razie żegnaj, Hornie, Hasta la vista.

*

[15.05.2012] Od jutra zaczynamy z Ewą i Mikim przygotowania do kolejnego rejsu. Dookoła świata. Bez zawijania do portów. Samotnie. Ale nigdy, przenigdy sam.

Uśmiechnęłam się w duchu. Skończyłam książkę. Rejs, który na kartach książki jest przyszłością właśnie jest Teraźniejszością. Jestem pełna podziwu. Zaglądam do Kapitana i kibicuję historii, która się pisze. Zacieram ręce, że powstaje też nowa książka. Mam taką nadzieję.

I pamiętaj, co powiedział Lec: „Nadzieja jest wprawdzie matką głupich, co nie przeszkadza jej być uroczą kochanką odważnych”. [...] Mam jeszcze jeden aforyzm, akurat na czasie. „Jest tylko jedno lekarstwo na duże kłopoty — małe radości”. To Karl H. Waggerl. To co? Robimy omlet? Z dżemem!

*

Jestem spokojny. Przecież poza mną na jachcie nie pozostało już nic do unicestwienia.

*

[rok 1983]
     — Co takiego?
     — No, żeni się
[Kapitan]!
     — Zapytaj, czy musi.
     — Musisz?
     — Nie, mamo.
     — Mówi, że nie musi. — Znowu chwila szeptów. — Tomek, przecież myśmy jeszcze nie wyrazili zgody.
     — Ja was nie pytam o zgodę, ja was  i n f o r m u j ę!

*

Samotność jest dla umysłu tym, czym dla ciała dieta. Wolność to stan umysłu. Miłość to akt świadomego wyboru. [...] Ale kto powiedział: „Wolność to zdolność do samodyscypliny”? (Wiem, wiem — Georges Clemenceau).

*

[...] tak jesteśmy skonstruowani, że dochodzimy do prawdy — swojej prawdy — w rozmowie.

*

Uwielbiam to uczucie zawieszenia poza czasem, kojącego spokoju, wyciszenia i zupełnego braku myśli. To nie tyle pustka w głowie, ile inaczej ożywczy przeciąg wymiatający z zakamarków mózgu wszystkie lęki, frustracje i złe emocje.

*

Ciekawe, jakby to wpłynęło na przestępczość, gdyby ludzi skazywano na opłynięcie świata w pojedynkę zamiast na więzienie. Taka podróż równa się 10 miesiącom samotnego zamknięcia i ciężkich robót.

*

[...] po raz pierwszy od 312 dni całowałem ukochaną żonę. Może właśnie po to opłynąłem świat? Po to pokonałem niemal 34 tysiące mil, przetrwałem 17 sztormów, wywrotkę jachtu na rozszalałym Oceanie Indyjskim, awarie bodaj wszystkiego, co mogło się zepsuć, i większości tego, co zepsuć się nie miało prawa? [...]
     Bo po cóż by innego? Wystarczy jedno spojrzenie na globus, by zrozumieć, że samotny rejs dookoła świata rozumiany wyłącznie jako podróż nie ma sensu — wraca się przecież w to samo miejsce, z którego się wyruszyło. Ma sens jedynie wtedy, gdy stanie się podróżą w głąb własnej duszy.

Krzysztof Cichocki, Zew oceanu. 312 dni samotnego
rejsu dookoła świata
, carta blanca, Warszawa 2013.

czwartek, października 02, 2014

(1138+1). Za życie! (II)

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na eFce był, a może wciąż jest, nie śledzę, łańcuszek — nie przytoczę dokładnie, ale mniej więcej brzmi on tak: 10 najważniejszych książek w moim życiu. Owa zabawa i mnie bezskutecznie próbowała dosięgnąć. Dziesięć? Jak to możliwe, że ktoś żyje 20+, 30+, 40+, 50+ lat i nie ma problemu z wybraniem dziesięciu książek, które dla niego są ważne? Co robi z resztą znaczących pozycji książkowych? Czy zdarza mu się ubolewać, że najważniejszych książek w dziesiątce zamknąć się nijak nie da?

Traktuję tę zabawę jako świetną dla tych, co przeczytali w życiu nie więcej niż setkę książek, w tym Krzyżaków, Potop i Naszą szkapę. Mają nieocenioną, może jedyną okazję, by wykazać się czytelnictwem. Podobno statystyczny Polak czyta 0.5 książki na rok. Fantazji mi nie starcza, by oczyma wyobraźni ten wskaźnik zobaczyć i zrozumieć. Może właśnie stąd mój imperatyw czytania, spotykania ludzi, ich myśli i uczuć, ich przemyśleń i przeżyć zatopionych w bursztynie literek.

*

Czytając drugą, odnotowałam fakt istnienia trzeciej. Zamówiłam. Odebrałam. Dwa dni i w poniedziałek było po wszystkim. Po raz pierwszy mam trudność pewną, która polega na tym, że książka miałaby stać wśród tych, które Autor krytykuje.

Panie Anatolu, napisał Pan wspaniałą książkę dla tych, co przy życiu wciąż są. Uśmiałby się Pan, gdyby się Pan dowiedział, ile razy doprowadził mnie Pan do łez bardzo różnego rodzaju od wzruszenia po czystą radość. Życie jest cudem, tajemnicą, przygodą — myślę sobie nieustannie od momentu, gdy zaczęłam Pana czytać. Nie sądzę, by chciałby Pan mieszkać na tej samej półce co Elizabeth Kübler-Ross czy Susan Sontag. Obiecuję Panu, pomyślę, jak to rozwiązać. Zastanawiam się, czy Panu łatwo byłoby wybrać 10 najważniejszych książek w Pana życiu?

Jeśli idzie o mnie, po tym jak otarłem się o śmierć mam wrażenie, że samo pozostawanie przy życiu to nieustanny orgazm.

*

Czas przestał być niewinny, już nic nie było zwyczajne. Zrozumiałem, że mam w życiu nieprzekraczalny termin.

*

Nie jestem lekarzem, do roli pacjenta także dopiero się wprawiam. Ale jestem krytykiem i jako chory w stanie  k r y t y c z n y m  powinienem spożytkować mój zawód. Początkowo choroba była dla mnie serią niepowiązanych wstrząsów i w pierwszym odruchu próbowałem okiełznać ją, budując dla niej narrację. W sytuacjach skrajnych zawsze tworzymy narracje. Opisujemy to, co się dzieje, jakbyśmy chcieli zapobiec katastrofie. Gdy inni dowiadywali się, że jestem chory, opowiadali mi o własnych chorobach i o chorobach przyjaciół. [...] Milczenie jest w sensie dosłownym zamknięciem sklepu z człowieczeństwem.

*

Płacząc z radości, zrozumiałem, jak cudownie jest po prostu funkcjonować. Moje ciało, które od dziesięciu, dwudziestu lat było już tylko moją przebrzmiałą miłością, dobrym, ale niepodniecającym znajomym, stało się na nowo przedmiotem mego zadurzenia.

*

Ochota sama w sobie jest odmianą nieśmiertelności.

*

To, że człowiek postanawia się oszukiwać, to jedna sprawa; jako rodzaj praktycznego solipsyzmu odpowiada to pewnej wyobrażonej rzeczywistości. Ale jeśli ktoś inny, kto ma bez porównania słabsze powody, by kłamać, zacznie mu przytakiwać, wszystko, co powie, zabrzmi jawnie fałszywie.

*

Powiedziałem mu [ przyjacielowi] zatem: „To, czego dokonałeś i kim jesteś, to przeciwieństwo porażki. Skoro budzisz  m ó j  podziw — dodałem nieskromnie — nie poniosłeś klęski.

*

Becker nie oczekuje rzeczy niemożliwych: „Zdaje się, że to, co każdy z nas może w najlepszym razie zrobić, to coś  u l e p i ć  — jakąś rzecz albo samego siebie — by następnie porzucić to, że tak powiem, na pastwę siły życia”.

*

Każdy pacjent potrzebuje reanimacji metodą usta-usta, a rozmowa jest pocałunkiem życia.

*

Chciałbym umrzeć po swojemu. To jest mój dom, moje życie, moja śmierć, moi przyjaciele. Czemu nie?

*

Śmiertelnie chory chce przede wszystkim, by go zrozumiano. Umieranie jest nieporozumieniem, które trzeba wyjaśnić, nim odejdziemy. A nie będzie nas można zrozumieć — nasza sytuacja pozostanie niepojęta — dopóty, dopóki bliscy, którzy wpatrują się w nas z zakłopotaniem i miłością, nie dowiedzą się do końca, czym jest nasza choroba.

*

[...] tylko uczuciowość przemawia na naszą obronę.

Anatole Broyard, Upojony chorobą. Zapiski o życiu i śmierci,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

(1132+6). Za życie!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wróciłam z Sopotu zatrzaśnięta, wsobna, wyłącznie dowewnętrznie skierowana. Zewnętrzny świat, choć ważny, nie był dla mnie najważniejszy. Słowa, które stanowią dla mnie podstawową formę kontaktu ze światem, odmówiły współpracy — były zbyt płaskie, zbyt mało znaczące, niemówiące, nietłumaczące niczego, co się wewnątrz mnie działo.

Bywa — pomyślałam, ale gdy trwało to kolejny tydzień, po kolejnym już tygodniu, pomyślałam, że może czas przyzwyczaić się do tego, że zamieniam się w niemowę, że nie ma już nic, co chciałabym powiedzieć, napisać, za czym chciałabym stanąć murem, zaprzeć się i nie popuścić na centymetr.

W Sopocie odkryłam, że jest kilka książek, o których nie miałam pojęcia. Wisienka, jako prelegentka, mówiąc do wszystkich zgromadzonych, uświadomiła mi, że brak mi jednej ważnej książki. Wróciłam do Wawy. Zamówiłam. Po drodze okazało się, że jest jeszcze jedna, którą przegapiłam. Dotarcie do niej było prostsze, ponieważ wyszła w tym roku. Czytając ją zamówiłam trzecią.

Wszystkie trzy o umieraniu, o życiu na końcu życia traktujące. Skończyłam czytać drugą i trzecią pod koniec zeszłego tygodnia. Mam wprawę, nie zdziwiło mnie, że książki o umieraniu są książkami o życiu świadomym, intensywnym, podmiotowym.

Buzuje we mnie życie, które dziś w szczególny sposób świętuję. Dawno nie czułam pulsu życia tak jak dziś. Wisience podziękowania ślę za każde wypowiedziane słowo i za książki, które dzięki niej stanęły na najważniejszej dla mnie półce. No i... łomolę Here's to Life! Druga jest warta paru chwil naszego życia, jest niczym przyprawa.

*

Barbra Streisand, Here's To Life.

Słowo „projekt” zrobiło dziś oszałamiającą karierę. Nasz sposób życia staje się również projektem. Już nie marzymy, nie planujemy, nie doświadczamy wizji, zwątpień, pragnień. Już nie szukamy, nie lenimy się, nie zmieniamy zainteresowań, już nie jesteśmy ciekawi niespodzianek. Stajemy się realizatorami projektów. Kolejny poranek nie niesie radości i tajemnicy: co się dziś wydarzy? Dzień nie zaczyna się od spojrzenia w niebo i słuchania ptaków. Zaczyna się od grafiku i terminarza. Nowy dzień jest częścią projektu. Należy mieć projekty, uczestniczyć w projektach, przygotowywać projekty. Projekty są wiecznie młode, żywotne i nieśmiertelne. I kpią sobie z naszych słabości. My również na podobieństwo naszego nowego idola mamy być wiecznie młodzi, żywotni i nieśmiertelni. Nasze ciało, umysł, wyobraźnia, zmysłowość już nie należą do nas i do naszego życia, są częścią projektu. Zmuszane za wszelką cenę do życia projektami, do biegu, wigoru, wyścigu, konkurencji, zmieniają nas w istoty kompulsywne i nieszczęśliwe. Płacimy wolnością i radością życia.

*

Zmiana życia z nekrofilijnego (gdy żyjemy dla przedmiotów, projektów) na biofilijne (gdy żyjemy dla życia) jest ratunkiem dla naszego świata. Fromm wypowiada znamienne słowa: „Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci, nie byłoby wojen”.

*

Wydaje się, że tworzenie jest aktywnością skrajnie wsobną. Jesteśmy tu wyłącznie sami ze sobą. Nic i nikt nas nie obchodzi. Zapominamy o bożym świecie nad twórczą robotą, czy to będzie gotowanie zupy, czy tkanie dywanu, czy modlitwa, czy równanie matematyczne, czy pisanie wiersza. Ale, o niespodzianko! O paradoksie! Hermann Hesse zwraca uwagę, że w ostatecznym rachunku tworzenie to nie tylko samotnicze zajęcie — to pozbywanie się siebie, dawanie.

*

Baśń pośrednio, między linijkami, dzieli się swoją mądrością: nie ulegaj stereotypom, nie przyjmuj pierwszego narzucającego się rozwiązania, nie bój się, odrzuć je i próbuj dalej.

*

Życie baśniowego bohatera rozpoczyna się od opuszczenia na zawsze domu rodzinnego, by u kresu wędrówki znaleźć inny dom — dom własnej duszy — spełnienie życia.

*

Pragnienie znalezienia własnej drogi życia, odkrycie mitu własnego życia spędzało nam przez lata sen z powiek. Kiedy ustaje to pragnienie? Czy w okresie umierania trzeba się go wyrzec?

*

I nigdy za mało podkreślania, że wolność nie jest jedynie kwestią filozoficzną, ale codzienną praktyką życia.

Jadwiga Wais, Bracia Grimm i siostra Śmierć.
O sztuce życia i umierania
, ENETEIA, Warszawa 2014.

wtorek, września 30, 2014

(1131+6). Męczennik z wyboru

Jabłoń:
Asmir powiedział mi na warsztacie,
że jestem  i n t e n s y w n a. [...]
(po chwili dodaje)
Mam świadomość,
że nie jest łatwo mnie lubić, ale...

Sadownik:
(sprawnie wskoczył w rolę męczennika)
No, no! Pomyśl, jak trudno cię kochać!

1136. Niech uśmiecha!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sobota. Z Tolinim prowadziliśmy warsztaty. Gdy uczestnicy robili ćwiczenie, w starszawej gazetce patrona medialnego wypatrzyłam cudne słowa bezzębnego szamana z Indonezji:

Jak robisz taka poważna mina,
to wystraszasz dobra energia.
Żeby medytować, trzeba uśmiechać.
Uśmiechaj twarzą, uśmiechaj umysłem,
a dobra energia usunie zła energia.

*

Niedziela. Kawa. Uśmiechnęła mnie. Jakby wiedziała, wokół jakich tematów krążę. O końcu. O początku. O życiu. O śmierci. O życiu. Intensywniejszym. Teraz. Tu.

Między życiem a śmiercią jest pauza, wolne miejsce i czas. Może jest to jedyne miejsce i czas należący — jak nigdy dotąd — wyłącznie do nas. Warto przyjąć ten niepowtarzalny dar. Ciągle jeszcze mogą zdarzyć się niespodzianki i przygody, ciągle jeszcze możemy uśmiechnąć się do siebie i świata i coś zmienić. Jeśli jest to możliwe nie tylko w naszym umyśle, ale i w praktyce życia, to uchylą się drzwi, które miały na zawsze pozostać zatrzaśnięte.

Jadwiga Wais, Bracia Grimm i siostra Śmierć.
O sztuce życia i umierania
, ENETEIA, Warszawa 2014.

piątek, września 26, 2014

1135. Coroczne jesienne POP-Święto

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

jestem, a jakby mnie nie było, bo
ruszamy... w całej Polsce. świętujemy!

*

Festiwal POP Kreacje,
dla siebie i dla świata

środa, września 24, 2014

(1131+3). Wrócona na stoliczny trakt

najlepszą w nas
cząstką jest
dreszcz wzruszenia

Goethe.

przeczytałam po tym, gdy zaparkowałam duszę przy tej kawie.

formalnie: tulipan,
ale zobaczyłam też turkusik, odmiana jesienna.

wtorek, września 23, 2014

1133. Lis

Sadownik & Jabłoń:
(jak nigdy czekali i czekali na Okęciu... ale doczekali się)

Bliźniacza Liczba:
(już w samochodzie)
Nie uwierzycie, czterdzieści minut krążyliśmy
nad lotniskiem, bo na pasie był lis...

Jabłoń:
(ze zdziwieniem szczerym)
Lis? A co on tam robił? Biegał po pasie?

Sadownik:
(ze śmiertelną powagą w głosie)
Latał!

(cała zawartość pojazdu ryknęła śmiechem)

poniedziałek, września 22, 2014

(1131+1). Owocowanie (IPP-Work 2014)

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

myślę trzy razy szybciej niż mówię, a przeżywam jeszcze więcej.

Tollini

*

Jeszcze żyję!
(to jest bardzo dobra wiadomość)

*

W jaki sposób mogę z Tobą być? I czy w ogóle ma znaczenie, że tu jestem?

Wisienka

Można być teraz albo w ogóle.

Wisienka

*

jeśli ludzie nie mogą być JACYŚ,
nie mogą być sobą.

Borówka

Wisienka

1131. Ogryzek czasu

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W czwartek, dwa tygodnie temu bez trzech dni, rozpoczęła się u mnie jesień. Po raz pierwszy wracałam po ciemku z pracy...

Od piątku do wczoraj babie lato... psychologia procesu... dwa dni leżenia w łóżku, co zaklinaniem losu było, porzucone plany zrobienia niezbędnego tego i owego oraz odpowiednia dawka aspiryny... by znów psychologia procesu.

Uczuć, doświadczeń, perspektyw, światów całych — nieprzekładalnych na razie na słowa — cała masa. Ułożyć się we mnie potrzebują. Odnaleźć swe własne, najlepsze miejsce. Z ostatnich pięciu dni został zapisany zeszyt i cztery zdjęcia. Nowa ja. Witam i poznaję.

*

*

Jeśli „nie-ja” to kto?

czwartek, września 11, 2014

1130. Bank rozkoszy

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są książki, których nie da się przeczytać w trzy dni.
Są takie, których nie warto czytać w pośpiechu.
To jest właśnie taka książka.
Czytałam powoli, po troszku, w międzyczasie połykając kilka innych, bo książka poważna, jak to mówią POP-owcy, stawiająca na progach wielu.

Popłakałam się ze śmiechu przy fragmencie, który z Sadownikiem znamy z własnego, starego i na szczęście nieaktualnego już doświadczenia — biegusiem przeczytałam na głos koledze-małżonkowi:

Mózg kobiety nieustająco przetwarza jakieś informacje werbalne. Kiedy kobieta pyta: „O czym myślisz ?”, a mężczyzna odpowiada „O niczym”, ona zakłada, że on ukrywa przed nią swoje życie wewnętrzne. Po prostu mózg kobiety nie potrafi wyobrazić sobie stanu, w którym u świadomej, przytomnej osoby nie zachodzi taka aktywność. Tymczasem mózg mężczyzny chętnie popada w stan niewerbalny — potrzebuje go, żeby wrócić do równowagi.

Przypomniała nam się przypowieść o The Nothing Box:

Mark Gungor, The Empty Box.

Wstrzymywałam oddech przy wielu fragmentach. W stupor zadziwienia wpadałam nie raz, że Sadownik wiedział i wie, to co ja przeczytać musiałam, a co jest niebywałym dobrodziejstwem dla mnie i naszego związku od lat. Książka momentami druzgocząca, momentami nie do przyjęcia, momentami nie do uwierzenia — np. badania dotyczące kobiecego orgazmu za pomocą rezonansu magnetycznego — sama myśl o seksie pierzcha, gdzie pieprz rośnie, w zetknięciu z frazą „rezonans magnetyczny” — a może, rozmarzyłam się, jest jakaś seksowna wersja tego podłego, choć bardzo użytecznego, urządzenia? Momentami książka zaskakująca — głaskanie, przytulanie, dobre słowa w przypadku kobiet „kumulują się” i stanowią cudowną wersję „gry wstępnej” rozłożonej w ciągu całego dnia. Odsetki od tej kumulacji są dużo wyższe niż głaskanie, przytulanie itd. na kwadrans przed — miłe zaskoczenie, bardzo!

Gdy skończyłam, oświadczyłam Sadownikowi, że od dziś ustawowo należy mi się jeszcze więcej głaskania, a co!

Sadownik:
(w okolicach śniadania głaszcze „dżewną” korę)

Jabłoń:
(zapomniała o własnym dekrecie)
Co się dzieje?

Sadownik:
Depozyt do banku rozkoszy składam.

Georgia O'Keeffe, Light of Iris, 1924.

     — Unerwienie każdej kobiety jest inne — potwierdził doktor Cole. Mówił łagodnie, jakby zwracał się do osoby lekko niezrównoważonej. — I dlatego reakcje seksualne kobiet są tak różne. U każdej kobiety nerw miedniczny rozgałęzia się inaczej. Różnice te mają charakter anatomiczny.
     Nieco później dowiedziałam się, że to złożone, barwne zróżnicowanie występuje jedynie u kobiet. Unerwienie narządów seksualnych mężczyzn jest dużo bardziej jednorodne
[...].

*

W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku twierdzono, że kształcenie odbija się niekorzystnie na systemie nerwowym kobiet, przez co „nowoczesne kobiety”, które domagały się prawa do takiej samej edukacji jak mężczyźni były wedle jednych „ekspertów” niepłodne, wedle innych — nienasycone pod względem seksualnym, a w obu przypadkach owłosione i nienadające się do małżeństwa. [...] Dla ustabilizowanego, uporządkowanego społeczeństwa kobieca seksualność stanowiła zagrożenie tak wielkie jak terroryzm czy anarchizm.

*

Jeffrey Moussaieff Masson dokonał przeglądu trzystu europejskich pism medycznych z lat 1865–1900. „Lektura tych pism — normalnych, szanowanych periodyków lekarskich — pokazuje jak mężczyźni mający władzę nad życiem kobiet, zwłaszcza nad życiem seksualnym, nadużywali jej do wypaczania, naruszania, tłumienia, a nawet niszczenia seksualnego aspektu kobiecej osobowości”.

*

Dlaczego wciąż żywimy przekonanie, że szczere mówienie o swoich pragnieniach i doświadczeniach seksualnych jest proszeniem się o nieszczęście?

*

[...] najświętsze miejsce w najświętszej świątyni świętego wszechświata.

*

Niezwykle trudno nakarmić istotę kobiecości czymś, co jest ekscytujące, tajemnicze, głębokie i złożone, jeśli język opisujący rdzeń naszego „ja” jest medyczny, w złym guście, nieprzyjazny albo prymitywnie brutalny.

*

[...] nazywanie tworzy rzeczywistość.

*

[...] cytat z Rumiego: „Twoim zadaniem nie jest poszukiwanie miłości, ale barier, którymi się od niej ogradzasz i które wznosisz w sobie”.

*

Moja kreatywność w seksie przejawia się tym, że stapiam się z tym, co się akurat dzieje.

*

Heteroseksualni mężczyźni powinni zadać sobie pytanie: „Chcę mieć za żonę Boginię czy jędzę?”. Bo niestety fizjologia nie przewiduje dla kobiet stanów pośrednich.

*

Rozluźnienie łączy się z pozbyciem się zahamowań. Naprawdę pobudzony współczulny układ nerwowy to najlepszy przyjaciel kobiety, jeśli chodzi o seksualny trans. [...] Francuzi nazywają kobiecy orgazm le petit mort, „małą śmiercią”. Otóż u kobiet, inaczej niż u mężczyzn, orgazm wywołuje stan podobny do utraty świadomości pozwalającej kierować własnym zachowaniem albo do utraty „ja”. [...] Zapewne ta niesamowita utrata panowania nad sobą podczas orgazmu była przyczyną, dla której mężczyźni widzieli w kobietach irracjonalne bachantki albo czarownice.

Naomi Wolf, Wagina. Nowa biografia,
Czarna Owca, Warszawa 2013.

wtorek, września 09, 2014

1129. No, no

Pan Ciasteczko został poproszony o odrobinę mniej formalnych detali na swój temat. Łajf miała w związku z tym ubaw po pachy.

Na wieczornym spacerze tylko Heniutka się nie śmiała, bo była potwornie zajęta węszeniem...

poniedziałek, września 08, 2014

1128. Od religijnych specjalistów strzeż nas Panie!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Minęły dokładnie dwa tygodnie, gdy skończyłam czytać tę książkę. Nie mogłam na jej temat się tu zająknąć, bo jakaś część mnie nie mogła się pozbierać. Dziś chciałabym już tę książkę zaparkować na regale. Przyszedł więc na nią blogowy czas.

Gdy zaczynałam, dwa tygodnie i dwa dni temu, pierwszy rozdział przepłakałam. Potem nie było łatwiej. Afganistan, Palestyna, Nigeria, Iran, Ghana, Indie, Togo... Jerozolima, Teheran... człowiek Europy ma się świetnie, usprawiedliwiony, barbarzyństwo religią podszyte to nie u nas... i czytam: w Lublinie, w Polsce. Odpadłam nie jeden raz.

Wyobraźmy sobie potencjał mającego narodzić się chłopca. Nie wiemy, gdzie się urodzi — potencjalnie może stać się więc każdym: mistrzem świata, szewcem, prezydentem kraju, cieślą, kosmonautą, bibliotekarzem. A teraz wyobraźmy sobie potencjał mającej się narodzić dziewczynki. Nie wiemy, gdzie się urodzi, ale skoro ma to być dziewczynka, to wiemy, że nie ma szans być... papieżem. Jak rodzic może się na taką niesprawiedliwość godzić?

Czytając tę książkę, miałam cały czas świadomość posiadania ogromnego przywileju — bycia Europejką. Nie zrozumiem kobiet w Europie, które chrzczą swoje córki. Za ten znaczący akt nieposłuszeństwa nie zapłaciłyby życiem, a dałyby do myślenia skostniałej (wygodnie) od wieków hierarchii kościelnej. Czasem zastanawiam się, jak zareagowałby Jezus, gdyby chwilę pomieszkał tu i tam. Nie sądzę, by właśnie o to co jest, z czym musimy się mierzyć, Mu chodziło. Może jednak jestem człowiekiem małej wiary.

Mnie katolicki bóg nie straszy od bardzo wielu lat, nie grozi mi, nie wygraża paluchem, nie zwalnia z myślenia. Śmiem twierdzić, że polski katolicki bóg o miłości nie ma pojęcia.

Ciekawe jest, że mimo teorii o zderzeniu cywilizacji, [...] w kwestii kobiet islam i Watykan mówią jednym głosem.

*

U ludzi obserwuje się umiarkowany dymorfizm płciowy — nieco mniejszy niż u goryli, większy niż u gibonów, z grubsza porównywalny z szympansami. U ludzi przedstawiciele płci męskiej są na ogół więksi i silniejsi niż żeńskiej. Już samo to mogłoby tłumaczyć, dlaczego na przestrzeni całej udokumentowanej historii kobiety były podległe mężczyznom — i w wielu częściach świata nadal są. Mężczyźni panują nad kobietami, bo mogą.
     [...] Ale istnieje jedna ludzka instytucja, która zawsze stawała po tej silniejszej stronie — dodawała mocy jej i tak już silnemu ramieniu, zwiększała wagę tego, co i tak miało swoją wagę i nakładała aureolę świętości na istniejącą nierównowagę sił — i która przez tysiąclecia wspierała silniejszego w utrzymaniu dominacji nad słabszym: tą instytucją jest religia

*

To rzeczywiście paskudna sprawa — mężczyźni, którzy do tego stopnia kochają religię wraz z rzekomym bóstwem i do tego stopnia nienawidzą kobiet, że gotowi są je zabijać, nawet gdy (a może zwłaszcza gdy) chodzi o ich żony, córki, siostry, matki. Nieznany, niewidzialny Bóg jest wszystkim, a żywa córka czy matka jest albo niczym, albo zasługującym na śmierć wrogiem.

*

Grupy nie mogą niczego wysoko cenić. Nie mogą niczego szanować. Podobnie jak całe narody, społeczności czy nawet rodziny, bowiem grupy nie mają umysłów. Tylko ludzie (i niektóre zwierzęta) mogą nadawać wartości określonym zwyczajom, bo tylko ludzie mają umysły, na dodatek w liczbie pojedynczej, każdy człowiek z osobna. Ich myśli nie można do siebie dodać, żeby utworzyć większą, grupową myśl, która stanie się tym, co „myśli grupa”. Nie da się wlać myśli do wielkiej kadzi i zrobić z nich zupy. Można jedynie ułożyć z nich stos odrębnych bytów, które nie stracą przy tym odrębności. Myśli różnych ludzi nie stapiają się ze sobą bez względu na temperaturę.

*

Religia ubiera władzę w szaty i mitry, przedstawia vis maior jako wolę męskiego Boga. Dzięki temu wszyscy czują się lepiej. Mężczyźni robią to, czego Bóg od nich oczekuje, podobnie jak kobiety. Życie kobiet jest obwarowane mnóstwem ograniczeń, kobiety są pozbawione prawa do własnego zdania, bo tak postanowił Bóg.

*

W 2004 roku ukazał się „List do biskupów Kościoła katolickiego o współdziałaniu mężczyzny i kobiety w Kościele i w świecie”. Zaczyna się od słów: „Kościół, znawca tego, co ludzkie, zawsze żywi zainteresowanie tym, co dotyczy mężczyzny i kobiety”. Warto więc zapytać, dlaczego Kościół mieni się „znawcą tego, co ludzkie” — przecież dziedziną jego zainteresowań jest teologia, a nie antropologia, większość jego personelu to duchowni, a nie psychologowie, a ponad połowa ludzkości nie jest dopuszczana do kapłaństwa, a tym samym do wyższych stanowisk. List został napisany przez Josepha Ratzingera i podpisany przez Jana Pawła II.

*

Dżin już się wydostał z butelki. Wiemy, że ludzie nie przychodzą na świat z przypisanymi rolami czy planami na życie. Wiemy, że podział pracy wynika z umów społecznych, a nie z cech biologicznych. Wiemy, że ludzie mają różne zdolności, zainteresowania i marzenia i że żaden rząd ani Kościół nie powinien z góry decydować o ich losie tylko dlatego, że należą do określonej grupy. To od jednostek zależy, jak ułoży się ich życie, to rodzice mają decydować, jak się podzielą obowiązkami związanymi z opieką nad dziećmi. Księża, imamowie, pastorzy i rabini mogą nadal ustanawiać prawa, ale nie mogą ukrywać faktu, że miliony kobiet na świecie nie chcą być „dla domu”, lecz „dla świata”, nie chcą się podporządkować mężom. Upieranie się duchowieństwa przy tym, że kobiety powinny podlegać ograniczeniom i żyć w posłuszeństwie to ognisko niesprawiedliwości — trzeba je odsłaniać i sprzeciwiać mu się.

*

Mówiąc bez ogródek: jeśli duchowni chcą cokolwiek kobietom nakazywać, to nie mają prawa wykluczać ich ze swojego grona. A jeśli się przy tym upierają, to ich prawa można zlekceważyć i potraktować jako homiletykę korzystną jedynie dla strony zainteresowanej, tak samo jak można zlekceważyć słowa właściciela fabryki, który poucza robotników o wartości ciężkiej pracy i oszczędzania.

*

Tylko kler ośmiela się narzucać swoje prawa bez najmniejszych skrupułów.

Ophelia Benson, Jeremy Stangroom, Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet?,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.

(1126+1). Żyj(e)my zdrowo!

Jabłoń:
Seks?

Sadownik:
Sok?

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem
wieczorową, niedzielną porą
)

1126. Wielki Mały Format

Student ma już grafik zjazdów. Ostatni wspólny weekend w tym roku za nami. Randkowaliśmy bez ustanku, do utraty tchu. Wziął mnie wczoraj do miejsca, gdzie między zajęciami kupuje kawę. Oniemiałam. Chłonęłam. Pokochałam.

*

atmosfera
inaczej płynący czas
serdeczność uważność
mistyczne wręcz.
zatrzymają Cię

na ścieżce serca
Właściciela
w jego miejscu.

zapłacisz
dopiero
na końcu
tylko
za kawę.

sobota, września 06, 2014

1125. Powrót widzki

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wyrwałam się wczoraj na samotnię kinową. Ze zgrozą stwierdziłam bowiem, że zaniedbałam ten dobry nawyk — wybierania samemu, „iścia” samemu, bycia samemu. Wypatrzyłam cykl Oczami kobiet. Uznałam go za świeży, by po godzinie wyjść z wielkiego błędu, bo on ma miejsce w stolicy od wielu, wielu lat. Poszłam na film Hotel (2013). Wróciłam poruszona niebywale, mówić z wrażenia nie mogłam.

Podobno jakiś krytyk-idiota napisał, że to pogodna powiastka o wychodzeniu z traumy. Gratulowałam panu idiocie, że załapał z filmu jedynie kilka absurdalnych scen, których moc polegała na tym, że obnażały stereotypowe myślenie, a przy okazji dawały widzom chwile oddechu między jedną a drugą trudną sceną. W zasadzie o czym jest ten film? A to zależy od tego, jak się na niego spojrzy. Dawno nie widziałam filmu, który może być odebrany na tak wielu płaszczyznach.

Wersja I: patriarchat po polsku. Tak, tak, niech kobiety obejrzą ten film jako przestrogę, że jak się wszystko ma, jest się spełnioną kobietą prywatnie i zawodowo, to musi los zesłać karę. No i zesłał! Polska kobieto, skoro już poszłaś do kina, to zastanów się nad sobą.

Wersja II: kobieta w patriarchalnym społeczeństwie. Dopasowała się. Kobieta sukcesu umysł w męską kratkę uformowała — wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Gdy więc życie wymyka się planom i kontroli, można tylko spaść na dno, na którym będzie trzeba poszukać siebie.

Wersja III: europejska. Rozmarzyłam się nad tym, jakim musielibyśmy być społeczeństwem, by taki film mógł powstać w Polsce. Pięć głównych bohaterów, pięć niezamkniętych historii, pięć pragnień, z którymi czas się pożegnać lub przystąpić do realizacji. Film dotyka wielu tabu... traum różnego rodzaju, dania sobie czasu, pragnień seksualnych kobiet dojrzałych czy męskiego niewyrabiania się w męskim świecie. Dla mnie — być może dlatego, że kinowo raczkuję — to niebywały majstersztyk, choć wyjątkowo ciężki. Zachwyciła i została w mym sercu Jill Ung w roli Marie, której niestety bardzo mało w zwiastunie, gdy jest najpiękniejsza i wyjątkowo zmysłowa (1:03). Nieefektywne jest moje rozmarzenie, ale jest i radość, że choć takich filmów nie robi się w Polsce, to przynajmniej można je, póki co, oglądać.

Jill Ung (źródło)

zdarzasz się dwa razy i więcej,
na każdego coś czeka
...

czwartek, września 04, 2014

1124. Tańczmy życie!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pierwszy raz. Pamiętam doskonale. Na samotnej kawie w lipcu gapiłam się na przemykających pasażem ludzi. Nic nowego, ale nagle zobaczyłam Ją. W nienagannie skrojonej korporacyjnej garsonce, równiutka, zgrabniutka, śliczna, prosto z żurnala mknęła z lewej na prawą. Mój wzrok ześlizgnąłby się z niej niechybnie, gdyby nie to, że nie miał na to szans — szła wyjątkowo szybko, zbyt szybko. Patrzyłam na nią urzeczona. Pomimo zawrotnego tempa szła pięknym krokiem. Przestałam patrzeć, zaczęłam się uważnie w nią wgapiać, by ze zdziwieniem stwierdzić, że coś w niej „nie szło”, nie pędziło, za nic miało sobie bajkę o korpo-pani lecącej właśnie na spotkanie, które zmieni życie niejednej osobie. Ramiona pędzącej nie trzymały ramy. Całe ciało gnało równiutko kratkowanym rytmem świata biznesu, ale jej ramiona nie poddawały się tej procedurze, było w nich coś frywolnego, nieśpiesznego — jej ramiona tańczyły. Uśmiechnęłam się całą sobą. Odetchnęłam, że nie całą kobietę wchłonął korpo-świat. Za fasadą zadbanej kobiety zobaczyła inną, Tę z marzeniami, pragnieniami, uczuciowymi wzlotami, odlotami i decyzjami, których nikt rozsądny nigdy by nie podjął, a ona tak.

Od tego pierwszego razu inaczej patrzę na ludzi. Zadaję sobie pytania: kogo, ten ktoś chce, bym spotkała? kogo ja spotykam? kogo jeszcze w tej samej osobie spotkać mogę już dziś? do kogo z tych ktosiów chcę gadać?

*

Enty raz. W zeszłym tygodniu. Nie wiem czemu, gapię się tępo na posadzkę pasażu, dziwnie czytać mi się nie chce. Ludzie przemykają z lewej na prawą, z prawej na lewą. Nudy. Można tylko postudiować różne techniki stawiania kroków, w zależności od płci, ubioru, wieku. A ja się gapię i nie mam pojęcia, o co chodzi. I nagle już wiem! Trzeba jednak najpierw dodać opis niezbędnego detalu technicznego: na posadzce, co sześć-siedem metrów, poprzecznie umieszczone są czarne pasy o szerokości około pięćdziesięciu centymetrów. No więc już wiem, bo dostrzegam dwie panie. Pięciolatka trzyma starszą panią za rękę. Idą, ale nudy w tym brak — trzymając się za ręce przeskakują każdy z czarnych pasów. Uśmiecham się od ucha do ucha patrząc na tę metaforę życia — można przemknąć przez własne, tak jak robią to inni, a można znaleźć własny rytm, własne kroki, własny taniec. Właśnie tak wolę.

*

Pan Paffeu. Podarował serdeczność w ulotny kawowy obrazek zaklętą. Jak zwykle, cieszyła niezwykle. Postanowiliśmy zbudować kolekcję.

środa, września 03, 2014

1123. Onemu

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Byliśmy, jedliśmy, idziemy — ćwierkała ważna dla mnie osoba.
     — U la la — pomyślałam — nie rozmawiam z człowiekiem lecz z relacją, bo oni to, oni tamto.
     Osoba ćwierkała z niespotykaną wcześniej energią, niebywałymi pokładami nadziei, szacunku i spełnienia. Kibicem czynnym owej osoby jestem — nie ma problemu, posunę się, zrobię miejsce Onemu. Jestem ważna, ale właśnie dowiaduję się, że Onemu też jest ważny, a do tego stanowi wcielenie cnót bardzo wielu. Choć Onemu nie znam, posunęłam się na mentalnej kanapie — byle tylko nie rozpychał się zanadto, pogroziłam mu palcem w myślach — i słuchałam z przyjemnością dalej.
     — ...byliśmy, skończyliśmy, jedziemy... — ćwierkała osoba z miłym dla ucha zaangażowaniem.
     Onemu jest taki i taki, nie był tylko tu i tu, to i tamto jest dla niego ważne. Delektowałam się każdą informacją, próbując sobie w głowie złożyć portret Onemu, portret człowieka z pewnością ciekawego. Osoba dodała:
     — On ma córkę.
     Informacja jak każda inna — wielu ludzi córki ma, wielu ojców wokół nas i jak dotąd to nigdy większego wrażenia na mnie nie robiło. Nie „tą razą”!

Fajnie byłoby plastycznie odmalować historię Onemu, ale po pierwsze, jest to historia osobista, do Onemu należy, nie znam jej i nic mi do tego. Po drugie, ta historia tutaj dla mnie kończy się, bo zaczyna się moja osobista bajka, która z historią Onemu nie ma nic wspólnego.

*

     — On ma córkę — rzekła osoba.
     Te trzy słowa i wiem, że nie chodzi o to zdanie czy stan posiadania. Te trzy słowa poruszają mnie ogromnie, a ponieważ jestem sama dla siebie poligonem doświadczalnym, za nic nie przepuściłabym tak fantastycznej okazji, by zbadać, czym to poruszenie dla mnie jest, jaką informację niesie i po co cała ta wymiana słów mi się przytrafiła. Onemu nie znam, nigdy nie widziałam, więc jeśli zużywam tyle energii na trzymanie się kurczowo jednej myśli, to musi coś w tym być — pomyślało mi się.

Domorosły analityk, przygodny blogowy przechodzień nie będzie miał żadnych wątpliwości — wszystko wiadomo, mleko się rozlało, czas minął bezpowrotnie, wyborów niewłaściwych Jabłoń dokonała, córki nie ma i mieć nie będzie, cierpienie całkowicie uzasadnione, trzeba nauczyć się z nim żyć. Najważniejsze, że wie, że złego wyboru dokonała, choć wszyscy wokół mówili, dobre rady dawali, trzeba było słuchać starszych, w życiu lepiej zagnieżdżonych i wiedzących, co sens ma a co nie.

Tyle to my wiemy nie od dziś. A poruszenie wewnętrzne trzymało kilka dni — miłe, ożywcze i nie wiadomo co znaczące. Wszystkie narzędzia na pokład wyjęłam. Posiedziałam ze sobą. Bez pośpiechu. W sobie się rozejrzałam. Kilkoma ciekawymi, nieznanymi ścieżkami przeszłam się, by dojść do miejsca, w którym już wiem, co mnie tak poruszyło, do miejsca, które tak bardzo mnie ożywia.

     — On ma córkę.
     Córka to dowód, że ktoś z kimś pewną opowieść przeżył. Po użyciu narzędzi różnych, okazało się, że dla mnie za tymi słowami kryła się opowieść o chwili niebywale intymnej bliskości fizycznej, o magicznym momencie, w którym kobieta bezgranicznie ufa mężczyźnie, w którym mężczyzna zawierza siebie kobiecie, o uwadze podarowanej drugiej osobie, o namiętności, o radości bezkresnej, o zachwycie ludzkim ciałem, którego żadna religia zabić nie jest w stanie, o mistycznym rozpłynięciu się w czasie i przestrzeni, o zapomnieniu siebie, o ogniu, który w dwójce ludzi płonie, rozprzestrzenia się i spala ich do cna, by z popiołów mogli powstać — ale to już potem, gdy uregulują oddech, gdy serca się uciszą — na razie toczy się opowieść, oni w niej płoną wciąż...

Kocham psychologię procesu, dzięki której można pod podszewkę zajrzeć, monety rewers odkryć. Dotarłam do tego ogniska. Tak, ja-Jabłoń potrzebowałam wrócić do magii tego doświadczenia. Wrócić, bo skoro umiem je opisać — troszkę kulawo, fakt — to przeżyłam je choć raz. W zadziwieniu minęłam wewnętrznego bezdzieciofoba, który w arsenale swych przekonań ma jedną ze społecznych prawd: seksu bezdzietni nie uprawiają, nie czerpią z niego tak dużo przyjemności jak dzietni. Ubawiłam się gościem.

Zapaliłam wczoraj świece...

*

     — On ma córkę.
     I całe szczęście, również moje. Dziś w myślach Onemu dziękuję, że kawałek jego osobistej historii tak bardzo mnie dotknął. Opowieść była warta nie tylko odkrycia czy opowiedzenia, ale również celebrowania. Zostawiam ją tu, bo nie jestem tą, którą byłam, a chcę znać osobę, która jutro zostawi tu swoje literki. Chcę rozumieć, z jakiej perspektywy do mnie gada.

Georgia O'Keeffe, Music Pink and Blue II, 1918.

wtorek, września 02, 2014

1122. Obdarowana

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

higiena
psychiczna.
sztuk raz.
poproszę.

zamówiłam w piątek. dostałam cudo.
i ruszyła lawina innych cudów.

*

zamówiłam wczoraj. fachowa nazwa: smok.
ale ja przy okazji widziałam
     legendarną złotą kaczkę,
     baśniowy liść paproci
     i magiczne piórko.

między jedną a drugą kawą tylko wspaniałe, niezapomniane chwile (1117–1121).

a na bloga znów wlazł ktoś, wpisując w wyszukiwarkę frazę:

bezdzietnosc i nuda zycia

no cóż, hi, hi, hi...
nuda, panie i panowie, nuda!

poniedziałek, września 01, 2014

(1118+3). Proste jak drut

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Asia na ludzki przełożyła mi Heniutkowe utyskiwanie na swoją obi-partnerkę:

Jeśli nie robię tego, co chcesz,
to znaczy, że chcesz
        za dużo,
        za szybko lub
        w zbyt trudnych
        warunkach.

(fot. Altówka)

Zapamiętałam. Nareszcie nie tylko rozumkiem, ale przede wszystkim sercem!

(fot. Sadownik)

(fot. Sadownik)

(1118+2). Święto klubowe (subiektywnik)

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Po pierwszych dziesięciu minutach pierwszego seminarium z Asią Hewelt, czułam się jak właściciel kanapowego jamnika na szkoleniu bokserów pracujących w straży granicznej. Pomyliło mi się, jak mało kiedy — myślałam sobie — intelekt przeszarżował, intuicja opuściła pokład, żenada trwała na posterunku i tylko kudłata solidarność nie pozwoliła zostawić mi psa w opałach. Ale, ale... to było tak dawno temu, potem było lepiej i tylko lepiej.

*

W grudniu zeszłego roku zwątpiłam. Jestem zarżnięta pracą — grunt to mieć dobre alibi — suka za stara, nie szarpie się, za piłkę zabić się nie da, a i parę kiepskich nawyków Matka Kudłata była łaskawa jej rozwinąć do kwitnięcia w pełni — matki kudłate są tak samo do dupy jak te ludzkie. Bez nowego psa ni du du. No i najważniejsze, wręcz egzystencjalne, pytanie: w zasadzie to  p o   c o   m i   t o   o b i? Ja do niczego, suka starsza z każdym dniem a odpowiedzi na pytanie zasadnicze brak. Masakra dryfująca.

*

(fot. Altówka)

*

Dziś jest pierwszy dzień po seminarium z Asią, a ja na kudłatym haju niezmiennie od soboty. Henia szarpiącego się zwierza, co nawet warczy, zaprezentowała, jak tylko Jabłoń — pod czujnym okiem Asi —wskazówkę łyknęła i krok w stronę człowieka szarpiącego się z zapałem zrobiła. Początki kwadratu — metodą na drucik — uczyniły z Heniutki sprintera, jakich mało. Nikt chyba wcześniej nie widział jej biegnącej w takim tempie. Ja też galopu zaznałam wracając w sobotę do Wawy. Myliłby się ten, że tylko miłość stęskniona gnała mnie do Pana Ciasteczko, co porzucił walizkę w biurowcu i wszedł w buty Sadownika. To też, ale gnałam, by zdążyć jeszcze do świątyni pieniądza wszelkiego, do działu agd w hipermarkecie. Pan Kudłatej oniemiał na widok ekspozycji mojego zakupowego entuzjazmu — w końcu żonę na dobre mu odmieniła tęsknota. Tymczasem, mopy na pęczki były brane, bo... boskie z nich szarpaki! Bianania ma nosa do zabawek, które psy kochają od pierwszej chwili. Na niedzielny deser zaserwowano nam ćwiczenie, które przypomniało mi nasz początek na pierwszym Asiowym seminarium — koordynacja motoryka–mózg wysiadła zupełnie i Kudłatej intelekt musiał nadrabiać za cały ludzko-psi duet. Uwielbiam Henię za wiarę we mnie i przepraszam za moje zwątpienie. I odpowiedź znalazłam!

Ano,  o b i   p o t r z e b n e   m i   d o   ż y c i a , bo uwielbiam być w kontakcie z Sukulcem, bo marzę, by coraz mniej potknięć musiała mi wybaczać, bo relacja z Heniutką rozwija mnie jako człowieka. O czym pomyślałam nie raz podczas seminarium, a dobitnie poczułam, gdy po seminarium mieliśmy spotkanie klubo-założycieli. Wokół dużego stołu wspaniali ludzie. Po raz pierwszy dotarło do mej łepetyny, jak bardzo chcę być częścią tej drużyny — również z ludzkich, a nie tylko psich powodów.

(fot. Altówka)

(fot. Altówka)

niedziela, sierpnia 31, 2014

(1118+1). Na psi ogon!

Podszlifował sobie pies człowieka.
Człowiek zawstydzony odszczekał każde swoje zwątpienie.
Było bosko!

cdn., wszyscy padamy na pysk...

piątek, sierpnia 29, 2014

(1114+3).

we mnie wiele głosów, postaci,
figur. wysłuchanych.

jest ktoś,
         kto mówi „nie”.
jest ktoś, kto tęskni.
jest ktoś, kto kocha.
nie ma nikogo,
         kto ma rację.

do kogo mówisz?

[suplement pikselowy: 15.04.2021]

(1115+1). Onanistka literkowa

Te same cztery słowa.
Inny znak interpunkcyjny zupełnie zmienia znaczenie słów.
Ot, mała różnica, która czyni ogromną różnicę.

*

dotykam
Cię
myślą
swą?

*

Sadownik nazwałby to filozoficzno-interpunkcyjno-intelektualnym onanizmem. Sadownika nie ma, więc mi przyszło nazywać rzeczy po imieniu. Ale ja się z Nim nie zgadzam.

środa, sierpnia 27, 2014

1114.

jedna mała karteczka. jedna
płyta. odnalazły mnie.
i intensywne uczucia wróciły.

jestem ofiarą, sprawcą, świadkiem. jest we mnie
coś z rozbitka, coś z ozdrowieńca. tu i teraz
intensywne uczucia czynią mnie wyjątkowo żywą.


Annie Lennox, Honestly z płyty Bare, 2003.

1113. Ulga

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzi się dziecko.
          Tracę matkę. Nie mam pięciu lat, ale przecież zrozumiem, że ręce ma tylko dwie. Jestem już taka duża, dam radę zająć się sobą.

Rodzi się dziecko.
          Tracę ciocię, co mi matkowała. Jestem większa, nie próbuję rozumieć.

Rodzą się kolejne dzieci.
          Myślę, że nie mam już kogo tracić. Wzruszam ramionami. Gdzieś w środku dziecięca pewność, że niczego bym nie straciła, gdyby nie... dzieci.

Mija wiele, wiele lat.
Naprawdę jestem już duża, mądra, dorosła,
z bagażem dużych i ważnych
doświadczeń życiowych.

Dziecko od długiego czasu w drodze.
          Tracę rodzinę. Grubą kreską milczenia oddzielona od nas, ode mnie i Sadownika. Rodzi się. Gratulujemy.

Rodzi się kolejne dziecko.
          Niczego odebrać mi już nie może. Nie należymy do tej samej rodziny. Na esemes z informacją odpowiadam. Gratulujemy.

*

Olśniło mnie w tej kwestii jakiś czas temu, przy okazji wizyty Bliźniaczego Małżeństwa. Ich Synek nie odebrał mi Bliźniaczej Liczby. Schemat, z którym mogłabym spokojnie opuścić ten padół łez, legł w gruzach. A wszystko wydawało się innym wyjątkowo jasne — coś ze mną jest nie tak i to od bardzo wczesnego dzieciństwa, jeśli tylko to przepracuję, jeśli tylko popracuję nad sobą, zmienię się, będą mnie zauważać i brać pod uwagę.

Jeden mały Chłopiec swoim istnieniem kopnął klocek pieprzonego domina „Jabłoń i rodzinne dzieci”. Już wiem, że wszystkie wspomniane w pierwszej części dzieci nigdy nikogo mi nie odebrały — nie miały takiej mocy — były bezbronnymi niemowlętami. To tylko dla konkretnych dorosłych, gdy one się rodziły, nie byłam kimś wystarczająco ważnym, nie łączyła nas szczególna nić... naprawdę, nic więcej. Jakiś czas to trawiłam. Puszczam!

wtorek, sierpnia 26, 2014

1112. Feminium i dla kobiet, i mężczyzn

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dostałam zgodę. Dzielę się.

[...]  f e m i n i z m  to troska o słabszego. Wszelkiego rodzaju i maści słabszego.
Nawet słabszą mnie w stosunku do mnie silnej.
Każdy z nas jest tym słabszym, tylko o tym zapominamy, bo te słabości nie dzieją się jednocześnie. I kiedy jesteśmy silni, myślimy, że nigdy nie będziemy słabi.

Ruda Annsonka
(wyróżnienie własne)

(1009+2). Miara pewnego uczucia

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Miarą tęsknoty są (a) wyostrzona spostrzegawczość, dzięki której z łatwością wyławiam z tła brodatych, przystojnych facetów, (b) motocykle, których jakoś wokół mnie więcej, pomimo podłej pogody. Mało? Mało! Włączam rano radio i co? Brodaty, mądrze gadający Motocyklista!

Grzegorz Chlasta: Przychodzi syn i mówi:
     — Tata! Chcę mieć motor.
I co pan radzi tacie?

Lech Potyński: Zacisnąć zęby i kupić. Ja w takiej sytuacji się znalazłem wiele lat temu, natomiast to nie był syn, tylko córka [...].

Lech Potyński

(fot. Autor nie do ustalenia)

*

Uwielbiam tęsknić! Do Sadownika. Do Pana Ciasteczko.
Normalnie, kochliwa baba ze mnie...

1110. Przemyślone

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jest takie miejsce. Uładzone. Grzeczniutkie. Dobrze wychowane. Tradycje wszelkiej maści podtrzymujące. Równiutkie. Zgodne. I te pe. I te de. Ludzie tam też są uładzeni, grzeczniutcy, dobrze wychowani... I te de. Oczywiście, będąc tam mogłabym się postarać i być uładzona, grzeczniutka, mogłabym udawać dobrze wychowaną i podtrzymującą wszelkie tradycje rodzinne. Mogłabym, ale po co? Lubię nieoczywistość, niegrzeczność, dobre wychowanie, ponieważ nie posiadam, generalnie uważam za rzecz groźną i morderczą, bo zabija instynkt zmierzania ku życiu szczęśliwemu. Tradycje wolę tworzyć niż podtrzymywać te, które mnie w dupsko uwierają. No więc, tak, zgodna bywam, jak chcę, ale nie mam tego w standardzie, w żadnym razie nie jest to opcja domyślna.

No więc, w tym miejscu niezmiennie korci mnie niebywale, swędzi ozór okrutnie i zwykle wcześniej niż później wygłaszam swój sąd głosem nieznoszącym sprzeciwu:

rodzina to patologia.

I patrzę z nieukrywaną przyjemnością, jak zacni, uładzeni, grzeczniutcy, równiutcy i zgodni, co tradycję podtrzymują, nie dają rady zdzierżyć tej obelgi. Uwielb, po prostu uwielb rozchodzi się po całym mym ciele, gdy zacni, uładzeni protestują.

Do niedawna miałam jeden argument. Ludzie, dobierając się w pary, mają zwykle coś wspólnego: cechy charakteru, marzenia, kierunek, w którym idą — współdzielą pewien zasób wartości. Siłą rzeczy pewne wartości pozostają za burtą nowej rodziny — my nigdy, przenigdy nie robimy tego, tamtego; my absolutnie nie jesteśmy tacy czy owacy, czyż nie? Żeby sprawa była jasna, nic w tym złego. Ale łatwo sobie wyobrazić, jak czuje się nastolatek marzący o zostaniu tancerzem w rodzinie, która od pokoleń jest rodziną adwokatów. Kancelaria już na niego czeka, a on śni o tańcu współczesnym. Rodzina nie rozumie i nie ma zamiaru zrozumieć, bo przecież wie lepiej, jeśli nie najlepiej. Rodzina zamiast wspierać, wybić młodemu człowiekowi próbuje taki czy inny pomysł. Może nawet uda im się zabić jego potencjał. Jeśli to nie patologia, to co? Nie trzeba morderstwa, by zabić człowieka.

***

Będąc u Orzeszka i Seniora odkryłam inną perspektywę owej patologii. Już jadąc do nich, wiedziałam, że będzie inaczej, ponieważ jechałam jako osoba dorosła. Tak, to prawda, że łączy mnie z nimi czas przeszły, miniony, historia cała. Jednak teraz łączy mnie z nimi jedynie teraźniejszość, a w zasadzie tylko jej mała część. Mogą mnie spotkać jako fajną babkę, (nie)ciekawego człowieka, osobę o określonych poglądach i zacięciu. Tak czy inaczej mają przerąbane, bo mogą mnie spotkać już tylko jako osobę dorosłą. Biedni oni!

Rodzina jest patologią, bo nie aktualizuje sobie bazy danych na temat swoich członków. Niespecjalnie trzeba używać wyobraźni, wystarczy się rozejrzeć. Przyjeżdża pani prezes do swoich rodziców, ciach, ułamek sekundy i dorosły człowiek prysł, jest sześcioletnia córunia, co nie lubi pomidorowej, ale będzie ją jadła. Odwiedza swą matkę ojciec trójki prawie dorosłych dzieci i co, ciach, ułamek sekundy i dorosłego brak, sześćdziesięcioletni kilkulatek słyszy, że gruby sweter ma założyć, bo zimno — na nic protesty i niechęć do golfów wręcz organiczna, matka syneczka wie lepiej. I żeby tylko o jedzenie czy ubrania chodziło...

*

Jako istota głęboko antyspołeczna patologii rodzinnej mówię: nie, dość, starczy! Właśnie do tego, między innymi, przydaje mi się świadomość.

poniedziałek, sierpnia 25, 2014

1109. Bez arytmetyki

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Życzył mi dobrej nocy wczoraj, a sam kilka granic stąd udawał się właśnie na obiad. Zanim poszłam spać, powłgoogleczyłam się po mieście, w którym jeść zamierzał. W wąskich uliczkach znalazłam znane i nad Wisłą formy ludzkiej aktywności. Nie wiem, kim jest NeNe, nie wiem, czy ta miłość przetrwała poza murem, ale wiem, kim jest Pan Ciasteczko i że ta miłość trwa.

Więc. No cóż. Głupia sprawa. Nic dodać. Nic ująć. Tęsknić!

→PaNie CiaSTeCZKo← TI AMO!

sobota, sierpnia 23, 2014

1108. Równoudupienie

Pan Ciasteczko jutro udaje się na tygodniowe szkolenie. Dwanaście koszul na osi czasu miarowo rozłożonych do prasowania. Ma Pan Ciasteczko w końcu nieocenioną możliwość postudiować w detalu filozofię czasu Present Continuous. Zagadżeciony, z powieścią do słuchania na uszach, daje radę. Drzewko nie kibicuje, nie wspiera — bezduszna podła baba. Po czwartej koszuli Pan Ciasteczko robi sobie przerwę na obiad. Po nim wraca do kieratu, by po piątej sapnąć. A Jabłoń na to bezczelnie antyfeminiumem raczy:
     — Kochanie, wiesz, że to co robisz, to nie praca?