niedziela, lutego 15, 2015

1252. Czas na zmianę dekoracji

Poranny spacer do lasu całym Stadem.
Ostatni nasz wspólny lutowy dzień.
Ostatni przymrozek. Ostatni szron.
Ostatnie mejle, rachunki, faktury.

Dogiña odstawiona na zimowe ferie.

Walizkom puste trzewia zapełnić. Wykąpać się. Zasnąć. Wstać.
Zjeść śniadanko. Ruszyć w drogę. Odlecieć. Wylądować.

Dogiño już czeka, napisała Bliźniacza Liczba.

sobota, lutego 14, 2015

1251. Graffiti? Nie, Graff!

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Już można kupić ją w papierze. Gdy ja o niej myślałam, był tylko e-book, więc pierwszy nieśmiały i tylko w wyobraźni krok w stronę elektronicznych książek wtedy zrobiłam. Teraz bojkotuję książki, które choć mogłyby wyjść jako e-booki, wychodzą tylko w papierze.

W kolejności odpowiedniej książeczki ustawiają się nawet na wirtualnej półce. Przyszedł czas i na lubianą bardzo przeze mnie Agnieszkę Graff.

Znów w zadziwieniu pozostałam, że Matka feministka jest książką konserwatywną — dla mnie nie jest, dla mnie to książka o projekcie „normalność”, który wciąż na realizację czeka.

Znów, nadal i wciąż, nie mogę się nadziwić, że Graff — przebystra, doświadczona osoba — naprawdę nie spotkała nigdy „wózkowej”. Zazdroszczę, po prostu zazdroszczę. Nie ma już takiej wózkowej, co na łeb mi wejdzie, a tylko ja wiem, ile czasu zajęło mi nauczenie się obsługiwania tego modelu społecznej nadmuchanej najważniejszości.

Poza wszystkim, ta książka ożywia, dotyka istoty człowieczeństwa, budzi marzenia, rozgrzesza z optymizmu i wiary w ludzi, popycha do szaleństwa, by nie ustawać, by rozwijać się, by pomagać rozwijać się innym.

Odkryłam śmieszną dość cechę elektronicznych książek. Książka Halber ma 4042 jednostek. Książka Agnieszki Graff ma ich 6799. Ha, ha, a mi to nic nie mówi. Dziś widziałam w księgarni pierwszą z nich. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona jej grubością. Myślałam, że to książczyna, w kategoriach objętości. Z przyjemnością uśmiechnęłam się do półki na regale z książkami, nie przybył ani jeden centymetr. Duma mnie rozpiera.

[...] psychika ludzka jest bytem językowym, jesteśmy tym, co sobie opowiemy, a to, co sobie opowiemy, jest zrobione ze słów — w związku z tym, jeżeli nabierzemy pewnego dystansu do swojej opowieści, zaczniemy ją opowiadać na przykład ironicznie, jakoś inaczej, wchodząc w dialog z inną opowieścią, to możemy zmienić samych siebie.

*

[...] tożsamość tej samej osoby, jeśli zostanie opowiedziana innym językiem, będzie czym innym. To nie są puste gry intelektualne, tylko rzeczywistości psychiczne, samoistne ludzkie światy.

*

Po to się czyta, żeby zrozumieć, kim się jest.

*

Wiemy, że świat jest opowieścią, ale skoro tak, to tym bardziej musimy zadbać o to, żeby nasza opowieść o świecie była sensowna. Innymi słowy, sens nie przychodzi z zewnątrz, sens jest zawsze produktem ludzkiego wysiłku. Więc nasza odpowiedzialność jest gigantyczna, bo musimy sobie ten świat sensownie opowiedzieć tak, żeby dało się w nim żyć.

*

Problem z kobiecością polega na tym, że ona jest zdefiniowana w opozycji do władzy, kompetencji, samowystarczalności — jako podległość i opiekuńczość. Że to nie ma nic wspólnego z biologią, za to wiele z systemem władzy, który się legitymizuje poprzez odniesienie do biologii.

*

A mówiąc serio, nigdy nie wstydziłam się tego, że moje poglądy ewoluują, że się rozwijam intelektualnie. Nieustannie rewiduję moje poglądy na tematy, które mnie interesują, co jakiś czas sprawdzam, co myślę.

*

[...] wiara w dobro człowieka i głębokie poczucie, że różnorodność, w tym różnice w światopoglądowe, są czymś dobrym, że z różnic rodzi się coś ciekawego, nowa całość.

*

Zakładam, że jak ludzie mają różne poglądy to jest dobre i ciekawe, i należy to zgłębiać. W Polsce tak się nie rozmawia. Jak wygłaszam pogląd inny niż przedmówca, to następnie ten przedmówca albo usiłuje mnie zglanować, żeby mnie przekonać, uświadomić, że się mylę i jestem nedouczona albo się na mnie obraża. Albo oskarża o zdradę. Czy tak trudno wytrzymać, że się różnimy?

*

Łatwość, z jaką w Polce odrzuca się wszelkie kontrargumenty, piętnując rozmówcę jako przygłupa, faszystę, komucha, Żyda, wszystko jedno, jest dla mnie przerażająca; ja pod tym względem jestem nie stąd.

Agnieszka Graff, rozmawia Michał Sutowski, Jestem stąd,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

1250. Chwila

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

ostatni zapracowany dla mnie dzień. wczoraj.
pierwszy wiosenny, jeśli chodzi o atmosferę. też wczoraj.

*

uśmiechałam się do chwili. wybierałam nasłonecznioną stronę ulic. szczęście. takie najzwyklejsze. takie, jakie lubię najbardziej.

wysiadłam z tramwaju w słońce wprost. zrobiłam krok, może dwa. mój wzrok zatrzymał się na kobiecie, której biała laska właśnie odmierzała najbliższą przyszłość kobiecych stóp, wyznaczając bezpieczny kawałek czasoprzestrzeni. czy mogła delektować się ciepłem na twarzy, czy może całą uwagę musiała mieć skupioną na badaniu przestrzeni? — pytał ktoś we mnie. zatrzymałam się. spojrzałam na ulicę. spojrzałam uważniej, bardziej, z dziecięcym wręcz zadziwieniem. nie patrzyłam na banał wielkomiejskiego życia. patrzyłam na cud widzenia. Ona, ta Kobieta, nie mogła zobaczyć intensywnych cieni na ziemi, pomyślałam. zachwycałam się nimi za siebie i za Nią.

*

zmysły. fenomenologicznie. studiuję od kilku dni w rytm psychologii procesu. niewidoma nauczycielka na mej drodze nie zdziwiła mnie swoją obecnością wcale. gdy zatrzymałam się, a potem ruszyłam dalej, dotarło do mnie, że chodzenie — zdolność do przemieszczania się — jest dla mnie zmysłem. bardzo cennym. dla mnie bezcennym.

wtorek, lutego 10, 2015

(1248+1). Komentując najlepszą książkę 2015 roku

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Bo ja — mówi Sławek — ja, wiecie, próbowałem u siebie w warsztacie rozmawiać tak, jak my tutaj rozmawiamy. O emocjach. I szczerze. Bo w sumie to wydaje mi się, że inaczej rozmawiać nie ma sensu, ja się nie czuję, jakbym rozmawiał, jak mi facet z drugiej zmiany mówi o pasku klinowym. Więc próbowałem i z nimi, nawet tak, że mówię: „Janek, ty chyba czujesz złość”. Ale oni się śmieją ze mnie i mówią, że jestem aowcem. A ja na AA nigdy nie byłem. Z nimi tak się nie da rozmawiać. W ogóle nie da się tak rozmawiać z ludźmi, jak my tutaj na terapii rozmawiamy.

Małgorzata Halber, Najgorszy człowiek na świecie,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.

Przeczytałam te słowa na głos Sadownikowi w niedzielny poranek. Upłakał się jak norka. Trochę porozmawialiśmy o konwersacyjnym stylu, który obowiązuje w Przytulisku. Że bez „chyba” i w pierwszej osobie. O złości, rozczarowaniu, wkurwie, smutku, rozpaczy rozmawia się tak samo jak o miłości, radości i wszelkich uniesieniach. Z bebecha. Zamyśliłam się na kanwie tej małej wymiany wrażeń i filozoficznie zapytałam:

Jabłoń:
Jak to jest, że w okolicach dwudziestoletniego stażu
ludzie się rozchodzą, a my tu z każdym rokiem
mamy ze sobą tylko lepiej i lepiej?

Sadownik:
(uśmiechnął się, jak tylko On potrafi)
Dobra teza! Ciekawy jestem, jak ją obronisz.

*

I pewnie nie byłoby to warte wspominania, gdyby nie wczorajsza rozmowa telefoniczna z Seniorem, który dał znać, że Orzeszkowi język Halberowej nie leży zupełnie. Senior odbiera zaś książkę jako chaotyczną i męczy go. No ale zaczęli, to skończą — powiedział. A potem dodał z przekąsem: widziałaś, że w tej książce o psychoterapeutach to ona nie ma najlepszego (eufemizm) zdania.

Książka jest więc dobra, stanowczo! Każdy znajdzie w niej to, czego szuka, by mógł potwierdzić swój system wartości, przekonań i dobrą strategię życiową — nawet jeśli to właśnie one są źródłem problemów. To książka straszna, bo znajdziesz w niej tylko siebie. Amen lub w Halberowym stylu: i chuj! Kropka.

niedziela, lutego 08, 2015

1248. Najlepsza książka 2015 roku

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

O istnieniu książki dała mi znać Kaan. Po kilku minutach już ją miałam na swojej wirtualnej półce. Czytałam wolno, wolniej, jeszcze wolniej, a mimo to z każdym zdaniem byłam bliżej końca. Dziś skończyłam. Jeśli nie czytaliście tej książki, no cóż, zazdroszczę Wam, jest wciąż przed Wami.

Zakreśliłam w tej książce masę słów, fraz, zdań. Zrobiłam wiele zakładek. Kundelek wytrzymał to wszystko. Nie dałam rady wybrać trzech, czterech czy pięciu cytatów. Te znajdujące się poniżej to minimalne minimum, na jakie było mnie stać. Więcej, mam przeogromną ochotę pogadać o tym, co parę mądrych kobiet zakreśliło w swoich egzemplarzach.

To nie jest książka o wychodzeniu z nałogu. Byłoby nudno czytać tylko o cudzym doświadczeniu. To książka przede wszystkim o dochodzeniu do siebie. Kiedyś, ktoś w radiu powiedział: trzeba przejść długą drogę, by dojść do siebie. I właśnie o tym jest ta książka. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, co nie znajdzie w niej ani jednego zdania, z którym się nie identyfikował choć przez chwilę w ciągu swego życia.

Jeszcze zanim zacznę, chcę powiedzieć coś, co odkryłam zupełnie niedawno.
     KAŻDY SIĘ WSTYDZI.
     KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY.
     ŻE NIE JEST ŁADNY.
     ŻE ZA MAŁO WIE.
     I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO DOBRZE RADZI SOBIE W ŻYCIU.
     KAŻDY.
     Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? O ile łatwiej by się nam rozmawiało na przyjęciach, gdyby można to było powiedzieć głośno.

*

„Alkoholik” to słowo tak straszne jak „feministka”. Alkoholicy i feministki nie należą do społeczeństwa — nie mogą być nami.

*

[...] czym innym jest uzależnienie, jak nie nieustającym życiowym spierdalaniem? A używanie wyrazów brzydkich ma tylko zamaskować to, jak bardzo czułe są te miejsca, o których mowa.

*

Weź spróbuj sobie czegoś zabronić. Spróbuj zabronić sobie buraka. Cały dzień będziesz myśleć o buraku, mimo że burak nie jest atrakcyjny przecież. Serio, serio.

*

Nie cudzołóż, nie kradnij, nie pożądaj. Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad fenomenem poczucia winy w religii katolickiej? Te wszystkie zdania na nie.

*

Teraz wiem, że przez całe lata wydawało mi się, że mam czuć się inaczej, niż czułam. Jakoś. Wesoło. Albo nie narzekać. I zapierdalać. Nie umiałam odpocząć. Nie wiedziałam, co lubię naprawdę. Wiedziałam tylko, że mam zacisnąć zęby. Że jak mnie zaczyna, dajmy na to boleć palec u nogi, to nieważne, nieważne, inni mają gorzej, powstańcy chodzili kanałami i się nie skarżyli, więc idę dalej, nie, nawet nie idę, staram się biec, żeby udawać, że mnie nie boli. I dopóki mi noga nie zacznie odpadać, to będę zapierdalała.
     A tak nie można.
     Nie można chodzić bez nogi.

*

Powiedziałam jej: „teraz zaczniesz się uczyć najtrudniejszego — jak siebie lubić, nic nie robiąc”.

*

Myliło mi się to, co czuję, z tym, co myślałam, że czuję.
     To, co czuję, zastępowałam słowami i zdaniami na temat tego, co myślę.
     Myliło mi się najprawdopodobniej całe życie.

*

To się dzieje zawsze z tego samego powodu.
     Banalnego i prostego: żeby poczuć się wreszcie kurwa lepiej.
     Żeby się w ogóle poczuć.

*

Nikt mi tego nigdy nie powiedział.
     Że to jest ważne, co ja czuję.
     Że mogę czuć.
     Nikt mnie nigdy o to nie pytał.

*

I że to, że się wstydzę, i to, że się boję, jest OK. To jest okej. Ponieważ tak jest właśnie. Ponieważ oprócz chwil idealnych i doskonałych, których jest naprawdę mało, życie składa się z wtorków, czwartków i godziny trzynastej.

*

[...] ironia to najłagodniejsza forma agresji.
     Wow.

*

Koniec końców musimy coś zrobić z tym emocjami, z tym wielkim wyrzutem, że nie żyjemy tak, jak nam się wydaje, że powinniśmy, ani tak, jak nam się wydaje, że chcemy, ani tak, jak naprawdę chcemy.

Małgorzata Halber, Najgorszy człowiek na świecie,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.
(wyróżnienie własne)

(1246+1). Ciąg dalszy nastąpił sam

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wraca mąż po pracy do domu. Bukiet kwiatów ciągnie ze sobą. Żonka w kuchni gotuje smaczny obiadek...

Wróć! Nieprawda! Przynajmniej nie dziś. Dziś ma być o tym, co dziś.

Wraca żonka po pracy do domu. Dwa przepyszne serniczki w siateczce ciągnie ze sobą z myślą o kawce w cudnym towarzystwie. Małżoneczek w kuchni pichci najsmaczniejszy obiadek świata...

Giender i przewrót moralny. Innymi słowy, wszystko co chcesz, byle najgorsze. Tak właśnie było.

W myśl systematyki kulinarnej, przepis na boski obiadek, co go Sadownik pichci, powinien znajdować się w rozdziale o potrawach generujących żoninine poczucie winy. Figa! Terapia działa. Nikt, naprawdę nikt na świecie nie umie ugotować takiego żurku jak Sadownik. Żaden sąd ostateczny nie zmusi mnie do zmiany zdania.

Wraca mąż po pracy do domu. Bukiet kwiatów ciągnie ze sobą. Żonka w kuchni gotuje smaczny obiadek...

Niedoczekanie moje? Niedoczekanie Jego? Nie, tak też bywa. W Przytulisku brak schematu.

1246. Kulinarny porządek świata

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Otwierasz szanującą się książkę kucharską i proszę, przystawki, zupy, dania główne, surówki i sałatki, desery, sosy — to co będziemy przygotowywać? Otwierasz inną i geograficzno-architektoniczne czary-mary, kuchnia francuska sąsiaduje nie tylko z włoską, ale również z chińską lub tajlandzką. Są książki ideologiczno-polityczne, dania jarskie, wegetariańskie, wegańskie, bezglutenowe. Wczoraj przy przygotowywaniu obiadu, dotarło do mnie, że moja osobista książka kucharska dzieli potrawy inaczej.

Są potrawy z cyklu słomiane wdowieństwo. Znajdziesz tu ziemniaki w mundurkach, jajecznicę, numer telefonu do ulubionej pizzerni oraz kogiel-mogiel. Dania te charakteryzują się tym, że albo Sadownik ich nie znosi, więc nie może go być w domu, gdy są podawane, albo czas przygotowania jest minimalny i można zająć się życiem, po prostu.

Przygotowując potrawę, która jest jednocześnie bardzo niezdrowa, ale i przepyszna, poczucie winy chciało mnie dopaść na gorącym uczynku — gotować należy przecież zdrowo, świadomie i wpisz tu, co chcesz, czyż nie? Nie dałam się, bo dotarło do mnie, że jest jeszcze jeden porządek potraw poza lubię–nie lubię, lekko-, ciężkostrawne, zdrowe–niezdrowe. Porządek, którego jestem szczerym, od wczoraj świadomym, wyznawcą — może być z glutenem, byle bez poczucia krzywdy. Ale od początku...

Są potrawy, które generują poczucie krzywdy — człowiek wyrwał dla siebie w tym tygodniu prywatnych osiem godzin, ale trzy spędzi na zakupach i siedzeniu w kuchni, bo przecież kocha a role społeczne ustalone.

Wczoraj do stołu podano potrawę według przepisu Bliźniaczej Liczby, potrawę wykwintną i przepyszną (łoś, pietruszka, czosnek), niezdrową (śmietana), przygotowaną z miłością, bez żadnego tam wyjmij z opakowania i włóż do piekarnika. Była to potrawa w 100% wolna od poczucia krzywdy, bo od wejścia do kuchni do wyłożenia na talerze całe 25 minut i trwało to tak długo tylko ze względu na gotowanie makaronu (niezdrowego, oczywiście).

Teraz się zastanawiam, że w zasadzie, niektórzy mogliby tę potrawę zaklasyfikować jako potrawę generującą poczucie winy, bo przecież jak kocha to siedzi w kuchni. Ale my wczoraj woleliśmy zająć się tylko miłością. Kropka.

sobota, lutego 07, 2015

(1240+4+1). Inny świat

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Teodora pojawiła się w naszym życiu wczoraj.

Sadownik wziął Jabłoń imieninowo na torebki. Zaklinało się Drzewko, że ma być miło, czyli musu nie ma — zajrzą tylko do takiej liczby sklepów, by nie wykończyć dobrego nastroju.

Jedno miejsce, drugie miejsce i sporo już wiadomo. Torebka. Damska, koniecznie. Żadna czerń, brąz czy klasyka. Żadnej poprawnej nudy dla pań z klasy średniej skrojonej zgodnie z wszelkimi aktualnymi trendami w dizajnie.

Trzecie miejsce. Jest i czerń, i brąz, i niebywałe zadziwienie. Jabłoń przystanęła, gapi się na propozycje toreb, absolutnie nie do przyjęcia i przypomina sobie, że większość kobiet jest od niej mniejsza, dużo mniejsza lub dużo, dużo mniejsza. W zadziwieniu pyta Sadownika:
     — I ty chcesz mi powiedzieć, że kobiety marzą o takich luksusowych workach na kartofle? Matko Bosko, mogłabym w takiej torbie wiertarkę nosić.

Czerń, nie. Brąz, nie. Worki na kartofle, nie. Nie ma też mowy o zajętej permanentnie dłoni czy ramieniu zgiętym w łokciu, gdy Drzewko przemieszcza się z punktu A do punktu B. Nie, nie, nie, wykluczone. Opuścili sprawnie miejsce trzecie.

Czwarte. Ostatnie. Na rezerwie cierpliwości Jabłoń wjechała. I co? I jest! Sadownik ją wypatrzył. Torebunia, co z Jabłoni Teodorę zrobiła w ułamku sekundy. Drzewko oczadziało rządzą posiadania.

*

Poszłam wieczorkiem do pracy. Poznawczo odmieniona. Po 35 latach znajdowałam się na ulicy bez tornistra, plecaka, plecaczka... z torebunią. Sama siebie nie poznawałam.
     — Teodoro, no niech mnie!
A jakby to zrobić bardziej, to samo nasuwa się pytanie, którego nie sposób nie zadać:
     — A tak w ogóle, moja droga, jak myślisz, ile ty powinnaś mieć torebusiek?

*

Jest świat, do którego nie wejdziesz bez psa.
Jest świat, do którego nie wejdziesz bez torebuni. Kropka.

piątek, lutego 06, 2015

(1240+4). Teodora v. 1.0

1243. Magia liter przed nazwiskiem

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mogę prawie spokojnie usiąść i zachować od zapomnienia pewną historię, co napadła mnie dokładnie tydzień temu.

Siedem dni temu przebiegłam w pewnej instytucji sporo kilometrów w pionie i w poziomie. Zajęło mi to prawie sto minut. Tabliczka, tabliczka, człowiek, tabliczka, człowiek, nie to piętro, nie ten pokój, tabliczka, człowiek, człowiek. Wszyscy bardzo chcieli pomóc, by znaleźć właściwą osobę, właściwy pokój, właściwą pieczątkę we właściwym kolorze.

W tym przebogatym w doświadczenie czasie uświadomiłam sobie, że są literki przed nazwiskiem, które nie robią na mnie wrażenia. Profesor, habilitowany, doktor — nie rusza mnie to, bo wiem z własnego doświadczenia, że w grupie tych ludzi stężenie procentowe półgłówków jest dokładnie takie samo jak w grupie ludzi bez literek.

Nabiegałam się. Zdobyłam dwie pieczątki na formularzu stażowym. Dotarłam do centrum szkolenia podyplomowego. Weszłam w pierwsze drzwi. Padłam. Pan. Młody. Sympatyczny. Serdeczny. Chętny, by pomóc.
     — Tak, tak, to tutaj. Zostawi pani dokumenty, na początku przyszłego tygodnia pieczątka będzie.

Zostawiłam, ale wychodząc pomyślałam, że dobrze byłoby zapamiętać, komu ja te moje bezcenne kwity zostawiam. Rzuciłam okiem na badżyk, nazwisko zapamiętałam. Opuściwszy gabinet, zamykając drzwi z drugiej strony, oko me zatrzymało się na literkach młodego, serdecznego, przesympatycznego człowieka. Zatkało mnie z wrażenia. Ppłk. Stój! Error w głowie jak stąd do wieczności. Wróciłam się. Młody, serdeczny i przesympatyczny uśmiechnął się w rozbrajający mnie sposób.
     — Naprawdę jest pan żołnierzem? — zapytałam.
     — Tak — odpowiedział.
     — Zadziwiające — poinformowałam młodego, serdecznego i przesympatycznego człowieka, wróć!, podpułkownika, a ten poczęstował mnie kolejnym fantastycznie ciepłym uśmiechem.

Czy ja pisałam, że literki przed nazwiskiem nie robią na mnie wrażenia? Niektóre robią. Jeszcze.

*

Historia ta ma piękną puentę. Otóż, dwa dni temu opowiadałam tę przygodę Kaan, kobiecie, która jest rysowana bardzo delikatną kreską. Zapytała, ile ma lat młody, przesympatyczny i serdeczny człowiek.
     — Na oko... 34, 36.
Kaan ciepłym, miękkim głosem powiedziała:
     — Dziecko! [Jeszcze]

czwartek, lutego 05, 2015

(1240+2=1030+51+161). Idzie nowe

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ostatnia moja książka w papierze to męskie pisanie. Za mną pierwsza w mym życiu elektroniczna książka. Też męskie pisanie, męska perspektywa. Ludzka potrzeba miłości, zrozumienia i sensu. Wiedziałam, że lekko nie będzie. Nie było.

To nie jest książka (trzy części) dla osób homoseksualnych, pomyślałam. To książka dla heteryków. Dla większości seksualnej, której dobrze by zrobiło zastanowienie się nad sobą, dobrze by zrobiło poddanie w wątpliwość choć na chwilę oczywistych oczywistości, które zwyczajnie krzywdzą ludzi w sposób niewyobrażalny. Nie ma boga, który mógłby to usprawiedliwić. Jeśli jest, to nie jest bogiem prawdziwym. Kropka.

To czas na tęsknotę i na smutek, ale także na wdzięczność i spokój. Wszystko może się zmieścić w tej chwili.

*

     — Po śmierci robią z nas znów hetero.
     — Może tylko w ten sposób mogą po nas płakać! — wyrzucił nagle z siebie Rasmus, który wcześniej długo leżał w milczeniu, słuchając pozostałych.

*

To nie tak, że skończyła się miłość. Kochają go nad życie. Zawsze go kochali. Są też pewni jego miłości do nich.
     Tylko że zrobił coś, czego on nigdy by nie zrobili. Postawił im warunek dla swojej miłości.
     Powiedział: jeśli nie akceptujecie mnie takiego, jaki jestem, to nie ma dla was miejsca w moim życiu.
     Wtedy naprawdę się przerazili.
     Mimo to próbowali argumentować. Powiedzieć to, co uważali za oczywiste.
     Mówili: Ale nasz najukochańszy syneczku, ty taki nie jesteś! Znamy cię! Wiemy. Kto może to wiedzieć lepiej od nas? Twoich rodziców. Może wydaje ci się, że taki jesteś. Twierdzisz, że tak jest. Ale tak naprawdę i w rzeczywistości wewnątrz siebie nie jesteś taki!

*

     — Dlaczego miałbym pokazać ci mój smutek? Wcale byś go nie zaakceptował.

*

Definicja tego, czym jest godne życie, ulega poszerzeniu. Kurczą się oczekiwania, człowiek czepia się życia, nadspodziewanie wielu się go trzyma, mimo niewyobrażalnego cierpienia, fizycznych męczarni, licznych upokorzeń i poniżenia. To jednak przedziwne, jak niewiele trzeba, żeby życie wciąż było warte życia.

*

Nie będzie dobrze, ale może być lepiej.

*

Można rozpaczać i tęsknić, ale można też cieszyć się wspomnieniami. Momentami przestajesz o tym myśleć, a potem znów to na ciebie spada. Lata płyną i przechodzą w dekady, Benjamin starzeje się i w końcu jest już w stanie myśleć, że może trzeba się pogodzić i być wdzięcznym za tę łaskę, iż kiedyś mogło się dzielić swoją mała chwilę z kimś innym, tę chwilę, którą mieli na ziemi. Że w swoim życiu mógł kochać kogoś, kto jego kochał.

*

Nigdy nie jest się tym, kim było się wcześniej.

*

Brakuje mu tchu, podpiera się laską.
Pożyczony czas. Zużyty.
Tak naprawdę już się skończył.
To już nadgodziny.

*

Kiedy dorastali, homoseksualizm ciągle jeszcze uznawano za chorobę i w szkole mogli się dowiedzieć, że cierpią na seksualne zwyrodnienie, są nienormalni.
     Gdy on i Rasmus się zaręczyli, społeczeństwo, w którym żyli, odmawiało homoseksualistom prawa do wspólnego życia.
     Kontaktując się z urzędami, musieli zawsze podawać, że są nieżonaci i samotni, bez względu na to, jak długo już żyli razem jako kochankowie i partnerzy życiowi.
     W końcu, w roku 1987, uchwalono ustawę o związkach partnerskich, a niedawno nareszcie wyrażono zgodę na małżeństwa osób tej samej płci — wspaniale pomyśleć, że gdyby Rasmus żył, mogliby być dziś małżeństwem.

*

Bo wolność nie jest czymś, co dostaje się w prezencie. Wolność trzeba zdobywać.

Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. [Część] 3. Śmierć,
przeł. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015.
(wyróżnienie własne)

(1240+1). Ostatnia powieść

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ostatnia książka Autora. Autor w czubie najulubieńszych polskich autorów Sadownika. Ostatnia dla mnie powieść w papierze. Do ręki wzięłam ze względu na Sadownika.

Męskie pisanie. Męski punkt widzenia. Ale i męska delikatność. Są w tej książce.

Kiedy zaczepiła go pierwsza, poczuł zaskoczenie.
     — Ja pana znam — powiedziała po prostu.
     — Byłby to dla mnie zaszczyt, ale chyba się pani myli.
     — Przecież nie powiedziałam, że pan mnie zna, ale że ja znam pana. Z książek.
     — Naprawdę? To jest pani wyjątkowo.
     — Oczywiście. Nie widać?

*

Postanowił nie ukrywać przed nią niczego. Ani kawalerki, której prawie nigdy nie sprzątał, ani swego życia, w którym nie brakowało niczego oprócz porządku. Im prędzej się dowie, tym mniejsze będą późnej rozczarowania, pomyślał. Po obu stronach. Odniósł wrażenie, że ona także chce to mieć jak najprędzej za sobą.

*

     — Ona też próbowała coś zrozumieć, prawda? — zapytała po chwili. — Przez całe życie.

*

Dziadek na pewno ani się spodziewał tego, co czeka go w tamten wigilijny wieczór. Oczywiście, staropolskim obyczajem na stole nie zabrakło dodatkowego nakrycia dla niespodziewanego gościa, ale przecież żaden zdrowy na umyśle polski katolik nie brał takiej możliwości poważnie. Byliśmy już przy tradycyjnym kompocie z suszonych śliwek, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi.
     — A kogo tam diabli niosą? — zachrypł dziadek, głosem zdartym od kolędowania.

Marek Harny, Dwie kochanki,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

1240. Neofitka, czyli historia pewnego końca

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dwa lata temu z dokładnością do miesiąca. Zalo. Z niebywałym entuzjazmem, śródziemnomorskim temperamentem przedstawiał Jabłoni zalety e-papieru. Własne doświadczenia miał i sceptycyzm Drzewka całkiem dobrze rozumiał, ale tak, zmienił zdanie. Jabłoni w głowie zostały dwa argumenty za. Jedziesz na urlop a w kieszeni trzy tysiące książek. Tak, notatki można sobie robić. Ale. Papier to papier. Zapach druku. Ale. Papier przecież coraz gorszy. Ale. Papier! Zdania nie zmieniła. Kupuje papier. Po hug jej trzy tysiące książek na urlopie. Urlopie? Jakim urlopie? Papier!

Końcówka grudnia 2014. Jasność umysłu napada Drzewko na granicy nocy i dnia. Budzi się i wie, że może nie ma co uszczęśliwiać Seniora papierem, jeśli On od lat chwali sobie czytnik e-booków. Jabłoń wstaje, nabywa tę samą książkę, co prezentem miała być, w wersji elektronicznej. Z duszą na ramieniu. Kto to słyszał kupować ciąg bitów. Pyk, pyk. Klik, klik. Zamówiła. Opłaciła. Dwie minuty i proszę. Nie czekała, aż książka dojedzie do księgarni. Nie musiała do księgarni iść. Nie stała w ogonku po odbiór. Siedziała w piżamie i w resztkach snu przy komputerze i odbierała książkę, e-książkę.

Końcówka grudnia 2014. Kilka godzin później. W zasadzie to Jabłoń już wie, że wielu książek nie musi mieć w papierze — reportaże, powieści, eseje, felietony. Frank szwajarski jeszcze nie myśli oszaleć, a Drzewko już ma pomysł na powiększenie mieszkania, bez ruszania się z hamaka. Rozmarzyła się. Jakby to było z czterech regałów książek zejść do dwóch? Pięknie by było, pięknie.

Końcówka grudnia 2014. Dowiaduję się o nowej książce Agnieszki Graff. Dostępna tylko (!) w wersji elektronicznej.

Styczeń 2015. Dzień, w którym frank oszalał. Stado ma luz, pomimo kredytu w tej walucie. Nikt Stadu nie dał na mieszkanie. Kredyt plus czynsz to od zawsze mniej niż wynajęcie mieszkania, które mają, więc nie ma o czym mówić. Luz, Stado i smutna konstatacja w postaci 50 zł, które Sadownik pozyskał, oddając do antykwariatu ponad 100 książek, z których Stado wyrosło, siedzą w kawiarni. Za te pięćdziesiąt złotych szaleją w majestacie prawa — kawa, ciacho. I decyzja. Jabłoń chce e-papier.

29 stycznia 2015. Jabłoń dostaje informację, że premiera książki, na którą czeka od listopada odbędzie się z kilkudniowym opóźnieniem. Czekała dwa miesiące. Nie chce czekać jeszcze pięciu dni. Kulki w głowie Jabłoni zderzyły się. Dziesięć minut i trzeci tom powieści ma na swoim komputerze. Teraz potrzebuje już tylko e-papieru.

1 lutego 2015. Na horyzoncie drzewne imieniny. Zamówiła rodzinną zrzutkę. Przetupuje z nogi na nogę. Jest niczym trzylatka pod kioskiem, gotowa rzucić się na chodnik, że już, natychmiast, że musi mieć, że grzeczna może nawet chwilę być.

2 lutego 2015. Istotny dzień z wielu powodów — rodzi się ważna dla Jabłoni Osoba. A Sadownik przywozi e-papier. I świat już nie może być taki sam.

E-papier. Odkrycia. Wszystkie wymienione już zalety e-papieru są prawdziwe. Stwierdza Jabłoń. Ze zdziwieniem przeogromnym odkrywa również że. Wraca do domu. Jest ciemno. A ona na przystanku tramwajowym... czyta. Bo może. Leciutki plecak ma. Nie pamięta, by kiedykolwiek tak lekko było. Zaświtała myśl niebywała: torebka, damska torebka. Świat torebek otworzył się przed Drzewkiem. Krojów! Kolorów! Plecak już niepotrzebny, bo. E-papier! A Sadownik na to wszystko: u la la.

E-papier. Konsekwencje. Porobiło się. A psychologia procesu uśmiecha się, bo wie, że za progiem zawsze na człowieka czeka coś zaskakującego. Ale żeby dowiedzieć się, co jest za progiem, trzeba go przekroczyć. Kto by pomyślał. Jabłoń i torebki. Koń by się uśmiał.

sobota, stycznia 31, 2015

1239. Wyśpiewane wu wei

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

To, co ma się zdarzyć,
już się dzieje.

To, co już się dzieje, jest
najlepszym nauczycielem.

*

Rankiem. W hamaku. Z kawusią. Z Sadownikiem i Heniutką na kanapie. Nim rozpędzi nas dzień. Zmysł przypiął się do sączących się z radia słów. Zapamiętałam niesamowitą frazę: jesteś początkiem do każdego celu. Poszukałam. Znalazłam. Tylko z jednym zgodzić się nie mogę. Wolno ci się bać.

Mela Koteluk, Działać bez działania.

wszystko ma swój czas,
Ty jesteś początkiem do każdego celu!

piątek, stycznia 30, 2015

1238.

pozwól
     swojemu ciału,
     swoim zmysłom
opowiedzieć jakąś historię.

Pomyślałam dziś, a potem ruszył dzień — dobry dzień.

     swoim zmysłom,
     swojemu ciału
zaufaj.

środa, stycznia 28, 2015

1237. Ludzki Biały Kruk na linii

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

O czym jest życie? O czym jest moje? O czym twoje?

Wykonałam w życiu wiele zwrotów przez rufę. Wieloma drzwiami trzasnęłam. Wielu ludziom pokazałam plecy. Wielu sprawom powiedziałam „nie”. I niech mnie, ale każdy z tych manewrów był ważny, bo doprowadził mnie do dnia wczorajszego, gdy po raz pierwszy, drugi... dziś setny czy dwusetny, przeczytałam otrzymane słowa:

Zresztą [Jej] choroba wszystko przewróciła — kiedyś przyszłe dni traktowałem jako coś, co się nam należy. Teraz — każdy dzień jest darowany i mam świadomość, że limit się wyczerpuje...

Łzy wdzięczności za te słowa po policzkach płyną wciąż, że napisał, nie skasował; napisał i dał radę wysłać; napisał, ale najpierw poczuł! W tych słowach spotkaliśmy się po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, pierwszy raz do samych trzewi, do istoty jestestwa. Cudownie jest wewnętrznie dojrzewać, widzieć tę przemianę w kimś innym i doświadczać tej zmiany, a nie tylko przeczuwać, że nastąpiła.

Moje życie? Jest o chwilach, czasem ułamkach sekund, gdy spotykam się z kimś naprawdę. Zwykle poza słowami albo pomiędzy nimi. W geście, w spojrzeniu, w znaczącym milczeniu. Wiem, że to właśnie to, bo potem już nic nie może być takie jak przedtem. Po to żyję. To mnie karmi. To czyni mnie kimś więcej.

niedziela, stycznia 25, 2015

(1234+1). Transformacje

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przed wyjazdem ze stolycy do stolicy sen zastygł i pozostał ze mną w sensie poniższych słów.

*

W stolicy gapienie się w niebo w odmienny stan wprawiało.

*

Przed powrotem ze stolicy do stolycy na Plantach na chwilę zatrzymał się Czas.

czwartek, stycznia 22, 2015

1234. Portret śnieżnej zimy

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Bezruch jest formą ruchu.
Porządek jest jedną z form bałaganu.
Bezśnieg jest formą śniegu.

Pomyślałam tak, gdy po raz pierwszy na dobre zatrzymała mnie instalacja, obok której przechodzę kilka razy w tygodniu. Śnieg, kwestia istotna dla Stada, dziś rano wyglądał tak:

I chyba się ujął honorem, bo opadł wielkimi płatami późnym popołudniem. Niestety, choruje i ma wysoką temperaturę.

środa, stycznia 21, 2015

1233. Literki na ząb

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

No i trafiła się książka. Pomysł — cudny. Forma — zbyt „eklektyczna”: polski tekst, ale numerowanie baśni (po co?) po japońsku (WTF), co z samymi baśniami w ogóle nie wiadomo co ma wspólnego. No i nie wytrzymałam… policzyłam strony zawierające tekst. Na nominalne 121 stron, które zawiera książka, tekstu jest mniej niż sto. Nooo, to już sobie ponarzekałam.

Ale jednak przeczytałam. W kilku miejscach z ogromną przyjemnością. Błyskotliwych kilka zdań, wątków, scen. Jeśli Autor skusi się na kontynuację pomysłu, kolejne baśnie już są warte czekania. Mam tylko jedną wątpliwość. Niestety, nie potrafię stwierdzić, jak ten tekst czyta się osobom dziewiczo nietkniętym, intelektualnie bądź przez własne doświadczenie, psychologią procesu.

Oceany pozwalają odczuć Kosmos,
zwykła kałuża daje odczucie chwili.

Shitao

*

     — Mój drogi — powiedział mu ojciec — mądrość osła polega na tym, żeby zaakceptować to, kim się jest, i nie buntować się przeciwko temu, czym obdarzyła nas natura.
     [...]
     Tylko jeden wuj osioł, który z resztą uchodził za dziwaka i nikt w całej rodzinie go nie poważał, powiedział tak:
     — Mały osiołku, jeżeli uważasz, że sprawa twoich kopytek jest rzeczywiście ważna, to powinieneś zrobić wszystko, żeby to zmienić. Czasem bowiem marzenia i ich realizacja są ważniejsze niż to, co wydaje się być ustalonymi niezmiennym porządkiem.

*

Stąd było już blisko do odwiecznego pytania, o to co jest najważniejsze w życiu. […] Pojęcia śmigały jak gołębice po zamkowych dziedzińcach. Szczęście, Mądrość, Radość, Spójność, Miłość, Rozwój, Piękno, Sztuka, Umiar, Przyzwoitość, Rodzina, Społeczeństwo, Dobro, Zdrowie — i wiele innych próbowano ustawić w jakiejś hierarchii lub znaleźć dla nich wspólny mianownik. Ale, niestety, pomimo wielu prób i ogromnej nagrody wyznaczonej przez króla za znalezienie właściwej odpowiedzi, debata zakończyła się jedynie tym, że uczestnicy, rozjechali się w przeświadczeniu, że pozostali są bandą niedouczonych kretynów.

*

Człowiek nigdy nie zostaje sam, raczej zawsze ma wokół i wewnątrz siebie nieustannie zbyt dużo czegoś lub kogoś.

*

Odnalazł królewskiego fechmistrza i rozpoczął naukę, która szła powolną meandryczną drogą, wyznaczaną zniecierpliwieniem, chwilowymi uniesieniami w momentach sukcesu, złością z powodu braku wystarczających postępów i poczuciem, że cała ta zabawa nie ma żadnego sensu.

*

Przez całe życie uczył się wybierać to, wobec czego wybór nie jest kategorią odniesienia, opowiadać się za tym, co po prostu musi zaistnieć.

Tomasz Teodorczyk, Jak umierają ptaki. Baśnie
na ważne etapy życia
, Eneteia, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

niedziela, stycznia 18, 2015

1232. Równopodnoszenie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Płeć. Władza. Gender. I dyskusja, którą można do białego rana, bo temat ważny, ciężki i niełatwy.

Różnicę płci, prawa i obowiązki każdej z nich, wcześniej czy później, można postudiować (choćby dla sportu) w toalecie. Czy mężczyźni podnoszący klapę sedesową mają ją po skorzystaniu z toalety opuszczać? Czy może skoro oni ją podnoszą, to kobiety mają ją opuszczać? Skoro nie ja ją podnoszę, to dlaczego mam ją opuszczać? A może kogoś — nie wiem dlaczego, ale w moim doświadczeniu najczęściej dotyczy to kobiet — brzydzi widok „gołej” muszli klozetowej i dlaczego w takim przypadku ów ktoś musi oglądać ten kiepski widok? Podnosisz klapę, draniu, to ją opuszczaj! — głosi kilka znanych mi osób.

Po prawie dziesięciu latach postanowiliśmy zrezygnować z deski klozetowej, w której unieruchomiono fragment akwarium. Dojrzałym ludziom w nas zachciało się klasyki gatunku. Konsumpcjonizm postanowił nas oszczędzić, nie kusił ścianą z setką różnych klap — dział z łazienkowymi akcesoriami znajdował się w stanie modernizacji. Klapy, proszę bardzo, do wyboru, proszę bardzo, ale tylko dwie. Klasyczna deska — kwota X. Na widok drugiej upłakaliśmy się jak norki. Klasyczna deska, ale z nowoczesną gienderową funkcjonalnością — kwota 1.5·X. I warto tę cenę zapłacić w imię płci, władzy i gienderu, bo… owa nowoczesna funkcjonalność zachwyca… klapę lekko przechylasz w stronę zamknięcia i… ona, ta klapa, sama (!)… powolutku… bardzo powolutku… opada. Teraz, bez względu na płeć, każdy musi sobie podnieść jedną bądź dwie części deski klozetowej. Zachwyt, proszę Państwa, zachwyt! I giender, i feminium!

Sadownik:
(zachwycony z osobiście wykonanego montażu woła Jabłoń)

Jabłoń:
(oniemiała z wrażenia testuje raz za razem,
ciesząc się jak trzylatek
)

Sadownik:
(z niebywałym zrozumieniem dla mężczyzn,
jako jednego z gatunków człowieka
)
To musiał wymyślić mężczyzna!

Jabłoń:
(pozostała nieprzekonana do tej oczywistości, bo potrafi wyobrazić sobie
potencjalną zdesperowaną projektantkę tego cuda
)

piątek, stycznia 16, 2015

(1230+1). [*]

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Po pracy. Pojechałam zapalić lampeczkę Leonidowi Telidze…

...Kapitanowi Leonidowi Telidze.

[…] Chłopcy z „Emilii Gierczak” uderzyli nagle w inną strunę — przytłamsili rzeczowość, układne podsumowanie osiągnięcia, wyzwolili natomiast wielki ładunek emocjonalny, który — dodany do obezwładniającego mnie zmęczenia — zamknął mi usta, a otworzył serce.

Leonid Teliga, Samotny rejs „Opty”,
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1976.

czwartek, stycznia 15, 2015

(1226+4). Książka mojego życia i już!

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

No i stało się. Choć nie wiedziałam, że stać się może. Spotkałam książkę swego życia. Historia w niej zawarta ma nieskończoną i niewyczerpywalną moc, niczym mit życiowy najwcześniejszym snem z dzieciństwa określony.

Niestety, mogę się tylko domyślać figur występujących w śnie z dzieciństwa Leonida Teligi.

Niepokorny. Marzyciel. Nie ustawał. Znaczy się, można! Wrażliwość. Siła. Upór. Serce. Znaczy się, należy!

     — Dlaczego nie masz normalnych marzeń?
     — Teliga.
     — Dlaczego masz w nosie konwenanse?
     — Teliga.
     — Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
     — Teliga. Teliga. Teliga.

Dlaczego nie przeczytałam tej książki dziesięć–dwadzieścia lat temu? Być może, wtedy nie zrobiłaby na mnie takiego wrażenia. Każdy z nas ma w sobie Marzenie, które tylko my możemy zrealizować. Dobrze jest o tym pamiętać co dnia.

[…] irytowali się, jakby nie zdawali sobie sprawy, że czas nie miał tu wartości, a za ich parę groszy nikt na świecie nie zrobi kroku szybciej niż zwykle.

*

Dziś nawet nie wiem, czy słońce istnieje. Ciekawe doświadczenie, ale jak sprawdzić, gdzie jadę?

*

     — Do szukania nowych dróg dla mnie, dlatego, żebym nawet ja w najpodlejszym ze światów mógł stworzyć najpiękniejszy. Żebym wśród tego, co mnie otacza, mógł być człowiekiem, o jakim do dwudziestego roku życia nie słyszałem…
     Widziałem bibliotekę tego człowieka. Mówił o książkach jak o dobrych znajomych. Na półki stawiał tylko to, co przeczytał, to, co miało być czytane, leżało w skrzyni.

*

Jak samotność jest pełna spraw, które mogą innych zainteresować i jak trudno wyjść poza suche fakty, które właściwie niewiele mówią o istocie tego wszystkiego, co się przeżywa w samotności.

*

     — Jak zdrowie?
     — Zepsuł mi się wzrok!
     — Co się stało?
     — Nie mogę patrzeć na konserwy!

*

Coś się ze mną działo. W myśl zasady, że mierzenie temperatury „wywołuje chorobę”, nie dotykałem termometru.

*

Maska i płetwy poszły z powrotem do szafy, a ja do garów. Może to kogoś dziwi. Nie powinno. Gotowanie uznałem za „czynność fizjologiczną”, a od tego nie da się wykręcić.

*

Drobne przyjemności warto czasem podnosić do wyższej rangi, bo właśnie dzięki temu mogę cieszyć się życiem.

*

     — Też jesteś artystką? — spytałem, uważając to za komplement.
     Kate spojrzała na mnie oburzona. Zielone oczy błyskały jak u kota.
     — Skądże, ja jestem mężatką!

     [...]
     — Czy ty jesteś bardzo drogi? — spytała nagle.
     — Bezcenny — odpaliłem zaskoczony pytaniem, nie bardzo wiedząc, o co jej chodzi.

*

     — Luca, a ty nigdy nie nurkujesz?
     Chłopak spojrzał na mnie zgorszony.
     — Jestem rybakiem.
     — Wiem o tym, ale nigdy nie próbowałeś czego innego?
     Zdumienie Luci nie miało granic. Patrzył na mnie już nie ze zgorszeniem, ale z wyraźną ironią, jakby chciał rzec: czy nie słyszałeś, co ci powiedziałem?
     Nie dałem za wygraną:
     — Czy nie próbowałeś innego zawodu na lądzie czy na morzu?
     Tym razem Luca znów odpowiedział dumnie:
     — Nie próbowałem, ani nie będę próbował, bo jestem rybakiem.

*

Inaczej widziałem siebie u celu podróży. Brakowało mi intymności, która towarzyszyła „Opty” i mnie na oceanie.

Leonid Teliga, Samotny rejs „Opty”,
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1976.
(wyróżnienie własne)

środa, stycznia 14, 2015

1229. Znaczący, nie perfekcyjni!

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Masz takie chwile, że czujesz się „ludziem” mało kompetentnym, wiedzącym zbyt mało lub o umiejętnościach wymagających wielkiego podszlifowania? Mało przyjemne to chwile, ale śmiem twierdzić, że są zawody, w których przeżywanie chwil zwątpienia jest niezbędne i stanowi jeden z wyznaczników tego, że nie staliśmy się groźni dla otoczenia.

No więc, jeśli miewasz takie chwile, proponuję malutki eksperyment, który przyszedł mi do głowy nad ranem. Z niebywałą przyjemnością wykonałam go na sobie, nim zadzwonił budzik, domagając się ode mnie powrótu do świata ludzi pracujących.


Eksperyment:

  1. Pomyśl o jednej, dwóch osobach, które są dla Ciebie najbardziej znaczące w twym życiu pozaprywatnym.
  2. Przypomnij sobie konkretne sytuacje, w których właśnie te Osoby zrobiły coś wobec Ciebie, co dziś tak bardzo cenisz — co być może odmieniło Twoje życie.
  3. Poświętuj przez chwilę drogę, która wiodła Cię od tych konkretnych wydarzeń do dnia dzisiejszego.

Czas na deser, puentę, wisienkę na torcie, odrobinę sensu, i te pe, i te de:

  1. Jak myślisz, tak z ręką na sercu, czy ci Ludzie (pkt 1.), w tych konkretnych sytuacjach (pkt 2.), mieli poczucie pełni swoich kompetencji, byli u szczytu swoich umiejętności, nie było już niczego, czego mogli się nauczyć, nie pragnęli więcej?


A teraz pomyśl, że i Ty dla kogoś jesteś znaczący. Wobec tego domniemania, co faktem na pewno jest, nie można napisać nic innego niż:
     — Do roboty Kotku, do roboty!

Jak cudownie, że mamy jeszcze tyle do poznania, nauczenia się, do rozwinięcia umiejętności, które nam się jeszcze nie śniły, prawda?

(1227+1). Męski punkt widzenia

Jabłoń:
(opowiada o tym, jak Sadownikowi opowiadała)

Tollini:
A wystawa będzie?

poniedziałek, stycznia 12, 2015

1227. Cielesne parcele

(Roznegliżowany projekt dyplomowy Sadownika
na wielu progach już Jabłoń postawił.
Pokłócili się co do koncepcji i granic nie jeden raz
)

Jabłoń:
(wieczorową porą zdaje relację Sadownikowi,
jak to koleżankom superwizyjnym o perypetiach projektu opowiadała
)
No i zapaliła się koleżanka mówiąc:
Tak, łono koniecznie!
A ja jej na to, że momencik, chwileczkę,
ale to moje łono i sprawa nie jest taka prosta...

Sadownik:
Jak to nie jest prosta, jestem współwłaścicielem...

Jabłoń:
O nie! Ty je co najwyżej dzierżawisz albo leasingujesz...
nie wiem jeszcze, muszę się namyśleć.

1226. Kręte drogi sensu

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wieloma drogami doszłam do dzisiejszego poranka. Poranka co odkryciem był, że znów chcę za szybko, zbyt wiele i w zbyt krótkim czasie. Odkryłam, że wolniej znaczy lepiej, zdrowiej, ale i paradoksalnie szybciej. Noooo, to  w o l n i e j!

Droga №1. Po skończeniu Kapitana rozmawialiśmy z Seniorem i zgadało się na temat książki Teligi. Mógł i chciał Senior pożyczyć, ale zapragnęło się przeczuciu — twierdzącemu, że to ważna książka — mieć swój egzemplarz. Sadownik nabył. Jabłoń czekała. Przesyłka była dwa razy droższa od książki. Zostawiłam sobie historię tego rejsu na świąteczny czas.

Droga №2. Kradnąc wrażenia na skraju krainy OZ, dotarło do mnie kilka myśli, które tylko pozornie z drogą pierwszą nie mają nic wspólnego. Kilka kwantów gapienia się i dwa niebagatelne odkrycia.

Po pierwsze, jeśli człowiek chce czegoś dokonać, ziścić jakieś marzenie lub zrealizować jakiś plan, to jest jak w banku, że będzie to wymagało więcej niż osiem godzin dziennie przez dłuższy, niż myśli on, czas. Przestało być kwestią, że może tylko mi rzeczy ważne zajmują czas i czas, i jeszcze więcej czasu.

Po drugie, mając chwilowy kontakt z człowiekiem egzotycznym, czyli takim co o popowskich poziomach rzeczywistości najprawdopodobniej nie wie nic, zatrzymało mnie na wiele dni, jak ważnym jest, by każdego dnia na swej drodze coś w „uzgodnionej rzeczywistości” zrobić, kwity uporządkować, liczby dodać, telefon wykonać, i te pe, i te de. Gdy tylko tego, oczywistego dla innych, odkrycia dokonałam, dodałam do swojej codziennej marszruty punkt: „codziennie jedną rzecz w URze zrobić” i robię — magia, normalna magia, tylko na oko wyglądająca na przyziemną. Żeby sprawa była jasna, dla Sadownika to żadna nowość i żadne odkrycie.

Droga №3. W Nowy Rok przeczytałam i zaraz o Zazoo i Onemu pomyślałam:

Spotykani ludzie urastają do wymiarów nowo odkrywanych wysp na bezmiarze życia.

Leonid Teliga, Samotny rejs „Opty”,
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1976.

Uśmiechnęłam się do tych słów, a potem przypomniało mi się, gdy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że ludzie są dla mnie planetami.

Zanim jednak dotarłam do powyższego cytatu, najpierw zobaczyłam, że i Teliga drogę numer dwa na swoje potrzeby odkrył:

[z listu do brata Stanisława, w roku 1945] […] często szukamy wytłumaczenia dla samych siebie, kiedy coś nam nie wychodzi, przyznajemy winę sobie. Gdy patrzymy na ogrom pracy czekającej na nas, bledniemy. […] Można czasem zblednąć, gdy widzi się stos spiętrzonych myśli i nie wykonanych jeszcze zadań. Teraz robię inaczej. Robię cokolwiek, a po pewnym czasie patrzę Oho! Coś zrobiłem, znaczy — czas nie został stracony.

Leonid Teliga, Samotny rejs „Opty”,
Wydawnictwo Morskie, Gdańsk 1976.

Droga №4. Podjęta po przerwie na źle i gorzej. Dziś rano przy kawie, Sadownik o ludziach, którzy sercem wybierali, czytał mi na głos. Gdy Pan Ciasteczko ruszył do swych obowiązków, podeszłam do regału z płytami. Wyjęłam staroć nad starociami, guzik plej wcisnęłam i usłyszałam sercem słowa:

No matter how you try to
You can't explain
The places you find love
I can't explain it, but I can feel it
All around me

[…]
Remember in a flash the feeling can hit you
After all the times that it missed you
Reaching deep inside to find your secret heart

Barbra Streisand, The Places You Find Love
z albumu Till I Loved You, 1988.

niedziela, stycznia 11, 2015

1225. Źle, gorzej... nadzieja!

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie chce się gadać, gdy jest źle. Nie chce się pisać, gdy źle zamienia się w gorzej. Ale, ale. Po przespaniu czternastu godzin ciurkiem promień nadziei w środku poczułam.

*

Wczoraj zanotowałam i myślę sobie dziś, że światło zaczęło się właśnie od tych słów.

doceniaj drobne rzeczy, które się wydarzają

poniedziałek, stycznia 05, 2015

1223. Sentymentalia

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Konkretne zadanie. Konkretny termin. Kartony, które od pięciu miesięcy pomieszkują w saloonie, mam metodą gospodarczą uporządkować, wynieść, wyrzucić, zutylizować. Zrobić, co chcę, byle znikły. Na pierwszego stycznia zarządziłam obróbkę jednego małego i jednego dużego kartonu.

Raz. Z papierem było najprościej. Ważne, nieważne? Potrzebne, niepotrzebne? Czy zajrzę do tego kiedykolwiek? Tak czy nie? Poleciała makulatura.

Dwa. Razem z Sadownikiem w jedno miejsce wrzuciliśmy całą naszą papierową korespondencję — na uporządkowanie datami nie mieliśmy już siły.

Trzy. Uściślijmy, jeden i pół. Przyjemności nieśpiesznej przy okazji razem z Sadownikiem oddaliśmy się. Zdjęcia. Na trzy kupki dzieliliśmy. Życie Jabłoni. Życie Sadownika. Wspólne Życie Sadownika i Jabłoni. Na zdecydowanej większości zdjęć Ludzie. Wielu z Nich już tu nie ma. Fragmenty Ich Żyć wspominaliśmy. Można by powiedzieć: piękni, młodzi migawką wpędzeni w „pozaczas”. Poruszyła mnie ta podróż do czasów przeszłych i minionych. Nigdy wcześniej nie widziałam w tych zdjęciach tyle nadziei, wiary i miłości w ludzkich twarzach zatrzymanych. Choć od momentu zwolnienia migawki w życiu każdej z tych osób wydarzyło się wiele trudnych, beznadziejnych, raniących chwil, to wszystko to nic wobec nadziei, wiary i miłości, które wciąż w tych zdjęciach widzę; nadziei, wiary i miłości, które w tych ludziach znalazły schronienie.

Pozostałam z pytaniem, które zadaję sobie codziennie nim nastanie brzask. Uwielbiam czuć w sobie odpowiedź o różnych porach dnia. Może przyjść mróz, ogień w sercu mam.

Dobroć, łagodność, miłość,
gdzie w sobie dziś masz?

czwartek, stycznia 01, 2015

1222. Skontrum odkryć 2014

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Każdy człowiek jest istotą, która, jeśli tylko jej na to pozwolić, dotknie twego najgłębszego jestestwa, szturchnie cię w najdelikatniejsze miejsce w znaczący sposób. Przy takich okazjach budzisz się dnia następnego i wiesz, że nic już nie może być tak samo — uczucie, idea, pomysł już w tobie kiełkują, potrzeba życiowa do głosu doszła i koniec, i kropka, amen.

Może jesteś szybsza, opisany powyżej proces dzieje się w mgnieniu oka, nim skończysz spotkanie. Ja niestety i „stety” potrzebuję porannej szarówki, granicy między nocą a porankiem, gdy sen śniony nocą zastępowany jest przez ten śniony za dnia subiektywnymi doznaniami. Remanent wewnętrznego „czucia się” przeprowadzam i wiem, że nic już nie może być tak samo. Prawda jest taka, że kocham te chwile. Po raz pierwszy w mym życiu przytrafiło mi się, że proceder ten dopełnił się rankiem 1 stycznia, wyznaczając coś na kształt celu noworocznego.

Napisałam każdy człowiek tak ma, ale to nie do końca prawda, niektórym nie damy szans, a innym idzie to w niebywale szybkim tempie.

*

Epizod #1. Kto? Kiedy? Pytam, ale znam odpowiedź i śmieję się od ucha do ucha na samo wspomnienie, które miało już niejedną okazję, by porosnąć mchem. Ars, Sadownik i ja w niezwyczajnej dla mnie sytuacji w marcu zeszłego już roku. W trudnych okolicznościach uratowało nas nasze poczucie humoru i z głębi dobywające się przeświadczenie, że znamy się od lat. Tak, Ars. To właśnie coś w Nim zagadało do czegoś we mnie. Coś we mnie dostrzegło Jego niebywałą radosną żywotność — wzięło było, zaraziło się tym i poinformowało mnie o tym nad ranem dnia następnego. Gdy rano wstałam z łóżka, życie smakowało już inaczej. Włączyłam radio i popłynęła piosenka, która wzmacniała tylko poczucie radosnej żywotności i żywotnej radości we mnie. Odnalazłam to konkretne wykonanie. Zapamiętałam. Przez kilka dni łomoliłam bez wytchnienia i za każdym razem, gdy słucham tej piosenki, myślę i dziękuję za farta w życiu: Ars, och Ars! Dziękuję!

Vania Borges & Quincy Jones, Ai no corrida.

Dyżurny mądrol powie, że to najczystsza forma projekcji. A my mu odpowiemy, że nawet jeśli, to projekcja musi się o coś zahaczać, co i we mnie, i w Arsie stacjonuje, więc ziarenko prawdy w tym musi być.

*

Epizod #2. Kto? Kiedy? Zazoo i Onemu. Trzy dni temu. Spotkanie z Ich niebywałą radością różnych gatunków. Zatkało mnie z wrażenia. Oboje, choć każde na swój sposób, ma w ruchach swojego ciała niemożliwą do opisania radość istnienia oraz nieskrywaną przyjemność z posiadanych przywilejów oraz umiejętności korzystania z nich. Coś we mnie łyknęło haczyk. Jakiś rodzaj tęsknoty we mnie pełną piersią w końcu odetchnął i dziś po przebudzeniu poczułam, że życie inny ma już smak — świadomość bogactwa w mym życiu mnie napadła. Cały dzisiaj dzień łomolę (głośno, tego trzeba słuchać głośno) tym rytmem, tą dynamiką, pod którymi dla mnie skryła się energia radości Zazoo i Onemu. Radości, której ziarenko w sobie odnalazłam. Nabrzmiewało przez ostatnie trzy dni. Pękło!

Yes, Leave It, (a cappella).

Dyżurny mądrol, na niego zawsze można liczyć, powie, że to najczystsza forma projekcji. A my mu jak zwykle odpowiemy, że oczywisty to fakt, ale projekcja musi się o coś zahaczać, co i we mnie, i w Zazoo, i w Onemu pomieszkuje.

Pozostaje, niestety, ze smutkiem donieść, że opisane doświadczenia kiepsko przekładają się na słowa, co może niechybnie oznaczać, że blog chyli się ku upadkowi lub jak kto woli naturalnej śmierci, itd. Na szczęście są te dwie piosenki. No to jeszcze raz... przed snem.

środa, grudnia 31, 2014

1221. Kradnąc książkowy czas

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obejrzał film pt. Złodziejka książek i na eFce podzielił się swoim wrażeniem: „zatrzymały mnie słowa, wypowiadane przez ukrywanego Żyda”:

Moja religia uczy, że wszystko co żyje, każdy liść, każdy ptak, żyje dlatego, że zawiera sekretne słowo życia. Tylko ono różni nas od grudki gliny, słowo. Jakie to słowo? Czy każdy człowiek ma to samo? Czy też może każdy ma inne, i to decyduje o naszej indywidualności? Jakie jest słowo, które mnie ożywia?

Zakochałam się w tych słowach. Kupiłam książkę. Odebrałam przed świętami. Ostatnie dwieście stron przeczytałam prawie na bezdechu rycząc okrutnie. To chyba moja druga powieść w kończącym się właśnie roku. Zaciekawiło mnie… sprawdziłam… z książek tu odnotowanych, bingo, szósta powieść w roku 2014 — swoisty rekord. Zamyśliłam się nad swoim stylem czytania. Ostatni raz tak bardzo nie mogłam oderwać się od losów powieściowych bohaterów, gdy byłam nastolatką z Pogodą dla bogaczy w dłoniach.

Książka ma tylko jedną malutką wadę. Słów, które mnie do niej przyciągnęły, w książce nie ma.

Ale czy słuchanie własnego strachu jest tożsame z tchórzostwem? Czy tchórzostwem jest radość z tego, że żyjemy?

*

Ilu książek dotknęła?
Ile poczuła?

*

     — Skąd mogłam wiedzieć, że wtedy nie śmiałeś się ze mnie, ale d o mnie? — powtarzała.

*

Wiele trzeba przemyśleć.
Wiele opowiedzieć.

*

Ludzie zwykle odkładają najważniejsze słowa na później […].

Markus Zusak, Złodziejka książek,
Nasza Księgarnia, Warszawa 2014.

wtorek, grudnia 30, 2014

(1198+22). Ludziolubni

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy wyszłam wczoraj spod ziemi na rogu Marszałkowskiej i Alei dotarło do mnie, że jestem zwierzem wielkomiejskim. Poczułam, że znów żyję. Na kawie z Brr, przyglądałam się ludziom przy innych stolikach, głodna istot samosterownych a nie sterowalnych.

Cztery kobiety 50+, uśmiechnięte, pełne życia, dzieliły się sobą między sobą — spotkały się, bo chciały — karmiłam oczy.

Dwaj mężczyźni przy innymi stoliku, mówiąc, patrzyli sobie w oczy — emocje, te dobre, na ich twarzach karmiły mą duszę.

Wiedziałam, że to dopiero początek dobrego dnia.

*

Wieczorem. Na deser podano Zazoo i Onemu, Pana Ciasteczko i mnie. Przy jednym stole. Po raz pierwszy. Na swój prywatny użytek skradłam kilka wrażeń, nastrój i atmosferę. W duchu odnotowałam, że mamy z Sadownikiem niebywałe szczęście, nie tylko do Ludzi, ale również do Par. A gdy wracaliśmy do domu, nie omieszkałam z Nim tego przegadać.

Zwierz wielkomiejski… zamyśliłam się… czy ja wiem? Na pewno ludziolubny.

sobota, grudnia 27, 2014

(1217+2). poświąteczny osobisty nieład myśli i uczuć

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

aktywność społeczna,
     w której cienkam jak barszcz:
synowa.

*

ja kocham Jego. On kocha mnie. ona kocha go dłużej. On kocha ją. czasem jest mi jak między młotem a kowadłem. mam szczęście, że nie obsadzono mnie dotąd w roli piątego koła u wozu.

*

staram się i nie staram się wcale. w zależności od chwili, momentu, sprawy, atmosfery. na straży rzeczywistości nie mojej, u brzegu świątecznych stołów porzucam własne ciało. wylogowuję się, wysprzęgam, odłączam zmysły. są rzeczy, którymi nie chcę się zajmować. tak mam.

***

Skubas, Nie mam dla ciebie miłości.

piątek, grudnia 26, 2014

(1217+1). I po prezencie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Odłożyłam Sacksa na rzecz świątecznego czasu ze Złodziejką książek, ale po rozpakowaniu prezentów, odłożyłam i tę ostatnią. Delektowałam się, wiedząc, że prezentowe literki będą stanowiły bardzo szybką pozycję wydawniczą. Wątki zawodowe i osobiste we wspaniałych proporcjach. Książka ocieka sensem życia, mądrością losu, miłością i pasją. Jak dobrze, że wpisałam ten tytuł na listę prezentów, które chcę dostać od Mikołajów, którzy nie czytają tego co ja, którzy nie znają mnie, ale mają mnie w pakiecie dwa razy do roku, bo z Ich Synem łączy mnie najszczególniejsza z więzi.

[Justyna] Na szczęście rzadko już spotyka się lekarzy, którzy na płacz pacjenta reagują jak na krwotok: „Zatrzymać jak najszybciej!”, którzy widząc łzy, wpadają w panikę: „Proszę już nie płakać, proszę przestać”.
     [K.K.] Na swój sposób taka reakcja jest zrozumiała.
     Justyna: Tak, ale płacz jest naturalną reakcją na smutek. Leczy, oczyszcza z nagromadzonego napięcia. Jeśli chory się od niego nie uwolni, nie będzie mógł przyjąć tego, co następuje potem. Płacz to forma żałoby, adekwatna reakcja na utratę — małą i dużą. A zdrowie to wielka wartość, jego utrata jest więc dużą stratą. By zrobić krok dalej, trzeba przeżyć żałobę, pozwolić sobie i innym na łzy.
     Lęk przed czyimiś łzami jest przejawem naszego własnego lęku.
[…]

*

[Justyna] Na heroizm podjęcia pracy własnej polegającej na psychoterapii częściej decydują się one [kobiety]. Odwagi wymaga stanięcie twarzą w twarz z tym, przed czym się ucieka. A tym między innymi zajmuje się psychoterapia.
     [K.K.] Odkrycie prawdy bywa dotkliwie nieprzyjemne.
     Justyna: Ale często dzięki przeżyciu tego, przed czym uciekamy, odkrywamy, kim naprawdę jesteśmy, tam, pod maską. Wiąże się to z ogromnymi możliwościami. Trwałymi zmianami na lepsze. To szansa na zmniejszenie cierpienia, na rozwój wewnętrzny. To jest nagroda. Potem życie staje się lepsze.

*

[Justyna] Niekiedy terror pozytywnego myślenia może być formą zaprzeczenia chorobie i opuszczeniem pacjenta, który musi się zmagać z niechcianym losem samotnie pośród bliskich recytujących pozytywne hasła.
     [K.K.] Ale bardzo trudno patrzeć, jak kochana osoba zmaga się z lękiem przed śmiercią.
     Justyna: Tak. Nie dopuszczamy do rozmów o śmierci, tłumacząc sobie, że to nie służy choremu. Podczas gdy unikanie ich służy jedynie naszej obronie. Ból śmierci i umierania staje się lżejszy, gdy możemy go z kimś dzielić. W samotności trudniej. Niekiedy mówimy: „To za wiele dla chorego”, a tak naprawdę boimy się, że to za wiele dla nas. To przykre, bo jest to sposób opuszczania pacjenta w chwili największej emocjonalnej potrzeby. Ktoś powinien trzymać jego dłoń. Dlaczego nie ja?

Katarzyna Kubisiowska, Rak po polsku.
Rozmowa z Justyną Pronobis-Szczylik i Cezarym Szczylikiem
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

1217. Świąteczny patchwork 2014

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Lubię święta. Każde. Odkładam wtedy swoją i naszą codzienność. Przekręcam klucz w jednym zamku, potem w drugim. Gdy upewnimy się z Sadownikiem, że wszystko co trzeba mamy spakowane, przekręca On kluczyk w stacyjce, ruszamy i zaczynamy świętować. Lubię ten czas, taki tylko nasz. Tak było we wtorek.

*

Wigilia. Katolicka tradycja. Opłatek uruchamia we mnie niewinne dziecko — wybieram największy z dostępnych. Życzenia. Sadownika zostawiam sobie na sam koniec, na deser. A potem kilkanaście dusz przy jednym stole. Krótka modlitwa. Na szczęście nikt nie pyta mnie, dlaczego znak krzyża w mych dłoniach nie gości.

Mija kilka godzin. Rodem z żydowskiej tradycji nastaje czas. Przy głównym stole mężczyźni o ważkich problemach Polski i świata dyskutują. Pokój obok kobiety nad małymi dziećmi się pochylają. Słychać ochy, achy, gugu… gugu, a ja to tak… a ja to siak. Jedno i drugie nie dla mnie. Talerze i sztućce po sześciu osobach, co poszły do swych domów, zmywam. Medytuję nad cudem istnienia, delektuję się chwilą oraz nieśpiesznym tańcem zmywaka w mej dłoni. Z każdym umytym fragmentem zastawy jestem bliżej prawdziwych świąt, tych bez pośpiechu, bez musu, bez należy i wypada.

Gdy wszyscy goście opuszczają rodzinny dom Sadownika, rach, ciach, na cztery dusze szybkie porządki urządzamy. Już, po Wigilii. Prezenty. Herbatka z cytrynką. A przed snem w ramionach Sadownika świątecznej nocy początek.

*

Pierwszy dzień świąt. Drugi dzień świąt. Dotarło do mnie, że wyrosłam z tej formy spędzania czasu z dalekimi bliskimi w roli głównej. Nie zrozumiem, po co ludzie robią sobie coś takiego.

*

Wydostawszy się dziś z objęć ostatniego świątecznego obiadu, ruszyliśmy z Heniutką na ostatni świąteczny spacer — pierwszy z naszej świątecznej codzienności, którą powitaliśmy z otwartymi ramionami.

Jutro wracamy do siebie.

poniedziałek, grudnia 22, 2014

(1210+6). Mój Kraków... bez słów (VI)

(1210+5). Mój Kraków... bez słów (V)

(1210+4). Mój Kraków... bez słów (IV)

Alternatywny tytuł wpisu:
1214.
Przeszłość,
Teraźniejszość,
Przyszłość 

(1210+3). Mój Kraków... bez słów (III)

(1210+2). Mój Kraków... bez słów (II)

(1210+1). Mój Kraków... bez słów (I)

1210. eNCeK

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Geografia nigdy nie była moją mocną stroną. Nie jest aż tak źle, jak można by sobie wyobrazić, bo jednak mapy czytam sprawnie, trzymając je w dłoniach bez obracania północą na dwunastej. No ale dobrze też nie jest. Otóż wczoraj okazało się, że Kraków i Kazimierz to dla Jabłoni synonimy. Za rzeką to już nie Kraków, bo Kraków to Kazimierz. I kropka. I koniec dyskusji.

Sadownik wywiózł był wczoraj sztukę na sztukę. Było z klimatem lat, których lekką zatęchłość Jabłoń rozpozna z zamkniętymi oczami. Jedna fajna wystawa zdjęć. Jedna „taka se” i jedna co Jabłoni w ogóle nie ruszyła. Co nie znaczy, że się Drzewko nudziło. Wypatrzyło focię, którą musiało zrobić, choćby nie wiem co. A Sadownik? A Sadownik samowolnie uwiecznił chwilę. Poniewczasie na szczęście śmiali się oboje.

(fot. Jabłoń)

(fot. Sadownik)

niedziela, grudnia 21, 2014

(1202+7). Logika i wolność na obczyźnie

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(w wersji koneserki sztuki kulinarnej)
A w zasadzie to dlaczego nie chcesz iść ze mną na gorącą czekoladę?

Sadownik:
A w zasadzie to od kiedy muszę mieć powód, by nie chcieć?

(1202+6). MOCAK ma moc (IV)

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

chwila. światło. pożegnanie z mocakiem. na tymczasem.

(1202+5). MOCAK ma moc (III)

 wpis przeniesiony 13.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są takie żarty, których inaczej wykształceni nie skumają. Moje dwa ukochane to:

     — Co to jest pochodna z imprezy?
     — Jest to ilość alkoholu, którą można kupić za butelki sprzedane po tej imprezie.
     — A kiedy można powiedzieć że impreza była nietrywialna?
     — Gdy druga pochodna jest niezerowa.

*

Dom wariatów. W jednej z sal ludzie pod dyktando jednego z pacjentów wstają i siadają na zmianę, gdy ten wyznacza rytm komendami:
     — Całkujemy, różniczkujemy, całkujemy, różniczkujemy...
     Nowy terapeuta przygląda się temu, co dzieje się na sali. Patrzy a w kącie siedzi człowiek i ani drgnie. Podchodzi do niego i pyta:
     — A pan, dlaczego pan nie wstaje, gdy inni wstają?
     — Bo ja jestem ex.

I trochę właśnie tak było wczoraj w Mocaku, gdy podziwiałam przezroczystą podłogę na poziomie zero. Kręciłam się. Modziłam. Właściwy kadr zdjęciu chciałam nadać, by było widać rzeczoną podłogę, jakiś element z poziomu -1 i odbicie okien dachowych. Trochę to trwało, Sadownik w końcu zaintrygowany zapytał:
     — Co ty robisz?
     — Trzy poziomy rzeczywistości chcę na jednym zdjęciu mieć! — odpowiedziałam podjarana odkryciem.

Dwa poziomy rzeczywistości sfotografowane z poziomu trzeciego: