czwartek, grudnia 04, 2014

1189. Reminiscencje zatrzymane w biegu

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mój tata mieszkał na ulicy Dietla w Krakowie — przeczytałam siedząc w pociągu jadącym do stolicy. Przypomniało mi się uczucie nieoczywistości oraz niebagatelne znaczenie czasu w czterowymiarowej przestrzeni. Właśnie na tej ulicy, właśnie w dniu, w którym czytałam te słowa, czyli w niedzielę, jadłam obiad i dwa razy zamawiałam kawę.

Czytając te słowa w pociągu, nie przypuszczałam, że będzie jechał, zamiast nominalnych trzech godzin i jedenastu minut, pięć i pół godziny, racząc mnie polską rzeczywistością XXI wieku. Nie zaświtało mi w głowie, że zamiast być wkurzoną na polskie koleje, będę cieszyć się, że mimo wszystko zdążę być we własnym domu przed północą w niedzielę.

Wracałam do domu i wiedziałam, że doświadczenie Anglika w Nowym Jorku, czy Amerykanina w Londynie jest również moim doświadczeniem, choć moje ciało i umysł ruszyły się tylko trzysta kilometrów na południe. Pojechałam do Kraju. To jest Inny Świat, a jedyne, co łączy tambylców ze mną, to język — mówimy po polsku. W Kraju, jak zwykle, chłonę atmosferę, uwielbiam się włóczyć, choć nie „tą razą” i… myślę dużo częściej o jedzeniu. W Kraju jestem stworzona do jedzenia.

We wspomnianym pociągu, wracając z Kraju do siebie, dzięki opóźnieniu, prawie skończyłam książkę. Jej pojawienie się w moim życiu było dość banalne. Audycja radiowa. Zamówienie. Trzy dni czekania. I była.

To bardzo ważna książka, bardzo ważne rozmowy. Podobnie jak Autor, chciałabym by przeczytało ją bardzo wielu NieŻydów, by te rozmowy usłyszały ich Serca, bo rozum pojąć tego nie może. Imiona… są istotne, ważne, znaczące.

*

Daniel
(ur. 1955)

[Mikołaj Grynberg] A co powiesz mamie o naszej rozmowie?
Powiem, że spotkałem faceta z Polski, z którym opowiedzieliśmy sobie kompletnie różne historie, które były całkiem identyczne. Jak wszedłem do tej kafejki, spojrzałeś mi głęboko w oczy, zanim się sobie przedstawiliśmy. Nie byłem pewny czy to ty, ale to spojrzenie, trwające trochę dłużej niż takie spojrzenia zazwyczaj trwają, było warte mojej półtoragodzinnej podróży na Manhattan.

*

Doron i Roger
(ur. 1961 i 1973)

[Mikołaj Grynberg] Chcę opowiedzieć innym, jak było w naszych domach.
     Roger: Innym Żydom?
Innym ludziom.
     Doron: I co oni mają z tym zrobić?
Przeczytać ze zrozumieniem.

*

Shula
(ur. 1954)

Jeżeli do dzisiaj możemy opowiadać o tym, co nam się stało w Egipcie, to dlaczego nie możemy zajmować się tym, co stało się naszym rodzicom?

*

Steve
(ur. 1955)

Martwię się kierunkiem, w którym zmierza państwo Izrael. Coraz trudniej mi się z nim identyfikować. Kiedy byłem młody, bycie Żydem znaczyło dla mnie bycie blisko innych opresjonowanych ludzi na świecie. Dzisiaj już tak niestety nie jest. Część Żydów zapomniała o tym i stała się konserwatywna, prawicowa i opresyjna. Ciężko mi z tym. Martwię się, że Izrael jest tak silny, że wytrzyma nienawiść wszystkich, ale nie pchnie go to na właściwą ścieżkę.

*

Ela
(ur. 1960)

[…] do dziś jak ktoś mówi: stryjek, szwagier, bratowa… to ja muszę się strasznie skupić i przeliczyć, co to znaczy, bo w moim domu takich słów nie było. Strasznie mi ich brakuje. Czuję, jak bardzo ich nie ma. I denerwują mnie te wszystkie mądrale, które mówią, że nie można tęsknić za czymś, czego się nie znało. Można! Jestem na to dowodem.
     […] Teraz, kiedy mam żydowskiego partnera, mogę o tym mówić, kiedy chcę. W katolickim środowisku pewnych rzeczy nie można powiedzieć, bo albo się kogoś rani, albo jest to niemile widziane, albo po prostu nie wypada. Wojna się skończyła prawie siedemdziesiąt lat temu, ale w naszych domach jeszcze niestety nie.

*

Roz
(ur. 1955)

Moja mama była nadopiekuńcza, a tata był za wolnością. Mówił: „Idź robić błędy, czuj się wolna. Nie daj się zatrzymać przez własne albo cudze lęki”.

Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

*

piątek, listopada 28, 2014

(1187+1). Najgorsze pytanie

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Do tej pory najgorszym pytaniem, jakie przyszło mi w życiu obsługiwać, brzmiało: kim jesteś? Teraz już umiem sobie z nim radzić. Pytam po prostu: a co chcesz wiedzieć? I nie chodzi o to, że migam się przed odpowiedzią, ja zwyczajnie nie wiem, o co człowiek mnie pyta. Kim jestem z zawodu? [A którego, czy mam wymienić wszystkie?] Jak zarabiam na życie? [A w które dni tygodnia?] Kobietą? Mężatką? Matką? NieMatką? Obywatelką? [A dlaczego to ważne? Wróć, może chodzi o... Kim jestem w tej chwili? Z czym się aktualnie mierzę? Z kim się utożsamiam właśnie teraz?]. Na proste pytania nie ma prostych, szybkich odpowiedzi.

Od wczoraj jest nowe najgorsze pytanie, które wprawia mnie w niemałe zakłopotanie: co u ciebie słychać? Jeszcze nie wiem, czy odpowiedź co chcesz wiedzieć? zda egzamin. Nie jestem pewna czy osobie pytającej chodzi o... odkrycie, które zrobiłam we wtorek, że spontaniczność nie oznacza braku świadomości, i jak bardzo mnie to odkrycie zmieniło, a może o... wrażenie, jakie zrobiło na mnie pewne kudłate zdjęcie, dotykając mojego człowieczeństwa i odkrywając przede mną pewien aspekt psio-ludzkiej relacji, i jak bardzo mnie to doświadczenie zmieniło, czy może chodzi o... tych dwoje nieznajomych, którzy przy różnych stolikach w kawiarni siedzieli, współdzieląc pewną fizyczną cechę, której w sobie do wczoraj nie znosiłam, a która w Nich odkryta okazała się nie tylko ładna, ale i piękna, i jak to odkrycie zmieniło moją optykę postrzegania siebie. Najgorsze jest to, że nie chodzi o te fakty czy słowa, którymi to opiszę, chodzi o to, co poza słowami, o to, co nienazwane, o uczucie, które ogień życia we mnie wzmaga i sprawia, że żyję bardziej.

A Osteo „widząc” mój stan zapytał: jesteś zakochana? I to nie było dla mnie trudne pytanie. Tak, tak, tak na wielu płaszczyznach i wielowymiarowo!

W tym tygodniu żyję poza słowami. Czy taka odpowiedź wystarczy?

1187. ...

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Natknęłam się na to zdjęcie wczoraj. Zatkało mnie. Zobaczyłam w nim Akt Wiary, Nadziei i Miłości [Kudłatej]. Jestem wyznawczynią kudłatej religii, co za kult ma magię psio-ludzkiej relacji. Akt Żalu jest tylko po ludzkiej stronie, że tak wolno uczę się od Heni, jak być.

(fot. źródło i historia)

poniedziałek, listopada 24, 2014

1186. Zanim dopadnie człowieka

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Książka, nawet jeśli wolno czytana, tylko na jedną kawę. Wstęp dużo dłuższy niż sam esej, który przecież był głównym pretekstem wydania książki. Na szczęście nie o długość w ostatecznym rozrachunku chodzi.

Nie przepadam za Virginią Woolf — nie starcza mi intelektu, by za nią nadążyć, nie chwytam, gubię się, frustruję się swoją niemocą. Dlatego czytając kolejne pozycje z serii, zostawiłam Ją na koniec — byłam ciekawa tej książki, ale też świadoma, że mogę ponieść sromotną intelektualną porażkę, próbując zbliżyć się do tych literek. Nie bez znaczenia więc był fakt, że zakupiona w serwisie aukcyjnym książka kosztowała grosze — ryzyko wyrzucania pieniędzy w błoto było zminimalizowane i miało zrównoważyć, w razie czego, intelektualne braki czytelniczki.

W sobotę ją odebrałam i udałam się na samotnię kawową. Mój zachwyt tym esejem zadziwił mnie samą. Rewelacja, po prostu rewelacja!

[…] we wszystkich tych chorobach najlepsze jest to, że rozluźniają ziemię wokół korzeni, wprowadzają zmiany. Ludzie zaczynają wyrażać uczucia.

*

Uważam, że w moim przypadku te choroby są — jakby to ująć? — częściowo mistyczne.

*

Wróćmy jednak do osoby chorej. „Leżę w łóżku z grypą” — cóż takie zdanie może powiedzieć o tym wielkim doświadczeniu. Świat zmienił kształt; oddaliły się obroty interesów […].

*

Jednak w zdrowiu musimy utrzymywać pozory i nieustannie się wysilać: aby się porozumiewać, aby cywilizować, dzielić, uprawiać pustynię, kształcić tubylców, całymi dniami wspólnie pracować, a nocami hasać. W chorobie te pozory ustają. Natychmiast chcemy iść do łóżka albo, zapadłszy się głęboko w poduchy fotela, opieramy nogi na jakimś podnóżku, przestajemy być żołnierzami armii wyprostowanych, dezerterujemy. Oni idą na bitwę. My, wśród patyków, spływamy z nurtem rzeki, rozrzuceni wśród opadłych liści na trawniku, nieodpowiedzialni i nieporuszeni, i być może po raz pierwszy od wielu lat zdolni do rozejrzenia się wokoło, czy spojrzenia w górę — na przykład do spojrzenia w niebo.
     Pierwsze wrażenie z tego niesamowitego spektaklu jest dziwnie obezwładniające. Zazwyczaj nie można długo patrzeć w niebo. Ktoś, kto publicznie gapi się w górę, przeszkadza przechodniom i peszy ich.

Virginia Woolf, O chorowaniu. Ze wstępem Hermione Lee,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.
(wyróżnienie własne)

niedziela, listopada 23, 2014

(1183+2). Cyt

Dziś z radia popłynęły piękne słowa. Marzena Żylińska powiedziała:

ten się uczy,
kto jest aktywny.

(1183+1). Radykalnie

Radykałka?
// Uzupełnij poniższe zdanie.

Chcę być ______
        i z tego żyć.

Radykałka!
// Nie uzupełniaj poniższego zdania.

Chcę być
        i z tego żyć.

1183. Weekendowy patchwork

Ambiwalentne uczucia. Strach. Ciekawość. Lęk. Radość. Wewnętrzna zawierucha. Usiadłam wczoraj na samotnej kawie i przyszło do mnie nie wiadomo kiedy i nie wiadomo skąd:

wolno, wolniej, powoli. tylko wtedy czujesz i wiesz, że żyjesz

sobota, listopada 22, 2014

1182. Szeryf

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zadzwonił w środę. Nie zdziwiłam się, bo od tygodnia zdarzało mi się o nim myśleć. Nie drążyłam więc, dlaczego chce się ze mną spotkać dnia następnego. Miejsce i czas wyznaczone. Spotkaliśmy się. Propozycja padła. Idąc w jej ślady powinnam była również przewrócić się z wdziękiem. Zapytałam tylko skąd pomysł, że ja. Zgodziłam się bez mrugnięcia okiem. Zdążyłam odnotować kątem duszy, że przy stoliku siedzą dwie darzące się nawzajem szacunkiem Osoby. Uśmiechnęłam się, bo drzewiej tak nie bywało...

*

A gdy wróciłam do domu i jeszcze następnego dnia, i jeszcze dziś łomolnęłam — na poczet czasu co przed nami — nie raz i z całych sił...

Lindsey Stirling, Roundtable Rival.

...to szaleństwo ma tę samą energię.
Z Szeryfem... — no, kto by pomyślał.

Z kronikarskiego obowiązku, ale i z radością, donoszę, że Gepardzica nie tylko czuje się, ale jest również Matką Chrzestną, co w przeszłości przyszłość widziała przejrzyście; przyszłości, która nie wiedzieć kiedy teraźniejszością się stała. Sadownik tylko jęknął: a miało być spokojnie...

środa, listopada 19, 2014

1181. Wężykiem, wężykiem!

smutek. nie wiadomo skąd. nie wiadomo dlaczego.
trudne pytania. chwilowe odpowiedzi głęboko w milczeniu ukryte.
z całym tym kramem, w samym jego środku po prostu byłam.

*

a dziś z rana, jak co tydzień, zajrzałam do Gepardzicy.
lepszego momentu dla mnie i tych słów nie było.
dziękować, dziękować, dziękować.
za Gepardzicą powtórzyć: wężykiem, wężykiem...

nieważne co robisz, ważne kim jesteś, jak to robisz...

(źródło: Gepardzica)

*

Hang Massive, Once Again.

niedziela, listopada 16, 2014

1180. Znacząca różnica

przypadek. kocham przypadki. no i proszę,
oddaję się eksperymentowi… trzeci dzień.
zapraszam do niego i Ciebie…

*

pofantazjuj… jakbyś się czuł(a), gdybyś miał(a) pewność,
że właśnie Ciebie wykąpano w taki sposób choć jeden raz…
to nie musiało mieć miejsca…
może nawet nie mogło się wydarzyć, ale…

wyobraź sobie, że jesteś człowiekiem, który doświadczył
takiej kąpieli… jakbyś się czuł(a) dziś, gdybyś był(a) tym człowiekiem?
prawda, że jest inaczej?

Thalasso Bain Bebe par Sonia Rochel.

…znajdź w sobie miejsce, w którym ufasz tak bezgranicznie…
jest na pewno, kiedyś wszyscy byliśmy takimi drobinkami…

…poszukaj w sobie miejsca, co tak delikatne i uważne jest
wobec drugiego człowieka…

…poczuj różnicę.

…z tych miejsc
co możemy zrobić
dla siebie,
dla kogoś bliskiego,
dla kogoś przypadkiem
napotkanego…

1179. Wspomnienia

Kiedy już nie jest się kochanym, nic nie pomoże, że kocha się nadal; zakradł się chłód i czas zatrzymał. W sprawach zasadniczych jest się już martwym.

Carl-Henning Wijkmark, Nadchodzi noc,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

*

sobota, listopada 15, 2014

(1177+1). Łańcuch, nie łańcuszek (II)

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Powieść. Nie, nie czytam.
Ale w ramach serii wydawniczej. No to poproszę.
Warto było.

Ciepła książka o człowieczeństwie. Już w trakcie jej czytania wszystko ma inny smak. Dziś, gdy skończyłam, długo leżałam na podłodze. Heniutka leżała koło mnie. Bogactwo własnego życia zadziwia, jeśli tylko mu na to pozwolić.

Zostawiam tę książkę tutaj. Chociaż z jedną rzeczą w listopadzie będę już na bieżąco.

Tak wyglądali; mam nadzieję, że przemienieni w swoje prawdziwe „ja”, od którego uciekali całe życie. [...] Potrzymaj mnie za rękę. Pomyślmy o nich, niech im będzie pokój. To byli dobrzy faceci.

*

Podobał mi się jego uśmiech, był nieśmiały, niewyuczony. Czasem był zasępiony, ale nawet wtedy oglądało się całego człowieka, osobę, a nie tylko sprzątającego pracownika.

*

Trzeba sobie zadać pytanie, nad czym warto się zatrzymać w pozostałym mi do życia czasie. Czy coś jeszcze może mnie zaskoczyć? Pod koniec niejedno staje się ciekawe.

*

[...] dzieciństwo ma się za darmo, jest darem, własne cele i dążenia, za które się  o d p o w i a d a, jeszcze nam się nie poukładały. Otóż to! Coś, za co byłem odpowiedzialny, mogę bez żalu stracić, niech przepadnie. Jednak sama szansa znalezienia się na świecie, dar, o który nie prosiłem i za który nie odpowiadam, to było coś, czego nie chciałem narażać i utracić, owa mała pozbawiona „ja” istota, o niej nagle teraz myślałem z czułością.

*

Zaś ten wrzesień, mój ostatni, jest najszybszy ze wszystkich, doba kurczy się we mnie, jeden poranek gryzie w ogon następny, dopiero co myłem zęby, a tu się okazuje, że to było wczoraj wieczór, i tak w kółko. Monotonny rytm życia odebrał rzeczywistości ciężar i masę, za każdym razem, gdy się budziłem, byłem lekko zdziwiony.

*

Autentycznie radosnej kobiecie nie potrafię odmawiać.

Carl-Henning Wijkmark, Nadchodzi noc,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

1177. Łańcuch, nie łańcuszek (I)

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Najdłuższy książkowy łańcuszek. Pierwsza wciąż czeka w kolejce. Czytając Drugą, dowiedziałam się o Trzeciej, a wraz z nią o serii wydawniczej Przez Rzekę i ruszyła literkowa lawina. Jedną z książek wydaną w tej serii od lat mam na półce, kiedy indziej wydaną przez inne wydawnictwo. O Innej z tej serii nie miałam pojęcia, że wyszła w Polsce, więc przez Sadownika zdobyłam oryginał jakiś czas temu.

Większości książek z tej serii nie można już nabyć z pierwszej ręki, ale nie znaczy to, że nie da się ich zdobyć. Sadownik kliknął tu i tam. Zainwestował w Drzewko naście (nie dziesiąt!) złotych i trzeba było tylko czekać.

Ostatnią nabytą z pierwszej ręki skończyłam czytać przed wyjazdem na staż. W ramach listopadowego odgruzowywania się należy o niej donieść. Rozprawia się z wieloma mitami. Alzheimer — podróż w jedną stronę, wyboista droga dla towarzyszy. Ta książka zatrzymuje, nie ściemnia, porusza. Po niej trudniej będzie zachować pewność na temat rzeczy oczywistych. Ma też dodatkowy smaczek poznawczy — nigdy nie wpadłabym na to, że czytanie o mózgu może być tak frapujące.

Żyjemy w kulturze, która sprzeciwia się starości i zaprzecza śmierci. Nie wierzymy, że kiedyś się zestarzejemy. Interesujemy się rakiem i tym, co rakotwórcze, bo są to sprawy, które równie dobrze mogą dotyczyć osoby trzydziestoośmio-, jak i siedemdziesięcioośmioletniej: rak uderza w młodych, bogatych i sprawnych. Skoro alzheimer, to kwestia starości, zajmiemy się nim później... choć przecież nam to i tak nie grozi, bo pijemy mleko sojowe, rozwiązujemy sudoku, a w weekendy zawsze gramy w tenisa. Najszerzej rozpowszechniony błędny pogląd mówi, że demencja to dobry sposób na odchodzenie: „Żyją w swoim własnym świecie i są szczęśliwi” — głoszą zwolennicy tej niedorzeczności. [...] Nancy wie, że coś jest nie tak, bardzo nie tak — ale co? Codziennie musi przechodzić cykl strasznych spotkań z samą sobą i z otoczeniem, spotkań wyjętych jakby prosto z thrillera, którego bohaterka dotknięta jest amnezją: budzi się rano, by stwierdzić, że w nocy postarzała się o pięćdziesiąt lat, że znikli jej rodzice, że nie zna tej kobiety w lustrze ani osób, które przedstawiają się jako jej mąż i dzieci, że nigdy nie widziała pokojów i mebli, podczas gdy wszyscy wokół z uporem twierdzą, że to jej dom. Czas gdzieś umknął, został jakoś zmarnowany. Każdy dzień to nieustające poszukiwanie utraconego porządku. Sęk w tym, że nie sposób się skoncentrować ani na tym zagadnieniu, ani na jakichkolwiek wskazówkach prowadzących do jego rozwiązania. Nie daje się odnaleźć drogi.

*

[...] nie przyszło mi na myśl, że opieka nad nimi będzie wyłącznie moją pracą — ale właśnie tak się stało, bo przecież mężczyźni mają prawdziwe prace, a kobiety nie. Moje sumienie jest zaspokojone, ma się jak pączek w maśle, ale mój apetyt na kolejne dni się skurczył, a w moim wewnętrznym mieście co rusz rozlegają się syreny alarmowe. Jakim człowiekiem trzeba być, żeby móc dać z siebie aż tak dużo? Zastanawiam się nad tym, leżąc na łóżku wyczerpana, nie śpiąc i czekając na świt. Myślę (żenująco cynicznie), że może to dotyczy osób, u których własne szczęście i wolność budzą poczucie winy.

*

To pełzająca choroba. Wpełza na ludzi.

*

Próba udowodnienia komuś, że się go kocha, to wyczerpująca praca. Szczególnie kiedy trzeba to wszystko powtórzyć, niemal słowo w słowo, po dwudziestu minutach.

*

Czytałam kiedyś artykuł o muzyce i demencji. Kompozytor Maurice Ravel (1875–1937) prawdopodobnie cierpiał na wczesną postać tej choroby, począwszy od pięćdziesiątego drugiego roku życia. [...] Pytanie, na które nigdy nie poznamy odpowiedzi: czy w pełni zdrowy Ravel napisałby tę samą kompozycję, czy też jest to jeden z najlepiej znanych przykładów uporu i wytrwałości twórcy? Opinia samego Ravela wydaje się jasna: nazwał Bolero „utworem na orkiestrę bez muzyki”.

*

Wyobraź sobie, że budzisz się któregoś ranka i znajdujesz wokół siebie wyłącznie nowe rzeczy: nowy jest dom, ogród za oknami, ludzie, którzy z tobą rozmawiają tak, jakbyście się znali, koszula, którą podaje ci obcy, krzesło, na którym cię sadzają, mężczyzna siedzący na krześle obok. Jeśli twój mózg byłby jeszcze na tyle sprawny, że próbowałby odtwarzać twoją historię na podstawie rzeczy, mógłby poradzić sobie z tym wrażeniem nowości, tłumacząc ci, że twoje prawdziwe życie jest Gdzie Indziej. Tak, jesteś w nowym miejscu, a twoje życie zostało Gdzie Indziej. Niczego wtedy nie będziesz pragnąć tak usilnie, jak powrotu właśnie tam.

*

Na pierwszy rzut oka związek między umysłem a mózgiem wydaje się stosunkowo łatwy do pojęcia, nawet dla neurologa amatora. Mózg jest maszyną, umysł wytworem jej działania. Mózg można porównać do projektora w kinie, a umysł do filmu. [...] Mózg to narzędzie, a umysł to świadomość, która w nim powstaje, utworzona przez miliony neuronów działających w skoordynowany sposób. Chirurg zagłębia skalpel w twój mózg, a nie w umysł. Umysł zaś, a nie mózg, reaguje na taką perspektywę zdenerwowaniem. Jest to obraz nadmiernie uproszczony, ale chwilowo niech będzie.

Andrea Gillies, Opiekunka. Życie z Nancy.
Podróż w świat alzheimera
, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

piątek, listopada 14, 2014

1176. nim spadnie deszcz...

wspomnienie uwięzione na chodniku. spotykane każdego ranka od kilku dni. schwytane w piksele. przyniosłam do domu. nim dopadnie je deszcz. ot, życia cud. pod stopami znaleziony.

1175. Dlaczego nie zostanę prezydentką Warszawy

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaległości. Pod tym szyldem żyję w listopadzie. Nie zdziwiło mnie, że i debaty prezydenckiej wysłuchałam z małym opóźnieniem. No i ubawiłam się. Donieść muszę szybko, nim nastąpi cisza przedwyborcza.

*

No więc, dowiedziałam się, dlaczego jestem terapeutką a nie prezydentką. Bo choć czasem się boję, to mimo wszystko wolę zaryzykować i przyjrzeć się temu, co we mnie się dzieje.

— Co pan lubi w sobie? — pyta Tomasz Kwaśniewski.
Kandydat Komitetu Wyborczego Warszawa dla Rodziny odpowiada:
— Co ja lubię w sobie...
[kawał znaczącej ciszy] przyglądanie się sobie jest ryzykowne [...] więc ja wolę obserwować świat.

Uśmiałam się. Terapeutka we mnie w czasie trwania tej ciszy dostała odpowiedź, znaczącą wyjątkowo. Słowa, które popłynęły dalej, tylko pozornie uratowały człowieka mówiącego. Pan kandydat ma prawo nie wiedzieć, że to, co widzi człowiek w obserwowanym przez siebie świecie to bardzo, bardzo często — żeby nie powiedzieć zawsze — jego własne, osobiste, aktywne w tej chwili konflikty wewnętrzne. Ma rację pan kandydat, że ryzykowne jest przyglądanie się światu w sobie, ale jakież może być owocne! Podobnie jak przyglądanie się sobie w świecie, nawet jeśli mamy życzenie, by było inaczej.

*

No więc, dowiedziałam się, dlaczego jestem terapeutką, feministką — żadne odkurzanie, mycie podłóg nie zetrze znaczącej wypowiedzi niewerbalnej:

     — Czynność domowa, którą najbardziej pan lubi robić? — pyta Tomasz Kwaśniewski.
Kandydat Kongresu Nowej Prawicy odpowiada:
     — [śmiech, śmiech, śmiech] Eeeeee, jest ich tak wiele, że trudno mi się zdecydować [...].

Uśmiałam się i ja, choć akurat tu na smutno.

*

No i mam za swoje, dowiedziałam się. Jestem dumna z tego, że jestem terapeutką, feministką. I lubię to. I kocham.

1174. Akcja: zakochaj się w listopadzie!

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Listopad to dla mnie najgorszy etap zimy. Staję się misiem — o każdej porze, wciąż, niezmiennie chce mi się spać. Pomimo szczerych chęci czas blogowy rozmija się z teraźniejszością, w której głównie zajmuję się przeszłością.

Obiecałam sobie, że jak tylko odkopię się z bieżączki — co przeszłością utkniętą w teraźniejszości jest — kupię gazetkę, pójdę na kawę i przeczytam z przyjemnością artykuł Mikołaja Czyża. Udało się. Zrobiłam to dwa dni temu. Wczoraj dowiedziałam się, że cała treść artykułu jest dostępna na kliknięcie paluszkiem. Ucieszyłam się jeszcze bardziej, bo bardzo soczysty jest ten artykuł. I magiczny. I listopad we mnie odczarował. Jeszcze trochę i może pokocham najtrudniejszy dla mnie z wszystkich miesięcy w roku.

Dzięki temu artykułowi odkryłam w sobie jakość intensywności smakowania życia ukrytej w słodkim uporze czterolatka, który zna bajkę na pamięć, a mimo to każe ją sobie czytać wciąż i wciąż. Opowiadaliśmy sobie z Sadownikiem nasze „początki” do tej pory tysiące razy. Nigdy nie mamy tego dość! Już cieszę się na kolejne tysiące, które przed nami.

Pierwsza faza zakochania liczy się bardziej w miesiącach niż w latach. […] Drugi wymiar sięga głębiej, wykracza poza preferencje i uświadomione potrzeby partnerów — to atmosfera miejsca, w którym się poznali, szczególne wydarzenie, zapach, który zapamiętali. To jest to COŚ, z czego wyrasta ich wspólna historia. […] Mógł to być promień słońca, który wpadał do wnętrza w ten sposób, że wywołał w obojgu dziwny, tajemniczy stan. I to jest to „podskórne tętno”, które wspiera ich związek. Ono jest znaczące dla obojga. Można to nazwać tajemnicą. W psychologii procesu mówi się o „micie relacji”.[…] To COŚ to „podskórne tętno”, a więc niewidzialne, ale wyczuwalne. Każde z osobna na swój sposób je przeżyło, wyczuwa i w sobie pielęgnuje, przywołuje w trudnych chwilach. To więcej niż emocja, to rodzaj kontemplacji. Dopóki w każdym jest żywa, są ze sobą, wspólnie podejmują decyzje.

*

Zaangażowanie w związek jest strasznie trudne i stawia przed nami niesamowite wymagania. W zamian daje jednak niezwykłą możliwość wzrostu obu stronom. W związku można przeżyć najgłębsze doświadczenia i mieć dostęp do niezwykłych zasobów. Oczywiście, jeśli się chce z nich korzystać.

Mikołaj Czyż w rozmowie z Grażyną Lubińską,
„Rozstanie? Jeszcze nie…”, Wysokie Obcasy Extra,
nr 9 (30), listopad 2014.

(źródło rysunku też)

środa, listopada 12, 2014

(1172+1). Długi weekend (II)

W poniedziałek po wspaniałym poranku ze Wspaniałą Kobietą, całe Stado do Przyjaciół jechało.

Jabłoń:
(zamyśliła się)
Dzisiaj, to jakby zwykła sobota u normalnych ludzi...
I oni mają tak co tydzień?

Sadownik:
Nooo!

Jabłoń:
To my normalnie nienormalni jesteśmy!

Sadownik:
(z nieukrywaną dumą)
Nooo!

1172. Długi weekend (I)

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń nienawidzi prać. Wszystkie fazy prania — konfekcjonowanie zestawu, wrzucanie do pralki, wyciąganie, wywieszanie, składanie i... do szafy — wzbudzają w Jabłoni niechęć graniczącą z depresyjną niemocą.

Sadownik nienawidzi myć naczyń. Jabłoń lubi. Zwyczajnie się przy tym relaksuje. Pomysł kupna zmywarki gdzieś z tyłu głowy ma, ale nie musi się z tym jakoś specjalnie śpieszyć. Zmywa z przyjemnością.

Jabłoń. Sadownik. Umówili się dawno, dawno temu. Wiadomo, kto za co w Przytulisku odpowiedzialny jest. Rzecz miała miejsce w niedzielny wieczór, gdy Dwunożni długi weekend rozpoczynali.

Jabłoń:
(zameldowała, że z rana skończyły się jej cienkie skarpetki)

Sadownik:
(z lekkim wyrzutem w głosie, że to nie w porządku,
że mogła przecież powiedzieć, wyprałby...
)

Jabłoń:
(zreflektowała się, że troszkę pretensji w głosie miała)
Bardzo Cię przepraszam, ale odpaliło mi się
oprogramowanie Księżniczka 4.0.
Skarpetki wtedy nigdy się nie kończą, zawsze są,
pachną i czekają, aż łaskawie zaszczycisz je swoimi stopami.

Sadownik:
(po chwili)
To ja mam chyba error w oprogramowaniu Książę 1.0,
wypoczywałem po przyjściu ze szkoły,
ale z tyłu głowy miałem, że nie powinienem był.

Jabłoń:
Koniecznie musisz się zapdejtować!

poniedziałek, listopada 10, 2014

(1170+1). Szczęściarzy pęczek

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Cóż to był za weekend!
     Dyplomant studiował.
     Bliźniacza Liczba studiowała.
     Jabłoń studiowała.

Gdy dobiegał końca, zatrzymałam się myśląc o naszych Nauczycielach. O szczęściu, jakie mamy, że Oni na naszej Drodze. O dobrodziejstwie, jakim jest to, że Oni widzą w nas to, co my ledwo przeczuwamy...

Pozostałam z wdzięcznością w sercu.
Cudnie jest mieć świadomość, że właśnie stajemy się...

1170. Czas z Bliźniaczą Liczbą

Bliźniacza Liczba, Sadownik i Jabłoń:
(czyli fajni ludzie, fajne mózgi,
dwie doktory i dyplomant, przy stole świętują
)

Sadownik:
(„cuś”, niczym głupolom, tłumaczy)

Jabłoń:
Kochanie, zapominasz, że przy tym stole
inteligentni ludzie siedzą.

Sadownik:
Zagalopowałaś się!
(z niebywałą szczodrością w głosie)
Możesz sobie wybrać w którym miejscu.


*

Bliźniacza Liczba:
(protestuje)

Sadownik:
Nie ma dyskusji!
Jesteś mniejsza, młodsza i nie u siebie.

Bliźniacza Liczba:
(odgraża się, że zemści się we właściwym czasie)

Sadownik i Jabłoń:
(już się na to cieszą, bo wiedzą, kiedy to będzie)

poniedziałek, listopada 03, 2014

1168. Przed budzikiem

„usłyszałam” nie wiadomo skąd na kilka minut przed tym, gdy zapukał po mnie budzik:

czy kochasz swoje życie?
czy traktujesz je
        jak bezbronną i kruchą istotę,
        którą w rzeczy samej jest?

mądre. pomyślałam. delikatne. pomyślałam. ale kto to powiedział? zamiast odpowiedzi przypomniał mi się fragment rozmowy z Sadownikiem, który prawie dwa tygodnie temu rozbawił mnie do łez:

Jabłoń:
(z nieukrywaną dumą)
Zrobiłeś to!

Sadownik:
No tak… Nie, to nie ja,
to jakaś inna figura wewnętrzna.

no więc, ktoś we mnie nie spał na kilka minut przed budzikiem. to była jakaś inna figura wewnętrzna niż ta, która każe mi wyrabiać się z tym czy owym, najlepiej na ten-tychmiast lub na wczoraj.

niedziela, listopada 02, 2014

1167. ...

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Książka. Nie, powiedziałby Brr, broszura. W zasadzie to nawet broszurka. To cieniutka, ale bardzo ciężka księga o uczuciach wobec niemożliwego i niewyobrażalnego. Czyta się ją na raty i z duszą na ramieniu.

Dla kogo ta książka? Pytam samą siebie od prawie miesiąca, od chwili, gdy ją skończyłam. Pozostałam z pewnością, że to bardzo ważna księga, ważny głos w bezkresnej ciszy.

Dziś, dzień po tym, gdy paliliśmy światełka, czas zostawić po niej tutaj ślad, czas by odstawić ją w końcu na półkę.

*

Eksperyment (czas trwania: max. 10 minut):
   1. Przeczytaj, wszystkie wybrane poniżej cytaty od pierwszego do ostatniego.
   2. Przeczytaj jeszcze raz od ostatniego do pierwszego.
   3. Jest różnica? Ta książka jest chyba cała właśnie o tej różnicy, co wysłowiona być nie może, ale jest między wierszami, namacalna i wyczuwalna. Być może ta różnica to człowieczeństwa rys.

Ignorujemy dni, lecz one nas nie dostrzegają. Wloką nas za sobą, prowadzą w miejsca uderzająco podobne do tych, które znaliśmy. A jednak wszystko jest inne. Czy podczas naszej nieobecności ktoś poprzestawiał przedmioty? O wszystko się obijamy, ciągle się potykamy, ponieważ nie mamy zielonego pojęcia, dokąd trafiliśmy.

*

Dla kogoś takiego wszystko jest inne. Musi dopiero nauczyć się rozumieć to, co znane. Tam, skąd pochodzi, panuje niewymowność, tam nie musi niczego wyjaśniać. Tutaj, gdzie jest wiele niedoskonałości, za sprawą wiedzy, wygląda to inaczej. Tutaj myśleniem podarto wszystko na maleńkie kawałki.

*

Uprzejmie sadza się swoje ciało na krześle, a w myślach natychmiast się odchodzi, pozostawiając ciało własnemu losowi, z wyuczonymi skinieniami i gestami, z mówieniem przełączonym na automat.

*

Każda droga powrotna jest tą, która prowadzi nas dalej, do miejsc dla nas nowych.

*

Szedłem i szedłem, moje stopy prawie już o mnie zapomniały. W drodze od tego, co niewypowiedziane, do tego, co nie daje się wypowiedzieć.

*

Łatwiej jest nienawidzić ludzi, niż musieć z nimi żyć. Jeśli prawdą jest, że czasem umierają niewłaściwi, można by pomyśleć, że to inni powinni być martwi. Bardzo wielu żyjących, jeśli nie większość, stało się dla nas nie do zniesienia. W naszej obecności zabijają czas, na naszych oczach marnują życie. Ale samemu zdechnąć — co to, to nie. Ci wszyscy pewni siebie, którzy żyją tak, jakby znali odpowiedzi. Popatrz na nich, posłuchaj, poczuj.

*

Kobietę, która pochowała męża, nazywa się wdową, mężczyznę, który stracił żonę — wdowcem. Dziecko bez rodziców jest sierotą. A jak nazwać ojca i matkę, którym zmarło dziecko?

P. F. Thomése, Cień mojego dziecka,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.

1166. ...

wymarzyłam sobie niedzielę z kawą. dostałam. również kruche cudo na powierzchni filiżanki. zamyśliłam się postażowo, gapiąc się we wzorek... tak naprawdę nic w życiu nie jest oczywiste... wdzięczność zeszkliła mi oczy.

piątek, października 31, 2014

(1158+7). Po i kropka

*

po stażu pozostałam z pytaniem, które czeka na świeżą, głębszą odpowiedź:

czym, dla mnie
        jako terapeutki,
jest psychoterapia?

*

(1158+6). Po. (VI)

(1158+5). Po. (V)

(1158+4). Po. (IV)

(1158+3). Po. (III)

(1158+2). Po. (II)

Alternatywny tytuł wpisu:
1160. Życie na pięciolinii

(1158+1). Po. (I)

niedziela, października 26, 2014

(1150+7). Na zawsze już

Dwie kobiety w psie oko schwytane. Zdjęcie z Profesorą mam! Takie zdjęcia, ze mną w kadrze, lubię najbardziej. Nie ma mnie na nich, a jednak jestem. Pani Profesoro, dziękuję to mało... nigdy bardziej nie brakowało mi słów jak dziś, bo...

...właśnie to zdjęcie pozostanie we mnie do końca mego życia...

(fot. Pani Profesora, źródło)

czwartek, października 23, 2014

1156. Prezent na... bardzo długo

 wpis przeniesiony 12.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przemykałam w niedzielę między światami, Kudłatym i Pracującym. Znalazła się chwila na świat, w którym czekam na siebie, by odkryć, co teraz. Odebrałam książkę. Zaniemówiłam.

Piękny papier. Pięknie złożona. Każdemu rozdziałowi towarzyszy obraz, który powraca w powiększonych fragmentach. Każdy z tych obrazów to drzwi do innego świata, dalekiego a jednocześnie na wyciągnięcie ręki. Pierwszy zatrzymał mnie na bardzo, bardzo długo... jest niebywale precyzyjną wizualizacją doświadczania siebie, swego wnętrza.

Rembrandt Harmenszoon von Rijn, Medytujący filozof (źródło).

*

Wydzielam sobie stronę po stronie. Chcę, by książka na długo starczyła. To nie książka. To prezent. Ogromny.

Oddech jest jak obłok, wiatr, fala albo tęcza: jak najbardziej rzeczywisty, lecz niestały, zawsze obecny, lecz zawsze tylko na chwilę...

Christophe André, Medytacja dzień po dniu.
25 lekcji uważnego życia
, Czarna Owca 2014.

Po raz pierwszy miałam wrażenie, że jest ze mną coś jeszcze mniej uchwytnego, jeszcze bardziej niestałego niż wzór na kawie. W piękny jesienny dzień dostałam rozkwitniętą fuksję od pięknie uśmiechającej się Pani.

*

Miód na moje serce...

[...] są dwie drogi: droga intelektu (interweniujemy, działamy, mieszamy rzeczywistość z naszą wolą, przytomnością, naszymi wysiłkami) i droga doświadczenia (przyjmujemy nagą rzeczywistość i pozwalamy, by nas objęła, zamieszkała w nas, przeniknęła nas, odpuszczamy, zachowując jednocześnie niezwykłą uważność).
     W obu przypadkach, intelektu i doświadczenia, pozostajemy w związku ze światem. Żeby lepiej go zrozumieć lub lepiej doświadczyć. Obie drogi są doskonałe, każda na swój sposób. Żadna nie góruje nad drugą. Potrzebujemy ich obu. I musimy dbać o to, by pozostały sprawne i żywe.

Christophe André, Medytacja dzień po dniu.
25 lekcji uważnego życia
, Czarna Owca, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

1155. Tysiąc pięćset sześćdziesiąt plus

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Bez ściemy. Blog. Ten blog. Z założenia jest o moim punkcie widzenia, o moich wrażeniach, o tym, co przytrafiło się mi lub mojej głowie, co uznałam za ważne bądź znaczące. Krócej, o mnie. Filtrowane przez moje doświadczenie. Dla mnie. By zrozumieć. By zachować od zapomnienia. Wlazłeś tu człowieku na własną odpowiedzialność. Nikt cię tu siłą nie trzyma. Jeśli czytasz, spotykasz swoje wrażenia, reakcje, przekonania.

Kontakty z żywymi ludźmi rządzą się innymi regułami. Pozornie, bo niby rozmawiamy, ale on czy ona mówią do mnie, dla mnie lub mojego dobra. Niby stoją, siedzą obok mnie, twierdzą, że się ze mną widzieli, że mnie spotkali i wiedzą na mój temat wszystko. Przy takich zawodnikach odwracam się na pięcie i już mnie nie ma. Pozostawiam ich pewność w towarzystwie właścicieli tej ułudy.

Po 1560 dniach z okładem rozumiem do samej podszewki, widzę warstwy i umiem z łatwością radzić sobie z sytuacjami, w których, przykro mi to pisać, ale zwykle ona ni stąd ni zowąd zaczyna:
     — Wiesz, kobiety, które nie mają dzieci to [wpisz, co chcesz, ale nic dobrego]… a matki to [wpisz, co chcesz, ale samo dobro i uniesienie]…

Kiedyś takie rozmowy kończyły się ranami. „Łykałam jak leszcz”, a potem w gąszczu prawd najprawdziwszych musiałam szukać siebie, swojego życia i sensu.

Dziś. Patrzę na delikwentkę i wiem, że właśnie straciła z oczu mnie jako osobę. Niby mówi, ale daje wykład. Staję się w mgnieniu oka jednoosobowym gremium słuchaczy. Niby dla mnie cały ten wywód, ale tak naprawdę mówi do… siebie. Kiedyś doprowadzało mnie to do furii. Dziś, patrzę z lubością na samozwańczą wykładowczynię, na jej, rozkwitający jak na dłoni, konflikt wewnętrzny, który mi tak ładnie w kilku słowach wyłożyła na stół. Ona nie chce mnie oświecić, choć tak twierdzi. Ona przede wszystkim chce przekonać… siebie! To nie jest rozmowa. Ona o sobie, na swój temat do mnie nawija. Myślałam, że to spotkanie z człowiekiem, a nie odwiedzenie żywego bloga, którego czytać nie chcę.

Jeśli jednak człowiek-blog mnie ciekawi, ma u mnie kredyt zaufania lub mam bardzo dobry dzień, próbuję razem z nim zwiać z tego wykładu. Pytam, a jak to jest, tak konkretnie w twoim życiu? Jak doświadczasz siebie jako kobiety? Jak doświadczasz siebie jako matki? To mnie ciekawi. Interesujesz mnie jako człowiek. Wykład nie interesuje mnie wcale. Co ty na to?

Smutne w tym jest tylko jedno, gdy zrozumiałam tego typu sytuacje... przestały mi się przytrafiać.

Dojrzewałam do napisania tych słów. Dojrzałam. W zeszłym tygodniu na marginesie strony, na której znajdują się poniższe słowa, dopisałam »dotyczy też dzieci«.

Wszechświat może też nie być zainteresowany tym, czy mamy męża czy żonę, a bardziej naszym przeżywaniem miłości. Może nie interesować się naszym zdrowiem, a bardziej doświadczaniem życia, niezależnie od warunków, w jakich ono się odbywa. Wszechświat interesuje to, kim jesteśmy, i niezależnie od sytuacji i czasu wniesie do naszego życia wszystko, czego potrzebujemy, by stać się, kim powinniśmy być.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)

środa, października 22, 2014

(1148+5+1). Zatrzymana w liściu

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Osoba wdzięczna obdarzona jest wielką mocą. Wszelka bujność opiera się na wdzięczności za to, co już mamy.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.

*

Wróciła do mnie melodia. Akustycznie zagrana. Koniecznie.

Asaf Avidan, Reckoning Song.

(1148+5). Beth rozpala ogień

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dotknęła mnie. Przemieniła. Zatrzymała. Dzięki niej psie seminarium było nie tylko nauką, spotkaniem, zabawą. Było w równym stopniu wdychaniem szczęścia, smakowaniem chwil i celebrą życia.

Gdy zaczęłam ją czytać, przyszło mi do głowy, że chyba nic w niej nie znajdę, że mnie nie zaskoczy, bo za dużo Küblerowej czytałam, bo ona nic już dodać nie może. Myliłam się.

Wciąż nie znam właściwej odpowiedzi na pytanie: od której książki Kübler-Ross zacząć? Nie opuszczają mnie wątpliwości w tej kwestii, ale mam też niebywałą pewność, że wszystkie Jej książki są o Życiu. Soczystym.

Oto najważniejsza lekcja życia — należy odnaleźć nasze autentyczne ja i szukać go też u innych.

*

Ta wspaniała osoba, którą jestem, kryje się za wszelkimi okolicznościami i sytuacjami. [...] Zawsze pozostajemy poza okolicznościami — niezależnie od tego, czy jest to początek czy koniec naszego życia i czy cieszymy się sławą, czy poddajemy rozpaczy. Jesteś, kim jesteś, a nie swoją chorobą, ani też tym, co robisz. Życie jest trwaniem, a nie robieniem czegoś.

*

Szczęście i spokój w miłości znajdujemy tylko wtedy, kiedy poluzujemy warunki nakładane w miłości na siebie i innych.

*

Wycofanie się lub zniecierpliwienie często wynikają z niewiedzy na temat tego, co się dzieje z drugą osobą.

*

Wszyscy mamy marzenia dotyczące miłości, życia czy przygód. Niestety, dysponujemy też całą gamą powodów, które nie pozwalają nam nawet podjąć próby ich realizacji. Te powody niby nas chronią, choć tak naprawdę bardzo ograniczają.

*

     — A jeśli miłość nie polega na tym, by uszczęśliwić drugą osobę? A jeśli polega na byciu z nią?

*

     — Ludzie upadają, ale potem przy odrobinie szczęścia się podnoszą. Takie jest życie.
     Utrata w dużym stopniu przypomina upadek. Jest w niej coś archetypowego, niezależnie od tego, czy jest to utrata kogoś lub czegoś, utrata równowagi, czy czyjejś łaski. Przechodzimy przez ogień. Zmieniamy się, diament zyskuje szlif i staje się brylantem.

*

[...] nie musimy panować nad zdarzeniami, by coś, czego bardzo pragniemy, jednak nastąpiło.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)

wtorek, października 21, 2014

(1150+2). Moja ulubiona Profesora

Moja kudłata Nauczycielka... miłości, uważności, prawdziwości, wszystkiego co najważniejsze w relacjach. W obiektywie Pani Profesor. Skłamałabym, pisząc, że nie czekałam na Jej spojrzenie utrwalone w zdjęciach. Dziękować, dziękować, dziękować...

(fot. Pani Profesor, źródło)

poniedziałek, października 20, 2014

(1150+1). Kudłaty uwielb

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kolejne ALTO-OBI-Seminarium z Asią za nami. Gdy gapiłam się, jak ćwiczą inne psy, co chwilę spotykałam w sobie myśl lub uczucie świadczące o tym, że psy czynią nas lepszymi, szczęśliwszymi ludźmi... Gdy w sobotę po wszystkim całą ludzką ferajną siedzieliśmy przy stole, pomyślałam nie po raz pierwszy, że mam ogromnego farta, móc dzielić czas z takimi ludźmi. Na każdej twarzy choć przez chwilę zawiesiłam wzrok. Dziękować, dziękować, dziękować...

*

Asia, w wersji pies, chyba border,
         demonstruje, co suka sobie myśli.

Ja, w wersji „gdzie odłożyłam mózg”,
         układam sobie w głowie i ciele.

Heniutka, w wersji kudłaty aniołek,
         czeka na partnerkę do pracy.

Uwielbiam te chwile.

(fot. Sadownik)

(fot. Sadownik)

piątek, października 17, 2014

1150. Kudłate Święto

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Już jutro!
Wszystko przygotowane.

Zabawa to radość, która wykracza poza wszelkie granice. [...] Zabawa to wewnętrzna, ale uzewnętrzniona radość. [...] Zabawa powoduje, że wszystkie aspekty naszego życia nabierają więcej sensu.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)

środa, października 15, 2014

1149. Nie myl!

mój Nauczyciel podarował mi dziś słowa, które postanowiłam zachować, literka po literce:

małżeństwo
       niektórym
myli się
z adopcją.

*

Sadownik:
(w zachwycie wyjmuje ciepłe z piekarnika)
Dziękuję!

Jabłoń:
Proszę bardzo, bo wiesz,
to miłość, nie adopcja.

wtorek, października 14, 2014

1148. Mi wystarcza!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W zeszłym tygodniu nim zdjęłam z półki jedną z książek, by pożyczyć ją Wspaniałej Kobiecie, tknęło mnie. Sprawdziłam. Zamówiłam. Ostatnią, napisaną przez Elizabeth Kübler-Ross.

Być może synchronicznie wraz ze Wspaniałą Kobietą teraz czytamy tę samą Autorkę. Uśmiecham się na tę myśl.

Odebrało mi dzisiaj mowę, gdy przeczytałam następujące słowa:

Kiedy nasze życie nam wystarcza, nie potrzebujemy niczego innego. Jakie to przyjemne uczucie. Nasz świat nam wystarcza.

Elizabeth Kübler-Ross, David Kessler, Lekcje życia. Specjaliści od śmierci
i umierania zdradzają tajemnice życia
, Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)

niedziela, października 12, 2014

1147. Tysiąc pięćset sześćdziesiąt

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

1560. Tyle dni zajęło mi dojście od dnia, w którym zdecydowałam się założyć bloga, do dnia dzisiejszego. Długa droga, dużo historii, trochę książek.

Choć odebrałam ją w dniu jej premiery — przesuwanej dwukrotnie — musiała poczekać, aż przeczytam Drugą, Trzecią i Kapitana. Pomogła mi zrozumieć, co się ze mną działo po drodze do dziś.

Kiedy otoczenie nie jest gotowe was usłyszeć albo kiedy otaczająca was narracja przeczy temu, co przeżyliście, niesienie świadectwa jest trudne, a nawet niebezpieczne. Mówić to narazić się na wykluczenie. Milczeć to zgodzić się na odcięcie części swojej duszy.

*

Samodzielne myślenie daje ogromną satysfakcję. Niestety, utrudnia czerpanie wsparcia z mitów, które dzielimy z innymi. Trudny wybór: między szczęściem, jakie daje bezpieczna zależność, i radością podążania własną drogą, na której często czujemy się samotni.

*

[...] dwa węgielki rezylencji [...]: zrozumieć i marzyć.

*

Nie, nie nienawidzę i nie przebaczyłem. [...]
Nienawiść zamyka nas w więzieniu przeszłości. By z niego wyjść, trzeba zrozumieć, nie przebaczyć.

*

Każde marzenie dotyczące przyszłości zmienia nasze odczuwanie teraźniejszości.

Boris Cyrulnik, Ratuj się, życie wzywa,
Czarna Owca, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

sobota, października 11, 2014

1146. ...

fakty są mniej ważne niż uczucia.

*

cisza
     miara odległości między
     ludźmi sobie najbliższymi.

*

cisza czasem jest pełnią. czasem morderstwem. ktoś w nas umiera, ale też jednocześnie ktoś w nas się rodzi.

piątek, października 10, 2014

1145. Święto współistnienia

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dwa dni temu. Plan. Był. Nie wypalił. Racjonalny powód spotkania wyparował. Tylko przez chwilę były zakłopotane. Okazało się, że plan, choć świetny, był tylko racjonalnym powodem, by się spotkać.

przy kawie
        coach i psychoterapeutka,
        kobieta i kobieta,
        autorka i autorka,
światy wielokrotne.

dziękuję. zachowuję tutaj, by mieć łatwy dostęp do magii, którą współtworzą za każdym razem.

1144. Branson!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gra Pomidor. Rozłożona w czasie i przestrzeni.
Człowiek. Pracujemy. Pojawia się postać. Branson! Nie mam pojęcia, kto to jest.
I dobrze, w przypadku pracy „nie wiedzieć” to ogromny plus.
Inny człowiek. Inny czas. Branson!
Rozmawiam z Tolinim a On mówi... Branson!
Jeszcze inny człowiek. Jeszcze inny czas. Branson!
Zdziwiona? Nie. Branson! Branson! Branson!

Odebrałam książeczkę. Jak powiedziałby Brr, broszurę, sto szesnaście stron. Na jeden ząb. Porusza te kawałki człowieka, co kilka marzeń w garści trzymają. Fantastyczne uczucie.

Spełniaj swoje sny, ale żyj w realnym świecie.

*

Wierzę w siebie i w to, czego chcę. [...] Wierzę w ręce, które pracują, w umysły, które myślą, i w serca, które kochają.

*

Jeżeli postawisz przed sobą wyzwanie, rozwiniesz się. Zmieni się twoje życie. Pozytywniej spojrzysz na świat. Nie zawsze łatwo jest zdobyć to, czego się pragnie, ale nie można przestać próbować. Nigdy nie mów „nie mogę”. Powiedz sobie za to: „Będę starał się dotąd, aż mi się uda”.
     Z mojego punktu widzenia, istnieją dwa rodzaje wyzwań. Jeden to wykonywanie swojej pracy najlepiej jak się da. Drugi — to poszukiwanie przygód. Staram się robić jedno i drugie.

Richard Branson, Zaryzykuj — zrób to! Lekcje życia,
Wydawnictwo Natalis, Warszawa 2014.

wtorek, października 07, 2014

1143. Z akcentem na zachwyt

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

czekałam. podglądając przez szybę,
czytałam ludzkie twarze.
czysta była to przyjemność.

*

Instalując się w sali usłyszałam najpiękniejszą wymianę myśli między dwu­dzie­sto­let­nim studentem, co czasu na nic nie ma, a jego starszawym wystarczająco Lekto­rem, co rozkoszuje się każdą chwilę życia. Student zapytał:
     — Jak się pozbyć akcentu?
Lektor odpowiedział:
     — A po co chce się pan go pozbywać? Akcent to piękna, indywidualna rzecz! Jak będzie pan mówił z królewskim akcentem, to będzie to bardzo źle odebrane. Będzie pan przecież udawał kogoś, kim pan nie jest.

*

Łomolę więc dziś osiemdziesięcioletnim Leonardem, co w pozornie idiotycznie prosty tekst wplótł — jak zwykle — poezję ludzkiej potrzeby odkrywania prawdy i miłości.

Leonard Cohen, Did I Ever Love You, 2014.

1142. Niepodległość w związku

Pan Ciasteczko:
(miał wrócić w poniedziałek)

Jabłoń:
(cieszy się, że choć zasypiała sama,
obudzi się obok Sadownika)

Sadownik:
(według zegarka we wtorek kładzie się do łóżka)
MOOOJE łóżko, MOOOJA kołdra...
(mości się nie dowierzając)

Jabłoń:
(po chwili)
Mówisz moje łóżko, moja kołdra, a ja?

Sadownik:
Ty jesteś swoja!

poniedziałek, października 06, 2014

(1135+6). Kochać być kobietą, zazdrościć (?) mężczyznom

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są dwie chwile w życiu, gdy żałuję, że nie jestem mężczyzną — tylko przez moment, ale jednak niezmiennie to się zdarza.

Pierwsza, gdy dostaję kwit na badania okresowe i mam nasiusiać do pojemniczka. Czyli dziś. Zazdroszczę mężczyznom wtedy łatwości w ogarnięciu tego tematu.

Druga, pomyślałam o niej w sobotę, w trakcie warsztatu pt.:

Mit urody a Twoje piękno,

który miałam zaszczyt, ale i ogromny przywilej poprowadzić w ramach kończących się POP-Kreacji. Jak za dotknięciem różdżki było Wszystko. Tylko czekałam, aż wybije, zakwitnie, zachwyci. Kobiecość. Zmysłowość. Siła. Ważność. Celowość.

Pozazdrościłam terapeucie-mężczyźnie, bo jeśli prowadzi warsztat dla mężczyzn, to ma szansę patrzeć na rozkwitającą na jego oczach psychologiczną i duchową męskość w kilkunastu mężczyznach zgromadzonych w tej samej czasoprzestrzeni.

*

Klatka z filmu produkcji Alice's Cat od czwartku znajduje się na pulpicie mojego komputera. Honoruje nie tylko pracę Autorki, ale również moją wakacyjną pracę nad sobą — to był niesamowity czas. Alice, thank You! Również za kudłaty epizod w filmiku.

sobota, października 04, 2014

1140. Kapitan

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W ostatni mój sopotni ranek postanowiłam zdezerterować z dwóch wystąpień. Polazłam na plażę, zachwycając się latem w środku września. Zaległam na piasku i podziwiałam przechodzących ludzi. Ruch ich ciał gadał do mnie o pragnieniach i spełnieniach Delektowałam się nie tylko swoim istnieniem. Ludzie i psy, bo parę czworonogów przeparadowało przed moimi oczami, to niezwykłe istoty! — pomyślałam nie raz.

Ni stąd ni zowąd na jedenastej ujrzałam jacht, idący na silniku w stronę Górek Zachodnich. I tknęła mnie tęsknota. Siedemnaście lat nie byłam na wodzie. Zatęskniłam za życiem na wodzie, które jest zupełnie inne niż to na lądzie. Może jednak wymienię swoje stare papiery na żagle na nowe, by ich użyć? — przyszło mi do głowy.

Po kilku dniach, gdy mi nie przechodziło, doniosłam o tym napadzie Seniorowi. Od słowa do słowa ustaliliśmy, że wyśle mi link do strony Człowieka, co ruszył w samotny rejs dookoła świata bez zawijania do portów. Zajrzałam. Poczytałam. Obejrzałam. Zamówiłam książkę o poprzednim rejsie Kapitana Cichockiego.

Przyszła. Odłożyłam. Bo czytałam Drugą. Kończąc Trzecią nie miałam wątpliwości, że czas na Życie — rejs Kapitana Cichockiego był dokładnie tym, czego mi trzeba było. Gdy siedziałam na sopockim piachu, On ósmy dzień był w rejsie. Gdy czytałam wczoraj poniższe słowa, był już w morzu prawie miesiąc:

Marzenia mają jednak to do siebie, że po ich spełnieniu pozostaje pustka i konieczność wyznaczenia nowych celów. Nie sprawi mi to problemu. Jeszcze nie wiem kiedy, nie mam pojęcia jak, ale muszę tu wrócić. I wrócę na pewno. A na razie żegnaj, Hornie, Hasta la vista.

*

[15.05.2012] Od jutra zaczynamy z Ewą i Mikim przygotowania do kolejnego rejsu. Dookoła świata. Bez zawijania do portów. Samotnie. Ale nigdy, przenigdy sam.

Uśmiechnęłam się w duchu. Skończyłam książkę. Rejs, który na kartach książki jest przyszłością właśnie jest Teraźniejszością. Jestem pełna podziwu. Zaglądam do Kapitana i kibicuję historii, która się pisze. Zacieram ręce, że powstaje też nowa książka. Mam taką nadzieję.

I pamiętaj, co powiedział Lec: „Nadzieja jest wprawdzie matką głupich, co nie przeszkadza jej być uroczą kochanką odważnych”. [...] Mam jeszcze jeden aforyzm, akurat na czasie. „Jest tylko jedno lekarstwo na duże kłopoty — małe radości”. To Karl H. Waggerl. To co? Robimy omlet? Z dżemem!

*

Jestem spokojny. Przecież poza mną na jachcie nie pozostało już nic do unicestwienia.

*

[rok 1983]
     — Co takiego?
     — No, żeni się
[Kapitan]!
     — Zapytaj, czy musi.
     — Musisz?
     — Nie, mamo.
     — Mówi, że nie musi. — Znowu chwila szeptów. — Tomek, przecież myśmy jeszcze nie wyrazili zgody.
     — Ja was nie pytam o zgodę, ja was  i n f o r m u j ę!

*

Samotność jest dla umysłu tym, czym dla ciała dieta. Wolność to stan umysłu. Miłość to akt świadomego wyboru. [...] Ale kto powiedział: „Wolność to zdolność do samodyscypliny”? (Wiem, wiem — Georges Clemenceau).

*

[...] tak jesteśmy skonstruowani, że dochodzimy do prawdy — swojej prawdy — w rozmowie.

*

Uwielbiam to uczucie zawieszenia poza czasem, kojącego spokoju, wyciszenia i zupełnego braku myśli. To nie tyle pustka w głowie, ile inaczej ożywczy przeciąg wymiatający z zakamarków mózgu wszystkie lęki, frustracje i złe emocje.

*

Ciekawe, jakby to wpłynęło na przestępczość, gdyby ludzi skazywano na opłynięcie świata w pojedynkę zamiast na więzienie. Taka podróż równa się 10 miesiącom samotnego zamknięcia i ciężkich robót.

*

[...] po raz pierwszy od 312 dni całowałem ukochaną żonę. Może właśnie po to opłynąłem świat? Po to pokonałem niemal 34 tysiące mil, przetrwałem 17 sztormów, wywrotkę jachtu na rozszalałym Oceanie Indyjskim, awarie bodaj wszystkiego, co mogło się zepsuć, i większości tego, co zepsuć się nie miało prawa? [...]
     Bo po cóż by innego? Wystarczy jedno spojrzenie na globus, by zrozumieć, że samotny rejs dookoła świata rozumiany wyłącznie jako podróż nie ma sensu — wraca się przecież w to samo miejsce, z którego się wyruszyło. Ma sens jedynie wtedy, gdy stanie się podróżą w głąb własnej duszy.

Krzysztof Cichocki, Zew oceanu. 312 dni samotnego
rejsu dookoła świata
, carta blanca, Warszawa 2013.

czwartek, października 02, 2014

(1138+1). Za życie! (II)

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na eFce był, a może wciąż jest, nie śledzę, łańcuszek — nie przytoczę dokładnie, ale mniej więcej brzmi on tak: 10 najważniejszych książek w moim życiu. Owa zabawa i mnie bezskutecznie próbowała dosięgnąć. Dziesięć? Jak to możliwe, że ktoś żyje 20+, 30+, 40+, 50+ lat i nie ma problemu z wybraniem dziesięciu książek, które dla niego są ważne? Co robi z resztą znaczących pozycji książkowych? Czy zdarza mu się ubolewać, że najważniejszych książek w dziesiątce zamknąć się nijak nie da?

Traktuję tę zabawę jako świetną dla tych, co przeczytali w życiu nie więcej niż setkę książek, w tym Krzyżaków, Potop i Naszą szkapę. Mają nieocenioną, może jedyną okazję, by wykazać się czytelnictwem. Podobno statystyczny Polak czyta 0.5 książki na rok. Fantazji mi nie starcza, by oczyma wyobraźni ten wskaźnik zobaczyć i zrozumieć. Może właśnie stąd mój imperatyw czytania, spotykania ludzi, ich myśli i uczuć, ich przemyśleń i przeżyć zatopionych w bursztynie literek.

*

Czytając drugą, odnotowałam fakt istnienia trzeciej. Zamówiłam. Odebrałam. Dwa dni i w poniedziałek było po wszystkim. Po raz pierwszy mam trudność pewną, która polega na tym, że książka miałaby stać wśród tych, które Autor krytykuje.

Panie Anatolu, napisał Pan wspaniałą książkę dla tych, co przy życiu wciąż są. Uśmiałby się Pan, gdyby się Pan dowiedział, ile razy doprowadził mnie Pan do łez bardzo różnego rodzaju od wzruszenia po czystą radość. Życie jest cudem, tajemnicą, przygodą — myślę sobie nieustannie od momentu, gdy zaczęłam Pana czytać. Nie sądzę, by chciałby Pan mieszkać na tej samej półce co Elizabeth Kübler-Ross czy Susan Sontag. Obiecuję Panu, pomyślę, jak to rozwiązać. Zastanawiam się, czy Panu łatwo byłoby wybrać 10 najważniejszych książek w Pana życiu?

Jeśli idzie o mnie, po tym jak otarłem się o śmierć mam wrażenie, że samo pozostawanie przy życiu to nieustanny orgazm.

*

Czas przestał być niewinny, już nic nie było zwyczajne. Zrozumiałem, że mam w życiu nieprzekraczalny termin.

*

Nie jestem lekarzem, do roli pacjenta także dopiero się wprawiam. Ale jestem krytykiem i jako chory w stanie  k r y t y c z n y m  powinienem spożytkować mój zawód. Początkowo choroba była dla mnie serią niepowiązanych wstrząsów i w pierwszym odruchu próbowałem okiełznać ją, budując dla niej narrację. W sytuacjach skrajnych zawsze tworzymy narracje. Opisujemy to, co się dzieje, jakbyśmy chcieli zapobiec katastrofie. Gdy inni dowiadywali się, że jestem chory, opowiadali mi o własnych chorobach i o chorobach przyjaciół. [...] Milczenie jest w sensie dosłownym zamknięciem sklepu z człowieczeństwem.

*

Płacząc z radości, zrozumiałem, jak cudownie jest po prostu funkcjonować. Moje ciało, które od dziesięciu, dwudziestu lat było już tylko moją przebrzmiałą miłością, dobrym, ale niepodniecającym znajomym, stało się na nowo przedmiotem mego zadurzenia.

*

Ochota sama w sobie jest odmianą nieśmiertelności.

*

To, że człowiek postanawia się oszukiwać, to jedna sprawa; jako rodzaj praktycznego solipsyzmu odpowiada to pewnej wyobrażonej rzeczywistości. Ale jeśli ktoś inny, kto ma bez porównania słabsze powody, by kłamać, zacznie mu przytakiwać, wszystko, co powie, zabrzmi jawnie fałszywie.

*

Powiedziałem mu [ przyjacielowi] zatem: „To, czego dokonałeś i kim jesteś, to przeciwieństwo porażki. Skoro budzisz  m ó j  podziw — dodałem nieskromnie — nie poniosłeś klęski.

*

Becker nie oczekuje rzeczy niemożliwych: „Zdaje się, że to, co każdy z nas może w najlepszym razie zrobić, to coś  u l e p i ć  — jakąś rzecz albo samego siebie — by następnie porzucić to, że tak powiem, na pastwę siły życia”.

*

Każdy pacjent potrzebuje reanimacji metodą usta-usta, a rozmowa jest pocałunkiem życia.

*

Chciałbym umrzeć po swojemu. To jest mój dom, moje życie, moja śmierć, moi przyjaciele. Czemu nie?

*

Śmiertelnie chory chce przede wszystkim, by go zrozumiano. Umieranie jest nieporozumieniem, które trzeba wyjaśnić, nim odejdziemy. A nie będzie nas można zrozumieć — nasza sytuacja pozostanie niepojęta — dopóty, dopóki bliscy, którzy wpatrują się w nas z zakłopotaniem i miłością, nie dowiedzą się do końca, czym jest nasza choroba.

*

[...] tylko uczuciowość przemawia na naszą obronę.

Anatole Broyard, Upojony chorobą. Zapiski o życiu i śmierci,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

(1132+6). Za życie!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wróciłam z Sopotu zatrzaśnięta, wsobna, wyłącznie dowewnętrznie skierowana. Zewnętrzny świat, choć ważny, nie był dla mnie najważniejszy. Słowa, które stanowią dla mnie podstawową formę kontaktu ze światem, odmówiły współpracy — były zbyt płaskie, zbyt mało znaczące, niemówiące, nietłumaczące niczego, co się wewnątrz mnie działo.

Bywa — pomyślałam, ale gdy trwało to kolejny tydzień, po kolejnym już tygodniu, pomyślałam, że może czas przyzwyczaić się do tego, że zamieniam się w niemowę, że nie ma już nic, co chciałabym powiedzieć, napisać, za czym chciałabym stanąć murem, zaprzeć się i nie popuścić na centymetr.

W Sopocie odkryłam, że jest kilka książek, o których nie miałam pojęcia. Wisienka, jako prelegentka, mówiąc do wszystkich zgromadzonych, uświadomiła mi, że brak mi jednej ważnej książki. Wróciłam do Wawy. Zamówiłam. Po drodze okazało się, że jest jeszcze jedna, którą przegapiłam. Dotarcie do niej było prostsze, ponieważ wyszła w tym roku. Czytając ją zamówiłam trzecią.

Wszystkie trzy o umieraniu, o życiu na końcu życia traktujące. Skończyłam czytać drugą i trzecią pod koniec zeszłego tygodnia. Mam wprawę, nie zdziwiło mnie, że książki o umieraniu są książkami o życiu świadomym, intensywnym, podmiotowym.

Buzuje we mnie życie, które dziś w szczególny sposób świętuję. Dawno nie czułam pulsu życia tak jak dziś. Wisience podziękowania ślę za każde wypowiedziane słowo i za książki, które dzięki niej stanęły na najważniejszej dla mnie półce. No i... łomolę Here's to Life! Druga jest warta paru chwil naszego życia, jest niczym przyprawa.

*

Barbra Streisand, Here's To Life.

Słowo „projekt” zrobiło dziś oszałamiającą karierę. Nasz sposób życia staje się również projektem. Już nie marzymy, nie planujemy, nie doświadczamy wizji, zwątpień, pragnień. Już nie szukamy, nie lenimy się, nie zmieniamy zainteresowań, już nie jesteśmy ciekawi niespodzianek. Stajemy się realizatorami projektów. Kolejny poranek nie niesie radości i tajemnicy: co się dziś wydarzy? Dzień nie zaczyna się od spojrzenia w niebo i słuchania ptaków. Zaczyna się od grafiku i terminarza. Nowy dzień jest częścią projektu. Należy mieć projekty, uczestniczyć w projektach, przygotowywać projekty. Projekty są wiecznie młode, żywotne i nieśmiertelne. I kpią sobie z naszych słabości. My również na podobieństwo naszego nowego idola mamy być wiecznie młodzi, żywotni i nieśmiertelni. Nasze ciało, umysł, wyobraźnia, zmysłowość już nie należą do nas i do naszego życia, są częścią projektu. Zmuszane za wszelką cenę do życia projektami, do biegu, wigoru, wyścigu, konkurencji, zmieniają nas w istoty kompulsywne i nieszczęśliwe. Płacimy wolnością i radością życia.

*

Zmiana życia z nekrofilijnego (gdy żyjemy dla przedmiotów, projektów) na biofilijne (gdy żyjemy dla życia) jest ratunkiem dla naszego świata. Fromm wypowiada znamienne słowa: „Gdybyśmy naprawdę kochali nasze dzieci, nie byłoby wojen”.

*

Wydaje się, że tworzenie jest aktywnością skrajnie wsobną. Jesteśmy tu wyłącznie sami ze sobą. Nic i nikt nas nie obchodzi. Zapominamy o bożym świecie nad twórczą robotą, czy to będzie gotowanie zupy, czy tkanie dywanu, czy modlitwa, czy równanie matematyczne, czy pisanie wiersza. Ale, o niespodzianko! O paradoksie! Hermann Hesse zwraca uwagę, że w ostatecznym rachunku tworzenie to nie tylko samotnicze zajęcie — to pozbywanie się siebie, dawanie.

*

Baśń pośrednio, między linijkami, dzieli się swoją mądrością: nie ulegaj stereotypom, nie przyjmuj pierwszego narzucającego się rozwiązania, nie bój się, odrzuć je i próbuj dalej.

*

Życie baśniowego bohatera rozpoczyna się od opuszczenia na zawsze domu rodzinnego, by u kresu wędrówki znaleźć inny dom — dom własnej duszy — spełnienie życia.

*

Pragnienie znalezienia własnej drogi życia, odkrycie mitu własnego życia spędzało nam przez lata sen z powiek. Kiedy ustaje to pragnienie? Czy w okresie umierania trzeba się go wyrzec?

*

I nigdy za mało podkreślania, że wolność nie jest jedynie kwestią filozoficzną, ale codzienną praktyką życia.

Jadwiga Wais, Bracia Grimm i siostra Śmierć.
O sztuce życia i umierania
, ENETEIA, Warszawa 2014.