poniedziałek, października 21, 2024

5516. Z oazy (CCLXXXIX)

Wielonie­dzielne odgruzowywanie literek, trzy. Nie było planu na zakup czy czytanie tej książki, ale ani się obejrzałam, a ibukosknera przyniósł mi ją w zębach, szczerząc się ze szczęścia, bo kiedy ostatni raz udało mu się upolować coś za piętnaście złotych polskich? No, kiedy? Nie pamiętałam.

Lubię bardzo sposób, w jaki Autor układa obok siebie literki i ani przez chwilę nie byłam zła na ibukosknerę, że się ze mną nie skonsultował w sprawie tego zakupu. Książka przejmująca, ale to, co ze mną pozostanie na zawsze to dwa pierwsze aka­pi­ty. Gdy wczoraj kończyłam wybieranie fragmentów, wróciłam właśnie do nich. I by­ło pewne, że po­ślizgnie się publikacja tego postu, bo musiałam obejrzeć Nanette. Musiałam obejrzeć dwa razy.

Jestem przyzwyczajona, że z książek wydłubuję inne książki, innych autorów, pio­sen­ki, obrazy, fotografie, ale wydłubanie Nanette na długo pozostanie dla mnie nu­merem jeden skutków ubocznych czytania.

Zanim się dowiedziałem, kim właściwie są Żydzi, już byłem antysemitą.

Zdałem sobie z tego sprawę stosunkowo niedawno, oglądając po raz ko­lej­ny Nannette, stand-up Hannah Gadsby, australijskiej lesbijki w spektrum autyzmu, wychowanej na Tasmanii. Hannah mówi w pewnym momencie, że zanim zdążyła się zorientować, że jest lesbijką, już była homofobką. No oczywiście. Przesiąka się tym wszystkim, co w naszej społeczności oczy­wi­ste. Nasiąka jak piach tym, co podskórne, co właściwie nie musi być wypowiadane wprost. Wiadomo, że pedał jest czymś obrzydliwym. Wiadomo, że Żyd jest czymś obrzydliwym. Wiadomo, że nie jest kimś, tylko czymś.

Kiedy się w końcu dowiedziałem, kim są Żydzi, mogłem powoli zacząć prze­sta­wać być antysemitą.

Przepaść nas nie przecina, przepaść nas otacza. Albo może i otacza, i zaraz przecina, i zaślepia, i ogłusza. Nicość nie istnieje.

🖇 🖇

Hannah Gadsby, Nanette, 2018.

Historia sztuki nauczyła mnie, że istnieją dwa typy ko­biet: dzie­wi­ce lub kurwy. […] Małe dziewczynki miały tylko te dwa wybory. I zawsze kazano nam wybierać. I w tym ca­ła sztu­czka. Patriarchat to nie dyktatura. Masz przecież wybór!

(tamże)

🖇 🖇

     – W moim rodzinnym mieście – mówię do Michaela, z którym znów po­pi­jam kawę w DeRevo – Polacy mordowali Żydów. Ale przede wszystkim kielczanie mordowali kielczan, sąsiedzi zamordowali sąsiadów.

🖇

Myślę, nie wiem już za kim – Konstantym Gebertem? Grossem? Tokarską-Bakir? – o wojennej traumie przemocy jako źródle społecznego zwy­rod­nie­nia. O tych destrukcyjnych momentach, gdy przemoc staje się normą.

🖇

Kościele katolicki, światowi przywódcy religijni, co zrobicie na Bałkanach, co zrobicie w Rwandzie? Wasz romans z nazizmem zdmuchnie ogólno­świa­to­wa amnezja? A co wasze gorące pocałunki z Cyrylem i Putinem?

🖇

Tak, największym zagrożeniem nie było gestapo, tylko sąsiedzi. Którzy węszyli korzyści albo mieli nadzieję, że w ten sposób unikną kary i sami ocaleją. A więc chciwość i strach. Bieda i strach. Nędza i zwierzęce instynkty.

🖇

     – Jako profesjonalny Żyd – Michael znów się śmieje – sporo rozmawiam z Polakami o Żydach. Ale też rozmawiam z Żydami o Polakach, o Zagładzie i Polakach. I kiedy mówią, że Polacy to świnie, pytam ich, czy myślą, że oni na waszym miejscu zachowywaliby się inaczej. Pytam ich po prostu: Jak myślicie, jak wy byście postąpili na miejscu tych świń?

🖇

Jest takie powiedzenie, że wystarczy jeden człowiek, by zabić sto osób, ale potrzeba stu osób, żeby uratować jednego człowieka.

🖇

Gdyby nie było tych wojen, jacy ludzie żyliby teraz na świecie? A jacy nie? Od takich rozważań można zwariować – mówi dziadek – można oszaleć. Lepiej tak nie myśleć, […], zobacz, spójrz, spójrz tutaj, „zobaczysz w lustrze kogoś, kto odziedziczył wszechświat, zobaczysz kogoś, kto jest tu przy­pad­kiem”.

🖇

a dorośli
[…] 
nie umieją odpowiedzieć
dzieciom
na proste pytania
bo czy istnieją proste pytania
teraz
teraz nie ma już
ani jednego prostego pytania

🖇

     – Szkoda, że dinozaury wymarły – wzdycha Witek.
     – No właśnie nie wymarły, nie całkiem w każdym razie. To znaczy te, któ­re przetrwały, wyewoluowały w ptaki. Kura to dinozaur. Dodo to di­no­zaur. Paw to dinozaur. Gołąb to dinozaur.
     – Gołąb to dinozaur?!
     – No dobra, prawnuk dinozaura. To wszystko są odległe prawnuki. Pra pra pra pra pra pra pra pra. W każdym razie przed dinozaurami nie było ptaków.

🖇

Sporo czasu minie, zanim zrozumiem,
że odwaga to nie jest brak strachu.

🖇

Imiona, jak wiemy, mówią o człowieku wszystko […]. Z tymi imionami, zda­je się, jest dokładnie tak jak ze znakami zodiaku – w końcu to, że ktoś się urodził na przykład 22 listopada, w skrzyżowaniu gwiazdozbiorów Skor­pio­na i Strzelca, ustawia jego charakter na wieki wieków amen. Co tam geny, pff, dajcie spokój! Gwiazdy! Gwiazdy, które świecą miliony lat świetl­nych stąd, a w te konstelacje poukładane są według astrologicznego wi­dzi­mi­się sprzed setek i tysięcy lat – to ma największy wpływ, to nas pro­gra­mu­je i ustawia schematy działania, to nam magicznie wbija w serca al­go­rytmy temperamentu i relacji z innymi ludźmi. Nie geny, nie wychowanie, nie przypadek, gwiazdy!

Mateusz Pakuła, Skóra po dziadku,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

Nic się nigdy nie kończy, a jednocześnie wszyst­ko kończy się w mgnieniu oka, to znaczy gaśnie i roz­błyska na no­wo, czyli wszystko trwa w nie­skoń­czo­ność […]. Nie ist­nie­ją żadne granice czegokolwiek.

(tamże)

niedziela, października 20, 2024

5615. Z oazy (CCLXXXVIII)

Wielonie­dzielne odgruzowywanie literek, dwa. Czysty przypadek i wpadła mi w rę­ce. Dziesięć krótkich opowiadań o czasie wolności, niewidoczności i samo­sta­no­wie­nia, bo społeczno-rodzinne wnykom powypadały wszystkie śrubki. O czasie, gdy oczekiwania, które trzymały kobiety w szachu przez dziesięciolecia, zwyczajnie za­rdze­wia­ły i rozleciały się w pył. Osobiście uwielbiam niewidoczność, mimo że jest zwie­lo­krot­nio­na w związku z moim doświadczeniem niepełnosprawności.

Nie gadaj tyle, bo cię zjedzą motyle. Co wolno wojewodzie, to nie tobie, smro­dzie. Dzieci i ryby głosu nie mają. Jak zapragnęła mieć coś tylko dla siebie, usłyszała, że chytruska, samolub. Jeśli się rozpłakała – beksa. Gdy nauczyła się wstrzymywać łzy, ale z nadmiaru emocji zdarzało jej się wark­nąć, pytali: co z tobą, dziecko, szatan w ciebie wstąpił? Nie przynoś wstydu, nie rób przykrości, zachowuj się.
     Powiedziano, że nie wolno wychodzić za linię, trzeba pisać równo, nie jak kura pazurem. Że słońce nie może być narysowane czerwoną kredką, kto to widział, patrz, jakiego koloru są słońca na rysunkach u pozostałych dzieci. Że syreny nie istnieją, ani wróżki, ani duchy. Że nie zaczyna się zdania od więc. Jak nie wiesz, lepiej się nie odzywaj, a nawet jak wiesz – zachowaj dla siebie. Starsi zawsze mają rację, wiedzą, co dobre. Trzeba się słuchać. Nie dyskutuj, nie filozuj. I uspokój się.
     A ja tak bardzo potrzebowałam, by się nie uspokajać.

🖇

Życie zmarnowałam na szukaniu recepty, jak być kochaną, ale błądziłam, bo nie ma dobrej odpowiedzi na tak postawione pytanie. A wiesz dlaczego? Bo w tym pytaniu kobieta występuje w stronie biernej i póki nie zrozumie, że bierna strona wcale jej nie służy, będzie tkwiła w sidłach. Pasywna nie ruszy z miejsca. Ani o krok. Ani o milimetr.
     Powiedziałam więc sobie: moja droga, droga wolna, podążaj tam, gdzie pożądasz.

🖇

[…]  polizał mnie księżyc. Musiałam spać mocno, snem sprawiedliwej, nie pamiętam niczego, lecz rano w lusterku dostrzegłam we włosach ślad tego liźnięcia. Kilka srebrnych pasm, jakby językiem starł wierzchnią warstwę, zlizał kolor i blask, zostawiając białe niteczki, ledwie widoczne pośród burzy ciemnych, a przecież siwe. Zaczeszę na bok, nikt się nie pozna, wieczorem nałożę farbę, będzie po sprawie. Ale właściwie kto miałby się poznać. I na czym.

🖇

Raz podczas spowiedzi powiedziałam księdzu, że dłużej nie dam rady, niech mi Bóg dopomoże, na co z konfesjonału padło, że muszę nieść swój krzyż. Od tam­tej pory z Bogiem rozmawiam bez pośredników, a diabłów w su­tan­nach unikam jak ognia.

🖇

[…]  huknęła: idź pan w piiiii… reneje. Poszedł, dał spokój. Ale te Pireneje pamiętam do dziś. On, myślę, że też. Takich Pirenejów nie da się łatwo zapomnieć.

🖇

Serce może pęknąć cichutko, nikt nie zauważy. […]
     Bywa, że serce pęka z hukiem. Jak pompowany zbyt długo balonik, który rósł i rósł, aż wypełnił całą przestrzeń, nie zmieścił się w zbyt ciasnych ra­mach i trach. Koniec. Zostało kilka sflaczałych gumowych resztek, nic się już z nimi nie da. Tylko na śmietnik.
     Czasem rozpada się w drobny mak, na kawałeczki. Nie ma możliwości, by takie serce pozbierać i skleić w jedno, tysiąc lat nie starczy. Wtedy na­peł­nia się kle­psy­drę, przesypuje jak piasek, odmierzając czas. A czas podobno ma moc, by uleczyć. Chyba że wcześniej przyjdzie śmierć. Ona też jest sku­tecz­na, ze wszystkich lekarstw najskuteczniejsza.
     […]  Każde serce pęka na swój sposób. Tyle rodzajów pęknięć, ile złamanych serc.

🖇

Nas kobiet jest sześć. Która choć raz bała się, że coś takiego może jej się przydarzyć? Obstawiam, że każda. Która z nas doświadczyła zagrożenia? W ten czy w inny sposób? Bo ktoś za nią szedł? Namolnie się gapił? Po­wie­dział coś, co sprawiło, że poczuła się niepewnie? Z nas sześciu pięć na pew­no. A która nie musi sobie wyobrażać, bo wie? Bo ją spotkało? Bo przeżyła?
     Nasze ciała wiedzą. Nasze ciała pamiętają. Niczego nie musimy sobie wyobrażać.

🖇

[…]  jestem ci sobą.
     Jestem, która jestem, i złego nie pamiętam, bo po co wracać tam, gdzie bolało, skoro można w tym czasie pielęgnować dobre.

🖇

Patrzę cierpliwa, a między nami wszystko dojrzewa, zaczyna przekwitać, czas zbierać owoce, nacieszyć się ich smakiem, a resztę powkładać w słoiki, odłożyć na zimę. Dobrze jest mieć coś słodkiego w zapasie. Szczególnie wte­dy, gdy wszystkie pierwsze razy za nami, gdy nie ma pewności, który z tych razów okaże się ostatnim.

🖇

Nie muszę mówić, że nigdy nie jest tak, że klamka zapada na amen. Obie wiemy, że gdy mocno chcieć, drzwi z klamką, która za­padła, wyważasz kopniakiem i wiejesz.

🖇

Każda sobie sterem, każda okrętem, sobie przystanią. Ryczące czterdziestki, wyjące pięćdziesiątki, frywolne sześćdziesiątki, a dalej tylko silniejsze, wi­chry, wichrzycielki, z takich sztorm, strach się bać. Gotowe przerwać rejs i zawinąć do portu, jeśli najdzie nas ochota, bo przecież po to w życiu nad­cho­dzi czas pauzy, żebyśmy mogły wreszcie przystanąć, przestać gnać, po­myśleć w końcu o sobie i sobie sprawić przyjemność, nie innym.

🖇

Jezu, ufam sobie i idę tam, gdzie mi nie wolno, gdzie mi nie wypada, gdzie nie sięga żaden zabobon, do miejsca, w którym kończy się ta płaska ziemia a dalej podobno tylko przepaść, tam podążam. Jasność myślenia moim świa­teł­kiem w tunelu. Do stracenia nie mam nic, zyskać mogę wiele, przede wszystkim siebie, swoją moc.

🖇

Baba baobab, bao, boa, baba jest wężem, kusi z drzewa wiedzy, rwij, kosz­tuj, smakuj, gryź, nie żałuj sobie, weź jeszcze, dokładkę, wiedzy nigdy dość, bo im więcej wiesz, tym większą masz świadomość, jak jednak wciąż mało. Nienasycona, żądna posiąść, ile tylko zdoła, gotowa się z tobą po­dzie­lić. Wiedźma. Kapłanka, bogini, mędrczyni. Baba. Boa. Zrzuca skórę węża, zmienia postać, ulega przeobrażeniom i deformacjom. Starucha a dziew­czyn­ka, kobieta a jednak mężczyzna. Kto to ta baba. Baba Jaga. Baba Ja.
     Odmieniona przez wszystkie przypadki, bez wyjątków, w szyku prze­staw­nym i w dodatku tak bezczelnie zadowolona, mówią, że nie przystoi, komu nie przystoi, babie już wszystko przystoi, wszystko jej stanie i nie­po­trzebny do tego jędrny biust, o wiele ważniejszy jest jędrny mózg.

🖇

Mam za sobą wszystkie te, które były tu przede mną, moje przodkinie, moje poprzedniczki. Babki, prababki, z których się składam, krew z krwi i ciało z cia­ła. […]  Jest we mnie i tamta, która po śmierci przysiadła na parapecie pod postacią motyla cytrynka. I wszystkie te, o których nie wiem nic, daw­niej­sze prapra […].
     Zaprawdę powiadam wam, nie ma czego się bać, wkrótce po babim lecie nadejdzie kolejna pora. Pora wracać. Tam, skąd przybyłyśmy.

Marta Dzido, Babie lato,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2024.
(wyróżnienie własne)

[…]  kto wie, ile nasz świat jeszcze potrwa, ile mu zo­sta­ło, ile zo­sta­ło nam. Czas kurczy się dla każdego z nas tak samo, a wiadomo, że najlepsze imprezy są zawsze wte­dy, gdy musisz się zbierać do domu. […]
     Nic nie mów. Ja ciebie też.

🖇

Za nasze zdrowie – mówi. Odpowiadam: za naszą kruchość i za naszą boskość.
     Za nasze wszystko
.

🖇

[…]  kiedy mówię: nie, raz powinno wystarczyć. Nie. Ja? Agresywna? To pan jest namolny, jasno się prze­cież wyrażam.

(tamże)

5614. Z oazy (CCLXXXVII)

Wielonie­dzielne odgruzowywanie literek, raz. Wtedy, nie mogąc oso­biście pójść przejrzeć swoich książek w północnej części ula, szukałam w internetach okładki niebieskiej książeczki, która w la­tach dziewięćdziesiątych pełniła w moim życiu rolę modlitewnika. Po co szukałam, tego już niestety nie pamiętam. Skończyło się na klik, klik, enter, enter i wie­czor­nym pytaniu Sadownika: mała, po­wiesz mi, co za książkę zno­wu kupiłem?

Leonard Cohen, Słynny niebieski prochowiec. Wiersze i piosenki,
przeł. Maciej Zembaty, Wydawnictwo Pomorze, Bydgoszcz 1990.

*

Leonard Cohen, I'm Your Man,
koncert w Londynie w 2009.

Gdy czekałam na podróżującą do mnie wyklikaną książkę, o której nie miałam po­ję­cia kilka wciśniętych enterów wcześniej, zaczęłam łomolić londyńskim koncertem z 2009 roku. Łomoliłam, jak na siebie, dość nietypowo. Zamiast zapętlonego jed­ne­go kawałka, zapętliłam cały koncert. Dzięki temu odkryłam niebywałą moc ca­łości wydarzenia, jakim był ten koncert. Łomoliłam, dopóki nie przyszła. I zapadła ci­sza, bo zaniemówiłam… z zachwytu.

Wściekle magentowa wyklejka. Szyta książka. Zacna gramatura papieru. Światło na każdej stronie. Że się kiedyś lu­dziom chciało trzymać poziom! Nie opuszczało mnie uczucie uszczęśliwionego, oczytanego ciut, dino­za­u­ra sprzed ery konsumpcjo-cen­tu­sio-paleolitu go­spo­darczego ostatniej Rzeczy­po­spo­li­tej. A potem okazało się, że od­na­lazł mnie mo­dli­tewnik na resztę mojego życia. Napasłam nim wzrok, dotyk i Duszę.

Zatrzymałem się, aby posłuchać, ale nie nadchodził. Spróbowałem jeszcze raz i towarzyszyło temu poczucie utraty. Gdy poczucie to zaczęło się po­głę­biać, usłyszałem go znowu. Przestałem przestawać i przestałem zaczynać, pozwoliłem się przygnieść niewiedzy. Ale to już była strategia i, jako taka, zupełnie nie zadziałała. Wiele czasu, lata całe, zmarnowałem w tak po­nu­rym nastroju. Teraz się targuję. Proponuję guziki w zamian za jego mi­łość. Błagam o miłosierdzie. On z wolna ustępuje.

🖇

Powróć do smutku, w którym ukryłeś swoją prawdę.

🖇

Usłyszałem, jak moja dusza śpiewa za liścia, zerwałem liść, ale wtedy usły­sza­łem, jak śpiewa zza welonu. Rozdarłem welon, a wtedy zaśpiewała zza muru. Rozwaliłem mur i usłyszałem, jak moja dusza śpiewa przeciwko mnie. Odbudowałem mur, naprawiłem zasłonę, ale nie mogłem sprawić, aby liść wrócił na swoje miejsce. Trzymałem go w dłoni i usłyszałem, jak moja dusza śpiewa z wielką mocą przeciwko mnie. Tak to jest, kiedy nauki zgłębia się bez przyjaciela.

🖇

[…]  masz tu odrobinę światła,
współmierną do twojej odwagi”.

🖇

Spada w oczach ludzi i we własnych oczach taże spada. Spada z wysoka […]. Do ciebie spada, spada, aby cię poznać. To smutne, powiadają. Patrz­cie, jak się poniżył, mówią ci, którzy depczą mu po piętach. On tymczasem spada promieniście w stronę światła, ku któremu zmierza. A oni nie widzą, kto podtrzymuje jego spadanie, nie widzą, jak się owo spadanie zmienia, on sam jest tak oszołomiony, że z serca wyrywa mu się błogosławieństwo dla tego, który daje mu oparcie. Ale to właśnie w spadaniu dobiega go okrzyk serca, to serce tłumaczy mu cały sens spadania i to, dla­cze­go spa­dać mu­siał. Poddaje się więc spadaniu.

🖇

Przemierzam korytarz prowadzący od zębów do pęcherza, rozgniewany, w morderczym nastroju […]. Znajdź mnie tu […] . Włącz mnie na powrót w swoje miłosierdzie tatami gorzkiej piosenki i nie oddzielaj mnie od moich łez.

🖇

Przyjacielu, wiem, że kiedy wysławiasz się tak ostrożnie, to dlatego, że nie wiesz, co powiedzieć. A ja słucham tak, by nie powiększać twojego zmie­sza­nia. Odpowiadam, kiedy tylko mogę, abyś nie czuł się jeszcze bardziej osa­mo­tnio­ny. I tak, pod parasolem optymizmu, toczy się nasza rozmowa. Kie­dy sygnalizujesz jakieś emocje, potwierdzam je. Gdy pro­wo­ku­jesz, po­dej­mu­ję wyzwanie. Powierzchnia jest gruba, ale niepozbawiona wad i mam nadzieję, że potkniemy się o którąś z nich.

🖇

Z każdej strony piekła nadchodzą potwierdzenia mojej zachłanności. O tarczo Abrahama, potwierdź moją nieustającą nadzieję.

🖇

[…]  śmierć biegnie do mnie z poplamioną białą flagą poddania. […]  Unieś mnie z nowym sercem i starą pamięcią […]. Rana otwiera wszystkie serca, poczucie wygnania jest coraz bardziej powszechne, cały świat staje się wspo­mnie­niem twojej nieobecności. […]  Porozmawiaj ze swoim dzieckiem o uzdrowieniu, tu, w tym miejscu, które zajmujemy przez chwilę.

🖇

[…]  każdy naród wybrany, aby być narodem — żadna z tych ziem nie na­le­ży do was, wszyscy jesteście złodziejami świętości, wszyscy prowadzicie woj­nę z miłosierdziem. Ale kto to powie? Czy Ameryka powie: Ukradliśmy je? Czy Francja ustąpi? Czy Rosja przyzna się do winy? Czy Polska powie: Zgrzeszyliśmy? Wszyscy nadymają się tylko na skrawkach prze­zna­cze­nia, pysznią się nietykalnością przesądu.

🖇

Bo jesteście tylko nabrzmiali ulotną chwilą. Bo nie mocujecie się ze swo­im aniołem. […]  Bo w swojej bojaźni uwierzyliście, że zwy­cięzca nie kuleje.

🖇

Wyrwij moje serce z fantazji, wyprowadź je ze złudnej tajemniczości, ty, któ­ry znasz tajemnice każdego serca i którego miłosierdzie stanowi sekret tęsknoty. Pozwól każdemu sercu ogłosić własny sekret […]. Rozbudź na no­wo moje serce nieskończonym tchnieniem, którym mnie wypełniasz, wy­do­bądź tajemnicę z ciemności.

🖇

Duszo moja, pozbieraj mnie wokół własnej tęsknoty […].

🖇

Kiedy nie ogarnia mnie wściekłość ani smutek, a ty oddalasz się ode mnie, wtedy boję się najbardziej. […]  Nie zapominaj o mnie, kiedy jestem za­do­wo­lo­ny. Bo gdy serce wdzięczy się do samego siebie, upada cały świat. A ja znowu jestem sam pośród skorup i łupin.

🖇

Opłakujemy utracone, a wtedy przypominamy sobie o tobie. Szukamy się nawzajem, nie możemy odnaleźć samych siebie, wtedy przypominamy so­bie o to­bie. […]  Czy to możliwe? — dziwimy się. A tu jeszcze śmierć. Czy to naprawdę możliwe? I starość. Nic o tym nie wiedzieliśmy, nigdy się nie prze­ciw­stawiliśmy, odebrano nam najlepsze tereny i zniszczono szczęśliwą rodzinę. […]  A tu i tam, pomiędzy siedemdziesięcioma językami i setką ciem­no­ści — coś jest, coś pobłyskuje, najodważniejsi zbierają siły, by roz­pa­lić światła skruchy.

🖇

Nie wiedząc, dokąd iść, idę do ciebie. Nie wiedząc, w którą stronę się zwró­cić, zwracam się do ciebie. Nie wiedząc, jak mówić, mówię do ciebie. Nie wiedząc, czego się trzymać, przywiązuję się do ciebie. Kiedy gubię drogę, wytyczam drogę do ciebie. Kiedy pobrudzę serce, wznoszę je do ciebie. Kie­dy marnotrawię swoje dni, przynoszę ich do ciebie cały stos. Szeroki go­ści­niec zasypany jest gruzem, wędruję do ciebie po włosie. […]  Pokonany przez ciszę, znajduję miejsce, w którym cisza jest trudniejsza do uchwy­ce­nia. I oto w porażce pojawia się otwarcie. […]  Błogosławiony, którego imię w tym świecie istnieje.

🖇

Stwórz świat na nowo, postaw nas, tak jak zrobiłeś to już wcześniej, na fun­da­mencie swojego światła.

🖇

Szarpałem się z kształtami i z liczbami, ciosałem ostrzem i cio­sa­łem ro­zu­mem, żeby zrobić miejsce na schronienie dla duszy, ale nie znalazłem go.

🖇

Niech twoja mądrość wypełni moje osamotnienie, wznieś
na tych ruinach swoją wyrozumiałość.

🖇

Nie pozwól iskrze mojej duszy zgasnąć w jednostajnym smutku. Daj mi owo pęknięcie wznieść ku tobie, do tego świata, gdzie pęka się z miłości.

🖇

Wystaw moją twarz na promienie miłości. […]  byle nie tu, nie zostawiaj mnie tu, gdzie zapomniano o śmierci, a nowinki szczerzą zęby.

🖇

Błogosławiony bądź, który dałeś każdemu człowiekowi
tarczę samotności, aby nie mógł cię zapomnieć.

Leonard Cohen, Księga miłosierdzia,
przeł. Daniel Wyszogrodzki, Rebis, Poznań 2017.
(wyróżnienie własne)

Ale ty tu jesteś. Zawsze tu byłeś. Świat i tak o wszystkim zapomina, a serce to furia pomieszanych kierunków, lecz twoje imię jednoczy serca, a świat zostaje przez ciebie wy­nie­sio­ny na swoje miejsce. Błogosławiony, który w ser­cu podróżnika czeka na swoją kolej.

🖇

[…]  pozwól mi zdobyć się na odwagę radości.

(tamże)

środa, października 16, 2024

5613. W warzywniaku (VI)

Jabłoń:
(pod wrażeniem, że gdy majstruje się
rehabilitacyjnie przy szczęce,
to luzuje sie bark
)

Rysia:
(kwituje drzewne zadziwienie)
Człowiek ma wiele końców,
za które można pociągnąć.

🍆

5612. 290/366   // Łódeczka dla Białego Kruka

uśmiecham się, bo gdy­by to był samotny rejs wokół świata, powoli za­czy­na­li­byśmy się szykować na redę, by Cię przy­witać. dwadzieścia dwa miesiące każde z na­szej trójki samotne jest na swój własny sposób z powodu Twojej, Biały Kruku, ta­jem­ni­czej podróży.

ja wciąż w telefonie mam* zapisany Twój numer telefonu.

290/366

_________
  *  mam również wszystkie esemesy, które do siebie wy­sła­li­śmy przez ponad siedem ostatnich lat Twojego życia przed po­dró­żą za kres tego świata.


Autor(ka) nie do ustalenia.

Tak, wyjechać to zawsze trochę umrzeć, a umrzeć – to zawsze dorównuje nieco ja­kiejś tajemniczej podróży.

*

A śmierć to wielka przygoda, z której wę­dro­wiec nie po­wra­ca, zanurza się w nie­zna­nym i więcej już nie pisze kartek pocz­towych do bliskich.

Sándor Márai, Szkoła biednych,
przeł. Irena Makarewicz, Czytelnik, Warszawa 2024.

5611. Poza słowami (XIX)

 
 
fot. Hawwa, fragmenty.

wtorek, października 15, 2024

5610. Panna cotta (CXXXIX)


ilustr. Bruno Bozzetto.

[  — ale dlaczego machasz ogonem, skoro nikogo nie ma?
    — uśmiecham się do całego świata…]

5609. 289/366

mądrość, która mi służy od lat, i którą po­winnam powtarzać jak mantrę co dnia — wol­no, wolniej, jeszcze wolniej — czasem nie zdąży przeciwdziałać ani rozpędzonej chęci na­tych­miast czy ale już!, ani znie­chę­ce­niu, gdy zdarzy mi się utknąć, mimo ogro­mu sta­rań, na dłużej, niż bym chciała, w miej­scu, w któ­rym nie chcę być.

już wiem! tej mądrości nie brakowało ni­cze­go poza szaliczkiem z wyha­fto­wa­ny­mi sło­wa­mi: doceń kierunek, który obrałaś, by nabrała niezbędnej mocy, by dać sobie radę już zawsze z roz­pę­dzo­ną niebezpiecznie chę­cią czy każ­dym na­tych­miastale już!

289/366

poniedziałek, października 14, 2024

5608. [*]   // 288/366

ten chłopiec podarował mi Bliźniaczą Licz­bę. patrzę na jedno z poniższych zdjęć i sły­szę, i nie chcę nigdy przestać słyszeć Jego sprężystych kro­ków sprzed wielu lat.

jak niesamowitą był osobą świadczy nie­ogar­nial­na dziura, z któ­rą od dziś mu­si­my na­uczyć się żyć, nie gubiąc ani grama wdzięcz­no­ści za chwi­le, gdy namolnie nas nauczał, że życie to czas wypełniony wspa­nia­ły­mi chwilami.

288/366

Faraday
(2010–2024)


fot. Bliźniacza Liczba, fragmenty.

To ni­gdy nie jest tylko pies. To ro­dzina.

Fredrik Backman, Zwycięzcy,
przeł. Anna Kicka, Marginesy, Warszawa 2023.

5607. Pracując nad rzeźbą…

Sadownik:
(wraca do ula, staje w drzwiach
i fachowo komentuje
)
Hmmm, widzę, że mięsień
nadgrzebieniowy się ćwiczy.

Jabłoń:
(patrzy na Rysię z wyraźnym
znakiem zapytania na twarzy
)
?!?

Rysia:
(uspokaja Drzewko)
Nie obraża cię.

🍆

niedziela, października 13, 2024

(5605+1). Suplement do…

5605. Zamieniając ziarnka piasku w perły (X)


Autor(ka) nie do ustalenia.

doświadczenie jest zawsze silniejsze
niż krytyk wewnętrzny
.

Perła

5605. Zamieniając ziarnka piasku w perły (X)

skąd TO wiesz?
*
intencja, by zrobić coś bardziej, jest pierwotna,
ale potem i tak dzieje się… tajemnica!

KD • Teacher
na jaki wtórny proces wskazuje krytyk wewnętrzny,
przed którym tak bardzo chce cię ochronić.

*
sygnał jest nitką,
która wciąga w nieznane.

★ ★

sobota, października 12, 2024

5604. 286/366

trój­bój. w jego ramach dyscypliny:
zauważaj, zaufaj*, pójdź** za tym!

mam zamiar go uprawiać już co dnia,
bo tylko wtedy czuję, że żyję.

286/366

_______
   *   że to ma sens.
  **  by odkryć tajemnicę.

czwartek, października 10, 2024

5603. 284/366

zaplanowałam, za mało zrobiłam, prze­szłam, wy­my­śli­łam, prze­czy­tałam, na­pi­sa­łam, za mało? za mało!

zgadzam się — w ciągu ostatnich trzech dni zdecydowanie było za mało zachwytu nad drobiazgami two­rzą­cy­mi wspa­nia­łe ele­men­ty mojego uniwersum.

284/366

poniedziałek, października 07, 2024

5602. 280–281/366  // Panna cotta (CXXXVIII)

     — to, na czym sku­piasz uwagę na ciut dłu­żej, przemienia cię, zauważyłaś? — zapytała mnie wczoraj od niechcenia świa­do­mość.

dziś syn­chro­nicz­ność podsunęła cytacik, a ja? i wczoraj, i dziś w niemym za­chwy­cie, na którego wyrażenie trudno znaleźć wła­ściwe słowa.

280–281/366

Tutto ciò che percepisci ha il potere di farsi reale. Fai atten­zio­ne, dunque! Tutte le avventure, tutte le vittorie e le cadute che affronterai nel Viaggio sono già scritte dentro di te!
  — Valeria Rivis
[Wszystko, co wyczuwasz, ma potencjał, by uczynić cię realnym. Więc uwa­żaj! Wszystkie przygody, wszystkie zwycięstwa i upadki, któ­rym przyjdzie ci stawić czoła na Drodze, są już zapisane w tobie!]

piątek, października 04, 2024

5601. Łomoląc historią

Gdy na urlopie czytałam poniższy fragment, pomyślałam, że zbiorę się i w końcu z poczty wydłubię otrzymane zdjęcia, zrobione w rodzinnym mieście poety/pieśnia­rza. Dziś przyszedł ten dzień.

W młodości łomoliłam Nim całymi latami. W ilu ludzi młodość wpleciony jest ten charakterystyczny głos? Z wieloma osobami mogłabym się przerzucać ulubionymi utworami. Zajęłoby nam to całą noc, a mimo to żaden kawałek nie powtórzyłby się dwa razy, jestem pewna. A gdyby przysiadł się pan Maciej, to i tydzień mogłoby być dla nas za mało, ale za to święto byłoby ogromne.


fot. El Sciur.

*

Ła­pa­ła rytm i mia­ła swo­je szla­gie­ry, co znać by­ło z oży­wie­nia, ja­kim za­twier­dza­ła mój wy­bór. Mo­im ner­wom Co­hen nie był do ni­cze­go po­trzeb­ny, ale ją ko­ił lub roz­krę­cał, za­wsze nie­nad­mier­nie, po­zwa­la­jąc nam unik­nąć nie­po­żą­da­nych wah­nięć. Hey, That’s No Way To Say Go­od­bye  to­wa­rzy­szy­ło nam przez do­bre kil­ka mie­się­cy par­tią swo­ich ryt­micz­nych schod­ków, ła­god­nym, acz wy­ra­zi­stym stop­nio­wa­niem uczuć, z li­nią ka­ta­ryn­ko­wą, pro­wa­dzo­ną na po­wol­nie roz­krę­ca­ją­cej się kor­bie. Da­wa­ły­śmy ra­dę to wy­tań­czyć: ja od­po­wia­da­łam za par­tię nóg, ona za stre­fę gór­ną eks­pre­sji. […]
     Re­je­stro­wa­ła cia­łem ko­lej­ne pro­gi mu­zycz­nej nar­ra­cji. „Ty, patrz, cze­ka, aż bę­dzie re­fren” – za­ga­jał mój oj­ciec. Od­po­wia­da­łam mru­gnię­ciem, by nie prze­rwać transu.
     Mia­ła si­łę na dłu­gie se­kwen­cje tań­ca, na śmiech.

Eliza Kącka, Wczoraj byłaś zła na zielono,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2024.

*

Leonard Cohen, Hey, That's No Way To Say Goodbye,
koncert w Londynie w 2009,
Dino Soldo (harmonijka ustna), Javier Mas (mandora).

you know my love goes with you
as your love stays with me

czwartek, października 03, 2024

5600. Zawieszony listek

Zawieszona kawa — tak nazywa się bar w Rzymie. Nawiązuje on do nea­po­litańskiej tradycji płacenia za dodatkową kawę dla kogoś, kogo na nią nie stać.

Są choroby, których nie ogarniesz w pojedynkę, nie ogarniesz w ży­cio­wym duecie czy mocą całej ro­dzi­ny i przyjaciół. Po­trze­bujesz Lu­dzi, których być mo­że nigdy nie spotkasz.

Musisz zna­leźć w so­bie miej­sce, w którym masz pew­ność, że istot­nym jest, by dać tym Ludziom wy­bór, a nie decydować za nich, że wojna w Ukrainie jest ważniejsza, że wal­ka ze skutkami powodzi jest ważniejsza, że kryzys humanitarny na Bli­skim Wscho­dzie jest waż­niej­szy niż Twoje mierzenie się z tą chorobą.

Gdyby więc zawieszony listek dla Jabłoni był czasem ważniejszy, to całym Stadem z góry dziękujemy.

Choć nigdy nie damy rady się odwdzięczyć, mam nadzieję, że fan­ta­stycz­ne dziewczyny, na których pracę niezmiennie usiłujemy mieć środ­ki finan­so­we, i uparte, współtworzone przez niesamowite Osoby, „uśmiechną” Cię i za­du­mają nie raz nad pięknem chwil, które podarowuje nam wszystkim Los każdego dnia.

*
    Fundacja Dobro Powraca
    konto: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001
    tytuł przelewu: Dorota Cendrowska
    IBAN: PL 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001
    SWIFT: BREXPLPWWRO

Osoby fizyczne, a także spółki osobowe, mogą odliczyć
od kwoty do opodatkowania do
6% dochodu (PIT),
a osoby prawne do 10% dochodu (CIT).

______________
     *  tę piękną grafikę wymyśliła i wykonała przekochana Kaan, a Jabłoń, cóż, popłakała się ze wzruszenia, na ile sposobów można ją czytać.

5599. Powroty…

Jabłoń:
(pertraktuje nocną pomoc, bo wtedy
spróbuje, po dwóch nocach przerwy,
trzecią noc spać w sypialni, po prawie
piętnastu miesiącach rehabilitacyjnego
łóżka w drugim końcu ula
)

Sadownik:
Chcesz u mnie zależakować?

Jabłoń:
(podchwyciła natychmiastowe skojarzenie)
Jak wino! Upijesz się mną?

Sadownik:
O, nie, nie, nie!
Po winie jest kac-gigant.

Jabłoń:
Ja jestem zero procent!

środa, października 02, 2024

5598. 276/366

zwyczajnie niezwykły punkt w czaso­prze­strze­ni: letnie sto­liczki na zewnątrz, ba­bio­let­nie łagodne słoneczne ciepło na twarzy, jesienne dary natury, zimowa herbata w me­nu i — jak nic! — re­in­kar­na­cja siostry Heniutki we wróbelku, który od­waż­nie krę­cił w naszym kierunku głową, żebrząc ze skra­ju bla­tu sto­licz­ka obok. orze­chem wło­skim po­czę­sto­wa­ny został z radością nie raz.

zdrowi ludzie przychodzą tam na szybką ka­wę, drobne spo­tka­nia biznesowe w casu­al­ach, po bagietkę na zakwasie czy cro­is­san­ta, a ja dałam się tam wczoraj zabrać, by de­lek­to­wać się chwi­lą życia poza domem.

276/366

Nareszcie jesień. Szczęśliwie nadeszła ko­lej­na pora roku. Aż chciało się dziękować za wszystko z całego serca. Uczucie, o ja­kie za młodu nigdy by się nie podejrzewała.

Chisako Wakatake, Pójdę sama, przeł. Dariusz Latoś,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2023.

[…] wczesną jesienią. […] po­czu­cie, że coś dobiega końca, nim człowiek jest rze­czy­wi­ście go­tów się z tym rozstać.

Gillian McAllister, Nie to miejsce, nie ten czas, przeł. Anna Tomczyk, Wydawnictwo Znak, Kraków 2023.

poniedziałek, września 30, 2024

5597. Z oazy (CCLXXXVI)

Nie­dzielne odliczanie literek, tomik drugi. Poślizgnięte na dobie skrzętnie od­mie­rzo­nej przez wszystkie zegary w ulu. Już wiedziałam, czego się spodziewać. Nie dał więc rady mnie przewrócić. Pewnie za chwilę będzie dostępny no­mi­no­wa­ny tomik. Język mnie kusi, odcień zatrzymanych w wer­sach doświadczeń mniej. Na pewno nie sięgnę po niego w listopadzie. Listopad trzeba po prostu przetrwać bez dorzucania dodatkowych odcieni szarości.

Teraz tak samo jak wtedy
Na spotkanie ze mną podbiegło
NIC NIGDZIE NIGDY i NIKT

🖇

Wybrałam znak Bliźniąt
[…] 
z otwarciem oczu pojęłam też
że odtąd nigdy nie będę sama
bo na zawsze będziemy we dwie
ja widzialna i niewidzialna ja
ja i ja współistniejące

we dwie
rozmawiamy ze sobą
czasem spieramy się
ale ufam jej
mnie niewidzialnej
szybciej ode mnie dociera do sedna
[…]

ja niewidzialna
zaskakuję mnie widzialną
swymi możliwościami
kiedy widzialne ja
ledwo wlecze na nogach
obolałe plecy

🖇

Nikt nie usłyszał wycia psa
we mnie

🖇

…z niczym tu przyszłam
i odejdę z niczym
i wkrótce będzie jakby mnie nie było.

🖇

Kiedy byliśmy razem
do kogo odbiegałam myślami
kiedy byliśmy razem
w czyich książkach błądziłam
słowa jakie
przychodziły mi na myśl
gdy odbiegałam od ciebie
moimi ślepymi myślami
kto mi teraz przywróci tamte dni

ale jest już za późno
skoro się wie jak to jest
kiedy jest się bez ciebie

🖇

Przycupnęłam na literce w środku alfabetu
Jak ptak na kruchej gałązce
Umieram ze strachu
Umieram ze wstydu
Że nie udźwignę cierpienia
Zaczajonego za progiem
Boję się pytać co będzie dalej
Także – czy dalej jeszcze coś jest

Urszula Kozioł, Momenty,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022.

czarna chwilo
zniknij się
chcę do mnie wrócić
wrócić do „po staremu” ale
którędy

(tamże)

5596. Z oazy (CCLXXXV)

Nie­dzielne odliczanie literek, tomik pierwszy. Poślizgnięte na dobie skrzętnie od­mie­rzo­nej przez wszystkie zegary w ulu. Pokarało mnie ciut. Nominacje do ogól­no­wio­sko­wej za­gro­dy literackiej przejrzałam w zeszłym tygodniu. Znów mi się poe­zji zachciało. Znów od nominowanego tomiku odbiłam się, więc dwa inne na­by­łam. Mocne. Tak moc­ne, że po sprawdzeniu wieku poetki wiedziałam, dlaczego są aż ta­kie. Nie mogą być inne. Boli w nich nie tylko czas, ale przede wszystkim precyzja wypowiedzi.

Wodzę za tobą myślami
wodzę za tobą słowem
przekazuję cię innym
do pamiętania
bylebyś był
tak czy owak
żebyś był

🖇

To co było
trwa nadal
ale jest jakieś inne

inne jest to
albo my
staliśmy się jakoś inni

ja i to
nie pasujemy do siebie
ja i to
rozmijamy się ze sobą
ja i to
jest i nie jest
a jeśli trwa
to trwa jakby inaczej
jakby gdzie indziej
jakby nie tu i nie teraz

moje ja
jest już jakby beze mnie
trzeba mi przejść z nim na ty
i mówić o sobie „ona”

ja ty i ona
to wciąż jedno i to samo
ja
ni mniej ni więcej

🖇

nikt się nie dowie
o czym myślałam przed chwilą

🖇

choć nie nadążam
przecież gdzieś zdążam
przeczuwam mgliście

🖇

Rozminęłam się ze sobą na ulicy
czyżbyśmy się nie rozpoznały

dopiero w chwilę potem taka myśl
to chyba byłam ja
ale nie jestem pewna

czyżbym pomyliła siebie z kimś innym?

🖇

nietrudno zgadnąć że klucząc tak
i skacząc po tematach
próbuję przed sobą zataić
że kolejna szara komórka
osiwiała mi tej nocy

🖇

Pod najcichszą myślą
zaczaił się krzyk

🖇

[…]  na półeczce razem z kamyczkami
tymi wiernymi wspornikami gasnącej pamięci
z których każdy inną potrafił snuć opowieść
z tysiąca i jednej nocy
i był milowym kamieniem na przystankach podróży
to tu to tam

kto zmusił mnie żeby dziś opłakiwać
ich zniknięcie z mojego domu
żaden z nich nie był dla mnie śmieciem
wprost przeciwnie
były mi drogie

🖇

chcę zasnąć
złożyć na poduszce głowę
może akurat dzisiaj w moim śnie
zechce mi się pojawić ten
którego nie ma?

🖇

nie chcę dłużej połykać łez
wysmuć się smutku

Urszula Kozioł, Ucieczki,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

musiałam nauczyć się
milczenia
chciałam istnieć wymijająco
incognito

zamiast odpowiadać na pytania
mamrotałam: nie wiem
agnosco

niebawem stanę się tym albo tamtym
ale to nie zależy ode mnie
a ja nigdy się tego nie dowiem

od kogo

🖇

to co nieuchronne
musi się wypełnić
przed tym co nieuchronne
nie ma dokąd uciekać
ani gdzie się skryć
no więc zaczekam tu
tutaj jestem (gdyby ktoś pytał)

(tamże)

niedziela, września 29, 2024

5595. 273/366  // Panna cotta (CXXXVIII)

przy­szła do mnie wczoraj, przypadkiem, po cichutku sącząc się z głośnika. za­strzygłam uszami, rozpoznając i właściciela głosu, i całe frazy tekstu. łomoliłam, łomolę i połomolę jeszcze trochę, bo niesie mnie ta piosenka, pięknie niesie i zwraca życiu.

273/366

Vasco Rossi, Vivere.

vivere o sopravvivere
senza perdersi d'animo mai
[…]
vivere e sorridere dei guai
così come non hai fatto mai
e poi pensare che domani sarà sempre meglio

  [suplement pikselowy: 9.10.2024]

sobota, września 28, 2024

5594. Sadownicze wytchnienie, na finiszu… (II)

Dawno żaden sms nie wzbudził we mnie takiej radości. Nie, nie chodzi o to, że ko­lej­ne osoby kończą swoje części pomagania mi w nawigowaniu po codzienności życia, podczas Sadowniczego wytchnienia. Nie, nie chodzi o to, że Sadownik dziś wra­ca.

Chodzi o zapis dwóch słów w jednym, o brzmienie, o uśmiech i serce wetknięte mię­dzy li­tery alfabetu łacińskiego. Też się cieszę… Bardzo.

Tieszese

piątek, września 27, 2024

5593. Sadownicze wytchnienie, na finiszu…

Jabłoń:
(w rozmowie telefonicznej, ciut stęskniona)
Stęskniłeś się za mną odrobinkę?

Sadownik:
Przecież jutro wrócę!

Jabłoń:
(uwielbia ten męski rodzaj
wylewności uczuciowej
)
Bardzo śmieszne…

Sadownik:
Gdybym nie tęsknił,
to bym nie wrócił.

*

Jabłoń:
(widzi na poniższym zdjęciu
wspaniałego wilka
)


fot. Sadownik, fragment.

[suplement 28.09.2024]
Sadownik:
(wrócony, widział i wciąż widzi
na powyższym zdjęciu tylko smoka
)

środa, września 25, 2024

5592. Panna cotta (CXXXVII)

Pojechali. Wrócili. W czasie urlopowania weszli do księgarni, rozejrzeli się, ale już po chwili Gepardzica wiedziała, że wybór jest żaden, bo wypatrzyła okładkę… z pie­skiem. Rozpoznała kudłatą gwiazdę internetu. Chico! I, powiedziała mi wczoraj, że nie było już nad czym debatować.

Od zeszłego roku jestem fanką włoskiego psio-ludzkiego duetu. Mam ulubione „od­cin­ki”. Ten (il mio episodio preferito: Piero Camuffo) utrzymuje niezmiennie naj­wyż­szą lokatę w moim zestawieniu, bo wciąż mnie bawi, choć znam go na pamięć. Wszyscy waż­ni dla mnie ludzie obejrzeli chociaż jego fragmenty — przecierpieli, kiep­sko ukrywając brak zrozumienia dla mojego zachwytu. Sadownik, by pozostać przy zdrowych zmysłach, wprowadził niepodlegające negocjacjom ograniczenie: Chico? Proszę bardzo: na słuchawki lub gdy mnie nie ma w ulu.

Otworzyłam wczoraj ten książkowy prezent na losowo wybranej stronie i, proszę, jest o tym, jak psy radzą sobie z urlopami wytchnieniowymi swoich ludzi. Tutaj, by nadać po­wa­gi zjawisku, w wersji mitologicznej. Rozdział o sied­miu naj­słyn­niej­szych psach świata za mną. Po­zo­sta­łe rozdziały będą podlegać reglamentacji.


[gościem audycji/programu jest Pan Argos, pies Odyseusza]
     — No więc, panie Argos, jakie to uczucie, czekać na swojego pana, którego nie ma przez dwadzieścia lat?
     — Takie samo jak czekać na niego, gdy nie ma go przez dwadzieścia minut.
     — Potworna męka?
     — Potworna męka.

*

[…]  quando è tornato [il suo papà], Argo lo ha subito rico­no­sciu­to e gli ha dato una leccatona sulla faccia facendolo sentire a casa.
[…kiedy wrócił [jego tata], Argos natychmiast go rozpoznał i dał mu liźniętego całusa w twarz, spra­wia­jąc, że Odyseusz poczuł, że jest w domu.]

*

     — […]  Chico, vorrei aggiungere un ottavo cane a questa bel­lis­si­ma carrellata che hai fatto. Il commissario Rex.
     — Ma come?
     — Scherzo, Chico! Sei tu, il mio magnifico otto!
[   — […] Chico, chciałbym dodać ósmego psa do tego przepięknego zestawienia, które zrobiłeś. Komisarza Rexa.
     — Jak to?
     — Żartuję, Chico! TY jesteś moim wspaniałym ósmym!

Francesco Taverna, A tutto Chico, ilustr. Claudia Plescia,
Mondadori Libri, Milano 2024.

poniedziałek, września 23, 2024

5591. Sadownicze wytchnienie, trwa…

Jabłoń:
(chciałaby wiedzieć, że u Sadownika wszystko OK,
więc prosi o jednoznakowy sms
)
Przyślij mi chociaż kropkę.

🍆

5590. —


fot. Michał Jarmoluk.

[…]  choroba jest jak klucz pasujący do kłódki…

Francesca Giannone, Listonoszka z Apulii,
przeł. Agata Pryciak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2024.

5589. Z oazy (CCLXXXIV)  // Panna cotta (CXXXVI)

Nie­dzielne odliczanie literek, dwa. Poślizgnięte na wielu czynnościach, które mnie omijają, gdy czytam książki w wersji elektronicznej.

Jest to pierwsza z małej prezentowej lawiny włoskich książek dla dzieci 6+. Prze­czy­tać to jedno — czytałam na raty. Przeczytać od nowa już całość, by wybrać najlepsze frag­men­ty, to drugie. Przepisać wybrane kawałki pod czujnym okiem lenistwa, które wy­rzuci ten czy inny fragment, to trzecie. A na koniec ułożyć w sobie tę, niby dla dzie­ci, opowieść, to dopiero jest dla mnie dodatkowa atrakcja.

Każdy człowiek jest inny, ale społeczne życie upiera się, że każdy powinien to i musi w życiu tamto, ponieważ w przeciwnym razie wylądujemy na marginesie, a stamtąd bardzo trudno wrócić. Musisz, powinniście i tak do znudzenia, nim, w okolicy po­wiedz­my czterdziestki, jedno czy dru­gie ludz­kie stworzenie otworzy szeroko oczy, zdziwi się, patrząc wstecz na swoje życie, i powie: naprawdę o to chodzi w moim życiu? Tylko o to? Starczy! Roz­ma­rzy­łam się… Gdyby człowiek każdego na­po­tka­ne­go człowieka traktował do­myśl­nie jako zwierzę zu­peł­nie in­ne­go gatunku, to może byłby nim zaciekawiony, umiałby się nim zachwycić, do­ce­nił­by jego zdol­no­ści, mógł­by się od niego czegoś nowego dowiedzieć lub nauczyć. I nie musielibyśmy mieć wszy­scy trąb i żyć na drzewach.

Ta książeczka jest o dojrzewaniu (nie tylko fizycznym), o przeglądaniu się w innych żywych istnieniach, o zwątpieniu i pragnieniach, które są immanentną częścią tego procesu, a przede wszystkim jest o zachwycie światem i jego bogactwem.

Dojrzałość wielopiętrowa charakteryzuje się chyba tym, że przestajesz kręcić nosem i starasz się we wszystkim* odnaleźć coś, by móc powiedzieć: pyszne!

Jakby było mało, „w gratisie” zwierzę, którego w słowniku ojczystego języka nie mia­łam: mrównik afrykański lub prosię ziemne. Wiesz, jak wygląda? Piękne zwie­rzę! Nie, nie, mrówkojad to zupełnie inny ktoś.

___________
  * nie dotyczy przemocy fizycznej, psychicznej, ekonomicznej.

Questo è Pim.
Pim è un cucciolo di oritteropo.
Ma cosa vuol dire essere un oritteropo?
Pim decide che è ora di scoprirlo...

[To jest Pim. / Pim to dziecię mrównika afrykańskiego.
Ale co to znaczy być mrównikiem afrykańskim?
Pim postanawia, że najwyższy czas, by się tego dowiedzieć…]

🖇


[Ale rosnąc zaczął zauważać inne RZECZY]

🖇

     — Cos’è termiti?
     — Dormi — rispose la mamma. — Lo scoprirai presto.
     — Ma com’è termiti? — chiese Pim. — Voglio solo saperlo.
     — Mmh — commentò la mamma. — Ho la sensazione che tu sia il tipo di cucciolo che non smette mai di fare domande.
     — Allora? — chiese Pim. — Cos’è termiti?
     — Cosa sono le termiti — lo corresse la mamma. — Cosette viscide. Asso­mi­gliano alle formiche. Vivono in grossi nidi che noi apriamo. Sono buone le termiti, morbide, succose. Ti piaceranno.
[   — Co to jest termity?
     — Śpij — odpowiedziała mama. — Będziesz wiedział niedługo.
     — Ale co to jest termity? — zapytał Pim. — Chcę tylko wiedzieć.
     — Mmm — skomentowała mama. — Mam wrażenie, że jesteś typem dzieciaka, który nie prestanie nigdy zadawać pytań.
     — Więc? — zapytał Pim. — Co to jest termity?
     — Co to termity? — poprawiła go mama. — Śliskie drobiazgi. Wyglądają podobnie jak mrówki. Ży­ją w dużych gniazdach, które my otwieramy. Są smaczne, miękkie i so­czy­ste. Polubisz je.]

🖇

     — Ti piacciono davvero le termiti? — chiese. — A me sembrano orribili!
     — Deliziose — rispose la mamma. — Un’ottima cena.

[   — Naprawdę lubisz termity? — zapytał. — Mi wydają się ohydne!
     — Są przepyszne — odpowiedziała mama. — Wspaniałe na kolację.]

🖇


[odkrył, że potrafi  b i e g a ć.]

🖇

     — Chi è l’istinto? — chiese Pim.
     — Che cos’è  l’istinto — lo corresse la signora Oritteropo. — È la vocina dentro di te che ti dice le cose importanti, quelle che devi assolutamente sapere.
[   — Kto to jest instynkt? — zapytał Pim.
     — Co to jest instynkt? — poprawiła go pani Mrównik. — To głosik w środ­ku ciebie, któ­ry mówi ci ważne rzeczy, które zdecydowanie musisz wiedzieć.]

🖇

[Yyy… cześć. Kim jesteś? Jestem PAWIANEM.]

🖇

     — Sottoterra? — Il babbuino la scrutò dubbioso. — Mai stato su un albero?
     — Un albero? — ripeté Pim. — Non so bene cos’è...
     — Quelli là sono alberi. — Il babbuino glieli indicò. — E in cima al più alto c’è mio zio.
[   — Pod ziemią? — Pawian spojrzał na ziemię podejrzliwie. — Nigdy nie byłeś na drzewie?
     — Drzewie? — powtórzył Pim. — Nie za bardzo wiem, co to jest…
     — Tamte, tam, to drzewa. — Wskazał mu je pawian. — A na najwyższym wierzchołku siedzi mój wuj.]

🖇

     — […] ma tu hai un naso piuttosto particolare, direi… dondola! Smettila di farmi il solletico.
     — Scusa — disse l’elefante, ritirando la proboscide e tenendola dritta da­vanti a sé. — Questa è la mia proboscide. La uso sempre per ispezionare le cose nuove.
[   — […] ale masz nos dość szczególny, powiedziałbym… kołysze się! Przestań mnie ła­sko­tać.
     — Przepraszam — powiedział słoń, wycofując trąbę i trzymając ją przed sobą. — To jest moja trąba. Używam jej zawsze do badania nowych rzeczy.]

🖇

Si girò verso la mamma. Aveva una bella coda grande, più grande ad­di­rit­tura di quella della signora Elefante.
     — Perché io non ho la proboscide? — chiese pensieroso.
     — Perché tu sei un oritteropo — rispose la mamma. — Dai, a casa.
[Zwrócił się do mamy. Miała piękny, wielki ogon, większy niż ten pani Słoń.
     — Czemu nie mam trąby? — zapytał zamyślony.
     — Ponieważ jesteś mrównikiem afrykańskim — odpowiedziała mama. — Ale już, do domu.]

🖇

     — Sciocchezze — ribatté. — Questa è una bugia grossa come una casa. Ora dimmi la verità.
[   — Bzdury — zareagowała. — To jest kłamstwo wielkie jak stodoła. Teraz powiedz mi prawdę.]

🖇


[jesteś pewna, że jestem mrównikiem afrykańskim?]

     — Sì — rispose la mamma. — Direi proprio di sì.
     — Be’, avevi detto che tutti gli oritteropi sono bravi a sca­va­re, ma ti sbagliavi: io sono un pessimo scavatore.
     La signora Oritteropo sorrise. — Avrei dovuto aggiungere “tranne quando sono piccoli”. Nessuno ti ha ancora insegnato come si fa. Ti darò una lezione domani.
     — E poi sarò un vero oritteropo?
     — Pim, tu sei un vero oritteropo: è così e basta.
     Ma lui non ne era proprio sicurissimo.
[   — Tak — odpowiedziała mama. — Powiedziałabym, że tak.
     — Cóż, mówiłaś, że wszystkie mrówniki świetnie kopią nory, ale po­my­li­łaś się, jestem w tym beznadziejny.
     Pani Mrównik uśmiechnęła się. — Powinieneś dodać „nie dotyczy ma­luchów”. Nikt cię jeszcze nie nauczył, jak to się robi. Jutro dam ci lekcję.
     — I potem będę prawdziwym mrównikiem?
     — Pim, ty jesteś prawdziwym mrównikiem: tak jest i koniec.
     Ale on właściwie nie był tego najnajnajpewniejszy.]

🖇

     — Quando sarò grande, sarò capace di scavare tane come questa? — chiese.
     — Certo, caro. Tutti gli oritteropi sono bravi scavatori, se dormono ab­ba­stanza...
     Pim aprì la bocca di nuovo, ma poi la richiuse. Aveva capito l’antifona. Si accoccolò e si riaddormentò.
[   — Kiedy będę duży, będę w stanie kopać nory jak ta? — zapytał.
     — Pewnie, kochany. Wszystkie mrówniki są dobre w kopaniu nor, jeśli śpią wy­star­cza­ją­co długo…
     Pim otworzył usta jeszcze raz, ale zaraz je zamknął. Zrozumiał aluzję. Przytulił się i za­snął.]


[zagnieździł się w tej małej dziurze i zasnął]

🖇

     — Mamma, stai lontana! C’è una bestia, una bestia orribile...
     — Con le zanne? — chiese lei. — E una brutta faccia? È solo un facocero. Avrei dovuto saperlo: gli animali pigri preferiscono sempre intrufolarsi nel­le tane altrui piuttosto che scavarsene un da sé. Immagino sia una si­gno­ra Facocero che vuole partorire lì. Ce ne scaveremo un’altra.
     — Cioè, gliela lasci così? — chiese Pim. — Casa nostra?
     — Hai voglia di litigare con i facoceri? — ribatté la signora Orit­te­ro­po. — Io no. Comunque dovresti essere orgoglioso: gli altri animali si pren­do­no le nostre tane perché siamo i migliori scavatori di tutta l’Africa.
[   — Mamo trzymaj się z daleka! Tu jest bydlę, obrzydliwa bestia…
     — Z kłami? — zapytała mama. — Brzydki pysk? To tylko guziec. Powinieneś wiedzieć, że leniwe zwierzęta wolą wkraść się do cudzych nor, niż wykopać je osobiście. Przy­pusz­czam, że to jest pani Guziec, która chce tam rodzić. Wykopiemy sobie drugą norę.
     — To znaczy, że zostawiasz jej, ot tak, naszą norę? — zapytał Pim. — Nasz dom?
     — Chcesz kłócić się z guźcami? — argumentowała pani Mrównik. — Ja nie. W każ­dym razie powinieneś być dumny: inne zwierzęta wybierają nasze nory, ponieważ je­ste­śmy naj­lepsi w całej Afryce w ich kopaniu.]


[Przypuszczam, że to jest pani Guziec, która chce tam rodzić.]

🖇

     — Quando sarò grande mi farò una tana che tutti gli animali africani vorranno per sé, non solo qualche brutto facocero.
[   — Kiedy będę duży, zrobię sobie takie gniazdo, że wszystkie afrykańskie zwierzęta będą je chciały dla siebie, nie tylko jakieś brzydkie guźce.]


[Staniesz się dobrym mrównikiem? Tak!]

🖇

Ci sono qui io a difenderti,
è per questo che ci sono le mamme.

[Jestem tu, by cię obronić, po to są matki.]

🖇

     — Oh, p-povero me — farfugliò l’istrice. […]
     — Aspetta! — disse Pim. — Ti perdono. Torna indietro, piccolo... Chi sei?
     — Un istrice. — L’animaletto tornò indietro lentamente.
     — Cosa sai fare? — domandò Pim. — Sono solo curioso.
     — F-fare? — balbettò l’istrice. — Mmh, so arrampicarmi sugli alberi e nuo­tare.
[   — Och, b-biedny ja — wymamrotał jeż. […]
     — Poczekaj! — powiedział Pim. — Wybaczam ci. Wracaj tu, mały… Kim jesteś?
     — Jeżem. — Zwierzątko wróciło do środka powolutku.
     — Co umiesz robić? — zapytał Pim. — Jestem tylko ciekaw.
     — R-robić? — zająkał się jeż. — Mmmm, umiem wspinać się na drzewa i pływać.]

Jill Tomlinson, L’oritteropo che non sapeva chi era,
ilustr. Anna Laura Cantone, z j. ang. przeł. Chiara Gandolfi,
Giangiacomo Feltrinelli Editore, Milano 2022.
(wyróżnienie własne)

🖇

Mmh! Deliziose. […]
     Non c’erano dubbi: Pim era un oritteropo.

[Mmmm! Pyszne. […]
     Nie było żadnych wątpliwości: Pim był mrównikiem afrykańskim.]

(tamże)

niedziela, września 22, 2024

5588. Z oazy (CCLXXXIII)

Nie­dzielne odliczanie literek, raz. Wiedziałam o tym, że się ukaże na długo przed publikacją i już wtedy chciałam mieć. Ukazał się, będąc częścią obchodów Jego pięć­dziesiątych urodzin. Ważni ludzie dla Niego i ci, dla których On był i jest ważny, dru­gi raz bez cielesnej obecności jubilata świętowali. Założę się, że świętowali rów­nież wdzięcz­ność, że nie tylko geograficzne koordynaty łączyły ich losy.

Dokładnie miesiąc po Jego urodzinach dotarł do mnie, podarowany mi przez Jego bra­ta, tomik, którego nijak dopaść nie mogłam. Dokładnie miesiąc po Jego uro­dzi­nach, nie śpiesząc się wcale, przeczytałam cały tomik od deski do deski, zataczając wokół tych wierszy dwa pełne koła.

Lubiłam błyskotliwość, z jaką bawił się słowem, przyłapywał zjawiska społeczne na braku konsekwencji, więził w słowach paradoksy. Wciąż lubię.

W maju 2022 roku mieliśmy się spotkać, żeby ostatecznie do­re­da­go­wać Porzeczkę, bardzo się cieszył na wizję szaleńczego roz­rzu­ca­nia wydruków z wierszami, tasowania, darcia i układania od nowa —tak to sobie wyobrażał, pasja we wszystkim.

Ola Kołodziejek

[…]  grywał w septetach, kwartetach i w duetach (czasem ze so­bą), a teraz wystawia się na strzał solo, wydając zbiorek nie­po­kojów słowem.

Lech Janerka

🖇🖇

 tego nie ma

  1.  człowiek statystyczny
  2.  wybór obojętnie który na przykład kawałek pizzy obojętnie który
  3.  poczucie spełnienia które nie mija
  4.  posiłek którym najesz się raz a zawsze
  5.  stówa na ulicy która jest niczyja
  6.  wiadomości które nie są surogatem prawdy
  7.  się bzykniemy jeszcze tylko jeden raz i już nie ma nas
  8.  tylko jeden kieliszek i lecę
  9.  człowiek który nigdy niczego nie spierdolił
10.  śmierć która nigdy nie przychodzi i nigdy nie boli

🖇

bądź jak budowniczy dróg
i mostów weź to w nawias
od nowa weź odnawiaj
[…]
bądźmy jak ci
co tęsknią kiedy mrugną
[…]
mogą zostać chociaż muszą iść
chcą budować drogi mosty stawiać
od nowa chcą odnawiać
[…]
nie mów trudno nie mów nic
weź schowaj słowa
i od nowa

🖇

to tsunami
między nami
się nie mogło nie stać

🖇

wszechobejmująca gronostaje szczęścia ciepła perfekcja
słońce
unosi się nad horyzontem zdarzeń
znaczy piękno
my ludzie
wtedy jeszcze wydeptane z błota barachło
turlamy się w jego stronę
znaczy piękna
opuszczamy ciemne lepianki pachnące strachem
i ciężkim okiem szukamy cudu
i on jest
znaczy cud

🖇

trzymam cię za jedyną rzecz
za którą można trzymać
słowo
musi starczyć nam
że tym samym
oddychamy powietrzem

🖇

i nagle latamy na smokach
duchach rzek i jezior
ich łuska lśni w słońcu
my w otwartych sercach
i w wicewersach

🖇

czy ja w ciebie czymś nad
wyraz czy szyk zdania
był do bani i tendencja
posiadania racji
czyli mania?

🖇

jak
skurwysyn zły
rozbełtałem ci sny
nie dziwię się że ty
wieszasz na mnie psy

kiedy mówiłaś
spotkaj się
ze mną
mów do mnie
gdzie lecisz
nie lubię
jak wchodzisz w dzień trzeci
w ten niewielki cień butelki


zapomniałem
miałem coś potem
nie chciałem potem
to zgubiłem

🖇

błagam niech ktoś mnie ostrzega
że dochodzę do lustra
już teraz wiem czemu nakleja się na nie coś
na przykład gwiazdki z białej taśmy
na szybach kształty ptaków

🖇

poparzyłem sobie ręce
od tej wiary która mówi musisz

i wycinasz komuś serce
myślisz
że ci wolno tylko czemu
ręce trzęsą się
jesu
ręce mi się

🖇

ty
no ale spójrz
ja się wcale nie unikam
ja się wręcz przeciwnie
ja się wręcz borykam
się to wtedy właśnie
czuje
wiesz tak jakby
wiatry w żagle
tylko one już
te żagle
nie trzymają ciśnień
krzyczą
lubią
robią co potrafią
więc
lekko kark chylę
ale wciąż
wciąż tylko
lekko

🖇

jestem sumą katastrof
które nie doszły do skutku
i różnicą tego
jaki byłem przed
i jaki wyszedłem
z tych które nie doszły
katastrofy mają różnie na imię
katarzyna ola magda

jest więcej kobiet z którymi nie kochałem się z miłości
niż kobiet z którymi kochałem się bez miłości

🖇

stany kocie umysł ma najpsieróżniejsze

🖇

moja obrączka
jest nasza ze ślubu
czy moja ze ślubu?
ja cię czy ty mnie?
ja cię bardziej czy ty mnie bardziej?
kto pierwszy
wyjebie ten
numer
i
się
przeniesie?

🖇

przepraszam
że zawiodłem
że mogłem

🖇

pies w nocy chciała na dwór

🖇

ten carrefour
gdzie kupowałem
dwusetki hurtowo
nie żyje

Jacek Budyń Szymkiewicz, Czarna porzeczka
jak jest czerwona to jest zielona
,
Dom Literatury w Łodzi, Łódź 2024.
(wyróżnienie własne)

jeszcze nie wszystko stracone
kamień z serca zmieścisz w zaciśniętej pięści
[…]
jeszcze się wszystko potoczy
będą błyszczeć oczy

(tamże)

sobota, września 21, 2024

5587. Sadownicze wytchnienie, start… (II)

Sadownik:
(nim rano wyjechał na tygodniowy urlop wytchnieniowy,
odgrażał się, że zadzwoni do Drzewka dopiero
w przyszłą sobotę, gdy będzie wracał do ula
)

Pan Ciasteczko:
(ma przykazane przez Onemu, by dać mu znać,
że Sadownik dojechał na miejsce wypoczynku
)

Jabłoń:
(pertraktuje spokój własnego ducha)
Możesz najpierw odmeldować się Onemu,
ale przyślij mi sms, że dojechałeś.

Sadownik:
(w wersji chojrak)
Nim odmelduję się  w a m,
najpierw odmelduję się
mamusi i tatusiowi!

czwartek, września 19, 2024

(5584+1+1). Nieoczekiwany suplement

Sadownik:
(w trakcie drzewnej rehabki wynurza się z gabinetu)
Zobacz, co ja jeszcze wczoraj znalazłem?
(poproszony był o odnalezienie
drzewnej książeczki żeglarskiej
)

Po rehabce list sprzed ćwierć wieku spłakał mnie łzami wzruszenia i wdzię­czno­ści. I smutku, że dopiero dziś zrozumiałam słowa, które mi Kapitanka przysłała.

Lepiej późno niż wcale. Nie, nie wierzyłam wtedy. Nie wierzyłam tak bardzo, że nie przeczytałam ze zrozumieniem napisanych przez panią, pani Kapitan, dobrych słów, gdy były świeżutko wyjęte ze skrzynki pocztowej.

Z nie­do­wie­rza­niem prze­czy­tałam je dziś kilka razy, by do mnie dotarł nie tyl­ko ich sens i głębia, ale rów­nież wynikające z nich konsekwencje i odpo­wie­dzial­ność, jaką mam w związ­ku z tymi słowami do wzięcia.

Czy uwierzyłam? Chyba już czas najwyższy zacząć. Pani Kapitan, proszę trzy­mać za mnie kciuki. Ten wiatr w nas, pani Kapitan, tak piękny!

[…]  gdy nadejdzie chwila zwątpienia, byśmy potrafiły po­wie­dzieć sobie jak kapitanka Krystyna Chojnowska-Liskiewicz: myślę, że dam radę.

Paulina Reiter, Samotne oceany.
Historia Krystyny Chojnowskiej-Liskiewicz,
pierwszej kobiety, która opłynęła świat solo
,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

*

[…]  wiatr zawsze pozostaje wiatrem.
   — Jungeun Yun