niedziela, kwietnia 16, 2023

4998. Z oazy (CXXXIX)  //  Panna cotta (LXXXIII)

Dwuniedzielne odliczanie literek, raz. Bardzo zaległe odliczanie, bo dotyczy mar­cowej dostawy włoskich literek. Książka była w ulu w marcu i w tym samym mie­sią­cu była kilkakrotnie przeczytana, ale pojawiło się małe „ale” związane z tłu­ma­cze­niem.

Imię jednego z bohaterów po przepuszczeniu przez polską maszynkę deklinującą było językowym koszmarkiem. Coś trzeba było z tym zrobić. A może — huknęła mnie w ramię z liścia lingwistyczna świadomość — te imiona to rów­nież pospolite rzeczowniki? Nie pomyliła się! Maruder w bezmyślnym przekładzie byłby Kosmy­kiem, a wieczny optymista byłby Kolendrą, uwzględniwszy moją miłość do zacho­wa­nia w przekładzie rodzaju byłby Kolendrem.

Kosmyk! Żartujesz? To równie brzydko brzmi, gdy odmienić to słowo przez przy­pad­ki. Sy­no­nimy, Jabłonko, może nas uratują synonimy? Lok, pukiel, kędziorek, zadzior… Zadzior, kupuję! Wieczni maruderzy na dłuższą metę zawsze są wkurza­ją­cy, więc Zadziorek jest wspaniałym imieniem dla jednego z pingwinów.

Kolendra. Żartujesz? Wielkomiasteczkowe zioło, a do tego rodzaj nieodpowiedni do tej opowieści. Natka pietruszki dla botanicznej ignorantki, jaką jestem, ma podobne do kolendry listki. Niech będzie pietruszka. Rodzaj, Jabłonko, rodzaj! Pietruszek będzie fantastycznym imieniem dla drugiego pingwina.

Jak tłumaczysz, to bądź konsekwentna! Stary, mądry, przedstawiciel pingwiniej star­szyzny, czyli trzeci pingwin, dostał imię, które brzmi niczym imię indiańskiego wodza, godne, choć jest dosłownym tłumaczeniem włoskiego imienia.

Nie dało się wcisnąć w przekład zachwytu napotykanymi co chwilę gramatycznymi perełkami, o których, póki co w języku polskim, mogę gadać godzinami.

To na ten moment ostatnia z wy­da­nych do tej pory książeczek w ramach serii sere­na/mente. Już czekam na kolejne.

Proprio al centro dell’Antartide, un’altra muraglia di ghia­ccio proteggeva dalle gelide bufere invernali una co­lo­nia di pinguini. Una mattina un albatro picchiettò il becco con­tro l’igloo di Ciuffo, il pinguino più lamentoso di tutta colonia.
[W samym środku Antarktydy mur z lodu chroni kolonię pingwinów przed lodowatymi śnieżycami. Pewnego ranka albatros zapukał w igloo Zadziorka, najbardziej jęczącego pingwina w całej koloni.]

“Ecco! L’albatro mi ha svegliato e ora non riuscirò più a prender sonno!” sbuffò tra sé Ciuffo. “A questo punto tanto vale alzarmi e vedere che giornata mi aspetta…”
[„No, masz! Albatros mnie obudził i teraz nie będę mógł zasnąć!” parsknął do siebie Zadziorek. „W tym momencie równie dobrze mogę wstać i zobaczyć, jaki dzień mnie czeka…”]

*

Spaventato da ciò che avrebbe potuto trovarci dentro, strin­se forte il bastone per difendersi da eventuali nemici e, facen­do­lo volteggiare in aria, entrò.
[Przerażony tym, co mógłby znaleźć w środku, ścisnął mocno kij, by ochronić się przed potencjalnymi wrogami i, wywijając nim w powietrzu, wszedł.]

*

Ma Coriandolo, il pinguino più ottimista di tutta la colonia […]  domani partirai […]
     — Bene! In segno di pace, porterò la mia preziosa pietra portafortuna.
     Quella notte Coriandolo non rusciva a prendere sonno.
     “Come sarebbe bello se potessiamo conoscere una nuova colonia di pinguini! […]
[Ale Pietruszek, największy optymista w całej kolonii pingwinów […] jutro wyruszy…
      — Świetnie! Na znak pokoju wezmę mój cenny, przynoszący szczęście kamyk.
      Tej nocy Pietruszek nie mógł zasnąć.
      „Jak byłoby pięknie, jeśli moglibyśmy poznać nową kolonię pingwinów!”]

*

Il cuore gli batteva forte, ma si fece coraggio: strinse la pietra tra le zampe e, fiducioso e sorridente, fece un piccolo passo dentro la grotta.
     Fu allora che vide qualcosa di incredibile. Una folla indi­stin­ta di pinguini lo gurdava sorridendo, avevano tutti in mano una pietra portafortuna uguale alla sua, come se volessero dargli il benvenuto.
     Coriandolo, davanti a questo spettacolo incredibile, sentì il cuore esplodergli dalla gioia.
[Serce biło mu mocno. Zdobył się na odwagę: ścisnął w łapkach kamyk i, pewny siebie i uśmiechnięty, zrobił mały krok do groty.
      Wtedy zobaczył coś niesamowitego. Niewyraźny tłum pingwinów spojrzał na niego, uśmiechając się; wszyscy mieli w swoich łapkach przynoszące szczęście kamyki, identyczne jak jego; jakby chcieli go powitać.
      Pietruszek, urzeczony tym wspaniałym spektaklem, poczuł, że serce eksploduje mu z radości.]

*

     — Ma come è possibile?! — disse un pinguino confuso. — Tutti e due siete stati nello stesso identico posto, ma avete visto due cose opposte? Io non capisco più niente, di chi dobbiamo fidare?
     Becco Giallo si rivolse allora a Coriandolo e a Ciuffo e disse loro: — Non ci resta che tornare alla grotta tutti in­sieme. Partiamo subito, verrò con voi.
[      — Ale jak to jest możliwe?! — powiedział pingwin zmieszany. — Oby­dwaj byliście w tym samym miejscu, ale widzieliście dwie przeciwne rze­czy? Nie rozumiem już nic, komu powinniśmy wierzyć?
      Żółty Dziób zwrócił się do Pietruszka i Zadziorka i powiedział im: — Nie pozostaje nic innego, jak wrócić do groty razem. Wyruszamy bez­zwło­cznie, idę z wami.]

*

Poco dopo si sentì la fragorosa risata del vecchio saggio: — Ora è tutto chiaro! Venite!
     Coriandolo e Ciuffo lo raggiunsero e si accorsero che la grotta era piena di lastre di ghiaccio che riflettevano l’imma­gi­ne di chi vi entrava.
[Po chwili dało się słyszeć donośny chichot starego mędrca: — Teraz wszystko jest jasne! Podejdźcie!
      Pietruszek i Zadziorek dotarli do niego i zdali sobie sprawę, że grota była pełna lodowych powierzchni, które odbijały postać tych, którzy wchodzili.]

Coriandolo e Ciuffo non credevano alle loro orecchie: il loro carattere, i loro pensieri e le loro emozioni avevano avuto il potere di creare, ai loro occhi, due storie complementare differenti.
     — Che questa esperienza sia di insegnamento per tutti quanti! — concluse Becco Giallo. — La vita è uno specchio e lo spirito con il quale decidiamo di affrontarla ha il potere di trasformarla in un incubo o in sogno a occhi aperti.
[Pietruszek i Zadziorek nie wierzyli własnym uszom: ich charakter, ich myśli i ich emocje miały moc tworzenia na ich oczach dwóch zupełnie różnych historii.
      — Co za doświadczenie, będące nauką dla wszystkich! — podsumował Żółty Dziób. — Życie jest zwierciadłem i duch tego, czemu decydujemy się stawić czoła, ma moc przekształcenia życia w koszmar lub sen na jawie.]

Luca Mazzucchelli, La vita è uno specchio, ilustr. Giulia Telli,
Giunti Editore, Firenze/Milano 2022.
(wyróżnienie własne)

sobota, kwietnia 15, 2023

4997. 105/365

     — dlaczego mnie kochasz?
     — bo tak!

bardziej wyczerpująca i sensowniejsza odpowiedź nie istnieje w świecie słów, bo ona należy do innego porządku.

105/365

[…]  ko­niecz­ność, coś, co po­prze­dza mi­łość, po­dąża za nią, kształ­tuje ją i czemu mi­łość jest pod­po­rząd­ko­wana.

Toni Morrison, Samoszacunek.
Eseje i medytacje
, przeł. Kaja Gucio,
Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2023.

wtorek, kwietnia 11, 2023

4996. 99–101/365

świąteczny festiwal ambiwalencji za mną. wciąż nie jestem cał­ko­wicie zaimpregnowana na rodzinne atrakcje: mani­pu­la­cję, my­le­nie ról, próbę ich nadużywania, bierno-agresywne za­cho­wa­nie jako jedyną dostępną formę radzenia sobie z rze­czy­wi­stością.

szczęśliwie już w ulu, tym razem z malowanym jajkiem-nie­spo­dzianką: z kortyzolu będę schodzić kilka dni.

99–101/365

sobota, kwietnia 08, 2023

4995. 98/365

25 lat — bez miesiąca i ośmiu dni — póź­niej, czy­li dziś. włóczyli­śmy się tą samą trasą. i cyk!

98/365

*






czwartek, kwietnia 06, 2023

4994. 96/365

notatnik, który czekał na mnie ponad siedem lat — skąd wie­dział, że warto czekać?

30 magicznych, akwarelowych kredek, o których istnieniu nie mia­łam pojęcia do dziś — czy wiedziały, że trafią do ula? z mi­ło­ści je otrzymałam, ku radości, którą znajduję i odkrywam.

96/365

wtorek, kwietnia 04, 2023

4993. 94/365

symptom przytrzymał drzewko w bezruchu, którego zdecy­do­wa­nie wolałaby nigdy nie poznać, i zakomunikował:
     — nie śpiesz się w drodze do realizacji swoich pragnień i nie śpiesz się w drodze za tęczowy most. masz tę chwilę, delektuj się nią, smakuj, wykorzystaj.

94/365

[suplement pikselowy: 6.04.2023]

niedziela, kwietnia 02, 2023

4992. Z oazy (CXXXVIII)

Niedzielne odliczanie literek, którego miało nie być, dwa. Czekając na drugą część książki pt. Zanim wystygnie kawa, wypatrzyłam, że obie te części (druga ukaże się dopiero w połowie maja) reklamowane są na jednym obrazku z tą opowieścią. Do połowy maja daleko, zaryzykowałam!

Dawno przy beletrystyce nie zaniemówiłam. Przy tej zaniemówiłam i zamyśliłam na dłuższą chwilę. Ta książka nakarmiła mnie i przywróciła mi apetyt na życie. Kocham japońskie przekonanie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni. Jesteśmy! Czasem tyl­ko chwilą, gestem, spojrzeniem. Czasem zachwytem nad tym samym zdjęciem, zdaniem czy kilkoma linijkami kodu. Czasem dłońmi, wspólnymi chwilami lub ca­ły­mi aka­pi­ta­mi czy rozdziałami życia.

Są w życiu chwile, gdy człowiek chce obdarować kogoś pły­ną­cy­mi z głębi duszy słowami pociechy, choć nie wie, czy obdarowany się ucieszy.

Oby udało mi się spotkać kiedyś tego kogoś,
kogo szukam – marzy Hirasaka.

☕ ☕ ☕

Dzieci mogą być okrutne dla innych, bo ludzie się nie oburzają, nie krzyczą na nie. Myślą więc, że można atakować ile wlezie, zwłaszcza tych, którzy się od nich różnią, nie należą do tej samej kategorii ludzi.

     – No więc tak, jest to konieczne, bo wtedy humor nam się poprawia, mnie i temu tu, Kosakiemu.
     – To dobrze, jak humor się poprawia?
     – Może nie widać, ale to też naprawa.
     Samo mi się tak wyrwało, ale uznałem, że dobrze wyszło.
     – Naprawa – powtórzył Szczur.
     Powiedziałem na próbę:
     – Dzień dobry.
     – Dzień dobry. Dzień dobry. Czy w ten sposób naprawiam w środku?
     Szczur ukłonił się sztywno mnie i Kosakiemu.
     – Tak, to naprawa. Jak tylko przyjdziesz rano, twoim pierwszym za­da­niem będzie naprawić mnie i Kosakiego. Rozumiesz?
     – Tak, byliście zepsuci, naprawiłem was.
     Mimo woli uśmiechnąłem się gorzko. To prawda, gdzieś tam jesteśmy zepsuci.

     – W takich sytuacjach należy przeprosić, nawet nie­szcze­rze. Za to później będzie łatwiej pracować.
     – Nie wolno kłamać. Sprawne mechanizmy nie kłamią.

     — […]  Ale jak się umrze, to żaden lekarz, nawet najlepszy na świecie, nie przywróci życia. Nikt go nie przywróci!
     – Tak. Dlatego wyjąłem wszystko, co nie działało, wyprawiłem skórę, w miejsce oczu zamontowałem czujniki. Zamontowałem też mechanizm z zaprogramowanym wzorcowym ruchem cyklicznym. Wystarczy wy­re­gu­lo­wać, a będzie działał bez końca. Oczywiście teraz funkcjonuje lepiej niż przedtem.
     – Dlatego… – Chciałem wytłumaczyć jakoś, co to jest „życie”, ale nie znalazłem odpowiednich słów. – W każdym razie, Szczur, od dziś masz zakaz naprawiania życia!
     – Dlaczego?
     – Bo właściciele się wściekają.
     – Dlaczego się wściekają?
     No, dlaczego, cholera! Dlaczego ogarnia mnie przerażenie, jak patrzę na tego chomika? Mnie samemu nie było łatwo zrozumieć swoje uczucia. Dużo mówiłem, aż w końcu udało mi się wydusić ze Szczura:
     – Rozumiem. Nie będę naprawiał życia.
     Byłem wykończony. Patrzyłem na chomika, zastanawiając się, czy Szczur naprawdę zrozumiał. Chomik z wdziękiem węszył w kącie klatki.

☕ ☕ ☕

Jest taki zawód, o którym Mitsuru marzyła. Owszem, zastanawiała się, czy ona, z tak skomplikowaną przeszłością, powinna próbować to robić, ale my­śla­ła też: Właśnie dlatego powinnam.

Gdzieś w głębi coś ją poruszyło. Co to może być?
     Bardzo ciepłe uczucie tęsknoty.
     – Zawsze tu sam przychodzisz? – pyta.
     – Czasami.
     – Kiedy coś cię gryzie?
     Na te słowa chłopiec uśmiechnął się, zawstydzony, i skinął głową.
     – Ja też – mówi Mitsuru.

Pewnie dlatego, że wszyscy dotykają kamienia, błyszczy w tym miejscu. W tym miejscu wykrzyczane zostały setki marzeń…
     – Mitsuru, ten kamień… podobno jak się krzyknie, kim się chce być w przyszłości, i jak echo odpowie, to pragnienie się spełni. Taką ma moc.
     […]
     Kim chciał być?
     Co chciał robić?
     Cały czas szuka.
     – Szczerze mówiąc, do dziś nie wiedziałem. Przyszedłem tu, ale nadal tego nie wiem.
     […]  Ilekroć czyjaś ręka dotyka tego kamienia, w sercu tego człowieka pojawia się nadzieja na przyszłość.

Sanaka Hiiragi, Fotograf utraconych wspomnień,
przeł. Barbara Słomka,
Grupa Wydawnicza Relacja, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

     – A czy to… dlatego, że to pana bawi? – spytała Hatsue.
     A Hirasaka, jakby tylko czekał na to pytanie, z uśmie­chem odpowiedział:
     – Tak, po prostu to lubię.

     – To!
     – Ja też o tym myślałem. – Hirasaka pokiwał głową.

(tamże)

4991. Z oazy (CXXXVII)

Niedzielne odliczanie literek, którego miało nie być, raz. Miało nie być, bo mam na sta­nie wyłącznie roz­grze­bane książki — oko postanowiło przypomnieć mi z jaką cho­ro­bą się mierzę i z przytupem zarządziło czasem i przestrzenią: żadnych książek, żad­nych ludzi, żadnego ruchu, światła czy dźwięku. Gdy oko odpuściło i oddało mnie mi samej, wiedziałam, co chwycę, by na nowo znaleźć smak życia.

Nie miałam pojęcia, że pisze wiersze. Nie zastanawiałam się ani chwili. Niektóre wier­sze mnie przewróciły, inne zatrzymały. Wszystkie są przejmujące. Czy dlatego, że pisane w cieniu drugiego brzegu? A może tylko pisane w cieniu świadomości, że drugi brzeg naprawdę istnieje?

Wspaniałym jest to, że są pytania, na które wcale nie potrzebujemy usilnie szukać odpowiedzi. Są pytania, których nie warto zadawać, bo odpowiedzi nie da się za­mknąć w słowach. Można je ująć wyłącznie w do­świad­cze­niu — własnym, a nie tym przekazywanym z ust do ust.

Wier­sze te powstały mię­dzy 2008 a 2019 rokiem. W ciągu tych jede­na­stu lat na świe­cie zro­biło się mrocz­niej. Posta­rza­łam się. Poumie­rali bli­scy mi ludzie.
     Poezja dotyka samej istoty ludz­kiej egzy­sten­cji: życia, śmierci, odnowy, zmiany; w polu jej zain­te­re­so­wa­nia są także uczci­wość i nieuczci­wość, nie­spra­wie­dli­wość, cza­sem spra­wie­dli­wość. Świat w jego zróż­ni­co­wa­niu. Po­go­da. Czas. Smu­tek. Radość.
     I ptaki. W tych wier­szach jest wię­cej pta­ków niż kie­dy­kol­wiek.

🦋

Choć zamiast ognisk mamy dzi­siaj świeczki,
ucze­pi­li­śmy się sta­rych bogów,
zna­cząco pomniej­szo­nych.

🦋

Zbyt wcze­śnie w ciemną noc
Wysłali je męż­czyźni, któ­rym się zda­wało, że takie mają prawo

Wście­kłość i nie­na­wiść
Zazdrość i strach

Tak wiele sióstr zabi­jano
Przez lata, przez tysiąc­le­cia

Zabi­jali je stra­chliwi i malutcy męż­czyźni,
Któ­rzy chcieli być wyżsi

Przez lata, przez tysiąc­le­cia,
Tak wiele sióstr ginęło

Tak wiele łez…

🦋

Poezja to prze­szłość, która wybu­cha
w naszych ser­cach
– Rilke

🦋

Mam jedną uwagę (mówi),
może wycofa się pani nieco
z tego krzyku o pomoc, z tej roz­pa­czy


a zamiast (mówi)
przy­toczmy wie
pani zwe­ry­fi­ko­waną wie

wie­dzę o czło­wie
ku ludz­kiej (mówi) od
odpo­wie­dzial­no­ści ludz­kiej

dajmy ludziom
dajmy ludziom dojść
dajmy ludziom dojść samo­dziel­nie

do wnio­sków.
Dziel­nie do wnio­sków.
Mówi:

Jest w tym pewne ryzyko.

🦋

Można odejść, można się zagu­bić.
Taka jest moc słów.

🦋

Widać, jak na zewnątrz rze­czy się kur­czą,
ale w środku serce, i oddech,
i pod­skórna skóra czują, że jest ina­czej,
jak prze­past­nie, jak spo­koj­nie jest się czę­ścią wszyst­kiego

jak bar­dzo gwiaź­dzi­sty jest mrok.

🦋

Z całego serca umi­ło­wani, zebrani tutaj,
w tej zamknię­tej szu­fla­dzie,
spło­wie­li­ście dziś, tęsk­nię za wami.
Tęsk­nię za tymi, któ­rych nie ma, któ­rzy ode­szli wcze­śniej.
Tęsk­nię nawet za tymi, któ­rzy wciąż tu są.
Trawi mnie tęsk­nica za wami wszyst­kimi.

Tęsk­nica: inne słowo,
któ­rego już nie sły­chać.
Tęsk­nię prze­moż­nie, umi­ło­wani.

🦋

a potem co? A potem żal,
bo nas już nie ma.
Został trel, pieśń
pta­ków o zagu­bio­nych imio­nach.

Pta­kom nie potrzeba utra­co­nych imion.
My ich potrze­bo­wa­li­śmy, ale to było wtedy.
A dziś kogo to obcho­dzi?
Lwy nie wie­dzą, że są lwami.
Nie wie­dzą, jak bar­dzo są odważne.

🦋

Drzwi, ale nie­za­mknięte. To nic
trud­nego. To ni­gdy trudne nie było.
Zwy­czaj­nie otwórz.
Zwy­czaj­nie idź niżej, głę­biej.

🦋

Po tam­tej stro­nie stołu jest sześć klas:
nie­na­ro­dzeni, zmarli, żywi,
rze­czy, które pijesz, rze­czy, któ­rych nie pijesz,
rze­czy, o któ­rych nie możesz mówić.

🦋

Czy wtedy było dobrze?
Tak. Było dobrze.
Wie­dzia­łaś, że było dobrze?
W tam­tym cza­sie? W twoim cza­sie?

Nie, bo mar­twi­łam się

🦋

Za późno, by przyjść z pomocą. Spóź­nione listy
i zbyt późne wier­sze łączy nie­jedno.
Przy­cho­dzą, jakby nio­sła je woda.

🦋

Kształt nie­obec­no­ści,
który sie­dzi naprze­ciw mnie,
na twoim miej­scu przy stole,

🦋

a ci, któ­rzy tak długo ich ocze­ki­wali,
nie żyli już od dzie­się­cio­leci.

Takie wła­śnie histo­rie
lubi­li­śmy snuć. Pocie­szały nas
na swój spo­sób, mówiły:

każdy prze­cież gdzieś jest.
Ale nasi naj­drożsi, gdzie oni są?

🦋

„Na miłość? Tędy!
I pro­sto!
”.

🦋

Ty też masz taką nadzieję, prawda?
Że za gra­nicą śmierci czeka cię pod­niebny lot?
Po owi­nię­ciu w całun, powsta­niesz,
roz­ło­żysz skrzy­dła, i tak dalej? Och, skar­bie,
to nie będzie tak.
Nie cał­kiem.

Margaret Atwood, Wiersze przychodzą późno,
przeł. Jerzy Jarniewicz, Świat Książki, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

wie­lo­ry­bia matka
przez trzy dni nosiła dziecko,
opła­ku­jąc jego śmierć –
zabił je pla­stik.

Jest taka olbrzy­mia i smutna,
że trudno nam to pojąć:
jak mogli­śmy jej to zro­bić, żyjąc
naszym nor­mal­nym życiem
,

[…]

Się zrobi! Zrobi się?
Posta­no­wimy coś wresz­cie?

🦋

Mamy dobrą wolę?
Dla całej ludz­ko­ści?
Nie, już nie.
Mie­li­śmy kie­dy­kol­wiek
?

Gdy bogo­wie marsz­czą brew, psuje się pogoda.
Gdy się uśmie­chają, świeci słońce.
Uśmie­chamy się teraz nie­ustan­nie,
uśmie­chem gościa po lobo­to­mii,
a świat się smaży.
Prze­pra­szam. Zgłu­pie­li­śmy
.
Sączymy mar­tini, pły­niemy wyciecz­kow­cem.
Cze­go­kol­wiek dotkniemy, czer­wie­nieje.

🦋

Uczeń czar­no­księż­nika –
iden­tyczna histo­ria: „Start” łatwo powie­dzieć,
„Stop” to dopiero wyzwa­nie.
Z początku nikt o tym nie myśli.
Potem na
cze­kajjest za późno.

🦋

To wszystko się speł­nia,
bośmy otwo­rzyli oło­wianą pie­częć,
zlek­ce­wa­żyli ostrze­gaw­cze runy

(tamże)

sobota, kwietnia 01, 2023

4990. Panna cotta (LXXXII)

Dwa w jednym? Psy i terapia? Proszę
bardzo: po raz pierwszy, po raz drugi.

Trzy w jednym? Psy, terapia i włoski?
Niemożliwe! A jednak!


Autor_ka nieznany_a.

[Ogólnie rzecz biorąc czuję się dobrze. 
Przyszedłem tutaj, ponieważ  
w domu nie pozwalają mi  
wchodzić na kanapę
.]

(219+2586+2184). 91/365

w imieniu swoim i Kaan wraz z Sa­do­wni­kiem w dwu­na­stą rocz­ni­cę Jej ruszenia w nie­zna­ne; w podróż, której nikt po tej stro­nie nigdy nie pojmie. to był ostatni i jedyny żart w Jej wyko­na­niu, z któ­rego nikt się nie śmiał.

przyjdzie dzień, że znów będziemy ra­zem się śmiać.

91/365

[suplement strof: 2.04.2023]
Musia­ła­bym powę­dro­wać
Na zachód od księ­życa i od słońca na wschód

Żeby zna­leźć odpo­wiedź;
Wyrze­kła­bym zaklę­cie

I sta­nę­łaby przede mną,
Zdrowa, żywa, szczę­śliwa,

Ale to nie baśń jest.
To nie ta opo­wieść…

🦋

Wiem, że tam byli­śmy.
Byli­śmy? Kie­dyś tam będziemy?
Będziemy tam kie­dyś ponow­nie?
Daleko stąd?

Margaret Atwood, Wiersze przychodzą późno,
przeł. Jerzy Jarniewicz, Świat Książki, Warszawa 2023.

środa, marca 29, 2023

4988. 88/365

     — i co z TEGO*?
     — nic?
     — nic!

88/365

___________
  *   pod TO** podstaw cokolwiek, co było dla Ciebie obu­rza­ją­ce, nie do pomyślenia… dwadzieścia, piętnaście, dzie­sięć, pięć lat temu; kwartał lub miesiąc temu czy w zeszłym tygodniu.
 **  nie dotyczy przemocy fizycznej, psychicznej, ekonomicznej.

Jonathan Roy, Keeping Me Alive, (akustycznie).

this fire is keeping me alive.

wtorek, marca 28, 2023

4987. 87/365

myślisz, że tylko patrzysz*.

„tylko” dotykasz wzrokiem osoby, zwierzęta, rośliny i rzeczy. one za­wsze odpowiadają ci niewerbalnie, a twoja reakcja na tę odpo­wiedź jest znacząca, cenna i szczególnie interesująca, gdy ją w pierw­szym odruchu ignorujesz.

87/365

_____________
  *  codzienne praktyczne ćwiczenie z fizyki kwantowej.

poniedziałek, marca 27, 2023

4986. 86/365

od lat diagnozuje ją w ten sam dobitny sposób:
     — masz mrówki w dupie.

a ona uwielbia to wewnętrzne poruszenie, to przyciąganie, które przykuwa jej uwagę do tego czy tamtego pozornie nic nie­zna­czą­ce­go drobiazgu, nie pyta już: dlaczego? po­zwa­la unieść się fali, daje ponieść się dro­bin­kom nie­zauwa­żal­ne­go, uchwyconego w ułamku sekundy, po­klat­ko­we­go czucia.

86/365

René Aubry, Lungomare.

(4753+232). O nowej roli Sadownika

Sadownik:
(w weekend na pierwszych zajęciach podyplomówki
miał powiedzieć coś o sobie — o życiu zawodowym
Pana Ciasteczko wspomniał, a potem
życie prywatne zamknął w siedmiu słowach
)
Jestem właścicielem suki
i mężem swojej żony.

Sadownik:
(wczoraj wieczorem opowiedział
Drzewku powyższe i dodał
)
Wszyscy ryknęli śmiechem,
gdy to powiedziałem.

Jabłoń:
(nie zrozumiała, dlaczego ryknęli śmiechem)
To Ty tam robisz za jednorożca!

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)

niedziela, marca 26, 2023

4984. Z oazy (CXXXVI)

Niedzielne odliczanie literek, pięć. Znów najdziwniejsze i zaskakujące, bo polegające głównie na wyrzucaniu wybranych wcześniej fragmentów. Wyrzuciłam czternaście, które tu już, już witały się z gąską.

Najpierw długo na tę książkę polowałam. Potem długo w blokach startowych cze­ka­ła. Dopchała się do mnie dzięki psu na okładce, argumentując, że sko­ro dwie po­wie­ści z psim kłaczkiem już za mną, ona byłaby dobrym psim zwień­cze­niem czytania beletrystyki w tym miesiącu. Nie pomyliła się! Z ogromną przy­jemno­ścią nurzałam się w atmosferze tej książki.

Ja, człowiek, wziąłem psa, aby chronił mnie przed innymi ludźmi. Można więc powiedzieć — wybrałem zwierzę. Pomyślałem: pies nie będzie gadał głupot, nie będzie przede mną udawał kogoś, kim nie jest, nawet nie spró­bu­je głupio się uśmiechnąć, kiedy nie będzie wiedział, co do mnie po­wie­dzieć. Pies to pies. Szacun dla psa.

🐾

Nie lubię ludzkości, nie mam nic przeciwko pojedynczym ludziom, czasem się nawet do kogoś przywiązuję, odczuwam, czym jest przyjaźń, miłość, ale kiedy czytam o drugiej wojnie światowej, kiedy zwiedzam były obóz kon­cen­tra­cyj­ny, kiedy myślę o historii naszej cywilizacji, to stwierdzam, że tak, niestety, jesteśmy tylko ludźmi. I żałuję, że ewolucja naszego gatunku po­mi­ja jakoś ten element rozwoju, jakim jest wzajemny szacunek i empatia. Po­tra­fi­my doskonalić się w tak wielu rzeczach, czemu akurat w ma­so­wym za­bi­janiu, a nie na przykład w produkcji życzliwości. Jasne, żeby nie było, dostrzegam dobro w pojedynczych ludziach, ale masa ludzka sama w sobie przeraża mnie i obrzydza. A przecież mamy tę moc, żeby rozwijać się w kie­run­kach, które stanowiłyby o naszej doskonałości…

🐾

Spojrzałem na Psa. Uśmiechnął się. Mój Pies wie, o czym myślę… Czasem mam takie wrażenie. To trochę dziwne, niepokojące, ale nie przeraża mnie to, raczej ciekawi.

🐾

[…]  mam takie dni, kiedy wstaję rano i nic nie pcha mnie w żadną stronę. Nie czuję, że muszę coś zrobić, że tracę dzień. Jestem. Wstaję. Idę z Psem nad strumień. I to wszystko dzieje się bez zegarka, bez konieczności umiesz­cza­nia tego w planie dnia. To nie jest żaden punkt pierwszy, drugi ani siód­my, bo takiego planu nie ma. Oczywiście, że czasem zdarza się dzień, kiedy mówię do Psa:
     — Stary, no, dziś to już na pewno zrobimy pranie.
     Ale i ja wiem, i Pies to wie, że nasze „musimy” jest pojęciem względnym, odkładalnym, przesuwalnym w czasie.

🐾

[…]  poczułem się dobrze ze sobą. Było coś w tej chwili. Coś jak nadzieja, jak szansa, której mogłem się chwycić, jakieś drżenie, które przeszłoby przez moje życie, które mógłbym wpuścić do siebie i do mojego domu, gdybym tylko chciał. Tylko nie wiedziałem, czy chcę, i to sprawiało, że sprawa była cudownie otwarta. Ode mnie zależało, co z tym zrobię.

🐾

Nie spieszyło mi się też nigdy w drodze, wolałem delekto­wa­nie się tym, co wyłania się zza kolejnego zakrętu.

🐾

Mnogość form życia, które stało dumnie albo wyglądało ciekawskie na dro­gę, pochylało się ku mnie, szeleściło, kołysało się lub starało ukryć się przed moim wzrokiem. Nie jestem dobry w te klocki — nigdy nie wiem, jaką ro­śli­nę mam przed sobą. […]  nie interesuje mnie, jak te przydrożne chwa­sty na­zy­wają się każdy z osobna, razem stanowią coś pięknego i żywego. Nie są napastliwe. Są ciekawe mnie — lub wcale nie. Żadna z tych roślin nie jest dla mnie miła, ponieważ czegoś ode mnie chce. Żadna z nich nie przestaje być sobą, kiedy na nią spojrzę. Jakoś mi lżej, gdy po­my­ślę, że da się tak istnieć.

🐾

Trawa, która kołysała się lekko, taka giętka, cicha. Kamienie spoczywające na ziemi całym swoim ciężarem, pełne godności, bez przepraszania i ule­gło­ści. Nieliczne w tym miejscu drzewa przeżywały w zadumie swoje historie […].

🐾

[…]  jak to się stało, że sam siebie przekonałem,
że nie mam nic?

🐾

On miał wszystko. Był tu i teraz. Mój Pies to był dopiero bogacz. Zaje­cha­li­śmy przed dom, a on wyskoczył z auta jakby nigdy nic. Była wycieczka. Ko­niec wycieczki. Teraz będzie jedzonko. Teraz będzie picie. Pomyślałem, że to jest szalenie proste.

🐾

[…]  nie może być tak, że jeśli coś odeszło, a było dobre, to zniknęło na zawsze. Oczywiście, że nie.

🐾

     — Nie boisz się, że coś cię omija?
     — Każdego coś omija. Nie można mieć wszystkiego. — Wzruszyłem ra­mio­na­mi. Roześmiał się w końcu, jakbym rozbawił go insynuacją, że i on coś traci. A może przeciwnie, roześmiał się, w głębi serca przyznawszy mi rację.

🐾

Kiedy ktoś znienacka zadaje szczere pytanie, odpowiedź wypada z człowieka od razu albo wcale.

🐾

Nie chciałem kontynuować tego myślenia, ale myślom trudno jest coś roz­ka­zać. Można ewentualnie przed samym sobą udawać, że się ich w ogó­le, absolutnie nie ma, nic a nic… […]  a myśli i tak deptały mi po piętach. Do­brze wiedziałem, o co chodzi mojej głowie, ale pal licho, o co chodziło gło­wie — przede wszystkim przeczuwałem, czego pragnie dusza.

🐾

Kojarzył mi się z weterynarzem, który ze zmartwieniem i z troską stara się dociec, na co choruje jego czworonożny pacjent. Na ludzi patrzył jakby z obo­jęt­no­ścią. Człowiek to człowiek, nic ciekawego, zdawały się mówić jego ramiona, kiedy wzruszał nimi za każdym razem w odpowiedzi.

🐾

W myślach już wyjechałem, powiedziałem to sobie, w końcu poddałem się i spakowałem naprawdę. Najtrudniej było to zrozumieć Psu. Zbyt rzadko wyjeżdżaliśmy gdzieś dalej, żeby mógł ze spokojem przyjąć to, na co się zanosiło.

Dominika Kluźniak, Miejsce,
Helion, Gliwice 2019.
(wyróżnienie własne)

Przez kilka minut siedziałem, nic nie robiąc. To są chwile ważne w życiu, kiedy nic się nie robi, bo właśnie coś się stało. Ręce i nogi nie mają nagle żadnej potrzeby, aby gdzieś pójść i cokolwiek zrobić. Czas rozciąga się, jakby był z gumy, a głowa nic nie wie, bo serce, serce jest teraz najbardziej zajęte.

🐾

[…]  przypomniałem sobie, czego chcę, i wąt­pli­wości mnie opuściły. Chaos odszedł szukać szczęścia w innym domu.

(tamże)

4983. Z oazy (CXXXV)

Niedzielne odliczanie literek, cztery. Czytał ją Dudi, czytałam i ja. Pies w pod­czyt­ni­ku natychmiast wygumował mi fakt, że nasze gusta czytelnicze nie pokrywają się. Klik, klik, rzuciłam wszystko. Pies! Zgadzają się i rasa, i wiek. Trzynastoletni la­bra­dor. Od powieściowego kudłatego bohatera różni Heniutkę płeć i umaszczenie.

Z małą przerwą na rzędy liter niebeletrystycznie uporządkowanych czytało się tę książkę fantastycznie. I wzruszone było, i płakane było nie raz. Powieść pełną gębą. Nieoczywista. Dotyka. I z kłaczkiem.

To prawda, że wiele się we mnie zmieniło od kiedy poznałem tego psa. To dzięki niemu odkryłem, że zwierzę może tak bardzo zmienić czyjś sposób myślenia. […]  nieważne, czy to pies czy człowiek, tak samo chodzi tu o życie.

🐾

     — Choć nie udaje.
     — Wabi się Choć? Jak to nie udaje?
     — Jest psem przewodnikiem.
     — Że co?
     — Kiedyś nim był.
     — A to w takim razie teraz już nie jest?
     — Teraz to ja jestem przewodnikiem, a on niewidomym.

🐾

     — Może i każdy jest samotny, ale nie każdy tak o tym myśli.
     — Ty masz Chocia.
     — Dla innych on nie jest osobą.
     — Jeśli tylko ty nie będziesz czuł się samotny, będąc z Chociem, to na­praw­dę nie będziesz sam. Gdyby Choć to usłyszał, to byłoby mu przykro. To czysta arogancja myśleć, że tylko ludzie mogą pomóc uporać się z samotnością.

🐾

Najbardziej na świecie lubię, gdy coś jest „dziwne”. Gdy coś dzieje się bez po­wodu. Rzeczy przez nikogo niepojęte, takie, z którymi coraz bardziej nie wiemy, co zrobić. Jak okrutnym byłoby stwierdzenie, że wszystkie rzeczy na świecie muszą mieć jakiś powód?

🐾

     — Czyli lubi się pani czepiać szczegółów? — pytam, doganiając ją szybko.
     — Nic mnie nie rusza, potrafię przetrwać naprawdę wszystko, oprócz jednej, jedynej rzeczy — odpowiada, odwracając się i patrząc na mnie ze wściekłością w oczach.
     — Oprócz czego?
     — Bycia pomijaną.

🐾

Czasami bywa tak, że nie jesteśmy w stanie uwierzyć nie tylko w rzeczy, które wydarzyły się naprawdę, ale nawet w rzeczy, które przydarzyły się nam samym. Bo nieraz te rzeczy są tak okrutne, że miejsce dla nich znalazłoby się tylko w filmie.

🐾

Granica pomiędzy początkiem a końcem jest tak cienka, że oba te koncepty zdają się ze sobą stykać, chociaż akurat w tym momencie z jakiegoś powodu wydają mi się one bardzo odległe od siebie.

🐾

     — Zostać dzisiaj z tobą?
     — Tak, dzięki.

🐾

Jeżeli tylko będzie do kogo wysłać wiadomość i jeżeli będzie ktoś, kto będzie chciał mi odpisać, chyba poradzę sobie jakoś z moim życiem. Wystarczy mi chociażby jedna osoba.

🐾

[…]  szepczę do niego.
     — Choć… W następnym życiu też bądź moim psem, też do mnie… Choć.

Jang Eun-jin, Nikt nie odpisuje, przeł. Marta Niewiadomska,
Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2022.
(wyróżnienie własne)

Nie wiem, co powiedzieć. Wydaje mi się, że jednocześnie mam do powiedzenia bardzo dużo i nic. Czuję również, że muszę się odezwać i że nie trzeba teraz mówić nic.

🐾

Nie będzie wiadomo, gdzie się wszystko zaczyna, a gdzie kończy.

🐾

Przestałem próbować doścignąć zmiany. Ale nie oznacza to też, że już je prześcignąłem albo kroczę obok nich. Wy­star­czy mi, że potrafię je teraz wychwycić.

(tamże)

4982. Z oazy (CXXXIII–CXXXIV)

Niedzielne odliczanie literek, dwa i trzy. Podkusiło mnie. Do tej pory nigdy nie mia­łam zastrzeżeń do Biura Literackiego — dobra marka wydawnicza. Mam za swo­je, za dziecięcą naiwność i nieuleczalną łatwowierność.

Zbyt mały mam ro­zu­mek, by na­zwać to poezją. Celne spostrzeżenia, upo­rząd­ko­wa­ne w wersy, sąsiadują w obu tomikach ze zwykłą (moim zdaniem) grafomanią lub, by zaszaleć górnolotnie, ze strumieniem świadomości, do którego zwyczajnie nie do­ska­ku­ję, a świat nie docenia, na szczęście chociaż wydawca się poznał.

Wydłubałam to, co warte zatrzymania. Przed ilustracją z dedykacją dla za­rzą­dza­ją­cych instytucją polskiego kościoła. Potem fantastyczna ilustracja — mówią, że dobra jest warta tysiąc słów, i mają rację – jednocześnie najlepsza recenzja obu tomików: po lewej to, czego oczekiwać by można; po prawej to, co realnie w nich znajdziemy.

dzień z biskupem

pozostaje jedynie się domyślać
że dnia z burką
w przedszkolu

  nie będzie

🖇

phallus impudicus

sromotnik smrodliwy
ludowa nazwa
biskup
 
nie jest zagrożony wyginięciem

🖇

pierwsza faza domestykacji
domestykacja
pierwsza faza standaryzacji
standaryzacja
pierwsza faza centralizacji
centralizacja
dyskwalifikacji dyskwalifikacja
eksterminacji

pierwsza faza domestykacji
umożliwia swobodny dostęp
do ożywionych surowców
 
gąski gąski
czego
 
 
do domu

🖇

w poradni leczenia uzależnień
pracoholizm
nie jest zakontraktowany

🖇

tato
pobiegasz ze mną?
jasne
 
spotkamy się na końcu

🖇

mama mówi pępowinę
odcina się dwa razy
od dziecka
i od rodzica

🖇

ucieczka
jest moją ulubioną formą
fizycznej aktywności

🖇

co jeśli miłość od pierwszego wejrzenia
może zdarzyć się wszędzie?

🖇

kiedy wsiadam do samolotu na biurku
leżą zaadresowane koperty do ludzi zwierząt
roślin i grzybów z bliskiego mi otoczenia
w każdym liście opieprzam ich za to
że spieprzyli swoje życie

🖇

aby swobodnie pozyskiwać pokarm
i umykać przed drapieżnikami
lokuję organizm w niezajętej
niszy ekologicznej służy temu
odpowiednie wymodelowanie sylwetki
dopasowanej do wymogów środowiska

🖇

nie da się zastąpić deficytu
ojcowskiej czułości przygodnym
stosunkiem płciowym mówi
nieletni płci żeńskiej kto się wyrobi

🖇

niezależność
 
jest podyktowana
nieufnością

Kira Pietrek, Czeski zeszyt,
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2021.
(wyróżnienie własne)

głupota zostanie objęta
ochroną gatunkową

🖇

właściwie martwi mnie tylko
że na każdym rogu ulicy
stoi jakaś niedorozwinięta kobieta

to już nawet nie jest młodzież
przeznaczona do rozpłodu

🖇

be yourself impossible is nothing

🖇

z tupetem walczy o marzenia
marzenia każdego które spełnią się nielicznym

nie stara się ładnie wyglądać
ani macho ani mięczak
potrafi używać kosmetyków
ale nie będzie się tym podniecał

już ma forsę jeszcze ma fantazję
dziś ma duże poczucie odpowiedzialności
nawet za duże

wie co ważne kocha i jest kochany

🖇

jeśli jesteś buddystą bądż buddystą
jeśli jesteś katolikiem napluj sobie na dłonie
dwa razy tchórzu

🖇

jak ty byś się czuł
gdyby ktoś zabrał ci miotłę
[…]
matki boskie są trzy
jasnogórska świętobramska
i zawalidroga

🖇

wyrzuciłam w ubikacji
jakiejś miejskiej kawiarni
do kosza na podpaski
kolejny kalendarz

🖇

pierwszy człowiek nie wiedział jeszcze
wtedy co to gniew i zawiść znał tylko
ciekawość dlatego nie było mu przykro
z powodu śmierci

pierwszy człowiek ufał swojemu tacie
dlatego uznał śmierć jako coś wyjątkowego
zawczasu zamówił odświętny garnitur
u krawca i piękne buciki u szewca
zapytał jeszcze swojego ojca o to
czy będzie mu coś przy śmierci potrzebne
a tato po chwili namysłu odpowiedział
że jedynie mała przestrzeń by przechować ciało

wyciosał sobie pierwszy człowiek
małe drewniane pomieszczenie
i nazwał je trumną

pierwszy człowiek był cieślą
drugi człowiek był szewcem
trzeci człowiek był krawcem

kobiety troszczyły się o to by żołądki
pierwszych ludzi nigdy nie były puste

🖇

jeżeli nie czujesz oddechu na swoim ramieniu
to znaczy że jesteś ostatni

Kira Pietrek, Język korzyści,
WBPiCAK, Poznań 2010.
(wyróżnienie własne)

4981. Z oazy (CXXXII)

Niedzielne odliczanie literek, raz. Najdziwniejsze. Dość zaskakujące. Polegające głównie na wyrzucaniu wybranych wcześniej fragmentów.

Nie miałam zamiaru sięgać po tę książkę, bo wyrobione zdanie mam, kwestia nie do­ty­czy mnie osobiście i nie ma we mnie przestrzeni na słuchanie świętszych od papieża — w tym starym znaczeniu, nim nie dało się dłużej kryć, że realnie od dzie­się­cioleci wystarcza zwykła ludzka przyzwoitość, by być świętszym od takiego jed­ne­go. Wystarczyła jednak radiowa rozmowa z Autorką książki i wiedziałam, że muszę ją mieć. Klik, klik i tak jak rzuciłam wszystko dla koreańskiej opowieści, rzuciłam koreańską powieść, by — jak się okazało — połknąć tę książkę.

Dwie części. W pierwszej żadnej niechcianej ciąży. W drugiej pan oseł-wniosko­daw­ca — rewelacyjny, fantastycznie niedorastający do pięt pozostałym bohaterom tej części. Dużo bym dała, by ze zrozumieniem przeczytał rozmowę z x. Andrzejem Mu­sza­lą sześć rozdziałów dalej.

Dużo ważnych, gęstych fragmentów. Wybrałam wszystkie, a potem większość wy­rzu­ci­łam, zostawiając tylko najgęstsze i najmądrzejsze słowa x. Andrzeja Muszali i Jacka Wasilewskiego — zero rozrzedzania. Łatwo przypisać fragmenty do osób je wypowiadających, bo każda z nich w swoim życiu skupiona jest na innym medium, choć każde boskie.

Trud­no zna­le­źć kwe­stię, któ­ra w bar­dziej ob­ra­zo­wy spo­sób po­ka­zy­wa­ła­by, jak język wpły­wa na rze­czy­wi­sto­ść i jej ro­zu­mie­nie. Rama, któ­ra w na­szym kra­ju zo­sta­ła na­ło­żo­na na te­mat abor­cji, ka­żde­go dnia de­cy­du­je o ży­ciu wie­lu osób. De­ter­mi­nu­je też spo­sób, w jaki o so­bie my­śli­my, kie­dy po­dej­mu­je­my kon­kret­ne de­cy­zje.

📌

W języ­ku trud­no mó­wić o fak­tach. Język jest pe­łen me­ta­for.

📌

[…]  język ni­g­dy nie jest od­zwier­cie­dle­niem rze­czy­wi­sto­ści. On za ka­żdym ra­zem jest pew­nym ujęciem rze­czy­wi­sto­ści, któ­re nam do cze­goś słu­ży. Dwa języ­ki, któ­re wy­two­rzy­ły się wo­kół te­ma­tu abor­cji, mają swo­je wła­sne spek­tra świa­to­po­glądo­we. Dla­te­go po upad­ku ko­mu­ni­zmu tak wa­żne było usta­le­nie, czym jest na­sci­tu­rus (łac. ma­jący się uro­dzić). Ta de­fi­ni­cja jest klu­czo­wa, bo od niej za­le­ży na­sze na­sta­wie­nie etycz­ne. Je­że­li od po­cząt­ku to bę­dzie dziec­ko, będzie też pa­dać py­ta­nie: „Czy chcesz za­bić dziec­ko?”. Po­mię­dzy za­bi­ciem dziec­ka a usu­ni­ęciem ci­ąży za­wsze jest prze­strzeń, któ­rą mo­żna mniej lub bar­dziej zniu­an­so­wać, ale ze stwier­dze­niem „za­bić dziec­ko” nie ma dys­ku­sji. Usta­le­nie tej de­fi­ni­cji jest bar­dzo emo­cjo­nal­ne. Ten mo­ment, gdy w la­tach 90. pró­bo­wa­no to zro­bić, był bar­dzo wa­żny, dla­te­go że z dys­kur­su o abor­cji za­częły zni­kać ter­mi­ny neu­tral­ne.

📌

Ale za­cznij­my od war­to­ści, bo to je wy­ra­ża język. We­dług Jo­na­tha­na Ha­id­ta wszy­scy lu­dzie wy­zna­ją sze­ść pod­sta­wo­wych war­to­ści. Te war­to­ści to: tro­ska, spra­wie­dli­wo­ść, wol­no­ść, au­to­ry­tet, świ­ęto­ść i lo­jal­no­ść. W za­le­żno­ści od tego, czy je­ste­śmy na­sta­wie­ni bar­dziej li­be­ral­nie, czy kon­ser­wa­tyw­nie, te war­to­ści mają inny prio­ry­tet. U li­be­ra­łów czy le­wi­cow­ców na­sta­wio­nych pro­gre­syw­nie to tro­ska, spra­wie­dli­wo­ść i wol­no­ść będą wy­żej ce­nio­ne niż au­to­ry­tet, lo­jal­no­ść i świ­ęto­ść. Będą oni ro­zu­mie­li ha­sła od­wo­łu­jące się do de­cy­do­wa­nia o wła­snym cie­le – bo de­cy­zje o nim to pod­sta­wa wol­no­ści. Okrzyk: „Mój brzuch, moja spra­wa” będzie dla nich prze­ko­nu­jący. Na­to­miast dla lu­dzi po pra­wej stro­nie rów­nie sil­nie jak wol­no­ść za­zna­czo­ne są lo­jal­no­ść i od­po­wie­dzial­no­ść wo­bec in­nych, dla­te­go ta stro­na mówi o „pol­skich dzie­ciach, któ­re są mor­do­wa­ne”. Wa­żne są też dla nich świ­ęto­ść i au­to­ry­tet, więc pa­da­ją ar­gu­men­ty mó­wi­ące o tym, że ży­cie ludz­kie jest świ­ęte i ni­g­dy nie po­win­no się go od­bie­rać. (Co cie­ka­we, oso­by, któ­re są za za­ka­zem abor­cji, często są za karą śmier­ci, więc oka­zu­je się, że te war­to­ści wca­le nie mu­szą być spój­ne). Przy tym świ­ęto­ść nie­ko­niecz­nie od­no­si się do re­li­gii.

📌

[dla­cze­go ten te­mat wra­ca jak bu­me­rang?]  Dla­te­go, że jest pro­stym po­li­tycz­nym spo­so­bem na to, by okre­ślić, czy je­ste­śmy bar­dziej li­be­ral­ni, czy kon­ser­wa­tyw­ni. Inne rze­czy, ta­kie jak po­dat­ki czy po­sta­wa wo­bec przed­się­bior­czo­ści, są trud­niej­sze do wy­tłu­ma­cze­nia albo szyb­ciej się je niu­an­su­je, a tu­taj bar­dzo pro­sto jest stwier­dzić, że je­że­li zaj­mu­jesz okre­ślo­ne sta­no­wi­sko w spra­wie abor­cji, je­steś po któ­re­jś stro­nie. Je­steś li­be­ra­łem albo kon­ser­wa­ty­stą.

📌

Je­że­li mia­łbym pod­jąć ja­kąś pró­bę od­po­wie­dzi na pani py­ta­nie, to ośmie­lę się po­wie­dzieć, że jed­nym z sen­sów cier­pie­nia jest na­uka po­ko­ry, zdo­by­wa­nie świa­do­mo­ści tego, że nie je­ste­śmy sa­mo­wy­star­czal­ni, że mo­że­my być sła­bi.

📌

Kon­cen­tro­wa­nie się na pra­wie świad­czy o osła­bie­niu wia­ry. […]  Je­że­li my – chrze­ści­ja­nie – nie będzie­my pro­wa­dzić praw­dzi­wie du­cho­we­go ży­cia, ży­cia wia­rą, na­dzie­ją i mi­ło­ścią, lecz będzie­my ci­ągle tyl­ko kul­ty­wo­wać ze­wnętrz­ne tra­dy­cje i obrzędy, będzie­my li­czyć, ile osób cho­dzi do ko­ścio­ła, ilu lu­dzi przyj­mu­je Ko­mu­nię świ­ętą, ile mamy sank­tu­ariów, ile osób wy­bra­ło się na piel­grzym­kę do Często­cho­wy; je­że­li będzie­my mie­rzyć wia­rę po­przez cy­fry – cze­ka nas ka­ta­stro­fa. Te cy­fry nic nie zna­czą. Wia­ra to coś nie­wy­mier­ne­go. To za­wie­rze­nie Bogu. To co­dzien­na mo­dli­twa w ci­szy, to słu­żba, to za­po­mnie­nie o so­bie, to otwar­cie na dru­gie­go czło­wie­ka. A im wy­żej czło­wiek stoi, tym wi­ęcej po­wi­nien słu­żyć, tym bar­dziej po­wi­nien słu­chać lu­dzi. Je­że­li nie pój­dzie­my w tym kie­run­ku, będzie­my mieć Ir­lan­dię. Ona już jest. Już idzie­my tą dro­gą.

📌

Agre­sja nie ma nic wspól­ne­go z chrze­ści­ja­ństwem. […]  Nasz ka­to­li­cyzm jest dość moc­no ze­wnętrz­ny, obrzędo­wy, „po­bo­żno­ścio­wy”, mało jest w nim praw­dzi­we­go we­jścia w głąb, w zjed­no­cze­nie z Bo­giem, któ­re owo­cu­je mi­ło­ścią bli­źnie­go. […]  Gdy za­trzy­mu­je­my się tyl­ko na tym, co ze­wnętrz­ne, po­zo­sta­je nam wal­ka o pra­wo i kon­fron­ta­cja.

📌

[…]  bądźmy pro-life ta­kże po­st­na­tal­nie.

Daria Górska, Piekło kobiet PL,
Wydawnictwo RM, Warszawa 2023.
(wyróżnienie własne)

4980. 85/365

tęsknota jest formą bliskości.

nie każdą tęsknotę można przemienić w obecność czy dzia­ła­nie. każda jest jednak przywilejem — opo­wiada historię, która nas buduje.

85/365

Ritual, Josephine,
Emeline Rochefeuille & Jakub Jakoubek (tancerze).

[suplement pikselowy: 13.04.2023]

4979. Czekariat (XXXVIII)

Niezmiennie nabieram się na pierwsze wrażenie. Nie, to nie jest grafika, to nie jest tkanina, lecz cyk zrobione przez Saxifragę w górach w ostatni ponie­dzia­łek. Poruszona czekałam na właściwe słowa.


fot. Saxifraga.

W górach każda myśl, albo jej brak, była czymś, co smakowało dobrze. Ruszyłem dalej. W górę, w głąb.

Dominika Kluźniak, Miejsce,
Helion, Gliwice 2019.

sobota, marca 25, 2023

4978. 84/365

dla mnie motyl* to
nie tylko motyl. lecz
posłaniec, wysłannik.
wiadomość.

84/365

_________
  *  szczególnie dziś, w 99. dniu nieodwracalnego.


fot. Hawwa, fragmenty.

*

Gabriel Fauré, Pavane op. 50.,
Jorge Federico Osorio (fortepian),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #22.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

piątek, marca 24, 2023

4977. 83/365

każdy ma swoją wersję zna­czą­cych frag­men­tów historii swo­jej ro­dzi­ny: faktów, wy­da­rzeń i spo­tkań, intencji, prze­mil­czeń i uści­sków. gdyby tylko cho­dzi­ło o sło­wo prze­ciw słowu, ale w grę wcho­dzi uczucie przeciw uczu­ciu. nie masz szans udo­wod­nić, że nie jesteś wielbłądem.

83/365

(1198+3758+20). Ależ Flota! (II)

Jabłoń:
(w czasie, gdy jej układ nerwowy dzięki Vojcie rozgadał się
pozawerbalnie z Pati, opowiedziała historię o samochodach
)

Pati:
(po chwili do Sadownika, który
z kawą wychodził z kuchni
)
Jakim byłabym samochodem?

Sadownik:
(myślał, myślał, by wybrać)
Land Rover Defender.

Jabłoń:
(zna się na samochodach tylko
w zakresie rozpoznawania kolorów,
prosi o zdjęcie, by mieć pojęcie, i komentuje,
bo przecież wie, jak się jej pracuje z Pati
)
Hmmm, musi mieć hak!

Sadownik:
Tego nie wiem, ale
na pewno ma wyciągarkę!

Jabłoń:
(dotarło do niej, że korzystała
z tej wyciągarki wiele razy
)

*

Jabłoń:
(też dziś, ale jakiś czas później przy Rysi,
by skompletować na parkingu swój sentai
)
A Rysia, jakim byłaby samochodem?

Sadownik:
(długo nie musiał myśleć)
Renault Clio Coupe Sport
z trzylitrowym silnikiem,
małe auto, ale z niespodzianką!

Jabłoń::
(w zachwycie ma już cały swój
fizjoterapeutyczny sentai na
kołach”)

🍆

czwartek, marca 23, 2023

4975. 82/365

     — na co znów czekasz? — wrzasnął znie­cier­pli­wio­ny, pró­bując poganiać wszystko to, na co nie da się wywrzeć żadnego na­cisku.

umiesz czekać? nie chwilę, dzień czy mie­siąc lecz kwartał, rok czy całe lata czekać bez żadnych gwarancji i robić swoje?

82/365

(4972+2). cd. nastąpił

Pati:
Teraz robisz sikającego psa.

Jabłoń:
(ma już za sobą robienie kociego grzbietu)
Ej, jesteś panią z warzywniaka,
nie z zoologicznego!

Pati:
(jak zwykle przytomnie puentuje)
Próbuję się przebranżowić.

Pati & Jabłoń:
(ryknęły śmiechem)

🍆

środa, marca 22, 2023

4973. 81/365

usiadłam, by znaleźć dzisiejsze trzy zdania, a tu niemoc, bo na końcu języka mam tylko poczucie, że w ciągu dnia wydarzyło się coś bardzo ważnego.

coś, co trudno zatrzymać w słowach, uwię­zić w związ­kach fra­ze­o­lo­gicznych, znie­wo­lić w gramatyce języka.

świętuję dziś, świętuję życie per se.

81/365

wtorek, marca 21, 2023

4972. 80/365

brak kultury wobec osób z niepełno­spraw­no­ścią, który spo­tka­ł drzewko, jabłoń Rysi w skrócie zarysowała. Rysia rozbiła bank, opo­wiadając o tym, jak w towarzyskiej sy­tuacji, zapytana o za­wód, odpowiedziała, że jest fizjoterapeutką, i szybko, by unik­nąć próśb o masaż lub konsultację w sprawie ta­kie­go czy in­ne­go bó­lu, dodała, że pracuje z pacjentami neurologicznymi.
     na to interlokutor błysnął i wykształce­niem, i wielko­miej­sko­ścią, i zaściankową europejskością, i życiowym do­świad­cze­niem:
     — aaa, warzywa!

80/365

Jabłoń:
(w roli warzywa do Rysi)
Czyli jesteś panią z warzywniaka!

Rysia & Jabłoń:
(zrobiły swoje w przyzwoitym stylu,
spaliły odpowiednie mięśnie
)

[suplement pikselowy: 23.03.2023]

niedziela, marca 19, 2023

(4966+4+1). Z oazy (CXXXI)

Niedzielne odliczanie literek, cztery. Od pół roku czekałam na przyzwoitą cenę tej książki. Przyzwoitą, bo nikt mnie nie przekona, że różnica ceny między papierem a wersją elektroniczną równa dwa złote jest uczciwa. Nie jest. Czekałam i, uwzględ­nia­jąc inflancję, doczekałam się.

Obiecałam sobie już nigdy nie czekać na kolejne książki Autora. Groźnie spojrzę na wewnętrznego, sportowo zajmującego się sknerstwem, ibukosknerę, zaklnę siar­czy­ście i nie będę patrzeć na cenę, klik, klik, kupię na pniu!

Jak mogłam tak długo cze­kać na lek­tu­rę tej książki? Mogłam, bo nie miałam po­ję­cia, jaki deser obok nosa mi przechodzi.

W 2014 roku nie było komet ani znaków na niebie. W gazetach trwały jeszcze dyskusje o nowoczesnym patriotyzmie. Liberalni publicyści na­rze­ka­li, że Polacy nie umieją się cieszyć. Był to bowiem, córeczko, ulubiony temat liberalnych publicystów: obywatele ponuracy nie potrafią się ra­do­wać. Rozpamiętują minione nieszczęścia, a tu trzeba – i bach! – z rozpędem wjeżdżało piętnaście tysięcy znaków ze spacjami. Nawet spacje tryskały opty­mizmem.
     A tymczasem coś wzbierało. Coś się szykowało. Coś większego się kroiło.

🦩

„Brak mi słów” to zazwyczaj rozbieg. Nie do wiary, to już przekracza wszelkie granice, brak słów – a potem westchnienie lub wielokropek, sekunda ciszy – i proszę! Słowa jakoś się znajdują.

🦩

Ciekawostka to wiedza zatrudniona w branży rozrywkowej.

🦩

Sprawa wydaje się prosta. – Z czego składa się książka? – spytam i zaraz padnie właściwa odpowiedź – Z liter. – A jak masz na imię? Agatka? Wiel­kie brawa dla Anetki! Książka składa się z liter! Dlatego dzisiaj będziemy malować litery!
     Wszystko już naszykowane. Szary papier, kolorowe flamastry, szablony, krepina, pędzelki. […]  Jednakże, jak powiadają nauczyciele metodycy: strzeżcie się pytań otwartych.
     – Powiedzcie, bez czego nie ma książki? – zaczynam rześko.
     – Bez pisarza!
     – A jak masz na imię?
     – Stanisława.
     – Brawo, Stanisławo, świetna odpowiedź. I bez czego jeszcze, kto wie?
     – Bez papieru.
     – Bez okładki.
     – Bez pisarza. – Stanisława liczy na kolejną porcję braw. Muszę zmienić taktykę.
     – Kto wie, co książka ma na okładce?
     – Obrazek! Pingwina! Tytuł! Pisarza!
     – A z czego jest tytuł?
     – Ze słów!
     – Tak jest! Ze słów. A słowa z czego
?
     – Słowa mogą być różne. Na przykład dom, papuga albo jeszcze inne. Albo brzydkie słowa. To nie są słowa, tylko wyrazy. Ja znam trzy wyrazy. Ja pięć! Ja milion!
     – A z czego składają się wyrazy?
     – Z niegrzeczności. Albo ze złości, jak się ktoś uderzy albo jak się na ko­goś wkurzy. Arbagedon to też jest takie słowo. A czy pan ma kota? Ja mam kota.
     – A co książka ma w środku? – pytam.
     – Papier!
     – A na papierze? Takie małe, czarne, w rządkach?
     – Mrówki. Różne przygody. Na przykład o Śwince Peppie. Wesele Świnki Peppy albo jak George dostał czkawki. Czy to pan napisał o Śwince Peppie?
     – Powiedzcie, jak pisarz pisze książkę?
     – Jak pisze, to dostaje pieniądze.
     – Tak, ale w jaki sposób pisze?
     – W sposób komputerowy. Albo przy stole. Albo w drukarni. Na telefonie pisze. Ja też umiem pisać.

🦩

Wytłumacz upadek cywilizacji w jednym zdaniu. „Cywi­lizacja upadła przez wyjaśnianie wszystkiego w jednym zdaniu”.

*  *  *

Cnoty boskie podlegają modom. Bywa, że zwyżkuje wiara. Czasem na pro­wadzenie wychodzi miłość. Popularność nadziei przypada na okresy wojen i kryzysów.
     Nikt jej nie potrzebuje, gdy wszystko idzie dobrze. Nadzieja jest mar­ke­rem ciężkich czasów.

🦩

Nadzieja nie jest programem politycznym. Ani cnotą. Ani błędnym ogni­kiem. Ani nawet złym rozpoznaniem sytuacji. Bywa najwyżej okolicznością łagodzącą, przygotowanym zawczasu alibi (dość słabym, szczerze mówiąc). Dowodem wyuczonej naiwności.

🦩

Nasze triumfy – jeśli kiedyś nadejdą – okażą się połowiczne. Potrwają krót­ko i szybko zaczniemy się ich wstydzić. Nadzieja jest przepustką do obo­zu przegranych. Zwycięzcy nie potrzebują nadziei.

*  *  *

     – Zapomniałeś hasła?
     – Tak, zapomniałem hasła. Proszę, przyślijcie mi kod. Przyślijcie mi link. Przysięgam, że nie jestem robotem. Rozpoznam samochody i znaki dro­go­we. Odczytam pokraczne litery falujące na pięciolinii. Rozpoznam wszyst­ko, tylko pozwólcie mi wymyślić nowe hasło.

🦩

Pierwsze prawo śmieciowe brzmi:
każdy woli ugniatać, niż wynosić.

🦩

Biedna Ziemia. Wyklęta, wybebeszona przez koncerny górnicze, uduszona plastikiem, przysypana śmieciami. Jeszcze tu była. Gdzieś pod płytami chod­ni­kowymi, asfaltem, granitem. Nasza ofiara ukryta na miejscu prze­stęp­stwa. Gdyby naprawdę zerwać bruk, moglibyśmy ją zobaczyć.
     […]  Przyjdą upały i huragany. Będą przerwy w dostawach energii elek­trycznej, kolejki do beczkowozów, kryzys śmieciowy. Nastąpią rzeczy, które miały się nie zdarzać. Może komuś, ale nie nam. Może gdzieś, ale nie tutaj. Może kiedyś, ale jeszcze nie teraz.

🦩

     – Zmagasz się?
     – Czasami.

🦩

Świat nie jest szczególnie obojętny. Świat ma po prostu ograniczoną pa­mięć. Zapchaną kartę. Nie daje sobie rady z przetwarzaniem danych.

🦩

I gdyby jeszcze jakoś nazwać ten lęk i zaskoczenie, które odczuwamy, gdy potwierdzają się nasze opinie. […] Kiedy faszysta okazuje się faszystą, a za­raza – zarazą. Kiedy nie został nam już żaden bufor przesady, żaden reto­rycz­ny naddatek, kiedy jest tak, jak wyglądało, właśnie tak – groza i nic już nie można dodać.

🦩

Wspomnienia z dzieciństwa mają własny punkt widzenia, wyrazisty detal i ciasne kadry.

Marcin Wicha, Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)

Kiedy żółw rozrywa włókna cykorii, można uwierzyć, że wszystkie kamienie świata są w środku różowe. Mają delikatne wnętrza, płuca, wątroby, nerki. Tylko nie za­wsze są głodne.

🦩

Karpie toną w polskiej tradycji
(jak my wszyscy).

🦩

W 2019 roku wejdzie do użytku dwunasta wersja Uni­co­de. Wiele wskazuje na to, że wśród emotikonów po­ja­wi się różowy flaming. Ptak otrzyma numer X1F9A9. Numer X1F9A5 czeka na leniwca.
     […]  Unicode najpierw wchłonął angielski, potem po­chylił się nad problemami innych alfabetów i ję­zy­ków. Ledwie skończył z ogonkami, umlautami i kre­ska­mi, a już się zabrał za znaki graficzne, za pomocą których Japończycy porozumiewają się z resztą świata.

(tamże)

(4966+4). Czekariat (XXXVII)


fot. Hawwa, fragment.

Prezenty, […]  książki i letnie wakacje. Zwierzęta i rośliny. […]
     Najlepsze rzeczy dostajemy na początku. Nie po to, żeby je potem spła­cać, tylko dlatego, że nam się należą.
     Po to, żeby­śmy pamiętali, że nam się na­le­żą. Po to, żeby­śmy wiedzieli, że zasługujemy na dobre rzeczy. Żeby­śmy nie słuchali tych, którzy mówią inaczej.

Marcin Wicha, Nic drobniej nie będzie,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.

4969. Z oazy (CXXX)

Niedzielne odliczanie literek, trzy. Chudziutka, drobna, krótka opowieść — nie­istotna? Wciąż chudziutka, drobna, krótka, nieprzegadana opowieść o istocie czło­wieczeństwa. W podłych czasach obrony dobrego imienia patrona oprawców, jeden czyn fikcyjnej postaci ma dla mnie dużo większe znaczenie, bo dotyka potencjału, który tkwi w każdym żywym człowieku.

Swoją drogą, pomyślało mi się, gównianym jest święty, którego dobrego imienia mu­szą bronić nieświęci, bardzo nieświęci, perfidni i niebywale zepsuci ludzie. Cóż to za religia, co ma takich świętych…

Ostatnią pralnię magdalenek w Irlandii zamknięto dopiero w 1996 roku. Nie wiadomo, ile dziewcząt i kobiet ukrywano, więziono i zmuszano do pracy w tych instytucjach. Dziesięć tysięcy to skromny szacunek; trzy­dzie­ści tysięcy to prawdopodobnie dokładniejsza liczba. Większość akt pralni została zniszczona, przepadła albo odmawia się do nich dostępu. Rzadko w jakikolwiek sposób doceniano pracę dziewcząt i kobiet lub za nią dzię­ko­wa­no. Wiele z nich straciło swoje dzieci. Niektóre straciły życie. Część bądź większość straciła życie, które mogłyby mieć.

📌

     – Macie pięć czy sześć?
     – Pięć, matko.
     Podniosła się, zdjęła wieczko z imbryka i pomieszała liście.
     – Ale to na pewno rozczarowujące, mimo wszystko.
     Stała do niego tyłem.
     – Rozczarowujące? – powtórzył Furlong. – W jakim sensie?
     – Nie mieć syna, który zachowa nazwisko.
     […] 
     – Jasne, ale przecież sam noszę nazwisko własnej matki, matko prze­ło­żo­na. I nigdy mi to nie zaszkodziło.
     – Doprawdy?
     – Co ja mogę mieć przeciwko dziewczynom? – ciągnął. – Moja własna matka była kiedyś dziewczyną. I ośmielę się powiedzieć, że to samo dotyczy matki przełożonej i połowy naszego rodzaju.

📌

[…]  najłatwiej na świecie jest wszystko stracić.

📌

     – Nie przeszkadza panu sprowadzanie cudzoziemców?
     – Każdy się gdzieś urodził – stwierdził Furlong. – A Jezus to nie urodził się w Betlejem?
     – Trudno porównywać Pana Naszego do tych typków.

📌

Ludzie bywają dobrzy, przypomniał sobie Furlong w drodze powrotnej do miasteczka; rzecz w tym, żeby się nauczyć, w jaki sposób wyważyć wza­jem­ne ustępstwa, tak by się dogadać zarówno z obcymi, jak i z naj­bliż­szy­mi. Ale gdy tylko ta myśl przyszła mu do głowy, wiedział, że sama w sobie wy­ni­ka z przywileju, i zaczął się zastanawiać, dlaczego nie rozdał słodyczy ani pozostałych rzeczy, jakie podarowano mu w jednych domach, tym gorzej sytuowanym, których spotkał w innych.

📌

[…]  serce wypełniała mu ekscytacja, której dorównywał strach przed tym, czego jeszcze nie dostrzegał, lecz wiedział, że go spotka.

📌

Gdy tak szli dalej i spotykali kolejnych ludzi, których Furlong znał bądź nie, zorientował się, że zadaje sobie pytanie, jaki jest sens żyć, nie poma­ga­jąc sobie nawzajem. Czy to możliwe, żeby iść przez te wszystkie lata, de­kady, przez całe życie, nie zdobywszy się ani razu na odwagę, by przeciw­sta­wić się temu, co tam jest, a mimo to nazywać się chrześcijaninem i pa­trzeć na siebie w lustrze?

📌

[…]  strach górował w nim nad pozostałymi uczuciami, ale w głębi swego głupiego serca nie tylko miał nadzieję, lecz naprawdę wierzył, że dadzą sobie radę.

Claire Keegan, Drobiazgi takie jak te, przeł. Krzysztof Cieślik,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2022.
(wyróżnienie własne)

4968. Z oazy (CXXIX)

Niedzielne odliczanie literek, dwa. Nijak nie umiem wrócić do miejsca, w którym zdecydowałam się na przeczytanie tej książki. Powód, motywacja, to coś, co mnie pchnęło w objęcia tych dwóch opowieści, pozostanie dla mnie tajemnicą, a próba podążania za cieniami motywów, które przyświecały sięgnięciu po tę lekturę, mogą być tylko marną formą autosugestii lub usprawiedliwiania się.

To książka o grawitacji rodzinnej. O niewidzialnej sile oddziaływania na nasz spo­sób myślenia i działania. O ciążeniu na naszym losie losów tych, których nie spo­tka­li­śmy, a z którymi łączą nas korzonki drzewa genealogicznego. O powtórzeniach, o echu zamierzchłych wydarzeń. I znów, do znudzenia: choć nigdy nie dzieliliśmy ze znakomitą większością swoich antenatów tego samego punktu w czasoprzestrzeni, życie łączy nas z nimi w pokrętny i uparty spo­sób.

To książka, po której przez chwilę myślisz o swoich. Ale też okazja, by wrócić i mieć już zawsze pod ręką ukochany kawałek Brubecka.

Właśnie wyprowadziłem się z ojcowskiego domu, z ojcowskiej religii, z oj­cow­skie­go sztywnego świata. I bardzo doceniałem, że Carlos, zamiast mnie besztać, opowiada mi zawsze o Armstrongu, Coltranie, Parkerze, Monku i Mingusie, i Brubecku.

The Dave Brubeck Quartet, Take Five.

*

[…]  przyszło mi do głowy, że teza o judaizmie, który ma się we krwi, o judaizmie nie jako religii, tylko jako materiale genetycznym, że ona brzmi tak jak tezy Hitlera.

*

[…]  i – sam nie wiem dlaczego – zacząłem myśleć o pianiście jazzowym Davie Brubecku i jego polskim tournée. W marcu 1958 roku amerykański rząd sfinansował Brubeckowi trasę obejmującą dwanaście koncertów w siedmiu polskich miastach. Taki rodzaj muzycznej czy też kulturalnej dyplomacji w samym środku zimnej wojny. Emisariusz amerykańskiego stylu życia. […]  Brubeck przemierzył wtedy Polskę razem ze swoim słyn­nym kwartetem i żoną Iolą i podczas ostatniego koncertu, w Poznaniu, kie­dy publiczność poprosiła go o bis, wyszedł na scenę, by po raz pierwszy za­grać kawałek zatytułowany Dziękuję (właśnie tak, po polsku), który na­pi­sał czy ułożył w głowie tego samego dnia, kiedy jechali z Łodzi pociągiem. […]  Brubeck twierdził, że to jego hołd dla Chopina.

*

[…]  mur to fizyczna manifestacja nienawiści do kogoś innego. Manifestacja namacalna, konkretna, która stara się nas od tego innego odgrodzić, od­dzie­lić, wyeliminować innego z naszego życia i świata. Ale zarazem jest to manifestacja pod każdym względem bezużyteczna: jakkolwiek wysoki i gru­by wzniesiono by mur, jakkolwiek długi i ogromny by był, nigdy nie będzie stanowił zapory nie do przejścia. Mur nigdy nie okazuje się większy niż duch człowieka, którego odgradza. Bo obcy dalej tam jest. Obcy nie znika. Obcy nigdy nie znika. Obcym dla obcego jestem ja. Ja i mój duch. Ja i moja wyobraźnia.

*

Nikt mnie nie pozdrawiał. Nikt się nie uśmiechał. Ale także nikt nie spusz­czał wzroku. Mężczyźni i kobiety, starzy i młodzi, wszyscy, prze­cho­dząc obok, patrzyli prosto na mnie, ale w ich spojrzeniach nie było niczego oce­nia­ją­cego, nie było żadnej emocji ani ciekawości, nawet nie zwracali uwagi na mój jaskrawy róż. Jakby dla Polaków spuszczenie wzro­ku stanowiło ozna­kę tchórzostwa. Jakby dla Polaków ten, kto ostatni spuści wzrok, kto ostatni zamruga, stawał się zwycięzcą jakiejś gry. I to gry bardzo ważnej. Gry o bezlitosnych zasadach. Gry między dwoma ślepymi przechodniami, którzy nie mają świadomości, że stawką jest ich życie.

*

Każdy decyduje, jak się chce uratować, stwierdziłem. Czy dzięki doktrynie fundamentalistycznej, czy za po­mocą serii bajek i alegorii, czy może za po­mo­cą księgi pełnej zasad, norm i zakazów, czy może w przebraniu pol­skie­go drwala, niemieckiego żołnierza, katolickiej dziewczynki albo orto­do­ksyj­ne­go Żyda, czy może w samolocie, w tchórzliwy i wyśniony sposób. Jak­kol­wiek, w najbardziej sensowny sposób, tak żeby najmniej zabolało. Tamara patrzyła na mnie jeszcze smutniejsza niż wcześniej. Choć tak na­praw­dę to wszystko kłamstwa, powiedziałem. I wszyscy wierzymy w nasze własne kłamstwa, powiedziałem. I wszyscy czepiamy się imienia, które naj­bardziej nam pasuje, mówiłem.

*  *  *

Nieważne, czyja to była wina, powiedział. W jego głosie wyczuwało się wię­cej smutku niż złości, więcej rozczarowania niż bólu.

*

Zawsze bardziej przerażała mnie ludzka obojętność na grozę niż sama groza.

*

Wszyscy zawsze uważaliście, że to moja wina, krzyknęła ciotka Lynda z rę­ką w powietrzu, jakby przysięgała, że mówi prawdę, albo jakby wska­zy­wa­ła tą ręką wszystkich, którzy ją obwiniali. Ale obwiniali o co?

*

Zapytałem pani Ermelindy, jakich dodała ziół czy korzonków, ale powie­dzia­ła mi tylko, żebym pił powoli, że dzięki temu zobaczę prawdę. […]  Chcia­łem zapytać, jaką prawdę albo którą z prawd, albo czyją dokładnie prawdę. […]  Pomoże panu zobaczyć pańską prawdę, odezwała się nagle ze swojego plastikowego krzesełka, jakby odpowiadając na pytania, które za­da­wałem w myślach. Trochę się wystraszyłem. […]  Nie prawdę chłopca, który się utopił, powiedziała staruszka. Tylko prawdę tego, co nosi pan w sobie, dodała. Pańską swoją prawdę, powiedziała, używając po­dwój­ne­go zaimka dzierżawczego, jak to często robią ludzie na wsi.

*

[…]  a może milczenie stanowi część jej żałoby […].

*

Pan nie jest stąd, prawda?, zapytał, znów siadając i wiosłując do tyłu czer­wo­ną rakietką. Poprawiłem sobie ponczo na ramionach i upiłem ciepłej ka­wy. Czasami jestem, odpowiedziałem z uśmiechem.

Eduardo Halfon, Klasztor. Żałoba, przeł. Tomasz Pindel,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
(wyróżnienie własne)