sobota, października 12, 2013

864. Po (I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wyjechałam na pięć dni stażu.

Ten czas skończył się wczoraj. Osoby, która
mogłaby powiedzieć wróciłam, już nie ma.

Przyjechałam. Do kochanych jeszcze bardziej,
Sadownika, Heniutki i Przytuliska.

*

A gdy dziś rano wyszłam z domu, lecąc na superwizję, napotkałam na urzekającą, obrazkową, subiektywnie odczytaną „definicję” stanów odmiennych i ekstremalnych. Stanów, z którymi się spotkałam. Stanów, pod wpływem których wciąż pozostaję.

niedziela, października 06, 2013

863. Absurdzik

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Proszę pana, chciałabym kupić klatkę dla słonia.
     — Proszę bardzo. Mamy taką, śmaką i owaką. Którą sobie pani życzy?
     Wybieram, przebieram. Wymiary, ceny porównuję.
     — Zdecydowałam się. Poproszę tę klatkę dla słonia.
     — Drukuję więc umowę.
     Wydrukował. Czytam.
     — Proszę pana, ale ja chcę kupić tylko klatkę dla słonia.
     — Rozumiem. W promocji do klatki dla słonia otrzymuje pani również klatkę dla krokodyla i klatkę dla hipopotama.
     — Potrzebuję tylko klatki dla słonia. Nie mam ani krokodyla, ani hipopotama.
     — Rozumiem, ale nie ma możliwości nabycia klatki dla słonia bez kupienia klatki dla krokodyla i klatki dla hipopotama.
     — Nie potrzebuję klatek dla krokodyla i hipopotama. Potrzebuję klatki dla słonia.
     — Rozumiem. Podpisując tę umowę otrzyma pani trzy klatki. Z klatki dla krokodyla może pani zrezygnować wysyłając esemesa o treści DEAKT KLK na numer 2901. Z klatki dla hipopotama rezygnuje pani wysyłając esemesa o treści DEAKT KLH na numer 2901.

W ten sposób stałam się chwilową posiadaczką trzech klatek, choć potrzebuję tylko jednej. Muszę pamiętać, by wysłać odpowiednie esemesy na odpowiedni numer. Albo jestem zbyt staroświecka dla nowoczesnych form handlu, albo Minus GSM liczy na to, że zapomnę deaktywować niepotrzebne mi do niczego usługi. Tak czy inaczej niesmak pozostał.

czwartek, października 03, 2013

(860+2). Hodowanie nawyków

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sunix ma tabelkę. W wierszach ćwiczone zachowania, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Okazało się, że choć na ostatnio ulubionym przez nas placyku zawsze jesteśmy same podczas ćwiczeń, to... wczoraj zaczepił nas pan, ciesząc się ogromnie, że nas widzi... powiedział, że razem z żoną lubią patrzeć z okna, jak ćwiczymy. Szalone, pomyślałam. Dziś zaczepił nas inny pan z innego piętra, ale też patrzący. O rany, Heniu, rozumiesz to?

Kręgosłup ma tabelkę. W wierszach ćwiczenia, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Aktualnie połowa wierszy nieaktywna.

Światy od dzisiaj mają tabelkę. W kolumnach wymienione jeden po drugim: świat szczęścia, miłości i zrozumienia. W wierszach kolejne dni, którym towarzyszą pytania:

co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie szczęścia?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie miłości?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie zrozumienia?

Wypełniłam dziś pierwszy wiersz światowej tabelki. Będę wypełniać tak długo, aż wejdzie mi to „robienie” w nawyk, aż stanie się drugą naturą, a potem pierwszą.

środa, października 02, 2013

(860+1). W telegraficznym skrócie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Chondrium
Krok 1.
Przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Przy odrobinie szczęścia ominie cię setka zastrzyków, zanim ktoś przytomnie stwierdzi, że to może być coś więcej niż „korzonki”. Dyskopatia. Wysychanie krążków międzykręgowych. Jest źle. Powiedzą, że operacja absolutnie niezbędna. Masz szczęście i numerek 996. Twoje szczęście polega na tym, że nie masz pieniędzy, by w publicznym szpitalu z miejsca 996 przeskoczyć na dwudzieste któreś, co oznaczałoby, że będziesz krojony za cztery tygodnie. Masz szczęście i numerek 996. Jeszcze nie wiesz, że przez naście lat nikt nie zadzwoni, byś szykował się do szpitala. Ćwiczenia izometryczne. Masaże. Uratowany! Tak, tak, oczywiście, że będziesz ćwiczył. Ćwiczysz, ćwiczysz, wracasz do życia. Już nie pamiętasz, jak to jest, nie móc się podnieść i nie móc przejść dwustu metrów. Mija jakiś czas...

Krok 2. Masz diagnozę, zestaw ćwiczeń kurzem pokryty i... przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Masaż. Ćwiczenia. Masaż. Ćwiczenia. Ćwiczenia. Obiecujesz sam sobie, że już nigdy, przenigdy nie przestaniesz ćwiczyć. Przychodzi jednak taki dzień, że zapominasz o obietnicy.

Krok 3. Zapomniałeś, prawda? Wróć do kroku 2.

Krok 4. Ofkors, że pamiętasz! Ćwiczysz. Ćwiczysz. Dzień w dzień. Nigdy nie byłeś tak sprawny i... przychodzi taki dzień, że znów cierpisz... Dysonans poznawczy cię dopada. Co to ma znaczyć, psia krew, przecież ćwiczyłeś, prawda?

Hipochondrium
Dotarłam w niedzielę do kroku czwartego. Nad ranem obudziłam się i wyć mi się z bólu chciało, nóg od kolan w dół nie miałam. Choć poszłam spać w Przytulisku i nie mam w zwyczaju lunatykować, to obudziłam się w więzieniu, bo dotarło do mnie, że... gdy usiądę na wózku, nie będę mogła pójść do kuchni... za wąskie drzwi... nie będę mogła pójść na dwór... nie ma windy, są kręcone schody. Jasny gwint! Armagedon?

Hipo po tam
Tam pojechałam wczoraj. Ciut bardziej zachodniej medycyny zażyłam. Testy na stan ciała zdałam. Pan Orto stwierdził: jest pani w dobrym stanie... jaka operacja? jaki wózek? to tylko stan zapalny... tak, nad ranem jest najgorzej, bo... a tych i tych ćwiczeń nie robić przez cztery tygodnie. Oniemiałam z wrażenia: nie robić tych ćwiczeń! Będę żyć! Długo i szczęśliwie! Klusek pięć! Obiecuję! Na skrzydłach do domu wracałam...

Hip, hip, hura!
A może psyche rzuciła mi się na somatykę? — pomyślałam. Co się działo w moim życiu, gdy ten epizod mnie napadł? O, to! Akuszer oświetlił mi dziś kręte czułości mej psyche.

Mogę zrobić krok w świat córki źle traktowanej.
Mogę zrobić krok w swój wymarzony świat szczęścia, miłości i zrozumienia.

Jeszcze kuleję, ale krok w świat postawiłam zdecydowanie.

piątek, września 27, 2013

859. Idzie nowe

Wczoraj uroczyście wyszliśmy z domu, by
uroczysty obiad razem zjeść, by
uroczyście uznać rok akademicki 2013/14
za otwarty.

A potem w roboczym już trybie pojechaliśmy kupić
teczki, zeszyty, pisadełka, kolorowe karteczki.

Już czekam z zaciekawieniem na ten rok...

*

Wspomnienie treningowe podarowano nam dziś.
Do wiosny i lata z każdym dniem bliżej.

(fot. Altówka)

Ta urocza kudłata Dama mogłaby swobodnie pozować
do księżycowych landszafcików zamiast jeleni, prawda?
Jelenie są passé chyba od dawna, a laby nie...

czwartek, września 26, 2013

858. Pamiętaj, nie waż się zabijać pająków!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ludzie protestują przeciwko puszczaniu sześciolatków do szkoły. Dziwuję się temu z boku, bardzo subiektywnie, bo pamiętam moje osobiste rozczarowanie, że nie będę mogła iść do szkoły jako dziewczynka z pół tuzinem lat na karku.

Od dziś dziwuję się jeszcze bardziej i nie będę już nigdy w stanie zrozumieć, dlaczego nie buntują się przed puszczaniem chłopców do przedszkoli, w których są tylko przedszkolanki (panie), bo...

Jadę dziś metrem do Osti. Wsiada grupa przedszkolaków. Uwielbiam takie spotkania trzeciego stopnia. Może dlatego, że to tylko na chwilę, bez zobowiązań, wysiądę ja lub wysiądą oni. Za darmo, bez brania jakiejkolwiek odpowiedzialności, mam luksus rozkoszowania się dziecięcą energią, pomysłami, dziecięcymi snami śnionymi na jawie. Naprzeciwko mnie siadają dziewczynki — grzeczniutko, jedna przy drugiej, kolanko w kolanko, miód i orzeszki. Obok mnie siada trzech chłopców. Nie usiedzą i już się na to cieszę. I faktycznie. Dopadli jakąś gazetę, samoloty sklecili. Pani przedszkolanka zabrała. Przykazała równo siedzieć jak Kasia i Monika. Z takich grzecznych to fajni i ciekawi faceci na pewno nie wyrosną, przeszło mi przez myśl. Obok mnie siedział Filip. Kichnął, prychnął. Ciecz z nosa zatrzymała się na jego dłoni. Rozstawił palce i katar zamienił się w cienkie niteczki łączące palce. Młody zachwycił się i powiedział do kolegi: zobacz, jaka piękna pajęczyna. Starsza pani siedząca naprzeciwko grymas na twarzy powitała, jakby nigdy w życiu dupska nie podcierała. Zachwycił mnie Chłopiec snem, w który właśnie wpadł. Ciekawa byłam dalszego ciągu... jaki jest ten pająk? jak wygląda? jak się porusza? gdzie żyje? na czym polega jego moc? czy czegoś potrzebuje od Chłopca? co może dla Niego zrobić? Patrzyłam urzeczona na Posmarkanego czekając na ciąg dalszy snu. Nie było nam dane. Pani przedszkolanka wrzasnęła na Chłopca, chustkę mu wcisnęła w dłoń, wycierać kazała, skontrolowała, wywód o higienie strzeliła.

Zabiła pająka.
Czy wiedziała, że na ten moment
zabiła nie tylko pająka?

(fragm. fot.: źródło)

środa, września 25, 2013

857. Córki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Moja matka powiedziała mi, że jestem największą porażką w jej życiu.
Słowa te zaskoczyły mnie, bo stała przede mną piękna, mądra i wrażliwa kobieta. Gdybym była jej matką, byłabym z niej wyjątkowo dumna. Przed oczami stanęły mi twarze wielu innych córek, które usłyszały podobne słowa. Kobiety niewidziane, niesłyszane, niedocenione. Jaki sens kryje się w takiej wypowiedzi?

Wróciłam do domu. Z półki wzięłam najpiękniejszą książkę o miłości rodzicielskiej. Chłonęłam każdą z ilustracji...

Odłożyłam na bok twarze córek. Wciąż nie wiem, jaki jest sens przytoczonych słów, ale wiem, co zrobić z uczuciem bycia niewidzianym, niesłyszanym, niedocenionym.

Dziś zobaczę w sobie coś dobrego,
     czego wcześniej nie widziałam,
     ucieszę się tym,
usłyszę siebie i
docenię to, kim jestem.
Przecież jesteśmy magiczni!

Może się przyłączysz?

środa, września 18, 2013

856. Zniknięcie

Dlatego wiedźmy dwunożne (l. mn.!) wsiadają zaraz do Bawarki
i jadą na spotkanie z
nieoczywistym,
nieodkrytym, ale
ewidentnie koniecznym.
Znikamy...
do niedzieli.

*

Dbajcie o siebie, dbajcie o świat!

wtorek, września 17, 2013

(852+2+1). U wiedźmy

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ktoś kiedyś powiedział o mnie, przy mnie: „sucha wiedźma”. To nie miał być komplement, ale dla mnie był i to duży, bo przecież wiedźma to, ta co wie!

*

Na wiedźmę łatwiej wyrwać można moją uwagę. Dlatego nie dziwi mnie, że Dorę Wilk pokochałam od razu. Wycofałam się ze swoich uprzedzeń. Odszczekałam co trzeba, bo okazało się, że fantasy to gatunek literacki dla ludzi z poczuciem humoru, z pewną wewnętrzną ironią wobec siebie i świata, z ogromną wiarą w dobro i sens; dla ludzi, którzy mają łatwy kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Nie mam pewności, czy wszystkie te cechy posiadam, ale świetnie się bawiłam czytając.

*

Od piątku do niedzieli w mieście Nadnaturalnych bywałam na corocznym zjeździe IPP-work. Gdy w sobotę całym zespołem szliśmy Monciakiem ku morzu, chłonęłam atmosferę wieczoru jesiennego już miasta. Choć mieszkałam w Trójmieście sześć lat, czuję się w nim tylko gościem. Szliśmy wolniutko, razem, ale też osobno na swój sposób. Mój wzrok padł na nieprzypadkowo wybrany lokal. Na chwilę, wspomnienie porzuciło rzeczywistość i stworzyło za szybą witryny sklepowej pizzernię, której dziś już tam nie ma. Ten sposób, w jaki padało światło. Ciepło, które zachwycało w zimne dni. I On, siedzący ze mną przy stoliku nad pizzą. Przywróciłam w pamięci mój zachwyt jego niespotykanym spokojem. Ten spokój w nim kochałam bezgranicznie. Tego spokoju chciałam się nauczyć. Myliłam się co do spokoju, co do miłości. Wróciłam do siebie, tej sobotniej, idącej po bruku. Dziś wiem, że to nie był spokój. To był lęk przed światem, niechęć do konfrontacji, niepewność siebie. Pomyślałam z miłością: mam nadzieję, że dałeś radę, Kotku?

*

Naszło mnie dzisiaj na myślenie o ludziach, których lubiłam, uwielbiałam lub kochałam za cechy, których nie byli posiadaczami. Może trzeba było zatrzymać się na zachwycie wobec tych osób i szybciej zniknąć z ich życia? Po latach, gdy jestem terapeutką, wróciłam do każdej z tych osób na chwilę. Wróciłam i towarzyszy mi pewność, że wtedy zalążki tych cech mieli w sobie — widziałam je i czułam ich obecność. I myślę sobie tak: mam nadzieję, że daliście radę! Jesteście magiczni, to pewne!

— Nie wiem [kim jestem], dziwakiem pewnie... [...]
[...] głuptasie, nie jesteś dziwakiem!
Jesteś magiczny, a to coś wyjątkowego!

Aneta Jadowska, Złodziej dusz,
Fabryka Słów, Lublin 2013.
(wyróżnienie własne)

*

Przez większość swego życia byłam dziwakiem, ale już nie jestem.
Jestem magiczna, a to coś wyjątkowego! Jestem tą, która już to wie.

poniedziałek, września 16, 2013

(852+2). Fantasy dziewictwo precz! (powakacyjnik III)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaskakujący to był urlop. Naszej ulubionej knajpki już nie ma. Nowy domek budził tęsknotę za starym. Ludzi więcej niż w poprzednich latach. Ale najbardziej zaskakujące było to, że czytałam książkę z półki Sadownika, zaraz po Sadowniku... z gatunku urban fantasy... I zachwycił mnie ten zestaw literek. Miałam okazję niepoprawnie politycznie pośmiać się z polskiej rzeczywistości. Zachwyciłam się, bo oddawałam się egoistycznemu tropieniu siebie na jej stronach? Siebie, której już nie ma i tej, która jest. Siebie odkrywanej w wielu ludziach i wielu ludzi odkrywanych we mnie. Tęsknot, pragnień, doświadczeń celnie namierzonych. Dziękowałam Magii, która w mym życiu jest co dnia, Magii, której uczę się codziennie...

Paulina Kozanek nie żyje, smutne, ale nie zmienię tego. Moim obowiązkiem jest odnaleźć zabójcę, choć przyznam, dziś nie czułam zwykłego dreszczyku podniecenia związanego z rozgryzaniem zagadki. Najchętniej ożywiłabym Kozanek i zapytała prosto z mostu, kto ją zabił i dlaczego, by mieć tę sprawę z głowy i zająć się tym, co dosłownie spędzało mi sen z powiek, czyli porwaniem Katii i innych. Życzenie to nie mogło się spełnić, nie dlatego, że nie było możliwe. Było, tyle że jedyna znana mi osoba, która bez trudu ożywiłaby Kozanek, została porwana. Zaklęty krąg, rozwiązanie na skróty pierwszej sprawy, wymaga rozwiązania drugiej, w której nie da się iść na skróty.
     Pozostawała mi więc solidna i czasochłonna robota policyjna.

*

     — Z kim przyjaźniła się pana mama?
     — Mama nie znała tego czasownika. — Skrzywił się. — Mama miała wrogów, często niezdających sobie nawet sprawy z tego, że zaliczyła ich do tej kategorii.
     — Jakiś przykład, bym wiedziała, o czym pan mówi?
     — Wszyscy niekatolicy, premier, prezydent, zwolennicy lewicy, rozwodnicy, pary mieszane rasowo, homoseksualiści, Żydzi, Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy, ekspedientki poniżej trzydziestego roku życia, dziwki, czyli właściwie wszystkie niemężatki, małe dzieci, rodzice małych dzieci, właściciele psów... To tylko najkrótsza lista, jaka przychodzi mi na myśl, mogłaby być znacznie, znacznie dłuższa.

*

     — [...] I jeszcze jedno, czy możesz załatwić, bym nie była już nagabywana przez wiedźmy płodności? Są nachalne jak świadkowie Jehowy, między innymi przez nie unikałam mieszkania w Thornie. Ich wizja mojej przyszłości zupełnie mi nie odpowiada, nie chcę ich skrzywdzić, a jak wspomniałaś, one nie potrafią oddać.
     — Oczywiście, masz immunitet. Przekonam głowę ich sabatu, że twoje użytkowanie magii miłości jest inne, ale nie gorsze i zasługujesz na spokój i szacunek.
     — Nie szanują żadnej kobiety, nim nie urodzi piątki dzieci, pani, wystarczy mi spokój, dużo spokoju.

*

     — Czym jesteś, Witkacy?
     — Nie wiem, dziwakiem pewnie...
     Był smutny i jakby zagubiony
[...]
     — Witkacy, głuptasie, nie jesteś dziwakiem! Jesteś magiczny, a to coś wyjątkowego! [...]
     — Pomogę ci, Witkacy. Nie jesteś wariatem. Znam mądrzejsze ode mnie wiedźmy, możesz być po prostu z innego systemu albo możesz być wystarczająco egzotycznym stworzeniem, że po prostu nie spotkałam nikogo takiego jak ty. Może być wiele powodów.
     — Dziękuję — wyszeptał.
     Opadł niżej, opierał czoło o moje kolana i drżał, chyba płakał. Nie wyobrażałam sobie, jak wytrzymał trzydzieści pięć lat bez wiedzy kim jest. Pamiętam, jak bolesne było dorastanie w tym obezwładniającym poczuciu wyobcowania, niezrozumienia, braku miłości. Zmaganie się z darami, których nie mogłam kontrolować.
[...] Nie mogłam pozwolić, by zadręczał się dłużej. Naprawdę mógł oszaleć, jeśli nie nauczy się własnej mocy.

*

*

Nauczyłam się, że zawsze trzeba mieć plan awaryjny. Nawet jeśli zakłada on cud. Zdarzają się częściej, niż zwykliśmy sądzić.

Aneta Jadowska, Złodziej dusz,
Fabryka Słów, Lublin 2013.

(852+1). Psie Sudoku (powakacyjnik II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nareszcie!
Zrozumiałam ludzi,
których do tej pory pojąć nijak nie mogłam.

Zastygają.
Kontakt werbalny tracą.
Ludzi gubią z oczu.
Cyferki w głowie przewracają. Plansza za planszą pękają ukończone jedno po drugim sudoku. Tak, tak, oczywiście, o różnych poziomach trudności, w wariantach wielu.
Wieczór za wieczorem.
Zastanawiałam się, jakim cudem im się to nie znudzi?

Aż stało się! Znalazłam naszą kudłatą wersję sudoku — zamiast 81 kwadracików ułożonych w dziewięciu wierszach i dziewięciu kolumnach nam potrzebny jest tylko jeden. Mit o Syzyfie Kudłatej opowiadam rękoma, gdy ćwiczymy kwadrat dla początkujących. I sama nie wiem, może lepiej byłoby się załamać, a mnie cieszy każdy właściwy krok...

852. Dzieciowy patchwork zgrozy (powakacyjnik I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przejście dla pieszych. Jadący samochód. Pańcia kierująca wózkiem dziecięcym na jednym z brzegów ulicy. Niczym kierowca traktora, co tutaj zawsze o 13.50, z pogardą patrzy na zbliżający się samochód i pewnym ruchem wpycha wózek na pasy... tylko wózek... stopy pańci wciąż na chodniku.

Widziałam takich sytuacji zbyt wiele w swym życiu. Sprawdziłam, w moim przypadku nie ma znaczenia, czy jestem owym kierowcą, kierowcą postronnego auta czy pieszym świadkiem — reakcja jest zawsze ta sama. Gdybym tylko mogła, zatłukłabym sukę, bo matką trudno mi ten bezmózgi twór nazwać! Nie dam sobie zamydlić oczu wrzaskiem oburzenia tych, co wykorzystują dzieci do swoich egoistycznych celów:

że dzieci... dla dzieci... bo dzieci...

Tia. Po skończonej na urlopie książce, dotarło do mnie, że różne pomysły, dotyczące dobra najwyższego dzieci, wprowadzane w czyn w rodzinach, w sądach, w rządach nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym dobrem dzieci, z rzeczywistym dobrem Ludzi. Nie mam w sobie zgody na to, że dzieci są naszą przyszłością to zgrabny polityczny frazes a droga hamowania to abstrakcyjny termin naukowy mający luźny związek z prozą życia.

Można powiedzieć, że wojna narkotykowa nas nie dotyczy. Bo przecież mamy szczęście żyć w Europie, a skoro czytasz ten wpis, mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie mieszkasz pod mostem, nie przymierasz głodem, masz buty, kołdrę i jakieś plany na jutro, coś chcesz zrobić, zmienić, o czymś marzysz. Krótko mówiąc: jesteś bogaty lub bogata.

My? Nie, nie jesteśmy dziećmi wojny narkotykowej. Tyle, że to nieprawda! Byliśmy, jesteśmy lub będziemy dziećmi wojny narkotykowej, gdy tylko na horyzoncie ludzi nam bliskich, przyjaciół, znajomych pojawią się osoby terminalnie chore. A to tylko jeden z wielu aspektów poruszonych w książce, niestety. To pozycja drastyczna, donosi o zbyt wielu ostrzach idei, która zabija nie tylko dzieci, krzywdzi ludzi, rodziny, całe społeczności w sposób, który nawet trudno zrozumieć... Tak jak nie sposób zrozumieć pańcię...

Politycy bez wahania podpisują międzynarodowe konwencje o prawach człowieka i dostępie do leków, ale niewiele robią, by spełnić ich założenia. Na świecie przywiązuje się znacznie większą wagę do redukcji podaży i walki z rekreacyjnym zażywaniem narkotyków niż do zapewniania ludziom podstawowych leków.

*

Wojna narkotykowa jest zorientowana na usunięcie ze świata „groźby”, jaką stanowią narkotyki i przywrócenie (całkowicie nierealnej) wolnej od narkotyków rzeczywistości. Dominuje cechujące się wtórną logiką podejście, którego zwolennicy utożsamiają konsekwencje prohibicji (mordowanie dzieci przez gangi, niszczenie środowiska, korupcję, konflikt czy zgony spowodowane zażywaniem zanieczyszczonych substancji) z konsekwencjami kontaktów z narkotykami. Te polityczne problemy napędzają mechanizm myślenia o narkotykach jak o niebezpieczeństwie dla świata, wspierając politykę prohibicji i usprawiedliwiając jej kontynuację, a nawet intensyfikację.

*

Przekonania dotyczące narkotyków mają swoje źródło w taktycznych działaniach, których zamierzeniem jest zniechęcenie ludzi do rekreacyjnego zażywania i powstrzymanie fali uzależnień. Tych celów nie osiągnięto, ale obawy związane z narkotykami silnie zakorzeniły się w społeczeństwie. W połączeniu z restrykcyjnym prawem narkotykowym tworzą one barierę utrudniającą dostęp do leków stosowanych w opiece paliatywnej.

red. Damon Barrett, Dzieci wojny narkotykowej.
O wpływie polityki antynarkotykowej na młodych
,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

*

E tam... to tylko książka... nie widziałem nigdy w życiu narkotyków na oczy... nigdy nie brałem... nie będę brać... zresztą, w tej książce to na pewno nieaktualne dane... manipulacja... temat zastępczy... co mnie to obchodzi?

I przypomniało mi się,
że choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali oczy, rzeczywistość nie zniknie:

(źródło)

piątek, września 06, 2013

851. Tymczasowo zamykamy

To nie Sadownik wyjeżdża.
To nie Jabłoń znika.

Całe Stado będzie urlopować.

Będą
czytać,
ćwiczyć,
rozmawiać,
milczeć,
kochać,
marzyć,
pisznnnnie jadać,
słodko spać,
kawusię pić,
gofry wcinać...

by zatęsknić do
życia, które
chwilowo
porzucają.

850. Moje od do

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzimy się z etykietką: syn, córka. Długą drogę musi przejść syn, by stać się mężczyzną. Dotarło do mnie, jak długa jest droga od córki do kobiety...

*

Ci — z mojego doświadczenia Te, co mówią, że kobieta powinna to i tamto, a prawdziwa kobieta na pewno wybierze w życiu siamto, są... pomimo wieku, zmarszczek nie tylko mimicznych, plam wątrobowych... wciąż dziećmi. Ot, takie zgrzybiałe, grzeczniutkie córeczki swoich, często już nieżywych, rodziców.

Cóż, droga od córki do kobiety, od syna do mężczyzny jest bardzo, bardzo długa... może nawet tak długa jak droga, którą trzeba przebyć od własnego umysłu do serca... Nie ma żadnych gwarancji, że każdy z nas ją pokona za tego życia.

Dlatego myślę sobie, że dorosłość, choćby najmniejsze Jej przejawy, należy celebrować. I nie zrozumie tego byle bachor! Daję słowo!

czwartek, września 05, 2013

849. Katarzyna W. i spółka

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W komunikacji miejskiej, ku memu zdziwieniu, drugi dzień dużo osób dyskutuje o wyroku Katarzyny W. Utkwiło mi w głowie dwoje młodych ludzi, którzy wiedzieli dokładnie co i jak, że wyrok sprawiedliwy, że należało się babie, że w więzieniu inne kobiety nie dadzą jej żyć i że to bardzo dobrze, bo Ziemia takiej nosić nie powinna. Och, żeby to było takie proste. Młodym wykształciuchom z dobrych domów wielkich miast, z perspektywami, z pracą, z własnym zdaniem, z ambicjami, tak łatwo i bezmyślnie przechodzą przez gardła te wszystkie komunały.

Sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby chociaż wspomniano o współudziale społeczeństwa, które jak mantrę powtarza, że „macierzyństwo jest jedyną drogą, by w pełni stać się kobietą”, „prawdziwe matki nie oddają swoich dzieci”, „matka zawsze wie co dla jej dziecka najlepsze”, „rodzina jest dobrem najwyższym” itd.

Nie wszystkie kobiety mają potrzebne zasoby wewnętrzne i zewnętrzne, by zakwestionować te generalizacje, by z podniesioną głową wybrać inną drogę, by odpuścić sobie przymusowe macierzyństwo, by oddać dziecko, by pozwolić sobie na to, że nie wie się najlepiej, by mieć inną definicję dobra najwyższego, by żyć swoim życiem.

Pytanie „jak ona mogła?” jest pozbawione sensu. Zdecydowanie mogła, bo właśnie to zrobiła. Nie ona pierwsza. Nie mam złudzeń, że nie ona ostatnia, niestety. Jeszcze jeden produkt uboczny zbiorowego myślenia życzeniowego. Ile jeszcze dzieci zginie, będzie cierpieć, zanim społeczeństwo pójdzie po rozum do głowy?

A Katarzyna W. posiedzi... za swoje, za mężulka, co kochany chyba już mniej, za bliższą i dalszą rodzinę z której pochodzi, za naród polski pędzony ideą, co trzymać się realu nie zamierza ani przez chwilę. A partie polityczne i niepolityczne bezkarnie będą z uporem maniaka zaklinać tę niepoprawną, niby nie mającą wcale głosu, rzeczywistość, która nie wiedzieć czemu, trzeszczy tak obrzydliwie.

Komu powinnam pogratulować?
Aż mięsem mam ochotę rzucić, ale przecież jestem wege myślą, mową i zadbaniem.

środa, września 04, 2013

848. Z frontu wege robótek

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wegetarianizm to dla mnie teraz poznawanie świata nowych słów, znaczeń i smaków.
Do słownika dodałam nazwy użytych już przynajmniej raz w tym tygodniu składników:

fasola pinto
kombu
tahini

*

Ten, co nazwał wege reżimem, nie miał pojęcia, o czym mówi, bo:

Wege jest piiiiisszzzzzneeee!

*

Wczoraj nagrodę Sadu otrzymałam. Sadownik zjadł fasolkę pinto z warzywami na obiad i powiedział, że po raz pierwszy nie brakowało mu mięsa.

847. Owoce zbierając dziś na Mariensztacie

#2

Kim jestem?
Nie jestem
     myślą, co właśnie do głowy mi wpadła.
Nie jestem
     ciałem, które właśnie spoczęło w hamaku.
Nie jestem
     uczuciem, w którym się teraz pławię.

Kim jestem?
Czy gonitwa za właściwym
     rzeczownikiem,
     przymiotnikiem,
     czasownikiem,
     imiesłowem,
     da mi precyzyjną odpowiedź?
     gdy uzupełnię nią frazę rozpoczynającą się od słowa:
JESTEM...

Kim jestem?
Tą, która jest.
JESTEM. I już!

#1

846. Wczoraj o nieuniknionym

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Spotkajmy się. Oczywiście!
Zakochajmy się w sobie. O tak!
Żyjmy długo i szczęśliwie. Koniecznie!
A co będzie potem?

Konsekwencje „oczywiście-tak-koniecznie” konsekwentnie w żart obracamy. W przypływie odwagi decydujemy, że najpierw ja a potem ty — a może odwrotnie. Bezpiecznie chcemy się poczuć nie tracąc kontroli nad tym, nad czym kontroli żadnej nie mamy. Oswoić nieogarnialne umysłem choć na chwilę. Tak, żadnej trumny, proszę mnie spalić... żadnego pomnika... drzewo proszę zamiast tego posadzić... brzozę...

To dzieje się obok nas. Realne dla innych. Nierealne dla nas. Cenę za „oswojenie” siebie nawzajem przyjdzie któremuś z nas zapłacić. Podglądamy nie mogąc pojąć. Zrozumiemy, choć wolelibyśmy tego uniknąć niczym niewinne dzieci. Zrozumiemy kiedyś tam, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Jeśli nie będę widzieć, jeśli nie będę słuchać, czy przestanie istnieć? Akurat!

Jeśli będę widzieć, jeśli będę słuchać, to jeszcze nie istnieje! I niech tak pozostanie póki co, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

*

Znalazła mnie. Wepchnęła się w rękę. Sadownik nabył. Przeczytałam. Prawdziwa. Odważna. Książeczka.
O miłości, której permanentną częścią jest strata.
O stracie. Z ukrytą w niej głęboko miłością, którą dopiero okres żałoby jest w stanie wydobyć na światło dzienne.
O wierze w coś większego od nas samych.
O miłości... O stracie... O miłości... To książka ważna. I jak mantrę powtarzam, myśląc o wielu bliskich mi Ludziach: byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Człowiek nigdy nie wie, jak mocno naprawdę wierzy, póki prawda tego lub fałsz nie staje się dla niego sprawą zasadniczą. Łatwo powiedzieć, że wierzysz w moc sznura, dopóki używasz go jedynie do obwiązywania skrzyni. Ale przypuśćmy, że masz zawisnąć na tym sznurze nad przepaścią. Czy nie sprawdziłbyś wtedy, czy naprawdę jesteś go pewny?

*

Jest jedno miejsce, gdzie nieobecność H. odczuwam najbardziej dotkliwie, i tego miejsca nie mogę uniknąć. Mam na myśli własne ciało. Miało ono tak inne znaczenie, gdy było ciałem człowieka, który kochał i był kochany. Teraz jest jak pusty dom.

*

Nikt nigdy nie spotyka na swej drodze Raka, Wojny, Nieszczęścia (czy Szczęścia). Przychodzi tylko jakaś godzina lub chwila. Różnorakie radości i smutki. Wiele rzeczy przykrych w najlepszych momentach naszego życia i wiele dobrych w najgorszych. Nigdy nie następuje zderzenie z tym, co określamy jako „rzecz samą w sobie”. To złe określenie. Ta rzecz to po prostu owe chwile radości i smutku — reszta to tylko nazwa i pojęcie.

*

Pięć zmysłów. Intelekt nieuleczalnie abstrakcyjny. Czysto przypadkowo selekcjonująca pamięć. Tyle przewidywań i przypuszczeń, że nigdy nie potrafię rozpatrzyć więcej niż połowy z nich, nigdy nie mogę nawet uświadomić sobie ich wszystkich. Ile pełnej rzeczywistości może wchłonąć taki instrument?

*

Tak prędko przyjść do siebie? Słowa nie zawsze są jednoznaczne. Powiedzieć, że pacjent po operacji wyrostka przychodzi do siebie, to co innego niż powiedzieć, że przychodzi do siebie po obcięciu nogi. Po takiej operacji albo okaleczony kikut się goi, albo człowiek umiera. Jeśli się goi, ostry, ciągły ból minie. Niebawem pacjent odzyska siły i będzie mógł kuśtykać na drewnianej nodze. „Przyszedł do siebie”. Ale prawdopodobnie będzie odczuwał od czasu do czasu przez całe życie bóle w kikucie, może nawet silne. I pozostanie na zawsze człowiekiem i jednej nodze. Rzadkie są momenty, kiedy o tym zapomni. Kąpanie się, ubieranie, siadanie i wstawanie, a nawet leżenie w łóżku, wszystko to będzie zupełnie odmienne. Zmieni się cały jego sposób życia. Wszelkie rzeczy przyjemne i czynności, które uważał niegdyś za naturalne, zostaną po prostu wykluczone. Tak samo obowiązki. W obecnej chwili uczę się poruszać na kulach. Może niedługo dostanę drewnianą nogę. Ale nigdy już nie będę stworzeniem dwunożnym.

*

Mógłbym powiedzieć: „Uporał się z tym. Zapomniał o żonie”, kiedy prawda byłaby taka: „Pamięta ją lepiej dlatego, że się częściowo z tym uporał”.

*

Myśl nie jest nigdy nieruchoma; ból — często.

*

Uczucie, że w jakiejś rozbrajającej, niweczącej wszystko inne prostocie jest jedyna prawdziwa odpowiedź.

C.S. Lewis, Smutek, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2009.

poniedziałek, września 02, 2013

(835+10). Ukręcić bacik na marzenia, ale już!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jestem okropnie monotematyczna.
Nie! Ta książka jest o bieganiu przy okazji.

Bieganie jest w niej tylko okazją do zmiany... wszystkiego! Nie od razu, ale powolutku, dzień po dniu. To książka o niemożliwym, które nabiera rumieńców możliwego. To książka, która zmusza do zadania sobie pytania: noooo, to o czym marzysz? Pytania, które uruchamia następne. Co jeszcze chcesz w tym życiu zrobić? Kiedy? Co robimy już dziś? Bo życie to nie myślenie o myśleniu czy myślenie o działaniu — życie to działanie, wdech, wydech i... wio! Bo Życie jest Magią. Uwielbiam to czuć.

Ta książka jest też o... jedzeniu, oczywiście!

Każdy z nas ma w sobie dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sam nie wie, czy zdoła to osiągnąć. Może to być przebiegnięcie mili, udział w biegu na dziesięć kilometrów albo na sto mil. Może to być zmiana zawodu, schudnięcie o dwa kilo, wyznanie komuś miłości.

*

Dodatkowe utrudnienie tylko pomaga. Zawsze pomagało, wreszcie do tego dochodziłem. Żadne moje „dlaczego?” nie przyniosło mi spokoju ani nie doczekało się odpowiedzi. Ale samo pytanie — i robienie — zrobiło coś we mnie, dało początek czemuś silnemu.

*

[...] możesz się wlec, rozpaczać, schrzanić coś i popaść w jeszcze większą rozpacz, a jednak prawie zawsze dostajesz drugą szansę. Ocalenie jest zawsze w twoim zasięgu.

*

[...] gdzie jest moja granica? Czy mogę ją poznać inaczej, niż tylko starając się ją przekroczyć? [...] każdy, kto ma tyle szczęścia, że może sięgać poza swoją strefę bezpieczeństwa, jest w stanie postawić sobie to pytanie i na nie odpowiedzieć.

*

Tonto, mój pies nie musiał się niczego uczyć, aby poznać swoją prawdziwą naturę. Ja — owszem. [...] Pościgaj się ze swoim psem (czy on wygląda na zmartwionego?).

*

[...] bazylia to koronowana głowa wśród ziół; jej nazwa pochodzi od greckiego słowa basileus, czyli król [...].

*

Zwierzyłem się Tony’emu, że moim zdaniem miłość nigdy nie trwa wiecznie, a ludzie robią z niej nie wiadomo co. Odparł, że nie mam racji, bo miłość jest wszystkim.

*

Każdy z nas czasem przegrywa. Nie udaje nam się zdobyć, czego pragniemy. Przyjaciele i osoby, które kochamy, odchodzą. Podejmujemy decyzje, których później żałujemy. Staramy się ze wszystkich sił, ale rezultat jest opłakany. To nie przegrana definiuje nas jako ludzi, lecz to jak przegrywamy, i to, co potem robimy.

*

Możemy żyć tak, jak to miało być: prosto, szczęśliwie, na ziemi i z ziemią. Możemy żyć, przekuwając trud w czystą radość.

*

     — Po jednym kroku — powiedział Dean, kiedy zawahałem się i zachwiałem. — Skup się na tej chwili.

Scott Jurek, Steve Friedman, Jedz i biegaj. Niezwykła podróż
do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania
,
Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2012.

sobota, sierpnia 31, 2013

(768+76=843+1). Kudłate odpryski dnia

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Odkryłam, że pod zacnym „chcesz jeść mięso, kup je sam” kryje się nie tylko moja niechęć do wspierania przemysłowej hodowli zwierząt, ale również osobista, głęboka chęć, by Sadownik dzielił ze mną nie tylko życie, szczęście i troski, ale również c a ł e, bez wyjątku, menu. Bez przesady — odkrywszy drugie dno, skorygowałam swoje chcenie.

Powiadomiłam więc kolegę-małżonka, że w trakcie oczekiwania na pierwszego jelenia, mięso kupić mu mogę... W końcu, dodałam, Heni kupuję, co mogłoby być argumentem na rzecz tezy, że ją kocham bardziej...

Jabłoń:
(wyłożyła Sadownikowi powyższe)

Sadownik:
(zauważył, że do Heniowych nauk Drzewko używa często parówek)
Futrujesz ją tymi nieszczęśliwymi parówkami!
Jaka z ciebie matka?

*

Pani mnie wczoraj minęła, gdy ćwiczyłyśmy sobie z Henią w najlepsze. Zatrzymała się i powiedziała:
— Mój pies był tak mądry, że nie musiałam go niczego uczyć.

Nie po raz pierwszy słyszałam te słowa. Niejeden ktoś miał tak mądrego i dumnego psa, który na pewno nie sprzedałby się za smakołyk. Niejedna twierdziła, że to uwłacza psu, gdy nagradza się go smakołykiem.

Zatrzymał mnie wykrzywiony wyraz twarzy pani od mądrego, nieuczonego nigdy psa. Doszłam do wniosku, że wolę Heniutkę, bo uwielbiam z nią pracować. Uwielbiam jak jej chrupią szare komórki. Uwielbiam to, kim się staję dzięki Niej nie tylko w czasie naszej wspólnej pracy. Jak mogłabym się tej ogromnej przyjemności pozbawić? Jeśli warunkiem koniecznym jest „nie tak mądry pies”, to zgadzam się. Mam „nie tak mądrego psa”, ale... mam też niesamowitą Sukę! Uczę się wciąż, niezmiennie i każdego dnia od nowa mądrze Ją kochać. To niesamowita przygoda podczas której staję się Człowiekiem.

piątek, sierpnia 30, 2013

843. Życie z neofitką

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przytulisko. Niewidzialna, ale dobrze wyczuwalna, linia demarkacyjna rozłożyła się w połowie stołu i leży tam już jakiś czas.
     — Mięso? Proszę bardzo, ale musisz je sobie sam kupić, przyrządzić, podać. — Głosi nowa religia kuchenna.

*

Obiecałam, że wrócę do mięsa, gdy będę miała beznadziejne wyniki krwi lub gdy średnia osobnicza chorowalność zimowa wzrośnie mi znacząco. Póki co, pławię się w zachwycie...

*

Sadownik:
(z niesmakiem w głosie na widok jedzenia Jabłoni)
Ty jednak wierzysz w słowo pisane...

Jabłoń:
Noooo. I zobacz, gdzie jestem!
A ty nie wierzysz i jesteś tu ze mną!

Sadownik:
Nie. Ja jem parówki.

842. Uczta zmysłu niejednego

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zapytał:
     — Góra czy dół?
     — Góra — odpowiedziałam.
     — Bo nie mogłem się zdecydować.
     I ruszyło, rozbrzmiało, w inny wymiar mnie zaprosiło.

Słyszałam to już kiedyś u Osti. Zwykle nie pytam, kto gra, kto śpiewa — delektuję się niespodzianką, chwilą, nieprzywiązywanie się ćwiczę. Tym razem zapytałam, bo to był drugi raz. Znaczący raz! Kręgosłup na stole Osti w opiece zostawiłam. Zaproszenie przyjęłam. Udałam się w rzeczywistość inną.

Gdy tylko wróciłam do domu, szukać zaczęłam. Zamówiłam u Sadownika i jego amazońskich mocy. Pogrzebałam i znalazłam tymczas jutubowy i łomolę...

Michel Godard, A Trace of Grace (Monteverdi).

czwartek, sierpnia 29, 2013

(839+2). Podły charakter terapeutki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zanim wyślesz bliską ci osobę na terapię. Albo.
Zanim bliska ci osoba zacznie studiować psychoterapię. Czy.
Będzie już terapeutą.
Pozbądź się złudzeń.
Nie będzie ci lżej.
Będzie lepiej,
     dużo lepiej,
     ale nie będzie lżej,
     bo niby po co?

Jabłoń:
(stanowczo, bezdyskusyjnie)
Nie.

Sadownik:
(udaje, że próbuje lewarem na ambicję wleźć Drzewku
lub chociaż odrobinę wątpliwości zasiać
)
To po cholerę chodzisz na terapię własną?

Jabłoń:
Moja terapia jest po to, by mi lepiej się żyło,
a nie po to, by Tobie i innym żyło się lepiej.
(po chwili cieniutkim głosikiem)
No wiesz, podły charakter to podły charakter.
(uśmiecha się najpiękniej jak umie, bo co innego może zrobić)

(839+1). Czarna wołga A.D. 2013

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czarna Wołga, która porywa dzieci straszyła mnie w dzieciństwie. W czasach mojego dzieciństwa Wołgi były często taksówkami. Widmo Czarnej Wołgi wychynęło z niebytu przeszłości wczoraj późnym wieczorem.

*

Sadownik & Jabłoń:
(rozmawiają o planach na sobotę)

Sadownik:
W sobotę powozisz...

Jabłoń:
A czemu?

Sadownik:
Bo w piątek mamy imprezę.

Jabłoń:
(przypomina sobie, że została zaproszona, by była pewność,
że Sadownik zjawi się na imprezie
)
Ty masz imprezę.
(po chwili)
I co, o dwudziestej drugiej wsiądę w tramwaj
i wrócę do domu, bo mi się będzie chciało spać?

Sadownik:
Nie. Taksówką sobie wrócisz.

Jabłoń:
I co, czarna wołga mnie porwie?

Sadownik:
Nie obiecuj!

Sadownik & Jabłoń:
(chichoczą)

Sadownik:
Zobaczysz, po kilku godzinach
taksówkarz zadzwoni zrozpaczony
i usłyszę: panie, zabierz ją pan!
Odpowiem mu wtedy:
Jak se pan jom wziołeś, to se pan jom tszymaj!

Sadownik & Jabłoń:
(chichoczą głośniej i bardziej)

Jabłoń:
A teraz już nic nie mów, bo chcemy iść spać.

środa, sierpnia 28, 2013

839. Ech, to życie w związku!

Sadownik & Jabłoń:
(wracają z kawy na mieście)

Jabłoń:
(bezmięsna)
Jak ci z kolejną rewolucją w naszym życiu?

Sadownik:
Życie z Tobą to nie bajka...

Jabłoń:
A co?

Sadownik:
Nikt nie mówił, że będzie łatwo...

Jabłoń:
Ale jaki gatunek?

Sadownik:
Horror sensacyjny z dreszczykiem!

Jabłoń:
Kocham Cię za twe hiperbole, puenty i wyszczekanie!

Sadownik:
No, widzisz, horror!

838. Zakapturzone odkrycie semantyczne

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Karczma z wyszynkiem. Na oko XVI—XVII wiek z powieści przygodowych. Dwóch gości przy drewnianej ławie dysputę prowadzi. Podchodzi do nich zakapturzony mężczyzna. Z powagą, niskim głosem mówi dobitnie:
— Bo obietnice to pętla na waszej szyi. — I odchodzi.

*

Obiecanki cacanki, a głupiemu radość!
Do wczorajszego ranka rozumowałam tę mądrość ludową tak... bo tylko głupi wierzy w obietnice. W końcu dobrymi chęciami piekło podobno już wybrukowano.

*

Obiecanki cacanki, a głupiemu radość!
Od wczorajszego ranka, gdy zakapturzony mężczyzna wypowiedział swoją kwestię, dwie kulki w mej głowie zderzyły się. Pewność w jego głosie sprawiła, że przebudziłam się. Powtarzałam jego słowa kilkakrotnie, by nie zgubić, gdy przymknę znów powieki na ostatnie godziny przed świtem. Nie zgubić. Nie zgubić. Nie zgubić...

***

Nie obiecuj! [komuś czegoś]
Bo... jeśli będziesz chciał zrobić to, co stanowi przedmiot obietnicy, i tak to zrobisz, choćby nie wiem co, każdą przeszkodę usuniesz i dasz radę, to pewne. Skoro tak się stanie, oznacza to, że nie musiałeś obiecywać.
Bo... jeśli nie będziesz chciał zrobić tego, co stanowi przedmiot obietnicy, a zrobisz, boś uczciwy, można na tobie polegać, bo tak trzeba i te pe, pozostanie ci złość na siebie, że w ogóle obiecywałeś, pozostanie niesmak i zmęczenie, i uczucie, że przeciwko sobie stanąłeś, i nic dobrego z tego nie wyniknie.
Bo... jeśli nie będziesz chciał i nie zrobisz tego, co stanowi przedmiot obietnicy, ten ktoś ci to zapamięta, wyciągnie w nie najlepszym dla ciebie momencie, uzna cię za świnię niesłowną, beznadziejną, będzie o tobie myślał już tylko źle, uprzykrzy ci życie, nigdy już nie zaufa, znielubi, znienawidzi i stać się może wszystko co najgorsze.

Krótko: nie obiecuj nikomu niczego — nie warto!

*

Nie obiecuj! [sobie czegoś]
Nie obiecuj, że to będziesz robił codziennie, a tamto minimum trzy razy w tygodniu, że przysiądziesz do jeszcze czegoś innego regularnie po godzince przez cały miesiąc, semestr, rok.
Bo... jeśli będziesz chciał to zrobić, zrobisz to i nikt, i nic cię nie powstrzyma.
Bo... jeśli nie zrobisz, ktoś w tobie będzie na ciebie wściekły, uprzykrzy ci dzień, zamieni w piekło życie twe mówiąc „a nie mówiłem”, „bo ty to nigdy” i te pe, a od siebie niestety trudno uciec czy wziąć urlop na żądanie; będzie gderał, marudził, wyzwie od najgorszych — nie będzie z tego nic dobrego, tylko puch podciętych skrzydeł twych.
Bo... jeśli zrobisz, bo tak trzeba, bo co ludzie, bliscy, najbliżsi powiedzą, wycofać się przecież nie możesz, dałeś sam sobie słowo. Byłbyś frajerem, gdybyś tego nie skończył, głos matki lub ojca w tobie będzie grzmiał: „skończ, skoro zacząłeś!”. Nie, nie jest prawdą, że byłbyś frajerem — jesteś frajerem... spełnionym, jesteś głupim, któremu radość z poczucia dobrze spełnionego obowiązku się trafiła, głupcem dumnym z siebie, że choć zarżnął się, przeciwko sobie stanął, ale radę dał, charakter silny ma. Ta radość nie wynagrodzi ci okazji, które przeszły ci koło nosa, gdy walczyłeś zwycięsko ze sobą, których nawet nie zauważyłeś.

Krótko: nie obiecuj sobie niczego — nie warto!
Ani bladym świtem, ani pierwszego dnia miesiąca, ani w Sylwestra.

Zrób dzisiaj coś
zaległego ciut; coś
wymarzonego; coś,
czego nigdy nie robiłeś, coś,
czego się boisz troszkę a może bardziej...
i to będzie prawdziwy powód do dumy.

*

Bo obietnice to pętla na waszej szyi. — powiedział zakapturzony, mądry dość z mojego snu.

Co to ja miałam zrobić na pewno w tym tygodniu, miesiącu, podczas tych wakacji; zrobić na bank, zamiast łapać okazje, których nie dałabym rady wymyślić, a które w me ręce wpadły, bym mogła szczęśliwie żyć tu i teraz?
Zakapturzony Mężczyno, Mój Animusie — dziękuję!

Nie jem mięsa. Nie biję. Wychowuję, nie tresuję. Nie obiecuję. Ha!

poniedziałek, sierpnia 26, 2013

(827+10). Dialog bezmięsny

Jabłoń:
(przeszczęśliwa, że wrócona do domu w kuchni porządzić sobie może,
kupiła stos warzyw i owoców, przygotowała
i serwuje nowe danie pięcioma przemianami doprawione
)
I jak?

Sadownik:
Nooooo!

Jabłoń:
(stęskniona dobrego jedzenia,
zachwyca się makaronem z brązowego ryżu
)
Dla mnie piiisznne!

Sadownik:
Nie jestem specjalistą, nie chcę się wymądrzać, ale...

Jabłoń:
Nooo?

Sadownik:
(śmiertelnie poważny)
Jednej przemiany mi brakuje.

Jabłoń:
Jak to? Dwa pełne koła zatoczyłam...

Sadownik:
Mięsnej mi brakuje!

(835+1). Synchroniczności ślad

Usłyszałam, zapisałam...

*

Przeczytałam, przepisałam...

[...] bezpieczeństwo to nie tylko iluzja,
ale również unik.

Rich Roll

835. Topografia gatunków literek

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Półka na książki. Reportaż, który płynnie przechodzi w prawdziwe historie ludzi i psów. Te sąsiadują bezproblemowo z książkami dotyczącymi wychowania psów — w większości wydanymi przez to samo wydawnictwo. Psie, kocie, końskie wydawnictwo — myślałam o nim jeszcze dwa tygodnie temu, ale przecież zmiana goni zmianę. Ostatnimi czasy sierściuchowe książki zaczęły sąsiadować z szympansami, a zaraz potem z etyką i żywieniem dokonując znaczących zmian w moim życiu.

Jakieś trzy tygodnie temu wpadły mi w oczy słowa informujące, o mającej się w tym wydawnictwie ukazać, dzień przed długim weekendem, książce, nie o psie, lecz o „ludziu”. Ludziu szczególnym, co uświadomił sobie swoje tarapaty około czterdziestego roku życia, gdy miał kilkanaście kilo za dużo, a za sobą doświadczenie alkoholizmu. Nabyłam. Zaraz po długim weekendzie odebrałam. Wpadłam jak śliwka w kompot, a książka ta wylądowała zaraz obok tych z żywieniem, choć pewnie lepiej by się czuła stojąc koło książek Osiatyńskiego. To książka o sile ducha, o mocy, którą ma każdy z nas. To również książka o jedzeniu.

Skończyłam ją dziś rano.
W okolicach południa kupiłam masło migdałowe. Palce lizać!
Co za książki wpadają mi w ręce w tym roku!

*

     — Musisz po prostu zmienić wszystko, Rich. Nic więcej.
     Stan nie zamierzał owijać niczego w bawełnę.

*

[...] słowo „weganizm” jest obciążone znaczeniowo: mówi nie tylko o reżimie żywieniowym, lecz także sugeruje pewien kodeks etyczny i określoną postawę polityczną. Ciążący na tym słowie stygmat działa odpychająco na bardzo wiele osób, dla których nader pożyteczne mogłoby być to, co słowo to w istocie oznacza.

*

Kiedy tego ranka kołysałem się na falach, miękkich i ciepłych, przypomniały mi się słowa Daphne Rose Kingmy: „Poddanie się to przepiękny moment, gdy z wdzięcznością, radością i wiarą padasz w trakcie lotu, czując, że złożony zostałeś w niewyobrażalne objęcia. Poddać się — to powierzyć siebie, nawet jeśli nie jesteś pewien owych objęć. To ustokrotniona ufność, która nie chwyta się kurczowo myśli o wyniku, bo przepojona jest wiarą, że także wtedy, gdy nie osiągniesz tego wyniku, to rozwiązanie było najdoskonalsze”.

*

Życie to długi, skomplikowany marsz. Przemierzyłem bardzo różne drogi, niektóre kręte, niektóre jasne i proste, niektóre ciemne i wstydliwe. Jest to opowieść o facecie, który zbudził się pewnego ranka i stwierdził, że od zbyt wielu lat idzie tą samą wydeptaną ścieżką. Wszyscy na niej byliśmy. I aż nazbyt wielu z nas nie widzi możliwości zejścia z niej, a co dopiero mówić o jakiejś nowej trasie, na której byśmy bardziej się spełniali jako osoby. [...] Tam jednak, gdzie przeszkody, tam możliwość wzrastania, bez wzrostu zaś nie ma życia. Dlatego też dopracowałem się takiej mantry: „Rób, to co kochasz, kochaj tych, na których ci zależy, i to, na czym ci zależy, służ pomocą innym i pilnuj, byś zawsze wiedział, że jesteś na właściwej drodze”.
     Także i na ciebie czeka nowa droga. Trzeba się tylko za nią rozejrzeć, a potem — zrobić pierwszy krok. Na początek wystarczy powstać i wytrwać, a ten pierwszy krok stanie się gigantyczny. I wtedy pokażesz, kim naprawdę jesteś.

*

W sumie cała rodzina w coraz większym stopniu zaczęła traktować radzenie sobie z trudnościami bardziej jako wspólną grę niż uciążliwą zmorę, a ton wszystkiemu nadawała przede wszystkim Julie.
     — Czego na brakuje? — powtarzała. — Jesteśmy zdrowi, kochamy się, żyjemy według reguł, które ustaliliśmy. To jest najważniejsze, a cała reszta to tylko dodatki.

Rich Roll, Ukryta siła. Jak stałem się jednym z najsprawniejszych
ludzi na świecie i odnalazłem siebie
,
Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2013.

piątek, sierpnia 23, 2013

834. POP-Kreacje 2013

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

zanim wszystkie jabłka spadną z drzew
zanim z przyjemnością będziesz szurać w jesiennych liściach
zanim przyjdzie późna jesień a potem zima

rozpalić ogień w sercu
marzenia z kieszeni powyciągać
walizkę spraw ważnych otworzyć bez strachu
od siebie do siebie ruszyć w podróż blisko-daleką
na 7. Festiwalu POP-Kreacje 2013

to prawdziwe Święto
trwające wiele dni
odbywające się w wielu miastach
w wielu miejscowościach
o różnych porach

dajemy, dzielimy się tym, co mamy najlepszego
mnożymy radość, śmiech i piękny czas

zanim skończy się lato... zajrzyj, zapisz się
zanim na dobre zrobi się chłodno... przyjdź
a ognia, który rozniecisz, starczy aż do wiosny!

W imieniu całej POP-owskiej Społeczności
serdecznie zapraszam na POP-Kreacje 2013!

*

Zostawiam Was z tą propozycją, a sama jadę na warsztat...

*

__________________
wykorzystano fragment fot. z jabłkami (źródło)

czwartek, sierpnia 22, 2013

(831+2). Moja Wiedźma

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pani Profesor... wstawiła przed chwilą... na ryjowniku... zajrzałam, by odmeldować się i... zawyłam na widok ukochanej Dziewczyneczki. Pani Profesor, nie nadążam dziękować. Dziękuję! Tak wygląda kochany pies... tfuuu... najukochańsza Suka!

(fot. Magdalena Stodułko)

(831+1). Portretowo (II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pani Profesor kudłatego obiektywu zagadkę mi niezłą zadała niechcący przed chwilą. Długo się głowiłam, co jest czym na tym zdjęciu, poza Heniutką, oczywiście. W końcu zgadłam... Ona... na mnie patrzy. Pani Profesor serdecznie dziękujemy znów za niespodziankę. Za zagadkę też! Tak wygląda skupiony pies w upale... tfuuu... skupiona Suka!

(fot. Magdalena Stodułko)

831. Portretowo

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dziś w nocy Pani Profesor od fotografowania kudłatych zachwytów życiem podarowała nam portrecik. Heniutka na nim zupełnie nie zdradza, kiedy został zrobiony. Pani Profesor serdecznie dziękujemy! Tak wygląda szczęśliwy pies... tfuuu... szczęśliwa Suka!

(fot. Magdalena Stodułko)

środa, sierpnia 21, 2013

830. Drogi błogosławione

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Droga. Własna. Dziwna, mówią. Pokręcona. Nieergonomiczna społecznie. Droga, a na niej szczęście. Spersonalizowane. Prywatne. Subiektywne. Niemierzalne. Droga. Zakręty. Zawirowania. Meandry. Wątpliwości. Może inna byłaby lepsza? Cudza. Oczywista. Prosta. Społecznie zachwycająca. Nie. Nie. Nie. To tylko ułuda. Pamiętaj!

*

Uwielbiam książki, które karmią me marzenia, które podważają oczywistości zmieniając w oka mgnieniu rzeczywistość. Dawkuję sobie tę lekturę niczym lekarstwo na zarazę pewniaków, starych, dobrych rozwiązań, które w moim przypadku nie skutkują. I całe szczęście, że nie skutkują! Od tygodnia, wciąż i na nowo, zachwycają mnie poniższe słowa.

“That would never work in the real world.” You hear it all the time when you tell people about a fresh idea.
     [...]
     The real world isn’t a place, it’s an excuse. It’s a justification for not trying. It has nothing to do with you.

Jason Fried, David Heinemeier Hansson,
Rework. Change the Way You Work Forever,
Random House, London 2010.
(wyróżnienie własne)

— To nie ma prawa działać w realnym świecie. — Słyszysz wciąż, gdy opowiadasz ludziom o swoim nowym pomyśle.
     [...]
     Prawdziwy świat to nie miejsce, to wymówka. To usprawiedliwienie, by nie próbować. To nie ma nic wspólnego z tobą.

(tłum. własne)

*

Niezmiennie, od wielu już książek, zachwyca mnie fakt, że te anglojęzyczne mogę zwyczajnie zamówić w polskiej księgarni. Fajnie jest żyć w takich czasach...

Dotarło do mnie, że tłumaczenie nie uwzględnia kulturowego tła i brzmi wobec tego beznadziejnie głupio — czy my zdradzamy się z naszymi pomysłami tak namiętnie? Czytanie po angielsku przenosi do świata innych możliwości. Można wskoczyć tam i przynieść sobie tutaj nowy budulec własnej Drogi.

829. Nowa kawowa meta

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Barista:
Słucham, co dla pani?

Jabłoń:
(po raz pierwszy w kawiarni Karma,
umówiona na kawusię)
Poproszę kawę z mlekiem, która mnie zaskoczy.

Barista:
Proszę?

Jabłoń:
(sama zaskoczona ciut, że zamawia kawę w sadowniczym stylu,
uśmiecha się i powtarza
)
Poproszę kawę z mlekiem, która mnie zaskoczy.

Barista:
(po chwili)
Proponuję kawę z mlekiem sojowym, miodem i cynamonem.

Jabłoń:
Wybornie! Poproszę!
(w bonusie miało Drzewko zagłostkę niemałą: skąd pan wiedział,
że sojowe mleko będzie najtrafniejszą mleczną propozycją
?)

poniedziałek, sierpnia 19, 2013

828. Długi weekend

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Typ A. Ona. 40–, 40+. Stanu bardzo wolnego. Pragnąca miłości. Deklaruje, że gotowa jest oddać wszystko, by w końcu spotkać tę właściwą, drugą połówkę pomarańczy. Ale... Lista. On ma być taki, siaki i owaki. Wykształcenie musi mieć, najlepiej takie, siakie lub owakie. Mieszkanie też mieć powinien, najlepiej takie, siakie lub owakie. No i pozycję zawodową. Przecież Ona nie będzie mogła pokazać się z Nim w żadnym ze swoich miejsc, jeśli On nie będzie miał właściwego stanowiska, właściwego portfolio i odpowiedniej historii osobistej. Lista jest długa i bardzo konkretna. Nie podlega renegocjacjom. Z listą w mentalnej garści usycha sobie Ona z braku miłości. Nie ma sensu jej mówić, że kręci się obok niej taki jeden. Kręci się od lat. Gotowy, by pomóc. Gotowy, by być. Wielu punktów z listy nie spełnia, wielu programowo nie zamierza spełniać, ale za to gotowy jest na wiele szaleństw w jej towarzystwie. Ona listy z ręki nie wypuści, usycha i utyskuje na świat i życie, co podłe jest nad wyraz. Nie mam prawa głosu, bo ja mam TAAAAAAKIEGO Mężczyznę, co jest i taki, i siaki, i owaki. Ona nigdy nie uwierzy, że gdy połączyliśmy swoje losy, nie mieliśmy nic poza sobą i wspólnymi marzeniami. Ani On, ani ja nie byliśmy tacy, siacy lub owacy.

Typ B. Ona. 40–. 40+. Mężatka. Mówi, że miało być inaczej, a tu, proszę, mąż nudny powoli się robi. Ona by chciała, by On bardziej męski i zdecydowany był, by Ona nie musiała tych wszystkich decyzji podejmować sama. Może by jakieś hobby miał, co? Męskie hobby byłoby super, nie? Ale... Niech to będzie hobby bezpieczne, w końcu głową rodziny jest. I czyste to hobby musi być, żeby brudów do domu nie znosił. I żeby był, tak jak do tej pory, osiągalny dla rodziny, pod telefonem, na wyciągnięcie ręki, zawsze. Tak, Ona chce, by On się rozwijał, miał swoje życie i tylko swój czas, ale pod warunkiem, że Ona mu tę nową rzeczywistość zdefiniuje, bo wiadomo, bezpieczna i czysta powinna być. Ona mi mówi z lekkim wyrzutem, że ja to nigdy jej nie zrozumiem, bo ja mam TAAAAAAKIEGO Mężczyznę. Wiadomo, ślepej kurze trafiło się ziarno. Tylko Ona, ta w typie B, zadaje mi do znudzenia to samo pytanie:
     — Nie boisz się go puszczać na motor?

* * *

Sadownik, Henia & Jabłoń:
(wyjeżdżają na długi weekend
w lekkim, jak na ten dzień, korku
)

Sadownik:
Widziałaś? Taki jak mój!

Jabłoń:
Tylko światła tylne widziałam. Daj mi znać wcześniej,
jak będzie jechał jakiś motor, dobrze? Chętnie sobie popatrzę.

Sadownik:
(z lekkim wyrzutem)
Mówi się motocykl.

* * *

     — Nie boisz się go puszczać na motor?
     — Nie mówi się motor, ale motocykl.

Dwa tygodnie temu, Sadownik zrobił mi niespodziankę i, wracając z południa, zajechał na psie seminarium. Wracaliśmy do domu na dwa pojazdy. My z Henią sukowozem. On na Motongu. Jechał przodem. Podziwiałam piękno tej Pary — Sadownik i Motong, Motong i Sadownik. Myślałam o tym, że mam TAAAAAAKIEGO Mężczyznę. Myślałam o tym, że wszystko to by mnie ominęło, gdybym miała listę, gdybym uparła się, by zawsze było bezpiecznie, czysto i na porę. A przecież na znaczki przyjdzie jeszcze czas.

*

     — Nie boisz się go puszczać na motor?
     — Nie mówi się motor, ale motocykl.

Ja go nie puszczam, bo nie jest dzieckiem. Jest Mężczyzną. Nie, nie boję się, gdy jeździ motocyklem. Samochód ma przyrośnięty do dłoni. Prawo jazdy kategorii B miał, zanim stał się pełnoletni. Chwilami, samochód staje się dla niego ciut niebezpieczną, zbyt oczywistą oczywistością. Motong wymaga od Sadownika bardziej niż Ona typu A czy typu B. Uwaga. Teraz. Skupienie. Teraz. Chwila po chwili. Tutaj. Margines na błędy prawie żaden. Z katarem nie jeździ się motocyklem...

* * *

Podróżowanie samochodem letnią porą z Motocyklistą jest Świętem samym w sobie. Mogliśmy z Sadownikiem porozmawiać, pomarzyć na głos, powspominać. To był fantastyczny długi weekend na Dzikim Zachodzie z TAAAAAAKIM Mężczyzną.

środa, sierpnia 14, 2013

(810+17=826+1). Matka Karmiąca

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Każda życiowa katastrofa miała tylko jeden cel — przybliżyć mnie do Sadownika. Od lat już to wiem. Każda znacząca, dobra zmiana w moim życiu zaczyna się od Sadownika — od faktu Jego istnienia, poprzez jego czyny, system wartości i wybory, których dokonuje.

     — To On jest winny wszystkiemu! — mogłabym wykrzyczeć i poczuć tę lekkość bytu zwolnionego z odpowiedzialności za cokolwiek. Rodziny, z których pochodzimy, nie zawsze zachwycone są naszymi (realizowanymi skutecznie) pomysłami. Ale, ale... To wszystko nie jest aż tak proste. W pierś się biję. Jesteśmy siebie warci, ponieważ i ja jestem przyczyną wielu zmian w Jego Życiu...

„Tą razą” winni jesteśmy oboje... Sadownika głodówki rokroczne... Jego świadomość żywieniowa, co do szału mogła mnie doprowadzić, gdy wracał z mekki zdrowia... lista tego, co jeść powinniśmy; lista tego, o jedzeniu czego powinniśmy zapomnieć... wiszą obie na lodówce od lat... ostatnie książki...

*

Stało się. Era niejedzenia zwierza. Nabiał precz. Jajka tylko od szczęśliwych kur. Mięso precz... prawie... na razie jest w planach raz na pół roku coś, co dzikie i wolne było, by uwzględnić religię żywieniową Sadownika (mamy tę samą grupę krwi, więc brak mi argumentu przeciw i też wyznaję). Dla wegan to żaden krok. Dla mnie to zmiana diametralna. Co mam jeść, by się najeść? Było tak prosto, a teraz głodno pięć razy dziennie. Pięć? Przynajmniej pięć! To dobrze! Człowiek nie powinien jeść raz dziennie.

Uwzględniając powyższe warunki brzegowe przekopałam się w zeszłym tygodniu przez księgarskie regały kulinariom poświęcone. Nie miałam pojęcia, że to dział o narcyźmie stosowanym: kuchnia Zosi, wypieki Michała, sałatki Kasi, ugotowane na miękko ego Tego czy Tamtego. Odsuwając na bok wielkich gotujących, diety cud, co będą działać od wczoraj, nabyłam książkę, co znieczula gotowanie wierszami. Przemiany, dokładniej pięć, przemieniają nasze nawyki żywieniowe. Nareszcie nie jestem głodna!

*

Odnotowuję to dziś, bo wczoraj, po raz drugi już, zrobiłam marchewkowe kotleciki. Po raz pierwszy jedli je Antenka i Sadownik. Paluszki oblizywali, co sprawiło, że szczęście zalało mnie falą.

Uwielbiam być Mamą Kudłatą, ale stało się jasne, że
lubię też być Matką Karmiącą.

*

W chwilach, które wydają mi się doniosłe, zawsze robię kotlety marchewkowe [...]. Zapach smażonej marchewki z aromatem curry i prażonego sezamu otwiera serca i wywołuje uśmiech. [...]
     [...]
     Mówiąc, wciąż patrzyła w przestrzeń ponad moimi myślami.
     — Mam 45 lat i nie wiem, co robić w życiu... — powiedziałam w końcu lekko rozżalona.
     — Rób, co chcesz, tylko gotuj... — odpowiedziała.

*

wylądować w ciele
miękko
i odważnie

zamiast mówić — to moja ręka
stać się swoją ręką
zamiast — to mój palec
stać się palcem
i kiwnąć
albo pogrozić

poczuć grawitację
zamiast mówić że jest ciężko

ręce leżą gładko na biurku
kiedy piszę
tylko palce skaczą po klawiaturze
są wygodne w użyciu
nie mylą się kiedy układam słowa

jestem wygodna w użyciu
nie mylę się w układaniu słów

teraz się zatrzymałam na chwilę

staję się sobą

Ewa Dobek, Rób, co chcesz, tylko gotuj,
Wydawca JK, Łódź 2013.

(810+16). Zmierzając ku literce „W”

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Opowieść o szympansiej faunie. To był chyba początek zmiany.
Zakupiłam Singera, wpadł mi w ręce Autoeksperyment.

Wszystkie te książki mogą stać się zaczynem myśli, że wegetarianizm nie jest złym pomysłem, kaprysem czy przejawem idealizmu. Jednak nie muszą, a może nawet nie mogą nic, jeśli nie lubisz zwierząt.

Ok, ja połknęłam kudłaty haczyk, co było łatwe do przewidzenia. Złapałam się na mądrość, którą widzę w oczach zwierząt — och, ta nieznośna łatwość antropomorfizowania. Nie dasz się na to złapać, prawda? Nie jesteś tak głupi jak ja, by uważać, że zwierzęta coś znaczą, coś czują, komunikują, że ten świat nie tylko ludziom został dany. Pójdźmy tym tropem...

Dla twardzieli jest książka Zjadanie zwierząt. Przypominam, pal sześć zwierzęta, nie jesteśmy nimi w ogóle zainteresowani. To książka o ludzkim zdrowiu, które staje w bardzo nierównej walce naprzeciwko ludzkiej chciwości. A podobno chcemy żyć długo i szczęśliwie. Gdy czyta się tę książkę trudno uwierzyć w przedstawiane w niej fakty. Możemy pominąć przypisy, możemy pocieszać się, że naciągane, tendencyjne, no i... w Ameryce! Ale jest malutki polski wątek, a dla bardzo umiarkowanych (eufemizm) wielbicieli Ameryki posłowie Dariusza Gzyry.

Powodem wyruszenia w drogę, której końcem jest ta książka, było ojcostwo.

*

Jedzenie zwierząt należy do tej samej grupy tematów co aborcja. Nie da się ustalić najważniejszych faktów. Kiedy płód staje się człowiekiem? Co naprawdę przeżywa zwierzę w rzeźni? Dlatego tematy te są tak niewygodne. Śliskie i niepokojące. Jedno pytanie wywołuje kolejne. Często zdarza się, że bronisz stanowiska, które okazuje się bardziej skrajne niż to, w co wierzysz. Lub co gorsza, nie bronisz żadnego stanowiska, bo żadne cię nie przekonuje.
     Mamy problem z odróżnieniem tego, co jest, od tego, co się wydaje. Zbyt często spory o jedzenie zwierząt zamieniają się w dyskusje o gustach.

*

W latach 40. zaczęto karmić kurczaki paszą zawierającą sulfonamidy i antybiotyki, które stymulowały wzrost i zapobiegały chorobom. [...] W latach 50. wprowadzono podział ptaków na dwa typy: te do znoszenia jaj i te przeznaczone na mięso.
     Manipulowano genotypem kurcząt oraz sztucznie zmieniono ich sposób odżywiania i środowisko tak, by pozyskać z nich jak najwięcej jaj (nioski) lub mięsa, a szczególnie mięsa z piersi (brojlery). W okresie od 1935 do 1995 roku waga przeciętnego brojlera wzrosła o 65 procent, czas jego życia skrócił się o 60 procent, a wymagania żywieniowe spadły o 57 procent.
[...] Te wszystkie modyfikacje doprowadziły do rewolucji w przemysłowym chowie ptaków. Superwydajnym, nowym kurczakom karmionym podejrzanymi substancjami chemicznymi i trzymanym w sztucznym środowisku odbierano na zawsze prawo do życia w zdrowiu. Gdyby wypuścić je z ferm, nie przetrwałyby. [...] Dziś do celów spożywczych hoduje się wyłącznie takie zwierzęta. [...] Teraz mamy tylko jeden gatunek — kurczaki fermowe.

*

Hodowle zwierząt, które nie mogą się rozmnażać w naturalnych warunkach, nie ma sensu, kiedy myśli się o karmieniu ludzi. Ma natomiast sens, kiedy celem jest robienie kasy. [...] przemysł prawie wcale nie interesuje się dostarczaniem ludziom pożywienia, a jeszcze mniej interesuje się zwierzętami. System ferm przemysłowych po prostu nie nadaje się do zrównoważonej, długoterminowej produkcji żywności.

*

Zwierzę dostrzega nasze spojrzenie. Patrzy na nas i niezależnie, czy odwrócimy wzrok (od niego, od talerza, od dylematu, od nas samych), czy nie, jesteśmy już zdemaskowani. Możemy zmienić nasze życie albo nie zrobić nic. Bezczynność też jest czynem.

*

Brak odpowiedzi jest odpowiedzią — jesteśmy tak samo odpowiedzialni za to, czego nie zrobiliśmy. Jeśli chodzi o ubój zwierząt machnięcie ręką jest jak cięcie nożem.

*

Przemysł zachęca nas do usypiania sumienia i kierowania się pragnieniami. Ale odrzucenie tego, czego chce przemysł, także może stać się naszym pragnieniem.

Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

*

Jeśli coś ode mnie zależy, powinienem to zrobić. Wygodniej jest recytować z pamięci i bez refleksji eskapistyczne „świat już taki jest” — uniwersalne usprawiedliwienie konformistów. Zrzucić winę na „onych” i prawa natury. Odwołać się do racji większości i systematycznie utwierdzać w braku możliwości wyboru, posiłkując się tym, co pasuje do wcześniej ustalonej tezy. Jakbyśmy w historii nie mieli przykładów, że radykalne zmiany społeczne są możliwe. Ci, którzy nie mieli prawa siedzieć obok białych obywateli w środkach masowego transportu, dziś są prezydentami państw. Te, którym odmawiano prawa do edukacji ze względu na płeć i rzekomy naturalny brak predyspozycji, dziś są rektorami prestiżowych uniwersytetów. To, co wydawało się niemożliwe, stało się możliwe. Tak, analogia nie jest idealna. Jednak walczący z niewolnictwem dziewiętnastowieczni abolicjoniści również posądzani byli o próbę destabilizacji naturalnego porządku, osłabienia gospodarki i chroniczne marzycielstwo.

Dariusz Gzyra, „Posłowie” w J.S. Foer, Zjadanie zwierząt,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

wtorek, sierpnia 13, 2013

825. Dzisiejszy Raj

Hamak,
kawa,
książka,
Adagio,
Heniutek
     wyciągnięta na słońcu i
ułamek sekundy,
     gdy dotarło do mnie, jak wielkie to szczęście,
     że mogę nie śpieszyć się i z Nimi być...

Raj
     to tu.

Alessandro Marcello, Koncert obojowy d-moll, Adagio.

poniedziałek, sierpnia 12, 2013

824. Bezdyskusyjny zakaz i już!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zakaz palenia na tym blogu nie obowiązuje. Zakaz picia też nie. To dobre miejsce na świecie. Prędkość w czytaniu możesz przekraczać do woli, jeśli nie odbiera Ci to przyjemności. To w końcu dobre miejsce dla dobrych Ludzi. Chyba nie musisz mieć 18 lat, by go czytać, choć nie sądzę, by zainteresował nieletnich. To dobre miejsce dla dobrych Ludzi w dobrym momencie Ich życia. Hi, hi!

Czytając możesz rzucać pety na podłogę i upuszczać na ziemię flaszki, jeśli fizycznie nie ma Cię w Przytulisku — to tak à propos parków, bo... pamiętamy. Hi, hi!

Masz prawo pozostawić po sobie ślad w postaci Twych myśli, wrażeń, opinii — chętnie je poznam, pomyślę o Twoim punkcie widzenia, poczuję się uprzywilejowana, że w ogóle chciało Ci się rytm na klawiaturze swoimi palcami wystukiwać. Bardzo jestem tego wszystkiego ciekawa i łasa, ale...

*

...jest jeden zakaz, który wprowadzam WIELKIMI LITERAMI.

Na tym blogu zabrania się zostawiania reklam i rad, o które nie prosiłam, choćby nie wiem jak świerzbiłyby Cię rączki lub klawiatura.

*

Nie, nie prosiłam o kilkanaście reklam fantastycznych miejsc na świecie. Nie błagałam o listę kilkunastu linków, które na pewno pomogą mi poradzić sobie z chorobą, która przytrafiła mi się kilka lat temu i o której, dzięki Bogu, już nie pamiętam. Pilarki też nie kupię. O! Zadowoleni, reklamonosiciele zarazy? Będę kasować do upadłego! I już!



*

Fajnie jest pobyć przez chwilę radykałką i porządzić sobie odrobinkę, rzeczywistość walnąć w garb, nawet jeśli przypuszcza się, że to niczego nie zmieni... Ale przynajmniej reklamo-zarazo-nosiciele mieli okazję dowiedzieć się, co o nich myślę. Myślę źle...