czwartek, sierpnia 14, 2014

(1097+1). Feminium bez Chronosa (III)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Często bywa, że w jednych książkach znajduję znanych i cenionych przez siebie Autorów innych książek. W książce Cacho echem odbija się sposób pracy Güntera Wallraffa. W Magmie, którą właśnie przygotowuję do wyjścia z domu, jest przepiękny cytat z manifestu feministów napisanego przez prof. Wiktora Osiatyńskiego (poniżej). Ciasny mam umysł i nie mogę sobie wyobrazić, że można nie być feministką czy feministą.

pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:

Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. [...] Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. [...] Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

środa, sierpnia 13, 2014

1097. Feminium bez Chronosa (II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu. Dwie kobiety. Dziś dobry kawałek po sześćdziesiątce z jednym bądź dwójką dorosłych synów. Niezależnie od siebie, w różnych punktach czasoprzestrzeni powiedziały:
     — Nie wyobrażam sobie, że mogłam urodzić dziewczynkę.

Jako kobieta poczułam się dziwnie. Taaaak, feminizm to potworny wymysł.

*

Nie tak dawno. Był taki czas, gdy zaglądałam na blog Mamy P. i Z. z przeogromną przyjemnością. Lekki dysonans miałam, bo był Pietruszka, ale była Zochacz. Czytałam, śmiałam się, przechodziłam obok tej lingwistycznej nierówności z przymkniętym okiem. W re-komentarzach na swoim blogu zawsze pisałam MamoPietruszki&Zosi, bo Zochacz mi przez gardło i palce nie przechodziło. Oczywiście, rzuciła mi się na mózg lingwistyczno-psychologiczna maniera, przerost tkanki myślowej, ale nikt mi nie wmówi, że to czułe czy słodkie. Przelało mi się i przestałam czytać, gdy Autorka uznała, że gender to wymysł — cóż, ślepota na te kwestie wśród heteronormatywnych ludzi, to efekt przywileju przynależności do większości (najczystsza psychologia w praktyce).

Oczywiście, mam nie po kolei w głowie, skoro dziwuję się nazwie:

Pietruszka, Zochacz i Jaś

i mam to samo dziwne poczucie, że nikomu nie przyszłoby do głowy, bym zobaczyła:

Pietrucha, Zosieńka i Jachu

Relacja matki z córką to jedna z najtrudniejszych. Córkom bardzo trudno wyjść obronną ręką. Taaaak, feminizm to potworny wymysł.

*

Gdy wróciliśmy z weekendu z Bliźniaczym Małżeństwem, ze stosiku książek wyjęłam kolejną Graff, a po cichutku zamówiłam resztę. No prawie resztę, bo ostatnią trzeba było przez Sadownika na Allegro nabyć.

Po raz kolejny dziękuję Agnieszce Graff i dziwuję się, że tak późno otworzyłam jej książki. Ze mną naprawdę wszystko ok! Mierzyć się ze światem byłoby mi chyba ciut łatwiej, gdybym te książki przeczytać dziesięć lat temu mogła, ale wtedy ich jeszcze nie było. A feminizm to ważna rzecz. Może najważniejsza, gdy matki córkom ucinają skrzydła. Niestety, choć ta książka całkiem stara, to wciąż tak bardzo aktualna.

Przemoc wobec kobiet, niszczenie ich godności, ograniczanie ich swobody odbywają się bowiem w poczuciu, że kobiety to nie obdarzone niezbywalnymi prawami jednostki, lecz coś w rodzaju zasobu naturalnego, własność wspólnoty. Kobiety okazują się zawsze czyjeś, zwłaszcza podczas wojen czy konfliktów. Naszych się pilnuje, ogranicza ich wolność, okrutnie karze za przejawy autonomii. Cudze się gwałci. W imię wartości religijnych, narodowych, kulturowej tradycji z „naszymi kobietami” mężczyźni robią rzeczy urągające ludzkiej godności.
     Warto tu podkreślić, że zagrożeniem dla praw kobiet nie jest religia jako taka, lecz religia podporządkowana polityce. Zwłaszcza religia uwikłana w nacjonalizm. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Wiedzą to katoliczki, muzułmanki, protestantki, żydówki, ateistki i agnostycy. Gdy podważa się zasadę rozdziału instytucji państwowych i religijnych, gdy prawa grupy stawia się ponad prawami jednostki, kobiety są szczególnie zagrożone.

*

Żeby odnieść sukces, trzeba go sobie najpierw wyobrazić jako coś możliwego. A naszą wyobraźnię kształtują podsuwane nam obrazy tego, co wyobrażalne. [...] Że nastała era ambitnych kobiet, które „nie czują się dyskryminowane”? Cóż, może i się nie czują. Chodzi jednak o to, że dyskryminacja jest faktem społecznym, a nie uczuciem.

*

Patrzę na te ich zmagania, na rozdarcie między ambicją, a tym, co uważają za „kobiecość”, i wiem, że to nie są osobiste dylematy Kaśki, Oli czy Agaty. To są skutki uboczne bycia inteligentną, ambitną kobietą w społeczeństwie, które ambicję uważa za niekobiecą, a na inteligencję nam co prawda pozwala, ale pod warunkiem, że mamy też inne, bardziej kobiece zalety. Osiągając sukces, mężczyzna podkreśla i podbudowuje swoją męską tożsamość. Robiąca dokładnie to samo kobieta stawia swoją kobiecość pod znakiem zapytania. Kobiecość jest od wieków definiowana jako uległość, łagodność, opiekuńczość, nadmierna emocjonalność, a zatem — powiedzmy to sobie otwarcie — jako przeciwieństwo sukcesu zawodowego, o który trzeba rywalizować, wierząc w siebie, stawiając sobie cele i wymagania. Sukces to niemal zawsze władza. A my boimy się, że władza nas „odkobieci”. Żyjemy w patriarchalnym społeczeństwie i obawiam się, że w jakimś stopniu wszystkie — nie wyłączając feministek — mamy po trosze patriarchat w głowach.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

1096. Feminium bez Chronosa (I)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kilka tygodni temu pewna śliczna (normą społeczną) pani-gwiazdeczka, kobieta sukcesu w męskim świecie była łaskawa powiedzieć, że ona nie jest feministką, bo lubi ładnie się ubierać. Była blond, więc potraktowałam jej wypowiedź (medialną) równie mądrym stereotypem: głupia blondyna, syknęłam, bo niby jaka inna mogłaby być? W końcu to stan umysłu a nie kolor włosów.

Wiadomo, feministka to kobieta, która nóg nie goli, babochłop pierwszej wody. Która kobieta nie spotkała się z taką definicją?

*

Wiele lat temu przeczytałam Siostrzane uczucia Małgorzaty Domagalik. Uderzyło mnie, że kobiety kobiet nie wspierają, a wręcz przeciwnie w bagno rodzinnego, choć patologicznego, życia buciorami wpychają, by ofiara przemocy nie dała rady się wydostać. W końcu powiedziało się na ślubie ‘a’, to teraz cały alfabet trzeba wymówić. A jak bije, to znaczy, że ma powód, przecież to oczywiste, no nie?

Zatrzymała mnie ta książka na długo. Pozostawiło mnie z postanowieniem, że mój feminizm będzie polegał na tym, że w sferze zawodowej będę wspierać kobiety.

***

W zeszłym roku ukazała się. Wiedziałam o tym, ale potrzebowałam czasu, by do niej dojrzeć. Książka napisana nie na podstawie tabel, zestawień, lecz na podstawie własnego doświadczenia, podążania szlakami, gdzie kobiety to towar o dość krótkim terminie przydatności do użycia. Przygotowując się do wakacji zakupiłam tę książkę i odłożyłam na stosik. Długo tam nie poleżała, ale gdy ją skończyłam pod koniec czerwca, wiedziałam, że długo na jej temat nie będę mogła z siebie ani jednego słowa wydobyć. Byłam wstrząśnięta.

Nie mogę tej książki przemilczeć. To książka ważna. Nie dotyczy Polski? Ależ wcale! Nie dalej jak w niedzielę na S2 zobaczyłam reklamę, która dotknęła mnie do żywego. Reklamę, która dość dobrze wpisuje się w filozofię ukazaną w książce, o której dziś piszę. Dziś stojąc na przystanku tramwajowym przy byłym Smyku uchwyciłam ją telefonem. Do kogo jest kierowana? Co reklamuje? Jaki ma ukryty przekaz? Ręce do ziemi...

*

Myślisz, nas to nie dotyczy. Na pewno? Poszukałam w sobie wczesnych oznak braku równych praw. Zapytałam Sadownika, czy bał się, gdy wracał do domu późnym wieczorem lub nocą jako dwudziestolatek. Nie zdziwiła mnie odpowiedź. Nie, nie bał się. A ja się bałam. Do dziś, gdy wracam późną porą, proszę o to, by po mnie wyjść albo biorę taksówkę.

Po południu wracam do hotelu. Zamykam drzwi, kładę torbę na krześle i padam zmęczona na łóżko. Wpatruję się w sufit, a po policzkach płyną mi ciepłe, rzęsiste łzy. Zastanawiam się nad pytaniem, które zadano mi podczas pożegnania: jak to jest, gdy można robić, co się chce, gdy tak jak ja, podróżuje się bez ograniczeń i pisze o swoich doświadczeniach? Korzystam z wolności, by jeździć po świecie i zapisywać historie wykorzystywanych kobiet. Staram się znaleźć możliwe wyjaśnienie tego zjawiska i zaproponować jakieś rozwiązanie. Tymczasem ofiary, cierpliwe niewolnice, patrzą mi głęboko w oczy, zastanawiając się, gdzie tkwi tajemnica mojej wolności.

*

Sposób, w jaki kontroluje się i zawłaszcza codzienne życie kobiet zmuszanych do prostytucji, jest pochodną tych samych mechanizmów, które są odpowiedzialne za rodzinną i domową przemoc. Według danych Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Kobiet sześć na dziewięć kobiet doświadcza przemocy domowej, fizycznej, seksualnej, psychicznej lub ekonomicznej z rąk męża, chłopaka lub kochanka. Pozbawione rzeczywistej alternatywy, kobiety zmuszane do prostytucji zaprzeczają, że używa się wobec nich przemocy dokładnie tak samo, jak robią to maltretowane żony.

*

[...] globalna migracja jest procesem pełnym sprzeczności: tysiące ludzi przepełnionych nadzieją na poprawę swego losu szuka szansy na lepsze życie w obcych krajach, w których znajdą pracę, ale też dyskryminację, rasizm i wykluczenie społeczne.

*

Na całym świecie turystyka seksualna stwarza potężny rynek i całą kulturę pewnych norm i wartości, gdzie żyjące w biedzie dorastające dziewczęta i dzieci są pożądanym towarem. Są uprzedmiotowiane i dehumanizowane. Ultrakonserwatywne grupy można winić za wywoływanie i sianie moralnej paniki, związanej z handlem ludźmi, w celu zawłaszczenia kobiecych ciał i zwrócenia władzy nad nimi rządom i ugrupowaniom religijnym. Kobiety i dzieci, tkwiąc między tymi dwoma światami, tworzą grupę, która na razie wciąż przegrywa.

*

Metoda rekrutacji jest taka sama, jak w większości krajów świata. Najczęściej młode dziewczyny sprzedawane są do domów publicznych przez członków rodziny lub osoby szanowane w ich społeczności. Burdele prowadzone są przez kobiety, a handlarze żywym towarem zastraszają dziewczyny [...]
     Jak już wspomniałam, palestyńskie dziewczynki uczone są, jak unikać min, w jaki sposób spuszczać głowę, gdy stają naprzeciwko przywódców swojego kraju, oraz jak zachowywać się, gdy napotykają posterunek kontrolny, który zmusza je do wybrania innej drogi do szkoły. Nikt ich jednak nie uczy, jak nie dać się sprzedać do domu publicznego. W obliczu seksizmu, nierówności oraz wojny dziewczynki są całkowicie bezbronne.

Lydia Cacho, Niewolnice władzy. Przemilczana historia
międzynarodowego handlu kobietami
,
Muza SA, Warszawa 2013.

poniedziałek, sierpnia 11, 2014

(1092+3). Nie kastrujmy fajnych facetów

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niedziela. Arogancka Kwoka mnie napadła. Strach zwaliła mi na łeb:
     — A może trzeba mu pomóc? A czy da sobie radę z nudnymi administracyjnymi czynnościami? A może jednak przypilnować, czy właściwe papiery w teczkę włożył? Czy budzik ma nastawiony?
     — Pani ładna — pytam siebie z lekkim oburzeniem — czy ciebie powaliło? Wszechwładna i wszechmocna jesteś niczym Matka-Polka, skąd ci się to wzięło? Nie kastruj faceta tymi złotymi myślami.

Prawda jest taka, że nie mam pojęcia o pracy Pana Ciasteczko, którą wykonuje On od wielu lat. Wiem, że pomimo bycia w dwóch promilach najlepiej wykształconych ludzi w tym kraju, nie dałabym rady poprawnie wykonać 1/10 jego obowiązków. Mimo tej oczywistości archetyp Matki we mnie szaleje. Nie daje spać. Każe się zamartwiać.

Moje, po męsku zupełnie niezrozumiałe, zapędy hamuje Sadownik mówiąc:
     — Będzie dobrze.
Patrzę na niego oniemiała, doznając dysonansu poznawczego. Jemu ciśnienie nie skacze, tętno ma w normie, życiem się cieszy.

*

Poniedziałek. Obudziłam się rano z szyją spętaną strachem.
     — Moment, moment — wyhamowałam Kwokę-Matkę-Polkę. — To duży, mądry facet. Da sobie radę jak nikt inny, przecież wiesz!

Naprawdę nie dzieje się nic. Sytuacja normować się będzie jakieś dwa miesiące, wiedziałam o tym od początku. Nic mi do tego, poza wiarą w Niego, która, pomimo mojej uaktywnionej kwokowatości, nigdy wcześniej nie była tak wielka. Ambiwalencji już dziękujemy!
     — Kwoko, Matko-Polko, nie pomagacie! Pamiętajcie, my nie kastrujemy!

*

A przecież to już na tym blogu było...

Nie rób z niego na siłę dzieciaka,
bo mu się w głowie popierdoli...

Grubson, One.

niedziela, sierpnia 10, 2014

1094. Nie da się zawrócić! A zresztą po co?

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ta książka ma za sobą bardzo długą historię, ciut dłuższą niż inne książki również w Przytulisku. Miała swoją polską premierę dwadzieścia trzy lata po tym, jak ukazała się po raz pierwszy w Ameryce — 30 kwietnia tego roku. Dokładnie tego dnia, nie bez przygód, udało się ją Sadownikowi dla mnie odebrać, bo ja WorldWorkowałam się przedostatni dzień. Sprawił mi tym ogromną przyjemność i mogłam zanurzyć w niej swe oczy w drugiej części majowego długiego weekendu.

Wtedy przeczytałam tylko sto stron. Przepełnił mi się bufor, ale towarzyszyło mi uczucie, że w końcu jestem w domu. Poczułam ulgę. Nie jestem Don Kichotem, a to czego doświadczam to nie wiatraki. Fakt, że inni widzą to co ja, że opisują swoje spostrzeżenia, prowadzą badania i piszą, sprawiał, że wracałam z bagażem swoich własnych doświadczeń do miłej normalności — nie zdawało mi się, nie jestem przewrażliwiona, wydelikacona czy niedopchnięta (jak to był łaskaw delikatnie kiedyś powiedzieć młody mężczyzna z wyższym, a jakże, wykształceniem). Intuicje, uczucia, emocje znalazły dla siebie właściwe miejsce. Potrzebowałam przemyśleć, wchłonąć, ogarnąć, znaleźć w sobie. Odłożyłam.

Przez dłuższy czas do niej nie wracałam, bo przybiłam się inną książką. Jeszcze potem też nie był właściwy czas, bo chciałam znaleźć własną perspektywę pracy nie z systemem społecznym mitu urody, lecz z mitem, który my kobiety mamy dość dobrze uwewnętrzniony i który nie daje nam cieszyć się, skądinąd fantastycznym życiem, które nie mogąc zaoferować nam więcej, choć daje bardzo dużo, po prostu przemija.

Gdy więc wyprztykałam się z własnych literek, celebrując kawę w towarzystwie Sadownika wróciłam do tej książki. To chyba drugi raz, gdy wspominam o książce, której jeszcze nie zdążyłam skończyć czytać, ale nie mogę się powstrzymać przed świeżutko przeczytanymi dzisiaj literkami, dwoma fantastycznymi cytatami.

Oczywiście mężczyźni nie starzeją się lepiej cieleśnie. Starzeją się lepiej tylko w kategoriach społecznego statusu. Nasze oczy szkolone są, by postrzegać czas na twarzy kobiet jako skazę, na twarzy mężczyzn zaś jako oznakę charakteru. Jeśli to mężczyźni spełnialiby funkcję dekoracyjną, a nastolatek byłby szczytem męskiej wartości, „dystyngowany” pan w średnim wieku wyglądałby na skandalicznie ułomnego.

*

Światło faktycznie jest centralnym elementem wrodzonego postrzegania piękna, podzielanego przez większość mężczyzn i kobiet, jeśli nie przez wszystkich. Mit urody stara się usilnie stłumić ten punkt widzenia. Słysząc o owym świetle, opisując ową jakość, czujemy się niezręcznie, z łatwością możemy ją odrzucić jako sentymentalną czy mistyczną. Źródłem owego odrzucenia, jak sądzę, nie jest to, że nie dostrzegamy tego fenomenu, wprost przeciwnie, jest to spowodowane tym, że widzimy go bardzo wyraźnie i że publiczne jego wskazanie zagraża podstawom naszej społecznej organizacji. Fenomen ten bowiem to dowód na to, że ludzie to nie przedmioty: ludzie „rozpromieniają się”, rzeczy — nie. Przyznanie racji temu stanowisku jest równoznaczne z podważeniem systemu społecznego, który opiera się na uznaniu niektórych ludzi za bardziej zbliżonych do przedmiotów niż inni, w szczególności na uznaniu wszystkich kobiet za będące bardziej przedmiotami niż mężczyźni.
     To światło trudno sfotografować, nie da się go zmierzyć na skali od jeden do dziesięciu ani określić w laboratoryjnym sprawozdaniu. Jednak większość ludzi jest świadoma tego, że niekiedy na twarzach i w ciałach pojawia się blask i czyni je prawdziwie pięknymi.
     Niektórzy postrzegają blask jako nieodłączny od miłości i intymności, niemożliwy do wychwycenia przez zmysł wzroku — oddzielony od innych zmysłów, będący raczej częścią ruchu i ciepła bliskości. Inni mogą dostrzegać go w seksualności ciała, jeszcze inni we wrażliwości bądź dowcipie danej osoby. Niekiedy blask bije z twarzy kogoś opowiadającego jakąś historię lub zasłuchanego w słowa kogoś innego. Wiele osób zauważa, że twórczość rozświetla ludzi, a także że blask otacza większość dzieci — te, którym jeszcze nie powiedziano, że nie są piękne.

Naomi Wolf, Mit urody,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

sobota, sierpnia 09, 2014

(1085+8). Jeden krok dalej

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu Orzeszek i Senior dwoje dzieci mieli — dwie dziewczynki, piękną i mądrą. Każda z nich, wychodząc z rodzinnego domu, ruszyła w swoje dorosłe życie wyposażona w tylko jeden przymiotnik. Uśmiecham się do tej bajki, co rzeczywistością mą przez ćwierć wieku była. Bajki, którą opuściłam. To było tak dawno temu...

*

One of Jerome Groopman’s favorite phrases is Kierkegaard’s remark that while life can only understood retrospectively, it must be lived prospectively.

David Rieff, Swimming in a Sea of Death,
Simon & Schuster Paperback, New York 2008.

*

Tylko w pyle retrospekcji jestem w stanie zobaczyć, że działo się tak dużo i tak intensywnie. 1085. Kobiety. Od kilku lat mam do Nich ogromne szczęście. Prawdziwe kobiety! Dziękuję Światu za Nie właśnie dziś, właśnie tu...

Jesteśmy piękne, gdy jesteśmy prawdziwe, gdy nie udajemy kogoś, kim nie jesteśmy. Gdy mamy odwagę odkrywać swoje potrzeby i marzenia oraz realizować własne plany. Gdy kochamy i dajemy się kochać. Gdy troszczymy się nie tylko o innych, ale i o siebie, i im także pozwalamy zatroszczyć się o nas. Dbajmy o nasze marzenia i relacje z ważnymi dla nas ludźmi. Ruszmy poza kanon urody – nie ustawajmy w odkrywaniu, kim jesteśmy w ogóle i kim jesteśmy dziś.

(cały tekst i źródło zdjęcia)

piątek, sierpnia 08, 2014

1092. Przegląd tygodnia... biurowiec przez ścianę z Itaką

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niby nic się nie stało. Sadownik zmienił pracę. Od poniedziałku w nowej. Niby nic a jednak nowa rzeczywistość, nie tylko psychologiczna. Zmiana wcale nie duża, ale radykalna dla codziennych rytuałów. Oswajam.

Poniedziałek i wtorek Sadownik w nowej pracy, ale po staremu, w delegacji. Zmiana pracy, myślę, wielkie mi co, dla mnie nic się nie zmienia.

Środa rano jestem cała ogłupiała. Heniutka nie może pozbierać psiego kalendarza do kupy; z obłędem w oczach nie ma pojęcia, kiedy ona się wyśpi, skoro Dwunożni wciąż w domu. Najwyższy czas, by Sadownik poszedł do pracy, 8.45, minął. Minęła i 10.00 a Pan Kudłatej w domu. Nie do pojęcia i nie do zrozumienia — bez alibi, nie sobota, nie niedziela, nie chory, nie na urlopie. Pan Kudłatej jest w domu i w pracy jednocześnie — kapitalistyczna wersja kota Schrödingera. Zaanektował biurko i gabinet, przestawia, ustawia i mości się. Dziwnie dziwne.

Czwartek. To samo. Nie wychodzi z domu. Kawę do biura ciągnie. Wydawało mi się, że stoliczny rekord bliskości pracy padł w lokalu poprzedniej firmy — jedno skrzyżowanie ulic od Przytuliska. Nie, Sadownik w wersji Pan Pracownik pracuje teraz metr pięćdziesiąt od sypialni. Oswajam. Ogarniam to dziwnie dziwne.

Znalazłam rozwiązanie chwilowe. Po pierwsze, w godzinach jego pracy udaję, że go nie ma w domu i robię swoje. Po drugie dla wersji pracującej Sadownika znalazłam inną ksywkę, by go nie zaczepiać, nie pytać o zdanie, pogląd, plany, by w końcu nie przytulać się do Przyjaciela-Małżonka-Współspacza w godzinach jego pracy. Gdy Sadownika nie ma w domu — tak, wcale nie udaję, naprawdę go nie ma! —pojawia się Pan Ciasteczko i pracuje na serio, a ja też zupełnie na serio obcego faceta nie mam w planie podrywać. Robię swoje z nadzieją, że jak tydzień, miesiąc, czy rok temu w końcu przecież Przyjaciel-Małżonek-Współspacz-Odyseusz wróci do domu po pracy.

środa, sierpnia 06, 2014

(1086+3+2). Weekendowa Kudłata

(1086+3+1). Segregacja po polsku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu w Ameryce Elliot Erwitt zatrzymał w obiektywie czas, aktualny megalomański system wierzeń białego człowieka. Dziś nie mieści nam się to w głowach. I dobrze.

*

Nie dawno, w południowej Polsce, w ostatni weekend zatrzymałam w trzewiach telefonu czas i segregację innego rodzaju. Panowie i... reszta świata.

Mężczyzna, który chciałby przewinąć dziecko lub nalać do butelki wody dla swojego psa, musiałby się udać do toalety dla reszty świata. Sprawdziłam, w kibelku dla Panów nie było to możliwe. Ktoś może powiedzieć, czepiam się napisów, ale nie mam złudzeń, że to nie jest tylko kwestia tych tabliczek i złoszczą mnie złudzenia ktosiów, że niby to tylko kwestia napisów.

Wisienką na tym gorzkim torcie był fakt, że toaleta dla niepełnosprawnych była zupełnie nieprzystosowana, poza większą powierzchnią. Ot, takie pojęcie o potrzebach reszty świata.

*

Gdy tydzień wcześniej grzaliśmy do domu nowoczesną autostradą, na postoju odnotowałam toaletę dla, jak informowała kartka, matki z dzieckiem — z przyjemnością stwierdzając, że ktoś przekreślił matki i dopisał rodzica. Dumna byłam okrutnie.

niedziela, sierpnia 03, 2014

(1086+3). Magiczny weekend

Bliźniacze małżeństwa
wspólny weekend wykradły
obowiązkom, czasowym ograniczeniom.
Bajka o wspólnym czasie.

*

I śmierć z miłości do życia
na środku rynku miasta południowej Polski
w prostokącie zdjęcia zatrzymana.
Przypowieść o czasie.

*

Wróciliśmy.
Z bajką i przypowieścią
w sercu.
Z planami na przyszłość.

piątek, sierpnia 01, 2014

1088. Czyn haniebny

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaczęło się w czerwcu. Co Sadownik kupuje gazetę w sklepiku-kiosku, staję przy odpowiedniej półeczce i podczytuję. Nie kupię przecież, bo mnie to nie dotyczy. Gdy któregoś razu Sadownik stwierdził, że zostawił portfel w samochodzie, byłam w siódmym niebie — poleciał na parking a ja w spokoju ducha wertowałam.

Aż nadarzyła się okazja. Bliźniacza Liczba musi to mieć — zawyrokowałam. Miesiąc temu kupiłam w pakiecie innych, zaliczonych jako wartych podarowania. Leżała sobie książeczka spokojnie czekając na swój czas i swoją nową właścicielkę. Wyjęłam wczoraj, by spakować. I zatrzymała mnie na kolejnych trzydzieści stron. Czytałam ledwo uchylone stronice, by nie zagiąć, odgiąć i nie wypuścić zbyt dużo drukarnianego zapachu, co dla czytających jest niebywałą rozkoszą.

Słyszałam o kobiecie, która, gdy kupi komuś prezent książkowy, musi go przed podarowaniem osobiście przeczytać od deski do deski. No i masz, dziewictwo straciłam w tej kwestii, zrobiłam sama tak dziś. Nie mogłam się już oderwać. Przeczytałam do ostatniej literki. Kajając się doniosłam na siebie Bliźniaczej Liczbie o czynie tym haniebnym. I tylko jeden problem wciąż mam, że gdybym cofnęła czas i tak zrobiłabym to jeszcze raz! Muszę donieść o tym Bliźniaczej.

Książka doskonała i chciałoby się rzec... obowiązkowa. Lekko napisana choć o rzeczach niełatwych, mrożących krew w żyłach. W kilku miejscach ubawiłam się do łez. I tylko w dwóch z poruszanych kwestii zgodzić się z Agnieszką Graff nie mogę. Po pierwsze, w kwestii „wózkowych”, o których pisał Mikołejko — założę się, że Autorka udaje, że nie zrozumiała o co mu chodziło; bo nie o to, o czym wspomina Graff. Nie uwierzę, że nigdy choć jednej „wózkowej” nie spotkała. Po drugie, gdy pyta: „Czy rodzicom należą się od bezdzietnych podatników pieniądze?” to krew mi się burzy na, chwilowe choćby, przeciwstawianie dzietnych bezdzietnym. Tak jak nie ma dwóch gatunków matek, tak nie ma dwóch gatunków kobiet (dzietnych i bezdzietnych) — wszystkie w tym kraju, wbrew pozorom, jedziemy na tym samym wózku obywateli drugiej kategorii.

Z jednej strony mamy rodzinne „ideolo”: wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie — jak wiadomo — dziecko. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym człowiekiem — czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym — czyni w Polsce pariasa.

*

W polskiej debacie publicznej przyjął się podział: po jednej stronie prorodzinny konserwatysta, po drugiej — indywidualistyczny liberał, lewicowiec, gej i feministka. U nas kultura śmierci, u nich — kultura życia. My samotni i zgorzkniali, oni — otoczeni gromadą słodkich maluszków. Ten podział to bzdura. Najwyższy czas odebrać konserwatystom monopol na „rodzinność”.

*

Pewien mój znajomy dorzuca nieśmiało, że ta kobieca niezastępowalność i bezbrzeżna kompetencja przy dziecku to często także potężna broń w związku z mężczyzną, maszynka do produkowania w mężczyznach poczucia winy i bezradności. Zgoda. Dodajmy, że produkujemy też bezczynność oraz bezkarność. — bo przecież skoro ona zrobi przy dziecku wszystko, to dla niego zostaje... nic. Jeśli chcemy być w życiu nie tylko matkami, jeśli chcemy, by nasze dzieci miały ojców z prawdziwego zdarzenia, to musimy odrobinę odpuścić. Macierzyńska wszechwiedza i wszechkompetencja to broń obosieczna.

*

[...] Ale już tydzień to w życiu dwulatka bezkres. Mój czas i jego czas to tylko pozornie ten sam żywioł.
     W dzieciach jest coś, co wprawia nas w osłupienie, jeśli mamy odwagę (i czas), by się nad tym zastanowić. Niby to oczywistość, że rosną. Ale przecież także metafizyka. Dzieciństwo to płynna tożsamość. Nic tak nie uświadamia nieuchronności upływu czasu — i, nie czarujmy się, naszego starzenia się — jak obecność w naszym życiu małego człowieka. Jak to, to tego maluszka już nie ma? Może to właśnie metafizyczny lęk — tę obcość i bliskość, to mgliste wspomnienie własnego dzieciństwa, własnego przemijania i własnej śmiertelności — oswajamy durnym ględzeniem o tym, że dzieci rosną.

*

Mam jednak kłopot ze słowem „przedsiębiorczość”. To słowo zrobiło w Polsce zawrotną karierę, ale ja za nim nie przepadam. I wiem, że nie jestem w tej niechęci odosobniona. Podobno pewna duża stacja telewizyjna zrobiła ostatnio badania, z których wynika, że wielu Polaków czuje podobnie — na dźwięk tego słowa ludzie odruchowo zmieniają kanał. Dlaczego? Bo mają poczucie, że słowo „przedsiębiorczość” ich wyklucza, a może nawet obraża.
     To słowo premiuje indywidualizm, a deprecjonuje wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne. Kult przedsiębiorczości zawiera też w sobie lekceważenie tych, którzy okazali się „za mało przedsiębiorczy”. Sugeruje, że sami są sobie winni, jeśli nie wygrali w rynkowej grze. Nie zarabiasz — zdychasz. Od lat słowo „przedsiębiorczość” służy w Polsce piętnowaniu ludzi biednych jako roszczeniowych nieudaczników, a jednocześnie zwalnianiu państwa od odpowiedzialności za biedę, za wyrównywanie szans.

*

Pierwsza ma awans, wizytówki i markowy ciuch w pepitkę, a przed domem wypasione auto. No tak, ale w oczach jakieś napięcie i żal. I dzieci smutne, już niemal wolą nianię. Druga siedzi w domu, pachnie mlekiem i proszkiem do prania. Na kolanach szczęśliwy bobas, baba drożdżowa rośnie w piecu. Ale jak się bliżej przyjrzeć, okaże się, że mama anioł ma coś bezmyślnego w twarzy, jakąś nudę i brak perspektyw. Znacie te dwa obrazki?
     Oba są podszyte niechęcią do kobiet. Panią Ambitną otacza aura nowoczesności i poczucie winy. I słusznie, bo suka jedna, dziecko zaniedbuje. Pani Mamuśka słodka jest i czuła, ale w głębi pastelowego raju czai się wąż: oskarżenie o lenistwo i pytanie, co z nią będzie, gdy dzieci podrosną, a mąż (odpukać) wymieni ją na nowszy model. I słusznie wymieni, kwoka rozlazła, trzeba było pracować.
     [...]
     Nie ma dwóch gatunków matek. Jest pęknięcie w świecie, który się z macierzyństwem nie liczy. Przepaść między prywatnością i pracą. I rozdarcie matek: być nie tam, gdzie się akurat jest. Być tu i tam jednocześnie. Poczucie, że coś ucieka, coś przegrałaś, na coś się nieodwołalnie spóźnisz. Tu i tam.

*

Nie chodzi o kolory. Chodzi o pisane z góry życiowe scenariusze. „Dziewczynka? Ojej, jaka śliczna, a jakie długie ma te rzęsy! Jaka łagodniusia i jak zalotnie patrzy”. „Chłopczyk? Od razu wiedziałam! Jaki duży! Widać, że urwis”. Oba opisy padały wielokrotnie z ust życzliwych pań w parku, a dotyczyły pary bliźniąt, których mamę poznałam przy piaskownicy. Dzieci są prawie nie do rozróżnienia.

Agnieszka Graff, Matka Feministyka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

*

czwartek, lipca 31, 2014

(1086+1). Przed... życie po polsku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wydarzyło sie przed, czyli przed nadzieją niesioną przez ludzkich ludzi.

Z lotu ptaka, z boku całkiem, filozoficznie rzecz ujmując Ludzkie Życie to piękna idea. Z bliska perspektywa drastycznie może się zmienić. Pomyślałam. W połowie książki, która już za mną zaczęłam się zastanawiać, czy moja miłość do reportażu nie jest formą masochizmu. W połowie książki pomyślałam, że nie tylko nie rozumiem, dlaczego pies z uporem maniaka trzyma się człowieka, choć ten traktuje go nieludzko od stuleci, ale również przestaję rozumieć sens ludzkiego życia w społeczeństwie. Życia, które wymusza, rani, okalecza, zabija...

I po co mi tak książka? — pytałam samą siebie.
Znalazłam kilka perełek przywracających nadzieję.
Może po to.

[...] ze słowami księdza Tischnera: „Wychowują ci, co mają nadzieję”.

*

Karolina [...]. Ma w sobie ducha nomadów. Będzie tam uczyła muzyki, a może robiła coś zupełnie innego. Ważne, żeby była z tym szczęśliwa.

*

Bo nikt nie zaserwował jej fałszywej nadziei. Nie próbował jej oszukać, że będzie zdrowa. Tylko powiedział: postaraj się maksymalnie wykorzystać ten czas, który ci pozostał. Zobacz, że kawa na balkonie smakuje wspaniale, szczególnie rankiem, kiedy miasto dopiero budzi się ze snu. Każda chwila życia jest piękna, pamiętaj, nawet jeśli dostałaś tyle sterydów, że straciłaś czucie w dłoniach. To nic, że wybijasz w domu wszystkie talerze. Pomyśl, jak mogą wyglądać dzisiaj góry.

*

Pierwsze pytanie profesora, nim przyjął pracę w Münster, brzmiało: „A jaki macie hotel dla rodziców? Bo ja będę miał wielu pacjentów z Polski”.
     — Z dyrektorem szpitala pojechałem obejrzeć ten hotel. Okazało się, że Niemcy wydrukowali nawet po polsku informacje o szpitalu, by pójść pacjentom na rękę. Byłem zaskoczony — opowiada
[kardiochirurg Edward Malec].
     Szpital zatrudnił profesorowi również polską sekretarkę, która obok docent Januszewskiej pomaga rodzicom nieznającym niemieckiego.
     W Monachium w 2007 roku Malec okazał się jeszcze większym dyplomatą. Podpisując kontrakt, postawił warunek, że polskie rodziny, które będą szukały u niego ratunku, zapłacą za operację mniej niż tamtejszy ubezpieczyciel zwróci za niemieckiego pacjenta. Niemcy się zgadzają.

Iza Michalewicz, Życie to za mało. Notatki o stracie
i poszukiwaniu nadziei
, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014.

1086. Kudłate Życie (epizody)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

#1

Upał. Trzyma. Dwa dni temu o 18.30 miałyśmy się zameldować u psiej pani alergolog na odczulanie. A upał wściekły nic sobie nie robił z wizyty lekarskiej. Dwoma tramwajami w każdą stronę trzeba było jechać. Ale, ale. Kudłata ma jeden gadżet. Kupioną w zeszłym roku za wielką wodą kamizelkę chłodzącą. Dwie godziny przed wyjściem z domu namoczyłam oną. Wody naciągnęła. Ciężaru nabrała. W zamrażalniku zaległa. Przed wyjściem na grzbiet Suki wrzuciłam.

Gdy wracałyśmy od pani doktor, coś mnie tknęło, by zrealizować psią receptę w pobliskiej aptece. Obejrzałam. Upewniłam się, że nie jest oblepiona kudłatym zakazem. Weszłam z Heniutką. Usiadła grzecznie obok mojej nogi. Pan zrealizował receptę. Podziękowałam, że mogłam z pacjentką wejść. I wmurował mnie pan magister słowami:
     — Psy-przewodnicy zawsze są u nas mile widziani.

Wróciłam do domu i szukać Sadownikowi ułomności we mnie kazałam, które usprawiedliwiałyby słowa pana magistra, bo ja znalazłam tylko profesjonalną psią kamizelkę. Znalazł ułomność nie jedną... Poskarżyłam się telefonicznie Antence. Jak zwykle była sobą i tylko pozytywy umiała znaleźć, że Heniutka niby taka dobrze ułożona... Zadumałam się. W końcu od czego ma się przyjaciół? Nawet jeśli jeden z nich jest współwinnym wszystkiego Małżonkiem.


#2

Nocleg na południu Polski w nadchodzący weekend potrzebny dla dwóch par, w tym jedna z psem. Sadownik wczoraj obdzwonił wiele miejsc. W końcu załatwił. Relację zdawał wieczorową porą. Że zadzwonił tam, gdzie będziemy finalnie spać, i mówi. Że dwie pary. Jedna z psem. I czy tak może być. A na to pan Właściciel:
     — Proszę pana, oczywiście, w końcu pies to też człowiek!

Serce rośnie na samą myśl o weekendzie.

wtorek, lipca 29, 2014

1085. Kobiety

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

fakt. ci sami biologiczni rodzice. nic więcej nas nie łączy. ani jedna myśl, ani jedno pragnienie. żadna idea. nie jesteśmy siostrami.

konstatacja. nie mamy tych samych biologicznych rodziców. łączą nas myśli, pragnienia, pomysły, marzenia, czas. znów doprowadziła mnie do łez szczęścia. tak już ma. jesteśmy siostrami.

***

gdzie ja byłam, jak mnie tu nie było? na krawędzi tematu-rzeki siedziałam prawie trzy tygodnie. na kamieniu, bolało. obok kamienia. uwierało. wśród rozkwitających pomysłów. w deszczu zwątpienia. skończyłam. na razie.

Czy naprawdę gdy robimy, to co kochamy, co nas pasjonuje, nieprzerwanie ubolewamy, że mamy duże stopy czy okrągłą twarz? I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas i te stopy, i tę twarz? Jak mamy zamiar celebrować to piękno w nas? Prawda o nas zaczyna się w naszym ciele.

(wykreślone, usunięte, ale tu zatrzymane)

synchronicznie. gdy skończyłam, wisienką na torcie była znaleziona przez Sadownika piosenka. to temat-bardzo-szeroka-rzeka. jeszcze nad jej brzegiem zatrzymam się nie raz. perły łowić będę znów.

Colbie Caillat, Try.

don't you like you?
'cause I like you

wtorek, lipca 22, 2014

1084. Już mogę wspomnieć słówko o Niej

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy odebrałam ją dla siebie, wiedziałam, że są pary, związki, małżeństwa, którym tę książkę bardzo chcę podarować jako podziękowanie, że są. Tak zaczęły się dwa miesiące trzymania języka za zębami, bo tak się beznadziejnie składało, że część z tych osób wciąż tu zagląda, choćby sporadycznie — rzucić okiem, czy wszystko u nas dobrze.

Logistyka. Adresy. Poczta. Daty. Trochę szczęścia. Właściwe terminy wysyłki. By nie wróciły do adresatki. Polecony. By nie zaginęły. Priorytety. By dotarły jak najszybciej. Ta sama książka w kilku egzemplarzach, w różnych miejscach, w różnych domach już jest. A zwielokrotniona radość wynikająca z tego faktu przypadła w udziale mi.

Są życiowe pryncypia, wartości najwyższe, które trudno uchwycić słowami, ale w kresce ilustracji można je odkryć z łatwością, zadumać się i poczuć wdzięczność za życie z tym Najważniejszym Człowiekiem.

Gdy dwoje ludzi żyje razem,
to jest im łatwiej, bo są razem,
i jest im trudniej, bo są razem.

Iwona Chmielewska, Dwoje ludzi,
Media Rodzina, Poznań, 2014.

*

To „tylko” wklejka z tej książki...

(ilustr. źródło i wiele innych)

wtorek, lipca 15, 2014

1083. Czekając na deszcz

banalność życia,
        co cudem jest,
smakuję.

wzruszam się do łez.

odkrywam pytania,
        pozostając bez odpowiedzi.
dlatego milczę tu.

*

Radio złapało mnie na tę piosenkę już kilka razy...

Monika Lidke, Tum Tum Song.

Kiedy płaczę, czuję że żyję,
każda łza oczyszcza mnie.

Skoro deszcz daje życie ziemi,
chyba nie jest aż tak źle.

Kiedy płaczę, czuję że żyję,
każda łza uwalnia mnie.

zachwyciły mnie te słowa...
i ten bas...

środa, lipca 09, 2014

1082. Marka: Ojciec Karmiący

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ojciec karmiący od czasu do czasu da znać, co czyta. Ojciec ten ma dystans do świata, nie działa na łapu-capu, więc i nie czyta na łapu-capu, założę się. Gdy zdarzy się, że Ojciec karmiący wspomni, że lubi jakąś książkę, której nie czytałam, nie znam, to w ciemno zamawiam.

Ojciec karmiący zgotował mi niebywałą ucztę informacją o książce, o której nie miałam pojęcia. Film zapragnęłam obejrzeć, ale z książkami jestem szybsza — zamówiłam, odebrałam i pomimo że bardzo, bardzo wolno czytałam, cedząc literki, skończyłam. Pozostał zachwyt. W życiu tylu karteczek w jednej książce nie poupychałam. W życiu takiego dylematu z wyborem cytatów nie miałam. Bo z Ojcem karmiącym tak to już jest, karmi dużych myśleniem.

Bernie: [...] Bo gdy zależy ci na perfekcji, to równocześnie zależy ci, że spełniło się twoje oczekiwanie. Lepiej zatroszczyć się o to, gdzie jestem w tej chwili, co się teraz dzieje. Gdy spędzam czas z uczniami, mówią mi, że przeczytali w książce albo usłyszeli od nauczyciela coś, do czego we własnym mniemaniu nie dorastają. A ja odpowiadam: „Zatroszcz się o siebie teraz, w tej chwili. Bądź z tym, co się dzieje teraz, a nie z tym, kim chciałbyś być albo jaki powinien być świat. Teraz jesteś tutaj, więc jak zamierzasz zadbać o siebie w tej chwili?”.

*

Bernie: Jestem chłopakiem z Brooklynu. Ale w pewnym sensie szukam tych trudnych sytuacji, bo wiem, że dzięki nim się rozwijam. Na szczęście — albo nieszczęście — ciągle się pojawiają.

*

Jeff: [...] Myślę o nieodwzajemnionej miłości, o tym, że sprawiamy zawód komuś, kto od nas czegoś oczekuje, a my mu tego nie dajemy. [...]
     Bernie: Jak wiesz, jestem inżynierem, więc od razu myślę o konkretnym rozwiązaniu takiego dylematu. Ale przeżyłem kawał czasu z moją żoną, więc wiem, że rozwiązanie problemu...
     Jeff: Niczego nie załatwia. Zgadza się.
     Bernie: Bo jest jeszcze coś — w sferze emocji i uczuć.
     Jeff: Bo nie chodzi o odpowiedź na pytanie.

*

Bernie: [...] Nie krytykuj siebie, bądź cierpliwy. W następnej chwili wciąż tu będziesz, ale to już będzie całkowicie inna chwila.

*

Jeff: [...] Zauważam, że gdy jestem życzliwy, gdy akceptuję i kocham siebie, wtedy znajduje to odzwierciedlenie w świecie. Im więcej luzu sobie daję, tym łatwiej mi uniknąć samooceny, osądzania siebie za to, że jestem tylko tym, kim jestem, i zarazem mam większą świadomość, kim rzeczywiście jestem. Dostrzegam to i szanuję, i taką samą postawę przyjmuję wobec innych ludzi. Już tak nie napieram, respektuję rytm drugiej osoby. Ty działasz błyskawicznie, od razu rozpościerasz skrzydła, a dla mnie to czasem dzieje się za szybko, wiesz? Nie chodzi o to, że któryś z nas ma rację, a drugi nie. Po prostu różnimy się od siebie.
     [...]
     „Nie” jest piękne. Oczyszcza pole dla „tak”. Jeśli czujesz w sobie niezgodę, ale jej nie wyrażasz, wtedy zaczyna to w tobie ropieć, a potem i tak znajdzie swój wyraz, tylko w mało odpowiedni sposób. Natomiast swoboda odmowy pozwala nam eksperymentować, otworzyć się trochę bardziej.

*

Jeff: [...] I zauważam w sobie to poczucie, które można wyrazić słowami: „Niedługo już cię tu nie będzie, więc jak chcesz coś zrobić, zrób to teraz”.

Jeff Bridges i Bernie Glassman, Koleś i Mistrz Zen,
Wydawnictwo Charaktery, Kielce 2014.
(wyróżnienie własne)

*

wtorek, lipca 08, 2014

(1030+51). Proludzka książka (tom II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Czy ty czytasz kilka książek naraz?
     — Rzadko. A czemu pytasz?
     — Bo dziś masz przy sobie inną książkę niż w czwartek.
     Nie zna mnie jeszcze — pomyślałam wczoraj, gdy przytrafiła mi się ta wymiana zdań.

*

W sobotę po egzaminach — w majestacie praw przysługujących coachowi realizującemu cele — odebrałam książkę, na którą bardzo czekałam, a która premierę ma jutro. Czytałam okropnie wolno, wiedząc, że na trzeci tom będę musiała poczekać parę miesięcy. Niestety, już skończyłam. Nie pozostało nic innego, jak czekać na ostatnią część.

I zatrzymałam się w zadumie się wieczorem. Dla kogo jest ta trzyczęściowa powieść o gejach w czasach początku AIDS? Zamarzyło mi się, by ze zrozumieniem przeczytał ją choć jeden heteroseksualny homofob. By zobaczył siebie, swoje lęki, swoje pragnienia, swoją niepewność na kartach tej książki. By zobaczył, że niczym się nie różni w swym pragnieniu życia, w którym jest i miłość, i szacunek, i zrozumienie. Ta powieść otwiera oczy na okrucieństwa, jakim oddają się większości wobec mniejszości w majestacie prawa — wtedy i dziś, wszędzie na świecie. Zmieniają się tylko okoliczności, kwestia i rekwizyty. Włączam radio i wiem, że mechanizm „wiedzenia najlepiej” i siłowej próby wdrażania go w życie wszystkich obywateli wciąż ma się dobrze — tu i teraz, wobec mnie, wobec ciebie. Pomóc może tylko świadomość i uważne opuszczanie wszelkich szaf.

Jak ma im pokazać, kim jest naprawdę, skoro oni nie chcą tego wiedzieć?

*

     To nie jest takie proste, ale Reine wcześnie odkrył, że jeśli się odpowiednio skoncentruje, może być niemal zupełnie niewidzialny, jakby go nie było.
     Człowiek staje się wtedy duchem, który może poruszać się w całym wszechświecie. Kiedy już staniesz się niesłyszalny i niewidzialny, robisz się też kompletnie wolny, a chłopiec, który stoi na szkolnym dziedzińcu, jest tylko skorupą, w której nie ma istoty ludzkiej. Mogą się wydzierać, ile wlezie, mogą sobie krzyczeć, jaki jest beznadziejny.

*

     [Reine] Umrze bez kogoś, kto by przy nim czuwał.
     Starannie dopilnował, żeby nikt z zewnątrz nie dowiedział się, gdzie jest.
     Ani rodzina, ani przyjaciele.
     Nikt nie wie.
     W ten sposób już nie żyje.
     Chodzi tylko o to, by wytrzymać końcówkę.
     Ból, którego nie da się wyrazić.
     Potem będzie już duchem podróżującym po wszechświecie.
     Duchem, który nie słyszy ani nie widzi i którego nie słychać i nie widać, może wtedy będzie nareszcie wolny.

*

     Tymczasem Gert jest inny.
     Zawsze było z nim inaczej.
     Wielką tajemnicą Gerta jest jego fascynacja słowami.
     W takiej rodzinie jak ich nie mówi się bez potrzeby. Nadmierna gadatliwość to wywyższanie się i zgrywanie ważniaka. Pewne rzeczy należy zmilczeć. To bardzo skuteczne.
     W północnym Bohuslän używa się tych wyrazów, które są potrzebne, nie mniej, nie więcej. Słów, które mieszczą się na małej wyspie, między pasmem gór a morzem, na płaskiej wstążce ziemi, która jest ich światem i gdzie pędzą swoje życie.
     Zbyt wiele niepasujących tam obcych słów mogłoby obudzić niedobre marzenia, które nie uderzą i nie rozbiją się o skały, ale wzlecą do góry jak balony, wyżej i wyżej, przeczuwając, że daleko za pasmem gór jest jakiś świat.

*

     Mowę Harvela Milka, opublikowano w szwedzkim tłumaczeniu w „Revolt”. Seppo czytał ją im na głos, cały się przy tym trząsł.
     „Nie wywalczymy sobie praw, jeśli będziemy nadal siedzieć cicho w szafie... Musimy się ujawnić, żeby walczyć z kłamstwami, mitami i przeinaczeniami. Ujawniam się, żeby mówić prawdę o gejach, bo jestem już zmęczony zmową milczenia i chcę zacząć mówić. I chcę, żebyście wy o tym mówili. Musicie się ujawnić. Ujawnić się przed rodzicami, przed krewnymi”.
     Musicie się ujawnić.
     Miał rację.
     Jeśli kiedykolwiek ma dojść do jakiejś zmiany, muszą pokazać, że są wszędzie. Że są synami, córkami, lekarzami, policjantami, kierowcami autobusów, śpiewakami operowymi, sąsiadami, babkami, przedszkolankami, że ćwiczą na siłowni, że można ich znaleźć w każdej rodzinie, w każdym klanie, w każdej warstwie społecznej i każdej najmniejszej dziurze, we wszelkich możliwych miejscach pracy.
     — Nie jesteśmy kosmitami! — stwierdził Seppo drżącym głosem.

Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. [Część] 2. Choroba,
przeł. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, lipca 07, 2014

(1079+1). Ukłon sobocie czyniony w poniedziałek

coaching metodą psychologii procesu

od soboty reprezentują również
Borówka, Wisienka, Tollini, Jabłoń
i naście innych osób nie tylko z Warszawy,
ale również z Gdańska, Łodzi czy Wrocławia.

*

Z wrażenia dopiero dziś do mnie dotarło, że sobota była z jeszcze innego powodu szczególnym dla mnie dniem. Była pierwszym dniem piątego roku tego bloga...

Uśmiecham się do Wszystkich Tych, których dzięki temu miejscu poznałam. Wzięli byli pojawili się w moim życiu i nie wyobrażam sobie bez nich kolejnych lat. Strach się bać, ale uśmiecham się od ucha do ucha!

piątek, lipca 04, 2014

1079. Coacherki in spe

(wczoraj wczesnym wieczorem)
Sadownik:
O której przyjeżdża twoja koleżanka?

Jabłoń:
O 21.30 pójdziemy z suką na spacer
i zgarniemy ją z przystanku tramwajowego?

Sadownik:
Jak to?

Jabłoń:
(troszkę foszy)
Nie chcesz, nie musisz. Mogę iść sama.
Przecież wiesz, że do nas ciężko dojść,
jak się u nas nigdy nie było.

Sadownik:
Czyś ty zwariowała?
A gdzie ona przyjeżdża do Warszawy?

Jabłoń:
(foszy ciut bardziej)
Wiesz co, jakie zwariowała?

Sadownik:
Jaki przystanek? Pojedziemy po nią!

(po chwili)
Jabłoń:
(dzwoni do Borówki)
Będziemy na ciebie czekać na dworcu autobusowym.

Sadownik:
(dopowiada z boku, by Borówka słyszała)
Będziemy, będziemy, bo nie wpuszczam do domu obcych.

Jabłoń:
(trochę trwało, aż zrozumiała, co powiedział;
dopiero potem zaczęła się śmiać z Sadowniczej przewrotności
)

*

To było wczoraj. Borówka już nie jest obca dla Sadownika. Dziś mamy z Borówką pierwszy dzień egzaminów coachingowych za sobą. Jutro drugi dzień.

niedziela, czerwca 29, 2014

1078. Zaskoczki dwie, czyli o miłości do Warszawy

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

#1

Z kronikarskiego obowiązku, by nie zgubić. W zeszłą niedzielę, w odmiennym postażowym stanie będąc, od skojarzenia do skojarzenia, przypomniało mi się, że kilka tygodni wcześniej słyszałam audycję o fantastycznym projekcie muzycznym dotyczącym piosenek o Warszawie. Obiecałam sobie wtedy, że kupię koniecznie.

Na fali przypomnienia, nie dając sobie szansy na zapomnienie zamówiłam, łomoląc w międzyczasie wersją jutiubkową. Przyszła w piątek. Odebrałam. Zachwyciłam się prostotą wydania, ale dopiero wczoraj miałam czas, by móc łomolnąć nią od początku do końca — zachwyt mnie złapał ogromny i satysfakcja, że nosa miałam, chcąc tę płytę mieć.

St. Celińska, B. Wąsik, Royal String Quartet,Taka Warszawa.


#2

Z kronikarskiego obowiązku, by nie zgubić. W poniedziałek odebrałam książkę, której na pewno bym nie kupiła, bo za trzema wielkimi od języka polskiego nie przepadam. Pech jednak chciał, że odbierając z Sadownikiem inne książki, gdy On płacił, ja niczym dziecko z ADHD, za jego plecami przeglądałam nieznane i wcale niechciane przeze mnie książki. No i wpadłam jak śliwka w kompot, bo książka złożona jest po prostu fantastycznie, nie mówiąc o formacie i półtwardej okładce. Przez wszystkie rozdziały wciąż są i klimat obłędnie fajnej rozmowy, i serdeczna atmosfera przyjacielskich pogaduch — jak dobrze, że świat taki istnieje i można go nie tylko podglądnąć, ale również podczytać, poczuć i mieć na swojej półce.

Miodek: [...] ale — bądźmy szczerzy — tysiące dowcipów bez wtrącanych weń wulgaryzmów przestaje być dowcipami. Opowiem jeden: Znany warszawski reżyser namawiany jest do tego, żeby się przeprowadzić do Wrocławia. „Tu jeszcze gruzy, ruiny i zgliszcza, kiedy ta Warszawa stanie na nogi? Więc przyjedź do Wrocławia!”. Lecą argumenty socjologiczne. „Nie, nie, ja Warszawie będę wierny do końca życia”. Pada więc inny argument: „Słuchaj, Wrocław to miasto zieleni, parków...”. A on na to: „A co ja, k..., mszyca jestem?”. I teraz opowiedzcie to bez tego przerywnika...

Bralczyk: Tak, bez mszycy byłoby gorzej...
     Wulgaryzm ma w sobie coś z liturgicznego użycia języka, to jest magia. Nie zwracamy wtedy uwagi na desygnaty, nie mówimy o otaczającej rzeczywistości, tylko używamy słowa, jak gdyby ono albo wyzwalało energię, albo wywoływało jakieś stany emocjonalne — nawet jeśli ma być to oburzenie. Taka rytualność wulgaryzmów, gdyby była uświadomiona, może zmniejszyłaby ich powszechność.

*

Bralczyk: Jeśli chodzi o zastępniki, a więc zwykłe eufemizmy, przyszedł mi teraz do głowy jeden, który szalenie lubię: „sukinkot”. Nie wiem dlaczego, ale wyjątkowo mi się podoba.

Miodek: Ja też sukinkota, podobnie jak skurczybyka, lubię.

Markowski: A sukinpsa nie ma i nie będzie.

Bralczyk, Miodek, Markowski
w rozmowie z Jerzym Sosnowskim
,
Agora SA, Warszawa 2014.

sobota, czerwca 28, 2014

1077. Raport Krowy: wszystko przez Sukę

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Do wczoraj dość dzielnie broniłam się przed natrętnym marketingiem telefonii niestacjonarnej. Latami o możliwości wymiany telefonu informował mnie Sadownik, bo ja nie miałam pojęcia, że warto mieć nowszą wersję ulubionego telefonu. Latami wybierał mi model spełniający moje najśmielsze życzenia: zwykły telefon bez wodotrysków, bez zamrażacza połączeń i uczuć, bez modułu „daj się zaskoczyć” nowym technologiom — zwykły telefon do dzwonienia i esemesowania. Przy ostatniej wymianie Małżonek-Przyjaciel-Współspacz poinformował mnie, że mam bardzo wygórowane wymagania i że właśnie stoję przed historyczną chwilą, kupuję ostatni telefon, który spełnia moje życzenia i w razie czego — w przeciwieństwie do smartfonów — da również radę przeżyć kąpiel w świeżo zaparzonej herbacie (naprawdę dał radę, ale o tym przekonałam się kilka miesięcy po jego zakupie). No cóż, pomyślałam wtedy, kupuję telefon, o który będę musiała bardzo, bardzo dbać, by starczył na bardzo, bardzo długo.

Wczoraj udało mi się swoim telefonicznym gruchotem uchwycić psią stopę, a gdy zobaczyłam jakość foci, przypomniało mi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Wczoraj skończyła się era przedpotopowych telefonów! Tak, chcę nowy śliczny model do dzwonienia, esemesowania i... robienia nagłych, o dużo lepszej jakości foci. Po raz kolejny wszystko przez Heniutkę.

Do listy rzeczy ważnych, potrzebnych, ale nienagłych dopisałam telefon, zaraz po kasku, który na liście zajmuje pierwsze miejsce od piętnastu miesięcy.

piątek, czerwca 27, 2014

1076. Laurka ślubna

Sadownik:
(w wersji delegacyjnej rozmawia wieczorem z Jabłonią przez telefon)
[...] Kończymy na teraz, bo piknął mi sms,
a umówiłem się z klientem i to może być on.

Jabłoń:
OK, pa, do potem.

Sadownik:
(po jakimś czasie parafrazuje Jabłoni
swoją rozmowę z klientem
)

     — Stoję pół godziny pod hotelem, próbuję się do pana dodzwonić i wciąż zajęte. Z kim pan tak długo rozmawiał?
     — Z żoną.
     — Chyba nie swoją?
     — Swoją.
     — Jak to? Przecież nie jest pan miesiąc po ślubie!

Jabłoń:
(ze śmiechu się pokłada po drugiej stronie połączenia telefonicznego,
już w środku słuchania tego, wiedziała, że musi to mieć zapisane
)

czwartek, czerwca 26, 2014

1075. Pierwszy dzień piątego roku

Dziś. Tylko cztery lata temu. Na rękach wniosłam Heniutkę do domu. Śladu po jedynym dywanie w naszym wspólnym życiu, co zasikany został skutecznie przez malucha, już nie ma. Nawet nam się nie przyśni, by o jakimkolwiek dywanie marzyć.

Sadownik podrzucił historyczną słit-okrutnie-focię, by przyśniło się nowe marzenie...

1074. Null

zatrzymałam się.
ogień we mnie
na chwilę przygasł.
czasem tak mam.

bez Sadownika.
bez słów.
bez ą przepyszną i
kaw ą smakowałam świat.
wczoraj.

1073. Studenckie życie

Donos o poniedziałku w mały piątek robiony.

Sadownik & Jabłoń:
(ponieważ nie wiadomo było,
w co ręce włożyć, umówili się na randkę
)

Jabłoń:
Zamówiłam bilety. Przepadło. Idziemy do kina.
Będzie o miłości...

Sadownik:
(z powagą w głosie)
Idziemy, ale po seksie!

Jabłoń:
(też z powagą)
I przed seksem!

(poszli)

Jabłoń:
(ryczała okrutnie)

Sadownik:
(łezka prawie mu się zakręciła w oku)

[Kinowa samotnia w duecie zaliczona na piątkę]

*

A jak przeżyjemy ten Sajgon to już, będziemy żyć.
Tak postanowione.

sobota, czerwca 21, 2014

1072. Wymuszenie po katolicku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Co działo się, gdy mnie nie było? Podczytywałam z rana. Odwołali spektakl, na który żałowałam, że nie pójdę.

Jabłoń:
(czyta Sadownikowi fragmenty artykułów, cytuje jeden z ich tytułów)
Wiesz, dobry tytuł: Polska Iranem Europy...

Sadownik:
Nie, nie! Iran Polską świata islamu.

*

Rodrigo Garcia

*

[Roman Pawłowski]: Jaki był proces pracy nad tym spektaklem?

[Rodrigo García]: Zaczęło się od mojej fascynacji malarstwem renesansowym. Przez ostatnie dziesięć lat zobaczyłem w Europie wszystko, co powstało w tamtej epoce. Renesansowa ikonografia jest ważną częścią „Golgota Picnic”. Drugim impulsem była muzyka Haydna. „Siedem ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu” [...]. (źródło)

*

To radykalny, nieprzyjemny spektakl o zachodnim społeczeństwie pogrążonym w konsumpcji i pozbawionym kontaktu z wartościami. Opowiada o sztuce, która wyczerpała swoją metafizyczną moc, i o Bogu, który staje bezradny wobec zła uczynionego ludzkimi rękami.

„Rozmieszczać broni na ziemi nie mogę: już wy to uczyniliście. Nauczyć was ruchać dzieci nie mogę: już wy to uczyniliście. Nauczyć was zabijać z głodu nie mogę: już wy to uczyniliście. Nie mogę nauczać was ścierać z powierzchni ziemi całe miasta i wioski ani technik dokonywania Holocaustu: już wy to uczyniliście” - tak brzmi otwierający spektakl nowy dekalog współczesnego świata. (źródło)

*

[...] obawiam się, że nie jesteśmy w stanie stworzyć alternatywnego, lepszego systemu. To nie tylko problem ekonomii. Społeczeństwa, które znam: hiszpańskie i włoskie, są za bardzo skupione na sobie. Nikogo już nie obchodzi, co dzieje się gdzie indziej, o ile ma się zapewnioną pensję, dom i samochód. Nie ma myślenia wspólnotowego. A rządy wykorzystują to, oferując ludziom szczęście na poziomie indywidualnym. (źródło)

(1067+4). Postażowe zamyślenie

miotając się między światami dobra i zła
            [
zrobiłam. dobrze? powiedziałem. źle?]
tracimy kontakt ze sobą, ze swoją intuicją.
gubimy świat rzeczy właściwych.

Rodrigo Garcia

niedziela, czerwca 15, 2014

1066. Kiepska natura ma


czasem muszę
zatrzymać czas.
usiąść. poczekać
na samą siebie.

wczoraj potrzebowałam
wielu godzin, zanim
doszłam do siebie.

*

było dla mnie bardzo ważne, byśmy do domu wróciły już razem. ja ze sobą.

1065. Pogarda po katolicku chyba wciąż żywa

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Historia tej książki w Przytulisku zaczyna się od telefonu Seniora pięć dni temu. Zadzwonił złożyć mi życzenia urodzinowe. Pogadaliśmy jeszcze i o tym, i o owym. Zapytał mnie, czy widziałam film Tajemnica Filomeny. Oczywiście, że nie widziałam. Ale gdy nadmienił, że film powstał na podstawie książki a książka oparta na faktach, nie miałam wątpliwości, że jeszcze tego samego dnia ją zamówię.

Zamówiłam. Poczekałam dwa dni. Dwa dni zajęło mi jej przeczytanie. Nóż w kieszeni nie raz mi się otwierał. Przytoczone fragmenty mają miejsce w latach pięćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego roku w Irlandii i Ameryce. Poraziła mnie ta książka. Dotarło to do mnie, jak już się odnalazłam w sobie po prawie dobie. Przyglądałam się swoim korzeniom, temu co wiem o pokoleniach, które były przede mną w mojej rodzinie. Smutne. Okrutnie smutny wzorzec.

Katolicka pogarda dla kobiet, płodności i seksu w tej książce może przyprawić o zawrót głowy. Choć na zachodzie mija, w Polsce wygląda na to, że trzyma się doskonale, żeby nie powiedzieć kwitnąco.

*

Seks i polski katolicyzm.
Zamyśliłam się. O seksie w mym rodzinnym domu nie mówiło się. No może raz.

Jako piętnastolatkę, odprowadził mnie chłopak pod klatkę. Wróciłam do domu przeszczęśliwa. Zamknęłam za sobą drzwi. I usłyszałam zaraz po tym, gdy nie umiałam odpowiedzieć na żadne z pytań (a kto? a co robi?), znałam tylko imię jego psa:
     — Pamiętaj! Ja twoich dzieci nie będę niańczyć.
Poczułam się, jakbym dostała w pysk.

Seks i polski katolicyzm.
Zadziwia mnie niezmiennie fakt, że kilkanaście lat zajęło mi pozbycie się wszystkich naleciałości, których nabawiłam się przez osmozę (?), których nawdychałam się (?), które „wyniosłam” (?) z nastoletniego życia. Polski katolicyzm — myślę — tego powinni zabronić.

*

     — Czy ty mnie kiedykolwiek słuchasz, Anuncjato? Ile razy mam ci powtarzać, że ból jest karą za grzechy? Te dziewczęta muszą ponieść konsekwencje swoich grzesznych poczynań. [...]
     [...] Matka Barbara każdej zadawała to samo pytanie, wyćwiczone przez lata i powtarzane mechanicznie:
     — I powiedz, dziecko, czy pięć minut przyjemności było tego warte?

*

Młodym kobietom zabraniano rozmów między sobą, nawet podawania swoich prawdziwych imion i miejsc pochodzenia. Ich życie miało być odtąd pełne sekretów, wstydu i samotności. Powiedziano im, że zostały odizolowane od społeczeństwa dla dobra ogółu. Bardzo rzadko odwiedzał je ktoś z rodziny, nigdy nie pojawił się ojciec żadnego z dzieci.

*

     —Ależ, proszę księdza — zaprotestował. — Skoro Bóg stworzył nas wszystkich... skoro stworzył mnie... dlaczego stworzył mnie takim, jakiego nie akceptuje? Jeśli tak bardzo to potępia?
     Kapłan westchnął.
     — Bóg nie stworzył ciebie homoseksualistą, Michaelu. Boskim nakazem każda istota rodzi się heteroseksualna.
[...]
     — Ojcze, czego Bóg od nas oczekuje? Co mogę uczynić dla swojego zbawienia?
     Na to pytanie kapłan miał gotową odpowiedź.
     — Ludzie z tym zaburzeniem powinni zachowywać wstrzemięźliwość, zrezygnować z relacji seksualnych w imię miłości do Boga i dla spokoju własnego sumienia. Mam na myśli wstrzymanie się od stosunków płciowych, przeglądania pornografii, samogwałtów i fantazjowania.
     Mike oblał się rumieńcem, miał wrażenie, jakby ksiądz siedział w jego głowie.
     — Może nie gwarantuje to zbawienia — ciągnął ksiądz Adrian — jednak, z bożą pomocą, jeżeli będą intensywnie nad sobą pracować, mogą odciąć się od homoseksualizmu, jako tożsamości, i rozpocząć nowe życie z Chrystusem.

*

     — [...] No i dotarło do mnie wreszcie, że nie jestem jedynym gejem na świecie.
     — Słonko. — Kurt zabawnie przechylił głowę. — Nie jesteś nawet jedynym gejem w tym pokoju.

*

[...] Niezmiennie fascynuje mnie pewne zjawisko: otóż według Kinseya jeden na dziesięciu mężczyzn jest homoseksualny, a w polityce sami stuporocentowi hetero. Czy tylko mnie wydaje się to dziwne?

Martin Sixsmith, Tajemnica Filomeny,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

*

Rodrigo Garcia
(źródło)

(917+147=1057+7). I po

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wespół w zespół razem z Altówkami i Szafirką wygraliśmy dawno, dawno temu, z myślą o zdrowiu Norda, trening ze Sławkiem. W piątek nastąpiła konsumpcja wygranej.

Cel dla nas było skromny, ale wymarzony. Sprawdzić, czy w Heni drzemią jeszcze poza Duchem Psa, psie Popędy, które niechcący z absolutnej niewiedzy zabiłam. Heniutka ma bowiem w życiu tylko jednego dużego pecha — jest naszym pierwszym psem. Okazało się w praniu, że troszkę drzemią i nie omieszkamy ich rozbudzać. Marzy mi się, by wrócić Suce Psią Duszę.




czwartek, czerwca 12, 2014

1062. Nie daj skolonizować swego umysłu

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sobota. Sadownik proponuje, by przed kawą zajrzeć do księgarni. A dlaczego nie? To świetna okazja, by spotkać książki, o których wydaniu absolutnie nic nie wiem. Dział reportażu. Zakupiłam skrzyżowanie literatury, poezji i faktu. Jeszcze do książki nie zajrzałam, a już pozwoliłam sobie na podzielenie się z Sadownikiem moim przemyśleniem dość dobrze uleżanym.

Od czasu do czasu jakiś minister, polityk czy inna kreatura tego pokroju wpada na genialny pomysł, który można byłoby nadąć do stwierdzenia: każdemu Polakowi, co raczy wrócić do kraju z Wielkiej Brytanii, proponujemy sto tysięcy złotych na start, zwolnienie z podatków i ZUS-u na pięć lat oraz czerwony dywan z lotniska pod samo mieszkanie. Wyartykułowałam Sadownikowi co następuje.

Po pierwsze, uważam to za wyjątkowo perfidne i beznadziejne zagranie wobec tych, co nie wyjechali i starają się tu żyć. Gdy kończyłam tę kwestię, drzwi od windy, na którą czekaliśmy, otworzyły się, a z jej czeluści wyszła polska rodzina z dwójką polskich dzieci. Po drugie — widzisz tych ludzi — powiedziałam do Sadownika. — My to my, ale oni to herosi prawdziwi w tym kraju i oni to dopiero muszą być wku*wieni, jak kreatury okołorządowe głoszą wspomniane świetlane pomysły na uzdrowienie demografii. Po trzecie i ostatnie, to naprawdę niesamowite, kiedyś Wielka Brytania kolonizowała tę czy tamtą część świata, teraz czasy się zmieniły, Polacy z własnej woli jadą i dają się kolonizować.

I wzięłam się za czytanie. Po dwóch dniach świątecznej przerwy skończyłam. Ta książka to lektura obowiązkowa dla białego Europejczyka. Najbardziej przerażające jest to, że wiele stwierdzeń o rasach wyższych i niższych, naturalnym porządku świata, wyższości jednej religii nad innymi wierzeniami, choć pochodzą z XVIII czy XIX wieku, brzmią jak zdania wyjęte z ust polskich polityków AD 2014.

Tę książkę warto przeczytać, by zobaczyć, jak idea może zabijać. By dostrzegać szybko i wyraźnie, że być może ktoś próbuje skolonizować nasz umysł. By nie mieć wątpliwości i zwyczajnie powiedzieć oczadzonemu porządkowaniem świata na jedyną słuszną modłę: nie, dziękuję.

*

A prawo międzynarodowe?
     Brytyjczycy zawsze traktowali własną ekspansję jako niekwestionowane prawo. Natomiast francuską ekspansję w Afryce Północnej i rosyjską w Azji Centralnej uważali za skandaliczne akty agresji. A to, że niemiecka byłaby w najwyższym stopniu amoralna — w tej sprawie i Francuzi, i Rosjanie, i Brytyjczycy byli jednomyślni.

*

[...] Ten sam ryk po każdym zdaniu wypowiedzianym przez przywódcę. Ta sama nienawiść do obcych. Ta sama gotowość do przemocy. Ta sama skaleczona męskość.
     — I to samo podłoże — mówi Niemiec. — Po wojnie wszyscy bali się bezrobocia, wszyscy wiedzieli, do czego doprowadziło i do czego może doprowadzić ponownie. Ta świadomość przetrwała dwadzieścia pięć lat. A potem o wszystkim zapomniano.
     To przecież kuszący interes. Pięcio-, dziesięcio-, piętnasto-, dwudziestoprocentowe bezrobocie daje pracodawcy wspaniałą przewagę. Siła robocza stoi w blokach startowych i marzy o tym, by ją eksploatować.
     Z odrobiną ekstremizmu z tej najbardziej prawej strony trzeba się rzecz jasna liczyć zawsze. Wśród tych, którzy starają się o pracę, znajdują się przecież Żydzi i Murzyni. Ale do diabła z tym. Przynajmniej uniknie się, w każdy razie, aroganckiej pewności siebie ludzi przekonanych, że w każdej chwili znajdą inną pracę!

*

[...] Wykształceni Francuzi zdawali sobie sprawę w mniejszym lub większym stopniu, w jaki sposób zdobywano kolonie i zarządzano nimi.
     Tak jak i w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ci sami wykształceni Francuzi dobrze wiedzieli, co robią ich oddziały w Wietnamie i Algierii.
     Podobnie jak wyedukowani Rosjanie w latach osiemdziesiątych wiedzieli, co robią ich oddziały w Afganistanie, a południowi Afrykanie i Amerykanie byli świadomi charakteru działań prowadzonych przez ich „siły wsparcia” w tych samych latach w Mozambiku i Ameryce Środkowej.
     Podobnie jak światli Europejczycy wiedzą dzisiaj, że dzieci umierają dlatego, że nad biednymi krajami wisi bicz zadłużenia.
     To nie wiedzy nam brakuje. Oświecone społeczeństwo w swojej większości i niezależnie od epoki posiadły wiedzę na temat popełnianych dawniej i popełnianych obecnie potworności w imię Postępu, Cywilizacji, Socjalizmu, Demokracji i Rynku
.

*

Ty już to wiesz. Ja również. Nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by to, co wiemy, zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski.

Sven Lindqvist, Wytępić całe to bydło,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.