sobota, lipca 16, 2016

1949. Pierwszy Mąż, drugie życie

kilka dni temu. Sadownik przeczytał mi słowa, które ze mną zostały.

Człowiek ma dwa życia. Drugie zaczyna wtedy,
kiedy zda sobie sprawę, że ma tylko jedno.

wciąż mnie zachwycają. nie chcę ich zgubić, czy zapomnieć.

wiodę drugie.
jest piiiisznie!

(1945+3). Po książce, przed przyszłością

 wpis przeniesiony 24.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

To książka, która zadaje pytania. Pytania, których w tej książce nie ma. Pytania, na które warto znać odpowiedzi. Czy to jest życie, które chcę żyć? Czy jest coś, co chcę powiedzieć komuś bliskiemu, a czego nie powiedziałam? Naprawdę myślę, że mam tak dużo czasu? Jestem tego pewny? Akurat!

Jeśli mogłabym w tym roku przeczytać tylko jedną książkę, chciałabym przeczytać właśnie tę.

Na stole leży dwadzieścia kartoników. Pięć białych, pięć niebieskich, pięć czerwonych i pięć żółtych.
     Zastanów się dobrze, co jest dla ciebie naprawdę ważne. Teraz weź długopis.
     Na białych kartonikach zapisz rzeczy, z którymi nie potrafisz się rozstać. Telefon? Komputer? Dom? Samochód? Pierścionek — pamiątka po babci?
[…]
     Na niebieskich zapisz miejsca, które wiążą się z dobrymi wspomnieniami. I miejsca, które kochasz. […]
     Na czerwonych kartonikach zapisz rzeczy, które lubisz robić. Twoja praca. Hobby. I twoje marzenia. […] Przyjaźń? Tak. I miłość też.
     Na żółtych zapisz imiona ludzi, którzy w twoim życiu znaczą najwięcej. Nawet zmarłych. I zwierzęta. Mama, tata, siostra, mąż, dziecko, babcia, przyjaciel, kochanek, pies. Masz tylko pięć kartek. „Rodzice”? Nie oszukuj.
     Teraz, kiedy już spisałeś wszystko, co dla ciebie ważne, zamknij oczy i posłuchaj tej historii
. […]
     […] To nie był wasz ostatni oddech. Co zrobicie ze swoim życiem? I co zrobicie z tymi dwudziestoma skarbami, które są dla was najważniejsze?

*

Reisho chciałby, żeby bogactwo kraju liczono nie w PKB, tylko ŁKB — łzami krajowymi brutto. Może gdyby Japonia porządnie się wypłakała, wreszcie byłaby szczęśliwsza?

*

Trzy tysiące sześćset słupów, które monitorują promieniowanie.
     Pokazują coś, o czym wszyscy woleliby już zapomnieć.
     Promieniowania nie widać, nie słychać, nie czuć. Nie można go powąchać ani dotknąć. Niektórzy mówią, że bardziej niż geny niszczy relacje między ludźmi.

*

Kiedy potrzebuję go [dom] ogrzać, idę do lasu narąbać drewna. To zajmuje jakiś czas. I dobrze. Dzisiaj, kiedy chcesz włączyć ogrzewanie, naciskasz przycisk. Kiedy chcesz zjeść obiad, idziesz do supermarketu. Ludzie ciężko pracują, żeby mieć pieniądze, które oszczędzą czas. Ale to błędne koło. Pracujesz, żeby wydawać w supermarkecie? A może pracowałbyś mniej i miał godzinę więcej na przygotowanie obiadu razem z dziećmi?

*

Wiemy, co ich czeka. Plotki. Niepokój. Lęk. Kiedy boli cię głowa, nie wiesz, czy to przez promieniowanie, czy przez zmęczenie. Jesteś z tym sam. Do końca życia.

*

W Japonii obok żywych żyją zmarli. To nic nadzwyczajnego. Zwłaszcza pomiędzy drugą a trzecią w nocy, kiedy szczelina oddzielająca światy staje się cieńsza.

*

Niech zatęsknią. Niech mają na co czekać. Czekanie to nadzieja, ekscytacja. A przecież to tego, a nie mnie, potrzebują.

*

Czas wcale nie leczy ran. Sam w sobie nie ma właściwości uzdrawiających. Jedyne, co potrafi, to mijać. To od nas zależy, jak go wykorzystamy.

Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

piątek, lipca 15, 2016

1947. Proste jak drut!

uśmiech od ucha do ucha. zaprezentowałam sama sobie. na widok tego cudu.

kocham chodzić
i gapić się na świat!

(1945+1). Bardzo ważne rozmowy

 wpis przeniesiony 24.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Samotność. Taka nastoletnia, gdy nie możesz być z kimś, z kim chcesz być. Taka dorosła, gdy wali się życie i nie bardzo rozumiesz, jak ten czy tamten człowiek mógł tak postąpić. Taka dojrzała, gdy mierzysz się ze śmiercią ważnego człowieka, gdy dotykasz i swojej śmiertelności. A życie ma to wszystko za nic i biegnie dalej. Nie obiecuje ci uśmiechu, radości i szczęścia — przecież w to nie uwierzysz. A jednak.

Właśnie tego — rozmów z nieobecnymi — dotyka we mnie drugi fragment, który wciąż ze mną jest.

Na wzgórzu , w ogrodzie różanym, stoi biała budka telefoniczna. Z przeszklonych ścian roztacza się widok na morze. W środku klasyczny czarny telefon z tarczą numerową. Jego przewód kołysze się na wietrze.
     Kaze no denwa — wietrzny telefon. Itaru Sasaki otworzył budkę w swoim ogrodzie, w mieście Otsuchi, miesiąc po tsunami. Każdy może przyjść porozmawiać z tymi, których mu brakuje.
     Goście wchodzą do środka pojedynczo. Podnoszą do ucha słuchawkę. Opierają się o ścianę. Pochylają głowy. Może opowiadają o sobie. A może tylko zadają pytania. Na rozmowie niesionej wiatrem spędzają długie minuty.
     Kto wierzy w to, że w niepodłączonym telefonie nic nie słychać, ten nic nie usłyszy.
     A kto posłucha bardzo uważnie, może usłyszy odpowiedź.
     Przez trzy lata budkę wiatrów odwiedziło ponad dziesięć tysięcy osób. W książce rozłożonej obok telefonu zostawiali notatki.
     Ktoś napisał: „Wreszcie powiedziałem
«do widzenia»”.

Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016.

(źródło)

czwartek, lipca 14, 2016

1945. Peregrynacja, dzień 185.

 wpis przeniesiony 24.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czekałam na tę książkę. Polowałam. Czytam. Staram się to robić najwolniej, jak to możliwe. Dwa fragmenty mnie nie opuszczają, od momentu, gdy je spotkałam. Ten, zacytowany poniżej, rezonuje z moim najbardziej transformującym doświadczeniem w tym roku — peregrynacją. Tak, granica jest bardzo cieniutka. Coś o tym wiem.

Cała Japonia woła: Ganbare!
     Dajcie z siebie wszystko! Trzymajcie się! Walczcie! Dacie radę!
     […]
      Granica pomiędzy tym, kiedy potrzebujesz zachęty, a tym, kiedy potrzebujesz pomocy, jest bardzo cienka. […]
     Czasem ganbare! zmotywuje cię do działania. Czasem, gdy słyszysz ganbare!, czujesz się bardzo samotny.

Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

1944. Kudłaty trzynasty lipca

Suk:
(z samego rana pomogła Sadownikowi rozpakować zakupy,
zeżarła dwie wędzone makrele, z ościami, ale bez worka foliowego
)

Sadownik:
(wieczorkiem)
Taką miałem ochotę na pastę z makreli,
a mam nadziewanego makrelą psa.

Jabłoń:
To co, idziemy na dwór z tą makrelą obleczoną psem?

Heniutka:
(w doskonałym nastroju, z makrelami w środku, poszła
na wieczorny spacer z Sadownikiem i Jabłonią
)

środa, lipca 13, 2016

1943. Widok z magnetronika

1942. Wakacyjnik

 wpis przeniesiony 24.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wpadła mi w ręce przez przypadek. Nie zastanawiałam się ani chwili, bo tytuł zachwycił mnie swoim kompulsywnym optymizmem.

Wakacyjnik, nie książka. Lekki, łatwy i przyjemny? Nie odważyłabym się tak powiedzieć. Lekko się czyta, to fakt. Bardzo lekko. Na początku śmiech, bo śmieszne ogromnie. Potem śmiech jako reakcja na trudne dla nas spostrzeżenia przytomnego, postronnego obcokrajowca. Jeszcze dalej już nawet nie ma się z czego śmiać — tragifarsa z tendencją do tragedii, choć to tylko felietony napisane błyskotliwie i z niebywałą swadą.

[…] miał wzrok utkwiony w dekolcie pani siedzącej naprzeciwko. I jakkolwiek rejony te mogą budzić emocje, to przecież oczy kobiety czy mężczyzny są daleko bardziej interesujące. To tam toczy się życie i za ich pomocą człekokształtni wysyłają sygnały. Czy oczy są oknem w głąb duszy? Osobiście uważam, że są jej głosem. Popatrz w nie głęboko, a usłyszysz, czego człowiek potrzebuje, jakie są jego nadzieje i pragnienia. Oczy przemawiają.

*

Inne sposoby odwołują się do zdrowego rozsądku: uśmiechaj się, bądź pewny siebie i pogodny. Innymi słowy — nie bądź Polakiem.

*

Niezależnie od tego, czy mi się to podoba, czy nie, należę do klasy średniej i mam potrzeby typowe dla klasy średniej — książki, wystrój wnętrza, podróże. Mówiąc w największym uproszczeniu, model skandynawski sprowadza się do tego, aby każdego uczynić członkiem klasy średniej. Nie ma przesadnie bogatych ani bardzo biednych. Coś w rodzaju komunizmu, tylko bez kolejek i wszechobecnej paranoi. Odwrotnie niż w Polsce, która uporczywie odrzuca wartości klasy średniej. Zrozumcie mnie dobrze: jest tutaj aspirująca klasa średnia. Tylko jej potrzeby są permanentnie ignorowane na rzecz staroświeckiej uczuciowości i religijności, która niekiedy upodabnia się do przesądu.

*

Pojęcie „nieznajomy” jest w moim kraju mało popularne: takich ludzi po prostu nie ma, są co najwyżej przyjaciele, których jeszcze nie spotkaliśmy.

*

[…] status społeczny kobiety zamężnej w Polsce jest wyższy niż singielki. Podczas gdy pozycja mężczyzny w zasadzie się nie zmienia, kobieta, która wychodzi za mąż, traktowana jest niemalże jak gwiazda. „Złapała” męża i w oczach Polaków jest „prawowita”. Skoro inny mężczyzna ją posiada, można z nią bezpiecznie rozmawiać. A jeśli zamężna kobieta urodzi dziecko, jej pozycja społeczna unosi się do gwiazd, na poziom supercelebrytki. Oto, jak ceni się tutaj kobiety: jako „nie-przestępców” i reproduktorki.

*

     — A ja nie akceptuję ludzi, którzy nie tolerują krytyki — odezwałem się w chwili przerwy między dwoma kawałkami makowca. — Kościół katolicki przyspawany jest do grzechu i seksualności, a sprawy pomocy innym ludziom nie traktuje serio.

Peadar de Búrca, Uporczywie pogodne myśli,
przeł. Adam Lutogniewski, Fabryka Słów, Lublin 2016.

1941. Rocznicowo

Sadownik & Jabłoń:
(wczoraj na rocznicowym wyjściowym pysznym jedzonku)

Sadownik:
(rocznicowo drze łacha z Jabłoni,
nie szczędząc jej peregrynacyjnemu kalectwu
)

Jabłoń:
Kochanie, proszę, bądź czarujący
przez najbliższe dwie godziny.

Sadownik:
Dobrze.
(uniósł teatralnie brodę)
Będę milczał. Jak zaklęty książę!
No przecież nie powiem  d z i ś  „jak grób”.

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem odrestaurowanej panny młodej)

*

Aby każdy Wasz kolejny dzień był tym pierwszym z mądrością poprzedniego.
Gepardzica & Smoku

Niech!

poniedziałek, lipca 11, 2016

niedziela, lipca 10, 2016

1939. Nocne pogaduchy z własnym ciałem

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Poziom społeczny. Gdy na głos stwierdziłam, że każdemu z nas czegoś w życiu brakuje, że każdy potrzebuje jakiejś pomocy, zapadła niezręczna cisza. W świecie naznaczonym zachodnim sznytem wiecznej pogoni za jeszcze większym sukcesem, co w pył rozniesie wszystkie dotychczasowe sukcesy, w pościgu za coraz większymi zyskami i perspektywami, idea braku, co immanentną cechą ludzkiego życia jest, nie mieści się w głowie.

Poziom relacyjny. Niech będzie najprościej. Idziesz ulicą. Matka potrząsa ryczącym dzieckiem, powtarzając mu jak mantrę: „nic się nie stało”. Naprawdę nic się nie stało? Gołym okiem widać, że nawet jeśli chwilowa, to jest to wielka tragedia na miarę małego człowieka. Ale nie, od małego musimy być dzielni, radzić sobie, nie histeryzować, bo przecież nic się nie stało.

Poziom indywidualny. Wobec powyższego, lat indoktrynacji, nie jest wcale łatwo przyznać się przed samym sobą, że nie potrafię, nie mam pojęcia, nie jestem w stanie, że potrzebuję pomocy, nie mam zasobów. O ile łatwiej udawać, że nie boli, to tylko chwilowa trudność, będzie zrobione, już lecę, pędzę. Pułapką jest, że „łatwiej”.

*

Gdy przyznaję się światu, ludziom, sobie. Nie umiem. Nie wiem. Nie jestem w stanie. Potrzebuję pomocy. Paradoksalnie, właśnie wtedy czuję, że otwierają się drzwi, a nie zatrzaskują.

naciśnij klamkę!

1938. Ślad

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Powody. Pierwszy. Uwagę moją przykuła okładka, która mnie zachwyciła. Drugi. Moja Babcia była Mamą z innej planety. Biorąc pod uwagę czasy, w jakich żyła, była Mamą-Awangardzistką — nie zamykała w domu. Odeszła trzydzieści lat temu z hakiem, ale wciąż stoi za mną murem.

[…] utwierdziłam się w pierwszym wrażeniu: mimo najtrudniejszych nawet zakrętów nurt życia może pozostać wartki, intensywny, a codzienność nie traci smaku, choć zaprawiona jest goryczą.

*

«Nie pytaj: dlaczego?, pytaj: po co?». Bardzo mnie to poruszyło.

*

[…] jak przekonuje Jean Vanier: „Każda istota ludzka ma swój sekret, swoją tajemnicę. Są życia długie i krótkie. Niektóre osoby wydają się przeżywać etapy wzrostu, inne wcale nie. […] Każde życie posiada sens, nawet jeśli jest on niewidoczny. Wierzę w historię świętą każdej osoby w całym jej pięknie i wartości”.

*

[…] gotowość przyjmowania życia takim, jakie zostało nam dane, bez pretensji — i bez poczytywania sobie tego za zasługę. Rzadki talent.

*

[…] rzecz w tym, aby nasza „głowa i serce się zjednoczyły”.

*

Ów twór, „społeczeństwo”, nie przyjmuje do wiadomości, że cierpienie jest doświadczeniem niezwykle intymnym, tylko z pozoru egalitarnym, ale zawsze, dla każdego, kogo dotyka — zupełnie nowym, wyjątkowym i zaskakującym. „Społeczeństwo” o cierpieniu wie niewiele, cierpi zawsze pojedynczy człowiek. I dlatego właśnie, kiedy ból dotyka nas osobiście, czujemy się wyrwani z tkanki społecznej, z „normalnego” życia i wyrzuceni przez falę rozpaczy na brzeg w nieznanym miejscu, z dala od dawnego świata i ludzi. Nasz stary świat wydaje nam się obcy, a nowy przeraża. Potrzeba czasu, aby się z nim oswoić, aby się na nowo zaludnił, ale to się naprawdę dzieje.

*

Nasze współczesne indywidualistyczne społeczeństwo nie znoszące stanów bezradności niewątpliwie fetyszyzuje kwestię wyboru: wybieramy partnera życiowego, pracę, rolę rodzica, poglądy, nie znosimy być do niczego zmuszani, nic nam nie wolno narzucać. Poczucie pełnej kontroli nad własnym życiem daje nam złudzenie wszechmocy, jednak poważniejsza choroba czy bliskość śmierci wystarczą, by prysło ono jak bańka mydlana. Okazuje się, że nie wszystko można w życiu wybrać, niekiedy trzeba się poddać, nie wszystko można zmienić, czasem należy wytrwać — w bezsilności.

Krystyna Strączek, Mamy z innej planety. Historie kobiet,
które urodziły niepełnosprawne dziecko
, SIW Znak, Kraków 2016.

sobota, lipca 09, 2016

1937. Szukając odpowiedzi w deszczu łez

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

miejsce w człowieku. gdy czujesz się opuszczona na zawsze, pozostawiony samemu sobie. wszechogarniająca beznadzieja. znikąd pomocy. niemożność i niemożliwość znalezienia wyjścia. miejsce, w którym… w moim przypadku, miejsce, w którym wszystko mnie przerasta.

ile? ile mieliście lat, gdy trafiliście do tego miejsca pierwszy raz? czy byliście tam tylko ten jeden raz? pytania retoryczne. uczucie koszmarnie niezmienne, choć nie ma się już kilku, kilkunastu, dwudziestu paru, trzydziestu i trochę lat, itd.

a jednak! coś wyciągało nas na powierzchnię z czarnej dupy ku światłu. co mnie wtedy wspierało? chwila, długa chwila, brak szybkiej odpowiedzi. mam! co mnie wspierało? czas! i drobne kroki.

*

Tina Turner, The Best.

*

co mnie wspiera? zapytana byłam wczoraj. zbaraniałam. co mnie wspiera? dziś znalazłam odpowiedź. czas, drobne kroki, radość, zabawa i Ludzie!

dla mnie. pytanie na dziś, jutro
i każdy kolejny dzień.

piątek, lipca 08, 2016

1936. O miłości, która została

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Świat mody mam w absolutnej ignorancji. Nazwisko Saint Laurent nie kojarzyło mi się z projektantem mody, lecz z kosmetykami. Nie mam zielonego pojęcia, co sprawiło, że zrobiłam klik, klik, kabelek, klik, klik i wieczór bez Sadownika został zaplanowany.

Sylwetka projektanta mnie nie zachwyca, ale znalazłam jedno jego zdjęcie — piękne — porusza, wciąga mnie fantastycznie w swój klimat i porywa. Sylwetka partnera projektanta uwiodła mnie od pierwszego zdania, akapitu, listu. Pozostałam z myślą, że gdy odchodzi człowiek, odchodzi cały świat, ale też pozostają nadkruszone inne światy.

Książka ta wraz z książkami Lewisa i Barnes’a jest znaczącą trylogią w materii mężczyzn, którzy kochali prawdziwie.

fot. Jeanloup Sieff, 1971.

Wiedz, że codziennie zadaję sobie pytanie, czy chciałbyś zobaczyć ten zachód słońca lub deszcz zraszający lipę w moim ogrodzie. To właśnie jest nieobecność: nie móc się dzielić.

*

Rozmawiałem przez telefon z Twoją matką. Daje sobie radę, pójdę do niej, czas porachunków już minął. Myślę, że jest przekonana, iż miała z Tobą wyjątkowe relacje. Nie wytrącajmy jej z błędu i dajmy jej dożyć swoich lat w tym świecie iluzji. Prawda należy tylko do tych, którzy ją znają, inni mają prawo do takiej prawdy, jaką sobie wymyślą.

*

Często żałowałem, że nie studiowałem historii sztuki. Ale czy to by coś zmieniło? Nie kochałbym malarstwa ani bardziej, ani mniej. Nie znoszę kultury dydaktycznej i wszystkiego, co ją przypomina. Aby kochać, trzeba o wszystkim zapomnieć, i właśnie to nieustannie robiłem.

*

Każdy z nas, którzy zgromadziliśmy się dziś wokół wspomnienia o nim, może myśleć o Yves’ie tak, jak go rozumie. I każdy ma słuszność. Mój własny Yves to ten, u którego boku żyłem przez pięćdziesiąt lat i któremu zamknąłem przed rokiem oczy. Ten, który zaszczycił mnie swoim zaufaniem i któremu pomogłem wypełnić jego przeznaczenie. Ten, któremu mówiłem, że nie ma rzeczy niemożliwych, że trzeba wierzyć w cuda i nie słuchać tych, co we wszystkim upatrują niebezpieczeństwa. Właśnie dlatego, że ignorowaliśmy niebezpieczeństwo, mogliśmy urzeczywistnić najbardziej szalone marzenia. Właśnie dlatego, że byliśmy szaleni.

*

[…] wywrócił do góry nogami swoją epokę, wchodząc na terytorium społeczne, aby odmienić kobiety. Oczywiście jego dzieło nie zostało wykute w marmurze, ale zmieniło życie kobiet, wzmocniło ich siłę, dodało im pewności siebie i pozwoliło im się spełniać.
     I to właśnie oznacza wywiązać się z umowy, jaką oferuje życie.

*

Nie mam pojęcia, jak to wyjaśnić. Tak czy inaczej, pójdę za tym.

Pierre Bergé, Listy do Yves’a, przeł. Magdalena Pluta,
Dream Books, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

czwartek, lipca 07, 2016

1935. Onko okolice

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pamiętam dzień, w którym zobaczyłam okładkę tej książki w oknie księgarni. Pamiętam, bo świętowaliśmy z Sadownikiem. Gdy wróciliśmy do domu, sprawdziłam, czy jest ibuk — nie było. A to dziękuję. I zapomniałam.

Wczoraj Braszka zwróciła moją uwagę na ibuk… na ibuk, którego szukałam dziesiątego czerwca. Klik, klik. To, co czytałam, rzuciłam w kąt. No i… już po. Warta grzechu książka — lekarz też człowiek, bardzo ciekawy człowiek.

[Iwona Głogowska] […] jak mówił ksiądz KaczkowskiJest później, niż się wydaje”. […] Dzisiaj, po latach pracy wiem, że jak jest coś ważnego w życiu, to nie wolno tego przegapić i trzeba się na tym skupić, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mnie trafi.

*

[Tomasz Koziński] Nie jestem sędzią zawodowym, więc nie muszę oceniać innych. Dla mnie jest tylko jeden lekarz ważny, którego muszę oceniać. Ja sam. A reszta mi dynda.

*

[Tomasz Koziński] Kiedy wiem, że rozmowa była dobra? Kiedy pacjent płacze. Wiem, wtedy, że z tym człowiekiem jest dobrze, że ma dobrą reakcję i wiadomo, co dalej trzeba będzie robić. Najgorzej trzeba się martwić o osoby, które nic… próbują stworzyć pozór, że są z kamienia i wszystko przyjmą. Z tymi jest źle. Nie ma ludzi z kamienia.

*

[Tomasz Koziński] Jeżeli z pacjentem, nieważne, czy ma dwa lata, czy osiemdziesiąt, zaczynamy coś robić i nie wyjaśnimy mu tego dokładnie, to on się po prostu boi.

*

[Tomasz Koziński] Trzeba nauczyć się myśleć tak: „Ja nie muszę wyleczyć, to nie jest moje zadanie. Ja mam pomóc. Bez względu na to, co się dzieje, bez względu na to, co się stanie”.

*

[Dariusz Godlewski] […] dzieciom mogę powiedzieć, że do kina pójdziemy jutro, a burki [psy :)))] siądą i czekają. Nie ma „jutro”. To zmusza do aktywności i pomaga oczyścić umysł.

*

[Olga Rutynowska] Prawda jest jednak taka, że tu osiemdziesiąt procent, tu siedemdziesiąt, ale dla konkretnego dziecka i konkretnej rodziny to jest zawsze albo sto procent, albo zero.

*

[Dariusz Godlewski] Każdy błąd powinien mieć jednak wartość dydaktyczną i powinien się zdarzyć tylko raz.

*

[Dariusz Godlewski] Zawsze powtarzam, że nigdy nikt nie będzie wyleczony, jeżeli nie chce być wyleczony.

*

[Dariusz Godlewski] Mamy globalizację medycyny, ale nie mamy globalizacji świadomości. Nie rozmawiamy o chorobie nowotworowej, o jej konsekwencjach, bo to nadal temat tabu.

*

[Dariusz Godlewski] Nie jestem bogiem, to kardiolodzy są bogami! My, onkolodzy, jesteśmy jedynie żołnierzami frontowymi.

Joanna Kryńska, Tomasz Marzec, Onkolodzy. Walka na śmierć i życie,
The Facto, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

wtorek, lipca 05, 2016

1933. Z małżeńskiej wieży?

Sadownik & Jabłoń:
(wczoraj wieczorem rozmawiali o długo-,
bardzo długoterminowych związkach
)

Sadownik:
(z powagą godną wielu innych spraw)
Moim hobby jest żona.

Jabłoń:
(zniesmaczona, że nie karaoke,
body building, czy solarium
)
Co to za hobby?

Sadownik:
Drogie, wymagające i niewdzięczne!

poniedziałek, lipca 04, 2016

(1929+2+1). Billie (suplement)

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jestem zagorzałą przeciwniczką czasownika zasługiwać, w szczególności w kontekście relacji korzonkowo-rodzinnych. Albo w relacji z drugim człowiekiem coś mi klika, albo nie. Nie ma w tym winy człowieka, ani mojej — w ogóle nie ma w tym miejsca na żadną winę — po prostu nie kliknęło, nie zaskoczyło, nie działa, chemii brak, wspólnego snu nie ma i już.

Mimo to, uwielbiam poniższy cytat i ponieważ łomolę głosem wyciągniętym z Billie, to upuszczam, by mieć pod ręką i słowa, i nutki.

W nosie miałam całą resztę… Kocham tylko tych, którzy na to zasłużyli.
     I mojego psa.

Anna Gavalda, Billie, przeł. Paweł Łapiński,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

Jean Jacques Goldman, A Nos Actes Manqués.

Do wszystkich moich tęsknot, niepowodzeń, moich prawdziwych słońc
Wszystkich dróg, które nie zostały pominięte
Do wszystkich przegapionych okazji, moich złych snów
Do wszystkich ludzi, którymi się nie stałem

A tous mes loupés, mes ratés, mes vrais soleils
Tous les chemins qui me sont passés à côté
A tous mes bateaux manqués, mes mauvais sommeils
A tous ceux que je n'ai pas été

niedziela, lipca 03, 2016

(1929+2). Wszystkodzień

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gepardzica & Jabłoń:
(z rana wymieniają literki)

Gepardzica:
A jak u Was?

Jabłoń:
Deszcz, kawa, hamak i książka.

Gepardzica:
Czyli all inclusive!

*

Ta to umie trafić w najczulszy i najważniejszy punkt. Trafiła! Potem był już tylko uśmiech od ucha do ucha i świadomość, że gdy tylko otworzyłam rano oczy, wszystko było all inclusive: szczęśliwy ogon Heniutki, przerwa między ulewą a deszczem na kudłaty poranny spacer, dwie ludzkie nogi, co mogą się tego spaceru podjąć i śniący jeszcze głęboko Sadownik obok.

Tą książką złamałam zasadę suwaka autorek-autorów, autorek-autorów. Nie byłam w stanie nie zacząć. Nie byłam w stanie odłożyć książki o bliskości, otwartości i przyjaźni.

     — Dotarło do ciebie? Masz wyrzuty sumienia? — wymamrotał, przymykając oczy. — Nie… Co ja gadam… Ty i wyrzuty sumienia…
     
[…] Wyrzuty sumienia? Nawet nie wiem, jak się to pisze.

*

Nigdy nie można być pewnym, gdzie pewnego dnia odnajdzie się swoją granicę.

*

[…] przestawałam trzymać gardę, przekraczałam próg i bezwolnie dałam się przenieść w inny wymiar.

*

Próbuję ci właśnie powiedzieć, że jeśli masz w sobie to coś, co mogłoby pomóc ci żyć… żyć naprawdę… odetchnąć raz na zawsze pełną piersią i trwać tak aż do śmierci… bo to coś było tu przed tobą i pozostanie tu po twoim odejściu… Tak, takie coś, co będzie o tobie świadczyć, kiedy kopniesz w kalendarz, nigdy cię nie zdradzi i które… eee… a poza tym co ci to robi, jakie kto ma narządy płciowe?

*

     — Dziękujemy, ale nie. Billie nie ma ochoty, a ja szanuję jej decyzję.

     I to, ale naprawdę, to mnie rozwaliło na całego.
     Wciąż jeszcze mam po tym ślad i nie zamierzam go nigdy ukrywać.
     Za bardzo jestem z tego dumna.

*

Płacz, ale nie zapomnij nigdy, że oczywiście jesteśmy oboje dopiero na starcie tej drogi przez mękę, ale kiedy już staniemy nad grobem, będziemy mogli spojrzeć wstecz i powiedzieć: myśmy to przeżyli, a nie jakieś sztuczne twory ulepione ze strachu i poczucia lęku na widok tych wszystkich prostaków

*

Powiedziałam, że skoro podobają mu się chłopcy, to ma rację, bo podążanie za tym, co nam się podoba, jest słuszną opcją, ale że z jego ojcem koniec, teraz i na zawsze, i niech sobie to wbije do głowy raz a dobrze.
     Nie warto, żeby zajeżdżał się tylko po to, żeby zostać adwokatem, bo ktoś miałby wybaczyć mu jego homoseksualność, biorąc pod uwagę, że to nie zmieni nic a nic. Jego ojciec nigdy go nie zrozumie, nigdy nie zaakceptuje, nigdy nie wybaczy i nigdy nie pozwoli sobie na pokochanie go.

*

Że owszem, ten plan wypali, ale tylko pod warunkiem, że on się odważy, a potem będzie ciężko pracował.

Anna Gavalda, Billie, przeł. Paweł Łapiński,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

sobota, lipca 02, 2016

1930.

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Urodziłam się w dniu, w którym skończyła 49 lat. Byłam Jej pierwszą wnuczką. Dziś mija trzydzieści lat od dnia, w którym odeszła.

Dziś. Spotkaliśmy się z Orzeszkiem i Białym Krukiem w połowie odcinka AB, wyznaczonego przez punkty naszych fizycznych i psychicznych domów. W pół drogi, w mieście C, na cmentarzu, na którym Mama Białego Kruka, a moja Babcia, została pochowana.

Poszliśmy na wiele innych rodzinnych grobów. Między innymi na grób Rodziców i Dziadka Mamy Białego Kruka. Na ten grób, jako dziecko, chodziłam z tą moją Babcią… Wtedy wszystko związane z tym grobem było dla mnie tak niebywale abstrakcyjne… Pamiętam, było gorąco i liczyła się tylko rozkloszowana, wściekle żółta sukienusia zrobiona na szydełku.

czas jako naczynie życia,
kwestia niepojęta.

1929. Fantastyczny skutek uboczny

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W zeszłym miesiącu, poproszona, przygotowywałam listę książek dla nastolatki. Sprawdzałam przy okazji „dostępność” poszczególnych pozycji. I? Bardzo mile zostałam zaskoczona — w ostatnich dwóch latach przegapiłam dwie książki Anny Gavaldy!

Nadrabiałam. Gavalda… jak zwykle, a może bardziej w formie… błyskotliwa, z niebywale prawdziwą, cyniczno-obrzydliwie-inteligentną diagnozą życia społecznego w białej Europie XXI wieku.

Jest taki moment, że nawet myśli się: onanizm słowny i ma się ochotę rzucić tę książkę w kąt. Jest też taki moment, gdy już nie można się oderwać. A gdy się kończy, pojawia się pewność, że ma się dużo, dużo lepsze życie, niż wtedy, gdy ta książka była dopiero w planach czytelniczych.

Zawsze radosna… Wiesz, ile siły i odwagi trzeba mieć w życiu, żeby te dwa słowa szły ze sobą w parze u tej samej osoby przez całe życie?

*

Właśnie składałem się do kupy: głowa, ręce, nogi, klucze, marynarka, schody, łóżko, śpiączka, kiedy padło od niechcenia, łup, jak bardzo miękkie cięcie tasakiem:
     — Przez grzeczność można sobie życie zmarnować
.

*

[…] szczęście rozpoznaje się po hałasie, jaki robi, kiedy odchodzi. […] No cóż, z miłością jest wprost przeciwnie. Miłość poznaje się po harmidrze, jaki wyczynia, kiedy nadchodzi.

*

Ludzi, których się kocha, nie można poznać, tylko rozpoznać.

*

Zasady, postulaty, prawa fizyki i matematyki go zamulały, nawet gorzej, uważał je za the enemy of every truly creative man, wielkiego wroga każdego naprawdę twórczego człowieka. Równie totalnie olewał całą politykę sprzedażową, prognozy, biznesplany, badania rynku i wszystko to, co będzie się później składać na współczesny marketing. Miał trudny charakter.
     
[…] Był niezależny, wolny i uparty i nie darzył specjalną sympatią rzeczy wynikających z burzliwych seansów brainstormingu w biurach projektowych. To jemu zawdzięczamy to genialne zdanie: A camel is a horse designed by a committee, wielbłąd to koń zaprojektowany zespołowo.

*

     — Wiesz, Mathilde… Jeżeli rzeczywiście zależy ci na czymś w życiu, no cóż, rób, co tylko możesz, żeby tego nie stracić.

*

I nawet jeżeli, nie mogła go znaleźć, nawet jeżeli wszystko to miało być tylko jeszcze jedną zgrywą […], to nic się nie stało, nic się nie stanie, bo on już podarował jej wspaniały prezent w postaci tego doświadczenia: jak to jest stanąć prosto, być zdecydowaną, żywiołową i wcześnie wstawać. I to już… to już było wiele.

*

Chociaż raz idź do końca za swoimi przekonaniami. Zostaw kompa, zostaw wygody, Kopciuszku, zostaw swoje złe siostry, o których mówisz tak negatywnie, a pod których kuratelą tak dobrze odgrywa ci się rolę małej dziewczynki. Tak, zostaw flaszki, swój cynizm za dychę i matkę, która już nigdy nie wróci, i… Ej! A ty dokąd?

Anna Gavalda, Lepsze życie, przeł. Paweł Łapiński,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.
(wyróżnienie własne)

*

Michel Delpech, Pour un flirt.

(1927+1). Dzień Psa (suplement)

Te magiczne i prawdziwe słowa przeczytałam dopiero dziś.

Kto trzyma za ogon psa, ten wkrótce spotka człowieka!

Anna Gavalda, Lepsze życie, przeł. Paweł Łapiński,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Heniutkowe kopytka

piątek, lipca 01, 2016

1927. Dzień Psa

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dzień Psa. dziś jest. doczytałam.

*

Dzień Psa. Dziś. Spojrzałam na półkę z książkami i od razu zobaczyłam tę, która pomogła nam przejść na kudłatą stronę. Czytałam ją na miesiąc przed tym, gdy dowiedziałam się, że nasze pragnienie o czarnej suczce labradora zostało usłyszane: urodziło się sześć szczeniąt, wszystkie były czarnymi dziewczynkami.

Jest to książka, po której znalazłam w sobie siłę, by mieć w dupie to, co ludzie „rodzinni” powiedzą na skład mojej i Sadownika rodziny.

Wiedziałam, że nasze życie z Sukulcem będzie inne, ale ono dzięki Heniutce przeszło moje najśmielsze oczekiwanie.

Jednym z największych darów, jakie dostajemy od psów, jest czułość, jaką w nas budzą. Życiowe rozczarowania i niesprawiedliwości, druzgoczące wydarzenia, nad którymi nie mamy kontroli, zdrady ze strony przyjaciół i ukochanych sprawiają, że stajemy się cyniczni, i zmieniają nam serca w krzemień, z którego tylko gniew i gorycz mogą coś wykrzesać. Inne zwierzęta także mogą uczynić nas bardziej ludzkimi, ale psy za sprawą swej wyjątkowej natury — czystej rozkoszy z przebywania z nami, radości, z jaką nas witają, kiedy wracamy do domu, zawsze pogodnego usposobienia, zapału, z jakim się bawią, ciekawości i zachwytu, z jakimi podchodzą do każdego nowego doświadczenia — potrafią rozpuścić cynizm i napełnić zgorzkniałe serce.

*

Psy natomiast jedzą ze smakiem, bawią się z entuzjazmem, pracują z zadowoleniem, kiedy da im się taką możliwość, poddają się cudom i tajemnicom swego świata i kochają z całą hojnością psiego serca.

*

Kiedy leżeliśmy w ciemnościach, czekając na sen, Gerda powiedziała:
— Trochę strasznie, nie?
Wiedziałem, co ma na myśli: teraz byliśmy w pełni odpowiedzialni za to cudowne stworzenie
.

Dean Koontz, Wielkie małe życie. Wspomnienia o radosnym psie,
przeł. Dominika Cieśla-Szymańska, Warszawa W.A.B, 2010.
(wyróżnienie własne)

*

Dzień Psa. u nas też. Dzień Psa Upalnego.

dajemy radę!

czwartek, czerwca 30, 2016

1926. Miłosne samogłoski

Jabłoń:
Jeśli mogę, to w tym słowie
jest fonetyczne /ʌ/ a nie /o/.

Pan Ciasteczko:
Dzięki, ale najważniejsze, że wszyscy mnie rozumiejo.

Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)

1925. Marzenie

Sadownik:
(w hamaku, w telefonie ryczy ze śmiechu)

Jabłoń:
Co?

Sadownik:
(czyta)
Bieganie boli, kanapa zabija, wybieraj!

1924. Peregrynacja, dzień 171.

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Historia ta ma swój początek dwa dni temu. Na wiedźmoblogu, który uwielbiam za stężenie sensu w jednym zdaniu, bardzo konkretny wpis doprowadził mnie do łez kilkanaście, kilkadziesiąt razy. Puenta zaskoczyła tak, że nawet Sadownikowi ów wpis przeczytałam:
     — Wszystko wygląda ładniej w miniaturze.
     — Będę o tym pamiętać, kiedy wieczorem zdejmę stanik
.

Historia ta miała dziś swój koniec. Szłam rano na rehab i myślałam z wdzięcznością, jak wiele osób wspiera moje zdrowienie. Pomyślałam o tym, widząc wielki, od ucha do ucha, uśmiech Pani Wisienki, która zachwyciła się tym, jak pięknie już śmigam. Siedziała z Panem Pieczarkiem na ławeczce, która nigdy, w przeciwieństwie do straży miejskiej, nie ma nic przeciwko siedzącym na niej Osiedlowym Dyżurnym w zakresie spożycia procentów.

Kłaniam się Pani Wisience od lat, zawsze gadając do wrażliwej kobiety w Niej. Dziś porozmawiałyśmy o kopytku i niemiłosiernym upale. Gdy sobie poszłam, gdy minęłam ławkę, na której pozostali Osiedlowi Dyżurni, usłyszałam, jak Pani Wisienka mówi do kompana w trudzie życia:
     — Równa babka!
     — Nie! Bo ma cycki — odpowiedział przytomnie, nad wyraz trzeźwo i logicznie Pan Pieczarek.

Drzewko upłakane ze śmiechu.

1923. O ludziach, którzy spotkali bestie

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kilkadziesiąt lat po II Wojnie Światowej. Zadziwienie. Książka Jennifer Teege, wnuczki komendanta obozu. Ta książka nie mogła być napisana wcześniej.

Kilkadziesiąt lat po II Wojnie Światowej. Zadziwienie. Książka Mikołaja Grynberga o drugim pokoleniu dotkniętych holocaustem; o ludziach, których rodzice byli Ocalonymi. Też nie mogła powstać wcześniej.

Kilkadziesiąt lat po II Wojnie Światowej. Zadziwienie. Choć beletrystyka. Książka Axelsson o Ocalonej, która nie uniknęła trudnych pytań, choć przeżyła. Chyba też nie można było tej książki napisać.

Kilkadziesiąt lat po II Wojnie Światowej. Wstrząs. Dopiero teraz, po prawie pięćdziesięciu latach od publikacji oryginału, wychodzi polskie tłumaczenie. Po tej lekturze pozostałam z pytaniem: co ważnego nie zostało jeszcze powiedziane?

[Posłowie, dr Joanna Ostrowska] Homoseksualne ofiary nazizmu w Polsce to nadal temat tabu. Prześladowani za swoją orientację seksualną pozostają w cieniu. Nie należą do „dobrego towarzystwa ofiar”, nie są ocalonymi. Zostali wyklęci.

*

Dzisiejszy świat już dawno przestał mówić o tamtych cierpieniach, o mordowaniu ludzi w nazistowskich obozach koncentracyjnych. Obecne społeczeństwo nie chce, by mu o tym przypominano, lecz my, dawni więźniowie nie możemy zapomnieć tego, co nam uczyniono. Mój wniosek o odszkodowanie za długoletnie więzienie został przez demokratyczne władze odrzucony, gdyż więzień z różowym trójkątem, homoseksualista, był klasyfikowany jako kryminalny łobuz, nawet jeśli — tak jak ja — nie miał na sumieniu żadnych wykroczeń.

*

Cóż ja takiego zrobiłem, bym miał tak ciężko a to pokutować? Czy byłem zboczeńcem albo zagrożeniem dla narodu? Pokochałem przyjaciela, mężczyznę — i nie był to młodociany, tylko 24-letni, dorosły człowiek! Nie widziałem w tym niczego strasznego czy niemoralnego.
     Co to za świat i co to za ludzie, którzy decydują za dorosłego człowieka, kogo i jak wolno mu kochać? Czy to nie zahamowani seksualnie i obarczeni kompleksem niższości ustawodawcy zawsze najgłośniej krzyczą o
zdrowych odruchach narodu”?

*

Który kierowca mknący po niemieckich autostradach wie, że każdy granitowy krawężnik, który je okala, nosi ślady krwi niewinnych ofiar? Krwi ludzi, którzy nie popełnili żadnej zbrodni i jedynie z powodu swojej religii, pochodzenia, poglądów politycznych czy pociągu do własnej płci musieli wegetować i ginąć w obozach koncentracyjnych. Który kierowca, przejeżdżając przez wiadukt na autostradzie, myśli o tym, że każdy granitowy filar, który go podtrzymuje, kosztował życie niezmiernej liczby ludzi? Morze krwi i stosy ofiar — taki jest koszt każdego z tych niemieckich wiaduktów. Ale kto chce o tym pamiętać? Tak chętnie spuszczamy na te wszystkie rzeczy zasłonę milczenia i zapomnienia.

*

Do dziś zadaję sobie pytanie, co w impulsach zmysłowych uchodzi za normalne, a co za nienormalne. Czy jest normalny i nienormalny głód? Normalne i nienormalne pragnienie? Czy głód nie pozostaje zawsze głodem, a pragnienie pragnieniem? Jakże zakłamane i pozbawione logiki myślenie leży u podstaw takiego rozróżnienia!

*

Homoseksualne zachowania dwóch „normalnych” mężczyzn były traktowane jako działania zastępcze, lecz gdy to samo robili dwaj homoseksualiści w obopólnym porozumieniu i w zgodzie ze swoją orientacją, wtedy było to „obrzydlistwo”, sprawa „brudna i odrażająca”.

*

My, homoseksualiści, czy to w Wiedniu czy gdzie indziej, możemy prowadzić najbardziej przyzwoite życie, a pogarda bliźnich, brak szacunku w społeczeństwie oraz dyskryminacja i tak będą takie same jak przed trzydziestu czy pięćdziesięciu laty — postęp ludzkości nas ominął.

Heinz Heger, Mężczyźni z różowym trójkątem. Świadectwo homoseksualnego więźnia obozu koncentracyjnego z lat 1939–1945,
przeł. Alicja Rosenau, Ośrodek KARTA, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

1922. Z drogi

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Podobno autobiograficzna. Subiektywnie, po wolnym tempie i sposobie czytania, stwierdziłam, że dla mnie to jednak beletrystyka. Nie jest to dziennik. Co nie znaczy, że własne doświadczenie autorki jest bez znaczenia. Czaiłam się na tę książkę chyba od lutego i w końcu machnęłam, by odpocząć po Domosławskim, który mnie przemielił. Odpoczęłam.

Podróżuję, więc…
     — Proszę wpisać adres, pod który pani wróci — odpowiedziała.
     — No właśnie w tym problem. Nie wiem, gdzie będę mieszkać po tym wszystko, bo…

*

Zrobiłbym wszystko, żeby być na twoim miejscu — powiedział, kiedy ruszyliśmy. — Jestem wolnym duchem, który nigdy nie miał dość odwagi na wolność.

*

Nie wiadomo, dlaczego niektóre rzeczy się dzieją, a inne nie. Co do czego prowadzi. Co będzie niszczyć. Co sprawia, że jedna rzecz rozkwita, a druga umiera lub zmierza w inną stronę.

*

Wypalony busz i powyginane drzewa stały jak zawsze obojętnie nieugięte.
     Byłam kamyczkiem. Biłam liściem. Byłam powyginaną gałęzią. Byłam dla nich niczym, a one dla mnie wszystkim.

*

Nigdy nie miałam zdolności matematycznych. Nie miałam pamięci do wzorów i liczb. Logika nie miała dla mnie większego sensu. W moim pojęciu świat nie był wykresem, wzorem czy równaniem. Był opowieścią.

*

Niepotrzebnie się ciebie czepiam. Uważam, że to świetnie, że robisz, co chcesz. Gdyby ktoś mnie pytał, to za mało dziewczyn to robi: każe społeczeństwu i jego oczekiwaniom spadać na drzewo. Gdyby tak było, wszystkim nam żyłoby się lepiej.

*

     — Zadaniem ojca jest nauczyć dzieci, jak być wojownikami, dać im pewność siebie, by mogły wsiąść na konia i ruszyć do boju, jeśli jest to konieczne. Jeśli ojciec cię tego nie nauczył, to musisz to zrobić sama.
     — Ale… chyba już się nauczyłam — wykrztusiłam. — Jestem silna. Mierzę się z różnymi sprawami. I…
     — Tu nie chodzi o siłę — powiedziała Pat. — Może nie jesteś jeszcze w stanie tego dostrzec, ale przyjdzie taki czas, może za wiele lat, kiedy będziesz musiała wsiąść na tego konia i ruszyć do boju, a wtedy się zawahasz. Będziesz niepewna. Aby zaleczyć ranę, którą zadał ci ojciec, będziesz musiała wsiąść na konia i ruszyć do boju jak prawdziwy wojownik.

*

Kim będę, jeśli mi się to uda? Kim będę, jeśli mi się nie powiedzie?

*

Moja mama już we mnie była. Nie tylko ta jej strona, którą zawsze znałam, ale i ta, która istniała przede mną.

*

To było moje życie — jak każde życie — tajemnicze, nieodwołalne i święte. Tak bardzo bliskie, tak bardzo obecne i tak bardzo do mnie należące.

Cheryl Strayed, Dzika droga. Jak odnalazłam siebie,
przeł. Joanna Dziubińska, SIW Znak, Kraków 2015.
(wyróżnienie własne)

środa, czerwca 29, 2016

wtorek, czerwca 28, 2016

1919. Siupryza Wielka

mój czas tam sporadyczny jest. i malutki jest. bo ograniczony życiem Orzeszka i Białego Kruka. lachę położyłam więc na tulipanowcu. a On wziął był i… zakwitł! doniósł o tym Biały Kruk. zakwitł po kilkunastu latach. nie możemy się z Białym Krukiem i Orzeszkiem doliczyć po ilu dokładnie.

na co to ja jeszcze położyłam lachę? „zapytowywuję” samą siebie.

(fot. Biały Kruk)

więc?

niedziela, czerwca 26, 2016

1918. Metaumiejętność: jedwab

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

metaumiejętność. czyli określone nastawienie do człowieka, sytuacji, problemu.

opadanie z sił. brak energii. brak entuzjazmu. brak wszystkiego, co brakiem nie jest. trapił okrutnie przez wiele dni. opadnij bardziej, niżej, głębiej, całą sobą — szewc wziął się za własne buciki. jeszcze bardziej. jeszcze głębiej. jeszcze dalej. na końcu. kim ty jesteś? jedwabiem.

jedwabna tkanina. kształtowana przez wiatr. opadająca swobodnie. w przestrzeni. na różne powierzchnie i kształty. na ludzkie ciało, uczucie, słowo, nastrój. przybiera zawsze niebywały i niepowtarzalny kształt. biorę. kupuję. używam.

     — Jurek…
     — Jurek Nowak? ten skurczybyk z trzeciej klatki?

*

     — Jurek.
     — tak?
     — no wiesz, Jurek Nowak.
     — który?
     — ten starszy.
     — acha?
     — otworzył mi furtkę i pytał, jak się czujesz
.

1917.

cudze widziałam. cudzym się zachwycałam. swego nie znałam. cyk. przewrotne. bo prawie naprzeciwko ambasady wyłącznie pięknych, młodych i bogatych.

*

1916. Ryczone w Przytulisku

Sadownik. powiedział. to jest perełka. dla której warto obejrzeć morze szitu na fejsbuku.

Prince Ea, Everybody Dies, But Not Everybody Lives.

Martin Luther King had never had a dream.
The dream had him.

jakie marzenie ma Ciebie?

sobota, czerwca 25, 2016

1915. Zasłyszane, ubawione

     — Zosiu, dlaczego płaczesz? — zapytała nauczycielka.
     — Bo mam uczucia — odpowiedziała dziewczynka.

dedykuję. dorosłym. zbyt upiornie.

o!

1914. Peregrynacja, dzień 165. (wspomnienie)

wczoraj. byliśmy w niebie. w najwspanialszym towarzystwie. zgoda na publikację poniższych słów otrzymana. dzięki czemu nastrój wczorajszego wieczora zatrzymany.

Niebo jest tam, gdzie wspólny śmiech płynie z serc,
a dobre wino z kieliszków
.

Gepardzica

niech, jeszcze nie raz!

1913. U Orzeszka i Białego Kruka (IV)

Naszą kopię tamczasem ułożył Sadownik. A tam, u Orzeszka i
Białego Kruka nowa stara już tradycja ma się świetnie…

…niezmiennie uwielbiam, jak zagubi się jeden puzzel,
otwierając tym samym drzwi do nieskończoności.

wtorek, czerwca 21, 2016

1910. Subiektywnik (VII)

(1907+2). Lektura obowiązkowa (III)

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ja, niestety, zdradziłam siebie nie raz. W przedszkolu raz. Na studiach raz. W rodzinie — niestworzoną liczbę razy. By było lepiej. Nie było. Musiałam nauczyć się, że siebie zdradzać nie należy.

Kilka lat temu na jednym z uniwersytetów w São Paulo przeprowadzono badania, z których wynikło, że dziewięćdziesiąt siedem procent Brazylijczyków nie żywi żadnych uprzedzeń rasowych. Jednocześnie dziewięćdziesiąt osiem procent ankietowanych stwierdziło, że na co dzień styka się z ludźmi o takich uprzedzeniach — w rodzinie, miejscu pracy, na ulicy, osiedlu.

*

Przed kamerami siedzi brodaty mężczyzna w sportowej czapce z daszkiem, zasłaniającej częściowo łysinę. Miękki głos, osobiste ciepło.
     — Nigdy nie zdradziłem siebie — mówi spokojnie, lecz stanowczo João
.
     […]
     „Jest [João Nery] punktem odniesienia […] także przez swoją szczodrość i odwagę dzielenia się unikalnym doświadczeniem, które ukazuje, że możemy być tym, kim być pragniemy, nawet wbrew temu, co nam narzucają kultura i społeczeństwo” [napisała Simone Avila, antropolożka i badaczka genderowa].

Artur Domosławski, Wykluczeni,
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

João W. Nery, autor(ka) fot. nieznana mi.

(1907+1). Lektura obowiązkowa (II)

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pamiętam, jak z nóg zwaliła mnie książka Svena Lindqvista. Książka Domosławskiego robi to bardziej — czy dlatego, że jest grubsza? A może dlatego, że jest bardziej aktualna?

Dwa przykłady, obok których przejść, bez przewrócenie się w środku, nie mogłam. Raz, obozy koncentracyjne Brytyjczyków w Afryce w latach pięćdziesiątych XX wieku. Dwa, buddyści eksterminujący ludzi. Dla białych, z tak skutecznie wypranym mózgiem, to lektura obowiązkowa.

Syty człowiek Zachodu wcale nie chce wiedzieć, dlaczego migranci migrują, a uchodźcy uciekają, ani dlaczego próbują sforsować nasze twierdze — europejską i amerykańską. Nie chodzi tu tylko o pieniądze, to znaczy obciążenie kosztami pomocy czy rezygnację z niewielkiego skrawka dobrobytu. Ludzie migrujący są „posłańcami złych wiadomości”. Przypominają o kruchości naszej egzystencji, nietrwałości wygód i bezpieczeństwa. Uświadamiają, że nasze życie może w jednej chwili się rozpaść z powodu działania sił, na które nie mamy wpływu: zmian klimatycznych, wojen, wstrząsów na globalnych rynkach finansowych.

*

Nie ma usprawiedliwienia dla przemocy. Nie ma usprawiedliwienia dla terroryzmu.
     Brzmi znajomo?
     Oczekiwanie sytych, żyjących w dostatku, zadowolonych z życia, że prześladowani, gwałceni, odczłowieczani pozostaną aniołami i będą walczyć o swoje prawa w sposób szlachetny, to zabobon ponad podziałami. Wypowiadają go z lekkością ludzie o zasobnych portfelach i ci, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Z lewicy i prawicy, kobiety i mężczyźni, wierzący i ateusze. Nie bardzo wiadomo, dlaczego tak by miało być. Dlaczego ludzie, którym odmawia się przyzwoitej egzystencji mieliby uznawać prawo do spokojnego i dostatniego życia tych, którzy się nim cieszą? Na jakiej podstawie oczekujemy od nich wyrzeczenia się przemocy?

*

Coraz większe fale migrantów klimatycznych będą dobijały się do bram Europy i Stanów Zjednoczonych. Niejednokrotnie będziemy ich traktować nie jako migrantów klimatycznych, lecz ekonomicznych, względnie uchodźców wojennych — tyle że te wojny będą spowodowane konfliktami o zasoby z powodu zmian klimatu. Na podstawie ostatnich doświadczeń można sądzić, że będziemy chcieli trzymać ich z dala od naszego dobrobytu, uznając, że mu zagrażają.
     Dopowiedzmy, co to znaczy: że uznajemy ich za istoty niemające takiego samego prawa do życia jak my — wszak nieszczęśnicy uciekają przed pewną lub prawdopodobną śmiercią. Idea wartości jednostki ludzkiej, do której odwołują się euroatlantyckie demokracje, legnie w gruzach (o ile już nie została ograniczona jedynie do naszych wspólnot). Na uspokojenie sumienia łykniemy sobie wymówkę, że nie stać nas na pomoc w tak wielkiej skali. Nie skojarzymy obecności uchodźców z tym, że jakiś europejski koncern — dzięki dealowi z jakimś skorumpowanym rządem w afrykańskim kraju — wypchnął lokalnych rolników z ich ziemi, by założyć uprawy pod produkcję biopaliw. A wygnani stracili nie tylko źródło dochodu, ale i miejsce na ziemi — więc szukają go gdzie indziej.

*

Szwajcaria od lat inwestuje w transport publiczny w myśl zasady, że kraj dobrobytu to nie taki, w którym każdego biedaka stać na samochód, lecz taki, w którym bogaty przesiada się z auta do autobusu, tramwaju, pociągu.

*

     — Uczą nas demokracji, a gdy werdykt demokracji im się nie podoba, to co robią?
     Rozmowa schodzi na chustę Szirin i „opresję kobiet w islamie. Trochę prowokuję, a trochę nie potrafię sobie poradzić ze stereotypem.
     — Chustka na mojej głowie ma być znakiem opresji? — odbija piłeczkę Szirin. — A półnaga kobieta w Nowym Jorku, która wychodzi z restauracji, żeby zapalić na mrozie i trzęsie się z zimna, to nie ofiara opresji? Odkryte nogi, dekolt — inaczej faceci nie uznają jej za atrakcyjną. To nie jest opresja?
     […]
     Walka o prawa kobiet w Palestynie i innych społecznościach islamskich — wyjaśnia Szirin — nie toczy się przeciwko islamowi. Islam to kontekst, jak chrześcijaństwo czy nowoczesność na Zachodzie. O swoje prawa kobiety walczą — podobnie jak w Europie i w Stanach Zjednoczonych — z mężczyznami, którzy chcą ustanawiać reguły dla siebie i dla nich.

Artur Domosławski, Wykluczeni,
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

1907. Lektura obowiązkowa (I) / Subiektywnik (VI)

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Najpierw na tę książkę polowałam. Trwało to dobrą chwilę. Upolowałam. Zabierałam się do niej, gdy przychodziła kolej na autora w moim gienderowym suwaku autorów i autorek, ale dawałam radę na kilkanaście, czasem dwadzieścia–trzydzieści stron i… odpadałam. Za dużo niewyobrażalnego, nieogarnialnego strukturalnego zła.

Skończyłam w piątek. W związku ze świeżością wrażeń, oburzeń i bezsilności, niektórych wystaw na festiwalu nie mogłam znieść. A Sadownik nie mógł znieść mojego komentarza, którym go raczyłam. Wystawę o uchodźcach i dzieciach-uchodźcach przebiegłam, wyszłam z sali, klapnęłam na krzesełku i na przeciwległej ścianie zobaczyłam dwa słowa, które stanowiły mój komentarz do samozapętlającej się nieświadomości przywilejów białego człowieka:

*

Jeśli chcemy z Sadownikiem pokłócić się okrutnie. Ruszamy w temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Jedno nie może uwierzyć, że naród, który na własnej skórze przećwiczył holokaust, wyczynia takie cuda. Drugie z uporem maniaka twierdzi, że Izrael nie ma wyjścia i tylko się broni. Wszystko mamy rozgrzane do wściekłej czerwoności. Na ostatniej prostej powrotu z festiwalu, prawie pod domem, podnosiliśmy sobie nawzajem ciśnienie.

*

Ale wcześniej, w sali z albumami, poza albumem Siegfrieda Hansena, zatrzymała mnie na długo trylogia. Stanowiła przepiękne wizualne uzupełnienie fragmentów książki Domosławskiego. Pomysł na projekt par portretów poruszył we mnie wiele strun. A gdy wróciłam do domu, na spokojnie spotkałam inne fotografie Fazala Sheikha — pozostaną ze mną.

Fazal Sheikh, The Erasure Trilogy. Independence | Nakba.

Michael. Kiedyś irytowało go, gdy ktoś mówił o polityce jego kraju: „apartheid”. To nie tak, są problemy, polityka Palestyńczyków mu się nie podoba, nie można jednak porównywać Izraela do RPA. Ale dla samego siebie zbierał dowody „za” i „przeciw”. Wyszło mu, że to jednak apartheid. Systemowy, zapisany w prawie. Jeden przykład: za takie samo przestępstwo na terytoriach okupowanych inne procedury i kary dla Palestyńczyka, a inne dla Żyda.

*

Jonatan nie brał udziału w akcjach bojowych, pilotował śmigłowiec ratunkowy. Teraz zastanawia się, czy to właśnie dlatego odkrywanie prawdy o naturze okupacji zajęło mi tyle czasu.
     Po zamachu na World Trade Center w Nowym Jorku — był wtedy w Stanach Zjednoczonych na szkoleniu dla pilotów — zszokowała go antyislamska propaganda w mediach i w armii.
     — Robili nam pranie mózgu.
     Jonatan skojarzył, że wszystko to zna z własnego kraju, lecz dopiero w Stanach Zjednoczonych dostrzegł kłamstwa, uprzedzenia, rasizm. Po powrocie nie zaznał spokoju.
     Świat Jonatana, ten wyniesiony ze szkoły, dzielił się na zacofanych, fanatycznych Arabów i oświecony, szlachetny Izrael. O tym, że izraelska niepodległość w 1948 roku to dla Palestyńczyków
nakba, czyli katastrofa, czystki etniczne, wygnanie z domostw, dowiedział się, mając… trzydzieści jeden lat.

*

Wyburzenie domów to na pozór mało spektakularny aspekt okupacji — nie ma krwi, nie ma zabitych. W istocie — jeden z jej nerwów. […] Wyburzenia to element „dearabizacji” terytoriów okupowanych, tworzenie terenu dla żydowskich osiedli. Także sposób na zamykanie Palestyńczyków w enklawach — za pomocą muru i sieci dróg, po których nie mogą się poruszać.
     Jeff mówi, że perwersja tej polityki polega na tym, że z pozoru wygląda to niewinnie: procedury, plany urbanistyczne, których nikt nie ma cierpliwości studiować. Gdy ktoś podnosi głos sprzeciwu, łatwo zamknąć mu usta: przecież chodzi tylko o ochronę terenów zielonych albo o dogodny przebieg autostrady — czy w waszym kraju nie robi się takich planów?

*

[Zygmunt] Bauman mówił z bólem i rozczarowaniem o polityce izraelskich rządów, ujmował się za krzywdzonymi Palestyńczykami. Przypomniał przyczyny swojego wyjazdu z Izraela w 1971 roku, gdzie mieszkał przez kilka lat po wypędzeniu z Polski w ramach antysemickiej czystki […]. Będąc ofiarą jednego nacjonalizmu, nie chciał milczeć wobec tego, że kraj, który dał mu schronienie, uprawia ksenofobię i nacjonalizm podobne do tych, które wygnały go z ojczyzny.
     Wypowiedział również myśl, która wywołała wściekłość obrońców polityki Izraela wobec palestyńskich sąsiadów. „Czymże jest mur wznoszony dziś wokół terenów okupowanych, jeśli nie próbą prześcignięcia zleceniodawców muru wokół warszawskiego getta? Zadawanie cierpienia upadla i niszczy moralnie tych, co cierpienie zadają — a cierpiących, wbrew wierzeniom, bynajmniej nie uszlachetnia”.

*

Nie ma myślenia poza językiem. Dopóki nie ma słowa opisującego problem, szczególnie problem trudny do nazwania, nowy, jego znaczenie i waga, a nawet samo istnienie mogą zostać niezauważone lub niedocenione. […]
     Autorem angielskiego terminu genocide, przetłumaczonego później jako „ludobójstwo” i promotorem uczynienia zeń osobnej kategorii prawa międzynarodowego był polski prawnik żydowskiego pochodzenia Rafał Lemkin (1900–1959). Ludobójstwem Lemkin określił masowe zabijanie ludzi ze względu na ich narodowość, rasę, wyznanie religijne, a także świadome pozbawianie danej społeczności dostępu do żywności, ochrony zdrowia, dachu nad głową oraz wyniszczanie jej kultury.

Artur Domosławski, Wykluczeni,
Wydawnictwo Wielka Litera, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, czerwca 20, 2016

1906. Niedzielny późny poranek w Tekturze

(1893+12). Bohater Kot

miś dawno temu. ołówek w sobotę. nie zdziwiła mnie już wcale ta postać, spotkana w niedzielę.

(1904+1). Subiektywnik festiwalowy (V)

przy tym albumie wyłam z rozkoszy wizualnej. Sadownik rozumiał dlaczego, choć sam tak nie ma. moje ulubione sąsiadujące strony. ta po prawej uwielbiona. wracałam do nich i wracałam. od teraz mam je „pod ręką”.

Siegfried Hansen, Hold the line.

1904. Subiektywnik festiwalowy (IV)

 wpis przeniesiony 23.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

ostatni dzień festiwalu. zaczęliśmy gwiazdą fotografii.

Sadownik. powtarzał. że klasyk. że czy widzę styl, precyzję, oko, wrażliwość. że takich zdjęć już nikt nie robi.

tak. widziałam. doceniam. ale smutek mieszał się we mnie z wkurwem. czyli patrzyłam na sztukę najwyższych lotów. każda z dziecięcych fotografii łamała mi serce. zastanawiałam się nad tym, jak potoczyły się losy tych dzieci. myślałam o tym, że wiele z nich przemknęło już przez swoją dorosłość i nie żyje.

te dzieci, ta historia, to się wydarzyło… wróć! to ciągle się dzieje, ale nie ma białej skóry. i tylko ludzie, białym zachodnim losem obdarowani, mogą patrzeć na te fotografie i dyskutować o kompozycji, świetle, pewnej konwencji. jakim cudem ty i ja dostaliśmy taką szansę?

dziś nikt już tak nie fotografuje. dziś tej fotografii nikt by nie zauważył, bo nie leje się krew. ta dziewczynka. ciekawe, kim była w dorosłym życiu? czy była szczęśliwa? co sprawiało jej radość? pozostałam z pytaniami bez odpowiedzi i wrażeniem, które to zdjęcie wciąż na mnie robi: ciekawości, nie ustawaj!


fot. David Seymour (1911–1956)

1903. Kobiecość: sacrum, meritum, profanum?

wtedy nie śnił mi się ten dzień. wczoraj, czyli siedemdziesiąt cztery dni później. peregrynacja, dzień 160. trwa projekt: człowiek zdrowiejący, kobieta szczęśliwa.