Wczoraj zdjątko przysłał, nim dziś zasypało Małą Danię na całego.

Biały Kruk, fragment.
Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Wczoraj zdjątko przysłał, nim dziś zasypało Małą Danię na całego.

Biały Kruk, fragment.
Dwuniedzielne odliczalnie literek, cztery. Czy to już tradycja? Pierwszą książkę o Pandzie i Smoku zamówiłam rok temu, jeszcze w ulu, ale przyszła do mnie i towarzyszyła mi na zeszłorocznym, listopadowym gigancie. Drugą książkę o Pandzie i Smoku, czyli tę, zamówiłam na tym turnusie giganta i szczęśliwie trafiła w moje ręce w ostatni piątek, wróżąc wspaniały weekend.
Zupełnie inna niż pierwsza część, choć ci sami bohaterzy, ale równie doskonała. Tak samo pięknie wyciska łzy wzruszenia. Zryczała mnie okrutnie…
The story begins with change […] and ends with change […]. Both of these changes are scary, but both could be considered necessary to move through life and become less fearful and more content.
When I first set out to create the book, I decided to base it on the idea of a spiritual journey which starts not simply with discontent, but the acknowledgement of this discontent and the desire to do something about it.
// z posłowia.
* * *
*
*
*
*
*
‘Something needs to change, my little friend,’
said Big Panda.
‘But if making the change was easy,
it probably wouldn’t make very much difference.’

Great change requires great effort.
*
*
*
Even the greatest storm will pass...
*
‘This is not where we would
choose to be,’ said Big Panda,
‘but it is where we are...
And if you try to forget about what has
happened, just for a moment,
and look around,
you might see that this is
one of the most beautiful moments
we have ever experienced.’
*
*
I just trust in life to take us where we need to be.
*
*
And he began to feel that the emptiness inside him
was like a cup waiting to be filled.
Filled with all the wonders the world had to offer.
There was pain, of course,
but there was much beauty too.
*
‘It seems that the more I unclench my hand,’ said Tiny Dragon,
‘the more the world seems to place into it.’
*
‘But you always seem to know the answers,’ said Tiny Dragon.
Big Panda grinned.
‘Well, I have made a lot more mistakes than you.’
*
James Norbury, The Journey. A Big Panda and Tiny Dragon,
Michael Joseph, London 2022.
(wyróżnienie własne)

Dwuniedzielne odliczalnie literek, trzy. Ostatnia, skończona przed gigantem książka. Polska to nie jest kraj dla głuchych ludzi! To w ogóle nie jest kraj dla kogokolwiek poza politykami i embrionami. Ta książka jest pozycją obowiązkową dla osób słyszących. Niesłyszący i ich dzieci znają jej zawartość niestety z autopsji. To opowieść o dyskryminacji od a do żet, milion razy bardziej dojmującej niż ta, której doświadczam, wynikającej z wysokich krawężników czy królującego wszędzie w Polsce, niczym symbol wyższego statusu społecznego, chociaż jednego (pierdolonego!) schodka, schodeczka, schodunia do prawie każdego lokalu.
Język migowy pozostanie dla mnie w tym życiu marzeniem niespełnionym. Nie dam już rady zamigać nawet tego, co znam: dzień dobry, dziękuję czy do widzenia — miganych szczerych, dobrych intencji i życzeń — znaków, które podarowały mi w tym życiu kilka wzruszeń.
Zaskakującym może wydać się fakt, że miłość do języka włoskiego zawdzięczam… kulturze Głuchych! Nie rozumiejąc zupełnie nic, zakochałam się w tym języku, wdzięczna za ekspresję niewerbalną, na jaką pozwala mężczyznom, dla których jest pierwszym językiem. Nic się nie zmieniło — może poza tym, że więcej rozumiem — bo wciąż uwielbiam tę rozmowę z Mauro Iandolo, sprawdziłam chwilkę temu.
Głusza – to miejsce z dala od ludzi. Po naradach z głuchymi bohaterami tej książki zdecydowaliśmy, że słowo „głusza” przetłumaczymy na PJM, używając określenia „pusto dookoła”.
To właśnie ten znak miga postać na okładce.
*
Na początku nie było słów – tak zaczynają się historie ludzi głuchych.
*
Cisza. Dziwne słowo. Słyszący mówią, że głusi „żyją w świecie ciszy”. Daniel nigdy tak o swoim świecie nie myślał.
Pytał słyszących, czym jest dla nich cisza. Mówili, że jest wtedy, gdy szumi morze, albo że kojarzy się im ze śmiercią.
Kiedy nosił aparaty słuchowe i później, po wszczepieniu implantu ślimakowego, odbierał jakieś dźwięki, których nie rozumiał. Hałas, zbyt dużo odgłosów naraz, których nie potrzebował, które nic mu nie dawały. Przypomniał sobie, że po zdjęciu aparatów albo zewnętrznej części implantu wszystko wracało na swoje miejsce.
A więc to jest ta cisza.
*
[…] głusi nie są niemi, bo mają swój język.
*
Jedno z pierwszych pytań, jakie zadają słyszący: głusi nie słyszą, ale przecież chyba mogą nauczyć się czytać?
Gdy dowiadują się, że nie – nie wszyscy głusi w Polsce potrafią ze zrozumieniem czytać po polsku – słyszący dziwią się jeszcze bardziej: przecież to Polacy, kończą polskie szkoły, żyją w kraju, w którym wiadomości, pisma urzędowe, diagnozy i wyroki są po polsku. Jak to możliwe, że nie znają polskiego?
Żeby to zrozumieć, trzeba cofnąć się do samego początku. Czyli do momentu narodzin głuchego dziecka.
*
– Jestem głuchy. Piszę „Głuchy” przez duże G, gdy chcę podkreślić odrębność kultury Głuchych, ich języka i wspólnego doświadczenia. Kiedy mówię o mojej głuchocie w kontekście medycznym, zapisuję słowo „głuchy” małą literą. Dzisiaj jest takie modne słowo „nienormatywni”. Głusi są właśnie nienormatywni. Oni są normalni, ale inni niż reszta – precyzuje Bartosz [Marganiec].
*
– Kiedy jesteśmy sami ze sobą, głusi z głuchymi, możemy do siebie migać, nie czujemy się inni – powiedział mi jeden z głuchych rozmówców. – Jesteśmy niepełnosprawni tylko wtedy, gdy jesteśmy między wami, słyszącymi.
Być może Amanda zostawiła mnie na chwilę w stołówce, bo uznała, że najlepiej poznam to miejsce, jeśli zostanę sama wśród głuchych.
I gdy poczuję przez chwilę to, co oni – samotność wśród ludzi.
*
– Espresso or cappuccino? – zapytał głośno mężczyzna, nie spuszczając oczu z moich ust.
– Double espresso – odpowiedziałam głośniej niż zwykle.
Mężczyzna uśmiechnął się, puknął dłonią w ucho i za kilka minut przyniósł cappuccino. Głusi mają tak na co dzień: proszą o jedno, lecz nie rozumieją się ze słyszącymi, więc dostają co innego.
*
„Tłumaczka skradła show”, „widzowie pokochali migającą tłumaczkę” – gdy słyszący piszą o tłumaczeniach debat prezydenckich czy koncertów, głusi reagują sprzeciwem. Dla nich to, co się dzieje, nie jest żadnym spektaklem, jest zwykłym użyciem języka. Języka, który był przez blisko trzy stulecia uznawany przez słyszących pedagogów za gorszy od mówionego.
*
Gdyby głusi mieli wybrać człowieka, od którego wszystko się zaczęło, byłby nim ksiądz Charles-Michel de l’Épée nazywany ojcem głuchych. […] Dla nich de l’Épée był człowiekiem, który jako jeden z pierwszych powiedział: macie prawo do własnego języka.
*
– Czy wiesz, jaka jest różnica między głuchymi dziećmi, które chodzą do szkół dla głuchych z internatem, wracają do domu tylko na weekendy, święta i wakacje, a głuchymi dziećmi, które są w szkołach integracyjnych, czasami z tłumaczem? – miga na filmie Miller. – Te pierwsze mają dostęp do języka migowego. Od rana do wieczora kwitnie ich życie towarzyskie. Ale są z dala od swojej rodziny. Te drugie mieszkają z rodziną, czasami głuchą, jednak w szkole nie mają przyjaciół, a wieczorami brakuje im kontaktów z rówieśnikami. Co jest gorsze?
*
Niektórzy mówią, że głuche dziecko, które przychodzi na świat w głuchej rodzinie, ma szczęście. Dostaje coś, do czego dzieci w rodzinach słyszących nie mają początkowo dostępu: język.
– Język głuchych dzieci z głuchych rodzin widać po oczach – mówi nauczycielka ze szkoły dla niesłyszących. – I po tym, jak migają. Bez zawahania, dumnie. To dzieci z rodzin dynastycznych, w których głuchota sięga kilku pokoleń.
*
– Zdarza się, że głusi odkrywają jeszcze jedno – dodaje Wiśniewska-Jankowska. – Jako dorośli zdają sobie sprawę, że to oni musieli się dopasować do słyszących. A jeśli ani ich matka, ani ojciec nie nauczyli się dla nich języka migowego, to znaczy, że nie uznali kontaktu z nimi za na tyle cenny, by włożyć w niego wysiłek. […] Głusi uświadamiają sobie, że zostali opuszczeni językowo.
*
Znaki miga się przy różnych częściach ciała: na czubku głowy, na tle korpusu, z prawej lub lewej strony twarzy, poniżej pasa. Niektóre znaki, jak na przykład „pies”, miga się tuż przy udzie. Żeby to pokazać, moja nauczycielka kieruje na chwilę kamerę w dół i miga „pies”.
To nieprawda, że znaki języka migowego są intuicyjne.
*
Zapytała o implant z taką pretensją, jakby mój głos należał do niej. Nie była ciekawa, jak żyję, co robię. Jako głuchy zostałem zredukowany do głosu.
Zastanawia się przez chwilę i dodaje: – To tak, jakby najważniejszym celem głuchego było nauczyć się być jak słyszący.
*
„Słyszaki” – mówią czasem głusi o słyszących.
*
– Jako były uczeń szkół dla głuchych, wiem, że dla głuchego dziecka ważne jest, by nie koncentrować się tylko na tym, czy dobrze posługuje się językiem polskim. Trzeba w nie uwierzyć i pokazywać możliwości. Głuche dziecko musi po prostu dostać pierwszy język – język migowy. Dopiero kolejnym krokiem jest nauczanie języka drugiego – języka polskiego, a drogą do polszczyzny jest polski pisany – mówi Marek Krzysztof Lasecki, malarz, grafik, nauczyciel w szkole przy Łuckiej oraz inicjator i współzałożyciel Grupy Artystów Głuchych, głuchy od urodzenia.
*
Ręce migających mogą szeptać. Poruszają się dyskretnie, niezauważalnie, ruchy są ograniczone. Głusi mówią, że miga się wtedy nisko, by inni nie mogli zobaczyć dłoni.
*
„Migasz jak głuchy” – to największy komplement dla tłumacza.
*
Przez ostatnie trzydzieści lat wyjaśniałam [Eunika Lech]: głusi nie potrafią czytać ze zrozumieniem po polsku. Przynajmniej większość z nich. Dlatego nie doczytają informacji w internecie, nie zgooglują. Język polski jest dla nich trudny, obcy. Bez tłumacza nie zrozumieją, co się dzieje.
*
„Kwarantanna” – nowe słowo dla głuchych. Od razu widać, którzy tłumacze mają stały kontakt z głuchymi. Jeśli literują nowy termin, oznacza to, że nie mają. Jeśli migają dwa krzesełka, nad nimi daszek – mają. Taka jest zasada: nowe słowa na początku się literuje, ale głusi szybko wymyślają na nie znak, trzeba tylko wiedzieć jaki.
*
Uzdrowienie chorych…
– Migam: „chory”, „zdrowy” i „już”. Dodanie znaku „już” na końcu zdania oznacza, że coś się dokonało, w tym przypadku chorzy ozdrowieli – mówi tłumaczka.
– Można też zamigać literkę „u”, a potem „zdrowy”, czyli „uzdrowić” – twierdzi ksiądz, który był na kursie SJM i tam poznał takie rozwiązania.
Ucieczko grzesznych…
– Tłumaczenie nabożeństw jest bardzo trudne. Myślę, że rzadko zastanawiamy się nad znaczeniem słów, odmawiając modlitwę, często ją „klepiemy” – nie wytrzymuje Bożena. – Gdy zaczynamy ją tłumaczyć, okazuje się, że sporo tu pustych zdań. Bywa, że największym wyzwaniem są kazania. „Umiłowani w Chrystusie” – jak to przetłumaczyć? Migam: „Moi mili”. „Ucieczko grzesznych” − trzeba zamigać „grzech” i „uciekać”.
– Tak, „grzech” i „uciekać” – ksiądz rozkłada bezradnie ręce.
[…]
Amen.
– Ręce złożone – zgadzają się i tłumaczka, i ksiądz.
[…]
W naszym kościelnym miganiu dużo jest starych znaków, zabytków języka, które głusi przekazywali sobie z pokolenia na pokolenie. Jednym z nich jest słowo „grzech”.
Anna Goc, Głusza,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2022.

Każda głucha osoba ma swój znak migowy, czyli przydomek, który zastępuje imię i nazwisko. Może być związany z nazwiskiem, cechami charakteru, wyglądem, wykonywanym zawodem.
Znaki migowe dostają też słyszący.
Donalda Tuska miga się jak Kaczora Donalda, od dzioba.
Jarosława Kaczyńskiego jak kaczkę, naśladuje się płetwy.
Aleksander Kwaśniewski to kwaśny.
Angela Merkel – dłonią wskazuje się bruzdę na policzku, która pojawia się przy uśmiechu.
Donald Trump – robi się falę nad głową, co ma nawiązywać do jego fryzury.
Świętego Piotra miga się jak klucze, bo katolicy wierzą, że ma klucz do nieba.
*
Historia ciągle się powtarza: trudności komunikacyjne ludzi głuchych trzeba uświadamiać od nowa. Głusi czasem żartują, że urzędnikom i politykom zajmuje średnio cztery lata zorientowanie się, na czym polega bycie głuchym.
Jeśli po czterech latach przychodzą nowi, wszystko trzeba zaczynać od początku.
*
Z raportu powstałego w ramach prac Komisji Ekspertów ds. Osób z Niepełnosprawnością przy Rzeczniku Praw Obywatelskich opublikowanego w 2014 roku: „W ocenie Rzecznika Praw Obywatelskich prawo osób głuchych do edukacji w najdogodniejszym dla nich języku – polskim języku migowym – nie jest w Polsce realizowane”.
I tak jest do dziś.
*
Zgromadzenie Ogólne Organizacji Narodów Zjednoczonych przyjęło Konwencję ONZ o prawach osób niepełnosprawnych pod koniec 2006 roku, polski rząd podpisał ją kilka miesięcy później, a we wrześniu 2012 roku Polska ratyfikowała konwencję. Ale od tego czasu niewiele się zmieniło.
*
– Czytam na głos, bo tego oczekuje ode mnie Rzeczpospolita Polska – wyjaśnia Daniel Kotowski, artysta wizualny. – Zgodnie z artykułem dwudziestym siódmym Konstytucji RP „w Rzeczypospolitej Polskiej językiem urzędowym jest język polski”. A więc ja, obywatel głuchy od urodzenia, mam mówić po polsku. Nawet jeśli nie potrafię, mimo że przez kilkanaście lat próbowałem się nauczyć. Nawet jeśli nie słyszę swojego głosu.
*
[…] Andrzej Duda obiecał nam, że wprowadzi do konstytucji zapis, że PJM jest językiem urzędowym w Polsce.
Głusi ciągle czekają na spełnienie tej obietnicy.
(tamże)
Dwuniedzielne odliczalnie literek, dwa. Znów, gdyby nie wojna, ten wpis miałby tytuł: Gwiazdka w listopadzie II, bo dziewięć dni temu zostałam obdarowana drukowanymi włoskimi literkami. Tę książeczkę też połknęłam jeszcze w „zaprzeszły” piątek, nim Sadownik zdążył rozpakować swoją walizkę. Nim spakował moją, miałam wszystkie ilustracje nie tylko w pamięci podręcznej, ale również w sercu.
Alma i Pan Ciasteczko mają kilka wspólnych zdjęć. Wszystkie uwielbiam. Na nich od obojga bije radość istnienia, spokój i niebywałe ciepło, choć fizycznie pod każdym względem, w dość przerysowany sposób, są diametralnie różni. Od Almy do mnie dwa uściski dłoni, wiele dobrych słów i myśli, zastrzyki, których nie można kupić w Polsce oraz marzenie, by przy jednym stole przy czymś pysznym razem usiąść. Jakby było mało, teraz jeszcze ta książeczka, która jest najwspanialszym listem z najlepszymi życzeniami. Powiedzieć grazie, to nie powiedzieć nic.

Read, Exercise, Dream!
Leggi, esercita, sogni!
* * *

[Dla ciebie chciałabym zawsze pogodnego nieba / i beztroski.]
*
Per te vorrei abbraci a non finire
[Dla ciebie chciałabym uścisków bez końca]
*
Vorrei una cima da conquistare
[Chciałabym szczytu do zdobycia]
*
sorrisi in amicizia e tenerezza.
[uśmiechów w przyjacielskich relacjach i czułości.]
*

[i czegoś, co cię zaskoczy.]
*
e il sapore delicato
della lentezza.
[i delikatnego posmaku nieśpiechu]
*

[Dla ciebie chciałabym skarbów bez końca]
*
e piccole sfide da affrontare.
[i małych wyzwań do pokonania.]
*

[Chciałabym ochrony na każdą okazję]
*
Tutto questo vorrei
[Wszystkiego tego chciałabym]
e forse anche
di più…
[a może nawet
więcej…]
perché quello
che conta per me
[ ponieważ tym,
co liczy się dla mnie,]
sei tu!
[jesteś Ty!]
*

[Chciałam dla ciebie chwil / intensywnego piękna]
Amy Krouse Rosenthal, Per te vorrei…, ilustr. Tom Lichteheld,
z j. angielskiego przeł. Marinella Barigazzi,
Nord-Sud Edizione, Milano 2021.

*

Dwuniedzielne odliczalnie literek, raz. Gdyby nie wojna, ten wpis miałby tytuł: Gwiazdka w listopadzie. Dziewięć dni temu zostałam obdarowana, w niewyobrażalny dla mnie wręcz sposób, stosikiem łacińskich literek ułożonych na włoską manierę. Dwie książeczki — będące największym zaskoczeniem ze względu na osoby, które o mnie pomyślały — połknęłam jeszcze w „zaprzeszły” piątek, nim Sadownik zdążył rozpakować swoją walizkę. Nim spakował moją, miałam je przeczytane kolejne trzy razy.
El Sciur i Pan Ciasteczko nie raz sobie dłonie podali, in bocca al lupo! Od El Sciura do mnie dwa uściski dłoni, crepi il lupo, i od dziewięciu dni jedna książeczka, viva il lupo!
Potwór Złościożerca to dla mnie druga książeczka o złości. Lepsza. Doskonała! I gdy Autorzy tekstu i ilustracji emocjom przyporządkowują kolory, ja — poza pozyskaniem nowych słów — zabawiłam się w przyporządkowanie uczuciom i emocjom… zwierząt! Twoja złość, radość, strach, miłość… gdyby były zwierzętami, to jakimi?
se le emozioni sarebbero gli animali? secondo me, la paura sarebbe un pipistrello piccolo, la gioia sarebbe un grande pappagallo, la tristezza sarebbe un panda, la felicità sarebbe una tartaruga e la calma, senza dubbio, sarebbe una balena.
[jeśli emocje byłyby zwierzętami? według mnie strach byłby małym nietoperzem, radość byłaby dużą papugą, smutek byłby pandą, szczęście byłoby żółwiem, a spokój na pewno byłby wielorybem.]
* * *
[…] oche […] pavoni […] topolini,
fenicotteri, lepri e tanti altri animali.
[gęsi, pawie, myszki,
flamingi, zające i wiele innych zwierząt]
*
Nella vita ci sono e ci saranno sempre dei mostri sul nostro cammino, ma siamo noi a scegliere come affrontarli: se combattendoli o provano a conoscerli.
[W życiu są i zawsze znajdą się na naszej drodze potwory, ale to właśnie my mamy wybór, jak się z nimi zmierzyć: walczyć z nimi czy spróbować je poznać.]
*
— Sei brutto! Sei cattivo! Ci fai paura, vattene subito!
Più i pavoni lo trattavano male, più il mostro diventava grosso, rabbioso e violento.
[ — Jesteś brzydki! Jesteś zły! Straszysz nas, wynoś natychmiast!
Im gorzej pawie traktowały go, tym większy stawał się potwór, jeszcze bardziej wściekły i agresywny.]

*
Tanti anni fa vivevo con uno stregone che si era stancato di incontrare persone maleducate. Così un giorno decise di punirle e, per riuscire nell’intento, mi trasformò in un mostro: ogni volta che incontravo una persona che mi trattava male per via del mio aspetto fisico, diventavo sempre più grande e spaventoso.
[Wiele lat temu mieszkałem z czarownikiem, który zmęczył się spotykaniem ludźmi źle wychowanych. Więc pewnego dnia postanowił ich ukarać, w tym celu zamienił mnie w potwora: za każdym razem, gdy spotykałem osobę, która mnie źle traktowała z powodu mojego wyglądu fizycznego, stawałem się zawsze większy i przerażający.]
*
— Mi dispiace molto per tutto quello che è successo — gli disse. — Voglio che tu sappia che qui sei il benvenuto. Mi farebbe molto piacere conoscerti e sapere come posso aiutarti.
Per ogni parola di gentilezza, comprensione e accettazione che sentiva, il mostro diventava un po’ più piccolo e docile.
[ — Bardzo mi przykro z powodu wszystkiego, co się wydarzyło — powiedział Złościożercy. — Chcę, żebyś wiedział, że jesteś tu mile widziany. Byłoby mi bardzo miło cię poznać i dowiedzieć się, jak mogę ci pomóc.
Z każdym słowem pełnym dobra, zrozumienia i akceptacji, które słyszał, potwór stawał się mniejszy i łagodny.]
*
Che sorpresa fu per tutti vedere che, con ogni parola, pensiero o gesto di accoglienza e gentilezza, il mostro continuava a rimpicciolirsi. Allora il re fenicottero si rivolse a quel mostrino ormai piccolo e poco minacciosa:
— Perché non ti fermi qui con noi? Ci farebbe piacere conoscere la tua storia…
E fu in quel momento che… PUFF!
Il mostricattolo si trasformò in un bellissimo camaleonte variopinto.
— Incredibile! — esclamarono in coro gli animali del castello davanti a quel prodigio.
[Cóż to było za zdziwienie dla wszystkich, zobaczyć, że z każdym słowem, myślą lub gestem akceptacji i dobroci potwór ciągle się kurczył. Król Flaming zwrócił się do potworka, w tej chwili malutkiego i mało groźnego:
— Dlaczego nie zatrzymasz się tutaj u nas. Byłoby dla nas przyjemnością, poznać twoją historię…
I w tamtej chwili… PUFF!
Malutkie potworątko zamieniło się w przepięknego, wielokolorowego kameleona.
— Niewiarygodne! — wykrzyknęły chórem zwierzęta, widząc ten cud.
]
*
*
Quando combattiamo contro una cosa, la rafforziamo. La rabbia e l’odio che le riversiamo addosso, la fanno crescere. Se invece ci avviciniamo con curiosità, gentilezza e amore, è più facile che quella stessa cosa mostri il suo lato migliore, proprio come il camaleonte portafortuna ha fatto con noi.
[Kiedy walczymy z czymś, wzmacniamy to. Złość i gniew, którymi siebie obrzucamy, rosną. Tymczasem, jeśli zbliżymy się z ciekawością, dobrocią i miłością, łatwiej tej samej rzeczy pokazać swoją najlepszą stronę, dokładnie tak, jak kameleon na szczęście zrobił to z nami.]
*
D’altro parte, con la sua saggezza, aveva sempre trovato il modo per risolvere i loro problemi…
[Z drugiej strony, z jego mądrością, król Flaming zawsze znajdował sposób, by rozwiązać ich problemy…]
*
Luca Mazzucchelli, Il mostro mangiarabbia, ilustr. Giulia Telli,
Giunti Editore, Firenze/Milano 2022.
(wyróżnienie własne)

Le emozioni negative non esistono. Di negativo c’è quello che decidiamo di farcene dei nostri vissuti.
[Negatywne emocje nie istnieją. Negatywne może być tylko to, co z nimi zrobimy w naszym życiu.]
(tamże)
*


pierwszy dzień. wyzwanie podjęte.
pełna, totalna praktyka oddechu.
317/365
Biały Kruk:
(wczoraj przysłał zdjątko
wykonania dania z nowego przepisu)
Jabłoń:
Bóstwo!!!
Biały Kruk:
A jak smakowało!
Jabłoń:
Zapisuję się na degustację!
Biały Kruk:
Tak myślałem.

Biały Kruk, fragment.
Kaan & Jabłoń:
(wczoraj o fryzurach, które lubią na swoich głowach,
rozmawiają przy okazji tykania różnych kanonów)
Kann:
Moja „kolekcja szpilek” to
bluzy z kapturem.
Jabłoń:
(kupiła na pniu i musi mieć to zdanie tu, w swojej kolekcji,
nie tylko z powodu słabości do,
jak mawiają najbliżsi, zębów na dupie)
Kaan.
Czasem można dostrzec ducha nawet
w krągłości ceramicznej filiżanki.
Toko-pa Turner
państwo dumne.
margines stał się normą.
państwo dumni?
315/365
Wkurwia mnie już ta cała Niepodległość! A jeszcze bardziej wkurwia mnie to, że tak łatwo odgradzamy się od tej bandy demolującej co roku Warszawę. Jasne, my nie demolujemy. My jesteśmy aktywistami, pomagamy sąsiadom, tworzymy ruchy miejskie, dokarmiamy podwórkowe koty. A oni to barachło, to nie nasze. Ktoś ma coś zrobić, ich ma nie być, mają zniknąć i kropka. Też mnie wkurwiają, smucą, to jasne. Też mam dość ich święta niepodległości. Tylko że jestem prawie pewny – a naprawdę rzadko mi się to zdarza – że za nich też trzeba czuć się odpowiedzialnym. Bo co? Bo są za mało obywatelscy, za mało prospołeczni, bo kotów nie dokarmiają? Nie wiem, jak się wyciąga rękę do takich osób, nie wiem, co trzeba zrobić. Nie wiem, jak powinna wyglądać nauka historii i obywatelskości w szkołach, jak powinna wyglądać polityka historyczna, jak zrobić, żeby każdy miał podobne szanse na starcie i na mecie nie musiał pluć na tych, którym udało się szybciej i lepiej. Ale przecież ci chłopcy w ONR nie wzięli się chyba z ulicy?
Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
(wyróżnienie własne)
*
[…]
nacjonalizm jest dumą z cudzych zasług
i nienawiścią do ludzi, których się nigdy nie spotkało.
Ewa Wilk, Używka narodowa,
Polityka, 46/2022.

dziś,
w sześćdziesiątą rocznicę pierwszej randki, lampeczkę na cmentarzu zapalił.
dziś
zaczęłam piąty rok życia
z diagnozą.
jakim cudem chce się nam obojgu jeszcze* żyć?
313/365
__________
* choć nie zawsze.
Zderzyły mi się w piątek kulki w głowie. Połączyłam kropki i zapytałam, czy skoro Pan Ciasteczko będzie w przemysłowej stolicy Włoch, to czy mógłby zajść do księgarni lub antykwariatu? A gdy ten uśmiechnął się w tajemniczy, ale z pewnością aprobujący, sposób, uznałam, że skoro mogę dostać palec, to chcę całą dłoń i ramię, więc bezczelnie poprosiłam o… dwie książki. To będzie 200% przydziału miesięcznego, a w dodatku: niespodzianka, bo wyboru dokona sam Pan Ciasteczko.
*
Onemu:
(wczoraj przysłał Panu Ciasteczko sms)
Bagaż może mieć 23 kg.
Dużo książek się zmieści.😂
Pan Ciasteczko:
(przeczytał powyższe Drzewku)
Jabłoń & Sadownik:
(śmiali się dobrą chwilę)
*
Cztery Ciasteczka:
(dziś w podróży lotniczej)
Jabłoń:
(niczym dziewczynka w grudniowy poniedziałek,
która wie, że w piątek przyjdzie św. Mikołaj…
czeka,
aktywnie robiąc swoje)
— bo pójdę sobie w świat! — ostrzegała, nie mając pewnie pojęcia, że mała dziewczynka, którą wtedy byłam, odbierała te słowa jako zagrażającą życiu groźbę.
jeszcze przed świtem, w bezruchu, by nie obudzić reszty stada, wskutek małej wewnętrznej pracy ogarnęło mnie wspaniałe poczucie, że wszechświat szczelnie przylega do mojego ciała. i wspiera, nie tylko mnie!
310/365
Niedzielne odliczanie literek, dwa. W pewien, niewysłowiony sposób i trzy, i cztery, i pięć… aż po nieskończoności kres, bo to opowieść o doświadczeniu, które w tej postaci na pewno nie będzie moim udziałem w tym życiu.
Pamiętam, co zrobił ze mną lata temu tamten, o śmiertelnej sile rażenia, „drobiazg” na ten sam temat. Ta książka, jestem pewna, zatrzyma się we mnie na dłużej. Czy pozostanie we mnie z powodu tematu, przyczyny powstania książki, procesu pisania, obfitości symboli, stanów i uczuć zatrzymanych/zaklętych w słowach, precyzji, nieprzegadania, poetyki, formy światła w tekście, sposobu łamania wierszy? Nie wiem. Wiem, że pozostanie na długo.
Przejmująca i gdy się ją czyta, jest się całkowicie poza czasem. Sadownik przy okazji takich książek zwykle pyta: skąd ty je bierzesz? Tę wyjęłam z tej, podobnie, jak małą książkę kucharską, która już przyszła do ula wraz z nadzieją, że w tym życiu wejdę jeszcze do kuchni.
No pomyśl! Co jest bardziej podniecającego od piekła innych, powiedz sam. I chyba zgodzisz się ze mną, że ból z drugiej ręki jest lepszy niż ból z pierwszej ręki? Że jest zdrowszy dla użytkownika, a także bardziej „artystyczny”, w podniosłym, znaczy się wykastrowanym sensie tego słowa?
*
„A do czego podobny jest ten fakt?”,
pytają mnie czasem ludzie
i ja nie raz zadaję sobie
pytanie:
Do betonowego bloku?
Do sztaby żelaza?
Szczelnej zapory?
Bazaltowej
skały?
Albo raczej — do cebuli
z wielu warstw łupin.
Nie, nie, proszę wybaczyć, nie
to ani nie to, i proszę nie
myśleć, drogi pani, że
uchylam się od odpowiedzi:
po prawdzie nic o nim
nie wiem.
Tyle tylko, że jest.
Fakt. […]
*
Chwila,
kiedy to
się wydarzyło,
kiedy to
stało się rzeczywistością —
*
Wcześniejsze życie
jeszcze przez chwilę
nadal
w nas tkwiło.
Słowa,
gesty,
miny —
*
Teraz
na chwilę
zapadamy się w sobie,
milczymy oboje
jednakowymi słowami.
*
Uważaj
na słowa.
Cieniutka jest
przędza,
po której stąpamy —
*
Ta dziura,
ta nieobecność,
którą tylko śmierć
umie wytworzyć —
Która nie jest
zniknięciem
ani unicestwieniem,
ani niebytem.
*
Lepiej zamilknąć? Czy zapytać?
*
Do diabła, do diabła! Nawet wstać nie można?
Kurwa! Kurwa mać!
*
Umarł w sierpniu, a kiedy nastał
koniec
miesiąca, nieustannie
myślałem: jak zdołam
przejść do września,
jeśli on zostanie
w sierpniu?
*
To niemożliwe, że te słowa są prawdziwe —
*
Czy to możliwe? Czy do pomyślenia? Ależ nie,
panowie, nie, nauka nie
potwierdzi takiej hipotezy! Więc
może tęsknota? Może
rozpacz
potwierdzi?
*
[…] Nade wszystko
boimy się
nadziei. […]
*
[…] czubki
palców […] wystukiwały. Na dziesięć różnych
głosów mruczały, chórkiem
radosnym i lekkim: n-i-e
b-ę-d-z-i-e mnie
k-i-e-d-y-ś,
nie będzie!
I podczas tego „nie będzie” nagle
dotarł do mnie sens
mojego bycia. Pojąłem,
jak bardzo
jeszcze byłem, po czubki
palców
zrozumiałem.
Cudownie było
to wiedzieć, pamiętać:
jak bardzo
byłem
i jak
bardzo
będę.
*
Dla ciebie milczenie
było dobre, mnie dławiło
w gardle.
*
— Twój głos.
— Wrócił. Twój też.
— Tak mi brakowało twojego głosu.
— Myślałam, że my… że już nigdy nie —
— Bardziej niż do swojego głosu tęskniłem do twojego.
— Powiedz, co znaczy tam. Nie ma takiego miejsca, nia ma żadnego tam!
— Skoro się tam idzie, to tam jest.
— Ale się stamtąd nie wraca, jeszcze nikt nie wrócił.
— Bo tylko zmarli tam poszli.
*
Na niebywałą
samotność
skazuje żałoba
tego, kto żyje.
Taką samotnością
choroba otula
cierpiących —
*
„Może tam już od dawna jest tutaj?”, ciągnie. A mnie coraz bardziej irytuje jej rzeczowy ton: jakby prowadziła błahą rozmowę w kuchni naszego domu.
[…]
„A może tam zawsze było tutaj, tyle że my o tym nie wiedzieliśmy”.
*
wszystkie magiczne proszki:
przytulność,
beztroskę,
powszedniość, spokój
umysłu…
*
głęboki, wibrujący
pomruk, hmmmm…
hmmmmm…
Miejski kronikarz: Przepraszam, nie miałbyś nic przeciwko temu, żebym i ja…
Centaur: Wręcz przeciwnie… hmmm…
Miejski kronikarz: Hmmmm…
Centaur i miejski kronikarz: Hmmmmm…
*
Może nie muszę dojść
do krańca
dróg, do ostatniego miejsca?
Może samo wędrowanie
jest zagadką i rozwiązaniem?
*
bądź pełnym, chwilowym fragmentem
wieczności.
Dawid Grosman, Poza czasem, przeł. Regina Gromacka,
Świat Książki, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

on
umarł. Ale
jego śmierć,
jego śmierć
nie
umarła.
Centaur:
I tylko serce mi
pęka, mój skarbie,
na myśl,
że ja —
że można —
że znalazłem
na to
słowa.
(tamże)
Niedzielne odliczanie literek, raz. Jakiś czas temu nie najszczęśliwiej zostałyśmy posadzone przy stole, daleko od siebie. Nie przeszkodziło mi to, bym zakochała się w niespotykanie ciekawej Osobie, w Jej energii, niezmąconej pogodzie Ducha i entuzjazmie. To właśnie Ona — Maggia — nienachalnie zachęciła mnie do powrotu do Noblisty. Wróciłam i nie żałowałam ani przez chwilę.
Znany mi już styl. Angielskie wyczucie czasu, autorskie granie na nosie jednokierunkowej osi czasu, nieśpiech i… dystopia. Rewelacyjna! Dawno nic nie trzymało mnie w takim napięciu. Trudność? Była tylko jedna, by wybrać cytaty w taki sposób, by nie spojlerować tym szczęściarzom, którzy tę powieść wciąż mają przed sobą. Łatwo nie było.
Kłopot polegał na tym, że nic nie zostało powiedziane wprost i nie wiedziałam, jak to wszystko wyjaśnić.
*
– To po prostu stek bzdur, Tommy. Tylko gadanie, nieodpowiedzialne gadanie. Nie warto nawet o tym myśleć – powiedziałam.
Ale Tommy wiedział chyba, że nie mam nic na poparcie tych twierdzeń. Wiedział również, że zadaje pytania, na które nawet lekarze nie znają pewnych odpowiedzi.
[…]
teraz żałuję, że o tym nie porozmawialiśmy. Bo kiedy określiłam to mianem bzdur, oboje wycofaliśmy się jakby z tego terytorium.
*
– […] pamiętam tamten moment. Wciąż o nim od czasu do czasu myślę.
– To zabawne, bo ja też.
– Widzę.
*
[…] złapałam go za ramiona i mocno przytrzymałam. Próbował mnie odtrącić, ale ja nie puszczałam go, aż w końcu przestał krzyczeć i poczułam, że uszła z niego cała wola walki. Zorientowałam się wówczas, że on również obejmuje mnie ramionami. I staliśmy tak razem na skraju tego pola przez dłuższą chwilę, która wydawała się trwać całe wieki, a wiatr wiał i wiał, szarpiąc nas za ubranie, i przez moment zdawało się, że tylko dzięki temu, że się obejmujemy, nie porwie nas w mrok.
*
Więc wydaje ci się, że wiesz, czemu to służyło, dlaczego to robiliśmy. No cóż, chętnie cię wysłucham. Ponieważ muszę przyznać, że sama zadaję sobie stale to pytanie.
*
– […] Więc pomyślałam, że gdybym znalazła jej zdjęcie w jednym z tych czasopism, to by przynajmniej coś wyjaśniało. Nie chciałam chodzić i jej szukać, nic w tym rodzaju. To by po prostu wyjaśniało, no wiesz… dlaczego jestem taka,
jaka jestem.
– Ja też tak czasami mam – przyznał Tommy. – […] Myślę, że gdyby ludzie byli szczerzy, wszyscy by się do tego przyznali. Nie sądzę, żebyś się specjalnie różniła od innych, Kath.
*
[…] wasza sztuka odsłoniłaby wasze wnętrze! O to właśnie chodzi, prawda? Ponieważ wasza sztuka odsłoniłaby wasze dusze.
*
[…] mrużąc oczy, wyobraziłam sobie, że jestem w miejscu, gdzie fala wyrzuciła na brzeg wszystko, co straciłam od dzieciństwa, i że jeśli będę czekała dość długo, na horyzoncie pojawi się malutka postać i stopniowo będzie się powiększać, aż zobaczę, że to […], a on pomacha do mnie i może nawet zawoła.
*
W którymś momencie zorientowałam się, że jadę drogą, którą jeszcze nigdy nie jechałam; przez mniej więcej pół godziny nie wiedziałam, gdzie jestem, i wcale się tym nie przejmowałam.
*
Tommy przez chwilę się nad tym zastanawiał, a potem potrząsnął głową.
– Nie wydaje mi się, Kath. Nie, taki po prostu byłem. Po prostu głupi. Nic się za tym nie kryło – odparł i po krótkiej chwili cicho się roześmiał. – Ale to zabawna myśl. Być może w głębi serca rzeczywiście wiedziałem – dodał.
*
[…] poczułam się dobrze. Miałam wrażenie, że zniknęło coś, co wisiało nade mną od bardzo dawna, i nawet jeśli sytuacja była daleka od unormowania, wyglądało na to, że otworzyła się przynajmniej możliwość jej naprawy.
Kazuo Ishiguro, Nie opuszczaj mnie, przeł. Andrzej Szulc,
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

[…] mnóstwo rzeczy, które dotąd nie były według mnie takie pilne, trzeba załatwić jak najszybciej albo w ogóle machnąć na nie ręką. […] w głębi ducha podjęłam już decyzję i słowa Laury odsłoniły tylko welon, który ją skrywał.
*
– Łatwo jest krytykować, kiedy przejeżdża się drogą – dodałam.
– To najłatwiejsza rzecz pod słońcem – mruknął Tommy.
*
– Nie przychodzi ci czasem na myśl – zwróciłam się do Ruth – że powinnaś się tym bardziej zainteresować? Zgoda, byłabyś pierwsza. Pierwsza, o której wiedzielibyśmy, że zrobiła coś takiego. Ale mogłaś to zrobić. Nie zastanawiasz się czasami, co by się stało, gdybyś spróbowała?
*
Niedługo potem podjęłam decyzję i kiedy to uczyniłam, nie dręczyły mnie już żadne wątpliwości.
*
I w miarę jak im się przysłuchiwaliśmy, zerkając raz poraz ukradkiem w ich stronę, coś zaczęło się zmieniać. Odczułam to wyraźnie i widziałam, że odczuwają to pozostali.
*
[…] rzeczy takie, jak obrazy i poezja, wszystkie tego rodzaju rzeczy odsłaniają, jacy jesteśmy w środku. Odsłaniają naszą duszę.
(tamże)
*
Judy Bridgewater, Never Let Me Go.
Jabłoń:
(zadowolona ze skorygowanej fryzury
zapytała Onemu, jak on ją znajduje)
Onemu:
Czegoś takiego jeszcze
nie widziałem na twojej głowie…
Pan Ciasteczko & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem)
— kim jesteś? — zapytałam.
po błysku w jej oczach wiedziałam, że ona wie, że ja też już wiem, a mimo to udzieliła mi odpowiedzi:
— jestem topgunką.
308/365
Harold Faltermayer & Steve Stevens,
Anthem,
z filmu Top Gun, 1986.
Sadownik & Jabłoń:
(zwykle układają się do snu na łyżeczkę)
Sadownik:
(wczoraj wieczorową porą
z bolącym okrutnie krzyżem)
Nie mogę obiecać,
że cię przytulę…
Jabłoń:
Spoko. Powiesz mi, że mnie kochasz,
nawiniesz mi makaron na uszy* na temat
mojej nowej fryzury i będzie OK.
Sadownik:
(przekalkulował)
To jednak cię przytulę!
Jabłoń:
(ryknęła śmiechem)
_________________
* tłum.: powiesz mi coś miłego.
dziś zaduszki. nie wiem, czy
lubię. jestem pewna, że wolę.
306/365
Lubię Zaduszki. Wiem, 1 listopada to Wszystkich Świętych, ale gwiżdżę na wszystkich. Wolę własnych. Kiedy byłem mały, myślałem, że to od nich zależą losy całego świata.
Patryk Pufelski, Pawilon małych ssaków,
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2022.
Świąteczne odliczanie literek, dwa. Wyjęłam tę książkę z tej. Choć wydana również w wersji elektronicznej, to wygląda, że „nakład wyczerpano”, bo jest niemożliwa do kupienia. Nie zrozumiem „ręki” rynku, co w figę się zwija. Nie to nie! Środkowy palec sam się prostuje. Sadownika o pomoc poprosiłam i… znalazł mi ją w sieci. Spiraciliśmy bez mrugnięcia okiem.
Książka o końcu świata. Dziewięć lat i dwa dni po tym, jak przytrafił się Autorce, przytrafił się mi i zostałam półsierotą. Dziś po raz drugi listopadowe święta nieobecności po tej stronie tęczy mają inny wymiar.
Ulżyło mi, gdy czytałam o uwierającym Autorkę nadmiarowym przecinku w nekrologu. W nekrologu Orzeszka, w części wspólnej wszystkich nekrologów przed i po mojej Mamie, był błąd ortograficzny. Tylko ja go zauważyłam. Takie czasu czy co? Miałam, nie wiem skąd, siłę, by się oburzyć. Chociaż tyle wtedy mogłam, dziwiąc tych, którym było to zupełnie obojętne.
M. napisała do mnie na wieść, że piszę tę książkę: „Mija, są momenty radości, jednak właściwie wszystko od śmierci rodziców jest jak śmiertelna choroba”.
*
W chwili śmierci rodziców sporządzamy w myślach protokół wzajemnych przewinień. Rodzina, wiadomo, źródłem nieszczęść i piekłem, więc nie każdy może zająć się prostą żałobą. W grupach terapeutycznych można przerobić takie listy nieomówionych kwestii, niezałatwionych roszczeń. Nie ma jednej szkoły, zasadniczo chodzi o to, żeby znaleźć przestrzeń zarówno dla smutku, jak i dla złości, które mogą być etapami żałoby, blokadami żałoby lub efektem kryzysu ogarniającego nas jednocześnie z żałobą.
*
Nie wierzę w więzy krwi, choć wierzę w geny i dziedziczenie konsekwencji zdarzeń. Pradziadek może nabrać znaczenia w naszym życiu, jeśli go sobie opowiemy. Inaczej nic z tego, chyba że odezwie się w nas jakąś chorobą. Bez opowieści będzie obcym, odległym facetem. Natomiast jego dawne decyzje mogą przesunąć nas w przestrzeni, odebrać nam coś lub podarować. Ktoś obcy wpływa na mnie. Poza tym liczy się obecność, żywy przekaz, dotyk. Jesteśmy rodziną, bo spędzamy ze sobą część życia. Przodków możemy adoptować. Mój tatulek nie demonstrował w tej sprawie specjalnie silnych aspiracji. Akceptował i lubił czas teraźniejszy.
* * *
Podróż nie zwalnia, nie uwalnia.
*
W dzieciństwie, o ile nie umierają nam najbliżsi, jesteśmy trzymani z dala od śmierci, przynajmniej w miejskiej, ateizującej kulturze. Trudno powiedzieć, czy męka i śmierć Chrystusa na krzyżu docierają do dzieci jako fakt materialny, skoro stanowią przesilenie, po którym następuje zmartwychwstanie. Które dziecko widziało kiedyś jakiegoś zmartwychwstałego? Czy w dziecięcej wyobraźni sprawa śmierci nie jest równie bajkowa jak sprawa powstania z martwych? Zwłaszcza że pierwszą ilustrują makabryczne elementy wystroju kościoła, drugą – infantylne malowanki w zeszytach do religii. Więc choć kultura chrześcijańska bezustannie odwołuje się do śmierci, dzieci zwykle nie muszą się nią kłopotać.
*
[…] w czasach moich studiów polonistycznych, ich obecność świadczyła o wysokim poziomie tekstu. Autotematyczne automatycznie znaczyło literackie. Same historie ceniliśmy mniej od ich szwów zostawionych na wierzchu.
*
„Przez chorobę pokochałam cię bardziej”. Od zera do bardziej, trudno powiedzieć, co – poza lękiem – mogło to znaczyć.
*
Przeszłość jest
nienaprawialna,
nic z nią nie zrobimy.
* * *
Tym razem, tamtego dnia, kupiłam bilet do tych, którzy tymczasem tkwili w paraliżu po sobotnich godzinach między dziewiątą a jedenastą, pełnych niedowierzania, grozy, działania, telefonów, informowania pozostałych, organizowania występu temu, który już nic nie zrobi, ale nie jest obojętne, jak wypadnie. Na szczęście mieli do podjęcia decyzje: kogo zawiadomić, co zamówić, w którym pokoju usiąść. Z całą resztą jakoś chcąc nie chcąc, czekali na mnie. Przede wszystkim z raportem z ostatnich chwil i z rozpaczą.
*
Osoba dotknięta w ten sposób powinna pozostać w miejscu, krzyczeć, zastygnąć w bezruchu, odmówić przyjmowania pokarmów. Ktoś powinien po nią przyjść, zająć się mailami, powiadomieniami i walizką. Samodzielność, samowystarczalność. Konieczności. Tak mi siebie żal, kiedy myślę o tym.
*
Dlaczego nigdy nie pozwalam zawalić się światu?
*
Zawsze tak jest: prawdziwą wyrwę robi nieoczekiwana wiadomość, zwykle
telefoniczna. Zdarzenia mogą mieć różne sekwencje. Bohater dowiaduje
się o wypadku, o wezwanym pogotowiu, o diagnozie. Ja odbieram telefon ufnie,
spodziewając się czegoś banalnego. Na przykład potwierdzenia godziny
powrotu, pytania: „Co robisz?”, „Ładna pogoda?”. Po ostrzegawczym: „Jesteś
w hotelu? Siedzisz?”, myślę, boję się w niewłaściwą stronę. Wtedy pada
to zdanie: „Ojciec nie żyje”.
Czepiam się tego zdania, jakby miało podtekst, było próbą generalną, jakby
dopowiedzenie mogło je unieważnić, cofnąć, zmiękczyć. Moje: „Jak to?”,
„Niemożliwe”, „Nie, nie”, „Jak mógł umrzeć?”, są zagadywaniem, prośbą
o ułaskawienie. Nie chcę tej wyrwy w pięknym dniu i mam obowiązki. Od
razu myślę o tym, jak udane były cztery minione doby. Dowartościowuję
każdą minutę, na którą inaczej nie zwróciłabym uwagi.
*
Boję się przerwać rozmowę. Póki trwa,
może coś się
zmieni, odstanie.
*
Nie zdążyłam sformułować w myślach sensownej odpowiedzi, obiłam się o przerażenie i radość, bo mogło być tak, że coś źle albo że bardzo dobrze.
*
Wiele zależy od miłości. Moim zdaniem
wszystko zależy od miłości.
*
[…] dorośli mają obowiązek uporać się ze smutkiem, nie leźć innym w oczy z tym katastroficznym, depresyjnym nastrojem. Ten obowiązek bezwzględnie dotyczy osób uważanych za silne. Odnoszących sukcesy. Normalnych. Niebiorących zwolnień z każdej okazji. Wyrabiających się. Zwolnione są z niego osoby w permanentnym, widocznym kryzysie. Budzące litość. Rozchwiane emocjonalnie. Na rozciągliwej granicy. Takim osobom wolno przechodzić załamanie nerwowe, więc nawet pół roku, rok po stracie są cierpliwie pytane o uczucia. Trudno, takie już są, więc warto im pomóc, żeby z kolei nie musieć czytać ich nekrologu. Nie każdemu przysługuje równa porcja społecznej żałoby.
*
Umrę, nie umrę; mam dosyć,
nie wytrzymam – łatwo składane deklaracje.
*
Kiedyś było więcej sfer, teraz jest tylko prywatna i publiczna, sama o tym dużo napisałam. No więc skoro tak, przestrzegajmy zasad bezpieczeństwa emocjonalnego poza domem. Płacz w domu, nie narzucaj się nikomu. Krótko mówiąc: wciąż chętnie dałabym się tak przytulać każdemu spotkanemu przyjaznemu człowiekowi, bo nadal jestem porażona uderzeniem śmierci […].
*
Jestem pewna, że stoi w korytarzu
z uśmiechem, którym zasłaniał przeszłość.
*
W zakładzie pogrzebowym zauważyłam, że standardowe zawiadomienie o śmierci, zapisane w zamkniętym pliku PDF, zawiera błąd interpunkcyjny: „Z głębokim żalem, zawiadamiamy o śmierci”. Za dużo przecinków, być może miały podkreślić stopniowalność emocji. Ktoś się starał być uroczysty? […] Nie miałam ochoty zawiadamiać świata o śmierci taty w taki sposób, z przecinkiem. Nie miałam ochoty wyjaśniać tej pani, że powinna błąd skorygować. W końcu kogo to może obejść, kto zauważy jeden przecinek? Czy wypada gadać o przecinkach przy takiej okazji? Jakie znaczenie ma treść i forma nekrologu? Czy pisanie, z błędem lub bez, powstrzyma proces rozkładu? Kto bierze poważnie znaki przestankowe? Trzeba nie mieć sumienia, żeby w takiej chwili demonstrować swoją wątpliwą przewagę, wymądrzać się, filozofować. Nekrolog jest zawsze plikiem zamkniętym, sygnałem dymnym, gotowcem. Częścią pakietu przygotowanego przez profesjonalistów. W sprawie śmierci bliskich jesteśmy wiecznymi amatorami, powinniśmy zaufać fachowcom. I, argument koronny, nikt się dotąd nie skarżył. […] Jeśli tak, drobny błąd w nekrologu może być ostatnią deską ratunku, punktem podparcia, miejscem niewiarygodności. Może od tego drobnego zaczepu, od przecinka zaczniemy się kiedyś śmiać. Zacznę, próbuję sobie samej obiecać.
Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.
(wyróżnienie własne)

Czyżbym któregoś dnia obudziła się na tyle dorosła, że nie wypadało już zwracać uwagi na rekwizyty dzieciństwa?
*
Dotyk był łagodnym wyłącznikiem, przenosił mnie poza dzień.
*
Odkąd umarł, zawsze mam przy sobie zapałki. Do zapalania zniczy i świeczek. Poza tymi na cmentarzu stawiam mu czasem świeczki w miejscach, gdzie prowadzę życie towarzyskie. Nie mówię o tym gościom. Jemy i pijemy przy świetle dla taty.
(tamże)
Świąteczne odliczanie literek, raz. Wyjęłam tę książkę z tej, która była przedskoczkiem do tegorocznego świątecznego czasu, którego pierwszą połowę drugi rok omijam z premedytacją.
Tak, z powodu nieobecności Orzeszka drugi rok bardzo skrupulatnie wybieram lektury na pierwszodwudniowe listopadowanie, które dla mnie jest preludium do najtrudniejszego, bo ciemnego, miesiąca w roku.
Dziś Autor zamyka trzeci rok nieobecności Syna, bez której nie byłoby na pewno tej książki. Nie byłoby być może również zdjęć Autora, których szukałam, jak tylko skończyłam czytać Jego literki. Nim skończyłam, uśmiechałam się do „wspólnie” czytanych z Autorem książek. Wracałam do wybranych kiedyś cytatów — wciąż są dla mnie piękne lub wartościowe. W ten sposób wróciłam na chwilę do Joyce Carol Oates, Helen Macdonald i Miriam Meckel. Ostatnia przypomniała mi, dlaczego tu piszę, i piszę, i piszę, choć nie wiem, dlaczego niektórzy tu wracają i wracają.
Na dalszą drogę w szczególny sposób zabieram parafrazę ostatniego (przytoczonego tu) fragmentu, która zamyśla, pozwala wziąć głębszy oddech, obniża potencjalny poziom wkurwu na ukochanych. Brzmi ona tak: bliski najbardziej potrzebuje kontaktu w chwilach, gdy najtrudniej go lubić.
[…] doświadczenie świata, do którego nikt dobrowolnie nie chce wejść. Skoro już się w nim znalazłem, chcę pokazać, jak jest po tej drugiej stronie. Bo ten świat jest niesłychanie rozległy. Wszechobecny kult młodości, afirmacji życia i zabawy sprawia, że na tę ogromną przestrzeń zamykamy oczy i uszy.
*
Zawsze trzeba zakładać, że ktoś, kogo kochamy, może cierpieć. Nieważne, co mówi albo jak się zachowuje. Powinniśmy słuchać całymi sobą, bez osądzania i bez dawania rad.
// Sue Klebold
*
[…] omijamy rafy smutku. Składamy kondolencje, wyrazy współczucia. Przez tydzień, może dłużej staramy się być delikatni, nie żartujemy, nie rozmawiamy o błahostkach w towarzystwie osoby doświadczającej żałoby. Ale nasz świat szybko wraca do normy. Ten okres szczególnego wyczulenia może być dłuższy w zależności od tego, jak ocenimy wagę straty. Śmierć matki jest ważna. Ojca równie ważna. Ale śmierć dziecka chyba ważniejsza. A małżonka? A najbliższego przyjaciela? Czy ma znaczenie, że dziecko miało rok, dziesięć lat, dwadzieścia sześć, a może nawet więcej. Czy ból jest skalowalny? Dopóki nas to nie dotknie, wydaje się nam, że jakoś da się to wszystko uporządkować według skali ważności. Próżny wysiłek. Dopiero gdy znajdziemy się po drugiej stronie, doświadczymy indywidualnej miary smutku, bólu, przerażenia. Każdy będzie miał własną skalę i wielu dotrze do jej maksymalnych wartości.
*
Wiele tygodni po śmierci mojego syna uderzyło mnie, jak wielu ludzi ma przejmujące doświadczenia życiowe, które trzeba zaakceptować, by móc dalej funkcjonować.
*
Uczucie bezsilności, pustki w głowie, bezsensu wszelkich pomysłów, no i wynikające z tego, a może górujące nad tym wszystkim przekonanie o własnej nieudolności. […] ten stan jest tak obezwładniający, że chciałoby się przespać kolejne godziny, żeby tylko go nie odczuwać.
*
Czy teraz już tak będzie? Nastrój z dnia na dzień będzie zmieniał się tak drastycznie?
*
Smutek, żal, nostalgia, rozpacz, lęk. Możemy wymienić dziesiątki słów, ale co nam po nich. Gdy przychodzi co do czego, one wszystkie zlewają się w jedno dojmujące wrażenie. A wtedy zastanawiamy się, czy to w ogóle kiedyś się skończy? Jak od tej pory żyć? Czy w ogóle warto jest żyć?
*
Gdzie kończą się wszystkie ściany? Na rogu. Dokąd prowadzą wszystkie cele? Do grobu.
[…] Kto ma wyznaczony cel – nie błądzi. Kto nie błądzi – nigdy siebie prawdziwego nie odnajdzie.
// Edward Stachura
*
Znak? Przypadek? Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Jest tym, czym każde z nas chce, żeby w tym momencie było.
[…]
Znaki są wszędzie, jeśli tylko zapragniemy je znaleźć i zauważyć.
*
Gdy jedynym uczuciem jest rozpacz, nie szuka się logiki, tylko pocieszenia.
*
Ciężka sprawa z tą żałobą. Psychologowie, psychiatrzy chcą ją zamknąć w jakieś ramy, a ona uparcie się nie daje. Dobrze chociaż, że chyba odchodzi się już od próby ustalenia, jaka jest norma. Wygląda raczej, że w tym wypadku nie ma co mówić o normalności czy nienormalności. To zupełnie inny świat, w którym panuje inny czas, inna logika, inna racjonalność.
*
Ten czyn zakończył jego ból, ale pozbawił mnie możliwości poznania go. Tak działa samobójstwo. Większość samobójców i tych, co je rozważają, nie myśli o krzywdzeniu innych. Chcą tylko zakończyć swój ból.
// Kevin Briggs
*
Miałem kiedyś jeszcze jednego syna. Pojawia mi się to zdanie któregoś ranka, podczas pobytu na balkonie. Nie wiem, co z nim zrobić. Znów mimowolnie płyną mi z oczu łzy. Miałem kiedyś syna. Czy tak będzie za lat kilka? Czy i co zapomnę? Czy obaj, młodszy i starszy, będą mi się zacierać i mieszać? Wydarzenia z przeszłości, w których uczestniczyliśmy, będą się nakładać, przenikać?
*
Otworzyłem na nowo stare okna, co dało ulgę, spokój, przyjemność i satysfakcję. Trudno nazwać ten stan na granicy medytacji i uważności. Może trzeba to ująć nieco inaczej – to nie ja otworzyłem. Zrobił to mój syn. Zamiast zadawać sobie pytanie: „Synu, czy musiało do tego dojść, żebym coś zauważył, żebym znów poczuł, jak to jest odkrywać świat?”, widzę ten problem w zupełnie innym świetle.
– A więc to mi pozostawiłeś. Skorzystam, bo warto. Dzięki.
Jesteś w tych wszystkich chwilach. Pojawiasz się na krótki moment. To nie jest fizyczna obecność, ale coś znacznie większego. Nie ma cię na cmentarzu, w urnie. Jesteś obecny w tym przelotnym momencie, gdy zmywając kawiarkę, w zapomnieniu sięgam po płyn do mycia naczyń. Jesteś obok i mówisz:
– Ojciec, ale płynem się nie myje tych kawiarek. Ile razy mam ci przypominać!
Grzegorz Zalewski, Nie pozwolę ci zniknąć, w serii Biała Plama,
Wydawnictwo Linia, Warszawa 2021.
(wyróżnienie własne)

Dziecko najbardziej potrzebuje kontaktu w chwilach, gdy najtrudniej je lubić.
// Katherine Reynolds Lewis
(tamże)
teraźniejszy smutek nie przekreśla żadnej z przeszłych radości. tym bardziej nie unicestwia przyszłych wzruszeń i zachwytów. nie wspominając już o magicznych chwilach, rozrzuconych niczym koraliki na całej osi czasu.
304/365
[suplement pikselowy: 3.11.2022]
