piątek, marca 11, 2011

200. Psie spotkania

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Zostawiamy na jeden dzień wieczorne spacery pod górkę. Nie spotkamy dzisiaj Harry'ego, Jogi, Szabiego czy Koko. Straż Miejska też nie będzie miała okazji przetestować naszej znajomości praw Właściciela Czworonoga (odrobiliśmy lekcje w tym względzie).

Jedziemy na wiochę, gdzie czekają ogony Docenta, Jagi, Tofika i Saby. Troszkę się boję, czy one pamiętają Heńkę. Co uchodziło bezkarnie kilkumiesięcznemu szczeniakowi, nie musi przejść bez echa w przypadku psiej pannicy. Mam jednak nadzieję, że nie będzie źle.

Kudłata, jak zwykle nastawiona do wszystkiego optymistycznie, wyczuła chyba pismo nosem, bo o 4.50 byłyśmy już na pierwszym spacerze.

Jak to dobrze, że całym Stadem uwielbiamy wspólne podróże samochodem. Dawno nie jeździliśmy... Mam nadzieję na cudne, może nawet 30 godzin...

czwartek, marca 10, 2011

199. Kim w poprzednim życiu była Niuta?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik przytargał dzisiaj przesyłki, karmę i smakołyki dla Kudłatej. Po raz pierwszy kupiliśmy na próbę trzy, duże kości wołowe. W ramach eksperymentu po obiedzie uraczyliśmy Sierściucha jedną z nich. I wydało się... w poprzednim życiu Heńka była... Indianinem. Stąd pewnie jej niebywałe zdolności do medytowania, kontemplowania cudu życia i wiecznego zachwytu.

Na widok tak dużej kości psica zamarła w bezruchu. Sadownik stwierdził, że pewnie kość jest za duża. Jakoś nie wierzyłam, że istnieją na świecie kości za duże dla psów. Kudłata też w takie bajki nie wierzy. Nasza zreaktywowana Indianka z przeszłości --- Niuta Wieczny Uśmiech --- odtańczyła przed kością taniec wojownika. Płakaliśmy ze śmiechu. Potem dość płynnie przeszła do znanej nam roli zwykłego psa na usługach własnych zębów. Sadownik poszedł na siłownię a ja mam chwilę dla siebie. Nie przypuszczałam, że Heńka może się czymś zająć na dłużej niż godzinę. Może! Teraz z jeszcze większym zacięciem twierdzi, że Życie pyszne jest! Tak jest!

***

Rano, o 5.12, gdy wyszłyśmy z Heńką na pierwszy spacer padał cudowny, wiosenny deszcz. Tęskniłam już za deszczem. Biorąc pod uwagę, że w zeszłym tygodniu zgubiłam ostatnią parę rękawiczek przewidzianych na tę zimę, można śmiało powiedzieć: wiosna u nas już jest!

środa, marca 09, 2011

198. Tylko 192 strony i Jabłoń powalona

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

W poniedziałek. Szłam. Weszłam. Azyl dla niechcianych książek. Kupiłam. Wycięło mnie z życia już po pierwszych stronach i trzymało do wczoraj wieczorem. Nie mogłam przestać o tej książce myśleć. Musiałam robić przerwy w czytaniu. Nigdy wcześniej nie czytałam niczego tak trudnego. W przerwach między kolejnymi stronicami gapiłam się w sufit i zastanawiałam się, co jeszcze, wobec tego wszystkiego, ma jakikolwiek sens? Czytając nie mogłam znieczulić się świadomością, że to przecież tylko beletrystyka. To nie była beletrystyka. To fakt przytłoczony kolejnym i następnym. Konkretna kobieta, konkretne życie, konkretny świat, bardzo konkretna strata. Autorka precyzyjna aż bólu:

Jak się okazuje, żal po stracie jest niby miejsce, którego nikt z nas nie zna, póki do niego nie trafi. Spodziewamy się (wiemy), że ktoś z naszych bliskich może umrzeć, lecz nie sięgamy wzrokiem poza kilka dni lub tygodni bezpośrednio po owej wyimaginowanej śmierci. Błędnie interpretujemy naturę nawet tych kilku dni lub tygodni. Być może spodziewamy się odczuwać szok, jeśli śmierć będzie nagła. Nie spodziewamy się, że ów szok wyprze wszystko inne, zakłóci działanie zarówno ciała jak i umysłu. Być może spodziewamy się, że będziemy załamani, niepocieszeni, będziemy szaleć z rozpaczy. Nie spodziewamy się oszaleć naprawdę; stać się twardą sztuką, która wierzy, że mąż niedługo wróci i będzie potrzebował butów. (…) Nie możemy też przewidzieć (i w tym leży sedno różnicy między żalem wyobrażonym i żalem rzeczywistym) niemającej końca nieobecności, która następuje później; pustki; zupełnego przeciwieństwa sensu; nieubłaganego pochodu chwil, kiedy będzie się zmagać z doświadczeniem całkowitej bezsensowności.

Joan Didion, Rok magicznego myślenia,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

Sadownik dzisiaj przy śniadaniu zapytał: „po cholerę czytasz takie książki, skoro potem nie masz siły nawet się uśmiechnąć?”.

Świadomość jak kruche i krótkie jest ludzkie życie powoduje, że ręce opadają mi do ziemi; sens spraw niecierpiących zwłoki znika; sens całego mojego, małego życia staje się niebytem a bez choćby małego sensu to nawet z łóżka ciężko mi wstać.

Ta sama świadomość jak kruche i krótkie jest ludzkie życie zaraz potem porusza coś we mnie by z przytupem docenić tę maleńką drobinkę życia, którą mam przed sobą; króciutki czas do dzielenia go z innymi, którzy też nie mają go tak wiele jak myślą. Natychmiast w tej trudnej książce udaje mi się odnaleźć dwa piękne fragmenty, dla których z pewnością warto było zanurzyć się w tej lekturze:

„Bardziej niż jeden dzień więcej”, szepnął [John] --- kolejne rodzinne powiedzenie. Była to aluzja do kwestii z filmu „Powrót Robin Hooda” Richarda Lestera. „Kocham cię bardziej niż nawet jeden dzień więcej” mówi Audrey Hepburn jako Marion do Seana Connery’ego jako Robin Hooda (…).

(…) chodziło mu o to, że zamierzamy zrobić coś, czego zwykle nie robimy --- dostał na tym punkcie obsesji. Nie mamy żadnych rozrywek, zaczął powtarzać ostatnio. Protestowałam (czy nie zrobiliśmy tego, czy nie zrobiliśmy tamtego), ale zarazem rozumiałam, o co mu chodzi. Chodziło mu o robienie różnych rzeczy nie dlatego, że ich od nas oczekiwano, ani dlatego, że zawsze je robiliśmy, ani dlatego, że powinniśmy je zrobić, ale dlatego że chcieliśmy je robić. Chodziło mu o pragnienie. Chodziło mu o życie.
To była właśnie ta podróż do Paryża, o którą się pokłóciliśmy.
To była właśnie ta podróż do Paryża, o której powiedział, że musi ją odbyć, inaczej nigdy już go nie zobaczy.

Joan Didion, Rok magicznego myślenia,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

„Bardziej niż jeden dzień więcej”. Od dziś dla mnie to cudowna mantra, bo Jabłoń Sadownika bardziej niż jeden dzień więcej…

(196+1). Przy śniadaniu...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

...opisanym w (194+2). sączyła się z radia piosenka, której oboje nie znaliśmy. Zaczarowała nas swoim tekstem. Wczoraj udało mi się ją znaleźć w zsypie na dźwięki:

Jaromír Nohavica, Kiedy kitę odwalę.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

niedziela, marca 06, 2011

(194+2). Martyrologia mięśniowa stosowana

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Przy śniadanku robiliśmy wstępną prognozę pogody odczuwania naszych ciał.

Jabłoń:
(zachwycona swoimi zakwasami)
Żyjesz?

Sadownik:
(obolały, zakwaszony)
Tak, ale co to za życie...

Jabłoń:
No nie mów, że ci się nie podoba...

Sadownik:
No tak. Podoba? Po tylu latach z tobą
masochizm to moja druga natura.

sobota, marca 05, 2011

(194+1). Karki, lalki Barbie i ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Ciało i umysł. Wolę ciekawe ludzkie wnętrza od fasad człowieczych ciał. Przysłowiowe „karki” i „lalki barbie” w dowolnym wieku cywilizacyjną porażką rozwoju? Tak mam i już. Może właśnie dlatego moje ciało postanowiło mnie reedukować i poprzez ból ogłasza mi swój protest-song: „beze mnie nigdzie nie zawleczesz tego swojego umysłu”. Nie zawlokę.

Wczoraj odbyłam inaugurację na siłowni. Pierwszy raz w życiu byłam w tak dużym parku maszynowym. Swoista hala produkująca zakwasy. Osobisty trener wyznaczył osobiste ćwiczenia i poszło me ciało osobiście w ruch... I co? Przeżyłam zachwyt potrójny.

Po pierwsze, dyskretne, piękne maszyny. W żaden sposób nie przypominały tych, z którymi miałam do czynienia w trakcie wyczynowego uprawiania sportu. Sztabki kilogramów wielu ukryte w obudowie. Bez cienia frustracji 60 kg, które przed chwilą targał kark, zmieniałam na 5 kg i zasuwałam --- dumna i blada, że daję radę. Zaczynam osadzać się w wieku, gdy nic już nie jest oczywiste.

Po drugie, maszyny! Zachwyciły mnie swą konstrukcją. Znów, zupełnie inną niż ta sprzed dwudziestu kilku lat. FengSzuj wpleciony wygięciami i zaokrągleniami, fizyka z fascynującymi bloczkami stanowi w tych maszynach niemal naturalne piękno. Podnosiłam, opuszczałam i zachwycałam się uroczą konstrukcją, lineczkami, przełożeniami. Miodzio! Targnęłam i dodatkowe pięć razy by na to cudo w działaniu popatrzeć.

Po trzecie, megaodkrycie! Już nie gardzę karkami i lalkami barbie. Jechanie na wspólnej energii tych wszystkich ludzi, którzy przyszli poćwiczyć powoduje, że ćwiczy się dużo łatwiej i przyjemniej. Natychmiast przypomniał mi się fragment książki Mindella:

Razem z nami szedł wujek Lewis Obrien, członek aborygeńskiej starszyzny. Delikatnie położył mi rękę na ramieniu i spokojnym tonem powiedział: Popatrz tam, Arny, w kierunku centrum. Co widzisz?”. Odpowiedziałem, że widzę Victoria Square, hałaśliwe, pełne krzątaniny, biznesowe centrum miasta. Setki ludzi robi zakupy, trąbią samochody, a autobusy z trudem przepychają się przez zatłoczone jezdnie. „Wygląda mi to na zagonione miasto” — odparłem.
     Wujek Lewis zasugerował, żebym spojrzał raz jeszcze. Kiedy znowu patrzyłem, widziałem tylko to samo hałaśliwe miasto. „No coż, wzrok masz dobry, ale nie widzisz Śnienia. Biali ludzie nie widzą Śnienia, ale i tak je czują. My, Aborygeni, rozbijaliśmy obóz w miejscu, gdzie teraz jest centrum miasta; tam właśnie jest najsilniejsze Śnienie. Victoria Square to cudowne miejsce i dlatego biznes tak dobrze tam prosperuje
.
     Wstrząsnęło to mną i sprawiło, że moja świadomość otoczenia ulega przemianie. Zorientowałem się, że patrzyłem na miasto przez szkła doświadczeń i wychowania typowego dla obywatela USA. Aż do spotkania z tym mądrym człowiekiem, mając możliwość wyboru, wolałem unikać miast i przebywać na wsi. Wujek Lewis uświadomił mi, że cuda natury, których poszukiwałem na łonie natury, były tuż przede mną, w centrum zabieganego miasta. Śnienie jest zawsze obecne. Jest niczym aura lśniąca wokół przedmiotów i wydarzeń, które nazywasz codziennym życiem.

Arnold Mindell, Śnienie na jawie,
KOS, Katowice 2004.

Tak, na terenie siłowni jest mocne Śnienie, które rozwija się z łatwością w potrzebę zadbania o swoje ciało. Ćwiczy się wręcz mistycznie. ;)

Na koniec, zupełnie poza wszystkim, gdy już opuszczałam przybytek kształtowania ciał zobaczyłam napis, pod którym podpisuję się obiema rękami, nogami, sercem, duszą:

one life. live it well.

Taki mam zamiar! Od wielu, wielu lat.

piątek, marca 04, 2011

194. Yuppie to od wczoraj też ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie szykowałam się do żadnej podróży. Nie kupiłam żadnego biletu. Nie wpadłam w znany mi dobrze i uwielbiany stan blondynki w rozterce, która musi spakować wszystko co ma do jednej torby, bo wszystko jest zwyczajnie niezbędne. Nie udałam się na żaden dworzec. Moje ciało nie przeszło przez żadną bramkę na terenie portu lotniczego.

Mimo tych wszystkich „NIE”, w ciągu ułamka sekundy, wylądowałam za oceanem, wśród stada Yuppies, na planie filmowym amerykańskiego filmu o kulcie ciała. Zaraz przypomniał mi się jeden z moich ukochanych filmów z Barbrą Streisand „Miłość ma dwie twarze” (Mirror has two faces).

Wydawało mi się, że wisienką na torcie dnia wczorajszego będzie wizyta u Pana Osteo. Wyszłam od niego, jak zwykle obita, ale w cudownym stanie a tu proszę... sprawy, w przeciwieństwie do mojego metabolizmu, przyśpieszyły, wręcz nabrały zawrotnego tempa.

No więc, za oceanem, choć nigdzie nie leciałam, siedziałam przy stoliczku i dojrzewałam do myśli, że przez tę cholerną podróż --- której przecież nie planowałam --- nigdy już nie będę starą, dobrze znaną mi Jabłonią. Podpiszę dokument i będę kimś innym. Kim? Siedziałam i zastanawiałam się nad sobą. Wszystkie ostrzegawcze żaróweczki rozbłysły w mej głowie. Kim ja właściwie w tej chwili się staję? Gapiłam się w jeszcze obcą mi przestrzeń, aby choć trochę ją oswoić i wyleźć z szoku poznawczego. Obok przemykały panie i panowie. Wchodziły jedne garnitury, wychodziły inne. Ciała, ciała i jeszcze raz ciała. Rozdzielone maszynami, które, z prawie niesłyszalnym pomrukiem zadowolenia, o te ciała dbały.

No... i... No, tak. Sadownik wywalczył lwią zniżkę i... podpisaliśmy wczoraj umowę cywilno-prawną dotyczącą siłowni. Maszyny będą rozpieszczać i nas. Wszystko w nagrodę za to, że jeszcze żyjemy. A potem każde z nas będzie wygrzewać się w saunie. No... sama nie wiem... ale podpisałam... na rok! Czy moje bicepsy, tricepsy, mięśnie czworogłowe ud mają pojęcie ile to jest rok? Nieważne, dowiedzą się...

Wszystkiemu, oczywiście, winna jest Heńka. Gdyby jej nie było, nie pociągnęłaby mojego nędznego kręgosłupa. Gdyby nie pociągnęła mojego kręgosłupa, nie znałabym nawet słowa osteopata. Gdybym nie poznała Pana Osteo, Sadownik nigdy by do niego nie trafił. Gdyby Sadownik nie trafił do Osteo, nie byłoby całego zamieszania z siłownią. Tak właśnie Heńka uczyniła nas świeżutkimi Yuppies. Już pisałam, że pies niczego nie zmienia... pies zmienia wszystko, zwłaszcza jak jest suczką! Będziemy z Sadownkiem jak Barbra zasuwać po bieżni... żeby tylko... Tak czy inaczej, obejrzę sobie po raz setny Barb(a)rkę, postanowiłam.

Barbra Streisand & Bryan Adams,
I Finally Found Someone.

środa, marca 02, 2011

193. Zaczarowany Świat

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dlaczego nie jestem pijaczką? Zapytano mnie. Zgłupiałam. Dlaczego ktoś miałby chcieć być pijaczką? Ludzie marzą o różnych rzeczach, sławie, pieniądzach, szczęściu... Czy można marzyć o byciu pijakiem? Można, bez względu jak bezsensowne wydaje się to na pierwszy rzut oka. Wystarczy zmienić perspektywę i być… osobą terminalnie chorą.

Jak zwykle, moi Pacjenci to najwięksi Nauczyciele, jakich spotykam na swej drodze. Znów przytrafiła mi się szybka lekcja Piękna, jakim jest Życie samo w sobie. Jeszcze w zeszłym tygodniu narzekałabym, że muszę iść i tu i tam, zrobić to i owo a tak bardzo mi się nie chce. Śrubki w głowie potrząśnięte. Może i muszę, choć właściwszym byłoby napisać, że chcę. Najważniejsze jednak, że mogę to zrobić. Gdy uświadamiam sobie jakim cudem jest „móc” to Świat natychmiast wygląda na zaczarowany...

A Heńka na to, jak zwykle z niewyczerpywalnym, psim entuzjazmem: mój Świat jest zawsze czarująco zaczarowany! Czy muszę pisać, że jest cudnie dzielić Świat z taką Istotą, co zaraża uśmiechem od ucha do ucha, od rana do wieczora?

wtorek, marca 01, 2011

192. Burżujem jestem!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Tak. We wtorki w tym semestrze jestem burżujem, bo otwieram oko dopiero o 6.30. Dzisiaj z radości posiadania takiego bogactwa wyskoczyłam z łóżka, jakbym spała do jedenastej. Kudłata była zachwycona. Poszłyśmy na dwór, gdzie trafił nam się nie lada bonus, gratis, coś całkiem ekstra --- czarne zabawiło się w berka z czarnym. W małym parku spotkałyśmy dwie duże kawki. Heńka z wrażenia wyhamowała i podziwiała. Ptaszki łypały na Heńkę. Heńka łypała na ptaszki. Ów pojedynek na miny trwał dopóki mięśnie psich kończyn nie porwały kudłatego ciała do przodu ku piórom. Zwykle jest to już koniec opowieści, ale nie dziś. Owe kawki, niczym ptasie, wyzwolone feministki z uporem maniaka parkowały swoje ciała dwa metry od Heńki udając, że nic się nie dzieje. Heńka patrzyła, zrywała się, ptaki podrywały się do lotu. Sierściuch zatrzymywał się, ptaszki podlatywały, lądowały i udawały, że wcale na Heńkę nie patrzą. Niutka była w miłym, poznawczym szoku. Cała procedura powtórzyła się kilka razy. Przyjemnie było na to patrzeć jednocześnie wygrzewając się w słonku. Dopiero gdy wracałam, uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy w tym roku nie założyłam rękawiczek, tylko niosłam je w dłoni. Zapachniało wiosną. Do burżuja to i wiosna ma jakoś bliżej…

czwartek, lutego 24, 2011

191. Człowiek — psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Opadły mi dziś ręce. Od 1 marca do 31 października psom na plażę w Sopocie wstęp wzbroniony. Nie o Sopot mi chodzi. Martwi mnie sama w sobie ciasna idea ciasnych umysłów radnych ciasnego miasta, która może w dalszej perspektywie okazać się zaraźliwa. Rozumiem, że w marcu, kwietniu, wrześniu i październiku zacni ludzie tłumnie kąpią się, opalają i dbają o czystość polskiej plaży, nie wyrzucając nigdy za siebie puszek, opakowań plastikowych, flaszek, petów. Zacny naród, tylko czemu odechciewa mi się do niego należeć?

Smutno mi tym bardziej, że straż miejska w Wawie od dwóch dni nie ma co robić i gania właścicieli labradorów za... brak kagańców. Heniuśka, nie uśmiechaj się do kretynów! Ona głupia się uśmiecha... ręce opadają... tylko kaganiec ją z tego uśmiechu i nieskończonej wiary w ludzi może wyleczyć. :(

środa, lutego 23, 2011

(189+1). Zakrzywianie czasoprzestrzeni

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Na nasze życie największy wpływ mamy my sami. Wygodnie jest przynajmniej tak myśleć, bo daje to ułudę względnej sterowalności. Jeśli chodzi o „wpływ” pomińmy rodzinę, kochanych i nienawidzonych, obecnych, byłych i może przyszłych. Są jednak tacy ludzie, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że zmienią nasze życie na zawsze. Więcej, oni najczęściej nie wiedzą, że mieli niebagatelny wpływ na to, co zrobiliśmy z naszym życiem. Jeśli o mnie chodzi, orientacja, że ten czy tamten człowiek był właśnie z tej puli ludzkich istnień, następuje dopiero po kilku latach klarowania się faktów.

Z Brrr, jak już usiądziemy przy kawie, prowadzimy wiele rozmów, które niby się kończą, ale często niczym kręgi na wodzie dotykają czegoś w mojej głowie, o czym dowiaduję się zwykle kilkanaście godzin później. Nie mogło być inaczej wczoraj. Tym razem rzecz dotyczyła owego dziwnego gatunku człowieka, który pojawia się bez etykietki a po latach okazuje się Katalizatorem Wielkiej Zmiany obleczonym w ludzką skórę.

Na piątym roku studiów miałam przedmiot „Jakość oprogramowania”. Nie było książek. Nie było wiadomo, co gość chce. Trzeba było chodzić na wykład. Wykład potwornie chaotyczny, inżynieria filozofii lub filozofia inżynierii w zależności od nastroju wykładowcy. No i pękłam. Facet powiedział coś, co spowodowało, że nie mogłam go już dłużej słuchać: „Jakość oprogramowania mierzy się stosunkiem liczby błędów wykrytych do liczby wszystkich błędów”. Matematyczna część mnie wcale nie chciała się śmiać, ona postanowiła nie oglądać owego faceta już nigdy na oczy. Na fali „liczby wszystkich błędów” poszłam w odpowiednie miejsce, wypełniłam wniosek o wyjazd i jak ślepa kura co grała w totka trafiłam. Po czterech miesiącach od owego feralnego wykładu nie słyszałam języka polskiego. Żyłam w diametralnie innym świecie, choć wciąż była to Europa. Poza merytorycznymi rzeczami, dużo ważniejsze było to, że wyleczyłam się z kompleksu centymetrów nadmiarowych. Więcej, żyłam w kraju, w którym pięknem absolutnym są kobiety z błękitnymi oczami. Po raz pierwszy w swoim życiu byłam piękna i ku memu zdziwieniu okazało się, że to ma również swoje cienie. Wróciłam do kraju inna. Ów Profesor nigdy pewnie nie pomyśli jak wiele dobrego zrobił dla mnie wypowiadając jedno zdanie, z którym żaden prawie magister inżynier zgodzić się, nawet w ramach eksperymentu, nie może. To było bardzo, bardzo dawno temu. Za tydzień zaczynam letni semestr. Ciekawe, ale i obezwładniające, czyje życie zmieniłam, zmieniam, zmienię ja... strach się bać.

W podawanych w piątek wiadomościach radiowych moją uwagę przykuł fakt, że Politechnika Gdańska postanowiła w nadchodzącym roku akademickim wydłużyć każdą godzinę zajęć (45 min) o 3 minuty. W efekcie da to... skrócenie roku akademickiego o dwa tygodnie. Zamyśliłam się, policzyłam... jak w mordę, dokładnie dwa tygodnie zyskują w ten sposób. Na coś takiego wpaść może tylko inżynier --- pomyślałam z dumą. Genialne w swej prostocie. Prostota tak prosta, że granicząca z idiotyzmem, bo czy ma to jakiś sens, skoro studenci pierwsze dwie minuty zajęć wchodzą, siadają, wyciągają przybory, zeszyty, laptopy itd. Z drugiej strony, pomyślałam, jak niesamowita jest moc 3 minut. Zakładając, żeby było łatwiej liczyć, dziesięć godzin pracy dzienne, mówimy o 30 minutach na dobę. Tylko pół godziny dziennie! Gdyby poświęcić taki czas na to co zawsze chciało się zrobić, ale ciągle odkłada się to na później, na lżejsze czasy, na potem, być może na wieczne nigdy, choć niezmiennie jest to całkiem spore marzenie... Prawdziwa inżynieria filozofii życia!

Jedno z drugim łączy klamra postaci. To Profesor od „liczby wszystkich błędów” zarządził „piłkarskie” 3 minuty, by Euro mogło mieć politechniczne akademiki dla siebie. Po raz kolejny ów człowiek zmienia mi perspektywę postrzegania. Trzy minuty to cholernie dużo czasu! Teraz wiedzą to nie tylko jajka gotowane na miękko, ale wiem to również ja! Eksperyment przyszedł mi na myśl: każdego dnia przeżyć świadomie 30 minut w opozycji do biegania tu i tam, załatwiania tego i owego, planowania, urzeczywistniania. Będę musiała pogadać z Heńką, bo coś mi się zdaje, że dla niej to żaden problem nawet przez 24 godziny na dobę.

wtorek, lutego 22, 2011

189. Historie kołem się toczą

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Około trzydziestu lat temu... długo trwało zanim się doliczyłam. U mojej Babci nagle rodzinnie zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, gdzie jest nasz pies. Okazało się, że suńka oglądała komórkową wersję „Planette” nadawaną w czasie rzeczywistym --- komórka miała wtedy inne znaczenie. Obok domu, w którym mieszkali Dziadkowie był solidny budynek z komórkami gospodarczymi. Jeden z sąsiadów hodował tam króliki. Sunia zahipnotyzowana siedziała pod siatkowymi drzwiczkami i oglądała niemający końca serial.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy Heńka wyodrębniła z tła istnienie drzwi balkonowych. Doceniła je i często pod nimi przesiaduje oglądając swój analogowy, wiecznie włączony kanał telewizyjny. Głowa chodzi z lewej na prawą z dołu do góry... Przelatujące ptaki trzeba pilotować. Konika, który każdego ranka idzie do pracy na Starówkę, trzeba wzrokiem odprowadzić. Furorę wzbudzają przechadzające się po balkonie wróble. Sierściuch rozczula mnie swoim istnieniem najbardziej, gdy czasem, w pełnej zadumie przygląda się wędrującym po niebie chmurom. Skąd Padalec wie, że ja też to lubię robić? Uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę przylepiony do szyby psi nos. Śladów już nikomu nie chce się ścierać.

Około dziesięciu lat temu... może dwunastu... w pięknie, niekryzysowo wydawanej jeszcze wersji Dużego Formatu czytałam artykuł Adama Wajraka. Wycięłam go nawet i gdzieś w Przytulisku jest. Rzecz dotyczyła wydry, którą mieli chwilowo na stanie. Wspaniałe zdjęcia zachwyconego życiem stworzenia i cudnie opisane kłopoty jakich było twórcą. Otóż, owa wydra pewnego magicznego dnia nauczyła się odkręcać kurki kranów w łazience czyniąc fantastyczne powodzie ku swojej, nie do opisania, radości.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy kilka dni temu Heńka wycięła numer. Od początku... Dawno, dawno temu zauważyliśmy, że picie wody z miski jest dla Kudłatej fajne, ale dotykanie strumienia wody, gdy wlewamy wodę do miski jest dużo fajniejsze. Powolutku zaczęłam Heńkę oswajać z brodzikiem kładąc w nim słuchawkę prysznica z lecącą wodą. Niutka nie była skora do eksperymentów tak od zaraz, jak to zwykle ma w naturze, bo kabina prysznicowa kojarzy jej się z osobistym znikaniem z powodu kąpieli. Chyba szampon psi ma na nią podobny wpływ jak elektrowstrząsy na człowieka. Traci Psina tożsamość, nie wie kim jest, traci pamięć tego, w czym się ostatnio wytarzała, kto ją ostatnio zdominował. Całą historię osobistą trafia szlag a tego nawet psy nie lubią. Jednak powolutku, bez zmuszania, woda leciała a w Suni rosła fala zaciekawienia i stało się. Wchodzę do łazienki a Heńka nie tylko opita jak bąk, ale bawi się w badacza stojąc łapami w wodzie z pochyloną i kiwającą się głową. Odkryła bowiem, po kilku dniach użytkowania prysznica jako wodopoju, że brodzik ma otwór, wokół której wiruje woda, która gdzieś znika. Nie mieści się to w Heńkowej głowie... studiuje więc z zapałem a Sadownik zaciekawił się i zadał zadanie: o ile zwiększy się liczba zużywanych metrów sześciennych wody w Przytulisku od wodnych eksperymentów badawczych i nawadniania psiej Duszy.

poniedziałek, lutego 21, 2011

188. Przykazanie nowe dano mi

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Nie, nie jestem katoliczką, ale też nie jestem ani z Marsa, ani z Wenus. Wyrosłam w katolickim kraju. To jest we mnie jak osad, jak część kamienia węgielnego mojej osoby.

Na wspomniane przykazanie patrzyłam do tej pory na dwa różne sposoby. Pierwszy, życzeniowy, żeby to się nigdy nie spełniło! Dlaczego? Mam świadomość, że często (eufemizm?) traktuję innych ludzi dużo lepiej niż samą siebie. Nie wiem, czy bardzo się pomylę, jeśli napiszę, że najprawdopodobniej wielu ludzi też ma taką jak moja przypadłość. Innego łatwiej usprawiedliwić, zrozumieć, wybaczyć, bo przecież nie chciał, nie wiedział, na pewno ma trudności... a ja... o, zgrozo, jak można było taką głupotę walnąć, jak można było nie wiedzieć, jaką trzeba być idiotką by powiedzieć o te trzy słowa za dużo, no jaką! Dziękuję tym z ludzkiej populacji, którzy mają tak jak ja i nie traktują innych jak siebie samego. Gdyby nie oni mielibyśmy piekło na Ziemi bez potrzeby bycia najpierw martwym.

Drugi sposób to makabryczna konstatacja. Jednak są tacy, którzy są dla innych dokładnie tak samo okrutni jak dla siebie, wymagają od innych tak jak od siebie niemożliwego... namacalnym dowodem dla mnie są wojny, terror i niezmącone wątpliwością poczucie wyższości własnej religii nad innymi. Czy Siła Wyższa miała ochotę obejrzeć taki eksperyment jako nie tylko myślowy?

W weekend, który minął byłam na warsztacie z Pracy wewnętrznej. Jedno z ćwiczeń przenicowało mnie w całej mej rozciągłości. Jest taki punkt, z którego gdy patrzę na psychologię procesu, to widzę ogromne umiłowanie przeciwieństw i ich całkowitą akceptację. Przeciwieństw, które nigdy, ani na chwilkę, ze sobą nie rozstają się. Miłość i nienawiść, dobry i zły, sprawiedliwe i niesprawiedliwe, silna i słaba. Sztuką jest dostrzec, że w miłości jest odrobina nienawiści a w nienawiści szczypta miłości. Wielką zaś Sztuką jest zaakceptować to i wykorzystać by wzrastać.

Do tej pory w swoim życiu nauczyłam się doceniać tych ludzi, którzy sprawiali lub sprawiają mi problem, bo zawsze na końcu okazuje się, że właśnie ci ludzie, jak katalizatory, popychają mnie do nauczenia się czegoś nowego o sobie, o świecie, do zdobycia nowej umiejętności, do poradzenia sobie.

Weekend, który minął, pozwolił mi docenić tych, którzy mnie nie lubią. Tak jak są role „kochająca” i „nienawidząca”, „silna” i „słaba”, tak w tym przypadku są dwie role „lubię Jabłoń” i „nie lubię Jabłoni”. Gdy jest przynajmniej jedna osoba, która mocno zajmuję rolę „nie lubię Jabłoni”, mi nie pozostaje nic innego jak stanąć w drugiej, niezajętej roli i „lubić”. Stanąć za sobą, poczuć siłę prawd, w które wierzę, poczuć, że na ten moment jestem dokładnie takim człowiekiem jakim chcę być. A gdy lubi się siebie choć troszkę łatwiej się zmieniać, łatwiej wiedzieć w jakim kierunku chce się iść. Efekt jest taki, że jestem dziś jak uderzona łomem, dziękuję każdemu, kto mnie nie lubi, nienawidzi może. Od wczoraj chodzę i myślę: „potrzebuję was, by być wyrazistą”. Skrócone „kochaj bliźniego swego” uległo transformacji w „kochaj każdego wroga swego, bo dzięki niemu łatwiej ci być takim jakim jesteś”. Czy taki chcesz być to już inna kwestia...

piątek, lutego 18, 2011

187. „Pochwal się”, czyli Facet-Wyzwanie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Gdy w środku semestru studenci zmęczeni są tempem a czasem samym faktem, że czegoś od nich chcę, używam „wytrychu”, który niezmiennie działa. Mówię: „Mają państwo ze mną tylko semestr, a mój mąż ma dożywocie”. Natychmiast grupa znajduje w sobie całkiem sporo wiary w to, że semestr to nie wieczność i jakoś dadzą radę. Wartością dodaną jest jęk współczucia kierowany ku nieobecnemu Sadownikowi. Ten jęk pojawia się zawsze. Nie wiedzieć czemu bardzo lubię ten przejaw męskiej solidarności i damskiej empatii. Uwielbiam przez chwilę poczuć się prawdziwą Cholerą w tym Związku.

O czym studenci nie wiedzą, to o fakcie, że życie z Sadownikiem to prawdziwe Wyzwanie. Wspominam o tym, bo zabił mnie wczoraj bez znieczulenia. Rozmawialiśmy wieczorem o wpisie (183+3). Jak się mamy z głupim i mądrym chwaleniem, z kulturowym aspektem chwalenia jako takiego. I... zastrzelił mnie pytaniem... no, to powiedz mi, z czego jesteś dumna w swoim życiu? Padłam a Heńka na to, trzymając sztamę ze swoim Panem: Noooo, z czego?

czwartek, lutego 17, 2011

(183+3). Chwalić? Chwalić!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dwunożne Stada pochodzą z różnych domów. Jednak jedna rzecz w tych domach była identyczna. Wiara w słuszność tezy, że dzieci nie należy chwalić, ponieważ od chwalenia dzieci się psują. Wiarę poparto empirią i jako produkt owego przekonania ruszyliśmy w świat, jak sporo naszych rówieśników, z poczuciem własnej wartości na poziomie –5 w skali od 0 do 10. Gdy byliśmy mali, być może termin „poczucie własnej wartości” (PWW) w ogóle nie istniał a i teraz wydaje się nowomodnym zbytkiem psychologicznym, który niechybnie przybył do naszego kraju wraz z wieloma beznadziejnymi amerykanizmami.

Myślę o chwaleniu, gdzieś z tyłu głowy, od początku tygodnia, gdy moja Pacjentka powiedziała: „jesteś moim poniedziałkiem”. Zmusiła mnie tym samym do zastanowienia się, co ja takiego robię i jak to robię, że między nami jest tak jak jest. I... doszłam do wniosku, że warto pamiętać, że chwalić można głupio i mądrze... również dorosłych.

Głupio chwalić, czyli chwalić za coś, na co nie mamy specjalnego wpływu: „słonko, jaki piękny masz zarost”, „skarbie, jakiś ty inteligentny”, „och, jakie masz piękne oczy”.

Mądrze chwalić, czyli chwalić za akt, działanie, wykonanie od A do Z, za coś na co osoba chwalona miała wpływ: „słonko, jak pięknie przyciąłeś sobie brodę”, „skarbie, jak świetnie rozplanowałeś rozłożenie tych rzeczy”, „och, jak pięknie pomalowałaś dziś oczy”. W tym przypadku Obiekt Chwalony wie, że dobrze przycina i planuje. Więcej, może nawet pokusić się o pracę nad jeszcze lepszym przycięciem czy rozplanowaniem.

Myślę o chwaleniu nie tylko w kontekście reperowania osobistych kont PWW każdego ze spotykanych w życiu ludzi, ale również w kontekście dostrzegania, że naprawdę dużo potrafimy. Wiara w to, że tak właśnie jest (potrafimy!), sprawia, że możemy teleportować się z lokalu, który mieści na ulicy Niemogętnych Niedowiarków 7 do lokalu na ulicy Dam Radę Pięknie 13. To naprawdę daje moc! Jest tylko jeden minus takiego wywrotowego podejścia... możemy zrobić się przez takie podejście mniej pechowi, mniej marudni, mniej polscy po prostu.

Moja Kuchnia podjęła to ryzyko i nie informując mnie o tym, przeniosła się do dzielnicy CoDziśPysznegoRobimy. Myślę o chwaleniu między jednym krojonym warzywkiem a drugim. Pochwalić, docenić... na samą myśl robi mi się cieplej, pewniej, „możliwiej”... Dziś, czy i jak pochwaliliście kogoś mądrze?

środa, lutego 16, 2011

185. Odnaleziony José

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Odcień wiary
______ w sens tego, co się robi?
______ w ludzi wokół?

Barwa sensu
______ pojedynczego ludzkiego życia?
______ jednego, przeżytego dnia?
______ odwzajemnionego uśmiechu obcego człowieka?

Kolor pasji?

Tylko jedna odpowiedź:
José González, Heartbeats + kulki + ludzie, kryjący się za kulkami

Nie zagubić wiary!
Nie stracić sensu!
Nie porzucić pasji!


Sony BRAVIA Advert, Bouncy Balls.

184. Lamborghini czy Porsche? BMW!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Uwielbiam pić kawę w i-COFFEE w Arkadii i patrzeć na przemykające tłumnie twarze. Grymasy, drobne ruchy mięśni policzkowych, zalążki uśmiechów. Wszystko to, swoista feeria barw, opowiada historię widzianych przez chwilę ludzi. Twarze wciąż rozmawiają same ze sobą, coś komuś komunikują, próbują znaleźć konsensus, przyjrzeć się możliwościom a może nawet ostro się z kimś pokłócić. Nieprzeliczalna ilość możliwości maluje się na wielu twarzach, które obserwuję. Kiedyś lubiłam zastanawiać się jaki jest człowiek z taką a nie inną mimiką twarzy? Jaki ma teraz problem? Co go uszczęśliwia?

Teraz, najbardziej lubię obserwować twarze należące do ludzi, którzy znajdują się w takich społecznych rolach, których w tym życiu nie zaznam. Na przykład, twarz pędzącego finansisty lubi mówić głośno i natarczywie, by przekrzyczeć luksusową teczkę, garnitur i buty, by zostać choć przez chwilę zauważonym przez twarzowłaściciela. Twarze prezesów nie rozumiejących słowa „nie” zmagają się z milionem problemów do rozwiązania. Mężczyźni... Nie będę w tym życiu mężczyzną. W tym życiu jestem z Mężczyzną.

Do puli twarzy ról niemożliwych należą również twarze matek małych dzieci. Te twarze zadziwiają swą ekspresją i różnorodnością. Bywają z grymasem zmęczenia. Bywają szczęśliwe, pomimo zmęczenia. Bywają z naniesioną złością, której jest dziesięć razy więcej niż kilogramów malucha. Na widok takiej twarzy ze smutkiem myślę o tym, że najprawdopodobniej ów maluch był wyczekany, wymarzony, słodkie ciałko, które miało odmienić życie. Odmieniło.

Bywają też twarze kobiet, które w sposób szczególny przyciągały moją uwagę. Do wczoraj nie wiedziałam o co chodzi. Czym jest to „coś”, co mnie prawie hipnotyzuje? Poczuciem wyższości, spełnienia, perfekcyjnej znajomości największej tajemnicy świata? Dlaczego nie umiem nazwać tego drobnego „czegoś”, co zmienia ich rysy twarzy? Mam! Przemknęła wczoraj obok mnie kobieta-matka. Pchała przed sobą wózek. Jej twarz wyglądała jakby należała do dumnej posiadaczki różowego Lamborghini (dziewczynka) lub błękitnego Porsche (chłopiec). Fajna ta duma! Dumna duma! W tym życiu pozostanę przy mojej skromnej, ale dumnej miłości do BMW.

wtorek, lutego 15, 2011

183. Kulinarna psychoza

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kuchnia i Dwunożne Stada długo nie mogły się spotkać. Niektórzy żywili nadzieję, że z czasem poślubnym może jednak doszlusujemy do peletony społecznego. Miesiąc po ślubie, sto lat temu, otrzymałam na imieniny książkę kucharską, w której obiecywano, że wykonanie każdego przepisu zajmie maksymalnie 30 minut. Była więc i wiara, że może damy radę pół godzinki odstać przy garach. Nienawidzę kolorowych, pięknych książek kucharskich, bo trudno się najeść ilustracjami a to, co ugotowane rzadko przypominało obietnicę smaku, jaką roztaczały wokół siebie piękne fotografie znajdujące się obok przepisu. Pomijam wkurzające „doprawić do smaku”. Jeśli nigdy nie jadłam potrawy, skąd mam wiedzieć jaki jest jej smak? Ciężki przypadek otępienia kuchennego.

Wkład wspomnianej książki kucharskiej w rozwój kulinarny Stada ograniczył się do rozwoju słownika używanych fraz. Są takie chwile w życiu człowieka, że coś by zjadł, ale nie wie co. Właśnie w takich momentach raczymy się nawzajem tekstem: „jeżowców z kawiorem mi się chce” i wiadomo, że to właśnie ten stan chcicyNaNieWiemCo. Przepis na to danie nadal mamy. Wciąż nie wiemy jak wyglądają i gdzie można kupić jeżowce. Co gorsza, niezmiennie nie chcemy się dowiedzieć. Ale, ale...

Stało się. Pan Osteo w zeszłym tygodniu wyłączył mi moduł ze słowami. Uciekały ode mnie, trzymały się z daleka i nawet dwóch spójnych zdań nie udało się zapisać. Co Pan Osteo nacisnął, nie mam pojęcia. Porobiło się --- kuchnia przyjacielem mym. Wyrażam swoje istnienie garami. Zimno, więc zachciało się zup, po których długo jest ciepło. Padło na małą książeczkę, którą odkrył przed nami mój Tata serwując pieczarkową z pęczakiem. Była pieczarkowa, była cudna złotożółta zupa warzywna z zieloną soczewicą.

Kulinarny postęp w mym życiu, pomijając głodnego Sadownika, wspierają mężczyźni. Jeden z moich studentów podsunął mi kiedyś pod nos nazwisko Łebkowskiego jako autora genialnych książek kucharskich. Daje radę mój student, dam i ja! Z pomocą owej książki, pojawiły się łazanki ze słodką kapustą i grzybami --- wspomnienie sprzed dwudziestu lat ożyło, smak ten sam, tylko najeść się można było do bólu. Raj!

Dziś nie poznałam siebie. Zachwycona kupowałam przyprawy w Kuchniach Świata. Garam Masalę kupił Sadownik w zeszłym tygodniu. Dziś dołączyły do nas pasta z chilli, curry i... na obiad (z małej książeczki) ostra zupa ziemniaczana z ciociorką i groszkiem oraz awaryjnie coś swojskiego: serowe racuszki. Boże, niech ten kulinarny szał mi minie do końca przerwy międzysemestralnej...
...a myśli już krążą wokół wołowiny w sezamie...
...czy ja oszalałam?

poniedziałek, lutego 14, 2011

182. Walentynek 2011

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik podsumował wczoraj wieczorem, że Kudłata zanotowała na swoim koncie (trzynastego lutego) dwa sukcesy: kupa na trawie i iPod na chodniku.

Pierwszy sukces wynikał z próby reedukacji, jakiej Młoda jest poddawana. Nauczyła się, że kupę należy robić na asfalcie, trylince, ścieżkach. Ponieważ to nasz pierwszy pies w życiu, gdy uczyła się trudnej sztuki kontrolowania zwieraczy, cieszyliśmy się tym, że zaczyna rozumieć, że dom to nie toaleta i w tej radości umknął nam malutki detal, że robienie na trawnikach ma jednak pewną przewagę nad załatwianiem się na ciągach komunikacyjnych. Owa wyuczona przypadłość Heniowa daje nam się ostro we znaki w przypadku biegunek. Choć nie znam ani jednego mocnego, któremu udałoby się to pozbierać, znam już kilka pań, które wrzeszczeć potrafią, że kto to słyszał, żeby pies...

Drugi sukces wynikał z siły jakiej użyła Kudłata wobec wcale Nie-Ułomka Sadownika, który robił naraz dwie rzeczy: prowadził psa na smyczy i nastawiał sobie i-poda. Nie wiedzieć czemu, Heńka postanowiła pokazać Sadownikowi, że mu się tylko wydaje, że prowadzi psa. Przez chwilę wzięła sprawy w swoje łapy i przewodziła niekompletnemu Stadu... pociągnęła... Sadownik przewrócił się... iPod wysunął się z jego rąk i zginął śmiercią tragiczną.

Wynurzając się z oparów konsekwencji istnienia dnia wczorajszego, z samego rana złożono mi życzenia:

Walentynek 2011:
Bardzo Cię kocham. Nawet jak TWOJA suka uśmierca MOJEGO iPoda.

Pies jest nasz, ale czasem wraca do nas filozoficzne pytanie, która część psa jest czyja, gdyby trzeba było się podzielić?

wtorek, lutego 08, 2011

181. Upajam się

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Upajałam się. Upajam się. Za godzinkę przestanę.

Upajam się tęsknotą. Chatka lśni i czeka. Kudłata też jakaś poruszona, jakby wiedziała. Czekamy obie na Sadownika. Tęsknota przeradzająca się w czekanie, które ma swój określony kres, to fantastyczna rzecz. Pławię się w niej z ogromną przyjemnością.

Dziś byłam na obronach. Bronił się student, którego pamiętam z pierwszego roku jako taką sierotkę Marysię w męskim, naprawdę makabrycznym, wydaniu. Oniemiałam, patrząc jak prezentuje swoją pracę. Co mogą zrobić z człowiekiem trzy lata! Cudownie było patrzeć jak pięknie się zmienił, jaką fajną, przebojową osobą się stał. Czas... magiczny przyrząd do zmieniania nas na lepsze — tylko używać i w żadnym razie nie martwić się o zmarszczki. W końcu te mimiczne świadczą tylko o bardzo udanym życiu, w którym śmiejemy się i uśmiechamy często a nie tylko troszkę, jak na lekarstwo.

Od patrzenia na umytych, ogolonych i w gajerkach studentów zatęskniłam jeszcze bardziej za moim Garniaczkiem, który stanie w drzwiach już niedługo...

sobota, lutego 05, 2011

(179+1). To nie bajka, to zakaz płaczu

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

I pomyśleć, że to moja ostatnia wolna sobota w tym miesiącu. Sadownik „wyjechany”. Do lasu nie, bo chlapa. Do parku rzadziej, bo bajka. Nie pozostało nic tylko uciec z bajkowego w filmowy świat. Wyjęłam z archiwum jeden z moich ulubionych filmów (Książę Przypływów) z moją ukochaną aktorką. Uwaliłam się wygodnie i obejrzałam od deski do deski delektując się prawie każdą sceną.

Przy okazji tego łóżkowego pokazu dowiedziałam się, że w Przytulisku jest całkowity zakaz płaczu. Nie można płakać nawet na filmie. Poryczałam się jak zwykle w dobrze znanych miejscach. Nie miało kompletnie żadnego znaczenia to, że oglądałam ten film nasty raz. Ryczałam a Heńka z uporem maniaka pocieszała. Nie pomogło tłumaczenie, że to tylko filmowa fikcja. Pocieszanie i prośba o przestrzeganie zakazu były realne.

Barbra Streisand,
Places that Belong to You.

179. Bajka o zasranym świecie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dawno, dawno temu... czyli wczoraj... cały świat pokryty był śniegiem. W nocy, z nieudanej balangi wracała wkurwiona, zła wróżka i zabrała wszystko, cały śnieg. To, co wylazło spod śniegu woła o pomstę do nieba. Świat pieprzonych wielbicieli zwierząt!
(1) Wszędzie psie kupy.
(2) Wszędzie suchy, spleśniały już, chleb dla ptaków.

Kudłata w przeciwieństwie do mnie uwielbia każdą bajkę, byle opowiadaną na dworze.
Ad. 1. Wciąż uśmiechnięta ma chyba wbudowany wykrywacz produktów psiej przemiany materii --- nigdy w nic nie wdepnęła. Ja wręcz przeciwnie --- będę miała chyba cholerne szczęście, bo zaliczyłam dziś ze cztery kupska.
Ad. 2. Heńka, oczywiście, doskonale pamięta, gdzie suchy chleb pojawił się choć raz. Ja, pozostając bez pamięci w tym względzie, marzę by nie skończyło się u weta.

W tej nędznej bajce, to ja jestem najczarniejszym charakterkiem, co nie umie cieszyć się życiem. Wybiłabym każdego niby-wielbiciela, który nie sprząta po swym pupilu. Wytłukłabym tych, co myślą, że suchy chleb to dobroć ludzkiego serca darowana ptakom. A niech to...

...a Heńka na to:
     — Ulżyło, jak sobie popisałaś?
     — Trochę.
     — To co, idziemy na dodatkowy spacer?
     — Mowy nie ma.
     Dałam Cholerze suszony świński nos. W końcu to nie jej wina, że musimy troszkę pożyć w tej bajce...

piątek, lutego 04, 2011

178. Damski terror

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

     — Na spacer?
     — Przecież dopiero co wróciłyśmy.
     — Bo... bo spacer dobrze by ci zrobił.
     — Za jakiś czas.
     — To może gryzak?
     — Dostałaś wczoraj, poszukaj go sobie.
     Po chwili Kudłata wraca z miną nieszczęśliwca i stwierdza:
     — Nie mogę znaleźć.
     — Zapamiętaj, w tym domu mistrzostwo świata w kategorii szukania bez sukcesu to mam ja.
     — Mistrzyni, to może spacer?
     — Nie pytałaś mnie o to minutę temu?
     Są pytania, na które Heniuta nie zwykła odpowiadać, których nie chce nawet rozumieć, więc szybko zmienia temat na jedyny słuszny:
     — Naprawdę, jakaś blada dzisiaj jesteś. Pomyśl... spacer to dobry pomysł...
     Jabłoń już tylko jęknęła.
     — Już wiem! Dłuuuuugi spacer to byłoby najlepsze dla ciebie lekarstwo.
     — Nie zauważyłaś, że wieje, leje i jest zimno?
     — To ty już nie chcesz rosnąć na deszczu? — zapytała ze zdziwieniem Kudłata.
     — Nie, Heniu, już nie.
     — To chodź, pójdziemy na dwór wyrzucić smutki z twoich kieszeni, duszy i serca.

Poszły,
wyrzuciły,
wróciły,
idą poczytać w łóżku.
Amen.

czwartek, lutego 03, 2011

(173+4). Ćwiczenie z synchroniczności

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie wiedzieć czemu, Świat Książki przypomniał sobie, że mógłby wydać po polsku Mitcha Alboma „Wtorki z Morriem”. Gdy w niedzielę zobaczyłam tłumaczenie na półce w księgarni, ucieszyłam się, że jedna z moich ukochanych książek doczekała się polskiego przekładu, a potem... obsunęło mi się nieznacznie oko z ulubionej okładki i... radość była jeszcze większa, bo wyszedł również tytuł tego samego Autora, którego nie znałam. Oczywiście, że kupiłam! Wczoraj zaczęłam, dzisiaj na kawie z Heńką skończyłam. Ciekawe, że religie różnych maści prawie w jednym czasie trafiają do moich rąk. To się nazywa synchroniczność — zasada wszechzwiązku zdarzeń — do egzaminów opanowana teoretycznie, ćwiczona teraz w praktyce. Na „smaka”, m.in. dla AfternoonTea, poniższy cytat. Aż mi szkoda, że mam tę książkę za sobą:

     — I co, rozwiązaliśmy już tajemnicę szczęścia?     — Zmusiłem się do uśmiechu.
     — Chyba tak — odparł.
[Rabin Albert Lewis]
     — Powiesz mi
?
     — Tak. Gotowy
?
     — Gotowy.
     — Bądź zadowolony.
     — Tylko tyle
?
     — Bądź wdzięczny.
--- Tylko tyle
?
--- Za wszystko, co masz. Za miłość, którą dostajesz. I za to, czym obdarzył cię Bóg.
     — To wystarczy
?
Spojrzał mi w oczy i głęboko westchnął.
     — To wystarczy.

Mitch Albom, Miej trochę wiary,
Świat Książki, Warszawa 2011.

Kudłata chyba tajemnicę szczęścia ma dodatkowo wypisaną na mordce, zawsze szczęśliwa, zadowolona... Niemałym przywilejem jest posiadanie Takiego Psa — zawsze przypomni, co w życiu ma największy sens. :)

środa, lutego 02, 2011

176. Jeden dzień w Raju

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

1. Spacer do lasu --- był.

2. Heniutka ucząca się podróżowania tramwajem --- nie zdarzyło się, bo... Kudłata zaskoczyła mnie ogromnie... jeździ, jakby całe życie spędziła w środkach komunikacji miejskiej.

3. Kawa w Wayne’sie w towarzystwie Heńki i jej marzeń sennych --- było i... Sierściuch nie marnował czasu, ma już tam swoich wielbicieli. Starsi Państwo pytali, czy będziemy jutro.

4. Kudłata w Wayne’sie zaspokajała swoją dziecięcą potrzebę spania pod fotelem --- pod domowym nie mieści się od wielu, wielu miesięcy. Zaskoczyłyśmy kilkoro ludzi, którzy zauważyli psa dopiero podczas naszego zbierania się do domu, gdy spod fotela wynurzyło się 35 kilo czarnego, zachwyconego ludzkością psa.

Nudno, prawda? Może dlatego większość nie pcha się do Raju...

wtorek, lutego 01, 2011

175. Semestr się skończył, czas zacząć naukę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Moja Babcia, gdy kończył się rok szkolny, brała się za edukację swoich wnuków. Każdego dnia mieliśmy dyktando. Jestem wnuczką swojej Babci i jej krew buzuje w moich żyłach. Skończyło się duszenie studentów (dziennych), to zaczęło się uczenie Heńki. Dzisiaj, odkurzony kantar na dziób Psia Piękność dostała. Zachwytu nie było, ale w końcu dyktanda też mnie nie zachwycały.

Przypominałyśmy sobie podróżowanie środkami transportu publicznego. Wsiadałyśmy, wysiadałyśmy co dwa przystanki. Zachowując się z gracją i wdziękiem jedynej takiej pary Dusz na Świecie przemierzałyśmy trasę do miejsca docelowego naszej dzisiejszej lekcji. Trafiłyśmy na kawę do Wayne’sa, gdzie Kudłata wzięła pierwszą lekcję zachowywania się w miejscach publicznych, które nie są parkami, ogródkami knajpianymi. Były też nagrody, ja miałam kawę, a Kudłata suszony kawałek krowiego żwacza. Będziemy tak ćwiczyć cały luty.

Jak to dobrze, że są miejsca przyjazne psom. Jak to dobrze, że jak zwykle miałyśmy szczęście do życzliwych ludzi. Nie będę pisać, że Kudłata znów otworzyła kilka ludzkich serc rozczulając mnie tą działalnością bezgranicznie...

(173+1). I po…

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mam alergię na Trójcę Świętą i wszelkiej maści katolicyzm. Po prostu dziękuję bardzo. Gdybym więc przeglądała „Chatę” w księgarni i natknęła się na słowo Jezus, natychmiast bym tę książkę odłożyła. Siła Wyższa wiedziała, że właśnie tak by było, więc załatwiła sprawę z Silną Delikatnością i dzięki Niej książka wylądowała w moim domu.

Przeczytałam. Wykorzystane wątki religijne (np. chodzenie po wodzie) nie zachęcają do czytania, ale pewne fragmenty, jak perełki zachwyciły moją Duszę:

(1) Ile wynosi całka z Boga? Matematyka i obraz Boga:

Problem polega na tym, że ludzie starają się zrozumieć, kim jestem, biorąc najlepszą wersję samych siebie, podnosząc do n-tej potęgi, dodając całą dobroć, jaką potrafią sobie wyobrazić, czyli często niewiele, a uzyskany wynik tych operacji nazywają Bogiem.

(2) Zbiorowej nieświadomości rąbek. Zachwycił mnie ten pomysł swoją przewrotnością:

--- Czy ja wariuję? Mam uwierzyć, że Bóg jest wielką czarną kobietą z osobliwym poczuciem humoru?

Wierzył [Mack], że Bóg jest Duchem --- ani mężczyzną, ani kobietą --- ale teraz z zakłopotaniem musiał przyznać się przed samym sobą, że do tej pory Stwórca był w jego wyobrażeniach biały i raczej męski.

(3) Jung by się ucieszył, że i Tata (Bóg-kobieta) podziela jego poglądy:

--- No więc, Skarbie, co ci się śniło ostatniej nocy? --- zapytała Tata rozstawiając talerze. --- Sny bywają ważne, wiesz. Czasami działają jak otwarcie okna i wpuszczenie świeżego powietrza.

(4) Sedno moich pogaduch z Brrr... tylko nie wiem, które z nas widziałoby bałagan, a które fraktalną piękność:

Tobie wydaje się, że panuje tu nieład, natomiast ja widzę tworzący się, doskonały wzór... żywy fraktal.

(5) Filozoficznie, życiowo a może nawet pragmatycznie:

Wybaczenie to nie zapomnienie, Mack. Chodzi w nim o to, żeby puścić czyjeś gardło. (..) Wybaczenie nie oznacza nawiązania stosunków. (...) Wybaczenie jest przede wszystkim dla ciebie, dla wybaczającego. Pozwala ci uwolnić się od czegoś, co zżera cię żywcem, niszczy wszelką radość i zdolność do kochania. (...) Wybaczenie, w żadnym razie nie oznacza, że masz zaufać temu, kto cię skrzywdził.

Źródło wszystkich cytatów: Young W. P., Chata,
Nowa Proza, Warszawa 2009.

poniedziałek, stycznia 31, 2011

173. Silna Delikatność

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Myślę o Niej od środy, gdy po prostu mnie „zastrzeliła”. Spadła jak z nieba, na początku semestru, który w zeszłym tygodniu się zamknął. Nie musiała chodzić na moje zajęcia, ale chodziła. Pilniejsza od niejednego mojego studenta czy studentki.

Przez połowę semestru zastanawiałam się, czy coś zyska na tych zajęciach, czy weźmie dla siebie coś, co mogłoby się Jej przydać w dalszej pracy. A może… wtrącał się dbający o mnie zawsze i wszędzie mój wewnętrzny Krytyk… straci tylko czas?

Na szczęście nie traciła czasu, choć mój wewnętrzny Krytyk pozostawia sobie wciąż kilka procent niepewności w tym względzie.

W zeszły wtorek, w ramach dziękuję, co zabiło mnie ogromnie, bo studenckie „acha” jest już dla mnie wystarczająco wielką nagrodą, otrzymałam od Niej książkę. Właśnie dlatego od zeszłego tygodnia widzę w niej nie tylko delikatność, ale również siłę. Większość ludzi nie znajduje odwagi by kupić mi książkę. To, co ich hamuje to często myśl, że albo książkę-kandydatkę już mam, albo wcale jej nie chcę. I proszę… Silna Delikatność po prostu mnie zastrzeliła pomysłem i wykonaniem.

Patrzyłam na tę książkę przez wiele dni tęsknym okiem. Marzyłam, by już po egzaminach usiąść i poczytać coś innego niż lektury egzaminacyjne, nie na akord, tylko dla czystej przyjemności. Zaczęłam wczoraj i już nie mogę się powstrzymać, by nie umieścić fragmentu, choć najgorsze i najlepsze w tej książce wciąż przede mną:

Znacie to miejsce, gdzie człowiek jest sam… i może jeszcze Bóg, jeśli w niego wierzycie. Oczywiście Bóg może być w nim obecny, nawet jeśli w niego nie wierzycie. To do niego podobne.

Young W. P., Chata, Nowa Proza, Warszawa 2009.

Delektuję się i nie śpieszę. Między rozdziałami myślę o Silnej Delikatności. Mam ogromne szczęście do ludzi wokół mnie.

wtorek, stycznia 25, 2011

172. Wizyta Kłapouchego

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj było smutno, nawet bardzo smutno. Nie wiedzieć skąd, pojawił się Kłapouchy. Usiadł w pustej już sali na wolnym miejscu i wlepił we mnie swoje smutne oczy.
     — Porobiło się, co? — Powiedział.
     — Porobiło się.
     — I co?
     — A co ma być Kłapouszku?
     — Myślałem, że wiesz.

Zapadła znacząca cisza. Nie wiedziałam, dlaczego miałabym wiedzieć.

Gdy po chwili podniosłam się, by wyrzucić kubek po kawie z automatu, osiołek krzyknął:
     — Ty nie masz „chwaścika”!
     — Nie mam. Nigdy nie miałam. — Odpowiedziałam zdziwiona.
     — Ale wszyscy mają! — Ożywił się ponad wszelką swoją normę Kłapouchy. — Jak możesz żyć bez chwaścika?! To sens istnienia! Bez tego jesteś nikim! Pamiętam, jak mój chwaścik się zagubił, to była tragedia…

Zatroskany Kłapouchy dreptał za mną prawie cały dzień, dając dobre rady, racząc mnie normami udanego życia społecznego, wtajemniczając w podstawy konstrukcji dobrego istnienia. Skąd on taki mądry nagle się zrobił? Powlókł się paskud jeden za mną nawet do kawiarni, w której w poniedziałki zwykle czytam między jednym zajęciem a drugim. Z jego nieustającym posapywaniem nad marnością „mego żywota bez chwaścika” w tle, nie dało się skupić na czytaniu. Ba, nie dało się żyć! Sens życia powiedział: to ja spadam, maleńka, kiepskie towarzystwo. W samotności sączyłam herbatę i ze łzami w oczach gapiłam się na zdjęcia, które wiszą w kawiarence.

Pewnie całkiem marnie zarysowałby się całokształt dwudziestego czwartego stycznia, gdybym nie przeczytała przewrotnego zdania w zeszycie mojej Pacjentki (z jej notatkami):

Żyj
dla przyjemności,
szczęścia,
radości
i śmiechu
.

Wrócił mój uśmiech. Kłapouchy nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Wracałam do domu bez niego...

sobota, stycznia 22, 2011

171. Odkrycie 4 nóg i 4 łap

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Każdy musi czasem odpocząć od ludzi, świata, pracy, książek, planów, marzeń. Fakt. Zwykle każdy doświadcza tego na swój własny sposób. Mają tak nie tylko ludzie.

Na jesieni Pan Park obwieszcza: nie chcę żadnych wózków dziecięcych, ludzi polegujących na ławkach, won! Mam dość! Wtedy pada i pada. Jedyne co wówczas jest jeszcze akceptowane przez owego Dżentelmena to uśmiechające się psy. Przychodzi jednak taki moment, że Pan Park musi odpocząć od wszystkiego, gotów sobie wmówić, że w zasadzie to ma alergię na sierść. Wtedy z pomocą przychodzą roztopy. Przez dwa tygodnie nie dało się wejść do parku, nawet Noe miałby nie lada kłopot.

Chandra Panu JużNiedługoSięZazielenięNadzieją jednak minęła i od dwóch dni mamy znów piękną zimę. Pan Park z otwartymi ramionami znów zaprasza czworonogi. Śnieg pokrywa to wszystko co spod wody zaczynało wyłazić. Do dziś Pan Park był dla nas jedną z granic miejskiego, kudłatego poznania. Zachciało się nowego.

Zarządzono. Śniadanie. Doczytywanie rozpoczętych rozdziałów. Buciki. Kurteczki. Czapeczki. Smakołyki i poszli! Całym Stadem. Wcale nie daleko.

Inny Świat czekał prawie na skraju wspomnianego, już niedepresyjnego, Parku, który przy okazji odwiedziliśmy na dobry początek. Przeszliśmy przez skrzyżowanie sąsiadujące z Panem Parkiem. Kupiliśmy kawę na stacji benzynowej. Wykonaliśmy pięć kroków w stronę działek i otoczył nas nieznany nam dotąd Świat. Bez ludzi, z ciszą, ze śniegiem i szaloną liczbą gałęzi, które sobie Heniutka nosiła, łamała i porzucała. A potem był już tylko Las. Nie miałam pojęcia, że mamy zjawisko zwane lasem na wyciągnięcie ręki. Dwie godziny minęły nie wiedzieć kiedy. Gdy wróciliśmy szczęśliwa Kudłata padła jak kawka, więc poszliśmy na kawkę poczytać, pouczyć się, pożyć trochę bez psa.

czwartek, stycznia 20, 2011

170. Wyczyny kuchenne Jabłoni zaktualizowane

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Stało się. Przez Heńkę, oczywiście.

Tydzień temu Pani Perki podarowała Kudłatej dobry kilogram okrawków cielęcych. Ponieważ panienka mięcho miała, Jabłoń włożyła spore zawiniątko do zamrażalnika. Dziś przyszedł sądny dzień by przy użyciu tego odmrożonego a następnie ugotowanego mięska wydłużyć listę rekordów Jabłoni. Potrzebna była tylko iskierka pomysłu.

Lista wyczynów do dziś rano:
1. Gotowanie mleka w czajniku elektrycznym. Odkryta grzałka pokryła się kożuchem, który wcale nie chciał sobie pójść.
2. „Odmlecznianie” grzałki w czajniku poprzez gotowanie w nim wody z CIFem. Polecane, gdy chce mieć się powód do mycia podłogi --- tworzy się cudna piana, która ucieka z czajnika migiem.
3. Suszenie wełnianych kolanówek w piekarniku, bo dziś mają być te a nie żadne inne. Nie wiedziała Jabłoń, że kolanówki w miejscach szycia są potraktowane nicią, która się rozpuszcza w wysokiej temperaturze.
4. Maszynka do mięsa utknęła, gdy Jabłoń wrzucała do niej cukier (tak było przykazane w przepisie), tyle że dorzucała szybciej, bo taki fajny dźwięk wydawała maszyneczka. Skąd mogła Jabłoneczka wiedzieć, że to był jęk rozpaczy mechanizmu a nie rozkosz działania.
5. Gdy już maszynka do mięsa otrzymała drugie życie, Jabłonka zagadała się i włożyła w bebechy mechanizmu mielącego łyżkę. No cóż, Sadownik był rad, że nie palec. Maszynka już nie zmartwychwstała.

Dziś do tej zaszczytnej listy należy dodać:
6. Jabłoń dostrzegła, że mięsko jest miększe niż warzywa i... wywnioskowała... i... przemieliła gotowanego cielaka w skrawkach używając do tego maszynki z warzywnymi tarkami. Super pomysł. Poznawczo Jabłoń jest do przodu, w końcu rozumie czasownik „zapchać się”. Jest i cena, ręka oplasterkowana --- Sadownika nie było, a trzeba było „odetkać”.

W sumie wina i Kudłatej, i Sadownika! Kudłatej, bo jest. Sadownika, bo go nie ma. W delegacji i nie mógł osobiście wydobyć Drzewka z tarapatów. Trudno jednak nie nadziać się na pytanie: skąd Jabłoń bierze te pomysły? Zupełnie zabrakło słów, by utworzyć osobny tag dla takich wyczynów, bo Jabłoń utrzymuje, że ona, jak zwykle, tylko dobrze chciała i logiki używała. Czy ktoś już powiedział, że logika w kobiecych rękach może być narzędziem niebezpiecznym dla otoczenia?

wtorek, stycznia 18, 2011

169. Spotkanie z czarującymi mężczyznami

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj.
Kawiarnia,
(zanim polecę do mojej pacjentki),
dzbanek dobrego Earl Greya
i... książka w łapkach:

Mam pewną skromną receptę, którą podsuwam przyjaciołom pytającym mnie, jak żyć, aby nie obudzić się pod niewłaściwą ścianą. Radzę im, żeby szli za własną błogością, bez względu na to, jak wygląda ich autentyczna błogość wewnętrzna, jak wygląda poczucie harmonii. A jeśli zboczymy z kursu --- co jest nieuchronne --- i stwierdzimy, że jesteśmy na błędnej drodze, cofnijmy się, postarajmy odnaleźć właściwą drogę, odkryć błogość. Nawet ludzie w wieku średnim, którzy znaleźli się u szczytu drabiny i odkryli, że ta stoi oparta o niewłaściwą ścianę, powinni się zastanowić, jak wygląda ich błogość wewnętrzna. Może to wędkowanie? W porządku, w takim razie kup sobie wędkę. Czymkolwiek jest ta błogość, należy do niej dążyć! I wówczas zaczynamy ją odczuwać.

J. Campbell, Kwestia bogów,
Santorski & Co, Warszawa 1994.


i... wspaniała piosenka,
którą dzisiaj po słowach tekstu odnalazłam
(Burt Bacharach, Raindrops Keep Falling On My Head):

Burt Bacharach, Raindrops Keep Falling on My Head.

imoja błogość,
iwdzięczność za życie, które mam z tymi, którzy chcą je ze mną dzielić.

168. Nareszcie zeżarła!

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od czasu jak choruje, Heńka łaskawie, z dobroci serca, w drodze wyjątku, zjadała co najwyżej ¼ dobowej porcji. Nie pomagało dokładanie dodatkowego mięska. Wzięliśmy się dzisiaj na sposób biorąc pod uwagę fakt, że pewne zachowania Niuty (skrót od Heniuty) pozostały jednak niezmienione chorobowo.

Otóż, nawet jeśli w najbardziej odległym zakątku Przytuliska śpi Kudłata snem sprawiedliwych, to i tak nie ma to żadnego wpływu na jej reakcję na dźwięk rozpoczynającego się rytuału --- „oddech” otwieranego jogurtu. Jeśli bowiem w drugim końcu naszego lokum otwierany jest pojemnik zawierający jogurt czy śmietanę, Kudłata w tempie natychmiastowym wyrywa swą duszę ze snu, zrywa się na równe nogi i melduje swój pysk na posterunku, pół metra od szczęśliwca trzymającego w dłoniach jogurtowy pojemniczek. Siada prezentując najszlachetniejszą formę siadu psiego. Konsument pałaszuje powolutku, łyżeczka za łyżeczką, zostawia jednak trochę na dnie, by na koniec dać Heńce do wylizania. W ten sposób następuje przemiana śliniącego się psa, który o dziwo umie skupić swoją uwagę na jednym punkcie przez dłuższą chwilę, w psa szczęśliwego do granic możliwości.

Dziś rano zmądrzeliśmy. Zamiast łyżki twarogu, do karmy dodaliśmy tylko pół, dokładając za to dwie łyżki jogurtu naturalnego i… łyknął Potwór haczyk. Po raz pierwszy od przeszło tygodnia zobaczyliśmy lśniącą pustkę w misce. Widok wyborny!

poniedziałek, stycznia 17, 2011

(146+21). Odkrycie zdrowiejącego chronika

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy po raz pierwszy pomyślałam o moim kręgosłupowym zdrowieniu jak o wychodzeniu z nałogu pobiegłam do księgarni i kupiłam książkę, która korespondowała z tematem uzależnienia. Im dalej brnęłam w kolejne dziesiątki przeczytanych stron, tym bardziej opadała mi szczęka. Chyba nie przesadzę, gdy napiszę, że większość ludzi jest uzależniona, nawet jeśli nie nadużywają oni żadnej substancji. Wiele fragmentów zaznaczyłam, ale zamieszczony poniżej jest moim ulubionym i powraca do mnie za każdym razem, gdy przed wyjściem na dwór owijam swoje biodra, specjalnie do tego celu zakupionym, szalem. Z jednej strony chronię przed zimnem moją lędźwiowo-krzyżową końcówkę, z drugiej jest to mój rytuał dbania o siebie, dzięki któremu pamiętam:

(…) Dzisiaj nie myślę już o sobie jako ouzależnionym w trakcie rekonwalescencji”, ale raczej jako o człowieku, który pamięta”.

L. Jampolsky, Leczenie uzależnionej osobowości,
Czarna Owca, Warszawa 2009

Moje „zdrowienie” podarowało mi nie tylko rytuał, ale również wielkie odkrycie. Do tej pory, słowo dyscyplina kojarzyło mi się tylko i wyłącznie negatywnie: ze zmuszaniem się, ze sztywnością przyjętych zasad, z niemożnością podołania systematyczności przez dłuższy czas --- krótko: tragedia, przed którą uciekałabym do końca swoich dni.

Przymuszona do dbania o siebie odkryłam, ćwicząc codziennie (to już przeszło miesiąc), że dyscyplina jest uwalniająca. W każdym razie, w moim przypadku tak właśnie jest. Myślałam o tym znów dziś w nocy przekładając się z boku na bok powtarzając jak mantrę słowa: uwalniająca moc dyscypliny --- mogę już spać jak tylko chcę na plecach, na brzuchu, na obu bokach i… nic nie boli. Od piątku uczę się siedzieć na krześle. Ona-Anioł --- akuszerka mojej rodzącej się nowej, nieznanej mi sprawności --- towarzyszy mi w zdrowieniu, ucząc mnie szacunku do własnego ciała, by nigdy już nie było przeze mnie postrzegane jak wróg. Ona-Anioł jest WIELKA. Ciekawe, ile jeszcze odkryć przede mną…

piątek, stycznia 14, 2011

166. Teoria względności

Jabłoń:
Ty to masz ze mną dobrze.

Sadownik:
Niby ty masz ze mną źle?

Jabłoń:
Nie. Ja mam z tobą super!

Sadownik:
Ja mam z tobą dobrze, ty masz ze mną super,
czyli mam do dupy...

czwartek, stycznia 13, 2011

165. Pies nadziewany empirią (przepis)

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Poniżej zamieszczam przepis na psucie psa, wypróbowany w dniu wczorajszym. Bardzo dobry, skuteczny przepis. Palce lizać!

Składniki:
1 pies niezepsuty, ciężko chory, niejedzący
30 dkg empatii w aerozolu
½ kg pasty z suszonego strachu
1 łyżka musu z musienia (ten słoiczek z etykietką musi)
4 żółtka
2 parówki z indyka
½ wędzonej makreli
cztery szczypty desperacji

Niezbędne „sprzęta”:
Partner, który był z psem u weterynarza
2 działające telefony
1 działająca, mądra weterynarka

Sposób przyrządzenia:
Rozpylić w pomieszczeniu zamkniętym empatię. Wdychać głęboko. Natrzeć własne ciało pastą z suszonego strachu. Posadzić owo ciało na krześle na pół godziny by skruszało. Następnie należy wykonać telefon do partnera i poinformować, że pies nic nie je. Partner wykonuje telefon do lecznicy. Oddzwania i informuje, że pies musi coś zjeść i należy stanąć na uszach tj. wykorzystać wszystkie niezbędne smaki i zapachy by uprosić psa do przełknięcia pokarmu.

W akcie desperacji podać psu wędzoną makrelę. Pies powinien się ożywić wskutek podrażnienia jego delikatnego podniebienia nowym smakiem. 2 żółtka wymieszać z pokrojonymi w drobne kawałki parówkami. Podać psu, kulinarnie tzn. nadziewać psa dobrze wymieszanymi żółtkami z kawałkami parówek. Pozostawić psa w błogostanie na trzy godziny. Wyjść z domu. Wrócić po upływie kolejnych czterech godzin i dowiedzieć się, że partner przekupił psa kolejnymi dwoma żółtkami, by pies łaskawie wepchnął w siebie ¼ dziennej porcji karmy. Odłożyć psa na kolejnych kilka godzin, najlepiej na całą noc. Rano, przy misce z psią karmą powinien zameldować się kudłaty osobnik ze zdziwieniem i dezaprobatą w oczach. Bo niby dlaczego ma jeść psie żarcie, skoro jako pies zepsuty smakami ludzkimi jest otwarty na nowe doświadczenia: kurczaka w potrawce, pizzę, zawijane zrazy wołowe itd. --- może być każde danie, podawane nawet w porządku alfabetycznym dowolnej, szanującej się książki kucharskiej, byle gruba była.


Dziś rano rozmawialiśmy z Sadownikiem, że z chorymi dziećmi to doświadczenie musi być milion razy silniejsze. Po prostu człowiek rzuca wszystko, świat się zatrzymuje i przestaje kompletnie się liczyć... czasem pozostaje tylko modlitwa... pełnowymiarowa masakra. Oboje stwierdziliśmy, że chory pies to dla nas wystarczająco duże wyzwanie. Chylę czoła przed Rodzicami chorych dzieci.

środa, stycznia 12, 2011

164. Pies to wyrok, ale dziecko to dożywocie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wiele razy, z przymrużeniem oka, żartowaliśmy sobie na temat wyższości posiadania psa nad „posiadaniem” dziecka. Pomińmy dwie kwestie ideologiczne: (1) że według mnie dziecka nie można „posiadać” oraz (2) obrazę majestatu tych, którzy nie wyobrażają sobie, jak w ogóle można porównywać psa z dzieckiem (które najwyższym dobrem wszak jest np. narodowym). Są tacy co porównują i są tacy co „posiadają” dzieci — taki urok tego przebrzydłego Świata. Pomińmy ontologię i… co wychodziło do tej pory?

Posiadanie suńki miało tę wyższość, że:
     — nigdy nie powie, że tej obroży (sukienki) absolutnie nie założy na spacer;
     — nigdy nie będziemy chodzić na wywiadówki;
     — nigdy nie zaćpa, nie zapije (nawet eksperymentalnie);
     — nigdy nie będzie nam opowiadać, jak bardzo zmarnowaliśmy jej życie;
     — nie będzie kląć w naszym towarzystwie na marność życia jako takiego;
     — nigdy nie przyprowadzi faceta, informując nas, że to jej mąż — wiadomym jest, że przynajmniej Sadownikowi mógłby ów pan nie odpowiadać.

Należy uczciwie dodać, że dziecko do dzisiaj rano miało tylko jedną przewagę nad psem:
     — w większości przypadków przeżyje rodziców, co uwalnia ich od przeżywania traumy, żałoby i niepozbieraniaSięNigdyDoKońca po stracie dziecka.

Biorąc psa podpisaliśmy na siebie wyrok, że będziemy mu towarzyszyć, gdy będzie odchodził z tego Świata… a to zmusi nas do pławienia się, czy tego chcemy czy nie, w różnych uczuciach i emocjach.

Dziś nasza Suńka w meczu z dzieckiem strzeliła sobie samobója. Okazało się, że dziecko ma jeszcze jedną przewagę nad psem. Gdy dziecina jest już dostatecznie duża, można jej powiedzieć, że musi połknąć tabletkę. Mówienie do Heńki pełnymi zdaniami nigdy nie przynosiło skutku. Raczej służyło poprawianiu nastroju osobie, która miała potrzebę sobie pogadać. Zamiast perswazji słownej używaliśmy bardzo skutecznej przynęty: serek, parówka, kiełbaska. Dziś Kudłata była rano w tak nędznym stanie, że nawet parówka bez tabletki w środku była jedynie powąchana i to tylko po to, aby nie robić nam przykrości. Opadają nie tylko ręce, ale i łapy…

wtorek, stycznia 11, 2011

163. Subiektywne Święto Świata

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nie jest prawdą, że wczorajszy dzień był całkiem do bani. Choć choroba Heńki, perspektywa leczenia, strach, że nas też to może dotyczyć kładły się cieniem, to wydarzyło się coś, o czym chciałabym pamiętać --- o drobiazgu, który stał się źródłem uśmiechu i chwil radości…

Byłam wczoraj u mojej najulubieńszej Pacjentki. Jej wilczy apetyt daje pewne podstawy do optymizmu w kwestii, ile mamy jeszcze wspólnego czasu. Zaskoczyła mnie. Zjadła pół pizzy, którą przyniosłam z pobliskiej pizzerni. Zaraz potem zaskoczyła mnie jeszcze bardziej. Przypomniała mi o naszej zeszłotygodniowej rozmowie --- nie wiedzieć czemu, dużo rozmawiamy o jedzeniu --- i zapytała: to co, zrobisz mi kogel-mogel? Ona nigdy w życiu nie jadła rarytasu mego dzieciństwa, tylko o nim słyszała. Zrobiłam wersję dla dorosłych dzieci. Ukręciłam, do białości i pęcherzyków powietrza, zalałam gorącą kawą a potem już tylko świętowałam chwilę urzeczona Jej zachwytem i tempem w jakim pochłaniała ów wyrób. Świat smaków mojej Pacjentki rozrósł się odrobinkę i wygląda na to, że kogel-mogel rozpycha się w nim łokciami, bo gdy już powoli zbierałam się do wyjścia, zanim się pożegnałyśmy, zapytała: jak myślisz, czy możemy następnym razem zrobić kogel-mogel z dwóch jajek? Pewnie, że możemy!

Przez całą drogę powrotną do domu rozmyślałam nad paradoksem ludzkiego życia. Szczęście jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, składa się z malutkich elementów, tak małych, że czasem trudno je dostrzec, ale z pomocą moich Pacjentów jest to dużo, dużo prostsze. Wracałam i uśmiechałam się na samą myśl, że jutro, czyli dziś, będę mogła troszkę pomieszkać u siebie, odkurzyć, pouczyć się, pobyć… może nawet kogel-mogel, by przypomnieć sobie wspaniały uśmiech mojej Pacjentki...

162. Nowa sztuczka Heńki

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od wczoraj wiemy, że Kudłata jest chora. Przyszły wyniki badań materiału oddanego w piątek. Heńka ma lambliozę. Dlaczego muszę uczyć się znaczenia słowa określającego tę chorobę? Mogłabym przecież przeżyć całe życie nie umiejąc wymówić nazwy z dwoma „l”, z których drugie jest w dziwnym miejscu. Naprawdę mogłabym. Słowo honoru. Internetowy „dokształt” już zrobiony. Przeczytałam właśnie w sieci, że jest to choroba brudnych rąk… chyba prawdopodobieństwo zachorowania rośnie, gdy zamiast dwóch rąk ma się cztery łapy i pysk szukający śmierdzących, zepsutych rzeczy. Marudziłam wczoraj w kwestii sierści? Głupia byłam.

Tak czy inaczej to paskudna sprawa. Teraz siedzimy troszkę jak na minie, bo może i my to mamy. Sadownik potwierdza swój optymizm uwagą, że nie mamy żadnych objawów. Ja ciut pesymistycznie myślę, że może wcale nie trzeba ich mieć. Może mamy przewody pokarmowe z nierdzewnej blachy --- w końcu to ja najczęściej gotuję a oboje wciąż żyjemy. Ogłupiona jestem strachem.

Z chorowaniem Heńki wiąże się dzisiejsze, poranne odkrycie, świadczące o tym, że Kudłata rozwija się prawidłowo. Jeszcze wczoraj bez problemu jadła tabletki. Dziś wepchnęłam no-spę w kawałek parówki i podałam Sierściuchowi. Mocno się zdziwiłam. Zamiast szybkiego połknięcia zakończonego mlasknięciem i rozsiadającym się na pysku szczęściem, zobaczyłam jak Heńka ułożyła się w zacisznym miejscu pokoju, żuła, żuła i żuła… aż się zainteresowałam. Patrzę na potwora a Ona w pewnym momencie skończyła przeżuwanie, oblizała się i popatrzyła na mnie ze znakami zapytania w oczach: czy ja przypadkiem głupia nie jestem. Między łapami, na podłodze, leżała… wypluta tabletka. Głupia będę wierząc, że jeszcze kiedyś ją oszukam.

poniedziałek, stycznia 10, 2011

161. Mała różnica uczyniła wielką różnicę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Rozumieć to jedno, doświadczyć to zupełnie coś innego. Różnicę pięknie i z uporem maniaka ilustruje Heńka, która za wartość uznaje tylko doświadczanie. Kudłata nie chce rozmawiać o jedzeniu, ona chce jeść. Nie chce rozumieć, czym są uroki wieczornego spaceru, ona od 19.50 próbuje co wieczór wytłumaczyć nam, że w zasadzie to już jest prawie 20.30 i może byśmy już poszli pod górkę do Harry-ego, Jogi, Szabiego, Perki, Kory w porywach Szili, Ewaro --- pobiegać, pożyć, pobawić się odrobinkę.

Od tygodnia jesteśmy świadkami, wielkiej różnicy między „rozumieniem” a „doświadczaniem”. Chronologicznie…

Rok temu zapadła decyzja o psie. Zapadła tez decyzja o rasie. W Wikipedii, jak już się nie chce przerzucać papierowych kartek, można znaleźć, że: podszerstek to krótka, gęsta, miękka warstwa futra części ssaków pod okrywą włosową. Warstwa podszerstka i warstwa włosa okrywowego tworzą sierść. Nooooo tak, rozumiałam. Nie było w tym nic odkrywczego, każdy pies ma przecież sierść a dom, w którym mieszka pies, jest przestrzenią, w której mieszkają również wolne od wszelkich konwenansów, fruwające, jak i gdzie chcą, psie kłaczki. Obiecałam? Obiecałam, że będę odkurzać, choć serdecznie tego nienawidzę. Rozumiałam konsekwencje posiadania Sierściucha w tym zakresie, jednak nie wiedziałam, co obiecuję!

Żółtego światła ostrzegawczego nie dostrzegłam, zbyt szczęśliwa perspektywą posiadania psa. Można je było znaleźć z łatwością w książkach dotyczących labradorów --- psy te mają: „gęsty podszerstek”. Nooooo tak, „tyż” rozumiałam. I wcale mi to nie przeszkadzało.

To właśnie była pułapka „rozumienia i wiedzenia”, w najczystszej formie. Wiedziałam i całkiem dobrze rozumiałam, że nasza suńka będzie roznosić kłaki, ale... No właśnie, wiedzieć to jedno, nastawić się na to, to drugie, a jeszcze czymś innym jest doświadczyć posiadania psa, który rozwinął się już na tyle (skończone osiem miesięcy), by szastać swym podszerstkiem na lewo i prawo non stop. W tym tygodniu dotarło do mnie, że choć rozumiałam frazę „gęsty podszerstek” to dopiero teraz wiem, co on tak naprawdę oznacza. Heńka kładzie się, trochę leży, wstaje, idzie sobie, a kupka kłaków bojkotuje psią duszę i postanawia zostać i trwać właśnie tym miejscu, choć Kudłata swoje życie zaniosła już do innego pokoju.

Fraza „gęsty podszerstek” nabrała pełnego znaczenia --- doświadczamy gęstego podszerstka. Od tygodnia jest wszędzie i jedyny sposób, aby było go ciut mniej to… codzienne odkurzanie. Codziennie! Nie ma zmiłuj! Jak tak dalej pójdzie polubię te kilka minut relaksu przy rurze… Właśnie tym jest doświadczanie labradorskiego podszerstka. W żadnej książce o tym nie było.

środa, stycznia 05, 2011

160. Praktykując smutek

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Dla wielu stwierdzenie „niepraktykujący katolik” jest tak samo dziwnie brzmiące jak dla mnie, usłyszane wczoraj w audycji radiowej, „pierwotny i wtórny rynek małżeński”. Tyle, że jak się zastanowić, stwierdzenia te opisują lepiej lub gorzej fragmenty otaczającej nas rzeczywistości. Wychodząc dziś z domu, idąc na tramwaj, na pewno minęłam przynajmniej jednego niepraktykującego katolika z wtórnego rynku małżeńskiego... Jesteśmy wolni w swych wyborach postrzegania Świata.

Można myśleć „to mnie nie dotyczy”, ale przychodzi taki moment, gdy życie funduje nam gruntowne trzepanie magazynów mentalnych, by przeprowadzić remanent naszych wierzeń, nawet jeśli jesteśmy święcie przekonani, że wcale ich nie mamy.

Tym momentem jest śmierć bliskiej osoby. Moja ukochana Przyjaciółka Zkemi stawia czoła nowej rzeczywistości już bez jednej z najbliższych Jej Życiu Osób. Jest mi z tego powodu niewypowiedzianie smutno, bo tak niewiele mogę dla niej zrobić… Mogę tylko być i wydaje mi się, że to tak malutko. Mogłam jedynie zajrzeć i zrobić mój wewnętrzny remanent.

I… bez zmian. Lubię metaforę Elizabeth Kübler-Ross, dla której Dusza to motyl uwalniający się z kokonu ciała. Wierzę głęboko, że Śmierć Ciała jest Narodzinami Duszy. Nie jest to dla mnie Duszyczka grzecznie idąca do Boga. Dla mnie natura Duszy jest bliższa indiańskim wierzeniom. Dusza to dobry Duch, mający coś z siły żywiołu, Duch wspierający tych, którzy pozostali tutaj w swych ciałach… pozostali… jeszcze na jakiś czas… by praktykować Życie w Ciele.

wtorek, stycznia 04, 2011

159. Historia pewnej frazy

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W Nowy Rok siedzieliśmy w nowoodkrytej przez nas kawiarnio-knajpce. Jak się potem okazało, nie mogliśmy odkryć jej wcześniej, bo jest ona również nowo powstałym lokalem. Siedzieliśmy, piliśmy kawę, czytaliśmy. Między jednym a drugim czytanym zdaniem usłyszałam frazę, która doleciała do mnie z ciut odległego, męsko zasiedziałego stolika: „i poszli razem spać”. Owa fraza wypadłaby drugim uchem, gdyby nie fakt, że została powiedziana w magiczny sposób. Nie oznaczało to pójścia do łóżka w celach seksualnych, aby dobić targu w kwestii aktu szybkiej, wolnej, ale namiętnej, cielesnej konsumpcji. To było powiedziane głosem, który mówi o czymś ważnym i niespotykanym często. Zatkało mnie, zatrzymało i zastanowiło.

Fenomen tego, co skrywały te słowa zajął mnie swym istnieniem na dobrych kilka dni i… tył mojej głowy studiował, smakował i obwąchiwał go odrobinkę. Chciałam poznać, czym dla mnie jest fraza „spanie razem” wypowiedziana taaaakim, nie do opisania, głosem. Z wierzchu, czyli bez taaakiego głosu? Prozaicznie zwykłe, bo od nastu lat ten sam zestaw osobowy pod jedną kołderką? Codzienne, a w zasadzie conocne, nagle przestało być mało znaczącą oczywistością. Ilu osobom pozwoliłam w swoim życiu zasypiać przy mnie? Ile osób pozwoliło mi zasypiać przy sobie? To nie jest duża liczba osób. Zasypianie razem i spanie nagle okazało się dla mnie darowaną co wieczór intymnością szczególnego rodzaju --- bliskością wyrażającą akceptację i radość współistnienia. To również zaufanie okazane człowiekowi, obok którego zasypiam. Jednocześnie zaufanie, którym zostałam obdarowana przez człowieka, który zasypia obok mnie. „Spanie razem” to także dzielenie wspólnej przestrzeni, podarowanie (otrzymanie) widoku nagich pleców, ciepła brzucha gdy zasypiamy jak łyżeczki w szufladzie. Zasypiamy prawdziwi, bezbronni, ufający. Może dlatego to takie przyjemne? Niewiarygodne, że tak łatwo przeoczyć magię tego „padania na pysk”.

Kudłata wyłożona kołami do góry w swej norze, ciepło Sadowniczego ciała i ja --- ostatnie chwile przed snem jak wisienka na torcie dnia codziennego. A potem cała uśmiechnięta myśl… niezła globalna cukiernia na tym świecie… tyle wspaniałych codziennych tortów piecze się co dnia w tym i innych miastach… bo przecież położymy się dzisiaj spać... prawdziwi, bezbronni, ufający...

poniedziałek, stycznia 03, 2011

(157+1). Kiedyś, dziś, kiedyś...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kiedyś, gdy mieliśmy wannę, jedno się kąpało --- jeśli nie rozważaliśmy kwestii ważkich i całkiem nieważkich --- drugie siedziało obok i czytało na głos…

W Sylwestra, siedzieliśmy w saloonie, przypominając sobie ową ciut zamierzchłą tradycję i na zmianę czytaliśmy na głos o Emilu, dogu niemieckim (efekt środowej łapanki na książki). Płakaliśmy ze śmiechu. Zdjęć zamieszczonych na końcu książki nie sposób opisać, ale wyciągnąć fragment --- z trudem, bo wiele ich --- i owszem:

A Emil idzie obok i gada. Niedużo, bo jest małomówny, ale zawsze jakieś tam słowo rzuci, o które mogę zahaczyć i rozwinąć temat. Ot, na przykład, ostatnio taki dialog sobie ugadaliśmy:
--- Idziesz, idziesz, dookoła tak pięknie, a radości w tobie nie ma --- przywalił z grubej rury.
Niedelikatnie byłoby odpowiedzieć, że człowiek istota wyższa, zmartwień na głowie ma w bród i sam fakt wyjścia do lasu ich go nie pozbawi. Odpowiadam więc:
--- Myślę.
--- O czym
?
--- O wszystkim.
--- To dużo.
--- Dużo.
--- A nie mógłbyś nie myśleć, tylko patrzeć
? Tak dookoła?
--- To trudne.
--- Trudniejsze od myślenia
?
--- Nnnno, bo ja wiem…
--- Albo jakbyś podskoczył ze mną…
--- Jak „podskoczył”
?
--- Normalnie, jak ja. Hop.
Skoczyłem.
--- I co?
--- Nic. Skoczyłeś. Myśli ci upadły.

J. Fijałkowski, Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy --- szczęśliwy jest cały świat,
Wydawnictwo ZYSK i S-KA, Warszawa 2009.

Mi też dzisiaj upadło. Od rana dwa razy gubiłam rękawiczkę. Gubienie nie mogło przerodzić się w formę dokonaną. Po zaistniałym fakcie, dwa kroki od miejsca zdarzenia orientowałam się, że coś mi wypadło. Wracałam i chwytałam zbiega, co miał zamiar już tylko w pojedynkę wałęsać się po świecie. Było w tym gubieniu coś fascynującego --- niemożność zgubienia się do końca. Szłam i zastanawiałam się, co chce się zgubić? Zmęczenie poświąteczne, sprawy związane ze Starym Rokiem, myśli nieświeże, przeterminowane, świąteczne grzeszki przeżarcia lekkiego, spania do dziesiątej i zwykłego leniwego życia w towarzystwie Sadownika i Heńki...

Szłam po ulicach miasta i myślałam o magicznym czasie Świąt, Sylwestra i pierwszego dnia Nowego Roku, cudnie było być całym Stadem dłużej. No i stało się. Nie ma. Zgubiła się rękawiczka. Jestem w tym mistrzynią świata. Pewnie pojechała dalej tramwajem, albo poszła zwiedzać miasto. Z każdą minutą staje się dla mnie już tylko wspomnieniem rękawiczki. Pozostaje tylko jedno, życzyć jej Szczęśliwego Nowego Roku.

Kiedyś… znów będziemy mieli wannę. W końcu jest tyle książek, którymi byłoby miło pozachwycać się razem, w tej samej chwili. Teraz muszę pomyśleć o kupnie nowych rękawiczek. Na razie jednak tylko pomyślę. Kupić książkę... natychmiast! Kupić coś innego... a to już mi się nie chce.

niedziela, stycznia 02, 2011

157. VAT i przyszłość naszego małżeństwa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W środę wymyśliłam piękne, okrągłe i szczytne usprawiedliwienie --- na książki w 2011 wchodzi VAT, więc należy kupić to, czego kupno było odsuwane na święte potem, gdy już kupi się wszystkie inne i niezbędne książki, podręczniki i tomiszcza. Niemal w afekcie, bez mrugnięcia ani jednej powieki kupiłam pięć, bo... i tak bym je kupiła, bo... i tak ich potrzebuję, bo... i tak chcę je przeczytać... bo... tak. To była przyśpiewka.

Prawdziwa pieśń zaczęła się w Sylwestra i trwała do dziś. Ostatniego dnia roku Dwunożne Stada zaczęły, kontynuowały w Nowy Rok przy kawce i zrobiły powtórkę dzisiaj, zanim pomyślą, że koniec. A jutro... brrrrrrr, strach się bać... jutro na szczęście będzie dopiero jutro.

Stało się, za nami --- prawdziwa czytelnicza trzydniówka. W Sylwestra czytaliśmy sobie na głos, ale od wczoraj każde sobie.

Dziś Sadownik, wynurzył się z czeluści jednego z gwiazdkowych prezentów i przeczytał na głos (z komentarzem, który pozwolę sobie przemilczeć):

(...) Uwielbiała też pracować z Rhyme’em, którego przenikliwa inteligencja dodawała jej energii, onieśmielała, ale była też --- do czego Sachs nie przyznawała się przed nikim --- cholernie pociągająca.

J. Deaver, Tańczący trumniarz,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Jabłoń:
(zaskoczona, komentuje)
Noooo. Gdybym była mężczyzną... inteligenta kobieta
byłaby dla mnie synonimem kłopotów...
ale byłaby też... wyzwaniem.

Sadownik:
(tłumaczy sobie na drugi rodzimy język ostatnie słowo Jabłoni)
Challenge...

Jabłoń:
No tak, a facet samobójca.

Sadownik:
Dlaczego samobójca? Challenger...

Jabłoń:
No widzisz! Sam wiesz, jak skończył Challenger. [statek kosmiczny]

(Oboje ryknęli śmiechem wciąż żywych torreadorów.)

Janda w sztuce Shirley Valentine wypowiada złowieszcze słowa, że „małżeństwo jest jak wojna na Bliskim Wschodzie”. Dla Sadownika i Jabłoni to chyba... korrida. Ciekawe, że ludzie stanu wolnego nigdy w te porównania nie wierzą. Do czasu, do czasu... prawda?