poniedziałek, września 22, 2014

1131. Ogryzek czasu

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W czwartek, dwa tygodnie temu bez trzech dni, rozpoczęła się u mnie jesień. Po raz pierwszy wracałam po ciemku z pracy...

Od piątku do wczoraj babie lato... psychologia procesu... dwa dni leżenia w łóżku, co zaklinaniem losu było, porzucone plany zrobienia niezbędnego tego i owego oraz odpowiednia dawka aspiryny... by znów psychologia procesu.

Uczuć, doświadczeń, perspektyw, światów całych — nieprzekładalnych na razie na słowa — cała masa. Ułożyć się we mnie potrzebują. Odnaleźć swe własne, najlepsze miejsce. Z ostatnich pięciu dni został zapisany zeszyt i cztery zdjęcia. Nowa ja. Witam i poznaję.

*

*

Jeśli „nie-ja” to kto?

czwartek, września 11, 2014

1130. Bank rozkoszy

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Są książki, których nie da się przeczytać w trzy dni.
Są takie, których nie warto czytać w pośpiechu.
To jest właśnie taka książka.
Czytałam powoli, po troszku, w międzyczasie połykając kilka innych, bo książka poważna, jak to mówią POP-owcy, stawiająca na progach wielu.

Popłakałam się ze śmiechu przy fragmencie, który z Sadownikiem znamy z własnego, starego i na szczęście nieaktualnego już doświadczenia — biegusiem przeczytałam na głos koledze-małżonkowi:

Mózg kobiety nieustająco przetwarza jakieś informacje werbalne. Kiedy kobieta pyta: „O czym myślisz ?”, a mężczyzna odpowiada „O niczym”, ona zakłada, że on ukrywa przed nią swoje życie wewnętrzne. Po prostu mózg kobiety nie potrafi wyobrazić sobie stanu, w którym u świadomej, przytomnej osoby nie zachodzi taka aktywność. Tymczasem mózg mężczyzny chętnie popada w stan niewerbalny — potrzebuje go, żeby wrócić do równowagi.

Przypomniała nam się przypowieść o The Nothing Box:

Mark Gungor, The Empty Box.

Wstrzymywałam oddech przy wielu fragmentach. W stupor zadziwienia wpadałam nie raz, że Sadownik wiedział i wie, to co ja przeczytać musiałam, a co jest niebywałym dobrodziejstwem dla mnie i naszego związku od lat. Książka momentami druzgocząca, momentami nie do przyjęcia, momentami nie do uwierzenia — np. badania dotyczące kobiecego orgazmu za pomocą rezonansu magnetycznego — sama myśl o seksie pierzcha, gdzie pieprz rośnie, w zetknięciu z frazą „rezonans magnetyczny” — a może, rozmarzyłam się, jest jakaś seksowna wersja tego podłego, choć bardzo użytecznego, urządzenia? Momentami książka zaskakująca — głaskanie, przytulanie, dobre słowa w przypadku kobiet „kumulują się” i stanowią cudowną wersję „gry wstępnej” rozłożonej w ciągu całego dnia. Odsetki od tej kumulacji są dużo wyższe niż głaskanie, przytulanie itd. na kwadrans przed — miłe zaskoczenie, bardzo!

Gdy skończyłam, oświadczyłam Sadownikowi, że od dziś ustawowo należy mi się jeszcze więcej głaskania, a co!

Sadownik:
(w okolicach śniadania głaszcze „dżewną” korę)

Jabłoń:
(zapomniała o własnym dekrecie)
Co się dzieje?

Sadownik:
Depozyt do banku rozkoszy składam.

Georgia O'Keeffe, Light of Iris, 1924.

     — Unerwienie każdej kobiety jest inne — potwierdził doktor Cole. Mówił łagodnie, jakby zwracał się do osoby lekko niezrównoważonej. — I dlatego reakcje seksualne kobiet są tak różne. U każdej kobiety nerw miedniczny rozgałęzia się inaczej. Różnice te mają charakter anatomiczny.
     Nieco później dowiedziałam się, że to złożone, barwne zróżnicowanie występuje jedynie u kobiet. Unerwienie narządów seksualnych mężczyzn jest dużo bardziej jednorodne
[...].

*

W latach dziewięćdziesiątych XIX wieku twierdzono, że kształcenie odbija się niekorzystnie na systemie nerwowym kobiet, przez co „nowoczesne kobiety”, które domagały się prawa do takiej samej edukacji jak mężczyźni były wedle jednych „ekspertów” niepłodne, wedle innych — nienasycone pod względem seksualnym, a w obu przypadkach owłosione i nienadające się do małżeństwa. [...] Dla ustabilizowanego, uporządkowanego społeczeństwa kobieca seksualność stanowiła zagrożenie tak wielkie jak terroryzm czy anarchizm.

*

Jeffrey Moussaieff Masson dokonał przeglądu trzystu europejskich pism medycznych z lat 1865–1900. „Lektura tych pism — normalnych, szanowanych periodyków lekarskich — pokazuje jak mężczyźni mający władzę nad życiem kobiet, zwłaszcza nad życiem seksualnym, nadużywali jej do wypaczania, naruszania, tłumienia, a nawet niszczenia seksualnego aspektu kobiecej osobowości”.

*

Dlaczego wciąż żywimy przekonanie, że szczere mówienie o swoich pragnieniach i doświadczeniach seksualnych jest proszeniem się o nieszczęście?

*

[...] najświętsze miejsce w najświętszej świątyni świętego wszechświata.

*

Niezwykle trudno nakarmić istotę kobiecości czymś, co jest ekscytujące, tajemnicze, głębokie i złożone, jeśli język opisujący rdzeń naszego „ja” jest medyczny, w złym guście, nieprzyjazny albo prymitywnie brutalny.

*

[...] nazywanie tworzy rzeczywistość.

*

[...] cytat z Rumiego: „Twoim zadaniem nie jest poszukiwanie miłości, ale barier, którymi się od niej ogradzasz i które wznosisz w sobie”.

*

Moja kreatywność w seksie przejawia się tym, że stapiam się z tym, co się akurat dzieje.

*

Heteroseksualni mężczyźni powinni zadać sobie pytanie: „Chcę mieć za żonę Boginię czy jędzę?”. Bo niestety fizjologia nie przewiduje dla kobiet stanów pośrednich.

*

Rozluźnienie łączy się z pozbyciem się zahamowań. Naprawdę pobudzony współczulny układ nerwowy to najlepszy przyjaciel kobiety, jeśli chodzi o seksualny trans. [...] Francuzi nazywają kobiecy orgazm le petit mort, „małą śmiercią”. Otóż u kobiet, inaczej niż u mężczyzn, orgazm wywołuje stan podobny do utraty świadomości pozwalającej kierować własnym zachowaniem albo do utraty „ja”. [...] Zapewne ta niesamowita utrata panowania nad sobą podczas orgazmu była przyczyną, dla której mężczyźni widzieli w kobietach irracjonalne bachantki albo czarownice.

Naomi Wolf, Wagina. Nowa biografia,
Czarna Owca, Warszawa 2013.

wtorek, września 09, 2014

1129. No, no

Pan Ciasteczko został poproszony o odrobinę mniej formalnych detali na swój temat. Łajf miała w związku z tym ubaw po pachy.

Na wieczornym spacerze tylko Heniutka się nie śmiała, bo była potwornie zajęta węszeniem...

poniedziałek, września 08, 2014

1128. Od religijnych specjalistów strzeż nas Panie!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Minęły dokładnie dwa tygodnie, gdy skończyłam czytać tę książkę. Nie mogłam na jej temat się tu zająknąć, bo jakaś część mnie nie mogła się pozbierać. Dziś chciałabym już tę książkę zaparkować na regale. Przyszedł więc na nią blogowy czas.

Gdy zaczynałam, dwa tygodnie i dwa dni temu, pierwszy rozdział przepłakałam. Potem nie było łatwiej. Afganistan, Palestyna, Nigeria, Iran, Ghana, Indie, Togo... Jerozolima, Teheran... człowiek Europy ma się świetnie, usprawiedliwiony, barbarzyństwo religią podszyte to nie u nas... i czytam: w Lublinie, w Polsce. Odpadłam nie jeden raz.

Wyobraźmy sobie potencjał mającego narodzić się chłopca. Nie wiemy, gdzie się urodzi — potencjalnie może stać się więc każdym: mistrzem świata, szewcem, prezydentem kraju, cieślą, kosmonautą, bibliotekarzem. A teraz wyobraźmy sobie potencjał mającej się narodzić dziewczynki. Nie wiemy, gdzie się urodzi, ale skoro ma to być dziewczynka, to wiemy, że nie ma szans być... papieżem. Jak rodzic może się na taką niesprawiedliwość godzić?

Czytając tę książkę, miałam cały czas świadomość posiadania ogromnego przywileju — bycia Europejką. Nie zrozumiem kobiet w Europie, które chrzczą swoje córki. Za ten znaczący akt nieposłuszeństwa nie zapłaciłyby życiem, a dałyby do myślenia skostniałej (wygodnie) od wieków hierarchii kościelnej. Czasem zastanawiam się, jak zareagowałby Jezus, gdyby chwilę pomieszkał tu i tam. Nie sądzę, by właśnie o to co jest, z czym musimy się mierzyć, Mu chodziło. Może jednak jestem człowiekiem małej wiary.

Mnie katolicki bóg nie straszy od bardzo wielu lat, nie grozi mi, nie wygraża paluchem, nie zwalnia z myślenia. Śmiem twierdzić, że polski katolicki bóg o miłości nie ma pojęcia.

Ciekawe jest, że mimo teorii o zderzeniu cywilizacji, [...] w kwestii kobiet islam i Watykan mówią jednym głosem.

*

U ludzi obserwuje się umiarkowany dymorfizm płciowy — nieco mniejszy niż u goryli, większy niż u gibonów, z grubsza porównywalny z szympansami. U ludzi przedstawiciele płci męskiej są na ogół więksi i silniejsi niż żeńskiej. Już samo to mogłoby tłumaczyć, dlaczego na przestrzeni całej udokumentowanej historii kobiety były podległe mężczyznom — i w wielu częściach świata nadal są. Mężczyźni panują nad kobietami, bo mogą.
     [...] Ale istnieje jedna ludzka instytucja, która zawsze stawała po tej silniejszej stronie — dodawała mocy jej i tak już silnemu ramieniu, zwiększała wagę tego, co i tak miało swoją wagę i nakładała aureolę świętości na istniejącą nierównowagę sił — i która przez tysiąclecia wspierała silniejszego w utrzymaniu dominacji nad słabszym: tą instytucją jest religia

*

To rzeczywiście paskudna sprawa — mężczyźni, którzy do tego stopnia kochają religię wraz z rzekomym bóstwem i do tego stopnia nienawidzą kobiet, że gotowi są je zabijać, nawet gdy (a może zwłaszcza gdy) chodzi o ich żony, córki, siostry, matki. Nieznany, niewidzialny Bóg jest wszystkim, a żywa córka czy matka jest albo niczym, albo zasługującym na śmierć wrogiem.

*

Grupy nie mogą niczego wysoko cenić. Nie mogą niczego szanować. Podobnie jak całe narody, społeczności czy nawet rodziny, bowiem grupy nie mają umysłów. Tylko ludzie (i niektóre zwierzęta) mogą nadawać wartości określonym zwyczajom, bo tylko ludzie mają umysły, na dodatek w liczbie pojedynczej, każdy człowiek z osobna. Ich myśli nie można do siebie dodać, żeby utworzyć większą, grupową myśl, która stanie się tym, co „myśli grupa”. Nie da się wlać myśli do wielkiej kadzi i zrobić z nich zupy. Można jedynie ułożyć z nich stos odrębnych bytów, które nie stracą przy tym odrębności. Myśli różnych ludzi nie stapiają się ze sobą bez względu na temperaturę.

*

Religia ubiera władzę w szaty i mitry, przedstawia vis maior jako wolę męskiego Boga. Dzięki temu wszyscy czują się lepiej. Mężczyźni robią to, czego Bóg od nich oczekuje, podobnie jak kobiety. Życie kobiet jest obwarowane mnóstwem ograniczeń, kobiety są pozbawione prawa do własnego zdania, bo tak postanowił Bóg.

*

W 2004 roku ukazał się „List do biskupów Kościoła katolickiego o współdziałaniu mężczyzny i kobiety w Kościele i w świecie”. Zaczyna się od słów: „Kościół, znawca tego, co ludzkie, zawsze żywi zainteresowanie tym, co dotyczy mężczyzny i kobiety”. Warto więc zapytać, dlaczego Kościół mieni się „znawcą tego, co ludzkie” — przecież dziedziną jego zainteresowań jest teologia, a nie antropologia, większość jego personelu to duchowni, a nie psychologowie, a ponad połowa ludzkości nie jest dopuszczana do kapłaństwa, a tym samym do wyższych stanowisk. List został napisany przez Josepha Ratzingera i podpisany przez Jana Pawła II.

*

Dżin już się wydostał z butelki. Wiemy, że ludzie nie przychodzą na świat z przypisanymi rolami czy planami na życie. Wiemy, że podział pracy wynika z umów społecznych, a nie z cech biologicznych. Wiemy, że ludzie mają różne zdolności, zainteresowania i marzenia i że żaden rząd ani Kościół nie powinien z góry decydować o ich losie tylko dlatego, że należą do określonej grupy. To od jednostek zależy, jak ułoży się ich życie, to rodzice mają decydować, jak się podzielą obowiązkami związanymi z opieką nad dziećmi. Księża, imamowie, pastorzy i rabini mogą nadal ustanawiać prawa, ale nie mogą ukrywać faktu, że miliony kobiet na świecie nie chcą być „dla domu”, lecz „dla świata”, nie chcą się podporządkować mężom. Upieranie się duchowieństwa przy tym, że kobiety powinny podlegać ograniczeniom i żyć w posłuszeństwie to ognisko niesprawiedliwości — trzeba je odsłaniać i sprzeciwiać mu się.

*

Mówiąc bez ogródek: jeśli duchowni chcą cokolwiek kobietom nakazywać, to nie mają prawa wykluczać ich ze swojego grona. A jeśli się przy tym upierają, to ich prawa można zlekceważyć i potraktować jako homiletykę korzystną jedynie dla strony zainteresowanej, tak samo jak można zlekceważyć słowa właściciela fabryki, który poucza robotników o wartości ciężkiej pracy i oszczędzania.

*

Tylko kler ośmiela się narzucać swoje prawa bez najmniejszych skrupułów.

Ophelia Benson, Jeremy Stangroom, Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet?,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.

(1126+1). Żyj(e)my zdrowo!

Jabłoń:
Seks?

Sadownik:
Sok?

Sadownik & Jabłoń:
(ryknęli śmiechem
wieczorową, niedzielną porą
)

1126. Wielki Mały Format

Student ma już grafik zjazdów. Ostatni wspólny weekend w tym roku za nami. Randkowaliśmy bez ustanku, do utraty tchu. Wziął mnie wczoraj do miejsca, gdzie między zajęciami kupuje kawę. Oniemiałam. Chłonęłam. Pokochałam.

*

atmosfera
inaczej płynący czas
serdeczność uważność
mistyczne wręcz.
zatrzymają Cię

na ścieżce serca
Właściciela
w jego miejscu.

zapłacisz
dopiero
na końcu
tylko
za kawę.

sobota, września 06, 2014

1125. Powrót widzki

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wyrwałam się wczoraj na samotnię kinową. Ze zgrozą stwierdziłam bowiem, że zaniedbałam ten dobry nawyk — wybierania samemu, „iścia” samemu, bycia samemu. Wypatrzyłam cykl Oczami kobiet. Uznałam go za świeży, by po godzinie wyjść z wielkiego błędu, bo on ma miejsce w stolicy od wielu, wielu lat. Poszłam na film Hotel (2013). Wróciłam poruszona niebywale, mówić z wrażenia nie mogłam.

Podobno jakiś krytyk-idiota napisał, że to pogodna powiastka o wychodzeniu z traumy. Gratulowałam panu idiocie, że załapał z filmu jedynie kilka absurdalnych scen, których moc polegała na tym, że obnażały stereotypowe myślenie, a przy okazji dawały widzom chwile oddechu między jedną a drugą trudną sceną. W zasadzie o czym jest ten film? A to zależy od tego, jak się na niego spojrzy. Dawno nie widziałam filmu, który może być odebrany na tak wielu płaszczyznach.

Wersja I: patriarchat po polsku. Tak, tak, niech kobiety obejrzą ten film jako przestrogę, że jak się wszystko ma, jest się spełnioną kobietą prywatnie i zawodowo, to musi los zesłać karę. No i zesłał! Polska kobieto, skoro już poszłaś do kina, to zastanów się nad sobą.

Wersja II: kobieta w patriarchalnym społeczeństwie. Dopasowała się. Kobieta sukcesu umysł w męską kratkę uformowała — wszystko zaplanowane i pod kontrolą. Gdy więc życie wymyka się planom i kontroli, można tylko spaść na dno, na którym będzie trzeba poszukać siebie.

Wersja III: europejska. Rozmarzyłam się nad tym, jakim musielibyśmy być społeczeństwem, by taki film mógł powstać w Polsce. Pięć głównych bohaterów, pięć niezamkniętych historii, pięć pragnień, z którymi czas się pożegnać lub przystąpić do realizacji. Film dotyka wielu tabu... traum różnego rodzaju, dania sobie czasu, pragnień seksualnych kobiet dojrzałych czy męskiego niewyrabiania się w męskim świecie. Dla mnie — być może dlatego, że kinowo raczkuję — to niebywały majstersztyk, choć wyjątkowo ciężki. Zachwyciła i została w mym sercu Jill Ung w roli Marie, której niestety bardzo mało w zwiastunie, gdy jest najpiękniejsza i wyjątkowo zmysłowa (1:03). Nieefektywne jest moje rozmarzenie, ale jest i radość, że choć takich filmów nie robi się w Polsce, to przynajmniej można je, póki co, oglądać.

Jill Ung (źródło)

zdarzasz się dwa razy i więcej,
na każdego coś czeka
...

czwartek, września 04, 2014

1124. Tańczmy życie!

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pierwszy raz. Pamiętam doskonale. Na samotnej kawie w lipcu gapiłam się na przemykających pasażem ludzi. Nic nowego, ale nagle zobaczyłam Ją. W nienagannie skrojonej korporacyjnej garsonce, równiutka, zgrabniutka, śliczna, prosto z żurnala mknęła z lewej na prawą. Mój wzrok ześlizgnąłby się z niej niechybnie, gdyby nie to, że nie miał na to szans — szła wyjątkowo szybko, zbyt szybko. Patrzyłam na nią urzeczona. Pomimo zawrotnego tempa szła pięknym krokiem. Przestałam patrzeć, zaczęłam się uważnie w nią wgapiać, by ze zdziwieniem stwierdzić, że coś w niej „nie szło”, nie pędziło, za nic miało sobie bajkę o korpo-pani lecącej właśnie na spotkanie, które zmieni życie niejednej osobie. Ramiona pędzącej nie trzymały ramy. Całe ciało gnało równiutko kratkowanym rytmem świata biznesu, ale jej ramiona nie poddawały się tej procedurze, było w nich coś frywolnego, nieśpiesznego — jej ramiona tańczyły. Uśmiechnęłam się całą sobą. Odetchnęłam, że nie całą kobietę wchłonął korpo-świat. Za fasadą zadbanej kobiety zobaczyła inną, Tę z marzeniami, pragnieniami, uczuciowymi wzlotami, odlotami i decyzjami, których nikt rozsądny nigdy by nie podjął, a ona tak.

Od tego pierwszego razu inaczej patrzę na ludzi. Zadaję sobie pytania: kogo, ten ktoś chce, bym spotkała? kogo ja spotykam? kogo jeszcze w tej samej osobie spotkać mogę już dziś? do kogo z tych ktosiów chcę gadać?

*

Enty raz. W zeszłym tygodniu. Nie wiem czemu, gapię się tępo na posadzkę pasażu, dziwnie czytać mi się nie chce. Ludzie przemykają z lewej na prawą, z prawej na lewą. Nudy. Można tylko postudiować różne techniki stawiania kroków, w zależności od płci, ubioru, wieku. A ja się gapię i nie mam pojęcia, o co chodzi. I nagle już wiem! Trzeba jednak najpierw dodać opis niezbędnego detalu technicznego: na posadzce, co sześć-siedem metrów, poprzecznie umieszczone są czarne pasy o szerokości około pięćdziesięciu centymetrów. No więc już wiem, bo dostrzegam dwie panie. Pięciolatka trzyma starszą panią za rękę. Idą, ale nudy w tym brak — trzymając się za ręce przeskakują każdy z czarnych pasów. Uśmiecham się od ucha do ucha patrząc na tę metaforę życia — można przemknąć przez własne, tak jak robią to inni, a można znaleźć własny rytm, własne kroki, własny taniec. Właśnie tak wolę.

*

Pan Paffeu. Podarował serdeczność w ulotny kawowy obrazek zaklętą. Jak zwykle, cieszyła niezwykle. Postanowiliśmy zbudować kolekcję.

środa, września 03, 2014

1123. Onemu

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Byliśmy, jedliśmy, idziemy — ćwierkała ważna dla mnie osoba.
     — U la la — pomyślałam — nie rozmawiam z człowiekiem lecz z relacją, bo oni to, oni tamto.
     Osoba ćwierkała z niespotykaną wcześniej energią, niebywałymi pokładami nadziei, szacunku i spełnienia. Kibicem czynnym owej osoby jestem — nie ma problemu, posunę się, zrobię miejsce Onemu. Jestem ważna, ale właśnie dowiaduję się, że Onemu też jest ważny, a do tego stanowi wcielenie cnót bardzo wielu. Choć Onemu nie znam, posunęłam się na mentalnej kanapie — byle tylko nie rozpychał się zanadto, pogroziłam mu palcem w myślach — i słuchałam z przyjemnością dalej.
     — ...byliśmy, skończyliśmy, jedziemy... — ćwierkała osoba z miłym dla ucha zaangażowaniem.
     Onemu jest taki i taki, nie był tylko tu i tu, to i tamto jest dla niego ważne. Delektowałam się każdą informacją, próbując sobie w głowie złożyć portret Onemu, portret człowieka z pewnością ciekawego. Osoba dodała:
     — On ma córkę.
     Informacja jak każda inna — wielu ludzi córki ma, wielu ojców wokół nas i jak dotąd to nigdy większego wrażenia na mnie nie robiło. Nie „tą razą”!

Fajnie byłoby plastycznie odmalować historię Onemu, ale po pierwsze, jest to historia osobista, do Onemu należy, nie znam jej i nic mi do tego. Po drugie, ta historia tutaj dla mnie kończy się, bo zaczyna się moja osobista bajka, która z historią Onemu nie ma nic wspólnego.

*

     — On ma córkę — rzekła osoba.
     Te trzy słowa i wiem, że nie chodzi o to zdanie czy stan posiadania. Te trzy słowa poruszają mnie ogromnie, a ponieważ jestem sama dla siebie poligonem doświadczalnym, za nic nie przepuściłabym tak fantastycznej okazji, by zbadać, czym to poruszenie dla mnie jest, jaką informację niesie i po co cała ta wymiana słów mi się przytrafiła. Onemu nie znam, nigdy nie widziałam, więc jeśli zużywam tyle energii na trzymanie się kurczowo jednej myśli, to musi coś w tym być — pomyślało mi się.

Domorosły analityk, przygodny blogowy przechodzień nie będzie miał żadnych wątpliwości — wszystko wiadomo, mleko się rozlało, czas minął bezpowrotnie, wyborów niewłaściwych Jabłoń dokonała, córki nie ma i mieć nie będzie, cierpienie całkowicie uzasadnione, trzeba nauczyć się z nim żyć. Najważniejsze, że wie, że złego wyboru dokonała, choć wszyscy wokół mówili, dobre rady dawali, trzeba było słuchać starszych, w życiu lepiej zagnieżdżonych i wiedzących, co sens ma a co nie.

Tyle to my wiemy nie od dziś. A poruszenie wewnętrzne trzymało kilka dni — miłe, ożywcze i nie wiadomo co znaczące. Wszystkie narzędzia na pokład wyjęłam. Posiedziałam ze sobą. Bez pośpiechu. W sobie się rozejrzałam. Kilkoma ciekawymi, nieznanymi ścieżkami przeszłam się, by dojść do miejsca, w którym już wiem, co mnie tak poruszyło, do miejsca, które tak bardzo mnie ożywia.

     — On ma córkę.
     Córka to dowód, że ktoś z kimś pewną opowieść przeżył. Po użyciu narzędzi różnych, okazało się, że dla mnie za tymi słowami kryła się opowieść o chwili niebywale intymnej bliskości fizycznej, o magicznym momencie, w którym kobieta bezgranicznie ufa mężczyźnie, w którym mężczyzna zawierza siebie kobiecie, o uwadze podarowanej drugiej osobie, o namiętności, o radości bezkresnej, o zachwycie ludzkim ciałem, którego żadna religia zabić nie jest w stanie, o mistycznym rozpłynięciu się w czasie i przestrzeni, o zapomnieniu siebie, o ogniu, który w dwójce ludzi płonie, rozprzestrzenia się i spala ich do cna, by z popiołów mogli powstać — ale to już potem, gdy uregulują oddech, gdy serca się uciszą — na razie toczy się opowieść, oni w niej płoną wciąż...

Kocham psychologię procesu, dzięki której można pod podszewkę zajrzeć, monety rewers odkryć. Dotarłam do tego ogniska. Tak, ja-Jabłoń potrzebowałam wrócić do magii tego doświadczenia. Wrócić, bo skoro umiem je opisać — troszkę kulawo, fakt — to przeżyłam je choć raz. W zadziwieniu minęłam wewnętrznego bezdzieciofoba, który w arsenale swych przekonań ma jedną ze społecznych prawd: seksu bezdzietni nie uprawiają, nie czerpią z niego tak dużo przyjemności jak dzietni. Ubawiłam się gościem.

Zapaliłam wczoraj świece...

*

     — On ma córkę.
     I całe szczęście, również moje. Dziś w myślach Onemu dziękuję, że kawałek jego osobistej historii tak bardzo mnie dotknął. Opowieść była warta nie tylko odkrycia czy opowiedzenia, ale również celebrowania. Zostawiam ją tu, bo nie jestem tą, którą byłam, a chcę znać osobę, która jutro zostawi tu swoje literki. Chcę rozumieć, z jakiej perspektywy do mnie gada.

Georgia O'Keeffe, Music Pink and Blue II, 1918.

wtorek, września 02, 2014

1122. Obdarowana

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

higiena
psychiczna.
sztuk raz.
poproszę.

zamówiłam w piątek. dostałam cudo.
i ruszyła lawina innych cudów.

*

zamówiłam wczoraj. fachowa nazwa: smok.
ale ja przy okazji widziałam
     legendarną złotą kaczkę,
     baśniowy liść paproci
     i magiczne piórko.

między jedną a drugą kawą tylko wspaniałe, niezapomniane chwile (1117–1121).

a na bloga znów wlazł ktoś, wpisując w wyszukiwarkę frazę:

bezdzietnosc i nuda zycia

no cóż, hi, hi, hi...
nuda, panie i panowie, nuda!

poniedziałek, września 01, 2014

(1118+3). Proste jak drut

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Asia na ludzki przełożyła mi Heniutkowe utyskiwanie na swoją obi-partnerkę:

Jeśli nie robię tego, co chcesz,
to znaczy, że chcesz
        za dużo,
        za szybko lub
        w zbyt trudnych
        warunkach.

(fot. Altówka)

Zapamiętałam. Nareszcie nie tylko rozumkiem, ale przede wszystkim sercem!

(fot. Sadownik)

(fot. Sadownik)

(1118+2). Święto klubowe (subiektywnik)

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Po pierwszych dziesięciu minutach pierwszego seminarium z Asią Hewelt, czułam się jak właściciel kanapowego jamnika na szkoleniu bokserów pracujących w straży granicznej. Pomyliło mi się, jak mało kiedy — myślałam sobie — intelekt przeszarżował, intuicja opuściła pokład, żenada trwała na posterunku i tylko kudłata solidarność nie pozwoliła zostawić mi psa w opałach. Ale, ale... to było tak dawno temu, potem było lepiej i tylko lepiej.

*

W grudniu zeszłego roku zwątpiłam. Jestem zarżnięta pracą — grunt to mieć dobre alibi — suka za stara, nie szarpie się, za piłkę zabić się nie da, a i parę kiepskich nawyków Matka Kudłata była łaskawa jej rozwinąć do kwitnięcia w pełni — matki kudłate są tak samo do dupy jak te ludzkie. Bez nowego psa ni du du. No i najważniejsze, wręcz egzystencjalne, pytanie: w zasadzie to  p o   c o   m i   t o   o b i? Ja do niczego, suka starsza z każdym dniem a odpowiedzi na pytanie zasadnicze brak. Masakra dryfująca.

*

(fot. Altówka)

*

Dziś jest pierwszy dzień po seminarium z Asią, a ja na kudłatym haju niezmiennie od soboty. Henia szarpiącego się zwierza, co nawet warczy, zaprezentowała, jak tylko Jabłoń — pod czujnym okiem Asi —wskazówkę łyknęła i krok w stronę człowieka szarpiącego się z zapałem zrobiła. Początki kwadratu — metodą na drucik — uczyniły z Heniutki sprintera, jakich mało. Nikt chyba wcześniej nie widział jej biegnącej w takim tempie. Ja też galopu zaznałam wracając w sobotę do Wawy. Myliłby się ten, że tylko miłość stęskniona gnała mnie do Pana Ciasteczko, co porzucił walizkę w biurowcu i wszedł w buty Sadownika. To też, ale gnałam, by zdążyć jeszcze do świątyni pieniądza wszelkiego, do działu agd w hipermarkecie. Pan Kudłatej oniemiał na widok ekspozycji mojego zakupowego entuzjazmu — w końcu żonę na dobre mu odmieniła tęsknota. Tymczasem, mopy na pęczki były brane, bo... boskie z nich szarpaki! Bianania ma nosa do zabawek, które psy kochają od pierwszej chwili. Na niedzielny deser zaserwowano nam ćwiczenie, które przypomniało mi nasz początek na pierwszym Asiowym seminarium — koordynacja motoryka–mózg wysiadła zupełnie i Kudłatej intelekt musiał nadrabiać za cały ludzko-psi duet. Uwielbiam Henię za wiarę we mnie i przepraszam za moje zwątpienie. I odpowiedź znalazłam!

Ano,  o b i   p o t r z e b n e   m i   d o   ż y c i a , bo uwielbiam być w kontakcie z Sukulcem, bo marzę, by coraz mniej potknięć musiała mi wybaczać, bo relacja z Heniutką rozwija mnie jako człowieka. O czym pomyślałam nie raz podczas seminarium, a dobitnie poczułam, gdy po seminarium mieliśmy spotkanie klubo-założycieli. Wokół dużego stołu wspaniali ludzie. Po raz pierwszy dotarło do mej łepetyny, jak bardzo chcę być częścią tej drużyny — również z ludzkich, a nie tylko psich powodów.

(fot. Altówka)

(fot. Altówka)

niedziela, sierpnia 31, 2014

(1118+1). Na psi ogon!

Podszlifował sobie pies człowieka.
Człowiek zawstydzony odszczekał każde swoje zwątpienie.
Było bosko!

cdn., wszyscy padamy na pysk...

piątek, sierpnia 29, 2014

(1114+3).

we mnie wiele głosów, postaci,
figur. wysłuchanych.

jest ktoś,
         kto mówi „nie”.
jest ktoś, kto tęskni.
jest ktoś, kto kocha.
nie ma nikogo,
         kto ma rację.

do kogo mówisz?

[suplement pikselowy: 15.04.2021]

(1115+1). Onanistka literkowa

Te same cztery słowa.
Inny znak interpunkcyjny zupełnie zmienia znaczenie słów.
Ot, mała różnica, która czyni ogromną różnicę.

*

dotykam
Cię
myślą
swą?

*

Sadownik nazwałby to filozoficzno-interpunkcyjno-intelektualnym onanizmem. Sadownika nie ma, więc mi przyszło nazywać rzeczy po imieniu. Ale ja się z Nim nie zgadzam.

środa, sierpnia 27, 2014

1114.

jedna mała karteczka. jedna
płyta. odnalazły mnie.
i intensywne uczucia wróciły.

jestem ofiarą, sprawcą, świadkiem. jest we mnie
coś z rozbitka, coś z ozdrowieńca. tu i teraz
intensywne uczucia czynią mnie wyjątkowo żywą.


Annie Lennox, Honestly z płyty Bare, 2003.

1113. Ulga

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzi się dziecko.
          Tracę matkę. Nie mam pięciu lat, ale przecież zrozumiem, że ręce ma tylko dwie. Jestem już taka duża, dam radę zająć się sobą.

Rodzi się dziecko.
          Tracę ciocię, co mi matkowała. Jestem większa, nie próbuję rozumieć.

Rodzą się kolejne dzieci.
          Myślę, że nie mam już kogo tracić. Wzruszam ramionami. Gdzieś w środku dziecięca pewność, że niczego bym nie straciła, gdyby nie... dzieci.

Mija wiele, wiele lat.
Naprawdę jestem już duża, mądra, dorosła,
z bagażem dużych i ważnych
doświadczeń życiowych.

Dziecko od długiego czasu w drodze.
          Tracę rodzinę. Grubą kreską milczenia oddzielona od nas, ode mnie i Sadownika. Rodzi się. Gratulujemy.

Rodzi się kolejne dziecko.
          Niczego odebrać mi już nie może. Nie należymy do tej samej rodziny. Na esemes z informacją odpowiadam. Gratulujemy.

*

Olśniło mnie w tej kwestii jakiś czas temu, przy okazji wizyty Bliźniaczego Małżeństwa. Ich Synek nie odebrał mi Bliźniaczej Liczby. Schemat, z którym mogłabym spokojnie opuścić ten padół łez, legł w gruzach. A wszystko wydawało się innym wyjątkowo jasne — coś ze mną jest nie tak i to od bardzo wczesnego dzieciństwa, jeśli tylko to przepracuję, jeśli tylko popracuję nad sobą, zmienię się, będą mnie zauważać i brać pod uwagę.

Jeden mały Chłopiec swoim istnieniem kopnął klocek pieprzonego domina „Jabłoń i rodzinne dzieci”. Już wiem, że wszystkie wspomniane w pierwszej części dzieci nigdy nikogo mi nie odebrały — nie miały takiej mocy — były bezbronnymi niemowlętami. To tylko dla konkretnych dorosłych, gdy one się rodziły, nie byłam kimś wystarczająco ważnym, nie łączyła nas szczególna nić... naprawdę, nic więcej. Jakiś czas to trawiłam. Puszczam!

wtorek, sierpnia 26, 2014

1112. Feminium i dla kobiet, i mężczyzn

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dostałam zgodę. Dzielę się.

[...]  f e m i n i z m  to troska o słabszego. Wszelkiego rodzaju i maści słabszego.
Nawet słabszą mnie w stosunku do mnie silnej.
Każdy z nas jest tym słabszym, tylko o tym zapominamy, bo te słabości nie dzieją się jednocześnie. I kiedy jesteśmy silni, myślimy, że nigdy nie będziemy słabi.

Ruda Annsonka
(wyróżnienie własne)

(1009+2). Miara pewnego uczucia

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Miarą tęsknoty są (a) wyostrzona spostrzegawczość, dzięki której z łatwością wyławiam z tła brodatych, przystojnych facetów, (b) motocykle, których jakoś wokół mnie więcej, pomimo podłej pogody. Mało? Mało! Włączam rano radio i co? Brodaty, mądrze gadający Motocyklista!

Grzegorz Chlasta: Przychodzi syn i mówi:
     — Tata! Chcę mieć motor.
I co pan radzi tacie?

Lech Potyński: Zacisnąć zęby i kupić. Ja w takiej sytuacji się znalazłem wiele lat temu, natomiast to nie był syn, tylko córka [...].

Lech Potyński

(fot. Autor nie do ustalenia)

*

Uwielbiam tęsknić! Do Sadownika. Do Pana Ciasteczko.
Normalnie, kochliwa baba ze mnie...

1110. Przemyślone

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jest takie miejsce. Uładzone. Grzeczniutkie. Dobrze wychowane. Tradycje wszelkiej maści podtrzymujące. Równiutkie. Zgodne. I te pe. I te de. Ludzie tam też są uładzeni, grzeczniutcy, dobrze wychowani... I te de. Oczywiście, będąc tam mogłabym się postarać i być uładzona, grzeczniutka, mogłabym udawać dobrze wychowaną i podtrzymującą wszelkie tradycje rodzinne. Mogłabym, ale po co? Lubię nieoczywistość, niegrzeczność, dobre wychowanie, ponieważ nie posiadam, generalnie uważam za rzecz groźną i morderczą, bo zabija instynkt zmierzania ku życiu szczęśliwemu. Tradycje wolę tworzyć niż podtrzymywać te, które mnie w dupsko uwierają. No więc, tak, zgodna bywam, jak chcę, ale nie mam tego w standardzie, w żadnym razie nie jest to opcja domyślna.

No więc, w tym miejscu niezmiennie korci mnie niebywale, swędzi ozór okrutnie i zwykle wcześniej niż później wygłaszam swój sąd głosem nieznoszącym sprzeciwu:

rodzina to patologia.

I patrzę z nieukrywaną przyjemnością, jak zacni, uładzeni, grzeczniutcy, równiutcy i zgodni, co tradycję podtrzymują, nie dają rady zdzierżyć tej obelgi. Uwielb, po prostu uwielb rozchodzi się po całym mym ciele, gdy zacni, uładzeni protestują.

Do niedawna miałam jeden argument. Ludzie, dobierając się w pary, mają zwykle coś wspólnego: cechy charakteru, marzenia, kierunek, w którym idą — współdzielą pewien zasób wartości. Siłą rzeczy pewne wartości pozostają za burtą nowej rodziny — my nigdy, przenigdy nie robimy tego, tamtego; my absolutnie nie jesteśmy tacy czy owacy, czyż nie? Żeby sprawa była jasna, nic w tym złego. Ale łatwo sobie wyobrazić, jak czuje się nastolatek marzący o zostaniu tancerzem w rodzinie, która od pokoleń jest rodziną adwokatów. Kancelaria już na niego czeka, a on śni o tańcu współczesnym. Rodzina nie rozumie i nie ma zamiaru zrozumieć, bo przecież wie lepiej, jeśli nie najlepiej. Rodzina zamiast wspierać, wybić młodemu człowiekowi próbuje taki czy inny pomysł. Może nawet uda im się zabić jego potencjał. Jeśli to nie patologia, to co? Nie trzeba morderstwa, by zabić człowieka.

***

Będąc u Orzeszka i Seniora odkryłam inną perspektywę owej patologii. Już jadąc do nich, wiedziałam, że będzie inaczej, ponieważ jechałam jako osoba dorosła. Tak, to prawda, że łączy mnie z nimi czas przeszły, miniony, historia cała. Jednak teraz łączy mnie z nimi jedynie teraźniejszość, a w zasadzie tylko jej mała część. Mogą mnie spotkać jako fajną babkę, (nie)ciekawego człowieka, osobę o określonych poglądach i zacięciu. Tak czy inaczej mają przerąbane, bo mogą mnie spotkać już tylko jako osobę dorosłą. Biedni oni!

Rodzina jest patologią, bo nie aktualizuje sobie bazy danych na temat swoich członków. Niespecjalnie trzeba używać wyobraźni, wystarczy się rozejrzeć. Przyjeżdża pani prezes do swoich rodziców, ciach, ułamek sekundy i dorosły człowiek prysł, jest sześcioletnia córunia, co nie lubi pomidorowej, ale będzie ją jadła. Odwiedza swą matkę ojciec trójki prawie dorosłych dzieci i co, ciach, ułamek sekundy i dorosłego brak, sześćdziesięcioletni kilkulatek słyszy, że gruby sweter ma założyć, bo zimno — na nic protesty i niechęć do golfów wręcz organiczna, matka syneczka wie lepiej. I żeby tylko o jedzenie czy ubrania chodziło...

*

Jako istota głęboko antyspołeczna patologii rodzinnej mówię: nie, dość, starczy! Właśnie do tego, między innymi, przydaje mi się świadomość.

poniedziałek, sierpnia 25, 2014

1109. Bez arytmetyki

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Życzył mi dobrej nocy wczoraj, a sam kilka granic stąd udawał się właśnie na obiad. Zanim poszłam spać, powłgoogleczyłam się po mieście, w którym jeść zamierzał. W wąskich uliczkach znalazłam znane i nad Wisłą formy ludzkiej aktywności. Nie wiem, kim jest NeNe, nie wiem, czy ta miłość przetrwała poza murem, ale wiem, kim jest Pan Ciasteczko i że ta miłość trwa.

Więc. No cóż. Głupia sprawa. Nic dodać. Nic ująć. Tęsknić!

→PaNie CiaSTeCZKo← TI AMO!

sobota, sierpnia 23, 2014

1108. Równoudupienie

Pan Ciasteczko jutro udaje się na tygodniowe szkolenie. Dwanaście koszul na osi czasu miarowo rozłożonych do prasowania. Ma Pan Ciasteczko w końcu nieocenioną możliwość postudiować w detalu filozofię czasu Present Continuous. Zagadżeciony, z powieścią do słuchania na uszach, daje radę. Drzewko nie kibicuje, nie wspiera — bezduszna podła baba. Po czwartej koszuli Pan Ciasteczko robi sobie przerwę na obiad. Po nim wraca do kieratu, by po piątej sapnąć. A Jabłoń na to bezczelnie antyfeminiumem raczy:
     — Kochanie, wiesz, że to co robisz, to nie praca?

(1100+7). Echa odszczekiwania

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dała czadu. Kończący się tydzień spokojnie powinien być nazwany tygodniem spod znaku Omm, bo wyjątkowo obrazowo ujęła rzeczywistość, którą znakomita część politykierów w tym kraju — bo przecież nie polityków — ignoruje. A było to tak:

Dzielimy się ochoczo na dzietnych, bezdzietnych, psiarzy, kociarzy, katolików i niewiernych, homo wiadomo i nie wiadomo itd. A potem mamy dysonans, kiedy okazuje się, że bezdzietna psiara, posiadająca też koty jest praktykującą katoliczką i jednocześnie lesbijką w parze z żydówką równie wierzącą, które dają schronienie gromadce potrzebujących dzieciaków i wszyscy żyją długo, i są wzorem dla innych. Na każdym kroku widać, jak ludzie potrafią łamać schematy i wychodzi im to na szczęście, zazwyczaj. (wyróżnienie własne)

No więc, żeby nie zgubić — kto czyta stare wpisy czy komentarze? — zostawiam to tu do łatwego, w razie czego, odnalezienia.

Zaglądam dzisiaj do Ommeczki, a tam ciąg dalszy:

[...] wracając do tego miejsca przy nas, jak się trochę posunąć (nazwijmy to mentalnie) w naszej głowie, to oprócz innowierców, gejów, lesbijek, żydów, psów, kotów, dzieci i innych inności zmieścimy się również... my sami, ważni i wartościowi. Takie to patetyczne, banalne [...] prawda?.

I tylko z jednym zgodzić się nie mogę. Omm, wcale nie patetyczne i nie banalne!

*

Stado:
(na grillu prawie tydzień temu)

(już po wszystkim, gdy wskutek poczynionych obserwacji,
ale i uzyskanych informacji, doliczyła się, że...
liczba par nieheteronormatywnych wzrosła 300%
)
Jabłoń:
(z udawanym strachem maskując na chwilę radość,
że ludzie przy niej i Sadowniku niekłamani, prawdziwi
)
Jak tak dalej pójdzie, my z Sadownikiem będziemy w mniejszości...

Gospodarz:
Spokojnie, jesteśmy tolerancyjni.

1106. Jak zostałam bogaczem, czyli psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 11.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie znoszę zamkniętych osiedli. Idealistka we mnie nie da się zamknąć w getcie na własne życzenie i za własne pieniądze. Płoty, które mówią wszystko o stosunku tych, co w środku, do tych, co na zewnątrz; o braku nadziei i złudzeń, o braku chęci, o niewyobrażalnym braku zaufania, o tępym, krótkowzrocznym wzroku, co widzi tylko własny nos i obrys budynku. No nie.

Co na ten styl życia powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? — pytam w myślach. No nie.

Przemawia przeze mnie szczera i luksusowa zazdrość i niemoc, że ja nie uczestniczę w śnie wymarzonych z prospektu najpiękniejszych, najinteligentniejszych, najlepiej położonych, jedynych takich i szczęśliwie zrealizowanych projektów mieszkaniowych, gdzie nawet jednopokojowe mieszkanie nie jest mieszkaniem lecz mini apartamentem lub studiem — powie wielu. No tak.

I paru moich Przyjaciół, co właśnie tak mieszka, czytając tę notkę ma prawo mieć delikatnie rzecz ujmując negatywną reakcję. Ja nie czepiam się Ich wyborów, a Oni nie czepiają się mojego podłego myślenia — przynajmniej taką mam nadzieję. Gorzej, u niektórych bywam, przymykając oko na płoty, w końcu nie moje. No tak.

No i proszę, stało się. Zostałam jeszcze jednym pieprzonym krezusem, a w zasadzie krezuską nie ruszając się z hamaka. Moje śmieci od dwóch dni są zamykane na klucz. Dla mnie bez wartości, dawniej przydawały się temu czy innemu człowiekowi. Teraz nic z tego. Nie spotkamy już z Henią pana Piotra. Nie porozmawiamy. Nie wymienimy uśmiechów. Już nigdy nie będziemy sobie życzyć spokojnej, bezpiecznej nocy. No tak.

Co na ten nowy kapitalistyczny porządek, który finalnie dopadł i mnie, powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? Nie chcę znać odpowiedzi. Proszę, nie umieszczajcie w komentarzach powodów, dla których te śmieci muszą być zamykane. Znam te powody. Znałam też z widzenia wszystkie Osoby, które regularnie przy osiedlowych śmietnikach się pojawiały. Mówiliśmy sobie dzień dobry i życzyliśmy dobrego dnia. A w środku wciąż mam tę samą odpowiedź: no nie.

piątek, sierpnia 22, 2014

(1103+2). Historia pewnego zamówienia (II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

zamówienie. zrealizowane. z ogromnym sercem,
doczytałam wczoraj. mej radości nie ma końca.

Uliśka i Ośka

(made by Omm-NUXY)

*

dziewczyny: Uliśka (od Przytuliska) i Ośka (od Ośrodka) już w pracy...

Uliśka i Ośka w pracy

(thank You, Omm-NUXY)

1104. Czekając na swój pierwszy raz

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wydana po raz pierwszy w 2001 roku. Do moich rąk trafiło wydanie drugie z 2008. Staroć na starociami i, niestety, stare, ale jare. Nawet prof. Chazan pojawia się nie jako duch. Kończąc książkę, patrzyłam na przechodzące obok mnie kobiety i pomyślałam: to absolutny cud, że jeszcze chce nam się w tak urządzonym kraju mieszkać. A teraz czekam na swój pierwszy raz...

Dobrze jest być po stronie dobra, kiedy ma się kilkanaście lat [...] Zdziwiło mnie słowo na „f”. Nie znałam żadnych feministek, zwłaszcza wojujących, ale sama nazwa miała w sobie coś groteskowego. Nie pasowało do mnie. Sugerowało pretensje do całego świata, zwłaszcza do mężczyzn, a ja chłopców lubiłam, i to bardzo. [...] Wspomnienie wróciło po latach, kiedy w kobiecym gronie snułyśmy opowieści o „tym pierwszym razie”: jedną z nas nazwano feministką jeszcze w dzieciństwie, kiedy odmówiła prania skarpetek swoim braciom, inną, gdy w podstawówce marzyła o grze w piłkę nożną, jeszcze inną, gdy zwierzyła się matce, że nie zamierza zakładać rodziny, dopóki nie skończy studiów. Straszne słowo na „f” pojawiało się jak znak „stop” — ostrzeżenie dla grzecznych dziewczynek, że posunęły się o krok za daleko.

*

Rzecz jednak w tym, że gdy mowa o kobietach, logika absurdalnych uogólnień ma swoją moc. Stereotyp przywołuje piękną fantazję o rzeczywistości idealnie symetrycznej i dwoistej: panie na prawo, panowie na lewo. Tu mamy krawaty, tam apaszki. Mężczyźni myślą, kobiety czują. Stereotyp porządkuje świat i sprawia przyjemność: utwierdza nas bowiem w przekonaniu, że wiedza potoczna jest słuszna, a rzeczywistość nas nie zaskoczy, odbiegając od naszych przyzwyczajeń. W kwestii płci okazujemy się ekspertami — wszak każdy z nas jest kobietą lub mężczyzną i „swoje wie”. [...] stereotyp ma to do siebie, że zwalnia z obowiązku myślenia.

*

Tam, gdzie chodzi o mit i rytuał, fakty nie mają nic do rzeczy.

Agnieszka Graff, Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.

czwartek, sierpnia 21, 2014

1103. Historia pewnego zamówienia (I)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

od wczoraj. marzyłam o Listonoszu. miły facet. ale. zapukał do drzwi dopiero dziś. odebrałam zamówienie, które — nim zostało złożone — dojrzewało we mnie kilka miesięcy. bo wszyscy wiedzą, że rozmiar ma znaczenie.

*

nim rozpakowałam. pobiegłam po płytę. ulubionym kawałkiem łomolnęłam. przedłużając chwile, gdy tylko pewna cudna Kobieta i ja wiemy o tym, co jest w środku. nie myliłam się, rozmiar ma znaczenie.

Henry Mancini, Village Inn.

środa, sierpnia 20, 2014

1102. Z wielką dziką Kocicą w tle

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Opowieść dla przyjaciela... tia. Czytana namiętnie w wieku nastoletnim pełniła rolę plastra na katastrofę wieku pokwitania. Dziś myślę, że owo czytanie było dowodem na to, że pal sześć autor, człowiek i tak wyczyta, co chce, co mu potrzebne. Tak czy inaczej w ten sposób poznałam panią Poświatowską.

Od wielu, wielu lat wydaje mi się, że jako nastolatka nie czytałam wcale, a jednak czytałam, ale tylko biografie. To nie byłam ja — myślę sobie dziś o tamtej biografio-pożerającej wersji mnie.

Gdy więc — o zgrozo, będzie już pewnie miesiąc temu — Gepardzica doniosła, że w mgnieniu oka połknęła (drapieżniki tak mają) biografię Poświatowskiej i jest w jej posiadaniu — pożyczyłam, bo byłam ciekawa. Ciekawa jednak nie na tyle, by tę książkę mieć.

Leżała, bo wciąż pojawiały się książki ważniejsze, pilniejsze. Zagroziła więc terminem zwrotu Właścicielka i dobrze, więc w długi weekend i ja dziabnęłam tę książkę. Nie wiadomo, czy tak szybko się „czyta”, bo tak ładnie złożona, czy dlatego, że życie poetki ciekawe. Została mi jedna różnica w stosunku do mnie czytającej biografie kiedyś. Gdy skończyłam Uparte serce, psychoterapeutka we mnie została z niedosytem, że nigdy nikomu nie będzie dane poznanie snu z dzieciństwa Haliny Poświatowskiej. Bardzo chciałabym go znać.

[...] chce tylko wiedzieć, kiedy będzie mogła pójść do szkoły. Gdyby mogła do niej chodzić, znaczyłoby, że jest zdrowa.

*

Pod blokiem obejmuje ją mocno, żeby zwolnić jej kroki, i mówi:
     — Nie śpiesz się, śpieszą się tylko naiwni, którzy myślą, że można gdzieś zdążyć.

*

     — Nie jest już pani dzieckiem. Sama pani ma pamiętać, że nie wolno pani wchodzić pod górę, dźwigać, tańczyć, jeździć na rowerze, biegać...
     — Będę pamiętać — zapewnia Halina. Wychodzi za drzwi i zbiega po schodach.

*

     — Sama się dziwię, że tak dobrze się przy tobie czuję — mówi mu [Leopoldowi Zgodzie] kiedyś. — To chyba dlatego, że ty nic nie udajesz i nie wymagasz udawania ode mnie.

*

     — No tak — wzdycha Halina. — Bo ludziom się wydaje, że mnie się nie chciało żyć. A mi się chciało i chce. Bardzo. Tylko powiedz: jak?
     Po chwili dodaje:
     — Poldku, zabierz mnie z tego szpitala. Wykradnij mnie na chwilę.
     — Daj spokój — obrusza się Leopold. — Co potem powiedzą...
     — Co potem to nieważne, ale teraz zróbmy tak, żebyś mnie wykradł.
     Idą na Rynek. Halina siada na łańcuchach przy kościele Mariackim, wymachuje nogami, odsłaniając halkę pod spódnicą, i pyta:
     — Powiedz, czy może być piękniejsze miasto niż Kraków?

Kalina Błażejewska, Uparte serce. Biografia Poświatowskiej,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

wtorek, sierpnia 19, 2014

(1100+1). U Orzeszka i Seniora

Orzeszek, Senior, Sadownik i Jabłoń:
(przy jednym stole w długi weekend)

Jabłoń:
Tato, nie ściemniajmy. Jesteś szowinistą i mizoginem.
W tym wszystkim najbardziej zadziwia mnie,
że pomimo szowinizmu i mizoginii
udało ci się wykształcić córki.

Senior:
Od kiedy to się nazywa „udało”?

Sadownik:
(ryknął śmiechem)

1100. Hau, hau... Jabłoń odszczekuje

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Cztery lata z hakiem. Prawie 1100 wpisów.
Ten. Szczególny. Podzielny nie tylko przez dziesięć, ale również przez sto.
Będzie o zmianie perspektywy.

Dawno, dawno temu napisałam, a potem Syrriusz przynajmniej raz w komentarzach powołał się na „tak, tak, pamiętam, Ty płacisz za karmę”. No i przyszedł dzień, że horyzont szerszy, niż rodzinne dwie mega-wypasione-wózkowe — co dziećmi wszystko w rodzinie wymusić potrafiły — stał się moim udziałem. Odszczekuję przynajmniej częściowo. Widzę szerzej, dalej, mniej hop-do-przodu.

I znów, ciut smutno, że stara książka jest wciąż tak bardzo na czasie...

I znów, ciut rozumniej, skąd niektórzy ludzie z tak niebywałą precyzją i pewnością, wiele razy mówili mi, że powinnam się wstydzić swoich wyborów, a już na pewno przestać pisać bloga, że to wszystko wbrew naturze. Uodporniłam się. Uparłam się na swoje żyje. Teraz rozumiem tło, kontekst ludzkich ciasnych horyzontów, że sami tego nie wymyślili. Miłe to rozumienie. Ale i straszne.

Milczenie to normalność, a niebezpieczeństwo ściągają ci, którzy o nim mówią.

*

Rzecz polega na tym, że klasyczna ekonomia zajmuje się podażą, popytem i zyskiem... a ludźmi wyłącznie jako autonomicznymi jednostkami podejmującymi racjonalne decyzje. Tymczasem opieka — tradycyjnie uznawana za kobiecą sferę działań — potrzebna jest właśnie tam, gdzie autonomii nie ma, a racjonalność nie wystarcza. Opieka — nad dzieckiem, chorym czy ludźmi starymi — z pozoru wydaje się po prostu „usługą”, czynnością, którą kupujemy od drugiego człowieka. W istocie jest także czymś więcej. To forma kontaktu, która wymaga fachowości, ale także zaufania, empatii, troski. Jeśli trwa to długo, powstają realne więzi, a to już wymyka się logice rynku.

*

Opieka kiepsko się mieści w neoliberalnym modelu ekonomicznym z jego ścisłym podziałem na prywatne i publiczne, z twardymi regułami wymiany. Sprawne funkcjonowanie sfery opiekuńczej — w tym publicznej opieki zdrowotnej — wymaga wyjścia poza te ramy. Wymaga przyznania, że zdarzają się rzeczy kosztowne, a zarazem nie w pełni podlegające logice zysku; intymne, a jednak niedające się zamknąć w domu.

*

[...] siatka pojęć dotyczących seksu i płci — „prawdziwej męskości”, „prawdziwej kobiecości”, a także „normalnej” i „zdrowej” rodziny — nakłada się na wizję państwa i narodu, postrzeganych jako swoiste przedłużenie rodziny. Stąd bliskie sąsiedztwo wyobrażeń dotyczących męskiej wspólnoty i prawdziwej polskości, macierzyństwa i ojczyzny; stąd też w warstwie wizualnej częste sąsiedztwo flag i embrionów.

*

Terlikowski odpowie pewnie, że jest u siebie, że Polska to kraj katolicki. Zgoda, ale ja też jestem u siebie. I bezrobotny z popegeerowskiej wsi, para lesbijek z dzieckiem czy ekolodzy. Istotą demokracji jest ochrona praw mniejszości — przed presją większości, dyskryminacją, napiętnowaniem, pogardą.

*

[...] można wręcz mówić o swoistej głębokiej strukturze stygmatyzacji i wykluczenia, opartej raczej na lęku niż na głęboko zakorzenionym poczuciu wyższości. W obu narracjach — antysemickiej i homofobicznej — kluczowy jest wątek podstępnego „lobby”, które „zagraża naszej cywilizacji”, a także tendencja do usprawiedliwiania przemocy wobec wykluczonej mniejszości jako rzekomych „prowokatorów”, którzy „narzucają się” większości.

*

Przyjmuje się, że kultura podlega przemianom, jednak określenie „tradycyjna polska rodzina” używane jest w sposób sugerujący coś ponadczasowego, odwiecznego, całkowicie na zmiany odpornego.

*

Okazuje się, że „gej” czy „feministka” ucieleśniają te wartości, które prawica, Kościół i znaczna część społeczeństwa uważa za „obce” polskiej tradycji. [...] Nie żyjemy w czasach „transformacji ustrojowej”, lecz w epoce odrodzenia pełnej resentymentu i agresji mentalności endeckiej, zarazem megalomańskiej i zakompleksionej.

Agnieszka Graff, Rykoszetem,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.
(wyróżnienie własne)

czwartek, sierpnia 14, 2014

(1094+5). Feminium bez Chronosa (IV)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Skończyłam. Pełna wrażeń dotyczących rozdziałów Głód (o szachu diet) i Przemoc (o chirurgii, nie nazywajmy jej estetyczną). I mogłabym długo, ale dziś wszystkie te wrażenia przyćmiło spotkanie z ważna dla mnie Kobietą — towarzyszymy sobie na, co nas wciąż zadziwia, tej samej drodze, po której kroczymy. Oniemiałam. Celebruję więc i tę książkę, i to spotkanie, i czytając po raz setny poniższe słowa, powtarzam jak mantrę: to o mnie (!) i chcę, by było o mnie do końca moich dni.

Można jednak spojrzeć na to z innej perspektywy i zauważyć, że zdrowa kobieta żyje, by się zestarzeć, kwitnie, reaguje, mówi, okazuje emocje, jej twarz się zmienia. Zmarszczki odzwierciedlają jej myśli, promieniuja z kącików oczu, zamykają się jak wachlarz, gdy się uśmiecha. Można nazwać te zmarszczki siecią „zmian chorobowych”, można też spojrzeć na nie jak na kaligrafię: myśl zapisała się oznakami skupienia pomiędzy jej brwiami, wyrysowała wzdłuż jej czoła horyzontalną linię zaskoczenia, zachwytu, współczucia i celnych odpowiedzi. Życie wypełnione pocałunkami, mówieniem i wzruszeniem odznacza się wyraźnie wokół jej ust przypominających trzepoczący liść. Skóra na jej twarzy i szyi traci jędrność, nadając jej rysom zmysłową powagę, rysy wyostrzają się, ona sama staje się silniejsza. Wiele w życiu doświadczyła, i to widać. Kiedy w jej włosach pojawia się szary i biały refleks, można go nazwać jej nieprzyzwoitym sekretem lub srebrnym czy księżycowym blaskiem. Jej ciało wypełnia samo siebie, poddaje się grawitacji jak woda spływająca ze szczytu, staje się silne jak ona sama. Cienie pod jej oczami, ciężar jej powiek, ich drobne zmarszczki pokazują, że to, czego była częścią, pozostawiło w niej samej swoją złożoność i bogactwo. Jest ciemniejsza, mocniejsza, luźniejsza, silniejsza i bardziej sexy. Dojrzewanie kobiety, która wciąż się rozwija, to piękny widok.

Naomi Wolf, Mit urody,
Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014.

*

Gepardzica zacytowała dziś swoją Nauczycielkę:

nie naciskaj na jasnowidzenie,
wystarczy jasnoczucie.

Piękne! A my z Gepardzicą, no cóż, szczęściary!

*

Ambasadorką książki Mit urody z pewnością byłaby bohaterka filmu Pora umierać, która na pewno wie, że feminizm nie jest walką o prawa kobiet, ale o prawa człowieka. A antyfeminiści? Niech się pocałują w dupę!

(1097+1). Feminium bez Chronosa (III)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Często bywa, że w jednych książkach znajduję znanych i cenionych przez siebie Autorów innych książek. W książce Cacho echem odbija się sposób pracy Güntera Wallraffa. W Magmie, którą właśnie przygotowuję do wyjścia z domu, jest przepiękny cytat z manifestu feministów napisanego przez prof. Wiktora Osiatyńskiego (poniżej). Ciasny mam umysł i nie mogę sobie wyobrazić, że można nie być feministką czy feministą.

pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:

Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. [...] Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. [...] Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

środa, sierpnia 13, 2014

1097. Feminium bez Chronosa (II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu. Dwie kobiety. Dziś dobry kawałek po sześćdziesiątce z jednym bądź dwójką dorosłych synów. Niezależnie od siebie, w różnych punktach czasoprzestrzeni powiedziały:
     — Nie wyobrażam sobie, że mogłam urodzić dziewczynkę.

Jako kobieta poczułam się dziwnie. Taaaak, feminizm to potworny wymysł.

*

Nie tak dawno. Był taki czas, gdy zaglądałam na blog Mamy P. i Z. z przeogromną przyjemnością. Lekki dysonans miałam, bo był Pietruszka, ale była Zochacz. Czytałam, śmiałam się, przechodziłam obok tej lingwistycznej nierówności z przymkniętym okiem. W re-komentarzach na swoim blogu zawsze pisałam MamoPietruszki&Zosi, bo Zochacz mi przez gardło i palce nie przechodziło. Oczywiście, rzuciła mi się na mózg lingwistyczno-psychologiczna maniera, przerost tkanki myślowej, ale nikt mi nie wmówi, że to czułe czy słodkie. Przelało mi się i przestałam czytać, gdy Autorka uznała, że gender to wymysł — cóż, ślepota na te kwestie wśród heteronormatywnych ludzi, to efekt przywileju przynależności do większości (najczystsza psychologia w praktyce).

Oczywiście, mam nie po kolei w głowie, skoro dziwuję się nazwie:

Pietruszka, Zochacz i Jaś

i mam to samo dziwne poczucie, że nikomu nie przyszłoby do głowy, bym zobaczyła:

Pietrucha, Zosieńka i Jachu

Relacja matki z córką to jedna z najtrudniejszych. Córkom bardzo trudno wyjść obronną ręką. Taaaak, feminizm to potworny wymysł.

*

Gdy wróciliśmy z weekendu z Bliźniaczym Małżeństwem, ze stosiku książek wyjęłam kolejną Graff, a po cichutku zamówiłam resztę. No prawie resztę, bo ostatnią trzeba było przez Sadownika na Allegro nabyć.

Po raz kolejny dziękuję Agnieszce Graff i dziwuję się, że tak późno otworzyłam jej książki. Ze mną naprawdę wszystko ok! Mierzyć się ze światem byłoby mi chyba ciut łatwiej, gdybym te książki przeczytać dziesięć lat temu mogła, ale wtedy ich jeszcze nie było. A feminizm to ważna rzecz. Może najważniejsza, gdy matki córkom ucinają skrzydła. Niestety, choć ta książka całkiem stara, to wciąż tak bardzo aktualna.

Przemoc wobec kobiet, niszczenie ich godności, ograniczanie ich swobody odbywają się bowiem w poczuciu, że kobiety to nie obdarzone niezbywalnymi prawami jednostki, lecz coś w rodzaju zasobu naturalnego, własność wspólnoty. Kobiety okazują się zawsze czyjeś, zwłaszcza podczas wojen czy konfliktów. Naszych się pilnuje, ogranicza ich wolność, okrutnie karze za przejawy autonomii. Cudze się gwałci. W imię wartości religijnych, narodowych, kulturowej tradycji z „naszymi kobietami” mężczyźni robią rzeczy urągające ludzkiej godności.
     Warto tu podkreślić, że zagrożeniem dla praw kobiet nie jest religia jako taka, lecz religia podporządkowana polityce. Zwłaszcza religia uwikłana w nacjonalizm. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Wiedzą to katoliczki, muzułmanki, protestantki, żydówki, ateistki i agnostycy. Gdy podważa się zasadę rozdziału instytucji państwowych i religijnych, gdy prawa grupy stawia się ponad prawami jednostki, kobiety są szczególnie zagrożone.

*

Żeby odnieść sukces, trzeba go sobie najpierw wyobrazić jako coś możliwego. A naszą wyobraźnię kształtują podsuwane nam obrazy tego, co wyobrażalne. [...] Że nastała era ambitnych kobiet, które „nie czują się dyskryminowane”? Cóż, może i się nie czują. Chodzi jednak o to, że dyskryminacja jest faktem społecznym, a nie uczuciem.

*

Patrzę na te ich zmagania, na rozdarcie między ambicją, a tym, co uważają za „kobiecość”, i wiem, że to nie są osobiste dylematy Kaśki, Oli czy Agaty. To są skutki uboczne bycia inteligentną, ambitną kobietą w społeczeństwie, które ambicję uważa za niekobiecą, a na inteligencję nam co prawda pozwala, ale pod warunkiem, że mamy też inne, bardziej kobiece zalety. Osiągając sukces, mężczyzna podkreśla i podbudowuje swoją męską tożsamość. Robiąca dokładnie to samo kobieta stawia swoją kobiecość pod znakiem zapytania. Kobiecość jest od wieków definiowana jako uległość, łagodność, opiekuńczość, nadmierna emocjonalność, a zatem — powiedzmy to sobie otwarcie — jako przeciwieństwo sukcesu zawodowego, o który trzeba rywalizować, wierząc w siebie, stawiając sobie cele i wymagania. Sukces to niemal zawsze władza. A my boimy się, że władza nas „odkobieci”. Żyjemy w patriarchalnym społeczeństwie i obawiam się, że w jakimś stopniu wszystkie — nie wyłączając feministek — mamy po trosze patriarchat w głowach.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

1096. Feminium bez Chronosa (I)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Kilka tygodni temu pewna śliczna (normą społeczną) pani-gwiazdeczka, kobieta sukcesu w męskim świecie była łaskawa powiedzieć, że ona nie jest feministką, bo lubi ładnie się ubierać. Była blond, więc potraktowałam jej wypowiedź (medialną) równie mądrym stereotypem: głupia blondyna, syknęłam, bo niby jaka inna mogłaby być? W końcu to stan umysłu a nie kolor włosów.

Wiadomo, feministka to kobieta, która nóg nie goli, babochłop pierwszej wody. Która kobieta nie spotkała się z taką definicją?

*

Wiele lat temu przeczytałam Siostrzane uczucia Małgorzaty Domagalik. Uderzyło mnie, że kobiety kobiet nie wspierają, a wręcz przeciwnie w bagno rodzinnego, choć patologicznego, życia buciorami wpychają, by ofiara przemocy nie dała rady się wydostać. W końcu powiedziało się na ślubie ‘a’, to teraz cały alfabet trzeba wymówić. A jak bije, to znaczy, że ma powód, przecież to oczywiste, no nie?

Zatrzymała mnie ta książka na długo. Pozostawiło mnie z postanowieniem, że mój feminizm będzie polegał na tym, że w sferze zawodowej będę wspierać kobiety.

***

W zeszłym roku ukazała się. Wiedziałam o tym, ale potrzebowałam czasu, by do niej dojrzeć. Książka napisana nie na podstawie tabel, zestawień, lecz na podstawie własnego doświadczenia, podążania szlakami, gdzie kobiety to towar o dość krótkim terminie przydatności do użycia. Przygotowując się do wakacji zakupiłam tę książkę i odłożyłam na stosik. Długo tam nie poleżała, ale gdy ją skończyłam pod koniec czerwca, wiedziałam, że długo na jej temat nie będę mogła z siebie ani jednego słowa wydobyć. Byłam wstrząśnięta.

Nie mogę tej książki przemilczeć. To książka ważna. Nie dotyczy Polski? Ależ wcale! Nie dalej jak w niedzielę na S2 zobaczyłam reklamę, która dotknęła mnie do żywego. Reklamę, która dość dobrze wpisuje się w filozofię ukazaną w książce, o której dziś piszę. Dziś stojąc na przystanku tramwajowym przy byłym Smyku uchwyciłam ją telefonem. Do kogo jest kierowana? Co reklamuje? Jaki ma ukryty przekaz? Ręce do ziemi...

*

Myślisz, nas to nie dotyczy. Na pewno? Poszukałam w sobie wczesnych oznak braku równych praw. Zapytałam Sadownika, czy bał się, gdy wracał do domu późnym wieczorem lub nocą jako dwudziestolatek. Nie zdziwiła mnie odpowiedź. Nie, nie bał się. A ja się bałam. Do dziś, gdy wracam późną porą, proszę o to, by po mnie wyjść albo biorę taksówkę.

Po południu wracam do hotelu. Zamykam drzwi, kładę torbę na krześle i padam zmęczona na łóżko. Wpatruję się w sufit, a po policzkach płyną mi ciepłe, rzęsiste łzy. Zastanawiam się nad pytaniem, które zadano mi podczas pożegnania: jak to jest, gdy można robić, co się chce, gdy tak jak ja, podróżuje się bez ograniczeń i pisze o swoich doświadczeniach? Korzystam z wolności, by jeździć po świecie i zapisywać historie wykorzystywanych kobiet. Staram się znaleźć możliwe wyjaśnienie tego zjawiska i zaproponować jakieś rozwiązanie. Tymczasem ofiary, cierpliwe niewolnice, patrzą mi głęboko w oczy, zastanawiając się, gdzie tkwi tajemnica mojej wolności.

*

Sposób, w jaki kontroluje się i zawłaszcza codzienne życie kobiet zmuszanych do prostytucji, jest pochodną tych samych mechanizmów, które są odpowiedzialne za rodzinną i domową przemoc. Według danych Funduszu Narodów Zjednoczonych na rzecz Kobiet sześć na dziewięć kobiet doświadcza przemocy domowej, fizycznej, seksualnej, psychicznej lub ekonomicznej z rąk męża, chłopaka lub kochanka. Pozbawione rzeczywistej alternatywy, kobiety zmuszane do prostytucji zaprzeczają, że używa się wobec nich przemocy dokładnie tak samo, jak robią to maltretowane żony.

*

[...] globalna migracja jest procesem pełnym sprzeczności: tysiące ludzi przepełnionych nadzieją na poprawę swego losu szuka szansy na lepsze życie w obcych krajach, w których znajdą pracę, ale też dyskryminację, rasizm i wykluczenie społeczne.

*

Na całym świecie turystyka seksualna stwarza potężny rynek i całą kulturę pewnych norm i wartości, gdzie żyjące w biedzie dorastające dziewczęta i dzieci są pożądanym towarem. Są uprzedmiotowiane i dehumanizowane. Ultrakonserwatywne grupy można winić za wywoływanie i sianie moralnej paniki, związanej z handlem ludźmi, w celu zawłaszczenia kobiecych ciał i zwrócenia władzy nad nimi rządom i ugrupowaniom religijnym. Kobiety i dzieci, tkwiąc między tymi dwoma światami, tworzą grupę, która na razie wciąż przegrywa.

*

Metoda rekrutacji jest taka sama, jak w większości krajów świata. Najczęściej młode dziewczyny sprzedawane są do domów publicznych przez członków rodziny lub osoby szanowane w ich społeczności. Burdele prowadzone są przez kobiety, a handlarze żywym towarem zastraszają dziewczyny [...]
     Jak już wspomniałam, palestyńskie dziewczynki uczone są, jak unikać min, w jaki sposób spuszczać głowę, gdy stają naprzeciwko przywódców swojego kraju, oraz jak zachowywać się, gdy napotykają posterunek kontrolny, który zmusza je do wybrania innej drogi do szkoły. Nikt ich jednak nie uczy, jak nie dać się sprzedać do domu publicznego. W obliczu seksizmu, nierówności oraz wojny dziewczynki są całkowicie bezbronne.

Lydia Cacho, Niewolnice władzy. Przemilczana historia
międzynarodowego handlu kobietami
,
Muza SA, Warszawa 2013.

poniedziałek, sierpnia 11, 2014

(1092+3). Nie kastrujmy fajnych facetów

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niedziela. Arogancka Kwoka mnie napadła. Strach zwaliła mi na łeb:
     — A może trzeba mu pomóc? A czy da sobie radę z nudnymi administracyjnymi czynnościami? A może jednak przypilnować, czy właściwe papiery w teczkę włożył? Czy budzik ma nastawiony?
     — Pani ładna — pytam siebie z lekkim oburzeniem — czy ciebie powaliło? Wszechwładna i wszechmocna jesteś niczym Matka-Polka, skąd ci się to wzięło? Nie kastruj faceta tymi złotymi myślami.

Prawda jest taka, że nie mam pojęcia o pracy Pana Ciasteczko, którą wykonuje On od wielu lat. Wiem, że pomimo bycia w dwóch promilach najlepiej wykształconych ludzi w tym kraju, nie dałabym rady poprawnie wykonać 1/10 jego obowiązków. Mimo tej oczywistości archetyp Matki we mnie szaleje. Nie daje spać. Każe się zamartwiać.

Moje, po męsku zupełnie niezrozumiałe, zapędy hamuje Sadownik mówiąc:
     — Będzie dobrze.
Patrzę na niego oniemiała, doznając dysonansu poznawczego. Jemu ciśnienie nie skacze, tętno ma w normie, życiem się cieszy.

*

Poniedziałek. Obudziłam się rano z szyją spętaną strachem.
     — Moment, moment — wyhamowałam Kwokę-Matkę-Polkę. — To duży, mądry facet. Da sobie radę jak nikt inny, przecież wiesz!

Naprawdę nie dzieje się nic. Sytuacja normować się będzie jakieś dwa miesiące, wiedziałam o tym od początku. Nic mi do tego, poza wiarą w Niego, która, pomimo mojej uaktywnionej kwokowatości, nigdy wcześniej nie była tak wielka. Ambiwalencji już dziękujemy!
     — Kwoko, Matko-Polko, nie pomagacie! Pamiętajcie, my nie kastrujemy!

*

A przecież to już na tym blogu było...

Nie rób z niego na siłę dzieciaka,
bo mu się w głowie popierdoli...

Grubson, One.