piątek, sierpnia 17, 2012

530. Do kina czy na film?

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Eksperyment na ludziu: część 3/12. Coś, czego nigdy nie robiłam, co zrobiłam na próbę, powoli przepoczwarza się łagodnie w nowy, rozwijający nawyk.

Chodziłam do tej pory do kina ze względu na ludzi, z którymi szłam. Dla nich. Po to, by z nimi zatopić się w tej samej formie ruchomego koloru i dźwięku. Tak, czy inaczej, dla nich. Teraz chodzę dla filmu. Zabieram siebie i oglądamy zupełnie inne światy zupełnie innymi oczyma. Wybieram film. Też jakoś zupełnie inaczej. Nie konsultuję, bo przecież wybieram tylko dla siebie. I to chodzenie też jakieś zupełnie inne. Niby ten sam łańcuch aktywności: idę, kupuję bilet, siadam, oglądam, wracam. Jednak gdy się to robi samotnie, to proceder ten przemienia się w... rytuał, święto... święty czas.

Tym razem wybrałam dokument, bo bardzo lubię tę formę... jest taka bardziej rzeczywista. Mistrz tańca powraca. Aż trudno uwierzyć, że można mieć aż tyle i nie być tego świadomym, nie cieszyć się, nie rozwijać, przepuścić, rozmienić na drobne wszystko, co się ma, bo patrzy się ślepo tylko w jeden punkt.

Film, a raczej wrażenie, które po sobie pozostawia, jest dobrym pretekstem, by upewnić się, czy nie gapimy się ślepo w jeden punkt. Jest dobrym momentem, by docenić to kim się jest właśnie w tej chwili. To dobry moment, by poczuć wdzięczność, że właśnie dziś, właśnie teraz, mogę siedzieć przy biurku, słuchać ulubionej muzyki, czuć psie ciepło na stopach... i pisać... i cieszyć się, że tylko 48 godzin zostało. Wielu ludziom zawdzięczam to, że ja, że tu, że właśnie teraz...

czwartek, sierpnia 16, 2012

529. Książka roku 2012

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy zobaczyłam ją w zapowiedziach, rzuciłam tylko kątem oka i szybka decyzja była podjęta — NIE. Okładka infantylna. NIE. Tytuł z serii „jak być szczęśliwym od wczoraj”. NIE. Trzy razy NIE to NIE. Przewijając maila w górę, nie zaszczyciłam już ani okładki, ani tytułu nawet byle jakim mrugnięciem powieki.

W moim, jeszcze do niedawna ulubionym radio — dziadzieje niestety — trafiłam na komentarze do otaczającej nas rzeczywistości, które szalenie lubię. Mój ulubiony komentator-gość — nie znam nazwiska, ale głos rozpoznam wszędzie — podzielił się, że czyta świetną książkę... świetną, świetną... napisał ją psychiatra... o poczuciu własnej wartości. Zdziwiona? Oj, bardzo. Gdy wymienił tytuł, okazało się, że to książka, której powiedziałam 3×NIE. Oniemiałam ze zdziwienia. Tylko krowa nie zmienia zdania, prawda? Zmieniłam. Kupiłam. Połknęłam. Obwołałam ją swoją książką roku, choć jest dopiero sierpień.

Życie kiedyś w końcu się zacznie...
     Lecz na narodziny do bycia sobą czeka się czasami tako długo! Istnieć to nie wszystko. Jak żyć w zgodzie ze sobą?
(...) Jak po prostu odkryć siebie, docenić, zbudować?

*

Informacje, jakich dostarcza nam poczucie własnej wartości, są cenne: rozkoszować się, gdy wszystko idzie dobrze, zadziałać, gdy jest inaczej.

*

Nie należy wpadać w gniew z powodu spraw, czy rzeczy. One się tym nie przejmują.

*

Mam zaakceptować — przynajmniej na początku rozumowania — niesprawiedliwość i zdradę? Cóż innego można zrobić skoro istnieją... Mam zaakceptować, że mnie okłamano, zdradzono, że wykorzystano moje słabości lub, co gorsza, nadużyto mojego zaufania? Jeśli coś takiego się zdarzyło, to jaki jest wybór? Muszę zaakceptować fakt, że rzeczywiście do tego doszło...
     Ale postawa akceptacji tutaj się kończy. Dotyczy tylko tego co jest, co istnieje. Temu, czego jeszcze nie ma lub co może się zdarzyć, stawię czoła; po akceptacji następuje zawsze działanie, a nie rezygnacja.

*

(...) dobrze jest czasem, zamiast szukać siebie, poszukać po prostu swojego miejsca, to znaczy kawałka przestrzeni, aktywności, więzi, które najlepiej dają nam odczuć, że żyjemy. (...) Rzadko zdarza się, by jakieś miejsce było nam „dane” od razu, i często początki są niedoskonałe. Stopniowo nasze działania sprawią, że zaczniemy czuć się tam dobrze: „zrobimy” sobie miejsce w takim samym stopniu, jak je znajdziemy.

*

Dać się pochłonąć działaniu i nabrać nawyku nieosądzania tego, co robię, niezależnie od rezultatu. Po prostu to robić. Lub nie robić. Ale z pełną świadomością i całkowitą akceptacją.

*

Im większe robimy postępy, tym bardziej zapominamy o sobie, żeby myśleć raczej o tym, by żyć, kontaktować z innymi, uczyć się, smakować, kochać... Żeby od czasu do czasu dotknąć chwil harmonii, trzeba umieć delikatnie odsunąć się od siebie. I od siebie pod spojrzeniem innych: przestać się martwić tym, jakie wrażenie robimy na ludziach...

Christophe André, Niedoskonali, wolni, szczęśliwi.
O sztuce dobrego życia
, Czarna Owca, Warszawa 2012.
(wyróżnienie moje)

środa, sierpnia 15, 2012

528. Amber Gold to ja!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dzień taki se. Zupełnie w poprzek planom, co zacne były.

*

Jabłoń:
(rzyga bez opamiętania i do upadłego)

Henia:
(asystuje Drzewku ciałem nieruchomym i troskliwym wzrokiem)

Jabłoń:
Tylko mi nie mów: chodź, obeżremy kilka trawników,
bo to dobrze robi na żołądek.

Henia:
(z miną znawcy traw, telepatycznie)
Na pewno by ci pomogło, no ale jak chcesz...

*

(kilka godzin później przez telefon)
Sadownik:
Jak wrócę, muszę z tobą poważnie porozmawiać...

Jabłoń:
Mam się bać razem z książkami?

Sadownik:
Nie, nie, dobrze mi z tobą.
Zresztą tyle w ciebie zainwestowałem,
że z ekonomicznego punktu widzenia mi się nie opłaca.
(po chwili dodaje)
I tym optymistycznym akcentem zakończmy.
Kocham Cię i dobranoc.

Jabłoń:
(też kocha, czerwoną słuchaweczkę naciska i odlicza...
jeszcze tylko 96 godzin i Stado będzie w komplecie
)

*

Dzień taki se. Grzeszę!
Pozytyw 1: jednak nie zdecydowałam się na trawę.
Pozytyw 2: zostaję w Przytulisku razem z książkami — jestem niczym słynne ostatnio lokaty w bursztynowe złoto, zysk żaden, ale zrywać mnie, czyli ze mną, wygląda na to, że póki co nie warto.
Pozytyw 3: tylko 96 godzin.

niedziela, sierpnia 12, 2012

527. Dlaczego nie? Ale już!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Rysujesz? Malujesz? Śpiewasz? Tańczysz?
Robisz coś choć odrobinkę szalonego?
Robisz coś tylko dla siebie?
Dlaczego nie?

BO:
a) nie umiesz?
b) robić powinno się w życiu tylko to, co przynosi wymierne efekty w postaci pieniędzy, awansu społecznego lub zawodowego?
c) inni mówią, że to głupie?

Zastanawiałam się dzisiaj nad zniewoloną kondycją białego człowieka żyjącego w XXI wieku w kraju na „P” i wyszło mi, że...

JEŚLI NIE, BO:
a) wówczas pytam skąd wiesz, że nie umiesz, skoro tego nie robisz? lub dlaczego tego nie robisz, by się nauczyć?
b) wówczas pytam, jeśli daje ci to radość z istnienia, to jest to bardzo, bardzo wymierny efekt mający z pewnością wpływ na PKB.
c) to Mapety ci powiedzą, dlaczego wybór tej opcji nie był najmądrzejszy:
     — the question is what is a „mahna, mahna(m)”? (2:17)
     — the question is who cares? [kogo to interesuje?]
A... Mapety mylić się nie mogą! A... Spotkać się ze sobą to Wielka Rzecz!

Jestem za tym, by nauczyć się robić wybrane, te niby pozornie nikomu do niczego niepotrzebne i głupie rzeczy. I mieć z tego ogromną przyjemność! Bo jeśli nie w tym życiu, to kiedy?

Muppet Show, Mahna, Mahna.

526. Moja samotnia

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Eksperyment na ludziu: część 2/12. Tym razem padło na Hasta la vista! Zakochałam się w kinie, które mam prawie pod nosem. Nie ma reklam. Pięć minut przed seansem jako pierwsza widzka kupiłam bilet i pani w okienku zapewniła mnie, że i tak będą grać. Szczęka opadła mi do ziemi. Jutro pędzę wykupić kartę wielbiciela.

Chyba dziwnie oglądam filmy. Oczywiście, trochę jest o tym, o czym w filmowym podczytniku, czy zwiastunie — bohaterzy ci sami i sceneria też. Jednak najbardziej dotykają mnie i w pamięci pozostają inne sceny, gesty, chwile, wątki, słowa. To film o pragnieniach, z których seks jest takim, nooo, najbardziej tycim, tycim. I te pragnienia są ukryte w ułamkach gestów, spojrzeń... cudnie zagranych. A Claude? Jej spokój? Do zarażenia się! I jak się uśmiecha!



piątek, sierpnia 10, 2012

(523+2). Chwytem za serce weź sobie co chcesz

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To jednak nie wirus...

*

Apteka. Nie lubię jej. Jest jednak jedyną na trasie wet-dom, a pies bez zachwytu drobi kroczki. Postanawiam. Wejdę z Henią. Jak nas pogonią, to sobie ostentacyjnie pójdziemy. W końcu jest koń-kurencja, czy nie? A tu o sprawę zwierza w końcu chodzi. Tabletki potrzebne są nam dopiero na wieczór. Wchodzimy. Cisza. Podchodzimy do okienka. Zero protestu. Heniutka pomimo kiepskiego samopoczucia postanawia chwycić panią farmaceutkę za serce, siada grzecznie przy nodze. Podaję pani receptę z zielonym paskiem. Pani czyta i chwyta za serce mnie:
     — Czy to pacjentka? — pyta patrząc na Sierściuszka.
     — Tak — odpowiadam i myślę, że może nawet polubię tę aptekę.
     — Śliczna jest — powiedziała ceutka odchodząc po tablety.
     — Teraz już tylko marzymy o tym, by ślicznie się czuła.

*

A jak już będziesz ślicznie się czuć Henrietto, to sobie ślicznie poćwiczymy... rozmarzyłam się... taaaaakie ślicznie smaczne smakołyki Ci przygotuję!

czwartek, sierpnia 09, 2012

524. Odcienie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Strach... studiując...
choćby nie wiem jak bardzo Pewien Pan był ze swojego życia niezadowolony, marudzący od rana do wieczora, czarno wszystko widzący nawet promienie słońca, to...
Jego strach, gdyby na chwilę zrobić stop-klatkę... jest śladem kopyt, którymi zapiera się jakaś Postać w środku Pana Pewnego. Owa Postać płachtę na niego zarzuca, bo walczy o ważne, o coś co ceni, uwielbia, coś co uznaje za z pewnością wartościowe w tym beznadziejnym życiu Pewnego Pana. A Pewny Pan zatrzymawszy się na chwilę, patrzy na ślady kopyt i mówi niepewnie: naprawdę? Naprawdę! I poszli, pod rękę, doceniać chwile...

***

Strach... studiując...
zrozumiałam, że gdy ktoś mówi: a nie boisz się, że na stare lata nikt ci szklanki wody nie poda? w rzeczywistości nie pyta mnie o moje strachy. Gdy to mówi, nawet mnie nie dostrzega. On mówi mi o swoich lękach. Dużo wody upłynęło, zanim to odkryłam...

***

Strach... studiując...
RAK... i zapada niezręczne milczenie. Bo głupio zdrowemu, że los na loterii życia wygrał, że zawiasy życiowe ma, że choćby nie wiem jak bardzo się starał, nie zrozumie, że nie może się zamienić, zaczarować świata, powiedzieć, że to tylko sen.

RAK... zwierzę w lesie Strachu Najgłębszego zamieszkujące. Nie chce człowiek o tym myśleć, mówić, wyobrażać sobie, nie chce się zgodzić.

RAK... jestem pod wrażeniem książki, którą dziś odebrałam i... już połknęłam. Nie myśl, nie mów, nie wyobrażaj sobie... rakowi obrożę spraw... przeczytaj.

Poważne podejście do profilaktyki prozdrowotnej wymaga zmian w życiu, na które nie każdy ma ochotę.

*

Powiedziałam sobie wtedy: nie bój się nawet najwstrętniejszych badań, to tylko chwila, a życie jest piękne i może być całkiem długie. Nigdy nie odkładaj wizyty kontrolnej, czy to ze strachu, czy z lenistwa. Kontrola może uratować ci życie. [Maria Makuch]

*

(...) Nie sposób nie myśleć o tym, że moja praca jest związana z balansowaniem na skraju śmierci. Codzienny kontakt z ostatecznymi zagrożeniami powinien skłaniać do przyjęcia hierarchii wartości najistotniejszych. Wierzę w to, że wszystko, co nas spotyka ma jakiś sens. Mamy do przeżycia ileś tam lat, każdy dzień coś przynosi, są sprawy ważne i są sprawy błahe, ale trudno uznawać, że jesteśmy już w jakimś momencie ukształtowani i że dalej nic nie wywiera na nas wpływu. Pytanie, w jakiej mierze my sami się poddajemy kształtowaniu, chcemy się mu poddawać i umiemy wyciągać z tego wnioski. (...) Ważne jest również, żeby zachować wewnętrzną wolność, mieć przekonanie i poczucie, że dokonuje się wyborów na jakiejś rzetelnej i konkretnej podstawie, że stoi się za nimi pewien system wartości, a nie są to jedynie odruchy i popędy. Robić coś, bo chce się to robić i jest się do tego przekonanym.
     To szerszy problem niż sama onkologia i medycyna. Rak, choroba groźna i szczególna w swoim przebiegu, staje się pretekstem do głębszych rozważań. Jest momentem, nawet czymś więcej niż momentem w życiu, który pozwala się zatrzymać i spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Daje możliwość, aby swoje życie zrewidować, krytykować, zastanawiać się, wyciągać wnioski. Zwłaszcza że w trakcie leczenia oderwanie od codzienności sprzyja głębszemu myśleniu, zastanawianiu się i analizowaniu swojego życia. Nie wiem, czy wszyscy odkrywają sens swojej choroby, czy wszyscy wyciągają pozytywne, wzmacniające ich wnioski. Nie wiem, czy jestem w stanie im pomóc i skłonić do odnalezienia celu życia. Staram się w każdym razie.

K. Składowski, Wspólnie pokonajmy raka.
Onkolog o nadziei
, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.

środa, sierpnia 08, 2012

523. Wirusy sierpniowe

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wirus jelitowy... dopadł Heniutkę. Od poniedziałku każdy ranek rozpoczynamy wizytą u weta. Przypominamy sobie szczenięce psie miesiące, gdy tydzień bez wizyty u weta był tygodniem straconym. To wszystko, to naprawdę nic. Prawdziwa masakra to smutny labrador, który całą swoją twarzą przeprasza, że nie zdążył poinformować, że biegunka chce na dwór. Sprzątam, zmywam a Kudłata skrzętnie asystuje z przeraźliwie smutnym pyskiem pełnym wyrzutów psiego sumienia. To nic, Heniutkuś, to nic... powtarzam na głos do znudzenia, wierząc, że zrozumie. Jesteśmy o jedną kupę bliżej normalności.

*

Wirus głupoty... dopadł Jabłoń. Wykształcenie. Nie pomaga. Doświadczenie stąd i stamtąd. Nie pomaga. Kampanie społeczne. Nie pomagają. Liczby. Nie pomagają. Kalendarz. Nie pomaga. Pomogło stwierdzenie: „a samochód przegląd techniczny ma co rok”. To był argument. Przecież nie chcę być dla siebie, dla Sadownika, dla przyjaciół mniej warta niż niebieska Bawarka. Dojrzałam i postanowiłam wyleczyć się z ryzykownej głupoty. Ze wspomnień okazjonalnych wizyt lekarskich wyłowiłam twarze, klimat, sposób zadawania pytań... Tak! Że ja wcześniej na to nie wpadłam. Ta jedna Pani była dokładnie taka, jakiej chcę: ciepła, skrupulatna, delikatna i, co ważne, będzie wiedzieć z autopsji, jak to jest posuwać się w stronę dojrzałych, przejrzałych, nadgryzionych zębem czasu kobiet — będziemy się razem z tego śmiać. Zapisałam się na wizytę. W przeddzień wizyty komplet snów o umieraniu miałam. Rano zobaczyłam, że w zasadzie to już jesień idzie, bo topole zaczęły gubić liście. Podręczyłam się fatalizmem, że to musi coś znaczyć, skoro właśnie tego dnia to zauważyłam. Poszłam na przegląd techniczny podwozia. Pani Doktor zapytała: „co się z panią działo przez ostatnie lata?”. O głupocie jej opowiedziałam. O postanowieniu, że nie chcę już nigdy aż tak. O strachu, że cały ten rozkoszny sprzęt może chcieć mnie porzucić. Cudna Pani Doktor uśmiała się serdecznie i stała się moją pierwszą ulubioną panią mechanik. Pogoniła mą głupotę. Wzięła w karby mą wyobraźnię. Zbadała i powiedziała, jeśli nic nie będzie się działo: „widzimy się za rok”. Taki mam plan, pani Doktor, taki mam plan. O jeden krok bliżej normalności.

*

Wirus tęsknoty... na Przedmieściach Krakowskich plenerowa wystawa Ja Motocyklista, co me myśli gorączką rozpaliwszy ku przyszłości gna. Ku przyszłości bliższej, czyli za 11 dni, gdy chudy Sadownik powróci do domu. Ku przyszłości dalszej, gdy do poniższych zdjęć dodam własne — po lewej Sadownik, przyjaciel, kochanek, mąż; po prawej Motocyklista... albo odwrotnie. Receptę na tęsknotę wypisałam sobie sama... postanowiłam umówić się na randkę z moim Motocyklistą in spe... na najbliższy z możliwych terminów.

Ja, motocyklista, kampania społeczna.

poniedziałek, sierpnia 06, 2012

522. ¾ alfabetu precz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chyba jeszcze nie pora na sezon ogórkowy. Nowa perspektywa wyłoniła się zza rozrzuconych puzzli, obracanych w dłoniach latami, nagle zobaczonych wyraźnie.

Puzzel #1:
Doświadczenie może zmylić, nie dlatego, że złośliwe, ale dlatego, że jest fragmentaryczne. Na przykład, każde życiowe doświadczenie edukacyjne jest łańcuszkiem zależności. Aby zostać prawnikiem, lekarzem, socjologiem, fizykiem itd. trzeba skończyć studia. Aby skończyć studia, trzeba wcześniej skończyć liceum, itd. Lata praktyki uczą, chcesz T, musisz najpierw wymówić wszystkie wcześniejsze litery A→B→C→D→... Nie ma w tym nic złego, może poza tym, że istnieje ryzyko, że można uznać ten model za jedyny i słuszny zawsze, bez względu na okoliczności. T? Proszę bardzo, ale najpierw A, B, C...

Puzzel #2:
Małe dzieci marzą o byciu dużym, co łączy się nierozerwalnie z posiadaniem siły. Z miejsca słabości próbują osobistych, choćby króciutkich, wycieczek w stronę miejsca siły i mocy. Robią to za każdym razem, gdy bezpośrednio mówią: CHCĘ X. Proces socjalizacji uczy wymawiania poprzednich „liter alfabetu”: jak poprosisz to dostaniesz X, jak będziesz grzeczna to dostaniesz X, jak zrobisz A, B, C... to dostaniesz X.

Puzzle rozrzucone:
Zaopatrzeni w różne — wynikające z indywidualnego doświadczenia, ale i kulturowo wyrzeźbione — zależności „jeśli P to R” trudzimy się, czasem latami, nad P. Wierzymy, że gdy w końcu uda się z P uporać, w nagrodę dostaniemy R. Z boku, sprawiamy wrażenie, jakby P pomyliło nam się z R. Czego chcesz człowieku, zapyta ktoś niezaangażowany, P czy R? A my patrzymy nieprzytomnie. No pewnie, że R! To czemu ciągle robisz P? Chyba nie wierzysz w to, że aby (R) być kochaną, należy (P) wyjść za mąż? aby (R) być bogatym mężczyzną, trzeba (P) dużo zarabiać? aby (R) być szczęśliwą, trzeba (P) urodzić dzieci? aby (R) być szanowanym, trzeba (P) ciężko pracować? aby być piękną, trzeba (P) ważyć czterdzieści pięć kilo?

Puzzle ułożone:
Odkryłam, że nie chodzi o to, by każdą z literek szybciutko przerobić, płynnie wymówić. Nie o to, by pokonywać wszystkie, często wyimaginowane fonetyczne przeszkody, by dotrzeć do upragnionego X. Dobrze jest odnaleźć w sobie dziecko, które ignorując alfabet wciąż mówi: CHCĘ X! Z moim wewnętrznym dzieckiem poszłyśmy kilka dni temu na kawę. Papier kratkowany zapisałyśmy tym, czego naprawdę chcemy. Teraz każdą ze sprawnie rzeźbionych przeze mnie liter oglądam dokładnie. Czy jest częścią tego, czego CHCEMY? Jeśli nie, wyrzucam! Pozbyłam się już całkiem sporo aktywności, które wydawały się mnie definiować. Wyrzuciłam wiele liter i... nie znikłam! Odżyłam! Bez zbędnych implikacyjnych poprzedników jestem szczęśliwa, bogata...

Quiz: może masz jakieś inne, ciekawe zależności „jeśli P to R”, w które Twoje Życie już nie wierzy?

sobota, sierpnia 04, 2012

521. Wieczność za mną i przede mną

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Lęk... Strach... Niepokój... trzy różne terminy, nieostre granice... nurtują mnie, ciekawią... czego się boisz? samotności? śmierci? jutra? Odkryłam kilka dni temu, czego boję się niezmiennie, bez względu na statystykę „happy endów”. Paradoksalnie boję się Jej. Marzę o Niej, zaklinam, planuję, przygotowuję się na Jej przyjście, ba, kocham Ją. Lecz gdy staje w drzwiach, zamieram. Jeszcze jej nie widzę, jeszcze nie przypuszczam, że to już. Przeczuwam tylko, by zaraz potem mieć pewność, że Ona już jest... obok, nieodwołalnie, bo... lęk, strach, niepokój... w dowolnej kolejności, w dowolnym natężeniu. Ona... Zmiana. Jest w Niej i śmierć sposobu, w jaki aktualnie postrzegam świat. Jest i samotność rodzącej się nowej, nieznanej tożsamości. Jest i dygocące jutro, co chciałoby już dziś znać cały kształt Zmiany — wszystkie konsekwencje, nowe ukształtowanie terenu możliwości i niemożliwości. Ją — Zmianę, w każdej postaci — chciałabym nauczyć się witać od razu z otwartymi ramionami, zamiast w pierwszym odruchu wykonywać krok w tył. A Zmiana na to: żyj, po prostu żyj, tylko pełniej, tak, tak, jeszcze pełniej!

*

Spotkałam Janka cztery lata temu (z małym, kilkumiesięcznym okładem). Dziś na ławce w parku ustaliliśmy, że te cztery lata, jeśli chodzi o zmianę, jakiej doświadczyłam, to niewyobrażalna Wieczność Cała. Gdy więc powiedziałam z nutką zamartwiania się: wiesz za osiem lat... On przytomnie stwierdził: za osiem lat to za dwie wieczności... nic się o tej chwili dziś powiedzieć nie da, więc nie ma co się martwić.

*

Lęk, strach, niepokój... przed Wiecznością? Odrobina — niczym przyprawa — uzasadniona? A może to przyrząd mierzący obecność Zmiany-Wieczności, co właśnie rozsiada się bezszelestnie w fotelu naprzeciwko nas.

*

W ramach podjętego eksperymentu na „ludziu”, byłam dzisiaj samotnie w kinie. Jak na pierwszą próbę (z dwunastu, jedna na tydzień) nie mogłam lepiej trafić. Dużo śmiechu, dużo łez, dużo wewnętrznego poruszenia, dużo życia... No i dwie wisienki na torcie, brytyjski dla zachwytu obu uszu, i motto, którym można wykończyć każdego pesymistę:

Na końcu i tak wszystko będzie dobrze.
Jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec.

Nie mogę się tylko zdecydować, który zwiastun wolę bardziej, polski czy brytyjski za słowa Evelyn:

This is a new, different world.
The challange is to cope with it, and
not just cope but thrive
.

środa, sierpnia 01, 2012

520. „W”

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

wcale nie interesuje mnie, czy było
warto, czy po-
winno
wybuchnąć...
wraz z innymi ludźmi przystanęłam.
w rocznicę, przez tę jedną minutę, mierzymy się z byciem cząstką pra-
wdzi-
wej społeczności. stojąc dostrzegamy innych zamiast mijać się jak mró-
wki.

There is a City.

wtorek, lipca 31, 2012

(517+2). Czar uroku

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Studiuję urok. Nareszcie mogę nazwać słowami to, co do tej pory tylko umiałam dostrzec. To, na co do tej pory umiałam jedynie polować. Tylko patrzę...

Gest, w jaki starsza pani uważnie podaje owoc swojemu mężowi. Spojrzenie, jakim nieznana kobieta obdarza małą dziewczynkę. Nieznany on z nieskrywaną dumą, która poklepuje energicznie syna po ramieniu. Gdzieś między jednym człowiekiem a drugim przemyka bez słów... urok każdego z nich... niepowtarzalny, niezaprzeczalny, nie do podrobienia. Tylko patrzę...

Postudiuję jeszcze trochę, by... uważniej obdarzać nieskrywaną miłością każdą chwilę, by nie gubić... gestów, drgnień kącików ust, spojrzeń, cieni układających się obok siebie na ścianie, dyskrecji z jaką niemożliwe staje się chwilą teraźniejszą, by poczuć siłę... która jest częścią mojego uroku.

A gdy tylko patrzysz... to... co widzisz?

sobota, lipca 28, 2012

518. Z punktu A do punktu B w bezruchu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Punkt A: W jednym z hipermarketów akcja, rodem ze szkolnego radiowęzła, „więcej szacunku dla kobiet w ciąży”. I ta akcja mnie oburza. Prostacka. Ukierunkowana na produkt społecznopodobny nędzniejszy od najgorszej PRL-owskiej czekolady. Nie lubię robić niczego na pół gwizdka. Oburzam się na maksa, choć gdzieś z tyłu głowy kolebie się myśl, by to oburzenie Żonie Oburzonej zostawić.

Pytam, po co takie półśrodki?
Dlaczego nie promować więcej szacunku dla ludzi?
Odrobinę empatii dla tych co obok, bez względu na płeć i stan umysłu?

Bo jeśli trzeba być w ciąży, by szanowano człowieka, to ja bardzo dziękuję... przecież to tylko dziewięć miesięcy. Jak ma się czuć Obywatel Sadownik, co nawet tak krótkotrwałej szansy na szacunek nie posiada?

*

Punkt B: Może i moje oburzenie jest całkiem przesadzone i wynika wprost z mego patologicznego zaburzenia osobowości jako matki kudłatej. Ucieszyłam się niezmiernie, gdy dojrzałam, że jest ono wynikiem tylko marnej podróby myśli Człowieka, co sercem samym był. Na stacji Metro Świętokrzyska jeszcze można oglądać prace finałowe konkursu zainspirowanego Jego słowami: „nie ma dzieci, są ludzie”. Gdyby okazało się, że me oburzenie sens punktu A przesłoniło, to śpieszę z wyjaśnieniem. W punkcie A chodziło mi właśnie o to, o czym w punkcie B było.

***

Bonus: Gapiłam się i czułam jak za trzewia mnie łapią... w zamyślenie, tęsknotę i uśmiech wpędzają... przedstawione tam prace. Małą dziewczyneczkę we mnie zachwycił poniższy dyptyk autorstwa pani Marty Ignerskiej. Właśnie takiego, wielkiego mądrością, psa ona chce mieć! Nie, nie takiego — poprawia mnie — jej pies będzie na luźno zwisającej smyczy chodził.

517. Prezencja zmaterializowana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Środowy prolog:
Prezencja. Słowo wypowiedziane przez Zetkę, którą podziwiam za smak i delikatność, w które przyodziewa swą cielesną powłokę co dnia.

Prezencja. Słowo usłyszane. Obce. Egzotyczne. Turystycznie ciekawe.

***

Czwartkowe olśnienie w metrze:

Sadownik:
(do Jabłoni)
Stań prosto!

Jabłoń:
(stanęło prościutko, zadzierając głowę)

Sadownik:
(konspiracyjnie)
Eeee! Jesteś niższa!

[stacja Centrum zmienia układ ludzi w wagoniku]

Jabłoń:
(zobaczyła pięknie opakowany damski wzrost,
oniemiała, ale zdążyła pomyśleć
)
Prezencja sauté!
(dojechawszy z Sadownikiem na proces grupowy,
podczas zbierania tematów, będąc wciąż pod wrażeniem,
rzuciła mając pewność, że nie dotyczy to tylko jej
)
Dlaczego tak trudno uwierzyć we własny urok?

***

Sobotni epilog:
Prezencja. Słowo zagubione. Niezbadane. Oczywiście, że nie szata zdobi człowieka. Ale? Posprzątawszy w końcu stosy książek z biurka w gabinecie, przypomniało się Jabłoni, że choćby nie wiem jak dziwne się to wydało, w jej życiu występuje duża korelacja między stanem biurka a stanem ducha. Prezencja... Zaistniała głęboka potrzeba zbadania zależności tego zjawiska od... wewnętrznego uporządkowania, spokoju, poczucia sensu. To może, koniec końców, okazać się bardzo ciekawy eksperyment.

516. Rodzinne doładowanie za 5 groszy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

kochają, ale nie lubią
odkryłam

cóż, z tej samej krwi
jestem

też kocham i też nie lubię.

Jednym słowem:
kaszanka

____________
▲ czy ktoś kiedykolwiek podejrzewał to słowo o taką wielowymiarowość znaczenia?

wtorek, lipca 24, 2012

514. A gdy zwątpisz...

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jesteś kociarzem? marzycielem? bajecznym zachwyt-mistrzem? wielbicielem kreskówek? Nie możesz tego ominąć.

Angélique Kidjo, Lon Lon (Ravel's Bolero) / Gergedan.

Dodaję to do działu S.O.S., by mieć zawsze pod ręką, na wszelki wypadek, gdy ktoś we mnie zwątpi we mnie, gdy ktoś w Tobie zwątpi w Ciebie, gdy nasze marzenia zwątpią w siebie...

(509+4). Nie zgubić odnalezionych wrażeń (Achronos I)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zmiana dopadła mnie dokładnie tydzień temu. Zaniemówiłam z wrażenia. Kilka dni zajęło mi dojście do siebie. Obiektywnie niewiele się stało. To tylko mała różnica...

***

Rok temu. Cała wyprawa. Wolny dzień niezbędny. Spięte ludzkie ciało. Kluczyki. Dokumenty. Samochód. Pies. Zapakowane. Pojechały na Cytadelę. 50 minut spaceru. Powrót do domu. Ludzkie ciało pada wykończone przygodą.

*

Tydzień temu. Lista rzeczy do zrobienia całkiem długa. Na luzie. Te same kluczyki. Ten sam samochód. Zaparkowały. Poszły do weterynarza. Nagrodziły się spacerem na Cytadeli. Wróciły. Zrelaksowane. Po dwóch godzinach. To samo ludzkie ciało, przeszczęśliwe, bierze się za listę rzeczy do zrobienia.

***

To tylko mała różnica... która sprawiła, że dotarło do mnie, że jestem w stanie nauczyć się wszystkiego, co chcę umieć. Czasem potrzebuję tylko dłużej to porobić, powtórzyć wiele razy, dać sobie czas.

Robić a nie gadać.
Robić a nie planować.
Robić a nie próbować.
Robić!

A Henia na to: idziemy?

Gdy robię, nie ma miejsca na słowa... Uśmiałam się, bo to... bardzo POP-owskie. Cały ostatni tydzień z inżynierską dokładnością testowałam nowy kawałek świadomości.

(509+3). Nie zgubić odnalezionych wrażeń (Achronos II)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czy twój pies z lubością:
______ ciągnie na smyczy?
______szczeka na wszystkie spotykane psy?
______rzuca się na listonosza?
______obskakuje miłośnie wszystkich gości?
______nie wraca, gdy go wołasz?
______zdejmuje sobie masło ze stołu w kuchni?
______robi dowolną rzecz, która cię nie zachwyca?

Jeśli na którekolwiek pytanie musisz odpowiedzieć zawsze lub często to właśnie ta psia działalność jest zmaterializowanym twoim lenistwem, twoim brakiem cierpliwości lub/i twoim brakiem wiary.

Do takiego wniosku doszłam w ostatnią środę, po tym, jak zachwycona obejrzanym na własne oczy mini-testem na to, czy dwa psy nadają się do pasienia, obejrzałam kilka filmików z udziałem psów-pasterzy.

Postanowiłam poprawę i rozstałam się z brakiem wiary w swojego psa.

Becca & James McGee, World Sheepdog Trials, 2011.

(509+2). Nie zgubić odnalezionych słów (Achronos III)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kiedy ostatni raz czytałaś powieść? Zapytał Sadownik. Nie pamiętam, dlaczego pytał. Pamiętam, że nie pamiętałam, kiedy ostatni raz... Powieść? Od lat nie jestem dobra w powieściach. Trochę z przekory, by udowodnić Sadownikowi, że jestem w stanie przeczytać twór tej maści wybrałam jedną — świadomie, bo podobał mi się tytuł, i nieświadomie, bo podobał mi się podczytnik a książka stała regał obok regału z reportażami (jakby to coś miało znaczyć). Powieść!

Poleżała kilka dni. Trzy podejścia do niej zrobiłam. W czwartek skończyłam. Umiem przeczytać powieść — ucieszyłam się. Jednak ta książka sprawiła, że przyjmuję zarzut Sadownika, że dziwnie czytam beletrystykę. Szukam słów, zdań, akapitów, które rezonują z moimi osobistymi aktami wiary. Znalazłam i tylko dlatego nie uznałam czasu spędzonego z tą książką za stracony.

Przytoczona w epilogu (strona 261) brazylijska bajka ludowa o krowie... doskonała! Niestety, zbyt długa, by ją przepisać.

     — Myślę, że wszyscy musimy dokonywać wyboru pomiędzy życiem i śmiercią. Codziennie w restauracji widuję martwych ludzi.
     — Jak to? — zdziwiłem się.
     — To znaczy ludzi, którzy zrezygnowali. Tylko tyle potrzeba, żeby zawładnęła nami śmierć: rezygnacja z życia.
     (...)
     — Rzecz w tym, że jedynym rzeczywistym symbolem życia jest rozwój.

*

     — Każdy człowiek przychodzi na świat z jakimś zadaniem. Ja jeszcze nie wypełniłam swojego.
     — A na czym polega pani misja?
     — Nic, co trafi na nagłówki gazet, jeśli to cię ciekawi. Prawdę mówiąc, długo się zastanawiałam. Sporo lat minęło, zanim zdałam sobie sprawę, że samo poszukiwanie jest celem. Takie to było proste. Moją misją jest żyć.

R. P. Evans, Dotknąć nieba,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

poniedziałek, lipca 23, 2012

(509+1). Nie zgubić odnalezionych słów (Achronos IV)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W piątek wepchnęła mi się do ręki. Wiedziałam, że istnieje. Nie chciałam jej czytać. Jednak w piątek rzuciła się znienacka z pomiędzy znanych tytułów. Chudziutka — może jednak dam radę przeczytać, przemyśleć, zrozumieć — prześlizgnęło się po korze mózgowej. Usiadłam w księgarni pod regałem z reportażami. Przerzuciłam kilka stron. Zmiękłam. Wzięłam ze sobą do domu. Przeczytałam. „Przemyśliwuję”. Nie jestem w stanie zrozumieć. Dziękuję Autorowi za pytania, na które nie udziela odpowiedzi. Tylko pytania pozwalają zachować człowieczeństwo.

(...) Notuję imiona dzieci, nazwiska i dodatkowe informacje umieszczone pod każdym zdjęciem. O Aurore, że była rozgadanym dzieckiem i że lubiła pić mleko. Zapisuję każde słowo, które ktoś tutaj przyniósł. Ktoś, kto przeżył i znał drobne codzienne szczegóły. Jestem mu wdzięczny, bo zrobił to także dla mnie. Bym się dowiedział i zrozumiał, że tego, co tutaj widzę, nie wolno mi zatrzymać dla siebie. Bym potem opowiadał i tego, co teraz notuję, nie poddawał żadnej cenzurze. Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem? Czy ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, będzie mówił o mnie? Czy raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię przyjąć, nie ma we mnie na to miejsca, brzuch mnie boli, podbrzusze.
     Ale czy to jest powód, bym zamilkł?

*

Ciałobójstwo. O tym nie wolno milczeć. Pisz, niech czytają, niech wiedzą. Tylko dlaczego już po kilku dniach rozmów, po kilku stronach przeczytanej książki, zaczynamy myśleć jak ludobójcy?
     Bo kogo widzisz, kiedy patrzysz na nią?
     Zgwałconą kobietę. Tę, która urodziła dziecko z gwałtu. Tę, która od gwałciciela dostała chorobę. A gdyby była profesorką uniwersytetu? Albo ministrem do spraw kobiet? Prezydentem kraju? Kogo wtedy w niej zobaczysz? Mądrą profesorkę? Sensowną panią polityk? Powiesz: ta zgwałcona Rwandyjka jest świetna. Nie dajesz jej szansy na bycie kimś innym. Kaci zatruli i twoje myśli: najpierw widzisz jej hańbę. Może myślisz o tym bez pogardy, nazywasz to krzywdą albo cierpieniem. Ale to jej cierpienie widzisz przede wszystkim. I zawsze tak będzie. Każda inna informacja — co robi, jak myśli, kim jest — będzie jedynie dodatkiem do jej zgwałconego ciała. Gdziekolwiek mieszkasz, i ty ją teraz zabijasz. Bronisz się? Zaprzeczasz? A jaka jest twoja pierwsza myśl o dziecku? Kim ono jest?
     Dlaczego nie mówię o nim: syn?
     Mówię: ten chłopak.
     Rzadziej: moje dziecko.
Syn? Mój syn?

Wojciech Tochman, Dzisiaj narysujemy śmierć,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

509. Nie zgubić odnalezionych słów (Achronos V)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
Wiesz, w zasadzie to czynnie uprawiam trzy zawody...

Sadownik:
Nie. Cztery!

Jabłoń:
Cztery? Przecież żona to nie zawód...

Sadownik:
Masz rację, żona to nie zawód to służba.

Jabłoń:
W jednym worku z mundurowymi? Ciekawe.

poniedziałek, lipca 16, 2012

508. Rodzaj koński

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bliźniacza Liczba w sobotę uczyła Sadownika odrobiny hiszpańskiego. Wczoraj rano Sadownik dopytywał Jabłoń, na czym polega różnica między „o” a „a” na końcu wyrazów i z nieskrywanym szowinizmem ucieszył się, że w hiszpańskim jest rodzaj męski i rodzaj „dla reszty świata”. Po czym, bez zająknięcia wydeklamował:

Sadownik:
Hijo mío.
Hija mía.
Ihaha!

(Czy koń by się uśmiał?)

Jabłoń:
(się uśmiała)

niedziela, lipca 15, 2012

507. Słodki, cytrynowy Brak

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(zagląda w dwa znane miejsca w poszukiwaniu cytryny)
Nie ma cytryny.

Sadownik:
(podchodzi do lodówki, zagląda gdzie trzeba,
wyjmuje cały woreczek cytryn
)
Nie ma cytryny!
Nie mam żony!
Tylko przyjaciółkę, koleżankę-małżonkę.

sobota, lipca 14, 2012

506. Matematyka wyższa chwil najważniejszych

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Całka powierzchniowa z miłości?
Różniczka zupełna z funkcji szczęścia?
Wzór na czystą radość?

*

Czysta radość proporcjonalna jest do:
— liczby psich ogonów falujących zachwytem tą samą chwilą;
— liczby ludzkich oczu, które to podziwiają.

piątek, lipca 13, 2012

505. Motyl świecący

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Co robiliście 26 kwietnia 1986 roku? Tego dnia natura postanowiła przenieść mnie z plemiennego obozu dziewczynek do obozu kobiet. Pamiętam o tym tylko dlatego, że zapamiętałam swój strach, gdy dwa dni później stałam... w kolejce po jod... w nocy... nic nierozumiejąca... w przychodni... razem z rodzicami... Strach. Nigdy o tym strachu nie rozmawialiśmy. Wciąż pamiętam jego smak.

*

Są książki, które natychmiast człowieka do pionu stawiają. I dziwuje się człowiek, na co to on narzekał wczoraj? Co mu się nie podobało? Co było nie do przyjęcia? Karygodne? Niemożliwe do zaakceptowania? Od czego krew go zalewała?

Są takie książki, które szybciutko uświadamiają, że człowiek w kraju płynącym miodem i mlekiem żyje, że ma wszystko, że może wiele, że ma wpływ, choćby na to, czy spojrzy dziś w niebo, uśmiechnie się do świata, podziękuje za świadomość bycia człowiekiem bogatym, w czepku urodzonym, obdarowanym przez sam fakt, że urodził się i żyje w Polsce. Znów o naszym farcie geopolitycznym przyszło pisać — wbijać do głowy zamiast tych wszystkich przegranych bitew, powstań, klęsk i katastrof.

*

Wchodzimy z żołnierzami do chałupy. Mieszka tam samotna babcia.
     „No, babciu, jedziemy”. „Pojedziemy, dzieci”. „No to zbieraj się babciu”.
     Czekamy na ulicy, palimy papierosa. No i ta babcia wychodzi, w rękach trzyma ikonę, kotka i węzełek. To wszystko, co zabiera ze sobą.
     „Babciu, kota nie wolno. Zabronione. Ma radioaktywną sierść”. „Nie, dzieci drogie, bez kotka nie pojadę. Jakże go tu zostawię samego? To moja rodzina”.
     No i od tamtej babci... Od tamtej kwitnącej jabłoni... Od nich się wszystko zaczęło... Filmuję teraz tylko zwierzęta. Mówiłem pani — teraz już znam sens życia...
     Kiedyś pokazałem swoje tematy czarnobylskie dzieciom. Miały do mnie pretensje. Po co? Nie wolno. Nie trzeba. I tak ludzie żyją w tym strachu, wśród tych rozmów, mają zmiany we krwi, osłabiony układ immunologiczny. Spodziewałem się, że przyjdzie choćby kilkoro ludzi. Wypełnili salę do ostatka. Pytania były najróżniejsze, ale jedno dosłownie wryło mi się w pamięć. Jeden chłopiec, jąkając się i rumieniąc, widocznie z takich cichych, małomównych zapytał: „A dlaczego nie można było pomóc zwierzętom, które tam zostały?”. No dlaczego? Sam sobie takiego pytania nie stawiałem, toteż nie umiałem mu odpowiedzieć...

*

Proszę o miłość... Ale się boję... Boję się kochać... Mam narzeczonego, zarejestrowaliśmy się w urzędzie stanu cywilnego. Słyszała pani o hiroszimskich hibakusza? Tych, którzy przeżyli wybuch w Hiroszimie... Mogą liczyć tylko na małżeństwa między sobą. U nas się o tym nie pisze, nie mówi. A my jesteśmy... czarnobylskimi hibakusza... Przyprowadził mnie do domu, przedstawił swojej mamie... Jego dobra mama... Pracuje jako ekonomistka w fabryce. Udziela się społecznie. Chodzi na wszystkie wiece antykomunistyczne, czyta Sołżenicyna. Kiedy jednak ta dobra mama dowiedziała się, że jestem z rodziny czarnobylskiej, z przesiedleńców, zwątpiła: „Kochana, czy pani może urodzić dziecko?”. Zapisaliśmy się w urzędzie... On mnie błaga: „Odejdę z domu. Wynajmiemy mieszkanie” a ja mam w uszach: „Kochana, dla niektórych grzechem jest rodzić dzieci”. Grzech kochać...
     
(...) A nie wie pani, za co ten grzech? Grzech rodzenia dzieci... Przecież niczemu nie jestem winna.
     Czyż to moja wina, że chcę być szczęśliwa?

*

Boję się człowieka. I zawsze chcę go spotkać. Dobrego człowieka. Tak to już jest... Tutaj mieszkają albo bandyci, którzy się chowają, albo ktoś taki jak ja. Męczennik.
     Jak się nazywam? Nie mam dowodu. Milicja mi zabrała. Bili mnie. „Czego się włóczysz?” „Nie włóczę się. Pokutuję”. Wtedy jeszcze mocniej bili. Po głowie... Niech więc pani napisze: sługa boży: Nikołaj.
     Teraz już — wolny człowiek...

*

Porzucony dom... Zamknięty. Kotek w oknie. Myślałem, że to gliniany. Podchodzę — żywy. Objadł wszystkie kwiaty w doniczkach, geranium. Jak tam się dostał? Czy może go zostawili?
     Na drzwiach karteczka:
«Kochany przechodniu, nie szukaj cennych rzeczy. Nie mieliśmy ich. Korzystaj ze wszystkiego, ale nie szabruj. My tu wrócimy».

*

(...) Jakaś całkiem nieznana rzecz burzyła cały mój dotychczasowy świat. Wpełza, włazi w człowieka... Mimo jego woli... Pamiętam rozmowę z pewnym naukowcem: „To jest na tysiące lat — wyjaśniał. — Rozpad uranu to dwieście trzydzieści osiem półrozpadów. Przeliczmy to na czas: miliard lat. A jeśli chodzi o tor, to czternaście miliardów”. Pięćdziesiąt... Sto... Dwieście lat... Ale dalej? Dalej blokada, szok! Już przestałem rozumieć co to jest czas... Gdzie jestem?

*

Zanim zwolnili nas do domu, wzywał wszystkich kagebista i przekonująco radził: nigdzie i nikomu nie opowiadajcie o tym, cośmy tu widzieli. Kiedy wracałem z Afganistanu, wiedziałem, że będę żył. A w Czarnobylu akurat na odwrót: śmierć może dosięgnąć człowieka wtedy, kiedy już jest w domu.
     Wróciłem... I wszystko się dopiero zaczyna...

*

W pierwszych tygodniach i miesiącach wszyscy przycichli. (...) Nie pamiętam poważnych rozmów, pamiętam dowcipy: «Tak teraz u nas dobrze — każdy promienieje! Impotenci dzielą się na radioaktywnych i radiopasywnych». A potem dowcipy nagle znikły...

*

A jeszcze... Modlitwa likwidatora: «Boże, skoro uczyniłeś tak, że nie mogę, to spraw jeszcze, żebym nie chciał». Pocałujcie mnie wszyscy w d...!

Swietłana Aleksijewicz, Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Tu, też motyl.

czwartek, lipca 12, 2012

504. Znów wyszłam, znów nie wracam

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pierwszy raz na obchody rocznicowe poszli w trójkę: On, Ona i decydent komfortu — Jej Kręgosłup.

Jabłoń:
(usiadła na kanapie)

Kręgosłup:
Mowy nie ma bym tu usiedział!

Jabłoń:
(do Sadownika)
Chyba jednak wolę krzesło.

(Sadownik z Jabłonią zamieniają się miejscami)

Jabłoń:
Ale jak chcesz, możesz usiąść na krześle obok mnie.
(uśmiecha się promieniście, dokładnie tak samo
jak w prospekcie emisyjnym naście lat temu
)

Sadownik:
(z powagą w głosie i udając, że karci starą żonę)
Kochanie! To już jest rocznica!

*

No więc świętowali jak przystało na związek posunięty w czasie — siedząc naprzeciwko siebie. Zażyłość ukryli we wzajemnych, ciepłych spojrzeniach. Wydali się dopiero wychodząc z knajpy. Po staremu, niczym świeżo zakochani, obejmowali jedno drugie...

*

Dziesiąty raz wyszłam za mąż i nie wracam. :)

__________
Gdy się poznali, Sadownik pod żadnym pozorem w miejscach publicznych nie chciał siadać przy stole naprzeciwko Jabłoni, tylko obok, bliziutko. Ta nie mogła się nadziwić temu dziwactwu, a dziś z rozrzewnieniem wspominała ten czas.

*

Hymn ślubnego skoku na główkę do pustego basenu, został również odśpiewany:

Heaven in Your Eyes z filmu Top Gun.

Szczęśliwe małżeństwa to jednak straszny kicz!

wtorek, lipca 10, 2012

(501+2). Mi Camino

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jeżdżę tam coraz rzadziej. Staramy się. Szanujemy. Kochamy. Krew z krwi. Więzy. Sen o bliskiej sobie rodzinie. Sen spełniony w kilku powitalnych gestach, w kilku dobrze zapowiadających słowach. Sen niespełnialny przez resztę czasu wypełnionego milczeniem, rozmowami o niczym, jedzeniem. Nie mówią. Nie pytają. Pod żadnym pozorem nie chcą ani słowa na temat tego, co dla mnie ważne, istotne, najważniejsze. Staram się nie mówić. Nie pytam. Staram się dopasować.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą. Jabłonko, proszę. No wiesz, bo Sen o rodzinie. — ktoś we mnie wierzy w Sen.

Patrzę tępo gdzieś ponad. Patrzę wstecz i nie rozumiem skąd ten Sen o rodzinie. Nie rozumiem i wraca tak dobrze znany ból, że nie dam rady dopasować swego kształtu... tym razem do planszy „rodzina z której pochodzę”.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą. Jabłonko, proszę. No wiesz, bo Sen o rodzinie.

Rozumiem. Pracuję nad sobą, ale... sięgam pamięcią wstecz... i wiem, że od dzieciństwa wolę „obcych”.

*

Niczym tona smutku wtoczyłam się wczoraj do Akuszera. Zamknęliśmy rok przemieniając smutek w odwagę bycia po swojemu. Powiedział słowa, których nie miałabym odwagi pomyśleć, bo... Sen o rodzinie... Słowa wypowiedziane zapadły głęboko we mnie rodząc spokój w samym środku mojego jestestwa. Od wczoraj dbam o to, by się zakorzeniły i pięknie rosły. Od wczoraj biorę odpowiedzialność za Inny Sen o mnie w mojej rodzinie pochodzenia. Mam odwagę pomyśleć i zrobić inaczej. Znów, w pewnym wymiarze, dopiero staję się.

Jabłonko, zrozum. Jabłonko, pracuj nad sobą.

Pracuję nad sobą, by rozumieć. Pracuję na sobą, bo sprawia mi to ostatecznie największą przyjemność w życiu. Pracuję nad sobą, by w zachwycie odkrywać jak mało w „obcych” obcości, jak dużo w Nich miłości, zrozumienia, zaufania, wiary, ciekawości, nadziei, marzeń... jak dużo w relacjach z Nimi tego wszystkiego, czego potrzebuję do życia jak powietrza.

Do znudzenia myślę o filmie. Przyklęknęłam na swej Drodze (mój kręgosłup jest mym sojusznikiem, nie wytrzymał rodzinnej atmosfery i trzasnął sobie niegroźnie w niedzielę). Zatrzymana przyglądam się kamykom, z których usypana jest moja Camino. Nie pozostaje nic innego jak... dziękuję. Dziękuję za moją Camino.

How about no longer being masochistic?
Alanis

poniedziałek, lipca 09, 2012

(501+1=487+15). Wciąż na Drodze!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od pierwszego ujęcia... Od pierwszego słowa... Od pierwszego dźwięku...
Między oddechem a łzą... Między daleką przeszłością a krótkoterminową przyszłością...
W samym środku PEWNOŚĆ, że ten film jest nie tylko opowieścią, bajką, miodem kładzionym na serce wprost, ale również metaforą Życia jako takiego, przez które kroczymy niczym po Camino.

Myślałam o tych, których spotkałam na swej Drodze. O Tych, z którymi wciąż po niej kroczę. O Tych, co mieli zostać na zawsze a odeszli. O Tych wszystkich co, choćby jednym gestem, słowem odmienili moje życie w inną historię. Znów, tym razem w filmie, Alanis. Mogę już napisać tylko jedno: thank you, thank you, thank you...

How about remembering your divinity?

Jeśli tu jesteś lub bywasz... witam na Drodze!

piątek, lipca 06, 2012

501. Uwaga! Nowy znak ostrzegawczy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Informuje się wszystkich zainteresowanych, że wprowadzono nowy znak ostrzegawczy do kodeksu drogowego.

Nie czytaj!
_________ Jeszcze się przyzwyczaisz, polubisz.
Po co ci to?

Nie czytaj!
_________ Za literkami kryją się konkretni ludzie,
_________ oswoisz ich, oni oswoją ciebie
_________ i nieszczęście gotowe.
Mało ci kłopotów?

Nie czytaj!
_________ Tak zgrabnie udaje ci się przemykać obok zbyt wielu
_________ nowości książkowych, filmowych, teatralnych.
Po co to zmieniać?

Weszłam nie raz.
Przeczytałam... Polubiłam... Bywam...
Jeden blog... drugi... trzeci...
Mam za swoje... i bardzo się z tego cieszę
za każdym razem.

Bardzo Wam dziękuję!

*

Jeden taki Zwierz nie ma znaku ostrzegawczego na swoim blogu i stało się... odnotujmy, że nie po raz pierwszy! Efekt taki, że wkomponowałam w listę obowiązków, pobiegłam, znalazłam, kupiłam i zabieram na wiejski weekend. Coś tak czuję, że znów będziemy płakać, śmiać się i... doceniać życie.

Parafrazując zdanie ze zwiastuna:
You are not most people!

czwartek, lipca 05, 2012

500. Bo szczęście to zawsze... kicz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(cedzi z nieostrego treść)
Masz! To się nazywa wioskowy efekt, pamiętaj.

Jabłoń:
(cieszy się jak głupia, że ma w końcu poglądowe zdjęcie
na temat wyglądu ust szczęśliwego psa w Heniutkowym wydaniu
)
Dziękuję!

(495+3+1). Wizyta w Galerii (II)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chapeau bas! Młoda Dama zwróciła baczną uwagę na detale. Brązowe oczy, wyraźny nos i... Heniutkowy uśmiech! Żaba, przyznają Państwo, też niczego sobie.


Młoda Dama, lat 7

(495+3). Wizyta w Galerii (I)

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pewna piękna Młoda Dama szósty miesiąc mieszkała w brzuszku swojej Mamy, gdy ową, wtedy jeszcze przyszłą Mamę poznałam. Nie śniło mi się nawet wówczas, że przyjdzie taki dzień jak ten dzisiejszy, gdy Młoda Dama za serce mnie chwyci bardziej niż zwykle.


Młoda Dama, lat 7


Marna podróba sztuki [z aparatu odcedzona]

(495+2). Jak wymarły dinozaury?

(1+495=495+1). Tydzień i trzy dni (dwa lata później)

495. Zaczynamy! Mądra, Piękna i... Żaba

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno, dawno temu krążył dowcip o świecie zwierząt. Szedł on mniej więcej tak... Król Lew zarządził inwentaryzację. Każde ze zwierząt musiało stawić się na zliczaniu gatunków, okazów, futer i skrzydeł. Miało też na dzień dobry nie lada dylemat, ponieważ dostawało następującą komendę: zwierzę mądre na prawo, zwierzę piękne na lewo. A żaba na to przytomnie:
— No przecież się nie rozerwę.

Pogratulować Żabie poczucia własnej wartości! Pogratulować! Spapugować!

*

Pierwszy dzień trzeciego roku blogowania zbiegł się z wizytą w Raju, więc świętowałyśmy:


Piękna, Mądra i żywa Żaba

środa, lipca 04, 2012

494. Kończymy!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wiesz, dopiero gdy urodziłam, zaczęłam prawdziwe życie...
Wiele razy już słyszałam to zdanie w swoim życiu. Przez lata miałam okazję śledzić zmianę, jakiej wciąż podlegam. Zmianę, którą mierzę na podstawie swojej reakcji na słowa w cytowanym stylu. Od zaczepnego, pełnego złości stwierdzenia: że niby co, nie żyję prawdziwie? to co ja robię twoim zdaniem?, po to wczorajsze: więc co przedtem robiłaś? Balowałam, usłyszałam w odpowiedzi. Z niebywałą pewnością płynącą z głębi brzucha odparłam: bal to też życie.

Dlaczego tak łatwo skreślamy przeszłość, choć to właśnie ona doprowadziła nas do miejsca, w którym teraz jesteśmy, w którym prawdziwie żyjemy, bez względu na względność i subiektywizm owej prawdziwości? Dlaczego deprecjonujemy to, co darem niebywałym jest, a mianowicie nasze życie? Nie zgadzam się na taki stan rzeczy! Dziękuję! Z całego serca!

Wracają do mnie słowa Akuszera, wypowiedziane przez niego prawie trzy lata temu, na bardzo ważnym dla mnie warsztacie: Każda ścieżka jest znacząca. Pamiętam, jak odetchnęłam z ulgą po usłyszeniu tych słów.

Dziś, mogę tylko dodać: tak, tak, każda ścieżka, każda chwila, każdy uśmiech, każdy pocałunek, każde marzenie!

*

Wiesz, nie pamiętam już, jak to jest żyć bez psa...
To taka moja mała tajemnica w moim prawdziwym od zawsze życiu.

Dziś... Heniutka skończyła dokładnie 26 miesięcy.
Dziś... Ostatni dzień dwuletniego już blogowania.

sobota, czerwca 30, 2012

493. Popaść w nałóg już czas!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak ja się cieszę, że ta ciężka praca już za mną.
Jestem przeszczęśliwa, że to w końcu się skończyło.
Rozpiera mnie niewyobrażalna radość, na samą myśl, że nie muszę już tam iść.

*

To był naprawdę trudny i długi tydzień. Jednak w całej tej bieżączce dwie kulki w mózgu znalazły chwilę, by zderzyć się i wyznaczyć mi jeszcze jedno zadanie w planie zajęć. Zadanie o najwyższym priorytecie, do wykonywania każdego dnia, od wtorku (co minął) przez wszystkie kolejne dni, aż stanie się nie tylko nawykiem, ale również nałogiem.

Nie chcę w swym życiu radości i szczęścia o zabarwieniu przytoczonych na początku wypowiedzi. Wyrabiam sobie nowy, zbawienny nałóg. Każdego dnia szukam choćby chwili wypełnionej najczystszą w swej formie radością. Każdego dnia szukam też drugiej chwili, której towarzyszy bezgraniczna wiara i nadzieja w ludzi, w świat, w jutro, które stwarzamy chwila po chwili już dziś.

Jak zwykle Henia na to niezmiennie: ja ci bardzo chętnie pomogę! Henia wie, że radość i szczęście kryje się w prostocie zwykłego, ciut bardziej uważnie przeżywanego Życia.

poniedziałek, czerwca 25, 2012

492. Po męsku... przez telefon... o życiu

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(podziękował za prezent, co elementem
komplementowanego rynsztunku do nowej pasji jest
i dawaj, logicznie uzasadnia,
dlaczego dał się pasji wziąć w posiadanie
)
Żonę już mam... Psa już mam...

Sadownika Teść:
I co? Życie ci zbrzydło!?

Sadownik:
Nie. Pomyślałem sobie, to spełnijmy następne marzenie z wczesnej młodości.

Jabłoń:
(kibicuje pasji nie tylko imieninowo, ale nie pyta na razie o to,
co jest następne na liście marzeń z młodości
)

niedziela, czerwca 24, 2012

491. Co to jest pies?

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Henia:
(próbuje choć poniuchać zawartość
śniadaniowego talerza Sadownika
)

Sadownik:
(patrzy na metodycznie przesuwający się
bez skrępowania nos Sierściucha
)
E ty, nie pomyliło ci się!

Jabłoń:
(w wersji nadopiekuńczej uważa, że talerz stoi na skraju stołu)
To przesuń ten talerz i sama sobie pójdzie.

(po chwili dodaje)
Pamiętaj, pies to urządzenie do robienia klimatu
a nie bezbłędnie działająca maszyna.

sobota, czerwca 23, 2012

490. Edukacyjne walory reklamy... na pohybel!


(u Antenki wraz z Antenką całe Stado zasiadło,
by obejrzeć mecz Hiszpania–Francja
)

Rozum:
(z reklamy)
Pieszczoch chyba chce na dwór.

Serce:
(z tej samej reklamy)
To idź. Twój Pieszczoch.

Sadownik:
Muszę to sobie zapamiętać.

Jabłoń:
(udaje, że nie słyszy Sadowniczej mini-groźby)

piątek, czerwca 22, 2012

(488+1). Matka nierozumiejąca ciut mniej

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bez względu na to, jak dobrze opanowałeś sztukę odczytywania wyrazu psa, zawsze możesz natknąć się na trudności, bo niektóre psy są zwyczajnie mniej „czytelne” od innych. Do najłatwiejszych zaliczam labradory, a już szczególnie czarne labradory. Czarny labrador jest jak przeciętny Amerykanin — tak samo pełen ekspresji i tak samo łatwy do odczytania.

P. McConnell, Z miłości do psa. Jak zrozumieć emocje twoje
i twojego psa
, Galaktyka, Łódź 2009.

***

Poranny spacer. Cisza. Choć jasno od kilku godzin, dzień sprawia wrażenie, jakby, zanim nabierze ochoty na wielkomiejski zawrót głowy, dopiero co zaczął się leniwie przeciągać. Henia zrelaksowana kroczy obok mnie. Buja nie tylko ogonem, ale również ciałem z lewej na prawą, z prawej na lewą zarażając mnie zachwytem poranka. Moja czytana od wczoraj „przeciętna Amerykanka” idzie równiutko metr przede mną ani razu nie napinając smyczy. Zagapiam się na to rozluźnione, szczęśliwe kudłate ciałko. Wpadam w POP-owski ¼-trans, chwilami ½-trans, by w końcu zanurkować po uszy w głębię usłyszanych od Altówki kilka dni temu słów, co zapadły we mnie, by przehibernować:

     — Nie chodzi o to, że pies umie robić sztuczkę. Chodzi o zagadkę jaka kryje się w pytaniu: jak dojść z psem do takiego zachowania? I to mnie rajcuje, nie sztuczka.

Heniuta wciąż bujała rytmicznie ciałem. Mimowolne skupienie na tym ruchu doprowadziło mnie do stanu, w którym Czas nagle stał się konstruktem czysto abstrakcyjnym, a Chwila stała się najbardziej soczystą, smaczną cząstką życia jaką mogłam dostać dziś z samego rana. Szczęściary, my! Mogłyśmy już wrócić do domu na śniadanko.

Droga vs. Cel
Czas vs. Chwila

...warte zatrzymania...

*

Jakie to miłe, że Kudłata we mnie wierzy i wie, że wciąż jest coś nowego, co mogę głębiej zrozumieć. A to mnie rajcuje... bardzo, bardzo.

488. Matka nierozumiejąca

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(wyciąga z plecaka świeżo odebraną książkę)

Sadownik:
(rejestruje kątem oka tytuł i z udawanym wyrzutem pyta)
To ty jeszcze nie rozumiesz Heńki?

Jabłoń:
A ty rozumiesz?

Sadownik:
Ja nie muszę.


_______________
T. Grandin, C. Johnson, Zrozumieć zwierzęta, Media Rodzina, Poznań 2011.

wtorek, czerwca 19, 2012

(485+2). Ujarana fajkami Ambre Light

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Włóczyłam się wczoraj po blogowych przestrzeniach, w których mam zwyczaj bywać raz na tydzień lub dwa, by zaaplikować sobie skoncentrowaną dawkę kilku wpisów na raz. Jest taki blog, zwykle skromny, jeśli chodzi o liczbę słów, lecz bogaty w treść, znaczenie, pauzy, eksperymenty myślowe, spostrzeżenia i wszystko to, co między słowami przeczytane może być na milion różnych sposobów.

Zajrzałam tam z oczami mentalnie obłożonymi plastrami awokado. I znalazłam perełkę, którą nuciłam przez cały wieczór, którą nucę od rana i którą z pewnością będę jeszcze nucić jakiś czas.

Alanis Morissette, That I Would Be Good.

Ambre, dziękuję! To nie jest jeszcze jedna ładna piosenka, czy kawałek co za serce chwyta zbyt. To piękne zdjęcia, dojrzała mądrość i mądra dojrzałość, słowa zgrabnie ułożone oraz obłędny zachwyt lingwisty, że piosenką tą można fantastycznie zilustrować tryby warunkowe.

poniedziałek, czerwca 18, 2012

(485+1). Więzienne więzów krwi pogaduchy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pogaduchy v. 1.0:
— Czy tak zachowuje się osoba dorosła?
— Pomidor.
— To się nazywa odpowiedzialność?
— Pomidor.
— Co ty sobie myślisz?
— Pomidor.
— Czy rodzina nic dla ciebie nie znaczy?
— Pomidor.
— Wiesz co? Jesteś moim największym problemem!

*

Pogaduchy v. 6.0:
— Czy tak zachowuje się osoba dorosła?
— Awokado.
— To się nazywa odpowiedzialność?
— Awokado.
— Co ty sobie myślisz?
— Awokado.
— Czy rodzina nic dla ciebie nie znaczy?
— Awokado.
— Wiesz co? Jesteś moim największym problemem!

*

Jeśli jesteś Rodzinnym Problemem, poczuj dumę, bo to oznacza, że jesteś również Rozwiązaniem. Najczęściej, jedynym możliwym.

485. Owocowanie

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Tydzień papierologii, terminów nieprzekraczalnych, kwitów co sensem życia mogłyby się stać, zaowocował tym, że mój Wewnętrzny Profesjonalista nie wytrzymał tempa, presji, niedoczasu i łaskaw był paść na pysk rażąc mnie temperaturą 39.2⁰C. Przeleżeliśmy sobotę, przeleżeliśmy niedzielę. Rodząca się we mnie kobieta Czterdziestoletnia siedziała na skraju łóżka i powtarzała do znudzenia: papiery papierami a życie życiem i dbać o siebie trzeba, zwłaszcza w twoim wieku, kotku. Mądra ta kobieta, ale gdzie była, gdy papier poganiał mnie papierem. A teraz, w poniedziałek, świat jej przytakuje samym faktem, że nie runął od mojego leżenia w łóżku.

*

Gdy nie wiem jak rozwiązać problem, kładę się spać. Wstaję z gotowym rozwiązaniem, sugestią, czasem tylko z wątłą, niewiadomego pochodzenia pewnością, że już wiem jak coś zrobić. Przez ten papierowy pęd nie odnotowałam zachwytu rozwiązaniem, które przyszło do mnie dokładnie tydzień temu, na granicy snu i jawy będąc dokładnie tym, co chciałam znaleźć, choć nie wiedziałam jak wygląda. Szukałam bowiem metafory, obrazu, czegoś, co w prosty sposób zilustruje to, w co głęboko wierzę, że każdy problem to możliwość w przebraniu, szansa do rozwoju, zmiany, okazja do pójścia o jeden krok dalej w Nieznane Inne, Nieznane Lepsze. Chciałam znaleźć niewerbalną formę przedstawienia jednej z cegiełek fundamentów POP-owskiej filozofii:

Każdy problem ma w sobie zalążek rozwiązania.

Znaleźć. By przestać o tym opowiadać. By wyrazić pełniej. By pokazać nie używając słów. Odnalazło mnie takie senne rozwiązanie:

Myślę, że nie mogło być bardziej trafione.

*

Awokado (dla mnie) od tygodnia to już nie tylko składnik przepysznej kanapeczki (świeża bagietka posmarowana masełkiem, awokado, cebulka, odrobina soli), ale również Symbol, który bardzo mnie rajcuje. Jak tak dalej pójdzie to poznacie mnie po koszulce… z awokado.

Mówią gruszki na wierzbie? Czas powiedzieć awokado na Jabłoni!

sobota, czerwca 16, 2012

484. Chatka na psio-kocich łapkach

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Chatki na kurzych łapkach w baśniach pociągały mnie od zawsze. Zwykle mądre, wolne babki w nich mieszkały, nawet jeśli opinię na mieście miały kiepską. Było w tych chatkach coś ze sportów ekstremalnych, coś niepoddającego się normom społecznym i grawitacji, coś wyjątkowo pociągającego, nawet jeśli w planach autora było, by dziecko zaczęło się bać.

Jest taki dom. Pozornie wyglądający jak wiele innych domów w okolicy. Jednak, gdy przekraczam jego bramę, za każdym razem trafiam do magicznej chatki na psio-kocich łapkach. Chatki, w której postulat „być” wiedzie prym nie tylko nad „mieć”, ale przede wszystkim nad „mieć za wszelką cenę”.

Gdy choć na chwilę nabieram wątpliwości, że może jednak powinnam i to, i tamto jak ten czy tamten człowiek sukcesu, rodzinna gwiazda, niepodważalny wzór do naśladowania, myśl o tej Chatce utwierdza mnie w starym, wytartym już postanowieniu, że wolę być... za wszelką cenę.

*

Wczoraj, obok Chatki na psio-kocich łapkach, powstał wspaniały kudłaty test... na inteligencję, spostrzegawczość, poczucie humoru, zachwyt bieżącą chwilą. Cytując za Altówką: na poniższym zdjęciu znajdź pudla... od siebie mogę dodać: bardzo mądrego pudla, co w proch starł moje kiepskie zdanie o tej rasie.

wtorek, czerwca 12, 2012

483. Matka Boska Obszczekana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wersja A (zasłyszana, rodzinna, stara)
Rodzice z trzylatkiem do dziadków na niedzielny obiad się wybrali. Dziecko czyściutkie, grzeczniutkie — sam miód, cud i dobre wychowanie. Pierwsze danie, drugie danie. Deser. Mały „siam” łyżeczką kawałkiem tortu na swoim talerzyku zarządza. Po chwili kęs jeszcze nietknięty zleciał z talerzyka wprost na bielutki obrus. Chłopiec widząc co się stało, pod nosem, ale wyraźnie, skwitował:
— O kulwa!

Rodzice w pąsach dawaj się tłumaczyć, że oni nie wiedzą, skąd Pierworodny takie słowo zna. Dziadkowie wiedzieli swoje. I dobrze wiedzieli.

*

Wersja B (jeszcze ciepła)
Hospicyjne spotkanie. Organizacyjno-robocze. Ot, takie, co zwykle pierwszą część ma w kościele, by pożegnać tych, co w zeszłym miesiącu odeszli. A potem przy herbatce, druga część w przykościelnej salce, której użycza nam zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz.

Organizacyjno-robocze. Jesteśmy z Heniutką punkt trzeci. Koleżanka w samym środku punktu pierwszego, gdy z ciszy wyrywa się Dusza obronnego Kundla, wojujące Alter Ego Heniutki. Jak nie wyskoczy, pozycję obronną przyjmie, szczeknie niskim, groźnym głosem. Kto mi uwierzy, że to pies terapeutyczny, gdy Henia dojrzawszy figurę, w szatana zamieniona wyzywa Matkę Boską od ostatnich.

Pąsów nie było. Nie będę się nikomu tłumaczyć, dlaczego Heniutka do kościoła nie chodzi. Zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz uśmiechnął się, bo dobrze wiedział, że jakie imię, taki pies, choć poznał się z Hexe pół godziny wcześniej.

Nie jestem specjalistką, ale taka była ta Matka Boska Obszczekana:

niedziela, czerwca 10, 2012

(481+1). Problem z Bogatą

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
Czego mam Ci życzyć, skoro masz wszystko?

Jabłoń:
No właśnie, czego?

481. Bogata wiekiem

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Wszystkiego najlepszego z okazji osiemnastych urodzin — popłynęło ze słuchawki telefonu wprost do mojego ucha.
     — O nie, nie, nie! Tylko nie osiemnastych — jęknęłam.

Gdy miałam 18 lat:
     — sypiałam sama,
     — byłam wytykana palcami,
     — mieszkałam z rodzicami,
     — nie miałam swojego miejsca na Ziemi,
     — nie znałam Sadownika.

Dziś, o 6.20 skończyłam 39 lat. Ruszyłam pewnie w kolejny rok swojego życia z niepohamowaną ochotą, ciekawością, wiarą i zaufaniem. Przypomniała mi się wypowiedź starszej wiekiem i doświadczeniem koleżanki:
— pewnie nie uwierzysz, ale po czterdziestce jest jeszcze lepiej.
Powiedziała to w dniu, w którym świętowałam trzydzieste urodziny przeczuwając, że właśnie zaczyna się najlepszy czas mego życia. Coś mi się zdaje, że mówiła prawdę, a to oznacza, że najlepsze wciąż przede mną.

Pod żadnym pozorem nie chcę mieć raz jeszcze 18 lat. Dumna i blada jestem, że udało mi się dożyć pierwszego dnia 40. roku mego życia, odnaleźć i rozwinąć w sobie pewność, że Życie ma głęboki Sens, wspaniały Smak, niewyobrażalnie bogaty Kształt.

*

Nie każdy człowiek miał szczęście urodzić się żywym. Nie każdy dożył swoich pierwszych urodzin. Nie każdy mógł stanąć na własnych nogach. Nie każdy mógł poznać swoje marzenia. Nie każdy mógł pokochać z wzajemnością. Nie każdy mógł spotkać prawdziwego siebie. Nie każdy mógł mieć psa. Nie każdy...

Witaj w klubie uprzywilejowanych Życiem!

czwartek, czerwca 07, 2012

(479+1). Super! Ciała w Boże Ciało

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po męsku. Było super!

Po damsku. Wszystko zaczęło się kilka lat temu bez naszego udziału. Pani A odkryła i po jakimś czasie podarowała Pani B. Pani B obdarowana zachwyciła się również i podarowała dalej Antence w prezencie. Antenka w zeszłym tygodniu podarowała w prezencie Sadownikowi. Masaż. Wybrał indonezyjski i odebrał we wtorek. W sposób pośredni podarunek ten był również dla Jabłoni, co nie lubi przepuścić okazji do nauki.

*

Dziś, w Boże Ciało, Sad cielesną powłokę swej relacji z błogiego snu wyrwał i powiózł na ósmą rano na spotkanie nieznanego, co kryło się pod hasłem masaż partnerski. Przez pięć godzin uczyliśmy się obdarowywać siebie nawzajem nieznaną nam dotąd stroną magii dotyku. Coś takiego powinno być dołączane do pakietu prezentów ślubnych.

Bezkresna łagodność, uwaga, zaufanie, szacunek i miłość w magiczny dotyk zaklinane płynęły od Sadownika do Jabłoni, do Sadownika od Jabłoni. To nie do zapomnienia, nie do przecenienia. To do praktykowania. Niech płynie!

Cudowne odkrycie na trzy dni przed pierwszym dniem czterdziestego roku życia. Chyba zaczęliśmy już świętować...

*

Pani A, Pani B, Antenka, Sadownik, Jabłoń. Ciekawe, kto będzie następny w tym łańcuszku zachwytu...

środa, czerwca 06, 2012

(478+1). Super! Scena II

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wczoraj wieczorem,
gdy w końcu Sadownik wrócił do domu
)
Jabłoń:
I jak było?

Sadownik:
Super!
(po chwili)
Pierwszy raz od piętnastu lat
dotykała mnie inna kobieta niż Ty.

[cdn. jutro]

478. Super! Scena I

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wczoraj rano przy śniadaniu)
Jabłoń:
(nie bez odrobiny satysfakcji)
Jak Ci było wczoraj?

Sadownik:
Super!

Sadownik:
(po chwili)
Nie kłamałem?

Jabłoń:
(uśmiecha się na wspomnienie miny Sadownika,
która o ułamek sekundy wyprzedziła wypowiadane słowo „super”)
Nie. Nie kłamałeś.
(uśmiecha się dumnie)

Sadownik:
(mądry doświadczeniem bycia mężem POP-owskiej terapeutki)
Nie kłamałem albo byłem w kłamstwie bardzo spójny.
(uśmiecha się szelmowsko)

wtorek, czerwca 05, 2012

(476+1). Bez tytułu, ale z zachwytem

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

OK, Jabłonko, do rzeczywistości wróć, błagam. Wszystko tańczy, cholera! Kot od niechcenia się przechadza. Tańczy! Psy ganiają w parku. Tańczą! Idę na kawę, chwilę bezruchu złapać. Ludzie pędzą po skrzyżowaniu. Nie przecieram już oczu, by pewność, że tańczą zmienić w zwątpienie, że może ciut brzydcy, niewyspani, zmęczeni, nieszczęśliwi, niezdrowi. Tańczą! Między zajęciami na kawę biegusiem. Kawusią do życia w wielkim mieście się przywrócić. Plan mam.

Zaklinam, o tu, usiądź, proszę. Zaklinować się w fotelu. Odpocząć od tańca bezkresnego. Siadam. Zamykam na chwilę oczy i czuję, że znów wszystko we mnie wibruje. Podeszłam do baristy ukrywając radość z towarzyszącego mi tanecznego kroku. Podeszłam, by zapytać, kto śpiewa ten utwór, co nie pozwala mi stać się zmęczonym członkiem jednego z bogatych, europejskich społeczeństw XXI wieku.

Barista, prośbą nietypową zdziwiony, pomógł. Znalazłam. Już nie zgubię. Wciąż tańczy cały świat...

Nana Mouskouri, Plaisir d'amour.

__________________
To na pewno smutna piosenka, ale mam tę własność, że piosenki śpiewane po francusku są dla mnie utworami bez słów. Nawet więc jeśli smutna, to piękna.

poniedziałek, czerwca 04, 2012

(475+1). Tańcz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

We wtorek napisałam:
     Pracować, śmiać się, płakać, tańczyć

Wróć! Mój Wewnętrzny Krytyk myśląc o formalnym tańcu, figurach obowiązkowych, potknięciach nie do uniknięcia, skreślił ostatnie słowo:
     Pracować, śmiać się, płakać, tańczyć

I dodał, wracając na bezpieczny grunt:
     Pracować, śmiać się, płakać, rozumieć...

***

To było we wtorek. Wróciłam. Nie znajduję słów, by opisać Magię, której byłam świadkiem; której towarzyszyłam, gdy rodziła się w innych ludziach; której byłam źródłem dla samej siebie.

Przywiozłam bezwzględną pewność, że tańczyć oznacza rozumieć… że ruch jest narzędziem prowadzącym ku rozumieniu, jest naszym uniwersalnym językiem, jest Magią Mądrości Życia w Nas. Zrozumiałam jak ważnym jest ciągłe przypominanie sobie, że ruch nie zna słowa błąd. Nasze ciała tańczą! Bezustannie! Bezbłędnie! Gdy sięgamy po kubek z kawą! Gdy idziemy po chodniku! Gdy zamieramy w bezruchu! Gdy myjemy zęby! Walc, tango, salsa to tylko marna podróba żywego tańca, jakim jest nasze zwykłe, cudne, codzienne Życie.

***

Poruszyć swą Duszę. Wytańczyć siebie, swe pragnienia, znaczące związki z innymi ludźmi. Tańcz!