piątek, listopada 01, 2013

883. Mysia 3 do 17 listopada

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie jesteśmy z pokolenia sklepów otwartych siedem dni w tygodniu. Staliśmy się honorowymi członkami tego pokolenia, o czym przypominają nam wigilie dni sklepów zabitych na głucho, gdy sklepy wezmą głęboki oddech i odpoczną od klientów. Przyparci do muru musieliśmy zrobić wczoraj zakupy na dwa dni. Nie poddaliśmy się zbyt łatwo. Najpierw skoczyliśmy na wystawę.

Uwielbiamy tę galerię. Surowe. Białe. Ściany. Fantastyczne oświetlenie. Przestrzeń. Dodana. Do tej rzeczywistej. Pierwszy haust „schizofreniczną ciut” kreską rysowanych fotografii zaczerpnięty. Wrócimy tam jeszcze. Do połowy listopada. To pewne. Pierwszy mój zachwyt to zachwyt portretem.

*

Dwa, które najbardziej mnie poruszają, dotykają, przemieniają...

(fot. Jacob Aue Sobol, Arrivals and Departures, źródło)

(877+5). I już

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

No i stało się. John Green za mną. Najgrubsza. Najbardziej szalona. Do ostatnich stron trzymała mnie w szachu. Zostawia po sobie jakiś magiczny osad zadumy... kim jesteśmy... jakie miejsca tworzymy... jak miejsca tworzą nas...

[...] a może jesteśmy trawą — nasze korzenie są tak współzależne, że nikt nie jest martwy, jak długo ktoś inny pozostaje żywy.

*

[...] wyobrażanie sobie, że jest się kimś innym albo, że świat jest inny, jest jedyną drogą do wnętrza.

*

Ludzie tworzą miejsce, a miejsce tworzy ludzi.

John Green, Papierowe miasta,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.
(wyróżnienie własne)

środa, października 30, 2013

(877+4). Idę na rekord

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Reportaż. Tak.
Psychologia. Tak.
Powieść. Czy ja wiem?

Nie „tą razą”. Idę na rekord. Wygląda na to, że w przeciągu siedmiu dni obalę trzy powieści. Wczoraj skończyłam drugą. Ryczałam jak bóbr. Nie poszłam spać, póki nie skończyłam. Dziś rano do tramwaju poszłam z trzecią... Przypomniałam sobie dzień, w którym odkryłam, dlaczego szybka transformata Fouriera jest szybka... od jak dawna uwielbiam gapić się na ludzi? — nie pamiętam. Proste życiowe przyjemności? — są istotą mojego życia.

[…] prowadziła taka maleńka staruszka. Omawiała szybką transformatę Fouriera, gdy nagle przerwała w pół zdania i powiedziała: „Czasami wydaje się, że wszechświat chce zwrócić na siebie uwagę”.
     I w to właśnie wierzę. Wierzę, że wszechświat chce, byśmy go zauważali. Myślę, że wszechświat jest bardzo ukierunkowany na świadomość, że nagradza inteligencję po części dlatego, że lubi, gdy ktoś docenia jego elegancję. A kimże jestem ja, jakiś epizod w dziejach, by mówić wszechświatowi, że on — albo moje postrzeganie go — jest tymczasowe?

*

     — To dlaczego tak na mnie patrzysz?
     Uśmiechnął się półgębkiem.
     — Bo jesteś piękna. Lubię patrzeć na pięknych ludzi, a jakiś czas temu postanowiłem nie odmawiać sobie prostych życiowych przyjemności
.

*

     — To jak brzmi twoja historia? — zapytał, siadając obok w bezpiecznej odległości.
     — Już ci ją opowiedziałam. Zdiagnozowano u mnie...
     — Nie, nie historia choroby.  T w o j a  historia. Zainteresowania, koniki, pasje, dziwne fetysze i tak dalej.
     — Hm — odpowiedziałam.
     — Nie mów mi, że należysz do tych ludzi, którzy stają się własną chorobą. Znam wielu takich. To przygnębiające. To znaczy, rak się rozrasta, to prawda. Konsumuje człowieka. Ale na pewno nie należy mu pozwolić na przedwczesny sukces.

John Green, Gwiazd naszych wina,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.
(wyróżnienie własne)

880. Wracajewo

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wernisaż. 18.15. On koniecznie. Spóźnić się nie chce. Ona koniecznie. Ale spóźni się na pewno. W drugim końcu miasta piesiurę pani alergolog do kontroli pokazać musi o 17.00. Umówili się, że... On nie spóźnia się. Ona wpada, gdy pierwszy tłum zasłaniający zdjęcia przetoczy się przez salę. Ważne. Nie będą razem iść na kolację. Nie wrócą razem do domu.

*

Nie spóźnili się. Wernisaż. Okazał się planowo rozpocząć o 19.05. Obejrzeli zdjęcia. Pierwszymi wrażeniami się podzielili. Rozstali się, by za kwadrans spotkać się na kolacji kilkanaście przecznic dalej w nowo odkrytej knajpce. Było piiisznie. Ważne. Nie wracali razem do domu.

*

— No to pa, kotku! Kto pierwszy w domu, ten wyprowadza piesa. — i poleciała do tramwaju, metra a potem autobusu. Nie była pierwsza, ale On i piesa już szli w jej kierunku. Ważne. Do parku na wieczorny spacer poszli i w końcu wrócili razem do domu.

***

Na trzech randkach. Tego samego dnia. Z tym samym gościem. To jeszcze w życiu nie byłam. Do wczoraj. Umówiłam się z Motocyklistą, co szczęśliwie odebrał uleczonego Motonga z mechanicznego lazaretu. Świętowaliśmy koniec października, co w tym roku okazał się miesiącem chorób wszelakich. Heniutka. Motong. Jabłoń. Dokładnie w tej kolejności. Potrzebowali medyków różnych specjalności. Tylko Sadownikowi udało się uniknąć roli pacjenta. Wczorajszy dzień był pierwszym, gdy jako Stado poczuliśmy, że jesteśmy na ostatniej prostej wracania do zdrowia, bo... Motonga oddał wczoraj jego Pan Doktor. Heniutki ozdrowiałymi łapkami jej Pani Doktor była zachwycona. Więc nam nie pozostało nic innego, tylko oddać się wielowymiarowemu świętowaniu Życia. To był wspaniały, ale i wyczerpujący dzień.

fot. Michał Jeliński z cyklu zdjęć Na brzegu.

poniedziałek, października 28, 2013

879. Audyt zewnętrzny

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pogoda nas rozpieszcza od kilku dni. 20° w słońcu w ciągu dnia. Wyjątkowo ciepłe wieczory...

Wczoraj. Najpierw zrobiłam zdjęcie, nie przeczuwając nawet, że jest ono zarówno zaklętym w piksele Prorokiem, co wie, jak cudny szykuje się dzień, jak i Audytorem, co jakość związków bada z uporem godnym lepszej sprawy. Potem przeczytałam pierwsze sto stron świeżutko odebranej książki. A wieczorem, po pracy, poszłam na randkę z Tym, który mnie ekscytuje od lat... w tej i wielu innych rzeczywistościach.

Flirtował każdą sylabą. Mówiąc szczerze, ekscytował mnie. Nie wiedziałam nawet, że faceci mogą mnie ekscytować — nie w ten sposób, nie w rzeczywistości.

John Green, Gwiazd naszych wina,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.

*

Dziś. Przed pracą. Zachwyt Życiem i Jesienią w Mieście mnie dopadł:

niedziela, października 27, 2013

878. W Trójcy jedyne

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rozczarowałeś swoich rodziców?
Nie przeskoczyłeś poprzeczki?
Nie spełniłeś ich oczekiwań?

Od środy towarzyszy mi ta część mnie, która jest Trzyletnią, Fantastyczną Dziewczynką, która o dwudziestej pierwszej wkracza do salonu pełnego dorosłych, wykorzystuje swój niebywały urok osobisty, by móc posiedzieć tam do północy. Ta dziewczynka nie może rozczarować, nie jest zainteresowana poprzeczkami i oczekiwaniami. Ona pewnie i z niebywałym wdziękiem idzie przez życie...

*

Rozczarowałeś swoich rodziców?
Nie przeskoczyłeś poprzeczki?
Nie spełniłeś ich oczekiwań?

Rozczarowałam i nie spełniłam oczekiwań. Nie wyjechałam na stałe do lepszego kraju, w którym więcej szacunku do człowieka, do pracy, do świata, gdzie potencjalnie lepiej by mi się żyło. W piątek odkryłam tę część mnie, która rozczarowała; która, jak się okazało, wierzy całkiem na serio i głęboko, że nie dość dobra byłam, jestem, skoro nie wyjechałam do lepszego kraju, w którym...

Trzyletnia Fantastyczna Dziewczynka rzuciła okiem na Część Rozczarowującą. Przysiadła się. Uśmiechnęła i zakomunikowała:
— Mnie zachwycasz. To On chciał wyjechać, a ponieważ tego nie zrobił, wcisnąć ci swoje pragnienie chciał. Spójrz, jak cudnie świat pomagał ci przez lata, byś nie wyjechała i została na swojej Drodze. — A gdy ostatnie słowo wybrzmiało, dodała:
— Idziemy stąd?

I poszły wszystkie tsy: Dziewczynka, Część i ja... fantastyczne, cudne, właściwe... poszły fantastyczną, cudną, ich jedyną i najwłaściwszą Drogą...

*

Rozczarowałeś swoich rodziców?
Nie przeskoczyłeś poprzeczki?
Nie spełniłeś ich oczekiwań?

Gratulujemy! Nie ustawaj!

*

Jabłoń:
(podzieliła się swoim odkryciem)
Rozczarowałeś swoich Rodziców?

Sadownik:
No, ba!

Jabłoń:
Gratuluję Panu, gratuluję!

877. Szukając w sobie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jedyne radio informacyjnie przez ostatnie lata stało się radiem informacyjno-reklamowym, by, gdy kończyłam śledzić losy transformacji, stać się radiem reklamowo-informacyjnym. Kilka miesięcy temu podziękowałam za lata dobrych audycji, po których nie ma już najmniejszego śladu. Znalazłam alternatywę w postaci „Radia z charakterem”, co charakter zdecydowanie ma dobry.

Kilka tygodni temu słuchaliśmy z Sadownikiem audycji o książkach dla dzieci. Gość audycji miał spokojny, pełen pasji głos. Był konkretny, rzeczowy i... magiczny. Żadnych ąąąąąąąąą, aaaammmmm, ęęęęę między słowami, frazami czy zdaniami. Pod koniec audycji było o książkach dla nastolatków-chłopców. Pan wymienił autora, trzy tytuły. Zapamiętałam. Po jakimś czasie, mając w pamięci zrównoważony głos Gościa audycji, zamówiłam pierwszą z nich. Wsiąkłam...

Wróciło do mnie nastoletnie uczucie permanentnej niepewności. Bogatsza o dziesięciolecia doświadczenia odkryłam potencjał tkwiący w tej niepewności; odkryłam ożywiający ruch, który chce zaistnieć, by budować, tworzyć novum. Dziś lecę po kolejną powieść tego Autora. Już czeka na mnie, by ją odebrać. Ja też już na nią czekam.

Jednak doktor Hyde opowiedział inną historię, jedną z tych, które wcześniej przeoczyłem.
     — Karol Marks w słynnym stwierdzeniu nazwał religię „opium dla ludu”.
[...] jest taka suficka opowieść, która podważa teorię, że ludzie wierzą tylko dlatego, że potrzebują opium. Wielką świętą sufizmu Rabię al-Adaiwiya widziano kiedyś, jak biegnie ulicami swego miasta, Basry, niosące w jednej ręce pochodnię, a w drugiej wiadro z wodą. Gdy ktoś zapytał ją, co robi, odparła: „Wezmę to wiadro z wodą i ugaszę nim ogień piekielny, a potem tą pochodnią podpalę bramy raju, żeby ludzie nie kochali Boga dla obietnicy raju albo ze strachu przed piekłem, ale dlatego, że jest Bogiem”.

*

     — Naprawdę nie jestem w nastroju na odpowiadanie na pytania zaczynające się od  j a k,  k i e d y,  g d z i e,  d l a c z e g o,  albo  c o.
     — Co się stało? — zapytałem.
     — To jest c o. W tej chwili nie obsługuję formatu „co”. No dobra muszę iść. Zacisnęła usta i wypuściła powoli powietrze, jak Pułkownik, kiedy wypuszczał dym.
     — Co... — pohamowałem się i zacząłem inaczej: — Zrobiłem coś?
     Zabrała swoją tackę i wstała od stołu.
     — Oczywiście, że nie, skarbie.

*

I jak przez mgłę przypominam sobie, jak Lara stoi w drzwiach i uśmiecha się do mnie, tym niepowtarzalnie wieloznacznym dziewczęcym uśmiechem, który obiecuje odpowiedź na twoje pytanie, ale nigdy jej nie udziela. Tym pytaniem, które zadajemy sobie odkąd przestaliśmy brzydzić się dziewczyn, pytaniem zbyt prostym, aby nie sprawiać kłopotu, jest: Podobam się jej czy tylko mnie lubi?

*

A o tym inaczej już tu było kilka dni temu, gdy ta książka jeszcze na mnie czekała:

     — Że co? — zapytałem.
     — Spędzasz całe życie w labiryncie, zastanawiając się, jak któregoś dnia z niego uciekniesz i jakie niesamowite to będzie uczucie, wmawiasz sobie, że przyszłość pomaga ci przetrwać, ale nigdy tego nie robisz. Wykorzystujesz przyszłość, żeby uciec od teraźniejszości.

*

Nauczyła mnie wszystkiego, co wiedziałem o rakach, całowaniu, różowym winie i poezji. Uczyniła mnie kimś innym.
     Zapaliłem papierosa i splunąłem do strumienia.
     — Nie możesz tak po prostu uczynić mnie innym, a potem odejść — powiedziałem do niej głośno.

John Green, Szukając Alaski,
Wydawnictwo Bukowy Las, Wrocław 2013.

czwartek, października 24, 2013

876. Między słowami a sierścią

U Pani Profesor od psich zdjęć znalazłam. No i nie mogę przestać zachwycać się przewrotnością tych słów. Niech tu pozostaną, by nie pogubić...

wtorek, października 22, 2013

875. Kto czyta?

     — Kim jesteś?
     — Pielęgniarzem, tokarzem — wziął głęboki wdech — prezesem banku.
     — Mało!
     — Mało? — przypomniał sobie wszystkie unijne szkolenia, których był uczestnikiem — mężczyzną, bratem, synem, mężem, ojcem, filatelistą...
     — To wszystko mało!
     — ???
     — Zadam pytanie inaczej. Kim się stajesz? O czym marzysz? O czym śnisz? Jak wesprzesz dziś tę część siebie, która nie jest, nie chce być i nigdy nie będzie pielęgniarzem, tokarzem, prezesem, mężczyzną, bratem, synem, mężem, ojcem, filatelistą... kobietą, siostrą, córką, matką, kociarą...

poniedziałek, października 21, 2013

(873+1). Spotkanie naszych Światów

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obrazek 1, 2 [...] Skończyłam książkę, która do soboty ze mną tramwajem jeździła.

*

Otworzyłam w niedzielę rano pięknie wydaną książkę. Reportaż i Fotografia. W jednej książce. Fotografia i Reportaż. Już nie mogę się doczekać, aż Sadownik wróci jutro i rzuci okiem. Jeśli tylko obejrzysz zdjęcia, stracisz zbyt dużo. Tylko przeczytać po prostu nie dasz rady.

Tochman. Jeśli to nazwisko nic Ci nie mówi — zazdroszczę. To znaczy, że cztery wyjątkowe książki są wciąż przed Tobą. Ta jest czwartą. Ze wspaniąłą klamrą, co za serce chwyta na długo.

Szukając w necie ulubionego zdjęcia z tej książki dowiedziałam się, że zdjęcia Grzegorza Wełnickiego można do niedzieli oglądać na wystawie. „Tą razą” to ja wyciągnę Sadownika na kulturę, a potem na żytnią bagietkę do Francuza. Najpiękniejszego, dla mnie, zdjęcia w sieci nie ma, jest w książce...

Podobno przed białą katolicką inwazją inne panowały tu obyczaje: kobiety były równe mężczyznom. Mówiły głośno, co myślą, brały udział w zarządzaniu lokalną wspólnotą i miały przywilej nadawania imion swoim dzieciom. Hiszpańscy mężczyźni, mocą rozmaitych aktów prawnych, kazali kobietom zostać w domach. No i klęczeć w kościołach. Tam przez stulecia misjonarze błogosławili ubogich w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławili także tych, którzy się smucili, albowiem oni będą pocieszeni. Musieli też błogosławić niewykształconych, aby usprawiedliwić brak dostępu do edukacji. Kształcili się Hiszpanie i lokalni kolaboranci, reszta im służyła. Ubóstwo pojmowano dosłownie: przez wieki ludzie wierzyli, że bogaty wyląduje w piekle. Skoro łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego, potępienia na sądzie ostatecznym boją się tu i dzisiaj. Nie chcą się bogacić. Bogactwo budzi strach. Bieda jest cnotą.

*

S’il vous plaît — nad jeszcze dychającym szkieletem nieokreślonej płci Francuz wciąż myśli, że cały świat jest frankofoński.
     ¡Tome! — nad długowłosym mężczyzną turystka z Madrytu wierzy, że ponad sto lat po odejściu Hiszpanów jej słowa są tu zrozumiałe.
     Bitte schőn! — Niemiec, ten to już przesadza.
     Here you are — Anglik ma komfort, bo nikt już się nie zastanawia, dlaczego jego językiem porozumiewa się świat.

*

[...] w wigilię święta umarłych na progach swoich domów ludzie w ciszy i skupieniu zapalają świeczki. Ostatniego październikowego wieczoru cały slums płonie: główna ulica i wąskie boczne labirynty. Jedna świeczka — jeden umarły. Tysiące umarłych, może dziesiątki tysięcy, o których wciąż ktoś tu pamięta, ktoś tęskni, ktoś pucuje ich groby na Cmentarzu Południowym.

*

Nasz zdrowy świat nie chce świata choroby, tak jak życie nie chce świata śmierci. Młodość nie widzi potrzeb starości, świat heteryków nie chce świata homo, świat pieniądza — świata biedy. Północ — Południa, Zachód — Wschodu, metropolie — swoich byłych kolonii, ludzie żyjący w pokoju — ofiar wojen, prześladowanych, uchodźców, Hutu — Tutsi, chrześcijanie (na przykład Serbowie) — muzułmanów (Albańczyków, Bośniaków), Turcy — Kurdów, Filipińczycy — Koreańczyków i Chińczyków, bo kto na świecie lubi Chińczyków, Flamandowie — Walonów, Holendrzy — Polaków, Polacy — Żydów, Żydzi — Arabów, Arabowie — Żydów i Amerykanów, Amerykanie — Meksykanów. Kogo nie znoszą Meksykanie? Samych siebie: biali — niebiałych. Może nie wszyscy, nie wszędzie, nie zawsze. Ale każdy. Każdy jest wśród niechcianych albo tych, którzy nie chcą.

Wojciech Tochman, fot. Grzegorz Wełnicki, Eli, Eli,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

873. Kamieniem we mnie rzuć

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Obrazek 1
Widziany wiele razy. Wchodzimy z Sadownikiem do księgarni. Upewniamy się, że mamy telefony. Każdy idzie w swoją stronę. Pod różnymi regałami przystajemy. Patrzymy. Przeglądamy. Wybieramy. Odnajdujemy się. Rozglądając się. Stając na palcach. W ostateczności dzwoniąc do siebie. Wiemy, gdzie możemy spodziewać się Drugiej Połówki. Przy kasie oglądamy okładki upolowanych książek i cieszymy się jak dzieci.

Obrazek 2
Sadownik wyjechany. Odbieram zamówioną książkę. Proszę, by wypakować. Zachwycam się formatem. Między podaniem karty a wbiciem pinu zaglądam do środka i uśmiecham się od ucha do ucha. Bingo! W rękach mam książkę, która łączy Sadowniczą pasję i mój ulubiony regał z książkami.

*

Wracam do domu. Odkładam tę piękną książkę, by skończyć tę, która ostatnio jeździ ze mną tramwajami.

*

Życie społeczne usłane jest regułami, prawami, zobowiązaniami. Mówimy „tak ma być i już!”, ale im bardziej się upieramy, tym bardziej właśnie tak nie jest. Partie mówią „ tak ma być i już!”, a ludzie między paragrafami lawirują. Znajdźcie pierwszego, co kamieniem będzie mógł w drugiego w tej kwestii rzucić.

To książka o gościu, który między wierszami mówi: jestem, bo wciąż jest zbyt dużo ludzi, którzy wierzą w słowa „ tak ma być i już!”. No i nie jest, frajerze! Ta książka mogłaby być początkiem serii o ludziach, których niby nie ma, a są. To nie paradoks, to życie prawdziwe. Życie, które tworzą zbyt prawi, zbyt porządni, zbyt religijni...

Powiedzmy sobie jasno: dostawa za plecami wymaga niemal diabelskiej zręczności, umiejętności dobrania się do ładunków należących do czystych firm w taki sposób, żeby przedsiębiorstwa o niczym nie wiedziały. Chodzi o to, żeby nafaszerwoać kokainą kontenery opatrzone logotypami słynnych międzynarodowych firm o nieskazitelnej reputacji.

*

Powiedzmy raz jeszcze: tym, co w tym fachu najpiękniejsze, nie są pieniądze. Serio.
No dobra, pieniądze też są piękne, ale najpiękniejsze jest to, że możesz wydymać całą policję na świecie. Już czujesz ich oddech na plecach, już-już mają cię dopaść, kiedy widzisz, że zostają z tyłu. Zawsze jesteś dwa metry przed nimi i możesz cieszyć się rezultatami swojego geniuszu.

*

[...] pierwsza zasada handlu narkotykami mówi: nigdy nie trać czasu.

*

Chodzi więc o to, by znaleźć kanały, przez które można by wprowadzić towar na ten wspaniały rynek zwany Unią Europejską. [...] Ja na przykład przepadałem za Polską, do której można było się doskonale dostać przez Szczecin. [...] Zysk gwarantuje mu obowiązująca prohibicja.

*

Nigdy nie przestanę powtarzać: to nie towar jest diabelski, to rynek. Diaboliczne substancje to wymysł romantyków i bankierów. Towar jest dobry lub zły, tak jak dobre lub złe jest jabłko. Człowiek może być z kolei zły, tak jak zły może być pies. To ludzie decydują o tym, jak wykorzystują środki i pieniądze, nigdy vice versa.

*

W więzieniu można zabić jeszcze łatwiej i taniej niż na wolności. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi to dla ciebie za karton papierosów lub niewiele więcej.

Luca Rastello, Przemytnik doskonały.
Jak transportować tony kokainy i żyć szczęśliwie
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

niedziela, października 20, 2013

(870+2). Cały ten kram

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Niewolnicy przeszłości:

Jestem taki, bo... wpisz, co chcesz... matka alkoholiczka... ojciec nierób... ciężkie dzieciństwo... brak możliwości... choroba zabrała ojca, gdy byłem dzieckiem... moja matka kochała bardziej brata... nie lubiano mnie w szkole... nie umiem inaczej reagować... mam kiepskie wzorce... do cholery, przecież wiesz, nie wymagaj!

Ćpuny przyszłością urajane:

Pragnę być taki i będę, gdy... zarobię, kupię, zdobędę, dostanę... jutro, pojutrze, za tydzień, za miesiąc, za kwartał, już niedługo, za dwa–trzy lata... do cholery, przecież wiesz, dam radę!

Idziesz ulicą, mijasz... niewolnika... ćpuna... zaćpanego niewolnika... zniewolonego ćpuna — status społeczny nie chroni, wielu predestynuje do określonej roli.

Wracasz do domu, patrzysz w lustro i kogo widzisz?
Niewolnika? Ćpuna?
Zaćpanego niewolnika?
Zniewolonego ćpuna?

*

Nie bój się. Nie uciekaj. Zobacz niewolnika... pamiętasz te chwile, gdy ktoś dotknął, często całkiem niechcący, niefizycznych blizn po trudnych momentach twego życia? Zobacz ćpuna... że niby co, nie zostaniesz „kosmonautą”? Zobacz zniewolonego ćpuna, zaćpanego niewolnika... nigdy nie zaparłeś się, że im wszystkim jeszcze pokażesz? Patrz. Nie ustawaj. Bądź cierpliwy. Poczekaj. Zza tych wszystkich postaci wyłoni się uwalniające i otrzeźwiające Teraz, które być może zapyta: a co, jeśli jest tylko dziś?

***

Przyszło mi to do głowy, gdy płacąc wczoraj za książkę, dotarło do mnie, że moje oczy śmieją się do... paragonu, pani kasjerki, okładki książki, bo... jeszcze wszystko to mogę. Zatrzymana w teraźniejszości ze świadomością skończonego czasu, który przede mną, nie mam czasu na pierdoły...

*

Łomolę tym od tygodnia:


Somewhere over the Rainbow
Israel „Iz” Kamakawiwo’ole (*1959 †1997)

sobota, października 19, 2013

(870+1). W wydziale komunikacji

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W poniedziałek, jeszcze razem, wieczorem wracaliśmy od Antenki i zachwyciła mnie tabliczka w tunelu. Bez gróźb, bez strategii członków partii małych ludzi, bez Boga, honoru i ojczyzny wywlekanych nadaremno. Tak, po prostu, po ludzku informowała ze świata żyrafy wprost:

*

W czwartek wieczorem, gdy już było wiadomo co, w jakiej kolejności, kiedy, jak, rozmawiając z Sadownikiem, dowiedziałam się, że moje samochodowe notowania są w dużo gorszym stanie, niż notowania Hanki Stoliczanki.

Sadownik:
Wiesz, co pomyślałem,
gdy cię rano usłyszałem?

Jabłoń:
(przypomina sobie własny, poranny, cieniutki,
przerażony głosik, próbujący przebić się przez łzy
)
Noooo?

Sadownik:
Że rozwaliłaś samochód.

Jabłoń:
(padłaby ze śmiechu, gdyby nie leżała już w łóżeczku)

*

Tak, to prawda, że w tym roku, udało się Jabłoni wraz z Bliźniaczą Liczbą utknąć 220 km od Przytuliska, gdy wracały z warsztatu nad morzem, bo nawaliła im pompa paliwowa i trzeba było Sadownika, co uratuje organizując transport zastępczy.

Tak, to prawda, że gdy Sadownik bywał na południu w lipcu, Jabłoń od elektryka przywiozła wgięte drzwi, bo się odrobinkę nie wyrobiła.

Tak, to prawda znana Jabłoni od czwartku, że gdy zadzwoniła do Sadownika, jadąc na staż, przyszło mu do głowy tylko jedno „co tym razem?”.

Nie, nieprawdą jest, że rozwaliła samochód.

*

Zawsze się można czegoś o sobie dowiedzieć...

czwartek, października 17, 2013

870. Blekauty dwa

nigdy w życiu tak się nie bałam
nigdy nie byłam tak przerażona
jakby było mało, synchroniczność
mnie napadła, awaria, zabrali prąd
a Sadownik wróci dopiero we wtorek.

*

już jest spokojniej, prąd oddali
do zrobienia stado badań
profilaktyka jaskrowa, raz
czy siatkówkę spawać, dwa
a Sadownik wróci dopiero we wtorek.

znów
lepiej, niż kiedykolwiek wcześniej
wiem, co jest dla mnie w życiu
najważniejsze
a Sadownik jest i dzwoni, nim wróci.

niedziela, października 13, 2013

(864+5). Po (VI) i... Przed

(864+4). Po (V)

(864+3). Po (IV)

Wszystko, co mówisz, jest w jakiś sposób prawdą.

Arnold Mindell

(864+2). Po (III)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Staż. Ten Magiczny dla mnie Czas.

Myślę, że największy problem, z jakim stykamy się w pracy z epizodami psychotycznymi, jest związany z naszą niezdolnością do definiowania, doświadczania i przełączania rzeczywistości, z pozostawaniem w jednej z nich w chwili, gdy informacja jest przenoszona z drugiej. A zatem: uczmy się!

Arnold Mindell, Cienie miasta. Interwencje psychologiczne w psychiatrii,
Wydawnictwo EJB, Kraków 2000.

(864+1). Po (II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przyjechałam. Wyszłam wczoraj rano na ulicę. W oczy rzuciła mi się odstawiona ślicznie paniusia. Patrzyłam na nią nowymi oczyma. Miałam nieodparte wrażenie, że właśnie w owej chwili wkraczałam do prawdziwego domu wariatów...

*

Na stażu:

*

Po stażu. Delektuję się tym, czego doświadczyłam, kogo we mnie to obudziło, czego zabić w sobie nie pozwolę. Zdjęciami dziękuję miejscu, w którym byłam, w którym jeszcze będę, bo to był dopiero początek.

2. Bogowie krążą wśród nas.
Cienie miasta uwidaczniają, że archetypy Najświętszej Panienki, Napoleona i Jezusa krążą wokół nas, choć nikt obecnie nie jest nimi szczególnie zainteresowany. Fantazja jest istotna, bo poucza nas o całkowitości człowieczeństwa. Postacie zbawców i doświadczenie podobne bogom objawiają się poprzez cień, gdyż nie ma dla nich miejsca w społeczności. Nie wierzysz w te postaci, ponieważ nie znasz siebie.

3. Cień jest żartownisiem.
Cień miasta mówi, żebyś się rozluźnił. To ważne, żeby być czasem opóźnionym, nie myśleć, ale skupić się wyłącznie na kwestii uczuć, pomijanej przez wszystkich innych. Cień [...] mówi, że zawsze jest czas na wakacje, czas na więcej seksu i zabawy. Cień mówi, żeby się przechwalać, dzięki przechwałkom widzimy takie części nas samych, których nie traktujemy teraz poważnie. Cień mówi, że walka nawet w najlepszej rodzinie oczyszcza czasem atmosferę. Cień miasta powiada, że jesteśmy stuknięci, zaś cień jest osobą zdrową.
Cień chce, by troszczyć się o niego. Mówi: „Nie chcę czuć bólu. Nie jestem odważny i nie jestem w życiu takim bohaterem jak ty. Przegrywam życie, czasami muszę upaść, a nawet popełnić samobójstwo. Czasem wlokę się wolniutko i po cichu, na końcu peletonu. Czy zechcesz na mnie poczekać? Mam trudności. Jestem stary, zniedołężniały, chory i cierpiący i nie potrafię już dłużej sam. Jestem szalony, uzależniony, gwałtowny, samotny i bezdomny. Przepełnia mnie zazdrość i poczucie zdrady. Znasz moją postać we wnętrzu ciebie!”

Arnold Mindell, Cienie miasta. Interwencje psychologiczne w psychiatrii,
Wydawnictwo EJB, Kraków 2000.

sobota, października 12, 2013

864. Po (I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wyjechałam na pięć dni stażu.

Ten czas skończył się wczoraj. Osoby, która
mogłaby powiedzieć wróciłam, już nie ma.

Przyjechałam. Do kochanych jeszcze bardziej,
Sadownika, Heniutki i Przytuliska.

*

A gdy dziś rano wyszłam z domu, lecąc na superwizję, napotkałam na urzekającą, obrazkową, subiektywnie odczytaną „definicję” stanów odmiennych i ekstremalnych. Stanów, z którymi się spotkałam. Stanów, pod wpływem których wciąż pozostaję.

niedziela, października 06, 2013

863. Absurdzik

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Proszę pana, chciałabym kupić klatkę dla słonia.
     — Proszę bardzo. Mamy taką, śmaką i owaką. Którą sobie pani życzy?
     Wybieram, przebieram. Wymiary, ceny porównuję.
     — Zdecydowałam się. Poproszę tę klatkę dla słonia.
     — Drukuję więc umowę.
     Wydrukował. Czytam.
     — Proszę pana, ale ja chcę kupić tylko klatkę dla słonia.
     — Rozumiem. W promocji do klatki dla słonia otrzymuje pani również klatkę dla krokodyla i klatkę dla hipopotama.
     — Potrzebuję tylko klatki dla słonia. Nie mam ani krokodyla, ani hipopotama.
     — Rozumiem, ale nie ma możliwości nabycia klatki dla słonia bez kupienia klatki dla krokodyla i klatki dla hipopotama.
     — Nie potrzebuję klatek dla krokodyla i hipopotama. Potrzebuję klatki dla słonia.
     — Rozumiem. Podpisując tę umowę otrzyma pani trzy klatki. Z klatki dla krokodyla może pani zrezygnować wysyłając esemesa o treści DEAKT KLK na numer 2901. Z klatki dla hipopotama rezygnuje pani wysyłając esemesa o treści DEAKT KLH na numer 2901.

W ten sposób stałam się chwilową posiadaczką trzech klatek, choć potrzebuję tylko jednej. Muszę pamiętać, by wysłać odpowiednie esemesy na odpowiedni numer. Albo jestem zbyt staroświecka dla nowoczesnych form handlu, albo Minus GSM liczy na to, że zapomnę deaktywować niepotrzebne mi do niczego usługi. Tak czy inaczej niesmak pozostał.

czwartek, października 03, 2013

(860+2). Hodowanie nawyków

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sunix ma tabelkę. W wierszach ćwiczone zachowania, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Okazało się, że choć na ostatnio ulubionym przez nas placyku zawsze jesteśmy same podczas ćwiczeń, to... wczoraj zaczepił nas pan, ciesząc się ogromnie, że nas widzi... powiedział, że razem z żoną lubią patrzeć z okna, jak ćwiczymy. Szalone, pomyślałam. Dziś zaczepił nas inny pan z innego piętra, ale też patrzący. O rany, Heniu, rozumiesz to?

Kręgosłup ma tabelkę. W wierszach ćwiczenia, w kolumnach dni miesiąca. Dzień po dniu. Zrobione. Odhaczone. Aktualnie połowa wierszy nieaktywna.

Światy od dzisiaj mają tabelkę. W kolumnach wymienione jeden po drugim: świat szczęścia, miłości i zrozumienia. W wierszach kolejne dni, którym towarzyszą pytania:

co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie szczęścia?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie miłości?
co dziś zrobiłam, by być bardziej, mocniej, pełniej w świecie zrozumienia?

Wypełniłam dziś pierwszy wiersz światowej tabelki. Będę wypełniać tak długo, aż wejdzie mi to „robienie” w nawyk, aż stanie się drugą naturą, a potem pierwszą.

środa, października 02, 2013

(860+1). W telegraficznym skrócie

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Chondrium
Krok 1.
Przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Przy odrobinie szczęścia ominie cię setka zastrzyków, zanim ktoś przytomnie stwierdzi, że to może być coś więcej niż „korzonki”. Dyskopatia. Wysychanie krążków międzykręgowych. Jest źle. Powiedzą, że operacja absolutnie niezbędna. Masz szczęście i numerek 996. Twoje szczęście polega na tym, że nie masz pieniędzy, by w publicznym szpitalu z miejsca 996 przeskoczyć na dwudzieste któreś, co oznaczałoby, że będziesz krojony za cztery tygodnie. Masz szczęście i numerek 996. Jeszcze nie wiesz, że przez naście lat nikt nie zadzwoni, byś szykował się do szpitala. Ćwiczenia izometryczne. Masaże. Uratowany! Tak, tak, oczywiście, że będziesz ćwiczył. Ćwiczysz, ćwiczysz, wracasz do życia. Już nie pamiętasz, jak to jest, nie móc się podnieść i nie móc przejść dwustu metrów. Mija jakiś czas...

Krok 2. Masz diagnozę, zestaw ćwiczeń kurzem pokryty i... przychodzi taki dzień, że nie możesz się podnieść. Masaż. Ćwiczenia. Masaż. Ćwiczenia. Ćwiczenia. Obiecujesz sam sobie, że już nigdy, przenigdy nie przestaniesz ćwiczyć. Przychodzi jednak taki dzień, że zapominasz o obietnicy.

Krok 3. Zapomniałeś, prawda? Wróć do kroku 2.

Krok 4. Ofkors, że pamiętasz! Ćwiczysz. Ćwiczysz. Dzień w dzień. Nigdy nie byłeś tak sprawny i... przychodzi taki dzień, że znów cierpisz... Dysonans poznawczy cię dopada. Co to ma znaczyć, psia krew, przecież ćwiczyłeś, prawda?

Hipochondrium
Dotarłam w niedzielę do kroku czwartego. Nad ranem obudziłam się i wyć mi się z bólu chciało, nóg od kolan w dół nie miałam. Choć poszłam spać w Przytulisku i nie mam w zwyczaju lunatykować, to obudziłam się w więzieniu, bo dotarło do mnie, że... gdy usiądę na wózku, nie będę mogła pójść do kuchni... za wąskie drzwi... nie będę mogła pójść na dwór... nie ma windy, są kręcone schody. Jasny gwint! Armagedon?

Hipo po tam
Tam pojechałam wczoraj. Ciut bardziej zachodniej medycyny zażyłam. Testy na stan ciała zdałam. Pan Orto stwierdził: jest pani w dobrym stanie... jaka operacja? jaki wózek? to tylko stan zapalny... tak, nad ranem jest najgorzej, bo... a tych i tych ćwiczeń nie robić przez cztery tygodnie. Oniemiałam z wrażenia: nie robić tych ćwiczeń! Będę żyć! Długo i szczęśliwie! Klusek pięć! Obiecuję! Na skrzydłach do domu wracałam...

Hip, hip, hura!
A może psyche rzuciła mi się na somatykę? — pomyślałam. Co się działo w moim życiu, gdy ten epizod mnie napadł? O, to! Akuszer oświetlił mi dziś kręte czułości mej psyche.

Mogę zrobić krok w świat córki źle traktowanej.
Mogę zrobić krok w swój wymarzony świat szczęścia, miłości i zrozumienia.

Jeszcze kuleję, ale krok w świat postawiłam zdecydowanie.

piątek, września 27, 2013

859. Idzie nowe

Wczoraj uroczyście wyszliśmy z domu, by
uroczysty obiad razem zjeść, by
uroczyście uznać rok akademicki 2013/14
za otwarty.

A potem w roboczym już trybie pojechaliśmy kupić
teczki, zeszyty, pisadełka, kolorowe karteczki.

Już czekam z zaciekawieniem na ten rok...

*

Wspomnienie treningowe podarowano nam dziś.
Do wiosny i lata z każdym dniem bliżej.

(fot. Altówka)

Ta urocza kudłata Dama mogłaby swobodnie pozować
do księżycowych landszafcików zamiast jeleni, prawda?
Jelenie są passé chyba od dawna, a laby nie...

czwartek, września 26, 2013

858. Pamiętaj, nie waż się zabijać pająków!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ludzie protestują przeciwko puszczaniu sześciolatków do szkoły. Dziwuję się temu z boku, bardzo subiektywnie, bo pamiętam moje osobiste rozczarowanie, że nie będę mogła iść do szkoły jako dziewczynka z pół tuzinem lat na karku.

Od dziś dziwuję się jeszcze bardziej i nie będę już nigdy w stanie zrozumieć, dlaczego nie buntują się przed puszczaniem chłopców do przedszkoli, w których są tylko przedszkolanki (panie), bo...

Jadę dziś metrem do Osti. Wsiada grupa przedszkolaków. Uwielbiam takie spotkania trzeciego stopnia. Może dlatego, że to tylko na chwilę, bez zobowiązań, wysiądę ja lub wysiądą oni. Za darmo, bez brania jakiejkolwiek odpowiedzialności, mam luksus rozkoszowania się dziecięcą energią, pomysłami, dziecięcymi snami śnionymi na jawie. Naprzeciwko mnie siadają dziewczynki — grzeczniutko, jedna przy drugiej, kolanko w kolanko, miód i orzeszki. Obok mnie siada trzech chłopców. Nie usiedzą i już się na to cieszę. I faktycznie. Dopadli jakąś gazetę, samoloty sklecili. Pani przedszkolanka zabrała. Przykazała równo siedzieć jak Kasia i Monika. Z takich grzecznych to fajni i ciekawi faceci na pewno nie wyrosną, przeszło mi przez myśl. Obok mnie siedział Filip. Kichnął, prychnął. Ciecz z nosa zatrzymała się na jego dłoni. Rozstawił palce i katar zamienił się w cienkie niteczki łączące palce. Młody zachwycił się i powiedział do kolegi: zobacz, jaka piękna pajęczyna. Starsza pani siedząca naprzeciwko grymas na twarzy powitała, jakby nigdy w życiu dupska nie podcierała. Zachwycił mnie Chłopiec snem, w który właśnie wpadł. Ciekawa byłam dalszego ciągu... jaki jest ten pająk? jak wygląda? jak się porusza? gdzie żyje? na czym polega jego moc? czy czegoś potrzebuje od Chłopca? co może dla Niego zrobić? Patrzyłam urzeczona na Posmarkanego czekając na ciąg dalszy snu. Nie było nam dane. Pani przedszkolanka wrzasnęła na Chłopca, chustkę mu wcisnęła w dłoń, wycierać kazała, skontrolowała, wywód o higienie strzeliła.

Zabiła pająka.
Czy wiedziała, że na ten moment
zabiła nie tylko pająka?

(fragm. fot.: źródło)

środa, września 25, 2013

857. Córki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Moja matka powiedziała mi, że jestem największą porażką w jej życiu.
Słowa te zaskoczyły mnie, bo stała przede mną piękna, mądra i wrażliwa kobieta. Gdybym była jej matką, byłabym z niej wyjątkowo dumna. Przed oczami stanęły mi twarze wielu innych córek, które usłyszały podobne słowa. Kobiety niewidziane, niesłyszane, niedocenione. Jaki sens kryje się w takiej wypowiedzi?

Wróciłam do domu. Z półki wzięłam najpiękniejszą książkę o miłości rodzicielskiej. Chłonęłam każdą z ilustracji...

Odłożyłam na bok twarze córek. Wciąż nie wiem, jaki jest sens przytoczonych słów, ale wiem, co zrobić z uczuciem bycia niewidzianym, niesłyszanym, niedocenionym.

Dziś zobaczę w sobie coś dobrego,
     czego wcześniej nie widziałam,
     ucieszę się tym,
usłyszę siebie i
docenię to, kim jestem.
Przecież jesteśmy magiczni!

Może się przyłączysz?

środa, września 18, 2013

856. Zniknięcie

Dlatego wiedźmy dwunożne (l. mn.!) wsiadają zaraz do Bawarki
i jadą na spotkanie z
nieoczywistym,
nieodkrytym, ale
ewidentnie koniecznym.
Znikamy...
do niedzieli.

*

Dbajcie o siebie, dbajcie o świat!

wtorek, września 17, 2013

(852+2+1). U wiedźmy

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ktoś kiedyś powiedział o mnie, przy mnie: „sucha wiedźma”. To nie miał być komplement, ale dla mnie był i to duży, bo przecież wiedźma to, ta co wie!

*

Na wiedźmę łatwiej wyrwać można moją uwagę. Dlatego nie dziwi mnie, że Dorę Wilk pokochałam od razu. Wycofałam się ze swoich uprzedzeń. Odszczekałam co trzeba, bo okazało się, że fantasy to gatunek literacki dla ludzi z poczuciem humoru, z pewną wewnętrzną ironią wobec siebie i świata, z ogromną wiarą w dobro i sens; dla ludzi, którzy mają łatwy kontakt ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Nie mam pewności, czy wszystkie te cechy posiadam, ale świetnie się bawiłam czytając.

*

Od piątku do niedzieli w mieście Nadnaturalnych bywałam na corocznym zjeździe IPP-work. Gdy w sobotę całym zespołem szliśmy Monciakiem ku morzu, chłonęłam atmosferę wieczoru jesiennego już miasta. Choć mieszkałam w Trójmieście sześć lat, czuję się w nim tylko gościem. Szliśmy wolniutko, razem, ale też osobno na swój sposób. Mój wzrok padł na nieprzypadkowo wybrany lokal. Na chwilę, wspomnienie porzuciło rzeczywistość i stworzyło za szybą witryny sklepowej pizzernię, której dziś już tam nie ma. Ten sposób, w jaki padało światło. Ciepło, które zachwycało w zimne dni. I On, siedzący ze mną przy stoliku nad pizzą. Przywróciłam w pamięci mój zachwyt jego niespotykanym spokojem. Ten spokój w nim kochałam bezgranicznie. Tego spokoju chciałam się nauczyć. Myliłam się co do spokoju, co do miłości. Wróciłam do siebie, tej sobotniej, idącej po bruku. Dziś wiem, że to nie był spokój. To był lęk przed światem, niechęć do konfrontacji, niepewność siebie. Pomyślałam z miłością: mam nadzieję, że dałeś radę, Kotku?

*

Naszło mnie dzisiaj na myślenie o ludziach, których lubiłam, uwielbiałam lub kochałam za cechy, których nie byli posiadaczami. Może trzeba było zatrzymać się na zachwycie wobec tych osób i szybciej zniknąć z ich życia? Po latach, gdy jestem terapeutką, wróciłam do każdej z tych osób na chwilę. Wróciłam i towarzyszy mi pewność, że wtedy zalążki tych cech mieli w sobie — widziałam je i czułam ich obecność. I myślę sobie tak: mam nadzieję, że daliście radę! Jesteście magiczni, to pewne!

— Nie wiem [kim jestem], dziwakiem pewnie... [...]
[...] głuptasie, nie jesteś dziwakiem!
Jesteś magiczny, a to coś wyjątkowego!

Aneta Jadowska, Złodziej dusz,
Fabryka Słów, Lublin 2013.
(wyróżnienie własne)

*

Przez większość swego życia byłam dziwakiem, ale już nie jestem.
Jestem magiczna, a to coś wyjątkowego! Jestem tą, która już to wie.

poniedziałek, września 16, 2013

(852+2). Fantasy dziewictwo precz! (powakacyjnik III)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaskakujący to był urlop. Naszej ulubionej knajpki już nie ma. Nowy domek budził tęsknotę za starym. Ludzi więcej niż w poprzednich latach. Ale najbardziej zaskakujące było to, że czytałam książkę z półki Sadownika, zaraz po Sadowniku... z gatunku urban fantasy... I zachwycił mnie ten zestaw literek. Miałam okazję niepoprawnie politycznie pośmiać się z polskiej rzeczywistości. Zachwyciłam się, bo oddawałam się egoistycznemu tropieniu siebie na jej stronach? Siebie, której już nie ma i tej, która jest. Siebie odkrywanej w wielu ludziach i wielu ludzi odkrywanych we mnie. Tęsknot, pragnień, doświadczeń celnie namierzonych. Dziękowałam Magii, która w mym życiu jest co dnia, Magii, której uczę się codziennie...

Paulina Kozanek nie żyje, smutne, ale nie zmienię tego. Moim obowiązkiem jest odnaleźć zabójcę, choć przyznam, dziś nie czułam zwykłego dreszczyku podniecenia związanego z rozgryzaniem zagadki. Najchętniej ożywiłabym Kozanek i zapytała prosto z mostu, kto ją zabił i dlaczego, by mieć tę sprawę z głowy i zająć się tym, co dosłownie spędzało mi sen z powiek, czyli porwaniem Katii i innych. Życzenie to nie mogło się spełnić, nie dlatego, że nie było możliwe. Było, tyle że jedyna znana mi osoba, która bez trudu ożywiłaby Kozanek, została porwana. Zaklęty krąg, rozwiązanie na skróty pierwszej sprawy, wymaga rozwiązania drugiej, w której nie da się iść na skróty.
     Pozostawała mi więc solidna i czasochłonna robota policyjna.

*

     — Z kim przyjaźniła się pana mama?
     — Mama nie znała tego czasownika. — Skrzywił się. — Mama miała wrogów, często niezdających sobie nawet sprawy z tego, że zaliczyła ich do tej kategorii.
     — Jakiś przykład, bym wiedziała, o czym pan mówi?
     — Wszyscy niekatolicy, premier, prezydent, zwolennicy lewicy, rozwodnicy, pary mieszane rasowo, homoseksualiści, Żydzi, Rosjanie, Niemcy, Ukraińcy, ekspedientki poniżej trzydziestego roku życia, dziwki, czyli właściwie wszystkie niemężatki, małe dzieci, rodzice małych dzieci, właściciele psów... To tylko najkrótsza lista, jaka przychodzi mi na myśl, mogłaby być znacznie, znacznie dłuższa.

*

     — [...] I jeszcze jedno, czy możesz załatwić, bym nie była już nagabywana przez wiedźmy płodności? Są nachalne jak świadkowie Jehowy, między innymi przez nie unikałam mieszkania w Thornie. Ich wizja mojej przyszłości zupełnie mi nie odpowiada, nie chcę ich skrzywdzić, a jak wspomniałaś, one nie potrafią oddać.
     — Oczywiście, masz immunitet. Przekonam głowę ich sabatu, że twoje użytkowanie magii miłości jest inne, ale nie gorsze i zasługujesz na spokój i szacunek.
     — Nie szanują żadnej kobiety, nim nie urodzi piątki dzieci, pani, wystarczy mi spokój, dużo spokoju.

*

     — Czym jesteś, Witkacy?
     — Nie wiem, dziwakiem pewnie...
     Był smutny i jakby zagubiony
[...]
     — Witkacy, głuptasie, nie jesteś dziwakiem! Jesteś magiczny, a to coś wyjątkowego! [...]
     — Pomogę ci, Witkacy. Nie jesteś wariatem. Znam mądrzejsze ode mnie wiedźmy, możesz być po prostu z innego systemu albo możesz być wystarczająco egzotycznym stworzeniem, że po prostu nie spotkałam nikogo takiego jak ty. Może być wiele powodów.
     — Dziękuję — wyszeptał.
     Opadł niżej, opierał czoło o moje kolana i drżał, chyba płakał. Nie wyobrażałam sobie, jak wytrzymał trzydzieści pięć lat bez wiedzy kim jest. Pamiętam, jak bolesne było dorastanie w tym obezwładniającym poczuciu wyobcowania, niezrozumienia, braku miłości. Zmaganie się z darami, których nie mogłam kontrolować.
[...] Nie mogłam pozwolić, by zadręczał się dłużej. Naprawdę mógł oszaleć, jeśli nie nauczy się własnej mocy.

*

*

Nauczyłam się, że zawsze trzeba mieć plan awaryjny. Nawet jeśli zakłada on cud. Zdarzają się częściej, niż zwykliśmy sądzić.

Aneta Jadowska, Złodziej dusz,
Fabryka Słów, Lublin 2013.

(852+1). Psie Sudoku (powakacyjnik II)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nareszcie!
Zrozumiałam ludzi,
których do tej pory pojąć nijak nie mogłam.

Zastygają.
Kontakt werbalny tracą.
Ludzi gubią z oczu.
Cyferki w głowie przewracają. Plansza za planszą pękają ukończone jedno po drugim sudoku. Tak, tak, oczywiście, o różnych poziomach trudności, w wariantach wielu.
Wieczór za wieczorem.
Zastanawiałam się, jakim cudem im się to nie znudzi?

Aż stało się! Znalazłam naszą kudłatą wersję sudoku — zamiast 81 kwadracików ułożonych w dziewięciu wierszach i dziewięciu kolumnach nam potrzebny jest tylko jeden. Mit o Syzyfie Kudłatej opowiadam rękoma, gdy ćwiczymy kwadrat dla początkujących. I sama nie wiem, może lepiej byłoby się załamać, a mnie cieszy każdy właściwy krok...

852. Dzieciowy patchwork zgrozy (powakacyjnik I)

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przejście dla pieszych. Jadący samochód. Pańcia kierująca wózkiem dziecięcym na jednym z brzegów ulicy. Niczym kierowca traktora, co tutaj zawsze o 13.50, z pogardą patrzy na zbliżający się samochód i pewnym ruchem wpycha wózek na pasy... tylko wózek... stopy pańci wciąż na chodniku.

Widziałam takich sytuacji zbyt wiele w swym życiu. Sprawdziłam, w moim przypadku nie ma znaczenia, czy jestem owym kierowcą, kierowcą postronnego auta czy pieszym świadkiem — reakcja jest zawsze ta sama. Gdybym tylko mogła, zatłukłabym sukę, bo matką trudno mi ten bezmózgi twór nazwać! Nie dam sobie zamydlić oczu wrzaskiem oburzenia tych, co wykorzystują dzieci do swoich egoistycznych celów:

że dzieci... dla dzieci... bo dzieci...

Tia. Po skończonej na urlopie książce, dotarło do mnie, że różne pomysły, dotyczące dobra najwyższego dzieci, wprowadzane w czyn w rodzinach, w sądach, w rządach nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym dobrem dzieci, z rzeczywistym dobrem Ludzi. Nie mam w sobie zgody na to, że dzieci są naszą przyszłością to zgrabny polityczny frazes a droga hamowania to abstrakcyjny termin naukowy mający luźny związek z prozą życia.

Można powiedzieć, że wojna narkotykowa nas nie dotyczy. Bo przecież mamy szczęście żyć w Europie, a skoro czytasz ten wpis, mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie mieszkasz pod mostem, nie przymierasz głodem, masz buty, kołdrę i jakieś plany na jutro, coś chcesz zrobić, zmienić, o czymś marzysz. Krótko mówiąc: jesteś bogaty lub bogata.

My? Nie, nie jesteśmy dziećmi wojny narkotykowej. Tyle, że to nieprawda! Byliśmy, jesteśmy lub będziemy dziećmi wojny narkotykowej, gdy tylko na horyzoncie ludzi nam bliskich, przyjaciół, znajomych pojawią się osoby terminalnie chore. A to tylko jeden z wielu aspektów poruszonych w książce, niestety. To pozycja drastyczna, donosi o zbyt wielu ostrzach idei, która zabija nie tylko dzieci, krzywdzi ludzi, rodziny, całe społeczności w sposób, który nawet trudno zrozumieć... Tak jak nie sposób zrozumieć pańcię...

Politycy bez wahania podpisują międzynarodowe konwencje o prawach człowieka i dostępie do leków, ale niewiele robią, by spełnić ich założenia. Na świecie przywiązuje się znacznie większą wagę do redukcji podaży i walki z rekreacyjnym zażywaniem narkotyków niż do zapewniania ludziom podstawowych leków.

*

Wojna narkotykowa jest zorientowana na usunięcie ze świata „groźby”, jaką stanowią narkotyki i przywrócenie (całkowicie nierealnej) wolnej od narkotyków rzeczywistości. Dominuje cechujące się wtórną logiką podejście, którego zwolennicy utożsamiają konsekwencje prohibicji (mordowanie dzieci przez gangi, niszczenie środowiska, korupcję, konflikt czy zgony spowodowane zażywaniem zanieczyszczonych substancji) z konsekwencjami kontaktów z narkotykami. Te polityczne problemy napędzają mechanizm myślenia o narkotykach jak o niebezpieczeństwie dla świata, wspierając politykę prohibicji i usprawiedliwiając jej kontynuację, a nawet intensyfikację.

*

Przekonania dotyczące narkotyków mają swoje źródło w taktycznych działaniach, których zamierzeniem jest zniechęcenie ludzi do rekreacyjnego zażywania i powstrzymanie fali uzależnień. Tych celów nie osiągnięto, ale obawy związane z narkotykami silnie zakorzeniły się w społeczeństwie. W połączeniu z restrykcyjnym prawem narkotykowym tworzą one barierę utrudniającą dostęp do leków stosowanych w opiece paliatywnej.

red. Damon Barrett, Dzieci wojny narkotykowej.
O wpływie polityki antynarkotykowej na młodych
,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

*

E tam... to tylko książka... nie widziałem nigdy w życiu narkotyków na oczy... nigdy nie brałem... nie będę brać... zresztą, w tej książce to na pewno nieaktualne dane... manipulacja... temat zastępczy... co mnie to obchodzi?

I przypomniało mi się,
że choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali oczy, rzeczywistość nie zniknie:

(źródło)

piątek, września 06, 2013

851. Tymczasowo zamykamy

To nie Sadownik wyjeżdża.
To nie Jabłoń znika.

Całe Stado będzie urlopować.

Będą
czytać,
ćwiczyć,
rozmawiać,
milczeć,
kochać,
marzyć,
pisznnnnie jadać,
słodko spać,
kawusię pić,
gofry wcinać...

by zatęsknić do
życia, które
chwilowo
porzucają.

850. Moje od do

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzimy się z etykietką: syn, córka. Długą drogę musi przejść syn, by stać się mężczyzną. Dotarło do mnie, jak długa jest droga od córki do kobiety...

*

Ci — z mojego doświadczenia Te, co mówią, że kobieta powinna to i tamto, a prawdziwa kobieta na pewno wybierze w życiu siamto, są... pomimo wieku, zmarszczek nie tylko mimicznych, plam wątrobowych... wciąż dziećmi. Ot, takie zgrzybiałe, grzeczniutkie córeczki swoich, często już nieżywych, rodziców.

Cóż, droga od córki do kobiety, od syna do mężczyzny jest bardzo, bardzo długa... może nawet tak długa jak droga, którą trzeba przebyć od własnego umysłu do serca... Nie ma żadnych gwarancji, że każdy z nas ją pokona za tego życia.

Dlatego myślę sobie, że dorosłość, choćby najmniejsze Jej przejawy, należy celebrować. I nie zrozumie tego byle bachor! Daję słowo!

czwartek, września 05, 2013

849. Katarzyna W. i spółka

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

W komunikacji miejskiej, ku memu zdziwieniu, drugi dzień dużo osób dyskutuje o wyroku Katarzyny W. Utkwiło mi w głowie dwoje młodych ludzi, którzy wiedzieli dokładnie co i jak, że wyrok sprawiedliwy, że należało się babie, że w więzieniu inne kobiety nie dadzą jej żyć i że to bardzo dobrze, bo Ziemia takiej nosić nie powinna. Och, żeby to było takie proste. Młodym wykształciuchom z dobrych domów wielkich miast, z perspektywami, z pracą, z własnym zdaniem, z ambicjami, tak łatwo i bezmyślnie przechodzą przez gardła te wszystkie komunały.

Sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby chociaż wspomniano o współudziale społeczeństwa, które jak mantrę powtarza, że „macierzyństwo jest jedyną drogą, by w pełni stać się kobietą”, „prawdziwe matki nie oddają swoich dzieci”, „matka zawsze wie co dla jej dziecka najlepsze”, „rodzina jest dobrem najwyższym” itd.

Nie wszystkie kobiety mają potrzebne zasoby wewnętrzne i zewnętrzne, by zakwestionować te generalizacje, by z podniesioną głową wybrać inną drogę, by odpuścić sobie przymusowe macierzyństwo, by oddać dziecko, by pozwolić sobie na to, że nie wie się najlepiej, by mieć inną definicję dobra najwyższego, by żyć swoim życiem.

Pytanie „jak ona mogła?” jest pozbawione sensu. Zdecydowanie mogła, bo właśnie to zrobiła. Nie ona pierwsza. Nie mam złudzeń, że nie ona ostatnia, niestety. Jeszcze jeden produkt uboczny zbiorowego myślenia życzeniowego. Ile jeszcze dzieci zginie, będzie cierpieć, zanim społeczeństwo pójdzie po rozum do głowy?

A Katarzyna W. posiedzi... za swoje, za mężulka, co kochany chyba już mniej, za bliższą i dalszą rodzinę z której pochodzi, za naród polski pędzony ideą, co trzymać się realu nie zamierza ani przez chwilę. A partie polityczne i niepolityczne bezkarnie będą z uporem maniaka zaklinać tę niepoprawną, niby nie mającą wcale głosu, rzeczywistość, która nie wiedzieć czemu, trzeszczy tak obrzydliwie.

Komu powinnam pogratulować?
Aż mięsem mam ochotę rzucić, ale przecież jestem wege myślą, mową i zadbaniem.

środa, września 04, 2013

848. Z frontu wege robótek

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wegetarianizm to dla mnie teraz poznawanie świata nowych słów, znaczeń i smaków.
Do słownika dodałam nazwy użytych już przynajmniej raz w tym tygodniu składników:

fasola pinto
kombu
tahini

*

Ten, co nazwał wege reżimem, nie miał pojęcia, o czym mówi, bo:

Wege jest piiiiisszzzzzneeee!

*

Wczoraj nagrodę Sadu otrzymałam. Sadownik zjadł fasolkę pinto z warzywami na obiad i powiedział, że po raz pierwszy nie brakowało mu mięsa.

847. Owoce zbierając dziś na Mariensztacie

#2

Kim jestem?
Nie jestem
     myślą, co właśnie do głowy mi wpadła.
Nie jestem
     ciałem, które właśnie spoczęło w hamaku.
Nie jestem
     uczuciem, w którym się teraz pławię.

Kim jestem?
Czy gonitwa za właściwym
     rzeczownikiem,
     przymiotnikiem,
     czasownikiem,
     imiesłowem,
     da mi precyzyjną odpowiedź?
     gdy uzupełnię nią frazę rozpoczynającą się od słowa:
JESTEM...

Kim jestem?
Tą, która jest.
JESTEM. I już!

#1

846. Wczoraj o nieuniknionym

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Spotkajmy się. Oczywiście!
Zakochajmy się w sobie. O tak!
Żyjmy długo i szczęśliwie. Koniecznie!
A co będzie potem?

Konsekwencje „oczywiście-tak-koniecznie” konsekwentnie w żart obracamy. W przypływie odwagi decydujemy, że najpierw ja a potem ty — a może odwrotnie. Bezpiecznie chcemy się poczuć nie tracąc kontroli nad tym, nad czym kontroli żadnej nie mamy. Oswoić nieogarnialne umysłem choć na chwilę. Tak, żadnej trumny, proszę mnie spalić... żadnego pomnika... drzewo proszę zamiast tego posadzić... brzozę...

To dzieje się obok nas. Realne dla innych. Nierealne dla nas. Cenę za „oswojenie” siebie nawzajem przyjdzie któremuś z nas zapłacić. Podglądamy nie mogąc pojąć. Zrozumiemy, choć wolelibyśmy tego uniknąć niczym niewinne dzieci. Zrozumiemy kiedyś tam, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Jeśli nie będę widzieć, jeśli nie będę słuchać, czy przestanie istnieć? Akurat!

Jeśli będę widzieć, jeśli będę słuchać, to jeszcze nie istnieje! I niech tak pozostanie póki co, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

*

Znalazła mnie. Wepchnęła się w rękę. Sadownik nabył. Przeczytałam. Prawdziwa. Odważna. Książeczka.
O miłości, której permanentną częścią jest strata.
O stracie. Z ukrytą w niej głęboko miłością, którą dopiero okres żałoby jest w stanie wydobyć na światło dzienne.
O wierze w coś większego od nas samych.
O miłości... O stracie... O miłości... To książka ważna. I jak mantrę powtarzam, myśląc o wielu bliskich mi Ludziach: byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Człowiek nigdy nie wie, jak mocno naprawdę wierzy, póki prawda tego lub fałsz nie staje się dla niego sprawą zasadniczą. Łatwo powiedzieć, że wierzysz w moc sznura, dopóki używasz go jedynie do obwiązywania skrzyni. Ale przypuśćmy, że masz zawisnąć na tym sznurze nad przepaścią. Czy nie sprawdziłbyś wtedy, czy naprawdę jesteś go pewny?

*

Jest jedno miejsce, gdzie nieobecność H. odczuwam najbardziej dotkliwie, i tego miejsca nie mogę uniknąć. Mam na myśli własne ciało. Miało ono tak inne znaczenie, gdy było ciałem człowieka, który kochał i był kochany. Teraz jest jak pusty dom.

*

Nikt nigdy nie spotyka na swej drodze Raka, Wojny, Nieszczęścia (czy Szczęścia). Przychodzi tylko jakaś godzina lub chwila. Różnorakie radości i smutki. Wiele rzeczy przykrych w najlepszych momentach naszego życia i wiele dobrych w najgorszych. Nigdy nie następuje zderzenie z tym, co określamy jako „rzecz samą w sobie”. To złe określenie. Ta rzecz to po prostu owe chwile radości i smutku — reszta to tylko nazwa i pojęcie.

*

Pięć zmysłów. Intelekt nieuleczalnie abstrakcyjny. Czysto przypadkowo selekcjonująca pamięć. Tyle przewidywań i przypuszczeń, że nigdy nie potrafię rozpatrzyć więcej niż połowy z nich, nigdy nie mogę nawet uświadomić sobie ich wszystkich. Ile pełnej rzeczywistości może wchłonąć taki instrument?

*

Tak prędko przyjść do siebie? Słowa nie zawsze są jednoznaczne. Powiedzieć, że pacjent po operacji wyrostka przychodzi do siebie, to co innego niż powiedzieć, że przychodzi do siebie po obcięciu nogi. Po takiej operacji albo okaleczony kikut się goi, albo człowiek umiera. Jeśli się goi, ostry, ciągły ból minie. Niebawem pacjent odzyska siły i będzie mógł kuśtykać na drewnianej nodze. „Przyszedł do siebie”. Ale prawdopodobnie będzie odczuwał od czasu do czasu przez całe życie bóle w kikucie, może nawet silne. I pozostanie na zawsze człowiekiem i jednej nodze. Rzadkie są momenty, kiedy o tym zapomni. Kąpanie się, ubieranie, siadanie i wstawanie, a nawet leżenie w łóżku, wszystko to będzie zupełnie odmienne. Zmieni się cały jego sposób życia. Wszelkie rzeczy przyjemne i czynności, które uważał niegdyś za naturalne, zostaną po prostu wykluczone. Tak samo obowiązki. W obecnej chwili uczę się poruszać na kulach. Może niedługo dostanę drewnianą nogę. Ale nigdy już nie będę stworzeniem dwunożnym.

*

Mógłbym powiedzieć: „Uporał się z tym. Zapomniał o żonie”, kiedy prawda byłaby taka: „Pamięta ją lepiej dlatego, że się częściowo z tym uporał”.

*

Myśl nie jest nigdy nieruchoma; ból — często.

*

Uczucie, że w jakiejś rozbrajającej, niweczącej wszystko inne prostocie jest jedyna prawdziwa odpowiedź.

C.S. Lewis, Smutek, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2009.

poniedziałek, września 02, 2013

(835+10). Ukręcić bacik na marzenia, ale już!

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jestem okropnie monotematyczna.
Nie! Ta książka jest o bieganiu przy okazji.

Bieganie jest w niej tylko okazją do zmiany... wszystkiego! Nie od razu, ale powolutku, dzień po dniu. To książka o niemożliwym, które nabiera rumieńców możliwego. To książka, która zmusza do zadania sobie pytania: noooo, to o czym marzysz? Pytania, które uruchamia następne. Co jeszcze chcesz w tym życiu zrobić? Kiedy? Co robimy już dziś? Bo życie to nie myślenie o myśleniu czy myślenie o działaniu — życie to działanie, wdech, wydech i... wio! Bo Życie jest Magią. Uwielbiam to czuć.

Ta książka jest też o... jedzeniu, oczywiście!

Każdy z nas ma w sobie dość siły, by podjąć próbę zrobienia czegoś, o czym sam nie wie, czy zdoła to osiągnąć. Może to być przebiegnięcie mili, udział w biegu na dziesięć kilometrów albo na sto mil. Może to być zmiana zawodu, schudnięcie o dwa kilo, wyznanie komuś miłości.

*

Dodatkowe utrudnienie tylko pomaga. Zawsze pomagało, wreszcie do tego dochodziłem. Żadne moje „dlaczego?” nie przyniosło mi spokoju ani nie doczekało się odpowiedzi. Ale samo pytanie — i robienie — zrobiło coś we mnie, dało początek czemuś silnemu.

*

[...] możesz się wlec, rozpaczać, schrzanić coś i popaść w jeszcze większą rozpacz, a jednak prawie zawsze dostajesz drugą szansę. Ocalenie jest zawsze w twoim zasięgu.

*

[...] gdzie jest moja granica? Czy mogę ją poznać inaczej, niż tylko starając się ją przekroczyć? [...] każdy, kto ma tyle szczęścia, że może sięgać poza swoją strefę bezpieczeństwa, jest w stanie postawić sobie to pytanie i na nie odpowiedzieć.

*

Tonto, mój pies nie musiał się niczego uczyć, aby poznać swoją prawdziwą naturę. Ja — owszem. [...] Pościgaj się ze swoim psem (czy on wygląda na zmartwionego?).

*

[...] bazylia to koronowana głowa wśród ziół; jej nazwa pochodzi od greckiego słowa basileus, czyli król [...].

*

Zwierzyłem się Tony’emu, że moim zdaniem miłość nigdy nie trwa wiecznie, a ludzie robią z niej nie wiadomo co. Odparł, że nie mam racji, bo miłość jest wszystkim.

*

Każdy z nas czasem przegrywa. Nie udaje nam się zdobyć, czego pragniemy. Przyjaciele i osoby, które kochamy, odchodzą. Podejmujemy decyzje, których później żałujemy. Staramy się ze wszystkich sił, ale rezultat jest opłakany. To nie przegrana definiuje nas jako ludzi, lecz to jak przegrywamy, i to, co potem robimy.

*

Możemy żyć tak, jak to miało być: prosto, szczęśliwie, na ziemi i z ziemią. Możemy żyć, przekuwając trud w czystą radość.

*

     — Po jednym kroku — powiedział Dean, kiedy zawahałem się i zachwiałem. — Skup się na tej chwili.

Scott Jurek, Steve Friedman, Jedz i biegaj. Niezwykła podróż
do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania
,
Wydawnictwo Galaktyka, Łódź 2012.

sobota, sierpnia 31, 2013

(768+76=843+1). Kudłate odpryski dnia

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Odkryłam, że pod zacnym „chcesz jeść mięso, kup je sam” kryje się nie tylko moja niechęć do wspierania przemysłowej hodowli zwierząt, ale również osobista, głęboka chęć, by Sadownik dzielił ze mną nie tylko życie, szczęście i troski, ale również c a ł e, bez wyjątku, menu. Bez przesady — odkrywszy drugie dno, skorygowałam swoje chcenie.

Powiadomiłam więc kolegę-małżonka, że w trakcie oczekiwania na pierwszego jelenia, mięso kupić mu mogę... W końcu, dodałam, Heni kupuję, co mogłoby być argumentem na rzecz tezy, że ją kocham bardziej...

Jabłoń:
(wyłożyła Sadownikowi powyższe)

Sadownik:
(zauważył, że do Heniowych nauk Drzewko używa często parówek)
Futrujesz ją tymi nieszczęśliwymi parówkami!
Jaka z ciebie matka?

*

Pani mnie wczoraj minęła, gdy ćwiczyłyśmy sobie z Henią w najlepsze. Zatrzymała się i powiedziała:
— Mój pies był tak mądry, że nie musiałam go niczego uczyć.

Nie po raz pierwszy słyszałam te słowa. Niejeden ktoś miał tak mądrego i dumnego psa, który na pewno nie sprzedałby się za smakołyk. Niejedna twierdziła, że to uwłacza psu, gdy nagradza się go smakołykiem.

Zatrzymał mnie wykrzywiony wyraz twarzy pani od mądrego, nieuczonego nigdy psa. Doszłam do wniosku, że wolę Heniutkę, bo uwielbiam z nią pracować. Uwielbiam jak jej chrupią szare komórki. Uwielbiam to, kim się staję dzięki Niej nie tylko w czasie naszej wspólnej pracy. Jak mogłabym się tej ogromnej przyjemności pozbawić? Jeśli warunkiem koniecznym jest „nie tak mądry pies”, to zgadzam się. Mam „nie tak mądrego psa”, ale... mam też niesamowitą Sukę! Uczę się wciąż, niezmiennie i każdego dnia od nowa mądrze Ją kochać. To niesamowita przygoda podczas której staję się Człowiekiem.

piątek, sierpnia 30, 2013

843. Życie z neofitką

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Przytulisko. Niewidzialna, ale dobrze wyczuwalna, linia demarkacyjna rozłożyła się w połowie stołu i leży tam już jakiś czas.
     — Mięso? Proszę bardzo, ale musisz je sobie sam kupić, przyrządzić, podać. — Głosi nowa religia kuchenna.

*

Obiecałam, że wrócę do mięsa, gdy będę miała beznadziejne wyniki krwi lub gdy średnia osobnicza chorowalność zimowa wzrośnie mi znacząco. Póki co, pławię się w zachwycie...

*

Sadownik:
(z niesmakiem w głosie na widok jedzenia Jabłoni)
Ty jednak wierzysz w słowo pisane...

Jabłoń:
Noooo. I zobacz, gdzie jestem!
A ty nie wierzysz i jesteś tu ze mną!

Sadownik:
Nie. Ja jem parówki.

842. Uczta zmysłu niejednego

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zapytał:
     — Góra czy dół?
     — Góra — odpowiedziałam.
     — Bo nie mogłem się zdecydować.
     I ruszyło, rozbrzmiało, w inny wymiar mnie zaprosiło.

Słyszałam to już kiedyś u Osti. Zwykle nie pytam, kto gra, kto śpiewa — delektuję się niespodzianką, chwilą, nieprzywiązywanie się ćwiczę. Tym razem zapytałam, bo to był drugi raz. Znaczący raz! Kręgosłup na stole Osti w opiece zostawiłam. Zaproszenie przyjęłam. Udałam się w rzeczywistość inną.

Gdy tylko wróciłam do domu, szukać zaczęłam. Zamówiłam u Sadownika i jego amazońskich mocy. Pogrzebałam i znalazłam tymczas jutubowy i łomolę...

Michel Godard, A Trace of Grace (Monteverdi).

czwartek, sierpnia 29, 2013

(839+2). Podły charakter terapeutki

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zanim wyślesz bliską ci osobę na terapię. Albo.
Zanim bliska ci osoba zacznie studiować psychoterapię. Czy.
Będzie już terapeutą.
Pozbądź się złudzeń.
Nie będzie ci lżej.
Będzie lepiej,
     dużo lepiej,
     ale nie będzie lżej,
     bo niby po co?

Jabłoń:
(stanowczo, bezdyskusyjnie)
Nie.

Sadownik:
(udaje, że próbuje lewarem na ambicję wleźć Drzewku
lub chociaż odrobinę wątpliwości zasiać
)
To po cholerę chodzisz na terapię własną?

Jabłoń:
Moja terapia jest po to, by mi lepiej się żyło,
a nie po to, by Tobie i innym żyło się lepiej.
(po chwili cieniutkim głosikiem)
No wiesz, podły charakter to podły charakter.
(uśmiecha się najpiękniej jak umie, bo co innego może zrobić)

(839+1). Czarna wołga A.D. 2013

 wpis przeniesiony 8.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czarna Wołga, która porywa dzieci straszyła mnie w dzieciństwie. W czasach mojego dzieciństwa Wołgi były często taksówkami. Widmo Czarnej Wołgi wychynęło z niebytu przeszłości wczoraj późnym wieczorem.

*

Sadownik & Jabłoń:
(rozmawiają o planach na sobotę)

Sadownik:
W sobotę powozisz...

Jabłoń:
A czemu?

Sadownik:
Bo w piątek mamy imprezę.

Jabłoń:
(przypomina sobie, że została zaproszona, by była pewność,
że Sadownik zjawi się na imprezie
)
Ty masz imprezę.
(po chwili)
I co, o dwudziestej drugiej wsiądę w tramwaj
i wrócę do domu, bo mi się będzie chciało spać?

Sadownik:
Nie. Taksówką sobie wrócisz.

Jabłoń:
I co, czarna wołga mnie porwie?

Sadownik:
Nie obiecuj!

Sadownik & Jabłoń:
(chichoczą)

Sadownik:
Zobaczysz, po kilku godzinach
taksówkarz zadzwoni zrozpaczony
i usłyszę: panie, zabierz ją pan!
Odpowiem mu wtedy:
Jak se pan jom wziołeś, to se pan jom tszymaj!

Sadownik & Jabłoń:
(chichoczą głośniej i bardziej)

Jabłoń:
A teraz już nic nie mów, bo chcemy iść spać.

środa, sierpnia 28, 2013

839. Ech, to życie w związku!

Sadownik & Jabłoń:
(wracają z kawy na mieście)

Jabłoń:
(bezmięsna)
Jak ci z kolejną rewolucją w naszym życiu?

Sadownik:
Życie z Tobą to nie bajka...

Jabłoń:
A co?

Sadownik:
Nikt nie mówił, że będzie łatwo...

Jabłoń:
Ale jaki gatunek?

Sadownik:
Horror sensacyjny z dreszczykiem!

Jabłoń:
Kocham Cię za twe hiperbole, puenty i wyszczekanie!

Sadownik:
No, widzisz, horror!