poniedziałek, lutego 25, 2013

679. Oscar 2013

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Oscaryna:
(wpada do domu)

Oscar:
(patrzy na zegarek i zarządza)
Nooo, to do łazienki i idziemy spać.

Oscaryna:
Spać czy do łóżka?

Oscar:
Kochanie, tak dzień po dniu,
dobiegam czterdziestki,
chcesz mnie zabić?

K U R T Y N A
(tajemnicą pozostaje, gdzie poszli i czy przeżyli)

niedziela, lutego 24, 2013

678. Nie, nie nie! Ależ tak, tak, tak!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Banalnym jest stwierdzenie, że o miłości. Kiepskim argumentem za sięgnięciem po nią jest milion sprzedanych egzemplarzy. Umieszczenie tych informacji na billboardzie skutecznie zniechęciłoby mnie do sięgnięcia po tę książkę. A nawet jeśli chwyciłyby mnie za serce kolory okładki, to natychmiast przypomniałabym sobie, że czytanie powieści sprawia mi trudność — męczę się, dręczę, gubię wątki, porzucam bohaterów.

Więc czemu? Można by rzec, jak zwykle. Podziękowania kieruję ku Ambre, której delikatność i wrażliwość bardzo sobie cenię. To książka, o której należy szeptem wspomnieć Ludziom, których Serca nie są nam obojętne. To książka, która dotyka naszej odwiecznej potrzeby słuchania opowieści, by przy ich pomocy dotykać najgłębszych części nas, z których wypływa nieskończona wiara i nadzieja, tych części nas, w których źródło ma to, co w nas najlepsze.

O czym? To książka zdecydowanie nie tylko o miłości. O Pewności, która tylko w samym środku nas może się zakorzenić. O Sile, którą ta Pewność daje. O tym, że świat drugiego człowieka jest zawsze dużo bardziej bogatszy, czy skomplikowany niż „przyszedł-był-wyszedł”. Błogosławieni Ci, co chcą zajrzeć za kurtynę oczywistości. W końcu, to książka o możliwości zobaczenia w rodzicu kogoś więcej niż matkę czy ojca. To „baśń”, która pozwala sięgnąć do pokładów własnej Odwagi, by zachować Siebie w najtrudniejszych momentach życia, nie ustawać, nie zaprzeczać własnym pragnieniom, dojrzewać, wzrastać, doceniać drobiazgi... Ambre, dziękuję, dziękuję, dziękuję!

(...) wyznanie, otwarcie się jest bezwartościowe, jeśli przychodzi w niewłaściwej chwili. Jeśli zdarza się za wcześnie, przytłacza nas, nie jesteśmy na nie gotowi i nie potrafimy go docenić. Jeśli przychodzi za późno, szansa przeminęła, nieufność i rozczarowanie są zbyt wielkie, drzwi się już zatrzasnęły.

*

Była [Su Kyi] przekonana, że mało co w życiu jest z góry przeznaczone, a szczęście może znaleźć sobie dom w każdym człowieku.

*

Czekanie tak dalece było wplecione w rytm jej [Mi Mi] życia, że źle się czuła, gdy coś zdarzało się od razu. Okres czekania obejmował chwile, minuty, a nawet godziny spokoju, odpoczynku, gdy z reguły była sama ze sobą. A ona potrzebowała tych przerw, by przygotować się na coś nowego, na wszelki rodzaj odmiany.

*

Wciąż na nowo pojawiały mu [Tin Win] się w głowie słowa U May: „Jedna tylko jest moc silniejsza od strachu: miłość”. Ale jaka moc może zwyciężyć lęk przed miłością, U May?

*

(...) człowiek koniec końców nigdy nie jest samotny, że najmniejsza jednostka ludzka to wcale nie jedna osoba, lecz dwie.

*

Czy dzieci chcą znać ojca i matkę jako niezależne istoty? Czy jesteśmy w stanie zobaczyć ich takich, jacy byli, zanim przyszliśmy na świat?

*

     — (...) Miłość ma tyle różnych postaci, Julio, tyle rozmaitych twarzy, że nie jesteśmy w stanie ogarnąć ich wyobraźnią. Najważniejsze, aby ją rozpoznać, kiedy mamy ją przed oczami.
     — Czemu to musi być takie trudne?
     — Bo widzimy tylko to, co już znamy. Nasze doświadczenia projektujemy na innych, zarówno te dobre, jak i te złe. Dlatego uznajemy za miłość przede wszystkim to, co odpowiada naszej wizji miłości. Chcemy, by nas kochano tak, jak sami kochamy. W każdej inne formie czujemy się niezręcznie. Reagujemy wątpliwościami, podejrzliwością, źle odczytujemy jej oznaki, nie rozumiemy jej języka. Oskarżamy. Twierdzimy, że dana osoba nas nie kocha. Ale być może kocha, tylko na swój własny sposób, którego nie potrafimy rozpoznać.

Jan-Philipp Sendker, Sztuka Słyszenia Bicia Serca,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

sobota, lutego 23, 2013

(671+6). [...]

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jet lag mnie trzyma drugi dzień. Nie jest związany z przekraczaniem stref czasowych, ale mentalnych i uczuciowych. Wróciłam, ale moja Dusza jeszcze nie...

*

Konklawe... się szykuje. Sprawdziłam, czwarte podczas mojego życia. Rok, w którym było ostatnie (2005), był rokiem niesamowitych, pozytywnych zmian w naszym życiu. Pierwsze dwa (1978) też odbyły się w roku, w którym wszystko w mym, wówczas młodziutkim, życiu zmieniło tory i kierunek. Może zgeneralizować by tak? Dusza Sadownika ma na to chęć. Moją trzeba będzie zapytać, jak już wróci.

środa, lutego 20, 2013

(671+5). Kończąc Inny Sen

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wypiliśmy dzisiaj ostatnią kawę w kawiarence, w której lubiliśmy robić przerwę w naszym włóczeniu się dla samej przyjemności włóczenia się po uliczkach, gubienia się w zaułkach i odnajdowania na różnych placach. Pani pożegnała nas jak zwykle zwyczajowo przyjętą frazą. Z nadzieją na spełnienie tych słów odpowiedzieliśmy tymi samymi. ¡Hasta luego!

*

Kudłatej zawieziemy w prezencie kolejne piękne imię, podarowane przez Bliźniaczą Liczbę, a przeze mnie tylko zapamiętane. Brzmi niczym bogini.

poniedziałek, lutego 18, 2013

(671+4). Jeszcze w tym Innym Śnie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czy pies ma Duszę? A może pies to tylko kolejna inkarnacja w ramach odpoczynku od bycia człowiekiem? Czy pies, który miał szczęście trafić do dobrych ludzi, nie jest przypadkiem posłannikiem bezcennej informacji?

Patrzę na Faradaya. Myślę o Heniutce. Uśmiecham się z samego środka mojego najgłębszego „ja”. Cóż, wygląda na to, że psy czasem wiedzą lepiej... i już. Przynajmniej nasze.

*

Bliźniacze Liczby Dwie sprawdziły, czy są naprawdę bliźniacze. Tak. Obie przy tym płaczemy. Obie zapadamy się w zadumie, jak ważne są drobiazgi... i świadomość, że jako ludzie jesteśmy obdarowani w taki czy inny sposób, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni, by wzrastać.

The Power of Words.

(671+3). Pomiędzy snami

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Stała na półce i czekała na mnie prawie dwa lata. Miała niewidoczną etykietkę „zalecona”. Odkładałam ją na potem, bo zawsze było coś ważniejszego do przeczytania. Sadownik zarządził, że do bagażu podręcznego mogę wziąć tylko jedną książkę. Nie dałam rady. Wzięłam grubaśne tomisko i małą książeczkę na ząb. Moje minione bezpowrotnie Dzieciństwo było zachwycone drukowanym drobiazgiem. Wszystkie ewentualne obiekcje nie wytrzymały próby pierwszych pięćdziesięciu stron... W wielu wypadkach można słowo dziecko zastąpić słowami partner(ka), mąż/żona, przyjaciel itd. Są książki, na które nigdy nie jest za późno. To jedna z nich.

Odkryłem taki paradoks: nie potrafię nazwać uczuć dziecka wtedy, kiedy nie nazywam swoich uczuć. Nie potrafię zaakceptować uczuć dziecka, gdy nie akceptuję swoich. Zaprzeczam uczuciom dziecka, gdy nie chcę przyznać się do własnych.

*

(...) Jeżeli nie udaje nam się żyć zgodnie z własnymi oczekiwaniami — a nie zawsze się udaje — bądźmy dla siebie takimi, jakimi jesteśmy dla naszych dzieci. Jeżeli nasze dzieci zasługują na tysiąc i jedną szansę, to dajmy sobie tysiąc szans — i jeszcze dwie.

*

Proces szukania odpowiedzi ma taką samą wartość, jak sama odpowiedź.

*

Ludzie pytali mnie: „Jeżeli będziemy właściwie stosować te metody, czy nasze dzieci zawsze zareagują?”. Moja odpowiedź brzmi: mam nadzieję, że nie. Dzieci nie są robotami, poza tym naszym celem nie jest wynalezienie sposobu mechanicznego manipulowania zachowaniem, tak aby dzieci zawsze reagowały.
     Naszym celem jest zwrócenie uwagi na to, co jest najlepsze w naszych dzieciach — na ich inteligencję, inicjatywę, poczucie odpowiedzialności, poczucie humoru, uwrażliwienie na potrzeby innych. Chcemy położyć kres słowom, które ranią duszę, i znaleźć język, który pielęgnuje poczucie własnej i cudzej godności.
     Chcemy stworzyć emocjonalny klimat, który zachęci dzieci do współdziałania, ponieważ one troszczą się o siebie, ale też dlatego, że troszczą się i o nas.

Adele Faber, Elaine Mazlish, Jak mówić, żeby dzieci nas słuchały.
Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły
,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2001.
(wyróżnienie własne)

(671+2). Inny Sen #2

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każdy Sen rządzi się swoimi regułami. Z przyjemnością oddaliśmy się nowym we władanie. Prawie wszystkim. Poza jedną. W czasie sjesty lubimy włóczyć się po ulicach miast. Pewnego dnia mieliśmy przyjemność włóczyć się z Bliźniaczą Liczbą. Byliśmy tylko my i uliczki przeuroczej miejscowości…

Sadownik:
(przypomniał sobie zasłyszane powiedzenie)
We Włoszech mówią, że o tej porze dnia
po ulicach chodzą tylko Polacy, Rosjanie i psy.

Bliźniacza Liczba:
Psy? Nie wierzę. Nie są przecież głupie.

(671+1). Inny Sen #1

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uziemiona między bramką straży granicznej a bramką prowadzącą na pokład samolotu lubię być. Rozpiera mnie wówczas niebywałe poczucie wolności. Wolność wyboru. Wolność związana z tym, że na kołek można odwiesić przeszłość, obowiązki, dzień wczorajszy. Odłożyłam polski Sen, by zacząć śnić Inny…

*

Szczypczykami wskazówek zegara przytrzymana podziwiałam, jak zwykle aż do łez wzruszenia, Sen pragnień wielu, wielu Ludzi. Tych, co pragnęli zbudować metalowego ptaka, co w niebo będzie w stanie się wzbić. Tych, co marzyli, by zostać pilotami. Podziwiałam piękno i majestat lądujących i wznoszących się w górę maszyn, mrówczą pracę obsługi naziemnej. Moje marzenia świetnie się mają na lotniskach…

*

Granice kilku krajów przekroczyłam. Granice we mnie zmieniają kształt. Bliźniacza Liczba pyta mnie jak mi jest, a ja z przyjemnością śnię zupełnie Inny Sen… Uwielbiamy z Sadownikiem samodzielnie zamawiać kawę… un café solo largo y un café con leche, por favor… Muchas gracias…

niedziela, lutego 10, 2013

671. Kudłate ferie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Masz dziecko z tendencjami do tycia. Twój wybór to:

Opcja A. Dziecko na ferie oddać babci. Wiadomo, kochać będzie bezgranicznie. Karmić. Skarmiać. Wciskać jedzenie też. Chipsami będzie rozpieszczać, a i batoników kupi całe kilogramy, bo babcie jak powszechnie wiadomo od kochania są, nie od wychowywania...

Opcja B. Dziecko na ferie wysłać na obóz. W stadzie dzieci będzie trochę samopas puszczone, bo uwaga pani wychowawczyni będzie rozkładała się na naście, dwadzieścia sztuk nieletnich. Nie domyje się. Może w brudnych majtkach będzie spało. Może nie doje. Trochę strach, bo czy bez naszej miłości latorośl da radę w nowej sytuacji się odnaleźć, czy w grupie rówieśniczej się odnajdzie. Może serce mu z tęsknoty pęknie...

Wybór?

***

Posłanie, jedzenie, klatka, uszne medykamenty w razie czego, książeczka zdrowia spakowane były od rana w pakiecie z Sierściuszkiem. Dziś rano Henia pojechała z Altówkami na psie ferie na ich wieś, na dwanaście dni. Przy zdrowych zmysłach trzyma mnie tylko to, że wiem dokładnie, gdzie Henia pojechała, mam ogromne zaufanie do mądrych serc Altówkowych i pamiętam, że Henia tam na wsi ma serdeczną koleżankę i fajne psie towarzystwo.

*

Cisza. Zadziwiająca. Dźwięku lizanych łap brak. Nikt nie poprawia sobie futerka. Ciężaru psiej łapy nie czuję na stopie, gdy obieram jajko na twardo. Żadne psie oczy nie patrzą na mnie. Kudłate ciało nie podrywa się, gdy podnoszę się z krzesła. Na wieczorny spacer nie idziemy. Zadziwia mnie pustka tą ciszą malowana. Nie pamiętam już życia bez psa, bez Heni. Przytulisko też nie pamięta.

*

Wylatujemy jutro. Do Stada Bliźniaczej Liczby. Po raz pierwszy w życiu będziemy z Sadownikiem siedzieć w tym samym samolocie. Ciekawe, kto dostanie miejsce przy oknie, Matka w wersji tęskniącej?

sobota, lutego 09, 2013

670. Święto Mężczyzn kochanych

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy jeszcze nie wiedziałam, że Sadownik jest na świecie, czasem wracając do domu topolową aleją podśpiewywałam sobie z nadzieją:

Jesteś Gwiazdką na niebie,
a ja tu czekam na Ciebie...

*

Przypomniałam sobie o tym, gdy przed chwilą usłyszałam w radiu tę piosenkę. Obwołałam dzień dzisiejszy Świętem Mężczyzn kochanych i myślę sobie cieplutko o kilku Takich, których Kobiety mam szczęście znać...

Mikromusic, Takiego chłopaka.

Panie Losie, dziękuję za Pięknie Dobrego!

piątek, lutego 08, 2013

669. Oda do młodości

Sadownik:
(w wersji studencko-dziobiącej,
bulwersuje się przeczytanym właśnie esejem
i łapie oddech informując koleżankę-Małżonkę
)
Ta suka, Fotografia, jest młoda,
nie ma jeszcze dwustu lat!

Jabłoń:
Och, jaka ja jestem młodziutka.

czwartek, lutego 07, 2013

668. Bardzo szybki kolor

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W poniedziałek przelewałam się przez ręce.
We wtorek spałam 20 godzin.
Dziś dowiedziałam się, że to efekt uboczny antybiotyków, które brałam.
Wczoraj już wracałam do siebie.
W drodze od Akuszera przykuł mą uwagę kolor za szkłem.
Zdziwiłam się, aktualizując prywatną bazę danych o otaczającym mnie świecie. Do wczoraj myślałam, że Ferrari robią tylko w kolorze czerwonym, czarnym lub białym. A tam, w mijanym przeze mnie salonie stało żółciutkie!

*

Czego chcesz? Nie krępuj się. Nie ograniczaj. Popuść wodze wyobraźni. Dlaczego nie? Więc? Czego chcesz? Jest tylko jeden mały kruczek.

Czy jesteś gotów wziąć odpowiedzialność za swoje pragnienia? Znaleźć w sobie odwagę, by zrobić pierwszy, drugi i kolejne kroki? Zamknąć inne, być może wygodniejsze, drogi? Porzucić srebra rodowe? Opuścić oczywisty kształt szykowanej dla Ciebie foremki? Narazić się na śmieszność, wykluczenie, wygnanie?

*

Żółte Ferrari stało się dla mnie symbolem brania odpowiedzialności za każdą chwilę. Każdy krok jest decyzją. Chcę, by zawsze była to moja decyzja. Lżej i cudniej się zrobiło. Jakoś znów czuję, że bardziej Jestem. Rosnę sobie...

niedziela, lutego 03, 2013

(666+1). Ad

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ad 279. Sprawa wciąż żywa. Niestety, testament pomógłby tylko w połowie. W tej kwestii bezdzietne pary (bez względu na orientację seksualną) mają przerąbane.

Wszystko runęło w dniu, kiedy okazało się, że Maciek nie zostawił testamentu. Nie zostawił, ponieważ był przekonany, że ślub załatwia sprawę. Tymczasem małżeństwo nie dało mi żadnego zabezpieczenia wobec faktu, że nie mieliśmy wspólnych dzieci. To, co rozpoczęliśmy razem, musiałam dokończyć sama, a pieniądze przeznaczone na ten cel — oddać rodzinie. Mówiąc językiem targu, zostałam oszukana. Mówiąc językiem miłości — oddałam wszystko, nie otrzymując w zamian niczego prócz wspomnień. Maciek umarł jak chłopak, który wkręcił swoją dziewczynę w posiadanie drogiego samochodu i podróż do Ameryki, a potem okazało się, że samochód jest własnością wujka, a ona musi przez pół świata wracać na rowerze. Oczyszczająca to była wycieczka.

Agnieszka Kowalska, Czas na mnie. Opowieść o Maćku Kozłowskim,
Wydawnictwo Czarne i Czerwone, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

666. Magiczne spotkania

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Spotkałyśmy się nie spotykając się nigdy.

Spotkanie I. To było przed Erą Psa. Chodziliśmy z Sadownikiem na spacery na Cmentarz Wojskowy. Odpocząć, zadumie się oddać, złapać właściwą perspektywę rzeczy. Pamiętam jak dziś. Jedną z alejek szliśmy. Świeże wieńce. Świeżo ubita ziemia. Śmierć, która nas tego dnia zaskoczyła. I kosz niezapominajek. Prostokątny. Wiklinowy. Przytrzymał mój wzrok. Przeczytałam na wstążce: Kocham Cię. Żona. Za serce chwycił mnie i kosz, i tekst.

Spotkanie II. W ostatni poniedziałek lub we wtorek, ale nie później, bo we wtorek zamówiłam książkę, usłyszałam Jej głos w radiu. Jasny, ciepły, wyjątkowo żywy, pogodny. Nie do zapomnienia.

*

Tak, wiem. Aktorzy umierają. Nie jest to jednak dla mnie powód, by kupować i czytać nekroksiążki. Jednak wspomniane dwa spotkania zadecydowały. Nie było dyskusji. Zamówiłam. Czekałam. Przetupywałam, a gdy przyszła chapnęłam w mgnieniu oka.

Spotkanie III. To nie jest książka. To wiersz prozą pisany. Metafizyka i mistyka stosowane. Bezkresny akt wiary, nadziei i miłości. Dziękuję za przypadki, które mnie do tej książki doprowadziły. 

„Dziwki, wykończycie mnie!” — grzmiał, sięgając po portfel na widok kuriera, który nadjeżdżał z zamówioną paszą dla koni. Ładował worki na taczki i mruczał pod nosem: „Końskie pijawki”. Ale mówił też, że woli ze mną stracić, niż z innymi zyskać i że nigdy w życiu nie przypuszczał, że będzie jeszcze kiedyś taki szczęśliwy.

*

(...) wtajemniczeni wiedzą, że we wszechświecie pustka, czy też próżnia, jest tylko skoncentrowaną energią potencjalnych zmian.

*

Umarli dają nam życie. Przede wszystkim życie. Nie wolno tego zmarnować, chociaż prościej, dużo prościej byłoby się schować w cieniu tej śmierci. Mieć wymówkę od własnego szczęścia, własnej drogi, własnych pomysłów. Już nic tylko celebrować błyszczące czernie, układać ołtarze i szorować groby.

*

Pies pod wieloma względami wydaje mi się stworzeniem doskonalszym niż człowiek. Pies ma sens, wszystko w nim gra, jest skończonym dziełem Boga. Szczęśliwy pies jest całkowicie szczęśliwy, a pies nieszczęśliwy zachowuje swoją całkowitą niewinność. Nie ma w nim mroków i powikłań właściwych ludzkiemu gatunkowi. Przebywanie ze szczęśliwym psem jest uzdrawiające. (...) Pan Bóg czyniąc nas panami stworzenia, spodziewał się, że wykorzystamy naturalne źródło czystej energii istot tak niezakłamanych i spontanicznych. Podejrzewam, że decyzję powyższą powziął w pijanym widzie, a kac tłucze go do teraz. Jak można było czemuś tak niedoskonałemu jak człowiek powierzać coś tak doskonałego jak zwierzę?

*

Jak się dobrze zastanowić, codziennie dzieje się coś znaczącego, chodzi tylko o to, żeby mieć otwarte oczy. „Mama zostawia mi pieniądze na życie, tak jakby życie to było śniadanie, obiad i kolacja. A życie mieści się akurat pomiędzy” — zapamiętałam to z książeczki dla dzieci. Staram się o tym nie zapominać nawet w obliczu katastrof. Generalnie nie jest ważne to, co się wydarza, tylko jaki to ma dla nas sens.

*

Jak twierdzą mądrzy mistrzowie Wschodu: „Miłość to nie jest żadna czynność do wykonania — to stan naszego istnienia”.

*

Moje życie to coś, co mnie zobowiązuje. Nie powinnam go zmarnować ani przekreślić. Jest moim dziełem. A jeśli nawet postanowię go oddać, niech to nie będzie akt rezygnacji, tylko świadoma decyzja. Moje życie należy do mnie i tylko do mnie. Nawet jeśli tracimy wszystko, mamy jeszcze własne, nienaruszone życie. Tak rozumiem wolność.

*

Dzieci z zachwytem odkrywają świat i niewiele im trzeba do szczęścia. Wystarczy nie przeszkadzać. Zachwyt nad światem to coś, co tracimy najszybciej. Dorosły człowiek jest już zwykle ślepcem. Nie widzi większości barw, nie czuje smaków, nie odbiera zapachów. Życie zagrożone to życie odzyskane. Świadomość, że wszystko przemija, jest równie stymulująca jak dziecinne przekonanie, że wszystko trwa wiecznie. W pierwszym przypadku, skłonni jesteśmy uważniej się nad światem pochylić, w drugim — z niczym się nie śpieszyć.

*

Co jest największym szczęściem w nieszczęściu? Przemijalność. Wszystko, co może boleć, męczyć, psuć się, zatruwać, rozlatywać — przemija, jest śmiertelne. Śmierć czyni zło śmiertelnym. Materia, z której się składamy (ponoć jest jej w sumie niewiele), jest śmiertelna. Tak miłość, jak i cierpienie zaczynają się w materialnym świecie. Cierpienie odchodzi razem z materią. Miłość znakomicie sobie bez niej radzi. Można powiedzieć, że nawet lepiej.

Agnieszka Kowalska, Czas na mnie. Opowieść o Maćku Kozłowskim,
Wydawnictwo Czarne i Czerwone, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

(659+6). Członek na gwałt potrzebny!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaatakowała mój estetyczny zmysł pod koniec grudnia. Zadziwiła. Uznałam, że to kolejne stadium starzenia się, skoro mnie nie zachwyca ta piosenka.

Zaglądam to tu, to tam. Deklaracje nielubienia czytam, że nie trafia w gusta wysubtelnione studiami podyplomowymi, że nigdy, przenigdy, kto to słyszał, ależ skąd! Ale kliknąć u tych piszących guziczek mogę i wysłuchać w wersjach kilku.

Czemu ta piosenka do mnie się dobija? Hmmmm. Zamyśliłam się.

*

POP-owskie ćwiczenie sobie machnęłam w krokach następujących:

  1. Obejrzyj. Zwróć uwagę na to, co cię wkurza, denerwuje, do szału lekkiego doprowadza, gusta twe rani.
  2. Opisz najdokładniej ów „znielubiony” szczególik.
  3. Stań się osobą, która ten szczegół ma i uwielbia go mieć. Przerysuj, sparodiuj. Zauważaj, kim się stajesz. Zaśpiewaj. Zatańcz. Pobaw się tą nową tożsamością.
  4. Odkryj, co jest w tym fajnego.

Weekend, Ona tańczy dla mnie.

*

Zrobiłam.
Ad 2. Sposób, w jaki usteczka składa, oczami przewraca.
Ad 3. Było super „otmurzdżyć” się na maksa.
Ad 4. Zachwytem w oczach polerowałam wszystko, co padło na moje siatkówki. W tym stanie pokochałabym panią Pawłowicz i każde nieokrzesane zdanie, które z jej ust wzięło początek.

Cieszy mnie nieustająca dyskusja, wymiana myśli, komentarzy po elitarnym występie Posłanki. Tak miło mi ze świadomością, że wokół wrażliwi, mądrzy ludzie.

Rozmarzyłam się...
Apeluję do Posłów, Członków Prawej Strony Idei Porządku Społecznego, by ujawnił się Ten, co Posłance tę piosenkę w miłosnym widzie zaśpiewa. W końcu Ona tam [w Sejmie] jest i dla Pana tańczy, panie Pośle, na tej mównicy. Po co my mamy to oglądać? Niech Pan Ją porwie i w sercu schowa na dnie. Niech Pan nie będzie nieczuły. Niech Pan się odważy! Niech Ona nie woła na puszczy. Będą Państwo najbardziej użyteczną Parą tej kadencji Sejmu. Jej ramiona ukojeniem dla Pana będą. Przy niej poczuje Pan, jak smakuje miłość. To pewne!

664. Perełka

// po-superwizyjna perełka:

663. Jam ci nieklatkowana

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Klatka. Stała się dla mnie symbolem mojego osobistego rozwoju. W zasadzie to nie klatka, a krótka chwila, gdy nieznana mi Świadomość klepie mnie po ramieniu mówiąc przy okazji: patrz! No i widzę. Po pierwsze, zauważam samo istnienie klatki, którą stanowi pewien zestaw konstruktów myślowych, przekonań, społecznych mitów, które próbują mnie definiować, określać, sens nadawać. Po drugie, dociera do mnie, jak bardzo się do tej pory starałam, by w owej klatce zmieścić się za wszelką cenę i, o zgrozo, widzę, jak bardzo mi się to nie udaje, ponieważ jakbym się nie odwracała, kuliła, wygibasy uskuteczniała, gdy już myślę, że się udało i sama przed sobą chcę triumf odtrąbić, okazuje się, że ogon wystaje, ucho się nie mieści, kawałek łapy wychodzi poza umowną krawędź normy klatką wspomnianą opisywaną. To wielki moment, w którym nie potrafię już zrozumieć, po jaką cholerę ja w tej klatce mam się mieścić, zamiast zwyczajnie ją opuścić.

*

Nie mieszczę się w wielu normach. Nie wiem, czy można się do tego przyzwyczaić... Każde odkrycie, że nie chcę się w nich mieścić jest niesamowicie uwalniające.

*

To nie stało się wczoraj. Nie po raz pierwszy. Dwa tygodnie temu. Szłam. Już nie pamiętam gdzie. Pamiętam tylko na którym chodniku, Świadomość grzmotnęła mnie w plecy.

Chronologicznie, dużo, dużo wcześniej, zaczynałam się martwić, że status bezdzietnej matki stracę 4 maja 2013 roku, gdy Heniutka stanie się już dojrzałym psem. Okoliczność łagodząca, że pies wymaga opieki i nawet najlepiej intelektualnie rozwinięty może się równać co najwyżej z ludzkim trzylatkiem, była niewystarczająca. Czarne wizje zamykania bloga lub nieprawnego używania etykietki krążyć zaczynały. Zresztą, po co komu ten blog, westchnął krytyk…

Nakreśliwszy scenę, zalążki dramatu niewydarzonego, należy napisać o tym, przed czym nie ma już odwrotu.

*

Dotarło do mnie, że klatka z terminem „matka” zakłada konieczność istnienie rekwizytu, jakim jest dziecko. To ono, bez względu na to, co się robi, legitymizuje możliwość posługiwania się terminem „jestem matką”. Społecznie kształt tej klatki jest precyzyjnie dookreślony — dziecko ludzkie, najlepiej własne; jak nie może być własne, to w drodze wyjątku cudze. Świadomość po plecach gołymi stopami mi się przebiegła i dotarło do mnie, że klatka, choć ciut rozciągnięta dzieckiem innego gatunku, do niczego mi nie jest potrzebna. Rozejrzałam się i poza klatką całe continuum „matczyne” zobaczyłam: pięcioletnią dziewczynkę poprawiającą kocyk psu; mężczyznę zdejmującego przerażonego kota z drzewa; człowieka, który tuli załamanego przyjaciela. Do dziś pozostaję w zdumieniu, po co komu ta klatka? By ranić, ograniczać?

Do Świadomości się uśmiechnęłam.
Jestem fantastyczną Matką. Jestem Pełnią. I już.

Ty też. Jeśli chcesz. Jeśli tak zadecydujesz. I co Ty na to?

Też Matka, źródło.

środa, stycznia 30, 2013

662. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Omijam. Nie czytam Jej tekstów. Nie czytam Jej książek. Nasza znajomość ogranicza się do przyjemności, jaką mam, gdy spotykam Jej uśmiech w przypadkowo wertowanych czasopismach. Nie ma chemii — powiedział z rezygnacją mój Animus — przyciągania, energii, nic.

Omijam. Wciąż. Z jednym małym wyjątkiem. Pokochałam Jej psychologizujące wiersze. Jeśli wydała je drukiem, proszę mi o tym donieść, szybciutko!

Jestem sobie dana
od Kogoś
Mozolnie posuwa się
to przyjmowanie
Ale powoli
pnę się
do siebie



ciało odrętwiałe
wyjmuję z łóżka
kto wyjmuje?
i wystawiam na słońce
choć miało już nie wstać
zalęga się podejrzenie
i prawie pewność

że ktoś o mnie dba



I najlepsze z najlepszych na koniec, na deser:

Łatwo mnie ośmieszyć
ale nie dotknąć
Łatwo mnie dotknąć
ale nie poruszyć
łatwo mnie poruszyć
ale nie przesunąć
łatwo mnie przesunąć
ale nie zmienić
łatwo mnie zmienić
ale nie wyrwać
można mnie wyrwać
ale nie zniszczyć
można mnie zniszczyć
ale nie zabić
można mnie zabić!

ale jestem

Katarzyna Miller w Spirala 2013. Duchowe dziedzictwo kobiet.
Siostrzeństwo,
Wydawnictwo Berckana, Józefów 2012.
(wyróżnienie własne)

wtorek, stycznia 29, 2013

(659+2). Na Gigancie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uciekłam. Wczoraj. Od świata norm. Społecznych oczywistości i porządku naturalnego.

Uciekłam. Do świata subiektywnego. Do życia pod obstrzałem permanentnej niepewności. W napięciu trzymały mnie te literki. W zachwycie trzymały mnie słowa — kreślące nastrój, kształt chwil — opisujące wszystko to, czego nie sposób opisać do końca. Uciekłam do świata delikatnej uważności, uważnej delikatności.

(...) najciemniejsze moce rodzą się z takich drobnych, niepozornych chwil w ciszy. Z takich dodanych do siebie chwil milczenia. Potem nie sposób nad nimi zapanować, mają własne życie.

*

Pomyślałam, że widocznie nie można czuć się dobrze, mieszkając na walizkach, pośród przypadkowych przedmiotów pochodzących z innych domów. Przedmioty powinny się osiedlić tak jak ludzie, inaczej zwiększają jedynie poczucie bezładu i tymczasowości.

*

Czekanie to dziwny okres, powoduje ogromne i nieusuwalne zniszczenia, nawet jeżeli umie się czekać.

*

Czekanie to złożona sprawa. Z taką intensywnością przemierza się wielkie odległości, pozostając jednocześnie w całkowitym bezruchu. Najlepiej podzielić je na małe odcinki i spróbować pokonywać każdy oddzielnie. Nie można pozwolić, by ta przestrzeń ukazało się w całości — to ściąga momenty zupełnej klęski, kiedy leży się z otwartymi oczami pośród nocy, świt nie kryje się w żadnym odgłosie uśpionego domu, w żadnej wyimaginowanej dziennej smudze światła. Albo siedzi się w kącie kuchni, na podłodze z meksykańskiej terakoty, między zlewem a kuchenką gazową, blisko ziemi jest najbezpieczniej.

*

W 2001 najbardziej przestraszyło mnie to, że czas przestał być samodzielny, już nie można go było zostawić własnemu losowi. Czułam, że muszę nieustannie wspierać jego bieg, sam sobie nie da rady. Bałam się sprawdzić, czy upływa bez mojej pomocy. A jeżeli nie upływa? Jeżeli nie starczy mi sił, by nad nim czuwać, utknę w próżni, w zawieszeniu. Wojtek nie zginie na wojnie, po prostu nie wróci, już nigdy się nie spotkamy, ponieważ ja nie zdołam przebyć tych tygodni dzielących mnie od jego powrotu.

*

(...) — To jak czekanie na diagnozę wyjaśniam, żeby mu [Siwemu – terapeucie] jakoś pomóc. — Człowiek czuje się lepiej, kiedy już wie. Może się przestać bać, że jest śmiertelnie chory. Ten rodzaj strachu się skończył, teraz może zacząć walczyć.

*

Ale przeszłość, jakakolwiek by była, zawsze jest siłą człowieka, ponieważ tylko dzięki niej można coś naprawić. I dlatego wierzę w swoje udane życie.

Grażyna Jagielska, Miłość z kamienia. Życie z korespondentem wojennym,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)

sobota, stycznia 26, 2013

(659+1). Prawo i Spełnienie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(słucha specjalistów sejmowych)

Poseł Górski upadł Jabłoń moralnie, a potem uświadomił, że „miłość małżeńska prowadzi do prokreacji, do urodzenia dzieci”.

Jabłoń:
Kochanie, Mądry Inaczej jest pewien,
że ja Cię wcale nie kocham.

Sadownik:
(Z przekąsem)
Noooo.

(mija chwila)

Sadownik:
(śmieje się być może na wspomnienie
wyjątkowo udanego seksu przedmałżeńskiego
)
Wróć! Wróć! Posłuchaj!

Jabłoń:
(słucha)

Poseł Męski Błysk Intelektu: „jedynie małżeństwo uzasadnia intymne współżycie”...

Jabłoń:
(zachichotała)
Nooo, to Jarek albo jest prawiczkiem, albo złamał prawo.

659. Oburzona na Pannę Błysk Pawłowicz

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Szanowna Pani,

Jestem osobą, z której, według Pani definicji,
społeczeństwo nie ma żadnego pożytku.
Społeczeństwo funduje mi moje słodkie życie.
Mam to szczęście tylko dlatego, że jestem osobą heteroseksualną.

*

Cisnąć kamieniem aż się chce. W ten niebywały wzór trwałego, niejałowego życia. W tę nieporuszoną pewność i oczywistość, które pozostają nieskalane refleksją nad sobą. Z pani to dopiero jest pożytek. Tak bardzo nie chcę Pani fundować słodkiego poselskiego życia... Kiedy ostatni raz kochała Pani człowieka? Kochała, nie poszła z nim do łóżka? Wstyd mi za panią. Wstyd tak bardzo, że muszę tu zostawić ślad oburzenia. Nie zgadzam się na ten poziom debaty społecznej. Ten poziom nie trzyma poziomu.

*

Jeśli tylko możesz, nie pozostaw tego wpisu bez komentarza, proszę. Każde wypowiedziane, mądre, pełne miłości słowo zmienia Świat, a Świat tej zmiany potrzebuje jak wody, powietrza, ognia i ziemi.


[Związki partnerskie - dzień w Sejmie (fot. Agencja Gazeta/sejm.gov.pl)]

658. Telefon do Kochanka

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(dzwoni do Pracującego)

Sadownik:
Dzień dobry, dzień dobry!

Jabłoń:
Dzień dobry, chciałabym porozmawiać z moim Kochankiem.

Sadownik:
Och, to źle się dodzwoniłaś, jestem twoim Mężem.

Jabłoń:
To mnie przełącz, proszę.

(i sobie porozmawiali...)

piątek, stycznia 25, 2013

657. Schabowe porozumienie krwi

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy byłam dzieckiem, moim największym marzeniem było, by Mama kupiła kilo schabu, pokroiła, usmażyła i pozwoliła mi to wszystko zjeść.

Ona. Czwarte dziecko Jej-Mamy. W każde szkolne wakacje była opiekunką swojego młodszego o trzy lata brata z aberracją chromosomu 21. Nie wiem, czy czuła się ważna. Nie wiem, czy czuła, że Jej potrzeby są w ogóle dostrzegane. Obiecała sobie, że własnym dzieciom wolności nie zabierze.

Jabłoń. Pierwsze dziecko. Troszkę pod presją Jej-Mamy stworzona: bo jak nie teraz, to potem nie będzie wam się chciało — mówiła. Jabłoń całkiem dorosła od piątego roku życia. Jej dziecięce potrzeby wciąż odkrywam. Jedno jest pewne, wolna czuje się od zawsze.

Poskładałam strzępki faktów, kawałeczki subiektywnych opowieści rodzinnych. Ona. Jabłoń. Tak dalekie. Tak bliskie. Historia domknęła się wczoraj, gdy Orzeszek, po świeżutko zażytej IV chemii powiedziała: nawet nie wiesz, jak marzę o schabowym. Stara historia na moich oczach się domyka. Ciekawa jestem Nowej. Schabowe. Będziemy jeszcze smażyć. Piękne!

Piękne życie jest tak niebywale proste, a ta prostota czasem tak trudna, zanim przyjdzie na nią właściwy czas. Bose stopy — powtarzam jak mantrę — bose stopy!

(655+1). Bose stopy... po!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj. Spontanicznie poszliśmy. Z tego filmu nie da się wyjść na nogach, na których się weszło do sali kinowej. Nic już nie jest takie jak było. Niech trwa!

Śniegu nie przybyło, ale cud, jakim są bose stopy sunące wieczorem z łazienki do sypialni stał się jeszcze większym Cudem.

czwartek, stycznia 24, 2013

655. Miłość, śnieg i bose stopy

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
Tęsknię za Tobą…

Sadownik:
Śpię z Tobą, gadam z Tobą,
psa Ci wyprowadzam…
nie przesadzasz troszeczkę?

(ubawiona sierściuchowym argumentem)
Jabłoń:
Śpisz. Gadasz. Wyprowadzasz. Fakt.
(po chwili)
Tęsknienie to nie zarzut.
To bardzo miłe tęsknić za Tobą
i wciąż nie mieć Cię dosyć.

*

A śnieg pada i pada… Im więcej go jest, tym większy staje się cud, jakim są bose stopy sunące wieczorem z łazienki do sypialni.

wtorek, stycznia 22, 2013

654. Psie prawo zbójeckie

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(dbając o różnorodność pokarmową Jabłoni
postawił dla niej na stole otwarty już pojemniczek z jogurtem
)

(po dobrej chwili, gdy przy stole usiadła)
Jabłoń:
Zobacz, zobacz! Jak ślicznie Suk siedzi!

Sadownik:
A co ona ci mówi?

Jabłoń:
(gapi się na Henię i tu, i tam... i nic)
Nie mam pojęcia.

Sadownik:
To proste: „jedz ten jogurt, bo chcę pudełko”.

(i wszystko jasne!)

poniedziałek, stycznia 21, 2013

653. Już!

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ta książka długo sobie mnie używała. Całe 10 dni. To najdłuższa książka, jaką czytałam od lat. Nie czytałam, żułam zdanie po zdaniu. Zatrzymywałam się. Smakowałam. To książka o bezkresnej ludzkiej namiętności wychodzenia naprzeciw nieznanemu. To również książka o dotykaniu niebezpiecznego człowieczego nałogu zamieniania niepoznanego w oczywistą pewność. Wiele w niej historii bez jednoznacznych zakończeń, można więc snuć… Dla mnie to też książka o tęsknocie, by rozumieć świat. Dzięki Po30stko, dzięki!

(...) każdy dystans jest sam w sobie nieskończony, każdy punkt otwiera kolejne przestrzenie nie do pokonania, a że każdy ruch jest złudzeniem, wędrujemy w miejscu.

*

(...) Życie? Niczego takiego nie ma; widzę linie, płaszczyzny i bryły, i ich przemiany w czasie. Czas zaś wydaje się prostym narzędziem do mierzenia drobnych zmian, szkolną linijką z uproszczoną podziałką — to zaledwie trzy punkty było, jest i będzie.

*

Może Filip Verheyen wpadł na ślad ukrytego porządku — może w naszym ciele mieści się cały świat, mitologia? Może istnieje jakieś odzwierciedlenie wielkiego i małego, ciało człowieka łączy w sobie wszystko ze wszystkim — opowieści i bohaterów, bogów i zwierzęta, porządek roślin i harmonię minerałów? Może powinniśmy podążać z nazwami w tym kierunku — mięsień Artemidy, aorta Ateny, młoteczek i kowadełko Hefajstosa, spirale Merkurego.

*

(...) uśmiecha się pod nosem, delikatnie, ciut ironicznie, jak ktoś, kto właśnie usłyszał subtelny dowcip. Żart, którego pointa nie mieści się w ostatnim zdaniu, ale w oddechu opowiadającego.

*

     — Trzeba nazywać rzeczy po imieniu... — zaczyna, a ona mu przerywa.
     — Ba, żeby tylko wiedzieć, jak mają na imię.

*

Kiedy jego syn było mały, kiedy był niemowlęciem, Kunicki nie myślał o nim jako o człowieku. I to było dobre, bo byli blisko. Człowiek jest zawsze daleko. Nauczył się sprawnie zmieniać mu pieluchy, robił to kilkoma ruchami rąk, trzaskały tylko napy pampersów. Zanurzał jego małe ciało w wannie, mydlił mu brzuch, potem zawiniętego w ręcznik niósł do pokoju i ubierał w śpiochy. To było łatwe. Gdy ma się małe dziecko, nie trzeba się nad niczym zastanawiać, wszystko jest oczywiste i naturalne. Lgnienie dziecka do piersi, jego ciężar, zapach — swojski i rozczulający. Ale dziecko nie jest człowiekiem. Staje się człowiekiem, gdy wyrywa się z ramion i mówi „nie”.

Olga Tokarczuk, Bieguni,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.
(wyróżnienie własne)

piątek, stycznia 18, 2013

(651+1). def. Dorosłość Prawdziwa

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dorosłość. Gdy 18 lat ukończymy? Gdy, jak to się kiedyś mówiło, „wyjdziemy” z domu? Gdy stajemy się odpowiedzialni za inne życie? Gdy kryzys wieku średniego przeżyjemy i drugą część życia zaczniemy wieść?

Dorosłość Prawdziwa? Gdy w Rodzicach — zamiast widzieć Matkę, Ojca — Parę zobaczysz. Niepowtarzalną. Jedyną w całej Galaktyce. Nieoczywistą. Cenną. Kruchą i śmiertelną. Zamiast Matki, Ojca, Ludzi w Nich dostrzeżesz. Tak bardzo innych od ciebie, jakby byli z innego świata, zwykłych, grzesznych, niedoskonałych i... zgadzasz się na Nich, takimi jakimi są. I cieszysz, że wciąż są.

Dorosłość Szczęśliwa? Masz farta, Dorosłość Prawdziwa chwyta i trzyma Cię za rękę, gdy Oni jeszcze razem na tym świecie koniec z końcem wiążą, mają swoje wspólne życie, swoje sprawy i poglądy. Pozostaje Ci już tylko jedno, kibicować Im. I robisz to... z przyjemnością. Z ogromną!

(źródło: wpis 644.)

czwartek, stycznia 17, 2013

651. Wisieńka na torcie szczęśliwego dnia

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pamięta. O tej nie, bo serial. O tej nie, bo film. Wstrzela się. 20:44. Zieloną słuchawkę wciska. Po minucie rozmowy słyszy teatralny szept Orzeszka:
     — Na Trójkę nastaw.
     I przypomina sobie, że o 20:50 czytana jest powieść. Zapomniała. Dobrej nocy życzy i czerwoną słuchawkę wciska. I cieszy się jak głupia, że wciąż są razem i jak zwykle nie mają czasu.

środa, stycznia 16, 2013

(643+7). I rocznica urodzin ALTO OBI Dream Team


(648+1). Gdy na jawie zęby śnisz

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mycie zębów. Codzienny rytuał dbania o doczesne dobro. Zatrzymał mnie wczoraj. Natura i skończoność mycia zębów dopadła moją świadomość. Proceder to intymny i, matematycznie rzecz ujmując, dyskretny, bo choć rozciągnięty nieznacznie w czasie, to nie sposób umyć zęby, powiedzmy, trzy i pół razy. Żadne ułamki z dziesięcioma miejscami po przecinku nie wchodzą w rachubę. Dbając o parytet gramatyczny pytanie brzmi: myłeś czy nie myłaś zęby?

Mycie zębów. Intymne, określone liczbą, która jest nie tylko całkowita, ale również... skończona. Ograniczoność tej liczby odkryłam wczoraj nad wieczornym zlewem. Dotarło do mnie, że któregoś dnia moje życie ostatni raz będzie szorowało swoje zęby. Świadomość tego faktu, póki co niedokonanego, spowodowała, że mycie zębów łagodnie przemieściło się z puli nudnych obowiązków związanych z codziennością do kategorii „przywileje”. Nie przepuszczę ani jednej okazji! Zkemi byłaby ze mnie dumna.

*

Odkrycie wczorajsze:

wtorek, stycznia 15, 2013

648. Pre-Pewniak

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — Poczułem się urażony. — Powiedział i poszedł do pracy.
Zamykane rano drzwi szczęśliwie oddzieliły go od jej złych snów i strachu.
Bo w niebie nie tylko śpiew, ale czasem cisza i pauz całe hordy szalejące...

Wieczorne wytchnienie. Taniec z cudownie opowiedzianą bają przykładam na smutek. Pomaga. Jutro będzie lepiej, to pewne.

Pilobolus, Shadow Dance.

poniedziałek, stycznia 14, 2013

(634+13). Poświąteczny subiektywnik (VII)

 wpis przeniesiony 5.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Kiedy kończy się miłość? Gdy trzaśnie się drzwiami i postanowi nigdy nie wrócić? Gdy odda się wszystkie rzeczy onej lub onego? Gdy człowiek sobie powie, że to naprawdę już koniec? Gdy w końcu uwierzy, że odeszła lub odszedł? Gdy życzy onemu lub onej takiego samego cierpienia i rozczarowania? Gdy w nowy związek się wejdzie? Gdy obrączkę na palec komu innemu się wsunie? Gdy worek soli z kimś innym się zje, popijając wspólnymi łzami?

Nigdy nie zastanawiałam się nad tymi pytaniami. Spotkałam odpowiedź na miarę mego życia skrojoną. Miłość jest. Nie musisz onej lub onego już więcej spotykać. Nie musisz z nimi rozmawiać. Nie musisz o nich pytać. Nie musisz za nimi tęsknić. Nie musisz w swej głowie dysput z nimi prowadzić. Wystarczy, że pomyślisz o onej lub onym — z nienawiścią lub tylko mało pochlebnie, czy może szczęśliwie już w uwalniający sposób, życząc im z całego serca wszystkiego dobrego. W każdym z tych przypadków, gdy Twoja świadomość na chwilę przycupnie przy onym czy onej, miłość wciąż jest. Nie ma w tym nic złego. Tak cudnie jest być zdolnym do miłości i wysyłać ją w świat.

Miłość znika, przechodzi do świata niemożliwości, gdy przez rok* on lub ona w myśli żadnej nie pojawią się choćby na nanosekundę.

Jadąc na święta wspominałam z Sadownikiem pewne wydarzenia z młodości. Zdziwiłam się, gdy dotarło do mnie, że o onym nie umiem już myśleć.

_________________
*   rok? Dlaczego rok? Z linijką podchodząc do zagadnienia powiedziałabym 20% długości związku, ale to tylko nędzna empiria.

piątek, stycznia 11, 2013

646. Lokalny Tata

Jabłoń:
(wieczorem wybiera numer do Bliźniaczej Liczby, bo późno
i chce sprawdzić, czy wszystko w porządku u Chrobrego Baczka,
co spotkać się z koleżanką miał w planie
)

Sadownik:
Daj, daj!
(bierze telefon)
dobry wieczór... tu lokalny tata,
dziecko kochane, o której Ty wrócisz do domu?

645. Kronika „słychania”

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dwa dni przed Świętami moją uwagę zwróciło dwóch Afrykańczyków stojących przy okienku firmy z żółto-czarnym szyldem zajmującej się międzynarodowymi transferami pieniędzy. Poczułam się bardziej w kolorze. Tak, jestem uprzywilejowana, jestem Biała. Zaraz potem kalejdoskop w oczach zrobił pstryk i zobaczyłam nagle Święta Bożego Narodzenia jako Święta Segregacji Rodzinnej. Z przyjaciółmi wyściskani, odwiesiliśmy się nawzajem na kołek naszych połączonych światów i pojechaliśmy w rodzinną rzeczywistość spędzać czas... przeżyć, wrócić.

*

(Gepardzica z Jabłonią przez telefon ustaliły,
że strasznie dawno się nie widziały,
czyli w zeszłym roku przed świętami
)
Gepardzica:
Dobrze, że jest blog, to przynajmniej wiem,
co u was słychać i że wszystko jest w porządku.

(godzinkę później)

Jabłoń:
(zmywa, mówi coś do Sadownika
i kątem oka dostrzega, że Ten po jej blogu buszuje
)
Żabko, a Ty, co robisz na moim blogu?

Sadownik:
Chcę się dowiedzieć, co słychać w twojej głowie?

Jabłoń:
No przecież żyjesz ze mną, to wiesz.

Sadownik:
Tak, ale na blogu wszystko podane jest łopatologicznie.

czwartek, stycznia 10, 2013

644. Miłosny patchwork

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Coni The Wind pod pachą wczoraj książkę o miłości romantycznej nosił. Miłość, tak. Przymiotnikom obok niej mówię zdecydowane nie.

*

Jabłoń:
(wrócona do domu kręci się to tu, to tam)

Sadownik:
(czyta z monitora na głos)
Nie każda chce mieć księcia z bajki.
Niektórym wystarczy żaba z charakterem.

Jabłoń:
Moja Ty Żabko ukochana!

*

Od kilku dni chodzą po mnie te zdjęcia i za każdym razem wzruszają do łez:

Peter Gabriel, The Book of Love.

Chcę dożyć i cieszyć się plamami wątrobowymi na dłoniach splecionych z Sadowniczymi. I tylko pewnych zdjęć mi brak. Takich, na których jest para kobiet lub para mężczyzn... Chcę dożyć czasów, gdy będzie oczywiste, że nie może ich zabraknąć.

wtorek, stycznia 08, 2013

643. Bez planu

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od wczoraj bezliter i bezsłów w uścisku mnie trzyma. Obrazy i uczucia napadają na mnie w sposób systematyczny, choć chronologicznie chaotyczny. Wydobywają się z czeluści tego, co zwykło się nazywać pamięcią długoterminową. Jedne wzbudzają drugie. Pozostaję zatrzymana. W zadziwieniu.

Plan. Trzeba mieć plan. Szczegółowy. Wiedzieć co, kiedy i z kim. Plan rezerwowy, awaryjny, na wszelki wypadek też trzeba mieć — świat i życie są przecież tak bardzo nieprzewidywalne. Trzeba wiedzieć skąd, gdzie i po co się idzie. Plan na najbliższe dziesięć, piętnaście, czterdzieści lat…

Nie mogę sobie przypomnieć, czy był wobec Niej jakiś plan. Przed oczyma stanęła mi scena, gdy wyjmuję Ją z samochodu — puchate, ciepłe, ciut wystraszone pięć i pół kilograma szczeniaka.

Przyniosłam ją do domu, a Ona nie pytając zabrała mnie w podróż nieznaną mi drogą... moja, nasza Hexe.

Dziś. Zaczynamy z Altówkami drugi rok. Pierwszy przeszedł najśmielsze moje oczekiwania. Gdy się zaczynał, chyba żadna z nas nie przypuszczała, że rozwinie się w formę, którą dziś prezentuje.

*

Czego się boję? Czego obawiam? Co mnie przeraża?

Ze zdolności generalizacji skorzystałam. Doświadczenie dogoniło w końcu intelektualne rozważania i z zachwytem — już teraz, a nie poniewczasie — patrzę na Drogę, która przede mną. Dziś. Nieokreślona, Nieznana, a na niej Nieprzewidywalne, Nieodgadnione i Nieoczekiwane. Cieszę się na to wszystko…

fot. Sadownik

niedziela, stycznia 06, 2013

(640+2). Było sobie marzenie

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy osiem i pół miesiąca temu Joasia Hewelt na seminarium powiedziała, że dla wielu szczytem marzeń, dotyczących wyszkolenia psa, jest zaliczenie „obidiensowej zerówki”, wstrzymałam oddech, by ukryć siebie. Byłam wtedy wśród wspomnianych mini-maksymalistów. „Zerówka” była dla mnie ogromnym marzeniem, nie celem...

*

W piątek w Kaliszu, gdy już z Henią skończyłyśmy trening, stałam na galerii widowni i patrzyłam na ćwiczące jeszcze psio-ludzkie duety. Wzruszyłam się do łez po raz pierwszy. Uprzywilejowane psy, co miały szczęście trafić do mądrych ludzi. Uprzywilejowani ludzie, że mogą pracować z psami. Uprzywilejowani po dwakroć, bo przygotowani już do startów w klasie 0 lub 1. Z przyjemnością wdychałam psio-ludzkie skupienie na pracy.

W sobotę rano, po zarejestrowaniu się, zatrzymałam się na środku długości galerii. Spojrzałam w dół na pusty, przygotowany dla „zerówki” ring. Osiem pachołków i przeszkoda w skupieniu kontemplowało zastaną chwilę. Przystanęłam. Z przyjemnością wdychałam bezruch i chłód końskiej hali. Wzruszyłam się do łez po raz drugi, że Henia, że ja, że ogromnym przywilejem jest uczestniczyć w tych zawodach, że kawał pracy wykonałyśmy, że kawał fantastycznej pracy wciąż przed nami, że fajni Ludzie nam w tej nauce towarzyszą... i stało się...

*

Pierwszy formalny start w zawodach Obedience za nami. Heniutka zawaliła pewniaka, cudnie zrobiła przywołanie, aport przyniosła i z przyjemnością pokonała w poprawny sposób przeszkodę, choć trzy dni wcześniej nie kumała, o co chodzi. Uzyskała ocenę doskonałą w klasie 0. Wygląda na to, że czas na nowe marzenie...

Wróciliśmy. Ledwo żywi. Nowe marzenie nic sobie ze zmęczenia nie robi i... kiełkuje! Już prawie mam marzenie, które w swym zalążku marzy, by celem się stać...

czwartek, stycznia 03, 2013

641. Piszne! Piszne literki!

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Konsumuję święta. Jestem na początku orgietki. SuperPo30stko, dziękuję za Twego nosa, że w zachwyt mnie wprawią tworzone przez panią Tokarczuk światy.

(...) Zawsze miałam wrażenie, że stopy są naszą najbardziej intymną i osobistą częścią ciała, wcale nie genitalia, nie serce, czy nawet mózg, narządy bez istotnego znaczenia, które zbyt wysoko się ceni. To w stopach kryje się cała wiedza na temat Człowieka, tam spływa z ciała ważki sens tego, kim naprawdę jesteśmy i jak odnosimy się do ziemi. W dotknięciu ziemi, na jej styku z ciałem mieści się cała tajemnica — że jesteśmy zbudowani z pierwiastków materii i jednocześnie jej obcy, oddzieleni. Stopy — to nasze wtyczki do kontaktu.

*

Tego najbardziej nie lubię u ludzi — zimnej ironii. To bardzo tchórzliwa postawa; wszystko można obśmiać, poniżyć, w nic się nigdy nie zaangażować, z niczym nie poczuć się związanym. Być jak impotent, który sam nigdy nie zażyje rozkoszy, ale zrobi wszystko, by obrzydzić ją innym. Zimna ironia to podstawowy oręż Urizena. Uzbrojenie niemocy. Mają przy tym ironiści zawsze jakiś światopogląd, który obnoszą tryumfalnie, choć jak się im zacznie wiercić dziurę w brzuchu i dopytywać o szczegóły, to się okażę, że składają się nań jakieś triwia i banalia.

*

Kiedy słuchałam opowieści Dobrej Nowiny o jej życiu, zaczęłam w głowie formować te wszystkie pytania, które zaczynają od „dlaczego nie...”, po czym następuje opis tego, co — jak nam się wydaje — powinno się zrobić w takiej sytuacji. Już moje wargi zaczęły się układać w takie bezczelne „dlaczego”, kiedy ugryzłam się w język.
     To właśnie robią kolorowe magazyny, i ja chciałam być przez moment jak one: mówić nam, czego nie zrobiliśmy, gdzie zawaliliśmy, co zaniedbaliśmy, i w końcu naszczuć nas na samych siebie, żebyśmy sobą gardzili
 Nic nie powiedziałam. Historie życia nie są tematem do dyskusji. Powinno się ich wysłuchać i zrewanżować się tym samym.

*

(...) a potem dodałam: — My mamy światopogląd, a Zwierzęta mają światoczucie, wiesz?

*

(...) Zastanawiałam się nad tym, czy gwiazdy nas widzą. A jeżeli tak, to co sobie o nas mogą myśleć. Czy rzeczywiście znają naszą przyszłość, czy nam współczują? Że tkwimy w teraźniejszości, bez żadnej możliwości ruchu? Ale myślałam też, że mimo wszystko, mimo naszej kruchości i ignorancji, mamy nad gwiazdami niesamowitą przewagę — to dla nas pracuje czas, dając nam wielką szansę przemiany cierpiącego i bolejącego świata w szczęśliwy i spokojny. To gwiazdy są uwięzione w swej mocy i właściwie nie mogą nam pomóc. Projektują tylko sieci, tkają na kosmicznych krosnach osnowy, które my musimy wypełnić naszym własnym wątkiem. I przyszła mi wtedy do głowy ciekawa Hipoteza. Że może gwiazdy widzą nas tak samo, jak my widzimy na przykład nasze Psy — mając większą niż one świadomość, w niektórych momentach wiemy lepiej, co jest dla nich dobre; prowadzimy je na smyczy, żeby nam nie zginęły, sterylizujemy je, żeby się bez sensu nie rozmnażały, wozimy je do weterynarza, żeby je leczyć. A one nie rozumieją skąd to, dlaczego, w jakim celu. Ale się nam poddają. Więc może i my sami też powinniśmy poddawać się wpływom gwiazd, lecz przy tym rozbudzić naszą ludzką wrażliwość.

Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

I mogłabym tak jeszcze długo wyciągać ulubione fragmenty... I mogłabym jeszcze dłużej zastanawiać się, które fragmenty Wy [o przynajmniej Dwóch Kobietach myślę tu na pewno!] byście zacytowały... te najulubieńsze... Tylko, czy Ktoś dotrwał do końca tego wpisu, by przeczytać o liściastej ciekawości Drzewka?

640. Wpis zawiera lokowanie produktu

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Piesy rozwijają ludzi w wielu kierunkach. Przyszła kolej na Modę. Przez wielkie M. Wygodną. Niedrogą. Użyteczną. Psio zorientowaną Modę, oczywiście.

Ponieważ jutro ruszamy na zawody a Sadownik odmówił marznięcia, więc wczoraj zarządził pierwsze niuchanie w sklepie, którego artykuły wydawały się dalekie od jakichkolwiek naszych potrzeb. Sklep podpowiedział nam na treningowych zawodach Pan Norda, gdy oboje zachwycaliśmy się jego kamizelką z tysiącem zakamarków potencjalnie wypełnionych smakołykami, piłkami i szarpakami.

Zamysł był nieskomplikowany — ja jechałam po kamizelkę a Sadownik po ciepłe spodnie. Stanęło nie tylko na kamizelce i spodniach, ale również na tym, że od wczoraj już jako świadomi profesjonalni majsterkowicze, zgodnie z opisem profilu sklepu, jesteśmy zachwyconymi klientami naszego nowego sportowo-odzieżowego przybytku — to wciąż ten sam sklep. Dział BHP przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Ulokowaliśmy w nim swoje serca. Mają nawet dział z damskimi spodniami! Nie mogłam sobie odmówić. Wzięłam. Ciut za duże, ale wystarczająco długie. Robią na mnie wrażenie i niezmiennie wprawiają mnie w doskonały nastrój. Bardziej damskich spodni (w różyczki) w życiu nie miałam.

A Heniutka na to: wow! Ależ z nas dziewczyńska Drużyna, Jabłonko!

środa, stycznia 02, 2013

(634+5). Subiektywnik poświąteczny (VI)

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

to ja jadę czysta kilometrów a oni idą obejrzeć dziennik... to ja jadę czysta kilometrów, już jestem, siadam na kanapie... a oni idą zmywać gary, sprzątać, góra dół po domu latać, jedzenie dla psów na jutro szykować... to ja...

Drzewny fochodąs bliski pojawienia się był, gdy dostrzegłam, że w całym tym poruszeniu nie o Nich chodzi, nie o możliwość rozmowy nieśpiesznej, nie o to, że chciałabym z nimi pobyć jakoś tak bardziej, inaczej. No więc, Drzewku pod podszewką bynajmniej nie o te szlachetne cele chodziło, lecz o jej poczucie ważności. Ogarnęłam się sprawnie.

Tak, przyjechałam. Byłoby cudnie nieśpieszną rozmowę o rzeczach ważnych prowadzić, ale to nie ja ustalam reguły gry. Wycofałam nierealne oczekiwania. Być może na ten moment moja obecność za trzema ścianami to było właśnie to, co można nazwać udanym rodzinnym spotkaniem.

to ja jadę czysta kilometrów, oni robią różne rzeczy, a ja cieszę się, że wciąż mogą je robić... razem; że jeszcze jest miejsce, gdzie mogę gapić się w ogień w kominku bez żadnych ograniczeń, zanim drzwi tego domu zamkną się przede mną na zawsze.

Tak. W Święta 2012 dużo się nauczyłam.

wtorek, stycznia 01, 2013

(634+4). Subiektywnik poświąteczny (V)

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przez dwa dni, gdy konie jeszcze spały lub gdy konie przebierały się wieczorem w piżamki, my z Heniutką, dzięki gościnności TR-W Miłosna ćwiczyłyśmy, bo zawody tuż, tuż... a my zestrachane już, już...

(634+3). Subiektywnik poświąteczny (IV)

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Mistrz Li perorował. O ryzyku. O zysku. O wkładzie własnym. Mały. Zbyt duży. Tu włożyć. Tam wyjąć. Biznes szybki robić. Na szczęście była to rozmowa między mężczyznami. Drzewko tylko towarzyszyło rodzącej się w słowach młodej żądzy pieniądza. Mężczyźni rozmawiali. Drzewko słuchało. Wzrokiem wodziło tu i tam. Zwolnione z zabierania głosu, robienia mądrej miny, i potakiwania, podziwiało kompetencje miękkie Sadownika. Po tej rozmowie, a w zasadzie monologu, bo Sadownik tylko komunikaty niewerbalne wysyłał interlokutorowi, Drzewko nie ma już wątpliwości, że jest Idealistką. Ryzyko. Zysk. Wkład. Biznes. A Ono z uporem maniaka pyta: ale po co? Kasa. Tak, rozumie, potrzebna, ale nie ustaje i pyta a dalej co? (cdn.)

One Day, Mistrzu Li...

Asaf Avidan, One Day / Reckoning Song.

(634+2). Subiektywnik poświąteczny (III)

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

     — On jest taki wyjątkowy — rozpływał się Orzeszek w zachwycie nad swoim trzydniowym, drugim wnukiem.
     — Wszystkie dzieci są wyjątkowe — odpowiedziało Drzewko zamykając rozmowę niefortunną generalizacją.

*

Po kilku godzinach od wciśnięcia czerwonej słuchawki chwyciło się Drzewko za głowę. Jak mogło tak beznadziejnie się zachować... on na pewno jest wyjątkowy... Nie skłamało, prawdą przecież jest, że wszystkie dzieci wyjątkowe są... Smutno się Drzewku podczas tej rozmowy zrobiło. Jej głęboka, dziecięca, stara trudność w bok została szturchnięta. Trudność, która rzeźbiła drzewkową perspektywę widzenia świata i jej permanentną niezgodę na wyjątkowość zarezerwowaną tylko dla dzieci. Każdy człowiek wyjątkowy jest i koniec, i początek.

*

Potrzebujemy czuć swą Wyjątkowość, nie po to, by w szale bezgranicznego narcyzmu nabywać kolejne lustra. Potrzebujemy Świadomości swojej Wyjątkowości, by z wdziękiem podarować Ją Światu. Potrzebujemy swej Zwyczajności, by móc spotkać się z Drugim Człowiekiem — zobaczyć w nim siebie, zrozumieć, pokochać... Wyjątkowość. Zwyczajność. Wyjątkowość. Zwyczajność. Są z nami od pierwszej chwili na tym świecie niczym wdech, wydech, wdech/zwyczajność, wydech/wyjątkowość, wdech, wydech... My, w każdej sekundzie wyjątkowo zwyczajni i jednocześnie tak niebywale zwyczajnie wyjątkowi. Drzewko lubi dostrzegać zapomnianą Wyjątkowość i zwracać ją Ludziom, prawowitym Jej Właścicielom, którzy stają na jabłkami usłanej Drodze. Prawda, że nie musimy czekać na ostatnie kogoś tchnienie, by powiedzieć mu, że jest wyjątkowy?
Amen. (cdn.)

(634+1). Subiektywnik poświąteczny (II)

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wigilijny stół. Wigilijny Czas. Świąteczne Poruszenie i Gwar. Pierwszy, Drugi i Trzeci Głód zaspokojone. Polityczne Polaków bajanie. Wyłączyłam się, gdy ekonomiczne aspekty rytualnego uboju wjechały na stół. Ciało i wzrok z grzeczności przy stole pozostawiłam. Odpłynęłam. Myśli uniosły mnie daleko w bezkres, bezczas i bezsłów. Wróciłam, gdy nasze oczy się spotkały, gdzieś w pół drogi między Jego a moimi oczodołami. Dotyk Jego Wzroku miłosne uniesienie wyzwolił. W tej jednej, z zewnątrz nic nieznaczącej, chwili 40. Gwiazdka obdarowała mnie świadomością odkrytej na nowo dobrej nowiny, że On jest moją Gwiazdką, moją Wigilią każdego nadchodzącego dnia, moim Wszystkim. (cdn.)

634. Subiektywnik poświąteczny (I)

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Zaczarować świąteczny Czas chciałam. Awansem napisałam, że będzie to najpiękniejsza Gwiazdka mojego Życia. Konstrukt życzeniowy o wdzięcznej nazwie polisz-fjuczer-past-perfekt zainstalowałam sobie w głowie i pojechałam. Ale zanim pojechałam...

*

Sadownik:
(na balkon w Wigilię Wigilii wylazł,
okiem po pustym parkingu rzucił
)
Słoiki pojechały.

Jabłoń:
(gdy Sadownik wytłumaczył Drzewku znaczenie terminu „słoik”)
Też kiedyś byliśmy słoikami.

Sadownik:
Ale już nie jesteśmy.

Z lubością wspominali Czasy, gdy oprócz siebie nie mieli Nic. Teraz, choć lekko obrośnięci w posiadanie, nadal mają siebie i oboje uważają, że mają nie jest najszczęśliwiej użytym słowem.
Mają szczęście Te Post-Słoiki! (cdn.)

niedziela, grudnia 23, 2012

633. Mleczna Droga Świąt

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Między wieloma Gwiazdkami. Chleb krytyką smarowany co dnia. Może miała hartować. Mobilizować, by starać się nie ustawać, być lepszym i coraz lepszym. By umieć. Radzić sobie. Stać się kimś. Uodpornić organizm na porażki. A gdy te przyjdą zmienić. Poprawić. Ulepszyć. Osiągnąć. Spełnić oczekiwania. Maksymalizować. Niedościgniony ideał gonić. Kto wie, może wtedy?

*

Na chwilę przed moją 40. Gwiazdką w życiu, w przerwie przed ostatnimi zajęciami w tym roku kalendarzowym na kawie byłam. Przez okno od samej ziemi do samego nieba na opustoszałe ulice stolicy patrzyłam. W fotelu ja między świąteczną ziemią a niebem bez obsesyjno-kompulsywnej potrzeby naprawiania świata. Zatrzymałam się, by po prostu cieszyć się świątecznie życiem. To będzie najlepsza Gwiazdka w moim życiu...

Carol of the Bells.

632. X Miss

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pracuję jeszcze. Ostatnie dwa dni w tym roku.

W Bibliotece mojej pierwszej pracy można spotkać taką niebywałą Piękność. W rankingu choinek ma u mnie niekwestionowane miejsce pierwsze.

Mam ogromną przyjemność przedstawić Państwu:

Miss Świata 2012
Miss Universe 2012
Miss Galaktyki 2012

fot. Bartek Skrzypiec

piątek, grudnia 21, 2012

631. Pastereczki wychodne

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(w korytarzu Przytuliska stopy w buty próbują trafić,
Heniutkę rozpiera szczęście perspektywą spaceru karmione
)

Sadownik:
(do Heni)
Żeby sprawa była jasna, Sierściu,
twoja Pańcia wcale z tobą nie idzie.

Jabłoń:
Tak, Heniu, teraz Pan jest twoim Pasterzem.

(wyszli; Henia z Panem na spacer,
Jabłoń na pogaduchy przy kawie
)

*

(po kilku godzinach, gdy Jabłoń w wersji Pastereczka 1.0 wróciła do domu)

Jabłoń:
(do Sadownika słodkim, wypoczętym głosem)
Wiesz, uwielbiam wracać do domu z pogaduch,
taka stęskniona Ciebie.

Sadownik:
I dobrze, że tęskniłaś. Źle by było, gdybyś na tej kawie
nic nie robiła, tylko odpoczywała.

czwartek, grudnia 20, 2012

630. Dzień przed końcem świata

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Patrzyła na mnie raz. Powiedziałam jej nie. Po kilku miesiącach znów stanęła przed moimi oczami. Trafiła na mój smutny czas. Odwróciłam się do niej plecami. Potem było trzecie, czwarte spotkanie. Za każdym razem odchodziłam mając pewność, że kiedyś powiem tak, ale na ów moment — ze strachu, że się rozsypię na drobne kawałki — mówiłam nie. Na początku grudnia, gdy była u nas Bliźniacza Liczba, po raz piąty mignęła mi przed oczami. Była uparta wystarczająco. Poddałam się. Może przyszedł już czas na tak. W poczet pakietu świątecznego ją wciągnęłam. Dwa dni temu dotarło do mnie, że mało świąteczna jest. Wyjęłam ze stosiku. Przeczytałam. Wstrząsnęła mną, tak jak planowała. Pierwsza z Trylogii pozostawiła pytania, na które nie można znaleźć odpowiedzi. Dziś ważne dla mnie są nie tylko literki, ale Twarze Bohaterów reportaży — Ocalonych, dla których koniec wielu światów miał już miejsce, nie muszą czekać do jutra.

Kroję chleb... po tej książce wyostrza się zmysł bogactwa i wylicza:
jestem...
Sadownik jest...
Henia jest...
To będą niezwykłe święta, bo będą. Tak po prostu będą.

***

[Sylvie Umubyeyi, lat 34*]
Nie, wojna nie odebrała mi spokoju ducha. Mam niesłychane szczęście, bowiem są ludzie, którzy zrobili wszystko, co mogli, by uniknąć maczet, a jednak zostali zabici. Ja jeszcze żyję. Skoro mam tę szansę, chcę, by przyjemność rodziła się w spokojnym rytmie, który mi odpowiada, ani za wolnym, ani zawrotnie szybkim. Patrzę, jak czas upływa, nie uganiam się za nim, jednak nie pozwalam mu przeciekać przez palce bez słowa.

[Claudine Kayitesi, lat 21*]
Hutu mówili też, że mamy za dużo krów; to nie była prawda. Moi rodzice nie hodowali krów. Nasi sąsiedzi nie mieli krów, a była to liczna rodzina i mieli wiele potrzeb. Krowy czekają na targu na klienta z pieniędzmi, który zechce je kupić. Prawda jest taka, że Hutu nie lubią krów. Gdy Tutsi ujrzy stado krów w zagajniku, widzi wielkie szczęście. Gdy Hutu zobaczy krowy, widzi tylko kopyta i szkody.

[Innocent Rwililiza, lat 38*]
(...) Myślałem: „Skoro masz umrzeć, musisz spróbować przeżyć choć dwa czy trzy dni dłużej”. Właśnie dlatego się rozłączyliśmy.
Lecz jest też inny powód naszego rozstania, trudniejszy do wyjaśnienia; muszę o tym powiedzieć. Tak. Kiedy w jakiejś rodzinie wszyscy mają umrzeć, kiedy nie możesz nic zrobić, żeby ocalić żonę czy ulżyć jej cierpieniom, tak samo jak ona, lepiej jest pójść i dać się zabić gdzie indziej. Powiem to trochę jaśniej. Jeśli nie umrzesz pierwszy, jeśli będziesz słyszał krzyki twojego ojca, matki, żony albo dziecka i nie będziesz mógł ruszyć ręką, żeby ich ocalić czy choćby sprawić, by mieli lżejszą śmierć, umrzesz sam, w poplątaniu uczuć, które łączyły was w dobrych czasach, ponieważ będziesz czuł się zbyt winny w sytuacji, która cię przerasta. W ostatniej chwili ogarnie cię straszne uczucie wstydu i przeważy nad miłością, wiernością i wszystkimi tego typu uczuciami. Na granicy istnienia odbiorą ci nawet wspomnienia dobrych chwil, które przecież życie ci dało. Oto dlaczego pomyślałem: może to lepiej, że zostaniemy ścięci z dala od swoich oczu.

*

Na całym świecie, czy jesteś biały, czy czarny, z Bieguna Północnego czy z dżungli, nie wywołujesz zaraźliwego uczucia zażenowania. Tu w Rwandzie, być Hutu czy Tutsi to cała historia. Na targu Hutu rozpoznaje ludzi Tutsi z odległości pięćdziesięciu metrów i vice versa, ale stwierdzenie, że istnieje różnica, jest tematem tabu, nawet między nami. Ludobójstwo zmieni życie wielu pokoleń Rwandyjczyków, a jednak wciąż nie wspomina się o nim w szkolnych podręcznikach. Nigdy nie czujemy się swobodnie, mówiąc o tych niuansach. Przynależność etniczna do pewnego stopnia przypomina AIDS, im mniej się o niej mówi, tym więcej czyni spustoszeń.

Jean Hatzfeld, Nagość życia. Opowieści z bagien Rwandy,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.

_________________________
* wiek Ocalonych w roku 1999. Autor fotografii: Raymond Depardon.
(wykorzystano fragmenty fotografii).

wtorek, grudnia 18, 2012

629. Hmmmmm na cześć Miłości

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Hmmmmm. Napisała Wanilijka w komentarzu.
Trybiki maszyny myślącej ruszyły kontemplować. Hmmmmm.

Miłość. Znormalizowana. Matczyna/Ojcowska. Małżeńska. Partnerska. Do Ojczyzny. Skrywana. Własna. Nazwana. O tak! To najważniejsze. Etykieta daje poczucie kontroli. Określa granice. Definiuje normy. Pozwala poczuć się bezpieczniej. Hmmmmm.

Mówią: pieniądze leżą na ulicy. Od kilku dni kołacze mi się po głowie analogiczne stwierdzenie: miłość leży na ulicy. By ją podnieść, trzeba choć przez ułamek sekundy, ujrzeć w drugiej Osobie Człowieka, Potencjał, Marzenia i Serce. Stracimy kontrolę. Granice nowe będzie trzeba określić. Normy zdefiniować. Nie będzie ani trochę bezpieczniej, ale będziemy czuć, że żyjemy. Dlaczego tak rzadko sobie na to pozwalamy? Hmmmmm.

poniedziałek, grudnia 17, 2012

628. Niedzielne łupy

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W weekend byłam w Przytulisku gościem, ale za to łup późnym wieczorem przytargałam:

*

Gośćmi w Lesie byli wczoraj Sadownik z Heniutką. Ukochany Student sfotografował Zimę. Użebrałam, by pozwolił zachować Jej stan ducha od zapomnienia:

fot. Sadownik

sobota, grudnia 15, 2012

627. Wspaniałą, Wspaniałym, po prostu bądź!

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Asystowałam na Polityce Relacji. Przyniosłam do domu szczegół, detal, jedno zdanie — małą różnicę, która czyni wielką różnicę:

piątek, grudnia 14, 2012

626. Magia Życia, Magia Chwili

 wpis przeniesiony 4.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uzgodniona rzeczywistość. Spotkaliśmy się pięć lat temu. W bardzo jasno określonych okolicznościach. Imię. Nazwisko. Sztywne role. Imię. Nazwisko. Jednoznacznie zdefiniowane oczekiwania. Oboje wywiązaliśmy się z umowy. Koniec!

Poziom snu. Gdy Coni The Wind przekraczał próg pomieszczenia, nie wchodził tylko człowiek. Wchodził nastrój. Atmosfera się zmieniała. Bił od Niego wieczny, prastary, dobry spokój. We mnie przyjemne, nieznane, jeśli chodzi o natężenie, uczucie. Życzliwości? Wiary w człowieka? Pewności, że znamy się od zawsze? Nie rozumiałam i nie miałam potrzeby rozumieć. Zachowałam w sobie to niebywałe doświadczenie. A może wiedzieliśmy o sobie wzajemnie coś, czego do dziś nie umiem i nie mam potrzeby wyrażać słowami? To było w drobnych gestach i w pauzach po wybrzmiałych kropkach na końcu zdań. Spotkaliśmy się na krótką chwilę.

Spotkaliśmy się wczoraj. Na kawie. Początek?

Coni The Wind. Spotkaliśmy się na krótką chwilę.


Coni The Wind