czwartek, października 21, 2010

107. Modelka

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Tak wygląda Kudłata, gdy na horyzoncie pojawi się dziecko. Zamiera, nie spuszcza z oka, staje się na chwilę najpiękniejszą modelką na wybiegu Złotej Jesieni. Wczoraj wypatrzyła roczną Marysię, która ku memu absolutnemu zaskoczeniu szła do Heńki, jakby się znały od zawsze. Spotkanie dwóch młodych duszyczek odbyło się pod kontrolą, na smyczy. To prawda, że labradory uwielbiają dzieci, ale trzeba pamiętać, że mają bardzo żywiołowy sposób okazywania radości: skoczyć i wylizać, co przy 25kg wagi może być dla małego człowieka rodzajem sportu ekstremalnego.

Przypomniało mi się, że jakiś miesiąc temu pewna pani próbowała mnie uświadomić, że robię Kudłatej krzywdę nie posiadając potomstwa, bo to są psy stworzone do dzieci. Dała mi dobrą radę, abym się zastanowiła, bo jeszcze nie jest za późno. Nie chciało mi się pani tłumaczyć, że bezdzietność nie jest dla mnie cierpieniem, tylko Darem. Autorytarnie stwierdziłam, że Kudłata ma u nas psi raj na ziemi. Nie mam zamiaru pytać Sierściucha, czy chciałaby mieć ludzkie rodzeństwo --- to byłaby zbyt daleko posunięta antropomorfizacja. Ma raj i kropka.

środa, października 20, 2010

106. Świętuję

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Dzisiaj świętuję normalne życie. W końcu, po dwóch miesiącach Sadowniczego włóczenia się po kraju lub mojego niebytu w Przytulisku, przyszedł ludzki czas. Z przyjemnością ogarnęłam nasze kąty, przygotowałam obiad, wydałam go, zaliczyłam kilka spacerów i padłam... ze szczęścia nie mam siły się ruszać --- Sadownik wojuje w przybytku zakupów wszelakich, by upolować wszystko to, co jest potrzebne Stadu. Siedzę i zachciało mi się usłyszeć piosenkę, która od kilku dni chodzi mi po głowie. Gdy miałam naście lat, szpulowy magnetofon znalazł w moim pokoju schronienie, bo tylko na szpulce była ta piosenka...

Roberta Flack & Peabo Bryson,
Tonight I Celebrate My Love.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

Na szczęście, dziś, na youtube'ie można znaleźć prawie wszystko --- tym samym zachować od zapomnienia. :) Lecę świętować dalej, i życie, i miłość, i życie... tonight I celebrate my love for you, it seems the [most] natural thing to do... Sadowniku...

105. Być piękną i szczęśliwą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nie jest łatwo czuć się piękną w świecie, w którym dominujący kanon piękna kobiecego wyklucza pewne cechy, których jest się posiadaczką. Ciut łatwiej czuć się piękną, gdy żyje się z człowiekiem, który kocha „potworę” i dla którego jest się piękną 24 godziny na dobę, nawet pociągając nosem i kaszląc.

Jakieś dwa lata temu znalazłam najprostszą na świecie metodę, aby czuć się piękną zawsze i bez względu na wszystko. W tym celu, należy wyjąć swoje zdjęcie sprzed 10 lat lub sprzed 15 lat i dobrze się przyjrzeć utrwalonej postaci „potwory”. Zwykle kończy się to zadumą i stwierdzeniem: „O co mi wtedy chodziło? Co mi nie pasowało?”. Gdy patrzy się na swoje zdjęcie sprzed dobrych paru lat, zwykle patrzy się troszkę jak na obcego człowieka i widzi się… naprawdę piękną kobietę, którą chciałoby się dzisiaj być. Już się nie rozumie, na czym polegały dylematy, które się miało w czasach, gdy to zdjęcie było robione. Siłę rażenia procedury można wzmocnić poprzez użycie kilku zdjęć, które dzieli różny upływ czasu. Trik polega na tym, aby oglądając je, uzmysłowić sobie, że dziś, właśnie dziś jest się tą kobietą, której zdjęcie zachwyci nas za dziesięć lat. Utyskiwanie na to, co za numer wycięła nam Natura i na to, co robi z naszą fizycznością czas nie ma już wtedy prawa bytu.

Wczoraj, myślami wróciłam do Wayne'sa, bo jednak spędziłam tam sporo cudnego czasu. Pomyślałam, jak kombatantka własnej młodości, że wtedy to był piękny czas, po którym teraz nie zostały nawet uschnięte liście. Natychmiast w mojej głowie pojawił się pomysł, aby przedstawioną powyżej technikę liftingu zawartości głowy zastosować do chwil. No i okazało się, że właśnie dziś jest ten czas, który za dziesięć lat, na samo wspomnienie, będzie wydawał mi się oazą szczęścia.

Dwa w jednym, nie dosyć, że jestem piękna, to jeszcze szczęśliwa! Dzielę się tym w nadziei, że liczba pięknych kobiet, przystojnych mężczyzn i szczęśliwych ludzi, którzy są tych przywilejów świadomi, może tylko wzrosnąć...

wtorek, października 19, 2010

(100+4). Warsztat — moja praca z uzależnieniem

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Było cudowne ćwiczenie na pracę z uzależnieniem lub tendencją do uzależnienia --- każdy człowiek ma. Wybrałam do pracy moje uzależnienie od kawy w Wayne’sie. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na jego temat. Myślałam, że może uwiązały mnie tam wspomnienia i dobry czas jaki spędziłam w tej sieciowej kawodajni. Okazało się, że sięgając po kawę w Wayne’sie sięgam po stan, w którym ja i mój wewnętrzny krytyk rozpoczynamy podróż. Rozstajemy się, on udaje się na wakacje w ciepłe kraje, ja znikam do świata, gdzie wszystkie istoty, które spotykam nie mają krytyka wewnętrznego. W tym świecie relacje międzyludzkie są bezpośrednie, szczere i pozbawione strachu przed oceną, który targają zwykle przy sobie wspomniani krytycy. Co za świat! Już wiem jak się do niego wśliznąć, bez sięgania po kawę. Ciekawe, czy teraz kawa w Wayne'sie będzie inaczej smakować? Sprawdzę.

(100+3). Warsztat — osobiste odkrycia

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Od przeszło roku pracuję nad siłą. Nad świadomością posiadania siły i mocy, nad umiejętnością jej używania, nad umiejętnością dostrzegania siły w zachowaniu innych. Nie chodzi tutaj o siłę fizyczną, bo tej starcza mi tylko na kilka kilogramów zakupów, w przypadku większych ciężarów mój kręgosłup używa swojej siły by bez pardonu powiedzieć stop. Chodzi o siłę wynikającą z pozycji społecznej i doświadczeń życiowych. Jestem z gatunku silnych, choć świadomość tego faktu mam dopiero od roku.

Dla mnie osobiście, gdybym miała w jednym zdaniu napisać czym ów warsztat był, wyłączając techniczną stroną pracy ze stanami ekstremalnymi, powiedziałabym, że był to warsztat o sile, najczęściej o jej niebraniu, ale również o jej nadużywaniu, w każdym przypadku o nieświadomości jej posiadania.

Największym moim odkryciem było to, że w sile jest słabość a w słabości siła. Brzmi idiotycznie, ale właśnie tak dla mnie jest od kilku dni. Dwa przykłady, które ilustrują każdą z fraz.

Słabość w sile --- gdy jest się zosią-samosią bardzo ciężko jest prosić, bo w świecie zosiek-samosiek proszenie jest niejako przyznaniem się do słabości, a one tego robić nie lubią. Jako 100% przykład zosi-samosi, proszę dopiero wtedy, gdy jestem pod ścianą. Po fakcie, za każdym razem zachodzę w głowę, dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej zamiast walić głową w mur. Ta część mnie, która zachowuje się według tego scenariusza jest mi bardzo dobrze znana i dużo pracy wkładam w to, aby prosić ciut wcześniej niż stojąc pod ścianą.

Siła w słabości --- to odkryłam będąc na warsztacie. Spotkałam człowieka, który niby prosił, ale tak naprawdę nie było w tym proszenia, było żądanie. Prosił, a ja dziwnie się z tym czułam. W końcu zobaczyłam co powodowało mój dziwny stan. Od pewnego momentu, za każdym razem, gdy prosił, widziałam siłę, która chciała się skonfrontować z siłą proszonego (niby silniejszego, bo mogącego ową prośbę spełnić). Konfrontacja miała dotyczyć pytania: czy proszony będzie dostatecznie silny by odmówić? Mogłam mu pomóc. Miałam jednak świadomość, że ceną będzie rezygnacja z siebie. Pierwszy raz w życiu świadomie użyłam siły i powiedziałam NIE.

Teraz mam nad czym pracować: jak to jest wiedzieć, że się jest nielubianym? To zupełnie inne odczucie niż podejrzewać, że się jest nielubianym. To też zupełnie coś innego niż nie lubić…

(100+2). Warsztat — impresje

Stany ekstremalne są ekstremalnie trudne do opisania, między innymi, z powodu bogactwa, jakie się w nich kryje. Ćwiczenia, które wykonywaliśmy na sobie po południu pozwalały odkryć odrobinę szaleństwa w sobie — doświadczyć siły, jaką ono ma.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam to drzewo, zatkało mnie na widok jego mocy. W kolejnych dniach stało się dla mnie dziełem sztuki, którego Autorka-Natura zapomniała podpisać i nie wiadomo, czy tytuł to: „Schizofrenia” czy „Stan ekstremalny jako forma normy”.

Jedno było pewne, już się nie zastanawiam, czy w telefonie powinien być aparat czy nie. :)

(100+1). Warsztat — rytuał

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mieszkałam 3,6km łąkami, polami od miejsca, w którym odbywały się zajęcia. Duch Kudłatej, pomimo że Sadownik i Heńka pojechali kolejne setki kilometrów, pozostał ze mną i każdego dnia rano roznosiło mnie od środka, by troszkę się wylatać. Czystą przyjemnością były te spacerki w szybkim tempie. Przestrzeń, odrobina samotności, wiatr i cisza przed dniem pełnym ludzkich istnień, gwarem rozmów… Coś niesamowicie obłędnego i potrzebnego mojemu istnieniu.

środa, października 13, 2010

100. Zamykam kram...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

...na cztery dni. Jutro Kudłata z Sadownikiem jadą do Jego Rodziców. Po drodze zostawiają mnie na warsztacie, który poprowadzi Kate Jobe i Joe Goodbread --- Stany ekstremalne: Społeczność bez murów. Wiem, że samo patrzenie na to jak oni pracują przemieni coś we mnie.

Gdy myślę o stanach ekstremalnych nie przychodzą mi do głowy żadne słowa, ale natychmiast z wielką siłą wraca wspomnienie o zdjęciu, które zrobiłam na spacerze z Kudłatą, rankiem, na magicznym wyjeździe z wpisu 80.:

99. Czarodziejka w metrze

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Dzisiaj pierwszy raz Kudłata jechała metrem ciurkiem dwanaście przystanków. Jak zwykle zrobiła z procedury przemieszczania się z punktu A do punktu B fantastyczne doświadczenie.

Wagoniki w metrze są dość specyficzne w porównaniu do czeluści autobusów czy tramwajów. Ludzie siedzą naprzeciwko siebie, nie mają możliwości ucieczki przed innymi (realizowanej gapieniem się w okno). Siedzą udając lekko autystycznych, niewidzący innych, znieruchomiali, nastawieni jedynie na cel dotarcia do odpowiedniej stacji. Jak się okazało, było to wyjątkowo ciekawe zjawisko dla Heni. Mnie bardzo mile zaskoczył fakt, że pomimo długiego braku ćwiczeń z zakresu podróżowania komunikacją miejską, okazało się, że każdy miesiąc życia Heńki działa na naszą korzyść, jeśli chodzi o jej zdolność do wysiedzenia w jednym miejscu --- nie poznawałam własnej sunieczki.

Upłakałam się jak norka, gdy odkryłam, że Heniutka metodycznie, pasażer po pasażerze, wykrzywiwszy głowę w jego kierunku, patrzy każdemu człowiekowi w twarz tak długo aż ten PĘKA i... uśmiecha się do Kudłatej, czasem wyciągnie do niej dłoń, czasem zagada. Po kilku przystankach, ludzie z przeciwległych ławeczek, gdzie siedziałyśmy, rozprawiali jak starzy znajomi nad urodą, mądrością i grzecznością Heńki. Czarowała psia dziewczynka pięknie... i ludzkie opowieści o czworonogach zaczęły płynąć i płynęły... od Pól Mokotowskich po sam Imielin.

wtorek, października 12, 2010

(57+41). Kim bywa Kudłata?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

No i wydało się, że Kudłata vel
Henia, Fidela, Ginesia
i Jasna Cholera, co dwa dni temu pożarła swojemu Panu fakturę
poza całodobowym etatem terapeutki,
etatem wyprowadzacza leniwych ludzi na spacer,
lubi hobbistycznie zagrać siebie w dokumencie…

Heniuta zgodnie z trendami światowymi jako aktorka-naturszczyk wystąpiła w filmiku przez chwilę od 26-stej sekundy. Była taka mała… i jak zwykle było jej wszystko jedno kto głaszcze, byle głaskał...

(filmik z Prady labradorów jest już niedostępny :((((, niestety)

97. Kolekcjonerka

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Są cechy, o które bym siebie nie podejrzewała. Są też takie, o których przestałam już marzyć, bo są dla mnie nieosiągalne. Na przykład, moja Siostra jest skrupulatna, dokładna, poukładana, do bólu konsekwentna. Ja jestem dokładna dopóki mi się chce, poukładaną co najwyżej bywam, konsekwentna tylko w pracy. Wszystkie te cechy są niezbędne, gdy chce się być znaczącym kolekcjonerem, na przykład, znaczków lub monet.

Ponieważ dość szybko zorientowałam się, że mam wiele cech, ale nie te, o których wspomniałam, więc nigdy na serio niczego nie zbierałam. Miałam pewne napady ideologiczne, na przykład, kolekcjonowałam żółwie, aby przypominały mi, że nie ma niczego złego w śpieszeniu się powoli. Była to chyba najdłuższa zbieracka przypadłość, jaką miałam.

Do wczoraj, biorąc pod uwagę swoje skromne zbiory, według mnie przeuroczych i mądrych, kartek ozdobnych, nie wpadłabym na to, że żyłkę kolekcjonera w ogóle posiadam a jednak…

Wczoraj Sadownik dostał nagrodę Nobla za obiad, który przygotował w niedzielę. W skład nagrody wchodził milion całusków i honorowe stanowisko pomocnika wolontariuszki.

Tydzień temu moja pacjentka rozmarzyła się na temat makaronu z warzywami, takimi duszonymi, że chciałaby jeszcze w tym życiu zjeść coś takiego. Chcesz to masz, pomyślałam. Kłopot polegał jednak na tym, że proces powstawania tego dania jest dla mnie tajemnicą. (A) Umiem pokroić warzywa, (B) cieszę się jak głupek, gdy to danie stoi przede mną na stole, ale nie mam pojęcia, co należy zrobić, aby przesunąć się z punktu A do punktu B bez angażowania Sadownika. Tu ujawnia się mój brak konsekwencji --- chwilowe, ale uporczywe nieprzestrzeganie zasady, którą sama sobie wymyśliłam, że nie angażuję członków mojej rodziny w sprawy mojego wolontariatu w hospicjum; zamiast tego cieszę się ich akceptacją faktu, że nie zawsze mają mnie dla siebie.

Sadownik jednak jest… najcudowniejszym Sadownikiem Świata i NieŚwiata --- zrobił makaron z warzywami. Moja Pacjentka weryfikowała swój pogląd dotyczący mężczyzn w kuchni, gdy za każdym z trzech razy upewniała się pytając, czy aby na pewno robił to mój Mąż. Nigdy nie zapomnę Jej uśmiechu… Przez godzinę marzyłyśmy wspólnie co zrobimy i zjemy w następny poniedziałek a co za dwa, trzy tygodnie...

Tak. Jednak jestem kolekcjonerką pełną gębą… ludzkich uśmiechów. Co Ty kolekcjonujesz?

poniedziałek, października 11, 2010

96. Ślad przeszłości w teraźniejszości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Przy wszystkich blaskach młodości jest to okres życia bardzo trudny (…).
Antoni Kępiński, Schizofrenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Prolog: Pewnie ten fragment nie znalazłby się tutaj. Nawet nie przykułby mojej uwagi na tak długo, bo można go uznać za banalny. Nie wprawiłby mnie w zadumę swoją prawdziwością. Nic z tych rzeczy nie miałoby miejsca, gdybym wczoraj nie spotkała śladu owego trudnego okresu. W sumie śmieszna historia, pokazująca, że życie w swej dynamice posługuje się dużo większą wyobraźnią niż ludzie. W ramach mojej ulubionej zabawy w słowo nie dałabym rady wymyśleć tego, co wczoraj mi się przytrafiło.

Niezbędna dygresja 1: Ludzie czasem, często lub gdy tylko mają okazję, słownie wyrażają tęsknotę za czasami licealnymi lub za okresem pierwszych studiów. Jestem ślepa na kolor owej tęsknoty. Dla mnie był to czas beznadziejny. Doświadczanie swojej inności, bez możliwości stania się kimś takim jak rówieśnicy, bez cienia nadziei na myśl, że któregoś dnia uznam swoją inność za jedną z najcudowniejszych rzeczy jakie mnie w życiu spotkały. Jak ja to przeżyłam? Nie wiem, ale moja obecność teraz na tym świecie świadczy o tym, że jednak jakoś dałam radę. Ta inność wtedy wydawała się wymagająca i okrutna. Dziś, w wielu sytuacjach wciąż jest wymagająca, ale w większości przypadków staje się Źródłem Odkryć.

No więc, w owych trudnych czasach, w akademiku, był sobie jeden sfrustrowany student z rocznika wyżej, z innego kierunku, który wiódł równie nędzne życie jak moje, choć z zupełnie innych przyczyn. Spędzaliśmy sporo czasu dyskutując o marnościach tego świata, użalając się troszkę nad sobą. Relacja rozwinęła się, nie wiedzieć kiedy, w relację, która miała burzliwy charakter, jeśli chodzi o intensywność i czas trwania. Nie minęły dwa miesiące od maksimum cudowności, gdy już całkiem zwyczajnie siebie unikaliśmy.

Niezbędna dygresja 2: Jakoś tak mam, że czasami spontanicznie pojawiają się w mojej głowie myśli o konkretnych ludziach. Pyk, myśl, pyk, po myśli i żadnego związku z logiką. Jest to szczególnie dziwniaste w odniesieniu do osób, z którymi nie utrzymuję żadnych kontaktów.

Część właściwa: Prowadzę wczoraj pierwsze zajęcia na zaocznych. W czasie, gdy studenci pracują nad zadaniem, ja wklepuję ich imiona i nazwiska w arkusz ocen. Upppsss… Pan o imieniu X i nazwisku Y. Uśmiechnęłam się w duchu, bo kilka dni temu przez myśl przebiegł mi właśnie X.Y. Cóż za zbieg okoliczności, człowiek o tym samym imieniu i nazwisku, co ktoś, z kim byłam przez chwilę --- uśmiechnęłam się do siebie. Żadna czerwona żarówka nie zapaliła się w mojej głowie. Po zajęciach prawie wszyscy studenci opuścili salę i został… On. Tylko życie mogło nam wyciąć taki numer.

Epilog: Pamiętam, że zatkało mnie z wrażenia, gdy dowiedziałam się, że ludzie mają tendencję do przeceniania swoich możliwości, jeśli chodzi o dzień, miesiąc, rok, ale zupełnie nie doceniają tego, co mogą osiągnąć w przeciągu pięciu czy dziesięciu lat. Tak, to święta prawda.

Spotkanie z X.Y. uświadomiło mi jak dużo rzeczy zmieniło się w moim życiu przez ostatnich naście lat. Każdy kolejny rok czynił moje życie lepszym, smaczniejszym, piękniejszym i pełniejszym. Super! Może właśnie po to spotkałam znów X.Y.? Najpiękniejsze jest to, że i ja, i X.Y. jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Naprawdę super wiedzieć, że tak potoczyły się nasze sfrustrowane losy!

Wróciłam do domu. Rozbawiona, opowiedziałam cały ten incydent Sadownikowi a ten udając śmiertelnie poważnego poinformował mnie, że już do końca życia nie będę mogła powiedzieć, że „nigdy nie byłam w związku ze swoim studentem”. Cóż za makabryczna manipulacja osią czasu! Albo inaczej, dowód na zakrzywienie czasoprzestrzeni...

niedziela, października 10, 2010

95. Olśnienia odrobinka dla mnie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Jest pewien typ ludzkich zachowań przy których odpadam. Tracę tożsamość, nie wiem kim jestem, tracę siebie. Dobrze mi były znane fazy, że im bardziej unikałam ludzi preferujących to zachowanie, tym częściej ich spotykałam. Potem nijak nie mogłam zrozumieć swoich reakcji, nie byłam w stanie znaleźć żadnej logiki w tym, jak w ich obecności zachowywałam się.

Wczoraj na dniu treningowym, dotyczącym Spektrum nastrojów z Kate Jobe i Joe Goodbreadem, robiliśmy z kolegą cudowne ćwiczenie. Byłam podczas wykonywania tego ćwiczenia klientką i udało mi się nazwać to, co już napisałam na początku tego wpisu. Potem już wszystko działo się niewerbalnie i dało mi takiego kopa, że na haju jestem do dziś.

Oczywiście, szybciutko wypróbowałam zdobyte doświadczenie w kontakcie z ludźmi owego „typu” i… nareszcie poczułam się wolna, bo nie zgubiłam siebie.

Piękne było to, że gdy Kate i Joe demonstrowali ćwiczenie zanim my jako grupa wzięliśmy się do jego wykonania, ogarnęła mnie fala zachodzącej zmiany, uczucie, że Kate za mnie wykonuje kawał roboty zmiękczając moje progi. Patrzenie jak Ona idzie do przodu dodało mi odwagi w przesunięciu się z miejsca, w którym byłam jeszcze rano, do miejsca, w którym coś się zmieniło, coś się wyjaśniło --- odkryłam nieznany mi kawałek siebie.

Z pewnością ten wpis może wydać się niezrozumiały, może nawet bełkotliwy, bo wszystko działo się poza słowami, w ruchu, w dźwiękach i nie jest możliwe wyrażenie tego słowami. Mam jednak ogromną potrzebę, by został po tym wydarzeniu ślad, bo to był dla mnie bardzo ważny dzień.

sobota, października 09, 2010

94. Miernik radości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj, dwudziesta trzecia z małym groszkiem. Sadownik w roli Odyseusza wraca z najdłuższej delegacji świata. Przytulisko z tęsknoty aż lśni porządkiem na biurku, kanapą, która nie przytula do siebie zużytych części garderoby, bucikami ustawionymi pod sznurek, zlewem, który ma dość mycia nieparzystej liczby talerzy. Kudłata przechodzi samą siebie w okazywaniu radości, że jej pan wrócił. Jabłoń wstawia wodę na herbatkę z cytrynką i miodem, cieszy się na normalne życie całego Stada.

Sadownik:
(zwraca się do Kudłatej)
Przynajmniej ty się cieszysz, że wróciłem.

Jabłoń:
Że niby ja się nie cieszę?

Sadownik:
Pokaż ogon!

piątek, października 08, 2010

93. Gdy kota nie ma w domu...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

...myszy harcują.

Jabłoń z Ciocią Kudłatej miały w planie iść na pływalnię, godzina była ustalona, lecz Atena poddała w wątpliwość tezę, że muszą tam iść właśnie dziś.

Wylądowały całkiem niedaleko. Pływalnia magicznie przemieniła się w kawę podawaną do stolika. Jednak zanim to nastąpiło Jabłoń kupiła rękawiczki swojego życia, choć to Atena miała kupić czapkę. Długo by opowiadać jakie kolorowe, jakie wzorzyste, jakie fikuśne (z uciętymi palcami, ale z nakładką, gdyby miało być naprawdę zimno).

Siedziały więc myszki dwie na kawie i zachodziły w głowę, czemu to wcześniej się nie wydarzyło --- znają się przecież tyle lat. Klamka zapadła, pływalnia pływalnią, a kawa i babskie pogaduszki należą się czasem myszkom jak psu micha.

Najukochańszy Kot-Sadownik z każdą minutą bliżej domu a Jabłoń pozostaje w niemym zadziwieniu, że życie może mieć również taki --- pozbawiony mężczyzn --- smak...

czwartek, października 07, 2010

92. Skutek pewnej przyczyny

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 


Wszystko o trójkącie ABC

Gdy mężczyzna z kilkunastoletnim stażem bycia w związku monogamicznym wypowiada publicznie zdanie w stylu: „bardzo kocham swoją żonę” to A, czerpiąc z bogactwa własnego życia, wiedział, że jest to zdanie pełniące rolę maskującą. Był pewien, że usta wypowiadającego te lukrowane słowa należą dużo częściej do kochanki niż do żony delikwenta.

A był ciekawski i lubił swoją ciekawość zaspokajać. Każdy dowód, potwierdzający jego teorię długodystansowych związków damsko-męskich, był mile widziany. Dlatego też, od dłuższego czasu miał na oku B. Zbyt pięknie to wyglądało. B z żoną niczym gruchające gołąbki, gdy ona przynosi mu do pracy kanapki, których zapomniał wziąć z domu. B uciekający szybciej z firmowych, zakrapianych alkoholem imprez, bo mu się niby do żony śpieszyło. Nikt nie nabierze A na takie słodkości, za długo pałęta się po tym świecie, za dużo widział, za dużo wie. Jego zdaniem, panna C zbyt mocno kręciła się wokół B. Obowiązki służbowe obowiązkami, ale już na pierwszy rzut oka było widać, że B i C łączy jakaś dziwna zażyłość.

Przyszedł w końcu dzień na rozwiązanie dręczącej A zagadki. B zaprosił go na piwo, chciał pogadać. Zadymiona knajpa, tłum rozemocjonowanych kibiców oglądających transmitowany mecz. Świetne miejsce na męskie rozmowy o życiu. Ku zaskoczeniu A, B nie owijał w bawełnę, walnął prosto z mostu:

B: W końcu ją dopadłem.
A
: Nie mówiłem, że to się zdarzy?
B
: Jest przepiękna, fantastyczna, jakby stworzona dokładnie dla mnie.
A: Noooo. Widzę, że Cię wzięło na całego.
B
: Tak, zachwyciła mnie, nie wiedziałem, że w ogóle może istnieć. Wiesz, to się stało zupełnie przez przypadek.
A: Zwykle tak właśnie to się zaczyna.
B
: Chwila rozkojarzenia, odwróciłem głowę, zobaczyłem ją i już nie mogłem oderwać od niej oczu. Piękność nad pięknościami!
A (zachwycony maślanymi oczami kolegi): Nooo, gadaj, jaka jest?
B: Mała, ale zgrabna. Czarna. Krągła, ale dokładnie w tych miejscach, gdzie owych krągłości byś się spodziewał. Zachowane proporcje, cudo, po prostu cudo.
A
: Nieźle, i?
B
: I co?
A: Buchnąłeś ją?
B: Buchnąłeś? Za kogo ty mnie masz.
A: No pytam Cię jak facet faceta, w końcu znamy się tyle lat.
B: Zwariowałeś?
A
: Niby co, chcesz mi powiedzieć, że jesteś taki święty. Stary, nie wierzę, że jej nie przeleciałeś.
B: Czy ty mnie słuchasz? Opowiadam Ci o tym, jak kupiłem filiżankę do herbaty. Dziś pokazałem ją C i ona stwierdziła, że Twoja żona byłaby zachwycona, gdyby taką dostała.



W tym semestrze czwartki są moją niedzielą. Pogoda dopisała. Były więc i spacery i gapienie się przez okno kawiarni, gdy Kudłata miała ćwiczenie z siedzenia samotnie w domu. Wieczorem rozmawialiśmy z delegacyjną wersją Sadownika przez telefon. Zapytał mnie: co z dzisiejszym wpisem? Cóż, trudno ubrać w słowa zwykłe, proste, nieśpieszne życie, gdy spędza się dzień na byciu ze sobą.

Kiedyś na własne potrzeby odkryłam zabawę w słowo. Ktoś mówi słowo, a ja próbuję je owinąć tak, aby powstało kilka, trzymających się kupy akapitów. Sadownik złożył dziś zamówienie na tekst ze słowem herbata... Ot i cała przyczyna skutku.

środa, października 06, 2010

91. Nie zawracam już Wisły kijem

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 


Uosobienie piękności stanęło w drzwiach. Na jej twarzy głębokim spokojem odbijała się pewność, że czekała właśnie na niego przez całe swoje życie. Patrzyła w jego twarz z nieskrywaną miłością. Pragnęła spełnienia. On, nieogolony, przybrudzony nocnymi koszmarami ledwo trzymał się na nogach. Skrzywił się na jej widok z dezaprobatą, ale wpuścił do środka, nie miał siły dyskutować z przeznaczeniem. Tymczasem ona, fakt, że mogła wejść, uznała za dobry znak i zlekceważyła grymas na jego twarzy.

--- Cieszę się, że jestem tu z tobą --- powiedziała miękko, uśmiechając się w tak czarujący sposób, że mało kto mógłby się temu oprzeć. On potrafił. Nie mógł ukryć rozdrażnienia:

--- Nie chcę cię! Czy nie rozumiesz? Chcę być teraz wszystko jedno gdzie, ale z Moniką!

Słowa raniły swoim sensem, tłukły piękną kobietę po twarzy swoim brzmieniem.

--- Czy nie wiesz, że jestem tu specjalnie dla ciebie? --- zapytała przez łzy, chcąc się upewnić, że rozumie jego słowa.

--- Jesteś głucha, czy co? Nie chcę cię! Nie chcę! Won!

Zrozumiała i nie chciała już niepotrzebnie tracić czasu. Chwila jego życia wstała i wyszła nie oglądając się ani razu za siebie. Nie pozostawiła po sobie najmniejszego nawet śladu, kochała go bowiem nad życie.



Ilu chwilom zatrzasnęłam przed nosem drzwi tylko dlatego, że upierałam się, że ma być tak i tak? Na ilu ludzi w moim życiu uparłam się jak osioł? Przyznać się byłoby wstyd.

Przyszedł jednak tak cudny dzień jak ten dzisiejszy, pełen wewnętrznego spokoju i zgody by życie płynęło jak rzeka. Kudłata wygląda na taką, jakby to moje małe odkrycie było oczywistą oczywistością --- aż nie chce się z tym kundlem rozmawiać...

wtorek, października 05, 2010

XYZ. Licznik

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdybym straciła rachubę czasu jak długo Kudłata zmienia nas, to zawsze będę mogła tu zajrzeć:


(kliknij w powyższy rysunek)

(5*18). Magiczne PIĘĆ

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj Kudłata skończyła dokładnie pięć miesięcy.

Wczoraj pierwszy raz została sama w domu na ciut więcej niż pięć godzin i… dała radę.

Ja miałam w przerwach między zajęciami syndrom matki, która oddała dziecko do żłobka. Niby wiedziałam, że Heńka nic nie zmaluje, że jest bezpieczna w swojej norze, że ją doskonale zna i nie będzie się bała, że ma smakołyki do namiętnego gryzienia i… na logikę było OK, ale w środku coś mi dygotało. Przy zdrowych zmysłach trzymało mnie tylko to, że miliony psów zostaje każdego dnia w domu, gdy ich właściciele idą zarabiać na karmę i smakołyki…

89. Praca vs. Zajęcie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Przeszło miesiąc temu sączyliśmy z Braciakiem herbatę. Opowiadał mi o swojej nowej pracy. Pewnie bym o tym zupełnie zapomniała, gdyby wtedy nie przeskoczyło mi coś w głowie w kwestii pojęcia PRACA, o czym dowiedziałam się wczoraj, gdy jechałam pierwszy raz w nowym roku na uczelnię.

Do czasu wspomnianej herbaty miewałam napady bezsensu, że to co robię jest kompletnie pozbawione wartości, że normalni ludzie pracują i to ciężko, że wartością jest praca na rzeczywistym rynku pracy, 40h etatu, beznadziejny kierownik, prezes idiota itd. Wówczas człowiek może powiedzieć, że chodzi do PRACY.

Wobec powyższego ja nie chodzę do PRACY, nie mam 40h wpisanych w etat, mam sensownego kierownika, którego sensowność potęguje fakt, że mogę w ramach swoich obowiązków robić co chcę i co najgorsze, naprawdę lubię pracę ze studentami. Nie mam więc PRACY, mam tylko zajęcie. Gdy bezsens łapał mnie swym mocnym uściskiem, wydawałam się sobie ciężkim darmozjadem, który żyje w nierealnym świecie, nie stawia przed sobą wystarczająco dużych wyzwań, głupio wymaga od studentów uczciwości, robi co chce i nie wie co to są trudności. Bezsens nie pozostawał bezczynny. Gdy już mnie oszołomił podduszaniem, wpadałam na genialny pomysł: idę do pracy, prawdziwej PRACY, sensownej, potrzebnej, mającej znaczący udział w tworzeniu PKB… I tak, bliskie spotkania z bezsensem miały miejsce kilka razy w roku.

Siedzieliśmy z Braciakiem, on opowiadał a ja w środku dochodziłam do wniosku, że nic sensownego w życiu nie zrobiłam, bo po roku prawdziwej PRACY, zaraz po studiach, powiedziałam DOŚĆ. Braciak, ten to idzie do przodu, a ja stoję w miejscu z tym moim zajęciem zamiast PRACY.

Przeskoczyło w tej dziwnej głowie. Hola, hola! Czy nie jest tak, że większość ludzi chodzi do PRACY by zarobić? Czy ja nie zarabiam na swoje życie? Zarabiam. Czy nie znam przynajmniej kilku studentów, którzy są zadowoleni ze sposobu w jaki prowadziłam z nimi zajęcia? Znam nawet kilkunastu (eufemizm?), którzy po latach gdzieś powiedzą, że były to świetne zajęcia. To, że nie idę każdego dnia do pracy w godzinach od-do, że w każdy czwartek bieżącego semestru o dziesiątej będę siedzieć z psem w parku, nie dyskwalifikuje sensu mojego zajęcia. Tym bardziej, że najlepsze pomysły i tak spotykam w drodze pod prysznic albo na chodniku. Dotarło do mnie, że jakaś część mnie uważa, że PRACA to coś więcej niż moje ZAJĘCIE. Ciekawe przekonanie, jednak odkryte już nie działa. Nie mam zamiaru iść do PRACY, do końca życia chcę mieć ZAJĘCIE, które mnie uszczęśliwia i służy innym.

Panie z Fundacji MaMa, które nalegają by zajęcia domowe nazywać PRACĄ mają chyba podobny problem z wartościowaniem ludzkiej działalności. Oburzam się na ideę by pranie, sprzątanie i gotowanie nazywać PRACĄ tylko dlatego, że matki wychowujące dzieci nie idą do PRACY, ale chcą mieć status chodzących do PRACY. Oburzam się, bo w przypadku ludzi bezdzietnych lub tych, którzy już swoje pociechy wypuścili z gniazda, owo pranie, prasowanie i gotowanie już PRACĄ nie jest.

Skąd w mojej głowie, w innych głowach, że PRACA to jest jedyna i słuszna droga? Po herbacie z Braciakiem, po wczorajszej podróży tramwajem, poprzestawiałam priorytety: życie tknięte poczuciem sensu, kierunku TO JEST TO! Jeśli potrzebujesz iść do PRACY, proszę bardzo, ale pamiętaj, że ZAJĘCIE ma identyczną wartość. Postawię przewrotną tezę: może być nawet tak, że nie potrzebujesz do szczęścia ani PRACY, ani ZAJĘCIA...

poniedziałek, października 04, 2010

88. Szatańska tożsamość: KASK <=> RURA

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

W sobotę z przymusu
K
ręgosłupa, w asyście
+
Ateny i
+
Sadownika, zaopatrzona w odwagę
+
Kudłatej
<=> poszłam na basen i zamiast wyginać intelekt próbą znalezienia odpowiedzi na pytanie jak to jest, doświadczyłam. Zjechałam.
RURA okazała się fantastyczną zabawą. Saneczkarstwo przestało być dla mnie dyscypliną samobójców. W połowie tej obłędnej zabawy Sadownik podpuścił mnie, aby wygiąć ciało tak, by jechać na łopatkach... Och, jedzie się wtedy dużo, dużo szybciej! Już nie mogę doczekać się następnej soboty...

(86+1). S, M, L. Odreagowanie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Schudnij Mała Literatko,
bo małe jest piękne,
bo jak kolega ze studiów powiedział:
kobieta to problem i dlatego
mężczyzna wybiera jak najmniejszą.
Schudnę... nie, Milordzie, Likierówką
na wysokiej nóżce jestem!

A swoją drogą, po nastu latach doszłam do wniosku, że ciekawe przekonanie miał mój kolega z grupy na temat kobiet :)

Ciekawe, że ludziom różnorodność ludzkich ciał jakby przeszkadzała. Widziałam takich, co śmiali się z grubych, małych, wielkich. Za to nigdy nie widziałam jamnika nabijającego się z wilczura, czy doga niemieckiego rechoczącego na widok buldoga. Nie pozostaje mi nic innego jak z premedytacją twierdzić, że psy duchowo są dużo bardziej rozwinięte niż ludzie...

piątek, października 01, 2010

86. S, M, L. Schudnąć?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy zaczynaliśmy wychodzić z psem na dwór, skóra Kudłatej na karku została potraktowana przeciwkleszczowym środkiem w rozmiarze S. Następny, za cztery tygodnie był już M. Dzisiaj kupiłam L i z zakresu wagi jaki L-ka obsługuje wygląda na to, że na tym rozmiarze poprzestaniemy. Hura, mamy dużego psa!

Jednak, coś dziwnego chyba wisi w powietrzu. Już trzy osoby, posiadające szczupłe z natury psy, skomentowały na spacerach figurę Heniuty: „będzie trzeba pójść na dietę i schudnąć”. Gdy pierwszy raz to usłyszałam w cytowaniu poczynionym przez Sadownika, obśmiałam się. Upewniłam się, że to dobry żart patrząc na kundla w sposób określony przez ilustrację w książce --- linia jest, choć wyraźna i zdecydowana, to zwęża się w talii tak jak trzeba. Wszystko jest ok, uspokoiłam matczyny strach o zdrowie malucha.

Za drugim razem zwątpiłam i przestudiowałam tabelki masy dla rosnących labradorów --- wszystko wciąż było ok.

Wczoraj, za trzecim razem, zaczęłam szukać w internecie i... mam za swoje, znalazłam tabelkę, według której Kudłata waży o 1,5kg za dużo. Co ja mam teraz zrobić, gruba --- niedobrze dla stawów, za chuda --- niedobrze, może się wdać dysplazja stawów. Z wątpliwościami stwierdzam, że na razie chyba jest ok.

Rozumiem, choć trochę nie, dlaczego modelki to wieszaki, ale zupełnie nie pojmuję dlaczego moda na chudzielce dotarła również do świata sierściuchów. Nie ma szans by zrobić z labradora charta polskiego, ale czy to znaczy, że już zawsze będziemy spotykać kogoś, kto ma potrzebę poczęstowania nas dobrą radą, że czas już na dietę?

czwartek, września 30, 2010

(5!-7*5). Ja kot

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Też we wrześniu, ale trzy lata temu Braciak wywlókł mnie do niepozornej, sieciowej kafejki. Pierwsza wizyta w tym miejscu nie zapowiadała uzależnienia --- miejsce jak miejsce, kawa jak kawa, tylko nasza rozmowa była warta zachodu.

Kiedy? Nie pamiętam. Skusiłam się na Moccę w największym, półlitrowym kubku i... wpadłam jak śliwka w kompot. Jedyna kawa, której nie słodzę, jedyna kawa w taaakiiiim kubku. Jedyne w swoim rodzaju kanapy --- dobrze służące ludziom z chorym kręgosłupem, okna od samej ziemi do samego sufitu --- padało, wiało a ja siedząc w ciepełku mogłam przyglądać się pędzącym przechodniom. Raj!

Moim doświadczeniem w Polsce jest niestety to, że dobre rzeczy i miejsca mają kłopoty z trwaniem. Zwykle jak znajdę coś cudnego, przyzwyczaję się to... owo coś znika z rynku. Po dwóch latach, gdy w zasadzie robiłam już za element wystroju wnętrza, opisana kafejka została zlikwidowana. :( Zostałam z nieszczęściem porzuconego kota w sercu, który był przyzwyczajony do miejsca, do kanapy, do kubka, do okien. W przeciągu roku obeszłam pozostałe znajdujące się kafejki Wayne’sa i nic... w jednej brak okien, w drugiej brak kanap. Czułam się jak sierściuch ze schroniska bez szans na adopcję. Do dziś!

Dziś znów padało. Trzeci dzień Kudłata uczy się zostawać sama w domu na ciut więcej niż dwie godziny. Popędziłam na masaż z myślą, że zaraz po nim przetestuję ostatniego znanego mi Wayne’sa w Wawince i... BINGO!

Była kawa w moim kubku, była kanapa i było okno! Poczułam się jak kot, który wrócił z dalekiej podróży do domu. Tylko Braciaka brakowało, ale ten w pracy.

Jako kot i niekot mogę już spokojnie zamknąć wrzesień...

środa, września 29, 2010

84. Mżawka, deszcz i co jeszcze?

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mżawka --- zawsze odbierałam ją jako nostalgiczny nastrój w aerozolu. Gdy mży wolniej chodzę, wolniej myślę, przed oczami pojawiają się obrazy osób, których jakoś mi brakuje, rozmawiamy w mojej głowie.

Deszcz --- płacz Nieba czy kąpiel Ziemi? Tak czy inaczej można go uznać za nieodłączny rekwizyt w dłoniach Pani Jesieni.

Wczoraj cały dzień mżyło, dzisiaj cały dzień pada a ja dzięki temu w końcu wiem, kto zamawia wspomniane zjawiska atmosferyczne. Całodzienna mżawka lub deszcz to tylko zmaterializowana psia zaborczość.

Psy nie marzą o nowych samochodach, młodych kobietach czy mężczyznach, lepszej pracy, możliwościach wielkich portfeli. Jednak czasem psy dopada tęsknota za spełnieniem jednego marzenia, by mieć parki tylko dla siebie. Gdy to marzenie dostatecznie napęcznieje i dojrzeje wówczas zaczyna uporczywie siąpić lub lać przez kilka dni.

Empirycznie sprawdzamy prawdziwość tej teorii z Panną Kudłatą. Od dwóch dni w parkach, w których bywamy, nie ma żywej duszy, nie licząc psów i ich właścicieli, którzy dzierżą w dłoni znak rozpoznawczy --- smycz. Nie ma żadnego człowieka, który krzyczy, że psy luzem biegają. Sierściuchy mają raj na Ziemi a my, opiekunowie, ciut przemoczone buty...

83. Dary tu i teraz

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata ma dar, którym pewnie dysponuje większość psów, ale nie zmienia to faktu, że ów dar w jej łapach jest wyjątkowo uroczy. Zapomniałam już jak się jeździ komunikacją miejską z książką w dłoni. Od czasu, gdy Henia zaczęła wyruszać w świat tramwajami i autobusami, przypadła mi głównie niewdzięczna rola strażnika --- siad, zostań, waruj, idziemy. Wczoraj wieczorem dotarło do mnie, że jeżdżenie na masaże zmieniło charakter z „ćwiczenia poruszania się środkami komunikacji miejskiej” na „towarzyskie, nieplanowane spotkania”.

Wczoraj jadąc spotkałyśmy pana, około pięćdziesiątki, z którym prawie natychmiast wywiązała się rozmowa, oczywiście na temat psów. Była tak interesująca, że podróż minęła nam raz, dwa, trzy... że miał sznaucera, że musiał go rok temu uśpić, że jego córka męczy go o kolejnego psa, a on jeśli już, to zgodzi się tylko i wyłącznie na sznaucera. Rozmawialiśmy o smutku, że za każdą cudną chwilę z psem prawie zawsze przyjdzie właścicielowi zapłacić trudnymi chwilami, gdy pies odchodzi. Mimo ciężaru rozmowy, coś w środku mnie uśmiechało się od ucha do ucha, bo z każdą minutą, gdy mówił o sznaucerach, owemu panu zaczynały mocniej i mocniej, wyjątkowo pięknie, błyszczeć oczy. Ciekawe, ile jeszcze czasu zajmie mu przyniesienie do domu nowego psiego członka rodziny? Deklarował jedno, ale jego ciało i tembr głosu miały na ten temat zupełnie inne zdanie.

Wracając, spotkałyśmy młodą kobietę na wózku elektrycznym z daleko posuniętym niedowładem. Skąd moja sunia wiedziała, że nie można się na ową dziewczynę rzucić ze spontanicznie okazywaną radością, nie wiem. Pierwszy raz widziałam jak Kudłata podchodzi do człowieka jak do kruchej rośliny, patrzy, a gdy widzi aprobatę, delikatnie, bez gryzienia, bez skakania, wylizuje drobną, stęsknioną psiego dotyku, dłoń. Uśmiechu tej młodziutkiej kobiety długo nie zapomnę --- fantastyczne, że na życie mogą się składać tak piękne chwile, gdy ludzie po prostu są. Psy, chyba z natury, umieją czynić cuda w relacjach ludzko-psich. Może jeszcze kiedyś spotkamy ową uśmiechniętą i bardzo życzliwą młodą kobietę...

Może i jestem dobra w przynoszeniu kasztanów do domu, ale jeśli chodzi o wyłapywanie nastrojów, o rozbrajanie ludzkich serc Kudłata ma Mistrzostwo Świata i NieŚwiata. Jestem urzeczona jej stylem nawiązywania kontaktów.

Nie mam szans dorosnąć Kudłatej do pięt, ale już teraz cieszę się na samą myśl o Polityce Relacji, na którą ruszam pod koniec października... podciągnę się odrobinkę. :) Mam dziwną pewność, że za rok będę kimś innym. Kudłata ma dar, moim jest niewątpliwie nieustająca ciekawość... Jaki jest Twój największy dar?

wtorek, września 28, 2010

82. Kasztanowe zwierzę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Choroba, prawie dziedziczna, bo i mój Tata nosi w kieszeniach czasem kasztany. Uwielbiam je zbierać, bawić się nimi trzymając rękę w kieszeni, rozkładać na stole, mieć przy sobie zimą. Przede wszystkim, uwielbiam je dotykać. Do tej pory, zwykle musiałam poczekać aż dzieciom zbrzydnie zbierania owych, ewidentnych dowodów jesieni. Wczoraj okazało się, że pojawiła się dodatkowa konkurencja.

Przed masażem ćwiczymy z Kudłatą jeżdżenie autobusem. Wszystko według tego samego schematu: wsiadanie, jechanie, wysiadanie, wychodzimy na tyle wcześnie z domu, aby w nagrodę po drodze zrobić przerwę na mały spacer po ogrodzie Krasińskich i znów wsiadanie, jechanie i wysiadanie, masaż, powrót do domu na obiad.

Wczoraj upłakałam się do łez. Kudłata zamienia się w Ogrodzie Krasińskich w inne zwierzę. Goni i turla kasztany z wdziękiem małego kotka. Cudnie jest patrzeć na jej dziewczęce dylematy, gdy jeden kasztan już w pysku jest a drugi zachłanna bestia chciałaby też zabrać ze sobą. Musiałam się wczoraj uwijać by napełnić kasztanami kieszenie, bo gdy zbyt wolno się schylałam, to psi pętak podbiegał i zabierał każdego kasztanka, którego sobie upatrzyłam. Jesienne spacery nabrały nowego smaku... rywalizujemy, która z nas dotknie większej liczby kasztanów. Choć nie jestem tak zwinna jak Heńka, to wciąż wygrywam w kategorii: kto przyniesie więcej kasztanów do domu...

poniedziałek, września 27, 2010

(114-33). Zmiana tożsamości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

114-stka wyciągnął ze słownika definicję dziecka i umieścił ją w komentarzach do wpisu 75. Według tej definicji jestem więc Mamą wielokrotną. Mamą Kudłatej jestem jeszcze tylko przez parę chwil: fizycznie przez kilka miesięcy; psychicznie, łaskawa natura labradorów, dała mi jakieś dwa i pół roku.

Przemyślałam komentarz 114-ki i wyszło, że powinnam zweryfikować opis mojego bloga. Nie jestem jabłonią, która nie daje owoców. Jestem Jabłonią rodzącą owoce kiwi, gruszki i śliwki. Mój Tata mówi o mnie: „wybryk natury”. Tak, jestem zadowolonym z własnego życia wybrykiem natury!

Czas, aby wszystko to uwzględnić, gdy tylko zachce mi się definiować siebie od nowa...

80. Wynurzając się z zaległości

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Primo: fakty. Mam zaległości blogowe z powodu wyjazdu w inny świat, gdzie w piątek Kudłata z nieskrywaną spontanicznością skoczyła sobie z pomostu do wody, bo... była ciekawa. W sobotę zgubiła kieł stając się doroślejszą panienką. W niedzielę wieczorem, już w domu, przyniosła ciumkając własny ząb trzonowy --- jedyny, który wypadł i przeszedł przez nasze ręce. W tym innym świecie było naprawdę inaczej. Miałam jak w banku, że rano między 6.30 a 7.00 Kudłata wyprowadzi mnie do lasu na spacer. Robiła to zawsze z właściwym sobie zachwytem chwilą --- chciałabym się tego od niej nauczyć. Jest na to cień nadziei. Dziś, gdy szłyśmy przez park zastanawiałam się jak to jest możliwe, że mogłam żyć bez spacerów?

Secundo: przemyślenia. Minęło kilka dni od momentu, gdy czytałam ostatni wpis Manufaktury Radości w jej blogu, który notabene bardzo lubię. Zdziwiłam się więc, że jedno zdanie z uporem maniaka zajmowało moje szare komórki, bo... coś mi nie pasowało w zestawie słów: „Zwiększyła się, szczególnie w dużych miastach tolerancja dla bezdzietnych.”. Jedno zdanie --- niby gładkie, niby takie pozytywne, ale niosące sporo sprzecznych informacji. Żułam i żułam to zdanie filozoficznie przewracając je z lewej na prawą i z powrotem, aż odkryłam, że każdy konstrukt myślowy dotyczący tolerancji niesie w sobie informację o istniejącej w świecie nietolerancji. Dlaczego? Łatwo to pokazać na zdaniu dotyczącym jedzenia marchewki. Brzmiałoby to tak: „Zwiększyła się tolerancja dla ludzi nie jedzących marchewki.” Bez sensu, prawda? Nie ma przecież żadnych dyskusji i napięć społecznych dotyczących przykładowych pytań: „czy dobrze a może niedobrze jeść marchewkę?”, „czy jest się egoistą i wygodnickim, gdy je się marchewkę nieoskrobaną?”. Nie ma tego problemu, bo można jeść i można nie spożywać marchewki --- nie ma mądrości społecznej co człowiek powinien robić z tym warzywem, aby być „właściwym” członkiem społeczeństwa. Mam nadzieję, że dożyję czasów, gdy kwestia mieć czy nie mieć dzieci będzie pozostawiona tylko i wyłącznie samym zainteresowanym, tak jak jedzenie marchewki. Jeśli bowiem mamy tylko jedno życie, to dobrze byłoby przeżyć je tak jak chcemy.

czwartek, września 23, 2010

79. Gdybym mogła zmienić coś...

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

... nawet hipotetyczne myślenie o tym powoduje dziwną jonizację powietrza. Ów eksperyment myślowy powoduje poruszenie w środku, jakbym szykowała się w podróż.

Gdyby wróżka przyszła do mnie, gdy miałam sześć lat i zapytała, co chciałabym zmienić, powiedziałabym bez mrugnięcia okiem: chcę być tego samego wzrostu co inne dzieci. Na szczęście nie przyszła.

Gdyby wróżka przyszła dziś, chętnie wypiłabym z nią herbatę. Założę się, że byłaby ode mnie wyższa, w końcu wzrost to przywilej. Pośmiałybyśmy się z tego, że w wielu ubraniach obie mamy za krótkie rękawy.

Gdybym mogłam zmienić coś... nie byłabym tu gdzie jestem, z marzeniami na nadchodzący akademicki rok, z obawami, ze strachem, ale i z ciekawością, z osobami, które sprawiają, że mam ochotę żyć i rozwijać się. Mowy nie ma, nie zmieniłabym nic!

A jednak... gdybym mogła zmienić coś... zrobiłabym trzy rzeczy: (1) dużo wcześniej wyszłabym za Sadownika, (2) dużo wcześniej ucieszyłabym się z tego kim jestem, kim się staję i...(3) miałabym wcześniej Kudłatą.

Dużo wcześniej --- nigdy nikt nie podejrzewał mnie o naturę żółwia...

środa, września 22, 2010

78. Nowy, Niezbędny Składnik przepisu na mądrego psa

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy pierwotnie myślałam o kategorii miejscaPrzyjaznePsom myślałam raczej o miejscach, gdzie człowiek z przyjemnością oddaje się we władanie smaków najróżniejszych. Dziś okazało się, że kategoria ta mieści również inne miejsca mocy. W gabinecie Pana Andrzeja pracują osoby nie tylko kompetentne, ale również o kochających psy duszach i jeśli tylko pies jest ułożony to może ze swoją Panią lub Panem przyjść.

Procedura „sprawdzam” wymuszona była okolicznościami. Kudłata nie umie jeszcze zostać w domu sama na trzy godziny, Sadownik w delegacji a mój kręgosłup umówiony na regenerację. Do plecaka spakowałam suszone świńskie ucho i poszłam z dużą nadzieją, że się uda, że Heniuta uśmiechem zaczaruje i jakoś obie przeżyjemy czas masażu.

Kombinowałam tak. Pan Andrzej jako osoba niewidząca w niebywały sposób zachwyca się światem. Jest człowiekiem o ogromnej wrażliwości, nie jest więc możliwe, aby nie lubił psów. Logika mnie nie zawiodła. Gdy tylko weszłyśmy do gabinetu, Pani Małgosia w recepcji uśmiechnęła się do nas pierwsza, nawet urok kudłatego uśmiechu nie był potrzebny. Henia, grzeczniutka, zajęta świńskim uchem, spędziła cały niezbędny czas pod stołem do masażu. Pan Artur na koniec roześmiał się swoim donośnym, fajnym śmiechem i było wiadomo, że gabinet należy zaliczyć do przyjaznych miejsc na Świecie.

Wychodząc upewniłam się, że obecność Kudłatej nie będzie stwarzać nikomu kłopotu, jeśli do końca serii będę z nią przychodzić.

Wracałam do domu i pomyślałam o tym, jak bardzo jestem wdzięczna wszystkim ludziom, którzy w miejscach publicznych pozwalają Kudłatej być. Dzięki temu ma Ona okazję do nauki bycia mądrym, orientującym się w zawiłościach miejskiego życia, psem. Nie udałoby się tego zrobić bez obecności dobrych, otwartych i mądrych ludzi, których spotykamy na swej drodze. W tym całym nieszczęściu mamy jednak dużo szczęścia... :)

77. Chroniczna głupota

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Chroniczne chorowanie jest trudne, ponieważ aby tylko „mieć chorobę” a nie być w stanie, w którym to „choroba ma mnie” muszę omijać zachowania ryzykowne. Lista zakazów jest bardzo klarowna, wiadomo co i jak, wiadomo dlaczego nie. Rozum nawet to ogarnia i zgadza się z każdym punktem listy wyznaczającej nowe, zdrowsze, bezpieczne życie. Nie ma więc mowy o tym, abym dźwigała coś, co jest cięższe niż 10 kg, a to co noszę powinno być rozłożone symetrycznie po obu częściach ciała. Żadnego idiotycznego podnoszenia rzeczy z ziemi na prostych nogach. Rozsądne, ale trudne, z Zosi-samosi stałam się księżniczką od „nienoszenia”, dla której ciężkie torby to tylko wspomnienie mocy, która już nigdy nie wróci. Przez dziesięć lat mogłam się już chyba do tego przyzwyczaić...

Chroniczne chorowanie jest trudne podwójnie, ponieważ gdy tylko to ja „mam chorobę”, czuję się świetnie, wszystko mogę i... zapominam --- myślę, że mam swoją starą moc. Dźwignęłam. Następnie, wręcz książkowo, zaliczyłam pierwszy punkt psychologii chorowania: zaprzeczanie. Grany był do obrzydzenia, prawie sama byłam gotowa uwierzyć, że drętwieje mi noga, bo dużo siedzę, jak tylko skończy się teoria będę czuć się lepiej, że jak poćwiczę samo rozejdzie się po kościach. Tyle, że nie przeszło...

Wczorajszy dzień był najczarniejszym z czarnych dni. Po trzech nieprzespanych nocach puściło mi wszystko w środku, czarna dziura rozpaczy rozlana, że znów to samo, że być może tym razem nie uda mi się uciec przed skalpelem, bo noga zdrętwiała do kolana dwadzieścia cztery na dobę, że nie mogę o niczym myśleć, że dostaję szewskiej pasji, że skupić się nie mogę, że jestem zmęczona zanim otworzę rano oczy i najgorsze, że... Sadownika będzie trzeba w tą tragedię wtajemniczyć, będzie się martwił i będzie beznadziejnie...

Nigdy nie zrozumiem, dlaczego muszę dojść do ściany by zacząć myśleć racjonalnie. Wczoraj, gdy już żyć się nie dało, wykręciłam właściwy numer telefonu, umówiłam się, zostawiłam Kudłatą z Sadownikiem w jego pracy i poleciałam na masaż. To wszystko jednak wymagało przyznania się: jest źle. Trzeba było to powiedzieć na głos. Na szczęście było jak w szkoleniu psów: właściwe zachowanie --- smakołyk. Dziś przespałam pierwszą noc w jednym, cudnym kawałku... Rarytas!

Dziś, po kolejnym masażu, doszłam do smutnego wniosku, że chory kręgosłup to nie jedyna moja chroniczna choroba. Drugą jest głupota milczenia, choć z doświadczenia niby powinnam już dawno wiedzieć, że rozmowa zmienić może wszystko... Skąd nadzieja, że może z tej głupoty można się wyleczyć? Zaprzeczanie?

poniedziałek, września 20, 2010

76. Cuda niecodzienne

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj wieczorem zauważyłam, że Kudłatej rusza się dolny, prawy kieł. Po wieczornym spacerze, gdy miała okazję wyszaleć się z dużym, wilczuropodobnym psem o imieniu Mat stwierdziliśmy, że po kle została tylko krwawa dziura. Czekamy więc na kolejny stały ząb...

Przez przypadek po wczorajszych, ostatnich już zajęciach teoretycznych trafiłam na Nowy Świat, który w czasie weekendu niedostępny jest autobusom i samochodom z powodu różnego rodzaju kiermaszy. Był kiermasz win. Ani się na tym znam, ani nie przepadam. Gdy jednak skręciłam w Chmielną okazało się, że choć wciąż kiermasz to sceneria odmieniona i temat zupełnie inny: rękodzieło. Lubię klimat jaki wytwarzają ludzie zajmujący się tym typem działalności, jakby czas w ich obecności płynął wolniej. Uwielbiam nastrój jaki robią wytwarzane przez nich przedmioty, które bezwzględnie duszę posiadają i trochę wyglądają na utworzone z nadziei na piękno. Koło różnych stoisk przeszłam albo niewzruszona, albo zauroczona pięknem, ale obok jednego przejść już spokojnie nie mogłam i... kupiłam Sadownikowi piękny kubek:

Wzięłam wizytówkę, gdyby okazało się, że egzemplarz zdał egzamin bojowy i chcielibyśmy mieć jeszcze jeden, albo dwa takie kubki, może w innym kształcie albo kolorze. Umieszczam link tutaj z dwóch powodów: (1) aby nie zgubić --- małe karteczki nie chcą się mnie trzymać, (2) może zdarzyć się tak, że ktoś jeszcze zachwyci się ceramiką Rodziny Konopczyńskich.

Praktyczny komentarz. Ową ceramikę można kupić na allegro, ale ceny są tam potworne. Jakbym czuła pismo nosem. Zapytałam Pana, czy realizują zamówienia pocztowe i okazało się, że na małe rzeczy tak. Na szczęście też bywają w różnych terminach w różnych miastach.

Bilans dnia wczorajszego wyszedł na zero: nie ma zęba, jest kubek... mylę się, bilans był na wielki plus, bo Sadownik z Kudłatą szczęśliwie już w domu.

sobota, września 18, 2010

75. Krzywa tęsknoty

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Zapytałam wczoraj na seminarium kolegę, czy tęskni za swoim synem gdy ów wyjeżdża. Kolega udzielił mi bardzo ciekawej, wcale nieprostej czy banalnej odpowiedzi. Otóż, tęskni, potem nie tęskni, aby na ostatniej prostej tęsknić bardzo.

Gdybym nie miała Kudłatej byłabym ciężko urażona jakąkolwiek próbą traktowania podobnie zagadnień „dzieciowych” i zagadnień „psiowych”. Jednakże, praktyka obcowania z Heniutą prostowała moje tory myślenia nie raz, na przykład, gdy właścicielki dużych psów, mówiły do swoich pupili (gdy te próbowały zaznajomić się z Kudłatą po swojemu): „uważaj, bo to jeszcze małe dziecko”. W związku z tym, zapytanie kolegi jak to jest, wydawało mi się całkiem na miejscu --- przynajmniej w kategoriach poznawczych. Empirycznie sprawy miały się, mają tak.

Wczoraj za Sierściuszką tęskniłam.

Dziś rano odkryłam, że jej brak w domu ma pewne zalety. Nikomu nie przeszkadzają wiodące swój żywot na podłodze kubki, książki, gazeta, klucze. Nikt nie próbuje zaprzyjaźnić się z tymi przedmiotami. Nikt nie próbuje zgłębić fizycznie istoty tych rzeczy. Leżą dokładnie tam, gdzie je położyłam. Pomyślałam z lekkim wyrzutem sumienia, że nie tęsknię, bo mam dla siebie ranek, bo nie muszę wyrywać z psiego pyska własnych skarpetek, które jeszcze sekundę temu miały w planie wylądować na moich stopach, bo nie muszę w sprinterskim tempie zakładać spodni, bo mogę rzucić na ziemię szlafrok i poczeka on na mnie do wieczora w przyjętej pozie porzuconego. Innymi słowy, ranek był nietęskniącym za sierścią rajem.

Teraz jest już jednak wieczór i tęsknię coraz bardziej. Za Sadownikiem, za Kudłatą i jeszcze raz za Sadownikiem, Kudłatą i... Sadownikiem... abyśmy mogli wypić razem herbatę z miodem i cytryną... już za 25 godzin... ale najpierw, przed herbatką, spacer CAŁYM Stadem!

piątek, września 17, 2010

74. Nieinformatyczny zachwyt

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Gdy nie ma Sadownika dom milknie. Nie toczą się w nim żadne filozoficzne rozmowy o wyborach do dokonania, o dylematach wielu, ważnych i czysto hipotetycznych. Mam więcej czasu na słowo pisane czy śpiewane przez innych. Wpadła mi dziś w ręce ciut zakurzona płyta.

Znów, zadziwiło mnie to, że określeni wykonawcy i ich utwory wracają do mnie cyklicznie, na przykład, w zależności od pory roku. W przypadku Rynkowskiego kluczem nie jest jednak jesień czy wiosna, lecz nadciągająca zmiana. Choć troszkę boję się zmian, to niezmiennie je uwielbiam. Zmiany zapowiadane piosenkami Rynkosia są zwykle spore (eufemizm?). Przykład: gdy pierwszy raz słuchałam Rynkowskiego byłam w przededniu poznania Sadownika.

Wiem, że nadciągający rok akademicki będzie inny niż wszystkie dotychczasowe, (1) bo plany niecodzienne, (2) bo jest Kudłata. Studenci często nie mają głowy do nazwisk. Założę się, że przestanę być wysoką panią z długimi włosami (jak to jeden student tłumaczył drugiemu), będę babeczką z czarnym psem. Z sunią niezwykłą, która całym swoim istnieniem wykrzykuje słowa piosenki Zachwyt:

Kiedy, no kiedy,
No, kiedy to miałeś?
Było, minęło,
na śmierć zapomniałeś.

Zachwyt, co ma chwyt
Tak mocny jak miłość.
Nie mów: — To było.
Powiedz: — To jest.

Może swoim pogodnym istnieniem Fidelina spowoduje, że będzie im się chciało jeszcze bardziej niż zwykle... Jednego jestem pewna — będzie w nich wierzyć jak nikt inny.

Ryszard Rynkowski, Zachwyt.

73. Jak w zegarku

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był taki plan. Jak już Sadownik z Kudłatą pojadą to ja, do niedzieli włącznie,będę wieść rankami życie śpiącej królewny. Będę wysypiać się w jednym kawałku do całej ósmej. Brzmiało to trochę jak abstrakcja i pozostało abstrakcją. Klops! Mój organizm nie ogląda wiadomości lokalnych z życia przytuliska. Nie zanotował, że Kudłatej nie ma w domu i nie istnieje realna potrzeba, by budzić mnie o 5.15.

Zajęcia miałam dopiero na dziesiątą. Agencje informacyjne nie doniosły, że Braciak ma dzisiaj urodziny. Gdyby nie psycholodzy egzystencjalni mogłabym powiedzieć, że człowiek o tej ksywce jest w pełni odpowiedzialny za rozwinięcie we mnie nałogu picia jednej kawy tygodniowo w miejscu publicznym w zamyśle do tego przeznaczonym. Gdybym potrzebowała usprawiedliwienia dla tego co zrobiłam z rana, mogłabym powiedzieć, że poszłam świętować okrągłą (jakoś) rocznicę urodzin Braciaka. Wybieram jednak udawanie osoby odpowiedzialnej, która bierze swój los we własne ręce. Poszłam, bo chciałam.

Chciałam i sprawiłam sobie dzisiaj kawałek nieba. Pojechałam wcześniej w okolice placu Trzech Krzyży i wpadłam do Wayne’sa na kawę w moim ulubionym, jeśli chodzi o format kubku --- największym. Niestety, jeśli chodzi o lokalizację i kanapy, mojego ukochanego Wayne’sa zamknęli rok temu, czego odżałować do dziś nie mogę. Siedziałam, czytałam, myślałam i... złapałam się kilka razy na tym, że staram się nie ruszać, by nie obudzić Heni...

Może dzisiejszy dzień w pełni byłby rajski, gdyby nie to, że tęsknię za Sadownikiem, za Kudłatą. Rozmowy z Sadownikiem przez telefon to marny substytut, nie można poczuć ciepła jego ciała, nie można powąchać jego męskiej duszy, nie można szturchnąć w bok i zabawowo strzelić głupiej miny... tylko słowa ciekną przez słuchawkę --- to za mało, ckni mi się do Niego. Dodatkowo, choć mam pewność, że w środę może trafić się moment, że będę miała Heni dość, to i tak tęsknię za jej energią, uśmiechem i wiecznie pozytywnym nastawieniem do świata. Do niedzieli wieczór już tylko 51 godzin... a wtedy wspólny, wieczorny spacer całego Stada.

czwartek, września 16, 2010

0x48. Informatyczny zachwyt

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

300% humanistów przepraszam za ten wpis, ale zachwyciło mnie to informatyczne tłumaczenie jednego z najsłynniejszych cytatów. Nie mogłam się powstrzymać, by go sobie na blogu nie zachować:

2B OR NOT 2B == FF
question = 0xFF; // Hamlet zoptymalizowany

Aż mnie korci, by zapytać moich studentów, czy FF to jedyne słuszne tłumaczenie Hamletowskiego dylematu: 2B OR NOT 2B w znanych im językach programowania i dlaczego tak lub nie?

71. Słomiana wdówka i mama

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik z Kudłatą pojechali na czterodniowe grzybobranie. Trochę z powodu tego, że grzyby obrodziły w okolicach rodzinnych Sadownika. Trochę z powodu mojego seminarium teoretycznego.

Strach matki polki uważam za dotknięty i lekko przećwiczony, bo mnie dopadł. Czy Sadownik będzie pamiętał ile czego, że kropelki, że witamina C, że mięsko, że twaróg, że środek na stawy? Czy nie będzie tresował zbyt mocno z zacięciem wymagającego, lekko okrutnego ojca? Wszystko to przebiegło przez moją głowę z szybkością huraganu.

Na szczęście, pomyślałam również, cholera, to tylko pies. Jak to „tylko” --- odezwał się w głowie drugi, zniesmaczony tym stwierdzeniem, głos. Pierwszy, ten bardziej rozsądny, podpowiedział kierując się logiką, że psy, jak dzieci, muszą mieć sprzętowo określony akceptowany margines tolerancji błędów i rodzicielskich pomyłek. Przecież inaczej oba gatunki by wyginęły. Uspokoiło mnie to niczym spisana w punktach instrukcja obsługi słomianej wdowy z „wyjechanym” dzieckiem. Mogłam zacząć się cieszyć odzyskaną chwilowo wolnością.

Gdy jechałam na zajęcia odkurzyłam zapomniany już prawie NieŚwiat. Dziwne, że można jechać tramwajem, mieć obie ręce wolne, zająć jedną z nich książką i podróżować po królewsku. Bajka(!), ale gdy wracałam to wiedziałam już, że chętnie wrócę do Świata. Tak jak dawniej uśmiechałam się do każdego napotkanego sierściucha. No i jak zwykle spotkałam panią, która mnie pytała o... Kudłatą. Nie wyjedzie panienka tak, aby nikt tego nie zauważył. :)

70. Blondynka to "dwa męźcizna"

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Był czas, że bawiły mnie takie algebraiczne zagadki socjologiczne:

###
Ilu programistów potrzeba, aby zmienić żarówkę?
Ani jednego, to wina hardware'u.
###
Ilu trzeba psychoterapeutów, aby zmienić żarówkę?
Wystarczy jeden.... pod warunkiem że żarówka chce się zmienić...
###

Przyszedł jednak czas na empirię. Na dzisiejszych zajęciach kończyliśmy egzystencjalizmem. Ciężar gatunkowy zjonizowanego tą wiedzą powietrza niech odda pytanie: jaki sens ma życie, skoro i tak umrzemy? Nie wytrzymał tego pytania mój telefon. Leżał sobie na oparciu, nieproszony zrobił zdjęcie sufitu, wyświetlił je na zewnętrznym wyświetlaczu i łaskaw był umrzeć przez powieszenie się. Wszelkie próby resetowania go przy pomocy przycisków nie przyniosły żadnego skutku. Wpadłam więc na pomysł, że trzeba iść po pomoc. Wracając do domu, zaszłam do salonu Minus GSM, aby któryś ze starających się wyglądać schludnie, może nawet elegancko, panów pracujących nauczył moją blondynkowatą część osobowości jak otworzyć mój model telefonu, bo ostatecznie hardwarem nigdy nie lubiłam się zajmować. I co? I mogę napisać jak było.

###

Ilu trzeba panów w salonie telefonii komórkowej by otworzyć telefon? Trzech. Pierwszy mówi, że to stary model (telefon ma raptem 14 miesięcy). Wyśmiałabym sukinkota, ale wtedy nic bym nie załatwiła. Drugi, że ma za krótkie paznokcie i proponuje go zostawić w serwisie skoro na gwarancji. Wyśmiałabym sukinkota, przecież może być jak z Windowsami, wyłączyć z prądu, włączyć i zadziała, po co od razu serwis. Trzeci, niczym brakujący element męskiej trójcy świętej świata cyfrowego konsumpcjonizmu stanął na wysokości zadania, dał radę i otworzył. Nawet był łaskaw pokazać mi jak to zrobił, co spowodowało, że mój blondynkowaty stan umysłu w tej kwestii stał się mądrą brunetką. Tych dwóch pierwszych pozostało blondynkami...

środa, września 15, 2010

69. Moje spotkania z Freudowską myślą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj byłam w ferworze przygotowań na rozpoczynające się dzisiaj Seminarium teoretyczne, w którym biorę udział. Lista w głowie sporządzona: miska, zabawki, ręcznik, podkłady, jedzenie. Poszłam również do sklepu zoologicznego by zaopatrzyć się w gryzaki, które zajmą Kudłatą w chwilach, gdy jej Pan Sen opuści ją by samotnie zwiedzać miasto. Kto by pomyślał, że wybór zakupionego produktu zrozumiem dopiero dziś.

W zoologicznym:

Jabłoń:
(zwraca się do pana Zoologicznika)
Proszę pana, coś niedużego, czego gryzienie zajmie psu dużo czasu.

Zoologicznik:
(z błyskiem w oku)
Mam! Wie pani, najlepszy będzie wołowy penis.
(uśmiecha się jakby z podtekstem)

Jabłoń:
Kupuję!
(nie wiedzieć czemu też uśmiecha się dwuznacznie
na samą myśl o zakupie
)

Wieczorkiem w domu Jabłoń zdaje relację Sadownikowi o poczynionych zakupach:

Jabłoń:
(pokazuje Sadownikowi wołowego ususzonego penisa)
Popatrz jaki on chudy. Teraz rozumiem, dlaczego krowy tak muczą.

Sadownik:
...

Wszystko to było tylko zapowiedzią przyszłości, bo dzisiaj na tapecie był... Freud. Co by powiedział ów zacny pan, gdybym w ramach sesyjki psychoanalizy opowiedziała mu o wczorajszych dialogach i wołowym suszonym penisie w detalach?

68. Moja pamiętliwa niepamięć do twarzy

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj okazało się po raz kolejny, że Kudłata ma na osiedlu wielu wielbicieli. Pewna pani wprawiła mnie w niemałe osłupienie. Elegancko ubrana, wracała z pracy. Nie miałam wrażenie, że znam ją choćby z widzenia a usłyszałam jak woła do Heniuty: „Wróciłaś już skarbie, chodź się przywitać!” i ta moja marna sunia leci do owej damy na złamanie karku. Upss, mam nadzieję, że następnym razem rozpoznam panią. Nie minęło kilka minut, gdy znany mi chłopiec z naszego bloku do innego (już mi nieznanego) chłopca mówi: „chodź, zobacz, to jest piękny piesek” a ów drugi odpowiada: „wiem, ona ma na imię Henia”. Popatrzyłam na Heniutę podejrzliwie: Sunieczko, kiedy to nawiązałaś te znajomości? Zapadła psia cisza. Pewnie Kudłata uważa, że się czepiam. Cóż, może taka dola rodzica...

wtorek, września 14, 2010

67. Rytm Świata

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Promienie słońca zachwycały mnie nieustannie przez cały urlop. Jeszcze bardziej zajmowała mnie zmiana własnego stanowiska w tej kwestii --- jeszcze dwa miesiące temu uciekałam przed słońcem jak najdalej klnąc, że jeszcze jeden taki dzień i nie ruszę ani ręką ani nogą, a tu, proszę, każdego mojego nadmorskiego ranka skrupulatnie poprawiałam sobie położenie leżaka, by poranne przyjemności na tarasie były słońcem skąpane. Ach, a potem, to wygrzewanie kosteczek na plaży, na kocyku za parawanem --- chwile, gdy bezgranicznie rozumiałam wszystkie koty świata. Ba, byłam jednym z nich!

Przyglądanie się magii tej zmiany przyciągało mnie każdego ranka jak magnes. Pory roku, niezmiennie przychodzące po sobie. Żadne drzewo nie protestuje, że po wiośnie i lecie przychodzi czas na jesień i zimę. Gdzie się nie obejrzałam myślami, wszędzie widziałam koło, bo po niedzieli zawsze jest poniedziałek, po grudniu styczeń, a po wschodzie słońca, słonecznym marszu po sklepieniu niebieskim, zachód stanie się faktem. Nawet historia kanciastym kołem stara się toczyć, nie wspominając o fortunach.

Z tego całego szukania podobieństw przyszło mi do głowy pytanie: jak to jest z relacjami, tymi ludzko-ludzkimi? Czy też wielokrotnie przechodzimy przez pory roku? Od wiosny, która szaleństwem zachwytu wzrasta, że właśnie na mojej drodze pojawił się ów człowiek; przez lato, które jakoś dziwnie szybko mija; aż po zimę, gdy w grubych kurteczkach szytych z pretensji, owinięci szalikiem żalu, w czapce z niespełnionych oczekiwań siedzimy jeszcze obok siebie, ale tak jakby jednego z nas już tam nie było?

Nie, pory roku nie sprawdzają się w przypadku relacji, chyba że każdą z nich potraktować jak terofit --- roślinę jednoroczną --- niektóre pory roku a każda z nich tylko raz.

Sadownik i ja --- relacja bez dwóch zdań. Pory roku? Może, ale lekko naciągane, chyba żeby przyjąć globalne ocieplenie za pewnik. Ale jaką porę roku wówczas mamy aktualnie na tapecie? Czy zacząć się już bać, że owa pora niechybnie przejdzie w kolejną i na horyzoncie zamajaczy zima? Nie. Bliżej naszej relacji do pływów morskich. Przypływ, odpływ, przypływ, odpływ... rytm naszego małego, wspólnego Świata.

Wyjść z przytuliska, by do niego wrócić. Wyjechać w pojedynkę by wrócić do Stada. Zamknąć czasem drzwi i pobyć tylko ze sobą, by je otworzyć i dołączyć do drugiej pary stóp i dłoni, psich łap, które zawsze niosą uśmiech. Rytm życia... magia, która wciąż mnie zachwyca.

poniedziałek, września 13, 2010

66. Wieczna, cudna zmiana

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata działa jak katalizator. Nasionka ochoty na sierściucha znajduje w ludziach tak perfekcyjnie jak szkolona świnia trufle. Ciocia Atena kocurkę ma (wpis 62.) i można było to traktować jako przypadek. Historia jednak lubi się powtarzać. Ledwo co się Kudłata pojawi w niecodziennym dla niej miejscu i ciach, zmiana. Zaszamani tym swoim ogonem, dwa razy oczami przewróci i gotowe. Czasem jednak Sadownik robi za pomocnika. Było to tak...

W sobotę, historycznie czwartego września, prawie ledwo co jak Stado u Rodziców Jabłoni zagościło na jeden dnio-noc, zachciało się Sadownikowi potraktować Kudłatą jak królika doświadczalnego. Gdyby zapytać Rodziców Jabłoni to mieli owego dnia na stanie trzy psy, z czego dwa wilki na podwórku. Wilczyca nie sprawiała wrażenia przyjaznej obcym psom a i historię osobistą ma lekko krwią na własnych zębach zbroczoną.

Sadownik-twardziel, Kudłata jako królik na smyczy, Jabłoń i reszta domowników jako posiadacze niezbyt mocnych nerwów obsadzeni w roli widzów bez tabliczki z napisem „aplauz”. Wszyscy Dwunożni boją się jak diabli, ale żaden nie ma zamiaru swego strachu ujawniać i opisywać. Sadownik zadecydował. Wpuszczamy na taras Wilczycę. Wpuścili, dusze na ramionach powiewały nerwowo, ale nikt nie protestował, suki się węchem dogadały, ustaliły hierarchię kilkoma ruchami ciał, warknięciem i zaczęły się bawić. Gdy to wszystko stawało się faktem Sadownik-sekundant poluzowywał smycz Heniuty, aż w końcu stała się zbędna. Na tyle nerwów wszystkim starczyło. Można było się lekko policytować kto ile strachu w dłoniach ściskał.

Eksperyment uważano za zamknięty. Tyle, że Mamę Jabłoni korciło. Przynajmniej wiadomo po kim Jabłoń tę okropną przypadłość posiada. Mama zapytała Jabłoń, gdy już nikogo poza nimi dwoma i psicami na tarasie nie było: „a może wypuścimy je do sadu?” Jabłoni nie trzeba było trzy razy powtarzać. Nagroda była ogromna: koła zataczane przez goniące się psy, zabawa jakiej ów sad dawno już nie widział. W końcu Dwunożne Stada mogły zacząć na wsi wypoczywać, bo nie trzeba było już ani wiązać Wilków, ani pilnować Kudłatej, by w przypływie otwartości nie poszła odwiedzić uwiązanych psów. Mogłoby się wydawać, że to już był koniec przygody a to tylko pierwsze zakończenie.

Finał bowiem królikowania Kudłatej był taki, że w niedzielę rano, po śniadaniu, Rodzice Jabłoni mieli znów, tak jak dawniej, cztery psy. Dwa na podwórzu, dwa w domu. Pojawiła się śliczna, malutka, drobniutka psiczka, która na swoje imię musiała troszkę poczekać. To był dzień, w którym okazało się po raz pierwszy, że Henia już nie jest mała, jest duża, masywna i ma wielkie łapy.

Dziś, po raz drugi przekonałyśmy się, że coś się dzieje dziwnego z rozmiarami na tym świecie. Właśnie wróciłyśmy ze spaceru. Spotkałyśmy Rino ze swoją panią. Jedenastoletni, czarny labrador, wydawał się ogromny, gdy go pierwszy raz spotkałyśmy z Kudłatą. To bardzo dziwne, ale dziś Rino wcale nie był już taki wielki. Byłyśmy z Kudłatą w parku, którego nie widziała od prawie dziesięciu dni. Henia morzem, przestrzenią zepsuta wyglądała na zdziwioną jakby chciała powiedzieć: „przed wyjazdem ten park był dużo większy”.

65. Więcej kiczu

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wrzesień — jak dla mnie jeden z najpiękniejszych miesięcy nad polskim Bałtykiem. Wejściówki do nadmorskich miejscowości rozdane według klucza, który widać gołym okiem: emeryci, pary z malutkimi dziećmi, pary z i bez psów obejmujące się podczas spacerowania brzegiem morza. Uderzyła mnie w tych wybrańcach umiejętność nieśpiesznego cieszenia się chwilą, kształtem fali, kamykiem, wzorem w jaki wiatr układa piasek.

Każdego ranka na tarasie piłam inkę i podziwiałam to, na co zwykle nie zwracam uwagi: chmury. Całkiem od niechcenia pociągnięte delikatnie akwarelą na wysokim niebie, nieruchome, jakby tam u góry w ogóle nie wiało. Dla kontrastu, nisko, olejem rozpaciane twory, przypominające fakturą watę cukrową, gnały z powagą sterowców. I do tego jak wisienka na torcie promienie słońca. Tak inne od tych nachalnych z lipca i sierpnia. Oczekiwane, witane z radością, absorbowane ciałem, duszą, sercem.

Nic, tylko piękno zaklęte w czasoprzestrzeń. I ta myśl, że jestem farciarą, bo cisza, spokój, kawusia, poranna lektura, niebo i para szczęściarzy na tarasie z psem zajętym swoimi sprawami w trawie. Ciekawe, dlaczego takie cuda, gdy tylko opisywane, opowiadane a nie przeżyte to tylko okropnie kiczowaty obrazek, beznadziejnie niemedialna nuda?

Dziś to już tylko wspomnienie. Gdy do niego wracam zapamiętanymi wrażeniami, zapachami, odczuciami, tym jak czuje się moje ciało, życzę nie tylko Stadu więcej takiego kiczu, we wszelkich niewyobrażalnych formach.

piątek, września 03, 2010

64. Zanim ruszymy pełną parą

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Nasze mieszkanie ma nas dość i chce mieć wakacje, by troszkę od nas odpocząć. By pooddychać ciszą, usłyszeć własne myśli, zdążyć zatęsknić za nami prawdziwie i mocno. Ma w planie leżeć odłogiem tak długo, aż zacznie nocą jęczeć tęsknie za światłem małej lampki, dotykiem gołych stóp i psich łapek. Może nawet zacznie tak usychać z tęsknoty, że będzie marzyć, by Kudłata nasiusiała na parkiet.

Jutro jedziemy na urlop, trzeci prawdziwy urlop w życiu, bez brania roboty ze sobą. Tylko Stado, plaża, morze i... gofry z bitą śmietaną i borówkami. Do kompletu jedzie z nami ciekawość jak Heniuta zareaguje na bezmiar piasku, wody... i czy przy tym psie da się posiedzieć w leżaczku i poczytać...

Czytam właśnie Terzaniego, a w nim akapit, który przypomniał mi o czasach, gdy jako dziecko pozostawałam w niemym zadziwieniu, że chodząc do koleżanki zanieść jej lekcje poznałam dom, w którym cukierki czekoladowe są, stoją w miseczce na stoliku i nie znikają. To było dla mnie wtedy kompletnie niezrozumiałe, jakby grawitacja na moich oczach przestała działać.

Tiziano: (...) Ja dorastałem właśnie w takim małym światku. Florencja była dla mnie odległym miastem. Jak Ci opowiadałem, jeździliśmy tam raz na jakiś czas w niedziele z rodzicami.
     Folco: Na lody.
     Tiziano: Nie. Jeździłem oglądać bogaczy, którzy jedli lody. To za­pa­mię­ta­łem na całe życie.

Tiziano Terzani, Koniec jest moim początkiem,
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Czytam i na dłużej zostaje ze mną świadomość, że jesteśmy bogaczami. Spędzimy razem cały tydzień i będziemy chodzić na gofry… jeśli o mnie chodzi — codziennie!

czwartek, września 02, 2010

63. Prawie kulinarnie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Jabłoń:
Dzwonię dopiero teraz, bo nie słyszałam, że dzwonisz.
Zamknęłam telefon w lodówce.

Sadownik:
Gdzie???

Jabłoń:
Po spacerze wkładałam do lodówki saszetkę ze smakołykami
i zapomniałam wyjąć z saszetkowej kieszonki telefon.

Sadownik:
(śmiech nie do podrobienia, nie do opisania,
ale prawdziwie mocny jak mało co, w końcu pozwala mówić
)
Oddzwonię.

Sadownik:
(oddzwania)
Chciałem zapytać co u was, ale widzę ze mrozisz relacje.

62. Mieszkanie Cioci Ateny

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Kudłata ma jedną Ciocię. Taką Ciocię co zawsze pyta, pamięta i lubi Henię widzieć. Ciocia Atena --- delikatna, ciepła i zawsze widząca tylko dobrą stronę rzeczy, które dzieją się nie tak jak człowiek zaplanował.

Jakiś czas temu Ciocia Atena zaprosiła całe Stado do siebie. Może nie byłoby powodu wspominać o tej wizycie, ale jak okazało się przed tygodniem, dla Mieszkanka Cioci Ateny była to znamienna wizyta, bo mogło Ono własnymi ścianami zobaczyć i poczuć Sierściucha.

Ani Ciocia Atena, ani Sadownik, ani nawet Jabłoń nie domyślali się, że od tego dnia przytulne Mieszkanko Cioci Ateny miało już tylko jedno marzenie: żyć z własnym sierściuchem.

No i stało się, wczoraj byliśmy całym Stadem w szczęśliwym Mieszkanku, które od tygodnia dzieliło już swoje życie nie tylko z Ciocią Ateną, ale również z przepiękną, malutką, trzykolorową kociczką. Maleństwo nie waży nawet pół kilo i Kudłata przy niej wygląda jak wielki potwór, którego zaproszenie do zabawy przypomina Maleństwu raczej taniec śmierci.

Mieszkanko Cioci Ateny, teraz milion razy szczęśliwsze. To magiczne miejsce, gdzie zawsze łapie mnie sensu odrobinka: by nie śpieszyć się, by pożyć, by po prostu być i cieszyć się ludźmi, z którymi siadam do stołu...

środa, września 01, 2010

(57+4). Foto-suplement Ginesi

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Szczęśliwa zadziwieniem, bo tylu psów w jednym miejscu to nawet Jabłoń nie widziała:


Gonię, gonię do tamtego kolegi i koleżanki, i kolegi, i koleżanki!


Ach! Trudno uwierzyć, że Kudłata też będzie kiedyś duża i będzie miała taką dużą głowę:


Mała jestem, ale zęby do dwójek u góry już stałe i mogę być partnerem w zabawie (a lewej, górnej trójki wciąż brak):


Po szaleństwach na trawie, przed spacerem, Kudłata ma dość, ale niezmiennie uwielbia dzieci:


Kudłata po całej trasie spaceru przy wodopoju, już wie, że jest Ginesią:


*

wtorek, sierpnia 31, 2010

60. Koniec

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Koniec sierpnia już dziś. Koniec delegacji Sadownika już za kilka godzin. Koniec lata z każdą minutą coraz bliżej.

Dręczy mnie filozoficzno-jesienne, chyba ciut dziecinne, pytanie: dlaczego Początki znajomości są fajniejsze od ich Końcówek? Czy dlatego, że niczego na Początku nie oczekujemy? A może dlatego, że spada na nas taka znajomość trochę jak z nieba i traktowana jest jak szczęśliwy traf albo jak początek wiosny ludzko-ludzkiej?

Fajnie było machać ręką odjeżdżającemu tramwajem, gdy wiedziało się, że jutro lub pojutrze spotka się go znów. Nie jest fajnie machać ręką odjeżdżającemu tramwajem, gdy ma się pewność, że ani jutro ani pojutrze już się go nie spotka.

Zimno. Pada. Nie, nie pada, bądźmy poprawni językowo, leje. A więc... od „A” nie należy zaczynać zdania... tylko dodam, że gdy leje nie na żarty i nie pierwszą godzinę, uświadomiłam sobie jeszcze jeden Koniec, który płynnie przeszedł w Początek: w deszczowe dni już nie chodzę po dworze z tęczowym parasolem, chodzę z czarną labradorzycą...

Koniec. Właśnie zamknęła się sześćdziesiątka wpisów.

poniedziałek, sierpnia 30, 2010

59. Literkowe zamyślenie

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Są książki, przez które przebiega się szybko i, w zasadzie, poza zaspokojeniem ciekawości jak autor rozłoży karty, pozostaje tylko wrażenie, że niewiele się zyskało. Jakiś czas temu pożyczyłam książkę od Mamy Sadownika. Porwał mnie tytuł. Gdybym nie czytała, podanego na tacy przez Sadownika, Nocnego Patrolu Łukjanienki, to może nawet podobałby mi się pomysł na tę opowieść. Dodatkowo, nie lubię książek, w których bohaterowie marnują czas, a tu, na kartach tej książki, wszyscy w życiowym marazmie i tylko aniołowie starają się wierzyć, ufać i sprostać swoim zadaniom. Oddam tę książkę i w zasadzie mogę o niej zapomnieć, ale... nie do końca. Jest w niej fragment-matrioszka, który zawiera w środku inny fragment, pewnie fikcyjny, który wyjątkowo mi się spodobał i kazał na chwilę zatrzymać się nad tymi słowami (rozmowa aniołów):

     — Jej stosunek do Karela opiera się praktycznie już tylko na przyzwyczajeniu i dobrej woli, ale kilka ogników starej miłości ciągle tli się w jej sercu. Coś wam przeczytam.
     Wyciąga jakąś książkę, otwiera ją i przez chwilę walczy z wiatrem.
     —
Jeżeli rozumiecie jeszcze, jak mogliście kiedyś kogoś kochać, nadal jesteście zakochani. Wygasła miłość jest czymś nie do uwierzenia.

Michal Viewegh, Aniołowie dnia powszedniego,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.


Jeśli o mnie chodzi, choćby tylko dla tych słów, warto było zajrzeć do tej książki. W wakacje nie trzeba ambitnie się zaczytywać.

Szłam z Kudłatą po parku i myślałam o moich miłościach obleczonych w męskie ciała, przyozdobionych męskimi umysłami. Tak, niektóre z nich są dziś nie do uwierzenia, ale niektóre jak najbardziej. Cudnie jest być wciąż zakochanym...