środa, sierpnia 06, 2014

(1086+3+1). Segregacja po polsku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dawno, dawno temu w Ameryce Elliot Erwitt zatrzymał w obiektywie czas, aktualny megalomański system wierzeń białego człowieka. Dziś nie mieści nam się to w głowach. I dobrze.

*

Nie dawno, w południowej Polsce, w ostatni weekend zatrzymałam w trzewiach telefonu czas i segregację innego rodzaju. Panowie i... reszta świata.

Mężczyzna, który chciałby przewinąć dziecko lub nalać do butelki wody dla swojego psa, musiałby się udać do toalety dla reszty świata. Sprawdziłam, w kibelku dla Panów nie było to możliwe. Ktoś może powiedzieć, czepiam się napisów, ale nie mam złudzeń, że to nie jest tylko kwestia tych tabliczek i złoszczą mnie złudzenia ktosiów, że niby to tylko kwestia napisów.

Wisienką na tym gorzkim torcie był fakt, że toaleta dla niepełnosprawnych była zupełnie nieprzystosowana, poza większą powierzchnią. Ot, takie pojęcie o potrzebach reszty świata.

*

Gdy tydzień wcześniej grzaliśmy do domu nowoczesną autostradą, na postoju odnotowałam toaletę dla, jak informowała kartka, matki z dzieckiem — z przyjemnością stwierdzając, że ktoś przekreślił matki i dopisał rodzica. Dumna byłam okrutnie.

niedziela, sierpnia 03, 2014

(1086+3). Magiczny weekend

Bliźniacze małżeństwa
wspólny weekend wykradły
obowiązkom, czasowym ograniczeniom.
Bajka o wspólnym czasie.

*

I śmierć z miłości do życia
na środku rynku miasta południowej Polski
w prostokącie zdjęcia zatrzymana.
Przypowieść o czasie.

*

Wróciliśmy.
Z bajką i przypowieścią
w sercu.
Z planami na przyszłość.

piątek, sierpnia 01, 2014

1088. Czyn haniebny

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zaczęło się w czerwcu. Co Sadownik kupuje gazetę w sklepiku-kiosku, staję przy odpowiedniej półeczce i podczytuję. Nie kupię przecież, bo mnie to nie dotyczy. Gdy któregoś razu Sadownik stwierdził, że zostawił portfel w samochodzie, byłam w siódmym niebie — poleciał na parking a ja w spokoju ducha wertowałam.

Aż nadarzyła się okazja. Bliźniacza Liczba musi to mieć — zawyrokowałam. Miesiąc temu kupiłam w pakiecie innych, zaliczonych jako wartych podarowania. Leżała sobie książeczka spokojnie czekając na swój czas i swoją nową właścicielkę. Wyjęłam wczoraj, by spakować. I zatrzymała mnie na kolejnych trzydzieści stron. Czytałam ledwo uchylone stronice, by nie zagiąć, odgiąć i nie wypuścić zbyt dużo drukarnianego zapachu, co dla czytających jest niebywałą rozkoszą.

Słyszałam o kobiecie, która, gdy kupi komuś prezent książkowy, musi go przed podarowaniem osobiście przeczytać od deski do deski. No i masz, dziewictwo straciłam w tej kwestii, zrobiłam sama tak dziś. Nie mogłam się już oderwać. Przeczytałam do ostatniej literki. Kajając się doniosłam na siebie Bliźniaczej Liczbie o czynie tym haniebnym. I tylko jeden problem wciąż mam, że gdybym cofnęła czas i tak zrobiłabym to jeszcze raz! Muszę donieść o tym Bliźniaczej.

Książka doskonała i chciałoby się rzec... obowiązkowa. Lekko napisana choć o rzeczach niełatwych, mrożących krew w żyłach. W kilku miejscach ubawiłam się do łez. I tylko w dwóch z poruszanych kwestii zgodzić się z Agnieszką Graff nie mogę. Po pierwsze, w kwestii „wózkowych”, o których pisał Mikołejko — założę się, że Autorka udaje, że nie zrozumiała o co mu chodziło; bo nie o to, o czym wspomina Graff. Nie uwierzę, że nigdy choć jednej „wózkowej” nie spotkała. Po drugie, gdy pyta: „Czy rodzicom należą się od bezdzietnych podatników pieniądze?” to krew mi się burzy na, chwilowe choćby, przeciwstawianie dzietnych bezdzietnym. Tak jak nie ma dwóch gatunków matek, tak nie ma dwóch gatunków kobiet (dzietnych i bezdzietnych) — wszystkie w tym kraju, wbrew pozorom, jedziemy na tym samym wózku obywateli drugiej kategorii.

Z jednej strony mamy rodzinne „ideolo”: wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie — jak wiadomo — dziecko. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym człowiekiem — czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym — czyni w Polsce pariasa.

*

W polskiej debacie publicznej przyjął się podział: po jednej stronie prorodzinny konserwatysta, po drugiej — indywidualistyczny liberał, lewicowiec, gej i feministka. U nas kultura śmierci, u nich — kultura życia. My samotni i zgorzkniali, oni — otoczeni gromadą słodkich maluszków. Ten podział to bzdura. Najwyższy czas odebrać konserwatystom monopol na „rodzinność”.

*

Pewien mój znajomy dorzuca nieśmiało, że ta kobieca niezastępowalność i bezbrzeżna kompetencja przy dziecku to często także potężna broń w związku z mężczyzną, maszynka do produkowania w mężczyznach poczucia winy i bezradności. Zgoda. Dodajmy, że produkujemy też bezczynność oraz bezkarność. — bo przecież skoro ona zrobi przy dziecku wszystko, to dla niego zostaje... nic. Jeśli chcemy być w życiu nie tylko matkami, jeśli chcemy, by nasze dzieci miały ojców z prawdziwego zdarzenia, to musimy odrobinę odpuścić. Macierzyńska wszechwiedza i wszechkompetencja to broń obosieczna.

*

[...] Ale już tydzień to w życiu dwulatka bezkres. Mój czas i jego czas to tylko pozornie ten sam żywioł.
     W dzieciach jest coś, co wprawia nas w osłupienie, jeśli mamy odwagę (i czas), by się nad tym zastanowić. Niby to oczywistość, że rosną. Ale przecież także metafizyka. Dzieciństwo to płynna tożsamość. Nic tak nie uświadamia nieuchronności upływu czasu — i, nie czarujmy się, naszego starzenia się — jak obecność w naszym życiu małego człowieka. Jak to, to tego maluszka już nie ma? Może to właśnie metafizyczny lęk — tę obcość i bliskość, to mgliste wspomnienie własnego dzieciństwa, własnego przemijania i własnej śmiertelności — oswajamy durnym ględzeniem o tym, że dzieci rosną.

*

Mam jednak kłopot ze słowem „przedsiębiorczość”. To słowo zrobiło w Polsce zawrotną karierę, ale ja za nim nie przepadam. I wiem, że nie jestem w tej niechęci odosobniona. Podobno pewna duża stacja telewizyjna zrobiła ostatnio badania, z których wynika, że wielu Polaków czuje podobnie — na dźwięk tego słowa ludzie odruchowo zmieniają kanał. Dlaczego? Bo mają poczucie, że słowo „przedsiębiorczość” ich wyklucza, a może nawet obraża.
     To słowo premiuje indywidualizm, a deprecjonuje wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne. Kult przedsiębiorczości zawiera też w sobie lekceważenie tych, którzy okazali się „za mało przedsiębiorczy”. Sugeruje, że sami są sobie winni, jeśli nie wygrali w rynkowej grze. Nie zarabiasz — zdychasz. Od lat słowo „przedsiębiorczość” służy w Polsce piętnowaniu ludzi biednych jako roszczeniowych nieudaczników, a jednocześnie zwalnianiu państwa od odpowiedzialności za biedę, za wyrównywanie szans.

*

Pierwsza ma awans, wizytówki i markowy ciuch w pepitkę, a przed domem wypasione auto. No tak, ale w oczach jakieś napięcie i żal. I dzieci smutne, już niemal wolą nianię. Druga siedzi w domu, pachnie mlekiem i proszkiem do prania. Na kolanach szczęśliwy bobas, baba drożdżowa rośnie w piecu. Ale jak się bliżej przyjrzeć, okaże się, że mama anioł ma coś bezmyślnego w twarzy, jakąś nudę i brak perspektyw. Znacie te dwa obrazki?
     Oba są podszyte niechęcią do kobiet. Panią Ambitną otacza aura nowoczesności i poczucie winy. I słusznie, bo suka jedna, dziecko zaniedbuje. Pani Mamuśka słodka jest i czuła, ale w głębi pastelowego raju czai się wąż: oskarżenie o lenistwo i pytanie, co z nią będzie, gdy dzieci podrosną, a mąż (odpukać) wymieni ją na nowszy model. I słusznie wymieni, kwoka rozlazła, trzeba było pracować.
     [...]
     Nie ma dwóch gatunków matek. Jest pęknięcie w świecie, który się z macierzyństwem nie liczy. Przepaść między prywatnością i pracą. I rozdarcie matek: być nie tam, gdzie się akurat jest. Być tu i tam jednocześnie. Poczucie, że coś ucieka, coś przegrałaś, na coś się nieodwołalnie spóźnisz. Tu i tam.

*

Nie chodzi o kolory. Chodzi o pisane z góry życiowe scenariusze. „Dziewczynka? Ojej, jaka śliczna, a jakie długie ma te rzęsy! Jaka łagodniusia i jak zalotnie patrzy”. „Chłopczyk? Od razu wiedziałam! Jaki duży! Widać, że urwis”. Oba opisy padały wielokrotnie z ust życzliwych pań w parku, a dotyczyły pary bliźniąt, których mamę poznałam przy piaskownicy. Dzieci są prawie nie do rozróżnienia.

Agnieszka Graff, Matka Feministyka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

*

czwartek, lipca 31, 2014

(1086+1). Przed... życie po polsku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wydarzyło sie przed, czyli przed nadzieją niesioną przez ludzkich ludzi.

Z lotu ptaka, z boku całkiem, filozoficznie rzecz ujmując Ludzkie Życie to piękna idea. Z bliska perspektywa drastycznie może się zmienić. Pomyślałam. W połowie książki, która już za mną zaczęłam się zastanawiać, czy moja miłość do reportażu nie jest formą masochizmu. W połowie książki pomyślałam, że nie tylko nie rozumiem, dlaczego pies z uporem maniaka trzyma się człowieka, choć ten traktuje go nieludzko od stuleci, ale również przestaję rozumieć sens ludzkiego życia w społeczeństwie. Życia, które wymusza, rani, okalecza, zabija...

I po co mi tak książka? — pytałam samą siebie.
Znalazłam kilka perełek przywracających nadzieję.
Może po to.

[...] ze słowami księdza Tischnera: „Wychowują ci, co mają nadzieję”.

*

Karolina [...]. Ma w sobie ducha nomadów. Będzie tam uczyła muzyki, a może robiła coś zupełnie innego. Ważne, żeby była z tym szczęśliwa.

*

Bo nikt nie zaserwował jej fałszywej nadziei. Nie próbował jej oszukać, że będzie zdrowa. Tylko powiedział: postaraj się maksymalnie wykorzystać ten czas, który ci pozostał. Zobacz, że kawa na balkonie smakuje wspaniale, szczególnie rankiem, kiedy miasto dopiero budzi się ze snu. Każda chwila życia jest piękna, pamiętaj, nawet jeśli dostałaś tyle sterydów, że straciłaś czucie w dłoniach. To nic, że wybijasz w domu wszystkie talerze. Pomyśl, jak mogą wyglądać dzisiaj góry.

*

Pierwsze pytanie profesora, nim przyjął pracę w Münster, brzmiało: „A jaki macie hotel dla rodziców? Bo ja będę miał wielu pacjentów z Polski”.
     — Z dyrektorem szpitala pojechałem obejrzeć ten hotel. Okazało się, że Niemcy wydrukowali nawet po polsku informacje o szpitalu, by pójść pacjentom na rękę. Byłem zaskoczony — opowiada
[kardiochirurg Edward Malec].
     Szpital zatrudnił profesorowi również polską sekretarkę, która obok docent Januszewskiej pomaga rodzicom nieznającym niemieckiego.
     W Monachium w 2007 roku Malec okazał się jeszcze większym dyplomatą. Podpisując kontrakt, postawił warunek, że polskie rodziny, które będą szukały u niego ratunku, zapłacą za operację mniej niż tamtejszy ubezpieczyciel zwróci za niemieckiego pacjenta. Niemcy się zgadzają.

Iza Michalewicz, Życie to za mało. Notatki o stracie
i poszukiwaniu nadziei
, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014.

1086. Kudłate Życie (epizody)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

#1

Upał. Trzyma. Dwa dni temu o 18.30 miałyśmy się zameldować u psiej pani alergolog na odczulanie. A upał wściekły nic sobie nie robił z wizyty lekarskiej. Dwoma tramwajami w każdą stronę trzeba było jechać. Ale, ale. Kudłata ma jeden gadżet. Kupioną w zeszłym roku za wielką wodą kamizelkę chłodzącą. Dwie godziny przed wyjściem z domu namoczyłam oną. Wody naciągnęła. Ciężaru nabrała. W zamrażalniku zaległa. Przed wyjściem na grzbiet Suki wrzuciłam.

Gdy wracałyśmy od pani doktor, coś mnie tknęło, by zrealizować psią receptę w pobliskiej aptece. Obejrzałam. Upewniłam się, że nie jest oblepiona kudłatym zakazem. Weszłam z Heniutką. Usiadła grzecznie obok mojej nogi. Pan zrealizował receptę. Podziękowałam, że mogłam z pacjentką wejść. I wmurował mnie pan magister słowami:
     — Psy-przewodnicy zawsze są u nas mile widziani.

Wróciłam do domu i szukać Sadownikowi ułomności we mnie kazałam, które usprawiedliwiałyby słowa pana magistra, bo ja znalazłam tylko profesjonalną psią kamizelkę. Znalazł ułomność nie jedną... Poskarżyłam się telefonicznie Antence. Jak zwykle była sobą i tylko pozytywy umiała znaleźć, że Heniutka niby taka dobrze ułożona... Zadumałam się. W końcu od czego ma się przyjaciół? Nawet jeśli jeden z nich jest współwinnym wszystkiego Małżonkiem.


#2

Nocleg na południu Polski w nadchodzący weekend potrzebny dla dwóch par, w tym jedna z psem. Sadownik wczoraj obdzwonił wiele miejsc. W końcu załatwił. Relację zdawał wieczorową porą. Że zadzwonił tam, gdzie będziemy finalnie spać, i mówi. Że dwie pary. Jedna z psem. I czy tak może być. A na to pan Właściciel:
     — Proszę pana, oczywiście, w końcu pies to też człowiek!

Serce rośnie na samą myśl o weekendzie.

wtorek, lipca 29, 2014

1085. Kobiety

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

fakt. ci sami biologiczni rodzice. nic więcej nas nie łączy. ani jedna myśl, ani jedno pragnienie. żadna idea. nie jesteśmy siostrami.

konstatacja. nie mamy tych samych biologicznych rodziców. łączą nas myśli, pragnienia, pomysły, marzenia, czas. znów doprowadziła mnie do łez szczęścia. tak już ma. jesteśmy siostrami.

***

gdzie ja byłam, jak mnie tu nie było? na krawędzi tematu-rzeki siedziałam prawie trzy tygodnie. na kamieniu, bolało. obok kamienia. uwierało. wśród rozkwitających pomysłów. w deszczu zwątpienia. skończyłam. na razie.

Czy naprawdę gdy robimy, to co kochamy, co nas pasjonuje, nieprzerwanie ubolewamy, że mamy duże stopy czy okrągłą twarz? I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas i te stopy, i tę twarz? Jak mamy zamiar celebrować to piękno w nas? Prawda o nas zaczyna się w naszym ciele.

(wykreślone, usunięte, ale tu zatrzymane)

synchronicznie. gdy skończyłam, wisienką na torcie była znaleziona przez Sadownika piosenka. to temat-bardzo-szeroka-rzeka. jeszcze nad jej brzegiem zatrzymam się nie raz. perły łowić będę znów.

Colbie Caillat, Try.

don't you like you?
'cause I like you

wtorek, lipca 22, 2014

1084. Już mogę wspomnieć słówko o Niej

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy odebrałam ją dla siebie, wiedziałam, że są pary, związki, małżeństwa, którym tę książkę bardzo chcę podarować jako podziękowanie, że są. Tak zaczęły się dwa miesiące trzymania języka za zębami, bo tak się beznadziejnie składało, że część z tych osób wciąż tu zagląda, choćby sporadycznie — rzucić okiem, czy wszystko u nas dobrze.

Logistyka. Adresy. Poczta. Daty. Trochę szczęścia. Właściwe terminy wysyłki. By nie wróciły do adresatki. Polecony. By nie zaginęły. Priorytety. By dotarły jak najszybciej. Ta sama książka w kilku egzemplarzach, w różnych miejscach, w różnych domach już jest. A zwielokrotniona radość wynikająca z tego faktu przypadła w udziale mi.

Są życiowe pryncypia, wartości najwyższe, które trudno uchwycić słowami, ale w kresce ilustracji można je odkryć z łatwością, zadumać się i poczuć wdzięczność za życie z tym Najważniejszym Człowiekiem.

Gdy dwoje ludzi żyje razem,
to jest im łatwiej, bo są razem,
i jest im trudniej, bo są razem.

Iwona Chmielewska, Dwoje ludzi,
Media Rodzina, Poznań, 2014.

*

To „tylko” wklejka z tej książki...

(ilustr. źródło i wiele innych)

wtorek, lipca 15, 2014

1083. Czekając na deszcz

banalność życia,
        co cudem jest,
smakuję.

wzruszam się do łez.

odkrywam pytania,
        pozostając bez odpowiedzi.
dlatego milczę tu.

*

Radio złapało mnie na tę piosenkę już kilka razy...

Monika Lidke, Tum Tum Song.

Kiedy płaczę, czuję że żyję,
każda łza oczyszcza mnie.

Skoro deszcz daje życie ziemi,
chyba nie jest aż tak źle.

Kiedy płaczę, czuję że żyję,
każda łza uwalnia mnie.

zachwyciły mnie te słowa...
i ten bas...

środa, lipca 09, 2014

1082. Marka: Ojciec Karmiący

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ojciec karmiący od czasu do czasu da znać, co czyta. Ojciec ten ma dystans do świata, nie działa na łapu-capu, więc i nie czyta na łapu-capu, założę się. Gdy zdarzy się, że Ojciec karmiący wspomni, że lubi jakąś książkę, której nie czytałam, nie znam, to w ciemno zamawiam.

Ojciec karmiący zgotował mi niebywałą ucztę informacją o książce, o której nie miałam pojęcia. Film zapragnęłam obejrzeć, ale z książkami jestem szybsza — zamówiłam, odebrałam i pomimo że bardzo, bardzo wolno czytałam, cedząc literki, skończyłam. Pozostał zachwyt. W życiu tylu karteczek w jednej książce nie poupychałam. W życiu takiego dylematu z wyborem cytatów nie miałam. Bo z Ojcem karmiącym tak to już jest, karmi dużych myśleniem.

Bernie: [...] Bo gdy zależy ci na perfekcji, to równocześnie zależy ci, że spełniło się twoje oczekiwanie. Lepiej zatroszczyć się o to, gdzie jestem w tej chwili, co się teraz dzieje. Gdy spędzam czas z uczniami, mówią mi, że przeczytali w książce albo usłyszeli od nauczyciela coś, do czego we własnym mniemaniu nie dorastają. A ja odpowiadam: „Zatroszcz się o siebie teraz, w tej chwili. Bądź z tym, co się dzieje teraz, a nie z tym, kim chciałbyś być albo jaki powinien być świat. Teraz jesteś tutaj, więc jak zamierzasz zadbać o siebie w tej chwili?”.

*

Bernie: Jestem chłopakiem z Brooklynu. Ale w pewnym sensie szukam tych trudnych sytuacji, bo wiem, że dzięki nim się rozwijam. Na szczęście — albo nieszczęście — ciągle się pojawiają.

*

Jeff: [...] Myślę o nieodwzajemnionej miłości, o tym, że sprawiamy zawód komuś, kto od nas czegoś oczekuje, a my mu tego nie dajemy. [...]
     Bernie: Jak wiesz, jestem inżynierem, więc od razu myślę o konkretnym rozwiązaniu takiego dylematu. Ale przeżyłem kawał czasu z moją żoną, więc wiem, że rozwiązanie problemu...
     Jeff: Niczego nie załatwia. Zgadza się.
     Bernie: Bo jest jeszcze coś — w sferze emocji i uczuć.
     Jeff: Bo nie chodzi o odpowiedź na pytanie.

*

Bernie: [...] Nie krytykuj siebie, bądź cierpliwy. W następnej chwili wciąż tu będziesz, ale to już będzie całkowicie inna chwila.

*

Jeff: [...] Zauważam, że gdy jestem życzliwy, gdy akceptuję i kocham siebie, wtedy znajduje to odzwierciedlenie w świecie. Im więcej luzu sobie daję, tym łatwiej mi uniknąć samooceny, osądzania siebie za to, że jestem tylko tym, kim jestem, i zarazem mam większą świadomość, kim rzeczywiście jestem. Dostrzegam to i szanuję, i taką samą postawę przyjmuję wobec innych ludzi. Już tak nie napieram, respektuję rytm drugiej osoby. Ty działasz błyskawicznie, od razu rozpościerasz skrzydła, a dla mnie to czasem dzieje się za szybko, wiesz? Nie chodzi o to, że któryś z nas ma rację, a drugi nie. Po prostu różnimy się od siebie.
     [...]
     „Nie” jest piękne. Oczyszcza pole dla „tak”. Jeśli czujesz w sobie niezgodę, ale jej nie wyrażasz, wtedy zaczyna to w tobie ropieć, a potem i tak znajdzie swój wyraz, tylko w mało odpowiedni sposób. Natomiast swoboda odmowy pozwala nam eksperymentować, otworzyć się trochę bardziej.

*

Jeff: [...] I zauważam w sobie to poczucie, które można wyrazić słowami: „Niedługo już cię tu nie będzie, więc jak chcesz coś zrobić, zrób to teraz”.

Jeff Bridges i Bernie Glassman, Koleś i Mistrz Zen,
Wydawnictwo Charaktery, Kielce 2014.
(wyróżnienie własne)

*

wtorek, lipca 08, 2014

(1030+51). Proludzka książka (tom II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Czy ty czytasz kilka książek naraz?
     — Rzadko. A czemu pytasz?
     — Bo dziś masz przy sobie inną książkę niż w czwartek.
     Nie zna mnie jeszcze — pomyślałam wczoraj, gdy przytrafiła mi się ta wymiana zdań.

*

W sobotę po egzaminach — w majestacie praw przysługujących coachowi realizującemu cele — odebrałam książkę, na którą bardzo czekałam, a która premierę ma jutro. Czytałam okropnie wolno, wiedząc, że na trzeci tom będę musiała poczekać parę miesięcy. Niestety, już skończyłam. Nie pozostało nic innego, jak czekać na ostatnią część.

I zatrzymałam się w zadumie się wieczorem. Dla kogo jest ta trzyczęściowa powieść o gejach w czasach początku AIDS? Zamarzyło mi się, by ze zrozumieniem przeczytał ją choć jeden heteroseksualny homofob. By zobaczył siebie, swoje lęki, swoje pragnienia, swoją niepewność na kartach tej książki. By zobaczył, że niczym się nie różni w swym pragnieniu życia, w którym jest i miłość, i szacunek, i zrozumienie. Ta powieść otwiera oczy na okrucieństwa, jakim oddają się większości wobec mniejszości w majestacie prawa — wtedy i dziś, wszędzie na świecie. Zmieniają się tylko okoliczności, kwestia i rekwizyty. Włączam radio i wiem, że mechanizm „wiedzenia najlepiej” i siłowej próby wdrażania go w życie wszystkich obywateli wciąż ma się dobrze — tu i teraz, wobec mnie, wobec ciebie. Pomóc może tylko świadomość i uważne opuszczanie wszelkich szaf.

Jak ma im pokazać, kim jest naprawdę, skoro oni nie chcą tego wiedzieć?

*

     To nie jest takie proste, ale Reine wcześnie odkrył, że jeśli się odpowiednio skoncentruje, może być niemal zupełnie niewidzialny, jakby go nie było.
     Człowiek staje się wtedy duchem, który może poruszać się w całym wszechświecie. Kiedy już staniesz się niesłyszalny i niewidzialny, robisz się też kompletnie wolny, a chłopiec, który stoi na szkolnym dziedzińcu, jest tylko skorupą, w której nie ma istoty ludzkiej. Mogą się wydzierać, ile wlezie, mogą sobie krzyczeć, jaki jest beznadziejny.

*

     [Reine] Umrze bez kogoś, kto by przy nim czuwał.
     Starannie dopilnował, żeby nikt z zewnątrz nie dowiedział się, gdzie jest.
     Ani rodzina, ani przyjaciele.
     Nikt nie wie.
     W ten sposób już nie żyje.
     Chodzi tylko o to, by wytrzymać końcówkę.
     Ból, którego nie da się wyrazić.
     Potem będzie już duchem podróżującym po wszechświecie.
     Duchem, który nie słyszy ani nie widzi i którego nie słychać i nie widać, może wtedy będzie nareszcie wolny.

*

     Tymczasem Gert jest inny.
     Zawsze było z nim inaczej.
     Wielką tajemnicą Gerta jest jego fascynacja słowami.
     W takiej rodzinie jak ich nie mówi się bez potrzeby. Nadmierna gadatliwość to wywyższanie się i zgrywanie ważniaka. Pewne rzeczy należy zmilczeć. To bardzo skuteczne.
     W północnym Bohuslän używa się tych wyrazów, które są potrzebne, nie mniej, nie więcej. Słów, które mieszczą się na małej wyspie, między pasmem gór a morzem, na płaskiej wstążce ziemi, która jest ich światem i gdzie pędzą swoje życie.
     Zbyt wiele niepasujących tam obcych słów mogłoby obudzić niedobre marzenia, które nie uderzą i nie rozbiją się o skały, ale wzlecą do góry jak balony, wyżej i wyżej, przeczuwając, że daleko za pasmem gór jest jakiś świat.

*

     Mowę Harvela Milka, opublikowano w szwedzkim tłumaczeniu w „Revolt”. Seppo czytał ją im na głos, cały się przy tym trząsł.
     „Nie wywalczymy sobie praw, jeśli będziemy nadal siedzieć cicho w szafie... Musimy się ujawnić, żeby walczyć z kłamstwami, mitami i przeinaczeniami. Ujawniam się, żeby mówić prawdę o gejach, bo jestem już zmęczony zmową milczenia i chcę zacząć mówić. I chcę, żebyście wy o tym mówili. Musicie się ujawnić. Ujawnić się przed rodzicami, przed krewnymi”.
     Musicie się ujawnić.
     Miał rację.
     Jeśli kiedykolwiek ma dojść do jakiejś zmiany, muszą pokazać, że są wszędzie. Że są synami, córkami, lekarzami, policjantami, kierowcami autobusów, śpiewakami operowymi, sąsiadami, babkami, przedszkolankami, że ćwiczą na siłowni, że można ich znaleźć w każdej rodzinie, w każdym klanie, w każdej warstwie społecznej i każdej najmniejszej dziurze, we wszelkich możliwych miejscach pracy.
     — Nie jesteśmy kosmitami! — stwierdził Seppo drżącym głosem.

Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. [Część] 2. Choroba,
przeł. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, lipca 07, 2014

(1079+1). Ukłon sobocie czyniony w poniedziałek

coaching metodą psychologii procesu

od soboty reprezentują również
Borówka, Wisienka, Tollini, Jabłoń
i naście innych osób nie tylko z Warszawy,
ale również z Gdańska, Łodzi czy Wrocławia.

*

Z wrażenia dopiero dziś do mnie dotarło, że sobota była z jeszcze innego powodu szczególnym dla mnie dniem. Była pierwszym dniem piątego roku tego bloga...

Uśmiecham się do Wszystkich Tych, których dzięki temu miejscu poznałam. Wzięli byli pojawili się w moim życiu i nie wyobrażam sobie bez nich kolejnych lat. Strach się bać, ale uśmiecham się od ucha do ucha!

piątek, lipca 04, 2014

1079. Coacherki in spe

(wczoraj wczesnym wieczorem)
Sadownik:
O której przyjeżdża twoja koleżanka?

Jabłoń:
O 21.30 pójdziemy z suką na spacer
i zgarniemy ją z przystanku tramwajowego?

Sadownik:
Jak to?

Jabłoń:
(troszkę foszy)
Nie chcesz, nie musisz. Mogę iść sama.
Przecież wiesz, że do nas ciężko dojść,
jak się u nas nigdy nie było.

Sadownik:
Czyś ty zwariowała?
A gdzie ona przyjeżdża do Warszawy?

Jabłoń:
(foszy ciut bardziej)
Wiesz co, jakie zwariowała?

Sadownik:
Jaki przystanek? Pojedziemy po nią!

(po chwili)
Jabłoń:
(dzwoni do Borówki)
Będziemy na ciebie czekać na dworcu autobusowym.

Sadownik:
(dopowiada z boku, by Borówka słyszała)
Będziemy, będziemy, bo nie wpuszczam do domu obcych.

Jabłoń:
(trochę trwało, aż zrozumiała, co powiedział;
dopiero potem zaczęła się śmiać z Sadowniczej przewrotności
)

*

To było wczoraj. Borówka już nie jest obca dla Sadownika. Dziś mamy z Borówką pierwszy dzień egzaminów coachingowych za sobą. Jutro drugi dzień.

niedziela, czerwca 29, 2014

1078. Zaskoczki dwie, czyli o miłości do Warszawy

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

#1

Z kronikarskiego obowiązku, by nie zgubić. W zeszłą niedzielę, w odmiennym postażowym stanie będąc, od skojarzenia do skojarzenia, przypomniało mi się, że kilka tygodni wcześniej słyszałam audycję o fantastycznym projekcie muzycznym dotyczącym piosenek o Warszawie. Obiecałam sobie wtedy, że kupię koniecznie.

Na fali przypomnienia, nie dając sobie szansy na zapomnienie zamówiłam, łomoląc w międzyczasie wersją jutiubkową. Przyszła w piątek. Odebrałam. Zachwyciłam się prostotą wydania, ale dopiero wczoraj miałam czas, by móc łomolnąć nią od początku do końca — zachwyt mnie złapał ogromny i satysfakcja, że nosa miałam, chcąc tę płytę mieć.

St. Celińska, B. Wąsik, Royal String Quartet,Taka Warszawa.


#2

Z kronikarskiego obowiązku, by nie zgubić. W poniedziałek odebrałam książkę, której na pewno bym nie kupiła, bo za trzema wielkimi od języka polskiego nie przepadam. Pech jednak chciał, że odbierając z Sadownikiem inne książki, gdy On płacił, ja niczym dziecko z ADHD, za jego plecami przeglądałam nieznane i wcale niechciane przeze mnie książki. No i wpadłam jak śliwka w kompot, bo książka złożona jest po prostu fantastycznie, nie mówiąc o formacie i półtwardej okładce. Przez wszystkie rozdziały wciąż są i klimat obłędnie fajnej rozmowy, i serdeczna atmosfera przyjacielskich pogaduch — jak dobrze, że świat taki istnieje i można go nie tylko podglądnąć, ale również podczytać, poczuć i mieć na swojej półce.

Miodek: [...] ale — bądźmy szczerzy — tysiące dowcipów bez wtrącanych weń wulgaryzmów przestaje być dowcipami. Opowiem jeden: Znany warszawski reżyser namawiany jest do tego, żeby się przeprowadzić do Wrocławia. „Tu jeszcze gruzy, ruiny i zgliszcza, kiedy ta Warszawa stanie na nogi? Więc przyjedź do Wrocławia!”. Lecą argumenty socjologiczne. „Nie, nie, ja Warszawie będę wierny do końca życia”. Pada więc inny argument: „Słuchaj, Wrocław to miasto zieleni, parków...”. A on na to: „A co ja, k..., mszyca jestem?”. I teraz opowiedzcie to bez tego przerywnika...

Bralczyk: Tak, bez mszycy byłoby gorzej...
     Wulgaryzm ma w sobie coś z liturgicznego użycia języka, to jest magia. Nie zwracamy wtedy uwagi na desygnaty, nie mówimy o otaczającej rzeczywistości, tylko używamy słowa, jak gdyby ono albo wyzwalało energię, albo wywoływało jakieś stany emocjonalne — nawet jeśli ma być to oburzenie. Taka rytualność wulgaryzmów, gdyby była uświadomiona, może zmniejszyłaby ich powszechność.

*

Bralczyk: Jeśli chodzi o zastępniki, a więc zwykłe eufemizmy, przyszedł mi teraz do głowy jeden, który szalenie lubię: „sukinkot”. Nie wiem dlaczego, ale wyjątkowo mi się podoba.

Miodek: Ja też sukinkota, podobnie jak skurczybyka, lubię.

Markowski: A sukinpsa nie ma i nie będzie.

Bralczyk, Miodek, Markowski
w rozmowie z Jerzym Sosnowskim
,
Agora SA, Warszawa 2014.

sobota, czerwca 28, 2014

1077. Raport Krowy: wszystko przez Sukę

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Do wczoraj dość dzielnie broniłam się przed natrętnym marketingiem telefonii niestacjonarnej. Latami o możliwości wymiany telefonu informował mnie Sadownik, bo ja nie miałam pojęcia, że warto mieć nowszą wersję ulubionego telefonu. Latami wybierał mi model spełniający moje najśmielsze życzenia: zwykły telefon bez wodotrysków, bez zamrażacza połączeń i uczuć, bez modułu „daj się zaskoczyć” nowym technologiom — zwykły telefon do dzwonienia i esemesowania. Przy ostatniej wymianie Małżonek-Przyjaciel-Współspacz poinformował mnie, że mam bardzo wygórowane wymagania i że właśnie stoję przed historyczną chwilą, kupuję ostatni telefon, który spełnia moje życzenia i w razie czego — w przeciwieństwie do smartfonów — da również radę przeżyć kąpiel w świeżo zaparzonej herbacie (naprawdę dał radę, ale o tym przekonałam się kilka miesięcy po jego zakupie). No cóż, pomyślałam wtedy, kupuję telefon, o który będę musiała bardzo, bardzo dbać, by starczył na bardzo, bardzo długo.

Wczoraj udało mi się swoim telefonicznym gruchotem uchwycić psią stopę, a gdy zobaczyłam jakość foci, przypomniało mi się, że tylko krowa nie zmienia poglądów. Wczoraj skończyła się era przedpotopowych telefonów! Tak, chcę nowy śliczny model do dzwonienia, esemesowania i... robienia nagłych, o dużo lepszej jakości foci. Po raz kolejny wszystko przez Heniutkę.

Do listy rzeczy ważnych, potrzebnych, ale nienagłych dopisałam telefon, zaraz po kasku, który na liście zajmuje pierwsze miejsce od piętnastu miesięcy.

piątek, czerwca 27, 2014

1076. Laurka ślubna

Sadownik:
(w wersji delegacyjnej rozmawia wieczorem z Jabłonią przez telefon)
[...] Kończymy na teraz, bo piknął mi sms,
a umówiłem się z klientem i to może być on.

Jabłoń:
OK, pa, do potem.

Sadownik:
(po jakimś czasie parafrazuje Jabłoni
swoją rozmowę z klientem
)

     — Stoję pół godziny pod hotelem, próbuję się do pana dodzwonić i wciąż zajęte. Z kim pan tak długo rozmawiał?
     — Z żoną.
     — Chyba nie swoją?
     — Swoją.
     — Jak to? Przecież nie jest pan miesiąc po ślubie!

Jabłoń:
(ze śmiechu się pokłada po drugiej stronie połączenia telefonicznego,
już w środku słuchania tego, wiedziała, że musi to mieć zapisane
)

czwartek, czerwca 26, 2014

1075. Pierwszy dzień piątego roku

Dziś. Tylko cztery lata temu. Na rękach wniosłam Heniutkę do domu. Śladu po jedynym dywanie w naszym wspólnym życiu, co zasikany został skutecznie przez malucha, już nie ma. Nawet nam się nie przyśni, by o jakimkolwiek dywanie marzyć.

Sadownik podrzucił historyczną słit-okrutnie-focię, by przyśniło się nowe marzenie...

1074. Null

zatrzymałam się.
ogień we mnie
na chwilę przygasł.
czasem tak mam.

bez Sadownika.
bez słów.
bez ą przepyszną i
kaw ą smakowałam świat.
wczoraj.

1073. Studenckie życie

Donos o poniedziałku w mały piątek robiony.

Sadownik & Jabłoń:
(ponieważ nie wiadomo było,
w co ręce włożyć, umówili się na randkę
)

Jabłoń:
Zamówiłam bilety. Przepadło. Idziemy do kina.
Będzie o miłości...

Sadownik:
(z powagą w głosie)
Idziemy, ale po seksie!

Jabłoń:
(też z powagą)
I przed seksem!

(poszli)

Jabłoń:
(ryczała okrutnie)

Sadownik:
(łezka prawie mu się zakręciła w oku)

[Kinowa samotnia w duecie zaliczona na piątkę]

*

A jak przeżyjemy ten Sajgon to już, będziemy żyć.
Tak postanowione.

sobota, czerwca 21, 2014

1072. Wymuszenie po katolicku

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Co działo się, gdy mnie nie było? Podczytywałam z rana. Odwołali spektakl, na który żałowałam, że nie pójdę.

Jabłoń:
(czyta Sadownikowi fragmenty artykułów, cytuje jeden z ich tytułów)
Wiesz, dobry tytuł: Polska Iranem Europy...

Sadownik:
Nie, nie! Iran Polską świata islamu.

*

Rodrigo Garcia

*

[Roman Pawłowski]: Jaki był proces pracy nad tym spektaklem?

[Rodrigo García]: Zaczęło się od mojej fascynacji malarstwem renesansowym. Przez ostatnie dziesięć lat zobaczyłem w Europie wszystko, co powstało w tamtej epoce. Renesansowa ikonografia jest ważną częścią „Golgota Picnic”. Drugim impulsem była muzyka Haydna. „Siedem ostatnich słów Zbawiciela na krzyżu” [...]. (źródło)

*

To radykalny, nieprzyjemny spektakl o zachodnim społeczeństwie pogrążonym w konsumpcji i pozbawionym kontaktu z wartościami. Opowiada o sztuce, która wyczerpała swoją metafizyczną moc, i o Bogu, który staje bezradny wobec zła uczynionego ludzkimi rękami.

„Rozmieszczać broni na ziemi nie mogę: już wy to uczyniliście. Nauczyć was ruchać dzieci nie mogę: już wy to uczyniliście. Nauczyć was zabijać z głodu nie mogę: już wy to uczyniliście. Nie mogę nauczać was ścierać z powierzchni ziemi całe miasta i wioski ani technik dokonywania Holocaustu: już wy to uczyniliście” - tak brzmi otwierający spektakl nowy dekalog współczesnego świata. (źródło)

*

[...] obawiam się, że nie jesteśmy w stanie stworzyć alternatywnego, lepszego systemu. To nie tylko problem ekonomii. Społeczeństwa, które znam: hiszpańskie i włoskie, są za bardzo skupione na sobie. Nikogo już nie obchodzi, co dzieje się gdzie indziej, o ile ma się zapewnioną pensję, dom i samochód. Nie ma myślenia wspólnotowego. A rządy wykorzystują to, oferując ludziom szczęście na poziomie indywidualnym. (źródło)

(1067+4). Postażowe zamyślenie

miotając się między światami dobra i zła
            [
zrobiłam. dobrze? powiedziałem. źle?]
tracimy kontakt ze sobą, ze swoją intuicją.
gubimy świat rzeczy właściwych.

Rodrigo Garcia

niedziela, czerwca 15, 2014

1066. Kiepska natura ma


czasem muszę
zatrzymać czas.
usiąść. poczekać
na samą siebie.

wczoraj potrzebowałam
wielu godzin, zanim
doszłam do siebie.

*

było dla mnie bardzo ważne, byśmy do domu wróciły już razem. ja ze sobą.

1065. Pogarda po katolicku chyba wciąż żywa

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Historia tej książki w Przytulisku zaczyna się od telefonu Seniora pięć dni temu. Zadzwonił złożyć mi życzenia urodzinowe. Pogadaliśmy jeszcze i o tym, i o owym. Zapytał mnie, czy widziałam film Tajemnica Filomeny. Oczywiście, że nie widziałam. Ale gdy nadmienił, że film powstał na podstawie książki a książka oparta na faktach, nie miałam wątpliwości, że jeszcze tego samego dnia ją zamówię.

Zamówiłam. Poczekałam dwa dni. Dwa dni zajęło mi jej przeczytanie. Nóż w kieszeni nie raz mi się otwierał. Przytoczone fragmenty mają miejsce w latach pięćdziesiątych i siedemdziesiątych zeszłego roku w Irlandii i Ameryce. Poraziła mnie ta książka. Dotarło to do mnie, jak już się odnalazłam w sobie po prawie dobie. Przyglądałam się swoim korzeniom, temu co wiem o pokoleniach, które były przede mną w mojej rodzinie. Smutne. Okrutnie smutny wzorzec.

Katolicka pogarda dla kobiet, płodności i seksu w tej książce może przyprawić o zawrót głowy. Choć na zachodzie mija, w Polsce wygląda na to, że trzyma się doskonale, żeby nie powiedzieć kwitnąco.

*

Seks i polski katolicyzm.
Zamyśliłam się. O seksie w mym rodzinnym domu nie mówiło się. No może raz.

Jako piętnastolatkę, odprowadził mnie chłopak pod klatkę. Wróciłam do domu przeszczęśliwa. Zamknęłam za sobą drzwi. I usłyszałam zaraz po tym, gdy nie umiałam odpowiedzieć na żadne z pytań (a kto? a co robi?), znałam tylko imię jego psa:
     — Pamiętaj! Ja twoich dzieci nie będę niańczyć.
Poczułam się, jakbym dostała w pysk.

Seks i polski katolicyzm.
Zadziwia mnie niezmiennie fakt, że kilkanaście lat zajęło mi pozbycie się wszystkich naleciałości, których nabawiłam się przez osmozę (?), których nawdychałam się (?), które „wyniosłam” (?) z nastoletniego życia. Polski katolicyzm — myślę — tego powinni zabronić.

*

     — Czy ty mnie kiedykolwiek słuchasz, Anuncjato? Ile razy mam ci powtarzać, że ból jest karą za grzechy? Te dziewczęta muszą ponieść konsekwencje swoich grzesznych poczynań. [...]
     [...] Matka Barbara każdej zadawała to samo pytanie, wyćwiczone przez lata i powtarzane mechanicznie:
     — I powiedz, dziecko, czy pięć minut przyjemności było tego warte?

*

Młodym kobietom zabraniano rozmów między sobą, nawet podawania swoich prawdziwych imion i miejsc pochodzenia. Ich życie miało być odtąd pełne sekretów, wstydu i samotności. Powiedziano im, że zostały odizolowane od społeczeństwa dla dobra ogółu. Bardzo rzadko odwiedzał je ktoś z rodziny, nigdy nie pojawił się ojciec żadnego z dzieci.

*

     —Ależ, proszę księdza — zaprotestował. — Skoro Bóg stworzył nas wszystkich... skoro stworzył mnie... dlaczego stworzył mnie takim, jakiego nie akceptuje? Jeśli tak bardzo to potępia?
     Kapłan westchnął.
     — Bóg nie stworzył ciebie homoseksualistą, Michaelu. Boskim nakazem każda istota rodzi się heteroseksualna.
[...]
     — Ojcze, czego Bóg od nas oczekuje? Co mogę uczynić dla swojego zbawienia?
     Na to pytanie kapłan miał gotową odpowiedź.
     — Ludzie z tym zaburzeniem powinni zachowywać wstrzemięźliwość, zrezygnować z relacji seksualnych w imię miłości do Boga i dla spokoju własnego sumienia. Mam na myśli wstrzymanie się od stosunków płciowych, przeglądania pornografii, samogwałtów i fantazjowania.
     Mike oblał się rumieńcem, miał wrażenie, jakby ksiądz siedział w jego głowie.
     — Może nie gwarantuje to zbawienia — ciągnął ksiądz Adrian — jednak, z bożą pomocą, jeżeli będą intensywnie nad sobą pracować, mogą odciąć się od homoseksualizmu, jako tożsamości, i rozpocząć nowe życie z Chrystusem.

*

     — [...] No i dotarło do mnie wreszcie, że nie jestem jedynym gejem na świecie.
     — Słonko. — Kurt zabawnie przechylił głowę. — Nie jesteś nawet jedynym gejem w tym pokoju.

*

[...] Niezmiennie fascynuje mnie pewne zjawisko: otóż według Kinseya jeden na dziesięciu mężczyzn jest homoseksualny, a w polityce sami stuporocentowi hetero. Czy tylko mnie wydaje się to dziwne?

Martin Sixsmith, Tajemnica Filomeny,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

*

Rodrigo Garcia
(źródło)

(917+147=1057+7). I po

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wespół w zespół razem z Altówkami i Szafirką wygraliśmy dawno, dawno temu, z myślą o zdrowiu Norda, trening ze Sławkiem. W piątek nastąpiła konsumpcja wygranej.

Cel dla nas było skromny, ale wymarzony. Sprawdzić, czy w Heni drzemią jeszcze poza Duchem Psa, psie Popędy, które niechcący z absolutnej niewiedzy zabiłam. Heniutka ma bowiem w życiu tylko jednego dużego pecha — jest naszym pierwszym psem. Okazało się w praniu, że troszkę drzemią i nie omieszkamy ich rozbudzać. Marzy mi się, by wrócić Suce Psią Duszę.




czwartek, czerwca 12, 2014

1062. Nie daj skolonizować swego umysłu

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sobota. Sadownik proponuje, by przed kawą zajrzeć do księgarni. A dlaczego nie? To świetna okazja, by spotkać książki, o których wydaniu absolutnie nic nie wiem. Dział reportażu. Zakupiłam skrzyżowanie literatury, poezji i faktu. Jeszcze do książki nie zajrzałam, a już pozwoliłam sobie na podzielenie się z Sadownikiem moim przemyśleniem dość dobrze uleżanym.

Od czasu do czasu jakiś minister, polityk czy inna kreatura tego pokroju wpada na genialny pomysł, który można byłoby nadąć do stwierdzenia: każdemu Polakowi, co raczy wrócić do kraju z Wielkiej Brytanii, proponujemy sto tysięcy złotych na start, zwolnienie z podatków i ZUS-u na pięć lat oraz czerwony dywan z lotniska pod samo mieszkanie. Wyartykułowałam Sadownikowi co następuje.

Po pierwsze, uważam to za wyjątkowo perfidne i beznadziejne zagranie wobec tych, co nie wyjechali i starają się tu żyć. Gdy kończyłam tę kwestię, drzwi od windy, na którą czekaliśmy, otworzyły się, a z jej czeluści wyszła polska rodzina z dwójką polskich dzieci. Po drugie — widzisz tych ludzi — powiedziałam do Sadownika. — My to my, ale oni to herosi prawdziwi w tym kraju i oni to dopiero muszą być wku*wieni, jak kreatury okołorządowe głoszą wspomniane świetlane pomysły na uzdrowienie demografii. Po trzecie i ostatnie, to naprawdę niesamowite, kiedyś Wielka Brytania kolonizowała tę czy tamtą część świata, teraz czasy się zmieniły, Polacy z własnej woli jadą i dają się kolonizować.

I wzięłam się za czytanie. Po dwóch dniach świątecznej przerwy skończyłam. Ta książka to lektura obowiązkowa dla białego Europejczyka. Najbardziej przerażające jest to, że wiele stwierdzeń o rasach wyższych i niższych, naturalnym porządku świata, wyższości jednej religii nad innymi wierzeniami, choć pochodzą z XVIII czy XIX wieku, brzmią jak zdania wyjęte z ust polskich polityków AD 2014.

Tę książkę warto przeczytać, by zobaczyć, jak idea może zabijać. By dostrzegać szybko i wyraźnie, że być może ktoś próbuje skolonizować nasz umysł. By nie mieć wątpliwości i zwyczajnie powiedzieć oczadzonemu porządkowaniem świata na jedyną słuszną modłę: nie, dziękuję.

*

A prawo międzynarodowe?
     Brytyjczycy zawsze traktowali własną ekspansję jako niekwestionowane prawo. Natomiast francuską ekspansję w Afryce Północnej i rosyjską w Azji Centralnej uważali za skandaliczne akty agresji. A to, że niemiecka byłaby w najwyższym stopniu amoralna — w tej sprawie i Francuzi, i Rosjanie, i Brytyjczycy byli jednomyślni.

*

[...] Ten sam ryk po każdym zdaniu wypowiedzianym przez przywódcę. Ta sama nienawiść do obcych. Ta sama gotowość do przemocy. Ta sama skaleczona męskość.
     — I to samo podłoże — mówi Niemiec. — Po wojnie wszyscy bali się bezrobocia, wszyscy wiedzieli, do czego doprowadziło i do czego może doprowadzić ponownie. Ta świadomość przetrwała dwadzieścia pięć lat. A potem o wszystkim zapomniano.
     To przecież kuszący interes. Pięcio-, dziesięcio-, piętnasto-, dwudziestoprocentowe bezrobocie daje pracodawcy wspaniałą przewagę. Siła robocza stoi w blokach startowych i marzy o tym, by ją eksploatować.
     Z odrobiną ekstremizmu z tej najbardziej prawej strony trzeba się rzecz jasna liczyć zawsze. Wśród tych, którzy starają się o pracę, znajdują się przecież Żydzi i Murzyni. Ale do diabła z tym. Przynajmniej uniknie się, w każdy razie, aroganckiej pewności siebie ludzi przekonanych, że w każdej chwili znajdą inną pracę!

*

[...] Wykształceni Francuzi zdawali sobie sprawę w mniejszym lub większym stopniu, w jaki sposób zdobywano kolonie i zarządzano nimi.
     Tak jak i w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ci sami wykształceni Francuzi dobrze wiedzieli, co robią ich oddziały w Wietnamie i Algierii.
     Podobnie jak wyedukowani Rosjanie w latach osiemdziesiątych wiedzieli, co robią ich oddziały w Afganistanie, a południowi Afrykanie i Amerykanie byli świadomi charakteru działań prowadzonych przez ich „siły wsparcia” w tych samych latach w Mozambiku i Ameryce Środkowej.
     Podobnie jak światli Europejczycy wiedzą dzisiaj, że dzieci umierają dlatego, że nad biednymi krajami wisi bicz zadłużenia.
     To nie wiedzy nam brakuje. Oświecone społeczeństwo w swojej większości i niezależnie od epoki posiadły wiedzę na temat popełnianych dawniej i popełnianych obecnie potworności w imię Postępu, Cywilizacji, Socjalizmu, Demokracji i Rynku
.

*

Ty już to wiesz. Ja również. Nie wiedzy nam brakuje. Brak nam odwagi, by to, co wiemy, zrozumieć i wyciągnąć z tego wnioski.

Sven Lindqvist, Wytępić całe to bydło,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

środa, czerwca 11, 2014

(1059+2). Prawo do praw człowieka

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mam dzisiaj urodziny i nie zawaham się ich użyć. W majestacie tej groźby łomoliłam wczoraj raz za razem bez ryzyka, że za każde odtworzenie będę musiała zapłacić wysłuchaniem polskiego eksportu eurowizyjnego’14.

Lubię to mało. Bo Yazoo. Bo nie mam złudzeń, który z misiaczków podoba mi się najbardziej. Uwielbiam ten kawałek za wszystkie płaszczyzny, których dotyka — co wolno, czego nie wolno kobiecie, mężczyźnie. A największy uwielb mam, gdy mam okazję wysłuchać opinii Tych, którzy nie dają rady tego kawałka znieść. Długa droga przed nami, ludźmi. A może ktoś ma ochotę podyskutować?

Kawałek zostawiam tu dla siebie, by nie zgubić.

Bearforce1.

(1059+1). Dzień, który prezentem był

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(wczoraj z rana zadała kilka niby od czapy pytań,
otrzymała odpowiedź i nie kontynuowała wątku
)

Sadownik:
(po chwili)
A czemu pytałaś? Znam cię i wiem, że jak pytasz,
to coś już ci chrupie z tyłu głowy.
Twoje pytania przecież zawsze mają jakiś cel.
No więc?

Jabłoń:
(udaje groźną bardzo i zdradzić się nie zamierza)
Ja mam dzisiaj urodziny
i nie zawaham się ich użyć.
[jako argumentu, który kończy każdą dyskusję]

*

Sadownik:
(dzwoni do Drzewka z pracy)
A tak dzwonię, by zapytać,
jak jest w dobrym świecie ludzi starszych?

*

Jak to dobrze, że człowiek jest istotą wielosezonową — pomyślałam wczoraj. Szczęśliwi ci, co mogą obchodzić urodziny kilkadziesiąt razy w życiu. Czyli szczęśliwa ja. Wydawało mi się w zeszłym roku, że miałam najlepsze urodziny właśnie wtedy, ale to była prawda na tamten rok, najpiękniejsze zaczęły się w poniedziałek wieczorem, by kulminację mieć wczoraj wieczorem w Chatce na psio-kocich łapkach. Szczęśliwa ja? Przeszczęśliwa! To były najszczęśliwsze z moich urodzin. Siedzę sobie i ślę podziękowania najszczersze w świat za każdy gest, słowo, myśl, które zostały mi podarowane. Dziękuję.

*

Niezmiennie Jakaś Część Mnie śmiała się bezgłośnie, gdy ktoś rodzinnie spętany z moją osobą życzył mi spełnienia marzeń. Nie wiedzą, co czynią! A potem będą włosy z głowy rwać — wzdycha Jakaś Część Mnie — i to szybciej niż później — dodaje ze znawstwem.

*

Między innymi zachwyciły:

*

najczarniejszych psich mokrych całusów
i najmężniejszych uścisków

*

*

(H and C Mice are the best)

Musical Mice, Happy Birthday played on the piano.

poniedziałek, czerwca 09, 2014

1059. Przeddzień

     — Dzień przed ciebie nie ma — poinformowała mnie ze znawstwem Gepardzica.
Upijam się więc niebytem, bo już wiem, że dziś mnie nie ma.

1058. Niech żyje wrona!


Szła.

Ona.

Majestatycznym krokiem,
     założę się.

Z podniesioną głową,
     jestem pewna.

Odważnie,
     no ba!


*

Gdy w sobotnie popołudnie na masce Bawarki zobaczyłam te ślady po wronich stopkach, odpadłam od uzgodnionej rzeczywistości — wlazłam w tę bajkę z niebywałą łatwością. Majestatyczna. Z podniesioną głową. Odważna. To nie była byle jaka wrona!

Od wielu lat uwielbiam monochromatyczne ptaki. Tak dobrze uczą o feerii barw w życiu, o jego niebywałej wartości, ale i... kruchości.

*

[...] mam taki gust wypaczony,
     że lubię wrony
...

Wojciech Młynarski, Lubię wrony.

sobota, czerwca 07, 2014

1057. Anioł na pchlim targu

Jabłoń:
(żebrze zmianę Sadowniczych planów na piątek)
Obiecałabym Ci, że będę grzeczna,
ale przecież wiesz, że to mi w ogóle nie wychodzi.

Sadownik:
Powiem ci jak porządny coach,
nie obiecuj, po prostu zrób to.

(mija jakiś czas)

Jabłoń:
(pamięta, że Student ma jakieś lekcje do odrobienia)
Będę wieczorem bardzo grzecznym modelem.
To dam radę, obiecuję. Kupujesz?

Sadownik:
A mam wyjście?

Jabłoń:
(szczerzy się i wdzięczy,
bo czy ma inne wyjście?
)

*
(wieczór i ciemno już)

Sadownik:
(rozstawia sprzęty)
Czy mogę mieć głupie pytanie?
Gdzie jest statyw?

Jabłoń:
O, cholera! Zostawiłam w Ośrodku.

Sadownik:
(w wersji Anioł nie Człowiek)
No to jadę. Daj klucze.

(cdn.)

*

Ile dziś wieczorem trzeba osób, by odrobić lekcje? Cztery? Nie.
Pięć. Sadownik. Jabłoń. Modelina. Student. Bez motocyklisty ani rusz.

piątek, czerwca 06, 2014

1056. Jak mus to mus

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Czy mnie powinno dziwić, że wstaję nagle z fotela, a Świadomość mnie dopada. Tam dopada, atakuje! Atakuje? Powala na łopatki.

Jęknęłam:
     — Czy ja muszę?
     — Ależ tak — odrzekła.

Fakty Świadomość podała na końcu:
1. Matki NieMatkom do gardła skaczą, że egoistki, karierowiczki i te pe, i te de.
2. NieMatki Matkom do gardła skaczą, że w głowach tym ostatnim się poprzewracało i te pe, i te de.

Przepraszam, że już nie umiem wzniecić ani ognia, ani burzy wokół tego, co jedne drugim, i vice versa, są w stanie wykrzyczeć ze znawstwem i pewnością.

Odkrycie Świadomość wyłożyła najpierw
i zajęło Jej to ułameczek sekundy, tyle co podnosić się z fotela w celach mało skomplikowanych, a z pewnością nie filozoficzno-społecznych:
     — A tu, proszę — rzecze Świadomość — czy ty to widzisz? Drugie i Pierwsze na marginesie życia społecznego bywają. A tam jest mało śmiesznie i straszno czasem.

     — Czy ja muszę?
     — Ależ tak — odrzekła.
No to melduję.

Matki NieMatki na marginesie polskiego życia społecznego

czwartek, czerwca 05, 2014

1055. Od świadomości zbaw nas Panie?

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ta książka mną wstrząsnęła. Czasem zakręci się łezka, gdy czytam reportaże. Przy tej książce regularnie płakałam. Po tej książce człowiek renegocjuje sam ze sobą warunki, na których chce mieć kontakt ze światem. Po tej książce człowiek nie może zrozumieć, bardziej niż zwykle, dlaczego jemu, niczym ślepej kurze ziarno, dostało się tyle życiowych przywilejów — na przykład, biała skóra czy fakt, że jest u siebie.

Dlaczego w Polsce nie ma „Wallraffów”? Pytałam samą siebie po przeczytaniu wydanej wcześniej w Polsce książki. Po przeczytaniu tej, już wiem. Nie, nie jest u nas lepiej niż w Niemczech. Chyba jest gorzej. Myślę, że bycie Wallraffem w Polsce byłoby nie tylko niebezpieczne, lecz wręcz niosłoby duże ryzyko śmierci.

[...] Jussuf, Tunezyjczyk, rzuca krótki komentarz, trafiając w samo sedno:
     — Lodowe piekło. — Po czym dodaje:
     — O niewolników bardziej kiedyś dbali. Oni przynajmniej byli coś warci i każdy chciał jak najdłużej korzystać z ich pracy. A my? Wszystko jedno, kiedy który się wykończy. Dosyć nowych czeka na robotę.

*

„Robimy wszystko” to hasło kapitalizmu, przy czym należałoby jeszcze dodać: „wszystko, co przyniesie zysk”. I jeśli dotychczas, wyłączając próby czynione w okresie Trzeciej Rzeszy (utylizacja szczątków pomordowanych więźniów obozów koncentracyjnych; wartość: 11 marek 50 fenigów od osoby za tłuszcza oraz kości na olej), nie przerabia się ludzi na mydło, to dzieje się tak nie z jakichś tam względów humanitarnych, tylko dlatego, że to się po prostu nie opłaca.

Günter Wallraff, Na samym dnie,
Narodowe Centrum Kultury, Agora, Warszawa 2014.

środa, czerwca 04, 2014

1054. Kinowa samotnia w duecie (inauguracja)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie umiem oglądać filmów. Często zasypiam. Potrafię zapytać w ostatniej scenie na widok głównego bohatera: a to kto? Kinematografia nie ma ze mną łatwego kontaktu. No chyba, że sama wybiorę film. Niech dotyka jakiegoś problemu społecznego, niech dotyka pasji, człowieczeństwa, wówczas wsiąkam. Oglądam na wstrzymanym oddechu, serce w trakcie trwania projekcji rośnie mi i rośnie.

Może w tym tygodniu pójdę na samotny seans? Pomyślało mi się wczoraj. Rzuciłam okiem w repertuar ulubionego kina. I nie było zmiłuj. Może będę siedzieć po nocy nad pracą, ale ten film muuuuszę w duecie obejrzeć. Niczym sześciolatek nie rozumiałam słowa jutro czy pojutrze. Dziś! Zamówiłam bilety. Odczekałam na Sadownika. Jak nigdy, zaordynowałam niespodziankę, buciki i kurteczkę wkładać nakazałam. Pary z ust nie puściłam. Za rękę we właściwym kierunku poprowadziłam. Pooooszli!

Sadownik:
(domyślił się, że kino)

Jabłoń:
Tak, ciągnę Cię na romansidło! Nic się nie zmieniło,
jedyne co mnie w życiu interesuje to miłość.

Sadownik:
(warunki szybszego wyjścia z kina negocjował,
bo doskonale zna preferencje kinowe Drzewka
)

(za pół godziny ruszył seans)

Jabłoń:
(przeryczała cały film, najpierw ze wzruszenia,
że udało się Sadownikowi zrobić niespodziankę,
a potem z zachwytu
)

To był wspaniały wieczór.

Co nas kręci?

klatka z filmu Co nas kręci (ang. Why we ride)
reż. Bryan H. Carroll, 2013.

Podróż tworzą postoje, nie jej cel.
*
Każdy motocykl ma duszę. On żyje.
*
Moje najlepsze wspomnienia dzieją się teraz.

wtorek, czerwca 03, 2014

(1051+2). Czas miniony, ale niezapomniany (III)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Trzy dni bywałam w świecie. Również w najlepszym ze światów, tym, co kudłatą przyjaźnią jest współtworzony.

Jednak już po dwóch intensywnych dniach wszystkie światełka ostrzegawcze w mej głowie paliły się na czerwono. Rezerwa zapaliła się wczoraj rano. Przejechałam na niej do wczesnego wieczora. Padłam, obiecując sobie, że dziś już na pewno dostanę swój przydział, gwarantujący bezpieczeństwo świata ludzi.

Niestety, konstrukcja mojej osoby do sprawnego działania przewiduje dwie–trzy godziny w samotności każdego dnia. Inaczej robię się nie do wytrzymania.
     — Księżniczka, normalnie księżniczka! — podzieliłam się autodiagnozą z Sadownikiem przed wyjściem dziś rano do pracy.

(1051+1). Czas miniony, ale niezapomniany (II)

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wczoraj po pracy.
Obiad wydany.
Plan na późne popołudnie zrobiony i zaakceptowany: na wystawę polecimy.

Na chwilkę zaległam w hamaku, by obiadek się ciut uleżał. Sadownik na kanapie. Kudłata w swojej szmacianej norze zaległa. Cisza. Spokój. Dobrze zapowiadające się rodzinne popołudnie. Po chwili Sadownik powiedział:
     — Chodź, a po wystawie zapraszam cię na kawę z pogaduchami lub czytaniem.

Gdy kończył wypowiadać pierwsze słowo, Heniutka już stała przy nas na baczność, gotowa iść z nami wszędzie. Obśmialiśmy się serdecznie, że teraz już się Suka nie wymiga, że jednej z cywilnych komend nie rozumie, nie dosłyszy, nie chwyta, bo rozumie nad podziw dobrze.

1051. Czas miniony, ale niezapomniany (I)

Piątek. U Nadzwyczajnego. Stan zdrowia fizycznego Jabłoni bacznemu oku poddany. Sadownik rozmarzył się, że może w pakiecie mógłby otrzymać jeszcze jakieś zaświadczenie lekarskie o stanie mentalnym Drzewka, który przecież trudności umie sprawić i kto jak kto, ale Sadownik wie o tym najlepiej. A Nadzwyczajny mógłby się przecież męską solidarnością wykazać, skoro nie podpisał Deklaracji Wiary.

Jabłoń:
(moduł empatii uruchomiła)
W sumie... powinieneś mieć płacone szkodliwe.

Sadownik:
Nooo.
(po chwili)
Mało! Rentę powinienem dostać.

Jabłoń:
Ładnie, ładnie!

Sadownik:
Wojenną, oczywiście!

Jabłoń:
Oczywiście!

piątek, maja 30, 2014

1050. Wewnętrzne pogaduchy

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Z samego rana zaległam na chwilę w hamaku i podziwiałam Sadownika, który na drugim końcu saloonu prowadził poważną, zawodową konwersację przez skype’a.

Profesjonalnie. Pewnie. Z poczuciem humoru. Lekko. Czystą przyjemnością było się gapić i strzyc uszami. Mój wewnętrzny krytyk był łaskaw poinformować mnie z troską:
     — Ja osobiście byłbym spięty, gdyby to Sadownika patrzył, jak ty pracujesz.
     — Ja też. — Przyznałam.

Po chwili oboje zauważyliśmy, że choć znamy wiele sadowniczych wad, w tej konkretnej chwili odkładamy tę wiedzę na bok i podziwiamy kunszt, z jakim Sadownik porusza się od słowa do słowa.

Mój wewnętrzny krytyk po kolejnych znaczących chwilach, gdy dostrzegł moje łzy wzruszenia sceną, którą razem podziwialiśmy, rzekł:
     — Wiesz, przyszło mi do głowy, że może być przyjemnością patrzeć, gdy ty pracujesz.
     — Gdy ty i ja razem pracujemy — poprawiłam mojego wewnętrznego krytyka po raz pierwszy w życiu.

Pozostanie dla mnie tejemnicą, czy zdziwił się bardziej moim uznaniem dla niego, czy faktem, że go poprawiłam.

wtorek, maja 27, 2014

1049. Nici z seksu

Jabłoń:
(w wyjątkowo odmiennym stanie
wpadła w stan upojenia sprzątaniem,
ogarnęła Przytulisko nie do poznania,
poeksperymentowała w kuchni, wydała obiad
)

Sadownik:
(w zadziwieniu)
No, to z seksu dzisiaj nici.

Jabłoń:
(w ekstazie kobiety godnej bajki Korwina-Mikke)
A to niby czemu?

Sadownik:
Bo jeszcze pomyślisz,
że to w nagrodę za błysk w domu.

Jabłoń:
(ubawiona pomysłem wprowadzenia takiej reguły gry)
Noooo, wygląda na to, że jedna znana nam para stosuje taką regułę.
Nareszcie rozumiem, dlaczego ona zawsze ściera kurz zanim opadnie.
W końcu widzę w tym sens i logikę.

poniedziałek, maja 26, 2014

1048. Wpis à la Leon Leszek Szkutnik

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

I am tough.
I am difficult.
I am awkward.
I am a trouble maker.
So are you.
Let's celebrate!

________________________________
Dla niewtajemniczonych. Leon Leszek Szkutnik wydał dawno, dawno temu niezapomnianą książkę Thinking in English. Cieszyło mnie każde jej wznowienie, na przykład pt. Myślimy po angielsku. Zmieniała się szata graficzna, skład, ale na szczęście w środku bez zmian — proste, ale nie prostackie, teksty, które w tempie natychmiastowym tworzą intymny nastrój wypełniony po brzegi ciszą i magią.

(1046+1). Szafa to nie miejsce do życia

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Epatujesz bezdzietnością. — Usłyszałam z trzecich ust na temat mnie i mojego bloga.

Epatuję?
Dla mnie ten blog był wyjściem z szafy. Czasem jest mierzeniem się z trudnymi tematami. Często jest radością, śmiechem, zadumą. Najczęściej jest śladem po chwilach przeżytych subiektywnie. Przede wszystkim jest wrażeniem, jakie robi na mnie życie.
Epatuję!

     — Epatujesz bezdzietnością. — Wolałabym usłyszeć te słowa z pierwszej ręki. Mogłabym wejść w kontakt z osobą je wypowiadającą. Mogłabym spojrzeć jej w oczy. Mogłabym zapytać, dlaczego tak sądzi? Mogłabym jej opowiedzieć o tym, jak trudno było dojść do miejsca, w którym jestem teraz, ile czasu i łez mi to zabrało.

*

Wczoraj przez czysty przypadek znalazły mnie minuty, a dokładniej było ich prawie jedenaście. Nie będzie o przemyśle meblarskim. A może będzie, bo o meblowanie sobie życia chodzi. Chyba już pisałam, że dzieci są wspaniałymi Nauczycielami, prawda? To jest wspaniałych prawie jedenaście minut. Zachwyciłam się nimi do tej pory już... kilkanaście razy.

Epatuję? Tak, jestem dumna, że bezdzietna szafa nie ogranicza moich ruchów, myśli, czynów. Epatuję, jeśli nie umiesz znaleźć innego określenia.

TEDxBoulder, Ash Beckham, Coming out of your closet.

[...] inside, in the dark, you can’t tell what colour the walls are. You just know what it feels like to live in a closet. So really, my closet is no different than yours or yours, or yours.[...] here's a thing, hard is not relative, hard is hard. [...] There is no harder. There is just hard. We need to stop ranking our hard against everyone else’s hard [...] we all have hard.

We all have closets. [...] All the closet is, is a hard conversation. [...] Coming in and out of a closet is universal. It is scary and we hate it and it needs to be done.

Be unapologetic. You are speaking your truth. Never apologize for that. Some folks might have got hurt along the way. So sure, apologize for what you’ve done. But never apologize for who you are. And yeah, some folks may be disappointed. But that is on them. Not on you. Those are their expectations of who you are, not yours. That is their story. Not yours. The only story that matters is the one you want to write.

Show the world, we are bigger than our closets. And a closet is no place for a person to truely live.

1046. Przekleństwo na trzy litery

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nie mogłam napisać o tym w sobotę, bo cisza wyborcza. Ale dziś już mogę.

Skończył się cyrk. Co piątek z rana Ewa Wanat od kilku tygodni gościła kandydatki na europarlamentarzystki. Noooo, było zabawnie, strasznie, ale i mało śmiesznie. Nie to, żeby panie odstawały poziomem od mężczyzn, ależ skąd. Z tego co dziś widziałam, ekstremalną męską głupotę będziemy eksportować.

I prawie nic nie pamiętam z tych XVI-wiecznych rozmów prowadzonych w XXI wieku o naturze człowieka i jego naturalnych zachowaniach. Nie pamiętam poza jedną wymianą zdań, która bardzo ładnie ilustruje stosunek do bezdzietnych z wyboru kobiet.

______________________________
Ewa Wanat stwierdza:
     — Są kobiety, które mogą mieć dzieci, ale nie chcą być matkami.
     Pani Ójkowska [z premedytacją z błędem i źle nazwana], kandydatka, co się szczyci, że lekarzem jest i wie lepiej, a nawet najlepiej, na to:
     — No tak. Tak mówią, ale
     I popłynęło babsko w swój świat. I ugotowałaby mnie kilka lat temu na miękko swoją wypowiedzią. I może szkoda, że dziś to już nie działa — takie zacne źródło adrenaliny mi wyschło.

Pozostała świadomość, że słowem „ale” można skreślić każdą ideę, każdego człowieka, unieważnić każde ludzkie doświadczenie i dlatego ludzie na pewnym poziomie nie powinni używać tak trywialnych środków. A jeśli już trzeba się zniżyć do poziomu pani kandydatki należałoby rzec z emfazą:
     — Wielki Ój, proszę paniom, to o czym pani mówi. Zielonego pojencia pani nie ma.

niedziela, maja 25, 2014

1045. Iskierka świadomości

dzieci
       otworzą przed tobą zupełnie nieznane światy,
       zatrzasną ci przed nosem drzwi do wielu innych.

bezdzietność
       zrobi dokładnie to samo.