Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam.
Jak to jest: żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć,
gdy prawie ci wmówiono, że jesteś taką Jabłonią?
Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Czy jest coś, co możesz i lubisz jeść? Czy jest coś, co lubisz jeść i Cię na to stać? Czy jest coś, co lubisz jeść i umiesz to zrobić? Czy jest ktoś, kto lubi zjeść z Tobą to, co ugotujesz? Czy jest ktoś, kto czasem dla Ciebie gotuje? Czy jest ktoś, komu lubisz robić niespodzianki? Czy jest w Twoim życiu ktoś, kogo kochasz? Czy jest w Twoim życiu ktoś, kogo kochasz i kto kocha Ciebie? Czy jest ktoś, kto umie rozśmieszyć Cię do łez? Czy chociaż raz dziennie uśmiecha się do Ciebie jakiś obcy człowiek na ulicy? Czy masz miejsce, w którym czujesz się u siebie? Czy masz ulubione drzewo, ścieżkę, park? Czy masz chociaż jedno marzenie, które rozpala Cię i ożywia od środka? Czy możesz o własnych siłach pójść tam, gdzie chcesz?
— Im więcej odpowiedzi „tak” na powyższe „czy...”, tym mniejszą jesteś ruiną — powiedziała poważnie Henia z dumą kompetentnego poborcy podatku katastralnego rozlaną na swym psim pysku.
***
Ma rację Psia Cholera. Do końca życia się nie wypłacę. :) A ustawowe odsetki od nieświadomości posiadanego bogactwa? I... wspaniały znaczek skarbowy... nie kupić, nie oglądać, ale posłuchać i pozwolić ponieść się własnym nogom:
Dmitrij Szostakowicz,
Jazz Suite n°2, Valse n°2.
*
[suplement 5.01.2023]
Dmitrij Szostakowicz, II suita na orkiestrę jazzową, Walc II,
Royal Concertgebouw Orchestra,
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #5.
*
[suplement 16.08.2023]
Dmitrij Szostakowicz, II suita na orkiestrę jazzową, Walc II,
Richard Galliano (akordeon). White Raven’s Liked List ♥
*
[suplement 27.07.2024]
Dmitrij Szostakowicz, II suita na orkiestrę jazzową, Walc II,
Russian State Symphony Orchestra, Dmitry Yablonsky (dyrygent), White Raven’s Favorites Playlist 2022, #99.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
300 km nadziei i miłego oczekiwania, że już za chwilę.
Mama kocha mnie jedzeniem. Ojciec milczeniem. Piramidalnie budowane nieporozumienie. Po 30 godzinach najedzona po kokardki i nafutrowana ciszą odmówiłam kontynuacji rodzinnego spotkania.
300 km w odwrotnym kierunku. Szukałam samej siebie. Znalazłam. Jestem ruiną. :(
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
W tym tygodniu, wskutek zaniżonego spożycia cukru włączyłam na luz. Wszystkie zawodowe i studenckie książki poszły precz. Ze stosiku nieprzeczytanych wydobyłam dwie, o historiach ludzi, na których drodze stanął pies, który... co zrobił? To, co robią małe dzieci... odmienił ludzkie życie nie do poznania.
Czytając te książki chciałam upewnić się, że szaleństwo mego zachwytu nad Henią nie zamienia się w patologię nieświadomej siebie kobitki przed czterdziestką. Może to głupie, ale w ogromny spokój wprawia mnie znalezienie choćby jednego człowieka na Ziemi, który w kwestii, która mnie nurtuje... ma tak jak ja. To mi zwyczajnie wystarcza — pewność, że to nie fatamorgana, że ścieżką, na której właśnie stoję, już ktoś szedł lub właśnie ku mnie idzie, bo znajduje się na wyciągnięcie dłoni.
***
Pierwszą książkę kupiłam w zeszłym roku, trochę w rozpędzie, jeszcze gdy Heni nie było z nami, choć była już na świecie. Wówczas pustoszyłam półki z książkami Wydawnictwa Galaktyka, które ma na swoim koncie wiele dobrych psich pozycji książkowych.
Przeczytałam ją dopiero w tym tygodniu. Czytałam w tramwaju, autobusie, kawiarni, niezmiennie płacząc co kilka stron. Gdy dotarłam do ostatniej strony, wiedziałam, że rozgrzeszenie z miłości do Heńki mam w kieszeni. :) To książka o Oficerze, który w Faludży znajduje... pięciotygodniowego szczeniaka.
Gdy przez całe życie zawodowe ocierasz się o przemoc, psy pomagają ci pamiętać o tym, że nadal jesteś człowiekiem.
*
Głównie jednak widzę twarze ludzi, którzy narażali życie, próbując ocalić Lavę. Oni mnie zajmują najbardziej. Myślę, że wszyscy pozwoliliśmy, żeby ten mały, wyliniały i zapchlony zbieg wdarł się w nasze serca. Jakby miłość była złowrogim zarazkiem, którego celem jest szerzenie infekcji. Teraz więc, gdy już wszyscy jesteśmy dotknięci zarazą, gdy już wszystko zmierza ku końcowi, gdy wszystkie drogi ucieczki są na dobre zamknięte, czuję, że to wina tych, którzy pozwolili mi wierzyć, że Lava wydostanie się z Iraku żywy. Ale może ten mały gówniarz już nie żyje. Albo ludziom nie udało się go wyprowadzić i teraz psiak błąka się po ulicach Bagdadu, zdziwiony, że wszyscy się gdzieś rozpierzchli. Jeżeli Lavie się nie udało, to modlę się, żeby znalazł kogoś gdzieś w Bagdadzie, kto chociaż przez kolejny dzień utrzyma go przy życiu. A oto ostatnia część mojego wyznania: pragnę, żeby Lava przeżył. Nawet jeśli wszystko toczy się źle, zawsze lepiej pozostać przy życiu. Pragnę wiedzieć, że oddycha, goni pyłki kurzu, a we śnie ściga wyimaginowanych wrogów. Pragnę, żeby żył, bo wtedy ciągle jest nadzieja, że uda mu się przyjechać do Kalifornii i stać się amerykańskim psem, który biega po plaży i goni listonosza, a nie obcych ludzi z bronią. Najbardziej na świecie pragnę tego, żeby żył.
J. Kopelman, M. Roth, Misja SZCZENIAK, Pozdrowienia z Bagdadu Wydawnictwo GALAKTYKA, Łódź 2007.
Poszukałam i... znalazłam. Gdy dotarłam do 3 minuty i 57 sekundy filmu pomyślałam: to tak jak pod naszą górką, codziennie o 21.00: Koko, Joga, Harry, Mimi, Dżako, Colina i Henia a czasem jeszcze na dokładkę Bobik i Lula. My, właściciele, tworzymy małą osiedlową, psią społeczność; gdy znikamy na kilka dni uprzedzamy, mamy do siebie numery telefonów, a nasze psy mogą przespać wszystko, ale nie magiczną dwudziestą pierwszą.
***
Drugą książkę kupiłam, bo... bohaterem jest labrador i chłopiec, który ma ADHD. O ADHD tylko czytałam kilka lat temu. Czytać to jedno, doświadczyć obecności człowieka, który to ma, to zupełnie coś innego. Pierwszego studenta z tą przypadłością w pełnym rozkwicie miałam na zajęciach dwa lata temu. Oniemiałam z wrażenia i przerażenia. Moje zajęcia nie były jego wymarzonymi, za dużo detali, zbyt duża koncentracja wymagana na starcie. Więc, kupiłam tę książkę, bo choć owego człowieka już tylko mijam na korytarzu, chciałam dotknąć choćby intelektem i przez chwilę świata chłopca, który doświadcza ADHD na sobie. Znów były łzy wzruszenia i... zrozumienia, bo wiem, jak to jest czuć się innym, choć nie mam ADHD.
Dla takiego odludka jak ja to było wyzwanie. Nie miałem przyjaciół, którzy chcieliby spędzać ze mną czas i ryzykować dla mnie, gdyby trzeba było walczyć. Przywykłem do tego, że mam przeciwko sobie cały świat. Nie wiedziałem, czy jestem gotów otworzyć się na kogoś. Nawet na psa.
*
(...) Po kilku minutach Aero miał już obróżkę i smycz, jak Pan Bóg przykazał. I mówię wam, wyglądał super. Podniósł na mnie wzrok i mrugnął z aprobatą, jakby mówiąc: „Gratulacje, chłopie”. Dobra, nie mrugnął. Ale od czego wyobraźnia? Zrobiliśmy to — i teraz oficjalnie byliśmy partnerami. — Zuch chłopak! — powiedziała z uznaniem Nina.
Nie wiedziałem, czy mówi o mnie, czy o Aero, ale na wszelki wypadek wziąłem pochwałę do siebie. Pochwyciłem ją radośnie i nie zamierzałem puścić. Wtedy trenerka cisnęła garść psich smakołyków, na które Aero łapczywie się rzucił, i muszę przyznać, że mnie też korciło spróbować. I wówczas, w jednej chwili, zrozumiałem sens pierwszej udzielonej mi lekcji: liczą się tylko pozytywne wzmocnienia. Na groźbach daleko nie zajedziesz: ani z ludźmi, ani z psami.
*
— Eileen, miała trzydzieści dwa lata, gdy stwierdzono u niej zespół sztywności uogólnionej, co w skrócie oznacza, że wszystkie jej mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Przez dwadzieścia lat prawie nie mogła się poruszać — poinformowała nas Nina. — Teraz mieszka sama z jednym z naszych psów o imieniu Żeglarz. To czarująca kobieta, więc na pewno będzie interesująco. (...) Pod wieczór usiedliśmy w trójkę, żeby pogadać o tym, czego się nauczyliśmy. Nadal mnie ciekawiło, jak Eileen dawała sobie radę bez psa. — To co właściwie zmienił Żeglarz w pani życiu? — zapytałem, patrząc na jej rozpromienioną twarz w oprawie krótkich srebrzystych włosów i złotych kolczyków połyskujących w świetle lampy. — On dał mi życie, Liam — powiedziała i w jej głosie usłyszałem smutek. Pokiwałem głową z miną mędrca, po czym zapytałem, gdzie jest toaleta. (...) Gdy tylko zamknąłem za sobą drzwi ubikacji, pociekły mi łzy. Tak, najprawdziwsze łzy. To był przełom, coś absolutnie nowego dla chłopaka, który nie wiedział, co to empatia i emocje. Eileen odnalazła moje serce. Siedziałem tam, płacząc i obiecując sobie w duchu, że czegokolwiek dokonam z Aero, będzie to darem dla tej niezwykłej kobiety.
Liam Creed, Szczeniak, Jak labrador ocalił chłopca z ADHD, Wydawnictwo Nasza Księgarnia, Warszawa 2011. (wyróżnienie własne)
Nie znalazłam filmu, który był tworzony podczas szkolenia psów, w którym brał udział Liam (wraz z czwórką innych „trudnych” dzieci), ale znalazłam Eileen, Żeglarza i Canine Partners...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Tknęło mnie wczoraj. To nie Henia jest debilką, tylko ja... „Skucha” polegała na tym, że na zajęciach psiego przedszkola było: wybierzcie sobie gest, który będzie oznaczał warowanie. Wybrałam, zupełnie inaczej niż ma to w zwyczaju populacja szkolących psy. Wówczas nie miałam pojęcia, że to może być tak ważne. Nie wpadłabym na fakt, że mój pies wcale nie z powodu posiadania ludzkich przywar, cwaności i zdolności do wiecznego przeliczania zysków, ale z frustracji w najczystszej formie, z bezsilności od czasu do czasu kręci głową i... choć bardzo się stara, nie wie o co mi tak naprawdę chodzi.
Przypomniało mi się, że w książce, w której czytałam o szkoleniu border collie na pasterza olśnieniem było, że kłopotem dla psa są... źle postawione stopy, których kierunek kłócił się z treścią wydawanej przez człowieka komendy. Wolno, bo wolno, ale pomyślałam, że może cały psi świat ma rację i... sprawdziłam. Okazało się, że tylko i wyłącznie zmiana gestu na „międzynarodową” wersję odmieniła Kudłatą. Henia już nie musi „kalkulować”... w końcu bezbłędnie wie o co mi chodzi! Skończyły się kłopoty. Taki piękny prezent — odrobinę zrozumienia — podarowała mi wczoraj Heniutka w dniu, w którym skończyła dokładnie 15 miesięcy. Odwdzięczyć się mogłam tylko kiepsko opakowaną kosteczką świadomości, że kocham tego psa jak żadnego innego.
W praniu przećwiczyłam czytany miesiąc temu akapit:
Dlaczego, przynajmniej niektórzy z nas kochają psy? Dlaczego pokochałem Brenina? Chciałbym myśleć — i tu znów muszę uciec do metafory — że docierają one do najgłębszych pokładów dawno zapomnianej części naszej duszy. Tu właśnie mieszka nasze dawne ja — część nas, która była tam, zanim staliśmy się małpami człekokształtnymi. Tu właśnie jest wilk, którym kiedyś byliśmy. Ten wilk rozumie, że do szczęścia nie dąży się poprzez kalkulacje. Rozumie, że żadna prawdziwa relacja nie może się opierać na kontrakcie. Na pierwszym miejscu jest lojalność. I jest to coś, co należy szanować, choćby się waliło i paliło. Kalkulacje i umowy zawsze pojawiają się później — kiedy do wilczej dołącza małpia część naszej duszy.
M. Rowlands, Filozof i wilk. Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
W Przytulisku nie ma zmiłowania, śmieje się Sadownik... uczyć się trzeba! Nie ma wymówki, że bliżej nam do emerytury niż do zerówki. Taka karma!
Wypełnialiśmy testy osobowości naszej Heniutki, bo i ona idzie do „szkoły” pod koniec sierpnia. W kategorii „lękliwość” dwie ankiety wypełnione niezależnie przez Jabłoń i Sadownika stwierdziły zgodnie, że Kudłata zdobyła minimalną liczbę punktów, czyli 10 — nie chce się bać cholera. Maksa według Jabłoni, lub prawie maksa według Sadownika Heńka zdobyła w kategorii „towarzyskość”. Jedno z pytań w tej puli zwróciło naszą uwagę na to, że Sierściuch za wszelką cenę szuka kontaktu fizycznego z nami. Fakt! Stwierdziliśmy to niezależnie analizując heńkowe wieczne łażenie za nami i pokładanie się na stopach. Nie byłoby o czym wspominać, gdyby nie kategoria „inteligencja/zdolność uczenia”, gdzie oceniliśmy naszego pupila jako... średniorozgarniętego. Mądry i pojętny pies, ale jak wół z naszych odpowiedzi wynika, że w sumie to raptem 3+. Z jednej strony, może to my sami wystawiamy sobie laurkę tych, co cierpliwość czasem do kundla tracą. Z drugiej strony, stwierdziłam, że być może uruchomiło się w nas niezaprzeczalne i nie do wymazania bycie nauczycielskimi dziećmi. W końcu jak ktoś nie chwyta w lot i za pierwszym razem to... jest debilem. Henia czasami jest wyjątkową debilką. Widać gołym okiem, że wie o co chodzi, ale ona sama nie widzi powodu, dla którego miałaby zrobić to, o co jest proszona. W sumie, w wielkoduszności swego psiego serca wybaczy nam i 3+, bo to przecież całkiem niezła nota, gdy jest się psem nauczycielskich dzieci. Taka karma!
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Obcy nie tylko wylądował przewracając, kiepsko ułożony bez niego, świat do góry nogami. Początki porządkowania świata były ekscytujące. Szybkim krokiem wmaszerowała pod nasz dach sokowirówka i Sadownik odkrył przede mną pyszny świat soków warzywnych. Nie, jakiś tam sok marchewkowy, który znam z dzieciństwa, lecz płynna kombinacja tego, co da się wycisnąć z marchwi, selera, buraka i jabłek. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Tak duże, że punkt dnia pod tytułem „sok” jest dla mnie punktem obowiązkowym. Mistrz ceremonii podaje naprzemiennie w dni nieparzyste soki warzywne, w dni parzyste owocowe. Ja w tym procederze pełnię tylko rolę cerbera pytając niezmiennie „o której dziś będzie sok?”.
Obcy nie tylko wylądował, ale przywiózł w plecaku ziarenko groźnej ideologii, co żądna ofiar była od maleńkości. Z doby na dobę wyrastała z niej groźna roślina, która niepostrzeżenie rozsiadła się na kanapie, fotelach i wszystkich krzesłach przy dużym stole. Trzej królowie (Mąka, Sól i Cukier) dostali w związku z tym wypowiedzenie. Aby choć trochę rozumieć trudy zmiany nawyków żywieniowych Sadownika zaczęłam od malutkiego kroku decyzyjnego, który dla mojego pijawkowego organizmu wcale nie jest taki mały. Czwarty dzień nie słodzę. W odstawkę poszła automatycznie czarna herbata, której bez cukru wypić nie daję rady. Półki w kuchni zaczęły uginać się od herbatek owocowych.
Przewód pokarmowy i jego życiowe potrzeby zajmowały nas nieprzerwanie do wtorku włącznie, aż się w końcu w tym wszystkim zgubiłam odkrywając, że choć kibicuję czynnie terminowi „jakość życia” to im bardziej świadomie dbam o siebie w ten nowy, zdrowy sposób, tym bardziej nie chce mi się żyć.
By odnaleźć początek udałam się na koniec, który z powodu posiadania Heńki bardzo zaniedbaliśmy. Zamknęłam Sierściucha w jej klatce i pomaszerowałam na cmentarz wojskowy. Szłam tam od miesiąca, by zapalić Maciejowi Zembatemu światełko. Minęłam bramę. Zwolniłam. Puściłam myśli bez smyczy i kagańca — jeśli znalazłyby cukier to trudno, niech się pasą. Zdziwiłam się, że cmentarz — który był dla mnie jeszcze niedawno (chwilę przed Heńki przybyciem) tak duży, nieogarnialny wręcz — teraz, przez fakt robienia dłuższych spacerów z Heniutą, okazał się... całkiem malutki. Me myśli były niepocieszone, bo nie miały nawet gdzie nabrać rozpędu. Na szczęście udało się znaleźć początek, wrócić do domu i zadać sakramentalne pytanie „o której dziś będzie sok?”.
***
Przewrotność losu... Rok temu, ze słowami Alleluja pędziliśmy na pierwsze wspólne Stadne wyjście na kawę. A przedwczoraj lampkę Panu Maciejowi stawiałam... Jego tłumaczenia, Dziadek Jacek towarzyszyły mi całe liceum, niczym kukułka w zegarze odmierzająca tygodnie pozostałe do uzyskania statusu studentki. Dziadek Jacek... uśmiechnęłam się na myśl o nim... gdyby tylko mógł, na pewno słoiczek „dźemu” by na grobie postawił... Wciąż jestem studentką, a Pana Macieja już nie ma...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Jabłoń: (do odmienionego fizycznie, 13 kilo lżejszego Sadownika, który by robić jeszcze bardziej piorunujące wrażenie na kobietach zgolił brodę i poszedł dziś do fryzjera) Wyglądasz jak obcy facet, a nie jak mój mąż.
Sadownik: (z uśmiechem i przekorą) To co, mam wracać skąd przyjechałem?
Jabłoń: (z miłosnym obłędem w oczach) Nie, tylko pierwszy raz w życiu mam ochotę na Obcego...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Pakuję pośpiesznie tęsknotę w paczuszki, kuferki i pudła. Dość! Pragmatyzmu tableteczki połknąć czas. W rytmie parytetu, w rolę Kura Domowego się wbijam. Pranko. Podłogi. Psiej sierści mówię do rychłego zobaczenia. Lodówkę napełniam. Dwa komplety naczyń doprowadzam do nieskazitelnej czystości. Pudełko po pizzy usuwam w cień śmietnikowego życia, bo embargo na białą mąkę wraca razem z Sadowniczą Duszą. Czego jego oczy nie zobaczą, tego jego żołądkowi nie będzie żal. Książki w zgrabne rządki układam i klnę tego kura, co je przytargał sztuka po sztuce moimi rękoma. Koniecznie, płyty do pudełek chowam litanię do świętych zasad Sadownika odmawiając. Jedno jednak zostawiam sobie na sam koniec. Słomiane wdowieństwo otrząsnę z siebie dopiero, gdy Sadownika w drzwiach zobaczę.
Gdzie my nie pójdziemy... Czego to my nie będziemy robić... Długa lista.
Szeptać. Rozmawiać. Opowiadać. Kawę razem pić. Czytać niby osobno, ale z wewnętrznym przymusem natychmiastowego spełnienia „no, muszę ci to przeczytać, słuchaj”. Śmiać się będziemy razem. Tulić. Wpadać na siebie, niby zupełnie przypadkiem. Za rękę ciągnąć. Dłoń w dłoń wpychać na spacerach. Synchronicznie myć zęby. Na łyżeczkę znów zasypiać...
Niesamowite, dotarło do mnie właśnie, że nasza definicja raju usłana jest czasownikami.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Ramówka w naszym ulubionym radio zmieniła się jakiś czas temu wprowadzając w niedzielę rano program „Polityka kulturalna”. Bywa różnie. Był taki jeden, co „błyszczał” intelektem co chwilę. Był ostatnio „na jakimś filmie” i czytał dzieciom „oj, jest taka seria...” „o takiej dziewczynce”. Super! Ręce opadają do ziemi.
Tydzień później był dużo bystrzejszy, choć z nie najlepszą przeszłością i kiepskim PR. Przynajmniej o miłości do mebli ciekawie opowiadał. Podczas tej audycji dowiedziałam się, że pisał bloga, ale przestał, gdy odkrył, że uprawia ekshibicjonizm. No tak, gołego tego pana, to ja oglądać bym nie chciała pod żadnym pozorem. Zastanawiał mnie jednak podany przez niego powód wydania blogowej komendy „stop”.
Co jest złego w tym, aby na chwilę pochylić się nad swoim życiem, własnym sposobem pojmowania świata? Ucieszyć się, zdziwić, zezłościć? Dlaczego dobrze jest czytać wielkich poetów i pisarzy, a źle jest podzielić się sobą? Zobaczyć, że inni mają podobnie? Poczuć się jednym z wielu ziarenek ludzkiego piasku. Megaekshibicjonizm! Nie, raczej pył historii, bo tych chwil już nie ma. Taką byłam, tą drogą szłam. Tak. Tylko tyle. A jeśli choć jedna osoba, co na swojej drodze jest, uśmiechnie się od tych literek, to... cudownie! Jak napisał Boris Cyrulnik, co flirtował ze mną swoją okładką cały zeszły tydzień, aż drania kupiłam i połknęłam w jeden wieczór:
Możemy używać słów, by nabrać uczuciowego dystansu, by spojrzeć na siebie z zewnątrz, pod warunkiem że skierujemy te słowa do drugiej osoby, by ułatwić sobie oddalenie.
B. Cyrulnik, Rozmowy o miłości na skraju przepaści, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2011.
Dlaczego więc nie dzielić się słowem pisanym i czytanym na wielu blogach, by ułatwić sobie i innym zbawienne oddalenie? Dlaczego nie?
***
Jeśli mówienie jest słabością, to nie chcę siły:
(...) Każdy, kto przeżył kawałek życia, wie, że szept „kocham cię”, szept do zatracenia, upaja przede wszystkim tego, kto miłość wyznaje, rozkosz i satysfakcję zaś sprawia osobie kochanej tylko wtedy, kiedy wyznania takiego wyczekuje. Uświadomienie sobie tego powoduje, że tyle osób tłamsi swoje uczucie w milczeniu. Wiele opowiadań Hamsuna to dramaty niedomówień, niemożności wyznania uczuć, jak na powściągliwych Skandynawów przystało. Po latach zdarza się, że ludzie, mocno już przywiędli, zaabsorbowani codzienną gonitwą i troskami, dowiadują się, że się w sobie nawzajem kochali, nawet tego nie podejrzewając. „Czemuś mi nie powiedziała!” — wybucha rozżalony siwy pan. „Bałam się” — pada odpowiedź wciąż jeszcze drżącej pani. Wypijają do dna swoje kawy i rozchodzą się, każde do swoich spraw, ale z jakimś osadem żalu do życia.
J. Hen, Nowolipie, Najpiękniejsze lata,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
W końcu zrozumiałam swój stary strach, że może, skoro nie pozwalam Sadownikowi na różne rzeczy, na które pozwalałam wcześniej komuś innemu, to na pewno nie kocham Sadownika wystarczająco mocno. Wydało się dzisiaj, że niestety, już nigdy nie będę Go kochać równie mocno jak On mnie. Sprawiedliwości nie ma na świecie! Nie zmienią tego nawet trzy warujące na półce książki, które Mu kupiłam, ze świeżutką Marininą na czele. Już Ona będzie umiała przytulić na kilka godzin pokrzywdzoną Sadowniczą Duszę...
Sadownik (przez telefon): Kocham Cię mniej.
Jabłoń: Jak to?
Sadownik: Normalnie. Kocham Cię całym sobą, tyle, że na kilogramy jest mnie coraz mniej.
Z frontu tęsknot wszelakich: Sadownik już... za 30 godzin w Przytulisku.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Są takie blogowe miejsca, gdzie nie mam odwagi zbyt dużej, by machnąć komentarz, bo wpis wyjątkowo intymny i nie chcę zaburzać jego piękna. Z drugiej strony, chciałabym, aby ten ktoś lub ktosia wiedzieli, że uwielbiam ich pisanie, wrażliwość, bycie. Wstawić komentarz czy nie?
Jest taki Jeden (*Z), unikalny całkiem w swej istocie, co mnie wczoraj, nie wiedząc nic o tym, rozbroił i posiekał na kawałeczki swoim słowem pisanym. Tłucze w klawiaturę nieregularnie. Czasem trzyma rytm dni, częściej nie, więc nawyku zaglądania do niego nie mogę sobie wyrobić, ale jak już tam zajrzę to atmosfera wokół mnie się zmienia. *Z w ostatnim swym wpisie płynnie przeszedł od zwykłego siedzenia na tarasie do niezwykłego stóp przedzielenia warstwą materii i... przez te swoje literki wraz z moją tęsknotą za Sadownikiem w cieniutkie plasterki mnie pokroił, bym była bardziej świadoma, że już mi się marzy taka zwykła codzienność, co niezwykła jest całkiem.
Pomyślałam, zemszczę się! ;) Na stopy odpowiem historią pewnych dłoni, co spisywana była w 2005. Zwłaszcza, że dzisiaj nic, tylko wszędzie widzę ludzi co albo objęci, albo za ręce się trzymają. Ja też tak chcę!
***
Pewnego dnia na zgliszczach cudzych marzeń mężczyzna niepewnie podał dłoń kobiecie. Czy On się wtedy czuł mężczyzną? Czy Ona czuła się kobietą?
Dłoń drugiej dłoni szepnęła: pozostań w mym życiu. W cieple tych splecionych rąk ukryta była niewypowiedziana słowami obietnica: będę Cię kochać, wspierać, ochraniać. I poszły w świat dwie splecione dłonie nie mówiąc nic swoim właścicielom o tym, co uzgodniły.
Pewnego dnia wiele lat potem wśród własnych już marzeń nagi mężczyzna w swych dłoniach zamknął dłonie nagiej kobiety. On był już wtedy mężczyzną. Ona właśnie stawała się na jego oczach kobietą.‡
Dłonie dłoniom, oczy oczom szeptały: akceptuję i uwielbiam twoją seksualność. W uścisku splecionych rąk i cieple oczu kobieta odczytała czuły telegram: lataj Kochanie, me dłonie przytrzymają Cię byś mogła bezpiecznie wrócić do mnie z przestworzy. Tylko cztery dłonie wiedziały, że od nich zależy wszystko!
Morał: Noś zimą rękawiczki, bo to początek historii... (5.05.2005)
***
Zażalenia w sprawie tego wpisu proszę kierować do *Z.
________________
‡ Kiedy rodzi się kobieta? Jeszcze w brzuszku mamy, gdy na USG lekarz płećkę upoluje? A może wtedy, gdy położna w kwitach odnotuje „córka”? Może zapada klamka kobiecości, gdy dziewczynka przypieczętuje swą obecność na świecie pierwszą kroplą krwi menstruacyjnej? Gdy się zakocha? Gdy pocałuje? A może, gdy straci dziewictwo, zyskując nową perspektywę istnienia? Może trzeba matką, teściową lub babcią zostać? Zapach opuszczonego gniazda poczuć? Judith Butler też nie ma w tej kwestii pewności. Może trzeba, na własne potrzeby, swoją definicję zbudować? Jakoś tkwi we mnie przekonanie, że każda z nas wie, kiedy dla niej owo wydarzenie miało miejsce. Dla mnie była to chwila, gdy po raz pierwszy mogłam się w pełni zatracić i zapomnieć siebie...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Mignęła mi dzisiaj na skrzyżowaniu przed oczyma piękna, czteroletnia dziewczyneczka. Ułamki sekundy potem, w mej głowie zderzyły się kulki i przyszło mi do głowy...
Tak łatwo dorosłym ludziom kochać małe dzieci. Są małe, bezbronne i... tak niebywale słodkie w swej niewinności, ciekawości — oddychające, w najczystszej formie, Piękno. Aby dziecko prawidłowo się rozwijało potrzebne jest, by kochał je cały Świat. Ta miłość pozwala zaspokajać dziecięce potrzeby fizyczne i emocjonalne. Cały Świat najpierw jest Mamą, potem jeszcze Tatą, Babcią, Dziadkiem, Ciociami, Wujkami. Z każdym kilogramem wagi i centymetrem wzrostu definicja Świata się rozszerza, przedszkole, rówieśnicy, szkoła, studia, praca. Potrzeba bycia kochanym przez cały Świat wydaje się ewoluować do niby skromniejszych rozmiarów potrzeby akceptacji, uznania, przez tych co wokół nas. To moment, gdy wielu pada ofiarą oczekiwań zewnętrznego Świata, to ma być takie, a tamto owakie. Nie idzie jednak uszczęśliwić całego, rozrośniętego Świata, z tylu istnień złożonego.
Pomimo słusznego rozmiaru i dorosłości niekwestionowanej, bezczelnie pozostaję przy potrzebie kochania. Tak, pragnę by kochał mnie cały Świat! Nie widzę niczego złego, by właśnie tego chcieć, po to sięgać i cieszyć się tym od rana do wieczora i przez całą noc. Zamierzam radość w sercu hołubić podczas każdego oddechu, bo mam szczęście i kocha mnie cały Świat! Brzmi jak bluźnierstwo, czy megalomania? A może zbyt mało chcę od Życia? Dla mnie to bardzo dużo, gwiazdka z nieba, spełnienie mojego najskrytszego marzenia, bo Światem całym, co kocha mnie, jest... Sadownik!
Nie ma naciągania w stwierdzeniu, że każdy człowiek ze swym wewnętrznym bogactwem jest całym, skomplikowanym światem. Jedyne dla mnie novum to świadomość, co dziś na skrzyżowaniu mnie dopadła. Każdy z nas, jak ta czteroletnia dziewczynka, potrzebuje miłości całego Świata... niejednego... :)
A jak jest Tobie teraz, ze świadomością, że jest w Twym życiu przynajmniej Jeden Świat, co kocha Cię bezgranicznie?
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Lało. Zaczęło nad ranem i lało bez przerwy. Heńka po raz pierwszy nie obudziła mnie rano. O ósmej to ja otworzyłam oko i zarządziłam szybkie wyjście na załatwianie potrzeb fizjologicznych. Stanął Sierściuch zaskoczony pod daszkiem przed klatką. Stanął jak wryty, jakby nie mógł sobie przypomnieć jakiej jest rasy. Wieczna radość ze wszystkiego ustąpiła zdumieniu, że może tak lać. No, Heniu, biegusiem! Stałam i patrzyłam na odmienionego psa. Dwa metry bez entuzjazmu zrobiła, potem ciut szybszym, nerwowym krokiem poszukała miejsca, dość dobrego na stałe produkty psiej przemiany materii. Już. Produkt posprzątany do kosza niosłam, gdy zobaczyłam widok całkowicie mi do tej pory nieznany. Henia zdegustowana pod drzwiami do klatki stała. Nie było siły, która by ją na spacer wyciągnęła. Kto by pomyślał, że jeśli chodzi o deszcz, to i Heni cierpliwość ma swoje granice. Czy Pani Pogoda mogłaby to uwzględnić? A może Henia mentalnie się postarzała podczas Sadowniczej nieobecności?
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Bo nie wierzyłam, że można mnie kochać, tak po prostu, za mój śmiech, łzy i poczucie humoru. Bo nie wierzyłam, że można mnie kochać z bagażem moich upartych pragnień, strachów i wątpliwości. Bo nie wierzyłam, że wypada dzielić się z drugim człowiekiem swoimi marzeniami, ograniczeniami i bólem. Bo nie wierzyłam, że mogę być ważna dla kogoś. Bo nie wierzyłam, że ktoś mógłby mnie pokochać. Bo... bo... bo... Moja wina, moja bardzo wielka wina. Brak wiary był największą winą, za którą płaciłam niezłą cenę, dorzucając przyzwoity napiwek.
Aż przyszedł dzień, co obdarował mnie odwagą, by zrezygnować z tego, do czego byłam ze strachu przywiązana. Jak szczenię rzuciłam się w wir „nie to nie!”.
W roku, w którym kończyłam 25 lat w prezencie od Życia otrzymałam Szansę na stanie się Jabłonią, bo spotkałam Człowieka, co też nie przypuszczał, że stanie się najwspanialszym Sadownikiem Światów Wielu.
***
Są ludzie, co twierdzą, że do szczęśliwego związku potrzeba dwóch połówek pomarańczy, jabłka, lub po prostu dwoje „właściwych” ludzi. My z Sadownikiem wiele razy już ustaliliśmy, że Dwoje Ludzi to za mało, musi się to wszystko dziać we Właściwym Czasie. Gdybyśmy się spotkali kilka lat wcześniej, pewnie byśmy przeszli obok siebie nie zauważając ani Potencjalnego Sadownika, ani Potencjalnej Jabłoni.
***
Ciekawe, czy teraz Syrriuszowi będą zgadzać się rachunki? :)
***
Odnotować należy, że Jabłoń i Henia mają znów więcej szczęścia niż rozumku, bo Sadownik będzie w domu już za 76 godzin.
Aristotle hit the bottle
and Plato loved the blow
he said one plus one plus one is fun
and left a note for Michelangelo
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Od poniedziałku do soboty, zawsze o 17.15, Heńkę można było znaleźć modlącą się do drzwi wejściowych do Przytuliska. Każdy ruch na klatce powodował ruch sierściuchowej głowy i nadzieję, jaką tylko psy potrafią mieć: idzie! Nie przyszedł ani razu.
Wyjechał. Wywiózł swoje ciało, by w zaciszu głodu dotknąć zdrowego życia. Dostałam pod opiekę i Jabłoń, i Heńkę. O jedną i o drugą przyobiecałam dbać. Poniżej tłumaczenie z niewerbalnego psiego wyrazu twarzy na werbalny polski:
***
— Kiedy wróci? — Jeszcze sześć dni. — A ile to sześć? — Podziel liczbę posiłków, co cię czekają od poniedziałku do soboty, przez dwa i to co dostaniesz w wyniku to będzie dokładnie sześć. — To malutko. — Malutko? To przedsmak wieczności! — Czyli co, suszona wątroba, serce, płucka i żwacze to przedsmaki wieczności? — Nie, Heniu, suszone to i owo to psie przysmaki. — Ich też dostaję malutko. Czyli co, Sadownik będzie jutro? — Będzie za „malutko”, ale niestety nie jutro.
***
— Miałaś dbać? — A nie dbam? — Nie dbasz. — Jak to? Karmię? Karmię! Wyprowadzam? Wyprowadzam! Rano, szybkie wyjście przed śniadaniem na poranne potrzeby fizjologiczne. W ciągu dnia, spacer do parku. Po południu wizyta w lesie a wieczorem idziemy pod górkę. Mało? — Nie dbasz. Tylko jesz, śpisz i czytasz. Czy ty wiesz, że grozi ci deprywacja sensoryczna? — Co Twoim zdaniem powinnam robić, by uniknąć deprywacji sensorycznej zanim Sadownik wróci i przewróci dom do góry nogami? — Iść na spacer, potem do lasu, wracając pod górkę i znów do lasu, bo grzyby mogły już wyrosnąć, wiesz? I jeszcze przed obiadem na króciutki spacerek byśmy sobie skoczyły, co ty na to? — To wiesz, poczytam sobie jeszcze troszkę zanim pójdziemy po górkę, by móc zamknąć kolejny dzień...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Po raz pierwszy Minister Finansów rozbawił mnie do łez. Wczoraj rano w porannej audycji Jacka Żakowskiego opowiedział „przypowieść” o tym, jak Salomon pomógł Motylowi w jego małżeńskich problemach:
Motyl poszedł po radę do króla Salomona, bo miał nie lada kłopot. Przyznał się, że Motylica go strasznie dominuje i on musi robić wszystko, co ona każe. Król zapytał: — Dlaczego? — Bo ona mówi, że jak tupnie nóżką, to świat się skończy — odpowiedział Motyl. Król Salomon udzielił Motylowi rady. Ten, zadowolony, po powrocie do domu, kiedy tylko Motylica znowu kazała mu coś zrobić, odpowiedział jej: — Tupaj, tupaj!
Minister mitygował się po skończeniu, że aby przypowieść była na czasie, należałoby zamienić rolami Motyla i Motylicę. Nie ma tu Minister racji. Kobiety w przemocy psychicznej są lepsze od mężczyzn a o próbie wprowadzenia parytetu w tej dziedzinie, póki co, nie słyszałam.
Można jednak na tę przypowieść spojrzeć z innego końca sali. Motylica, tylko i wyłącznie, informuje Motyla, co się stanie, gdy podda się rodzącej się w nim chęci niesubordynacji: świat naprawdę się skończy! To nie groźba, to tylko Święta Prawda, bo świat, w którym Motyl robi wszystko według jej widzimisię legnie w gruzach, gdy tylko On raz się postawi. Więc, niech się postawi! Znam jednego Motyla i czasem marzę, że się postawi, ale On chyba jeszcze nie dojrzał, by pójść do króla Salomona... Tupaj, tupaj!
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
— Jak myślisz, czy gdybym tamtego dnia była w innym miejscu, gdybyś mnie nie spotkał, gdyby nie wydarzyło się między nami owych pięć lat, czy wówczas miałbyś zupełnie inne życie od tego, które masz teraz? Zamyślił się na chwilę, jakby przeglądał kartotekę swoich dni, związków i niepodjętych decyzji, a potem ze spokojem odpowiedział: — Nie sądzę, by było inaczej. Zapadła cisza. Po chwili zapytała: — Może ty chcesz mnie o coś spytać? — Nie.
***
Przyszło mi do głowy, że miłość jest ciekawa... tego świata, co w drugim człowieku drzemie, zakwita, staje się i przemienia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok.
Przyszło do głowy, a zaraz potem olśniło mnie, że to chyba jeden z tajemnych składników tego, co między Jabłonią i Sadownikiem. Jedno ciekawe Drugiego. Drugie ciekawe Pierwszego. Nieustannie. Czternasty rok.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Bogowie, chyba o fakturę, urządzają sobie awanturę. Bo w głowie się nie mieści, że jest jakiś „Ludź”, co zamówił tyle burz na cito, czyli już.
***
Piętro niżej, z kubkiem herbaty z ziarnkami kardamonu, z ciepłą Heńką na stopach, obserwuję przez okno krokodyle łzy Bogini, deszczem zwane. Ciekawe, za co Bóg nie chciał zapłacić? Skąd ta wiara, że Sadownik na pewno by zapłacił...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Chrześcijański, współczesny psychoanalityk — jaki piękny oksymoron, pomyślałam radośnie kilka miesięcy temu. Książeczka cieniutka. Ciekawość spora. Usprawiedliwienie w postaci egzaminów stało jak wół i głosowało „za”. Nabyłam. Jesienią, gdy ją czytałam, pomyślałam z nostalgią... szkoda, że nie trafiłam na tę książkę, gdy miałam dwadzieścia parę lat.
Zamiast nadal czuć się wstrząśniętym, trzeba zacząć przyglądać się pozytywnym stronom nowej sytuacji. Można pomyśleć o tym, czego się nauczyliśmy, o nabytym większym stopniu dojrzałości. Jednak to, co ja najusilniej radzę i co osobiście praktykuję, to odebranie tego wszystkiego, co dało się ukochanej osobie, pracy, określonej sytuacji. Trzeba pomyśleć o uczuciu, miłości, troskach, oczekiwaniach, nadziejach, jakimi otaczało się ukochaną osobę i przywłaszczyć je sobie. Przywrócić je gdzieś w głąb nas samych z dumą, że potrafiliśmy kochać. Ostrzegam, że jest to ważny punkt, ponieważ kiedy miałem mniej doświadczenia, zakończywszy jakąś przyjaźń, zawsze myślałem o tym, co dałem, i o tym, co utraciłem, że to już nigdy nie wróci. Odczuwałem pustkę, jak gdyby okradziono mnie z mojej miłości, umiejętności, z moich czułych zachowań. Myliłem się. To nie ta osoba mi je zabrała, ale to ja wszystko jej oddałem, pozostając w ten sposób pusty i zniszczony. Uwiedziony i porzucony. Odkąd po zakończeniu jakiejś historii odbieram to wszystko, co psychicznie dałem, czuję się jeszcze bardziej bogaty, jeszcze bardziej dojrzały niż wtedy, gdy zaczynałem.
V. Albisetti, Tęsknota serca, Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2010. (wyróżnienie własne)
***
On i ja. Ja i On. Jego obecność uciszała moje lęki. Lęki, które dopiero po kilku latach od rozstania byłam w stanie nazwać i oswoić.
Mama Onego pisała do niego: Zastanów się, czy cię na lepszą nie stać. W innym liście dodała: Jest brzydka, rodzinka zwariowana. Gdy było już wiadomo, że się rozstaniemy, ukradłam mu te listy. Nie byłam najlepsza. Nie byłam ani ładna, ani piękna. Nie przeszkadzało mi to jednak karmić swej dumy błędami ortograficznymi, składniowymi i stylistycznymi rozsianymi po tych dwóch listach Mamy Onego.
Przyszedł Sadownik. Zobaczył we mnie coś, czego nikt nie widział. Uparł się. Został. Poczekał. Zapomniałam o listach, co mą dumę leczyły. Nowe życie i nowe marzenia zaczęłam śnić.
***
Pod koniec czerwca odbył się ostatni warsztat z cyklu „Polityka relacji”. Było o rozstaniach i o tym, że często albo tylko czasem po miłościach, gdzieś w ciemnościach piwnic, w magicznej skrzyneczce jest... zdjęcie, pukiel włosów, muszelka. Potrzeba sporej siły, by umieć się z tym rozstać. Definitywnie skończyć to, co w świecie rzeczywistym jest już tylko wspomnieniem.
I masz! Przypomniało mi się, że w pewnym albumie ze zdjęciami, pod jedno z ostatnich wetknięte są Onego zdjęcia. Gdy w końcu złapałam chwilę wolnego, wyjęłam z zamiarem spalenia. Nie dałam rady, bo wśród zdjęć było jedno, zrobione w czasie, gdy Onego nie znałam. Słodki, niewinny, niepewny, miał może osiemnaście lat, wszystko było przed nim. Napisałam do Onego. Chciał je z powrotem. Dziś, razem z ukradzionymi listami, je oddałam.
On beze mnie. Ja bez niego. Plus dwie kawy. Dwa cudowne życia. W czasie, gdy Mama Onego pisała niezgrabne zdania, żadne z Nas Dwojga nie wiedziało, nie przeczuwało nawet, że tak piękne czasy są przed nami. Dziękować! Dziękować! Z dumą, że potrafimy kochać!
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Sprawa jeszcze kilkanaście lat temu wydawała się prosta. Człowiek szedł do sklepu kupował masło i jedyna decyzja, jaką musiał podjąć podczas tego zakupu, dotyczyła masełkowego ubranka: „pazłotko” masła ekstra czy papier pergaminopodobny masła śmietankowego. Potem, jak wszyscy wiemy, przyszedł czas, gdy wmawiano nam, że margaryna jest dużo zdrowsza od masła. Gdy już każdy zadbał o swoje zdrowie zgodnie z własnym zestawem przekonań, pojawił się produkt na który zahaczało się lenistwo lub skleroza wybranych obywateli, czyniąc ich życie znośniejszym, bo masła z dodatkiem olei roślinnych nie utwardzi nawet najbardziej rozszalała w poglądach na mrożenie lodówka. Efekt był taki, że przy kupnie masła Dwunożne Stada nie tylko prezentowały przywiązanie do marki (taki, a nie inny rysuneczek), ale również musiały wykazać się cierpliwością i umiejętnością czytania, by wśród małych literek wyszukać zbawienne 82 % tłuszczu.
Wczoraj dotarło do mnie, że parafrazując znane powiedzenie o tym jak „pieniądze na ulicy leżą”, doktorat leży pod... regałem z masłem. Nie wystarczy już pamiętać obrazka z opakowania, nie wystarczą już nieprzytomnie poszukiwane procenty zawartości tłuszczu, teraz jeszcze trzeba patrzeć na wagę. Dieta cud po cichutku sprawiła, że kostka masła waży aż... 170 g. Ten etap odchudzania „standardu” poślizgu do chleba zdziwił mnie mniej, niż przeprowadzane wcześniej odchudzanie z 250 g na 200 g. I nic dziwnego, uzasadnia mój wewnętrzny matematyk, pierwsze skuteczne odchudzanie dotyczyło 20 procent, a drugie już tylko 15 %.
W zasadzie nie byłoby powodu, by wspominać o procesie myślowym, który musi towarzyszyć kupowaniu masła, jeśli ma się uparte i niepodlegające zmianie poglądy. Sami jesteśmy sobie winni. Wydawać by się mogło, że problem kończy się, gdy masło ląduje w koszyku. Nic z tych rzeczy!
Dotarło do mnie, że ten maślany doktorat może być nie tylko z ekonomii, psychologii zakupów czy ergonomii opakowań, ale... może być również z kulinarnej archeologii. Mam przepisy, w których jak wół stoi: kostka masła. Ale która? No i masz, uśmiecha się we mnie szyderca, co już się cieszy, że podczas wyruszania w nową podróż kulinarną almanachem będzie stopka redakcyjna książki, by wiedzieć, ile wówczas wynosił wzorzec kostki masła. Może dzięki temu wzrośnie poziom czytelnictwa? A juści!
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Burza za burzą nie przynosiła oczekiwanego chłodu. Deszcz za deszczem. Słońce na jednodniowy wypad za miasto się udało. Identycznie było dwa tygodnie temu. Wtedy to miał miejsce nic nieznaczący incydent. Jabłoń zagroziła, że po raz pierwszy w życiu będzie robić pierogi. Przepis na ciasto od Rodzicielki przez telefon zdobyła. Farsz do pierogów, co ją dwa lata temu urzekły w pewnej polskiej wsi, w pamięci rozebrała na najmniejsze części składowe. Kupiła wszystko co trzeba. Sadownik próbował i odwodził Drzewko od tego głupiego pomysłu stania przy garach proponując wyjście na miasto. Wtedy to samą Jabłoń zdziwiły wypowiadane przez nią w kierunku Sadownika słowa, gdy już dotarli do domu i siaty rozpakowali: „to wiesz, pójdę się zrelaksować lepieniem pierogów”. Incydent, dziś okazał się przypadłością w rozkwicie. Wstała rano Jabłoń i wiedziała, że dzisiejsza pogoda nie wróży nic poza spełnieniem nieodpartej chęci, by zrobić pierogi z podwójnej porcji ciasta...
Jabłoń: (dumna i blada*) To obiad na jutro już mamy! :)
Sadownik: (ma w oczach głód mięsożercy co z własnej woli udał się na miesięczną, jarską dietę) Obiad obiadem, ale co będzie do jedzenia? (po chwili, z rozmarzeniem w głosie) something to eat... maybe meat!?**
___________________________ * bo na pierwsze danie wydała, po raz pierwszy robione, pierogi z kurkami, * bo na drugie danie wydała pierogi z twarożkiem i malinami --- klon incydentalnego przedskoczka sprzed dwóch tygodni, * bo jeszcze dała radę na jutro machnąć łazanki z kapustą i... nie musi jutro myśleć. Amen.
** może kęs... jakichś mięs!? (tłum. à la St. Barańczak)
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Oś czasu... Magiczne „zero” oddzielające to, co było, od tego co będzie. Być w zerze, nie nadymać się zbyt mocno, nie traktować siebie zbyt serio, cieszyć się chwilą, zanurzyć się w niej bez pamięci, kochać bezgranicznie — być tu i teraz! Jak łatwo się o tym myśli, a nawet pisze, prawda?
„Tu i teraz” z modlitwy przemienia się w fakt z mego życia, gdy zaczyna przepełniać mnie uczucie wdzięczności za chwilę, która właśnie trwa. „Tu i teraz” ciałem się staje w ułamku sekundy, który ma w zwyczaju anonsować swą obecność łzą wzruszenia, że ja... że tu... że teraz... Uwielbiam te chwile, gdy czas w dziwny sposób staje się konstruktem czysto abstrakcyjnym. A potem? Cóż, niezmiennie trwam w poszukiwaniach tego znanego już tak dobrze uczucia. Nie sposób nie tęsknić za nim całym swoim istnieniem.
Trwam od tygodnia w przestrzeni bez słów. Tu i teraz urzeczona, oczarowana... Zatrzymała mnie w tym stanie ostatnia książka „alkoholowego” Osiatyńskiego. Gdybym tylko mogła, przyznałabym Mu tytuł inżyniera honoris causa za niebywale precyzyjną procedurę określania miejsca na osi czasu, które człowiekiem właśnie zawładnęło, by pomóc mu sprawnie wrócić do „tu i teraz”, bez niepotrzebnej szamotaniny i autoagresji:
Brak akceptacji i dążenie do kontroli leżą u podstaw dwóch dolegliwych uczuć — złości i niepokoju. Złość wiąże się z frustracją, z niezgodą na to, co się już stało. Dziecko chciało cukierka, którego nie dostało, toteż tupie nóżką. Dorosły chciał, by inni przyznali mu rację, a oni tego nie zrobili, więc wpada w złość. Akceptacja pozwala pogodzić się z frustracją, zastanowić się, czy to, czego chciałem, rzeczywiście było mi niezbędne. Pomaga uznać, że istnieje różnica między tym, czego chcemy, a tym czego potrzebujemy, i że nie wszystkie frustracje są złe. Niepokój dotyczy przyszłości, rodzi się z braku kontroli nad tym, co dopiero może się stać. Nie mamy pewności, czy ktoś bądź coś nie pokrzyżuje naszych planów. Czy będziemy zdrowi? Czy nie stracimy pracy? Czy będziemy mieli bezpieczną starość? Lekarstwem na złość jest akceptacja, a na niepokój ufność. Ufność nie przychodzi automatycznie, trzeba ją wypracować. W tym celu warto powrócić do drugiej części pierwszego kroku, gdy przypominaliśmy sobie, których z naszych zamierzeń nie zdołaliśmy zrealizować. Teraz należy pomyśleć, czy rzeczywiście prowadziło to do tragedii. A może dziś żałowalibyśmy, gdyby wówczas powiodły się nasze plany? Wielu ludzi, którzy dotąd użalali się nad sobą, podczas pracy nad trzecim krokiem uświadamia sobie, że być może jakaś siła większa od nich samych kierowała ich życiem we właściwym kierunku, i to często wbrew ich woli oraz zamierzeniom. Widzą, że niespełniona pierwsza miłość była skazana na klęskę, a druga okazała się trwała i owocna. Że pierwotny wybór studiów wcale nie odpowiadał ich wewnętrznym pragnieniom, a niedoszły wyjazd na stypendium uniemożliwiłby im awans i karierę na miejscu. Uświadomienie sobie takich zdarzeń z przeszłości pozwala z większą ufnością patrzeć w przyszłość.
W. Osiatyński, Alkoholizm I GRZECH I CHOROBA, I..., Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2007.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Studiujesz POP? Nie tłumacz swojej Drugiej Połowie, co to próg, proces wtórny, figura senna. Mówił Janek? Mówił. Posłuchałam? Oczywiście, że nie. Rewelacje przyniesione z zajęć tłumaczyłam Sadownikowi. Zaaferowana, zachwycona, nowe światy przede mną otwierały się, nowe zrozumienie, nowa wolność. Podzielić się z Nim chciałam, potrzebowałam. Wtedy.
To mam. Teraz.
Gdy tydzień temu wyszło szydło z worka, że samochód ma być odstawiony w dniu, w którym Sadownika nie ma w mieście, powiedziałam: — Nie ma mowy. Ja tego nie zrobię. — Próg! --- powiedział ucieszony Sadownik. Myślałam, że go własnymi rączkami ukatrupię za to wymądrzanie się. — No, próg. I co z tego? — Studentka POP-u powinna swoje progi przechodzić. --- Wymądrzała się dalej Druga Połówka, co POP-u nie studiuje. — Przechodzić. Próg należy przejść, a nie dać się przez niego przepchać. Nie wolno przepychać przez próg. — Znów nie nauczyłam się niczego na swoich błędach i tłumaczę Ślubnemu Młotkowi.
***
Przeszłam ten próg. Samochód odstawiony. Strat w ludziach brak. Ustał deszcz. A Heńka na to, broniąc Sadownika: „wierzyliśmy w ciebie”.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Gdybym była świadkiem, co z boku przysłuchuje się i przygląda tej historii, raczej nie podejrzewałabym owej kobiety o jej bliską zażyłość z własnym mężem. Historia w całości prawdziwa. Nie byłam świadkiem. Nie byłam obiektywna. Nie stałam obok. Byłam tą pańcią!
***
To tylko ja. Najzwyczajniej w świecie źle zrozumiałam postawione przede mną zadanie:
Dnia 6 lipca weźmiesz ze stołu dokumenty, kluczyki i odstawisz samochód do serwisu na godzinę 11.00.
Problem pojawił się już w poprzedzającą ten dzień noc. Padało. Trzecią dobę. Budziłam się co chwilę. Lało potwornie. Zaczęłam się martwić, co ja biedna zrobię jak zamkną mi tunel. Nie ma to jak balować w nocy z własnymi strachami. Impreza była pierwsza klasa, wstałam rano nieprzytomna. Zebrałam się w sobie, udając chojraka. Łatwy, pierwszy krok: dokumenty w koszulkę, zaświadczenie takie, oświadczenie śmakie, ksero tego, kopia owego. Trzy razy obejrzane z listą: pozycja po pozycji sprawdzone. Do plecaczka włożone. Wyjęte. Przeliczone jeszcze raz. Moje dokumenty. Są. Dowód rejestracyjny. Jest. Głowa. Jest. Dusza. Trzęsie się. Numery awaryjne do Sadowniczego kolegi, co pod telefonem miał być, gdyby cokolwiek mi się stało. Numery przepisane. Mało. Wbić numery w komórkę. Sprawdzić, czy w plecaczku dokumenty są. Są. Moje prawo jazdy. Jest. Dowód rejestracyjny. Jest. Telefon. Jest. Wcale się nie boję. Jedno, dwa skrzyżowania, jedno rondo, długo prosto, znaną trasą, tunel, może go wcale nie zamknęli, oby nie zamknęli. Jechać, jechać. Nie przejmować się ulewą. Gagarina minąć i pozdrowić. Kto jak kto, ale on powinien mnie zrozumieć. Nie martwić się, że na parkingu miejsca nie będzie. Powtarzać sobie: „tylko odstawię ten samochód i wstanie nowy dzień”.
Miejsce na parkingu znalazło się bez problemu. Parkowałam z ogromną przyjemnością. Nie wiedzieć czemu, na całym parkingu stały, tylko i wyłącznie, same Beemki. Przez salon do zakładu blacharskiego przeleciałam już z obłędem w oczach. Lampka od poziomu dostępnej energii informowała, że niewiele już z siebie wycisnę. Szybciutko do Pana, dokumenty oddać, poinformować, gdzie zostawiłam samochód i już... będzie się można obudzić z tego snu.
We właściwym pokoju padłam na krzesło. Krew mi z mózgu odpłynęła najpierw do serca, które już świętowało, że dałam radę, że już koniec. Potem krew spłynęła niżej, do nóg, pozostawiając po sobie ociężałość umysłową. Wtedy Pan zadał mi wiele pytań. Na wiele nie znałam odpowiedzi. Skąd miałam wiedzieć, że „odstawisz samochód” będzie oznaczało również wypełnienie kilku kwestionariuszy. Myślałam, że te intelektualne prace wykonali już mężczyźni. W końcu 6 lipca 2011 roku o godzinie 11.00 byłam tylko żoną swojego męża.
Wyszłam z przybytku motoryzacyjnego, strzepnęłam z siebie przysłowiową blondynkę, w deszczu wsiadłam w autobus, wyjęłam świeżutkiego Osiatyńskiego i w końcu byłam nareszcie w sobie i u siebie.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Autentyczna wymiana zdań i światopoglądów:
— Poproszę numer telefonu do pani męża? — Nie pamiętam. Po chwili dodaje: — Zaraz panu podam... — wygrzebuje z kieszeni telefon... lista kontaktów... strzałka w dół... w dół... w dół... jeszcze raz w dół. Jest. Odnaleziony. Dyktuje i sama się dziwi, że w tych numerach cyfra „pię(ś)ć” pojawia się tyle razy. — Gdzie jest mąż? — Dzisiaj? — pyta, może chcąc zyskać na czasie. — Tak. — Nie wiem.
***
Ciekawe, prawda? Wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, pewnie pomyślał młodziak. Żonka, mało rozgarnięta, może już ją rzucił, może separacja, może kwity rozwodowe w drodze. Przygląda się paniusi, jakby nigdy takiej nie widział. Okiem znawcy rzuciwszy, dopowiedział sobie w myślach: nie, o rozwodzie, jeszcze nic nie wie, nie trzęsą jej się ręce. Może przez ten egzemplarz żonki, młodziak już nigdy nie pomyśli, że chciałby mieć BMW. Jest tyle innych, prawdziwie rodzinnych marek...
A może jednak kupi BMW, ale nie nabędzie żony? Zgodnie z zasadą, że w życiu wszystkiego mieć nie można. A może można?
Jedna pańcia. Nic nie wiedziała. Skąd więc wzięło się tyle pytań?
A Wy? Na ile innych sposobów moglibyście odczytać ten dialog?
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
W pewnym małym mieście, gdy wchodzi się na cmentarz, po lewej stronie jest grób. Wysoki, jasny. Gdy byłam mała bałam się go. Gdy byłam ciut większa robiło mi się przy nim smutno. Wciąż jest mi przy nim lub na jego myśl smutno. To grób mężczyzny, który zmarł dokładnie w moje urodziny. Nie w dzień moich trzecich, piątych czy osiemnastych urodzin. Dzień, który dla kilkorga moich bliskich był jednym z najwspanialszych --- dzień, który rozpoczął moje życie, był jednocześnie dniem, w którym umarł Ktoś, kogo na pewno kochano, szanowano, potrzebowano, kogo ktoś inny nie chciał stracić. Połączył nas jeden, ten sam dzień. Ten grób lub myśl o nim wciąż i wciąż uczą mnie pokory.
***
Szłam dzisiaj na kawę. Wolno, tak jak lubię. Zamyślając się po drodze. Uśmiechając się do psów. Rozmawiając z ich właścicielami. Gdy przechodziłam przez przejście dla pieszych, przyszło mi nagle do głowy, że życie jest jak kredyt hipoteczny. Filozofia życia przypominać może strategię spłacania kredytu. Można zaharowywać się, by szybciej spłacić kredyt i wtedy zacząć żyć pełnią życia. Można też płacić ciut wyższe raty wynikające z dłuższego okresu kredytowania, a różnicę potraktować jako cenę karnetu za kolejny miesiąc, w którym można znaleźć chwilę na swoje marzenia, pragnienia, pasje, by je spełniać i rozwijać. Ciekawa jestem, co ów Pan, co zmarł w dniu moich urodzin, mając za sobą doświadczenie całego życia, powiedziałby na temat strategii, która stała się naszym udziałem. Może chciałby być nikim, zgodnie z cytatem z książki, którą czytam bardzo, bardzo wolno:
Ostatnio zafascynował mnie pewien szczególny rodzaj heroizmu, mianowicie niegodzenie się na pośpiech. Żyjemy w społeczeństwie zdominowanym chroniczną gonitwą. Brak czasu stał się wyznacznikiem rangi osoby oraz sposobem pompowania własnej wartości. Jeśli nie musisz wciąż się śpieszyć, jesteś nikim. Jeśli Twój kalendarz, terminarz czy osobisty organizer nie jest wypełniony po brzegi, jesteś nikim. Jeśli nie dzwoni co chwila twój telefon komórkowy, masz powody, by wątpić w swoje istnienie. Jeśli nie jesteś przeciążony, jesteś bezużyteczny.
T. Hellsten, Odwaga poddania się, Osiem sprzeczności na ścieżce duchowej, Wydawnictwo JK, Łódź 2009.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Od wczoraj Dwunożne Stada są na diecie bezmięsnej w związku z coroczną głodówką Sadownika, która zbliża się coraz większymi krokami. Przepraszamy się z potrawami, które nie lubią bywać w towarzystwie mięcha. Wczoraj było ciężkawo. Obiad wielki, ale chyba z powodu braku mięsa został potraktowany jako przekąska.
25% maturzystów w tym roku oblało, doniosło nasze ulubione radio. Zachodziliśmy w głowę jak to było możliwe, przecież zalicza 30% możliwych do zdobycia punktów. Bojąc się, że to starość w nas czepia się młodości świata, prewencyjnie, by nie uderzyła nam woda sodowa do głowy, mimochodem poddaliśmy się nostryfikacji naszych starych matur --- spontanicznie przenosiliśmy z jednej strony równania na drugą:
Sadownik: (po dwudziestej, czyli teoria o „chudych” w mocy) Jestem głodny!
Jabłoń: (pochyla się nad Sadownikiem) Proszę, dam Ci dwieście kalorii. (całuje Sadownika, nie byle gdzie i nie byle jak)
Sadownik: Minus dwieście.
Jabłoń: Ja mam minus dwieście. Ty masz plus dwieście, bo to ja Ciebie całuję.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Kilka lat temu, przypadkiem, oczywiście, nadziałam się na audycję. Jakiś mądry człowiek opowiadał o swoim trzeźwieniu. Zapamiętałam tytuł książki, którą popełnił. Kupiłam. Przeczytałam w jeden wieczór śmiejąc się od czasu do czasu, ale i płacząc po wielokroć.
Dwa dni temu, zajrzałam do księgarni, w której nigdy nie bywam, a tam... książka, o której istnieniu nie wiedziałam. Stała, pchała mi się w oczy charakterystyczną szatą graficzną. Chwyciłam, nie zastanawiałam się ani chwili. Ten sam autor, ten sam temat. Inny tytuł! Tym razem byłam roztropniejsza, dawkowałam sobie przyjemność połykania kolejnych zdań, akapitów i rozdziałów. Starczyło na dwa dni. I nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować, bo te książki, choć traktują o alkoholizmie, dla mnie traktują o mądrości życia. Książka ta po raz pierwszy ukazała się w... 1992 roku. Przytoczona poniżej rozmowa miała miejsce w listopadzie... 1987 roku. Kto by pomyślał, że prawda może pozostać tak długo prawdziwa. ;)
— (...) Ponadto odnoszę wrażenie, jakby każdy Polak, którego spotkałem, był alkoholikiem albo koalkoholikiem, albo jednym i drugim. — Trudno się temu dziwić, bo przecież spotykał się pan w Polsce niemal wyłącznie z alkoholikami lub ludźmi, którzy ich leczą, a są u nas prawie bez wyjątku współuzależnieni od alkoholików. — Spotykałem się również z ludźmi, którzy z alkoholizmem i alkoholem nigdy nie mieli nic wspólnego. I oni też są tacy sami. Są gotowi na wszystko, by pomóc drugiemu człowiekowi. — Czy to źle? — Gdy mówię, że są gotowi na wszystko, mam na myśli skłonność, by oddać drugiemu więcej, niż się samemu posiada. Polak może osobiście znajdować się na skraju bankructwa i załamania, a jednocześnie jego „ja” będzie zmuszało go, by dogadzał komuś, kto wcale nie jest w równie wielkiej potrzebie jak on sam. Wielu Polaków zdaje się nie wiedzieć, kto jest najważniejszym człowiekiem w ich życiu. — Kto? — On sam. Bo to jest wszystko, co człowiek ma. A wy jesteście zbyt zajęci tym, by dogadzać innym. To przejaw braku poczucia własnej wartości i skłonności do depresji. — Jaka na to rada? — Najpierw trzeba uważnie spojrzeć w lustro i uczciwie przyjrzeć się samemu sobie. Pokochać siebie, nabrać więcej szacunku do samego siebie i okazywać więcej troski. A dopiero potem dawać innym, nie odwrotnie. — Czy dlatego, że nie można dać innym tego, czego się samemu nie posiada? — Nie tylko dlatego. Także po to, by móc wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za własne życie. Odnoszę wrażenie, że Polacy zużywają zbyt wiele energii na obwinianie rządu, polityki i czynników zewnętrznych za swoje problemy. Że litują się nad sobą, mówiąc: „Taki jestem biedny. Nic nie poradzę, bo żyję w takim społeczeństwie”. I nawet nie zauważają, że wiele mogliby zrobić, by być wolniejszymi i bardziej niezależnymi. — Na przykład? — Już podałem przykład. Skoncentrować się na sobie. Oczywiście dla was byłoby to czymś negatywnym, oznaczałoby egotyzm lub egoizm. — A czy nie byłoby nim? — Ja mam na myśli pozytywny egoizm. Taki, kiedy nikogo się nie rani ani nie następuje drugiemu na odcisk. Ale dopóki człowiek nie zbuduje szacunku do samego siebie i nie uzyska dobrego samopoczucia, dopóty nie będzie zdolny przekazać tego swoim najbliższym. — Obawiam się, że taka zmiana może u nas potrwać kilka pokoleń. (...)
W. Osiatyński, Alkoholizm GRZECH CZY CHOROBA?, Iskry, Warszawa 2005. [z rozdziału „Pokochać siebie”, zawierającego rozmowę ze Stefanem Johannssonem] (wyróżnienie, moje)
***
Dziś tknęło mnie, by sprawdzić aktualny stan książkowy Osiatyńskiego w tym temacie. I... bardzo mnie ucieszyło, że jest jeszcze jedna, której nie czytałam. Zamówiłam. Teraz muszę tylko poczekać.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
W Przytulisku mieszka kątem wiele teorii autorstwa Jabłoni. Jedna z nich głosi: chudy człowiek nawet nie myśli o jedzeniu po dwudziestej. Jak każda teoria, musi mieć ona niewygodne wyjątki.
Dochodziła prawie północ. Światło zgaszone. Heńka chrapała u siebie. Dwunożne kończyły wieczorne dyskusje układając się do snu. Pogoda nie wiedziała co ze sobą zrobić, było parno i wilgotno...
Sadownik: (dojrzał do decyzji, podnosi się, by pójść po piżamkę)
Jabłoń: To jak wstajesz, przynieś mi 0.75 cm żółtego sera, proszę...
Sadownik: (idzie i wraca z dużo grubszym kawałkiem sera i przedrzeźnia) O tej porze jeść? Ty nie jesteś grubaskiem. Ty jesteś prawdziwym tłuściochem!
(nic sobie nie robi z tych obelg i pałaszuje serek) Jabłoń: (kończy i...) Wiesz, jeszcze 1 cm bym zjadła. Przyniesiesz? Taki pyszny ten serek w ciemnościach.
Sadownik: (idzie, wraca z serkiem dla Jabłoni i jogurtem dla siebie)
Heńka: (jako kontroler jakości jogurtów pojawia się nie wiedzieć kiedy i cierpliwe czeka aż jej Pan zje i da wylizać pojemniczek)
W ten oto sposób, całym Stadem, zamykaliśmy wczorajszy dzień. Smacznie było każdemu.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
W mętnej atmosferze niepewności nie wytrzymała i zapytała: — A... dlaczego chciałabyś mieć dziecko? Cisza. Głęboka. Prawdziwa. Trwająca niczym ruski rok. W komunikacyjnej próżni, zaczęła się zastanawiać nad tym, jak bardzo niedelikatne pytanie zadała. Na pewno absurdalne, bo nie powinno pytać się o oczywistości, nawet najbliższych. Tylko ona, niereformowalna, pyta o to, co wszyscy wiedzą. No... jak zwykle głupotą błysnęła. Mogłaby tak długo kopać się wewnątrz własnej głowy, lecz niczym rozjemca nadeszła odpowiedź, która ucięła jej wewnętrzny dialog: — Wiesz... byłabym bardziej kochana.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Produkt miłościopodobny. Pojawia się nie wiadomo skąd. Dlaczego ten człowiek? Dlaczego tak intensywnie? Dlaczego świat przy tej osobie ma tak intensywne kolory i fantastyczny smak? Dlaczego wszystko podsyca nieskończona wiara, że będzie tak już zawsze? Niezauważona data przydatności do spożycia mija niepostrzeżenie. Nie wiedzieć skąd, na ściance pojemniczka z życiodajnym uczuciem, pojawia się wykwit małego ogniska grzybiczego co nienawiści jest zapowiedzią.
Produkt miłościopochodny. Utworzony na bazie zepsutego produktu miłościopodobnego. Wszyscy wiedzieli, że tak będzie. Te same pytania. Dlaczego ten człowiek? Dlaczego tak intensywnie? Dlaczego świat stracił kolory i nic nie ma smaku? Dlaczego tak już będzie zawsze?
Mija czas, co miał zatrzymać się w miejscu na wieki. A widzisz! Nawet Chronos nie umie dotrzymać słowa! Mija czas. Błogosławiony Czas!
***
Spotkałam Go. Najzwyklejszy człowiek. Nie ma już magicznego wpływu na kolory mojego świata. Patrzyłam na niego i... zatęskniłam troszkę za czasem, gdy Go nienawidziłam. Doceniłam nienawiść co, dzięki swej intensywności, wiarę w zmianę miała nieskończoną. Produkty miłościopodobne i miłościopochodne na tej samej półce tuż obok siebie leżą. Tyle, że my już ich nie kupujemy. Staliśmy się bardziej świadomymi konsumentami.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Szło dwóch mężczyzn. Łączył ich wspólny świat i jedna droga. Nie trzymali się za ręce, ale było widać, że połączyła ich ta sama miłość. Byli tak inni od pozostałych, pędzących gdzieś ludzi. Owa „inność” sprawiła, że podniosłam oczy znad książki i filiżanki kawy.
Z przyjemnością patrzyłam na spokój i pewność, która biła od każdego z nich. Identycznie ubrani w imię tego samego umiłowania. Szli krocząc w tym samym rytmie, dwie prawe, dwie lewe nogi, na zmiany. Patrzyłam urzeczona. Jeden niósł siatki. Drugi żywo o czymś opowiadał Pierwszemu. Wkraczali w otaczający mnie świat prezentując proste plecy swojego świata wartości, przekonań, miłości, poświęcenia, wiary. Nie mogłam oderwać od nich oczu.
Stanęli pięć metrów od mojego stolika. Ustalili między sobą. Ten bez pakunków pobiegł coś załatwić. Obarczony siatkami przystanął w oczekiwaniu, które pełne zrozumienia i cierpliwości było. Wgapiałam się w bijący od niego megaspokój. Przystanął, a potem wykonał wolno kilka kroków w stronę wystawy sklepu jubilerskiego. Coś we mnie z dezaprobatą stwierdziło: jaki sensw twoim oglądaniu damskiej biżuterii? Po krótkiej chwili udało mi się wydostać z rdzewiejących resztek katolickiego wychowania. Pop! Dwa serca ma. Umiłował Boga. Pokochał kobietę. Umiłowany przez Boga oglądał damską biżuterię.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
(dziś wieczorem, w okolicach dwudziestej pierwszej)
Jabłoń: (styrana, siedzi przy jadalnianym stole, nie ma siły ruszyć się, by pomóc Sadownikowi w logistyce podawania obiadu) Jestem mężczyzną pracującą, która wróciła z pracy, nie mam siły i chyba trzeba mnie obsłużyć.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Jabłoń szczyci się specjalizacją w dziedzinie gotowania jajek na miękko i tylko te ostatnie próbują od czasu do czasu sabotować dobre samopoczucie drzewka w tym zakresie.
Jabłoń: (wnosi miseczkę z ugotowanym jajkami) Wiesz, tak wysokiego współczynnika pęknięć jeszcze w życiu nie miałam. :(
Sadownik: (znany z głębokiej wiary w umiejętności Jabłoni) Wszystkie?
Jabłoń: Nie, pięćdziesiąt procent. :(
Sadownik: I tak cię kocham, nawet jeśli ty kochasz mnie miłością spękaną.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
3.47. Trzynaście minut przed budzikiem. Dwieście siedemdziesiąt kilometrów. Śniadanie. Druga kawa. Drzemka, co pozwoliła dojść do pionu. Heńka szczęściem przepełniona, bo zieleń i cztery znane, dawno niewidziane psy. Dzisiejszy dzień pozwolił mi spojrzeć o kilka centymetrów dalej niż zawsze.
Ja i moja Siostra, wyszłyśmy z tej samej, biologicznej, kochającej się rodziny. Wyszłyśmy równie mocno pokiereszowane, choć każda na swój sposób.
Moja Siostra i ja, obce sobie systemy wartości dziedzictwem krwi połączone. Tylko w konstrukcie zwanym „rodziną” mogłyśmy się spotkać. Po innych chodzimy ulicach, inne śnimy marzenia, inaczej żyjemy, w inne rzeczy wierzymy.
Dziś. Każda z nas osadzona na dobre w swej nowej, szczęśliwej Rodzinie. Połączyły nas na chwilę, przy jednym stole, przepyszne gołąbki naszej Mamy.
Potem były kolejne setki kilometrów i Przytulisko mruczące miłością. To był dobry dzień. Dobranoc.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Jakieś dwa lata temu byłam świadkiem następującego dialogu:
A (hetero): Próbowałaś z mężczyzną? B (homo): Próbowałam. A: Skąd więc wiesz, że jesteś lesbijką? B: Zakochuję się w kobietach.
W pierwszej chwili bezpośredniość A mnie zatkała. Gdy jednak, przysłuchując się z boku, usłyszałam ostatnią, przytoczoną kwestię B, dziękowałam, że mogłam być świadkiem tej sceny. Jakie to proste, ludzkie, przepełnione sercem, dobrem, nadzieją, miłością --- wystarczy odpowiedzieć na pytanie: w kim się zakochujesz?
***
Dyskusja na temat związków partnerskich trwa. Sadownik w delegacji był, więc miałam czas, by w spokoju obejrzeć dwa filmy, które bardzo mnie poruszyły. Czasy Harveya Milka (1984) i Geje na kapitolu (2009). Żyjąc w kraju, który sto lat za murzynami (tfuu, przepraszam, za afroamerykanami, aborygenami, rdzenną ludnością Afryki), zamarzyło mi się, by pojawił się w naszym kraju polski Harvey. Hipokryzja niestety już tu jest i póki co nie ma komu z nią walczyć.
***
Inności się nie wybiera. Innością jest się „obdarowanym”. Inność przekleństwem jest, dopóki nie odkryje się jej znaczenia. Inność inności nierówna. Może dotyczyć wszystkiego, od kwestii fizycznych, czyli wzrostu, wagi, koloru włosów, oczu, skóry, po kwestie światopoglądowe. Inność może być mniej lub bardziej kłopotliwa.
Jestem inna. Nie mieszczę się w standardzie. Minęło prawie trzydzieści lat, gdy na tę kulę u nogi spojrzałam łaskawszym okiem. Może dlatego potrafię zrozumieć ludzi o innej, niż statystycznie dominująca, orientacji. Może dlatego widzę człowieka, jego strach, nadzieję i pragnienie, by być akceptowanym. Kibicuję Im, by mogli tak jak ja, chodzić z ukochaną osobą za rękę po ulicach polskich miast, by mogli się wyprostować i przestać przepraszać za to, że żyją.
***
Dyskusja na temat związków partnerskich trwa i w Przytulisku. Głośno komentujemy głupio-mądro wypowiadających się w radiu polityków. Opadają nam ręce. Czasem dłonie zaciskają się w pięść, gdy jeden z drugim (z formacji małych ludzi) mówią, że społeczeństwo potrzebuje moralnego nawrócenia.
Zaczęłam się zastanawiać, o co tak naprawdę chodzi? Dlaczego nie można na ten temat rozmawiać bez emocji? Dlaczego budzi to tak wielkie demony? Przecież ludzie nie uprawiają seksu na trawnikach.
Z jednej strony bój idzie o dziedziczenie, medyczne historie, podatki, w dalszej perspektywie o adopcję. Z drugiej, o czym nie mówi się wprost, o uznanie miłości, która występuje nie tylko w związkach damsko-męskich. Gdy to wszystko wymieszane w jednej propozycji ustawy, delikatnie by nie wzburzyć władz kościoła, szlag trafia i tych co za, i tych co przeciw.
Sprawdźmy co by się stało, gdyby proponowana ustawa dotyczyła wszystkich obywateli, bez względu na orientację.
Podatki. Ktoś krzyczy, że wspólne rozliczanie się małżonków wiąże się z obowiązkiem jaki wzięli na siebie, czyli wychowaniem dzieci. Czyli co, my z Sadownikiem w sumie nie powinniśmy z tego korzystać? Niech więc każdy płaci za siebie. Nie będzie trzeba w to mieszać orientacji seksualnej i planów prokreacyjnych.
Dziedziczenie. Było (wpis 279.), komentarze pokazują jak bardzo prawo nie nadąża za zmianami, które w naszym społeczeństwie zaszły. Czy utopią jest wiara, że najlepiej byłoby gdyby każdy, bez względu na orientację seksualną, mógł sam decydować, kogo i czym obdarować. W tym punkcie nie chodzi tylko o związki, które w swój kształt wplecioną mają nitkę seksu. Nie trzeba być nadmiernie kreatywnym, by z łatwością wyobrazić sobie dwie samotne przyjaciółki, które przez dwadzieścia lat mieszkają razem i prowadzą wspólny dom, bliższe są sobie niż wielu członków rodzin genetycznie spętanych.
Medyczne historie. Tak oczywiste, że aż nie chce się pisać.
Adopcja. (Wpis 255.). Dlaczego dobro dzieci nie może być najważniejsze, zawsze i wszędzie? Homoseksualizm nie jest zaraźliwy. Tego nie można wybrać. Ktoś kto kocha, uczy małego człowieka szacunku, miłości, wiary w ludzi, w świat, w siebie. Nie ma takiego domu dziecka, który by to dał.
Czy jest jakaś kwestia, którą pominęłam?
Gdyby się udało przeforsować takie prawo, ludzie, bez względu na orientację, mogliby odetchnąć i czuć, że naprawdę mogą o sobie decydować. Żyjemy coraz dłużej, może lepiej zacząć zajmować się budowaniem relacyjnych mostów od człowieka do człowieka a nie z uporem maniaka kisić się jedynie w związkach krwi i genetyki? Chodzi wszak o miłość, co wiele różnych form przybiera...
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Pracujesz. Zarabiasz pieniądze. Podatek dochodowy. Zostało coś? Pech, bo…
…kupujesz. Cokolwiek. VAT. Zostało? Pech, bo...
…oszczędzasz, inwestujesz. Ryzyko bierzesz na siebie, ale zyskiem podzielisz się z Fixusem. Pech, bo...
…marzenia „zbyt duże” śmiesz mieć. Mieszkania ci się zachciało. Samochodu, co dawno luksusem przestał być. Fixus upomina się o swoje. Pech, bo...
…jeśli jesteś bezdzietny. Masz rodzeństwo. Nie utrzymujesz z nim kontaktu. Umierasz. Brzmi idiotycznie, ale naprawdę może się tak zdarzyć. Tu jest to miejsce, gdzie na dzień dzisiejszy zarzuca mnie z wściekłości. Moje szanowne rodzeństwo… dziedziczy po mnie ustawowo. Nie ma znaczenia moja wola. Dostaję piany na ustach, bo wniosek z tego jest tylko jeden: to co moje, nigdy do końca moje nie jest. Pytam dlaczego? Ile podatków musiałabym zapłacić, by w końcu móc w pełni decydować o tym, co mam? Czy móc podarować swoje dobra komu się chce to tak duża fanaberia?
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Przemysł dziecięcy przypomina mi sklep firmowy korporacji. Pierwszy raz z ochotą, bezmyślnie, całkiem bezrefleksyjnie płynęłam z prądem konwenansów. O rany, jakie to było przyjemne! Mój gust nie miał nic do rzeczy. To nie ja miałam wybrać kolor. Wybrał go dawno temu Bóg. Mając niewiele do powiedzenia, pozostałam zainteresowana wyłącznie praktyczną stroną przedsięwzięcia.
Weszliśmy wczoraj do przybytku handlowego zaspokajającego potrzeby najmniejszych. Fachowo rozejrzałam się po wnętrzu sklepu w poszukiwaniu błękitnej zawartości regałów. Profesjonalizm w oczach, jakbym bywała w takich miejscach od zawsze, zmylił nawet Sadownika. Uratowała nas znajomość dziecięcego dress kodu. Różowe, „dziewczyńskie” na prawo. Błękitne „chłopięce” na lewo. Rodzice, ciocie, wujkowie, dziadkowie i babcie z portfelami i portmonetkami, prosimy, na wprost do kasy. Szło nam naprawdę bardzo dobrze. Wydało się, że jesteśmy bezdzietni, bezradni, całkiem nieczuli i niezainteresowani dopiero, gdy zawiesiliśmy się na... centymetrach. 68 cm? 74 cm? Ile ma trzymiesięczne dziecko? Na wszelki wypadek wzięliśmy i to na 68, i to na 74. Zwyciężył pragmatyzm, kawy nam się już chciało. Nie obyło się bez głośnych, niezależnie wygłoszonych komentarzy:
Sadownik: (z wyrzutem) To ja własnemu psu na zimę futerka nie kupiłem a mam teraz takie rzeczy kupować!?!
Jabłoń: Jak będzie za małe to trudno, będą musieli zrobić sobie nowe dziecko.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Mówią: idź! Mają rację. Mówią: stój! Też mają rację. Paradoks? W żadnym razie. Oni tylko z uporem maniaka zapominają dodać, że znajdują się w zupełnie innym miejscu niż Ty.
Wiele lat miałam nie lada problem z tą ich racją, co zawsze kubrak dobrej rady przywdziewała. Źle dla mnie skrojony był. Zawsze za krótkie rękawy i nierówne nogawki miał.
Mówią: idź! Mówią: stój! Nie wiesz co robić? Ciekawe, czemu uśmiecham się do towarzyszącej mi pewności, że Ty na pewno postąpisz dokładnie tak jak chcesz. A może to tylko moje pragnienie?
***
Dopiero dziś miałam czas, by pójść, wyjąć aparat, strzelić fotkę, ubłagać Sadownika co cedzić z aparatu w odpowiednim formacie potrafi, by finalnie... mieć!
Wynajmuję na godziny lub dni, rzadko na miesiące. Wyjątkiem jest pewna Dama, której wydzierżawiłam wieczyście — kochana Pani M. Moi klienci są różni. Serdeczni, bezwględni, zainteresowani tylko sobą, wymagający uwagi, biernoagresywni, nieczuli. Czasem zbyt delikatni, by ich rozterki zniósł świat. Gdy stają na progu, niektórych poznaję po zapachu, innych po uśmiechu, jeszcze innych po zgarbionej sylwetce. Starzy bywalcy i nowicjusze. Niektórzy, wchodząc, zatrzaskują z impetem drzwi. Wtedy wiem, że będą kłopoty…
Wynajmuję swe ciało i duszę… doznaniom, emocjom, uczuciom, afektom. Wczoraj pomieszkiwał u mnie Pan Smutek. Milcząc, piliśmy razem herbatę i słuchaliśmy 3. Symfonii Brahmsa. Dziś, gdy po Panu Smutku tylko nieumyte talerze zostały, znalazłam zabawną wersję 3. części wspomnianego utworu.
Johannes Brahms, Symphony n°3, Poco Allegretto.
Pani M. — no cóż — woli niemiecką precyzję, a słabość do akordeonu guzikowego wybacza:
* * *
[suplement 14.01.2023]
Johannes Brahms, 3. Symfonia F-dur, III. Poco allegretto, David Zinman (dyrygent),
White Raven’s Favorites Playlist 2022, #13.
wpis przeniesiony 1.03.2019. (oryginał bez twardych spacji)
Myślałam: łatwe! Liczba komentarzy przez liczbę wejść i mamy wyniczek dzielonka. No tak, ale…
…50% wejść to czysty przypadek, czyli kliknięcia osób, które szukały szablonów do wycinania literek dla swoich kilkuletnich pociech (literkowy), kliknięcia dużo sprawniejszych niż ja, którzy truchtają wokół terminu maraton. Są też wejścia związane z byciem mamą lub bezdzietnością (bezdzietnaMama). W tej grupie są również ciekawe wejścia z przyczyn, których nigdy nie brałam pod uwagę myśląc o założeniu bloga. Na przykład, z zakresu sadownictwa, czyli „jak przycinać jabłoń”, „ile lat jabłonie dają owoce”. Dla tych, co się tu wklikali właśnie z takich powodów, ten blog jest żywym ucieleśnieniem roboczej hipotezy, że internet to jedno wielkie śmietnisko. Hitem hitów, jeśli chodzi o frazy było: „żonaty od 13 lat dwoje dzieci nie mam seksu”. Cóż, autor tego hasła, wrzucony został ze świata materii do świata antymaterii, łączy nas tylko 13, i tylko na chwilę. To rodzi pytanie, czy przeglądarki nie zaczynają czytać między wierszami, skoro skojarzyły ten blog z poszukiwaniem recepty na ten niebanalny problem? A może wyszukiwarki to już wykwalifikowane wróżki bądź psychoanalityczki? Ponieważ, jeśli masz dzieci, to na pewno marzysz o sierściuchu, który twą sprawność fizyczną doprowadzi do tak przyzwoitego poziomu, że maraton czy seks to jeden pies, bułka z masłem i jak splunąć…
...pozostałe 50%. Wśród nich 80% to Polki i Polacy. Narodowość zobowiązuje. W związku z tym, u 75% osób, z tej puli wejść, na tekst „wstaw choćby jednowyrazowy komentarz” budzi się Polskość przez wielkie ‘P’ i natychmiast pojawia się reakcja: „a jeszcze co?! Mowy nie ma!” Pozostałe 20% z 50% --- skromne, ale wciąż statystycznie znaczące. Wśród tych osób, część to wojujące feministki, które przeczytawszy „jeśli dotarłeś do tego miejsca” poszły kupić stosowną laleczkę voodoo. Część nie widziała sensu, część nie chciała zostawiać po sobie śladu. Nawet Starzy Bywalcy --- tak, o Tobie piszę --- woleli pozostać jeszcze bardziej anonimowi. Noooo, to zaczyna brzmieć już nie jak analiza danych, lecz jak „ja dobrze wiem, co ty sobie myślisz”. Super! Ale prawda jest taka, że nie wiem, co sobie myślisz.
Summa summarum, z wszystkiego została nieznacząca statystycznie liczba komentarzy. Na szczęście, Autorki tych komentarzy są bardzo znaczące dla autorki wpisu. A Sadownik? Jak wróci do domu to sobie porozmawiamy o względnej wartości „prędkościów” w damskich i męskich jednostkach miary! ;)