poniedziałek, kwietnia 04, 2011

217. 100% po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedane!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Single, bezdzietni, osoby homoseksualne nie mają wyjścia. Czy tego chcą czy nie, przynajmniej raz będą musiały usłyszeć o prawdach absolutnych wyznaczanych przez wielki byt jakim jest społeczeństwo, bo społeczeństwo w swej masie nigdy się nie myli.

Jeśli jesteś singlem to znaczy, że emocjonalnie jesteś albo pokiereszowany, albo niedojrzały. Nie ma tu miejsca na wybór. Nie podlega to dyskusji. Tak jest i koniec.

Jeśli jesteś osobą homoseksualną, to znaczy tylko tyle, że do tej pory nie poszedłeś do łóżka z właściwą osobą płci przeciwnej, nie zakochałeś się nigdy prawdziwie. Znów, mądrość pokoleń nie podlega dyskusji.

Jeśli jesteś bezdzietną z wyboru, jesteś biedną wewnętrznie kobietą, która kompensuje sobie pustkę macicy czymś tak beznadziejnym jak wzniosłe idee i praca. Czy nie widzisz, że dorabiasz sobie teorię do swej ułomności? To też nie podlega dyskusji.

Wszystko to mówione jest, oczywiście, w dobrej wierze. W nadziei, że może dla tych „pokrzywionych” ludzi jest jeszcze ratunek, jeśli tylko się opamiętają, przewartościują swoje wybory, może skoczą na jakąś terapię i szczęśliwie staną się małżonkami, „heterykami” i matkami karmiącymi. Przecież w głębi duszy na pewno nie marzą o niczym innym. Oczywistym przecież jest, że single, osoby homoseksualne i bezdzietni to biedni wewnętrznie, wybrakowani ludzie. Dzietni małżonkowie o heteroseksualnych preferencjach mylić się nie mogą.

Te złote, jedynie słuszne myśli ranią. Człowiek próbuje się bronić. Im bardziej się broni, tym bardziej jest atakowany. To nie paradoks, jak patrzę z perspektywy minionego czasu, bo nie o obronę chodzi. Chodzi o to, by poznać swoje marzenia, by wiedzieć kim się jest, by psychologiczny środek ciężkości mieć w sobie, a nie na zewnątrz w dumnych z nas rodziców, zadowolonych szefach. Chodzi o to, by odkryć w sobie zapomnianą siłę. By głośno dziwić się, że inni mają tak świetny plan dla nas, choć z własnym życiem radzą sobie w sposób mało zachwycający. Dojście do miejsca, gdzie właśnie tak się ma, zajęło mi dużo czasu. Warto było jednak przejść tę drogę... by władać siłą, należy stać się wystarczająco silnym.

Pozostał jednak jeden magiczny element. Siła, która biła od kobiet w ósmym, dziewiątym miesiącu. Nieznana. Ciekawiło mnie źródło tej siły, tak bardzo bezpardonowej. Siły, która mogłaby zabić.

Domorośli terapeuci powiedzieliby: jeśli zwracasz uwagę na „ciężarówki” to nic, tylko znak z głębin twojego jestestwa, że nieświadomie marzysz o byciu matką. Na szczęście, to nie jest takie proste. POP-owcy na jednym wydechu powiedzą, że w byciu przyszłą matką jest jakaś jakość, która przydałaby Ci się w życiu. Dla mnie tą jakością jest właśnie bycie w 100%, a jeśli się da, to nawet w 300%.

Od dziesięciu dni smakuję źródło tej siły --- owe procenty. Testuję, próbuję i wykorzystuję. Każdy może mieć do niej dostęp, wystarczy być w 100%. Stan błogosławiony ma taką nazwę również dlatego, że nie trzeba uczyć się „bycia w 100%”. Niosąc przed sobą wielki brzuch nie da się być trochę w ciąży a trochę nie. To całodobowe zajęcie. W każdym innym przypadku trzeba nauczyć się być w 100%, umieć stanąć za sobą, swoimi poglądami, swoimi marzeniami. Być singlem w 100%, być osobą homoseksualną w 100%, być bezdzietną w 100%. Być, bez względu na rolę, w całych 100%. Być realizatorem swoich marzeń w 100%.

Najdziwniejsze i najpiękniejsze --- gdy już się zajmie te 100% to nikt inny nie znajdzie w sobie siły by podważyć nasz wybór. Tak pięknie jest być po prostu SOBĄ, w 100%, oczywiście!

niedziela, kwietnia 03, 2011

(215+1). Szczególne miejsce... na Ziemi

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy byłam dzieckiem mówili, że to takie miejsce, gdzie nie każdy może trafić, ale wszyscy, którzy tam są, wypełnieni są szczęściem bezkresnym. Każdy śpiewa piękne pieśni chwalące wielkość, dobroć Boga.

Gdy byłam już bardzo dorosła dowiedziałam się, że w tym miejscu mężczyźni, którzy zginęli w świętych wojnach otrzymują w nagrodę trzydzieści pięknych hurys. Niestety (?), za ten sam wyczyn kobieta-samobójca otrzyma tylko jednego dobrego męża. Pamiętam, że ta jawna niesprawiedliwość obudziła we mnie wojującą feministkę. Teraz podchodzę do tego spokojniej, wręcz filozoficznie: po co mi trzydziestu, nawet najlepszych, mężów.

Po wstępie należy skreślić wszystko, co napisane do tej pory, bo to bujda na resorach od fiata 126p. Od wczoraj wiem jak tam jest. Eee tam, wcale nie wiem, mam bezczelną pewność! Raj zamieszkują tylko dzieci i psy. Dorośli trafiają tam warunkowo, gdy dobrze traktują swoje wewnętrzne dziecko.

Wczoraj miałam ogromną przyjemność oglądać rajską scenę. Dwoje wspaniałych dzieci i Heńka brykało po trawie. Dwulatek podnoszący z ziemi piłkę dla Heńki rozbroił mnie w tempie natychmiastowym na wiele, wiele godzin. Teraz, gdy to piszę, wciąż pamiętam uśmiech Malucha. Kudłata była przeszczęśliwa. Dalszych słów by to sensownie opisać po prostu brak… Nie zdążyliśmy dobrze wrócić do domu a już tęskniliśmy za Magicznym Miejscem, gdzie Raj materializuje się na naszych oczach, bo trawa, przestrzeń, dzieci i nasi Przyjaciele...

***

Ledwo już żywa, ale chociaż rzuci okiem, czy przypadkiem nie warto się podnieść:

Cudowne, ufne dzieci, które Heńka pokochała od pierwszego głasku małych, ludzkich paluszków, po ostatnie, rozdawane z entuzjazmem psie całuski:

I Heńkę można zmęczyć, a my uwielbiamy patrzeć jak wyciąga tylne łapki. Tak wygląda szczęśliwy pies. Przymrużone oczy i wyluzowany pysk:

Pozostała w nas tęsknota...

215. Odnotować: Mały Piątek i Duży Piątek były

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czwartek. Bałagan chciał od nas odpocząć, od naszego lamentu, od „należy”, „trzeba”, „powinniśmy”. Marzyło mu się, by zakwitnąć wiosną prawdziwą. Po pracy, traktując czwartek jako „mały piątek” wzięliśmy Heńkę do lasu. Było magicznie. Nie przypuszczałam, że to początek innych dni…

Czwartek wieczór. Otrzymaliśmy informację i Sierściuch stanął do raportu:
     — Imię?
     — Heńka.
     — Nazwisko?
     — Syndykat*.
W ten oto sposób Heńka stała się jedyną kudłatą dziewczynką, która jest współtwórczynią blogu należącego do Syndykatu Blox-a (dział Kobiety). Pogratulowaliśmy gryzakiem.

Piątek. Wyrodna matka postanowiła być — choć przez chwilę — mniej wyrodna. W końcu był Prima Aprilis. Z zakupioną świeżutko „Psychopatologią” pod pachą weszła do sklepu zoologicznego i zakupiła mieniącą się wszystkimi kolorami, świecącą w ciemnościach, piłeczkę dla Heńki. Młoda, oczywiście, była zachwycona... Wciąż jest...

__________
 * Syndykat został zlikwidowany w 2018 roku, a blox.pl przestaje istnieć 29.04.2019. 

czwartek, marca 31, 2011

214. Ach, ta miłość! Nie tylko filmowa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wieczór, po długim dniu, Stado w sypialni,
resztkami sił, urządza sobie miły wieczór
)

Bruce Willis:
(jako filmowy mąż razem z filmowymi żoną i dziećmi leżą w jednym łóżku)
Wszystko, co najważniejsze na tym świecie, jest w tym łóżku.

Sadownik:
Tak jest panie Willis. Albo tuż obok.

Heńka:
(leży obok łóżka i... ani drgnie na to Sadownicze wyznanie)

213. Jej sposób na życie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To jest jej sposób na życie — powiedziała wczoraj zdecydowanym głosem jedna pani drugiej pani w kawiarni, stolik obok mnie.

Sposób na życie… zamyśliłam się… jak to brzmi? Czy tak samo jak:
     — sposób na mrówki w kuchni?
     — sposób na przypalony garnek i pobrudzony winem obrus?
     — sposób na odrzuconą miłość, co nie odstępuje nas na krok, nim nie wybrzmi do końca?
     — sposób na… by wytępić, usunąć, zapomnieć, a może wybaczyć?

Nieznajoma. Całkiem nieobecna. Wykorzystała ona jej sposób na życie niczym proszek do czyszczenia sreber rodowych by usprawiedliwić sumę swoich wyborów? By usunąć wszelkie życiowe wątpliwości, by wytępić nieracjonalne społecznie zachowania, by zapomnieć, a może by przetrwać?

Życie to nie karaluch czy plama. Nie chcę szukać, a tym bardziej znaleźć, sposobu na życie. Chcę je smakować kęs za kęsem, oddech za oddechem, uśmiech za uśmiechem, krok po kroku. Bez pośpiechu. Bez cienia smutnej pewności, że lepsze już było. Bez ślepej wiary, że lepsze będzie za pół roku dla grzecznych dziewczynek i pracowitych chłopczyków w wieku poprodukcyjnym. Najlepsze przecież już tu jest. Właśnie w tej chwili.

środa, marca 30, 2011

212. Psie wartości

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To chyba nie jest kwestia faktu, że z pierwszego wykształcenia jesteśmy z Sadownikiem tworami ściśniętymi, czyli ludźmi technicznymi, co w efekcie może czynić warunki życia Heńki z nami warunkami podwyższonego ryzyka. Nie można też użyć banalnego usprawiedliwienia, że z mlekiem matki czy genem ojca, ale fakt jest faktem, że Kudłata wygląda na taką, co opanowała do perfekcji podstawy zastosowań metod probabilistycznych. Eksperymenty to potwierdzające odbywają się co wieczór w podgórkowej sforze psich przyjaciół.

Pobiec za piłeczką? Ależ, oczywiście. Są jednak pewne warunki brzegowe tej oczywistości. W tej małej (jeszcze) psiej głowie chrupią neuroprzekaźniki i liczą bez końca. Heńka nie pobiegnie nigdy, jeśli nie ma pewności, że złapie piłeczkę. Od niechcenia zrobi kilka kroków do przodu --- tylko i wyłącznie po to, by sprawić nam przyjemność --- gdy prawdopodobieństwo powrotu z piłką w pysku spada do nieakceptowanego już poziomu 80%.

Choć wydawać by się mogło, że to lenistwo zagościło w młodym psim ciele, to lubię patrzeć jak ona liczy, ocenia, podejmuje decyzje. Może to wcale nie lenistwo, ale kwestia psiej godności. Może Kudłata lubi być psim zwycięzcą? Gdy patrzę na jej małe zwycięstwa obleczone wielką dumą psiego chodu z wysoko podniesioną głową, myślę, że ludzkie życie byłoby dużo szczęśliwsze, gdybyśmy zawsze doceniali nasze małe zwycięstwa: zjedzone na czas śniadanie, upolowane ładne warzywa, pół godzinki tylko dla siebie, całusek skradziony ukochanemu, rysunek wykonany własną ręką, uśmiech otrzymany od nieznajomej…

(210+1). Czy zakwitnie jeszcze kwiat na lodowcu?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Szła. Inni też szli, ale to ona przykuła moją uwagę. Może dlatego, że ubrana w czerń, która z łatwością zlała się z moimi smutnymi myślami. Szła przede mną. Było w ruchu jej ciała coś bezwstydnie rozpustnego. Tym czymś było życie.

Nie ma końca memu zadziwieniu, że po śmierci człowieka nie zatrzymują się choć na chwilę wszystkie ludzkie życia. Świat toczy się dalej pomimo tego, że są ludzie, którzy zatrzymali się w niemożliwych do wysłowienia: bólu, pustce, ciszy, zadumie.

Nie ma końca memu zadziwieniu, że Śmierć przechodząc obok zawsze pozostawia intensywny, drażniący nozdrza, zapach Życia. Tak bardzo nie na miejscu w tej chwili.

Szła. Ruch jej ciała przykuł moją uwagę. Wesoły, radosny ruch. Nie jestem dziś ani wesoła, ani radosna. Szła. Wysoka. Naprawdę wysoka, zgrabna kobieta w czerni. Pomyślałam bezwstydnie: jak bardzo chciałabym być wysoką, zgrabną kobietą. Dobrą chwilę trwało zanim do mnie dotarło, że przecież jestem wysoką, zgrabną kobietą. Ucieszyłam się z tego faktu radością nie na miejscu. Czyżby to ten zapach Życia zaczynał zawiązywać owoce nadziei? JESTEM brzmi dziś tak abstrakcyjnie. JESTEM JESZCZE CHWILĘ NA TYM ŚWIECIE to konkret o określonych konsekwencjach. Konstrukt zamknięty w czasie i przestrzeni. Nie będzie ani jednego dnia powtórki...

wtorek, marca 29, 2011

210. Jego Tata

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uwielbiałam „podkradać” sposób, w jaki patrzył na swojego Syna. Nie wiem, czy był na tym świecie bardziej dumny ze swojego syna Ojciec. Tata --- ten z puli świeżych Ojców z lat siedemdziesiątych. Był Ojcem mojego Przyjaciela. Odszedł.

Dowiedziałam się o tym dzisiaj i wciąż widzę przed oczami Jego twarz, żywe oczy i szczery, szczęśliwy uśmiech Człowieka, który cenił życie. Słowa uciekają nie dając się zamknąć w skończoności zdań, które mogłyby próbować opisać Jego Osobę. Wspomnienia zroszone łzami. Heńka odpuściła i pozwala płakać. Ciężko westchnęła, jakby znała jakąś Tajemnicę. Czas nagle stał się boleśnie skończony i tak bardzo kruchy...

Wzrosło dzisiaj spożycie Ravela i Gabriela Fauré...

Maurice Ravel, Pavane for Dead Princess.

Gabriel Fauré, Pavane op. 50.

poniedziałek, marca 28, 2011

(116+93). Nie uszczęśliwisz każdego, ale psa możesz!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przesuń czas z letniego na zimowy. Człowiek uradowany, bo dłużej pośpi, może nawet swój ogon spraw pilnych dogoni. Pies nie cieszy się wcale, micha później, świat zaklęty w podwórko później. Żyć się nie chce...

Przesuń czas z zimowego na letni. Człowiek pada na pysk złorzecząc wskazówkom. Pies uszczęśliwiony do granic psiej duszy, bo micha wcześniej, świat zaklęty w podwórko wcześniej. Żyć się chce!

Z letnim czasem Heńce bardzo do twarzy a my? My musimy poczekać aż rytm naszych wewnętrznych zegarów dostosuje się do giełdowego zegara, ale nie tego w Paryżu, Tokio czy Nowym Jorku lecz w Warszawie.

niedziela, marca 27, 2011

208. Niedzielne rozmówki filozoficzne

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
How do you do?

Jabłoń:
Myślałam, że się znamy.

Sadownik:
To, że spędziliśmy ze sobą wiele nocy nie znaczy, że się znamy.

Jabłoń:
(która od tygodnia poznaje nową, zaskakującą wersję siebie)
Fakt.

(Po dobrej chwili)
Sadownik:
I believe you are not an idiot but prove it!

Jabłoń:
Niezłe! Naprawdę niezłe!

piątek, marca 25, 2011

207. Ku Starszyźnie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Pamiętam dni, gdy marzyłam, by Heńka była już dużym psem. Jest... i co? Przewrotnie, po ludzku, czasem tęsknię do czasów, gdy była całkiem malutka. Taka mięciutka, z przelewającym się brzuszkiem i szczenięcą niezbornością ruchów. Minęło. Zbyt szybko, choć marzyłam, by była już duża.

Kudłata mocno się zdziwiła, gdy na spacerze spotkałyśmy trzymiesięcznego szczeniaczka. Psia dziewczyneczka o imieniu Lodzia jest pierwszym, napotkanym przez nas psem, który urodził się w 2011. Dla niej Heńka to przedstawiciel psiej starszyzny. Kudłata też poczuła, że nagle stała się wobec Lodzi dorosła. Stanęła w odpowiedniej pozycji, z poważną miną próbując umościć swe ciało w roli dorosłego psa. Za chwilę szybko przypomniała sobie kim jeszcze może być. Puściła berło władzy starszaka i ruszyły obie bawić się do utraty tchu.

Gdy się ganiały, coś mnie tknęło by kucnąć i obejrzeć tę zabawę z innej perspektywy i... Nasza Heniutka zamieniła się na chwilę w małego pieska. Gdy ma się głowę na wysokości jej grzbietu wciąż jeszcze jest młodym psem, naszą małą dziewczynką, którą wczoraj przynieśliśmy do domu. Wczoraj? Jutro będzie dokładnie 9 miesięcy jak z nami mieszka ten potwór.

poniedziałek, marca 21, 2011

206. „Gdysie” wtedy i dziś

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kilka lat temu Sadownik co wieczór znikał w czeluściach gabinetu. Myślałam, że pracuje. Chodziłam na paluszkach wokół drogocennego skarbu, jakim był komplet: gabinet, komputer, marzenie Sadownika i sam Sadownik. Po paru dniach złudzenie prysło, gdy Sadownik zapytał mnie, do którego LO chodziłam. Tak po raz pierwszy dowiedziałam się o rosnącym fenomenie jakim była N-K. Wówczas była to kopalnia zagubionych znajomości. Z pewnymi oporami uległam „narodowemu spisowi edukacyjnemu”. W rubryczce „o sobie” napisałam wówczas:


Gdy już nic nie musisz. Gdy już nie masz potrzeby kochać tych, którzy nie kochają Ciebie. Gdy masz już pełną torbę „innych-życiowych-gdysi”, to wiesz, ze TERAZ jest najlepszy czas by móc i chcieć spełniać swoje marzenia. Bo kto inny zrobi to za Ciebie?

Ja już nic nie muszę, więc marzę, pragnę, kocham i każdego dnia wykrawam małe cuda a reszta to drobiazgi: lukier lub pieprz...



Kończę właśnie książkę Lowena „Radość”. Dziś wróciły do mnie zacytowane powyżej, własne, stare już słowa. Wróciły, bo po raz pierwszy w życiu poczułam się prawdziwie wolna — wolnością wielką, nieskończoną, bezgraniczną…

Wolność od byłych mężczyzn. Wolność od osób, które mnie zdradziły. Wolność od postaci we mnie, które terroryzowały mnie swoim systemem przekonań, że „jako kobieta muszę, powinnam, bo inaczej to zobaczę…”. To Wolność, która nie neguje przeszłości. To Wolność, która ją akceptuje. Ukłoniłam się w podzięce przed tymi Mężczyznami, Osobami, Postaciami. Dziękuję, że byli. Dziękuję, że są. Zamówiłam kawę, usiadłam. Gdy wszystko to do mnie dotarło i pozwoliło nazwać się słowami, wynurzywszy się z emocji, które mi towarzyszyły od rana, właśnie wtedy, kawiarnię, w której przycupnęłam wypełniły dźwięki uwielbianego przeze mnie utworu, który dziś stał się moim prywatnym, wolnościowym hymnem (Astor Piazzolla, Libertango). [Ten konkretny ruchomy obrazek mogę oglądać raz za razem… przestrzeń, pasja, skupienie… a Sadownik dodał: jakie cudowne wyszłyby zdjęcia!]

Astor Piazzolla, Libertango,
The Tango Lesson.

A gdy wyszłam z kawiarni, zobaczyłam Świat nowymi oczyma. Pozostaję w zadziwieniu, że nie widziałam go takim wcześniej…

sobota, marca 19, 2011

205. Heńkowy 1% podatku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Usiadłam wczoraj w końcu i rozliczyłam stadne podatki. Wypełniłam PIT. Na koniec pozostała do uzupełnienia rubryczka z 1%.

Od początku wprowadzenia jednego procenta skrzętnie korzystamy z prawa dysponowania częścią naszego podatku. Na początku były to różne hospicja. Dwa lata temu obywatelską możliwością zainteresował się Sadownik i zadecydował. Pieniądze trafiły do fundacji zajmującej się wykupem koni. Rok temu zadecydowałam ja. Pieniądze trafiły do hospicjum w którym jestem wolontariuszką. W tym roku zadecydowała... Heńka.

Prolog. Kudłata, jak wiadomo, ma przyjaciół wszędzie ze względu na swoją niebywałą, ale bardzo rasową łatwość nawiązywania kontaktów. Jednym z uwielbianych przez nią ludzi jest Pan Piotr, który jest posiadaczem najbardziej labradorskiego uśmiechu, jaki może mieć ludzka twarz. Prawdziwy, radosny, piękny, żywy uśmiech. Gdy wpadaliśmy na siebie latem między blokami namiętnie rozmawialiśmy na temat Heńki, która w owym czasie rosła jak na drożdżach. Heńka to, Heńka tamto. Z nikim, „z obcych”, Kudłata nie wita się tak wylewnie.

Pod koniec lata, może na początku jesieni... pamiętam tylko, że był to piątek, bo Sadownik był tęsknie oczekiwany i wracający z delegacji, w parku spotkałyśmy z Heńką magicznego Pana od uśmiechu. Gdy odchodziłyśmy, życzyłam siedzącemu na ławce Panu Piotrowi dobrego wieczoru. Zatkało mnie, gdy odpowiedział: spokojnej nocy, przede wszystkim spokojnej nocy. Przez myśl przeszło mi: skąd on wie, że nie ma Sadownika w domu, że na niego razem z Kudłatą czekamy, że będziemy w trójkę siedzieć do późnego wieczora i że możemy z tym siedzeniem przesadzić? Parę chwil zajęła mojej głowie synchronizacja usłyszanych słów z zarejestrowanym obrazem. Pan Piotr niedaleko swojej ławeczki miał rekwizyt --- charakterystyczny, unikalny wózeczek człowieka, który zagląda do śmietników. Słowa spokojnej nocy zabrzmiały nową barwą nabierając nowego znaczenia. Pomyślałam o bogactwie. Jak bardzo jesteśmy z Sadownikiem i Heńką bogaci, skoro mamy dach nad głową? Jesteśmy wręcz obrzydliwie bogaci. Dlaczego tak łatwo ja i inni ludzie zapominamy ile mamy, traktując to, czego jesteśmy posiadaczami, jako oczywistą oczywistość? Od tamtej chwili, za każdym razem, gdy spotykam pana Piotra cieszę się nie tylko jego niesamowicie radosnym uśmiechem, ale również własną świadomością, że mam wszystko, czego potrzebuję.

Epilog: Rozliczając podatkowy rok 2010 sprawy w swoje łapy wzięła Heńka. W tym roku stadnie przekazaliśmy 1% podatku na organizację wspierającą bezdomnych. I co? I był zong! Wpisana w gugla fraza „bezdomność organizacja pożytku publicznego” wygenerowała wyniki z których większość dotyczyła bezdomności... zwierząt. Niesamowity jest ten kraj! Tak bardzo pełen sprzeczności. Kręciłam nosem, niby rozkapryszone dziecko, nie chciałam organizacji pod wezwaniem żadnego świętego. Przejrzałam kilka stron wyników. Poddałam się. Może bez świętego nie da się tego zrobić? Pomogłam Heńce i wskazaliśmy numer KRS Schroniska dla bezdomnych im. świętego Brata Alberta.

piątek, marca 18, 2011

204. Szczepienie Heńką i Miłością

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Tak długo, jak długo bije w nas serce, miłość nie umiera. Impuls miłości może być jedynie głęboko zakopany i silnie wyparty. Człowiek ten przyszedł do mnie, ponieważ namówiła go do tego kobieta, z którą pozostawał w seksualnej relacji. Narzekała na niego, że nigdy nie wyraża żadnych uczuć. Zwierzył mi się, że nie wie, czym jest miłość, i zapytał, czy to to samo uczucie, które ludzie żywią do swoich psów.

A. Lowen, Radość,
Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Czy to takie samo uczucie?

Sadownika kocham
na dobre, na złe,
na obiad i na noc.

Heńkę kocham
w deszczu, w śródnocnej ciszy śpiącego miasta
w słońcu i w spontaniczności jej wiecznego zachwytu światem.

Dzięki Sadownikowi mogę stawać się sobą.
Dzięki Heńce nie chorowaliśmy całą zimę.

Miłość, Sadownik i Heńka.
Heńka, Sadownik i Miłość.
Bez nich nie byłoby dzisiejszej Mnie.

Czy to takie samo uczucie?
Nie wiem. Wiem tylko, że uszczęśliwia.

Kto wie? Matematyk!
Sadownika kocham na, Heńkę w
To zupełnie różne odwzorowania.

203. Magia długiego, szczęśliwego związku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

— A gdyby?
— Byłoby cudownie.
— Tam?
— Tak.
— Dziś?
— Nooo.
— Zamówimy to co zwykle?
— Tak, poproszę.

środa, marca 16, 2011

202. Niewyrodny Sadownik trwa przy wyrodnej Jabłoni

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dwa ostatnie dni wieczorna osiedlowa sfora spod górki ma radochę ogromną. Szabi, psi burżuj, jest posiadaczem piłeczki niezwykłej… świecącej! Nie tylko psy, ale również wszyscy właściciele sierściuchów ulegają odrobinie sportowego podniecenia śledząc tor ruchu piłki: gdzie piłka poleci, kto dopadnie ją jako pierwszy, który potem pies wyrwie piłeczkę zwycięzcy i ucieknie…

Jabłoń:
(wieczorem, już w łóżku przed snem)
Czy wydałbyś pięć dych na świecącą piłkę dla Heńki?

Sadownik:
(z wahaniem w głosie)
No nie wiem.

Jabłoń:
Skoro się wahasz, to pewnie byś wydał…
To ja jestem ta wyrodna, bo bym nie kupiła piłki w tej cenie.
Wiesz, pięć dych to jedna trzecia najlepszego sushi w mieście,
to jakaś wypasiona książka do poczytania…

Heńka nie ma wyjścia, bawi się tańszymi zabawkami. Na szczęście nie umie mówić pełnymi zdaniami i nie będzie płakać krokodylymi łzami, że jej piłka nie świeci lub jest mało firmowa. Ostatnią deską ratunku jest Sadownik, może kupi...

Nie wspomniałam w rozmowie z Sadownikiem, że pięć dych to prawie połowa ceny wielkiej księgi pt. „Psychopatologia”. Nie wspomniałam, bo to byłaby już prawdziwa patologia wyrodności Matek bez sierści...

201. Zaufałaś? Zaufałeś?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Zaufałem Życiu. Banał? Jednak brzmienie tych słów zmienia się, nabiera głębi i szczególnego znaczenia, gdy wypowiada je osoba, której dane było przeżyć własnego raka. W poniedziałek dane mi było usłyszeć te słowa. Usłyszeć prawdziwie. Zatrzymały mnie w zadumie.

Zapisałam na kartce: zaufałem Życiu. (…) Chciałem cieszyć się Życiem. Zapisałam, bo bardzo nie chciałam zgubić sensu tych słów. Drugi dzień chodzę i myślę, że „zielone Życie” to nie to samo co „niebieskie Życie”... to wielka Siła... by jej się poddać, trzeba znaleźć siłę w sobie...

piątek, marca 11, 2011

200. Psie spotkania

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Zostawiamy na jeden dzień wieczorne spacery pod górkę. Nie spotkamy dzisiaj Harry'ego, Jogi, Szabiego czy Koko. Straż Miejska też nie będzie miała okazji przetestować naszej znajomości praw Właściciela Czworonoga (odrobiliśmy lekcje w tym względzie).

Jedziemy na wiochę, gdzie czekają ogony Docenta, Jagi, Tofika i Saby. Troszkę się boję, czy one pamiętają Heńkę. Co uchodziło bezkarnie kilkumiesięcznemu szczeniakowi, nie musi przejść bez echa w przypadku psiej pannicy. Mam jednak nadzieję, że nie będzie źle.

Kudłata, jak zwykle nastawiona do wszystkiego optymistycznie, wyczuła chyba pismo nosem, bo o 4.50 byłyśmy już na pierwszym spacerze.

Jak to dobrze, że całym Stadem uwielbiamy wspólne podróże samochodem. Dawno nie jeździliśmy... Mam nadzieję na cudne, może nawet 30 godzin...

czwartek, marca 10, 2011

199. Kim w poprzednim życiu była Niuta?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik przytargał dzisiaj przesyłki, karmę i smakołyki dla Kudłatej. Po raz pierwszy kupiliśmy na próbę trzy, duże kości wołowe. W ramach eksperymentu po obiedzie uraczyliśmy Sierściucha jedną z nich. I wydało się... w poprzednim życiu Heńka była... Indianinem. Stąd pewnie jej niebywałe zdolności do medytowania, kontemplowania cudu życia i wiecznego zachwytu.

Na widok tak dużej kości psica zamarła w bezruchu. Sadownik stwierdził, że pewnie kość jest za duża. Jakoś nie wierzyłam, że istnieją na świecie kości za duże dla psów. Kudłata też w takie bajki nie wierzy. Nasza zreaktywowana Indianka z przeszłości --- Niuta Wieczny Uśmiech --- odtańczyła przed kością taniec wojownika. Płakaliśmy ze śmiechu. Potem dość płynnie przeszła do znanej nam roli zwykłego psa na usługach własnych zębów. Sadownik poszedł na siłownię a ja mam chwilę dla siebie. Nie przypuszczałam, że Heńka może się czymś zająć na dłużej niż godzinę. Może! Teraz z jeszcze większym zacięciem twierdzi, że Życie pyszne jest! Tak jest!

***

Rano, o 5.12, gdy wyszłyśmy z Heńką na pierwszy spacer padał cudowny, wiosenny deszcz. Tęskniłam już za deszczem. Biorąc pod uwagę, że w zeszłym tygodniu zgubiłam ostatnią parę rękawiczek przewidzianych na tę zimę, można śmiało powiedzieć: wiosna u nas już jest!

środa, marca 09, 2011

198. Tylko 192 strony i Jabłoń powalona

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

W poniedziałek. Szłam. Weszłam. Azyl dla niechcianych książek. Kupiłam. Wycięło mnie z życia już po pierwszych stronach i trzymało do wczoraj wieczorem. Nie mogłam przestać o tej książce myśleć. Musiałam robić przerwy w czytaniu. Nigdy wcześniej nie czytałam niczego tak trudnego. W przerwach między kolejnymi stronicami gapiłam się w sufit i zastanawiałam się, co jeszcze, wobec tego wszystkiego, ma jakikolwiek sens? Czytając nie mogłam znieczulić się świadomością, że to przecież tylko beletrystyka. To nie była beletrystyka. To fakt przytłoczony kolejnym i następnym. Konkretna kobieta, konkretne życie, konkretny świat, bardzo konkretna strata. Autorka precyzyjna aż bólu:

Jak się okazuje, żal po stracie jest niby miejsce, którego nikt z nas nie zna, póki do niego nie trafi. Spodziewamy się (wiemy), że ktoś z naszych bliskich może umrzeć, lecz nie sięgamy wzrokiem poza kilka dni lub tygodni bezpośrednio po owej wyimaginowanej śmierci. Błędnie interpretujemy naturę nawet tych kilku dni lub tygodni. Być może spodziewamy się odczuwać szok, jeśli śmierć będzie nagła. Nie spodziewamy się, że ów szok wyprze wszystko inne, zakłóci działanie zarówno ciała jak i umysłu. Być może spodziewamy się, że będziemy załamani, niepocieszeni, będziemy szaleć z rozpaczy. Nie spodziewamy się oszaleć naprawdę; stać się twardą sztuką, która wierzy, że mąż niedługo wróci i będzie potrzebował butów. (…) Nie możemy też przewidzieć (i w tym leży sedno różnicy między żalem wyobrażonym i żalem rzeczywistym) niemającej końca nieobecności, która następuje później; pustki; zupełnego przeciwieństwa sensu; nieubłaganego pochodu chwil, kiedy będzie się zmagać z doświadczeniem całkowitej bezsensowności.

Joan Didion, Rok magicznego myślenia,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

Sadownik dzisiaj przy śniadaniu zapytał: „po cholerę czytasz takie książki, skoro potem nie masz siły nawet się uśmiechnąć?”.

Świadomość jak kruche i krótkie jest ludzkie życie powoduje, że ręce opadają mi do ziemi; sens spraw niecierpiących zwłoki znika; sens całego mojego, małego życia staje się niebytem a bez choćby małego sensu to nawet z łóżka ciężko mi wstać.

Ta sama świadomość jak kruche i krótkie jest ludzkie życie zaraz potem porusza coś we mnie by z przytupem docenić tę maleńką drobinkę życia, którą mam przed sobą; króciutki czas do dzielenia go z innymi, którzy też nie mają go tak wiele jak myślą. Natychmiast w tej trudnej książce udaje mi się odnaleźć dwa piękne fragmenty, dla których z pewnością warto było zanurzyć się w tej lekturze:

„Bardziej niż jeden dzień więcej”, szepnął [John] --- kolejne rodzinne powiedzenie. Była to aluzja do kwestii z filmu „Powrót Robin Hooda” Richarda Lestera. „Kocham cię bardziej niż nawet jeden dzień więcej” mówi Audrey Hepburn jako Marion do Seana Connery’ego jako Robin Hooda (…).

(…) chodziło mu o to, że zamierzamy zrobić coś, czego zwykle nie robimy --- dostał na tym punkcie obsesji. Nie mamy żadnych rozrywek, zaczął powtarzać ostatnio. Protestowałam (czy nie zrobiliśmy tego, czy nie zrobiliśmy tamtego), ale zarazem rozumiałam, o co mu chodzi. Chodziło mu o robienie różnych rzeczy nie dlatego, że ich od nas oczekiwano, ani dlatego, że zawsze je robiliśmy, ani dlatego, że powinniśmy je zrobić, ale dlatego że chcieliśmy je robić. Chodziło mu o pragnienie. Chodziło mu o życie.
To była właśnie ta podróż do Paryża, o którą się pokłóciliśmy.
To była właśnie ta podróż do Paryża, o której powiedział, że musi ją odbyć, inaczej nigdy już go nie zobaczy.

Joan Didion, Rok magicznego myślenia,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

„Bardziej niż jeden dzień więcej”. Od dziś dla mnie to cudowna mantra, bo Jabłoń Sadownika bardziej niż jeden dzień więcej…

(196+1). Przy śniadaniu...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

...opisanym w (194+2). sączyła się z radia piosenka, której oboje nie znaliśmy. Zaczarowała nas swoim tekstem. Wczoraj udało mi się ją znaleźć w zsypie na dźwięki:

Jaromír Nohavica, Kiedy kitę odwalę.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

niedziela, marca 06, 2011

(194+2). Martyrologia mięśniowa stosowana

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Przy śniadanku robiliśmy wstępną prognozę pogody odczuwania naszych ciał.

Jabłoń:
(zachwycona swoimi zakwasami)
Żyjesz?

Sadownik:
(obolały, zakwaszony)
Tak, ale co to za życie...

Jabłoń:
No nie mów, że ci się nie podoba...

Sadownik:
No tak. Podoba? Po tylu latach z tobą
masochizm to moja druga natura.

sobota, marca 05, 2011

(194+1). Karki, lalki Barbie i ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Ciało i umysł. Wolę ciekawe ludzkie wnętrza od fasad człowieczych ciał. Przysłowiowe „karki” i „lalki barbie” w dowolnym wieku cywilizacyjną porażką rozwoju? Tak mam i już. Może właśnie dlatego moje ciało postanowiło mnie reedukować i poprzez ból ogłasza mi swój protest-song: „beze mnie nigdzie nie zawleczesz tego swojego umysłu”. Nie zawlokę.

Wczoraj odbyłam inaugurację na siłowni. Pierwszy raz w życiu byłam w tak dużym parku maszynowym. Swoista hala produkująca zakwasy. Osobisty trener wyznaczył osobiste ćwiczenia i poszło me ciało osobiście w ruch... I co? Przeżyłam zachwyt potrójny.

Po pierwsze, dyskretne, piękne maszyny. W żaden sposób nie przypominały tych, z którymi miałam do czynienia w trakcie wyczynowego uprawiania sportu. Sztabki kilogramów wielu ukryte w obudowie. Bez cienia frustracji 60 kg, które przed chwilą targał kark, zmieniałam na 5 kg i zasuwałam --- dumna i blada, że daję radę. Zaczynam osadzać się w wieku, gdy nic już nie jest oczywiste.

Po drugie, maszyny! Zachwyciły mnie swą konstrukcją. Znów, zupełnie inną niż ta sprzed dwudziestu kilku lat. FengSzuj wpleciony wygięciami i zaokrągleniami, fizyka z fascynującymi bloczkami stanowi w tych maszynach niemal naturalne piękno. Podnosiłam, opuszczałam i zachwycałam się uroczą konstrukcją, lineczkami, przełożeniami. Miodzio! Targnęłam i dodatkowe pięć razy by na to cudo w działaniu popatrzeć.

Po trzecie, megaodkrycie! Już nie gardzę karkami i lalkami barbie. Jechanie na wspólnej energii tych wszystkich ludzi, którzy przyszli poćwiczyć powoduje, że ćwiczy się dużo łatwiej i przyjemniej. Natychmiast przypomniał mi się fragment książki Mindella:

Razem z nami szedł wujek Lewis Obrien, członek aborygeńskiej starszyzny. Delikatnie położył mi rękę na ramieniu i spokojnym tonem powiedział: Popatrz tam, Arny, w kierunku centrum. Co widzisz?”. Odpowiedziałem, że widzę Victoria Square, hałaśliwe, pełne krzątaniny, biznesowe centrum miasta. Setki ludzi robi zakupy, trąbią samochody, a autobusy z trudem przepychają się przez zatłoczone jezdnie. „Wygląda mi to na zagonione miasto” — odparłem.
     Wujek Lewis zasugerował, żebym spojrzał raz jeszcze. Kiedy znowu patrzyłem, widziałem tylko to samo hałaśliwe miasto. „No coż, wzrok masz dobry, ale nie widzisz Śnienia. Biali ludzie nie widzą Śnienia, ale i tak je czują. My, Aborygeni, rozbijaliśmy obóz w miejscu, gdzie teraz jest centrum miasta; tam właśnie jest najsilniejsze Śnienie. Victoria Square to cudowne miejsce i dlatego biznes tak dobrze tam prosperuje
.
     Wstrząsnęło to mną i sprawiło, że moja świadomość otoczenia ulega przemianie. Zorientowałem się, że patrzyłem na miasto przez szkła doświadczeń i wychowania typowego dla obywatela USA. Aż do spotkania z tym mądrym człowiekiem, mając możliwość wyboru, wolałem unikać miast i przebywać na wsi. Wujek Lewis uświadomił mi, że cuda natury, których poszukiwałem na łonie natury, były tuż przede mną, w centrum zabieganego miasta. Śnienie jest zawsze obecne. Jest niczym aura lśniąca wokół przedmiotów i wydarzeń, które nazywasz codziennym życiem.

Arnold Mindell, Śnienie na jawie,
KOS, Katowice 2004.

Tak, na terenie siłowni jest mocne Śnienie, które rozwija się z łatwością w potrzebę zadbania o swoje ciało. Ćwiczy się wręcz mistycznie. ;)

Na koniec, zupełnie poza wszystkim, gdy już opuszczałam przybytek kształtowania ciał zobaczyłam napis, pod którym podpisuję się obiema rękami, nogami, sercem, duszą:

one life. live it well.

Taki mam zamiar! Od wielu, wielu lat.

piątek, marca 04, 2011

194. Yuppie to od wczoraj też ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie szykowałam się do żadnej podróży. Nie kupiłam żadnego biletu. Nie wpadłam w znany mi dobrze i uwielbiany stan blondynki w rozterce, która musi spakować wszystko co ma do jednej torby, bo wszystko jest zwyczajnie niezbędne. Nie udałam się na żaden dworzec. Moje ciało nie przeszło przez żadną bramkę na terenie portu lotniczego.

Mimo tych wszystkich „NIE”, w ciągu ułamka sekundy, wylądowałam za oceanem, wśród stada Yuppies, na planie filmowym amerykańskiego filmu o kulcie ciała. Zaraz przypomniał mi się jeden z moich ukochanych filmów z Barbrą Streisand „Miłość ma dwie twarze” (Mirror has two faces).

Wydawało mi się, że wisienką na torcie dnia wczorajszego będzie wizyta u Pana Osteo. Wyszłam od niego, jak zwykle obita, ale w cudownym stanie a tu proszę... sprawy, w przeciwieństwie do mojego metabolizmu, przyśpieszyły, wręcz nabrały zawrotnego tempa.

No więc, za oceanem, choć nigdzie nie leciałam, siedziałam przy stoliczku i dojrzewałam do myśli, że przez tę cholerną podróż --- której przecież nie planowałam --- nigdy już nie będę starą, dobrze znaną mi Jabłonią. Podpiszę dokument i będę kimś innym. Kim? Siedziałam i zastanawiałam się nad sobą. Wszystkie ostrzegawcze żaróweczki rozbłysły w mej głowie. Kim ja właściwie w tej chwili się staję? Gapiłam się w jeszcze obcą mi przestrzeń, aby choć trochę ją oswoić i wyleźć z szoku poznawczego. Obok przemykały panie i panowie. Wchodziły jedne garnitury, wychodziły inne. Ciała, ciała i jeszcze raz ciała. Rozdzielone maszynami, które, z prawie niesłyszalnym pomrukiem zadowolenia, o te ciała dbały.

No... i... No, tak. Sadownik wywalczył lwią zniżkę i... podpisaliśmy wczoraj umowę cywilno-prawną dotyczącą siłowni. Maszyny będą rozpieszczać i nas. Wszystko w nagrodę za to, że jeszcze żyjemy. A potem każde z nas będzie wygrzewać się w saunie. No... sama nie wiem... ale podpisałam... na rok! Czy moje bicepsy, tricepsy, mięśnie czworogłowe ud mają pojęcie ile to jest rok? Nieważne, dowiedzą się...

Wszystkiemu, oczywiście, winna jest Heńka. Gdyby jej nie było, nie pociągnęłaby mojego nędznego kręgosłupa. Gdyby nie pociągnęła mojego kręgosłupa, nie znałabym nawet słowa osteopata. Gdybym nie poznała Pana Osteo, Sadownik nigdy by do niego nie trafił. Gdyby Sadownik nie trafił do Osteo, nie byłoby całego zamieszania z siłownią. Tak właśnie Heńka uczyniła nas świeżutkimi Yuppies. Już pisałam, że pies niczego nie zmienia... pies zmienia wszystko, zwłaszcza jak jest suczką! Będziemy z Sadownkiem jak Barbra zasuwać po bieżni... żeby tylko... Tak czy inaczej, obejrzę sobie po raz setny Barb(a)rkę, postanowiłam.

Barbra Streisand & Bryan Adams,
I Finally Found Someone.

środa, marca 02, 2011

193. Zaczarowany Świat

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dlaczego nie jestem pijaczką? Zapytano mnie. Zgłupiałam. Dlaczego ktoś miałby chcieć być pijaczką? Ludzie marzą o różnych rzeczach, sławie, pieniądzach, szczęściu... Czy można marzyć o byciu pijakiem? Można, bez względu jak bezsensowne wydaje się to na pierwszy rzut oka. Wystarczy zmienić perspektywę i być… osobą terminalnie chorą.

Jak zwykle, moi Pacjenci to najwięksi Nauczyciele, jakich spotykam na swej drodze. Znów przytrafiła mi się szybka lekcja Piękna, jakim jest Życie samo w sobie. Jeszcze w zeszłym tygodniu narzekałabym, że muszę iść i tu i tam, zrobić to i owo a tak bardzo mi się nie chce. Śrubki w głowie potrząśnięte. Może i muszę, choć właściwszym byłoby napisać, że chcę. Najważniejsze jednak, że mogę to zrobić. Gdy uświadamiam sobie jakim cudem jest „móc” to Świat natychmiast wygląda na zaczarowany...

A Heńka na to, jak zwykle z niewyczerpywalnym, psim entuzjazmem: mój Świat jest zawsze czarująco zaczarowany! Czy muszę pisać, że jest cudnie dzielić Świat z taką Istotą, co zaraża uśmiechem od ucha do ucha, od rana do wieczora?

wtorek, marca 01, 2011

192. Burżujem jestem!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Tak. We wtorki w tym semestrze jestem burżujem, bo otwieram oko dopiero o 6.30. Dzisiaj z radości posiadania takiego bogactwa wyskoczyłam z łóżka, jakbym spała do jedenastej. Kudłata była zachwycona. Poszłyśmy na dwór, gdzie trafił nam się nie lada bonus, gratis, coś całkiem ekstra --- czarne zabawiło się w berka z czarnym. W małym parku spotkałyśmy dwie duże kawki. Heńka z wrażenia wyhamowała i podziwiała. Ptaszki łypały na Heńkę. Heńka łypała na ptaszki. Ów pojedynek na miny trwał dopóki mięśnie psich kończyn nie porwały kudłatego ciała do przodu ku piórom. Zwykle jest to już koniec opowieści, ale nie dziś. Owe kawki, niczym ptasie, wyzwolone feministki z uporem maniaka parkowały swoje ciała dwa metry od Heńki udając, że nic się nie dzieje. Heńka patrzyła, zrywała się, ptaki podrywały się do lotu. Sierściuch zatrzymywał się, ptaszki podlatywały, lądowały i udawały, że wcale na Heńkę nie patrzą. Niutka była w miłym, poznawczym szoku. Cała procedura powtórzyła się kilka razy. Przyjemnie było na to patrzeć jednocześnie wygrzewając się w słonku. Dopiero gdy wracałam, uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy w tym roku nie założyłam rękawiczek, tylko niosłam je w dłoni. Zapachniało wiosną. Do burżuja to i wiosna ma jakoś bliżej…

czwartek, lutego 24, 2011

191. Człowiek — psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Opadły mi dziś ręce. Od 1 marca do 31 października psom na plażę w Sopocie wstęp wzbroniony. Nie o Sopot mi chodzi. Martwi mnie sama w sobie ciasna idea ciasnych umysłów radnych ciasnego miasta, która może w dalszej perspektywie okazać się zaraźliwa. Rozumiem, że w marcu, kwietniu, wrześniu i październiku zacni ludzie tłumnie kąpią się, opalają i dbają o czystość polskiej plaży, nie wyrzucając nigdy za siebie puszek, opakowań plastikowych, flaszek, petów. Zacny naród, tylko czemu odechciewa mi się do niego należeć?

Smutno mi tym bardziej, że straż miejska w Wawie od dwóch dni nie ma co robić i gania właścicieli labradorów za... brak kagańców. Heniuśka, nie uśmiechaj się do kretynów! Ona głupia się uśmiecha... ręce opadają... tylko kaganiec ją z tego uśmiechu i nieskończonej wiary w ludzi może wyleczyć. :(

środa, lutego 23, 2011

(189+1). Zakrzywianie czasoprzestrzeni

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Na nasze życie największy wpływ mamy my sami. Wygodnie jest przynajmniej tak myśleć, bo daje to ułudę względnej sterowalności. Jeśli chodzi o „wpływ” pomińmy rodzinę, kochanych i nienawidzonych, obecnych, byłych i może przyszłych. Są jednak tacy ludzie, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że zmienią nasze życie na zawsze. Więcej, oni najczęściej nie wiedzą, że mieli niebagatelny wpływ na to, co zrobiliśmy z naszym życiem. Jeśli o mnie chodzi, orientacja, że ten czy tamten człowiek był właśnie z tej puli ludzkich istnień, następuje dopiero po kilku latach klarowania się faktów.

Z Brrr, jak już usiądziemy przy kawie, prowadzimy wiele rozmów, które niby się kończą, ale często niczym kręgi na wodzie dotykają czegoś w mojej głowie, o czym dowiaduję się zwykle kilkanaście godzin później. Nie mogło być inaczej wczoraj. Tym razem rzecz dotyczyła owego dziwnego gatunku człowieka, który pojawia się bez etykietki a po latach okazuje się Katalizatorem Wielkiej Zmiany obleczonym w ludzką skórę.

Na piątym roku studiów miałam przedmiot „Jakość oprogramowania”. Nie było książek. Nie było wiadomo, co gość chce. Trzeba było chodzić na wykład. Wykład potwornie chaotyczny, inżynieria filozofii lub filozofia inżynierii w zależności od nastroju wykładowcy. No i pękłam. Facet powiedział coś, co spowodowało, że nie mogłam go już dłużej słuchać: „Jakość oprogramowania mierzy się stosunkiem liczby błędów wykrytych do liczby wszystkich błędów”. Matematyczna część mnie wcale nie chciała się śmiać, ona postanowiła nie oglądać owego faceta już nigdy na oczy. Na fali „liczby wszystkich błędów” poszłam w odpowiednie miejsce, wypełniłam wniosek o wyjazd i jak ślepa kura co grała w totka trafiłam. Po czterech miesiącach od owego feralnego wykładu nie słyszałam języka polskiego. Żyłam w diametralnie innym świecie, choć wciąż była to Europa. Poza merytorycznymi rzeczami, dużo ważniejsze było to, że wyleczyłam się z kompleksu centymetrów nadmiarowych. Więcej, żyłam w kraju, w którym pięknem absolutnym są kobiety z błękitnymi oczami. Po raz pierwszy w swoim życiu byłam piękna i ku memu zdziwieniu okazało się, że to ma również swoje cienie. Wróciłam do kraju inna. Ów Profesor nigdy pewnie nie pomyśli jak wiele dobrego zrobił dla mnie wypowiadając jedno zdanie, z którym żaden prawie magister inżynier zgodzić się, nawet w ramach eksperymentu, nie może. To było bardzo, bardzo dawno temu. Za tydzień zaczynam letni semestr. Ciekawe, ale i obezwładniające, czyje życie zmieniłam, zmieniam, zmienię ja... strach się bać.

W podawanych w piątek wiadomościach radiowych moją uwagę przykuł fakt, że Politechnika Gdańska postanowiła w nadchodzącym roku akademickim wydłużyć każdą godzinę zajęć (45 min) o 3 minuty. W efekcie da to... skrócenie roku akademickiego o dwa tygodnie. Zamyśliłam się, policzyłam... jak w mordę, dokładnie dwa tygodnie zyskują w ten sposób. Na coś takiego wpaść może tylko inżynier --- pomyślałam z dumą. Genialne w swej prostocie. Prostota tak prosta, że granicząca z idiotyzmem, bo czy ma to jakiś sens, skoro studenci pierwsze dwie minuty zajęć wchodzą, siadają, wyciągają przybory, zeszyty, laptopy itd. Z drugiej strony, pomyślałam, jak niesamowita jest moc 3 minut. Zakładając, żeby było łatwiej liczyć, dziesięć godzin pracy dzienne, mówimy o 30 minutach na dobę. Tylko pół godziny dziennie! Gdyby poświęcić taki czas na to co zawsze chciało się zrobić, ale ciągle odkłada się to na później, na lżejsze czasy, na potem, być może na wieczne nigdy, choć niezmiennie jest to całkiem spore marzenie... Prawdziwa inżynieria filozofii życia!

Jedno z drugim łączy klamra postaci. To Profesor od „liczby wszystkich błędów” zarządził „piłkarskie” 3 minuty, by Euro mogło mieć politechniczne akademiki dla siebie. Po raz kolejny ów człowiek zmienia mi perspektywę postrzegania. Trzy minuty to cholernie dużo czasu! Teraz wiedzą to nie tylko jajka gotowane na miękko, ale wiem to również ja! Eksperyment przyszedł mi na myśl: każdego dnia przeżyć świadomie 30 minut w opozycji do biegania tu i tam, załatwiania tego i owego, planowania, urzeczywistniania. Będę musiała pogadać z Heńką, bo coś mi się zdaje, że dla niej to żaden problem nawet przez 24 godziny na dobę.

wtorek, lutego 22, 2011

189. Historie kołem się toczą

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Około trzydziestu lat temu... długo trwało zanim się doliczyłam. U mojej Babci nagle rodzinnie zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, gdzie jest nasz pies. Okazało się, że suńka oglądała komórkową wersję „Planette” nadawaną w czasie rzeczywistym --- komórka miała wtedy inne znaczenie. Obok domu, w którym mieszkali Dziadkowie był solidny budynek z komórkami gospodarczymi. Jeden z sąsiadów hodował tam króliki. Sunia zahipnotyzowana siedziała pod siatkowymi drzwiczkami i oglądała niemający końca serial.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy Heńka wyodrębniła z tła istnienie drzwi balkonowych. Doceniła je i często pod nimi przesiaduje oglądając swój analogowy, wiecznie włączony kanał telewizyjny. Głowa chodzi z lewej na prawą z dołu do góry... Przelatujące ptaki trzeba pilotować. Konika, który każdego ranka idzie do pracy na Starówkę, trzeba wzrokiem odprowadzić. Furorę wzbudzają przechadzające się po balkonie wróble. Sierściuch rozczula mnie swoim istnieniem najbardziej, gdy czasem, w pełnej zadumie przygląda się wędrującym po niebie chmurom. Skąd Padalec wie, że ja też to lubię robić? Uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę przylepiony do szyby psi nos. Śladów już nikomu nie chce się ścierać.

Około dziesięciu lat temu... może dwunastu... w pięknie, niekryzysowo wydawanej jeszcze wersji Dużego Formatu czytałam artykuł Adama Wajraka. Wycięłam go nawet i gdzieś w Przytulisku jest. Rzecz dotyczyła wydry, którą mieli chwilowo na stanie. Wspaniałe zdjęcia zachwyconego życiem stworzenia i cudnie opisane kłopoty jakich było twórcą. Otóż, owa wydra pewnego magicznego dnia nauczyła się odkręcać kurki kranów w łazience czyniąc fantastyczne powodzie ku swojej, nie do opisania, radości.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy kilka dni temu Heńka wycięła numer. Od początku... Dawno, dawno temu zauważyliśmy, że picie wody z miski jest dla Kudłatej fajne, ale dotykanie strumienia wody, gdy wlewamy wodę do miski jest dużo fajniejsze. Powolutku zaczęłam Heńkę oswajać z brodzikiem kładąc w nim słuchawkę prysznica z lecącą wodą. Niutka nie była skora do eksperymentów tak od zaraz, jak to zwykle ma w naturze, bo kabina prysznicowa kojarzy jej się z osobistym znikaniem z powodu kąpieli. Chyba szampon psi ma na nią podobny wpływ jak elektrowstrząsy na człowieka. Traci Psina tożsamość, nie wie kim jest, traci pamięć tego, w czym się ostatnio wytarzała, kto ją ostatnio zdominował. Całą historię osobistą trafia szlag a tego nawet psy nie lubią. Jednak powolutku, bez zmuszania, woda leciała a w Suni rosła fala zaciekawienia i stało się. Wchodzę do łazienki a Heńka nie tylko opita jak bąk, ale bawi się w badacza stojąc łapami w wodzie z pochyloną i kiwającą się głową. Odkryła bowiem, po kilku dniach użytkowania prysznica jako wodopoju, że brodzik ma otwór, wokół której wiruje woda, która gdzieś znika. Nie mieści się to w Heńkowej głowie... studiuje więc z zapałem a Sadownik zaciekawił się i zadał zadanie: o ile zwiększy się liczba zużywanych metrów sześciennych wody w Przytulisku od wodnych eksperymentów badawczych i nawadniania psiej Duszy.

poniedziałek, lutego 21, 2011

188. Przykazanie nowe dano mi

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Nie, nie jestem katoliczką, ale też nie jestem ani z Marsa, ani z Wenus. Wyrosłam w katolickim kraju. To jest we mnie jak osad, jak część kamienia węgielnego mojej osoby.

Na wspomniane przykazanie patrzyłam do tej pory na dwa różne sposoby. Pierwszy, życzeniowy, żeby to się nigdy nie spełniło! Dlaczego? Mam świadomość, że często (eufemizm?) traktuję innych ludzi dużo lepiej niż samą siebie. Nie wiem, czy bardzo się pomylę, jeśli napiszę, że najprawdopodobniej wielu ludzi też ma taką jak moja przypadłość. Innego łatwiej usprawiedliwić, zrozumieć, wybaczyć, bo przecież nie chciał, nie wiedział, na pewno ma trudności... a ja... o, zgrozo, jak można było taką głupotę walnąć, jak można było nie wiedzieć, jaką trzeba być idiotką by powiedzieć o te trzy słowa za dużo, no jaką! Dziękuję tym z ludzkiej populacji, którzy mają tak jak ja i nie traktują innych jak siebie samego. Gdyby nie oni mielibyśmy piekło na Ziemi bez potrzeby bycia najpierw martwym.

Drugi sposób to makabryczna konstatacja. Jednak są tacy, którzy są dla innych dokładnie tak samo okrutni jak dla siebie, wymagają od innych tak jak od siebie niemożliwego... namacalnym dowodem dla mnie są wojny, terror i niezmącone wątpliwością poczucie wyższości własnej religii nad innymi. Czy Siła Wyższa miała ochotę obejrzeć taki eksperyment jako nie tylko myślowy?

W weekend, który minął byłam na warsztacie z Pracy wewnętrznej. Jedno z ćwiczeń przenicowało mnie w całej mej rozciągłości. Jest taki punkt, z którego gdy patrzę na psychologię procesu, to widzę ogromne umiłowanie przeciwieństw i ich całkowitą akceptację. Przeciwieństw, które nigdy, ani na chwilkę, ze sobą nie rozstają się. Miłość i nienawiść, dobry i zły, sprawiedliwe i niesprawiedliwe, silna i słaba. Sztuką jest dostrzec, że w miłości jest odrobina nienawiści a w nienawiści szczypta miłości. Wielką zaś Sztuką jest zaakceptować to i wykorzystać by wzrastać.

Do tej pory w swoim życiu nauczyłam się doceniać tych ludzi, którzy sprawiali lub sprawiają mi problem, bo zawsze na końcu okazuje się, że właśnie ci ludzie, jak katalizatory, popychają mnie do nauczenia się czegoś nowego o sobie, o świecie, do zdobycia nowej umiejętności, do poradzenia sobie.

Weekend, który minął, pozwolił mi docenić tych, którzy mnie nie lubią. Tak jak są role „kochająca” i „nienawidząca”, „silna” i „słaba”, tak w tym przypadku są dwie role „lubię Jabłoń” i „nie lubię Jabłoni”. Gdy jest przynajmniej jedna osoba, która mocno zajmuję rolę „nie lubię Jabłoni”, mi nie pozostaje nic innego jak stanąć w drugiej, niezajętej roli i „lubić”. Stanąć za sobą, poczuć siłę prawd, w które wierzę, poczuć, że na ten moment jestem dokładnie takim człowiekiem jakim chcę być. A gdy lubi się siebie choć troszkę łatwiej się zmieniać, łatwiej wiedzieć w jakim kierunku chce się iść. Efekt jest taki, że jestem dziś jak uderzona łomem, dziękuję każdemu, kto mnie nie lubi, nienawidzi może. Od wczoraj chodzę i myślę: „potrzebuję was, by być wyrazistą”. Skrócone „kochaj bliźniego swego” uległo transformacji w „kochaj każdego wroga swego, bo dzięki niemu łatwiej ci być takim jakim jesteś”. Czy taki chcesz być to już inna kwestia...

piątek, lutego 18, 2011

187. „Pochwal się”, czyli Facet-Wyzwanie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Gdy w środku semestru studenci zmęczeni są tempem a czasem samym faktem, że czegoś od nich chcę, używam „wytrychu”, który niezmiennie działa. Mówię: „Mają państwo ze mną tylko semestr, a mój mąż ma dożywocie”. Natychmiast grupa znajduje w sobie całkiem sporo wiary w to, że semestr to nie wieczność i jakoś dadzą radę. Wartością dodaną jest jęk współczucia kierowany ku nieobecnemu Sadownikowi. Ten jęk pojawia się zawsze. Nie wiedzieć czemu bardzo lubię ten przejaw męskiej solidarności i damskiej empatii. Uwielbiam przez chwilę poczuć się prawdziwą Cholerą w tym Związku.

O czym studenci nie wiedzą, to o fakcie, że życie z Sadownikiem to prawdziwe Wyzwanie. Wspominam o tym, bo zabił mnie wczoraj bez znieczulenia. Rozmawialiśmy wieczorem o wpisie (183+3). Jak się mamy z głupim i mądrym chwaleniem, z kulturowym aspektem chwalenia jako takiego. I... zastrzelił mnie pytaniem... no, to powiedz mi, z czego jesteś dumna w swoim życiu? Padłam a Heńka na to, trzymając sztamę ze swoim Panem: Noooo, z czego?

czwartek, lutego 17, 2011

(183+3). Chwalić? Chwalić!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dwunożne Stada pochodzą z różnych domów. Jednak jedna rzecz w tych domach była identyczna. Wiara w słuszność tezy, że dzieci nie należy chwalić, ponieważ od chwalenia dzieci się psują. Wiarę poparto empirią i jako produkt owego przekonania ruszyliśmy w świat, jak sporo naszych rówieśników, z poczuciem własnej wartości na poziomie –5 w skali od 0 do 10. Gdy byliśmy mali, być może termin „poczucie własnej wartości” (PWW) w ogóle nie istniał a i teraz wydaje się nowomodnym zbytkiem psychologicznym, który niechybnie przybył do naszego kraju wraz z wieloma beznadziejnymi amerykanizmami.

Myślę o chwaleniu, gdzieś z tyłu głowy, od początku tygodnia, gdy moja Pacjentka powiedziała: „jesteś moim poniedziałkiem”. Zmusiła mnie tym samym do zastanowienia się, co ja takiego robię i jak to robię, że między nami jest tak jak jest. I... doszłam do wniosku, że warto pamiętać, że chwalić można głupio i mądrze... również dorosłych.

Głupio chwalić, czyli chwalić za coś, na co nie mamy specjalnego wpływu: „słonko, jaki piękny masz zarost”, „skarbie, jakiś ty inteligentny”, „och, jakie masz piękne oczy”.

Mądrze chwalić, czyli chwalić za akt, działanie, wykonanie od A do Z, za coś na co osoba chwalona miała wpływ: „słonko, jak pięknie przyciąłeś sobie brodę”, „skarbie, jak świetnie rozplanowałeś rozłożenie tych rzeczy”, „och, jak pięknie pomalowałaś dziś oczy”. W tym przypadku Obiekt Chwalony wie, że dobrze przycina i planuje. Więcej, może nawet pokusić się o pracę nad jeszcze lepszym przycięciem czy rozplanowaniem.

Myślę o chwaleniu nie tylko w kontekście reperowania osobistych kont PWW każdego ze spotykanych w życiu ludzi, ale również w kontekście dostrzegania, że naprawdę dużo potrafimy. Wiara w to, że tak właśnie jest (potrafimy!), sprawia, że możemy teleportować się z lokalu, który mieści na ulicy Niemogętnych Niedowiarków 7 do lokalu na ulicy Dam Radę Pięknie 13. To naprawdę daje moc! Jest tylko jeden minus takiego wywrotowego podejścia... możemy zrobić się przez takie podejście mniej pechowi, mniej marudni, mniej polscy po prostu.

Moja Kuchnia podjęła to ryzyko i nie informując mnie o tym, przeniosła się do dzielnicy CoDziśPysznegoRobimy. Myślę o chwaleniu między jednym krojonym warzywkiem a drugim. Pochwalić, docenić... na samą myśl robi mi się cieplej, pewniej, „możliwiej”... Dziś, czy i jak pochwaliliście kogoś mądrze?

środa, lutego 16, 2011

185. Odnaleziony José

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Odcień wiary
______ w sens tego, co się robi?
______ w ludzi wokół?

Barwa sensu
______ pojedynczego ludzkiego życia?
______ jednego, przeżytego dnia?
______ odwzajemnionego uśmiechu obcego człowieka?

Kolor pasji?

Tylko jedna odpowiedź:
José González, Heartbeats + kulki + ludzie, kryjący się za kulkami

Nie zagubić wiary!
Nie stracić sensu!
Nie porzucić pasji!


Sony BRAVIA Advert, Bouncy Balls.

184. Lamborghini czy Porsche? BMW!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Uwielbiam pić kawę w i-COFFEE w Arkadii i patrzeć na przemykające tłumnie twarze. Grymasy, drobne ruchy mięśni policzkowych, zalążki uśmiechów. Wszystko to, swoista feeria barw, opowiada historię widzianych przez chwilę ludzi. Twarze wciąż rozmawiają same ze sobą, coś komuś komunikują, próbują znaleźć konsensus, przyjrzeć się możliwościom a może nawet ostro się z kimś pokłócić. Nieprzeliczalna ilość możliwości maluje się na wielu twarzach, które obserwuję. Kiedyś lubiłam zastanawiać się jaki jest człowiek z taką a nie inną mimiką twarzy? Jaki ma teraz problem? Co go uszczęśliwia?

Teraz, najbardziej lubię obserwować twarze należące do ludzi, którzy znajdują się w takich społecznych rolach, których w tym życiu nie zaznam. Na przykład, twarz pędzącego finansisty lubi mówić głośno i natarczywie, by przekrzyczeć luksusową teczkę, garnitur i buty, by zostać choć przez chwilę zauważonym przez twarzowłaściciela. Twarze prezesów nie rozumiejących słowa „nie” zmagają się z milionem problemów do rozwiązania. Mężczyźni... Nie będę w tym życiu mężczyzną. W tym życiu jestem z Mężczyzną.

Do puli twarzy ról niemożliwych należą również twarze matek małych dzieci. Te twarze zadziwiają swą ekspresją i różnorodnością. Bywają z grymasem zmęczenia. Bywają szczęśliwe, pomimo zmęczenia. Bywają z naniesioną złością, której jest dziesięć razy więcej niż kilogramów malucha. Na widok takiej twarzy ze smutkiem myślę o tym, że najprawdopodobniej ów maluch był wyczekany, wymarzony, słodkie ciałko, które miało odmienić życie. Odmieniło.

Bywają też twarze kobiet, które w sposób szczególny przyciągały moją uwagę. Do wczoraj nie wiedziałam o co chodzi. Czym jest to „coś”, co mnie prawie hipnotyzuje? Poczuciem wyższości, spełnienia, perfekcyjnej znajomości największej tajemnicy świata? Dlaczego nie umiem nazwać tego drobnego „czegoś”, co zmienia ich rysy twarzy? Mam! Przemknęła wczoraj obok mnie kobieta-matka. Pchała przed sobą wózek. Jej twarz wyglądała jakby należała do dumnej posiadaczki różowego Lamborghini (dziewczynka) lub błękitnego Porsche (chłopiec). Fajna ta duma! Dumna duma! W tym życiu pozostanę przy mojej skromnej, ale dumnej miłości do BMW.

wtorek, lutego 15, 2011

183. Kulinarna psychoza

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kuchnia i Dwunożne Stada długo nie mogły się spotkać. Niektórzy żywili nadzieję, że z czasem poślubnym może jednak doszlusujemy do peletony społecznego. Miesiąc po ślubie, sto lat temu, otrzymałam na imieniny książkę kucharską, w której obiecywano, że wykonanie każdego przepisu zajmie maksymalnie 30 minut. Była więc i wiara, że może damy radę pół godzinki odstać przy garach. Nienawidzę kolorowych, pięknych książek kucharskich, bo trudno się najeść ilustracjami a to, co ugotowane rzadko przypominało obietnicę smaku, jaką roztaczały wokół siebie piękne fotografie znajdujące się obok przepisu. Pomijam wkurzające „doprawić do smaku”. Jeśli nigdy nie jadłam potrawy, skąd mam wiedzieć jaki jest jej smak? Ciężki przypadek otępienia kuchennego.

Wkład wspomnianej książki kucharskiej w rozwój kulinarny Stada ograniczył się do rozwoju słownika używanych fraz. Są takie chwile w życiu człowieka, że coś by zjadł, ale nie wie co. Właśnie w takich momentach raczymy się nawzajem tekstem: „jeżowców z kawiorem mi się chce” i wiadomo, że to właśnie ten stan chcicyNaNieWiemCo. Przepis na to danie nadal mamy. Wciąż nie wiemy jak wyglądają i gdzie można kupić jeżowce. Co gorsza, niezmiennie nie chcemy się dowiedzieć. Ale, ale...

Stało się. Pan Osteo w zeszłym tygodniu wyłączył mi moduł ze słowami. Uciekały ode mnie, trzymały się z daleka i nawet dwóch spójnych zdań nie udało się zapisać. Co Pan Osteo nacisnął, nie mam pojęcia. Porobiło się --- kuchnia przyjacielem mym. Wyrażam swoje istnienie garami. Zimno, więc zachciało się zup, po których długo jest ciepło. Padło na małą książeczkę, którą odkrył przed nami mój Tata serwując pieczarkową z pęczakiem. Była pieczarkowa, była cudna złotożółta zupa warzywna z zieloną soczewicą.

Kulinarny postęp w mym życiu, pomijając głodnego Sadownika, wspierają mężczyźni. Jeden z moich studentów podsunął mi kiedyś pod nos nazwisko Łebkowskiego jako autora genialnych książek kucharskich. Daje radę mój student, dam i ja! Z pomocą owej książki, pojawiły się łazanki ze słodką kapustą i grzybami --- wspomnienie sprzed dwudziestu lat ożyło, smak ten sam, tylko najeść się można było do bólu. Raj!

Dziś nie poznałam siebie. Zachwycona kupowałam przyprawy w Kuchniach Świata. Garam Masalę kupił Sadownik w zeszłym tygodniu. Dziś dołączyły do nas pasta z chilli, curry i... na obiad (z małej książeczki) ostra zupa ziemniaczana z ciociorką i groszkiem oraz awaryjnie coś swojskiego: serowe racuszki. Boże, niech ten kulinarny szał mi minie do końca przerwy międzysemestralnej...
...a myśli już krążą wokół wołowiny w sezamie...
...czy ja oszalałam?

poniedziałek, lutego 14, 2011

182. Walentynek 2011

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik podsumował wczoraj wieczorem, że Kudłata zanotowała na swoim koncie (trzynastego lutego) dwa sukcesy: kupa na trawie i iPod na chodniku.

Pierwszy sukces wynikał z próby reedukacji, jakiej Młoda jest poddawana. Nauczyła się, że kupę należy robić na asfalcie, trylince, ścieżkach. Ponieważ to nasz pierwszy pies w życiu, gdy uczyła się trudnej sztuki kontrolowania zwieraczy, cieszyliśmy się tym, że zaczyna rozumieć, że dom to nie toaleta i w tej radości umknął nam malutki detal, że robienie na trawnikach ma jednak pewną przewagę nad załatwianiem się na ciągach komunikacyjnych. Owa wyuczona przypadłość Heniowa daje nam się ostro we znaki w przypadku biegunek. Choć nie znam ani jednego mocnego, któremu udałoby się to pozbierać, znam już kilka pań, które wrzeszczeć potrafią, że kto to słyszał, żeby pies...

Drugi sukces wynikał z siły jakiej użyła Kudłata wobec wcale Nie-Ułomka Sadownika, który robił naraz dwie rzeczy: prowadził psa na smyczy i nastawiał sobie i-poda. Nie wiedzieć czemu, Heńka postanowiła pokazać Sadownikowi, że mu się tylko wydaje, że prowadzi psa. Przez chwilę wzięła sprawy w swoje łapy i przewodziła niekompletnemu Stadu... pociągnęła... Sadownik przewrócił się... iPod wysunął się z jego rąk i zginął śmiercią tragiczną.

Wynurzając się z oparów konsekwencji istnienia dnia wczorajszego, z samego rana złożono mi życzenia:

Walentynek 2011:
Bardzo Cię kocham. Nawet jak TWOJA suka uśmierca MOJEGO iPoda.

Pies jest nasz, ale czasem wraca do nas filozoficzne pytanie, która część psa jest czyja, gdyby trzeba było się podzielić?

wtorek, lutego 08, 2011

181. Upajam się

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Upajałam się. Upajam się. Za godzinkę przestanę.

Upajam się tęsknotą. Chatka lśni i czeka. Kudłata też jakaś poruszona, jakby wiedziała. Czekamy obie na Sadownika. Tęsknota przeradzająca się w czekanie, które ma swój określony kres, to fantastyczna rzecz. Pławię się w niej z ogromną przyjemnością.

Dziś byłam na obronach. Bronił się student, którego pamiętam z pierwszego roku jako taką sierotkę Marysię w męskim, naprawdę makabrycznym, wydaniu. Oniemiałam, patrząc jak prezentuje swoją pracę. Co mogą zrobić z człowiekiem trzy lata! Cudownie było patrzeć jak pięknie się zmienił, jaką fajną, przebojową osobą się stał. Czas... magiczny przyrząd do zmieniania nas na lepsze — tylko używać i w żadnym razie nie martwić się o zmarszczki. W końcu te mimiczne świadczą tylko o bardzo udanym życiu, w którym śmiejemy się i uśmiechamy często a nie tylko troszkę, jak na lekarstwo.

Od patrzenia na umytych, ogolonych i w gajerkach studentów zatęskniłam jeszcze bardziej za moim Garniaczkiem, który stanie w drzwiach już niedługo...

sobota, lutego 05, 2011

(179+1). To nie bajka, to zakaz płaczu

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

I pomyśleć, że to moja ostatnia wolna sobota w tym miesiącu. Sadownik „wyjechany”. Do lasu nie, bo chlapa. Do parku rzadziej, bo bajka. Nie pozostało nic tylko uciec z bajkowego w filmowy świat. Wyjęłam z archiwum jeden z moich ulubionych filmów (Książę Przypływów) z moją ukochaną aktorką. Uwaliłam się wygodnie i obejrzałam od deski do deski delektując się prawie każdą sceną.

Przy okazji tego łóżkowego pokazu dowiedziałam się, że w Przytulisku jest całkowity zakaz płaczu. Nie można płakać nawet na filmie. Poryczałam się jak zwykle w dobrze znanych miejscach. Nie miało kompletnie żadnego znaczenia to, że oglądałam ten film nasty raz. Ryczałam a Heńka z uporem maniaka pocieszała. Nie pomogło tłumaczenie, że to tylko filmowa fikcja. Pocieszanie i prośba o przestrzeganie zakazu były realne.

Barbra Streisand,
Places that Belong to You.

179. Bajka o zasranym świecie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dawno, dawno temu... czyli wczoraj... cały świat pokryty był śniegiem. W nocy, z nieudanej balangi wracała wkurwiona, zła wróżka i zabrała wszystko, cały śnieg. To, co wylazło spod śniegu woła o pomstę do nieba. Świat pieprzonych wielbicieli zwierząt!
(1) Wszędzie psie kupy.
(2) Wszędzie suchy, spleśniały już, chleb dla ptaków.

Kudłata w przeciwieństwie do mnie uwielbia każdą bajkę, byle opowiadaną na dworze.
Ad. 1. Wciąż uśmiechnięta ma chyba wbudowany wykrywacz produktów psiej przemiany materii --- nigdy w nic nie wdepnęła. Ja wręcz przeciwnie --- będę miała chyba cholerne szczęście, bo zaliczyłam dziś ze cztery kupska.
Ad. 2. Heńka, oczywiście, doskonale pamięta, gdzie suchy chleb pojawił się choć raz. Ja, pozostając bez pamięci w tym względzie, marzę by nie skończyło się u weta.

W tej nędznej bajce, to ja jestem najczarniejszym charakterkiem, co nie umie cieszyć się życiem. Wybiłabym każdego niby-wielbiciela, który nie sprząta po swym pupilu. Wytłukłabym tych, co myślą, że suchy chleb to dobroć ludzkiego serca darowana ptakom. A niech to...

...a Heńka na to:
     — Ulżyło, jak sobie popisałaś?
     — Trochę.
     — To co, idziemy na dodatkowy spacer?
     — Mowy nie ma.
     Dałam Cholerze suszony świński nos. W końcu to nie jej wina, że musimy troszkę pożyć w tej bajce...

piątek, lutego 04, 2011

178. Damski terror

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

     — Na spacer?
     — Przecież dopiero co wróciłyśmy.
     — Bo... bo spacer dobrze by ci zrobił.
     — Za jakiś czas.
     — To może gryzak?
     — Dostałaś wczoraj, poszukaj go sobie.
     Po chwili Kudłata wraca z miną nieszczęśliwca i stwierdza:
     — Nie mogę znaleźć.
     — Zapamiętaj, w tym domu mistrzostwo świata w kategorii szukania bez sukcesu to mam ja.
     — Mistrzyni, to może spacer?
     — Nie pytałaś mnie o to minutę temu?
     Są pytania, na które Heniuta nie zwykła odpowiadać, których nie chce nawet rozumieć, więc szybko zmienia temat na jedyny słuszny:
     — Naprawdę, jakaś blada dzisiaj jesteś. Pomyśl... spacer to dobry pomysł...
     Jabłoń już tylko jęknęła.
     — Już wiem! Dłuuuuugi spacer to byłoby najlepsze dla ciebie lekarstwo.
     — Nie zauważyłaś, że wieje, leje i jest zimno?
     — To ty już nie chcesz rosnąć na deszczu? — zapytała ze zdziwieniem Kudłata.
     — Nie, Heniu, już nie.
     — To chodź, pójdziemy na dwór wyrzucić smutki z twoich kieszeni, duszy i serca.

Poszły,
wyrzuciły,
wróciły,
idą poczytać w łóżku.
Amen.

czwartek, lutego 03, 2011

(173+4). Ćwiczenie z synchroniczności

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie wiedzieć czemu, Świat Książki przypomniał sobie, że mógłby wydać po polsku Mitcha Alboma „Wtorki z Morriem”. Gdy w niedzielę zobaczyłam tłumaczenie na półce w księgarni, ucieszyłam się, że jedna z moich ukochanych książek doczekała się polskiego przekładu, a potem... obsunęło mi się nieznacznie oko z ulubionej okładki i... radość była jeszcze większa, bo wyszedł również tytuł tego samego Autora, którego nie znałam. Oczywiście, że kupiłam! Wczoraj zaczęłam, dzisiaj na kawie z Heńką skończyłam. Ciekawe, że religie różnych maści prawie w jednym czasie trafiają do moich rąk. To się nazywa synchroniczność — zasada wszechzwiązku zdarzeń — do egzaminów opanowana teoretycznie, ćwiczona teraz w praktyce. Na „smaka”, m.in. dla AfternoonTea, poniższy cytat. Aż mi szkoda, że mam tę książkę za sobą:

     — I co, rozwiązaliśmy już tajemnicę szczęścia?     — Zmusiłem się do uśmiechu.
     — Chyba tak — odparł.
[Rabin Albert Lewis]
     — Powiesz mi
?
     — Tak. Gotowy
?
     — Gotowy.
     — Bądź zadowolony.
     — Tylko tyle
?
     — Bądź wdzięczny.
--- Tylko tyle
?
--- Za wszystko, co masz. Za miłość, którą dostajesz. I za to, czym obdarzył cię Bóg.
     — To wystarczy
?
Spojrzał mi w oczy i głęboko westchnął.
     — To wystarczy.

Mitch Albom, Miej trochę wiary,
Świat Książki, Warszawa 2011.

Kudłata chyba tajemnicę szczęścia ma dodatkowo wypisaną na mordce, zawsze szczęśliwa, zadowolona... Niemałym przywilejem jest posiadanie Takiego Psa — zawsze przypomni, co w życiu ma największy sens. :)

środa, lutego 02, 2011

176. Jeden dzień w Raju

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

1. Spacer do lasu --- był.

2. Heniutka ucząca się podróżowania tramwajem --- nie zdarzyło się, bo... Kudłata zaskoczyła mnie ogromnie... jeździ, jakby całe życie spędziła w środkach komunikacji miejskiej.

3. Kawa w Wayne’sie w towarzystwie Heńki i jej marzeń sennych --- było i... Sierściuch nie marnował czasu, ma już tam swoich wielbicieli. Starsi Państwo pytali, czy będziemy jutro.

4. Kudłata w Wayne’sie zaspokajała swoją dziecięcą potrzebę spania pod fotelem --- pod domowym nie mieści się od wielu, wielu miesięcy. Zaskoczyłyśmy kilkoro ludzi, którzy zauważyli psa dopiero podczas naszego zbierania się do domu, gdy spod fotela wynurzyło się 35 kilo czarnego, zachwyconego ludzkością psa.

Nudno, prawda? Może dlatego większość nie pcha się do Raju...

wtorek, lutego 01, 2011

175. Semestr się skończył, czas zacząć naukę

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Moja Babcia, gdy kończył się rok szkolny, brała się za edukację swoich wnuków. Każdego dnia mieliśmy dyktando. Jestem wnuczką swojej Babci i jej krew buzuje w moich żyłach. Skończyło się duszenie studentów (dziennych), to zaczęło się uczenie Heńki. Dzisiaj, odkurzony kantar na dziób Psia Piękność dostała. Zachwytu nie było, ale w końcu dyktanda też mnie nie zachwycały.

Przypominałyśmy sobie podróżowanie środkami transportu publicznego. Wsiadałyśmy, wysiadałyśmy co dwa przystanki. Zachowując się z gracją i wdziękiem jedynej takiej pary Dusz na Świecie przemierzałyśmy trasę do miejsca docelowego naszej dzisiejszej lekcji. Trafiłyśmy na kawę do Wayne’sa, gdzie Kudłata wzięła pierwszą lekcję zachowywania się w miejscach publicznych, które nie są parkami, ogródkami knajpianymi. Były też nagrody, ja miałam kawę, a Kudłata suszony kawałek krowiego żwacza. Będziemy tak ćwiczyć cały luty.

Jak to dobrze, że są miejsca przyjazne psom. Jak to dobrze, że jak zwykle miałyśmy szczęście do życzliwych ludzi. Nie będę pisać, że Kudłata znów otworzyła kilka ludzkich serc rozczulając mnie tą działalnością bezgranicznie...

(173+1). I po…

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Mam alergię na Trójcę Świętą i wszelkiej maści katolicyzm. Po prostu dziękuję bardzo. Gdybym więc przeglądała „Chatę” w księgarni i natknęła się na słowo Jezus, natychmiast bym tę książkę odłożyła. Siła Wyższa wiedziała, że właśnie tak by było, więc załatwiła sprawę z Silną Delikatnością i dzięki Niej książka wylądowała w moim domu.

Przeczytałam. Wykorzystane wątki religijne (np. chodzenie po wodzie) nie zachęcają do czytania, ale pewne fragmenty, jak perełki zachwyciły moją Duszę:

(1) Ile wynosi całka z Boga? Matematyka i obraz Boga:

Problem polega na tym, że ludzie starają się zrozumieć, kim jestem, biorąc najlepszą wersję samych siebie, podnosząc do n-tej potęgi, dodając całą dobroć, jaką potrafią sobie wyobrazić, czyli często niewiele, a uzyskany wynik tych operacji nazywają Bogiem.

(2) Zbiorowej nieświadomości rąbek. Zachwycił mnie ten pomysł swoją przewrotnością:

--- Czy ja wariuję? Mam uwierzyć, że Bóg jest wielką czarną kobietą z osobliwym poczuciem humoru?

Wierzył [Mack], że Bóg jest Duchem --- ani mężczyzną, ani kobietą --- ale teraz z zakłopotaniem musiał przyznać się przed samym sobą, że do tej pory Stwórca był w jego wyobrażeniach biały i raczej męski.

(3) Jung by się ucieszył, że i Tata (Bóg-kobieta) podziela jego poglądy:

--- No więc, Skarbie, co ci się śniło ostatniej nocy? --- zapytała Tata rozstawiając talerze. --- Sny bywają ważne, wiesz. Czasami działają jak otwarcie okna i wpuszczenie świeżego powietrza.

(4) Sedno moich pogaduch z Brrr... tylko nie wiem, które z nas widziałoby bałagan, a które fraktalną piękność:

Tobie wydaje się, że panuje tu nieład, natomiast ja widzę tworzący się, doskonały wzór... żywy fraktal.

(5) Filozoficznie, życiowo a może nawet pragmatycznie:

Wybaczenie to nie zapomnienie, Mack. Chodzi w nim o to, żeby puścić czyjeś gardło. (..) Wybaczenie nie oznacza nawiązania stosunków. (...) Wybaczenie jest przede wszystkim dla ciebie, dla wybaczającego. Pozwala ci uwolnić się od czegoś, co zżera cię żywcem, niszczy wszelką radość i zdolność do kochania. (...) Wybaczenie, w żadnym razie nie oznacza, że masz zaufać temu, kto cię skrzywdził.

Źródło wszystkich cytatów: Young W. P., Chata,
Nowa Proza, Warszawa 2009.

poniedziałek, stycznia 31, 2011

173. Silna Delikatność

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Myślę o Niej od środy, gdy po prostu mnie „zastrzeliła”. Spadła jak z nieba, na początku semestru, który w zeszłym tygodniu się zamknął. Nie musiała chodzić na moje zajęcia, ale chodziła. Pilniejsza od niejednego mojego studenta czy studentki.

Przez połowę semestru zastanawiałam się, czy coś zyska na tych zajęciach, czy weźmie dla siebie coś, co mogłoby się Jej przydać w dalszej pracy. A może… wtrącał się dbający o mnie zawsze i wszędzie mój wewnętrzny Krytyk… straci tylko czas?

Na szczęście nie traciła czasu, choć mój wewnętrzny Krytyk pozostawia sobie wciąż kilka procent niepewności w tym względzie.

W zeszły wtorek, w ramach dziękuję, co zabiło mnie ogromnie, bo studenckie „acha” jest już dla mnie wystarczająco wielką nagrodą, otrzymałam od Niej książkę. Właśnie dlatego od zeszłego tygodnia widzę w niej nie tylko delikatność, ale również siłę. Większość ludzi nie znajduje odwagi by kupić mi książkę. To, co ich hamuje to często myśl, że albo książkę-kandydatkę już mam, albo wcale jej nie chcę. I proszę… Silna Delikatność po prostu mnie zastrzeliła pomysłem i wykonaniem.

Patrzyłam na tę książkę przez wiele dni tęsknym okiem. Marzyłam, by już po egzaminach usiąść i poczytać coś innego niż lektury egzaminacyjne, nie na akord, tylko dla czystej przyjemności. Zaczęłam wczoraj i już nie mogę się powstrzymać, by nie umieścić fragmentu, choć najgorsze i najlepsze w tej książce wciąż przede mną:

Znacie to miejsce, gdzie człowiek jest sam… i może jeszcze Bóg, jeśli w niego wierzycie. Oczywiście Bóg może być w nim obecny, nawet jeśli w niego nie wierzycie. To do niego podobne.

Young W. P., Chata, Nowa Proza, Warszawa 2009.

Delektuję się i nie śpieszę. Między rozdziałami myślę o Silnej Delikatności. Mam ogromne szczęście do ludzi wokół mnie.

wtorek, stycznia 25, 2011

172. Wizyta Kłapouchego

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj było smutno, nawet bardzo smutno. Nie wiedzieć skąd, pojawił się Kłapouchy. Usiadł w pustej już sali na wolnym miejscu i wlepił we mnie swoje smutne oczy.
     — Porobiło się, co? — Powiedział.
     — Porobiło się.
     — I co?
     — A co ma być Kłapouszku?
     — Myślałem, że wiesz.

Zapadła znacząca cisza. Nie wiedziałam, dlaczego miałabym wiedzieć.

Gdy po chwili podniosłam się, by wyrzucić kubek po kawie z automatu, osiołek krzyknął:
     — Ty nie masz „chwaścika”!
     — Nie mam. Nigdy nie miałam. — Odpowiedziałam zdziwiona.
     — Ale wszyscy mają! — Ożywił się ponad wszelką swoją normę Kłapouchy. — Jak możesz żyć bez chwaścika?! To sens istnienia! Bez tego jesteś nikim! Pamiętam, jak mój chwaścik się zagubił, to była tragedia…

Zatroskany Kłapouchy dreptał za mną prawie cały dzień, dając dobre rady, racząc mnie normami udanego życia społecznego, wtajemniczając w podstawy konstrukcji dobrego istnienia. Skąd on taki mądry nagle się zrobił? Powlókł się paskud jeden za mną nawet do kawiarni, w której w poniedziałki zwykle czytam między jednym zajęciem a drugim. Z jego nieustającym posapywaniem nad marnością „mego żywota bez chwaścika” w tle, nie dało się skupić na czytaniu. Ba, nie dało się żyć! Sens życia powiedział: to ja spadam, maleńka, kiepskie towarzystwo. W samotności sączyłam herbatę i ze łzami w oczach gapiłam się na zdjęcia, które wiszą w kawiarence.

Pewnie całkiem marnie zarysowałby się całokształt dwudziestego czwartego stycznia, gdybym nie przeczytała przewrotnego zdania w zeszycie mojej Pacjentki (z jej notatkami):

Żyj
dla przyjemności,
szczęścia,
radości
i śmiechu
.

Wrócił mój uśmiech. Kłapouchy nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Wracałam do domu bez niego...

sobota, stycznia 22, 2011

171. Odkrycie 4 nóg i 4 łap

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Każdy musi czasem odpocząć od ludzi, świata, pracy, książek, planów, marzeń. Fakt. Zwykle każdy doświadcza tego na swój własny sposób. Mają tak nie tylko ludzie.

Na jesieni Pan Park obwieszcza: nie chcę żadnych wózków dziecięcych, ludzi polegujących na ławkach, won! Mam dość! Wtedy pada i pada. Jedyne co wówczas jest jeszcze akceptowane przez owego Dżentelmena to uśmiechające się psy. Przychodzi jednak taki moment, że Pan Park musi odpocząć od wszystkiego, gotów sobie wmówić, że w zasadzie to ma alergię na sierść. Wtedy z pomocą przychodzą roztopy. Przez dwa tygodnie nie dało się wejść do parku, nawet Noe miałby nie lada kłopot.

Chandra Panu JużNiedługoSięZazielenięNadzieją jednak minęła i od dwóch dni mamy znów piękną zimę. Pan Park z otwartymi ramionami znów zaprasza czworonogi. Śnieg pokrywa to wszystko co spod wody zaczynało wyłazić. Do dziś Pan Park był dla nas jedną z granic miejskiego, kudłatego poznania. Zachciało się nowego.

Zarządzono. Śniadanie. Doczytywanie rozpoczętych rozdziałów. Buciki. Kurteczki. Czapeczki. Smakołyki i poszli! Całym Stadem. Wcale nie daleko.

Inny Świat czekał prawie na skraju wspomnianego, już niedepresyjnego, Parku, który przy okazji odwiedziliśmy na dobry początek. Przeszliśmy przez skrzyżowanie sąsiadujące z Panem Parkiem. Kupiliśmy kawę na stacji benzynowej. Wykonaliśmy pięć kroków w stronę działek i otoczył nas nieznany nam dotąd Świat. Bez ludzi, z ciszą, ze śniegiem i szaloną liczbą gałęzi, które sobie Heniutka nosiła, łamała i porzucała. A potem był już tylko Las. Nie miałam pojęcia, że mamy zjawisko zwane lasem na wyciągnięcie ręki. Dwie godziny minęły nie wiedzieć kiedy. Gdy wróciliśmy szczęśliwa Kudłata padła jak kawka, więc poszliśmy na kawkę poczytać, pouczyć się, pożyć trochę bez psa.

czwartek, stycznia 20, 2011

170. Wyczyny kuchenne Jabłoni zaktualizowane

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Stało się. Przez Heńkę, oczywiście.

Tydzień temu Pani Perki podarowała Kudłatej dobry kilogram okrawków cielęcych. Ponieważ panienka mięcho miała, Jabłoń włożyła spore zawiniątko do zamrażalnika. Dziś przyszedł sądny dzień by przy użyciu tego odmrożonego a następnie ugotowanego mięska wydłużyć listę rekordów Jabłoni. Potrzebna była tylko iskierka pomysłu.

Lista wyczynów do dziś rano:
1. Gotowanie mleka w czajniku elektrycznym. Odkryta grzałka pokryła się kożuchem, który wcale nie chciał sobie pójść.
2. „Odmlecznianie” grzałki w czajniku poprzez gotowanie w nim wody z CIFem. Polecane, gdy chce mieć się powód do mycia podłogi --- tworzy się cudna piana, która ucieka z czajnika migiem.
3. Suszenie wełnianych kolanówek w piekarniku, bo dziś mają być te a nie żadne inne. Nie wiedziała Jabłoń, że kolanówki w miejscach szycia są potraktowane nicią, która się rozpuszcza w wysokiej temperaturze.
4. Maszynka do mięsa utknęła, gdy Jabłoń wrzucała do niej cukier (tak było przykazane w przepisie), tyle że dorzucała szybciej, bo taki fajny dźwięk wydawała maszyneczka. Skąd mogła Jabłoneczka wiedzieć, że to był jęk rozpaczy mechanizmu a nie rozkosz działania.
5. Gdy już maszynka do mięsa otrzymała drugie życie, Jabłonka zagadała się i włożyła w bebechy mechanizmu mielącego łyżkę. No cóż, Sadownik był rad, że nie palec. Maszynka już nie zmartwychwstała.

Dziś do tej zaszczytnej listy należy dodać:
6. Jabłoń dostrzegła, że mięsko jest miększe niż warzywa i... wywnioskowała... i... przemieliła gotowanego cielaka w skrawkach używając do tego maszynki z warzywnymi tarkami. Super pomysł. Poznawczo Jabłoń jest do przodu, w końcu rozumie czasownik „zapchać się”. Jest i cena, ręka oplasterkowana --- Sadownika nie było, a trzeba było „odetkać”.

W sumie wina i Kudłatej, i Sadownika! Kudłatej, bo jest. Sadownika, bo go nie ma. W delegacji i nie mógł osobiście wydobyć Drzewka z tarapatów. Trudno jednak nie nadziać się na pytanie: skąd Jabłoń bierze te pomysły? Zupełnie zabrakło słów, by utworzyć osobny tag dla takich wyczynów, bo Jabłoń utrzymuje, że ona, jak zwykle, tylko dobrze chciała i logiki używała. Czy ktoś już powiedział, że logika w kobiecych rękach może być narzędziem niebezpiecznym dla otoczenia?

wtorek, stycznia 18, 2011

169. Spotkanie z czarującymi mężczyznami

 wpis przeniesiony 28.02.2019. 
 (oryginał) 

Wczoraj.
Kawiarnia,
(zanim polecę do mojej pacjentki),
dzbanek dobrego Earl Greya
i... książka w łapkach:

Mam pewną skromną receptę, którą podsuwam przyjaciołom pytającym mnie, jak żyć, aby nie obudzić się pod niewłaściwą ścianą. Radzę im, żeby szli za własną błogością, bez względu na to, jak wygląda ich autentyczna błogość wewnętrzna, jak wygląda poczucie harmonii. A jeśli zboczymy z kursu --- co jest nieuchronne --- i stwierdzimy, że jesteśmy na błędnej drodze, cofnijmy się, postarajmy odnaleźć właściwą drogę, odkryć błogość. Nawet ludzie w wieku średnim, którzy znaleźli się u szczytu drabiny i odkryli, że ta stoi oparta o niewłaściwą ścianę, powinni się zastanowić, jak wygląda ich błogość wewnętrzna. Może to wędkowanie? W porządku, w takim razie kup sobie wędkę. Czymkolwiek jest ta błogość, należy do niej dążyć! I wówczas zaczynamy ją odczuwać.

J. Campbell, Kwestia bogów,
Santorski & Co, Warszawa 1994.


i... wspaniała piosenka,
którą dzisiaj po słowach tekstu odnalazłam
(Burt Bacharach, Raindrops Keep Falling On My Head):

Burt Bacharach, Raindrops Keep Falling on My Head.

imoja błogość,
iwdzięczność za życie, które mam z tymi, którzy chcą je ze mną dzielić.