poniedziałek, kwietnia 25, 2011

237. Ona, On, My i... Sierściuchy

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ona. Ma najpiękniejsze siwe włosy jakie kiedykolwiek widziałam. Właśnie takie, jakie chcę kiedyś mieć. Za każdym razem, gdy o tym wspominam, zbywa mnie śmiechem i odpowiada, że wystarczy do tego tylko czas...

On. Najsubtelniejszy mężczyzna swojego pokolenia. Niewiarygodne dla mnie, że z krwi i kości, prawdziwie prawdziwy...

Ona i On. Pewnie ze czterdzieści lat razem. Zaprosili nas do siebie na Wielką Sobotę. Spędziliśmy cudowną Wigilię Wielkanocy. Na śniadaniu Wielkanocnym On powiedział: „w każdej religii jest coś, co warto wnieść do zwykłego życia; w religii chrześcijańskiej czymś takim jest zmartwychwstanie; warto nauczyć się odradzać każdego dnia...”. Warto...

Sierściuchy. Była też ogromna niespodzianka dla Heńki. Poznała Brusa --- psa o duszy pasterza. Różnica charakterów była widoczna gołym okiem. Heńka niczym dziecko-indygo chciała bawić się wspólnie w przeciąganie zabawki. Brus, indywidualista, nie chciał żadnej współpracy. Psi facet, jego samotnie do zdobycia cel to jest zabawa.


Złapać Brusa w bezruchu to było coś:


Jakbym nie próbowała zrobić psom zdjęć, to i tak nie umiem powstrzymać się od zrobienia Heńce drobnego chociaż portreciku a ona, jakby czytała w myślach, zatrzymuje się, zamyśla po swojemu, cyk i obie mamy ubaw:

piątek, kwietnia 22, 2011

(235+1). Skąd ten 235. wpis? Z zachwytu?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przypadkiem?
Nie!
Nie ma przecież przypadków.

Wczoraj zajrzałam na blog I like photo i... od razu wiedziałam, że mam w końcu swojego ulubionego fotografa-mężczyznę. Pobiegłam do dużej, obcojęzycznej księgarni, gdzie mają również albumy wszelkiej maści.

:( Nie mieli żadnego z albumów Arno Rafaela Minkkinena.
:) Za to, mieli... Women. I tak, stało się, przez fotografię od mężczyzny... do kobiety... Mieć na wyciągnięcie ręki wrażenia z ogrodzenia Ogrodu Botanicznego i wiele innych, wspaniałych zdjęć. Zachciało się.

A Minkkinen zamówiony. Będzie, ale dopiero w połowie maja. W małżeństwie „najgorsze” chyba jest to, że małżonkowie upodabniają się do siebie. Przecież to Sadownik kocha fotografię, ja tylko kibicuję...

Arno Rafael Minkkinen,
White Sands, New Nexico, 2000.

Arno Rafael Minkkinen,
Freshwater, Isle of Wight, England, 2002.

(229+6=235). Ze świątecznego piekła do nieba wprost

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wstałam. Z samego rana przeraziła mnie masa obowiązków, których nie mogę podzielić, przełożyć na jutro. Zakupy, których nienawidzę. Planowanie jedzenia do poniedziałku włącznie. Skąd ja mam wiedzieć DZIŚ na co będziemy mieli ochotę W PONIEDZIAŁEK? Nie mam przecież odznaki wróżki. Jak mam sobie poradzić z tą piekielną rzeczywistością? To nie równanie. To nie sto stron, które trzeba przeczytać na wczoraj. To nie esej, w którym należy poszukać drugiego i trzeciego dna, by móc zachwycić się kunsztem każdej postawionej literki. To nic z tych rzeczy.

To diabelskie dziesięć godzin, w ciągu których muszę wymyślić, zadecydować, zrealizować, upchać w lodówce... a na koniec, jak starczy mi sił, cieszyć się swoim heroizmem. Ruszyłam. Uratowała mnie lista produktów, dzięki której przewiosłowałam cały sklep nie cofając się ani o jeden regał. Archipelagi towarów niezbędnych, nabrzeże portowe warzyw, wyspa jaj wielkanocnych... To wszystko magicznie zamieniło się w cztery obrzydliwie ciężkie siaty. Usiąść i płakać... Nie pomogła świadomość tego, że nie jest tak źle, bo przecież resztę zakupów zrobi po drodze, wracając z delegacji, Sadownik.

Usiąść? Płakać?

Usiąść! Zapomnieć o siatach i napić się w spokoju kawy. Usiadłam. Zamówiłam kawę. Wyjęłam z plecaka bilet do raju --- album, który kupiłam dzisiaj dla Sadownika i... jak się okazało, „bardzo” dla samej siebie.

Płakać! Nie dało się inaczej. 255 stron wspaniałych, poruszających zdjęć. Przy wielu, łzy same kręcą się w oczach a potem już tylko kapią... Cholera, kobieca siła piękna jest! Album... piękny papier, chwile zaklęte w prostokąty... Annie Leibovitz i Susan Sontag Women, ze zdjęciami pierwszej i słowem drugiej. Wszystko spięte przepiękną klamrą Miłości. Pierwszym zdjęciem jest portret Matki Annie. Ostatnim, wspaniały portret Susan Sontag, partnerki Annie. Kolejny album, który pokochałam od pierwszego wertowania. Zaczniemy dziś wieczorem Święta... Z „wróconym” Sadownikiem będziemy oglądać, komentować, zachwycać się... miłością zaklętą w zdjęciach, miłością do życia, do ludzi, do pasji, do marzeń, do odwagi...

Wielkanocnej Miłości Wszystkim i każdemu z osobna!

środa, kwietnia 20, 2011

234. Apetyt... na więcej

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wydać obiad. Rzucić wszystko. Obrożę Sierciuchowi nałożyć. Wziąć w rękę smycz. Wyjść.

Przedreptać na stację paliw. Grzecznie — pies równa przy ludzkiej nodze. Grzeczniej — idzie człowiek przy psim boku.

Na stacji wydać komendę: waruj. Stojąc przy psie poczekać na człowieka, co zniknął za szklanymi drzwiami, by wymienić monety na kawę. Doczekać się Dwunożnego z dwoma kubeczkami w dłoniach.

Psu, za cierpliwość czekania, psie ciasteczko podarować. Dostać do ręki swoją ukochaną Moccę. Smycz na szyi Dwunożnego zawiesić. Puścić się całym Stadem między działkami wprost do lasu. Patrzeć jak szczęście psa rozpiera. Iść powoli i cieszyć się chwilą, w której miasta nie ma, pracy nie ma, obowiązków nie ma… Zatem, kto jest?

„Nikto”, tylko pies luzem: 35 kilo; człowiek na sztuki: całe dwie dusze i... jeden owoc... szczęście, takie zwykłe, ze skórką, do czysta chusteczką nie wytarte, całkiem surowe. Nic więcej. Na pewno nic?

Nic. No. może... może poza tym, że dzisiaj też bym tak chciała... Kudłata, Sadownik, Zieleń i ja...

wtorek, kwietnia 19, 2011

(231+2). Przy kości…czyli Ogrodnikom i Myśliwym

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wróciły do mnie książkowe prezenty gwiazdkowe. Nadrobiłam troszkę zaległości, zanim na dobre zanurzę się w lekturach obowiązkowych. Czasem nie chcę literatury. Czasem chcę przeczytać bajkę, której jedno zdanie czy akapit poruszą mnie, tak jak poruszało prawie wszystko, gdy byłam małą dziewczynką.

Pisałam wczoraj o kości a tu proszę, jadę wczoraj wieczorem tramwajem i… okazuje się, że można pięknie o dylematach, na przykład, tych, co zastanawiają się, czy z dobrej strony ową kość gryzą.

     — Opowiadałeś mi kiedyś, że ludzie dzielą się na ogrodników kochających ziemię i zbiory, i na myśliwych kochających mroczne bory i trudne zdobycze. Mówiłeś, że jestem ogrodniczką, tak jak J. idę drogą kontemplacji, żeby poznać prawdę. Powiedziałeś też, że poślubiłam myśliwego.

[8 stron dalej]

     — Uważasz, że dokonałam złego wyboru? — wyjąkała. — Uważasz, że zmarnowałam sobie życie rzucając ziarno w ziemię, patrząc na rosnące łany i ciesząc się na zbiory, zamiast rzucić się w wir wielkich emocji nocnych łowów.
     Szedł patrząc w niebo. Wciąż myślał o swoim zakładzie i o samolotach.
     — Często patrzę na ludzi takich jak J. — powiedział w końcu — ludzi żyjących w spokoju i przez ten wewnętrzny spokój odnajdujących jedność z Bogiem. Przyglądam się tobie. (…) Zasypiasz bez żadnych problemów, a ja przez całe noce patrzę w okno i zadaję sobie to samo pytanie: dlaczego nie zdarza się cud, na który czekam tak niecierpliwie. Wtedy pytam samego siebie: czy popełniłem błąd?
Chris ujęła go za rękę.
     — Oczywiście, że nie. Byłbyś nieszczęśliwy.
     — Tak samo ty, byłabyś nieszczęśliwa, gdybyś poszła moją drogą.
     „Jak dobrze to wiedzieć”, pomyślała.

P. Coelho, Walkirie,
Drzewo Babel, Warszawa 2010.

poniedziałek, kwietnia 18, 2011

232. Garmażerka miłosna, czyli serce, żołądek i całuski

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(rankiem, ciut nieprzytomna jeszcze,
całuje nagie ramię zajętego Sadownika
)

Sadownik:
Pragnę ci przypomnieć, że do serca mężczyzny
to nie przez całuski, tylko przez żołądek.

(mija krótka chwila)

Sadownik:
(dodaje z powagą)
Możesz zacytować.

Jabłoń:
Żartujesz? Zaraz jakaś femisia rzuci się na Ciebie,
że przecież dwie rączki masz i sam możesz sobie zrobić śniadanie.

Sadownik:
Niech tylko spróbuje! Mam przecież zajęte ręce.
(jak co dnia, prasuje koszulę do pracy)

231. Anatomia pewnej kości

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jest aforyzm, który gdy potrzebny zapadł się pod ziemię. Pozostańmy więc przy jego znaczeniu: w wiecznej wojnie między kobietami i mężczyznami wygrywają ci ostatni, ponieważ po ich stronie stoją młode kobiety. Czy ten aforyzm ma jakikolwiek związek z bezdzietnością i społeczeństwem polskim XXI wieku?

Pierwszy raz usłyszałam pewien tekst przeszło rok temu. Zignorowałam go. Potraktowałam właścicielkę wypowiedzi jako wyjątek potwierdzający regułę. Półtora tygodnia temu podobne słowa wypowiedziała inna osoba. Wszystko zaczęło składać się w układankę, której wzór zaczynał nabierać kształtu i koloru. Zaczęłam się mu przyglądać. Gdy już się wypełnił do końca, byłam zdziwiona tym co zobaczyłam.

Do tej pory byłam przekonana, że ideologiczna linia demarkacyjna dyskusji dotyczącej posiadania lub nieposiadania potomstwa rozdziela ludzi bezdzietnych od rodziców. Jedni z drugimi, nie znając doświadczenia drugiej grupy, co najwyżej mogą powiedzieć „rozumiem cię”, ale w zasadzie to tylko staram się zrozumieć, bo nie mam tak jak ty. Byłam w błędzie, bo społecznie wygląda to ciut inaczej. Naprawdę mnie to zdziwiło.

Po jednej stronie są Ci, którzy mają jedno lub dwoje dzieci. Miły, cieszący oko standardzik. Łatwy do przewidzenia, w większości przypadków, schemat losów dalszych. Słodkie reklamy, gdzie koniecznie parytet i dziewczynka i chłopiec. Różowa i błękitna przyszłość.

Po drugiej stronie są bezdzietni i? No, no, no…
Rodziny wielodzietne (od trójki dzieci w górę). Pierwsi, egoiści, nieszczęśliwi i samotni. To już było. Ostatni, też egoiści, bo kto to słyszał tyle dzieci narobić, patologia po prostu. Zaskakujące, prawda?

Jest na to tylko jedna metoda, świadczyć swoim życiem, prosto się trzymać i nie wstydzić się mówić, że:
Tak. Wybrało się bezdzietność.
Tak. Spełniło się marzenie o piątce dzieci.
A Heńka na to: kośćniezgody”? Na pewno jest pyszna z każdej strony...
Tak, Heniutko, jest pyszna.

230. Zielono nam

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z psem czy bez psa, Wiosna zaczyna się dla mnie rokrocznie w Wigilię. Makabra najkrótszego dnia jest za nami, dzień zaczyna się wydłużać obiecując ciepło i słońce… Wszystko co piękne jest wtedy znów przed nami. Niczego więcej mi nie trzeba. Nawet minus dwadzieśca wtedy nie przeraża.

Bez psa, Wiosna, mimo że wyczekana, miała charakter cyfrowy. Zawsze przychodził dzień, w którym ze zdziwieniem stwierdzałam, że zrobiło się zielono. Skąd te duże liście? Skąd ta gęsta trawa? Jakim cudem ktoś dał radę przemalować świat w jedną noc? Wczoraj było buro, dzisiaj jest zielono.

Z psem, Wiosna zmieniła charakter. W cyfrowym świecie bitów, bajtów, zdjęć liczonych w kilo i filmów w mega, wiosna poszła pod prąd stechnicyzowanej kulturze — pozostała analogowa. Z Heńką u boku obserwowaliśmy z dnia na dzień jak gałązki drzew nabierają charakterystycznych zgrubień. Podziwialiśmy jak wychylają na świat czubeczki pierwszych listków. Patrzyliśmy jak wczorajsze listki zamieniają się w dzisiejszą obietnicę dużych liści. Wiosenna, niepowtarzalna zieleń rodziła się na naszych oczach; pod łapami Kudłatej, która musi wszystko własnym nosem skatalogować. A my? My jesteśmy tylko pomocnikami psiego botanika.

***

Literatura ostrzega, ale człowiek rozumie co czyta, gdy pierwszą zimę i kawałek wiosny w towarzystwie zawsze uśmiechniętej psiej mordy ma już za sobą. Wczoraj jechałam na zajęcia i rżałam w tramwaju:

     — Spójrz na to jak na znak losu — radził Simon. — Ten pies przybył, żeby cię uratować…
     — …żebyś wiodła zdrowsze życie, bardziej zrównoważone — tłumaczyła Lola.
     — …żebyś wstawało rano wyprowadzić go na siusiu — dodał Simon. — Żebyś kupiła sobie dres i wyjeżdżała co weekend za miasto.
     — Żebyś przestrzegała określonych godzin, żebyś się czuła odpowiedzialna — zaopiniował Vincent.

A. Gavalda, Ostatni raz,
Świat Książki, Warszawa 2010.

Nasz Znak Losu jest wyraźnie grubą linią rysowany, abyśmy przypadkiem jej nie przeoczyli i dokładnie wiedzieli co zmieniło nasze życie...

niedziela, kwietnia 17, 2011

(227+2). Chronologia odwrócona (I)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pewnego dnia... w Przytulisku zamieszkał piękny album Annie Leibovitz A Photographer’s Life 1990--2005 (Random House, New York 2006). Jabłoń zakochała się w nim, choć album należał do Sadownika. Przyuczana przez Sadownika, wciąż woli oglądać zdjęcia niż czytać opisy. Przy okazji tego albumu odkryła, że zdjęcia pięknie zdradzają orientację seksualną fotografa. Annie mistrzowsko fotografuje mężczyzn, ale to przy okazji fotografowania kobiet wyciąga na światło dzienne i uwiecznia niewypowiedzianie piękne cechy fotografowanych kobiet. Annie stała się ukochaną fotografką Jabłoni. [To właśnie fotografie Annie były inspiracją do autoportretu Jabłoni.]

W piątek 15 kwietnia otwarto na ogrodzeniu Ogrodu Botanicznego w Warszawie wystawę zdjęć Annie Leibovitz pt. Kobiety. Mieliśmy zostawić sobie tego rodzyneczka na Święta, nie daliśmy rady. Nogi poniosły nas wczoraj w to miejsce. Nie rozczarowaliśmy się. Portret Matki Annie, który rozpoczyna ekspozycję, zatrzymuje w miejscu swą siłą... portret rzeźbiarki, który jest kondensacją jej pasji, wieku i doświadczenia... zdjęcie Murzynki, której twarzy nie można już zapomnieć... siła czarno-białych zdjęć... kończące cztery dyptyki po prostu zwalają z nóg.

Jeśli tylko możecie… idźcie! To piękne zdjęcie dwóch aktorek też tam jest:

Annie Leibovitz, Aktorki (*),
z albumu Women, Random House, Nowy Jork 2000.

Mam teraz pretekst, by wrócić tam i przepisać dokładny podpis pod fotografią, by uzupełnić ten wpis ;).

(*) [dopisek z 22 kwietnia], na fotografii Gwyneth Paltrow i Blythe Danner, obie aktorki, relacyjnie: Córka i Matka.

(227+1). Chronologia odwrócona (II)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W Przytulisku kątem pomieszkuje Historia Fotografii. Kształtuje Sadownika. Nie pozostaje bez wpływu na Jabłoń. „Szpara”, „za dużo powietrza”... elementy foto-żargonu weszły na stałe do naszego języka.

Dawno, dawno temu... o pierwszej w nocy Jabłoń szamotała się słownie z Sadownikiem na temat zakupionego przez niego świeżo albumu Roya Stuarta. Jak mogłeś?! Sztuka może tu mieszkać, pornografia nie! Sadownik spokojnie odpierał zarzuty: skoro kłócimy się o zdjęcia, to znaczy, że jest to sztuka; wywołuje emocje, dyskusje, dotyka osobistych granic tolerancji. Jabłoń grzmiała: jaka sztuka? Pornografia! Sadownik trwał w wewnętrznej równowadze i zapytał: czytałaś teksty pod zdjęciami? Zauważyłaś, że zdjęcia tworzą cykle, opowiadają historie? Wzięłaś pod uwagę kontekst społeczny, obyczajowy? Jabłoni szczęka opadła. Na każde pytanie miała tylko jedną odpowiedź: nie.

Następnego dnia, spokojnie, przy herbatce, gdy Sadownika nie było w domu, usiadła, obejrzała i... O rany! Jak niesamowite są te historie, ile pięknych zdjęć, jakie zaskakujące historie! Tak, tak, to wciąż był ten sam album. W ten oto sposób Jabłoń odkryła siłę serii zdjęć. Przesunęła swoją granicę poznania.

***

Wczoraj poszliśmy do CSW sprawdzić, czy przypadkiem nie ma tam jakiejś nowej ciekawej wystawy. Wieczorem, wyliczaliśmy, co nas urzekło, jakby wyliczanka miała uchronić nasze wrażenia od zapomnienia. Cykl czterozdjęciowych opowieści w ramach wystawy When I’m sixty four wyjął nas z butów. Z trywialnego świata grawitacji przenieśliśmy się w świat nieoczywistości i niekwestionowanego piękna.

Krzysztof Wojciechowski, z cyklu „Trivia”, 2010.

***

Trafiliśmy również na tryptyk Katarzyny Górnej, w którym zachwyciło wymieszanie:
--- wrażliwości i zachwytu lingwisty,
--- przytomnej obecności zbieracza gestów,
--- bezpretensjonalnej wymowności kulturowej,
--- ciekawości badacza kwestii genderowych,
--- stąpającego po zdartej ciut linie tabu artyście.
Tygiel, mieszanka i zachwyt. Wszystko to podane bez ułatwiających trawienie ziół.

Oczywiście, ze nie czytaliśmy podpisów! Mi nie pasowało pierwsze zdjęcie. Drugie i trzecie stanowiło dla mnie wspaniały dyptyk. Sadownikowi zaś nie pasowało trzecie zdjęcie… po chwili jednak... pasowały Mu już wszystkie. Dopiero wtedy zdecydowaliśmy się przeczytać podpis: Fuck me, Fuck you, Peace. Ryknęliśmy oboje: noooo! Siła przekazu wzmocniona siłą rażenia trzech zdjęć i mocnego tytułu.

Katarzyna Górna, Fuck me, Fuck you, Peace, 2000.

Wieczorem, w domu, znaleźliśmy inne projekty tej Autorki, w których unosi się szczypta pomysłu Helmuta Newtona. Zachwyciły nas… Można jednak sfotografować czas, nawet ten zaklęty w ciele...

Katarzyna Górna, Double Portraits, 2001.

sobota, kwietnia 16, 2011

227. Chronologia odwrócona (III)

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(w galerii CSW)
Chodźmy stąd. Jestem głodny. Duszę już nakarmiłem.

(poszli)

W Jabłoni pozostał zachwyt… włochatym, wielkim „jajem-poczwarką-cielskiem”, które po kryjomu dotknęła, bo aż się prosiło, by je dotknąć… Pozostała Jabłoń również całkiem oniemiała w zachwycie, w który wprawił ją… jeden, jedyny obraz… Tomasza Tatarczyka:

Poszukała. Znalazła i ze smutkiem stwierdziła, że odkryła Malarza… w I rocznicę jego śmierci. Poszukała i stwierdziła, że pięknie malował również to, co w psach urzeka... zachwyt życiem, chwilą, magią Świata:

czwartek, kwietnia 14, 2011

(225+1). Mój, trochę cudzy Mąż

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uwielbiam, gdy wyjeżdża. Nareszcie! Mogę zajadać się uwielbianymi przeze mnie ziemniakami w mundurkach. Ubrania mogą odetchnąć i rozprostować rękawy polegując na wszystkich sprzętach do siedzenia. Zużyte talerze mogą kontemplować otaczającą je przestrzeń całymi dniami. Mogę w końcu pozbierać własne myśli, zastanowić się ciut dłużej. Po prostu, lubię pobyć trochę sama. A Heńka? Nie widzi żadnych plusów Sadowniczych delegacji.

Uwielbiam, gdy wraca. Nareszcie! Zwykle mam już dość ziemniaków w mundurkach. Panoszące się wszędzie ubrania zmuszam do zameldowania się w szafie, bo nie byłoby gdzie usiąść. Talerze pozmywane, bo nie byłoby na czym jeść. Po prostu, lubię nasze Stadne życie. A Heńka? Widzi same plusy powrotów Sadownika z delegacji.

Przewrotność natury? Potrzebuję jak powietrza i jego wyjazdów, i jego powrotów. Wyjeżdża, zawsze dobrze znany, szczęśliwie zabiera w delegację również swoje wady. Wraca, jakiś nowy, trochę „cudzy”, ciut nieznany, przywozi ze sobą wszystkie swoje zalety.

Wrócił. Pierwszy raz w życiu Heńki tak długo go nie było. Kudłata tak bardzo nie wierzyła, że gdy stałam w otwartych drzwiach czekając aż Sadownik pokona schody, Ona stała na końcu korytarza myśląc, że otwieram drzwi dostawcy pizzy. Uwierzyła dopiero, gdy zobaczyła, powąchała. Radości nie było końca.

środa, kwietnia 13, 2011

225. Odys XXI wieku i fizyka kwantowa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Nieoznaczoność Heisenberga głosi, że nie można wiedzieć zbyt wiele w tej samej chwili. Można wiedzieć „więcej” albo o położeniu cząstki, albo o jej pędzie. Niestety, nie można wiedzieć dokładnie i jednego, i drugiego na raz. Wczoraj odkryłam, że zasada nieoznaczoności ma się całkiem dobrze w realnym życiu. Pełna wiedza o położeniu skutkować może pojawieniem się pytania o „pęd”:

Osoba Zaangażowana:
Czy ty mnie jeszcze kochasz?

Dotarło do mnie, że wczoraj chyba doskonale przeczuwałam „pęd” Sadownika, wietrzącego wciąż duszę w delegacji, skoro zadałam mu takie pytanie:

Jabłoń:
(rozmawia z Sadownikiem przez telefon)
A tak, w ogóle, to w jakim dzisiaj jesteś mieście?

Sadownik wyląduje wieczorem w domu. Heńka wyczuła to swoimi radarkami i już o czwartej rano była gotowa na rozpoczęcie tego pięknego dnia, jakby to miało przyśpieszyć Sadowniczy powrót. O 4.02 na podwórku było zimno, ciemno, „bezludzko” i „bezpsio”, więc pospacerowałyśmy z przyjemnością. I tylko nie wiem dlaczego, ale marzy mi się, aby jutro rano wyprowadził Kudłatą „powrócony” z podróży Odys… Ja w tym czasie, owinięta kołderką, będę próbowała oszacować wartość mojego „pędu” do spacerującej bladym świtem Dwójki.

wtorek, kwietnia 12, 2011

224. Wiosenne padanie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Do tej pory myślałam, że wiosenny deszcz służy trawnikom, drzewom i wszystkiemu temu co zielone ma być. Ja zielona nie jestem --- nie znosiłam deszczu co pada dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mokro, zimno, buro. No, ale po co ma się Heńkę, jeśli nie po to by zmieniać poglądy. Zwłaszcza w kwestiach zasadniczych. Deszcz okazał się kwestią zasadniczą dla jakości naszego współistnienia, gdy jesteśmy we trzy: Heńka, jej cieczka i ja.

Kiedy pada dzieci się nudzą” głosi piosenka i to jest święta prawda, bo Heńka tak miała, gdy była mała, ale wyrosła. Deszcz z piosenki pomaga udowodnić wątłą tezę, że mężczyźni to dzieci, bo psi mężczyźni w czasie deszczu nudzą się okrutnie. Ich Pan bądź Pani wychodzą z nimi tylko na szybkie siusiu. Psi amatorzy przygodnego seksu w efekcie umierają z nudów przytulając się do kapci właściciela bądź właścicielki, leniwie rzucając okiem to tu to tam po czterech kątach, w których przyszło im żyć.

Kiedy pada” psie kobietki w wersji de lux, czyli roztaczające wokół siebie zapach potencjalnej psiej miłości, bawią się doskonale. W końcu można psiczki spuścić ze smyczy. Niestety, cieczka nie wyłącza w suczkach potrzeby biegania. Deszczowe padanie jest więc świetną okazją, by zaspokoić tę potrzebę. Wczoraj wypróbowałyśmy deszcz. Deszcz w parku. Deszcz w lesie. Deszcz między blokami. To nic, że wróciłyśmy obie całkiem mokre, bo byłyśmy szczęśliwe bezgranicznie. Wciąż padało. Synchronicznie do deszczu, już wczesnym wieczorem obie padałyśmy na... pysk.

niedziela, kwietnia 10, 2011

223. My, ośmioletni i sens życia

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wersja A:
Parafrazując: „Posadziłeś drzewo? Zbudowałeś dom? Spłodziłeś syna?”

Wersja B:
"--- Masz psa? Masz dziewczynę? Jesteś pilotem?
--- Nie. Nie. Nie.
--- Ale wyrosłem na ofiarę losu."

fragment dialogu z filmu Dzieciak, w którym główny bohater: „cyniczny pracownik agencji reklamowej nieoczekiwanie spotyka na swej drodze ośmioletniego chłopczyka, który okazuje się... wcieleniem jego samego z okresu dzieciństwa...”.

Wersja C (Sadownika):
Założę się, że gdyby Sadownik spotkał samego siebie w wersji ośmioletniego chłopca ten zapytałby go tylko o jedno:
--- Czy jesteś szczęśliwy?

Wersja D (Jabłoni):
Czwarty dzień jesteśmy z Heńką same. Żyjemy sobie powolutku. Rytm dnia wyznaczają: jedzenie, spacery, kręgosłupowe ćwiczenia, moje wyjścia z domu i sen. Gdy tak we dwójkę gospodarujemy przestrzenią Przytuliska wszystko nabiera innego wymiaru, ciut wyciągniętego filozoficznie. Leżakując kręgosłup obejrzałam Dzieciaka po raz n-ty. Płakałam ze śmiechu w tych samych, co zawsze, miejscach. Chwyciło mnie za gardło podczas oglądania pewnych scenach w ten sam, co zwykle, sposób. Teraz nie opuszcza mnie ciekawość, o co spytałaby mnie owa mała ośmioletnia dziewczynka, którą kiedyś byłam… A Heńka na to: nie próbuj się martwić, masz mnie, Sadownik ma ciebie, więc w najgorszym razie będziesz tylko częściową ofiarą losu

kadr z filmu Dzieciak,
(Disney’s The Kid, 2000)

piątek, kwietnia 08, 2011

222. Analfabeta i alfabet

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

--- W zeszłym roku byłem w Afryce, w Brazylii, no i wiesz, na chwilę w Sydney --- powiedział zostawiając dotychczasowy kontekst rozmowy i kompana setki kilometrów w tyle. --- Wiesz, jedzenie, ludzie, nie to co tu...

Nie wiedzieć jakim cudem wciąż siedzieli przy tym samym polskim stoliku w knajpie, w której menu było wyłącznie po polsku. Rozmowa jakich wiele za nimi. Nadzieja na inne zakończenie spotkania poszła już do domu. Mnie ciekawił Kompan. Przeszedł długą drogę po krętych ścieżkach własnego życia. Przez wiele lat uczył się alfabetu reakcji własnych:

A) No tak, ja nigdzie nie byłem. Może niewłaściwie postępuję z życiem? Marnuję? Nie wykorzystuję szans? Może mam niewłaściwy system wartości? Może zbyt mało od życia chcę? Może?

B) Czy on się lepiej czuje, gdy już te proporce zdobytych miejsc wyłoży na stół? Jeśli tak, to świetnie.

C) Kim ja jestem, skoro on wciąż, za każdym razem musi odczytać listę zachwytu nad sobą samym? Czy to finalnie pomaga mu poczuć się w moim towarzystwie równym gościem?

.
.
.

Z) Szkoda, że jeszcze nie przyszedł ten czas, aby miał niezachwianą pewność, że nawet gdyby pojechał do polskiej zabitej dechami dziury o wdzięczniej nazwie Nowhere, to i tak jest moim najlepszym kumplem. Poczekam. Ta chwila przecież musi nadejść. To pewne jak zet, które musi się pojawić, gdy już powie się a, be, ce... trzeba tylko wytrwałości.

Byłam dumna z Kompana. Każdą literkę, lub po niej ślad, było widać w jego oczach. Fajnie jest umieć czytać. Kompan przytaknął. Tośmy sobie poczytali.

czwartek, kwietnia 07, 2011

221. Psia Julia i wiatr

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dział Kobiety w Syndykacie sprawił, że Heńka poczuła się zobowiązana i postanowiła dorosnąć do roli psiej kobietki. 4 kwietnia, dokładnie w dniu, w którym skończyła 11 miesięcy, odnotowaliśmy na podłodze pierwszą kroplę krwi.

Stało się. Teraz nikt w Stadzie nie ma już życia. Skończyły się na trzy tygodnie wieczorne spacery pod górkę. Heńka i my uwiązani do smyczy na każdym spacerze. My rozumiemy dlaczego, Kudłata nie. Trzeba się nieźle zaprzeć, żeby utrzymać naszą Wielbicielkę stworzeń wszelkich. Jak grzyby po deszczu, w ciągu jednej nocy, wyrosły całe hordy zakochanych psów, Romeo w łatki, Romeo rudy, Romeo mały, Romeo duży… Nawet Iwan, groźny wilk, który był wobec Heńki agresywny, gdy była mała, nagle zmienił zdanie i stał się Romeo całą psią gębą, ciałem i ogonem. Każdy z zakochanych z obłędem w oczach gotów jest zrobić wszystko dla psiej Julii. Natura nie kultura --- balkony i pieśni całkiem zbędne. Psia miłość po prostu pachnie. Po naszej stronie staje tylko czasem odpowiednio wiejący wiatr...

Jabłoń:
(dzwoni do Sadownika)
Jak tam?

Sadownik:
A my właśnie na spacerku.

Jabłoń:
I jak?

Sadownik:
No właśnie zbliża się pan z psem.

Jabłoń:
Pies miłość w oczach już ma?

Sadownik:
Nie wiem. Idziemy pod wiatr.

środa, kwietnia 06, 2011

(219+1). Tak jak Ty

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

mogę podnieść rękę,
mogę przesunąć nogę,
mogę sama się ubrać,
mogę wyjść,
mogę podskoczyć
mogę spojrzeć w niebo,
mogę mieć plany i marzenia.

Wczoraj cały dzień zamiast wdzięczności czułam wstyd, że jestem tak bogata w „mogę”. Trudno mi było być tak obdarowaną przez Życie. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego właśnie ja mam aż tyle a Ona nie… Czułam się jak złodziejka w loterii Losu.

Dziś, myślę o wszystkich „mogę”, których na co dzień nie zauważam lub traktuję jak oczywistość. Doświadczenie dwóch ostatnich dni powoduje, że dostrzegam cud, jaki kryje się w każdym z nich. Ociekam bogactwem… Łatwiej mi, bo ociekam bogactwem… tak jak Ty.

możesz podnieść rękę,
możesz przesunąć nogę,
możesz sama się ubrać,
możesz wyjść,
możesz podskoczyć,
możesz spojrzeć w niebo,
możesz mieć plany i marzenia.

I jak Ci z tą świadomością?

wtorek, kwietnia 05, 2011

219. Wczoraj w południe skończył się dzień

Dzięcięce, omnipotentne pytanie

Odeszła.
Pachniała konwaliami.
Byłyśmy z jednej klasy.
Pomagała mi przetrwać liceum.
Nie zdążyła skończyć 38 lat.
28 maja będą jej urodziny.

Czy jeśli przestanę
____odbierać telefony,
____czytać maile,
to ludzie przestaną umierać?

(217+1). Nim w południe skończył się wczoraj dzień

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
(dzwoni po przeczytaniu wpisu 217.)
Cześć. To ty mocniejsza od spirytusu jesteś.

Jabłoń:
(z dumą w głosie)
Noooo. Jestem.
Dzięki za komplement.

poniedziałek, kwietnia 04, 2011

217. 100% po raz pierwszy, po raz drugi, sprzedane!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Single, bezdzietni, osoby homoseksualne nie mają wyjścia. Czy tego chcą czy nie, przynajmniej raz będą musiały usłyszeć o prawdach absolutnych wyznaczanych przez wielki byt jakim jest społeczeństwo, bo społeczeństwo w swej masie nigdy się nie myli.

Jeśli jesteś singlem to znaczy, że emocjonalnie jesteś albo pokiereszowany, albo niedojrzały. Nie ma tu miejsca na wybór. Nie podlega to dyskusji. Tak jest i koniec.

Jeśli jesteś osobą homoseksualną, to znaczy tylko tyle, że do tej pory nie poszedłeś do łóżka z właściwą osobą płci przeciwnej, nie zakochałeś się nigdy prawdziwie. Znów, mądrość pokoleń nie podlega dyskusji.

Jeśli jesteś bezdzietną z wyboru, jesteś biedną wewnętrznie kobietą, która kompensuje sobie pustkę macicy czymś tak beznadziejnym jak wzniosłe idee i praca. Czy nie widzisz, że dorabiasz sobie teorię do swej ułomności? To też nie podlega dyskusji.

Wszystko to mówione jest, oczywiście, w dobrej wierze. W nadziei, że może dla tych „pokrzywionych” ludzi jest jeszcze ratunek, jeśli tylko się opamiętają, przewartościują swoje wybory, może skoczą na jakąś terapię i szczęśliwie staną się małżonkami, „heterykami” i matkami karmiącymi. Przecież w głębi duszy na pewno nie marzą o niczym innym. Oczywistym przecież jest, że single, osoby homoseksualne i bezdzietni to biedni wewnętrznie, wybrakowani ludzie. Dzietni małżonkowie o heteroseksualnych preferencjach mylić się nie mogą.

Te złote, jedynie słuszne myśli ranią. Człowiek próbuje się bronić. Im bardziej się broni, tym bardziej jest atakowany. To nie paradoks, jak patrzę z perspektywy minionego czasu, bo nie o obronę chodzi. Chodzi o to, by poznać swoje marzenia, by wiedzieć kim się jest, by psychologiczny środek ciężkości mieć w sobie, a nie na zewnątrz w dumnych z nas rodziców, zadowolonych szefach. Chodzi o to, by odkryć w sobie zapomnianą siłę. By głośno dziwić się, że inni mają tak świetny plan dla nas, choć z własnym życiem radzą sobie w sposób mało zachwycający. Dojście do miejsca, gdzie właśnie tak się ma, zajęło mi dużo czasu. Warto było jednak przejść tę drogę... by władać siłą, należy stać się wystarczająco silnym.

Pozostał jednak jeden magiczny element. Siła, która biła od kobiet w ósmym, dziewiątym miesiącu. Nieznana. Ciekawiło mnie źródło tej siły, tak bardzo bezpardonowej. Siły, która mogłaby zabić.

Domorośli terapeuci powiedzieliby: jeśli zwracasz uwagę na „ciężarówki” to nic, tylko znak z głębin twojego jestestwa, że nieświadomie marzysz o byciu matką. Na szczęście, to nie jest takie proste. POP-owcy na jednym wydechu powiedzą, że w byciu przyszłą matką jest jakaś jakość, która przydałaby Ci się w życiu. Dla mnie tą jakością jest właśnie bycie w 100%, a jeśli się da, to nawet w 300%.

Od dziesięciu dni smakuję źródło tej siły --- owe procenty. Testuję, próbuję i wykorzystuję. Każdy może mieć do niej dostęp, wystarczy być w 100%. Stan błogosławiony ma taką nazwę również dlatego, że nie trzeba uczyć się „bycia w 100%”. Niosąc przed sobą wielki brzuch nie da się być trochę w ciąży a trochę nie. To całodobowe zajęcie. W każdym innym przypadku trzeba nauczyć się być w 100%, umieć stanąć za sobą, swoimi poglądami, swoimi marzeniami. Być singlem w 100%, być osobą homoseksualną w 100%, być bezdzietną w 100%. Być, bez względu na rolę, w całych 100%. Być realizatorem swoich marzeń w 100%.

Najdziwniejsze i najpiękniejsze --- gdy już się zajmie te 100% to nikt inny nie znajdzie w sobie siły by podważyć nasz wybór. Tak pięknie jest być po prostu SOBĄ, w 100%, oczywiście!

niedziela, kwietnia 03, 2011

(215+1). Szczególne miejsce... na Ziemi

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Gdy byłam dzieckiem mówili, że to takie miejsce, gdzie nie każdy może trafić, ale wszyscy, którzy tam są, wypełnieni są szczęściem bezkresnym. Każdy śpiewa piękne pieśni chwalące wielkość, dobroć Boga.

Gdy byłam już bardzo dorosła dowiedziałam się, że w tym miejscu mężczyźni, którzy zginęli w świętych wojnach otrzymują w nagrodę trzydzieści pięknych hurys. Niestety (?), za ten sam wyczyn kobieta-samobójca otrzyma tylko jednego dobrego męża. Pamiętam, że ta jawna niesprawiedliwość obudziła we mnie wojującą feministkę. Teraz podchodzę do tego spokojniej, wręcz filozoficznie: po co mi trzydziestu, nawet najlepszych, mężów.

Po wstępie należy skreślić wszystko, co napisane do tej pory, bo to bujda na resorach od fiata 126p. Od wczoraj wiem jak tam jest. Eee tam, wcale nie wiem, mam bezczelną pewność! Raj zamieszkują tylko dzieci i psy. Dorośli trafiają tam warunkowo, gdy dobrze traktują swoje wewnętrzne dziecko.

Wczoraj miałam ogromną przyjemność oglądać rajską scenę. Dwoje wspaniałych dzieci i Heńka brykało po trawie. Dwulatek podnoszący z ziemi piłkę dla Heńki rozbroił mnie w tempie natychmiastowym na wiele, wiele godzin. Teraz, gdy to piszę, wciąż pamiętam uśmiech Malucha. Kudłata była przeszczęśliwa. Dalszych słów by to sensownie opisać po prostu brak… Nie zdążyliśmy dobrze wrócić do domu a już tęskniliśmy za Magicznym Miejscem, gdzie Raj materializuje się na naszych oczach, bo trawa, przestrzeń, dzieci i nasi Przyjaciele...

***

Ledwo już żywa, ale chociaż rzuci okiem, czy przypadkiem nie warto się podnieść:

Cudowne, ufne dzieci, które Heńka pokochała od pierwszego głasku małych, ludzkich paluszków, po ostatnie, rozdawane z entuzjazmem psie całuski:

I Heńkę można zmęczyć, a my uwielbiamy patrzeć jak wyciąga tylne łapki. Tak wygląda szczęśliwy pies. Przymrużone oczy i wyluzowany pysk:

Pozostała w nas tęsknota...

215. Odnotować: Mały Piątek i Duży Piątek były

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Czwartek. Bałagan chciał od nas odpocząć, od naszego lamentu, od „należy”, „trzeba”, „powinniśmy”. Marzyło mu się, by zakwitnąć wiosną prawdziwą. Po pracy, traktując czwartek jako „mały piątek” wzięliśmy Heńkę do lasu. Było magicznie. Nie przypuszczałam, że to początek innych dni…

Czwartek wieczór. Otrzymaliśmy informację i Sierściuch stanął do raportu:
     — Imię?
     — Heńka.
     — Nazwisko?
     — Syndykat*.
W ten oto sposób Heńka stała się jedyną kudłatą dziewczynką, która jest współtwórczynią blogu należącego do Syndykatu Blox-a (dział Kobiety). Pogratulowaliśmy gryzakiem.

Piątek. Wyrodna matka postanowiła być — choć przez chwilę — mniej wyrodna. W końcu był Prima Aprilis. Z zakupioną świeżutko „Psychopatologią” pod pachą weszła do sklepu zoologicznego i zakupiła mieniącą się wszystkimi kolorami, świecącą w ciemnościach, piłeczkę dla Heńki. Młoda, oczywiście, była zachwycona... Wciąż jest...

__________
 * Syndykat został zlikwidowany w 2018 roku, a blox.pl przestaje istnieć 29.04.2019. 

czwartek, marca 31, 2011

214. Ach, ta miłość! Nie tylko filmowa

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wieczór, po długim dniu, Stado w sypialni,
resztkami sił, urządza sobie miły wieczór
)

Bruce Willis:
(jako filmowy mąż razem z filmowymi żoną i dziećmi leżą w jednym łóżku)
Wszystko, co najważniejsze na tym świecie, jest w tym łóżku.

Sadownik:
Tak jest panie Willis. Albo tuż obok.

Heńka:
(leży obok łóżka i... ani drgnie na to Sadownicze wyznanie)

213. Jej sposób na życie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To jest jej sposób na życie — powiedziała wczoraj zdecydowanym głosem jedna pani drugiej pani w kawiarni, stolik obok mnie.

Sposób na życie… zamyśliłam się… jak to brzmi? Czy tak samo jak:
     — sposób na mrówki w kuchni?
     — sposób na przypalony garnek i pobrudzony winem obrus?
     — sposób na odrzuconą miłość, co nie odstępuje nas na krok, nim nie wybrzmi do końca?
     — sposób na… by wytępić, usunąć, zapomnieć, a może wybaczyć?

Nieznajoma. Całkiem nieobecna. Wykorzystała ona jej sposób na życie niczym proszek do czyszczenia sreber rodowych by usprawiedliwić sumę swoich wyborów? By usunąć wszelkie życiowe wątpliwości, by wytępić nieracjonalne społecznie zachowania, by zapomnieć, a może by przetrwać?

Życie to nie karaluch czy plama. Nie chcę szukać, a tym bardziej znaleźć, sposobu na życie. Chcę je smakować kęs za kęsem, oddech za oddechem, uśmiech za uśmiechem, krok po kroku. Bez pośpiechu. Bez cienia smutnej pewności, że lepsze już było. Bez ślepej wiary, że lepsze będzie za pół roku dla grzecznych dziewczynek i pracowitych chłopczyków w wieku poprodukcyjnym. Najlepsze przecież już tu jest. Właśnie w tej chwili.

środa, marca 30, 2011

212. Psie wartości

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

To chyba nie jest kwestia faktu, że z pierwszego wykształcenia jesteśmy z Sadownikiem tworami ściśniętymi, czyli ludźmi technicznymi, co w efekcie może czynić warunki życia Heńki z nami warunkami podwyższonego ryzyka. Nie można też użyć banalnego usprawiedliwienia, że z mlekiem matki czy genem ojca, ale fakt jest faktem, że Kudłata wygląda na taką, co opanowała do perfekcji podstawy zastosowań metod probabilistycznych. Eksperymenty to potwierdzające odbywają się co wieczór w podgórkowej sforze psich przyjaciół.

Pobiec za piłeczką? Ależ, oczywiście. Są jednak pewne warunki brzegowe tej oczywistości. W tej małej (jeszcze) psiej głowie chrupią neuroprzekaźniki i liczą bez końca. Heńka nie pobiegnie nigdy, jeśli nie ma pewności, że złapie piłeczkę. Od niechcenia zrobi kilka kroków do przodu --- tylko i wyłącznie po to, by sprawić nam przyjemność --- gdy prawdopodobieństwo powrotu z piłką w pysku spada do nieakceptowanego już poziomu 80%.

Choć wydawać by się mogło, że to lenistwo zagościło w młodym psim ciele, to lubię patrzeć jak ona liczy, ocenia, podejmuje decyzje. Może to wcale nie lenistwo, ale kwestia psiej godności. Może Kudłata lubi być psim zwycięzcą? Gdy patrzę na jej małe zwycięstwa obleczone wielką dumą psiego chodu z wysoko podniesioną głową, myślę, że ludzkie życie byłoby dużo szczęśliwsze, gdybyśmy zawsze doceniali nasze małe zwycięstwa: zjedzone na czas śniadanie, upolowane ładne warzywa, pół godzinki tylko dla siebie, całusek skradziony ukochanemu, rysunek wykonany własną ręką, uśmiech otrzymany od nieznajomej…

(210+1). Czy zakwitnie jeszcze kwiat na lodowcu?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Szła. Inni też szli, ale to ona przykuła moją uwagę. Może dlatego, że ubrana w czerń, która z łatwością zlała się z moimi smutnymi myślami. Szła przede mną. Było w ruchu jej ciała coś bezwstydnie rozpustnego. Tym czymś było życie.

Nie ma końca memu zadziwieniu, że po śmierci człowieka nie zatrzymują się choć na chwilę wszystkie ludzkie życia. Świat toczy się dalej pomimo tego, że są ludzie, którzy zatrzymali się w niemożliwych do wysłowienia: bólu, pustce, ciszy, zadumie.

Nie ma końca memu zadziwieniu, że Śmierć przechodząc obok zawsze pozostawia intensywny, drażniący nozdrza, zapach Życia. Tak bardzo nie na miejscu w tej chwili.

Szła. Ruch jej ciała przykuł moją uwagę. Wesoły, radosny ruch. Nie jestem dziś ani wesoła, ani radosna. Szła. Wysoka. Naprawdę wysoka, zgrabna kobieta w czerni. Pomyślałam bezwstydnie: jak bardzo chciałabym być wysoką, zgrabną kobietą. Dobrą chwilę trwało zanim do mnie dotarło, że przecież jestem wysoką, zgrabną kobietą. Ucieszyłam się z tego faktu radością nie na miejscu. Czyżby to ten zapach Życia zaczynał zawiązywać owoce nadziei? JESTEM brzmi dziś tak abstrakcyjnie. JESTEM JESZCZE CHWILĘ NA TYM ŚWIECIE to konkret o określonych konsekwencjach. Konstrukt zamknięty w czasie i przestrzeni. Nie będzie ani jednego dnia powtórki...

wtorek, marca 29, 2011

210. Jego Tata

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Uwielbiałam „podkradać” sposób, w jaki patrzył na swojego Syna. Nie wiem, czy był na tym świecie bardziej dumny ze swojego syna Ojciec. Tata --- ten z puli świeżych Ojców z lat siedemdziesiątych. Był Ojcem mojego Przyjaciela. Odszedł.

Dowiedziałam się o tym dzisiaj i wciąż widzę przed oczami Jego twarz, żywe oczy i szczery, szczęśliwy uśmiech Człowieka, który cenił życie. Słowa uciekają nie dając się zamknąć w skończoności zdań, które mogłyby próbować opisać Jego Osobę. Wspomnienia zroszone łzami. Heńka odpuściła i pozwala płakać. Ciężko westchnęła, jakby znała jakąś Tajemnicę. Czas nagle stał się boleśnie skończony i tak bardzo kruchy...

Wzrosło dzisiaj spożycie Ravela i Gabriela Fauré...

Maurice Ravel, Pavane for Dead Princess.

Gabriel Fauré, Pavane op. 50.

poniedziałek, marca 28, 2011

(116+93). Nie uszczęśliwisz każdego, ale psa możesz!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przesuń czas z letniego na zimowy. Człowiek uradowany, bo dłużej pośpi, może nawet swój ogon spraw pilnych dogoni. Pies nie cieszy się wcale, micha później, świat zaklęty w podwórko później. Żyć się nie chce...

Przesuń czas z zimowego na letni. Człowiek pada na pysk złorzecząc wskazówkom. Pies uszczęśliwiony do granic psiej duszy, bo micha wcześniej, świat zaklęty w podwórko wcześniej. Żyć się chce!

Z letnim czasem Heńce bardzo do twarzy a my? My musimy poczekać aż rytm naszych wewnętrznych zegarów dostosuje się do giełdowego zegara, ale nie tego w Paryżu, Tokio czy Nowym Jorku lecz w Warszawie.

niedziela, marca 27, 2011

208. Niedzielne rozmówki filozoficzne

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sadownik:
How do you do?

Jabłoń:
Myślałam, że się znamy.

Sadownik:
To, że spędziliśmy ze sobą wiele nocy nie znaczy, że się znamy.

Jabłoń:
(która od tygodnia poznaje nową, zaskakującą wersję siebie)
Fakt.

(Po dobrej chwili)
Sadownik:
I believe you are not an idiot but prove it!

Jabłoń:
Niezłe! Naprawdę niezłe!

piątek, marca 25, 2011

207. Ku Starszyźnie

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Pamiętam dni, gdy marzyłam, by Heńka była już dużym psem. Jest... i co? Przewrotnie, po ludzku, czasem tęsknię do czasów, gdy była całkiem malutka. Taka mięciutka, z przelewającym się brzuszkiem i szczenięcą niezbornością ruchów. Minęło. Zbyt szybko, choć marzyłam, by była już duża.

Kudłata mocno się zdziwiła, gdy na spacerze spotkałyśmy trzymiesięcznego szczeniaczka. Psia dziewczyneczka o imieniu Lodzia jest pierwszym, napotkanym przez nas psem, który urodził się w 2011. Dla niej Heńka to przedstawiciel psiej starszyzny. Kudłata też poczuła, że nagle stała się wobec Lodzi dorosła. Stanęła w odpowiedniej pozycji, z poważną miną próbując umościć swe ciało w roli dorosłego psa. Za chwilę szybko przypomniała sobie kim jeszcze może być. Puściła berło władzy starszaka i ruszyły obie bawić się do utraty tchu.

Gdy się ganiały, coś mnie tknęło by kucnąć i obejrzeć tę zabawę z innej perspektywy i... Nasza Heniutka zamieniła się na chwilę w małego pieska. Gdy ma się głowę na wysokości jej grzbietu wciąż jeszcze jest młodym psem, naszą małą dziewczynką, którą wczoraj przynieśliśmy do domu. Wczoraj? Jutro będzie dokładnie 9 miesięcy jak z nami mieszka ten potwór.

poniedziałek, marca 21, 2011

206. „Gdysie” wtedy i dziś

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Kilka lat temu Sadownik co wieczór znikał w czeluściach gabinetu. Myślałam, że pracuje. Chodziłam na paluszkach wokół drogocennego skarbu, jakim był komplet: gabinet, komputer, marzenie Sadownika i sam Sadownik. Po paru dniach złudzenie prysło, gdy Sadownik zapytał mnie, do którego LO chodziłam. Tak po raz pierwszy dowiedziałam się o rosnącym fenomenie jakim była N-K. Wówczas była to kopalnia zagubionych znajomości. Z pewnymi oporami uległam „narodowemu spisowi edukacyjnemu”. W rubryczce „o sobie” napisałam wówczas:


Gdy już nic nie musisz. Gdy już nie masz potrzeby kochać tych, którzy nie kochają Ciebie. Gdy masz już pełną torbę „innych-życiowych-gdysi”, to wiesz, ze TERAZ jest najlepszy czas by móc i chcieć spełniać swoje marzenia. Bo kto inny zrobi to za Ciebie?

Ja już nic nie muszę, więc marzę, pragnę, kocham i każdego dnia wykrawam małe cuda a reszta to drobiazgi: lukier lub pieprz...



Kończę właśnie książkę Lowena „Radość”. Dziś wróciły do mnie zacytowane powyżej, własne, stare już słowa. Wróciły, bo po raz pierwszy w życiu poczułam się prawdziwie wolna — wolnością wielką, nieskończoną, bezgraniczną…

Wolność od byłych mężczyzn. Wolność od osób, które mnie zdradziły. Wolność od postaci we mnie, które terroryzowały mnie swoim systemem przekonań, że „jako kobieta muszę, powinnam, bo inaczej to zobaczę…”. To Wolność, która nie neguje przeszłości. To Wolność, która ją akceptuje. Ukłoniłam się w podzięce przed tymi Mężczyznami, Osobami, Postaciami. Dziękuję, że byli. Dziękuję, że są. Zamówiłam kawę, usiadłam. Gdy wszystko to do mnie dotarło i pozwoliło nazwać się słowami, wynurzywszy się z emocji, które mi towarzyszyły od rana, właśnie wtedy, kawiarnię, w której przycupnęłam wypełniły dźwięki uwielbianego przeze mnie utworu, który dziś stał się moim prywatnym, wolnościowym hymnem (Astor Piazzolla, Libertango). [Ten konkretny ruchomy obrazek mogę oglądać raz za razem… przestrzeń, pasja, skupienie… a Sadownik dodał: jakie cudowne wyszłyby zdjęcia!]

Astor Piazzolla, Libertango,
The Tango Lesson.

A gdy wyszłam z kawiarni, zobaczyłam Świat nowymi oczyma. Pozostaję w zadziwieniu, że nie widziałam go takim wcześniej…

sobota, marca 19, 2011

205. Heńkowy 1% podatku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Usiadłam wczoraj w końcu i rozliczyłam stadne podatki. Wypełniłam PIT. Na koniec pozostała do uzupełnienia rubryczka z 1%.

Od początku wprowadzenia jednego procenta skrzętnie korzystamy z prawa dysponowania częścią naszego podatku. Na początku były to różne hospicja. Dwa lata temu obywatelską możliwością zainteresował się Sadownik i zadecydował. Pieniądze trafiły do fundacji zajmującej się wykupem koni. Rok temu zadecydowałam ja. Pieniądze trafiły do hospicjum w którym jestem wolontariuszką. W tym roku zadecydowała... Heńka.

Prolog. Kudłata, jak wiadomo, ma przyjaciół wszędzie ze względu na swoją niebywałą, ale bardzo rasową łatwość nawiązywania kontaktów. Jednym z uwielbianych przez nią ludzi jest Pan Piotr, który jest posiadaczem najbardziej labradorskiego uśmiechu, jaki może mieć ludzka twarz. Prawdziwy, radosny, piękny, żywy uśmiech. Gdy wpadaliśmy na siebie latem między blokami namiętnie rozmawialiśmy na temat Heńki, która w owym czasie rosła jak na drożdżach. Heńka to, Heńka tamto. Z nikim, „z obcych”, Kudłata nie wita się tak wylewnie.

Pod koniec lata, może na początku jesieni... pamiętam tylko, że był to piątek, bo Sadownik był tęsknie oczekiwany i wracający z delegacji, w parku spotkałyśmy z Heńką magicznego Pana od uśmiechu. Gdy odchodziłyśmy, życzyłam siedzącemu na ławce Panu Piotrowi dobrego wieczoru. Zatkało mnie, gdy odpowiedział: spokojnej nocy, przede wszystkim spokojnej nocy. Przez myśl przeszło mi: skąd on wie, że nie ma Sadownika w domu, że na niego razem z Kudłatą czekamy, że będziemy w trójkę siedzieć do późnego wieczora i że możemy z tym siedzeniem przesadzić? Parę chwil zajęła mojej głowie synchronizacja usłyszanych słów z zarejestrowanym obrazem. Pan Piotr niedaleko swojej ławeczki miał rekwizyt --- charakterystyczny, unikalny wózeczek człowieka, który zagląda do śmietników. Słowa spokojnej nocy zabrzmiały nową barwą nabierając nowego znaczenia. Pomyślałam o bogactwie. Jak bardzo jesteśmy z Sadownikiem i Heńką bogaci, skoro mamy dach nad głową? Jesteśmy wręcz obrzydliwie bogaci. Dlaczego tak łatwo ja i inni ludzie zapominamy ile mamy, traktując to, czego jesteśmy posiadaczami, jako oczywistą oczywistość? Od tamtej chwili, za każdym razem, gdy spotykam pana Piotra cieszę się nie tylko jego niesamowicie radosnym uśmiechem, ale również własną świadomością, że mam wszystko, czego potrzebuję.

Epilog: Rozliczając podatkowy rok 2010 sprawy w swoje łapy wzięła Heńka. W tym roku stadnie przekazaliśmy 1% podatku na organizację wspierającą bezdomnych. I co? I był zong! Wpisana w gugla fraza „bezdomność organizacja pożytku publicznego” wygenerowała wyniki z których większość dotyczyła bezdomności... zwierząt. Niesamowity jest ten kraj! Tak bardzo pełen sprzeczności. Kręciłam nosem, niby rozkapryszone dziecko, nie chciałam organizacji pod wezwaniem żadnego świętego. Przejrzałam kilka stron wyników. Poddałam się. Może bez świętego nie da się tego zrobić? Pomogłam Heńce i wskazaliśmy numer KRS Schroniska dla bezdomnych im. świętego Brata Alberta.

piątek, marca 18, 2011

204. Szczepienie Heńką i Miłością

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Tak długo, jak długo bije w nas serce, miłość nie umiera. Impuls miłości może być jedynie głęboko zakopany i silnie wyparty. Człowiek ten przyszedł do mnie, ponieważ namówiła go do tego kobieta, z którą pozostawał w seksualnej relacji. Narzekała na niego, że nigdy nie wyraża żadnych uczuć. Zwierzył mi się, że nie wie, czym jest miłość, i zapytał, czy to to samo uczucie, które ludzie żywią do swoich psów.

A. Lowen, Radość,
Wydawnictwo Czarna Owca, 2010.

Czy to takie samo uczucie?

Sadownika kocham
na dobre, na złe,
na obiad i na noc.

Heńkę kocham
w deszczu, w śródnocnej ciszy śpiącego miasta
w słońcu i w spontaniczności jej wiecznego zachwytu światem.

Dzięki Sadownikowi mogę stawać się sobą.
Dzięki Heńce nie chorowaliśmy całą zimę.

Miłość, Sadownik i Heńka.
Heńka, Sadownik i Miłość.
Bez nich nie byłoby dzisiejszej Mnie.

Czy to takie samo uczucie?
Nie wiem. Wiem tylko, że uszczęśliwia.

Kto wie? Matematyk!
Sadownika kocham na, Heńkę w
To zupełnie różne odwzorowania.

203. Magia długiego, szczęśliwego związku

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

— A gdyby?
— Byłoby cudownie.
— Tam?
— Tak.
— Dziś?
— Nooo.
— Zamówimy to co zwykle?
— Tak, poproszę.

środa, marca 16, 2011

202. Niewyrodny Sadownik trwa przy wyrodnej Jabłoni

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dwa ostatnie dni wieczorna osiedlowa sfora spod górki ma radochę ogromną. Szabi, psi burżuj, jest posiadaczem piłeczki niezwykłej… świecącej! Nie tylko psy, ale również wszyscy właściciele sierściuchów ulegają odrobinie sportowego podniecenia śledząc tor ruchu piłki: gdzie piłka poleci, kto dopadnie ją jako pierwszy, który potem pies wyrwie piłeczkę zwycięzcy i ucieknie…

Jabłoń:
(wieczorem, już w łóżku przed snem)
Czy wydałbyś pięć dych na świecącą piłkę dla Heńki?

Sadownik:
(z wahaniem w głosie)
No nie wiem.

Jabłoń:
Skoro się wahasz, to pewnie byś wydał…
To ja jestem ta wyrodna, bo bym nie kupiła piłki w tej cenie.
Wiesz, pięć dych to jedna trzecia najlepszego sushi w mieście,
to jakaś wypasiona książka do poczytania…

Heńka nie ma wyjścia, bawi się tańszymi zabawkami. Na szczęście nie umie mówić pełnymi zdaniami i nie będzie płakać krokodylymi łzami, że jej piłka nie świeci lub jest mało firmowa. Ostatnią deską ratunku jest Sadownik, może kupi...

Nie wspomniałam w rozmowie z Sadownikiem, że pięć dych to prawie połowa ceny wielkiej księgi pt. „Psychopatologia”. Nie wspomniałam, bo to byłaby już prawdziwa patologia wyrodności Matek bez sierści...

201. Zaufałaś? Zaufałeś?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Zaufałem Życiu. Banał? Jednak brzmienie tych słów zmienia się, nabiera głębi i szczególnego znaczenia, gdy wypowiada je osoba, której dane było przeżyć własnego raka. W poniedziałek dane mi było usłyszeć te słowa. Usłyszeć prawdziwie. Zatrzymały mnie w zadumie.

Zapisałam na kartce: zaufałem Życiu. (…) Chciałem cieszyć się Życiem. Zapisałam, bo bardzo nie chciałam zgubić sensu tych słów. Drugi dzień chodzę i myślę, że „zielone Życie” to nie to samo co „niebieskie Życie”... to wielka Siła... by jej się poddać, trzeba znaleźć siłę w sobie...

piątek, marca 11, 2011

200. Psie spotkania

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Zostawiamy na jeden dzień wieczorne spacery pod górkę. Nie spotkamy dzisiaj Harry'ego, Jogi, Szabiego czy Koko. Straż Miejska też nie będzie miała okazji przetestować naszej znajomości praw Właściciela Czworonoga (odrobiliśmy lekcje w tym względzie).

Jedziemy na wiochę, gdzie czekają ogony Docenta, Jagi, Tofika i Saby. Troszkę się boję, czy one pamiętają Heńkę. Co uchodziło bezkarnie kilkumiesięcznemu szczeniakowi, nie musi przejść bez echa w przypadku psiej pannicy. Mam jednak nadzieję, że nie będzie źle.

Kudłata, jak zwykle nastawiona do wszystkiego optymistycznie, wyczuła chyba pismo nosem, bo o 4.50 byłyśmy już na pierwszym spacerze.

Jak to dobrze, że całym Stadem uwielbiamy wspólne podróże samochodem. Dawno nie jeździliśmy... Mam nadzieję na cudne, może nawet 30 godzin...

czwartek, marca 10, 2011

199. Kim w poprzednim życiu była Niuta?

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Sadownik przytargał dzisiaj przesyłki, karmę i smakołyki dla Kudłatej. Po raz pierwszy kupiliśmy na próbę trzy, duże kości wołowe. W ramach eksperymentu po obiedzie uraczyliśmy Sierściucha jedną z nich. I wydało się... w poprzednim życiu Heńka była... Indianinem. Stąd pewnie jej niebywałe zdolności do medytowania, kontemplowania cudu życia i wiecznego zachwytu.

Na widok tak dużej kości psica zamarła w bezruchu. Sadownik stwierdził, że pewnie kość jest za duża. Jakoś nie wierzyłam, że istnieją na świecie kości za duże dla psów. Kudłata też w takie bajki nie wierzy. Nasza zreaktywowana Indianka z przeszłości --- Niuta Wieczny Uśmiech --- odtańczyła przed kością taniec wojownika. Płakaliśmy ze śmiechu. Potem dość płynnie przeszła do znanej nam roli zwykłego psa na usługach własnych zębów. Sadownik poszedł na siłownię a ja mam chwilę dla siebie. Nie przypuszczałam, że Heńka może się czymś zająć na dłużej niż godzinę. Może! Teraz z jeszcze większym zacięciem twierdzi, że Życie pyszne jest! Tak jest!

***

Rano, o 5.12, gdy wyszłyśmy z Heńką na pierwszy spacer padał cudowny, wiosenny deszcz. Tęskniłam już za deszczem. Biorąc pod uwagę, że w zeszłym tygodniu zgubiłam ostatnią parę rękawiczek przewidzianych na tę zimę, można śmiało powiedzieć: wiosna u nas już jest!

środa, marca 09, 2011

198. Tylko 192 strony i Jabłoń powalona

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

W poniedziałek. Szłam. Weszłam. Azyl dla niechcianych książek. Kupiłam. Wycięło mnie z życia już po pierwszych stronach i trzymało do wczoraj wieczorem. Nie mogłam przestać o tej książce myśleć. Musiałam robić przerwy w czytaniu. Nigdy wcześniej nie czytałam niczego tak trudnego. W przerwach między kolejnymi stronicami gapiłam się w sufit i zastanawiałam się, co jeszcze, wobec tego wszystkiego, ma jakikolwiek sens? Czytając nie mogłam znieczulić się świadomością, że to przecież tylko beletrystyka. To nie była beletrystyka. To fakt przytłoczony kolejnym i następnym. Konkretna kobieta, konkretne życie, konkretny świat, bardzo konkretna strata. Autorka precyzyjna aż bólu:

Jak się okazuje, żal po stracie jest niby miejsce, którego nikt z nas nie zna, póki do niego nie trafi. Spodziewamy się (wiemy), że ktoś z naszych bliskich może umrzeć, lecz nie sięgamy wzrokiem poza kilka dni lub tygodni bezpośrednio po owej wyimaginowanej śmierci. Błędnie interpretujemy naturę nawet tych kilku dni lub tygodni. Być może spodziewamy się odczuwać szok, jeśli śmierć będzie nagła. Nie spodziewamy się, że ów szok wyprze wszystko inne, zakłóci działanie zarówno ciała jak i umysłu. Być może spodziewamy się, że będziemy załamani, niepocieszeni, będziemy szaleć z rozpaczy. Nie spodziewamy się oszaleć naprawdę; stać się twardą sztuką, która wierzy, że mąż niedługo wróci i będzie potrzebował butów. (…) Nie możemy też przewidzieć (i w tym leży sedno różnicy między żalem wyobrażonym i żalem rzeczywistym) niemającej końca nieobecności, która następuje później; pustki; zupełnego przeciwieństwa sensu; nieubłaganego pochodu chwil, kiedy będzie się zmagać z doświadczeniem całkowitej bezsensowności.

Joan Didion, Rok magicznego myślenia,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

Sadownik dzisiaj przy śniadaniu zapytał: „po cholerę czytasz takie książki, skoro potem nie masz siły nawet się uśmiechnąć?”.

Świadomość jak kruche i krótkie jest ludzkie życie powoduje, że ręce opadają mi do ziemi; sens spraw niecierpiących zwłoki znika; sens całego mojego, małego życia staje się niebytem a bez choćby małego sensu to nawet z łóżka ciężko mi wstać.

Ta sama świadomość jak kruche i krótkie jest ludzkie życie zaraz potem porusza coś we mnie by z przytupem docenić tę maleńką drobinkę życia, którą mam przed sobą; króciutki czas do dzielenia go z innymi, którzy też nie mają go tak wiele jak myślą. Natychmiast w tej trudnej książce udaje mi się odnaleźć dwa piękne fragmenty, dla których z pewnością warto było zanurzyć się w tej lekturze:

„Bardziej niż jeden dzień więcej”, szepnął [John] --- kolejne rodzinne powiedzenie. Była to aluzja do kwestii z filmu „Powrót Robin Hooda” Richarda Lestera. „Kocham cię bardziej niż nawet jeden dzień więcej” mówi Audrey Hepburn jako Marion do Seana Connery’ego jako Robin Hooda (…).

(…) chodziło mu o to, że zamierzamy zrobić coś, czego zwykle nie robimy --- dostał na tym punkcie obsesji. Nie mamy żadnych rozrywek, zaczął powtarzać ostatnio. Protestowałam (czy nie zrobiliśmy tego, czy nie zrobiliśmy tamtego), ale zarazem rozumiałam, o co mu chodzi. Chodziło mu o robienie różnych rzeczy nie dlatego, że ich od nas oczekiwano, ani dlatego, że zawsze je robiliśmy, ani dlatego, że powinniśmy je zrobić, ale dlatego że chcieliśmy je robić. Chodziło mu o pragnienie. Chodziło mu o życie.
To była właśnie ta podróż do Paryża, o którą się pokłóciliśmy.
To była właśnie ta podróż do Paryża, o której powiedział, że musi ją odbyć, inaczej nigdy już go nie zobaczy.

Joan Didion, Rok magicznego myślenia,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2007.

„Bardziej niż jeden dzień więcej”. Od dziś dla mnie to cudowna mantra, bo Jabłoń Sadownika bardziej niż jeden dzień więcej…

(196+1). Przy śniadaniu...

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

...opisanym w (194+2). sączyła się z radia piosenka, której oboje nie znaliśmy. Zaczarowała nas swoim tekstem. Wczoraj udało mi się ją znaleźć w zsypie na dźwięki:

Jaromír Nohavica, Kiedy kitę odwalę.
[suplement: 16.08.2023]
White Raven’s Liked List

niedziela, marca 06, 2011

(194+2). Martyrologia mięśniowa stosowana

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Przy śniadanku robiliśmy wstępną prognozę pogody odczuwania naszych ciał.

Jabłoń:
(zachwycona swoimi zakwasami)
Żyjesz?

Sadownik:
(obolały, zakwaszony)
Tak, ale co to za życie...

Jabłoń:
No nie mów, że ci się nie podoba...

Sadownik:
No tak. Podoba? Po tylu latach z tobą
masochizm to moja druga natura.

sobota, marca 05, 2011

(194+1). Karki, lalki Barbie i ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Ciało i umysł. Wolę ciekawe ludzkie wnętrza od fasad człowieczych ciał. Przysłowiowe „karki” i „lalki barbie” w dowolnym wieku cywilizacyjną porażką rozwoju? Tak mam i już. Może właśnie dlatego moje ciało postanowiło mnie reedukować i poprzez ból ogłasza mi swój protest-song: „beze mnie nigdzie nie zawleczesz tego swojego umysłu”. Nie zawlokę.

Wczoraj odbyłam inaugurację na siłowni. Pierwszy raz w życiu byłam w tak dużym parku maszynowym. Swoista hala produkująca zakwasy. Osobisty trener wyznaczył osobiste ćwiczenia i poszło me ciało osobiście w ruch... I co? Przeżyłam zachwyt potrójny.

Po pierwsze, dyskretne, piękne maszyny. W żaden sposób nie przypominały tych, z którymi miałam do czynienia w trakcie wyczynowego uprawiania sportu. Sztabki kilogramów wielu ukryte w obudowie. Bez cienia frustracji 60 kg, które przed chwilą targał kark, zmieniałam na 5 kg i zasuwałam --- dumna i blada, że daję radę. Zaczynam osadzać się w wieku, gdy nic już nie jest oczywiste.

Po drugie, maszyny! Zachwyciły mnie swą konstrukcją. Znów, zupełnie inną niż ta sprzed dwudziestu kilku lat. FengSzuj wpleciony wygięciami i zaokrągleniami, fizyka z fascynującymi bloczkami stanowi w tych maszynach niemal naturalne piękno. Podnosiłam, opuszczałam i zachwycałam się uroczą konstrukcją, lineczkami, przełożeniami. Miodzio! Targnęłam i dodatkowe pięć razy by na to cudo w działaniu popatrzeć.

Po trzecie, megaodkrycie! Już nie gardzę karkami i lalkami barbie. Jechanie na wspólnej energii tych wszystkich ludzi, którzy przyszli poćwiczyć powoduje, że ćwiczy się dużo łatwiej i przyjemniej. Natychmiast przypomniał mi się fragment książki Mindella:

Razem z nami szedł wujek Lewis Obrien, członek aborygeńskiej starszyzny. Delikatnie położył mi rękę na ramieniu i spokojnym tonem powiedział: Popatrz tam, Arny, w kierunku centrum. Co widzisz?”. Odpowiedziałem, że widzę Victoria Square, hałaśliwe, pełne krzątaniny, biznesowe centrum miasta. Setki ludzi robi zakupy, trąbią samochody, a autobusy z trudem przepychają się przez zatłoczone jezdnie. „Wygląda mi to na zagonione miasto” — odparłem.
     Wujek Lewis zasugerował, żebym spojrzał raz jeszcze. Kiedy znowu patrzyłem, widziałem tylko to samo hałaśliwe miasto. „No coż, wzrok masz dobry, ale nie widzisz Śnienia. Biali ludzie nie widzą Śnienia, ale i tak je czują. My, Aborygeni, rozbijaliśmy obóz w miejscu, gdzie teraz jest centrum miasta; tam właśnie jest najsilniejsze Śnienie. Victoria Square to cudowne miejsce i dlatego biznes tak dobrze tam prosperuje
.
     Wstrząsnęło to mną i sprawiło, że moja świadomość otoczenia ulega przemianie. Zorientowałem się, że patrzyłem na miasto przez szkła doświadczeń i wychowania typowego dla obywatela USA. Aż do spotkania z tym mądrym człowiekiem, mając możliwość wyboru, wolałem unikać miast i przebywać na wsi. Wujek Lewis uświadomił mi, że cuda natury, których poszukiwałem na łonie natury, były tuż przede mną, w centrum zabieganego miasta. Śnienie jest zawsze obecne. Jest niczym aura lśniąca wokół przedmiotów i wydarzeń, które nazywasz codziennym życiem.

Arnold Mindell, Śnienie na jawie,
KOS, Katowice 2004.

Tak, na terenie siłowni jest mocne Śnienie, które rozwija się z łatwością w potrzebę zadbania o swoje ciało. Ćwiczy się wręcz mistycznie. ;)

Na koniec, zupełnie poza wszystkim, gdy już opuszczałam przybytek kształtowania ciał zobaczyłam napis, pod którym podpisuję się obiema rękami, nogami, sercem, duszą:

one life. live it well.

Taki mam zamiar! Od wielu, wielu lat.

piątek, marca 04, 2011

194. Yuppie to od wczoraj też ja

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Nie szykowałam się do żadnej podróży. Nie kupiłam żadnego biletu. Nie wpadłam w znany mi dobrze i uwielbiany stan blondynki w rozterce, która musi spakować wszystko co ma do jednej torby, bo wszystko jest zwyczajnie niezbędne. Nie udałam się na żaden dworzec. Moje ciało nie przeszło przez żadną bramkę na terenie portu lotniczego.

Mimo tych wszystkich „NIE”, w ciągu ułamka sekundy, wylądowałam za oceanem, wśród stada Yuppies, na planie filmowym amerykańskiego filmu o kulcie ciała. Zaraz przypomniał mi się jeden z moich ukochanych filmów z Barbrą Streisand „Miłość ma dwie twarze” (Mirror has two faces).

Wydawało mi się, że wisienką na torcie dnia wczorajszego będzie wizyta u Pana Osteo. Wyszłam od niego, jak zwykle obita, ale w cudownym stanie a tu proszę... sprawy, w przeciwieństwie do mojego metabolizmu, przyśpieszyły, wręcz nabrały zawrotnego tempa.

No więc, za oceanem, choć nigdzie nie leciałam, siedziałam przy stoliczku i dojrzewałam do myśli, że przez tę cholerną podróż --- której przecież nie planowałam --- nigdy już nie będę starą, dobrze znaną mi Jabłonią. Podpiszę dokument i będę kimś innym. Kim? Siedziałam i zastanawiałam się nad sobą. Wszystkie ostrzegawcze żaróweczki rozbłysły w mej głowie. Kim ja właściwie w tej chwili się staję? Gapiłam się w jeszcze obcą mi przestrzeń, aby choć trochę ją oswoić i wyleźć z szoku poznawczego. Obok przemykały panie i panowie. Wchodziły jedne garnitury, wychodziły inne. Ciała, ciała i jeszcze raz ciała. Rozdzielone maszynami, które, z prawie niesłyszalnym pomrukiem zadowolenia, o te ciała dbały.

No... i... No, tak. Sadownik wywalczył lwią zniżkę i... podpisaliśmy wczoraj umowę cywilno-prawną dotyczącą siłowni. Maszyny będą rozpieszczać i nas. Wszystko w nagrodę za to, że jeszcze żyjemy. A potem każde z nas będzie wygrzewać się w saunie. No... sama nie wiem... ale podpisałam... na rok! Czy moje bicepsy, tricepsy, mięśnie czworogłowe ud mają pojęcie ile to jest rok? Nieważne, dowiedzą się...

Wszystkiemu, oczywiście, winna jest Heńka. Gdyby jej nie było, nie pociągnęłaby mojego nędznego kręgosłupa. Gdyby nie pociągnęła mojego kręgosłupa, nie znałabym nawet słowa osteopata. Gdybym nie poznała Pana Osteo, Sadownik nigdy by do niego nie trafił. Gdyby Sadownik nie trafił do Osteo, nie byłoby całego zamieszania z siłownią. Tak właśnie Heńka uczyniła nas świeżutkimi Yuppies. Już pisałam, że pies niczego nie zmienia... pies zmienia wszystko, zwłaszcza jak jest suczką! Będziemy z Sadownkiem jak Barbra zasuwać po bieżni... żeby tylko... Tak czy inaczej, obejrzę sobie po raz setny Barb(a)rkę, postanowiłam.

Barbra Streisand & Bryan Adams,
I Finally Found Someone.

środa, marca 02, 2011

193. Zaczarowany Świat

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Dlaczego nie jestem pijaczką? Zapytano mnie. Zgłupiałam. Dlaczego ktoś miałby chcieć być pijaczką? Ludzie marzą o różnych rzeczach, sławie, pieniądzach, szczęściu... Czy można marzyć o byciu pijakiem? Można, bez względu jak bezsensowne wydaje się to na pierwszy rzut oka. Wystarczy zmienić perspektywę i być… osobą terminalnie chorą.

Jak zwykle, moi Pacjenci to najwięksi Nauczyciele, jakich spotykam na swej drodze. Znów przytrafiła mi się szybka lekcja Piękna, jakim jest Życie samo w sobie. Jeszcze w zeszłym tygodniu narzekałabym, że muszę iść i tu i tam, zrobić to i owo a tak bardzo mi się nie chce. Śrubki w głowie potrząśnięte. Może i muszę, choć właściwszym byłoby napisać, że chcę. Najważniejsze jednak, że mogę to zrobić. Gdy uświadamiam sobie jakim cudem jest „móc” to Świat natychmiast wygląda na zaczarowany...

A Heńka na to, jak zwykle z niewyczerpywalnym, psim entuzjazmem: mój Świat jest zawsze czarująco zaczarowany! Czy muszę pisać, że jest cudnie dzielić Świat z taką Istotą, co zaraża uśmiechem od ucha do ucha, od rana do wieczora?

wtorek, marca 01, 2011

192. Burżujem jestem!

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Tak. We wtorki w tym semestrze jestem burżujem, bo otwieram oko dopiero o 6.30. Dzisiaj z radości posiadania takiego bogactwa wyskoczyłam z łóżka, jakbym spała do jedenastej. Kudłata była zachwycona. Poszłyśmy na dwór, gdzie trafił nam się nie lada bonus, gratis, coś całkiem ekstra --- czarne zabawiło się w berka z czarnym. W małym parku spotkałyśmy dwie duże kawki. Heńka z wrażenia wyhamowała i podziwiała. Ptaszki łypały na Heńkę. Heńka łypała na ptaszki. Ów pojedynek na miny trwał dopóki mięśnie psich kończyn nie porwały kudłatego ciała do przodu ku piórom. Zwykle jest to już koniec opowieści, ale nie dziś. Owe kawki, niczym ptasie, wyzwolone feministki z uporem maniaka parkowały swoje ciała dwa metry od Heńki udając, że nic się nie dzieje. Heńka patrzyła, zrywała się, ptaki podrywały się do lotu. Sierściuch zatrzymywał się, ptaszki podlatywały, lądowały i udawały, że wcale na Heńkę nie patrzą. Niutka była w miłym, poznawczym szoku. Cała procedura powtórzyła się kilka razy. Przyjemnie było na to patrzeć jednocześnie wygrzewając się w słonku. Dopiero gdy wracałam, uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy w tym roku nie założyłam rękawiczek, tylko niosłam je w dłoni. Zapachniało wiosną. Do burżuja to i wiosna ma jakoś bliżej…

czwartek, lutego 24, 2011

191. Człowiek — psem ogrodnika

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Opadły mi dziś ręce. Od 1 marca do 31 października psom na plażę w Sopocie wstęp wzbroniony. Nie o Sopot mi chodzi. Martwi mnie sama w sobie ciasna idea ciasnych umysłów radnych ciasnego miasta, która może w dalszej perspektywie okazać się zaraźliwa. Rozumiem, że w marcu, kwietniu, wrześniu i październiku zacni ludzie tłumnie kąpią się, opalają i dbają o czystość polskiej plaży, nie wyrzucając nigdy za siebie puszek, opakowań plastikowych, flaszek, petów. Zacny naród, tylko czemu odechciewa mi się do niego należeć?

Smutno mi tym bardziej, że straż miejska w Wawie od dwóch dni nie ma co robić i gania właścicieli labradorów za... brak kagańców. Heniuśka, nie uśmiechaj się do kretynów! Ona głupia się uśmiecha... ręce opadają... tylko kaganiec ją z tego uśmiechu i nieskończonej wiary w ludzi może wyleczyć. :(

środa, lutego 23, 2011

(189+1). Zakrzywianie czasoprzestrzeni

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Na nasze życie największy wpływ mamy my sami. Wygodnie jest przynajmniej tak myśleć, bo daje to ułudę względnej sterowalności. Jeśli chodzi o „wpływ” pomińmy rodzinę, kochanych i nienawidzonych, obecnych, byłych i może przyszłych. Są jednak tacy ludzie, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że zmienią nasze życie na zawsze. Więcej, oni najczęściej nie wiedzą, że mieli niebagatelny wpływ na to, co zrobiliśmy z naszym życiem. Jeśli o mnie chodzi, orientacja, że ten czy tamten człowiek był właśnie z tej puli ludzkich istnień, następuje dopiero po kilku latach klarowania się faktów.

Z Brrr, jak już usiądziemy przy kawie, prowadzimy wiele rozmów, które niby się kończą, ale często niczym kręgi na wodzie dotykają czegoś w mojej głowie, o czym dowiaduję się zwykle kilkanaście godzin później. Nie mogło być inaczej wczoraj. Tym razem rzecz dotyczyła owego dziwnego gatunku człowieka, który pojawia się bez etykietki a po latach okazuje się Katalizatorem Wielkiej Zmiany obleczonym w ludzką skórę.

Na piątym roku studiów miałam przedmiot „Jakość oprogramowania”. Nie było książek. Nie było wiadomo, co gość chce. Trzeba było chodzić na wykład. Wykład potwornie chaotyczny, inżynieria filozofii lub filozofia inżynierii w zależności od nastroju wykładowcy. No i pękłam. Facet powiedział coś, co spowodowało, że nie mogłam go już dłużej słuchać: „Jakość oprogramowania mierzy się stosunkiem liczby błędów wykrytych do liczby wszystkich błędów”. Matematyczna część mnie wcale nie chciała się śmiać, ona postanowiła nie oglądać owego faceta już nigdy na oczy. Na fali „liczby wszystkich błędów” poszłam w odpowiednie miejsce, wypełniłam wniosek o wyjazd i jak ślepa kura co grała w totka trafiłam. Po czterech miesiącach od owego feralnego wykładu nie słyszałam języka polskiego. Żyłam w diametralnie innym świecie, choć wciąż była to Europa. Poza merytorycznymi rzeczami, dużo ważniejsze było to, że wyleczyłam się z kompleksu centymetrów nadmiarowych. Więcej, żyłam w kraju, w którym pięknem absolutnym są kobiety z błękitnymi oczami. Po raz pierwszy w swoim życiu byłam piękna i ku memu zdziwieniu okazało się, że to ma również swoje cienie. Wróciłam do kraju inna. Ów Profesor nigdy pewnie nie pomyśli jak wiele dobrego zrobił dla mnie wypowiadając jedno zdanie, z którym żaden prawie magister inżynier zgodzić się, nawet w ramach eksperymentu, nie może. To było bardzo, bardzo dawno temu. Za tydzień zaczynam letni semestr. Ciekawe, ale i obezwładniające, czyje życie zmieniłam, zmieniam, zmienię ja... strach się bać.

W podawanych w piątek wiadomościach radiowych moją uwagę przykuł fakt, że Politechnika Gdańska postanowiła w nadchodzącym roku akademickim wydłużyć każdą godzinę zajęć (45 min) o 3 minuty. W efekcie da to... skrócenie roku akademickiego o dwa tygodnie. Zamyśliłam się, policzyłam... jak w mordę, dokładnie dwa tygodnie zyskują w ten sposób. Na coś takiego wpaść może tylko inżynier --- pomyślałam z dumą. Genialne w swej prostocie. Prostota tak prosta, że granicząca z idiotyzmem, bo czy ma to jakiś sens, skoro studenci pierwsze dwie minuty zajęć wchodzą, siadają, wyciągają przybory, zeszyty, laptopy itd. Z drugiej strony, pomyślałam, jak niesamowita jest moc 3 minut. Zakładając, żeby było łatwiej liczyć, dziesięć godzin pracy dzienne, mówimy o 30 minutach na dobę. Tylko pół godziny dziennie! Gdyby poświęcić taki czas na to co zawsze chciało się zrobić, ale ciągle odkłada się to na później, na lżejsze czasy, na potem, być może na wieczne nigdy, choć niezmiennie jest to całkiem spore marzenie... Prawdziwa inżynieria filozofii życia!

Jedno z drugim łączy klamra postaci. To Profesor od „liczby wszystkich błędów” zarządził „piłkarskie” 3 minuty, by Euro mogło mieć politechniczne akademiki dla siebie. Po raz kolejny ów człowiek zmienia mi perspektywę postrzegania. Trzy minuty to cholernie dużo czasu! Teraz wiedzą to nie tylko jajka gotowane na miękko, ale wiem to również ja! Eksperyment przyszedł mi na myśl: każdego dnia przeżyć świadomie 30 minut w opozycji do biegania tu i tam, załatwiania tego i owego, planowania, urzeczywistniania. Będę musiała pogadać z Heńką, bo coś mi się zdaje, że dla niej to żaden problem nawet przez 24 godziny na dobę.

wtorek, lutego 22, 2011

189. Historie kołem się toczą

 wpis przeniesiony 1.03.2019. 
 (oryginał) 

Około trzydziestu lat temu... długo trwało zanim się doliczyłam. U mojej Babci nagle rodzinnie zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, gdzie jest nasz pies. Okazało się, że suńka oglądała komórkową wersję „Planette” nadawaną w czasie rzeczywistym --- komórka miała wtedy inne znaczenie. Obok domu, w którym mieszkali Dziadkowie był solidny budynek z komórkami gospodarczymi. Jeden z sąsiadów hodował tam króliki. Sunia zahipnotyzowana siedziała pod siatkowymi drzwiczkami i oglądała niemający końca serial.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy Heńka wyodrębniła z tła istnienie drzwi balkonowych. Doceniła je i często pod nimi przesiaduje oglądając swój analogowy, wiecznie włączony kanał telewizyjny. Głowa chodzi z lewej na prawą z dołu do góry... Przelatujące ptaki trzeba pilotować. Konika, który każdego ranka idzie do pracy na Starówkę, trzeba wzrokiem odprowadzić. Furorę wzbudzają przechadzające się po balkonie wróble. Sierściuch rozczula mnie swoim istnieniem najbardziej, gdy czasem, w pełnej zadumie przygląda się wędrującym po niebie chmurom. Skąd Padalec wie, że ja też to lubię robić? Uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę przylepiony do szyby psi nos. Śladów już nikomu nie chce się ścierać.

Około dziesięciu lat temu... może dwunastu... w pięknie, niekryzysowo wydawanej jeszcze wersji Dużego Formatu czytałam artykuł Adama Wajraka. Wycięłam go nawet i gdzieś w Przytulisku jest. Rzecz dotyczyła wydry, którą mieli chwilowo na stanie. Wspaniałe zdjęcia zachwyconego życiem stworzenia i cudnie opisane kłopoty jakich było twórcą. Otóż, owa wydra pewnego magicznego dnia nauczyła się odkręcać kurki kranów w łazience czyniąc fantastyczne powodzie ku swojej, nie do opisania, radości.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy kilka dni temu Heńka wycięła numer. Od początku... Dawno, dawno temu zauważyliśmy, że picie wody z miski jest dla Kudłatej fajne, ale dotykanie strumienia wody, gdy wlewamy wodę do miski jest dużo fajniejsze. Powolutku zaczęłam Heńkę oswajać z brodzikiem kładąc w nim słuchawkę prysznica z lecącą wodą. Niutka nie była skora do eksperymentów tak od zaraz, jak to zwykle ma w naturze, bo kabina prysznicowa kojarzy jej się z osobistym znikaniem z powodu kąpieli. Chyba szampon psi ma na nią podobny wpływ jak elektrowstrząsy na człowieka. Traci Psina tożsamość, nie wie kim jest, traci pamięć tego, w czym się ostatnio wytarzała, kto ją ostatnio zdominował. Całą historię osobistą trafia szlag a tego nawet psy nie lubią. Jednak powolutku, bez zmuszania, woda leciała a w Suni rosła fala zaciekawienia i stało się. Wchodzę do łazienki a Heńka nie tylko opita jak bąk, ale bawi się w badacza stojąc łapami w wodzie z pochyloną i kiwającą się głową. Odkryła bowiem, po kilku dniach użytkowania prysznica jako wodopoju, że brodzik ma otwór, wokół której wiruje woda, która gdzieś znika. Nie mieści się to w Heńkowej głowie... studiuje więc z zapałem a Sadownik zaciekawił się i zadał zadanie: o ile zwiększy się liczba zużywanych metrów sześciennych wody w Przytulisku od wodnych eksperymentów badawczych i nawadniania psiej Duszy.