środa, maja 23, 2012

(472+1). Recepta na magię

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Cudowną receptę od Sojusznika mej Duszy dziś dostałam:
     zachwyt każdym oddechem, wskazany :)
Literkę po literce przeczytałam.
Powoli delektując się każdym słowem.
Wróciłam do początku:
     zachwyt każdym oddechem, wskazany :)
Wykupiłam.
Z każdym oddechem i zachwyt, i wdzięczność...
i wszystko pięknieje, cudem się staje... magia!

poniedziałek, maja 21, 2012

(471+1). Lekarstwo na polską przypadłość

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najczęściej a może już tylko czasem, jak spotka się dwóch Polaków to genetycznie są uwarunkowani, by narzekać. Spotkały się w sobotę dwie pozbawione tych genów Polki i zaczęły rozmawiać o rzeczach, które je uskrzydlają, udały się ostatnio, zachwyciły. Owoców ta rozmowa miała wiele. Kwiatów, co rozkwitnąć dopiero mają zamiar też było niemało. Jednak, jeden owoc był na tyle dojrzały, że przybrał materialną postać i był gotów do schrupania.

By móc ten owoc skonsumować, wczoraj po pracy wpadłam do księgarni. Poszukałam w dziale, w którym nigdy jeszcze nie byłam. Chwyciłam egzemplarz. Zakupiłam. Wróciłam do domu. Wybiegałam Kudłatą i... zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy — zatrzymałam swój Świat. Zaległam z książką w hamaku z niepodważalnym postanowieniem, że z niego nie wylezę, dopóki nie „wyczytam” ostatniej literki, nie „wyoglądam” ostatniego zdjęcia, nie „nazachwycam” się gatunkiem papieru, na którym została wydrukowana ta pozycja książkowa. Tak się stało. Były chwile, gdy czytając płakałam. Były takie, gdy wzruszenie zmieniało rytm mego oddechu. Było wiele chwil, gdy się śmiałam. Ale cały czas czułam się głęboko uprzywilejowana, że mogę tę książkę mieć w rękach.

Dwóch facetów plus dobrzy ludzie i Marzenie. Po tej książce nie ma się już żadnego usprawiedliwienia, by narzekać. Napisałabym „sięgnij po nią”, ale najpierw przestroga. Uważaj, to bardzo niebezpieczna książka. W mgnieniu oka leczy z deficytów, problemy czyni wyzwaniami, a trudności chwilową niepogodą. To naprawdę niebezpieczne, ale… sięgnij! Nie pożałujesz. A potem podziel się, proszę. Daj znać jak Ci z Nią było.

Po prawdzie, wszystkie Osoby pojawiające się w tej książce stały się od wczoraj Sojusznikami mojej Duszy. Teraz będzie mi dużo trudniej wmówić Jej, że się nie da, bo świat się skończy, zawali... Dusza mówi: dawaj! A Serce na to rytmicznie wystukuje swoje Tak! Tak! Tak!

***

[Piotr] Niedawno zostałem wezwany do dyrektora banku, który zapytał, jak wyobrażam sobie zapewnienie ciągłości wpłat na mój rachunek. Uśmiechnąłem się i powiedziałem, że u mnie jest wieczny dylemat pomiędzy „mieć” a „być”. I że w tej chwili jestem na etapie „być”, ale… porozmawiamy, jak wrócę z Buenos. Nie wiem, jak mu to wytłumaczę, że salda nie są najważniejszym elementem mojego życia, a teraz muszę coś zrobić wyjątkowego dla innych.

*

W Twoim życiu obok momentów dobrych były trudne: śmierć brata, twoja choroba, sprawy osobiste. Jak sobie radzisz w tych najtrudniejszych momentach?

[Piotr] Bardzo ważne w momentach kryzysu jest to, by otwierać się na innych. Nie uciekać w izolację i wewnętrzną, psychiczną emigrację. Nie ma innej możliwości funkcjonowania, jak otwarcie na ludzi. W ten sposób człowiek „ładuje akumulatory”, jest w stanie się podnieść i iść dalej.
     Człowiek, jeśli jest sam, gaśnie. Kwintesencją odpowiedzi na postawione pytanie będzie przypowieść i rada, jakiej udzielił mi kiedyś lekko „zawiany” góral z Zawoi. Coś, co mnie zupełnie powaliło: „Bo wis cłeku, z problemami w zyciu to jezd jak z tym powrozem co ma mnóstwo węzłów. Jak się ktoś ino kce po tej życiowej linie ślizgać, to go strośnie dupa będzie boleć. A mądry cłek jak to uwidzi to każdy supeł — co jest dla głupiego problemem — wykorzysta! Wesprze się na nim, wyżej wylezie po powrozie, na wirsycek, ku Bogu. Hej!”

*

Łukasz: (…) góry zdobywa się głową.
     Piotr: Tak, jak kobiety… i indeksy.

*

     — Piotr, uważasz, że masz szczęście w życiu?
     Piotr: Tak. Z medycznego punktu widzenia też.
     A największe szczęście Łukasza? To że nie widzi przeszkód...

K. Pinkosz, Ł. Żelechowski, O dwóch takich… Teraz Andy,
Demart, Warszawa 2011.
(wyróżnienie kolorem moje)

niedziela, maja 20, 2012

471. Przypadki... pokochać od zaraz!

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

A, B, C:
Będzie nudno, czyli o tym samym.

Wersja A:
Ludzie dzielą się na tych, którzy uznają fakt istnienia przypadków i na tych, co z uporem maniaka wierzą, że w życiu nie ma przypadków, że to co wygląda na przypadek jest tylko i wyłącznie puzzlem, którego właściwe miejsce jest nam jeszcze nieznane. Zwykle potrzebny jest czas, by złapać właściwą perspektywę. Nowe puzzelki muszą się zadomowić, poprzesuwać, wskoczyć na swoje miejsce, by mógł odsłonić się nowy fragment układanki.

Jestem z serii tych, co nie wierzą w przypadki, ponieważ są zbyt precyzyjnie nieprzypadkowe. Uczę się owe, tak zwane „przypadki” kochać od zaraz. To nie jest wcale łatwe, bo na pierwszy rzut oka zawsze wyglądają jak porażka, rozczarowanie, kłopot a nawet zalążek tragedii.

Kilka miesięcy temu ciąg zdarzeń przeróżnych doprowadził mnie do spotkania, które nie było dla mnie łatwe a finalnie okazało się nawet średnio przyjemne. Zastanawiałam się, po co mi to było. Próbowałam wyssać mądrość jakąś ze szpiku tego zdarzenia, bo przecież nie ma przypadków... Dopiero wczoraj odsłonił się w znaczącym stopniu puzzel Gebharowym kolorem malowany. Przestałam żałować, że wtedy... że tak wyszło... że może nie miało to sensu... że na drugi raz bym tak nie zrobiła... Fajnie, że się wydarzyło! Miało sens! Gdyby cofnął się czas, zrobiłabym to samo!

Patrzę do tyłu na listę wszystkich „przypadkowych przypadków” w swym życiu... ciekawe, że finalnie z łez, smutku i rozpaczy lubią przekształcać się w spełnienie, radość, wiarę, nadzieję i miłość. Marzy mi się już tylko, by dostrzegać ich piękno ciut szybciej, nauczyć się je kochać i doceniać tak szybko, jak szybko jest to możliwe uwzględniwszy potrzebę, że czasem niezbędna jest porcja czasu, by przetrawić, zrozumieć, dojrzeć...

__________________
To kolor Starej Duszy. Ucieleśniony paradoks, bo choć spotykasz ten odcień po raz pierwszy w swoim życiu, to wiesz, że znasz go od zawsze.


Wersja B
:
Dojrzeć... zobaczyć? Nie! Dojrzeć. Amen.


Wersja C
:
Dojrzeć... Drugiego Człowieka
Dojrzeć... w Drugim Człowieku, by
Dojrzeć wewnętrznie. Amen.

sobota, maja 19, 2012

470. O miłości rozmowa z Siedmiolatką

Są poważne tematy, które najłatwiej poruszać z najmłodszymi.

Dziś na festynie dla dzieci (Heniutka była w pracy) podeszła do naszego duetu siedmioletnia Dziewczynka i zapytała:
     — Czy kocha pani swojego psa?
     — A jak myślisz?
     — Myślę, że bardzo.
     — Masz rację, bardzo.

czwartek, maja 17, 2012

469. Niewidzialna Heniutka

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Pod delegacyjną nieobecność Sadownika udałyśmy się z Antenką na wystawę, na którą wybierałyśmy się już od wielu tygodni. Niewidzialna część przeszła nasze oczekiwania, np. doświadczyłyśmy, że nasze zmysły dotyku są prawie ślepe podczas rozpoznawania paluszkami najsłynniejszych, globalnych marek, na które nasz wzrok natyka się na ulicy średnio co czterdzieści sekund. W części „widzalnej” używając maszyny do pisania brajlem napisałam imię mojej Kudłatej Dziewczynki (Hexe):


***

Postanowiłam, rozstając się z Antenką, zmysłom dać już dzisiaj odpocząć... docenić, że choć kulawe tu i tam, są!

środa, maja 16, 2012

468. Głupota miłosna, sztuk raz

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dziś był... pierwszy, pełny dzień.
Z piętnastego roku... wspólnego życia.
Sadownika z Jabłonią.
Jabłoni z Sadownikiem.

***
Sadownik:
(filozoficznie)
To nie jest mądre...
tyle lat... z jedną babą...

Jabłoń:
Noooo...

Sadownik:
(znajduje światełko w tunelu)
Ale ty jesteś głupsza, bo...
ja mam wykształconą żonę,
a ty masz męża nieuka...

Jabłoń:
Nooo... głupia... to ma szczęście...

wtorek, maja 15, 2012

(466+1). Z Ciocią Antenką

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Ciocia Antenka się śmiała, Sadownik się śmiał, a ja... syndrom matki opuszczającej miałam w niedzielę. Antenka listę spisała. Jeść to. Jeść o której. Podstawowe komendy. Tu obroża. Tu smycz. Tam smakołyki. Kong załadowany owocowym przepisem Bliźniaczej Liczby. Na chorobę sierocą ugotowane jajko czekało. Długa lista zależności: „jeśli piłkę przyniesie, to rzuć”, „jeśli misia przyniesie, to na szarpanie się ma chęć”, i tym podobne „jeżeli-to”. Było psu... jak z najukochańszą Ciocią... cudnie.

Antenka opowiedziała nam, jak Henia twórczo poza repertuar „jeżeli-to” wyszła. Wkładała Cioci do ręki pusty kong. Raz, drugi, trzeci. Nasza cwana Bestia psim uporem naciągnęła swoją ukochaną Ciocię, by Ta... napełniła jej jeszcze raz kong czymś dobrym. Napełniła.

My na koncercie, a Henia nawet nie zdążyła za nami zatęsknić, tak dobrze jej z Ciocią było. W poniedziałek rano na jej pysku było widać pytanie: „jedziecie gdzieś dzisiaj”?

(466=437+29). Bez Cioci Antenki

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wyjeżdżaliśmy na koncert. W ostatnią niedzielę.
Ukochana Ciocia Heniutki, czyli Antenka zgodziła się pomieszkać z Sierściuchem w czasie naszej nieobecności.

Nie byliśmy na koncercie. W ostatnią niedzielę.
Od wielu lat nie jest bowiem możliwe pójście na koncert Petera Gabriela, nawet jeśli ma się legalne dwa bilety. To nie był koncert. To była orgia dla uszu. Magiczne przeżycie. Przeryczałam trzy pierwsze utwory ze wzruszenia. Nie koncert, lecz przedstawienie poruszające głęboko trzewia. Splot nut, pauz, światła, rytmu, kontrastu barw. Między jednym hiciorem a drugim opowieść o kondycji ludzkiego losu; o mocy, którą mamy, gdy chwycimy się za ręce i spojrzymy w jednym kierunku, o sile, której nie jesteśmy świadomi.

***

Saporcik, czyli muzycznych przedskoczków, wybierał sam Gabriel z niebywałym wyczuciem i wrażliwością człowieka chcącego uszanować każde z pojedynczych ludzkich istnień. Zagrał zespół z Krakowa. Kroke. Nie miałam pojęcia, że istnieją. A teraz szukam tych kawałków, co wpadły mi w ucho. Znalazłam.

By posłuchać i obejrzeć:

Kroke, Time.


By obejrzeć i posłuchać: [np. od delikatnego Light in the Darkness]

piątek, maja 11, 2012

465. Pan Sułek wiecznie żywy

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

— Kocham pana, panie Sułku.
— Ciiiiicho, wiem!

***

Sadownik:
(z samego rana otwiera drzwi łazienki i zastaje tam Jabłoń)
A pani co robi w moim domu?

Jabłoń:
???

Sadownik:
Sprzątanie to od dziesiątej.

Jabłoń:
Myślałam, że jestem do kochania.

Sadownik:
Jak posprząta, to mogę ukochać.

środa, maja 09, 2012

464. Prezentem obdarowana

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Wczoraj. W środku ciepłego, słonecznego dnia, wracałyśmy z Henią z parku. Pod domem minęła nas na oko pięcioletnia Dziewczynka. Stanęła na schodach swojej klatki i nie przestawała patrzeć na Kudłatą z zachwytem. Gdy zauważyła, że na nią patrzę, okazało się, że zachwyt psem pokrył się grubą warstwą nieśmiałości i mała Osóbka zaczęła znikać w głębi klatki, bym tylko nie dojrzała jej oczu. Na głos powiedziałam do Heni:
     — Widzisz jakie masz szczęście? Taką fajną dziewczynkę właśnie spotkałaś.

***

Dziś. Wracam do domu. Mijam pobliskie przedszkole. Znów był piękny dzień, więc dzieci pasły się na ogrodzonym podwórku. Nagle, spod ziemi wyrosła i zawisła na siatce płotu Pięciolatka. Uśmiechnęła się pięknie, a na jej twarzy nie było śladu wczorajszej nieśmiałości. Swoim pytaniem chwyciła mnie za serce:
     — Jak się ma dzisiaj piesek?

***

Jutro. Mamy z Henią nową, fantastyczną Znajomą. Dziś to ja miałam szczęście, bo otrzymałam niesamowity prezent — uśmiech Pięciolatki. Życzę Wam tylko takich prezentów, wielu, co dnia, każdego... obdarowywani, obdarowujący bądźmy...
À propos, do kogo nieznajomego dzisiaj się uśmiechnęliście?

poniedziałek, maja 07, 2012

(461+2). Jabłko w garści

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(wieczorem na krześle w jadalni siedzi nieruchomo,
tępo patrzy przez Sadownika gdzieś poza niego,
nie może się zdecydować, czy to dołek pourlopowy, zjazd cenowy
czy może książkowy zespół napięcia przedmiesiączkowego
chwycił ją w swoją garść
)

Sadownik:
Co jest?

Jabłoń:
(nadal gapi się, nie reaguje, nie poznaje sama siebie)

Sadownik:
Albo powiedz mi, że nic, albo powiedz, co cię gryzie.

(cisza)

Sadownik:
Zachowuj się jak mężczyzna i mów!

niedziela, maja 06, 2012

(461+1). Kudłate nauki majowe

 wpis przeniesiony 3.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Sceneria wspomnienia sprzed kilku dni. Taras. Dwunożne piją poranną kawkę. Przewracają kartki książek. Cisza. Spokój. Dokładnie tak jak miało być.
— Widzisz Henię? Bo ja nie — wcisnęła Jabłoń między jedną pauzę a drugą. Sadownik z mądrą miną weterana wychowywania psów i kontaktów psio-ludzkich stwierdził:
— Nie widzę, ale cisza, nikt nie krzyczy, czyli dobrze jest — i wzrok skierował ku akcji mającej miejsce w książce.
Minęła chwila, potem kolejna. Jabłoń przypomniała sobie, że gdy połączyć ciszę z dziećmi, to zwykle oznacza to brojenie. Zaniepokoiła się, co może powstać z połączenia Kudłatej z ciszą, która wydawała się coraz głębsza i coraz groźniejsza.
— Wiesz co, pójdę sprawdzić, gdzie jest kundel.
Wyszła przed domek. Minęła drugi i zobaczyła Henię w wersji, jakiej dotąd nie znała. Henia na tarasie u sąsiadów żebrze bardzo fachowo. Gdy Drzewko podeszło przepraszać mieszkańców domku, że Henia u nich, że żebrze, że przeszkadza, zobaczyło jak Mama dwu i półlatka daje mu wielką kromkę i mówi:
— Michałku, to daj Heni na do widzenia jeszcze tę jedną kromkę chleba.
Ręce Jabłoni opadły i gdyby nie słodki widok malucha, co się Heni wcale a wcale nie bał, to trzeba byłoby się zdenerwować przynajmniej na siebie. Niestety, sztuczki żebrania przy stole nie trzeba ćwiczyć ani utrwalać. Henia żebrze teraz jak mistrz świata, a w oczach ma kłamstwo pierwszej wody: „nie jadłam od miesięcy”. Teraz pozostaje już tylko czekać, aż nauczy się mówić przy żebraniu, że woli pieniądze od jedzenia...

***

I co? Myśleliście może tak jak ja, że najtrudniej jest w kontaktach z ludźmi, co nie lubią psów?

sobota, maja 05, 2012

461. Foto-Już-Tylko-Wspomnienie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Z okazji Heniutkowych urodzin, Jubilatka podarowała nam prezent. Jest już prawdziwą Labradorką, co do wody gna zawsze i wszędzie. Już nie tylko łapki i chodzenie po granicy woda–piasek. Regularna, bezbrzeżna radość z mokrego miała miejsce w przeddzień Kudłatych Drugich Urodzin:


***

Henrietta Wieczorna w Wigilię swoich Urodzin, które obchodziła wczoraj:

Dziś... szczęśliwie... jesteśmy już w domu...

niedziela, kwietnia 29, 2012

(459+1). Eksperyment myślowy

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przygotowanie eksperymentu:

1. Weź jednego człowieka, najlepiej najukochańszego.

2. Przypomnij sobie jedno jego zachowanie, co potrafi cię, w zależności od nastroju, rozwścieczyć, rozzłościć, przygnębić. Jeśli masz z tym problem, szukaj w okolicach rzuconych skarpetek, pozostawionej folii po czekoladzie, zagraconego stołu, ubłoconego przedpokoju, zagubionej ładowarki, wydanych bezmyślnie pieniędzy, obietnicy, której nie dotrzymał.

3. Przypomnij sobie jak to jest, gdy kombinacja najukochańszego człowieka i tego jednego, wybranego przez ciebie, zachowania się zdarza. Gromy? Łzy? Awantura? Bo człowiek najukochańszy przecież wie jak bardzo cię to wkurza… Oczywiście, że gdyby kochał cię najbardziej, to nigdy w życiu drugi raz by tego nie zrobił, a zrobił, więc gromy, łzy i awantura!

Część właściwa eksperymentu:

4. Wyobraź sobie, że ta Osoba już nigdy tego nie zrobi, bo... umarła.

***

Rzucone, pozostawione, niesprzątnięte, zagubione… to tylko błogosławieństwo, niewerbalne potwierdzenie, że mamy szczęście i wciąż tu jesteśmy. To zaledwie preludium do chwili obecnej i przyszłości, którą zbudujemy razem.

***

Jedziemy na majówkę... budować przyszłość bliską i daleką. Jedziemy zachwycać się teraźniejszością.

459. Trudna rzecz

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Na początku był... Dudi. Miałam zamiar zrobić Sadownikowi niespodziankę na wieczór i kupić film przez Dudiego polecony: Kupiliśmy zoo. Niestety, nie ma go jeszcze w sklepach. Trzeba poczekać. Gdy więc opuszczałam świątynię drukowanego i ruchomego stało się. Pewna książka złapała rękaw mego strachu. Nic sobie nie robiła ze szlabanu na drukowane pod koniec miesiąca. Trzymała i nie puściła, dopóki nie kupiłam i nie dotarłam do ostatniej strony.

Ta książka oswaja okrutne, niewyobrażalne i nie do przeżycia. Dotyka kilka tabu i spuszcza z nich odrobinę powietrza. Pozwala zobaczyć trudny do odkrycia inny punkt widzenia. Dodaje otuchy, że tak trudną drogą można kroczyć nie gubiąc do końca wiary w sens życia. I najważniejsze, otrzeźwia, uruchamia w tempie natychmiastowym ukrytą w nas zdolność do docenienia wszystkich wokół nas. Bo to książka wcale nie o śmierci. Śmierć w tej książce jest tylko bezwzględnym scenografem, głównym bohaterem pozostaje... Życie.

Pogryzdoliłam tę książkę w bardzo wielu miejscach. Ponieważ w kończącym się właśnie tygodniu miałam przyjemność znaleźć się w samym środku wiecznego konfliktu rozum–intuicja, fakty–przeczucia pokochałam sposób, w jaki podchodzi do tego Barbara:

Dorastałam w czasach i w społeczeństwie, w którym liczy się tylko to, co można zobaczyć. Mój umysł nauczył się uważać siebie za bardzo ważny. On chce zobaczyć. Chce wiedzieć. Chce dowodów. Siedzi sobie z ironicznym uśmieszkiem na moim karku i pilnie nadstawia uszu, kiedy ktoś do niego apeluje.
     Jak na przykład lekarz, który w Wielki Piątek pojawił się na obchodzie w szpitalu i z chłodnym uśmiechem skonstatował:
     — To miło, że pani śpiewa swojemu synkowi piosenki. Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, że robi to pani tylko dla siebie? Nie robi pani tego dla jego duszy. Dusza bowiem ma swoją siedzibę w mózgu, a mózg pani syna jest, niestety, martwy. Ale jeśli to pani pomaga, proszę śpiewać dalej.
     Mój rozum łapie moje serce i zaczyna nim szarpać na wszystkie strony.
     — No i? Co ty na to?
     Moje serce zamiera. Dopiero, kiedy znowu nastaje spokój i umysł przestaje mówić, znajduje właściwe sobie odpowiedzi.
     Dziękuję tym wszystkim, którzy wierzą, że biologia to jedyne, co się liczy. Bez tych ludzi nie byłoby tych wszystkich leków i maszyn, które przez trzy, cztery dni podtrzymywały moje dzieci przy życiu. Bez nich nie mogłabym przeżyć tych ważnych dni w szpitalu, kiedy moje serce prowadziło rozmowy z dwiema duszyczkami, które dawno już nie potrzebowały niczyjego mózgu, by unosić się na niebie.
     Moje serce zastanawia się, co ci ludzie, których umysły są tak wielkie i mądre, czuliby siedząc przy łóżku swoich umierających dzieci. Czy umieliby odnaleźć drogę wydostania się z rozpaczy? Czy potrafiliby jeszcze odnaleźć sens życia?
     — Tak — twierdzi moje serce.
     W miłości do ludzi, którzy jeszcze żyją. W miłości do Ziemi i żyjących na niej stworzeń. Znaleźliby pocieszenie w tym, że ich własne życie też kiedyś dobiegnie końca i że nie będzie już tego Ja, które odczuwa ból. Właśnie dlatego postanowiliby też możliwie sensownie i dobrze wykorzystać pozostały czas,
     Moje serce chyli czoła przed tymi ludźmi i ich odwagą. Następnie spogląda w górę, tam, gdzie powinny być anioły, które nie dają się złapać i których istnienia nie da się udowodnić. Dziękuje za to, że wolno mu w nie wierzyć. Wreszcie delikatnie ujmuje rozum za rękę i na ucho zdradza mu tajemnicę:
     A wiesz, co zwróciło moją uwagę? Że tak naprawdę to obydwoje w coś wierzymy.
     Ty wierzysz, że istnieje coś, co można zobaczyć. A ja wierzę w to, że istnieje coś więcej niż tylko to, co można zobaczyć. To, w co wierzymy, pozornie nas dzieli. A jednak łączy nas coś wspólnego: fakt, że z taką chęcią w coś wierzymy.
     Łączy nas też coś jeszcze, coś, co wydaje mi się o wiele ważniejsze od wszystkiego, co nas dzieli: miłość. I ty, i ja ją znamy, i ty, i ja w nią wierzymy. Ty wiesz, jak i kiedy ona się objawia, ja z kolei, w czym się wyraża i w jaki sposób jej dowieść. Ja wiem, gdzie ona jest, kiedy akurat jej nie widać.
     Jak to dobrze, że jesteśmy oboje, ty i ja!

Barbara Palch-Eberhart, Cztery minus trzy.
Jak powracałam do życia po utracie najbliższych,
Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2012.

458. Bóg, wiadomo, jest wszędzie!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bliźniacza Liczba, nie powinno nikogo dziwić, ma Labka w kolorze czarnym. O pięknym i mądrym imieniu Faraday, a że Liczba jest bliźniacza, więc oczywistym jest również to, że rocznikowo ten psi chłopiec ma tyle samo lat co Heniutka. Należy wyjaśnić, że nie umówiłyśmy się na to. My miesiąc temu jeszcze nic o sobie nie wiedziałyśmy. Teraz już wiemy.

Kilka dni temu upłakałam się jak norka i poprzyrzekłam sobie by, uzyskawszy zgodę Bliźniaczej Liczby, zachować otrzymaną od niej słowną perłę od pozostania w czeluściach mailowych folderów. To nie jest zwykłe zdanie. To zdanie definiujące jednoznacznie charakter życia z labkiem. Do sedna, Mąż Bliźniaczej Liczby uczynił wyjątkowo precyzyjną obserwację:

Sierść Faradaya jest jak Bóg... wszędzie!

Wciąż mnie to zdanie zachwyca. Pomimo upływu dni pozostaje wielowymiarowe. Co my byśmy zrobiły bez naszych przytomnych Mężów, co urok Świata przed nami odkrywają? Co zrobiłybyśmy bez naszych psów, co wciąż upewniają nas, że Życie jest obłędnie cudowne? Wygląda na to, że Bliźniacze Liczby mają Bliźniacze Szczęścia.

(456+1). Jeszcze słodsza

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(zdziwiona, bo rozmawiała z Sadownikiem niespełna godzinę wcześniej,
wciska zieloną słuchawkę w telefonie
)
Coś się stało?

Sadownik:
(odreagowuje wszystkowiedzącego klienta)
Nic. Dla odmiany z kimś fajnym chciałem porozmawiać.

Jabłoń:
(rozsmakowana w autoreklamie)
Ja jestem nie tylko fajna, ale jeszcze słodsza niż wczoraj.

Sadownik:
Jak to?

Jabłoń:
Przed chwilą zjadłam cztery krówki.

czwartek, kwietnia 26, 2012

456. Ihaha!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(wieczorem, pod domem Dwunożne się spotkały,
Sadownik wracał z roweru, a Jabłoń z pracy
)
Sadownik
:
Idziemy do sklepu, chce mi się czegoś słodkiego.

Jabłoń:
(próbuje autoreklamy)
Ja jestem słodka.

Sadownik:
To potem. Idziemy.

Jabłoń:
(gotowa podzielić się swoimi najsłodszych skarbami,
by tylko nie musieli iść do sklepu
)
Chcesz krówkę?

Sadownik:
(udaje, że nie o cukierki chodzi)
To zrób Muuuuu!

Jabłoń:
(patrzy znacząco, z udawaną dezaprobatą,
by zaraz potem wybuchnąć jeszcze ludzkim śmiechem
)

Sadownik:
(wcale nie żartuje)
Idziemy.

Jabłoń:
(szuka ostatniego asa w kieszeni, by zamiast do sklepu do domu iść)
Wiesz co, ja już dzisiaj ledwo żyję.

Sadownik:
To ty nie jesteś krówką tylko zaoranym koniem
i powinnaś robić ihaha!

środa, kwietnia 25, 2012

455. Kup Pan sitko!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Filozoficzny Bob Budowniczy wczoraj na chwilę obudził się we mnie. Choć zjawił się i znikł w przeciągu kilku sekund, pozostawił po sobie skończoną, fantastyczną konstrukcję. Z nagłego przypływu wrażeń, co znienacka zalały mnie nieznaną dotąd falą, zbudował mi... sitko na rzeczy do zrobienia.

Sprawy niecierpiące zwłoki, problemy natychmiast potrzebujące szczęśliwego rozwiązania, przypadki, wypadki wszelakie i „kejsy”, choćby nie wiem jak ciekawe, bez cienia dyskryminacji wrzucam od wczoraj do tego sitka pozostając w niemym zadziwieniu jak mogłam bez niego żyć. I zajmuję się tylko tym, co przez magiczne dziurki sitka przeleci.

Robię, bo:
     — chcę to zrobić,
     — sprawia mi to przyjemność,
     — lubię się wzruszyć, zachwycić i zmieniać,
     — bo robiąc to odnajduję sens mojego życia,
     — TAK!

Nie robię, bo:
     — należy, wypada,
     — inni tak robią od lat, od zawsze,
     — on, ona, oni chcą, uważają, grożą konsekwencjami,
     — NIE!

Sitko. Nowe, imponujące narzędzie wśród moich życiowych utensyliów. A może całkiem stare, tylko dotąd nieużywane lub używane nieumiejętnie. Mistrzem sitka chcę być!

poniedziałek, kwietnia 23, 2012

454. ISBN afrodyzjakiem?

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Napisałam kiedyś:
czy tam, czy tu, czytam i kocham
____________________ ja, Jabłoń.

Dziś napiszę:
czy ta, czy tamta, czyta i kocha
____________________ On, Sadownik.

***

Czytaj! Zobacz więcej.

Odpowiedzialnością za wpis obarczam Dudiego, bo u niego wypatrzyłam ten filmik i... musiałam go mieć u siebie. Niech mi to Międzynarodowy Dzień Książki wybaczy.

***

Nie jedz!
Nie jedź!
Czytaj!

453. Lekarstwo

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Przez ostatni miesiąc lekarstwem na wszelkie zło, potencjalne zło, dobro chwilowo pomylone ze złem był... filmik i perspektywa, że już niedługo Dwunożne jadą na seminarium Joanny Hewelt.

Pada… Filmik.
Smutno… Filmik.
Nie wiadomo w co ręce włożyć… Filmik.
Kłopot… Filmik.

Na kilka dni przed seminarium okazało się, że jedziemy nie tylko w charakterze obserwatorów, ale jedzie również Sunix poćwiczyć. Radości nie było końca. Henia to ma szczęście!

***

Posobotni bilans.
Drużyna (Henia i ja) ma dwa nowe, cudowne ćwiczenia. Całe Stado ma perspektywę następnego seminarium z Joasią w sierpniu. A ja? Chodzę i przeżuwam filozofię Joasi, która powiedziała: „gdy trenuję, na każdą drużynę [człowiek i pies] patrzę jak na potencjalnych mistrzów świata”, by kilka zdań potem dodać „szkoląc nie należy zakładać, że pies ma limit możliwości”.

Chodzę i żuję zastanawiając się nad możliwością flancowania tej filozofii na ludzi. Uczyć się, uczyć innych, traktować siebie i innych jak potencjalnych mistrzów świata. W stwierdzeniu tym istotą nie jest tytuł, lecz wiara w siebie i innych. Nieskończona wiara w to, że możemy pójść do przodu. Nawet tylko z sadzonką tej wiary, nie wiedzieć czemu, życie ma już inny, bardziej intensywny smak. Nie wiem, skąd we mnie pewność, że tej wiary można się nauczyć.

W Wawie leje okrutnie… Filmik? Filmik!

Dobby & Joanna Hewelt, 5.11.2011.

środa, kwietnia 18, 2012

452. O puszczaniu...

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się...
zszedł z otwierającej się przed nim otworem drogi sukcesu...
puścił trzymane w dłoniach sznurki spraw kluczowych...
_____________________przestał się dobrze zapowiadać.
_____________________Smutne, prawda?

***

Proszę, wytłumacz mi, jak to możliwe, że on, że ona, że ty, że chyba ja?

***

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się? ...może dopiero zrobił pierwszy krok,
zszedł z drogi sukcesu? ...może właśnie wszedł na swoją drogę,
puścił? ...by zyskać nowe możliwości.
_____________________nie musi się już zapowiadać, bo...
_____________________nareszcie poczuł, że JEST.

***

Ale jak to? To nie mieści się w głowie!
— Co nie mieści się w głowie? Że zatrzymał się, zszedł, puścił?
— To wszystko nie mieści mi się w głowie...
— Zatrzymaj się, zejdź, puść... choć na chwilę... głowie nic do tego...

***

PUŚCIĆ... od wczoraj, znaczy dla mnie ZYSKAĆ!

____________
POP-owcy „swoją drogę” nazywają ścieżką serca.

wtorek, kwietnia 17, 2012

451. Chwilowa zamiana ról społecznych

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Do wczoraj od kilku dni było zimno. Okrutnie zimno. Nawet wczorajszy, wieczorny spacer został skrócony, bo Drzewko zmarzło i zmokło zbyt. Zimno przenikało kończyny na długo po tym, jak się wróciło i wypiło ciepłą herbatę. Gdy więc, w końcu, po kąpieli, zrobiło się w ciele słoneczniej, ostatnia rzecz, o której myślała Jabłoń, to utrata ciepła. Skarpetki na stopy zakładała i zrzucała je dopiero przy wejściu do łóżka.

***

[wieczór]
Sadownik
:
A skarpetki, o tu, do kosza na brudy się wrzuca, pamiętasz?

Jabłoń:
???

Sadownik:
Tak, tak. Tu się wrzuca zużyte skarpetki,
a nie koło łóżka, i to po mojej stronie.
Trzy twoje pary sprzątnąłem dzisiaj. Osobiście!
„Tymi ręcyma”, koleżanko-małżonko!

Jabłoń:
(z powagą wypasionego, megaprofesjonalnego profesjonalisty)
Na drugi raz spróbuj F5

Sadownik:
Ty małpo, zapamiętam to sobie!

______________
‡ F5 (Odśwież), często wykorzystywany skrót klawiszowy do odświeżania zawartości komputerowych okienek.

poniedziałek, kwietnia 16, 2012

450. Prorok z Grójca

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dawno, dawno temu. W dniu, w którym Kudłatą mieliśmy przynieść do domu. Papiery podpisane. Opłata za psa uiszczona. Metryka spakowana. Instrukcja obsługi psa przeczytana ze zrozumieniem. Mąż Pani, od której kupowaliśmy pięć i pół kilo pięknej labradorki — też hodowca, ale owczarka niemieckiego — podniósł się z kanapy, uśmiechnął się promieniście, wyciągnął ku Sadownikowi dłoń i powiedział: gratuluję panu, właśnie stracił pan prymat w rodzinie.

Niedawno. W sobotę rano. Jabłoń plącze się po kuchni z zamiarem przygotowania śniadania, a zaraz potem pudełek i pudełeczek z różnymi smakołykami na Heńkową naukę.

Jabłoń:
Co zjadłbyś na śniadanko?

Sadownik:
(w Przytulisku białe pieczywo wjeżdża tylko okazjonalnie)
Czy mi się zdaje, czy widziałem bułki?
(grzanki?)

Jabłoń:
(ma kłopot z nakryciem prawdy szmatą fałszu)
Nooo… całkiem dobrze widziałeś, ale jest problem…

Sadownik:
Nie będę nawet próbował zgadnąć jaki.

Jabłoń:
No, wiesz, dla Heni kupione, do nauki.

Sadownik:
(wraca do historii kupowania psa)
To nie był hodowca, to był prorok!

niedziela, kwietnia 15, 2012

(406+43). Heniutki koleżanki i koledzy z jednej ławki

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dziś się zamknął kurs Dogoterapia stopień II. Nasze psy, my i godzinne zajęcia dla zaproszonych przez nas Gości. Z psów nie było tylko Kory — owczarka niemieckiego, który pięknie zdał swój egzamin, kocha ludzi, ale nie przepada (eufemizm) za innymi psami. Brakowało nam Jej.

Poświętujcie jeszcze przez chwilkę razem z nami. Poznajcie Gwiazdy dzisiejszego Dnia:

Nie, nie, nie... to nie jest Hexe, to:

Willy


(Labrador retriever)


Lira


(Labrador retriever)



Nero


(Golden retriever)



Zuza


(Golden retriever)



Rubik


(Cavalier king charles spaniel)



[Od lewej w głąb]

Nero, Lira i Czesław



Te Dwie poniżej już znacie. Stało się... od dziś oficjalnie --- jedna Pani jest dogoterapeutką, a druga Pani jest psem terapeutycznym:


Hexe i Jabłoń

Gratulujemy wszystkim Psom, które zdały swoje egzaminy!
Gratulujemy wszystkim Ludziom, co swoje też zdali!

piątek, kwietnia 13, 2012

448. Status quo

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

[ranek]
(zapomniała, że mężczyzna to istota, która jak coś robi, to nie gada)
Jabłoń:
(z zakłopotaniem na twarzy do milczącego Sadownika)
Coś się stało?

Sadownik:
Nie.

(po chwili, bo gdy przepuściła owo „nie” przez słoje, to wyszło jej,
że może jednak coś się stało i to złego
)
Jabłoń:
Zły na mnie jesteś?

Sadownik:
Noooo! Mów, mów! To bardzo ciekawe…
Może powinienem być na ciebie zły, tylko nic o tym nie wiem…

Jabłoń:
(o krok od skruchy, gotowa spróchnieć)
Nie jestem od piątej rano na nogach, nie latam wokół ciebie…

Sadownik:
No tak, koszulę prasowałem sam… buty musiałem sobie wyczyścić sam…
i najgorsze… kanapki do pracy też robiłem sobie dzisiaj sam!

Jabłoń:
Ja bym taką żonę rzuciła!

Sadownik:
O, nie! Mylisz słowa. Nie rzucił, tylko wyrzucił.
(po upływie teatralnej pauzy)
Wiesz, co mnie powstrzymuje?
Musiałbym spakować wszystkie książki,
by poszły sobie razem z nią.

Jabłoń:
Czyli zostaję. Super!

czwartek, kwietnia 12, 2012

447. Czasem sam miąższ

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Po książkach gryzdolę. Bo większości nie przeczytam kilka razy, a chcę mieć szybki dostęp do wybranych zdań, akapitów. Ponieważ czasem potrzebuję wrócić do znanego fragmentu, którego sens na ulicy odkryłam na nowo. Bo. Ponieważ. Gryzdolę i już!

Są jednak książki, po których nie mam odwagi gryzdolić. No może troszkę, ale tylko ołóweczkiem i dopiero przy piątej książce tego samego autora, gdy już się odrobinkę „zaprzyjaźnimy” i wiadomo, czego się można po mnie spodziewać. Efekt taki, że dwa ostatnie dni zajęło mi przekopywanie się przez książki Thicha, by znaleźć fragment o soku jabłkowym, by móc go jeszcze raz przeczytać, by móc wrócić do tych kilku akapitów z nową mną, którą bawię się od półtora tygodnia. Z nową mną, której nie chcę stracić.

Akuszer w zeszły poniedziałek zwrócił mą uwagę na Wielkiego Naprawiacza Świata jakiego mam w sobie. Super, ale czasem męcząco. Super, ale zawęża pole widzenia. Super, ale nudno. Bo Wielki Naprawiacz Świata do zeszłego tygodnia miał przez dziesiątki lat bardzo dużo pracy. Niczym Syzyf, naprawiał mnie. Już prawie byłam milutka, słodziutka, aż tu znalazłam się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, z niewłaściwymi ludźmi i... buuum.... powiedziałam, co myślałam, wybuchłam, trzasnęłam drzwiami, zwymyślałam. Wielki Naprawiacz Świata załamywał ręce. Tyle pracy! Tyle pracy na marno! Tyle pracy przed nim! Nie odzywał się do mnie przez kilka dni, a gdy miałam już siebie „wybuchniętej” dość, gdy skruszałam, bo kto to słyszał... jak tak można było postąpić... wracał On... i naprawiał. Bym ja, jako jego główny obiekt zmartwień, nigdy już nie wybuchła, nie pieprznęła drzwiami, nie wkurwiła się zbyt. Bym była milutka, słodziutka, dobra i właściwa dwadzieścia cztery na dobę. A społeczne, zgodne życie przybiło Wielkiemu Naprawiaczowi piątkę, że trudu tego się podjął.

A Akuszer na to: ale w ten sposób odcinasz się od części siebie. Od tej, co złości się, gniewa, marudzi, rozpacza, choleruje, wali pięścią w stół. A przecież to też ja. Część prawdy o mnie.

***

Po ulicach chodzę drugi tydzień. Zamyślam się, gdy tylko mam okazję. Wracam w wyobraźni do symbolu akuszerskiej roboty, do filmowego przycisku do papieru. Gładziutkie, kuliste coś. W środku zamek. Piękny. Przepiękny. Gdy przyciskiem potrząsnąć i odstawić na biurko, nawet w środku lata, można podziwiać śnieg opadający na zamek wewnątrz przycisku. Farfocle, które potrafią zachwycić. Potrząsam raz za razem.

Wielki Naprawiacz Świata Mojego nie lubi takich przycisków, bo śnieg powinien leżeć równiutko odgarnięty, nie sprawiać kłopotów. Podobnie jak złość, urazy, rozpacz też powinny leżeć w kątku i nie robić kłopotów; nie wychylać się z ukrycia.

Chodzę po ulicach i w wyobraźni wciąż bawię się przyciskiem, w którym farfocle stają się symbolami złości, rozpaczy, niemocy. Bez nich nie byłabym mną. Gdy przyjdzie złość, zezłoszczę się, wścieknę, zagrzmię, zimną suką będę... bo farfocle z łatwością przeistaczają się w miąższ:

***

(...) mniej więcej po godzinie wrócili [dzieci], żeby poprosić o coś do picia. Wyjąłem ostatnią butelkę soku jabłkowego domowej roboty i nalałem każdemu z nich po pełnej szklance, na końcu podchodząc do Thuy. Ponieważ dostał jej się sok z dna butelki, były w nim drobiny miąższu. Gdy zobaczyła, że jest mętny, nadąsała się i nie chciała pić. (...)
     Pół godziny później, gdy akurat medytowałem w swoim pokoju, usłyszałem wołanie. Thuy chciała sobie nalać szklankę wody, ale nawet stając na paluszkach, nie mogła dosięgnąć kranu. Przypomniałem jej o szklance soku na stole i poprosiłem, żeby wypiła go w pierwszej kolejności. Spojrzała na sok i zobaczyła, że miąższ osiadł na dnie, a sok stał się klarowny i apetyczny. Podeszła do stołu i wzięła szklankę w obie ręce. Wypiwszy połowę, odstawiła szklankę i spytała:
     — Czy to inny sok, wujku mnichu? — tak się zwykle zwracają wietnamskie dzieci do starszych mnichów.
     — Nie — odpowiedziałem. — To ten sam sok, co wcześniej. Posiedział sobie trochę spokojnie i teraz jest przejrzysty i apetyczny.
     Thuy przyjrzała się szklance jeszcze raz i stwierdziła:
     — Jest naprawdę dobry. Czy on medytował tak jak ty, wujku mnichu?
     Roześmiałem się i pogłaskałem ją po główce.
     — Powiedzmy raczej, że to ja, kiedy siedzę, naśladuję sok jabłkowy; to będzie bliższej prawdy.

Thich Nhat Hanh, Słońce moim sercem,
Jacek Santorski & Co, Warszawa 2008.

***

Wielki Naprawiacz Świata dostał wymówienie. Teraz będzie pracował zadaniowo, ale już nie na pełne siedem etatów. Zadaniowo, bo lubię śrubki w sobie czasem naoliwić, podokręcać. Lubię być całkiem miła, fajna, lubiana, apetyczna, ale czasem... jestem sam czysty miąższ! Zamiast wstydu, czuję ulgę i radość. Bo przecież miąższ to też ja.

wtorek, kwietnia 10, 2012

446. PWW

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Skromność.
Samokrytyka.
Sumienność.
Spełnieni?
Sumiennie skromni.
Sumiennie samokrytyczni.
Bo... nie chwal dnia przed zachodem słońca,
Bo... nie chwal człowieka przed jego śmiercią.
I przestań, do jasnej cholery, mówić „bo”, gamoniu!

***

Poczucie własnej wartości. Wynosi się z rodzinnego domu. Nie wyniosłam. Można w dorosłości próbować sztukować, flancować, leczyć. Implant poczucia własnej wartości u mnie nie chciał się przyjąć. Lista stu rzeczy, które udało mi się w życiu zrobić, mogłaby mieć nawet tysiąc pozycji. Każdej z nich po mistrzowsku umiem umniejszyć, bo... każdy może to mieć... wystarczy chcieć... to przecież nic takiego...

Nie mogłam nasiąknąć nawet oparem poczucia własnej wartości. Potrzebowałam właściwych słów, by odkryć nieznane mi poletko, na którym moje prywatne poczucie własnej wartości postanowiło wypuścić nie tylko listek. Sama się sobą zdziwiłam, gdy dotarło do mnie, że co jak co, ale radzę sobie świetnie!

Poczucie wartości to nie podziw ani zachwyt. Poczucie wartości to właśnie wiara w siebie. Nie, że wszystko umiemy i robimy świetnie, lecz że ze wszystkim sobie poradzimy. Nawet, gdyby tym „wszystkim” bywało niekiedy odstąpienie od zamiaru, zmiana planów, akceptacja niepowodzenia, skrucha za popełnioną niegodziwość, naprawienie win lub zwyczajne rozpoczęcie od nowa. Czymkolwiek to „nowe” miałoby być.

E. Woydyłło, Powtórka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.
(wyróżnienie własne)

Wrócił ten tekst do mnie niczym klamra, gdy w zeszłym tygodniu na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałam nieznaną mi, ale podobno starą, brodatą anegdotkę o małej dziewczynce. Przez całe święta opowiastka ta do mnie wracała i wracała wywołując na mej twarzy uśmiech. To chyba ja... To chyba ja... Dopisałam polecaną książkę do majówkowej listy. A małej dziewczynki nie chcę już zgubić. Cytuję za Dudim:

Tischner opowiadał podczas kazania, że Pan Bóg stworzył wszystko, co nas otacza: żaby, zające, jelenie, misie… I tak wymieniał razem z dziećmi różne zwierzęta. A w końcu zapytał: „Które stworzenie udało się Panu Bogu najbardziej?” Miał nadzieję, że powiedzą „Człowiek”. Ale dzieci milczały. I wtedy ze środka kościoła wyszła mała dziewczynka, podeszła do mikrofonu i powiedziała: „To chyba ja”. (…) Tischner ją pochwalił: „Bardzo dobrze powiedziałaś!” Tę odpowiedź przytaczał potem często, ilekroć tłumaczył, jakie znaczenie dla człowieka ma odczuwanie samego siebie jako wartości.

W. Bonowicz, Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Nowa, cudna mantra: to chyba ja, to chyba ja. Proszę, weź ją sobie i noś zawsze przy sobie.

***

Przypomniało mi się. Z sobotniej podróży na Dolny Śląsk, słowa z wielkiego plakatu:

It's your life. Just take it!

poniedziałek, kwietnia 09, 2012

(444+1). Wielkanocna Baba

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Na niedzielnym, świątecznym spacerze, koło molocha, góra piachu zachwyciła upasione lasem szczęście Sierściucha:

środa, kwietnia 04, 2012

443. Ogłoszenie drobne po korekcie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

... święte chwile za pasem...

Ach, to „a”! Zawsze pierwsze, pilne, obowiązkowe, konsekwentne, nieustająco naprawiające świat... zabić czym prędzej! Porzucić w tłoku przedświątecznych kolejek, by poczuć swe błądzące, niepewne, przestraszone, uparte, kochające, nienawidzące lub zezłoszczone, wybaczające, ale i czasem pamiętliwe Jestestwo. Nie zwariować i w pełni podarować sobie:

... święte chwile z psem...

Już niedługo. :)

wtorek, kwietnia 03, 2012

442. Definicja luksusu

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dzisiaj pewien dziennik na pierwszej stronie poinformował obywateli, że w dziale „luksusowe” umieszczają mylnie marki zaledwie popularne, które ze światowym luksusem nie mają nic wspólnego.

***

Luksus... dla mnie — przedstawicielki kryzysowych dzieci — to wciąż:
...niemożliwie bezkresny regał przeróżnych czekolad, które są, leżą i mogę je po prostu kupić;
...niezrozumiałe poczucie wielkiego bogactwa, gdy jednym przeciągnięciem karty wymieniam wszystkie wyblakłe i umęczone życiem skarpetki na nowych, kolorowych, siedem par;
...banany, które w końcu mi się przejadły;
...żelki, które jeszcze mi się nie przejadły.

***

I nie byłoby wpisu. Nie byłoby zamyślenia, gdyby nie Heniutka, która ułożyła swoją głowę na mej stopie, gdy grzebałam w komputerze. Jej ciepło rozbroiło mnie, a do głowy przyszło tylko jedno słowo: „zaufanie”.

To jest dopiero luksus... być godnym zaufania lub móc zaufać. A Henia na to: Tak, tak, jesteśmy luksusowymi burżujkami!

poniedziałek, kwietnia 02, 2012

441. Subtelne Drzewko w mieście

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jabłoń:
(skończyła zamawiać pierogi)

Kelnerka:
I dwa talerzyki.

Jabłoń:
(ze zdziwieniem na twarzy, jakie dwa [?],
łapie w końcu, o co chodzi)
Talerz jeden, poproszę. To wszystko dla mnie.

środa, marca 28, 2012

440. Napad

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Fachowo. Znienacka. Bez sygnałów ostrzegawczych napadła mnie dzisiaj rano w drzwiach do saloonu. Wdzięczność. Za mój wzrost, co wyzwaniem był nie lada. Za mój pesymizm w zakresie wiary katolickiej, co każe mi nieustannie zadawać sobie pytania i poszukiwać odpowiedzi, zamiast zadowalać się prostymi prawdami polskich purpuratów. Za Bruneta, dla którego i mój wzrost, i pesymizm religijny to było dużo za dużo, by chcieć wędrować ze mną po tych samych drogach, wpadać w te same dołki, utykać w zaułkach tych samych ślepych uliczek, walić głową w te same mury.

Oj, tak! W szczególności za Bruneta! Jeden Pan Bóg wie, gdzie bym dzisiaj była, gdyby powiedział „tak”. Wdzięczna dziś jestem niezmiernie każdej podłej rzeczy, która sprawiła, że me życie znalazło się właśnie tu, właśnie teraz.

Alicja Majewska, To nie sztuka wybudować nowy dom.

poniedziałek, marca 26, 2012

439. Najdumniejsza z wszystkich Mam

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Od wczoraj już nie jestem malutka. Pierś do przodu. Nos do góry. Moje marne sześć stóp i trzy cale zachowują się niczym dwa metry i parę centymetrów, bo…

…ta piękna Panna poniżej zdała wczoraj w terminie „zerowym” swój pierwszy w życiu egzamin. Dostała 137 punktów na możliwych 140.

Od wczoraj ma zawód — jest psem terapeutycznym.

***

Już niedługo świąteczny czas, czyli Czas Najwyższy, by porobić kudłatej Dziewczynce nowe zdjęcia, bo to powyżej, aż wstyd, jest z... Wielkanocy 2011.

piątek, marca 23, 2012

(425+13). Status kudłatego marzenia... w realizacji!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Bóg rozdaje marzenia po to, żeby wydobyć z ludzi drzemiące w nich talenty. (...) Nazywam to teorią tylnych drzwi. Polega ona na tym, że jeśli ktoś ma jakieś marzenie, na przykład, pragnie zostać kucharzem w Hiltonie, to z całą pewnością ma także potrzebne do tego zdolności.

Przemysław Angerman

***

— Muu! — zawołała. — Jak to świetnie wygląda! Wiesz, co ja bym chciała. Panie Wrono?
— Ja nie, ale ty może wiesz.
— Chciałabym się nauczyć jeździć na rowerze.
Pan Wrona podfrunął do góry, zatrzepotał skrzydłami i zakrakał:
— Niech mnie pióra biją! Jesteś krową, Mamo Mu, K r o w ą! Krowy nie potrafią jeździć na rowerze!
Mama Mu spojrzała na niego przyjaznym wzrokiem.
— No, nie potrafią — powiedziała. — Dlatego chciałabym się nauczyć.
Pan Wrona zatkał uszy.
— Nie, nie! — zawołał. — Jakie nauczyć? Jaki rower? Jak by to wyglądało?!
— Chyba fajnie — odparła Mama Mu.

Jujja Wieslander i Tomas Wieslander,
Mama Mu na rowerze i inne historie,
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2011.

***

Dwa lata temu zobaczyłam. Tańczył sześćdziesięciolatek. Po trzech minutach przyglądania się wiedziałam, że to, co widzę, chwyta mnie za samo serca dno, trzyma i nie puści. Obiecałam sobie, że po egzaminach znajdę na to czas.

— Niech mnie pióra biją! Kudłate Mamy tak nie potrafią.
— No, nie potrafią — powiedziała Kudłata Mama. — Dlatego chciałabym się nauczyć.

Rower? Jaki rower? Zamiast roweru kupiłam dziś ochraniacze na kolana.

— Nie, nie! Jakie nauczyć? Jak by to wyglądało?!
— Chyba fajnie — odparła Kudłata Mama.

Tim & Neige, A Spoonful of the Jam.

czwartek, marca 22, 2012

437. Świat zadecydował za nas

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

29 maja 2003. Poznań. Przed koncertem kupiliśmy koszulki, by dowiedzieć się, że Poznaniacy są już w Unii Europejskiej, a nawet lepiej, bez żadnego referendum przenieśli się do Francji. To był jedyny koncert Petera Gabriela w Polsce. Koszulki mamy do dziś. Według tych koszulek Poznań wciąż francuski jest. Wytarte. Umęczone życiem. Często wrzucając je do prania wzdychaliśmy, że gdyby tylko... jedziemy na koncert. Rzucamy wszystko i jedziemy!

***

Od dwóch miesięcy próbowaliśmy zorganizować się w kategorii „rzucić wszystko”, by pojechać na koncert Gabriela do Niemiec. Nie mogłam się nadziwić, że im bardziej chcemy, tym bardziej ten wyjazd wydaje się bez sensu. Data ciut kłopotliwa. Powrót w noc po koncercie niemożliwy. Tylko Heniutka nie stanowiła żadnego kłopotu, choć wydawała się najsłabszym ogniwem tego przedsięwzięcia — Jej ukochana Ciocia Antena zgodziła się u nas pomieszkać na czas naszego niebytu. Niefart, niemoc, co to jest? Myślałam sobie: dziwnie dziwne, nigdy tak nie było.

***

Sadownik z uporem maniaka od dwóch miesięcy słucha tylko jednego albumu i marudzi, że na taki koncert to on bardzo chciałby iść... kotły, bębny, smyki, łomot w wersji klasycznej. Myślałam sobie: dziwnie dziwne, nigdy tak nie było.

Jean Michel Jarre, Equinoxe 4.

***

I proszę! Jest!
13 maja 2012. Life Festival Oświęcim
. Jedyny koncert w Polsce z pakietu trasy koncertowej, która obejmuje również koncert, na który usilnie próbowaliśmy się wybrać. Sadownik w stanie „wyjechany” a sprawa nie mogła czekać. Telefon. Mail. Telefon. Potwierdzenie. Od informacji do zamówienia biletów wszystko zajęło Sadownikowi kilka minut.

Jedziemy!
Już nie myślę, że to dziwne. Znów Świat powstrzymał nas ciut w naszych planach, by podarować nam to, czego chcemy, ale w innym miejscu i w innym czasie. Czasem Świat wie lepiej. :)

Jedziecie?

Peter Gabriel, Red Rain.

środa, marca 21, 2012

436. Uwolnić motyla

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Druk RMUA odbierasz. Rzadko, ale zdarza się, że rzucisz okiem na kwoty w odpowiednich rubryczkach uwięzione. Kolumny różne nazwy mają, choć równie dobrze można byłoby zastąpić je jednym imieniem „czarna dziura”. W mediach od przeszło miesiąca króluje ta sama dyskusja dotycząca procesu przepoczwarzania się owej „czarnej dziury” w czarną otchłań czarnej rozpaczy, gdy będziesz już tylko ciężarem dla społeczeństwa. Scyzoryk w kieszeni mi się otwiera. Chcę być bardziej precyzyjna — otwierał się do wczoraj. Dziś przekładałam „ermułki” z wdzięcznością, że mogę to robić.

Od wczoraj myślę, że „ermułka” jest niczym zielona karta, czy paszport wymarzonego kraju. Jest dowodem posiadania przeze mnie pełni praw obywatela bogatego kraju. Nieistotne staje się nawet to, że czasem mogę mieć nie tylko wrażenie, ale pewność, że część moich praw mam na dzień dzisiejszy tylko teoretycznie. Te, które mam i teoretycznie, i praktycznie, to nieskończenie wielki przywilej życia w Polsce właśnie teraz.

Made in China. Czy jest choć jeden dom w tym kraju, który nie posiada żadnej metki z tym napisem? Moja ukochana firma od ubranek dla dzieci i dorosłych również ma ten napis na wszywkach skądinąd pięknych, pomysłowych, dobrych gatunkowo produktów. Nie kupować? Bojkotować? Rozmarzyłam się, by w każdym z domów, w którym znajduje się choć jeden produkt „made in China” znalazła się książka Liao Yiwu jako hołd dla jego odwagi, nadziei, pracy oraz dla bohaterów jego reportaży, jako niemy głos niezgody na sposób traktowania ludzi w Chinach. Wierzę, że każdy przeczytany egzemplarz tej książki jest niczym efekt motyla. Reszta wpisu już tylko na smak...

***

Z wstępu Philipa Gourevitcha:

Liao pisze zatem z odwagą człowieka, który wie, czym jest strata, i się jej boi. Nic tak nie wzbudza jego zainteresowania jak oficjalny zakaz zwracania na coś uwagi, nic tak nie wyostrza mu słuchu jak narzucona odgórnie głuchota, nic tak nie popycha go do tego, żeby coś nam pokazać, jak ślepota, którą usiłują narzucić władze komunistyczne.

Z wprowadzenia Wena Huanga — tłumacza na język angielski:

(...) Ren Bumei, powiedział w wywiadzie udzielonym Radiu Wolna Azja: „Wszystkich ludzi przedstawionych w książce łączy jedno — zostali pozbawieni prawa do mówienia we własnej obronie. Ta książka to zdecydowanie potępienie odebrania im tego prawa o zarazem doskonały portret tych wyjątkowych jednostek”.

*

Z reportażu „Prawicowiec”:

Feng Zhongci: (...) Sekretarz Partii popatrzył na mnie i odezwał się już spokojniej: „No dobrze. W takim razie musisz wybierać albo ta kobieta albo Partia, Powtórzyłem jeszcze raz, bardzo stanowczo: „Kocham ją”.
     Dwa tygodnie później zostałem wyrzucony z Partii i napiętnowany jako prawicowiec i zły element.
     
(...)
Liao Yiwu: Czy kiedykolwiek żałował pan swojej decyzji?
Feng: Nie. Wielu ludzi mnie żałowało, współczuło mi z powodu, jak to nazywali „mojego nieracjonalnego zaślepienia”. Ale ja uważam, że postąpiłem właściwie. Mając do wyboru między Partią i kobietą, wybrałem kobietę. Ludzie powinni stawiać życie osobiste na pierwszym miejscu, nie sądzi pan, młody człowieku? Przyłączyliśmy się do rewolucji komunistycznej, żeby każdy mógł się ożenić z piękną kobietą i założyć rodzinę. Ta podstawowa idea została w czasach Mao całkowicie wypaczona. Mówiło się tylko o abstrakcjach, takich jak Partia czy Lud. Życie osobiste było uważane za coś hańbiącego. Ale ani z Partią, ani z Ludem nie można się ożenić, prawda? Na każdym kroku słyszeliśmy takie bzdury, jak: „Taki-a-taki został wykarmiony przez Partię i Lud”. A czy ktoś widział kiedyś piersi Partii?

*

Z reportażu „Emerytowany urzędnik państwowy”:

Zheng Dajun: (...) Na przykład Przewodniczący Mao powiedział, że wróble zjadają zboże i dlatego należy je wytępić. Wkrótce rozpoczęła się ogólnonarodowa kampania i wszyscy łapali wróble. Po dwóch latach niemal całkowicie wytępiono w Chinach te ptaki. Nie mieliśmy pojęcia, że zabicie wróbli zachwieje delikatną równowagą przyrody. Wróble zjadały ziarna zbóż, ale też owady, które po wyginięciu wróbli rozpleniły się i w wielu rejonach spowodowały klęski.

*

Z reportażu „Były właściciel ziemski”

Liao Yiwu: Nie wiedziałem, że po tylu latach, kiedy prześladowano pana jako „złego właściciela ziemskiego”, jest pan wciąż całkiem uparty.
Zhou Mingyue: A owszem. Najbardziej ze wszystkiego nie lubię, jak ktoś mną manipuluje. Kiedy przyjeżdżają do mnie wnuki, boją się tu mieszkać ze względu na pchły. Mam koty. Uwielbiają bawić się na moim łóżku i ze mną spać. Jestem stary i ciągle marznę. Wieczorami dzięki kotom jest mi ciepło. Zawsze z nimi rozmawiam, opowiadam im takie rzeczy, które interesowałyby ludzi mojego pokolenia. Nigdy nic nie wiadomo, koty mogą być wcieleniami ludzi, którzy zmarli.

Liao Yiwu, Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe.
Chiny z perspektywy nizin społecznych
,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2011.

wtorek, marca 20, 2012

435. Mężczyzna świadomy zbyt

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

(przed rankiem, ale po świcie)
Jabłoń
:
(w trybie lekko teatralnego żebrania)
Pójdziesz z Heńką na dwór?

Sadownik:
(droczy się)
Ja? Masz psa, to masz obowiązki!

Jabłoń:
No… ja mam psa, więc mam obowiązki…
ty masz żonę, więc... masz obowiązki?

Sadownik:
O nie, nie, moja droga!
Wypraszam sobie! Ja nie mam żony!
Ja jestem w związku z moją żoną a to zupełnie co innego.

sobota, marca 17, 2012

434. Znów z książki wyskoczyły kolejne dwie

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najbardziej upiornym przedmiotem na filologii angielskiej była dla mnie literatura. Co zajęcia udowadniał mi, że na studiowanie jestem już mocno za stara. Zgięłam kark, wyryłam co autor i prowadzące przedmiot miały na myśli. Zdałam, ale nienawidziłam i pań, i przedmiotu. Kochałam za to gramatykę opisową i translatorykę, których nienawidziła reszta mojej studenckiej braci. Kochałam, bo przedmioty te były nasączone hektolitrami logiki i matematycznego wręcz piękna.

Kończyłam wczoraj książkę, w której przetłumaczono jeden z wierszy Emily Dickinson. Czytałam i miałam pewność, że przetłumaczono go ciut niechlujnie i niekonsekwetnie. Sięgnęłam po oryginał tego małego cacka. Potem wyszukałam życiorys poetki. I stało się... Uwierciłam dziurę w brzuchu Sadownika, by wygrał dwie aukcje i zakupił mi tłumaczenia Barańczaka dwustu wierszu Dickinson. Nabył. Dzięki temu będę miała po dwa nieba w każdej z dwóch nabytych książek, i to z Emily, i to z Barańczakiem. W rozwoju nieco opóźniona, literaturę i poezję kocham powoli, po swojemu i w swoim tempie. Zakułam, zdałam, zapomniałam, a teraz odkrywam je dla siebie i tylko dla siebie.

Wiersz, od którego wszystko się rozpętało, brzmi tak:

A word is dead
When it is said,
Some say.

I say it just
Begins to live
That day
.*
Emily Dickinson (1830–1886)

Teraz już tylko mam nadzieję, że będę miała dość szczęścia, by w zamówionych książkach odnaleźć tłumaczenie tego wiersza wykonane przez mistrza Barańczaka.

______________
* tłumaczenie Anny Wojtaszczyk (ciut podrasowane):

Słowo umiera,
Gdy je wypowiesz,
Tak powiadają.

A ja powiadam:
Dopiero wtedy
Żyć zaczyna.


piątek, marca 16, 2012

433. Zwierzęta idą do nieba i już!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jadąc do pracy dzieliłam przestrzeń wnętrza tramwaju z grupą pięciolatków. Starałam się czytać książkę, ale jednocześnie delektowałam się atmosferą jaka towarzyszyła rozkrzyczanej grupie przedszkolaków... bezkresna ciekawość, ogromna energia, wielkie poruszenie. Zerwałam podczas tej przejażdżki dwa kwiatki.

Kwiatek Pierwszy. Przyszedł moment, gdy ołóweczkiem na marginesie w książce, by nie zgubić, zapisałam wypowiedź jednego dziecka, które powiedziało do drugiego: nie lubię cię dla dobra społecznego. Uśmiałam się, by za chwilę zrobiło mi się całkiem smutno.

Kwiatek Drugi. W pewnej chwili, pewien chłopiec --- tu kończy się bajka a zaczyna się życie --- zapytał panią wychowawczynię, czy zwierzęta idą do nieba. Pani bez najmniejszego wahania odpowiedziała: nie. Zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie był to przegapiony moment, w którym może kształtować się podmiotowe traktowanie zwierząt? Gdy teraz o tym piszę, pluję sobie w brodę, że nie zszargałam autorytetu przedszkolanki, wtrącając się i mówiąc, że zwierzęta, a na pewno psy, koty i konie idą do nieba. Bo czy ktoś jest w stanie kochać ludzi bardziej niż psy, koty i konie pomimo naszej ogromnej niedoskonałości w stosunku do nich?

***

Pozostałam z marzeniem. Kiedyś, gdy będziecie mieli dzieci w wieku przedszkolnym, gdy w tym kraju będzie jedno dziecko na sześć miejsc w przedszkolu, proszę, upewnijcie się, że personel wierzy w to, że zwierzęta idą do nieba. Zróbcie to dla dobra społecznego.

czwartek, marca 15, 2012

(431+1). Czuły, piśmienny Jaskiniowiec

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Dotykanie słów, przyglądanie się im. Przebieranie, wybieranie, układanie. Słowa pozwalają bawić się sobą. Chce Pan dowód? Proszę bardzo… czyż nie jest pięknym, że napisane ciut wcześniej zdanie --- to pochylone, by nie było wątpliwości, o które słowa chodzi --- ma dwa różne znaczenia? I co z tego? To przerost formy nad treścią --- oznajmił Pan JaWiemLepiej.

***

Łapię oddech obcując z kształtem słów. Cieszy mnie ich wielowymiarowa, utkana sprytnie wieloznaczność. Przebieram, wybieram, układam, przestawiam, dodaję, wyrzucam i jakby znikąd nagle… pojawia się wzór, melodia, rytm, wspomnienie. Słowa zaczynają tworzyć akapity, zaczynają żyć własnym życiem. Już nie należą do mnie. A kogo to obchodzi? To przerost formy nad treścią --- powtórzył Pan JaWiemLepiej.

Mnie obchodzi. Dla mnie ma znaczenie. Ten blog pisany jest z egoizmu. Panie JaWiemLepiej, w tym blogu treścią czasem są trzy kropki i pauza. No właśnie! To przerost formy nad treścią --- Pan JaWiemLepiej... wie to najlepiej.

***

Wszystkie organizmy żywe mają taką samą treść, czyli skład pierwiastkowy. Różnią się formą. Nie nazwałabym słonia przerostem formy nad treścią.

*

Wątpliwości. Wolę je mieć, niż trwać na posterunku wiedzenia najlepiej.

***

Zmasakrował mnie wczoraj człowiek... słowem. Wiedział najlepiej.

środa, marca 14, 2012

(428+3). Precz z jaskiniowcami!

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Każde „po” ma swoje „po”. Nareszcie! Odkopałam się z wszystkich rzeczy, które miałam w planie zrobić, gdy tylko będę już „po egzaminach”. Dzięki temu jestem dziś w wersji „po-po”. Jednocześnie jestem też ciut wczorajsza, by nie powiedzieć nieświeża, ponieważ pozostaję pod wrażeniem spotkania z Puchatym, który jeszcze kilka dni temu miał konkretne imię, konkretne nazwisko, konkretną brodę, konkretne ciało oraz był i jest ojcem mego Drugiego Życia w tym życiu.

W niedzielę wieczorkiem piliśmy kawę opijając moje egzaminy i nasze wspólne POP-owskie życie, które rozpoczęło piąty rok. Puchaty Przyjaciel podarował mi dużo ciepłych słów, które na nowej ścieżce życia pozwalają nabrać odwagi, by zrobić kolejny krok. Grzeję się przy tych słowach do dziś.

***

Przypadkiem... oczywiście, że przypadkiem... wyjęłam z półki książkę, na którą przyszedł właściwy czas a tam słowa Marka Twaina, który pięknie ujął to, co jest aktualnie moim doświadczeniem: „Potrafię dwa miesiące przeżyć na jednym porządnym komplemencie”.

***

Znów przypadkiem... zaczęłam się zastanawiać... Dlaczego tyle narzekamy? Dlaczego marudzimy? Dlaczego wiecznie szukamy dziury w całym? Dlaczego nigdy nie jesteśmy dość dobrzy? I dlaczego nie przywiązujemy równie dużej wagi do zauważania dobra, które przytrafia nam się co dnia?

Doszłam do roboczego wniosku, że to zwykły, skostniały atawizm. Dobro nie zabija, więc nie trzeba mu poświęcać uwagi, by przetrwać. Niedokładność, niefrasobliwość czy lekceważenie praw pór roku zabijało ludzi w epoce jaskiniowej. Od tego czasu minęło sporo czasu. Sporo się też zmieniło. Wydaje się, że zmieniły nam się również priorytety, bo dziś, w tak bogatym kraju jak nasz, większości obywateli nie chodzi o przetrwanie tylko o dobre, sensowne życie. Pomijając szczególne miejsca (np. salę operacyjną), w zwykłym dniu żywota naszego, nie stracimy życia, gdy zamiast dokładać innym i sobie wyolbrzymiając błąd, nietakt czy niewybaczalny gest, skupimy się na pozytywie — na przykład, może i nie udało się, ale miałam odwagę spróbować i zrobię to jeszcze raz. Od myśli do myśli, od tezy do tezy, aż do wniosku — obietnicy danej sobie.

Koniec!
Od dziś nie chcę być już jaskiniowcem!
Będę polować na dobre rzeczy w sobie, w ludziach, którzy wokół mnie.
O!
Taki mam diabelski plan!

czwartek, marca 08, 2012

430. Piękno Przypadku

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Weekendy w tym semestrze są wyjątkowo krótkie. Jednodniowe i w środę. Wracaliśmy wczoraj wieczorem ze wsi i znów coś w środku mnie zanuciło znaną piosenkę, której refren do znudzenia pojawia się tutaj co kilka bądź kilkadziesiąt wpisów: kocham przypadki!

Jechaliśmy po polskich drogach krajowych. Przypadkiem wyładowało się urządzonko. Przypadkiem też zapomniało się Stadu wziąć ładowarkę. Zupełnie przez przypadek, sto kilometrów przed domem włączyli radio. Całkowitym zrządzeniem losu z radia sączyła się audycja o książkach. Jedno zdanie i wczorajszy przypadek zamienił się w dzisiejszą pełną premedytację. Andrés Neuman w wywiadzie powiedział:

Piękno kryje się w sposobie patrzenia.

Po tych słowach wiedziałam jaki będzie ciąg dalszy. Nie było dziś mocnych. Nie pamiętam, abym miała takiego smaka na powieść. Już nie przez przypadek, nabyłam drukowane papierem powleczone. Kilkadziesiąt stron za mną. Autor nie jest teoretykiem piękna. Jest fantastycznie delikatnym praktykiem. Gdybyście więc, oczywiście przypadkiem, nie mogli zdecydować się co wziąć do ręki, to...

poniedziałek, marca 05, 2012

429. Światełko

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Choć jest już widno, gdy rano z Heniutką wychodzimy na dwór, dwa mieszkania w lewo od naszych okien, na parapecie obcego okna pali się lampka. Zawsze. Codziennie. Niezmiennik rozpoczynającego się dnia. Gdy wracamy z szybkiego spaceru, będąc już na ostatniej prostej do klatki, me oczy automatycznie wędrują ku wspomnianemu oknu. Jest. Światełko. Niczym rytuał. Źródło spokoju. Nie znam osoby, która tam mieszka. Nie wiem nawet jak wygląda. Pewna jestem tylko tego, że nie ma psa, bo gdyby miała, za nami byłyby już setki rozmów o naszych czworonogach.

Dziś. Znajomy blask w nieznajomym oknie. Poczułam się bardzo bezpiecznie z tym, że od wczoraj nie stało się nic złego, co zgasiłoby światełko na parapecie. Życzyłam w myślach tej Osobie dobrego dnia…

Zaczynamy kolejny dzień, kolejny tydzień. Niech będzie dobry!

***

Co zostaje po ludziach, gdy odchodzą? Pustka? Cisza? Nieznośny „brak”?

Wie Pani czego najbardziej mi brak? Tych chwil podczas naszych spotkań, gdy powoli, majestatycznie, zanim sięgnął po zapalniczkę… obracał w palcach papierosa...

***

Rozrzucone skarpetki przestały być bałaganem. Stały się bezgłośnie wyśpiewanym błogosławieństwem Życia, co „żyje się” i ma się dobrze.

piątek, marca 02, 2012

(425+3). Dębowego Duetu Piękna Połowa... się czyta

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

W procesie uczenia się, rycia czy zakuwania pewien poziom deprywacji sensorycznej jest absolutnie niezbędny. Jak mantrę powtarzałam przez prawie dwa miesiące: to… tak, koniecznie, na pewno, ale po egzaminach. W odstawkę poszły spotkania międzyludzkie, książki i obsługa domu. Ponieważ już jest „po” nadrabiam we wszystkich kategoriach. Niektóre „nadróbki” potrafią mnie bardzo mile zaskoczyć. Otóż, szłam powolutku na spotkanie, dysponowałam ekstra kwadransem i zaszłam do małej księgarenki, w której wielokrotnie czekały na mnie książki, których nigdzie już kupić się nie dało. Wchodzę, wodzę oczami po grzbietach książek w mym ulubionym dziale i oczom nie wierzę. Uchowała się specjalnie dla mnie książka, o której, gdy była dostępna, nic nie wiedziałam. Płacąc okazało się, że ta książka wcale a wcale nie uchowała się specjalnie dla mnie. Mam najzwyczajniejsze szczęście wynikające z faktu, że wydawnictwo postanowiło wznowić brakujące tytuły Ewy Woydyłło. Znów odłożyłam wszystko na bok i połykam kolejne strony. Dębowy Duet (322) mieszka w mej bibliotece na jednej półce. To jednak mało. Jadąc dziś do pracy tramwajem uśmiałam się jak norka, bo spotkałam ten Duet razem na jednej stronie książki:

Konstytucjonalista i prawnik Wiktor Osiatyński pisze: „W relacjach z ludźmi powinniśmy zdobyć się na ryzyko nie tylko domagania się praw nam należnych, lecz także proszenie innych o to, czego sami moglibyśmy oczekiwać. Zwracanie się z prośbą pociąga za sobą ryzyko, że nie zostanie ona spełniona, a wtedy proszący może poczuć się odrzucony i jego poczucie wartości narażone będzie na szwank. Sposobem na zmniejszenie tego ryzyka jest pozwolenie drugiej osobie, aby powiedziała «nie». Na przykład, prosząc o przysługę, można zaznaczyć: «Nie czuj się zobowiązany, nie przyjmę odmowy osobiście». Ważne jest, by oddzielić prośbę i potencjalną odmowę od własnego poczucia wartości. Gdy ktoś prosi mnie o pożyczenie pióra, a ja odmówię, nie oznacza to negatywnej oceny tej osoby ani jej wartości. Jest oznaką dotyczącą mojej osoby i wartości mego pióra dla mnie. Moją odmowę należałoby rozumieć jako oznajmienie, że potrzebuję tego pióra lub jestem do niego przywiązany i nie chcę się z nim rozstawać. Dotyczy to wszystkich innych próśb, w tym również takich jak zwrócenie się o pomoc, uczucie lub intymną bliskość.
     Świat idealny byłby wspaniały, gdyż relacje między ludźmi byłyby oparte na miłości, przyjaźni i innych dobrych uczuciach. W świecie rzeczywistym przyjaźń często bywa zerwana, miłość zdradzona, dobre uczucia nadużyte. Dlatego właśnie potrzebujemy instrumentów obrony siebie w sytuacjach, gdy dobrych uczuć zabraknie lub nas zawiodą”.
     Z tej samej książki przytoczę jeszcze jeden z jej końcowych fragmentów, ponieważ napisałabym w tym miejscu dokładnie to samo, gdyby wcześniej nie napisał tego profesor nauczających o prawach człowieka. Oto jego przesłanie zawarte w Liście do studenta: „Wchodź w osobiste relacje z nadzieją i ufnością, lecz również z ostrożnością. Nie wyrzekaj się swych praw zbyt pochopnie. Lecz gdy nawiążesz z kimś osobistą więź, zapomnij o swych prawach — jakkolwiek nie zrzekając się ich całkowicie. Twe relacje z ludźmi będą bogatsze, jeżeli będą opierać się na przyjaźni, miłości, empatii, gotowości do dawania i wybaczania. Gdybyś jednak został przez kogoś zdradzony lub wykorzystany, nie wahaj się odzyskać swych praw. Jesteś wolną istotą, a nie niewolnikiem rodziny czy znajomych”.

E. Woydyłło, Poprawka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.



czwartek, marca 01, 2012

427. Dzień „starego” Jubilata i nowiutkiej „Nobilitantki”

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Jak nazywa się związek w którym kobieta jest starsza od mężczyzny? Antykwariat.
Ona, antyk. On, wariat.

Dziś, po dwudziestej trzeciej Sadownik urodzi się znów. Skończy n2 lat. Tym samym licząc po anglosasku, Jabłoń wciąż zachowa młodość, a tylko Sadownik będzie o rok starszy. Przez trzy miesiące i dziewięć dni Sadownik jest mniejszym gówniarzem niż przez pozostałą część kalendarzowego roku, gdy nawet w tym systemie różnica wieku między Dwunożnymi wynosi ½·n.

(przy śniadanku)
Jabłoń
:
(cieszy się jak dziecko, że Sadownik przez sam fakt
dożycia do dwudziestej trzeciej z hakiem, postarzeje się o cały rok
)
Staruszku, to już dziś!

Sadownik:
Z czego tak się cieszysz?

Jabłoń:
No wiesz, będziemy bliżej społecznego „standardu”.

Sadownik:
(filozoficznie o różnicy wieku sadowniczo-drzewkowego Duetu licząc rocznikiem)
To powinna być dla ciebie nobilitacja.

Jabłoń:
???

Sadownik:
No wiesz, babka musi być fajna, skoro ma młodszego faceta.

Jabłoń:
Noooo! Muszę być fajna!

wtorek, lutego 28, 2012

426. Samoistna reedukacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Najlepsze kasztany są na placu Pigalle...
Najlepsze zabawki dla psa są... w Ikei.

Powoli, powoli... Uściślijmy. Pewnie nie dla każdego psa, ale dla labradora z pewnością.

Szybko przez przeszłość... z wychowaniem pierwszego psa jest jak z budowaniem pierwszego domu... dużo błędów. Tak się cieszyliśmy, że Henia aportuje, że nie zwróciliśmy uwagi, że rzuca nam badyla pod nogi zamiast podać do ręki.

Szybciej przez psie gusta... podejrzewałam już, że Henrietta wyparła się swoich labradorskich genów. Miała pokaźną kolekcję piłek mniej lub bardziej twardych, mniej lub bardziej gumowych. Pobiec raz i przynieść, proszę bardzo. Drugi, od biedy. Trzeci, niech Ci będzie. Czwarty... a sama sobie leć skoro rzuciłaś! --- mówiła nieporuszona sylwetka kundla, co właśnie wziął się mocno za węszenie, by zgubić własny słuch i wzrok.

Długo... trwało nim się poddałam. No cóż, takiego mam labka, co za piłką ganiać nie chce. I trudno. Pogodziłam się. Psia Indywidualistka. Po Mamusi? Po Tatusiu?

W mgnieniu oka... Kudłata wyprowadziła mnie z błędu. Kupiliśmy w Ikei dwie szmaciane, nieduże piłki, raczej ku radości Jabłonki, choć z przekonaniem wciskała Sadownikowi, że to przecież dla Heniutki. Kupiliśmy, bo w ładnych kolorach były: zielona w jasnozielone prążki, czerwona w różowe groszki.

Efekt... Samoistna reedukacja... Od tygodnia Henia mnie zaskakuje. Sama nauczyła się przynosić szmacianą piłkę i wciskać człowiekowi w rękę. Jak ludzka sierota nie złapie to pies cierpliwie podnosi z podłogi i znów wciska. Nie wierzyłam, że to się utrzyma dłużej niż zapach nowości zabawek, ale wciąż trwa. Sprawdziłyśmy, czy na dworze pies aportujący też poprawnie działa... Działa!

***

Chciała baba psa ślicznie aportującego. Ma! Siada człowiek dowolny na kanapie i w mgnieniu oka ma w zestawie, do swej usadzonej mniej lub bardziej wygodnie sylwetki psa, z piłką pod ręką. Rzucaj, rzucaj! Nie ustawaj! Prawdziwa labradorzyca obudziła się w Heniutce! Czy ktoś powiedział: uważaj na marzenia, bo mogą się spełnić? ;)

niedziela, lutego 26, 2012

425. Kudłata Reaktywacja

 wpis przeniesiony 2.03.2019. 
 (oryginał bez twardych spacji) 

Piątek. Ostatni POPowski egzamin. Do przodu.
Stałam się studentką szkolenia dyplomowego.

Nieprzytomna
oszołomiona
do dziś
trochę
pozostałam.

Do rzeczywistości
przywracało
odrobinkę
Heniutkowe szkolenie
wczoraj i dziś.

***

Leżąc w hamaku słucham świeżutko w piątek zakupionego Cohena i nie mam pojęcia skąd we mnie całkiem nowiutka ciekawość i radość, że już jutro poznam nowych studentów, z którymi będę pracować w zbliżającym się nieuchronnie z każdą godziną letnim semestrze.

Uśmiecham się na myśl, że wracam również Tu i w ulubione przeze mnie blogowe miejsca Innych. Mam nadzieję, że jeszcze ktoś tutaj zajrzy...

Leonard Cohen, Going Home.