wtorek, kwietnia 15, 2014

(1011+1). Nie i już!

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Bez empatii. Wściekła. Wkurzona. Jednostronna. Jak ja siebie takiej nie lubię. Wąsko myśląca. W amoku dyskursu jedynego. Niesprawiedliwa. Ale cóż, bywam też taka. Choć całą sobą uważam czas takiego istnienia za czas utracony.

Oczywistym wczoraj było, że rodzice siedmiorga dzieci powinni oddać pieniądze fiskusowi, ponieważ ich korzystanie z ulgi na dzieci społeczeństwu, jak widać, żadnego dobra nie przyniosło, a wręcz przeciwnie, wymierną finansową stratę. W zasadzie rodzice całej dziewiątki powinni mieć sprawę za nieumyślne spowodowanie śmierci.

Wyprztykałam się wczoraj (na głos) z wszystkich radykalnych pomysłów, poglądów i perspektyw, w swej jednostronności godnych tylko partii małych ludzi, by na końcu tego poruszenia odkryć, dlaczego ta historia tak mnie dotyka.

Na końcu jest… niezgoda. Niezgoda na to, by takie rzeczy się działy. Zawalili rodzice, zawaliła szkoła, zawaliły media. Zawalili ci wszyscy, co nazywają siebie „dorosłymi”. Zawalili ci, co granic dzieciom nie umieli stawiać. Zawalili ci, co mieli być konsekwentni. Dzieci powinny wiedzieć, że grawitacja to nie wytwór z kreskówek, że fizyka to nie tylko przedmiot w szkole, że choć dla młodych ludzi śmierć jest abstrakcją, to pięciu żyć młodzi ludzie nie mają, że «konsekwencja» to nie nic nieznaczący termin, że w życiu po game over człowiek nie wstaje, nie otrzepuje się i nie idzie dalej, tylko pakują go do worka. Te dzieci powinny się tego wszystkiego dowiedzieć od Dorosłych, których przez ostatnie dziesięć lat nie widywały zbyt często, choć pewnie pojawiło się sporo pełnoletnich. Wściekłość, furia i wkurw ustąpiły… mojej niezgodzie na taki świat.

Nie zgadzam się! I dlatego wczoraj wieczorem wyrzuciłam z hukiem studenta z zajęć. Ma wiedzieć, że reguły gry są wymyślone dla jego bezpieczeństwa i dobra, a nie dla mojego widzimisię. Koniec i kropka.

poniedziałek, kwietnia 14, 2014

1011. Konsekwencja liczb

9 osób w wieku
13–17 lat w nominalnie
5-osobowym aucie,

dobór naturalny?

*

Radio z rana informowało, pewnie nie pierwszy raz, o tragedii… Mam error. Empatia nie włącza mi się wcale. Jeśli to jest tragedia, to Smoleńsk, który był łaskaw w zeszłym tygodniu mieć za nic mój dzień pracy, był zamachem na pewno. Zioberko się we mnie uruchamia: te dzieci nikogo już nie zabiją…

sobota, kwietnia 12, 2014

1010. Podwójne szczęście mając

__________________________ [prywatnie]
Szczęściem jest,
myślałam do dziś,
kochać i być kochaną.

__________________________ [zawodowo]
Szczęściem jest,
myślę od dziś,
spotkać ludzi, którzy zobaczą tkwiący w nas potencjał.

1009. Zamykamy tydzień, zamkniemy kraj?

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jakieś dwa tygodnie temu pan minister finansów był łaskaw podzielić się z opinią publiczną pomysłem, by odebrać małżeństwom bezdzietnym możliwość wspólnego rozliczania się. Od dwóch tygodni porusza mnie ta kwestia niebywale.

Po pierwsze, myślę o tych parach, które na rzęsach, również finansowych, bezskutecznie stawały, by dziecko mieć. Ważnym nie jest, co osobiście o tym myślę, lecz to, że nie tylko los im pokazał figę, teraz zrobi to fiskus, a jeśli, nie daj Boże, wzięli kredyt na owe rzęsy, tym gorzej dla nich — narodowy katolicki Bóg ukarał i miał rację.

Po drugie, dużo ważniejsze dla mnie, dotyka mnie niefrasobliwość z jaką państwo, zamiast budować społeczeństwo obywatelskie, odbierać ma zamiar ludziom prawo do wspólnego gospodarowania finansami. Boli mnie, że pan minister nie jest łaskaw zauważyć, że każda relacja dwojga ludzi, którzy w danym roku podatkowym prowadzili wspólne gospodarstwo domowe, powinna mieć możliwość skorzystania ze wspólnego rozliczania. Na dłuższą metę, zamiast dwóch obywateli, społeczeństwu bardziej opłacają się dwuosobowe rodziny bez względu na konfigurację (bez obligatoryjnego nadęcia katolicko-demograficznego), ponieważ kochający się w nich ludzie dbają o siebie nawzajem, pomagają sobie, a tym samym zwalniają państwo z dodatkowego obowiązku w razie trudności. Nie chcę żyć w kraju, w którym nie ceni się relacji między ludźmi. Te prawdziwe i trwałe są bezcenne. To jest rzeczywisty fundament społeczeństwa, o którym marzymy.

Myślę więc sobie, panie ministrze, zrób to, a po raz pierwszy w życiu zacznę na serio rozważać kroki, by w tym kraju nie płacić podatków wcale, bo powoli przestaje to być kraj dla ludzi.

***

Alex bardzo, bardzo dawno temu poleciła mi jedną z książek Jodi Picoult. Wówczas była wyprzedana. Po skończonej, a przed otrzymaniem zamówionej-poleconej, w zeszłą niedzielę pobiegłam do księgarni. Długo się nie zastanawiałam nad wyborem. We wtorek wieczorem przed północą było po książce i po łzach, które dzięki niej uroniłam. Doskonała! Historia przez kilka osób opowiadana, z innych perspektyw, z innych systemów wartości. Za to Autorkę cenię ogromnie. Również za niemały wkład, by zgłębić temat w realu, by głupot nie napisać. Perspektywa mężczyzny biorącego udział w procedurach in vitro bezcenna. Niczym w soczewce skupione wszystkie te kwestie, o których w tym kraju tak trudno rozmawiać. Piękna i mądra książka. Tyle że katotaliby, mohery, durnogłowe „polityki” i homofoby nigdy do niej nie zajrzą. Były bokser, co aspiruje do bycia durnogłowym, też nie zajrzy.

[...] Po pierwsze, homoseksualizm to nie styl życia, bo taka się urodziłam. Po drugie, pociąg do kobiet to nie mój wybór. Czuję go i już. Czy pan z wyboru ma pociąg do kobiet? Kiedy to się stało, w okresie dojrzewania? Po skończeniu liceum? Na rozmowie kwalifikacyjnej na studia? Nie. Homoseksualizm, podobnie jak heteroseksualizm, to nie wybór. I wiem to, bo kto na litość boską chciałby zostać gejem? Po cóż miałabym skazywać się na taki kierat, wyzwiska i znęcanie fizyczne, które przeszłam? Czy gdybym mogła wybrać, chciałabym, żeby tacy jak pan wytykali mnie palcami? Dlaczego miałabym dobrowolnie wybrać styl życia, jak pan to nazwał, w którym mam wiecznie pod górkę? Nie do wiary, że tak oświecony człowiek jak pan, który zjeździł pół świata, może być tak krótkowzroczny.

*

Karano mnie, ponieważ byłam sobą, a to, co chciałam powiedzieć — czego nigdy nie powiedziałam, aż gardło bolało mnie od milczenia — to „Co ja dla was znaczę?” i „Czemu nie zajmiecie się sobą?”.

*

Widok mężczyzn trzymających broń to norma,
w przeciwieństwie do mężczyzn trzymających się za ręce.

*

Wierzę, że taka przyszłam na świat, tak jak inni rodzą się hetero. Ale wierzę też, że zakochujemy się w CZŁOWIEKU, i płeć nie ma tu większego znaczenia. Często stawiam sobie pytanie, co zrobiłabym, gdyby miłość mojego życia okazała się mężczyzną. Bardziej pociąga nas to „kim” czy może „czym” jest druga osoba?
     Sama nie wiem. Wiem za to, że osiągnęłam w życiu etap, gdy liczy się „na zawsze”, a nie „teraz”.
     Wiem, że pierwsza osoba, którą całowałam, liczy się mniej niż ostatnia.

*

Nie znamy ludzi tak, jak nam się wydaje — łącznie z samymi sobą. Nie wierzę, że człowiek budzi się rano i stwierdza, że jest homo. Ale wierzę, że budzi się rano i stwierdza, że nie może bez kogoś żyć.

Jodi Picoult, Tam gdzie ty,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

niedziela, kwietnia 06, 2014

1006. Realne potyczki z fikcją

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Powieści czytać nie umiem. Zanim bohaterzy znajdą we mnie swe miejsca, nim zacznę odróżniać jednego od drugiego, nim kogoś polubię, pokocham, mija wiele stron. Często porzucam uwięziony w kartkach książki świat nie doczekawszy osobistego przywiązania do niego.

Powieści czytać nie umiem. Pierwszego dnia pięćdziesiąt stron, drugiego dwadzieścia, trzeciego, czwartego zero, piątego nic nie pamiętam. Sama się sobie dziwię, że w ogóle próbuję okiełznać fikcję.

Powieści czytać nie umiem. Jednak czasem mam chęć lub potrzebę odmóżdżyć się odrobinkę. Zaraz po stażu chwyciłam książkę, co tegorocznym prezentem imieninowym jest i czekała na mnie od lutego. Było klasycznie, pięćdziesiąt stron, dwadzieścia, zero, zero, dwadzieścia, zero zanim zaskoczyłam, by potem sto pięćdziesiąt i trzysta zgryźć. O dylematach, o nieoczywistościach czytać uwielbiam.

Po krótkim dialogu, który, niezaznaczony żadną karteczką, pozostał tylko w mej uśmiechniętej pamięci:
     — Co ty we mnie widzisz?
     — Swoją przyszłość.
rozpłynęłam się, by zaraz potem roześmiać się, że ta krótka wymiana zdań pasuje jak ulał do rozmowy z Sadownikiem sprzed prawie szesnastu lat. Gdy go zapytałam:
     — Co chcesz robić w życiu?
     — Chcę być szczęśliwy. — Odpowiedział zdecydowanie.
Wtedy uznałam to za wymijającą odpowiedź, a dziś widzę, że wiedział, co mówi i dzień za dniem z uporem maniaka realizuje swój plan. Jak dobrze, że ja w tym planie też się znalazłam. Sadowniku — myślę sobie — chapeau bas!

Nie wiem, co najtrudniej nam ścierpieć w śmierci. Może jednostronną komunikację, niemożność zapytania ukochanej osoby, czy ją bolało, czy teraz jest szczęśliwa tam, gdzie jest... jeśli gdzieś jest w ogóle. W śmierci nie kropka jest najgorsza, tylko znak zapytania.

*

     — Ksiądz odpowiedział: „Zrobił coś strasznego. Nie zasługuje na twoją miłość. Ale zasługuje, żebyś mu wybaczyła, inaczej będzie rósł jak chwast w twoim sercu, aż je zagłuszy. I ty będziesz cierpiała, nie on”. [...]
     Odwraca się w moją stronę.
     — Nie wiem, co ci zrobił ten człowiek i nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć. Ale nie wybaczasz za kogoś innego, tylko za siebie. Mówisz tym samym: „Nie masz nade mną władzy. Nie uwięzisz mnie w przeszłości. Zasługuję na przyszłość”.

Jodi Picoult, To co zostało,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

1005. Kochaj i nie ustawaj!

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Miłość to nie kontrola.” Nietypowa, bo werbalna, pozostałość po śnie. Zwykle bowiem budzę się tylko w oparach atmosfery czy klimatu snu i jadę na nich przez wiele dni…

Miłość to nie kontrola.” Zawyrokowała Postać ze snu na chwilę przed moim przebudzeniem. Wielkimi wydały mi się te słowa w środku nocy, choć teraz tak banalnie i nieskładnie brzmią. Przypomniały mi i ożywiły prawdę, którą w sobie od zawsze mam…

     Nie rób tego, czego nie potrafisz pokochać — powtarzam do znudzenia studentom.
     — Rób to, co kochasz. To jedyny sposób na szczęśliwe życie — słyszą niezmiennie i wciąż.

Kontrola. Tak. Semestry. Zaliczenia. Egzaminy. Wytyczne. Potrzebne. Na początku drogi. Właściwy kierunek i tempo pozwalają utrzymać. A potem. Już tylko miłość…

Miłość. Tak. Tylko ona wie, gdzie i jak postawić stopę, by zrobić kolejny krok. No i jadę od rana na energii tego snu, bo dzięki niej z łatwością widzę mój następny krok…

sobota, kwietnia 05, 2014

1004. Siuprajsik

Bez planu. Bez oczekiwań. Bez ciśnienia. Byłam dziś wolna. Więc bardzo wolno żyłam. Tylko dla siebie. I dla Sadownika. Wyciągnął mnie na kawę, ciacho, pogaduchy i czytanie. Dałam się zaskoczyć sztuce na ścianach kawiarenki na placu Wilsona. Uwagę przykuł tekst. Zachwycił.

Lech Bator, Jeleń siedzący, 2013.

it's not who you are
that holds you back.
it's who you think
you're not.

(tekst na powyższym dziele)

czwartek, kwietnia 03, 2014

1003. Nie daj się zwieść rekwizytom

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Gdy słyszę kobietę, która zaczyna:
     — My, matki, już tak mamy, że...
wiem, że to nie jest o matkach, tylko o martyrologii, o ukrytym pragnieniu, by być nie tylko w roli matki; o braku odwagi, o braku decyzji, o ofierze niepotrzebnie składanej na społecznym ołtarzu; nie o wychowaniu dzieci, lecz o chowaniu się za własne pociechy. To jest o wszystkim, tylko nie o byciu matką.

Kiedyś wypowiedzi tego typu doprowadzały mnie do szału, bo niby co, że niematki mają przywilej niedoświadczania określonych trzema kropkami trudności? Dziś, gdy padają w mojej obecności, wiem, że będąc w pełni obecną i czującą istotą, jestem matką bardziej niż wypowiadająca kolejne fonemy kobieta. Umiem zatrzymać się, zobaczyć i zrozumieć te trudności. Doświadczyłam ich w końcu nie raz, podobnie jak każdy człowiek. Różni nas tylko to, że ja je z uporem maniaka studiuję, szukając w nich ziarenek nowego.

środa, kwietnia 02, 2014

1002. Niematerialne dowody istnienia

 wpis przeniesiony 10.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wczoraj minęła trzecia rocznica Jej śmierci. Dopełniają się trzy lata od czasu, gdy wiem, że odeszła. Dziś szukałam Jej poczucia humoru w otrzymanych od Niej mailach. Adres wciąż mam.

Za dwa dni będą trzy tygodnie, jak Prof wybiegł z życia. W komórce wciąż mam do Niego numer telefonu.

Ona nie napisze,
On nie zadzwoni,
choć cofam,
     siedząc przy stole,
Czas.

Daniel Hope, I giorni (Ludovico Einaudi).

wtorek, kwietnia 01, 2014

(1000+1). Miłość na ulicy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Hamowałam. Przy kawie. W przerwie między zajęciami. Gapiłam się w okno. Zatrzymana w czasie i przestrzeni. Za szybą ludzie pędzący ku swemu przeznaczeniu. Zagapiłam się raz, drugi. I przestałam widzieć ludzi. Zobaczyłam człowieka, który z pewnością kogoś kocha. A potem drugiego z miłością w sercu i trzeciego, i kolejnego… Zobaczyłam lepszy świat, choć w sumie nie stało się nic, ja piłam kawę, ludzie pędzili do swoich spraw.

*

Zadziwienia. Chwilowe. Ulotne. Niekoniecznie do rozumienia. Przygwożdżone bezwzględną stałością kształtów liter. Nudy. Małe samotnie. Tu. Też. Na tym blogu.

*

Z samego rana przy śniadaniu Studentowi z egzaminacyjnej książki wyczytałam ukradkiem kilka zachwycających literek. Mogę mądrzyć się i zachwycać, bo to nie ja będę zdawać ze zrozumienia tego dzieła.

Pewnego dnia, dawno temu, wziąłem do ręki fotografię najmłodszego brata Napoleona, Hieronima (1852). Zdziwiony powiedziałem sobie: „Patrzę na oczy, które widziały Cesarza”. To zdziwienie nie minęło do dzisiaj. Czasem mówiłem komuś o tym zdziwieniu, ale ponieważ nikt nie zdawał się podzielać ani nawet rozumieć (życie składa się z takich małych samotności), o wszystkim zapomniałem.

Roland Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii,
Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008.
(wyróżnienie własne)

1000.

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rozmowa. Nie jedna. Ta, która się nie odbyła. Lub. W pół słowa przerwana. Niedokończona. Ranić potrafi długo po tym, gdy wybrzmi do końca każde niewypowiedziane słowo. Właśnie z powodu takich rozmów powstało wiele wpisów. Na tym blogu.

Rozmowa. Trudna. Może nawet beznadziejna. Co strach ją rozpocząć. Przynosząca odważnym śmiałkom niespodziewaną ulgę i niebywały początek radości i niewysłowionego szczęścia. Właśnie takie rozmowy stanowiły tło wielu wpisów. Na tym blogu.

Rozmowa. Trwa. Dobiegliśmy do tysiąca. I co teraz? Na tym blogu.

sobota, marca 29, 2014

999. Wstęp do rozmowy

potrzebuję powiedzieć Ci o smutku
       na drugim dnie serca znalezionym.
potrzebuję, bo Cię kocham.

mogę powiedzieć Ci o smutku
       na drugim dnie serca znalezionym.
mogę, bo mnie kochasz.

[suplement pikselowy: 20.10.2022]

998. Po i... Przed

kiedy przestajesz wiedzieć, co zrobić, to nie koniec, to początek

*

nie
       co dalej?
lecz
       co teraz?

*

Teraz. W piątkowy ranek uchwycone.

niedziela, marca 23, 2014

(996+1). Wstęp do cudnego wieczoru

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Mając życie nasturcjami usłane. Pozbawiona lęku o posiadanie pewnej nieciekawej i finalnie śmiertelnej choroby. Jabłoń mości się na nowo w swoim życiu. Przypomina sobie i relacjonuje Sadownikowi — pewnie nie pierwszy raz — jak to Akuszer powiedział, że byłby mocno zdziwiony, gdyby Drzewko tę chorobę miało, bo profil psychologiczny ma mało pasujący do zidentyfikowanych chorych.

Jabłoń:
Nie jestem bierno-agresywna.
(mimowolna pauza teatralna)
Jestem po prostu agresywna!

Sadownik:
(z przekąsem)
Cóż za samoświadomość!

sobota, marca 22, 2014

(996=984+12). Nasturcje

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Okazja, by nazwać mnie czule pustakiem minęła bezpowrotnie wraz z badaniem zawartości mej głowy, co przytomnie stwierdził Sadownik jakieś dziesięć dni temu. Zauważył bowiem, że pani zawiadująca piekielną maszyną nie przerwała badania informując pacjentkę i jej Męża o tym, że w głowie nie ma nic do fotografowania.

Gdy przytoczyłam powyższe wnioskowanie Akuszerowi, ten błyskotliwie zapytał:
     — A może pani fotografowała tylko krajobraz?

Gdy Sadownik opowiedział o swym odkryciu w pracy, jego współpracownicy wykazali się przysłowiową męską solidarnością i jeden próbował reanimować niepewność:
     — A skąd pewność, że to mózg twojej żony. Jedyne, co jest pewne, to jej imię i nazwisko na opisie.

Gdy Nadzwyczajny wczoraj z udawanym smutkiem poinformował nas, że niestety, jest rozczarowany, bo mózg zupełnie normalny, zachwyciło mnie, że choć jedną rzecz mam w życiu w absolutnej, nudnej normie. Żadnego niedomiaru czy nadmiaru — po prostu niebywale uszczęśliwiająca norma.

Najbliżej prawdy był chyba jednak Akuszer. Na kilku zdjęciach zawartość mojej głowy wyglądała jak nasturcje akwarelą malowane.

*

Dziś, wracając do domu w cudownie wiosenny wieczór, pomyślałam z radością o kwitnących nasturcjach w mej głowie... bez mszyc.

czwartek, marca 20, 2014

995. ...

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Od zdjęcia do zdjęcia szłam coraz wolniejszym krokiem. Zrozumiałam, dotknęłam, doświadczyłam poruszenia Duszy, które było udziałem Sadownika w niedzielę. Wystawa.

Dotknęły mnie nie tylko zdjęcia, swą prawdą bez znieczulenia i upiększania podaną, byśmy przypadkiem iluzji happy endu nie ulegli. Po raz pierwszy z łatwością wyłowiłam kontekst, który pozwolił te zdjęcia do życia powołać. Bogactwo i dojrzałość relacji matki i syna. Niebywała bliskość, co pozwala słabość okazać. Nieustraszoność, co pozwala nacisnąć spust migawki. I wzajemne zaufanie do siebie, do chwili, która na ich oczach umykała w przeszłość.

Odchodzenie w kadr ujęte spostrzegawczym podarowało również obraz miłości (Ojca do Matki), co już nie musi konwenansów i polskiego gienderu trzymać się kurczowo — ciepłej, troskliwej, niepoddającej się, nieustającej... męskiej — piękne zdjęcia.

Grzegorz Banaszak czas zatrzymany
(fot. Grzegorz Banaszak z wystawy czas zatrzymany)

*

A gdy wyszłam, zazdroszcząc Autorowi bliskości z Rodzicielką, odkryłam paradoks:

w relacji z Orzeszkiem czuję się samotna, ale nie opuszczona.

To ważne dla mnie odkrycie. Kojące. A samotność dobra i zdrowa.

994. Z frontu

granica między życiem i śmiercią
       cieniutka,
niepojęta.

na granicy tej miłość
       ta, co tworzy życie spełnione,
       ta, co zniesie odchodzenie.

na granicy tej seks
       ten, co „rozpada” cię na miliony kawałeczków aż do zatracenia,
       ten, co unosi cię ku życiu z popiołów uniesienia.

na granicy tej miłość
       ta, której szukamy,
       ta, która nas znajduje
co dnia.

(985+8). No, nie. No, tak. Czyli jak?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownikowi przypomniało się. Opowiedział o tym, jak zdjęcia modelinek pokazywał w szkole zakolegowanym artystom in spe. Nie od dziś wiadomo, że każdy widzi, co chce. Wyrwało się fachowo artystce in spe pytanie:
— Twoja żona się nie maluje?
— No, nie.
— To widać... czyli każdego dnia budzisz się, żyjesz i idziesz spać z tą samą kobietą.
— No, tak.

Sadownik przekablował Drzewku powyższy dialog, a Jabłoń nijak pojąć nie mogła, o co w zasadzie chodzi z „tą samą kobietą”.

*

Jabłoń:
(dociec chce, czy i ile traci)
Niby co się z innymi kobietami dzieje rano czy wieczorem?

Sadownik:
Nie wiem. Brak mi doświadczenia.
Jesteś moim pierwszym i jedynym kugarem w życiu.

Jabłoń:
Cudnie jest być Twoim kugarem.

środa, marca 19, 2014

992. Terapeutyczne literki

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Lekarstwo z domowej biblioteki wczoraj rano sobie zaaplikowałam. W okienku między zajęciami na książkowo-kawową terapię się udałam. Powoli, literkę po literce zażywałam w leczniczym tempie.

Otwierało się we mnie zamknięte.

Oddech złapany.

Młoda wojowniczka podeszła do lęku, skłoniła się trzykrotnie i zapytała: „Czy udzielisz mi pozwolenia, bym mogła stoczyć z Tobą walkę?”. Lęk odpowiedział: „Dziękuję za szacunek, który nakazuje ci prosić mnie o pozwolenie”. Następnie kobieta spytała: „Jak mogę cię pokonać?”. Lęk odparł: „Moją siłą jest to, że mówię szybko i wciąż zbliżam się do twej twarzy. Wtedy tracisz siły i robisz wszystko, co ci każę. Jeśli jednak nie uczynisz tego, co ci każę, nie będę miał nad tobą władzy. Możesz mnie słuchać i szanować. Możesz nawet pozwolić mi się przekonać. Ale dopóki nie robisz tego, co mówię, jestem bezsilny”. W ten sposób wojowniczka dowiedziała się, jak pokonać lęk.

*

[...] nic nie odchodzi, dopóki nie nauczy nas tego, co mamy wiedzieć. Możemy pędzić na drugi koniec świata z prędkością 200 kilometrów na godzinę, by uciec od problemu, ale on będzie już tam na nas czekał.

*

[…] chwila obecna to newralgiczny punkt naszej własnej czasoprzestrzeni. Sama bardzo krucha, ale obdarzona mocą odbierania nam sił.

*

Ostatecznie wszystko sprowadza się do pytania, jak bardzo pragniemy się rozchmurzyć i rozluźnić. Na ile chcemy być wobec siebie uczciwi.

*

[...] rzeczy, które z przyzwyczajenia traktujemy jako przeszkody, mogą okazać się pożyteczne. Przeszkody te to jedynie sposób, w jaki świat i całe nasze doświadczenie wskazują nam miejsce, w którym utknęliśmy.

*

Wszystko, co dobiega końca, jest zarazem początkiem czegoś innego.

Pema Cziedryn, Kiedy życie nas przerasta,
Wydawnictwo Mudra, Kraków 2001.
(wyróżnienie własne)

wtorek, marca 18, 2014

991. Artysta in spe

życie niezbyt dużo sobie robi z zatrzymanego świata,
pozbawione kultury gna do przodu.
nie sposób nie podnieść kwiatka...

*

Sadownik:
(w wersji rozmarzony student)
I co z tego, że wszyscy zawsze będziecie mieć
więcej liter przed nazwiskiem niż ja...

Jabłoń:
(nadstawiła ucha z zainteresowaniem)

Sadownik:
...bo tylko ja będę artystą z wykształcenia!

Jabłoń:
(z przyjemnością przyjęła
siłę logicznego argumentu
)

(988+2). ...

wyglądam na smutną,
jestem zatrzymana.

w bezruchu ciała, na przekór wszystkiemu,
doświadczam bezczelnego pulsowania życia.

*

pozwolić odejść
        chwili,
        myśli,
        pragnieniu,
uczę się dziś.

poniedziałek, marca 17, 2014

(988+1). ...

czarno-białe portrety,
przepiękne, niektóre.

czarno-białe myśli,
zatrważające, niektóre.

wszystko tylko na chwilę.

Bisquit, Wielki mały człowiek.

niedziela, marca 16, 2014

988. Mój Prof [*]

Nie tylko tysiące kilometrów stąd, ale również tu zaczął się czas bez.

*

Nie był tylko zwyczajnym profesorem. W drodze ku kompletowi możliwych przed nazwiskiem literek nie zagubił serca i człowieczeństwa.

Wiele razy pozwalałam sobie przymarudzić i prosić Profa, by zwolnił, zadbał o siebie, że życie do życia też służy. Nie ustawał. Żył w biegu. Odszedł. Zbyt nagle. Zbyt szybko.

Wczoraj spadła na nas ta wiadomość.
Odebrała mowę. Zatrzymała w przestrzeni.

Wieczorem na spacerze razem z Sadownikiem wspominaliśmy Profa,
nie mogąc zrozumieć konstruktu, jakim jest czas przeszły dokonany.

Tak wiele mu zawdzięczamy wprost i nie wprost.
Tak trudno uwierzyć w świat bez Jego uśmiechu, dowcipu i serca.

*

Gapię się w te literki i wciąż nie wierzę...

Profesor Witold Kosiński

Nie odszedł.
Wybiegł.
Mój Prof.

Profesor Witold Kosiński

*

Powraca do mnie i od wczoraj powtarza, jakby wiedział coś więcej:
     — Pani Doroto, a może by pani zwolniła odrobinę, zadbała o siebie?

sobota, marca 15, 2014

987. [*]

Zalo.
tysiące kilometrów stąd.
grzebie swe marzenia o tym,
co już wydarzyć się nie może.
tajemnica życia dopełniła się.
ruszył nowy czas, ten bez.

Zalo.
wy tam. my tu.
boli mnie odległość.

piątek, marca 14, 2014

(985+1). Dla serca i duszy

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Prawie dwa lata temu na zaprzyjaźnionym blogu w bocznej szpalcie kliknęłam link Po drugiej stronie. Tą drogą dotarłam do bloga Chustki. Sadownik był wtedy na długiej delegacji. Wieczorami przeczytałam od deski do deski, do wzruszeń, do łez, do świadomości, że nic nie trwa wiecznie i śpieszyć się trzeba z każdym uśmiechem, z każdą czułością, z każdym zachwytem.

Czytałam niektóre komentarze. Tak trafiłam do Zorki. Przeczytałam kilka wpisów, ale całości z ekranu czytać nie dałam rady, bo Zorka pisze tak, że trzeba się zatrzymać, zadumać, utrzymać na miejscu poruszone serce i duszę. Z monitora nie dałam rady. Porzuciłam. Gdy niedawno zobaczyłam Zorkownię w księgarni, wiedziałam, że to jest forma, w jakiej chcę czytać te literki.

Jak zwykle tam, gdzie śmierć gości co dnia, miłość zakwita, nie czeka na jutro, bo może go nie być, nie wstydzi się okazać uczuć, nie boi się odsłonić i powiedzieć „jestem”. Tak, to książka o miłości...

Zapuszczając w ziemię korzenie, nie da się iść dalej.
Ja lubię być w drodze.

*

To, co przyjmiemy, wibruje w krwiobiegu, buduje tkanki.
Ludzie historie, obrazy wsiąkają pod powieki.

*

     — Milion razy myślałem o śmierci, ale przede mną jeszcze długa droga. Nawet jeśli kiedyś uważałem się za twardziela, to właśnie, paradoksalnie, dzisiaj — tonąc w bezsilności i zależności — jestem nim bardziej niż wtedy. Tyle że nie ma to dla mnie większego znaczenia, Aga. Idę sercem.

*

Niewiele rzeczy da się zaplanować. Niewiele ważnych.

*

     — Czasem są takie dni. Trzeba przetrwać, przespać. Ktoś bliski mi powiedział, że rzeczy mają tendencję do układania się. Spróbuj zasnąć, Jadziu.

*

Dotyk to jedyny sposób na bezradność.

*

Skądinąd każdorazowe „podziwiam cię” wprawia mnie w głęboki smutek. W podziwie przecież tak wiele zdziwienia, dziwności, tak wiele egzotyki. Spora też odległość.

*

Ponazywałam rzeczy po imieniu. Powiedziałam, że jest moim przyjacielem.

*

Ostatniego dnia, kiedy widziałam je razem, Agatka sapała cicho udręczona bólem i walką o oddech. Ręka Elżbiety niezmordowanie spoczywała na jej czole, zupełnie tak, jakby córka znów była dziewczynką. Ten gest, dłoń skulona w łódeczkę, zawsze był tarczą chroniącą od złego „Ciii, mama tu jest, ciii...”

Trzeba mieć dużo odwagi, by tak odprowadzać swoje czterdziestoletnie jedyne dziecko. By nie uronić żadnej chwili. By w wątłej, spracowanej łódce przewieźć całe to zbolałe istnienie na drugi brzeg.

Z wiarą lub bez wiary na cokolwiek poza tu i teraz.

Agnieszka Kaluga, Zorkownia,
Znak, Kraków 2014.
(wyróżnienie własne)

plus Zorkownia, ciąg dalszy.

czwartek, marca 13, 2014

985. Modeliny dwie

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Uwielbiam Sadownicze studia. Lubię słuchać o projektach, pomysłach, światłach, technikach, trikach. Zdjęcia oglądać, rozmawiać o nich, uwielbiam. Kocham doświadczać człowieka, którym Sadownik się staje. Uwielbiam dzielić z Nim życie.

Po raz pierwszy razem z Henią zostałyśmy zaproszone do szkolnego studia, by Sadownik mógł na nas poćwiczyć, zanim ruszy z obcymi ludźmi do realizacji semestralnego projektu.

Świateł masa. Sadownik odmieniony. Ja dumna, że mogę patrzeć, jak rośnie. Urzekła mnie sprawność z jaką tu włączył, tam przesunął, dostawił, przestawił, pstryk, pstryk.

I zdybał mnie na czytaniu książki w przerwach, między jedną a drugą zrzutką zdjęć na komputer. I zastygnąć w bezruchu kazał. I pstryk. I polubiłam to zdjęcie. I zapragnęłam je mieć pragnieniem zupełnie nie moim. Bo to przecież nie ja. Nie Jabłoń. Nie Drzewko. Tylko Modelina. A w bocznej szpalcie dwie świeżutkie Modeliny.

*

Jabłoń:
(ogląda zamówione zdjątka)
Spaprane! Poproszę w kolorze.

Sadownik:
Od pięciu lat pracuję nad twoim zmysłem estetycznym,
a ty mówisz mi: w kolorze poproszę... oporna materio!
(z bólem serca portrecik odcedził w kolorze)

Jabłoń:
(przeskakuje od zdjęcia do zdjęcia,
kolor, czerń-biel, kolor, czerń-biel, kolor
)
No tak, jednak czarno-białe.

Dorota Cendrowska

(fot. Sadownik)

984. W trzewiach techniki

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pytanie.
Odpowiedź.
Lipiec.

Normalne pytanie.
Nienormalna odpowiedź.

Teoria sześciu uścisków dłoni
ruszyła na ćwiczenia praktyczne.

*

Nic mnie nie dotykało, nie kłuło, nie ciągnęło. Fizycznie żadna krzywda mi się nie działa, ale od ewakuacji po minucie badania powstrzymała mnie tylko myśl o Mężczyznach, którzy — z miłością, troską czy wyrazami sympatii — to piekło mi zafundowali. Jeden postawił mnie pod ścianą, drugi oswajał ze mną mur, trzeciego nawet nie znam.

Jeszcze tylko dziewiętnaście minut... oswoić to bydlę, które mnie pożarło i z przeraźliwym hukiem trawi milimetr po milimetrze... lista przyjemności, którym się oddam, jak mnie technika wypluje na zewnątrz, nie pomogła... wyobrażanie sobie pięknych krajobrazów z mentalną do nich wyprowadzką, nie pomogło... liczenie oddechów, dwadzieścia cztery na minutę... przeliczyłam całe dwie minuty, nie pomogło... zaszkodziło, byłam obłędu zbyt bliska.

W końcu znalazłam antidotum na perystaltykę bydlęcych jelit... zamiast uciekać od huku, co ciałem mym wstrząsał, rytm w dźwiękach odnalazłam... poddałam mu się i melodie w głowie tworzyłam... house, clubbing... wszystko to, czego na co dzień nie trawię, pomogło mi przeżyć pozostałe naście minut i potem kolejne naście.

Wszystko, co miałam w planie na resztę wczorajszego dnia, to była pestka i czysta przyjemność. Ot, zwykłe szczęście życiem zwane.

(967+16). Magia jednej literki

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

O dawaniu było. O braniu miało być. Dokładne wytyczne znane dość dobrze.
Literkę ‘b’ miałam tylko odbić. Mały wiosenny porządek w głowie zrobić.

Doświadczenie ostatnich dwóch tygodni za nic miało zaplanowany harmonogram robót. Zrobiło Ono z literką ‘b’ zupełnie co innego. Tylko obróciło. Od dwóch tygodni uczę się przyjmować... pomoc, serce, troskę, czas.

Nie tylko dawać jest wyrazem miłości, ale również przyjąć najczystszą formą miłości być może. Już to wiem. Gdy serce sercu sercem, wypełnia mnie bezgraniczne ciepło. Dzięki temu żyję bardziej i mocniej.

Tak wiele odcieni miłości w sobie teraz mam.
Tak wiele odcieni miłości mam zamiar pielęgnować.

dawać/brać... przyjąć

poniedziałek, marca 10, 2014

982. No tak

Jabłoń:
(kabluje)
Ars napisał, że jesteśmy fajni.

Sadownik:
Nooo, ja jestem, a ty to nie wiem...

Jabłoń:
???

Sadownik:
...raz jesteś... raz nie jesteś...
...czasem wiesz, kim jesteś... czasem nie...
ty czasem nawet nie wiesz, gdzie jesteś!

981. Klejnot

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Ars powiedział:
     — Jesteś drobniutka.
Owinęłam te słowa niczym drogi klejnot. A gdy wracaliśmy do domu zapytałam Sadownika:
     — Naprawdę jestem drobna?
Zdziwił się, że pytam. Zdziwiłam się, że nigdy wcześniej to do mnie nie dotarło. Ja, ktoś kto zbyt często czuł się słoniem w składzie porcelany; ktoś, kto większość swego życia patrzy na świat z góry; ktoś, kto tylko w Sadowniczych ramionach niezmiennie czuje się drobinką.

Długą drogę przebyły te słowa do mego zrozumienia.

980. no comments

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

// po-superwizyjna perełka:

zabieganie o rodziców to masakra

usłyszałam. Dzieci, które muszą zabiegać o rodziców realnie czują przykrość, ból i to wcale nie jest związane z tym, że nie chcą dać.

Łza zakręciła mi się w oku niejedna. Ten ból w człowieku pozostaje na długo. W jakimś sensie na zawsze. Ten ból leczy się latami. Może do końca życia. Nie mam pojęcia dlaczego, ale zaakceptowanie tego bólu, pozwala wyjść poza niego, pozwala wzrastać, pozwala żyć własnym życiem. Pozwala odetchnąć i odwrócić twarz do słońca.

Łza zakręciła mi się w oku niejedna. Przecież nie każdy ma tyle szczęścia, by usłyszeć, że ma prawo do odczuwania tego bólu, bez zastępowania go ślepym obowiązkiem przykazania „czcij ojca i matkę swoją”.

Łza zakręciła mi się w oku niejedna. Miłość do rodziców jest wieczna. Niby wiem, ale w środku do końca nigdy nie pojmę, dlaczego tak dużo rodziców ją odrzuca... Spotykam zbyt dużo fantastycznych ludzi, którzy znają ten ból.

niedziela, marca 09, 2014

979. Miłość wiosną zakwitająca

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Od piątku wieczorem kołacze mi się bez ustanku po głowie, że największym szczęściem w mym życiu są Ludzie. Niczym mantrę wymieniam w myślach imię po imieniu. Rozpiera mnie miłość i wdzięczność. Ulewa mi się nie tylko myślami, poczuciem powiększonych komór serca i duszy, ale również czynami. Przyprawiam wszystko uśmiechem i sercem.

*

Jabłoń:
(wrócona z pracy, a świeżutka niczym ranek,
podaje na stół właśnie przygotowany obiad
)

Sadownik:
(co równie późno wrócił ze szkoły)
Jesteś wielka!

Jabłoń:
Nie. Tylko zakochana.
(w Sadowniku, w życiu, w ludziach — bez umiaru!)

sobota, marca 08, 2014

(969+9). Perwersja

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Jabłoń:
(na głos oswaja nieznane)
Rezonans głowy... z kontrastem...
(po chwili zamyślenia)
...o rany, sfotografują mi moje myśli!
(ta perspektywa uczyniła ją nagą w stopniu,
w jakim jeszcze nigdy naga nie była
)

Sadownik:
(rechocze)
Nooo! Te kosmate też!

(969+8). Komórkowe bogactwo

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Układ nerwowy. Mózg i rdzeń kręgowy — myślałam do wczoraj niczym magazynier podczas remanentu. Mózg, sztuk jeden. Rdzeń kręgowy, sztuk jeden. Mózg — myślałam niczym geolog — warstwy ma. Od prymitywnej, lecz ratującej życie: „zabij lub uciekaj” po koronkową precyzję kory mózgowej, która pozwala filozoficznie zapytać: „po co zabijać, po co uciekać?”. Rdzeń kręgowy — ważne by nie był przerwany. I tyle.

Brzuszek boli? Pan doktor dotknie, przyciśnie delikatnie, ale ze znawstwem i z grubsza już wie. Kaszel męczy okrutny? Pan doktor stetoskop przystawi, jego zimnem serce zatrzyma na chwilę i spokojnie wysłucha narzekań płuc i oskrzeli na pacjenta, co je przyniósł na własnych nogach do gabinetu. A układ nerwowy?

Układ nerwowy. Nie można go wyłożyć na stół. Nie wpycha się nachalnie w ręce specjalisty. Jest niczym król w czapce niewidce. Trzeba go wytropić, subtelnie, delikatnie w kontakt z nim wejść. Niemy, dużo gada tylko w ruchu. Setki drobnych ruchów sygnały wczoraj słało Nadzwyczajnemu Doktorowi. Zegnij, oporuj, wyprostuj, ręce wyciągnij, zamknij oczy i drobny ruch wykonaj, przytrzymaj, chwyć, krok wykonaj, wyszczerz się. Oniemiałam na długie godziny post factum. Dotarło do mnie, że albo przegapiłam odpowiednią lekcję w szkole, albo nie do końca zrozumiałam wagę wykładanego mi dawno temu materiału. Mózg. Rdzeń. No tak, ale bogactwo komórek nerwowych dopiero wczoraj empirycznie dało znać o swoim istnieniu. Mam je wszędzie! Pozwalają doświadczać życia, miłości, ludzi i świata.

Pozostałam w nadzwyczajnym zadziwieniu i zachwycie.

czwartek, marca 06, 2014

976. O kochaniu

kocham to miasto
kocham swe życie

zakochałam się w tym filmie
dziś w autobusie


(making of Warsaw Halla niesamowite!)

pure passion
pure magic
pure love

975. Dobrej nocy...

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Dwa dni temu wieczorową porą, gdy przychodnia szykuje się powoli do nocnego odpoczynku, siedziałam jako ostatnia w poczekalni do rodzinnego. Lekarze z innych gabinetów, innych specjalności przekręcali klucze, przechodzili koło mnie, znikali za tymi samymi drzwiami, by po kilku minutach przejść znów obok mnie w przeciwnym kierunku już bez kitla a w kurteczce. Wymięte dniem twarze mieli. Pierwszy przeszedł. Druga przeszła. Ale trzecia idąc po kurtkę poruszyła mnie.

Dotarło do mnie, że nie tylko my pacjenci jesteśmy oszukiwani przez system ubezpieczeń zdrowotnych. Po raz pierwszy dostrzegłam, że lekarze są równie mocno robieni w trąbę. Zobaczyłam kobietę, która marzyła o tym, by pomagać ludziom; która uczyła się naście lat nie po to, by teraz lawirować między systemowymi nakazami. Nie o tym były jej marzenia. Nie o tym marzyło jej serce. Nie chciała zostać żołnierzem w wojnie z systemem czy pacjentem. Nie tak miało być. Odkryłam niewyczerpalne miejsce szacunku do drugiego człowieka, jego rzeczywistości, marzeń i pragnień. Życzyłam tej pani dobrego wieczoru, gdy już wróci do domu...

*

Z uporem maniaka pozostaję w miejscu bezgranicznego szacunku do drugiego człowieka. Dobrze mi w nim. Wychodząc dziś wieczorem z autobusu życzyłam panu kierowcy dobrej nocy...

(973+1). Baby, łóżko i nadzieja

Heniutka:
(niema, ale wyjątkowo skuteczna z rana)

Sadownik:
(wstaje, by z nią wyjść na dwór)

Jabłoń:
(dość przytomnie zauważa)
Ty nie masz łatwego życia. Co wieczór jedna baba
zaciąga cię do łóżka, a każdego ranka druga cię z niego wyciąga.
Nie mogę zrozumieć, skąd twój entuzjazm w kwestii drugiej suki.

Sadownik:
(z nadzieją)
Bo tę w końcu uda mi się wychować.

Jabłoń:
W sumie... do trzech razy sztuka.

wtorek, marca 04, 2014

(969+4). Wisienki

Pozostaję pod wrażeniem nagłego obrotu spraw, który bardzo dużo mnie nauczył i wciąż uczy. Jedną z wielu wisienek na torcie poznania była niedzielna rozmowa, która bardzo sprawnie i szybko doprowadziła mnie do szczęśliwych łez.

Sadownik:
(wrócony wieczorem po całodziennych wojażach,
zmienia nagle temat rozmowy
)
A jak okaże się, że nie jesteś zepsuta śmiertelnie,
albo że da się ciebie naprawić…

Jabłoń:
Nooo?

Sadownik:
…to co ty na to, by w przyszłym roku w czerwcu
przywieźć drugą sukę?

niedziela, marca 02, 2014

(970+2). Halt. I basta!

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — Mamo...
     — Przesadzasz.
     — Mamo...
     — On nie mógł tak powiedzieć.
     — Mamo...
     — Nie wierzę.
     No i przez lata żyła na granicy wiary w to, że przesadza, że nie mógł tak powiedzieć, że nic, nigdy się nie wydarzyło.

*

Miałam skończone trzydzieści sześć lat, gdy dotarło do mnie, że coś mi się nie zgadza. Jedna, druga rysa na ideale wzorowej rodziny. A gdy Sadownik, mając zasiedziane miejsce obserwatora, wiele razy mówił:
     — To nie jest normalne.
     Broniłam rodzinnie idealnego porządku mówiąc:
     — Nie mogli inaczej.

Gdy miałam skończone trzydzieści siedem lat, trzeciej rysy nie wytrzymał ideał. Patrzyłam jak rozlatuje się w pył. A gdy Sadownik mówił w kuluarach:
     — To nie jest normalne.
     Stwierdzałam:
     — Masz rację, to nie jest normalne.
Gdyby mnie jednak wówczas ktoś zapytał, czy nadzieję mam, nie mogłabym zaprzeczyć.

Między jedną książką Casey a drugą, w ostatnią niedzielę wysłuchałam ciekawej rozmowy w radiu. Ponieważ po niemiecku umiem tylko trzy zwroty, ze słuchu zapisałam kalecząc nazwisko kobiety. Poszukałam chwilkę. Zamówiłam. Odebrałam. Nawet nie wiem, kiedy ją pochłonęłam. Przeszło mi przez głowę, że chyba poznaję klucz, według którego wybieram książki. Interesują mnie ludzie i historię ich dróg z punktu A do punktu B, w którym zyskują ogrom świadomości i zrozumienia, do punktu B, w którym odzyskują siłę i opuszczają pozycję ofiary, do punktu B, w którym rozpoczynają już zupełnie inne drogi.

Gdyby mnie dziś ktoś zapytał, czy nadzieję mam. Odpowiedziałabym pytaniem:
     — A dlaczego miałabym ją żywić? Nie można cofnąć czasu. Nie można zmienić faktów. Moje życie jest tu. Ona jest tam.

Gdy spoglądam w lustro, widzę dwie twarze: jego i moją. I jeszcze trzecią: mojej matki. Wszyscy troje mamy taki sam podbródek. I podobnie ukształtowany odcinek między nosem a ustami. Rozmiar ciała, rysy twarzy — to wszystko cechy zewnętrzne. Ale jak jego osoba wpłynęła na moje wnętrze? Ile jest we mnie Amona Götha? Jak wiele Amona Götha jest w każdym z nas? Myślę, że wszyscy mamy w sobie jakąś część Amona Götha. Gdybym uwierzyła, że we mnie jest go więcej, myślałabym jak nazista pokładający wiarę w moc krwi.

*

Przez ostatnie miesiące czasem tracę pewność, kim jestem. Jestem Jennifer czy wyłącznie tą Jennifer, która jest wnuczką Amona Götha? Co się liczy w moim życiu?

*

Nie opłakuję dziadka, ale babcię tak. Opłakuję człowieka, którym tak naprawdę nie była.

*

Widzę teraz dość wyraźnie, jaką drogę musiała przejść [...]. To, że nie dopuszcza do siebie wielu kwestii, wydaje się jej odruchem obronnym. [...] Teraz jestem realistką: czuję, że moja matka nie chce nawiązać tak bliskiej relacji, jakiej ja pragnę. [...] Mam teraz czterdzieści lat, ona sześćdziesiąt siedem. Jestem za stara na to, żeby podała mi butelkę z mlekiem i pomogła przy stawianiu pierwszych kroków. Wszystko, co przegapiła, co obie przegapiłyśmy — tego nie można już nadrobić.

Jennifer Teege, Nikola Sellmair,
Amon.
Mój dziadek by mnie zastrzelił,
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

zdjęcie Jennifer Teege

(źródło fot.)

piątek, lutego 28, 2014

(969+2). Obiecałam Suce

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Wieczorową porą leżałam w hamaku. Czytałam książkę. Heniutka, zaopatrzona w kudłatą, damską intuicję, usiadła naprzeciwko mnie, zamarła w bezruchu na dłuższą chwilę i z powagą uporczywie patrzyła mi w twarz z miną, którą sugerowałaby, że przejrzała moją korespondencję i wszystko już wie. Zatrzymałam się w patrzeniu na jej piękny, mądry pysk. Nie wiedzieć skąd przyszła mi oczywista oczywistość do głowy — obiecałam suce, że ją przeżyję!

Psu nie obiecuje się byle czego.
Danej psu obietnicy nie można złamać.
Kudłata miłość zobowiązuje.

970. Zamykanie miesiąca i rozdziału

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Pierwszą kupiłam przez przypadek. Drugą kupiłam na cito, bo była dostępna w księgarni od ręki. Trzecią zamówiłam przed drugą i czekałam na realizację zamówienia. By nie czekać na czwartą, zamówiłam ją, gdy byłam w połowie drugiej. Piątej, aktualnie ostatniej z dostępnych na polskim rynku, nie zamówiłam, nie kupiłam, na dziś nie mam w planie czytać.

Te książki pozwoliły mi dopełnić żałobę po rodzinie, jakiej nie miałam; po głębokiej, serdecznej relacji matka-córka, która nie była mi dana. Te książki pozwoliły mi na pewność, że brak, który boleśnie odczuwałam w rodzinie, z której pochodzę, nie jest brakiem wyimaginowanym. Są rzeczy, które mnie nie spotkały i już. Przestały mnie prześladować pytania: kiedy dziecko osiąga ten wiek, że jego potrzeby przestają być ważne dla rodziców? dlaczego tak łatwo jest dbać o potrzeby fizjologiczne dziecka, a tak trudno o potrzeby emocjonalne? dlaczego łatwiej czasem nie zauważać tych drugich? dlaczego tak łatwo jest zacząć stosować przemoc psychiczną i nazywać ten proceder wychowywaniem?

Parafrazując wybrane cytaty. Dziękuję Bogu za to, co mam teraz. Nic się nie zmieniło, wciąż jestem łasa ciepłych słów, czasu poświęconego na rozmowę o miłości, przyjaźni, trudnościach; łasa czułych gestów, ulubionych słodyczy, przeganiania z ważnymi dla mnie Ludźmi strachów i obaw. Dziękuję za Ludzi, których spotykam na swej drodze... Dziękuję za Ludzi, którzy wybaczają mi, że tak długo zwlekam z prośbą o pomoc, zatrzaskując się w tak bardzo nieaktualnym już przekonaniu, że jestem jedyną, której na mnie zależy.

Odłożyłam wiele spraw na bok, by zdążyć jeszcze dziś napisać te słowa, by zamknąć ten miesiąc, by zamknąć kolejny obrót wokół rozdziału, jakim jest dla mnie rodzina pochodzenia, by nie wchodzić z tym w jutro, które stanowi początek kolejnego roku życia Sadownika, człowieka, któremu zawdzięczam niezdziczenie, by jutro już tylko świętować urodziny wciąż młodego i ukochanego Motocyklisty. Dziś odkładam te książki na półkę. Zamykam miesiąc. Zamykam rozdział. Zupełnie przez przypadek zamykam również kolejną dziesiątkę wpisów.

Życie to jedna wielka loteria. Kto ustala warunki, w jakich rodzi się dziecko? Czyją odgórną decyzją te biedne dzieci, które znalazły tymczasowe schronienie w naszej rodzinie, trafiły do takiego piekła?
     Wyszłam do ogrodu i wzięłam roześmianego Leviego na ręce. Nie znałam odpowiedzi na te pytania. I całując wnuka, pomyślałam, że nigdy ich nie poznam. W duchu podziękowałam tylko Bogu za to, co sama mam.

*

Tego najbardziej mu [Justinowi] życzyłam: szczęścia. Tego życzyłam każdemu dziecku, które do nas trafiało, a święta nastroiły mnie pod tym względem wyjątkowo optymistycznie. Może te wszystkie drobiazgi, jakie staraliśmy się dla nich robić, wyglądały niepozornie, ale nabierałam coraz większego przekonania, że to właśnie one liczą się najbardziej: drobiazgi, z których nie zawsze zdawaliśmy sobie sprawę, gdy dzieci mieszkały z nami. Ciepłe słowo, czas poświęcony na rozmowę, czuły gest, ulubione ciasto, przegonione strachy, zrozumienie obaw: dla dzieciaków kochanych i otaczanych troską to norma, co jednak wcale nie umniejszało wagi tego typu rzeczy.

Casey Watson, Mali więźniowie,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

***

Gdy kładliśmy się spać, opowiedziałam o moich odczuciach Mike’owi:
     — Dziwne — dodałam. — Że za każdym razem, kiedy pojawia się to uczucie, to już wiem.
     — Co wiesz?
     — Że właśnie wszystko się kończy.
     Mike zamyślił się na chwilę.
     — No to chyba dobrze — powiedział w końcu. — To znaczy, że robota została wykonana.

*

[...] bezbolesne rozstania były efektem braku miłości w życiu, ale czasem też jedyną rzeczą, która pozwalała dzieciom zostać przy zdrowych zmysłach.

Casey Watson, Mała opiekunka mamusi,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2014.

***

Objęłam go [Justina] mocniej. Ile razy ktoś tulił to dziecko w jego życiu? Czy dałoby się to policzyć na palcach jednej ręki? I jaki wpływ musiało to mieć na niego?

Casey Watson, Chłopiec, którego nikt nie kochał,
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2012.

czwartek, lutego 27, 2014

969. Semantyka stosowana

Jabłoń:
(nienormalnie uradowana,
jakby nie chodziło o doktora medycyny
)
To za tydzień i jeden dzień idę do doktora Brunnètte...

Sadownik:
Nie idziesz, tylko jedziesz.
Nie jedziesz, tylko jesteś wieziona.
Nie masz wyjścia, musisz być grzeczna!

(967+1). Umieć brać to... dawać?

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Nek, jak go znam, moje rozterki, szybko i z sobie właściwym wdziękiem, spuentowałby terapeutycznie:
     — Właśnie tu masz w głowie ERROR, koleżanko!

Postanowiłam przyjrzeć się sprawie z bliska. Nie myślę, nie uważam, nie wierzę. Po prostu wiem z doświadczenia, że dając dostajesz. Nie, gdy dajesz, bo trzeba, należy, wypada. Ale gdy dajesz prawdziwie, z serca, z głębi siebie, to zawsze również bierzesz. Doświadczam tego, gdy robię prezenty, gdy kupuję niespodziankowe drobiazgi, gdy planuję coś z myślą o drugim człowieku. Nauczyłam się tego również w hospicjum, mając niezmiennie wrażenie, że dostaję więcej niż daję.

Skoro dawać i brać to awers i rewers tej samej monety,
a z dawania wynika branie,
to ciekawe, czy coś wynika z brania? — pomyślało mi się.

Uściślijmy, nie chodzi o branie sobie wszystkiego, bez oglądania się na innych, z wykorzystaniem do cna ludzi, którzy coś nam od siebie dają. Chodzi o następujący proces. Dojść do miejsca, w którym nie stajemy przeciwko sobie, mówiąc:
     — Przecież nic się nie dzieje, będzie dobrze, wszystko jest ok.
Dojść do miejsca, w którym pozwolimy sobie na słabość. Pozwolić, by z tej słabości zrodziła się siła, która pozwoli nam poprosić o pomoc. Prawdziwe, z serca, z głębi siebie, proszenie ma również aspekt dawania. Obdarowujemy zaufaniem, uznaniem, doceniamy osobę, do której zwracamy się z naszą szczerą potrzebą. A gdy otrzymamy pomoc, również mamy szansę dać, bowiem dziękując prawdziwie, z serca, z głębi siebie, mamy okazję z szacunkiem i wdzięcznością odnieść się do siły, którą ktoś ma i której użył, by nam pomóc.

BINGO!

środa, lutego 26, 2014

967. Sztuka dawania i brania

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

podarować. obdarować. dawać. lubię. umiem podzielić się, tym co mam. robię to z ogromną przyjemnością. uwielbiam czuć radość związaną z dawaniem. prawda jest taka, że gdy daję, w rzeczywistości czuję, że dostaję.

zostać obdarowanym. dostać. wziąć. to sztuka dla mnie trudna. akrobacja cyrkowa na dużej wysokości, gdy otrzymuję — według mnie — tak zaskakująco dużo. uwielbiam czuć wdzięczność, ale wciąż nie opuszcza mnie wrażenie, że dostaję zbyt dużo. czuję się zakłopotana, że dla mnie, że tyle, jakim prawem? zatrzymuję się w produkcji znaków zapytania. pozostaję wdzięczna, że dla mnie i aż tyle.

dawać/brać

wygląda na to, że jeszcze długo będę uczyć się brać. zacznę od odwrócenia w głowie literki ‘b’ na właściwą stronę.

wtorek, lutego 25, 2014

966. Naprawdę dobry dzień

Strach wypowiedziany kurczy się znacząco.
Strach wypowiedziany i obżartowany staje się tylko sygnałem. Do ogarnięcia.

*

Sadownik:
(westchnął znacząco nad ucieleśnieniem kobiecej logiki)

Jabłoń:
(usłyszała ten paralingwistyczny komunikat)
Co? Chcesz mi powiedzieć, że może
zamiast neurologa to ja psychiatry potrzebuję?

Sadownik:
Na psychiatrę za późno... egzorcysty trzeba!

niedziela, lutego 23, 2014

965. Ważne, ważniejsze, najważniejsze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

czasem zbyt łatwo zapominam, co jest dla mnie najważniejsze

*

w piątek odkryłam najcudniejsze lekarstwo na sklerozę tego typu. należy całym Stadem wsiąść w Bawarkę i ruszyć do Altówek. felinoterapii oddać się. zmasowanej dogoterapii poddać się. i czekać... pijąc herbatę z przyjaciółmi nie byle jakimi. czekać, aż rozum, pragnienia i serce wrócą na swoje najwłaściwsze miejsca. to się nazywa fart!

pion złapany. priorytety uporządkowane. psi sezon rozpoczęty. to się nazywa wiosna!

piątek, lutego 21, 2014

964. Zamyślenie nad konstrukcją świata

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Trzymając mocno za kaptur dziecięcej kurtki, potrząsała chłopcem:
     — Coś ty zrobił? Mów prawdę!
     — Nienawidzę cię! — wykrzyknął.
Uderzyła go.

Dziecko we mnie, co znaleźć chce kogoś, kto powinien pójść i zabić sukę, nie zdążyło się uruchomić. Do głosu doszedł logik, co nie poradził sobie, z tym czego był świadkiem. Do zrozumienia chcąc dojść jak najszybciej, rozebrał scenę na składniki pierwsze.

Chciała prawdę? Chciała. Powiedział prawdę? Powiedział. W momencie udzielania odpowiedzi naprawdę jej nienawidził i wcale mu się nie dziwię — logik nie był pozbawiony empatii. Więc za co został uderzony? Za bycie prawdomównym! Wywnioskował.

Filozof we mnie ze spokojem skonstatował logiczny wywód: uważaj, gdy ktoś raczy cię słowami mów prawdę. On chce prawdy, ale w zasadzie tylko tej jej składowej, której oczekuje, z którą będzie umiał sobie poradzić, tej która pasuje jakoś do wyznawanej aktualnie filozofii życiowej. Dumny ze swojego odkrycia dodał:
     — Taki już jest, póki co, ten świat!

poniedziałek, lutego 17, 2014

963. Szukając prawdziwie dorosłych

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Historia bierze swój początek w ostatni czwartek, w przeddzień święta miłości. Wyszłyśmy z Heniutką na spacerek z planem na mini ćwiczenia, by rozruszać psi intelekt. Gdy kończyłyśmy wspólną zabawę, w kontraście do naszego zadowolenia, dało się słyszeć dziecięcy płacz. Odwróciłam głowę...

Idzie matka. Dwa metry za nią płaczący pięcio–sześcioletni chłopiec. Matka przyśpiesza. Chłopiec zanosi się płaczem, a na każdym wydechu krzyczy: nie chce tam iść! Matka przyśpiesza. Dziecko zatrzymuje się i coraz głośniej krzyczy. Matka odwraca się i ze złością krzyczy: to wracaj do domu!

Ugotowało się Drzewko przy tej scenie. Jak zwykle w reakcji najchętniej utłukłoby sukę. Jabłoń od dawna wie, że jakikolwiek odcień przemocy psychicznej w stosunku do dzieci odpala w Drzewku dziecko opuszczone psychicznie, porzucone emocjonalnie i pozostawione samo sobie. To dziecko wciąż szuka dorosłego, co mądry, odpowiedzialny i kochający jest.

*

W piątek, w święto miłości wracał Sadownik z Jabłonią z małego, wspólnego świętowania. Drzewko nie dało się długo prosić, gdy Sadownik zaproponował walentynkowe kupowanie po jednej książce na łeb. Wracając do domu, weszli do pobliskiej księgarni. Nieznany układ regałów. Drzewko dało radę i odnalazło regał z reportażem. Ten ma. Tamten ma. Ten czytała. Tamten zna. Wpadła jej w rękę dziwna książka, co chyba przypadkiem się do tego działu zawieruszyła. Przeczytała podczytnik i po chwili postanowiła zabrać ją do domu.

*

W sobotę rano przy kawce Drzewko obrzydzenie do siebie poczuło. Rany boskie, pijana szczęściem i miłością była czy co, że wybrała książkową wersję Super Faktu? O zgrozo! Jak można było taką serię w ogóle wymyślić! Żerować na dziecięcym nieszczęściu!

*

Zajrzałam do środka. Po trzydziestu stronach byłam już zakochana w Autorce, narratorce opowieści, żywej kobiecie, która pracuje z trudnymi dziećmi, wierzy zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, że dzieci „złymi” się nie rodzą. Dziecko we mnie opuszczone psychicznie, porzucone emocjonalnie i pozostawione samo sobie odnalazło w końcu dorosłą, co mądra, odpowiedzialna i kochająca jest, choćby nie wiem co. Historia czwartkowa znalazła swój mały finał, gdy kupiłam kolejną książkę tej Autorki, zamawiając trzecią. Dodałam Autorkę do panteonu moich Matek. Świadomość, że są tacy Ludzie jak Casey i Mike dobrze mi robi.

[...] niezależnie od tego, jakie wrażenie ktoś na tobie robi, czasem naprawdę lepiej niczego nie zakładać z góry — a przynajmniej jeśli nie ma się ochoty zmieniać swoich poglądów o sto osiemdziesiąt stopni.

*

Czy Spencer doświadczył kiedykolwiek prostej, dziecięcej przyjemności, by czegoś pragnąć i wiedzieć, że jest na świecie ktoś, kto naprawdę chce ci to dać?

*

Same łzy to jednak za mało. By naprawić krzywdy, trzeba dużo więcej.

Casey Watson, Mamusiu, tatusiu, za co mnie tak nienawidzicie?
Wydawnictwo Amber, Warszawa 2013.

sobota, lutego 15, 2014

962. Zadziwione Drzewko

nie tylko
boli,

gdy odkrywasz, że
nie ma dla ciebie miejsca
w czyimś życiu.

a klepsydra w ruch wprawia ziarenka czasu
z nieustającą wiarą w ciebie i twoje życie.
.
.
.

nie tylko
zadziwia,

gdy w końcu odkrywasz, że
brak już miejsca dla tej osoby
w twoim życiu.

czy właśnie o tym mówi porzekadło:
czas leczy rany?

piątek, lutego 14, 2014

961. Oddajmy się prostym przyjemnościom

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Proste przyjemności...
...jak odwzajemniona miłość

kwestia Beverly’ego Westona
z filmu Sierpień w hrabstwie Osage.

*

Nie tylko dziś. Nie tylko jutro. Nie tylko przez nadchodzące 365 dni...

*

Jeden z zachodnich uczniów zapytał kiedyś Mipama Rinpocze, ojca Karmapy:
     — Co to jest miłość?
Rinpocze odparł natychmiast, podając buddyjską definicję miłości:
     — Miłość to silne życzenie, by każdy był szczęśliwy.

czwartek, lutego 13, 2014

960. O kwantowym starzeniu się

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

(w filmie, który ogląda Sadownik)
Bohater:
Czy to znaczy, że wszystko zależy tylko ode mnie?

Trener bohatera:
Zawsze zależało tylko od ciebie.

Jabłoń:
(od jakiejś chwili leży koło Sadownika, odwraca się w jego stronę)
Czy to znaczy, że wszystko zależy tylko od nas?

Sadownik:
(po chwili namysłu)
Oboje jesteśmy już na tyle dorośli,
że wiemy, że nie wszystko zależy tylko od nas.

Jabłoń:
Mów za siebie Stary Człowieku, ja uważam, że
wszystko zależy tylko od nas!

(tą metodą zakrzywiła się czasoprzestrzeń
i Sadownik okazał się dużo, dużo starszy od Jabłoni
)

Sadownik:
Gufniaro!

środa, lutego 12, 2014

959. W drodze

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na przystanku. Spojrzała. Zobaczyła świeżą matkę, która robiła fantastyczne, uśmiechnięte miny do zawartości wózka.

Na przystanku. Zauważyłam, że utkwiła w matce wzrok.
     — O co chodzi? — Zapytałam.

Na przystanku. Nie odrywając wzroku, udzieliła mi wyczerpującej odpowiedzi:
     — Widzisz? Tylko popatrz, ona jest twórcza, stworzyła odrębny świat, inną rzeczywistość, jest otwarta i doświadcza pełni życia.

Tramwaj ruszył. Zapytałam:
     — Co przeszkadza Ci być twórczą, bardziej twórczą, najbardziej twórczą w swoim życiu? Co przeszkadza Ci otworzyć się na to, co niesie Twoje życie? Tylko nie mów mi, że potrzebujesz do tego rekwizytu.

Tramwaj jechał. Uśmiechnęła się do mnie. Uśmiechem, który uwielbiam.

*

Major Lazer, Get Free.

niedziela, lutego 09, 2014

958. Kultury łyk (II)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Rodzina pochodzenia. Role niczym karty rozdane. Matka. Ojciec. Przymiotniki dopisze życie. Najstarsze dziecko. Najmłodsze. Może jeszcze środkowe. Najukochańsza córka. Syn-nieudacznik. Niewdzięczna latorośl. Życiowo nieprzystosowany. Nie umiejąca się ogarnąć. Idealista. Realistka. Duma Rodziny. Wstyd w członka rodziny obleczony. Niepowtarzalna dynamika łatwych do przewidzenia konfliktów.

*

Obejrzeliśmy wczoraj, w doborowym towarzystwie, Sierpień w hrabstwie Osage. Spodziewałam się, że tym filmem dotknę się do żywego, że bardzo źle się skończy i będę do siebie dochodzić przez kilka dni. Prognoza nie sprawdziła się wcale. Rewelacyjny film o ludziach, którzy utknęli w rodzinnych rolach. O dramatach, które łączą się nierozerwalnie z każdym utknięciem, choćby w najbardziej lukratywnej z ról. O braku rzeczywistego kontaktu człowieka z człowiekiem. Finalnie, o kroku poza zaklęty krąg oskarżeń, oczekiwań, pretensji. O kroku we własne życie robionym. O kroku, na który nigdy nie jest za późno. Wyszłam z kina z myślą: jak dobrze, że poza rodziną, jest świat.

*

Kim jesteś tu, gdzie jesteś?
Kim się stajesz, gdy jesteś z nimi?
Za kogo oni mają ciebie?
Za kogo ty masz ich?

Jak wyglądałyby wasze spotkania, gdybyście na chwilę uznali, że wszystko, co o sobie wiecie, jest już mocno przedawnione, nieaktualne, nieprawdziwe?

Brzmi jak potencjalnie nowe otwarcie...

957. Kultury łyk (I)

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Na Mysią 3 zawsze idę bez przygotowania. Nie wiem kto. Nie wiem co. Idę i daję się uwieść. Potem wracam do domu i węszę. A gdy wywęszyłam, że z pierwszego wykształcenia jest architektem, pomysł na wiele jego zdjęć stał się niebywale zrozumiały.

Zdjęcia zaskakujące barwą, kompozycją, a to przecież... życie. Wspaniałe życie!

fot. Kacper Kowalski.

Poszliśmy na tę wystawę z Sadownikiem na otwarcie jednego z nielicznych weekendów w roku, które mamy w całości tylko i wyłącznie dla siebie. Uwielbiam z tym gościem randkować.

sobota, lutego 08, 2014

956. Logika na usługach przewrotności

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     — jedź! — zarzuciłam wewnętrzny dialog. — no więc, gdyby to powracające coraz rzadziej „niemogęctwo iścia” miało czymś być, to co?
     — to trzeba by było iść do neurologa.
     — i co najgorszego mogłoby u niego się stać?
     — mógłby powiedzieć, że to SM.
     — no a jeśli okazałoby się, że to SM?
     — to nie zostałoby mi tak dużo życia, jak myślę.
     — a gdybyś nie miała do dyspozycji tak dużo życia, jak myślisz?
     — to ani chwili nie marnowałabym na smucenie się i martwienie tym, że ktoś mnie nie chce, taką jaką jestem.
     — a gdybyś nie marnowała czasu, to co byś robiła?
     — cieszyłabym się każdym dniem jak szalona.
     — co ty na to, byśmy zaczęły wykonywać tę listy działań od końca?

*

każdego dnia rano, jeśli mamy szczęście się obudzić, mamy do dyspozycji nowy, świeżością pachnący dzień. każdego dnia rano mamy również do dyspozycji pewne zasoby: może trochę niezagospodarowanego czasu, może jakiś bliski człowiek, może jakieś małe pragnienie. czemu nie wykorzystać tego wszystkiego? w końcu, nigdy nie mamy przed sobą tak dużo życia, jak myślimy.

piątek, lutego 07, 2014

(950+5). Książkowy lag

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Zwykle. Czytam. Zaznaczam. Kończę. Zamyślam się. Wybieram. Przepisuję wybrane z wybranych. W chronologii czytanych umieszczam. Odkładam. Biorę następną.

Nie „tą razą”. Nauczona doświadczeniem, że funkcjonalność księgarni internetowych jest uboga, postanowiłam raz w miesiącu osobiście przeglądać dział Nowości czy Zapowiedzi, żeby nie przegapić Ulubionych.

„Tą razą”. Przejrzałam. Ucieszyłam się. Zamówiłam. Odebrałam. Skończyłam czytać dwa tygodnie temu. Zamyśliłam się na bardzo, bardzo długo. Może zbyt długo, by wspominać o tej książce na blogu.

Tyle że to książka ważna, uczciwa, prawdziwa. Znów bardzo ludzka. Znów z delikatnością utkana. Piszę więc na wypadek, gdyby komukolwiek, kto normalnie miałby chęć, przytrafiło się przegapić ją w natłoku nowości.

Co najbardziej może zadziwić w „wariacie”? Logika do bólu stosowana i niebywała konsekwencja. Żaden „normalny” nie ma pojęcia ani o logice, ani o konsekwencji.

Dopiero teraz czuję, że mogę tę książkę zaparkować na półce.

Nadal siedzieliśmy nad pustymi kartkami, ale zrobiło nam się lżej. Szeregowy Mazur powiedział, że może namalować dinozaura, zawsze umiał. Od dziecka bardzo dobrze rysował dinozaury, reszty zadania nie rozumie. Jeżeli ma je wykonać, ktoś będzie mu to musiał wytłumaczyć. Kiedyś już coś takiego było, takie zajęcia inne niż zwykle, kazali mu odegrać krasnoludka, i już się nawet bał, że to się teraz powtórzy. Możliwe, że chodzi o to samo.
     — Kazali nam odgrywać krasnoludki, żebyśmy nauczyli się mówić, co czujemy, głąbie. Chcą nas nauczyć, jak żyć poza wojskiem. Nie mam pojęcia, jak się żyje w prawdziwym świecie. Jakbym miał trzy lata, a nie trzydzieści trzy. Mój syn radzi sobie lepiej niż ja.
     — Nie mamy pojęcia o tym, czuby. Rysujmy te pierdolone smoki, może to coś da. W ogóle nie rozumiem, o co chodzi mojej żonie, nie możemy się dogadać. Próbowałem już wszystkiego. Czytam, kurwa, poradnik małżeński.
     — Narysuję, a Blondyna mnie spyta, co czułem, kiedy to rysowałem, wiem, że spyta. Po to każe nam to robić.
     Nie wiem, kto pierwszy sięgnął po pędzelek. Saper powiedział, że jak mamy malować, to malujmy, jest zadanie do wykonania. Nie kombinować, tylko brać się do roboty, Biały dodał: „Kurwa, kurwa, kurwa”.

*

Tam są radości i łzy, w świecie poza wojskiem. A my tylko zadanie do wykonania i zadanie do wykonania. Mówią: zdobywaj, to zdobywam, nie zastanawiam się, co czuję. Wracamy do domu i nadal chcemy mieć tylko zadanie do wykonania: żeby nie czuć i nie wyrażać uczuć, tylko odwalać kolejne zadania. A to tak nie działa w cywilu. Tam są radość i łzy, a ja się tego boję. Żeby się tam sprawdzić, trzeba umieć co innego niż w wojsku, teraz przynajmniej to rozumiem. Trzeba umieć płakać. W ogóle nie umiem płakać...

*

Odejście pani Stasi zmieniało wszystko, stawiało nas w obliczu zagrożenia, o którym nawet nie wiedzieliśmy. To znaczy, że możemy przebyć terapię i nic w sobie nie zmienić? Ale my bez tej zmiany, jakiejkolwiek zmiany, nie mogliśmy dalej żyć...

Grażyna Jagielska, Anioły jedzą trzy razy dziennie. 147 dni
w psychiatryku
, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

czwartek, lutego 06, 2014

(952+2). Sztuka składania życzeń

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

     Są ludzie, którzy żądają, choć niby Cię proszą.
     Są ludzie, którzy poniżają, choć właśnie Cię przepraszają.
     Są ludzie...

Trafiło się i mnie, niczym ślepej kurze ziarno. Dziś. Wyjęłam ze skrzynki kopertę. Otworzyłam. Wyjęłam kartkę i przeczytałam poniższe słowa:

byś znalazła to, czego z takim uporem szukasz i by cena, którą za to płacisz, nie okazała się zbyt wysoka.

Po otarciu łez, mogę śmiało dodać:
     Są ludzie, którzy grożą, choć składają Ci życzenia imieninowe.

*

     — Kto płacze? — Zapytałam siebie.
     — Dziecko, które chciałoby mieć akceptujących, może odrobinę wspierających rodziców.
     — Dziecinko — otarłam łzy. — Damy radę, tyle że to ja będę twoim wspierającym Rodzicem.

środa, lutego 05, 2014

(952+1). ...

poczekaj,
zatrzymaj się,
obserwuj.

coś przyjdzie,
pojawi się,
wyłoni się z tła,
zadziwi Cię,
bogactwo swe odsłoni.
na pewno!

*

I chyba właśnie za to najbardziej kocham psychologię procesu.

piątek, stycznia 31, 2014

951. Terapeutyczna Dama Pik

 wpis przeniesiony 9.03.2019. 
 (oryginał z zawieszkami) 

Sadownik:
(dzwoni)
Maila odbierze! Przeczyta i oddzwoni do mnie.

Jabłoń:
(zagląda, czyta, ręce załamuje, oddzwania)

Sadownik:
(z przymrużonym okiem)
Widzisz, widzisz! Ty sobie to przemyśl.
Zamiast się uczyć, szkolić, na superwizję latać,
to Ty po prostu powinnaś zacząć chodzić do kościoła!

*

Głupich nie sieją, sami się rodzą. Głupi są w każdej grupie zawodowej. Talię głupich kart można by wydać. Dama Kier, Pawłowicz. Król Trefl, x. Oko. Dama Pik odnalazła się dziś. Z takiej talii nic dobrego nie wywróżymy na przyszłość. „Narodu”, co Cię opętało?

Będę do znudzenia powtarzać:

p s y c h o t e r a p i a  w tym kraju to  d o b r o   l u k s u s o w e.

Nie ma co rzucać pereł przed wieprze.

Psy szczekają. Karawana idzie dalej.

*

Z drugiej strony, może to dobry moment, by raz na zawsze nauczyć się odróżniać zawody psychiatry, psychologa i psychoterapeuty? Choć można łączyć te zawody, dobrze jest trafić na terapię do człowieka, który ma psychoterapeutyczne przygotowanie. Powtarzam do znudzenia.